6 lipca 2018

Dear Diary: My teen angst bullshit now has a body count.





Jeśli to czytasz, to ostrzeżenie jest dla Ciebie. Każde słowo tego bezużytecznego druczku to kolejna sekunda Twojego życia. Nie masz innych rzeczy do roboty? Czy Twoje życie jest tak puste, że naprawdę nie możesz wymyślić lepszego sposobu na spędzenie tej chwili? Albo może jesteś pod takim wrażeniem autorytetu, że respektujesz i wierzysz komukolwiek, kto go zażąda? Czy czytasz wszystko, co powinieneś przeczytać? Czy myślisz w sposób, w jaki powinieneś myśleć? Kupujesz rzeczy, o których mówią, że powinieneś ich chcieć? Wyjdź z domu. Spotkaj się z kimś płci przeciwnej. Przestań obsesyjnie kupować i walić konia. Rzuć pracę. Rozpocznij walkę. Udowodnij, że żyjesz. Jeśli nie będziesz ubiegał się o swoje człowieczeństwo, zostaniesz tylko numerkiem w statystykach. To ostrzeżenie.

Antoinette d'Artois-Gore


— No, nie wiem, Rosie... Szczerze, to chyba nie chcę tam iść, a zresztą mamy napisać na poniedziałek dwa eseje, no i jeszcze...
— Cecily Grant — przerwała mi. — Przestań marudzić. Od pół roku uganiam się za Felice, żeby wkręciła nas na tę imprezę, a teraz mówisz mi, że nie masz ochoty iść? Tchórzysz.
— Wcale nie tchórzę!
— Tchórzysz, jak nic! — Zmrużyła oczy. Patrzyłyśmy się na siebie przez kilka sekund w milczeniu, ale wyglądała tak zabawnie, że kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w górę. Ona także się uśmiechnęła. — Słuchaj, jutro zaraz po kolacji pójdziemy do dormitorium, wyszykujemy się, pomalujemy, a potem założymy szaty i wyjdziemy... Nie wiem, niby do biblioteki.
— Nie chodzisz do biblioteki. Poza tym, kto wychodzi do biblioteki tuż przed ciszą nocną?
— O jejku, to nie wiem, gdziekolwiek. I nie zapomnij, żeby w ciągu dnia powiedzieć kilku osobom, że musisz coś załatwić wieczorem. Po prostu marudź, jesteś w tym dobra. A potem zdaj się na mnie, wszystko już zaplanowałam. I na Merlina, nie bój się!

***

Rosalie miała całkowitą rację, tchórzyłam. Sama nie wiem dlaczego, bo odkąd tylko usłyszałam o Klubie Obliviate, pragnęłam dostać się na jedno ze spotkań, być jego członkinią. Tajemnica, którą był owiany, jeszcze bardziej umacniała jego pozycję, elitarność — potem już dowiedziałam się, że oprócz trzech osób z zarządu nikt nie potrafił powiedzieć o nim więcej niż jego nazwy. Nie wspominając o nazwiskach innych uczestników. Byłam pewna, że stoi za tym jakieś potężne zaklęcie ochronne. Klub Obliviate. Co za ironia.
Mój ojciec jest absolwentem Oksfordu. Choć nie należał nigdy do Klubu Bullingdona, najsłynniejszego klubu towarzyskiego studentów, słyszałam mnóstwo historii na temat tego, co działo się podczas ich posiedzeń. Klub Obliviate bez wątpienia był godną konkurencją dla swojego mugolskiego odpowiednika.
Zgodnie z planem Rose, po kolacji popędziłyśmy do dormitorium, przebrałyśmy się w normalne ubrania, pomalowałyśmy, narzuciłyśmy na siebie szaty i wymknęłyśmy się z Pokoju Wspólnego, by spotkać się ze wspomnianą Felice przy łazience prefektów na piątym piętrze. Rosalie musiała namawiać mnie dobre pół godziny, żebym pożyczyła od niej ubrania. Po latach noszenia mundurka dzień w dzień naprawdę trudno mi było pogodzić się z chodzeniem po szkole w krótkiej sukience, nawet jeśli ukryta była pod czarnymi szatami. Dlatego też widok Felice w przepięknym, obcisłym kostiumie, która nie dbała nawet o to, by specjalnie się kryć, wprawił mnie w osłupienie.
— Czekam na was od dziesięciu minut — mruknęła złośliwie. — Już dwa razy przechodził tędy woźny i prawie wpadłam. Przypomnijcie mi, po co to robię?
— Bo mnie u-wiel-biasz! — pisnęła Rosalie, zarzucając jej ręce na szyję. Potem całą drogę przegadały o jakimś Gryfonie z siódmej klasy.
By dostać się do miejsca spotkań klubu, trzeba było odsłonić trzecią kotarę po lewej stronie korytarza na szóstym piętrze, otworzyć okno i... Wyskoczyć z niego. Ogromny balkon znajdujący się kilkanaście metrów niżej chroniony był zaklęciem, które zapobiegało jakimkolwiek obrażeniom. Felice z całą przyjemnością wypchnęła mnie na zewnątrz, gdy siedziałam na parapecie i jęczałam, że nie dam rady zeskoczyć. Potem wystarczyło dotknąć ręką muru i jeżeli było się jednym z członków Obliviate, metalowe wrota pojawiały się tuż obok.
— Gotowe? — Felice zerknęła na nas przez ramię, uśmiechając się szelmowsko.
A potem otworzyła drzwi. I nic się nie stało.
Przez moment widziałam jakby za mgłą, a do moich uszu nie dobiegał żaden dźwięk. Dopiero gdy wrota zatrzasnęły się za nami z lekkim hukiem, odzyskałam zmysł wzroku i słuchu — kolejne zaklęcia ochronne. Kiedy już mogłam swobodnie rozejrzeć się po pomieszczeniu, moje usta rozszerzył szeroki uśmiech, który zaraz zamienił się w szalony chichot. Było wspaniale.
Miałam wrażenie, jakbyśmy teleportowały się w zupełnie inne miejsce — ze szkockiego, surowego Hogwartu wskoczyliśmy wprost do saloniku francuskiego pałacu w stylu rococo. Przepiękne kozetki, meble, kominek, boazeria, wszechobecne złoto i przepych sprawiły, że powoli zaczynało mi się kręcić w głowie. Pewnie tkwiłabym tam dalej, rozglądając się jak zaczarowana, gdyby nie krzyknęła do nas Antoinette d'Artois-Gore, Ślizgonka z siódmej klasy. Machała do nas ręką na powitanie.
— Felice! Przyprowadziłaś kogoś nowego!
Niemal jej nie poznałam. W niczym nie przypominała tej dziewczyny, którą kojarzyłam z kilku łączonych zajęć — zawsze roześmiana, pomocna, sprawiająca wrażenie przyjaciółki wszystkiego i wszystkich, teraz, w czarnej sukience i pełnym makijażu, wystrojona na modłę lat dziewięćdziesiątych, wyglądała jakby... Groźnie. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że mam do czynienia z założycielką Klubu Obliviate. I że naprawdę była niebezpieczna.
— Chodźcie, znajdę wam coś do picia! — Mimo że krzyczała, prawie w ogóle jej nie słyszałam, taki hałas panował w tym małym pomieszczeniu. Oprócz tego, że kawałki Fatalnych Jędz leciały ze starego gramofonu na cały regulator — a muszę wspomnieć, że z mugolskim gramofonem nie miał on wiele wspólnego — otaczały nas małe grupki osób, zdające się próbować przekrzyczeć siebie nawzajem. W sumie w sali znajdowało się nie więcej niż dwadzieścia osób.
Antoinette poprowadziła nas do dużej kanapy, po czym rozsiadła się na jej brzegu i kazała innym zrobić dla nas miejsce. Ktoś zaraz ściszył muzykę. Przedstawiła nas jako nowe członkinie klubu kilku osobom z towarzystwa — chyba jej najbliższym znajomym — a potem przysunęła się do mnie bliżej i otoczyła mnie ramieniem. Spojrzałam na nią zdziwiona, już otwierając usta, ale nie dała mi dojść do głosu.
— Cecily Grant — powiedziała głośno. Byłam głupia; oczywiście, że wiedziała już wcześniej, kogo Felice ze sobą przyprowadzi. — Jak ci się tu podoba?
— Hm, no, jest tu... Jest tu bardzo fajnie.
Parę osób zachichotało. Usta Antoinette tylko drgnęły delikatnie. Siedziała tak blisko mnie, że czułam zapach jej perfum, widziałam, jak rozszerzają się źrenice jej oczu, jak lekko rozchyla usta, jakby zaraz miała coś powiedzieć. Był w niej jakiś magnetyzm. Roztaczała wokół siebie aurę władzy i potęgi, której zwyczajnie nie mogłam się oprzeć.
— Pokażę ci, że może być jeszcze... Fajniej — mruknęła wprost do mojego ucha.
Nie miałam pojęcia, że całe towarzystwo nam się przyglądało. Że Rosalie patrzyła na mnie z przerażeniem, i że już sięgała ręką po moją dłoń, żeby mnie odciągnąć od d'Artois-Gore, ale ktoś ją powstrzymał. Pozwoliłam Antoinette, by przytuliła mnie do siebie — ułożyłam się na jej klatce piersiowej plecami, zupełnie jak małe dziecko. Czułam się komfortowo, wyjątkowo i bezpiecznie, i nawet gdy podawała mi fiolkę z jakąś gęstą, fioletową substancją, posłusznie ją wychyliłam. Zimna ciecz rozlała się po moim gardle, a ja w tej samej chwili odpłynęłam.
Ciężko opisać działanie tego eliksiru, a jeszcze trudniej byłoby go porównać do jakiegokolwiek innej mikstury. Efekt, jak inni opisywali, był bardzo zbliżony do niektórych mugolskich narkotyków, przy czym u każdego objawiał się dokładnie tak samo, bez żadnych odstępstw — absolutne szczęście. Ale nie takie, jakie oferowało Felix Felicis, czyli pewność siebie i pomyślność w działaniach. Ten eliksir, eliksir Antoinette, wysyłał w długą podróż pełną przyjemności, błogości, szczęścia niemal dziecięcego.

***

Następnego ranka Rosalie wydawała się zmartwiona. Gdy tylko dosiadłam się do niej na śniadaniu, obrzuciła mnie zatroskanym spojrzeniem.
— Gdzie się wczoraj podziałaś? Znowu uczyłaś się do późna w bibliotece? — zapytała, kręcąc głową z dezaprobatą.
— Jak to gdzie się podziałam? Przecież byłyśmy w-ach! — Krzyknęłam z bólu, łapiąc się za gardło, które zapiekło mnie żywym ogniem. Wypuściłam z ręki sztućce, a te potoczyły się po posadzce z głuchym brzękiem. Dopiero po kilku głębszych wdechach byłam w stanie spojrzeć na Rosie, która wydawała się już naprawdę przerażona.
— Na Merlina, martwię się, Cecily! Zacznij trochę dbać o swoje zdrowie, cały czas tylko siedzisz w tych książkach. Zjedz coś. Po śniadaniu pójdziemy do Skrzydła Szpitalnego, bo to już nie są żarty, a potem...
Pozwoliłam Rosalie na dalszy wywód, a sama odwróciłam głowę, by odnaleźć wzrokiem Antoinette siedzącą przy stole Slytherinu. Wyglądała uroczo i grzecznie, z prostymi włosami, w mundurku, trajkotała w najlepsze z jakimś drugoklasistą. Ostoja spokoju, kwintesencja serdeczności.
Gdy po chwili nasze oczy się spotkały, uśmiechnęła się szeroko.
No tak. Klub Obliviate.

Our love is God.
Let’s go get a slushie.


odautorsko
Witam się w końcu pięknie z panną d'Artois-Gore — pamiętajcie, nie taki diabeł straszny, jak go malują! W karcie "ukryte" są trzy cytaty z dwóch moich ulubionych filmów, które pozwoliłam sobie bezczelnie zapożyczyć. Zdjęcia się zmieniają, paseczek wysuwa, ogólnie wspięłyśmy się z Nettie na szczyt moich wątpliwych zdolności htmlowania. I przepraszam za tę ścianę tekstu, ale niestety umiejętności pisania zwięzłych i treściwych kart postaci już chyba nigdy nie nabędę.
No, co tu więcej mogę powiedzieć... Nie daję sobie limitu, mogę i zaczynać, i spróbować coś wymyślić, czasem faworyzuję, ale nigdy nie zlewam kompletnie — jeśli mi się zdarzy, proszę krzyczeć, bo to tylko wina mojej nieuwagi. 
Dobra, chodźcie do nas na wątki <3

19 komentarzy:

  1. [Hej, cześć, czołem
    Antonina rzeczywiście jest niebezpieczna, zwłaszcza że tak pewnie operuje magią zanikania pamięci. Moim zdaniem Oblivate powinno znaleźć się w spisie zaklęć czarnomagicznych.
    Może nie znajdziemy wspólnego wątku do Thaddeusa, bo nie w jego typie jest klubowania (choć ciekawym zabiegiem mogłoby się okazać wprowadzanie go w to środowisko), ale jeśli spodoba Ci się moja druga budująca się w tej chwili postać, uderzaj do mnie.]

    Thaddeus Nunn

    OdpowiedzUsuń
  2. [ To nam (to mnie) – odwrotnie niż Cecily – najpierw przychodzi poznać Antoinette w wydaniu z Klubu Obliviate. Wydaje mi się, że groza skontrastowana ze wcześniejszą serdecznością szokuje bardziej niż gdy te obrazy obserwuje się w odwrotnej kolejności. A w tym drugim przypadku dodatkowo trochę nakładają się one na siebie i choć nie mam problemu z uwierzeniem w spokojną i życzliwą Antoinette, to jednocześnie widzę to jako chłodną uprzejmość, dystansową, bardzo przyjemną co prawda i zabarwioną troską, ale jednak pozbawioną prawdziwego zaangażowania emocjonalnego. (W czym oczywiście nie ma nic złego ;D). Ale pewnie, taki Jim, który Ślizgonkę najpewniej zna tylko z zajęć, może uważać ją za samą słodycz i słońce.
    Cześć, dzień dobry!]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  3. [Daje się więc porwać, ale pod warunkiem jak zdradzisz mi w wątku więcej szczegółów o tym klubie. I cześć! <3]

    Cassius Carrow

    OdpowiedzUsuń
  4. Witamy serdecznie i życzymy udanej zabawy!

    OdpowiedzUsuń
  5. [No, jeśli nie zepsuje mu głowy, to czemu nie! ;D Ustalamy jakieś powiązanko? Znać się muszą, bo mamy ten sam rok i dom – kwestia tylko tego jak bardzo mają się znać. Zaczynamy od dobrych znajomych z domu i stopniowo budujemy relację, czy zakładamy, że się przyjaźnią albo i nie?]

    Cassius Carrow

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Ochotę na wątek oczywiście mam, ale ciekawego pomysłu już nie, więc poczekam, aż coś mi podsuniesz. I psychicznie przygotuję się na rozpoczęcie! :D]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ciekawi mnie, który cię tak zachwycił, bo łącznie ukryłam ich chyba 4 w ultra nieoczywistych miejscach :D No widzisz, skoro nie boi się eksperymentów i nie będzie ganiać niespełnionego naukowca po korytarzu jak okaże się, że zmiany przyniosły więcej szkody różdżce niż pożytku (chociaż, w sumie, to brzmi jak niezły pomysł) to zawsze można to uznać jako podstawę do wątku, jak tylko będziesz miała ochotę 8D)
    Vinny Greed

    OdpowiedzUsuń
  8. [Dzięki wielkie za miłe słowa. Za wątek jednak podziękuję, bo z doświadczenia wiem, że zmuszanie moich postaci do przebywania z postaciami z całkowicie przeciwnego bieguna nie wychodzi mi na dobre. Dzięki raz jeszcze, za propozycję i w ogóle, ale może innym razem. ;)]

    Nico

    OdpowiedzUsuń
  9. Dłoń z piórem błądziła starannie po bladym kawałku pergaminu – przy stoliku, schowanym w cieniu regału na książki, siedział dobre dwie godziny. Już podczas wakacji obiecywał sobie, że z ręką na sercu przyłoży się do wypracowania z alchemii i napisze je najlepiej jak tylko potrafi. Miał przed sobą ostatni rok w Hogwarcie, a zależało mu na dopięciu swego i spełnieniu planów, związanych z późniejszym wyjazdem do Egiptu, dlatego postanowił poświęcać więcej uwagi nauce i nadchodzącym egzaminom.
    Dotychczas nikt mu nie przeszkadzał, choć jego skupienie kilkakrotnie wędrowało do wnętrza pokoju wspólnego, w którym co jakiś czas przemieszczali się domownicy, a szczególnie drugoklasiści, którzy poczuli się pewniej niż rok temu, produkując ze swoim przybyciem ogromne ilości chaosu. Teraz był jednak ten moment, kiedy wewnątrz panował spokój, niezakłócany żadnym harmidrem, związanym z nowymi odkryciami młodych czarodziejów, więc Cassius w szybkim tempie zdołał napisać trzy czwarte strony – aż do chwili, w której usłyszał zgrzyt przesuwanego krzesła, a zaraz za nim poczuł obecność Antoinette u swego boku.
    Jego ręka zatrzymała się w powietrzu tuż nad kartką. Spojrzenie złotych tęczówek powędrowało na twarz dziewczyny, okalaną burzą ciemnych włosów, a na czole Carrowa pojawiła się charakterystyczna zmarszczka, zdradzająca zaciekawienie. Już na wstępie wiedział, że będzie chodziło o jakąś „pomoc”, dlatego nie przerywał jej gdy wspomniała o „pewnej dziewczynie” i problemie, jaki się między koleżankami pojawił.
    Aczkolwiek nie pomyślał, że to głupie – w ogóle nic nie pomyślał, bo nie bardzo rozumiał na czym polegają dziewczęce przepychanki i nie wiedział, co chodziło Antoinette po głowie, gdy mówiła o tym, że Lara się uwzięła, albo że złapała ją na korytarzu. Bo w jego głowie to złapanie brzmiało jak zaczepka fizyczna, czy też różdżkowa, ale czy właśnie o to chodziło?
    Gdy skończyła mówić, wyprostował nieznacznie plecy na krześle.
    — Na samym początku musiałbyś odpowiedzieć mi na dwa pytania — zaczął, odłożywszy pióro do pojemnika z atramentem. Za moment splótł palce na blacie stolika przed wpół zapisanym pergaminem i skupił spojrzenie na twarzy Ślizgonki. — Po pierwsze: jak będzie wyglądać ta nauczka, a po drugie: dlaczego doszłaś do wniosku, że to akurat ja będę nadawał się do roli partnera w tej zbrodni. — Podniósł chwilo brew i przechylił delikatnie głowę w bok, jakby taka perspektywa pozwalała mu w idealny sposób objąć oblicze Antoinette wzrokiem.
    Nie w jego naturze leżała lekkomyślność, a wszelkie działania, których się podejmował, były uprzednio przemyślane. Mógł się podjąć wyzwań pod warunkiem, że otrzyma konkrety i na to liczył, zdając oba te pytania.


    Cassius Carrow

    OdpowiedzUsuń
  10. - Czy ja wiem, czy to taka tragedia - wzruszył ramionami, dość nieporadnie jeśli chodzi o bycie taktownym komentując monolog swojej koleżanki. Dotyczył on jej wuja, który stracił nogę.
    - Mój ojciec nie ma ręki i jakoś żyje. Jest nawet jednym z lepszych uzdrowicieli w Mungu - gdyby miał wprawne na relacje towarzyskie oko na pewno zauważyłby konsternację na twarzy swojej towarzyszki komunikującą, że nie takiej formy wsparcia i empatii się spodziewała.
    Vinny jednak najczęściej gadał głupoty i nie rozumiał dlaczego tak w zasadzie są one niewłaściwe, przez co nie uczył się na własnych błędach - ...no dobra, ale moja matka jest tak jakby magicznym inżynierem. I zrobiła mu protezę. Ta proteza ma refleks lepszy niż kilka ludzkich dłoni razem wziętych - wyliczał swoje szybkie spostrzeżenia na głos, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że pogarszają tylko one jego sytuację. Nie połączył oczywiście coraz większego skrzywienia na twarzy dziewczyny ze swoim nietaktem, a z czymś, co miało znaczenie chyba tylko dla niego.
    - Aaa, pewnie nie wiesz kim jest inżynier. To taki mugolski, ee.. - urwał, stukając palcem w wystającą kość policzkową i uciekając wzrokiem gdzieś w bok, ponad ramię krukonki - ..naukowiec.
    Zakończył zdanie, przybierając grobowy ton spowodowany tym, co właśnie przeszło przez drzwi pokoju wspólnego. Zdążył tylko unieść wysoko brwi, marszcząc przy tym czoło, gdy refleks nakazał pochylić głowę i na kilka krótkich sekund przybrać pozycję żółwia, by uniknąć bycia uderzonym przez szybującą w jego stronę różdżkę. Jasne, celowała ona w jego głowę, ale lepiej było osłonić całe ciało w razie, gdyby w zaciekłym amoku różdżce miały towarzyszyć inne, bardziej niebezpieczne gabarytami przedmioty. Kobiety przecież były nieprzewidywalne.
    - Anthony, moja droga - czy nie był śmiesznym fakt, że jego drugie imię brzmiało idealnie jak prześmiewcza wersja miana Ślizgonki, którego używał ze względu na swoją upośledzoną wymowę francuskobrzmiących słów? Już nawet nie pamiętał, czy użycie go spowoduje salwę śmiechu, czy kolejny zamach na jego osobę.
    - Czym zawdzięczam sobie - odkaszlnął głośno, sarkastycznie akcentując kolejne słowo - twoją sympatyczną wizytę w naszych skromnych progach? - to nie tak, że nie domyślał się o co chodzi. Po prostu jego klauzula o braku odpowiedzialności za wyniki skomplikowanych eksperymentów różdżkowych była zbyt epicka, by używać jej w momencie bez zbudowanego napięcia - Musiałaś bardzo się spieszyć, pędząc tutaj ze Skrzydła Szpitalnego - zmarszczył teatralnie brwi, krótkim ruchem dłoni strzepując jakąś różową galaretkę z materiału szarego swetra na ramieniu.
    - Wiesz, pielęgniarka chyba jeszcze nie zdążyła dokończyć twojego przeszczepu mózgu, bo trochę... zostało ci we włosach.

    Vinny Greed

    OdpowiedzUsuń
  11. - Już dobrze, Antuan, nie moja wina, że nie urodziłem się poliglotą. Jak sama stwierdziłaś, zła kolejka - wywrócił oczami, które w towarzystwie pobliskiego kominka przypominały dwa węgielki. Uroki zgubnego procenta wschodnich genów, które odziedziczył w urodzie.
    - IN-ŻY-NIE-RZY. To nie matka mojego kuzyna, a mój ojciec ma sztuczną rękę. Wypas, nie? - pytanie to było, oczywiście, pytaniem retorycznym, bo Vincent nie spodziewał się innej reakcji niż żywego entuzjazmu faktem zcyborgowienia jego własnego rodziciela.
    Brunet średnio kulturalnym gestem wspiął się stopami na siedzenie fotela, by właściwie na nim kucnąć, co umożliwiło mu wygięcie się w tył przez oparcie i dosięgnięcie różdżki leżącej na ziemi z dokładnością zasięgu swojej ręki wyliczoną niemalże do milimetra. Gdy powrócił do swojej poprzedniej, bardziej komfortowej pozycji, jego uwagę przykuły słowa dziewczyny. Zboczył więc wzrokiem i obrotem twarzy w jej stronę, marszcząc nieznacznie brwi na widok szklanych fiolek spoczywających w jego dłoni.
    Kolejnym teatralnym gestem było tym razem prychnięcie.
    - Artysta nie potrzebuje zachęty by dobrze wykonać swoje dzieło - wbrew własnym słowom rozmieścił jednak połowicznie fiolki w obu kieszeniach czarnych spodni. Skoro jego wynalazek troszkę tak czy siak nawalił, to jego słowa nie robiły już i tak różnicy. Westchnął ciężko, jakby porażka męczyła go bardziej, niż męczyła otoczenie w którym wyrządzić miała szkody. Podniósł się z siedzenia i oddał Ślizgonce różdżkę, kucając tym razem przy jej fotelu i przysuwając głowę w okolice jej dłoni.
    - Rzuć zaklęcie, przy którym robią się problemy. Muszę posłuchać, co się właściwie zepsuło - jakkolwiek niepoważnie to nie brzmiało, Greed wcale nie żartował. Na potwierdzenie powagi swojego polecenia obrócił łepetynę w bok, by jego lewe ucho skierowane było w sposób równoległy do felernej różdżki.
    Mimo, że jego pozycja była całkowicie skupiona i przygotowana do rychłego zabiegu, na twarzy zagościł pogardliwy grymas.
    - Chyba w zasadach korzystania moich usług zamieszczę paragraf, że z wspomnieniem nazwiska "Ollivander" będę ich całkowicie odmawiać. Czy da mi ktoś wykonywać moją pracę bez wspominania marki z którą nie mam NIC wspólnego?

    [spoko maroko, to już taka godzina, że ja już sama wolę nie czytać tego co piszę :D]
    Vinny Greed

    OdpowiedzUsuń
  12. [Komnatę Tajemnic? Zawsze, Harry jeszcze o tym nie wiem, zapoczątkował rodzinną tradycję otwierania Komnaty, którą James zamierza ciągnąć :D Powiedz mi koniecznie coś więcej o tym głupim wątku!]

    James Potter

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Mnie pasuje wszystko. Pierwszy wątek jest taki, że pewnie każdy mógłby się w nim znaleźć, więc żadna niezgodność z charakterem Jima nie występuje. Co do drugiego... Nie wiem, jak konkretnie odbierasz Jima, więc tak tylko rzucę, że choć nie lubuje się w namnażaniu sobie wrogów, to nie jest również przyjacielem wszystkich i każdego, a także nikomu nie będzie próbował pomóc na siłę. Co oznacza, że jeśli Antoinette na dzień dobry ich spotkania warknie, że to nie jego sprawa, to on wzruszy ramionami i pójdzie dalej. Ale oczywiście w pierwszym odruchu jakoś by się zainteresował, no, czuły jest, więc nawet jeśli o zbawianiu świata nie marzy, to chętnie wysłucha kogoś, kto akurat będzie miał potrzebę coś powiedzieć. Tym bardziej że nic złego między nimi się raczej nie działo, no nie?
    A czy powinien wiedzieć coś o tym Klubie? Jako człowiek niezainteresowany tematem, ale jednak żyjący wśród ludzi, więc mogący jakieś plotki – jeśli takie krążą wśród niewtajemniczonych – słyszeć.
    O, a jeśli chcesz jeszcze jakiegoś backgroundu dla nich, to możemy wykorzystać Klub Ślimaka, bo widziałam, że zapisałaś tam Antoinette. Jim członkiem nie jest, ale w zeszłym roku pojawił się na tym balu bożonarodzeniowym jako osoba towarzysząca. Tzn. mógłby to zrobić, jeśli posłużyłoby to wątkowi.
    Jak prawdopodobnie większość blogowiczów nie jestem największą fanką zaczynania, więc jeśli chcesz to zrobić, nie przeszkadzam. ;D Ale jakby co – jestem na to gotowa.]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  14. Zdawał sobie sprawę, że McPherson lubi zadzierać nosa i chełpić się zdolnościami, niekiedy znacznie kolorując swoje wszelkie, wielkie talenty. Do pojedynków faktycznie miała nosa, być może dlatego, że nie bała się używać zaklęć i przykładała się do nauki jak na prawdziwą Krukonkę przystało, więc wiedziała do czego służą, ale Cassius jeszcze nigdy nie słyszał, by to dziewczę się nad kimś znęcało. Owszem, Lara potrafiła być irytująca, ilekroć szczyciła się swoją cudownością niemalże do porzygu, ale nie była groźna – ba! Carrow miał wrażenie, że zmaga się ze sporą ilością kompleksów i poprzez przechwalanie się, próbuje podpić punkty niskiej samooceny. W każdym razie, czy była groźna, czy też nie, nic nie stało na przeszkodzie, by się z nią zmierzyć. Pomijając już nauczkę, którą Antoinette chciała jej dać w ramach pokuty za brzydkie zachowanie, to pojedynek był ciekawym wyzwaniem i tak, jak większość rywalizacji, działał na Cassiusa jak cichy, ale skuteczny magnes. Niech wygra lepszy, jak to mówią.
    Gdy jednak spojrzał krótko na szramę na ręce Antoinette i usłyszał jej słowa, przeszedł myślami do zupełnie innego tematu. Kary cielesne nie były mu obce – zdobiły skórę jego ciała w postaci niedużych, połyskujących blizn, które miały mu przypominać o zakazach i nakazach, zawartych w dekrecie matki. Które miały go nauczyć skrupulatnego przestrzegania ich oraz szacunku do tego, co zostało mu przedstawione.
    Kącik jego ust powędrował ku górze w odpowiedzi na słowa Antoinette, ale ten półuśmiech nie miał nic wspólnego z wesołością – miał umiarkowanie protekcjonalny charakter, i wyraz ten pojawił się na jego twarzy w momencie, w którym Cassius nachylił się nieco w przód, w kierunku Ślizgonki.
    — Do bólu fizycznego można się przyzwyczaić; on zawsze w końcu znika — odrzekł tak samo cichszym tonem. — A ból psychiczny bywa nie do zniesienia i jest ciągle. Wraca do Ciebie, myślisz o nim, nie śpisz, nie zwracasz uwagi na rzeczywistość. Zjada Cię od środka, powoli, jak pasożyt — dopowiedział z wolna i poniósł usta w uśmiechu, jeszcze przez chwilę utrzymując spojrzenie na twarzy Ślizgonki. A zaraz wyprostował się na krześle i sięgnął po pióro, wróciwszy jakby nic do pisania swego wypracowania.
    — Na następnym spotkaniu rzucę Larze rękawicę — oznajmił, starannie kończąc to urwane na poczet rozmowy zdanie i zabierając się za pisanie kolejnego.
    Cassius wyzwie ją na pojedynek po części z czystej ciekawości. Dawno nie stoczył z nikim jakiejś zaciętej walki na zaklęcia, może dlatego, że często omijał spotkania Klubu Pojedynków, a właśnie tam bywało najwięcej takich okazji. Poza tym, zastanawiał się ile w McPherson jest umiejętności praktycznych, a ile teoretycznych i chciał się przekonać na własnej skórze. Bo jego ciało było już tak pokiereszowane, że kolejne, zdobiące je ślady niczego nie pogorszą, a talent Lary to może tylko bajka?


    Cassius Carrow

    OdpowiedzUsuń
  15. [To mi przeszkadza w tej postaci. Zupełnie to do niego nie pasuje, zaraz to zmienię, bo to burzy mi koncepcje.
    Może dostał jakoś zaproszenie do klubu, albo ktoś go w to wkręcił. Albo nie, bo to jest takie proste.]

    T. Nunn
    A. Travers

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Sentymenty <3 Wiesz, że z Tobą wątek ja bardzo chętnie zawsze i wszędzie w nocy o północy i wgl tylko nie wiem czy Ty masz ochotę na jakiś dziewczyński wątek :D ]

    Aerys

    OdpowiedzUsuń
  17. [Czytam tę kartę raz za razem i bardzo szanuję formę, ale za nic nie wiem jak połączyć nasze Panny. Przecież Twoja moją mogłaby zabić, albo doprowadzić do duszności samym spojrzeniem! Chyba, że chcesz moją zadręczać dla zabawy i czystej złośliwości... I może nuty sympatii. ]

    Nancy Stewart

    OdpowiedzUsuń
  18. [O, o, pijacki zakład mi się zawsze podoba! James nawet jeśli nie wie, gdzie ojciec tę Komnatę znalazł, to mógłby się jakoś dowiedzieć. Względnie dałoby się zawsze zahaczyć Jęczącą Martę, bo Jim do Harry'ego całkiem z wyglądu podobny, to może by się ją wzięło na piękne oczy :D]

    James Potter

    OdpowiedzUsuń