12 czerwca 2018

Otom ja sam, jak drzewo zważone od kiści, sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwiędłych liści

MATHIAS RATHMANN
29 LAT —— NOWY NAUCZYCIEL OPCM —— WCZEŚNIEJ NAUCZYCIEL TRANSMUTACJI —— ROCZNA NIEOBECNOŚĆ W HOGWARCIE —— WYCHOWANEK DOMU SALAZARA SLYTHERINA —— MĄŻ I OJCIEC —— PRZYSIĘGA WIECZYSTA —— OPIEKUN SLYTHERINU —— BYŁY SZUKAJĄCY —— 13 CALI, WĄS KUGUCHARA, JAŁOWIEC, SZTYWNA —— CZYSTA KREW —— ANIMAG —— SYN W DRUGIEJ KLASIE SLYTHERINU  —— WIĘCEJ —— GALERIA —— POWIĄZANIA 

Zdecydowanie najbardziej intrygujący i tajemniczy członek czarodziejskiego rodu Rathmann. Zamknięty w czterech ścianach niewielkiego pokoju, nie dbał o tradycje i rodzinne relacje. Świat książek i opowieści ojca, które podsłuchiwał przez skrzętnie ukrywaną pod dywanem dziurę w podłodze, pozwoliły na wykreowanie specyficznej indywidualności. Śmiało i otwarcie przeciwstawiony sztywnym ideałom codziennego świata. Urodzony w Berlinie. Od najmłodszych lat okrzyknięty totalnym odludkiem żyjącym we własnym świecie i wyznającym własne zasady. Ponad wszystko ceniący sobie szczerość i poczucie własnej wartości. Spryt i heroizm zmieszane z domieszką drogich perfum i codzienną lampką wina. Wymagający względem uczniów, nietolerujący spóźnialstwa, nieugięty tradycjonalista zwany sztywnym bucem. Kochający tylko tych i ufający tylko tym, którzy sobie na to zasłużyli. Zdecydowany dystans do większego grona ludzi. Nienawidzący zapachu lawendy i cynamonu. Gardzący kremowym piwem. Chodzący perfekcjonizm. W wolnym czasie najczęściej siedzi w wieży astronomicznej czytając książkę lub spaceruje po zamku. Lśniąca na palcu złota obrączka, dla wielu stanowi nieudany żart. W końcu kto chciałby związać się z profesorem Rathmannem i świadomie skazać się na uciążliwy charakter Niemca?
Uwielbia różnego rodzaju słodycze oraz rum porzeczkowy. Co z tego, że przystojny, jak buc?
________________________________________________________________________________________________________

Mathias dla wielu jest już bardzo dobrze znany :) Zapraszam na wątki oraz powiązania! Przygarniemy dwójkę uczniów, którzy w oczach profesora nie stanowią jedynie zbaraniałych, młodzieńczych jednostek, dla których wszelaka nadzieja już przepadła. Na wizerunku niezmiennie Nolan Funk. 

51 komentarzy:

  1. Witamy Mathiasa i życzymy udanej zabawy na blogu!

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dobra, więc oficjalnie przychodzę się przywitać i mówię chodź do mnie z tym panem, który jest nieugięty i sypie szlabanami :D Także dzień dobry i pytanie: kto zaczyna?]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć, już nie mogę się doczekać, aż Evelyn zacznie uprzykrzać mu życie XD]

    Bethell ze szkiców

    OdpowiedzUsuń
  4. [Bo słodycz to tylko w wersji minimalistycznej, inaczej wszyscy zapadają w śpiączki cukrowe.
    Mathias fajny chłop, sama chciałabym takiego nauczyciela. Szkoda, że Lorcan zalicza się pewnie do tych beznadziejnych, zbaraniałych jednostek.]

    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  5. [My się nie znamy, ale Mathias wydaje się być super nauczycielem (i ma cudowne imię, więc jak może być inaczej?) dlatego ślicznie witam, a jak jest ochota to zapraszam do siebie. Z Alusia co prawda nie jest drugi ojciec i OPCM idzie mu nieco słabiej, ale się chłopina stara i nie poddaje. Także jeśli pan profesor chciałby mu w tym pomóc to byłoby mu na pewno miło ;)]

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  6. [Zaczynam się zastanawiać jakim cudem oni ze sobą wytrzymają XD]

    Bethell

    OdpowiedzUsuń
  7. [Teraz mam nadzieję, jest już ok. :D]
    Nie wiedzieć czemu, Albus miał pecha do znajdowania się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Żeby to jeszcze zdarzyło się raz czy dwa, ale nie. Co jakiś czas przytrafiało mu się coś, przez to zastanawiał się czy nie wisi nad nim jakieś fatum. Nie było innego wytłumaczenia, wydawało się wręcz że przyciąga kłopoty, chociaż starał się za wszelką cenę ich unikać. Nie potrzebował więcej problemów w swoim życiu, właściwie to miał ich aż za dużo.
    Dlatego, zanim coś zrobił, zastanawiał się dwa razy, i nigdy nie działał pod wpływem impulsu. Jednak dzisiaj musiał złamać własne zasady i opuścić dormitorium po ciszy nocnej, bowiem już kładąc się do łóżka przypomniał sobie, że wypracowanie z transmutacji zostawił w wielkiej Sali. Teoretycznie mógłby zabrać je przy śniadaniu, ale był z niego śpioch, dlatego zwykle przy stole pojawiał się jak większość uczniów już wychodziła, i po prostu się bał, że ktoś skorzysta i zabierze jego pracę. Może nie powinien w ten sposób oceniać kolegów, ale… Byli Ślizgonami, sam zapewne zrobiłby to samo, zwłaszcza gdyby wiedział, że jest to wypracowanie jakiegoś dobrego ucznia.
    Podsumowując wszystkie za i przeciw, opuścił w końcu dormitorium, i oświetlając sobie drogę różdżką szybkim krokiem zmierzał ku wielkiej sali. Im szybciej to załatwi tym lepiej. Na szczęście po drodze nikogo nie spotkał, a zwinięty pergamin leżał tam, gdzie Albus go zostawił. Z ulgą złapał wypracowanie (transmutację miał jutro na pierwszej lekcji, więc nie miałby nawet kiedy napisać go od nowa) i udał się w drogę powrotną do dormitorium. Nawet na chwilę do głowy mu nie przyszło, że coś przeszkodzi mu w drodze powrotnej. Za kolejnym zakrętem ujrzał znikającą sylwetkę, a gdy mijał magazynek nauczyciela eliksirów okazało się, że drzwi są otwarte a w środku ktoś zostawił zapaloną świecę. Albus starał się powstrzymać, ale nigdy nie zaglądał do tego pomieszczenia, więc jedno spojrzenie nie zaszkodzi…
    Ledwo zdążył podejść do magazynku, kiedy usłyszał za sobą czyjeś kroki, więc szybko się odwrócił i ujrzał najgorszą osobę, którą mógł teraz spotkać. Woźny, we własnej osobie, i to nie sam, zmierzał w jego stronę. Uśmiechnął się, trochę nieporadnie, i postanowił wszystko wytłumaczyć.
    - Proszę pana, ja tylko wracam z wielkiej sali bo…
    Mężczyzna mu przerwał, powstrzymując jego nieudolne tłumaczenie się jednym ruchem ręki.
    - Potter, co robisz w środku nocy przed moim magazynem? Czy to ty kradniesz skrzeloziele?
    Chłopak pokręcił głową, nie miał pojęcia o co mu chodziło. Znowu chciał powiedzieć coś na swoją obronę, ale ponownie mu przerwał i zwrócił się do ucznia, który mu towarzyszył.
    - Davies, idź proszę do gabinetu profesor Rathmann i ją zawołaj, a ty Potter… - woźny wyszczerzył twarz w parodii uśmiechu. – Lepiej módl się, żeby wszystko było w porządku. I nie ruszaj się stąd nigdzie.
    Kiedy uczeń udał się po nauczycielkę eliksirów, woźny zniknął za drzwiami magazynku, zapewne bardzo zaciekawiony a Albus posłusznie został na miejscu. Nic nie można mu zarzucić, pojawił się tu przypadkiem, kierowany ciekawością… Po prostu znowu znalazł się w złym miejscu w złym czasie, jakby miał do tego jakiś wybitny talent. Na domiar złego, w korytarzu rozległy się ponownie kroki a w blasku różdżki chłopca pojawiła się kolejna postać. Młody Potter przełknął głośno. Teraz to już na pewno się nie wymiga od odpowiedzialności za to, czego przecież nie zrobił.

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  8. [O, to bardzo nam miło. I chętnie poobserwujemy Mathiasowe próby przekonania Lorcana do czegokolwiek, bo on uparty jest jak osioł i poza Quidditchem i swoimi zwierzakami to niewiele widzi. :D I na pewno nie widzi, jak obrona przed czarną magią mogłaby mu się w tym życiu przydać. Różdżką włada dobrze, rodzina na pewno też dba, żeby potrafił się bronić, ale Lorcan nie lubi nauki. I kropka. Z zasady. :D
    Jak sobie więc ten wątek wymarzyłaś?]

    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  9. [Idealnie! Zacznę. Może dziś, na pewno do jutra. ;)]

    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak naprawdę Albus nigdy wcześniej nie zastanawiał się czy lubi opiekuna swojego domu czy nie. Jako nauczyciel był raczej w porządku, jednak oczywiście, co nieco w plotkach można było usłyszeć. Sam jednak nie miał wyrobionego zdania na temat profesora, aż do dzisiaj. W momencie w którym go zobaczył wiedział już, że ta noc nie skończy się dobrze. Psychicznie nastawił się na szlaban, zapewne bardzo nieprzyjemny, jak czyszczenie nocników w skrzydle szpitalnym, lub coś podobnego. Byleby nie napisali do jego rodziców, nie miał pojęcia jak mógłby się z tego wytłumaczyć.
    Nic dziwnego więc, że na jego twarzy malował się wyraz czystego przerażenia i właśnie takim zobaczył go Rathmann. Albus naprawdę nie wiedział jak mężczyzna zareaguje, dlatego już otworzył usta, żeby się jakoś wytłumaczyć i żeby nie wyglądało to aż tak źle, ale woźny go uprzedził. Chłopak zacisnął tylko zęby, starając się nie wyglądać na winnego ani tym bardziej na za bardzo pewnego siebie. Owszem, nic nie zrobił, ale był w złym miejscu w złym czasie, powinien już spać, więc za to może mu się również oberwać… No nic, pozostawało poczekać i zobaczyć jak sytuacja się rozwinie.
    Słysząc odpowiedź profesora, skierował w jego stronę spojrzenie pełne nadziei. Właśnie, on chciałby się wytłumaczyć, przecież tylko szedł do dormitorium, a to że ciekawość go zgubiła to naprawdę nie jego wina… Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale lepsze to niż ukaranie i wyjec od matki. O tak, wszystko było lepsze niż potencjalny wyjec od matki, która dowie się o tym, że jej syn został szkolnym złodziejem skrzelozieli…
    Odruchowo się wzdrygnął czując na ramionach ręce nauczyciela, a potem nieco skulił w sobie, słysząc jego podniesiony głos. Matko, naprawdę się przejął! A Albus dostrzegł cień szansy na to, że wyjdzie z tej sytuacji bez szwanku. Malutką nadzieję, ale lepsze to niż nic. Wyswobodził się z rąk opiekuna, i stanął przed nim, starając się utrzymać jak najbardziej niewinny wyraz twarzy.
    - Mogę to wszystko wyjaśnić. Zostawiłem w wielkiej sali moje wypracowanie, którego potrzebuję na jutro. Dlatego złamałem zakaz i wyszedłem z dormitorium, ale właśnie tam wracałem kiedy zobaczyłem jak ktoś stąd ucieka, a potem to zostawione światło i… Zajrzałem po prostu do środka, ale to nie przestępstwo – powiedział poważnie, podkreślając zwłaszcza ostatnie słowa. – I oczywiście, przyjmę karę za wychodzenie o tak późnej porze poza pokój wspólny, ale nie jestem złodziejem.
    Uznał że powinien to podkreślić, zwłaszcza że jak widać dla woźnego każdy był winny, nawet jeśli winy mu nie udowodniono bo nie było żadnych dowodów.

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  11. Hoho, raczej Wiewiórka przypomni sobie jak to wspaniale jest być wkurwianym przez piegatego wrzoda, hehe.

    OdpowiedzUsuń
  12. Kiedy rozmawiała z młodym uczniem, a ten poinformował ją, że ma ogromny problem i nie ma pojęcia w jaki sposób ma sobie z nim poradzić, uznała, że to idealny moment aby wysłać ucznia do Mathiasa. W końcu po to ją między innymi miał! W życiu jednak nie spodziewała się, że tym ogromnym, tak ciężkim problemem okaże się opóźnienie z referatem na jeden ze szkolnych przedmiotów. Stojąc w gabinecie Rathmanna z zażenowaniem wysłuchiwała tłumaczeń ucznia. Było jej strasznie źle z myślą, że sprowadziła go do Mathiasa. Nie dość, że pomocy nie dostanie, zrazi się do profesora, do niej to jeszcze i ona być może dostanie reprymendę. Wyniosła jednak sama z tego lekcję – przed pójściem z uczniem do profesora OPCM sama musi dopytać o co dokładnie się rozchodzi. Kiedy spotkała spojrzenie pełne wyrzutu ucznia, sama wygięła usta w grymasie niezadowolenia. Nie zamierzała tego tak zostawić. Złapie go później i da mu reprymendę, tłumacząc jak wygląda prawdziwy, ogromny i nieczerpiący zwłoki problem.
    — Oczywiście panie profesorze, dopilnuję wszystkiego. — Uśmiechnęła się blado i słuchała uważnie co jeszcze mężczyzna ma do powiedzenia. Gdy wytłumaczył dokładnie co jeszcze uczeń musi zrobić, a ten wycofał się z gabinetu, sama odetchnęła z ulgą. Wciąż trochę sama się czuła, jakby była na dywaniku w takich momentach.
    — Zostały mi jeszcze dwie do sprawdzenia. Jutro przed zajęciami wszystko będzie gotowe. — Odpowiedziała ze spokojem. Uważała, że sumiennie spełnia swoje obowiązki i Mathias raczej powinien być z niej zadowolony. Co prawda trudno było mężczyznę rozgryźć, ale nie zamierzała sama prędko się poddać.
    — Przepraszam, że tutaj z nim przyszłam. — Zdecydowała się odezwać, obserwując dokładnie gabinet młodego mężczyzny. — Gdy z nim rozmawiałam, opowiadał o tym wszystkim tak, jakby co najmniej miał problem życia i śmierci. Nie kazałabym mu prosić o pomoc, gdybym wiedziała, że chodzi o referat. — Wytłumaczyła się, mając nadzieję, że dzisiejsza sprawa nie wpłynie negatywnie na ich relację, ani ocenę jej pracy.

    Evelyn

    OdpowiedzUsuń
  13. [Skoro to opiekun Slytherinu i animag to chyba się z moim Wężsiem dogadają (bo 'anguis' to podobno 'wąż' po łacinie :D Masz jakieś konkretne zapotrzebowania na relacje z uczniami, czy co wyjdzie to będzie?]

    Anguis

    OdpowiedzUsuń
  14. Anguis sam już nawet nie pamiętał dlaczego zapragnął zostać animagiem. Może dlatego, że niczym za bardzo się nie wyróżniał? Poza tym, że jego ojciec siedział w Azkabanie. Ale to raczej nie jest coś, czym należy się chwalić. Nawet jeśli do tego okropnego morderstwa doszło, kiedy chłopak był mały i nawet nie pamiętał rodziców. Znał ich z kilku zdjęć, ale byli to dla niego ludzie równie odlegli co Merlin czy Grindelwald.
    W pewnym momencie przestał sam sobie radzić z przemianami. Bojąc się przykrych konsekwencji zwrócił się z prośbą o pomóc do nauczyciela transmutacji. Po pierwsze był ekspertem od transmutacji, a po drugie sam był animagiem więc doskonale znał cały proces nauki i wiedział jak to jest. Ćwiczyli razem raz w tygodniu. Chłopak nabierał wprawy, w końcu umiał przemienić się w pełni w kota, bez żadnych powikłań i niedoróbek. Najtrudniej przyswajał wytworzenie ogona. To było dla niego tak strasznie abstrakcyjne...i chociaż istnieją koty bez ogona ragdoll, w którego on się przemieniał pozbawiony swojej puszystej kity wyglądał dziwnie.
    Niestety, wkrótce potem Mathias wyjechał, bez słowa. Nowemu nauczycielowi Anguis bał się zaufać. Ćwiczył więc sam, a podczas przerwy świątecznej poszedł się zarejestrować w Ministerstwie Magii, aby nie mieć z tym problemów. Nie chciał w końcu trafić do Azkabanu jak jego ojciec, a taka była kara za brak rejestracji tych zdolności. Chociaż na początku robił to, aby być z czegoś znanym ostatecznie nie dzielił się tym zbyt często, to był jego sekret, jego as w rękawie. Ile razy uniknął kłopotów, bo szybko zmienił się w kota i uciekł nie był w stanie policzyć...
    Cóż, nie tym razem. Tym razem sprawę mógł rozwiązać tylko pojedynek. Wokół niego, a tego głupiego Gryfona utworzył się spory krąg gapiów. Chłopacy stali naprzeciwko siebie i rzucali zaklęcia. Dopóki nagle, jak spod ziemi, nie pojawił się Profesor Rathmann. Anguis nie uciekał, bo po pierwsze nauczyciel i tak już ich widział z bliska, a po drugie i tak by go wytropił w swojej zwierzęcej formie. Schował różdżkę i czekał.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Cześć! Dziękuję pięknie za tak ciepłe powitanie na blogu i miłe słowa pod adresem mojej karty. Hm, coś mi podpowiada, że Mathias i Malcolm powinni się znać, może też darzyć jakąś dozą sympatii, jeszcze przed Hogwartem głównie ze względu na bardzo długą znajomość między M. a Rosalie. Obecnie, w rzeczy samej, mogliby wymieniać się misternymi planami tego, jak wpłynąć na uczniów, by wyrośli na porządne czarownice i czarodziejów. Dodatkowo wspomnę, że będę mieć natomiast romans, choć nietraktowany dosłownie, do twojej drugiej postaci — Adama, ale to dopiero wtedy, gdy na blogu pojawi się już moja uczniowska postać. W tym miejscu wychodziłoby na to, że zaproponuje podwójną rozgrywkę, lecz nie mam pewności, jak się na takową zaopatrujesz.]

    Malcolm Letherhaze

    OdpowiedzUsuń
  16. Zbliżał się koniec roku szkolnego, więc Claire miała na wszystko… Wylane, żeby nie użyć brzydszego słowa w tym kontekście. Zaliczyła już egzaminy końcowe, więc na lekcjach jedynie figurowała, jak zresztą większość ślizgonów (i nie tylko ślizgonów), a nocne wędrówki po Hogwarcie stały się nie tylko jej normą, bo zdarzało jej się mijać osoby, które nie były ani nauczycielami, ani prefektami (a akurat ich twarzy nauczyła się na pamięć, żeby wiedzieć, z kim ma do czynienia), a i sami prefekci nie przykładali się już zbytnio do tego, by karać ją w jakikolwiek sposób. Szlabany i tak wisiały nieodrobione, zważywszy, że zabrakło jej na to roku szkolnego, ślizgoni starali się nie odbierać punktów innym ślizgonom przed podsumowaniem punktacji dotyczącej Pucharu Domów, a na innych prefektów jakoś miała szczęście w ostatnich dniach nie trafić, może dlatego, że kręciła się głównie w pobliżu lochów, ewentualnie przy poszczególnych wieżach, z daleka od innych ludzi, którzy w nocy raczej by się tam nie zapuścili.
    Na wieżę astronomiczną przychodziła w jednym celu – mugolskie papierosy były jej niechlubnym uzależnieniem od kilku miesięcy (bunt nastolatka miał miejsce również w magicznych rodzinach, zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, jaka informacja spadła na dziewczynę parę tygodni wcześniej), a to było jedno z niewielu miejsc, w których nie bała się, że ktoś ją za chwilę przyłapie, bo nauczyciele rzadko zapuszczali się w te okolice, chyba że na jakąś lekcję.
    A Claire korzystała. Oparła się plecami o jeden z filarów i podkuliła pod siebie nogi tak, by móc oprzeć na nich jakąś mugolską książkę przygodową. Między szczupłymi, krótkimi palcami bezpiecznie spoczywał filtr papierosa, a dym co jakiś czas przyjemnie drażnił gardło i płuca, po chwili rozpływając się szarymi obłokami w powietrzu. Nie była doświadczoną palaczką, ale przestała nawet kaszleć przez zapach, toteż korzystała z tego, póki jeszcze mogła. Z rodzicami na pewno nie będzie tak łatwo, nawet mimo tego, że nie było ich całymi dniami. Choć Claire należała do tych niebojących się, przy seniorach nie była taka odważna.
    Akurat zaciągnęła się płynem, gdy do jej uszu dotarło echo zbliżających się po schodach kroków. W panice zakrztusiła się i szybko wstała spod filaru, szybko wyrzucając papierosa przez barierkę. Nie wiedziała, co prawda, kto idzie, a wolała nie mieć żadnych problemów z tytułu buntu na sam koniec. W ostatniej chwili przypomniała sobie, że przecież nie powinna tu, do cholery, być, więc wbiegła za następny filar, przyciskając ciało do zimnego betonu i zaklęła pod nosem dostrzegając na posadzce książkę, która najwidoczniej musiała jej spaść podczas gorączkowej ucieczki. Czuła każdą komórką swojego ciała, że ma przerąbane.

    Claire

    [ps przepraszam, że tak długo, ale czas niestety nie pozwalał wcześniej ;___;]

    OdpowiedzUsuń
  17. Chyba taki był już urok woźnego Hogwartu – uczniowie go nienawidzili, a nauczyciele, chociaż nie powinno tak być, również nie byli do niego przyjacielsko nastawieni. Albus jednak nie sądził nigdy, nawet w najśmielszych snach, że kiedyś jakiś profesor go przed staruszkiem obroni… Chociaż na chwilę odwlekając szlaban. Bo pomimo tego, że miał nadzieję na ominięcie kary, podejrzewał że nic z tego nie będzie.
    Posłusznie poszedł za nauczycielem, rzucając woźnemu ostatnie spojrzenie. Gdyby na jego miejscu był James, pewnie uśmiechnąłby się triumfalnie, pewny że znowu się wymigał od kary. Ale był sobą, i nawet gdyby wiedział że nic już mu nie grozi, to jednak miał szacunek do starca (chociaż oczywiście go nie lubił) i nawet przez chwilę nie pomyślał, żeby pozwolić sobie na jakiś niegrzeczny gest.
    Nigdy nie był w gabinecie Rathmanna, dlatego rozejrzał się szybko po pomieszczeniu, i nawet chciał się schylić żeby pogłaskać kota, ale powstrzymał się przed tym. Wolał nie drażnić opiekuna bardziej niż było to konieczne… A miał dziwne wrażenie, że pomimo stanięcia w jego obronie, i Rathmann był przekonany o jego winie. Przełknął głośno, dopiero teraz uświadamiając sobie, że magazynek należał do jego żony. No pięknie. Miał totalnie przewalone.
    Otworzył usta, chcąc ponownie powtórzyć swoje wyjaśnienie, ale tak samo szybko je zamknął. No to miał mówić czy nie? Postanowił jednak milczeć, skinął tylko głową. Może to i lepiej, wyśpi się (chociaż podejrzewał, że nie zmruży przez całą noc oczu) i jutro zdoła podejść do całej tej sprawy na świeżo? Szczerze w to wątpił, ale miał nadzieję, że przynajmniej w przypadku profesora tak będzie.
    - Dobranoc, panie profesorze – powiedział tylko, i wymknął się szybko z jego gabinetu, woląc nie czekać aż ten zmieni zdanie.
    W rekordowym tempie dotarł do pustego już pokoju wspólnego, a następnie w dormitorium zwalił się na łóżko. Nie przejmował się nawet ściąganiem butów. Doskonale czuł, że czeka go bezsenna noc.
    ***
    Tak jak podejrzewał, nie był w stanie zasnąć, chociaż miał wrażenie że nad samym ranem na kilka minut udało mu się zamknąć oczy. Nie pojawił się na śniadaniu (co w jego przypadku było normalne, często wolał dłużej pospać niż zjeść), chcąc unikać Rathmanna tak długo jak się da. Jednak lekcji nie mógł już opuścić, dlatego standardowo usiadł w ostatniej ławce, starając się jeszcze bardziej niż zwykle nie wychylać. I jak na stracenie czekał na rozmowę z nauczycielem. Miał pewien plan, ale żeby go wprowadzić w życie musiał być absolutnie pewny, że opiekun wierzy w jego wersję wydarzeń.

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  18. [Oj ja nawet na studiach z zajęć z typowego kodowania takich rzeczy nie robię XD Z Leosiem zostanę tak długo jak tylko się da! Jeśli masz jeszcze jakieś wakaty to możemy pomyśleć nad jakimś wątkiem, z jakby nie patrzeć opiekunem Leonarda :)]
    leonard

    OdpowiedzUsuń
  19. [No hej! Dzięki bardzo za tak radosne powitanko! Mam nadzieję, że zabawa będzie przednia, Tobie też takiej życzę, chociaż na pewno nie będziesz miała z tym problemu :D I spodziewaj się odpisu u Simone!]

    Cassius Carrow

    OdpowiedzUsuń
  20. Od zawsze miewał kłopoty z rodzicami. Kiedyś, w danych czasach gdy dopiero zaczynał swoją naukę w Hogwarcie, starał się sprostać wymaganiom matki i cieszył się za każdym razem jak tatuś łaskawie przebywał w domu. Zmuszał się do ciągłej nauki zaniedbując nowych kolegów i z przepracowania zasypiając na lekcjach na poduszce stworzonej z książek. Dopiero pod koniec pierwszej klasy zrozumiał jaki jest z tym nieszczęśliwy. Można powiedzieć, że w pewien sposób dojrzał do decyzji, która zmieniła jego życie. Stopniowo zaczął się zmieniać, mniej czasu poświęcał szkole, zaczął zadawać się z chłopakami z dormitorium i wycinał swoje pierwsze numery. Jego oceny z idealnych spadły na bardzo dobre - matka przyjęła to z oburzeniem, a przez pierwszy list jaki dostała od szkoły zamknęła go w domu na miesiąc wakacji. Duzo wtedy się wymykał - choć na parę godzin by móc przebywać z Lincolnem, a rodzice nie dbali o niego tak bardzo, że nawet nie zauważali tajemniczych zniknięć. Ojciec od zawsze miał go w nosie - zjawiał się w domu jedynie na święta i parę dni wakacji, nigdy nie pytał co u niego, a narzekania swojej żony kwitował wzruszeniem ramion albo wymownym milczeniem. Siedział cicho, przeglądając swoje księgi albo sącząc ognistą w swoim fotelu w salonie. Freddie nienawidził tej obojętności, a jeszcze bardziej nienawidził sprzeczek z matką - z każdym rokiem robiły się coraz głośniejsze, bardziej zażarte. Żył w przekonaniu, że rodzice go nie kochają - dla swojej rodzicielki okazał się kompletna porażką, ojciec natomiast uważał go chyba jedynie za wyposażenie domu. Wayland nie pamiętał, kiedy ostatnio zamienił z nim więcej niż parę lakonicznych zdań.
    W tym wypadku wiedział, że wizyta matki w Hogwarcie wywoła aferę na całą szkołę. Rzeczywiście przesadził . Wolał odrobinę eliksiru miłosnego do herbaty tego nauczyciela numerologii, a ten zaczął przystawiać się do gajowego. Cała Wielka Sala miała z tego ubaw, nawet na wargach kilku innych profesorów błąkały się uśmiechy, choć oczywiście próbowali je zatuszować powagą. Koleś nieźle się wkurzył i tak właśnie Freddie wylądował u Longbottoma. Matka zachowywała spokój. Usmiechała się nerwowo, przepraszała, obiecywała, że "porozmawia z synem na temat takich wybryków". Zachowywała się jak zwykle - idealna dystyngowana dama z szlachetnego rodu, której trafiło się dziecko-dowcipniś.
    Freddie milczał przez większość jej rozmowy z dyrektorem. Doskonale wiedział, że bura czeka go jak już opuszczą mury zamczyska, tam gdzie nie będzie żadnych świadków. Gdy wyszli na korytarz milczała. Ruszyła przed siebie z wysoko uniesiona głową, raz po raz stukając obcasami o kamienna posadzkę. Poszedł za nią, chcąc mieć to już z głowy i wrócić do pokoju wspólnego, by pośmiać się z czegoś z Lincolnem albo porozmawiać z Julia na błoniach.
    Przez całą drogę nawet nie niego nie spojrzała - parła przed siebie, zatrzymując się dopiero na tyłach szkoły,zapewne zadowolona, że trwają lekcje i szkoła jest niemal pusta.
    Kiedy spojrzał jej w oczy dostrzegł pogardę i żal - zabójczą mieszankę, jaka przeszywają go odkąd skończył dwanaście lat. Nie spuszczał wzroku z jej twarzy, nie uciekał, stal wyprostowany i bez większych emocji czekał na rozpoczęcie przedstawienia.
    - Po raz ostatni przyniosłeś wstyd naszej rodzinie. - Powiedziała w końcu wyraźnie i lodowato. Na pozór zachowywała spokoj, ale wyłapał w jej głosie nieznaczne drgania świadczące o tłumionej wściekłości.
    - Nie należę do tej rodziny. - Oznajmił jej zanim zdążył ugryźć się w język. To akurat po niej odziedziczył - opór, świadomość, dumę. Nie zamierzał przepraszać, nie uważał by wina leżała po jego stronie. Matka podniosła rękę, jakby chciała go uderzyć, jednak w ostatnich jej chwili się powstrzymała. Na jej twarzy zagościła złość, a końcu wypuściła z siebie emocje, choć te jeszcze z niej nie buchały.
    - Jesteś nieudacznikiem, Frederick. Gdzie ja poplenilam błąd. - Słowa te uderzyły w niego bardziej niż tego chciał. Starannie ukrywał swoje uczucia do rodziców,udawał, że ma ich gdzieś jednak gdzieś w głębi od zawsze przejmował się ich opinią.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  21. Anguis kiedyś znał Mathiasa doskonale. Spędzali w końcu ze sobą sporo czasu. Na lekcjach transmutacji i nauce animagii. Wiedział więc, że nie ma sensu dyskutować z nauczycielem i trzeba pozwolić mu się wykrzyczeć i przyjąć to, co miało nastąpić później. Więc poszedł bez słowa sprzeciwu za nim do jego gabinetu. Trochę brakowało mu tego pokoju. To tu pierwszy raz używał kocich zmysłów. Uczył się poruszania z kocią gracją. Ale też pierwszy raz złamał łapę albo wypluł kulę z kocich kłaków. Czyli ta sala była świadkiem jego wzlotów i upadków.
    Jednak teraz Mathias nie będzie mu tłumaczył jak poruszać się polegajac bardziej na wąsach niż na oczach. Teraz Mathias był wściekły.
    - Obraził mnie - powiedział i podniósł wysoko głowę. Miał nadzieję, że nauczyciel doceni jego odwagę - nazwał mnie Zgnitym Jajem. I ubliżał mojej matce. oraz ojcu - dodał. Wiedział, że Mathias doskonale zna jego historię. I wie, że uczniowie czystej krwi mu dokuczają z tego powodu.
    -Nieprawda. To on obrażał mnie. To w końcu Ślizgon - skłamał gryfon - No niech pan pomyśli! To zawsze ci ze Slytherinu są wredni!
    Anguis wiedział już, że chłopak ma przegwizdane. Po pierwsze Mathias go zna. Po drugie to opiekun Slytherinu. Po trzecie sam był Ślizgonem.
    Trafiony-zatopiony.

    OdpowiedzUsuń
  22. [W sumie mamy ciekawą sytuację, bo Mathias jest i opiekunem Slytherina i byłym szukającym, więc tak naprawdę mają trochę ze sobą wspólnego mimo różnicy wieku. Myślę sobie, że może M. zauważyłby, że Leonard znacznie opuszcza się na zajęciach, mimo że głupi nie jest, lub gdzieś przyuważyłby jego blizny po ojcu-kacie. Jeśli masz inne pomysły to śmiało pisz, bo ja na wszystko chętna!]
    Leonard

    OdpowiedzUsuń
  23. [Ruda, jestem jak twój cień, gdzie ty, to i ja, haha. :D Dzięki, twoi panowie zaś świetni! <3 Tu widzę opiekuna Ślizgonów, zawsze jakieś powiązanie z Amasaiem. :D]

    Amasai Langdon

    OdpowiedzUsuń
  24. Wiedział że ta rozmowa nie będzie ani łatwa ani przyjemna, ale nie zamierzał zostać ukarany za coś, czego nie zrobił. W najgorszym przypadku, gdyby profesor mu nie uwierzył, miał zamiar chwycić się ostatniej deski ratunku i zaproponować żeby przepytał go po wypiciu veritaserum. Długo w nocy myślał i wolał to od ewentualnych konsekwencji za coś, czego nie zrobił. Przełknął ślinę, i czekając aż inni opuszczą klasę, przeniósł się do pierwszej ławki. Nadeszła chwila prawdy, i już nie mógł łudzić się, że wszystko skończy się dobrze. Nie kiedy patrzył na Rathmanna. Mimo to musiał spróbować.
    - Nie ukradłem skrzeloziela, po prostu znalazłem się tam przypadkiem, gdy złodziej uciekał – powiedział, i powtórzył wszystko to, co już ostatniej nocy wyjaśniał profesorowi. – Dlatego, jak pan widzi, nie powinienem być ukarany za te kradzieże. Znalazłem się tam w nieodpowiednim czasie, i z ciekawości zajrzałem do magazynku… Wtedy znalazł mnie woźny i źle wszystko zinterpretował. – zakończył swoją opowieść.
    Nerwowo bawił się palcami, bojąc się spojrzeć mężczyźnie w oczy. Owszem, w trakcie mówienia to robił, ale teraz cała odwaga go opuściła. Przed oczami miał tylko jedną wizję, wizję wielkiego wstydu jaki poczuje gdy nikt nie uwierzy w jego niewinność. A gdyby został wywalony ze szkoły… Nie zniósłby tego, jeszcze żaden Potter nie został wyrzucony z Hogwartu, chociaż i jego ojciec i dziadek nie raz i nie dwa byli temu bliscy. Albus nie mógł w ten sposób zawieść swojej rodziny. Zdobywając się na ostatni przypływ odwagi, uniósł wzrok i utkwił go w spojrzeniu Rathmanna. Jak na złość, jego oczy nic mu nie mówiły, a miał nadzieję wyczytać z nich swój los.
    - Panie profesorze, jeśli mi pan uwierzy być może będę wiedział jak odkryć prawdziwego złodzieja – oznajmił, nie przerywając spojrzenia i prosząc Merlina o to, żeby nauczyciel wziął po raz kolejny jego stronę.
    Może nie wpisywał się w łatkę Pottera, ale jednak nim był. Wiedział jak poradzić sobie z wieloma rzeczami, nawet jeśli zahaczało to o pogwałcenie kilku punktów regulaminu. Jeśli, i tylko wtedy gdy Rathmann mu uwierzy, chętnie podzieli się z nim wiedzą jak nakryć złodzieja na gorącym uczynku, tak żeby tamten się nie zorientował zanim nie będzie za późno. Musiał jednak mieć pewność, że sam nie poniesie żadnych konsekwencji… Nie licząc tych za nocne przechadzki po zamku, bo za to powinien zostać ukarany.

    Albus

    OdpowiedzUsuń
  25. Anguis skrzywił się jedynie lekko słysząc krzyki Mathiasa. Czasami nie rozumiał co dzieje się w umyśle Niemca. Naprawdę nie chciał wiedzieć kto zaczął i o co poszło? Kretyn. Dobrze, że skończyło się na dwudziestu punktach. Jednak lekcja eliksirów i to nadrobi. Gryfon był wyjątkowym półgłówkiem. To było oczywiste, że na ujemnych punktach się nie skończy, ale ten już ruszył do drzwi. Czekał aż nauczyciel go za to zwyzywa. Ciekawiło go jaka będzie kara. Bo jakaś musi być, złamanie zakazu pojedynkowania się to coś innego niż pyskowanie. Miał nadzieję, że będzie musiał chodzić po opuszczonych częściach zamku, gdzie są myszy. Czy Mathias wiedział jak panicznie chłopak boi się myszy? Chyba nie.

    OdpowiedzUsuń
  26. Była zła, wręcz wściekła, ale nie na samą siebie dlatego, że złamała szkolny regulamin, bo akurat to wydawało się sensem jej życia. Raczej na to, że była nieuważna i dała się przyłapać, w dodatku nauczycielowi, za którym nieszczególnie przepadała, choć jego przedmiot, zarówno ten poprzedni, jak i obecny, cholernie ją fascynował. Jego niezbyt skromna osoba już trochę mniej. Wolałaby zostać przyłapana przez Letherhaze’a, niż przez tego tu obecnego.
    Z głośnym westchnieniem opadła plecami na filar i wywróciła oczami, nie przejmując się, że może za to jeszcze bardziej oberwać. Mógł jej oszczędzić tych wszystkich pouczeń, przecież to nie był jej pierwszy raz. Znała te teksty na pamięć.
    - A pan? Co pan tutaj robi, zamiast leżeć w łóżku ze swoją żoną, profesorze? – spytała, zanim zdążyła ugryźć się w język i wyprostowała się na całe swoje marne metr pięćdziesiąt, spoglądając mężczyźnie w oczy z wrednymi ognikami czającymi się w niebieskich tęczówkach. Przegięła, ale kto by się tym przejmował? – Regulamin akurat znam na pamięć, złamałam chyba każdy jego punkt, więc nie musi pan się o to martwić. Ale nie pamiętam, by było w nim napisane coś o tym, że nauczyciele mogą wędrować nocą po zamku poza pilnymi przypadkami i dyżurami. A, jeśli się nie mylę, dyżur powinien mieć dzisiaj profesor Lebiediew – powiedziała głosem przemądrzałej nastolatki i uśmiechnęła się uroczo. Chyba właśnie próbowała odwrócić kota ogonem, ale Claire lubiła zbijać innych z pantałyku. Co prawda miała wrażenie, że ten numer nie przejdzie w przypadku Rathmanna, ale nie szkodziło jej spróbować. I tak nie mógł jej zrobić nic poza szlabanem czy odebraniem punktów, a tak się składało, że Summers nieszczególnie się przejmowała i jednym i drugim. Jej kartoteka i tak już pękała w szwach, jeden dodatkowy wpis w tę czy w tę…
    - Oczywiście, panie profesorze. Przyjęłam do wiadomości – odparła i dygnęła przed mężczyzną, unosząc prawą dłonią rąbek szaty, a jej delikatny uśmiech znacznie się poszerzył. – Na co mam się przygotować? Przepisywanie zdań? Karne ćwiczenie zaklęć na poziomie owutemów bez przygotowania? Sprzątanie korytarzy? Zresztą, nieważne. Proszę mnie zaskoczyć – machnęła ręką i odsunęła się od filaru, by wyminąć nauczyciela i ruszyć w kierunku zejścia z wieży.

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  27. Stukot obcasów roznosił się echem po pustych korytarzach Hogwartu, do tej pory milczących o rzeczach, które się pośród nich działy. Echo jednak zapowiadało kolejnym ścianom, że ktoś przemieszcza się szybkim tempem i oznajmiało poprzednim, że biegnąca osoba już się oddala. Lochy w ten sposób informowały schodom, że już za chwilę, ktoś będzie z nich korzystał, a o tej godzinie z gabinetu nauczyciela eliksirów ktoś kierował się zawsze w tę samą stronę. Dzięki temu ruchome schody zaczęły układać się podług myśli przemieszczającej się nerwowo postaci, by mogła ona wybiec na korytarze drugiego piętra. Echo ponownie niosło się wszędzie, co po pewnym czasie przestało irytować biegnącą kobietę, która po prostu przestała zwracać na to uwagę. Zadziało się bowiem coś, co miała znacznie większą wagę, niż jej własne nerwy dotyczące głupim dźwiękiem odbijającym się po ścianach.
    Stukot obcasów ucichł dopiero pod drzwiami gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią, gdzie jasnowłosa kobieta wręcz wpadła dla środka pomieszczenia, uprzednio szarpiąc za klamkę.
    — Mathias, błagam, szybko — jęknęła ewidentnie przerażona, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co właśnie robił jej mąż. Po prostu dobiegła do niego, wyrwała pióro z ręki, by móc go złapać za dłonie i pociągnąć w górę, by wstał. — Trzeba szukać Arthura Rice’a z piątego roku — mówiła wciąż ciągnąć go w stronę wyjścia. Wyjaśniła o co chodzi, tylko dlatego, że Rathmann zdawał się być zupełnie zdezorientowany cała sytuacją, a także jej nagłym wtargnięciem. — Przepraszam, wiem, że dzisiaj chciałeś dłużej tu zostać, ale zgubił się w Zakazanym Lesie w trakcie szlabanu. Zdążył wrócić do mnie prefekt i mnie poinformować, a sama nie dam rady go tam szukać. Chodź, błagam cię.
    W takich sytuacjach była w stanie postawić się w sytuację matki, której ginie syn. Gdyby to właśnie ją spotkało coś podobnego, nie wybaczyłaby osobą odpowiedzialnym z jej dziecko, że dopuścili się czegoś podobnego. Z tej przyczyny musieli jak najszybciej rozpocząć poszukiwania, ponieważ Zakazany Las nie dostał swej nazwy, ot tak znikąd. Jeszcze sama będąc uczennicą w Hogwarcie pamięta szlabany, które dostawała w Zakazanym Lesie, a także jak bardzo bała się podczas tych wycieczek.

    kwiatek ten najpiękniejszy

    OdpowiedzUsuń
  28. Bardzo możliwe, iż dalej opowiadałaby o zaginionym chłopaku, swoich zmartwieniach tym lekko przestraszonym głosem, który zazwyczaj zaczynał drgać, gdyby nie nagłe, acz delikatne szarpnięcie. Rosie przystanęła, gdy tylko usłyszała głos męża, natychmiast zwracając całą swą uwagę jego osobie. Była tak zdenerwowana, że uśmiech mężczyzny nie wywołał w niej żadnej reakcji, a dopiero czuły pocałunek w czoło zdawał się pomóc jej w uspokojeniu się. Blondynka odetchnęła, czując jak jej ramiona odrobinę rozluźniają się pod wpływem ciepłych rąk Mathiasa.
    Nie raz zastanawiała się, co zrobiłaby bez stanowczości i umiejętności planowania Niemca, których ona posiadała zaledwie w kilku procentach. Była wciąż tą roztrzepaną Gryfonką biegnącą przez korytarze Hogwartu w ucieczce przed woźnym, obiektem częstych żartów dziewczyny. To wciąż była ona, pełna spontaniczności, nieprzewidywalności, ale jednak z poczuciem odpowiedzialności za swoje czyny, rodzinę i osoby najbliższe jej sercu.
    Czuła, jak mąż wpatruje się prosto w jej oczy, jednocześnie oddychając głęboko i zmuszając, by ona postąpiła tak samo. Nie potrafiła jednak zapanować nad własnym wzrokiem, który przeskakiwał po różnych częściach szaty mężczyzny, szalejąc podobnie jak myśli Rosaline, skupione wokół zaistniałych wydarzeń. Krótką chwilę zajęło kobiecie uspokojenie się, po którym Mathias dopiero postanowił ruszyć. Milczała całą drogę do Zakazanego Lasu, próbując wziąć się w garść, bo wiedziała, że w takim stanie na niewiele się zda.
    Rathmann kiwała głową za każdym razem, gdy mąż coś do niej mówił, bo nie była w stanie wypowiedzieć cokolwiek, w dalszym ciągu próbując zapanować nad swoimi nerwami. Dopiero wzmianka o szarlotce wywołała na jej ustach lekki, ale szczery uśmiech pełny wdzięczności.
    — Dziękuję — szepnęła tuż po tym, jak mężczyzna skinął głową. — Ale chodź, naprawdę musimy się spieszyć — Rosie jęknęła, następnie wyciągając różdżkę z lewego rękawa, gdzie zwykła ją chować.
    Nie musiała nawet wypowiadać zaklęcia, by końcówka wyrzeźbionego drewna zapaliła się zimnym światłem. Niegdyś potrzebowała go aż nazbyt często. Jednak zanim ruszyła w głąb lasu, wplątała swoją drobną dłoń w większą odpowiedniczkę należącą do męża, dopiero potem lekko pociągnęła mężczyznę za sobą.
    Zakazany Las zawsze wydawał się niezwykle gęsty. Nawet gdy słońce świeciło w samo południe, drzewa i liście jakby nie miały zamiaru dopuszczać światła pod swoje korony. Rosie odkąd pamięta, było tu zawsze ciemno, mrocznie i niezwykle cicho, zupełnie jakby czas zatrzymywał się w miejscu.
    — Rabastan mówił, że zgubił go gdzieś przy najbliższej ścieżce — szepnęła blondynka, podciągając szatę do góry, kiedy akurat przechodzili przez stertę wystających gałęzi. — Mam nadzieję, że Arthur nie oddalił się za daleko. Jak myślisz, czy coś go przestraszyło, czy po prostu chciał skrócić sobie szlaban? — zapytała, chcąc jakoś przestać skupiać się na mętliku oraz zdenerwowaniu, które krzątało się po jej głowie. Ścisnęła tylko mocniej dłoń męża, idąc dalej do wspomnianej ścieżki.

    Rosie <3

    OdpowiedzUsuń
  29. — Oczywiście, wszystko będzie na czas. — Odpowiedziała od razu, zastanawiając się dlaczego nie wspomniał jej wczoraj o konieczności sprawdzenia prac na dzień jutrzejszy. Tak mogłaby dzisiejszy wieczór spędzić w spokoju, nie stresując się jeszcze tymi kilkoma pracami, które jej zostały. Czasami miała ochotę strzelić w siebie avadą, gdy czytała bzdury niektórych uczniów. Tak, jakby w ogóle nie uważali na zajęciach, a jedyne co robili to składali z kawałków pergaminu samolociki, którymi później za pomocą czarów próbowali przekazać wiadomości. Evelyn z jednej strony potrafiła zrozumieć ich bez problemu, jeszcze kilka lat temu sama siedziała w jednej z ławek, uważnie wsłuchując się w słowa profesorów. Jednak jej zależało na ocenach, zależało jej na tym, aby bez problemowo rozpocząć swoje dorosłe życie. Czasami zastanawiała się nad tym, co stanie się z tymi wszystkimi, nie uczącymi się kolegami… Nie miała jednak na ten moment czasu, ani ochoty rozmyślać nad tym. Zamiast tego uśmiechnęła się, skinąwszy delikatnie głową na słowa Mathiasa. Jednak jego kolejne słowa bardziej ją zszokowały. Miała za mało czasu, aby przygotować się porządnie do prowadzenia zajęć. Spojrzała na papiery spoczywające jeszcze w dłoni Rathmanna, aby po chwili chwycić je i uważnie im się przyjrzeć. Nie miała faktycznie za dużo czasu na zorganizowanie się, więc bezczynne stanie w jego gabinecie, zdecydowanie nie działało na korzyść stażystki.
    — Tak, oczywiście. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Dostanę materiały czy będę miała wszystko sama przygotować wcześniej i dać do sprawdzenia? — Chciała wiedzieć tym razem wcześniej, aby mieć wystarczająco dużo czasu. Gdy usłyszała odpowiedź uśmiechnęła się ponownie do starszego mężczyzny i powiedziała ciche dobranoc, zamykając za sobą drzwi, aby pospiesznie wrócić do swojej komnaty. Czekała ją długa noc, wypełniona małą ilością snu.
    O poranku stała zwarta i gotowa w klasie lekcyjnej czekając i za Mathiasem i za uczniami, którzy prawdopodobnie byli jeszcze w Wielkiej Sali zajadając się śniadaniem. Evelyn nie miała jednak w ogóle apetytu, na co mogła mieć wpływ nocna wycieczka do kuchni.
    — O matko, mam wrażenie, że spłonę lub zapadnę się pod ziemię. Spokojnie Bethell. Dasz sobie radę, jesteś przygotowana. Wszystko to wiesz, nie dostałaś tego stażu z przypadku. — Powtarzała sobie, nieśmiało kładąc swoje notatki na skraju biurka Mathiasa.

    Evelyn

    OdpowiedzUsuń
  30. Kiedy tylko dowiedział się o zniknięciu Borysa i niedługo potem został wyznaczony do poszukiwań chłopca, wyznaczył sobie za punkt honoru, że go uchroni przed skutkami lekkomyślnej decyzji o przekroczeniu granicy Zakazanego Lasu. Sama myśl o tym sprawiała, że wzdychał z rozczarowaniem na taki obrót sprawy, choć liczył, że da to nauczkę pozostałym wychowankom. Malcolm Letherhaze nie liczył, że będzie mierzył się z siłami zaklętych przez klątwy wszelkiej maści portali, miejsc, czy obiektów, lecz ciemnego, nieprzeniknionego boru nie należało lekceważyć. Jako jedna z najbliższych osób rodziny chłopca, aż nadto zdawał sobie sprawę z tego, jak jego zniknięcie rzutowało na jego rodziców. Zgodnie z wytycznymi nie mógł jednak podzielić się z nimi tym, że to on będzie jednym z poszukujących. A zamierzał Borysa wyciągnąć, mimo iż nawoływanie po imieniu i pchanie do przodu swobodnie unoszącej się kuli światła przywołanej za pomocą niewypowiedzianego na głos Lumos Maxima nie napawały optymizmem, tak jak trzaskające pod butami gałęzie. Malcolm wiedziony jednak do przodu swym profesjonalizmem i latami wypracowanego opanowania, nie zamierzał przyjmować namiastki porażki do wiadomości. Letherhaze zamierzał bowiem przejść Zakazany Las wzdłuż i wszerz aż chłopca nie odnajdzie, to było naczelnym celem jego dzisiejszej wyprawy.
    Poszukiwania rozpoczęto tuż po kolacji w Wielkiej Sali, po której to prefekci poszczególnych domów odprawili bezpiecznie uczniów do ich dormitoriów, a tymczasem wyodrębniona grupa nauczycieli wyruszyła w stronę Zakazanego Lasu (z wyłączeniem rodziców chłopca, ma się rozumieć). Dwóch pozostało na jego skraju, w razie, gdyby Borys znalazł drogę powrotną lub przerażony wybiegł na zewnątrz. Tak się jednak nie stało. Jeden z nauczycieli cały czas chodził nerwowo, drugi zaś siedział na wilgotnej trawie, wpatrując się w ścianę drzew. Właśnie on zerwał się na nogi, gdy kula światła wyłoniła się wprost z niej, oświetlając dokoła wszystko, umożliwiając nawet zobaczenie kory, a niedługo potem ich oczom ukazał się Malcolm Letherhaze, trzymając rękę zaciśniętą na ramieniu wymęczonego chłopca, którego to oczy przypominały spodki. Nauczyciel Zaklęć i Uroków nie zamierzał nikomu wspomnieć o tym, że Borys w odruchu paniki i wycieńczenia nawet się do niego przytulił, to było ich tajemnicą.
    Na ramionach Borysa widniała marynarka Malcolma, ale ten nie czekał na reakcję dwóch nauczycieli, którzy wzniosą różdżki, by wypuścić z nich czerwone światło w formie wiadomości dla pozostałej trójki znajdującej się w ciemnym, pełnym tajemnic lesie. Skierował się z młodym Rathmannem wprost do zamku. Do komnaty Mathiasa. Żadne słowa otuchy nie były już potrzebne, Malcolm nie był w tego typu przemowach zbyt dobry i wydawało mu się, że milczenie jest wygodne zarówno dla niego, jak i Borysa. Pocieszył go tylko w lesie, jakby go pozdrawiał słowami: już wszystko dobrze, zaraz wrócimy do zamku, nie ma się czego obawiać.
    Nie pukał. Otworzył drzwi, jakby prowadziły do jego własnej komnaty. Puścił chłopca pierwszego, ale nie oczekiwał zwrotu swojej marynarki. W tej chwili miała ona najmniejsze znaczenie.
    — Oto twoja zguba — przemówił spokojnie Malcolm, lecz zmęczenie znajdowało ujście w jego spojrzeniu. Nic dziwnego w końcu dochodziła już trzecia nad ranem. — Rano, jak się wyśpi, zgłoś się z nim do pielęgniarki, aby go obejrzała. Z tego co zauważyłem pobieżnie ma kilka zadrapań i siniaków, pewnie przed czymś uciekał. — Następnie oparł się ramieniem o framugę drzwi. Nie było w tym nic zaskakującego w samotności pośród nieprzeniknionej ciemności można było odejść od własnych zmysłów, a dodatkowo przytłaczająca była świadomość tego, że nie można opuścić.

    Malcolm Letherhaze

    OdpowiedzUsuń
  31. Malcolm stojąc jeszcze w progu komnaty oświetlanej skromnie, nie zdecydowawszy się, by wejść do środka i psuć tę chwilę radości ze strony Mathiasa, który odzyskał swoją pociechę, jak i Borysa, który najpewniej radował się, że jest już po wszystkim i nie musi spędzić kolejnej nocy w zagubieniu oraz przerażeniu otoczony zewsząd ciemnością, a także naturalnymi odgłosami Zakazanego Lasu. Rola Letherhaze’a jako przyjaciela rodziny i zarazem osoby, której zadaniem naczelnym było odnalezienie chłopca w tym miejscu sięgało swego kresu. I to wcale nie tak, że przeszkadzało mu to — on po prostu nie czuł się częścią tego obrazka. Zrobił to, co leżało w jego powinności, a Borys wrócił cały i względnie zdrowy, jeśli pominąć te nieszczęsne zadrapania i paletę siniaków, a do tego wymęczony i głodny.
    Letherhaze spojrzał Mathiasowi w oczy, przejmując od niego marynarkę i zwieszając ją dość niechlujnie przez ramię, nadal, jakoby niezmiennie trzymając ją w ręku. Skinął jedynie głową i uśmiechnął się oszczędnie, co raczej sygnalizowało na tym etapie, że sam nie uważa, że uczynił coś wielkiego. Nawet w fachu łamacza klątw i zaklęć od pozostałych parających się tą profesją odróżniało go poczucie obowiązku (i pracoholizm, lecz to swoją drogą), nigdy nie łaknął sławy, ponadto nie karmił się pochlebstwami wszelkiego rodzaju, czy rosnącymi dokonaniami na koncie, a tym samym nie obrastał w piórka przekonany o swojej wyższości nad każdym dokoła. Malcolm Letherhaze robił to, co leżało w zakresie jego obowiązków. Nigdy mniej, a o wiele częściej — więcej niż od niego oczekiwano.
    — Daj mi znać, czy wszystko z nim w porządku — mruknął tylko w odpowiedzi. O tej nieboskiej porze i nadprogramowej wędrówce w jego nowym, choć wciąż się łudził, że tymczasowym, zawodzie zmęczenie na nim również odcisnęło swoje znaki. Obawiał się nawet, że poranne wstanie na zajęcia nie będzie, na Merlina, takie proste, jakby się mogło wydawać.

    I wprawdzie Malcolm Letherhaze nie pomylił się — nie dość, że prawie zaspał, to musiał skłonić się do doprowadzenia do porządku za pomocą magii. Z reguły jednak nie uciekał się do ułatwień takiego kalibru, by nie przechylać samego siebie w stronę jakże kuszącego lenistwa. Poranne zajęcia miały senny charakter, sądząc nie tylko po minach niewybudzonych jeszcze w pełni uczniów, gdy omawiał właśnie dlaczego istnieją zaklęcia, których się nie należy używać ze względów bezpieczeństwa. Malcolm głos miał zachrypnięty, po sali poruszał się ospale. Istniał cień szansy, że wychowankowie albo wpatrujący się tępo w drewniane ławy, albo notujący coś powoli, nie zwrócą na ten fakt zbytniej uwagi. Z kolei na jego twarzy najbardziej widoczną oznaką zmęczenia i niewystarczających godzin snu okazywały się ciemniejsze cienie pod oczami. Nikt z osób zajmujących miejsca w ławach nie zdawał sobie sprawy z tego, że ich surowy profesor, który nie zdążył nawet uraczyć się śniadaniem czy gorącą, gorzką kawą, co skądinąd uczyni dopiero po przeprowadzeniu zajęć, korzystając z przysługującej mu przerwy między następnymi zajęciami.
    Nic nie zwiastowało tego, że ktoś bezczelnie wtargnie na jego zajęcia, zaburzając ich przebieg i wyciągnie niebawem ucznia przysypiającego na ławie. Tego dnia jednak nawet Malcolm przymykał oko na takie szczegóły, samemu nie będąc w całkowitej sprawności, by wymagać tego drogą hipokryzji od innych, choć w normatywnych warunkach skończyłoby się to dla ów śmiałka tragicznie. Niebawem miał się jednak dobudzić nie za sprawą zbawiennych właściwości kawy, lecz sporej dawce nerwów, poirytowania i podniesionego ciśnienia.


    [Przeskakuję od razu, żeby niepotrzebnie nie przedłużać i nie lać ci tam wody. >D]

    Malcolm Letherhaze

    OdpowiedzUsuń
  32. Rosie, gdyby mogła, przeciągałaby czas nieuchronnego rozdzielenia się możliwie jak najdłużej, jednak nagłe zatrzymanie się w miejscu mężczyzny ogłosiło właśnie ten nieproszoną sytuację. Ponownie kiwała jedynie głową na każde wypowiedziane zdanie przez Mathiasa, by ten w końcu wypuścił jej rękę ze swojej i oddalił się w zupełnie przeciwnym kierunku, niż miała zmierzać ona sama. Rathmann odprowadzała go tęsknym wzrokiem do momentu, aż światło jego różdżki zaginęło gdzieś pomiędzy gęstwinami lasu, pozostawiając ją zupełnie samą w czarni mroku i masą przemyśleń w głowie. Dopiero wtedy oprzytomniała, zdając sobie sprawę z tego, że rozproszenie, które towarzyszy jej przez całą drogę od zamku, może ją w tym momencie zgubić. Zmarszczyła więc brwi, prawą dłoń zacisnęła na cyprysowym drewnie, a łapiąc wolną ręką za fałdy szaty ruszyła wzdłuż ścieżki.
    Buty na obcasie zdawały się być zupełnie nieodpowiednim obuwiem na takie wyprawy, ponieważ spód za każdym razem oddawał cichy, ale słyszalny dźwięk kroków zbliżającej się Rosaline. Wyszeptała więc zaklęcie uciszające, co aby nie zbudzić żadnych czyhających na nocnych wędrowników szkarad, ukrywających się po zakamarkach Zakazanego Lasu. Nie chciała zwracać niepotrzebnej uwagi na siebie samą, a co dopiero na szukanego Arthura, najprawdopodobniej trzęsącego się teraz ze strachu.
    Nie miała pojęcia, ile minęło już czasu, ignorując odrobinę słowa męża o powrocie po upływie trzydziestu minut, szczególnie, gdy natrafiła różdżkę niewiadomego pochodzenia.
    — Prior Incantato — szepnął kobiecy głos, już pozbawiony drżenia czy innych oznak bojaźni. Widmo zaklęcia pojawiło się tuż przed Rosaline, ukazując zwyczajne światło, jakie to rzuca różdżka, po wypowiedzeniu Lumos.
    W tym samym momencie różdżka nauczycielki zaświeciła mocniej, współpracując z myślami właścicielki, w których to pojawiło się odpowiednie słowo zaklęcia wywołującego blask z koniuszka rzeźbionego drewna. Kobieta rozejrzała się wokół siebie, przypisując odnalezioną zgubę, jako własność szukanego przez nią ucznia. Niewiele myśląc zboczyła z ścieżki, wchodząc głębiej w las, robiąc to zupełnie instynktownie, zupełnie gdyby sama miała uciekać i wybrać owy kierunek. Niedługo po tym, usłyszała swoje nazwisko wypowiedziane cichym głosikiem, gdzieś spod skarpy zawalonego drzewa.
    — Arthur? — zapytała, kierując światło w stronę dźwięku. Ujrzała tam skulonego nastolatka, z istnym przerażeniem w oczach, które nie pozwalało mi się wręcz ruszyć z miejsca. Bez wahania podeszła bliżej, przeciskając się przez zaschnięte krzaki i kilka pędów korzeni. — Co się stało? — jednak chłopak nawet nie musiał jej odpowiadać, gdy tylko zauważyła białawą nić, okalającą Arthura zbyt ciasno.
    Złość, którą poczuła Rosaline w tamtej chwili nie miała na kilka sekund swych granic. Miała wrażenie, że tylko gdy wróci do zamku, wpadnie do Gabinetu Dyrektora, by zwymyślać pomysł szlabanów odbywających się w Zakazanym Lesie. Jednak powaga sytuacji zdążyła na tyle ją uspokoić, by wyciągnęła różdżkę w stronę, z której jeszcze chwilę temu podążała. Zamknęła oczy, uspokoiła się, a mięśnie rozluźniła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilkuletni chłopiec o brązowych włosach, siedzący tuż obok niej na bujanej huśtawce w kwiecistym ogrodzie poruszył się niespokojnie po kilkunastominutowym bujaniu się w przód i tył.
      — Kochasz mojego tatę? — zapytał Borys, zupełnie nie zwracając uwagi na to, iż Mathias stał tuż za nimi, lekko popychając drewniane oparcie, na którym oboje siedzieli.
      — Oczywiście, najbardziej jak tylko potrafię — odpowiedziała lekko zaskoczona, lecz z uśmiechem i rumieńcami na twarzy. Nie odwróciła się w stronę mężczyzny, zwracając całą swą uwagę chłopcu, siedzącemu po jej lewej stronie.
      — A mnie?
      — Słońce, ciebie kocham najmocniej na świecie.
      — To dobrze, bo ja ciebie też — Borys zadarł głowę do góry, darząc Rosaline swym rozbrajającym, dziecięcym uśmiechem.

      — Expecto Patronum — niebieskawy ptak wystrzelił z końca różdżki, zataczając koło nad głową kobiety, by dopiero po krótkim przemyśleniu ruszyć w głąb lasu w poszukiwaniu swego drugiego właściciela. Emanujący poświatą jastrząb zdążył zniknąć pomiędzy drzewami, gdy niepokojący i cichawy dźwięk wydobył się kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym stała Rosaline. Wyglądało na to, że coś zbliżało się w ich stronę, zwiększając z każdą chwilą niebezpieczeństwo zagrażające splątanemu uczniowi. Miała więc nadzieję, że patronus, którego wyczarowała przywiedzie Mathiasa znacznie szybciej, niżeli by się tego uprzednio spodziewała.

      Usuń
  33. Senna atmosfera panująca w sali podczas porannego katowania nieprzytomnych jeszcze uczniów powtarzaniem dotychczas wyłożonego materiału utrzymałaby się najpewniej według normatywnych prognoz aż do ich końca. Do uszu Malcolma Letherhaze’a nie dotarły żadne plotki, lecz nie było w tym doprawdy nic zaskakującego, gdyż jego relacje z większością wychowankom zaczynały się na zajęciach, przez środowe spotkania Klubu Pojedynku, a na ich zwieńczeniu skończywszy. Ciężko należałoby zatem oczekiwać przy tak płytkiej znajomości, by którykolwiek z uczniów wykazywał, choćby najmniejsze skłonności do wyznań, a już tym bardziej dzielenia się pogłoskami na temat profesorów. Zakrawałoby to na istne szaleństwo.
    Otworzone drzwi już na wstępie zmąciły trwający w pomieszczeniu pozorny spokój i prowadzony przez Malcolma wykład. Jedna grupa dzieciaków (tych siedzących najbliżej nich), która względnie uważała, skierowała tam zainteresowane spojrzenia. Pozostała część, włącznie z Letherhazem wbiła wzrok w wyraźnie wzburzonego Mathiasa, przyglądać się zajściu. Łamacz Zaklęć znajdujący się na przymusowym urlopie, piastując obecnie miejsce nauczyciela — tymczasowo zgodnie z własnym przeświadczeniem, wpatrywał się w to z niemałym zdezorientowaniem, czego świadectwem były zmarszczone brwi. Rathmann jak gdyby nigdy nic wytargał ucznia z sali, co od razu podniosło mu ciśnienie, jeszcze bardziej niż fakt, że przerwał mu tym wypowiedź w połowie zdania. Dla odmiany stał w miejscu, co przy jego energiczności i usposobieniu nie mogło trwać w nieskończoność. Czegoś podobnego się nie spodziewał, a towarzyszące mu wciąż poranne otępienie utrudniło mu natychmiastową reakcję. Po dłuższej chwili Malcolm Letherhaze szybkim krokiem, niemalże ekspresowym, ruszył za Mathiasem, nakazując uprzednio swym uczniom pozostanie na miejscach, towarzyszyło temu nagłe ożywienie, które Rathmann za sobą wprowadził. Milczący, sennie siedzący uczniowie nagle się rozbudzili, skorzy do pogawędek i zainteresowani losem wyciągniętego siłą blondyna. Ależ to wzbudziło u Lethehraze’a irytację, ostatecznie zatrzasnął za sobą te cholerne, jebane drzwi, by nie dawać uczniakom następnego tematu do rozmów.
    Na korytarzu dostrzegł garbiącego się blondyna, na którego twarzy odciskała się niepewność i przerażenie ze względu na zaistniałą sytuację, a także wzburzenie i oczywistą przewagę Mathiasa. Wstępna refleksja Malcolma obróciła się wokół niewłaściwego sposobu na przeprowadzenie rozmowy nauczyciela z bezbronnym uczniem, niezależnie od okoliczności, choć sam podejrzewał, że nie mogą być one banalne. Letherhaze chwycił ucznia za ramię, stając tym samym między nimi.
    — Wracaj do sali — zwrócił się sucho w pierwszej kolejności do dzieciaka, którego nie trzeba było zbytnio zachęcać, gdyż niedługo potem zniknął za drzwiami, rzucając jeszcze przed zniknięciem w środku sali, krótkie spojrzenie Mathiasowi, jakby w celu upewnienia się, że ten mu tego nie uniemożliwi.
    Dopiero gdy na chłodnym korytarzu zamku zostali sam na sam, Letherhaze odwrócił się w jego stronę, ściągając usta w jedną, wąską linię. W jego jasnych oczach płonęła irytacja.
    — Co ty wyprawiasz, do jasnej cholery? — warknął cicho, jakoby konspiracyjnie Malcolm, nie kryjąc swego rozdrażnienia zaistniałą sytuacją. — Co to ma znaczyć, Mathiasie? O tej porze zamierzasz się bawić w straszaka na uczniów? Czyżby ledwo odnaleziony parę godzin temu syn nie rozładował ci emocji wystarczająco? — Letherhaze zasypał go pytaniami, dając upust swoim negatywnym emocjom. Doszła do tego energiczna gestykulacja, która rekompensowała mu to, że nie mógł szastać na prawo i lewo przekleństwami. Póki co Malcolm jeszcze jako tako się kontrolował.

    Malcolm Letherhaze

    OdpowiedzUsuń
  34. Nawet nie próbował krzyżować ramion, gdyż aż nadto zdawał sobie sprawę, że przy swojej nerwowości nie wytrzymałby w tak nienaturalnej dla siebie pozie. Wyczekiwał wyjaśnień za to nagłe najście w miarę cierpliwie i zaburzenie normalnego rytmu jego zajęć, co doprawdy zagrało mu na nerwach niesamowicie trafną melodię. Wysłuchał do końca relacji Mathiasa, który cieszył się statusem jego przyjaciela, na wpół niedowierzająco mu się przyglądając, by ostatecznie zmarszczyć brwi aż w miejscu między nimi pojawiła się wyraźna lwia zmarszczka.
    — Co, kurwa? — Letherhaze pokręcił głową, jakby chciał się pozbyć z umysłu tego o czym się właśnie dowiedział. Odchylił ją do tyłu, by spojrzenie jasnych oczu utkwić w symbolicznie w suficie. Że też musiał wysłuchiwać takiej lawiny przyczynowo-skutkowej, która ciągnęła za sobą ofiary w ludziach, tylko na podstawie oszczerstw, których nikt nie baczył potwierdzać, dając im wiarę. Malcolm wstrzymał się od miotania przekleństwami z równą zręcznością co czarami bez wypowiadania inkantacji.
    — Mathiasie, znam Rosaline od wieków — zaczął Malcolm bez większych emocji, choć lwia zmarszczka wynikająca z niezmiennego marszczenia brwi ani na moment nie zanikła. Patrzył na Rathamanna uważnie, jakby coś rozważał z ewentualnym zamiarem dodania czegoś, lecz finalnie z tego zrezygnował. Nie czuł się odpowiednią osobą do wypowiadania się na temat czyichś związków, gdy jego poprzedni rozpadł się niejako z jego winy. Malcolm Letherhaze był na ślubie Mathiasa i Rosaline, życząc im wszystkiego co najlepsze, jednakże rola słuchacza o kłopotach w raju, nie sprawiały, że czuł się z tym dobrze, wręcz przeciwnie, przyprawiało go to o dyskomfort. Być może dlatego, że sam nie zaliczał się do zbyt wylewnych jednostek, a wszelkie związki pozostawały w sekcji prywatnej i jeśli ktoś nie pytał wprost, to nie wiedział zbyt wiele. — I lepiej poruszyć temat, gdy wszyscy ochłoną i spróbować cokolwiek wyjaśniać. Zobaczymy się po zajęciach. — Przy ostatnim zdaniu skinął na niego głową, rzucając mu krótkie spojrzenie, zanim nie wrócił do wnętrza sali, gdzie uczniowie ożywili się w najlepsze, a na jego widok wyciszyli się od ręki, tak jakby nagle rzucił zaklęciem.
    Przez całe krążenie po sali umyślnie powracał wzrokiem do ucznia — rzekomego autora plotek na temat Mathiasa Rathamana, a rykoszetujące boleśnie najlepszą przyjaciółkę Malcolma Letherhaze’a. Nie wiedział co przyświecało jasnowłosemu dzieciakowi, który przeżył szok, gdy siłą został wyciągnięty przez jednego z nauczycieli, a poznanie powodu mogło być w tym względzie dość istotne, jak podejrzewał. Nie zatrzymał jednak chłopca po skończeniu zajęć, choć może ulatniający się w pośpiechu uczeń miał taką obawę, czując na sobie jego odprowadzający wzrok.
    Malcolm poczekał jednak aż sala opustoszeje i zapanuje w niej błoga cisza, którą przerwał dźwięk upadku. Westchnął ciężko, stojąc na środku pomieszczenia, przekrzywiając głowę w bok, by zobaczyć swoją zaspaną sowę, która spadła z biurka. Pokręcił tylko z jawną dezaprobatą głową, pozbawiony chęci na jakiekolwiek dodatkowe komentarze. Letherhaze trzymał ręce w kieszeniach eleganckich spodni, czekając aż ta podniesie się z ociąganiem, nadal nie do końca przytomna. Głupia sowa, przemknęło mu przez myśl. Pocieszało go jedno — nadal żyła, ten wniosek okazał się wystarczający, by również i on wyszedł z pomieszczenia i skierował się w poszukiwaniu Mathiasa. Zastał go w połowie drogi do jego gabinetu na korytarzu pełnym przemykających uczniów.
    — Chciałeś porozmawiać — Posłał mu znaczące spojrzenie, ograniczając się jedynie do tych dwóch słów, bacząc na ich dobór. Malcolm Letherhaze wiedział, że szczegółowa, a tym samym rozmowa na korytarzu odbyć się nie mogła, lecz pozostawił wybór miejsca odpowiedniego Rathmannowi.

    Malcolm Letherhaze

    OdpowiedzUsuń
  35. — Mamo, byłem tam już sto dwadzieścia siedem razy, nie chcę znów jechać do Rzymu — Oliver pomiędzy jedną łyżką płatków czekoladowych z zimnym mlekiem a kolejną, starał się przekonać swoją rodzicielkę, że kolejne wakacje we Włoszech nie sprawią, że będzie przez to lepiej rozumiał ten ich rozśpiewany i zdecydowanie zbyt emocjonalny, jak na jego preferencje, język.
    — Oliver, nie zostaniesz sam w domu na dwa tygodnie. Co będziesz robił? Umrzesz tutaj z nudów — Margaret Johnson dopijała właśnie swoją poranną kawę, przeglądając prasówkę, którą jej małżonek zgarnął spod drzwi wejściowych, zanim wyszedł do kancelarii.
    — Mógłbym zaprosić kilku znajomych, w końcu nie musielibyśmy jeździć jeden do drugiego, przez dwa miesiące, żeby się spotkać — jedyny syn Johnsonów, spojrzał na mamę znad miski płatków, którą właśnie przystawiał do ust, by wypić resztkę czekoladowego mleka, bez użycia łyżki.
    — Wykluczone. Wiesz, że lubię twoich znajomych, ale nie zostawię bandy nieletnich czarodziejów w mugolskim domu, bez opieki — rodzicielka Gryfona wstała od stołu, wkładając pustą filiżankę do zlewu. — I na Merlina, ile razy prosiłam, byś nie jadł w ten sposób?
    Oliver uśmiechnął się, pokazując jej swoje równe, białe uzębienie w całej krasie, a ona dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że wymówiła imię jednego z największych czarodziejów, na które tak często powoływał się jej syn, odkąd sam został czarodziejem. Zdecydowanie cała jej rodzina przejęła od jej syna całkiem spory repertuar odzywek znanych tylko po magicznej stronie świata.
    — Nie chcę jechać do Rzymu — powtórzył z uporem maniaka.
    — Nie chcę o tym słyszeć, Oliver — mama odpowiedziała w podobnym tonie. — Wychodzę do pracy, proszę, przypilnuj Olivię, żeby zjadła śniadanie, wiesz, jaka ona jest — Margaret pozbierała swoje rzeczy do przepastnej torby i całując syna w czubek głowy, wyszła z domu, zostawiając go w ciszy, przynajmniej dopóki któraś z jego dwóch młodszych sióstr nie postanowi się obudzić.
    Młody Johnson westchnął cierpiętniczo, psychicznie już przygotowując się do kolejnej batalii o niewyjeżdżanie do Włoch, którą miał zamiar przeprowadzić tym razem z ojcem, kiedy ten wróci po południu z pracy.
    Wstał od stołu i przeciągnął się, aż coś strzeliło mu w karku. Posprzątał po śniadaniu i zanim udał się do pokoju, przygotował sobie jeszcze niewielką kawę z mlekiem, którą zaniósł na górę. Otworzył drzwi balkonowe, prowadzące na niewielki taras, gdzie stała nieśmiertelna doniczka z tują, za którą trzymał swój mały słoiczek z niedopałkami. Z szuflady biurka, spod sterty szkiców, wyciągnął napoczętą paczkę papierosów, szkicownik i długopis. Odpalił papierosa i usiadł w progu balkonu, kreśląc na kolanie odpowiedź na list, który leżał otwarty na biurku, a który przyszedł kilka dni temu.
    Przepraszam, że dopiero teraz. Tata wymyślił remont podjazdu, więc nie miałem nawet czasu, by podrapać się w tyłek, a co dopiero odpisać na list.
    Początek mógłby wskazywać na zwykły list do przyjaciela. Omijanie formułek grzecznościowych, luźny styl pisania i zastosowane zwroty wskazywały, że adresat i autor listu są w przyjacielskiej zażyłości. I byli, z tą różnicą, że adresat listu był również jego nauczycielem OPCM i opiekunem domu, na którego członków Oliver wykazywał alergię. Nie na wszystkich, ale na zdecydowaną większość, poza samym Rathmannem, który również był Ślizgonem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mama z kolei wymyśliła wielkie włoskie wakacje. ZNÓW! Ona chyba naprawdę chce, żebyśmy nauczyli się włoskiego. Zupełnie nie wiem, dlaczego nie wyśle nas na kurs, zamiast co roku wywozić na dwa tygodnie do Rzymu, jakby to miało w czymś pomóc. Zapomniałem, mnie nie zapisze. Przez dziesięć miesięcy mieszkam w wielkim zamczysku i jedyne czego mogę się uczyć, to jeszcze więcej magii.
      À propos magii! Rozłożyłem w końcu Rictumsemprę na części pierwsze! Wiem, że to pewnie nie jest jakieś imponujące dla Ciebie zaklęcie, ale zrobiłem to SAM! W KOŃCU! Zaklęcie wydaje się mieć bardzo interesujący rdzeń, mimo swojej prostoty. Nieważne, nie zanudzam...
      Nie chcę jechać do Rzymu! Merlinie, pewnie będę musiał, bo mama powiedziała przy śniadaniu, że nie zostawi bandy nieletnich czarodziejów w naszym domu, bez opieki. Zupełnie jakbyśmy byli jakimiś pacanami, którzy nie potrafią o siebie zadbać. Przecież potrafię, powiedz jej! Może jeśli usłyszy od jakiegoś profesora, że jej syn jest poważnym człowiekiem, to uwierzy.
      Kiedy wybierasz się do Berlina? Jedziesz z całą rodzinką? Pozdrów Borysa. Wiem, że za mną nie przepada, ale pozdrów!

      Z niskimi ukłonami,

      Najlepszy Gryfon w Hogwarcie


      Skończył pisać równocześnie z końcem papierosa. Wrzucił niedopałek do słoiczka, który już prosił o wymianę na nowy, po czym zwinął wyrwaną ze szkicownika kartkę w rulon, i przywołał do siebie gwizdnięciem, dużą sowę, która miała zwyczaj rezydować w pobliżu dachu. Przytwierdził do jej nóżki list i instruując, gdzie ma go zanieść, patrzył jeszcze długo, zanim zniknęła na horyzoncie, by dopiero wtedy zejść na dół i przypilnować najmłodszą latorośl Johnsonów by zjadła śniadanie.

      Usuń
  36. Mathias był mistrzem w testowaniu młodzieńczej cierpliwości Olivera, której z kolei on miał w ciągłym niedomiarze. Poza tym Rathmann był naprawdę wredny, dając mu jakiś ułamek nadziei na wymiganie się od wyjazdu do Rzymu, a później olewając jego następny list i zostawiając młodego Gryfona w stanie niepewności i zawieszenia.
    Nic więc dziwnego, że kiedy został brutalnie wyrwany ze snu, przez zbyt znajomy głos, który dopasował do twarzy, zanim jeszcze zyskał ostrość wzroku po spaniu, z miejsca chciał go przekląć. I zrobiłby to, gdyby nie fakt, że wciąż nie mógł używać czarów poza szkołą, a Mathias był jego profesorem, który już nie raz pokazał mu, że jeśli chodzi o pojedynki, to Oliver musi się jeszcze wiele nauczyć.
    — Na Merlina, nie mogłeś mnie uprzedzić, tylko wyskakujesz mi tu jak Filip z konopii, oczekując od siedemnastolatka na wakacjach, że będzie negocjował cokolwiek o ósmej rano? — Johnson usiadł na łóżku, wyglądając jak kupka nieszczęścia w potarganych włosach i pomiętym podkoszulku.
    Mathias nie dał mu jednak długo marudzić, rzucając uwagą, że jeśli chce się czegokolwiek dowiedzieć, ma zejść na dół teraz, po czym opuścił pokój chłopaka, zostawiając go na granicy jawy i snu, w stanie kompletnego chaosu mentalnego.
    Kiedy Oliver zszedł na dół, kilkanaście minut później, wciąż nie wyglądał na do końca obudzonego, jego włosy były tylko odrobinę w mniejszym nieładzie, ale przynajmniej był ubrany. Dzbanek z kawą odnalazł niczym zombie żądne ludzkiego mózgu, po czym usiadł ciężko przy stole, z kubkiem w ręce.
    - Mamo, tato, to mój nauczyciel od Obrony Przed Czarną Magią, profesor Mathias Rathmann. Cokolwiek wam powie, zgódźcie się, proszę... - Oliver naprawdę powinien chodzić wcześniej spać, zamiast przesiadywać na balkonie do późnych godzin nocnych, kiedy noc zamienia się już w dzień. Szkicowanie przy nikłym świetle dużych świeczek, które ukradł Phoebe i postawił na balkonie, też niezbyt pomagało w wysypianiu się.
    — Panie profesorze — Margaret Johnson spojrzała uważnie na młodego nauczyciela, który był niewiele starszy od jej najstarszej córki — Jest pan pewny, że chce zabrać tego chłopaka ze sobą gdziekolwiek? Niech pan spojrzy, przecież on nawet nie potrafi zachować się przy stole.
    — Bardzo zabawne mamo, naprawdę — burknął młody Johnson, wciąż leżąc na blacie stołu, powoli zbierając siły do życia — Już wiesz po kim mam takie poczucie humoru? - zwrócił się do Mathiasa, zupełnie zapominając o jakichkolwiek zwrotach grzecznościowych i tytułach naukowych.
    — Oliver! — ojciec chłopaka zganił go z miejsca, jednak w jego głosie nie było gniewu, ani surowości, a raczej zwykłe ojcowskie upomnienie. — Pan wybaczy, mój syn jest nieznośny o tak wczesnej porze — Mark Johnson posłał przepraszające spojrzenie Mathiasowi.
    — Mhm, zwłaszcza przed pierwszą kawą, prawda? — uniósł lekko brew, patrząc teraz na Rathmanna, a kącik jego ust uniósł się lekko.
    Nie raz wpadali na siebie w drodze do Wielkiej Sali, a Oliver dość często tracił wtedy punkty szczeniackie odzywki, które wypluwał z siebie z równym zacięciem, jak brnął przez tłum do stołu Gryfonów, po kubek świeżej kawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mamooo, tatooo, pozwólcie mi jechać do Berlina. Będę pod dobrą opieką, nie będę marudził, że nie chcę do Rzymu, wy będziecie mieć spokój, a ja dowiem się czegoś ciekawego, proszę! — zamarudził kolejny raz.
      — Merlinie, on nigdy nie przestanie, Maggie... — ojciec Olivera westchnął cierpiętniczo, przenosząc spojrzenie z syna na żonę. Widać nie pierwszy raz przyszło mu się mierzyć z Oliverem odmawiającym wyjazdu do Włoch i najwyraźniej miał już tego serdecznie dość.
      — Panie profesorze, ale to za duży kłopot. Poza tym, co niby Oliver miałby tam robić? Pan na pewno ma jakieś swoje ważne, magiczne sprawy do załatwienia, a mój syn... nie oszukujmy się, nie jest najcierpliwszym i najgrzeczniejszym dzieckiem na świecie...
      — Mamo! — Ollie zaprotestował jawnie, na takie pomówienia. Przecież on był najlepszym Gryfonem w całym Hogwarcie, wystarczyło zapytać Sereny Blackwall, opiekunki Gryffonów.

      Ollie

      Usuń
  37. — Masz coś do mojego całokształtu? — Oliver obruszył się jawnie za to, jak też za celny strzał w udo, który nakazał mu się wyprostować.
    Naprawdę, Mathias czasem bywał potworem, jak się okazało, nawet w jego własnym domu, potrafił ustawić go do pionu. Chciał jeszcze coś powiedzieć, na tak bezczelne umniejszanie jego bycia największym huncwotem współczesnych czasów, jakiego widział Hogwart, jednak ugryzł się w język, kiedy Matt zaczął opowiadać o swojej rodzinie, jej biznesie i przyczynie, dla której tak właściwie udaje się do Berlina. Znali się już ponad dwa lata, jakoś mniej więcej od piątej klasy i Oliver sam nie wiedział, kiedy jego nauczyciel stał się dla niego kimś w rodzaju... sam nie wiedział jak to określić, ale określenie tylko nauczyciel straciło na znaczeniu jakiś czas temu.
    — Ej, nie będę się uczył niemieckiego! — zaprotestował, za co zostało mu posłane karcące spojrzenie trójki dorosłych, siedzących z nim przy stole.
    Mathias w końcu zakończył swoją wizję ich wspólnego wyjazdu do Berlina, a rodzice wydawali się mocno skonsternowani. Oliver patrzył to na ojca, to na matkę, bębniąc cicho palcami w blat stołu, podczas kiedy Mathias odstawiał kubek i wstawał z krzesła. Oliver spojrzał na niego przez chwilę w milczeniu, zanim przełknął ślinę i położył dłonie płasko na blacie. Rodzicom trzeba było czasem pomóc w podjęciu decyzji.
    — Pójdę się spakować, dobrze? — spojrzał znów na rodziców, ojciec tylko skinął głową, a mama...
    — Nie narób mi wstydu, błagam cię...
    — Tak! — ucieszył się jak dziecko, po czym wstając ekspresowo ze swojego miejsca, położył dłoń na ramieniu Mathiasa, mijając go w drodze do pokoju — Daj mi dziesięć minut — poprosił, po czym popędził na górę.
    Z szafy wyjął swój plecak, zaczarowany tak, by mógł pomieścić niezliczoną ilość rzeczy, i przeklinając swój pedantyzm, wrzucał do niego wszystko, co nawinęło się pod rękę, zaczynając od koszulek, bielizny, dodatkowych ubrań, poprzez przybory higieniczne i własną różdżkę, którą jednak wsuną w tylną kieszeń spodni, schodząc na dół, z plecakiem na ramieniu.
    — Jestem gotowy! — oznajmił wszystkim znajdującym się w kuchni. — Ruszajmy, zanim się rozmyślą, proszę cię — dodał już ciszej, tak by tylko Mathias mógł go usłyszeć.

    Ollie

    OdpowiedzUsuń
  38. — Wiesz, zastanawiam się, dlaczego, do cholery jasnej, nie mogłeś nas aportować wprost pod drzwi domu twojej siostry! — Oliver miał dość.
    To nie tak, że nie był przyzwyczajony do mugolskiej wersji podróżowania, ale z Mathiasem to przypominało Bieg Rzeźnika. Dosłownie. Teraz przyszło im w tempie szybkiego, za szybkiego nawet jak na długość nóg Olivera, marszu, zmierzać kolejną już uliczką, będącą na szczęście początkiem celu ich podróży. Potwierdził to niewątpliwie uśmiech Mathiasa, który przez chwilę stał przed furtką, podziwiając niewielki, schludny dom z czerwonej cegły.
    Zanim doszli do schodów, coś śmignęło koło ucha Olivera i natychmiast powiesiło się na Rathmannie. Oliver uśmiechnął się ze zrozumieniem. Co prawda z jego czterech sióstr tylko dwie były tak wylewne, ale znał to uczucie, kiedy Phoebe i Natalie witały go po dziesięciu miesiącach w Hogwarcie, nie mogąc wypuścić z objęć. Sid i Olivia były mniej wylewne, ale nie przeszkadzało to w posiadaniu z nimi zdecydowanie głębszej więzi niż z pozostałymi dwoma.
    — Miło mi poznać — powiedział zgodnie z zasadami dobrego wychowania, które wpojono mu w domu. — Od ciebie? Liczysz, że tutaj uda ci się lepiej niż w szkole? — oraz zgodnie z własną bezczelnością i luźniejszym stosunkiem, jaki panował między nim i Mathiasem.
    Nie usłyszał czy mężczyzna coś odpowiedział, gdyż Charlotte pociągnęła go do środka, trajkocząc nad uchem o trudach podróży i pysznej kolacji, która w istocie taka była. Tym bardziej że upłynęła w naprawdę rodzinnej atmosferze, a on mógł obserwować Mathiasa zupełnie w nowej dla Olivera roli — brata i wujka.
    Mimo że atmosfera była naprawdę miła i zachęcała do spędzenia więcej czasu przy stole, Oliver z trudem zamaskował ziewnięcie. Podróż z Rathmannem w tempie uciekającego zająca zdecydowanie go wykończyła. Tym bardziej że został obudzony o nieludzkiej, w jego przekonaniu, jak na wakacje, godzinie.
    — Może jakoś przeżyję, kiedyś dzieliłem pokój z młodszą siostrą, chociaż obawiam się, że była mniej upierdliwa. Hej! — Oliver wygiął się na krześle, czując kuksańca na swoim boku, który pochodził ze strony Mathiasa. — Dziękuję, chętnie odpocznę — spojrzał na Charlotte, która już wstawała od stołu, by pokazać mu drogę do pokoju i łazienki.
    Oliver z rozkoszą skorzystał z gorącego prysznica, który nieco wynagrodził trudy wariackiej podróży. Wyszczotkował zęby, przebrał się w nieśmiertelną koszulkę z bohaterami Marvela, w której zwykł spać, kiedy akurat uznawał, że nie wypada robić tego w samych bokserkach i zakopując się w pościeli leżącej na jednym z łóżek w sypialni, sięgnął po swój szkicownik.
    Zdecydowanie kiedyś straci wzrok od rysowania w tak skąpym świetle, ale zawsze robił to w ramach wieczornego relaksu przed snem. Tym razem na kartce zaczęły pojawiać się zarysy Charlotte, małego Otto i Mathiasa, który śmiał się, łapiąc siostrzeńca w ramiona.

    Oliver

    OdpowiedzUsuń
  39. Oliver szkicował do późnej nocy, aż w końcu oddał się Morfeuszowi w objęcia, zwinięty na łóżku, ze szkicownikiem wciśniętym pod policzek, a ołówek, który dostał od Victora, upadł na podłogę, tocząc się pod łóżko. Spał kamiennym snem, może dlatego nie obudził się, kiedy Mathias wszedł do pokoju, ani wtedy, kiedy mężczyzna przewracał się niespokojnie na łóżku, ani wtedy kiedy otworzył balon na chwilę, by potem wyjść z pokoju i zniknąć w kuchni.
    Obudziła go natomiast najbardziej ludzka potrzeba świata — pełny pęcherz. Nażłopał się tej herbaty przed snem jak głupi, nie chcąc robić siostrze Rathmanna przykrości, a teraz pokutował, bo po załatwieniu sprawy w łazience i wyjściu na korytarz, wiedział, że tak prędko nie zaśnie. Raz wyrwany ze snu miał trudności z ponownym powrotem do krainy marzeń, niestety, taka prawda.
    Dostrzegł na dole poświatę sączącą się z kuchni i w obawie, że to któryś z domowników zapomniał wyłączyć światła, bezszelestnie, by nikogo nie zbudzić, zszedł na dół. A Oliver Johnson potrafił być cicho, kiedy chciał, w końcu nie raz i nie dwa ratowało mu to skórę przed goniącym go woźnym, kiedy po jednym ze swoich kawałów chował się we wnękach posągów, składzikach na miotły i innych ciekawych miejscach.
    Jakież było jego zaskoczenie, kiedy przystając w progu, dostrzegł Mathiasa, pochylonego nad gazetą. Para unosząca się znad jego ramienia prawdopodobnie pochodziła z trzymanego w ręce kubka, chociaż nie mógł tego wiedzieć na pewno, gdyż mężczyzna odwrócony do niego plecami, zasłaniał cały widok. Za to Oliver doskonale mógł zobaczyć dwie, bardzo brzydkie szramy, ciągnące się wzdłuż pleców profesora OPCM, co z miejsca odgoniło sen, zastępując go niezdrową ciekawością.
    Uznając jednak, że to zbyt nieeleganckie tak stać i wpatrywać się kogoś bez jego wiedzy, zrobił już nieco głośniejszy krok i pstryknął przełącznik światła, co z pewnością miało zwrócić na niego uwagę Mathiasa.
    Wszedł do kuchni i usiadł z westchnieniem przy stole, kwaśną miną witając kubek z herbatą. Nie miał zamiaru jej pić, to właśnie ona nie pozwoliła mu teraz spać. Za to oparł dłonie na blacie, kładąc na nich brodę i zaspanym wzrokiem przyglądając się Niemcowi.
    — A ty? Jest środek nocy, nie powinieneś wypoczywać po podróży? — zapytał neutralnie, zanim sam odpowiedział — Musiałem do toalety, teraz nie zasnę do rana — zmarszczył nos w niezadowoleniu — Coś ciekawego w gazecie? — kolejne neutralne pytanie, przed tym, które cisnęło się samo na usta — Czy może to przez twoje plecy? Skąd masz te blizny, Mathias? — zapytał cicho, niepewnie, nie mając pojęcia nawet czy może.

    Ollie

    OdpowiedzUsuń
  40. Kiedy Malcolm razem z Mathiasem znaleźli się poza ciekawskimi spojrzeniami uczniów, ponieważ jak Letherhaze podejrzewał — poranny wybuch Rathmanna musiał wywołać zainteresowanie, przeniesione ekspresowo pocztą pantoflową, jakoby w formie najnowszej nowinki, o której każdy z wychowanków niezależnie od barw domowych powinien wiedzieć. Nie dało się zaprzeczyć temu, iż łamacz klątw zdążył się już dobudzić po wspomnianym najściu, lecz nadal nie pojmował intencji winnego i wygadywanie wyssanych z palca bzdur. Nic tym przecież nie uzyska, a jedynie napyta sobie biedy. Chyba że zależało mu na płytkiej sławie, która już tego dnia miała sięgnąć kresu.
    — Rzeczywiście sytuacja i jej obrót są doprawdy absurdalne — potwierdził spokojnie, przechodząc przez pomieszczenie, by zająć miejsce wskazane chwilę wcześniej przez przyjaciela. Westchnął ciężko, ponieważ takiej wiadomości nawet się tego dnia nie spodziewał, zwłaszcza po tym, jak w nocy grasował po Zakazanym Lesie w poszukiwaniu zaginionego Borysa. Oparł łokcie na podłokietnikach, nie zapomniał, by uprzednio rozpiąć marynarkę, by ta nie uniosła się nieelegancko podczas siadu.
    Nie ulegało jednak najmniejszym wątpliwościom to, że Malcolm Letherhaze dawał wiarę słowom Mathiasa, lecz nie wynikało to jedynie z lojalności czy tego, że poznał go za sprawą Rosie, po prostu jego wzburzenia zajściem nie dało się nie dostrzegać, nawet z klapkami na oczach, o ile takie, by kiedykolwiek łamacz klątw posiadał. Gdyby w uczniowskich plotkach znajdowała się, choćby odrobina prawdy — maciupkie ziarenko i opiekun Slyhterinu starałby się to zbyt machnięciem ręką, zupełnie bezemocjonalnie, to wówczas wydałoby mu się dziwne, a także podejrzane na niewyobrażalną dotąd skalę. Mimo wszystko Malcolm patrzył na całe zajście z dystansem i obiektywnie, co porankiem uratowało Mathiasa przed wybuchem i najpewniej podjęciem kroków, które mógłby teraz żałować.
    — To dzieciak z czarodziejskiej rodziny, czyż nie? — zapytał zupełnie nieoczekiwanie, gdyż chwilę temu jego wzrok spoczął na jakiejś nieopisywalnej przestrzeni, której dotąd nie zauważał. Kąciki ust uniosły się, formując przebiegły uśmiech, przełamany czymś trudnym do zidentyfikowania. Dopiero teraz jego spojrzenie odnalazło tęczówki przyjaciela, a Malcolm Letherhaze przekrzywił nieco głowę w bok. — Skoro ma tyle odwagi, by po kątach rozpowiadać głupoty, które wymyślił na poczekaniu i mieszać tym samym w czyimś życiu prywatnym, to jeśli dostałby porządnego wyjca od rodziców przy śniadaniu, chociażby, to… jak mniemam, szybko nauczyłby się trzymać język za zębami, nim wypuści w świat, to co mu ślina na język przyniesie. Nie zapomnij wspomnieć rodzicom, by takową nagrodę dzieciakowi zafundowali. Ośmieszenie potrafi zdziałać cuda nawet na najtrudniejszych przypadkach.
    Przesunął się na skraj fotela, opierając dla odmiany łokcie na kolanach i obdarzając Mathiasa uważnym, acz jednocześnie znaczącym spojrzeniem. Powinienem porozmawiać na spokojnie z prowodyrem całego zajścia. Letherhaze pokiwał głową, jakby potrzebował dłuższego momentu, by wydać aprobatę na ten pomysł.
    — To nie jest głupie — ocenił krótko nauczyciel uroków i zaklęć. — Możemy go odnaleźć i zaprosić na spokojną rozmowę, ale rozumiesz, że to jedyna rzecz na jaką możemy sobie pozwolić, zwłaszcza na oczach innych? Jestem ciekaw, co ma na swoje usprawiedliwienie. Chodź, zgarniemy go do mojego gabinetu. Tam będzie czuł się względnie swobodnie i miejmy nadzieję, że nie zejdzie na zawał na twój widok. — ostatnie dorzucił z możliwym do dosłyszenia rozbawieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniósł się powoli z miejsca, ponieważ nie potrafił za długo wysiedzieć w jednym miejscu, zachęcając tym samym Mathiasa ręką do podniesienia się z wygodnego fotela i rozruszania kości. Odnalezienie dzieciaka czającego się wśród grupki swoich kolegów z roku okazało się dziecinnie łatwe, lecz mina zrzedła mu momentalnie na widok dwóch profesorów, zmierzających w jego stronę.
      — Zapraszam do mojego gabinetu. Nie przyjmuję w tym względzie żadnej odmowy. — ton głosu Malcolma Letherhaze’a był chłodny, zdystansowany i przebił się z wyjątkową wręcz łatwością przez szum panujący na korytarzu przy zgrai uczniów, przemykających to tu, to tam, a choć chłopak przymierzał się do prędkiego czmychnięcia, gdy tylko ich ujrzał, to słysząc łamacza klątw, zatrzymał się w miejscu, jak zaczarowany. Niedługo potem odwrócił się, wlepiając wzrok w kamienne płyty podłoża i decydując się na marsz tuż obok, jak więzień zmierzający na wykonanie wyroku śmierci. Nie dało się jednak nie zauważyć tego, że wobec Mathiasa uczeń starał się zachować bezpieczny dystans, mając najwyraźniej obawy wynikłe z porannego starcia. Tymczasem Malcolm we własnym gabinecie zamierzał pełnić rolę niezaangażowanego, po prostu stać oraz przysłuchiwać się wymianie zdań, dbając zarazem o to, by tym razem faktycznie przebiegała tak jak powinna, bez aktów agresji słownej lub naruszenia odległości.

      Malcolm Letherhaze

      Usuń
  41. Oliver siedział, wpatrzony w nieruszony kubek z herbatą, jednocześnie mimo ogarniającego go zaspania, uważnie słuchając słów Mathiasa. Nigdy nie rozmawiali na tak prywatne tematy, chociaż ich relacja już dawno straciła oficjalny ton. Nigdy też do tej pory Oliver nie wiedział, że Rathmann ma tak liczną rodzinę, a w spotkaniach z nią, jest tak czuły i kochający, czego dowody mógł obserwować w spotkaniu z siostrą czy siostrzeńcem mężczyzny.
    Teraz jednak słuchał w napięciu słów Mathiasa, o sprzeczce z bratem, o rzucanych zaklęciach. Skrzywił się na tę myśl. Doskonale znał uczucie, kiedy nie można się bronić, a zaklęcia odbijają się od bezwładnego ciała, obolałego i całkowicie bezbronnego. Nie raz i nie dwa, doświadczył tego w murach szkoły, nikomu o tym nie mówiąc. Przynajmniej do momentu, w którym nabrał przekonania, że zaklęcia to coś, w czym jest naprawdę dobry i odpłacił się pięknym za nadobne, a kiedy nielegalne pojedynki na korytarzach ustały, zapisał się do Klubu Pojedynków.
    Nigdy nie interesowało go małżeństwo Mathiasa, wiedział jedynie, że Rosalie Rathmann go nie znosi, a on nie jest najlepszym uczniem z Eliksirów. Być może jej podły nastrój nie brał się znikąd, a ona przenosiła go na uczniów, zwłaszcza takich niesfornych jak Ollie, nie bez powodu, skoro teraz jej mąż przyznawał się przed nim otwarcie do problemów w małżeństwie.
    Nie miej jednak kiedyś musieli się bardzo kochać. No bo w końcu mieli syna, a teraz jeszcze ta sprawa z wilkołakiem, przed którym Mathiasa ocaliła Rosalie.
    Wodził spojrzeniem z mężczyzną, który stanął przy zlewie, opłukując kubek, a później zapatrzył się w nicość, wspominając żonę. Ollie szczerze wątpił, że gdyby był biały dzień, a Rathmann nie był wykończony podróżą i brakiem snu, powiedziałby, chociaż połowę tych rzeczy, które powiedział teraz.
    Jeszcze przez chwilę po wyjściu Mathiasa, Oliver siedział przy stole, przetrawiając, w swoim ospałym o tej porze umyśle, zasłyszane informacje, zanim zdecydował się podnieść z miejsca i wspiąć po schodach.
    Blizny Matiego zniknęły już pod warstwą materiału koszulki, a on sam zakładał właśnie bluzę, na nogach mając już wygodne buty, sugerujące długi marsz.
    - Idziesz sam? - zapytał Ollie, stając w drzwiach i opierając się o framugę. - Nie, żebym się o ciebie martwił, wiesz, ale... wyglądasz jak wrak. Może jednak pójdę z tobą? - chciał nadać swoim słowom lekki ton, jednak autentycznie, chyba pierwszy raz w ich znajomości to Oliver bardziej martwił się o Mathiasa, niż mężczyzna o niego.

    Ollie

    OdpowiedzUsuń
  42. Wieczność, ... nie! Co najmniej dwie wieczności. A przynajmniej tyle trwało dla niej wpatrywanie się od pół godziny w figurkę konia z brązu stojącego na biurku w gabinecie, który znała już na pamięć. Za każdym razem gdy lądowała na dywaniku miała okazję dokładnie lustrować pomieszczenie, centymetr po centymetrze, znając na pamięć prawie każdy detal, wliczając w to nawet ułożenie książek na półkach. Wprowadzenie do transmutacji dla początkujących Emerika Switcha, tom pierwszy, drugi i czwarty, bo zgubił jeden ze studentów. Obok Aspekty fizjologiczne i psychologiczne w transmutacji, a dalej antologia Phiadiona i vademecum Neuferta.
    Wróć. Dziś brakowało także pierwszego tomu Switcha. Świadczyło to jedynie o tym, że pan Rathmann będzie jeszcze bardziej poirytowany, jeżeli zmuszony został przerwać lekcję z pierwszakami na wieść o kolejnym wybryku swojej siostrzenicy. Tego faktu Amelia nie przewidziała, jednak z pewnością nie było w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Miała plan i zamierzała się go trzymać, a jak na razie wszystko szło zgodnie z jej strategią.
    Zaczynała powoli jednak wierzyć, że wuj opracował nową technikę wyznaczania kary, którą tym razem było czekanie na niego godzinami. Brakowało nawet Snow'a i choć pomagało to w dopracowaniu bajeczki, którą miała wkrótce przedstawić popisując się swoimi najlepszymi zdolnościami aktorskimi, to nieobecność tego wiecznie głośnego futrzaka z pewnością nie ułatwiała wsłuchiwania się w tykanie zegara.
    I kiedy akurat postanowiła poprawić małą fiolkę schowaną w bucie, która od dłuższego czasu nieprzyjemnie ją ugniatała, usłyszała dźwięk naciskanej klamki. Momentalnie poderwała się z miejsca, prawie wyskakując z fotela. Musiała przy tym oczywiście strącić łokciem wspomnianą wcześniej figurkę, która z głośnym tąpnięciem uderzyła o podłogę. Gratuluję Rathmann, pełna gracji jak zawsze.
    - Cz-cześć, wujku... - Zaśmiała się lekko widząc postać mężczyzny w drzwiach, jednak zaraz odchrząknęła, wyprostowała się i zasalutowała - To znaczy... Dzień dobry, profesorze Rathmann...!

    Ulubiona siostrzenica

    OdpowiedzUsuń
  43. [Czekam niecierpliwie, przez kolano i bedzie lanie. :* ]

    OdpowiedzUsuń
  44. Przełknęła ślinę i usiadła z powrotem w fotelu odstawiając ostrożnie figurkę na swoje miejsce. Taka reakcja wuja był całkowicie do przewidzenia, jednak z jakiegoś powodu w głębi liczyła na to, że westchnie on jedynie, pokręci głową i zaśmieje lekko mówiąc: Co ja się z tobą mam.
    Pozostawało jej jedynie spokojne wysłuchiwanie otrzymywanej reprymendy, jednak słysząc o matce nie mogła powstrzymać się od teatralnego przewrócenia oczami. Od czasu swojego odkrycia w te wakacje jej i tak napięte relacje z rodzicielką stały się drastycznie gorsze. I choć nie potrafiła prosto w twarz powiedzieć jej, że wie i jak bardzo za złe ma to, że całe życie ją okłamywała. Początek roku szkolnego stał się zbawienny, w momencie gdy napięta sytuacja w domu zaczynała sięgać zenitu. Z tego samego powodu Amelia zdecydowała się przyjechać do Anglii tydzień wcześniej, tłumacząc się treningami przed zbliżającymi się wyborami nowego kapitana drużyny. Jednak nawet w Hogwarcie gniew zdawał się samoistnie rosnąć z dnia na dzień. I tak zamiast przyłożyć się do nauki przed tegorocznymi egzaminami oceny panny Rathmann poszybowały w dół bardziej niż zwykle.
    Słysząc o zawieszeniu w drużynie ścisnęła mocniej dłoń, wbijając delikatnie paznokcie we własną skórę i zaciskając usta w wąską linię, pokiwała głową ze zrozumieniem, że musi przyjąć należną jej karę. Wiedział gdzie uderzyć, żeby zabolało, ale chyba nawet to nie było w stanie odwieźć ją od planu wlania skradzionego veritaserum do herbatki matki przy możliwie najbliższej okazji.
    - Wujku... - Westchnęła ciężko, gdy on już miał wychodzić, a ona właśnie miała poprosić go o tygodniowe zwolnienie by "móc w domu faktycznie zastanowić się nad swoim zachowaniem", ale pokręciła tylko głową przekreślając cały swój misterny plan. Jednak jego ostatnie słowa odbijały się echem w jej głowie, jak gdyby też miały być kłamstwem. - Twoja kochana siostra całe życie mnie okłamuje. W nosie mam to, czy przynoszę jej wstyd.

    Melka i jej bunt nastolatka

    OdpowiedzUsuń
  45. Lisette pusto wpatrywała się w ulubioną porcelanową filiżankę, która u dna wciąż przybrudzona była pozostałością z herbaty i fusami po jej parzeniu. Bawiła się kruchym przedmiotem, obracając go w obu dłoniach, nie za bardzo zważając na to, co tak naprawdę czyni. Myśli kobiety bowiem wybiegały daleko poza ciepły salon jednego z domków w miasteczku Hogsmeade, skupiając się na budynku, jakim był zamek Hogwartu i chociaż bardzo wiele łączyło ją z tym obiektem, to same mury tej ogromnej szkoły nie miały za wiele znaczenia.
    Z jakiejś bliżej nieokreślonej przyczyny nie była entuzjastką ciszy. Zawsze, gdy tylko się pojawiała Lisette miała niepowstrzymaną chęć włączenia muzyki, by tę ciszę zagłuszyć. Stąd właśnie skrzydło szpitalne już od kilku ładnych lat ogarnia aura mugolskiej muzyki jazzowej, bo właśnie taką poznała dzięki swej siostrze i taką właśnie pokochała ogromnie. Zadziwiający sprzęt, o równie dziwnej nazwie jak gramofon widniał w jej gabinecie, w domu rodzinnym, jak i tu, w jej własnym domu. W domu, w którym odkąd tylko wróciła z pracy panowała zupełna cisza. Równie zadziwiająca, co mugolski mechanizm odtwarzania dźwięku. Od kilku dni, jej humor nie należał do tych najlepszych, a ona sama przypominała tego kwiatka, o którym się zapomniało, a w końcu bez wody powoli więdnieje. Dokładnie tak zachowywała się Lisette, która zazwyczaj pełna radości i uśmiechu – przygasła. Mało co było wstanie wprowadzić ją w ten stan smutku, który był dostrzegalny przez wszystkich. Zazwyczaj uśmiechem się maskowała, by nikt nie przejmował się problemami, którymi od zawsze wolała radzić sobie w osamotnieniu.
    Tymczasem Rathmann siedziała pośród ciszy przy drewnianym stole w jadalni własnego domu, czekając, aż drzwi w końcu uchylą się, a w nich ujrzy wyczekiwaną sylwetkę. Nie była pewna, czy to właśnie w tym dniu tak się zadzieje. Nie była pewna niczego, po prostu miała głęboką nadzieję, iż Mathias domyśli się, jak bardzo potrzebuje go ponownie u swojego boku i może nawet ściągnęła go w ten sposób myślami, bo po salonie rozległ się dźwięk skrzypnięcia starych zawiasów, a jej miodowe tęczówki napotkały te, należące do męża. Wraz z tym dźwiękiem zerwała się z miejsca, o mało nie wytrącając filiżanki równowagi, bo ta szczęknęła nieprzyjemnym odgłosem, gdy obiła się o równie kwiecisty spodek tuż pod sobą. Krzesło postąpiło podobnie, bo zachybotało się lekko w tył i gdyby nie szybka reakcja Lisette, możliwe, że runęło by z hukiem na podłogę, powodując zbyt wiele hałasu jak na tak późną godzinę. Za oknem było już ciemno, podobnie jak w środku, pomijając kilka zapalonych świec, porozstawianych po różnych stoliczkach czy komodach w salonie.
    Miała mu tak wiele do powiedzenia, w końcu tak długo myślała nad słowami, które uważała, że powinien usłyszeć, a ona zupełnie zamilkła, już po chwili mieszając się przez wzrok własnego męża. Swój własny spuściła, by nerwowo założyć kosmyk kręconych włosów za ucho, co często robiła w takich sytuacjach. Stanęła za krzesłem, wsuwając je w swoje miejsce i niewiele myśląc, w końcu otworzyła swoje usta.
    – Masz ochotę na herbatę? – cicho zapytała, bo nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Najchętniej zaplotłaby ręce wokół jego pleców, wtulając się w niego najmocniej jak tylko potrafi, ale nie była pewna, czy powinna. Bała się jego reakcji, bo nic nigdy nie bolało ją bardziej, niż odtrącenie, a chyba nie ma gorszej rzeczy, niż zostać odtrąconym przez osobę, którą przecież tak mocno się kocha. Spojrzała na niego więc raz jeszcze i delikatnie się uśmiechnęła, co aby choć trochę rozjaśnić tę ciemność, która ostatnimi dniami pojawiła się pomiędzy nimi.

    lisette

    OdpowiedzUsuń
  46. Chwila ciszy, która zapanowała pomiędzy nią, a Mathiasem, raniła uszy Lisette. Czuła, jak jej serce szalało pod wpływem nerwów i oczekiwania na odpowiedź, a gdy już ją otrzymała kiwnęła jedynie głową, wciąż ściskając w dłoniach oparcie drewnianego krzesła. Wzrokiem odprowadziła męża do sypialni, w której zaginął tuż za drzwiami. Jej oczy uzdrowiciela zdążyły za to dostrzec kilka niepokojących, acz oczywistych szczegółów, jak przygarbiona sylwetka, która ze zmęczenia pogłębiła się odrobinę, podkrążone oczy od ewidentnego niewyspania się. I zupełnie się temu widokowi nie dziwiła, skoro Mathias noc spędził we własnym gabinecie z równie niespokojnymi myślami, co ona. Gdy najlepiej jej znana sylwetka zanikła, rozluźniła się odrobinę i westchnęła. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie ten moment, w końcu od kilku godzin rozmyślała nad tym, jak miał wyglądać.
    Ponownie w jej życiu nastał moment, kiedy stojąc samotnie w pomieszczeniu, nie wiedziała, co dalej począć. Nie miała pojęcia, co powinna w tym momencie uczynić. Nawet picie herbaty, którą przecież tak uwielbiała nie robiło na niej większego wrażenia, bo już dawno wystygła w porcelanowym czajniczku. Lisette zamknęła oczy, starając się głęboko oddychać, a przede wszystkim uspokoić się i nie panikować. W myślach policzyła do dziesięciu i chociaż nic nie zmieniło to mętliku, który tworzył się od dawna w jej głowie, to była w stanie chociaż sięgnąć po różdżkę. Machnęła nią ledwo zauważalnie, ale zastawa składająca się z kilku naczyń wyfrunęła w stronę kuchni, by tam we względnej ciszy zostać wyczyszczonym do ponownego użytku. Kolejny ruch różdżką wywołał lekki powiew powietrza, który zdołał zgasić wszystkie świeczki znajdujące się w salonie. Nastała ciemność.
    – Lumos – cichuteńki szept wydobył się z ust kobiety, powodując tym pojawienie się światła u końca wyrzeźbionego kawałka drewna. Lisette pokonała ten krótki odcinek do sypialni na palcach, by zatrzymać się tuż przed drzwiami do środka. Odetchnęła, kiwnęła głową, jakby sama siebie upewniając, że dobrze robi, a następnie pchnęła delikatnie skrzydło w głąb. W środku tliło się światło od lampy tuż przy wspólnym łóżku Rathmannów, które sama kilka godzin temu zaświeciła, dlatego też własną różdżkę przygasiła. Zatrzymała wzrok na klatce piersiowej Mathiasa, która to unosiła się rytmicznie i powolnie, dając kobiecie do zrozumienia, iż jej mąż zdążył przez ten czas już zasnąć. Chodząc na palcach przemieszczała się w kąty, które potrzebowała, każdą czynność wykonując najciszej, jak tylko potrafiła. Jedynie stara szafa odmawiała posłuszeństwa, skrzypiąc niemiłosiernie głośno, chociaż równie dobrze mogła to zbyt mocno podkoloryzować w swojej głowie, tym bardziej, że Mathias nawet nie drgnął. W końcu gotowa do spania, przystanęła przed ramą łóżka, jak w zwyczaju łapiąc za jej wystające ornamenty. Przyjrzała się spokojnej twarzy mężczyzny, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo tęskniła za jego dotykiem i głosem. Samotna oraz nieprzespana noc, głównie skupiała się na tym, że Lisette wpatrywała się w pustą poduszkę, na której od zawsze leżała głowa właściciela tej połowy łóżka.
    Serce szatynki zaczęło ponownie szaleć, gdy na myśl jej przeszło, że w tym momencie musi położyć się tuż obok niego. To sprawi, że obudzi się, a ona sama zostanie przyczyną przerwanego snu. Zawsze się budził, gdy tylko zjawiała się obok. Nie mając więc większego wyboru, ani innej ucieczki, z której nawet nie miała chęci korzystać, przeszła powoli wokół łóżka, podniosła ostrożnie kołdrę, by już chwilę później wślizgnąć się pod ciepły materiał tuż obok budzącego się Mathiasa. Nie miała zamiaru unikać z nim kontaktu, to też zdążyła kilka razy dotknąć jego skóry swoją własną. Chwilę potem poczuła jego ramię, które w zadziwiająco szybkim tempie owinęło się wokół jej drobnego ciała. W ten sposób znalazła się wystarczająco blisko, by móc w końcu się w niego bezkarnie wtulić, co też niewiele myśląc, uczyniła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A potem rozległ się szept niosący za sobą pytanie, którego nie chciała usłyszeć. Milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Poważne rozmowy nigdy nie były najlepszą stroną Lisette tym bardziej, iż kolejne słowa wypowiedziane przez Mathiasa po prostu zrujnowały względny porządek w jej myślach. Kobieta zacisnęła oczy, krzywiąc się odrobinę z psychicznego bólu, który nastał w głowie szatynki. Nagle uderzyło w nią, że najważniejszy cel – bycia najlepszą żoną i matką – został przez nią samą odcięty od zasięgu jej rąk. Zacisnęła pięść, która jeszcze chwilę temu w spokoju spoczywała na klatce piersiowej mężczyzny, próbując nie rozpłakać się z własnej głupoty, którą uczyniła.
      – Mat, ja wiem. Ja naprawdę wiem – nagłym ruchem podparła się na łokciu, spoglądając na twarz Mathiasa, którą objęła delikatnie wolną ręką, tym samym dając mu do zrozumienia, iż chce, by na nią spojrzał. Przeskakiwała nerwowo po jego oczach, próbując dobrać odpowiednie słowa na to co czuła i co bez ładu krzątało się po jej sercu, chcąc w końcu znaleźć ujście z jego wnętrza.
      – Ja… – jęknęła, by po chwili przymknąć powieki, skrzywić się i spuścić głowę. Schowała twarz w szyi mężczyzny, a dłoń wplątała mu we włosy. – Przepraszam. Nie mam nawet pojęcia, dlaczego w to uwierzyłam – Lisette wyszeptała słowa, które ciążyły jej od dłuższego czasu, a które chciała wypowiedzieć już od momentu, gdy Mathias przekroczył próg ich domu. – W tej całej informacji najbardziej uderzył we mnie fakt, że cię tracę – szeptała dalej, mówiąc to, co w zwykłej sytuacji nie przeszłoby jej przez gardło. – A nie chcę – powiedziała odrobinę głośniej, tym samym wtulając się w niego mocniej.

      lisette

      Usuń