3 sierpnia 2018

If your heart is a volcano, how shall you expect flowers to bloom?


Finley Finn Darcy
HUFFLEPUFF — V ROK — KOŁO ZIELARSKIE
BOGIN: CIAŁO POZBAWIONE KOŃCZYN — PATRONUS: PIES RASY BASSET HOUND
RÓŻDŻKA: 12 CALI, JARZĘBINA, WŁOS Z OGONA JEDNOROŻCA
RÓŻDŻKA: 11 CALI, WIERZBA, WĄS KUGUCHARA

Wciąż pamięta szept telewizora, jej nieruchomą sylwetkę i blade światło latarni. Wciąż pamięta każde uderzenie – a było ich wiele – i mury szpitala, gdzie zabierała go nieżyjąca już sąsiadka, choć wcale nie chciał odwiedzać matki, bo wzbudzała w nim strach silniejszy od współczucia. Wciąż pamięta, jak podczas pierwszej podróży do Hogwartu z ekscytacji i nerwów zjadł tyle słodyczy, że zwymiotował na innego pierwszaka, któremu do dzisiaj nie ma odwagi spojrzeć w oczy, a mimo to w dalszym ciągu zajada stres, aż robi mu się niedobrze. Wciąż pamięta upadek z miotły, docinki Ślizgonów, samotnie spędzone święta, mokrą poduszkę i pragnienie buntu.

Życie potrafi być okropne i smutne, kiedy jest się mugolakiem i półsierotą, a na dodatek ma się matkę wariatkę. Pasmo nieszczęść nie sprawiło jednak, że Finn znienawidził cały świat; wręcz przeciwnie, pokochał go i docenił. Uważa, że źli ludzie to słabi ludzie, i sam stara się każdego traktować dobrze, ale zdarza mu się być złośliwym. Ma zdecydowanie za miękkie serce, wierzy w innych zamiast w siebie, kolekcjonuje na ciele siniaki i znika na długie godziny w cieplarni. Lubi się uczyć i pochłania więcej książek niż słodyczy, dręczony przez kompleks dzieciaka z mugolskiej rodziny. Potrafi znacznie więcej, niż pokazuje, a w przyszłości chciałby pracować jako uzdrowiciel; brak pewności siebie sprawia, że na ogół się nie wychyla. Choć w każdym dostrzega coś pięknego lub szlachetnego, nie umie polubić samego siebie. Chciałby być inny: bardziej stanowczy, uzdolniony, śmielszy, trochę wyższy, mniej niezdarny i mniej wrażliwy.


————— ❋ ❋ ❋ —————


Kontakt: nekrobiose@gmail.com. Wizerunek: Liam Rogers.
Druga postać: Napoleon Groff.

167 komentarzy:

  1. Witamy serdecznie i życzymy udanego pisania!

    OdpowiedzUsuń
  2. (Ojej, Finn wydaje się być taki kochany! Aż mam ochotę go wyściskać. Tym bardziej, że stara się być dla wszystkich dobry pomimo, że sam pewnie nie miał lekko. Cały czas ubolewam, że nasz wątek na Oslo umarł (tak, wiem, z mojej winy) śmiercią naturalną, więc mam nadzieję, że może tutaj uda nam się coś razem wyczarować. Co prawda nie załapuję się na poszukiwane relacje ale może jakoś inaczej dałoby się naszych Panów połączyć? Mój Arthur, co prawda, to zupełne przeciwieństwo Finna ale przeciwieństwa w końcu się przyciągają. >D Więc jeśli będziesz miała ochotę to zapraszam do siebie!)

    Arthur Black

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam pięknie! Finn nie miał lekko z tego co widzę, ale mimo wszystko lubi życie. A my lubimy ludzi lubiących życie! I Puchonów też lubimy! Oliver sprasza do siebie na wakacje pół Hogwartu, więc... hah, Johnsonowie muszą przebudować dom! A tak na poważnie to nie wiem czy załapiemy się z Oliverem na poszukiwane relacje, ale w razie chęci napisania czegoś, zapraszamy! Tymczasem życzymy udanych rozgrywek i baw się dobrze!]

    Oliver Johnson

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć, Finn! Drugi Finn ma z kolei ojca-wariata, też zbiera czasami całe kolekcje siniaków, no i chociaż robi z siebie dupka, to jest całkiem kochanym chłopcem, tam gdzieś na dnie serduszka. Jeśli masz ochotę, to zapraszam na wątek, razem na pewno coś fajnego wymyślimy, znajdzie się jakiś wspólny punkt między nimi.
    W każdym razie, dobrej zabawy!]

    Finnbar Delaney

    OdpowiedzUsuń
  5. [Nie wiem czy któregokolwiek z moich Ślizgonów da się za cokolwiek podziwiać, ale jeśli znajdziesz takowy element, chętnie przygarnę powiązanie przez Ciebie zaproponowane. Finley jest świetny. Zapraszam do siebie po wątek! :D]

    Halliwell Shanter i Mike Havoc

    OdpowiedzUsuń
  6. [Żyrafka ♥ Mogę zgarnąć b) dla mojego Aleistera? Oddam w ramach przekupstwa wakacje w Grecji za ten wątek z pewnym chłopcem i Śmierciożercą, który nam się dawno temu urwał c:]

    Deucent Faradyne/Aleister Sheehan

    OdpowiedzUsuń
  7. [Cześć, miło Cię tu widzieć. Coś mi się zdaje, że byliśmy kiedyś na etapie tworzenia powiązania, aczkolwiek blog niestety został zamknięty. Albo mi się już coś kręci. W każdym razie mogę zaproponować starszą ślizgonkę - Elis, która z przyjemnością by go wykorzystywała. Jest jeszcze Evelyn - stażystka, gdyby Ci odpowiadała. W każdym razie, bardzo chętnie coś stworzę z Finnem.]

    Elis, Evelyn & Noah

    OdpowiedzUsuń
  8. [T-rex na zdjęciu mnie urzekł, ale bardziej sama karta, a to nie lada wyczyn, bo ja kocham dinozaury. Dalej odchorowuję długą podróż więc obszernie się tu nie rozpiszę oprócz tego, że kocham miękkie serducha jako ogół i wszystkich, którzy je mają. Cieszę się, że Finn mimo nieprzyjemnej, rodzinnej historii daje sobie radę i życzę, żeby ktoś sprawił że wreszcie spojrzy na siebie przychylniejszym okiem.
    Jak mało ci będzie wątków to zapraszam do siebie, z Vinnym można się pokolegować, a Serenkę polecam do podkochiwania się 8) (wciąż rozpaczamy, że nikt nie rozważa historii magii w kategoriach ulubionych przedmiotów, chlip chlip) ]

    V.Greed/S.Blackwall

    OdpowiedzUsuń
  9. [Sądzę, że Serena byłaby wniebowzięta tym, że istnieje choć jedna dusza chcąca uczęszczać na jej wymarzone kółko (chociaż pewnie wolałaby, żeby to było ze szczerych intencji, ale biedulka nie zdaje sobie z tego sprawy), więc z chęcią spełnimy twoje marzenie :D Jeśli tylko masz ochotę i pomysł, to gryź ten temat bez problemu, mi wystarczy tylko poszlaka na temat zachowania Finna na lekcjach i poza nimi i spokojnie na tej podstawie wskoczę sobie w odpis ♥ Ale będzie fajnie!
    I dzięki, bardzo lubię grube ściany.]

    S.Blackwall

    OdpowiedzUsuń
  10. [Yay! Zostajemy przy motywie wakacyjnym i tym, że Finley jest u Aleistera czy wolałabyś jednak coś innego? Jeśli to pierwsze, to wtedy zacznę i zapewniam, że matka Aleistera mogłaby traktować Finna o wiele lepiej niż swego własnego syna c:]

    Aleister Sheehan

    OdpowiedzUsuń
  11. Ostatnie dni były dla Arthura nieustannym biegiem przez przeszkody, które napotykał niemal non stop, mając wrażenie, że co chwila się nawarstwiają. Wynikały one głównie z bezsennych nocy, które sprawiały, że tracił czujność oraz spokój. Stał się jeszcze bardziej nieznośny niż w zazwyczaj, psując humor i nerwy nie tylko sobie a wszystkim, którzy przebywali w jego towarzystwie. Nieprzespane noce w jego przypadku nie były wcale taką nowością, jednak wynikały one przeważnie z jego własnej woli, a nie galopujących nieustannie myśli na tematy zdecydowanie niezwiązane z czymś pozytywnym.
    Od ponad tygodnia musiał mierzyć się z pisemną batalią pomiędzy nim a jego rodzicami, którzy najwidoczniej nie przywykli do tego, że ich syn może stawiać opór. W rzeczy samej, Arthur praktycznie nigdy nie sprzeciwiał się swoim rodzicom – nie sprzeciwił się im nawet wtedy kiedy nieodwracalnie zepsuli jego relację z młodszą siostrą, zwracając go przeciwko niej. Niegdyś wynikało to z jego dziecięcej uległości i ufności do wszystkiego co tylko powiedzą rodzice, później natomiast była to już jedynie kwestia przyzwyczajenia i wyuczenia. Bo tak było od lat.
    Dopiero od niedawna zaczęła kiełkować w nim chęć sprzeciwu – być może wynikało to z tego, że był już starszy, a być może z tego, że sytuacja dotyczyła tylko i wyłącznie jego osoby. Nikogo innego.
    Blackowie byli nieugięci; zarówno starsi, jak również i młodsi dlatego Krukon wiedział, że czekają go kolejne dni męki oraz kłótni zapisanej coraz bardziej niedbałym charakterem pisma. Inny uczeń zapewne dostałby wyjca, jednak w jego przypadku było to poniżej godności. Choćby się paliło i waliło, Blackowie nigdy nie pozwolą aby zhańbiono ich syna na oczach całej reszty – swoje brudy zawsze załatwiali prywatnie i po cichu. Dlatego na końcu każdego listu od Josephine Black był staranny dopisek z przypomnieniem o spaleniu go tuż po przeczytaniu.
    Arthur wiedział, że nie wytrzyma następnego tygodnia bez Eliksiru Spokoju. Do tego jednak potrzebne były składniki, a on nie miał teraz ani czasu, ani siły na myślenie jak je zdobyć. Dopiero kiedy pojawił się w Wielkiej Sali pomysł sam wpadł mu do głowy.
    Na widok siedzącego przy stole Puchonów Finleya przypomniało mu się, że przecież on sam nie musi męczyć się z takimi rzeczami. Nie, kiedy ma kogoś takiego jak Darcy.
    Śniadania prawie nie tknął, bardziej skupił się na porannej poczcie oraz Polaris, która przyniosła mu kolejną kopertę. I choć nie znał jeszcze jej dokładnej treści, na samą myśl, że będzie musiał ją niedługo otworzyć, stracił apetyt.
    Jakiś czas później stał już przy wejściu do Wielkiej Sali, oparty o ścianę i cierpliwie czekał aż w końcu uda mu się wyłonił z tłumu swoją ofiarę. Miał wrażenie, że jak na złość, chłopak wyszedł na szarym końcu.
    – Ej, Franklin! – podniósł głos i w ostatnim momencie złapał Puchona za szatę, tym samym rozdzielając go z jego zdziwionym towarzyszem, który na widok Arthura zrobił minę jakby zobaczył ducha i czym prędzej się ewakuował. – Musisz coś dla mnie zrobić.

    Arthur Black

    OdpowiedzUsuń
  12. – Przecież wiem jak masz na imię – odparł, zupełnie niewzruszony, jakby wcale przed chwilą nie przekręcił jego imienia. Nigdy nie należał do osób specjalnie prześmiewczych, jednak zdarzały się momenty, kiedy złośliwość w przypadku pewnych jednostek dawała mu dziką satysfakcję. Tak było właśnie w przypadku Finleya i sam Black nie potrafił wyjaśnić czy wynikało to z jego nieporadności czy tego, że po prostu mu na to pozwalał.
    Bojowy ton głosu Puchona sprawił, że w oczach Arthura na kilka sekund pojawiło się rozbawienie. Skrzyżował ręce na piersi i zaczął mierzyć Finna powściągliwym spojrzeniem, jakby widział go pierwszy raz. Buntownicza postawa chłopaka nijak miała się do jego niewinnego wyglądu, dlatego takim zachowaniem prędzej bawił, aniżeli wzbudzał respekt. Z pewnością nie odstraszyłby Krukona tymi słowami, nawet gdyby były one prawdziwe, ponieważ Black w gruncie rzeczy zgadzał się z tym, że Finley nic nie musi, natomiast bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że po prostuchce. I głównie z tego powodu go wykorzystywał.
    – Prawie co? – podchwycił, unosząc jedną brew i sięgnął do kieszeni swoich spodni, z której wyjął niewielki skrawek pergaminu. Nie kwapiąc się na poczekanie, aż Darcy odpowie, zrobił krok do przodu aby się zbliżyć i wsunął karteczkę pomiędzy sweter, a koszulę chłopaka, tuż przy kołnierzu.
    – Potrzebuję składników do eliksiru. Sproszkowany kamień księżycowy, róg jednorożca, kolce jeżozwierza i syrop z ciemiernika. Wszystko jest wypisane na kartce na wypadek gdybyś zapomniał.
    Z rozczytaniem Arthura, Finley zdecydowanie nie powinien mieć problemu, ponieważ jego pismo było wyjątkowo staranne; lekko pochyłe i ozdobne, zupełnie tak jakby każda nakreślona przez niego litera była wcześniej idealnie przemyślana. Jego matka kiedyś w żarcie napomknęła, że może w swoim poprzednim wcieleniu był skrybą. To pewnie dlatego teraz robi jej poniekąd na złość, bazgrząc w swoich listach jak nigdy dotąd. Wiedział, że niechlujnie zapisane zdania doprowadzały Josephine Black do białej gorączki. To właśnie tak Arthur poniekąd ukazywał swój bunt. Poprzez brzydkie pismo w listach do matki.
    – I załatw mi fajki od jakiegoś mugolaka. Masz czas do wieczora. Będę czekać w Wieży Astronomicznej – wiedział, że to zbyt krótki czas na zdobycie wszystkiego, jednak chciał rzucić mu pewnego rodzaju wyzwanie i zobaczyć jak chłopak sobie poradzi. Puchon nieraz go już zaskoczył swoją skutecznością i szczerze, nie miał pojęcia jakim cudem czasami udawało mu się załatwiać to o co go poprosił. Oczywiście nie żeby jakoś specjalnie się tym przejmował, bo w zasadzie metody stosowane przez Finleya na pozyskiwanie poszczególnych przedmiotów obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Liczyła się skuteczność oraz efektywność, którą praktycznie zawsze udało się Finnowi osiągnąć i to było w tym wszystkim najważniejsze. Arthur był niemal pewien, że Darcy jest jedyną osobą w Hogwarcie, która jest w stanie zrobić dla niego niemal wszystko.
    Wiedział również, że Puchon chłonie aprobatę jak gąbka wodę, więc położył dłoń na jego ramieniu i nachylił się w jego stronę.
    – Liczę na ciebie, niziołku – mruknął wprost do jego ucha, po czym wyprostował się i z obojętnym wyrazem twarzy wyminął go, pozostawiając samemu sobie.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzisiejsze zajęcia, choć ich temat jak zawsze był wyselekcjonowany z ostrożnością zarówno dotyczącą wartości, jaką posiadał jak i czystego kryterium opierające się na tym, czy będzie w ogóle dla klasy ciekawy, w zwyczaju niepodobnym kompletnie do Sereny przebiegły w większości w samodzielnej pracy grupowej. Pamiętna przyśpiewka na finałach szkolnej ligi Quidditcha, choć zwieńczeniem była ostatnich tygodni zeszłego roku szkolnego, ciągle, nawet po wakacjach niosła ze sobą masę konsekwencji niecierpiących dalszej zwłoki w kwestii zmierzenia się z nimi.
    Blackwall, przez całą, okrągłą godzinę, z zaciętą miną, w akompaniamencie skrobania piór klasy skupionej na swoim zadaniu, sama produkowała kolejne słowa na gładkim pergaminie podświadomie starając się, by jej pismo oprócz oczywistej dla jej dłoni czytelności, świadczyło również o pewności siebie i niezmiennej opinii dotyczącej tego, dla większości świadków zabawnego, ale też bardzo upierdliwego w kwestiach papierologii, incydentu. Rodzice jednej z uczennic, która poczuła się osobiście dotknięta jedną ze zwrotek (prawdopodobnie ze względu na rodzinną historię, która opiewała w traumy związane z działalnością Śmierciożerców w latach życia jej dziadków) - wspominającą postać Czarnego Pana - od czasu wyśpiewania jej z pomocą zaklęcia wzmacniającego głos przez Johnsona i Greeda, będących ówcześnie w kresie swojego szóstego roku Hogwartu, nie dość, że przez całe wakacje nagabywali ją wiadomościami przysłanymi z pomocą sowiej poczty, to wciąż po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, nie przestawali. Nauczycielka miała lepsze rzeczy do roboty i ważniejsze, bliższe jej sercu i sumieniu obowiązki, na które pula jej czasu nie mogła być marnowana na uspokajanie urażonych, przez głupi żart nastoletnich chłopców, dorosłych, którzy najwyraźniej nie mieli w życiu nic lepszego do roboty. Pech jednak chciał, że mieli dość wpływowe posady w Ministerstwie. Chcąc nie chcąc... musiała doprowadzić tę farsę do końca.
    Tłumaczyło to więc zmartwienie (może nawet chwilową panikę?), które miało ją ogarnąć, gdy wkrótce czekało ją zdanie sobie sprawy z tego, że tak ważna korespondencja zniknęła z jej biurka. Może, przez własne roztargnienie wywołane tym ciągnącym się stresem, przez nieuwagę oddała ją jednemu z uczniów podczas zwracania sprawdzonego wypracowania? Na tę troskę czas miał przyjść jednak za kilka godzin, albo dnia kolejnego, w okolicach godzin w których sowy z listami opuszczały mury Hogwartu.
    Zawsze lubiła energię, którą na jej lekcjach tryskał Finley. Kilka razy zdarzało jej się poprawić odpowiedź, której udzielił wystrzeliwując po zadanym w klasie pytaniu swoją rękę w górę, ale w gruncie rzeczy nigdy nie czynił błędów tak poważnych, by świadczyło to o jakiejkolwiek ignorancji względem jej przedmiotu. Zresztą, Sera doskonale wiedziała, że historia magii jest konikiem bardzo ograniczonego grona młodych czarodziejów. Zdawała sobie z tego sprawę już od pierwszych dni objęcia tej posady przed kilkoma laty, dlatego zamiast na to narzekać, starała się zmienić ten stan rzeczy wprowadzając do swoich zajęć interesujące elementy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z milczeniem obserwowała całą wywołaną przez Puchona farsę, czując, że dopiero to dynamiczne wydarzenie pozwoliło jej zdać sobie sprawę z faktu, że zajęcia skończyły się, a wszystkie dzieci opuściły już salę lekcyjną. Czując, jak wibracje związane z zaklęciem mającym odkręcić ten nieszczęśliwy wypadek manewrują przy jej stroju, uśmiechnęła się delikatnie. Dziś, jak zresztą bardzo często, ubrała czarną, długą sukienkę i dopasowany w ciemności odcienia żakiet. Wprawne oczy, obserwujące wygląd grona nauczycielskiego z dnia na dzień wiedziały jednak doskonale, że trzydziestolatka często urozmaicała swoje stroje o egzotyczne materiały i ornamenty, pokazujące bezpośrednio bliską więź, jaką jej serce miało z Afryką. Dziś było nie inaczej - przez talię przewiązany miała jedwabny, ozdobiony obcymi zawijasami pas materiału. Część wzoru wykonanego przez złote i czerwone nici przyozdobiła przez chwilę barwa niebieskiego atramentu. Nie na długo, bo pod wpływem magii zaczął on w ciągu kilku sekund znikać.
      Serena podniosła głowę do góry, spojrzenie charakterystycznych, błękitnych oczu o niesamowicie zimnym tonie wbijając w biednego, zakłopotanego chłopaka. Na jej usta wkradł się uśmiech, a sama pani profesor pokręciła z pożałowaniem głową.
      - Dlaczego to zrobiłeś? - nie pytała o gwałtowny objaw niezdarności, a użycie czaru - Ta plama miała niezły potencjał na dodanie charakteru tej haftowanej żyrafie. Wiedziałeś, że te stworzenia o niezdrowo długiej szyi wcale nie są przez to tak interesujące, jak wszyscy sądzą? - tylko głupi pomyślałby, że wciąż wplątywane przez nią, afrykańskie anegdotki, kiedykolwiek były próbą popisania się i ukazania wyższości zyskanej przez doświadczenie z wieloletnich podróży. Jedynym, o czym świadczyły, było szczere uczucie do tej części świata i szczera pasja.
      Brunetka westchnęła, przymykając na krótką chwilę powieki i przeciągając obiema dłońmi przez głowę, by odgarnąć losowe kosmyki, które zapragnęły przesłonić jej pole widzenia. Bardzo często upinała ciasno swoje długie, kruczoczarne pukle, ale równie wielką sympatię miała do noszenia ich luzem. W Wielkiej Brytanii miłą odmianą był fakt, że z takiej fryzury nie musiała wyczesywać średnio co kwadrans naniesionego na nią piasku. Dziś nastała ta pora, kiedy podczas codziennych czynności jednocześnie przeklinała długość luźnego uczesania, jednocześnie pałając do niego wieloletnim sentymentem i nie mając serca, by cokolwiek zmienić w jego wyglądzie.
      - Żartujesz sobie? Śmiało, powiedz o co chodzi - skrzyżowała ręce na piersi, ale nie w obronnym geście, a tylko subtelnie pozwalając dłoniom spocząć na przeciwległych do nich łokciach - Od samego rana jestem zajęta ponoszeniem konsekwencji przez głupie wybryki moich wychowanków, więc pomyślenie o czymś innym będzie bardzo miłe.
      Faktycznie, miała tematu tak serdecznie dość, że nawet nie upewniła się, czy podczas wpadnięcia Darcy'ego na okupowany przez jej papiery mebel nic nie ucierpiało czy zniknęło z blatu.

      murzynek bambo

      Usuń
    2. PS. przyśpiewka do przeczytania tutaj

      Usuń
  14. [Cześć! Przepraszam, że dopiero teraz ale miałam małe zamieszanie :) hm, od czego mogłoby się zacząć? Może jeszcze podczas poprzedniego roku szkolnego, Elis wpakowałaby się w jakiś surowy szlaban za podkradanie składników z kantorka profesor Rathmann - przez co nie byłaby w stanie się zorganizować? Chciałaby Finna wykorzystać ten jeden, jedyny raz do odrobienia jej pracy domowej, ale zwyczajnie odpowiadałoby jej to, że ma dzięki temu czas na swoje niekoniecznie legalne działania? Dlatego też udawałaby miłą i nawet spędzałaby z nim co nieco czasu, aby się od niej nie odwrócił i nie pojął, że potrzebuje go tylko do tych esejów itp. Chyba, że masz jakiś zamysł już :)]

    Elis

    OdpowiedzUsuń
  15. (Bolało mnie serce jak czytałam twój odpis. Ode mnie masz niestety jakiś bełkot bo ostatnio z weną u mnie trochę gorzej.)

    Kiedy tylko Finley zniknął mu z oczu, Arthur praktycznie zapomniał o nim na całą resztę dnia – przypominał sobie jedynie na chwilę, w momentach, w których coraz bardziej dokuczał mu brak nikotyny, a jego myśli zaczynały niebezpiecznie błądzić i zbaczać na tematy, o których wcale nie miał ochoty myśleć. Z początku próbował skupić się na zajęciach, jednak z godziny na godzinę list, który schował w kieszeni swojej szaty, coraz bardziej mu ciążył. Z jednej strony chciał go jak najszybciej przeczytać i mieć to już z głowy, a z drugiej odwlekał ten moment tak często, jak tylko mógł, mając wrażenie, że żadna pora nie jest odpowiednia.
    Jednak w momencie, w którym nie mógł skupić się nawet na świeżo zaczętym wypracowaniu, a napisanie każdego nowego zdania zaczynało być katorgą, postanowił w końcu zmierzyć się z tym co napisała do niego matka.
    Wieżę Astronomiczną uznał za najbardziej adekwatne miejsce do poczynienia tego czynu, zresztą tak czy siak musiał się na niej prędzej czy później pojawić.
    Treść listu, ku jego zdziwieniu, tym razem dotyczyła głównie jego siostry. Tematy związane z Adarą przeważnie omijane były z premedytacją, więc kiedy tylko zobaczył jej imię w pierwszym akapicie tekstu, wiedział, że wróży ono coś złego.
    Adara zaczęła przejawiać niepokojące początki buntu. Arthur niemal widział jak mocno jego matka przyciskała stalówkę do pergaminu, pisząc owe zdanie. Wiedział, że oznaczało ono coś, czego najbardziej obawiali się jego rodzice. Czego najbardziej obawiał się on – wyjścia prawdy na jaw, ujawnienia piętnastoletniej tajemnicy, przewrócenia ich idealnego życia o sto osiemdziesiąt stopni, bez możliwości powrotu.
    Razem z ojcem uważamy, że najlepszym wyjściem będzie...
    Drgnął, słysząc niespodziewany głos i przerwał czytanie, szybko wciskając pognieciony list do kieszeni. Odwrócił się z obojętną miną, jednak kiedy tylko zobaczył przed sobą Finleya – prezentującego obraz nędzy i rozpaczy – na jego twarzy na kilka sekund pojawiło się szczere zdziwienie. Chyba pierwszy raz w życiu nie do końca wiedział jak się zachować. Informacja o braku papierosów dotarła do niego z delikatnym opóźnieniem, na które zareagował automatycznym uniesieniem brwi. Cóż, czekał na nie cały dzień i wiadomość o tym, że Darcy po prostu ich nie przyniósł ponieważ sam tak zadecydował była irytująca, jednak w tym momencie zupełnie nieistotna.
    Nie trzeba było mieć wprawnego oka aby wiedzieć gdzie Puchon nabawił się takich obrażeń i dopiero teraz do Arthura dotarło jak bardzo dzieciak był głupi, idąc po te cholerne składniki do Zakazanego Lasu. Wszystko nie uwzględniało poświęcenia swojego życia dla głupiego rogu jednorożca. Black sądził, że jest to dosyć oczywiste. Najwyraźniej się mylił, nie doceniając oddania Finna, na które to on tak naprawdę w ogóle nie zasługiwał.
    – Czekaj – odezwał się w końcu, odzyskując panowanie nad swoim głosem. Wcisnął na siłę do swojej kieszeni ubrudzony worek ze składnikami i podszedł ostrożnie do Finleya, łapiąc go mocnym chwytem za przedramiona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Co ci się stało? Musisz mi powiedzieć – dodał głosem nie znoszącym sprzeciwu.
      Poczuł powoli napływający strach przed tym co mogło go czekać. Jeśli stan chłopaka okaże się o wiele poważniejszy – taki, z którym sam Arthur nie będzie w stanie sobie poradzić – będzie zmuszony zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego. Prędzej czy później informacja, dlaczego Finn włóczył się po Zakazanym Lesie prawdopodobnie wyjdzie na jaw. A jemu, nawet jako prefektowi, nie uda się załagodzić kary, jeśli wyjdzie na to, że na sumieniu mógł mieć życie drugiego człowieka.
      Spojrzał na niego uważnie, chcąc samemu zgadnąć co mogło go ugryźć, jednak przez poszarpane, przesiąknięte krwią ubranie widoczność było ograniczona. Ponadto miał wrażenie, że Finley coraz bardziej mu ciąży i powoli traci panowanie nad równowagą, więc szybko pochylił się i zarzucił sobie jedną z jego rąk przez swoje ramię.
      – Nie zasypiaj. Patrz na mnie. Nie możesz zamknąć oczu, jasne?
      Nie sądził, że kiedykolwiek będzie miał tak ogromne pragnienie aby młodszy Puchon poświęcił mu o wiele więcej uwagi, niż powinien.

      Black i odpis sponsorowany kursywą

      Usuń
  16. (Hej, cześć. :D Rzeczywiście mają ze sobą dużo wspólnego, choć wydaje mi się, że Rory mimo wszystko miała w życiu więcej szczęścia i mniejszą odporność na przeciwności losu. W domu zawsze było dużo miłości, przy której surowe wychowanie nie było aż tak odczuwalne, w przypadku Finna ów miłości zabrakło.
    Na wątek w żadnym wypadku nie chcę namawiać, więc jedynie ślicznie dziękuję za komentarz i daję znać, że notka powinna pojawić się w przeciągu tygodnia (mam nadzieję).)

    Aurora Montrose

    OdpowiedzUsuń
  17. [w takim razie sympatyzujemy się w bólu przemocy domowej razem z finleyem, i choć przez zieloną dumę nigdy tego nie przyznamy, to współczujemy. jak widać, różni ludzie różnie radzą sobie z takimi traumami - finley udowadnia światu, że swoim zapałem i dobrocią jest wart o wiele więcej, niż wskazywałyby czyny matki, a skylar demonstruje, że jest kompletnie ponad tym, a utraconą godność i chwile strachu odrabia sobie czasami znęcając się nad innymi. jeśli finley faktycznie porusza się po zamku tak aktywnie, to mógł krótko po okresie przerwy świątecznej przypadkowo podsłuchać rozmowę skylara z kimberly, podczas której starszy brat pouczałby ją, by dobrze ukryła siniaki. może finley by to źle zrozumiał i zinterpretował, że to ślizgon jest agresorem?]

    sky

    OdpowiedzUsuń
  18. – Przestań się wiercić, Darcy – warknął z rozdrażnieniem, zastanawiając się dlaczego ktoś taki jak Finley – ktoś kto zawsze go słuchał i nie zgłaszał słowa sprzeciwu – wszystko mu utrudnia w takim momencie. Nie miał czasu na nagły bunt ze strony Puchona, który niespodziewanie się uaktywnił dlatego cierpliwie przeczekał szamotaninę Finna, mając nadzieję, że będzie pierwszą i ostatnią.
    – Cóż, jeśli chcesz odzyskać swoją różdżkę, to musisz tym razem mnie słuchać. Kto inny się nią zajmie, jeśli ty będziesz martwy? – jego głos był chłodny i być może trochę zbyt ostry jak na okoliczności, jednak miał nadzieję, że tymi słowami wybije Puchonowi kolejny głupi pomysł na nagły pokaz brawury. Paradoksalnie po części rozumiał jego pragnienie odzyskania różdżki, pomimo stanu jego zdrowia. Nie tak dawno sam przekonał się jak to jest stracić różdżkę – najważniejszą rzecz dla czarodzieja – i również pomimo kiepskiego stanu fizycznego, w jakim się wtedy znajdował, nie potrafił na samym początku myśleć o czymkolwiek innym, jak o jej strzępach i tym, że już nigdy nie będzie taka sama. W przypadku Finleya sytuacja była o tyle lepsza, że być może jego magiczny artefakt jest cały i zdrowy i przy odrobinie szczęścia nie tak trudny do znalezienia jak mogłoby się wydawać.
    Tak czy siak, znalezienie kawałka patyka było w tej chwili ostatnią rzeczą, o którą powinni się martwić. Po usłyszeniu co dokładnie ugryzło Finna, Arthur poczuł się tak jakby ktoś z całej siły uderzył go w policzek. Odkąd tylko Darcy pojawił się na horyzoncie, łudził się, że być może jego tragiczny wygląd jest jedynie spowodowany jego niezdarnością, a rany, choć nie wyglądające zbyt przyjaźnie, wcale nie były takie groźne. Słowa chłopaka jednak brutalnie sprowadziły go na ziemię i uświadomiły powagę sytuacji oraz to, że sam na pewno nie da rady. Nie w momencie, kiedy nie ma gotowego eliksiru, a jad w ciele chłopaka prawdopodobnie zaczął działać na przyspieszonych obrotach.
    Nic… Nic już nie mów – jego głos zdradzał zdenerwowanie. Nie mógł dłużej słuchać tego, że to nie jego wina. Owszem, może on sam nie kazał mu zapuszczać się do Zakazanego Lasu, jednak gdyby nie poprosił go o te przeklęte składniki, Darcy z pewnością w ogóle nie pomyślałby o zapuszczaniu się w tamte rejony.
    Miał wrażenie, że chłopak zaraz mu zemdleje, a czekała ich jeszcze wyprawa przez nieskończoną liczbę krętych schodów Wieży Astronomicznej więc niewiele myśląc ukucnął, póki Finley był jeszcze jako tako przytomny i zmusił go aby wszedł mu na barana.
    Na jego szczęście Puchon był tak drobny i lekki, że ledwo czuł jakikolwiek ciężar – większą uwagę musiał jednak skupić na tym aby nie stracić równowagi. Przeklinał w myślach samego siebie, że wybrał akurat tę cholerną wieżę na miejsce spotkania. Gdyby umówili się na Błoniach, z pewnością już dawno byliby w Skrzydle Szpitalnym.

    – Na Merlina! Co mu się stało? – było to pierwsze co usłyszał, kiedy tylko pojawili się na miejscu. Kiedy tylko Finley znalazł się na szpitalnym łóżku, Arthur poprawił i tak brudne już od krwi szaty i odchrząknął, regulując przyspieszony oddech.
    – Tentakula. Nie wiem jaki dokładnie czas temu go ugryzła, jednak z pewnością trochę to już trwa. Znalazłem go kiedy był już w takim stanie, chociaż bardziej przytomny – czuł, jak trzęsą mu się dłonie, więc wcisnął je do kieszeni swojej szaty. W jednej z nich napotkał woreczek ze składnikami. Zacisnął usta, czując niewyjaśnione ukłucie w klatce piersiowej.
    – Proszę mu pomóc – dodał już znacznie ciszej i oddalił się nieco, pozwalając pielęgniarce robić swoje.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  19. - Doprawdy, Finley, mam o wiele większe powody do złości niż taki niegroźny wypadek. Który - wywróciła oczami, traktując nieszczęśliwe zdarzenie trochę jako pretekst, by w końcu ogarnąć bałagan na swoim biurku, bo kontynuując wypowiedź zaczęła układać wszystkie papiery na równe stosy - Nie wydarzyłby się, gdyby nie ten głupi podest.
    Wyszła zza blatu po to, by rozłożyć w bezradnym geście ręce i wskazać na podwyższenie, na którym znajdowało się jej stanowisko w klasie. Spojrzała na Puchona, swoimi jasnymi oczyma próbując znaleźć zrozumienie do rzeczy, która irytowała ją od pierwszych dni na stanowisku - bycie zarówno funkcją, jak i fizycznym położeniem powyżej klasy nie bardzo pomagało w stworzeniu komfortowej relacji z uczniami, którzy, jak szczerze pragnęła, mieli jej przede wszystkim po prostu ufać.
    - Naprawdę, kto to wymyślił? Często prawie sama się zabijam, zapominając o tym stopniu.
    Oparła się tyłem o blat drewnianego mebla, który pomimo powierzchownego go ogarnięcia wciąż nie wyglądał najschludniej na świecie. Najważniejsze, że to ona potrafiła odnaleźć się we własnym chaosie.
    - Ah - Serena rozchyliła delikatnie wargi w grymasie wskazującym na zamyślenie. Dłuższą chwilę tkwiła w milczeniu, co całkiem niezależnie od niej, w końcu nie miała wpływu na wygląd rysów swojej twarzy (i to, że czasami wyglądały jakby była nieprzyjemna, co bolało ją szczerze biorąc pod uwagę to, jak naprawdę wyglądał jej charakter), mogło sprawiać nieprzyjemne wrażenie. W końcu przechyliła głowę w bok i wzruszyła ramionami.
    - Szczerze powiedziawszy: niewielu. Głównie osoby, które planują karierę w pedagogice - odgarnęła przeciągłym ruchem dłoni ciemne włosy za uszy, przy końcu tego manewru pozostawiając dłonie na karku - Zanim można zostać nauczycielem, trzeba zdać specjalne egzaminy z historii magii. W końcu każdy nauczyciel, bez względu na rodzaj jego przedmiotu, powinien wiedzieć skąd wywodzi się jego nauka - uśmiechnęła się lekko, wywracając oczami na wspomnienie kilku jednostek, które mimo wszystko metodami stosowanymi na swoich lekcjach sprawiały, że trochę powątpiewała w ich wiedzę w zakresie przedmiotu, który był jej własną broszką.
    - Materiał szóstej klasy jest bardzo przyjemny, skupia się głównie na omawianiu skutków wydarzeń ostatnich dwustu lat i bezpośredniego ich wpływu na obecną magię - postanowiła, że lepszym sposobem na pomoc w podjęciu tak znaczącej w edukacji decyzji będzie nie poklepanie Finna po główce i zapewnienie, że jest złotym dzieckiem i sobie poradzi, a przedstawienie tego jak wyglądałyby jego uczniowskie obowiązki, gdyby zdecydował się mimo wszystko zostać przy Historii - Ostatni rok to już czysta powtórka wszystkiego, od samego początku do końca, przed egzaminami. Od trzech lat funkcjonuje już moja, zmodyfikowana formuła testów, chociaż nie było łatwo przekonać Ministerstwo do tego, że rozumienie łańcucha przyczynowo-skutkowego przez uczniów jest ważniejsze niż wykucie dat do oporu - fakt, że udało jej się przeforsować autorską metodą egzaminowania był u niej sukcesem znajdującym się na trzecim miejscu życiorysu, zaraz po podróżach i wydanej książce. A nie było łatwo, bo choć szczerze nienawidziła papierologii - to była ta jedyna sprawa, która wyzwalała u niej szczerą zrzędliwość i nerwowość - to widząc w jak beznadziejnej sytuacji są młodzi czarodzieje, egzaminowani z wiedzy o historii magii, zagryzła wargi i przebrnęła przez to dokumentowe piekło.
    Nie chcąc zasypywać biednego chłopaka większą ilością informacji - w końcu i tak już był postawiony przez bardzo ważną decyzją w sprawie wyboru przedmiotów, co mogło zaważyć o jego przyszłym życiu - pociągnęła temat w nieco lżejszą, przyjemniejszą stroną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Z drugiej strony, na dalszą naukę historii decydują się też przyszli podróżnicy. Simon Dawn, mój wychowanek o trzy lata starszy od ciebie, kilka razy w miesiącu przysyła mi pocztówki z najróżniejszych stron świata, zawsze szczerze dziękując - na jej twarzy zagościł uśmiech o niemal dziecięcym entuzjazmie, bo bardzo lubiła, kiedy uczniowie po opuszczeniu murów zamczyska nie zapominali o niej - Każdą oprawiam w ramkę o innym odcieniu - czasami sama je dekoruję kolorowymi farbami - i wieszam na ścianie gabinetu. W tym miesiącu zaczęłam już zapełniać drugą ścianę. Mogę ci pokazać, jeśli miałbyś ochotę.
      Opuściła dłonie w dół i przejechała palcami po kancie biurka, które od kilku minut służyło jej jako środek do podtrzymania równowagi w podpartej o niego pozycji. Nabrała powietrza i westchnęła, opuszczając w tym geście ramiona.
      - Finn, nie powiem ci, jak masz żyć - zaczęła, będąc szczerze zauroczoną tym, jak chłopak się przejmował swoim szkolnym życiem - Jeśli miałbyś w planie zostać gwiazdą Quidditcha, albo hodowcą sów, to historia tylko wadziłaby ci w pasji. Jak masz jeszcze jakieś pytania to chętnie odpowiem, ale decyzji nie mogę podjąć za ciebie - przed kolejnymi słowami jednak poruszyła zabawnie brwiami i uśmiechnęła się figlarnie, odrywając od wsparcia stołu - A może po prostu się boisz, że uschniesz z tęsknoty za tymi pełnych anegdotek opowieściami i ulubioną, zbzikowaną na punkcie dzikusów panią profesor?

      [Nie mogłam się powstrzymać z tym gifem. Te rozpuszczone włosy i piękne, orientalne hafty na jej stroju, tło, wyglądają jak idealnie wyjęte z tej sytuacji <3 Takie moje małe zboczenie w wizualizowaniu wszystkiego, co ma litery i dialog. To, czy Serena powiedziała tak specjalnie, zauważając aktywność na jej zajęciach Finna czy rozmarzone, szczeniackie spojrzenie i uznając to za urocze, czy palnęła tak po prostu, zostawiam już biednemu Finnowi i temu, że pewnie obsra, słysząc to, swoje gacie <3]

      Serena

      Usuń
  20. [ta konfrontacja i opis związanej z nią relacji finna z kimberly brzmi nieźle, to chyba wszystko, czego potrzebuję do zaczęcia, jeśli oczywiście mi pozwolisz. można?]

    sky

    OdpowiedzUsuń
  21. Irene wciąż łudziła się, że drastyczne metody wychowawcze (jak lubiła mawiać ona, dla szerokiej opinii publicznej byłyby po prostu najprostszą przemocą) jej syna są jedyną, słuszną drogą na wychowanie dzieci i miała czelność
    zaprosić rodzeństwo na święta.
    "Odłóż swoją arogancję na bok, Skylar", napisała. Chłopak czuł, jak bledną mu knykcie, kiedy zacisnął dłoń w pięść i we wściekłym geście trzasnął nią o blat długiego stołu Ślizgonów w Wielkiej Sali.
    - Człowieku, spokojnie - wydusił z siebie siedzący obok uczeń, dla bezpieczeństwa przesuwając się zarówno ze swoją osobą, jak i dzierżonym pergaminem o pół metra w bok. Prefekt go nie słuchał. Zignorował nawet pokręcone kosmyki, które opadły mu na czoło w efekcie dynamicznego odruchu i po prostu podniósł się, wypadając wściekłym krokiem z hali. Nie dbał o to, ile mijanych przez siebie osób szturchnął.
    Napięcie powodujące, że boleśnie zaciskał szczękę, a krawat podświadomie uciskał naprężoną szyję wzmacniało się z każdym zakątkiem szkoły, w której nie mógł znaleźć siostry. Miarka przelała się w bibliotece, która była dla niego ostatnią destynacją panicznych poszukiwań, kiedy zapytał o położenie młodej Moon po prostu jej koleżanki uczącej się akurat do testu.
    - Jak to nie wiesz?! Co z ciebie za przyjaciółka? - warknął do wystraszonej trzeciorocznej, choć na jego usta, gdzieś głęboko z tyłu głowy, pod maską charakteru, który z początku był grą, a w obecnych dniach już na stałe wyrył niepisane blizny w jego umyśle, cisnęło się raczej "Co z ciebie za brat?"

    Kwadrans później w końcu ją znalazł. Poznał ją po charakterystycznych, tęczowych trampkach, które parowała wbrew zasadom ze szkolnym mundurkiem. Skylar już dawno przymknął na to oko widząc, jak wielką radość Kim sprawia rozjaśnienie tym akcentem szmaragdowych barw swojego stroju, które wyraźnie ciążyły jej na sercu. Wszyscy prefekci wiedzieli, że jeśli mieliby choć ochotę zwrócić uwagę na nieprzepisowość jej obuwia - spotkaliby się z jego gniewem. A Skylar często był wściekły.

    Rozmawiała z kimś. Nie zwracał uwagi na kolor szat jej partnera rozmowy, ani na jakiekolwiek szczegóły jego wyglądu, traktując go jako element wyposażenia korytarza. Chwycił ją za ramię, ciągnąc lekko w swoją stronę.
    - Kim, musisz ze mną pójść - rzucił krótko, nie zamierzając zwierzać się wszystkim obecnym w okolicy tym, co go tak poddenerwowało, ani co zamierzał z tym zrobić. Bo w planie miał zamknięcie się z siostrą w dormitorium, by nagrać w ciszy i spokoju bardzo wymownego wyjca do babci jasno dającego jej do zrozumienia, że ma się od nich odczepić. Wiedział, że mugolska staruszka dostanie zawału, gdy go otworzy. Chciał, żeby dostała zawału, gdy go otworzy.
    Był gotowy chwycić ją pod rękę i przebyć całą drogę do lochów jak najszybciej, by tylko wcielić swój plan w życie. Ślizgonka odezwała się jednak, co sprowadziło go na ziemię i spowodowało, że obraz otoczenia - nie tylko jej osoby - nagle się wyostrzył. Wypuścił ze świstem powietrze z ust.
    - Skylar - zwróciła się, patrząc na brata trochę przerażona zacięciem widocznym w jego oczach, trochę ze szczerą prośbą, że tym razem jej wysłucha. Przecież nie zawsze był wredny - Możemy za chwilkę? Proszę, chciałabym dokończyć rozmowę z Finnem.
    Spojrzał na Puchona, jakby dopiero teraz zmaterializował się przy nim. Przy jego siostrze. Jakby wcale nie stał tam przez cały ten czas. Brunet zmarszczył brwi, tym razem biorąc wdech i próbując się uspokoić.
    - Kim - powtórzył, w myślach dodając "proszę", ale słowo to nie ujrzało światła dziennego. Pociągnął ją w swoją stronę - To bardzo ważne.

    sky

    OdpowiedzUsuń
  22. Sylwetka Puchona, choć zaczęła się materializować w całej swej okazałości kiedy Kim odezwała się w jego kontekście, przybrała na ostrości dopiero, gdy rzeczony chłopak się odezwał. I to jak się odezwał.
    Skylar początkowo nie wiedział, jak ma zareagować, bo kompletnie nie spodziewał się jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Zazwyczaj mało kto pakował się w sprawy między nim, a jego siostrą - wiedząc, że starszy brat jest niczym jej cień - zazwyczaj mało kto pakował się w ogóle z własnej inicjatywy w rozmowę z nim.
    - Tak się nazywam - parsknął, słysząc bojowy ton Darcy'ego. Znał go tylko z widzenia, był bowiem pewien, że gdyby jego skromna, borsucza osoba faktycznie miała być choć trochę niebezpieczna - usłyszałby o tym od swoich kolegów z wyprzedzeniem.
    Słysząc zarzut, że na coś nie zasługuje, na jego czole pojawiła się nerwowa żyłka, wcale nie skryta przez loki. Kimberly wypuściła głośno z ust powietrze, wiedząc, co się szykuje i z przezorem odsuwając się o krok do tyłu. Skylar powiódł za ruchem siostry wzrokiem, ale postanowił powolnym gestem obrócić się w stronę, bardzo naiwnie odważnego, Puchona.
    - Słucham? - zmarszczył brwi, świdrując ucznia zimnym spojrzeniem zielonych oczu. Zazwyczaj odznaka na jego piersi, i związane z nią, osobiste praktyki, o których słyszała większa część szkoły wzbudzała trwogę, a nie chęć kwestionowania jej słuszności - Co się stało, mały? - wiedział, że użycie tego określenia w przypadku różnicy wieku wynoszącej zaledwie rok może być dobrym zapalnikiem do wybuchu emocji, który już otwarcie dałby mu okazję do wykorzystania swoich przywilejów, na które podobno nie zasługiwał - Ukradłem ci słodką bułkę podczas śniadania, czy o co chodzi? Bo na twoim miejscu - wysyczał, przechodząc na o wiele bardziej nieprzyjemny ton głosu, niezabarwiony już humorem. Zrobił krok w przód, znajdując się ledwie centymetry od twarzy śmiałka - Uważałbym, co wypluwa twój język. Takie nieokiełznane bestie powinno się obcinać.
    - Skylar, przest-
    - Wracaj do dormitorium, Kim.

    sky

    OdpowiedzUsuń
  23. [Dziękuję, długo się naszukałam, bo tamten też mi nie pasował. Ale jak zobaczyłam te oczyska (i kawałek swetra) to wiedziałam, że jestem w domu. Finn jest taki biedny, i taki kochany, i ma takiego super dinozaura na głowie, że Kitty chętnie by go adoptowała.]

    Kitty

    OdpowiedzUsuń
  24. Tradycyjne, kubistyczne zabudowania skąpane w bieli i przeważające w głównej mierze niebieskie okiennice, drzwi, balkony lub pergole były niemal znakiem rozpoznawczym wyspy Paros, zaliczającej się do obrębu Cyklad, tak jak dla większej jej części. Dom, w którym od czasu wyprowadzki jego matki z jej ówczesnym jeszcze kochankiem, przyszło mu zamieszkać razem z dwoma siostrami nie wyróżniał się niczym szczególnym od przytoczonego opisu. O ile Averilla mogła mieć znaczny wpływ na wygląd wnętrz oraz ich wystrój, o tyle sprawa komplikowała się, gdy chodziło zewnętrze. Zdawać, by się mogło, że mugolskie zwyczaje pokrywały się z tymi magicznymi, ponieważ z reguły wola mieszkańców poparta nierzadko prawnie — nie przyzwalała na zmianę koloru zabudowań z bieli. I tak oto znalazło się coś, czego pani Sheehan nie mogła mieć, mimo najszczerszych chęci, zmuszona obejść się smakiem ku swemu niezadowoleniu.
    Tego poranka nad Paros ciepłe promyki słońca szybko odnalazły drogę przez okna, zatrzymując się na wszystkim, gdzie tylko sięgnęły. W greckim domu Aleistera dzień rozpoczynał się bardzo wcześnie. Nie było mowy o dłuższym spaniu, bo młody Sheehan wiedziałby, że cierpliwości i zasad jego matki nie można lekceważyć. Zdolna byłaby przecież wywalić go za to z materaca i nie tylko. A o tym drugim wolał nawet nie myśleć, ech. Aleister musiał jednak przyznać, że przy uroczym Finleyu i tak zawsze się powstrzymywała pod swoją normę, co w zasadzie okazywało aż dwoma plusami — przyjęła jego upatrzonego braciszka do rodziny i nie chciała wywrzeć na nim złego wrażenia.
    — Dzień dobry, chłopcy — przywitała się, zbliżając się do Finleya, tylko po to, aby go pogłaskać po głowie. Aleister zmrużył nieco oczy, przyglądając się tej scenie z dziwną niechęcią.
    — Jeszcze trochę i naprawdę uwierzę, że Finn jest moim biologicznym bratem. — mruknął Aleister z lekkim przekąsem, widząc ten przymilny gest. Matka nie odpowiedziała mu słowie, a zamiast tego posłała mu znaczące spojrzenie, które oznaczało tylko jedno, że gdyby Finleya u nich w tej chwili nie było, to oberwałby jakimś zaklęciem albo czymś co znajdowałoby się pod ręką, pod warunkiem że Averilla, by chybiła, a jego nie zawiódł refleks.
    — Na pewno mógłbyś się od Finleya nauczyć ogłady, kochanie. — odpowiedziała spokojnie, jak gdyby nigdy nic, ale Aleister wiedział, że w tej skromnej odpowiedzi znajdowała się cicha groźba. Młody Sheehan jednak w żadnym wypadku nie był zazdrosny o Finleya, po prostu uważał, że jego matka okazuje chłopcu zbyt dużo matczynego zainteresowania, a to było w jego osobistym odczuciu podejrzane. — Śniadanie jest gotowe na dole, Emericka i Claudia wyszły już na spacer, więc musicie sobie poradzić sami i zaplanujcie sobie jakoś dzień, żebyście nie ślęczeli w tym pokoju, a gdybyście czegoś ode mnie potrzebowali, będę w pracowni.
    Oczywiście, że nie czekała na odpowiedź. Ona nigdy nie czekała na nią, uznawała, że to co zostało powiedziane, jest czymś obowiązującym i niepodważalnym. Aleister to wiedział, uśmiechnął się cierpko, podnosząc się ze swojego łóżka. Przeciągnął się i mierzwił lewą ręką włosy.
    — Tylko się przy niej nie rumień, Finny, to przebiegła bestia — wymruczał mu do ucha, gdy chwilę później zwiesił się na chłopcu. Lepiej, aby się też w jego matce nie podkochiwał, to byłoby całkiem przerażające. Och, i jakbyś to przełknął, Aleister, skoro masz własną matkę za wariatkę?


    [Wybacz, musiałam zrobić grecki research i wybacz to, że nie umiem w zaczęcia, naprawdę próbowałam!]

    Aleisterek

    OdpowiedzUsuń
  25. - Oh - uśmiech nagle zniknął, o zgrozo pozostawiając ten charakterystyczny, neutralny wyraz, który przez rysy jej twarzy wyglądał momentami dość upiornie. Jeśli Finn miał zamiar zejść z tego powodu na zawał serca, to musiał bardzo się pospieszyć, bo krótką chwilę później Serena wzruszyła ramionami i znowu wykrzywiła swoje nieskażone makijażem usta w uśmiechu - Wiem o tym, przecież wszyscy wolicie Winrose'a i ten jego uroczy, zakryty protezą kikut - wspomniała, puszczając do Puchona oczko, a przed oczami wyobraźni mając bardzo wyraźny obraz tablicy znajdującej się w pokoju nauczycielskim. Tablicy, na której w rankingu plotek ta o powodzie braku kończyny nauczyciela alchemii przebiła pomówienie na jej temat, które nieskromnie mówiąc utrzymywało się na pierwszym miejscu podium od dwóch tygodni. Pomówienie twierdzące, że posiada w piwnicy swojego londyńskiego domu kolonię afrykańskich niewolników.
    - Jeśli jesteś tak głodny wiedzy, co pochwalam - kiwnęła głową, będąc teraz nieco bardziej poważną i dla wsparcia kładąc rękę na ramieniu chłopaka - Szczególnie, że wynika to z twojej wewnętrznej potrzeby - mimo swojego dziecięcego zamiłowania do książek i zapisanych w nich historii szczerze cieszyła się, że przed laty tiara przydzieliła ją do Gryffindoru, nie Ravenclawu. Teraz, już jako nauczyciel, czasami nie rozumiała widoku Krukonów zamkniętych często we własnym świecie, sprawiających wrażenie, że chcą połknąć każde, zapisane słowo, bez najmniejszego względu na jego merytorykę lub jej brak - To brnij w to, Finley. Jeśli ma ci dać to wewnętrzny spokój z samym sobą - brnij w to tym bardziej, wiedza nie robi nikomu krzywdy. Ważne tylko, żebyś próbował w tym udowodnić coś samemu sobie, a nie innym.
    Ostatnie zdanie było dla niej osobiste nie ze względu na jej osobę - Serena nigdy nie miała problemu z podejściem do tego, jak mówią i co sądzą o niej inni ludzie. Miała jednak relację z pierwszej ręki o tym, jak ambicja i chęć zmienienia zdania wszechświata na swój temat doprowadziła częściowo do szaleństwa i tragedii jej siostrę. Nigdy na głos nikomu by nie przyznała, że efekt tej historii - choć okropny i cholernie smutny - dał jej poniekąd wewnętrzny spokój wynikający z tego, że zniknął jeden z dręczących ją przez lata problemów. Nie podejrzewała, by takie słowa z jej ust, choć szczere, miały kiedykolwiek ujrzeć światło dzienne.
    - Wspaniale - zareagowała na jakikolwiek entuzjazm dotyczący uroczej dekoracji, którą stosowała w swoim gabinecie, w duchu mając tylko nadzieję, że rozmaitość różnych, dziwnych rzeczy w jego czterech ścianach nie przerazi Finna na tyle bardzo, by w mury szkoły miała polecieć kolejna plotka na temat rzekomej klątwy panującej w azylu historyczki. Z drugiej strony, jeśli to pozwoliłoby jej objąć znowu pierwsze miejsce w rankingu...
    Serena część rzeczy zalegających na blacie biurka schowała do szuflady u nasady mebla, a pakiet czystych zwojów i swoje ulubione pióro chwyciła pod pachę, kierując się w stronę drzwi. Zostawiła je uchylone, wiedząc dobrze, że woźny znający jej praktyki i zamiłowanie do dobrze przewietrzonych pomieszczeń prędzej czy później zamknie je za nią.
    - Jeśli boisz się, że lekcje historii zajmą ci zbyt dużo czasu potrzebnego na bardziej istotne w twoim marzeniu przedmioty, zawsze możesz raz na jakiś czas wpaść na moje kółko. Jeszcze go nie uruchomiłam, bo trochę się wstydzę tego, że będę siedzieć sama w klasie. Johnson powiedział, że zaciągnie na nie za fraki cały tłum kolegów, ale nie wiem - roześmiała się - czy to rodzaj uczestników, których szukam.

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  26. Z naręczem pergaminów, zwojów i innych papierniczych komponentów, przyciskanych w rękach do piersi czuła się prawie jakby na powrót była uczennicą. Uśmiechnęła się na tą myśl, przemierzając drugi już korytarz w charakterystycznym dla siebie, spokojnym tempie, które zyskała dopiero podczas swoich wielu podróży, które nauczyły ją że nie ma najmniejszej potrzeby nigdzie się spieszyć. Gdyby tylko ktoś dokopał się do tego, co czasami wyczyniali Gryfoni w jej rocznikach i, że o zgrozo, była czasami częścią tych wybryków...
    - To wcale źle o tobie nie świadczy - stwierdziła, obracając głowę w stronę Finleya. Na twarzy wciąż miała pozytywny grymas, który nauczyła się ciągle utrzymywać gdy po raz tysięczny w swojej karierze życiowej usłyszała, że jej twarz wygląda nieprzyjemnie - Czasami to, że nie oczekujemy niczego konkretnego po przyszłości może wyjść nam na dobre. Nie pamiętam, żebym w latach mojej nauki marzyła o czymś konkretnym - rzecz jasna, już od młodości zafascynowana była podróżami i tym, co zaoferować mogły najróżniejsze zakątki świata. Miała jednak uraz po siostrze wynikający z tego, że Maria okropnie puszyła się nad swoimi pompatycznymi planami na przyszłość, która w jej wyobrażeniu miała być owiana samymi sukcesami i sławą - stąd też decyzję o swojej pierwszej wyprawy podjęła dosłownie z dnia na dzień, pakując się i wyruszając na piekielnie gorące grunty po drugiej stronie półkuli.
    - Oh, nie, przepraszam - pacnęła się otwartą dłonią w blade czoło na tyle dynamicznie, na ile pozwalało na to naręcze przedmiotów, które dzierżyła podczas leniwego spaceru w stronę swojego gabinetu - W piątej klasie szczerze chciałam wstąpić do drużyny Quidditcha. Jednak mój przyjaciel akurat robił furorę na boisku, więc nie chciałam przyćmić poświęcanej mu uwagi.
    Po drodze na kolejne piętro, minął ich dyrektor. Dopiero po kilku metrach, które przemierzył po skinięciu w stronę nauczycielki głową, cofnął się i chwycił ją delikatnie za ramię. Serena w płynnym ruchu okręciła się, przechylając głowę by brodą przytrzymać jeden ze zwojów, który zapragnął się wyślizgnąć przez ten dynamiczny manewr.
    - Tak, profesorze Longbottom, pracuję nad sprawą przyśpiewki - przyznała na zadane jej pytanie życzliwie, choć w jej głowie pojawiła się mentalna, podirytowanie pulsująca żyłka. Miała już dość całej tej farsy z odkręcaniem sprawy z pamiętnego meczu.
    Przeklęła bezszelestnie nazwisko Johnsona, kiedy znów została sama z Finleyem. Spojrzała jasnymi oczami na ruchome, magiczne schody i posłała mu przepraszający uśmiech, jakby było jej głupio za tak wysokie położenie jej azylu.
    - Chyba nie byłeś jeszcze nigdy w moim gabinecie? - zapytała, choć doskonale znała odpowiedź. Zapraszała w jego zacisze jedynie najbardziej upierdliwe w dostawaniu szlabanów jednostki - Pewnie zmienisz zdanie o mojej powadze, widząc te wszystkie niepotrzebne graty. Uprzedzam: nie jestem szalona, po prostu bardzo lubię pamiątki! - kiedy wyrwa w klatce schodowej zniknęła przez przetransportowanie pod ich nogi kolejnego pionu schodów, pewnym krokiem wstąpiła na stopień i oparła się plecami o drewnianą balustradę.
    Temat kółka postanowiła na razie przemilczeć - choć słysząc słowa chłopaka zrobiło jej się naprawdę miło - i poczekać na moment, kiedy być może usiądą.

    lwia kleptomanka

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Finley jest tak wspaniałą istotką, że mamy ochotę go z Suryą ukochać! Z wielką chęcią, przygarnęłybyśmy do wątku! Wysłałam emaila :-) ]

    Surya Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  28. - Chyba faktycznie powinieneś wstąpić czasami na moje przyszłe kółko, bo masz pamięć godną złotej rybki - zażartowała nieco kąśliwie, ale w parze z jej życzliwym uśmiechem nie niosło to żadnych negatywnych emocji - Finley, powiedziałam czasami. Czasami, jeśli nie masz żadnych planów, nie powinieneś się za to obwiniać bo świadczy to po prostu o tym, że może najlepiej będzie dla ciebie brać to, co akurat los podrzuci - zeszła ze schodów małym przeskokiem, zanim zadokowały one na kolejnej stacji, czyli jeszcze wyższym piętrze - Los czasami bywa markotny, ale jedna z wielu propozycji, którą ci podrzuci może cię zaskoczyć tym, jak adekwatna będzie, a jak nigdy byś o niej nawet nie pomyślał.
    W zasadzie zdanie, które skonstruowała mogłoby śmiało być streszczeniem wszystkich jej afrykańskich perypetii. Miała małe plany literackie, chcąc wydać powieść czerpiącą z jej własnych doświadczeń, ale było to marzenie jeszcze bardziej wstydliwe od tego związanego z historycznym kółkiem.
    - Nieźle pokręconą? - aż obróciła głowę przez ramię, unosząc jedną, ciemną brew - Może podzielisz się ze mną tymi plotkami? Chętnie się pośmieję, a może nawet w zamian wyjawię kilka sekretów dotyczących tego, jak patrzy na ciebie grono pedagogiczne? - mruknęła do niego w konspiracyjnym grymasie, nie chcąc za żadne skarby zrobić tym żartem przykrości. Wiedziała, że Finley jest chłopcem trochę zamkniętym we własnym świecie, ale za żadne skarby nie zdawała sobie sprawy z położenia jego samooceny i byłoby jej niewiarygodnie głupio, gdyby zdała sobie z tego sprawę - i, co gorsza, z tego, że jej humorystyczne pytanie mogło źle zabrzmieć.
    Podeszła w końcu do potężnych drzwi oznaczonych znakiem z jej nazwiskiem, znajdujących się gdzieś pośrodku korytarza. Mimo naręcza przedmiotów, udało jej się bez upuszczania niczego wygramolić prawą dłoń i przycisnąć ją do gałki, która błysnęła bladym światłem pod jej dotykiem i otworzyła z łoskotem przejście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabinet Sereny najprawdopodobniej był najdziwniejszym - i przy tym najprzytulniejszym - miejscem w Hogwarcie, niedostępnym na co dzień dla uczniowskich oczu. Ściany, oczywiście były pokryte ciemnoczerwoną farbą, tak charakterystyczną dla domu, który był pod jej patronatem - jednak w ogóle pomieszczenia ciężko było dojrzeć ten namalowany kolor przez fakt, że na większości pionowej powierzchni coś wisiało.
      A były to najróżniejsze rzeczy - afrykańskie maski, kojarzące się z filmami o Indianie Jonesie i rdzennymi plemionami tamtych terenów - sztuczne, zdobione skarabeusze, wspomniane wcześniej ruchome pocztówki, które przysyłał jej jej ulubiony absolwent, a na ścianie na której znajdowały się dwa duże okna połacie różnych, zdobionych i haftowanych nitami materiałów, które przeplatały się między sobą i ciągnęły aż ku samej ziemi. Na środku stało opasłe biurko, zawalone dokumentami, książkami i figurkami w bardzo podobny sposób, jak mebel w sali lekcyjnej, i pstrokaty, skórzany fotel. W kącie kilka regałów z książkami, obok nich futrzana pufa - na której zazwyczaj siadali uczniowscy winowajcy wezwani do jej gabinetu na wyjaśnienie zamieszania - a przy przejściu do prywatnej części jej kwatery stolik wyglądający jak po prostu wielki, brutalnie ucięty pień drzewa, na którym znajdowała się kolekcja kadzideł i olejków eterycznych. Mebel miał... twarz, zupełnie jak tiara przydziału, i... oddychał. Był to magiczny baobab, ale akurat teraz zdawało się, że spał. Okna wiecznie uchylone, zresztą jak w każdym pomieszczeniu, które Serena szczyciła swoją obecnością. Nienawidziła zaduchu. Popołudniowy wiatr wpadający przez nie spowodował, że podłużne dzwoneczki podwieszone pod sufitem - udekorowane zarówno kolorowymi koralikami, jak i czymś, co przypominało laleczki voodoo - sygnalizowały delikatnym, przyjemnym dla uszu dźwiękiem swoją obecność.
      - Czuj się jak- - urwała, upuszczając nagle wszystko ze swoich dłoni, ale w ułamku sekundy dobywając różdżki, żeby prostym zaklęciem spowodować lewitację zwojów ledwie kilka centymetrów nad posadzką, zanim zdążyły o nią uderzyć. Zmarszczyła brwi, w ciszy rozglądając się czujnie po pomieszczeniu, a drugą rękę prostując i lokując otwartą dłoń na torsie Finna, by przytrzymać go dla bezpieczeństwa za sobą.
      - Coś jest nie tak.

      Serena

      Usuń
  29. Wszystkie plany uświadomienia Finna w tym, że sama wcale nie jest plotkarą, a po prostu wykorzystuje pomówienia na własny temat jako sposób na poprawę humoru i zabicie szkolnej rutyny, jak i zadanie pytanie dotyczące tego, jakiej herbaty ma ochotę napić się chłopak runęły w gruzach w momencie, kiedy stwierdziła na głos, że coś było nie tak.
    - Nie wychodź do przodu, Finn - stwierdziła ostro, robiąc krok w przód i odrywając ostrzegawczą rękę od jego klatki piersiowej, ale zostawiając ją w stałej pozycji w razie, gdyby Puchon wpadł na idiotyczny pomysł wyrwania się w heroicznym odruchu do przodu. Serena zbyt dużo czasu spędziła w tym zamczysku - które czasami przerażało ją nawet po dziś dzień, szczególnie podczas nocnych dyżurów na korytarzach - by ufać komukolwiek bardziej niż sobie, jeśli chodziło o sposób w który powinno się obchodzić z tajemnicami skrytymi w starych murach. Drgnięciem różdżki odesłała swoje lewitujące nad ziemią graty na blat biurka, by broń boże nikt się o nie nie wywrócił, i przeszła jeszcze dwa metry w stronę drzwi prowadzących do bardziej prywatnej części gabinetu, kryjącej między innymi jej sypialnię.
    Uchyliła ciężkie, zdobione drzwi, jednak dalsze wydarzenia potoczyły się na tyle szybko, że Darcy nie miał nawet okazji wetknąć tam swojego ciekawskiego nosa.
    - W KOŃCU GO DOPADŁEM - wykrzyknął Irytek, przemykając nad ich głowami i przewracając opisany wcześniej wysoki regał stojący pod jedną ze ścian - I SPOKÓJ TOBIE SKRADŁEM, HAHAHA! - z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi prowadzące na korytarz, a zaskoczona całym tym rabanem Serena odskoczyła do tyłu, kątem oka obserwując jak ciężki mebel w wyniku działań szalonego poltergeista leci w ich stronę. Jej różdżka wciąż działała na częstotliwości zaklęcia lewitacyjnego, bo po skierowaniu jej w stronę spadającego regału samowolnie rzuciła zaklęcie i uchroniła ich od katastrofy. Wieść o dwóch mokrych plamach, które zostałyby z nauczycielki i jej ucznia na pewno zrobiłaby piękny nagłówek w Proroku.
    Na twarzy Sereny nie widać było szoku czy ulgi spowodowanej uniknięciem urazu.
    Wyrył się na niej spokój, choć z jej zimnych, błękitnych oczu błyskały ogniki wściekłości i gryfońskiego zacięcia.
    - Nic ci nie jest? - powiedziała spokojnie, jeszcze chwilę trwając w bezruchu, z wyciągniętą przed siebie ręką, zanim omiotła wiszący w połowie swojej drogi upadku mebel błękitną mgiełką, która postawiła go do bezpiecznego pionu. Obróciła się, teraz ze zmartwieniem omiatając twarz Finleya i gestem dłoni odgarniając kosmyki z jego czoła by upewnić się, że żadna ze spadających (choć nie roztrzaskujących się, bo wszystkie były zaczarowane) figurek nie zrobiła mu większej krzywdy. Zauważyła tylko przebijającego się przez piegi guza.
    Drzwi od gabinetu znowu otworzyły i zatrzasnęły się, a historyczka wabiona tym odgłosem i niepokojącym powiewem powietrza spojrzała pod własne nogi, gdzie odkryła atramentowe odciski... racic.
    - O nie - wpadła do sypialni by upewnić się, że sytuacja była dokładnie tak beznadziejna, jak jej się wydawało - Tommy? - rzuciła w eter, ale w odpowiedzi nie uzyskała charakterystycznego chrumknięcia. Teraz oprócz nikłego uniknięcia wstrząsu głowy ucznia miała jeszcze na głowie fakt, że ten cholerny Irytek po raz kolejny uwziął się i wystraszył jej ukochanego tebo.

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Ojej, jaki on fajny i puchoński. Kochamy Huffelpuff, więc chętnie napiszemy jakiś wątek. Podoba mi się powiązanie C w twoim spisie, aczkolwiek nie mam pojęcia, co Finn mógłby w Aramisie podziwiać poza ewentualnie inteligencją, bo ten gburek jest dość małomówny. ]

    Aramis Floyd

    OdpowiedzUsuń
  31. [ Okay, w takim razie chętnie przyjmę to powiązanie. Zupełnie zapomniałam, że Aramis śpiewa w chórze, więc jeśli zechcesz to również może podobać się w nim Finnowi. Nie wiem czemu, ale widzę jak Aramis przyłapuje Darcy'ego na zostawieniu jakiegoś liściku i dojdzie między nimi do konfrontacji. Ewentualnie można skusić się też na drugą zaproponowaną przez Ciebie opcję czyli zabieganie o uwagę, ale nie wiem czy Finn wytrzymałby dużo odtrąceń xd Chyba, że Aramis strasznie już poirytowany powie mu coś naprawdę przykrego, a potem poczuje się głupio i może nawet trochę zatęskni za towarzystwem Finna, więc obali drinka albo dwa (lub dziesięć) i w przypływie chwili spróbuje go przeprosić? ]

    Aramis

    OdpowiedzUsuń
  32. [ Hmm...Chyba jednak wolałabym drugą opcję, w pewien sposób rozrusza to emocjonalnie Aramisa, a poza tym mam dziwną słabość do dram, ha. Będę wdzięczna jak zaczniesz, ja w to nie potrafię :o ]

    Aramis

    OdpowiedzUsuń
  33. - Gdyby Irytka w ogóle nie było w zamku to by do niczego nie doszło! - jęknęła, dając tym samym jasno do zrozumienia, że nie obwinia Finna w jakikolwiek sposób o ten niespodziewany, acz wciąż postępujący stan rzeczy. Spojrzała z rozżaleniem i troską na pstrokate, haftowane w afrykańskie, etniczne emblematy legowisko zalegające na podłodze nieopodal jej łóżka i westchnęła ciężko, zamykając ze spokojem drzwi w taki sposób, by ciężki drzewiec nie trzasnął, o co było zawsze nietrudno. Zmarszczyła brwi i obróciła się w stronę chłopaka, nie stojąc jednak w miejscu zbyt długo, bo podeszła do swojego biurka i zaczęła przeszukiwać jedną z szuflad. Była bardzo opieszała w swoich ruchach jak na to, że po zamku właśnie biegał wystraszony, magiczny, niewidzialny guziec.
    - Tommy muchy by nie skrzywdził. Uwielbia dzieci - w końcu udało jej się znaleźć gdzieś między pergaminami, zestawem do kaligrafii i uroczymi liścikami, które podrzucało jej średnio raz na tydzień jej ulubione lwiątko o nazwisku Johnson, przysmak dla... mugolskich psów. Konkretniej pałeczki, tak rozgłaszane w reklamach poprzez swój rzekomy zbawienny wpływ na psie uzębienie.
    - Mam go od malucha, wyrwaliśmy go z rąk kłusowników ale już zdążyli uciąć mu kły - wyznała, z szerokim uśmiechem podnosząc się do pionu i patrząc dumnym wzrokiem na przekąskę dzierżoną w dłoni niczym największy skarb na świecie. Uśmiechała się zbyt szeroko biorąc pod uwagę to, że po zamku właśnie biegał wystraszony, magiczny, niewidzialny guziec.
    Podeszła do Finleya, podnosząc dłoń na wysokość jego czoła i stukając go walącym na kilometr suszonym mięsem patyczkiem w nasadę nosa między brwiami.
    - Skoro teraz odkryłeś mój sekret to musisz pomóc.
    Wyciągnęła biednego, wciągniętego w spisek - choć nie tak do końca nielegalny, w końcu ze względu zarówno na swój wiek, jak i pozycję w szkolnej hierarchi miała prawo do pewnych przewinień i naciągnięć - chłopaka za ramię z powrotem na korytarz, wciskając mu do dłoni jeden z intensywnie pachnących patyczków i zaciskając na nim jego palce.
    - Spróbuję zlokalizować go magią, bo jego obroża jest przypisana do mojej różdżki. Irytek jednak jest nie tylko denerwujący, bo jeszcze swoją aurą skutecznie zakłóca działanie tego wynalazku - stwierdziła, rozglądając się w prawo i lewo by zlokalizować na jednym i drugim końcu korytarza zarówno uczniów, którzy nieszczęśliwie mogliby zostać wplątani w farsę całkiem jak Finley. Nikogo nie odnalazła, więc mówiła dalej - On bardzo głośno chrumka. Jeśli go usłyszymy, musimy powtarzać "tsk, tsk, tsk", bo słysząc to uspokaja się i nie boi. I pamiętaj - urwała na chwilę swój ostrożny spacer, kładąc obie dłonie na jego ramionach i poważnym wzrokiem patrząc się w otoczone piegami oczy - On nic ci nie zrobi.

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  34. – Zajmę się nim, możesz na razie pójść, i tak pewnie obudzi się dopiero za godzinę – oznajmiła pielęgniarka. Arthur jednak stał jak słup soli, czując, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa i nie chcą z nim współgrać. Dopiero po paru kolejnych namowach, a raczej kazaniach, że nie może teraz przebywać tak blisko i musi dać jej pracować, wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego.
    Ze zdenerwowania pociły mu się dłonie i nie mógł ustać w miejscu, więc chodził w tę i z powrotem przed drzwiami, głuchy na wszystko, co działo się dookoła. Było mu trochę niedobrze i z całej siły starał się o tym nie myśleć, próbując skupić się na tym, co ma powiedzieć Finleyowi kiedy się obudzi. I jaką wersję wydarzeń mają ustalić.
    Przepraszam – męski, dobrze znany mu głos wyrwał go z głębokiego zamyślenia. Wzdrygnął się i uniósł głowę na profesora zielarstwa – opiekuna Puchonów* – i jeszcze bardziej zbladł. – Na Merlina, Black, głuchy jesteś? Powiedziano mi, że jeden z moich podopiecznych jest w bardzo złym stanie, to prawda? – i nie czekając na odpowiedź, pchnął mosiężne drzwi, wchodząc do Skrzydła Szpitalego, pozostawiając osłupiałego Arthura w przejściu.
    Krukon zamrugał parę razy i dopiero po paru sekundach pognał za profesorem, czując jak łomocze mu serce.
    – Wszystko pod kontrolą, panie profesorze – zaczął, znajdując się u jego boku i nerwowo się uśmiechnął.
    – Jak to się stało? – mężczyzna zmarszczył brwi, przystając przy łóżku pogrążonego we śnie Finleya i wbił w niego badawcze spojrzenie.
    – Nie wiem. Takiego go już znalazłem w zamku – choć było to z jego strony niegrzeczne, usiadł na krześle tuż przy łóżku Puchona, aby przypadkiem nie zrobił tego profesor. Wiedział, że to on; musi być pierwszą osobą, która porozmawia z chłopakiem po przebudzeniu. – Proszę się o niego nie martwić, zajmę się nim.
    Zamiast odpowiedzieć, opiekun Hufflepuffu milczał, sprawiając, że Arthurowi robiło się coraz słabiej, ponieważ nauczyciel sprawiał wrażenie takiego, który wiedział co się dokładnie stało. Mężczyzna jednak w końcu odchrząknął i kiwnął głową.
    – Proszę mnie poinformować, kiedy się obudzi. Muszę z nim porozmawiać.
    Oczywiście.

    Kolejną godzinę przesiedział prawie w bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w bliżej nieokreślonym punkcie. Na jego czole pojawiły się trzy charakterystyczne zmarszczki świadczące o tym, że głęboko się nad czymś zastanawia, jednak prawda była taka, że już sam nie miał pojęcia, o czym myśli. Za każdym razem, kiedy jego wzrok mimowolnie kierował się w stronę Finna, czuł nieprzyjemną gulę w gardlę oraz nagłą falę nienawiści do samego siebie. Sama złość na chłopaka powoli przechodziła, chociaż nadal czuł lekką irytację z powodu tego, że Puchon porwał się z motyką na słońce.
    Kiedy Darcy w końcu się obudził, po Arthurze nie było widać, że jeszcze godzinę temu prawie sam zemdlał ze stresu, który nagle nim zawładnął. Uniósł obojętny, może nawet i nieco znudzony wzrok na Finna i skrzywił się, słysząc jego pierwsze słowa. Nie miał zamiaru się gdziekolwiek ruszać.
    – Ciebie też miło widzieć – powiedział chłodnym tonem, krzyżując ręce na torsie i odchylił się na nogach swojego krzesła do tyłu. Już otwierał usta, aby kontynuować, jednak w tym samym momencie Puchon powiedział coś, co go zaskoczyło. Zdziwienie na jego twarzy gościło przez sekundę, zanim zostało przykryte maską obojętności. Nigdy nie uważał Finna za głupiego, jednak nie sądził, że Puchon połączy fakty tak szybko i nie da nabrać się na bajeczki, że Black jest przy nim tylko, ponieważ się martwi. Nowe okoliczności sprawiły, że postanowił nie owijać w bawełnę.
    – No dobra. W takim razie co powiesz?

    (*Pozwoliłam sobie wymyślić opiekuna Puchonów, a tak poza tym to przepraszam za tego gniota, muszę znów wejść w rytm.)

    Black

    OdpowiedzUsuń
  35. Pierwszy raz w życiu zabrał na próbę gitarę wyciągniętą spod łóżka z dormitorium. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Może po prostu na niej najlepiej mu się pracowało, może wydawała mu się odrobinę magiczna, a może wyjątkowo potrzebował czegoś swojego w tłumie wyjących dziwadeł. Otrzymał ją od mamy bodajże siedem lat temu - na urodziny, tuż przed tym jak zmarła. Wtedy była dla niego za wielka, ale wkrótce dorósł do niej na tyle, by nie zostać przez nią całkowicie zasłonięty. Nic więc dziwnego, że związał się z nią emocjonalnie.
    Próba przebiegła w głośnej, nerwowej atmosferze. Ludzie sprzeczali się o koncepcję, role, wystawienie, dekoracje, a nawet instrumenty. Aramis przyglądał im się z boku przybierając pogardliwy wyraz twarzy. Nie odzywał się za dużo, bo kiedy na początku tego zgiełku pozwolił sobie zauważyć, że nie powinni się kłócić, gdyż przedstawienie ma im sprawić przyjemność, a nie przyprawiać o biegunkę, został we wspaniały sposób zignorowany. Brzdąkał więc sobie cicho na gitarze, pewny, że i tak nikt nie zwraca na niego uwagi. Najchętniej opuściłby salę, zwieńczając swoje wielkie wyjście teatralnym trzaśnięciem drzwiami, jednak ostatnimi czasy troszkę zaniedbywał obowiązki, toteż postanowił przemęczyć się tę godzinkę lub dwie. Poza tym wbrew odnoszonemu zapewne przez większość członków chóru wrażeniu, zależało mu na tym. Na jego chory, zimny sposób. Czas dłużył się w nieskończoność, a co paro sekundowe zerkanie w zegarek kieszonkowy nie poprawiało sytuacji. W końcu jednak nadeszła upragniona chwila i opiekun kazał im się wynosić, grożąc, że policzy się z nimi następnym razem. Najostrożniej jak potrafił spakował więc gitarę do futerału, zarzucając go sobie na plecy. Poczekał, aż to stado oszołomów opuści pomieszczenie i sam wymknął się, oczami wyobraźni widząc puste okolice jeziorka. Nie mógł się doczekać, by tam trafić.
    Niestety, przygaszony entuzjazm wyparował, gdy do jego uszu doszedł dobrze znany mu głos. Cholerny Darcy. Z początku go nawet nie zauważał. Sporo osób gapiło się na takie indywiduum jak on, a i nie spędzał tyle czasu publicznie, by się tym przejmować. Potem zaczęło się zostawienie tych liścików. Z początku czytał je z lekkim niedowierzeniem, później już zostawiał je w spokoju, przekonany, że jakiś dowcipniś robi sobie z niego jaja. Gdy jednak ten śmiesznie pozytywny, namolny chłopak zaczął za nim latać, szarpiąc nerwami Aramisa, sytuacja zaczęła się robić coraz bardziej nieprzyjemna.
    Wielu normalnym osobom takie próby okazywania uwagi z pewnością by schlebiały, ale on czuł się skrępowany, co prowadziło do jego ciągłej irytacji. Poza tym, nieco żenujące zachowanie Puchona przyciągało uwagę tę śliską część Slytherinu, co wiązało się z złośliwymi uwagami. Czasem nazywano ich Słodką parą, czasem poklepywano Aramisa po plecach z zatroskaną miną i składano wyrazy współczucia. Obie te grupy częstował siarczystym spierdalaj. Dziwił go fakt, iż ktoś sobie upatrzył go do przyjaźni, ale też nie interesowały go ewentualne powody, a Finley należał do tego typu ludzi, których nijak da się odpędzić. Nigdy nie był dla niego miły, zawsze starał się pokazać mu, że nie jest zainteresowany znajomością i brak mu chęci do rozmowy. Darcy jednak powracał do niego za każdym razem niczym upierdliwy bumerang. Tak było i tym razem. Minął go bez słowa, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. To jednak Finleya nie powstrzymało. Zignorował złośliwy komentarz tamtego dupka, prąc prosto przed siebie, wymijając zgrabnie spacerujących uczniów.
    Nagle stało się coś niespodziewanego - poczuł szarpnięcie za futerał, który gładko zsunął mu się z ramienia, a gdy odwracał się zszokowany trzask łamanego drewna sprawił, że jego serce się zatrzymało. Spojrzał zdumiony na puchona, leżącego na jego gitarze. Pierw poczuł smutek, że tak cenny dla niego przedmiot został zniszczony, ale szybko jego emocje przekształciły się w gniew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Nie. - Zagrzmiał, widząc jak chłopak wyciąga różdżkę. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Finley leżałby już trupem na ziemi. Nieważnym dla niego było, że prawdopodobnie da się naprawić gitarę machnięciem różdżki. Zrobił krok do przodu, mocno łapiąc Darcy'ego za nadgarstek, by ten nie próbował czasem żadnych sztuczek. - Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do mnie na mniej niż kilka jardów, gorzko tego pożałujesz. Jesteś nic nie wartą żałosną szlamą, która nie ma za grosz honoru. Odpierdol się ode mnie, bo zapewniam, że następnym razem nie skończy się tylko na grzecznej prośbie. - Puścił go, tym samym lekko go od siebie odpychając, odwrócił się na pięcie, złapał za futerał i czym prędzej opuścił korytarz, niemal wchodząc w niewielką grupę oglądających przedstawienie gapiów.

      [ Mam nadzieję, że nie przesadziłam albo nie byłam za łagodna D: ]

      Aramis

      Usuń
  36. Dowodem zbrodni polegającej na bezceremonialnym wślizgnięciu się do opanowanej przez skrzaty kuchni była plama z sosu pomidorowego na kołnierzu jego koszuli. Może jej nie zauważył, a może zdawał sobie sprawę z jej istnienia i po prostu postanowił nic z nią nie robić, dochodząc do wniosku że tak właściwie podkreśla ciepły odcień jego skóry - oba scenariusze w przypadku opiekuna Puchonów były wielce prawdopodobne, dlatego skrzaci personel gastronomiczny nie kwapił się nawet w zwrócenie mu uwagi, bo każda wizyta nauczyciela w celu zaspokojenia jego wilczego apetytu - którego nie wypadało pokazywać na grupowej uczcie, kiedy musiał zgrywać odpowiedzialnego dorosłego - skutkowała w podobne, często permanentne ozdoby jego garderoby.
    Drzwi, przybierające kamuflaż w postaci obrazu przedstawiającego wątpliwej jakości (i świeżości) martwą naturę zamknęły się za nim z łoskotem, a na ich miejscu po chwili pojawiło się ponownie to okropne malowidło. Doprawdy, Dorian nie rozumiał zachwytów nad dziełami sztuki przedstawiającymi cokolwiek statecznego. Bardzo lubił tę formę artyzmu, uwieczniającą rzeczywistość i towarzyszące jej emocje i fakty, ale mugolskie portrety były dla niego już kompletną porażką. Na szczęście te w Hogwarcie poruszały się i zamykały w sobie cechy osobowości uwiecznionego na wieki modela, dlatego otwarcie z nimi o tym dyskutował, dając upust swoim frustracjom w tym temacie. Chyba po prostu potrzebował w swoim życiu nieskończonych pokładów ruchu, najprawdopodobniej bez niego mając okropne odleżyny od tak uwielbianego wylegiwania się na kanapie.
    Przetarł mankietem ubrudzone wciąż od drugiej kolacji usta, kiedy przejście do pobliskiego pokoju wspólnego jego ukochanych wychowanków otworzyło się, a wyszedł z niego chyba najbardziej piegowaty przedstawiciel żółtych barw.
    Najprawdopodobniej, gdyby Dorian nie odchrząknął, pozostałby niezauważony w półmroku położonego w podziemiach korytarza i nie sprowokowałby następującej po tym fakcie rozmowy.
    Ale Dorian bardzo przepadał za interakcją ze swoimi dziećmi i chciał mieć informacje z pierwszej ręki dotyczące tego, co dzieje się za ścianami dormitoriów, do których - oprócz okazjonalnych interwencji, gdyby coś się waliło i paliło - nie miał wstępu.
    - Dobry wieczór, Finley! - wyskoczył z mroku, co biorąc pod uwagę to, że chłopiec najprawdopodobniej i bez tego gwałtownego manewru był nieco przerażony jego osobą, mogło przyprawić go o zawał serca. Gdyby tak się stało, Dorian najprawdopodobniej sam dostałby zawału, miotając się w kółko i próbując znaleźć najbliższą drogę do szklarni w celu chwycenia ratujących życie ziółek.
    - Gdzie się wybierasz? Mam nadzieję, że nie po kłopoty - zrównał się z Puchonem krokiem, chowając dłonie w kieszeniach brązowego płaszcza. On, dla odmiany, nie był uwalony pomidorową passatą - Słyszałeś może kto chciał w zeszłym tygodniu podłożyć pod bijącą wierzbę fajerwerki? Dobrze, że zdusili to w zarodku prefekci, bo bardzo lubię te drzewo - faktycznie, z mającą jawne adhd rośliną wiązało się kilka szkolnych wspomnień z jego własnej edukacji, o których jednak nie wypada tak otwarcie wspominać - A ty lubisz wierzbę? Kurczę, teraz sobie przypomniałem, że będzie miała w tym roku okrągłe urodziny! Powinniśmy wystawić przyjęcie. Na błoniach, pod otwartym niebem. Sądzisz, że to dobry pomysł?

    tutaj również zaczęcie-niespodzianka od Dorci za docenienie hymnu!

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie myślał wtedy trzeźwo, był zły i zmęczony, a do tego przerażony zniszczoną gitarą. Wrócił więc do dormitorium, na całe szczęście po drodze już przez nikogo nie zaczepiany i naprawił ukochany instrument prostym zapięciem. Odetchnął z ulgą, że to mu się udało i gitara brzmiała tak samo. Wziął zimny prysznic, uspokajając zszargane nerwy i położył się spać, ignorując gdzieś z tyłu głowy składającą myśl, że może zachował się zbyt ostro w stosunku do tego dzieciaka.
    Po kilku dniach zorientował się, że czegoś mu brakuje, zupełnie jakby coś mu odebrano, chociaż przecież nic się nie zmieniło. No, prawie. Ostatnio otumaniało go dziwne uczucie osamotnienia. Chodził na lekcje, chór, spotkania klubu pojedynków, normalnie przychodził na posiłki i stosunkowo często spędzał czas poza swoim łóżkiem. Nikt za nim nie chodził, nie mówił do niego, nie uśmiechał się w jego stronę ani nie zaburzał idylli odludnienia, jaką praktykował od kilku dni. Powinien być zadowolony, a czuł tylko wściekłość i to dziwaczne nieco drapiące w gardle uczucie. Chyba brało go jakieś przeziębienie...tylko czemu nie męczyły go gorączka, katar i paskudny kaszel przy którym wypływa się płuca? Przyczyna tkwiła jednak zupełnie gdzie indziej, a zdał sobie z niej sprawę w piątek podczas zajęć.
    Jak zwykle przybył wcześnie, wszedł do sali i usiadł na swoim miejscu. Z początku nie zauważył tajemniczego liściku na ławce, zbytnio pochłonięty pisaniem piosenki. Dopiero kiedy odłożył nuty na bok jego wzrok padł na niewielką kartkę. Kiedyś pewnie po prostu by ja wyrzucił, a tak popchnięty przez ciekawość, postanowił ją przeczytać. Przesunął wzrokiem po kolejnych linijkach z każdym kolejnym słowem czując jak coś coraz bardziej ściska go w brzuchu. Czemu to tak bardzo go dręczyło? Nie potrafił wyrzucić z umysłu nagłej sceny i obelg jakimi odrzucił Darcy'ego w wściekłości.
    Westchnął ciężko, zły na siebie za ten sentymentalizm, brutalnie ścisnął list i wcisnął go do kieszeni szaty. Głupi Finley i jego smutne spojrzenie. Jak w ogóle mógł chcieć się do niego odezwać po takiej awanturze. Aramis zachował się okropnie, jak potwór, jak...ojciec. Zachował się jak ojciec. Ta myśl uderzyła go tak mocno, że zacisnął palce na krawędzi ławki. Zawsze chciał zaimponować swojemu tacie, ale nigdy nawet nie brał pod uwagę stania się jego kopią.
    Całą lekcje siedział jak na szpilkach, zachowując się jeszcze bardziej gburowato niż zwykle. Tym razem zrezygnował z obiadu, nie potrafiąc przestać przejmować się ostatnimi wydarzeniami. Przecież nie mógł mieć wyrzutów sumienia, prawda? To pojęcie było mu obce od dawna, a skrupulatnie odrzucane uczucia stawały się coraz łatwiejsze do okiełznania. Zamiast jeść, poszedł więc pić do Hogsmeade. Przeszedł po dwóch czy trzech lepszych barach, licząc, że alkohol w jakiś sposób go znieczuli. Niestety, zadziałał wręcz przeciwnie.
    Wracając do zamku, myślał tylko o tym, by położyć się spać. Niedawno wybiła ósma, a on powłóczył nogami jak marionetka, co chwila zasłaniając usta przy ziewaniu. Na skraju zobaczył jego samotnie siedzącego gdzieś na murku zamku. Zawahał się dosłownie przez sekundę, zanim skierował się w tamtym kierunku. Wyjątkowo niezgrabnie jak na siebie, umościł tyłek na zimnym kamieniu obok chłopaka, prawdopodobnie zwracając tym na siebie jego uwagę - wyglądał przecież jak kompletna porażka. No i śmierdziało od niego ognistą.
    - Ja...cześć. - Wydukał na początek, przecierając twarz dłonią - Przyszedłem...właściwie to...czytałem twoją wiadomość. - Jąkał się nieco, patrząc przed siebie. Nie potrafił spojrzeć mu w oczy, już żałując takiego zagrania.
    - Przepraszam. To ja jestem ci winny przeprosiny, więc...Przykro mi. Nie myślę tak o tobie. I nic nie mam do mugolaków, po prostu byłem zły i choć to nie usprawiedliwienie to...chciałem, żebyś to wiedział.

    [ Przepraszam, że tak długo, mam ręce pełne roboty. I wybacz ewentualnie błędy. ]

    Wyjątkowo niearamisowy Aramis

    OdpowiedzUsuń
  38. – Jeszcze nie wiesz? Wasz opiekun pewnie przyjdzie tutaj lada chwila i będzie chciał z tobą porozmawiać. Typ nie jest głupi, od razu będzie wiedział, że coś jest nie tak jak zaczniesz się jąkać – powiedział z irytacją w głosie, chociaż tak naprawdę nie miał prawa się na niego o to wkurzać. Właściwie powinien być wdzięczny i dziękować za to, że chłopak sam deklaruje się, że nie piśnie o nim słowa. W końcu mógł trafić na kogoś innego, na kogoś kto wreszcie uzna, że miarka się przebrała i najwyższy czas się postawić a obecna sytuacja jest najlepszym ku temu powodem. Choć było to okrutne, jakaś jego część cieszyła się, że trafiło akurat na Puchona, a nie na kogoś innego. Z drugiej strony cała ta sytuacja jednak sprawiła, że coś w nim pękło i dało do myślenia. I nie chodziło tu tylko o fakt, że naraził drugą osobę na poważne niebezpieczeństwo. W zasadzie nie miał pojęcia, że ktoś może się dla niego aż tak poświęcić i ta świadomość zaczęła go trochę przerażać.
    Wziął głęboki oddech aby się uspokoić i nie wylewać swoich frustracji na Finna, który i tak chyba na chwilę obecną miał wszystkiego dosyć. Z towarzystwem Arthura włącznie.
    Black jednak był uparty jak osioł i nie miał zamiaru się jeszcze stąd ruszać. Głównie dlatego, że on sam nie był jeszcze gotowy na kolejne spotkanie z Dorianem, który za każdym doprowadzał go do białej gorączki. Czasami miał wrażenie, że to tylko i wyłącznie przez jego osobę nie został fanem zielarstwa. Tanie żarciki profesora z porannej gazety, które tak bawiły większość uczniów, jego doprowadzały do szału. Często zastanawiał się jak w ogóle taki oszołom mógł zostać nauczycielem.
    – Contantinescu za dużo gada. Może ostatnio opowiadał jakieś bzdury o rzadkich roślinach? Powiedz mu, że to jego wina, bo bardzo się tym zaciekawiłeś i chciałeś sprawdzić czy naprawde taka roślina jest w Zakazanym Lesie. Weźmiesz go na litość i może aż tak bardzo się nie wkurzy, że tam poszedłeś – choć nie był to świetny plan, była to jedyna rzecz jaka wpadła mu właśnie do głowy pod wpływem myślenia o tym jak wielką niechęć czuje do profesora.
    Arthurowi nie umknął ruch Finley’a świadczący o tym, że chce sięgnąć po różdżkę, a to sprawiło, że nieco spoważniał i odchrząknął, prostując się.
    – W ramach zadośćuczynienia – bo przeprosiny to słowo dla Blacka raczej obce – poszukam dzisiaj twojej różdżki. Musisz mi tylko powiedzieć gdzie byłeś, od której strony wchodziłeś i może pamiętasz, w którym momencie ją zgubiłeś – wstał w końcu z krzesła i spojrzał na niego z góry, zaciskając usta w cienką kreskę. Wyciągnął rękę, aby poklepać go sztywno po ramieniu, chcąc go tym gestem jakoś pokrzepić i dać do zrozumienia, że nie jest aż tak beznadziejny.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  39. [O, tak, chcemy go. ♥
    Odezwij się do mnie na maila, a tam omówimy wszelkie szczegóły.]

    Bella Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  40. - Zaufaj mi - poprosiła spokojnie, choć Finley dosłownie przed sekundą powiedział, że nie do końca jest w stanie to zrobić. Kolejne jego, choć bardzo trafne, zauważenia na temat możliwego rozwoju zdarzeń z rąk Tommy'ego puściła mimo uszu, nie chcąc kolejny raz powtarzać tej samej, choć szczerze przez nią uwielbianej, śpiewki o potulności tebo i jego wystraszenia, a brakiem agresji do świata.
    Niezłomnie kontynuowała spacer na niższe piętra, za którymś razem wpadając na zjawę-patrona Gryffindoru i witając się z nim serdecznie, ciągnąc rozmowę tak jak gdyby wcale nie miała ważnej sprawy do załatwienia.
    - Dzień dobry, Sir Nicku - dygnęła z szerokim uśmiechem, wysłuchując typowych komplementów z jego ust dotyczących jej wyglądu. Spodobała mu się wyszywana sukienka - Oh, oczywiście, zapraszam wieczorem na herbatkę jak zawsze. Zostały mi przysłane nowe kadzidełka - już podczas swoich pierwszych dni w Hogwarcie, kilka lat temu zauważyła, że orientalny zapach, który niejednokrotnie wtapiał się w jej ubrania daje dziwne poczucie spokoju wszelakim zjawom. Wiedziała, jaką konkretną, afrykańską techniką jest to spowodowane, ale nie czuła potrzeby by z kimkolwiek się tym podzielić przed wydaniem tej ciekawostki w nowej książce. Drugi tom swoich wypocin pisała już od trzech lat, ale nie zbliżała się ani trochę do jego publikacji ze względu na nieodparte wrażenie, że ciągle coś z jakością rękopisu jest nie tak. Najprawdopodobniejsza wersja przyszłości zakładała, że wydany zostanie dopiero pośmiertnie, bez akompaniamentu zakłopotanych rumieńców jego autorki - Ach! Widział Sir może Tommy'ego? Biedaczek znowu przestraszył się Iryt-poszedł do lochów? Cudownie, dziękujemy!
    Pociągnęła Finna za rękę za sobą, tym razem w stronę położonych w podziemiach pięter zamku. Nie bywała tam często, posilając się na ucztach, a nie robiąc sobie nocne wycieczki do kuchni, i nie łapiąc w żadnym wypadku bliskiego, matczynego (jak to miało miejsce w przypadku Gryfonów, i części Krukonów) kontaktu.
    - Pani profesor teraz chodzi nie z Johnsonem, a z żółciutkimi podrostkami? Ollie nie będzie zadowolony - obróciła głowę w tył, widząc jednego z naczelnych lwich recydywistów, Krosickiego, akurat powracającego z treningu. Rzuciła mu mroźne niczym odcień swoich tęczówek spojrzenie.
    - Nie twój interes, kiciusiu, widzimy się na szlabanie jutro.

    Powoli docierając do celu swojej podróży obróciła głowę w bok, łypiąc na Darcy'ego zaciekawionym i nieco zatroskanym wzrokiem.
    - Naprawdę sądzisz, że moje Kółko miałoby prawo bytu? Odbywałoby się rano, przed śniadaniem, ale znalazłam na tę porę super rozwiązanie, wystarczyłoby tylko...
    Urwała, słysząc jak na końcu ciemnego korytarza coś się przewraca. W dłoni, niczym różdżkę, dzierżyła pałeczkę zbawienną dla psiego uzębienia.
    - Tommy? Tsk, tsk, tsk, Tommy! - w reakcji na jej słowa od ścian echem odbiło się paniczne tuptanie, a chwilę potem Serena podskoczyła, czując kształt pod swoimi nogami. Pochyliła się w przód i wplotła palce w poplątane, niewidzialne futro, dzięki któremu guziec zmaterializował się pod jej dotykiem i okazał obraz prawdziwej, spanikowanej kupki nieszczęść, która na pozostałości po uciętych w dzieciństwie kłach zawiązana miała pstrokate kokardki z materiału. Zmarszczyła brwi, widząc że pupil obklejony jest jakąś dziwną, zieloną mazią, która zaczęła parzyć jej skórę. Czym prędzej wytarła wnętrze dłoni w pobliską ścianę i pokrywającą ją zasłonę. Lochy były tak obskurne, że jedna dziura w firance wyżarta przez magiczny kwas nie zrobi większej różnicy.
    - Co to może być? Jakiś eliksir? Albo wyciąg z jakiegoś korzenia? Finny, chodzisz na koło zielarskie, jesteś w stanie to zidentyfikować? Tylko nie dotykaj, bo się poparzysz!

    poison ivy

    OdpowiedzUsuń
  41. [Tak, oto zdjęcie idealnie przedstawiające Blacka po napierdalance w Trzech Miotłach. PS google docs uratowało mi życie i mogłam odpisać!]

    – Nie mam pojęcia – odparł, a w jego głosie dało się usłyszeć napięcie wynikające z tego, że nie wiedział co go czeka. Nienawidził tego. Nie cierpiał stąpać po grząskim gruncie, który w każdej chwili może się osunąć, diametralnie zmieniając mu plany. Cała ta sytuacja powoli przyprawiała go o nerwicę, bo zupełnie inaczej zaplanował ten dzień i teraz musiał na powrót przyzwyczajać się do obecnego stanu rzeczy. Oraz do nawarstwiających się problemów, o których wkrótce miał przekonać się na własnej skórze i do końca nauki w Hogwarcie żałować, że jest taką podłą gnidą, która postanowiła wysługiwać się innymi. To jak bardzo nienawidził siebie powoli sięgało apogeum i doprawdy nikt z zewnątrz nie posądziłby go o tak dokładnie pielęgnowaną niechęć do swojej własnej osoby. – Cóż, w takim razie poszukam wszędzie.
    Nerwowe drgnięcie w momencie kiedy go dotknął, nie uszło jego uwadze. Tak samo jak i ton głosu, który słyszał w jego wydaniu chyba pierwszy raz. Choć nadal uprzejmy, ewidentnie sugerował, że popełnił kolejny błąd. Zacisnął szczękę i zabrał dłoń, chowając ją głęboko do kieszeni.
    – Jasne, wybacz – rzucił obojętnym tonem i wzruszył ramionami, chociaż w głębi duszy poczuł się w jakiś niewytłumaczalny sposób dotknięty. Podświadomie oczekiwał innej reakcji ze strony Puchona, namiastki aprobaty, która utwierdzi go w fakcie, że robi dobrze. No bo przecież chciał go pocieszyć, prawda? W końcu zmusił się do tego aby nie być jedynie zimnym skruwysynem i przekroczył jakąś barierę, dotykając go i chcąc pokazać w ten sposób, że go wspiera, natomiast nie została ona finalnie zburzona, a wręcz przeciwnie, znów powstał mur, którego Black postanowił ponownie nie przekraczać. I nie myślał o tym, że to normalne, że ktoś może nie lubić, że się go dotyka – w końcu sam za tym nie przepadał, chociaż zwykłe dotknięcie ramienia mógł jeszcze jakoś tolerować – myślał już tylko o tym, że takie odruchy ludzkie chyba do niego nie pasują i nie mają jakiegokolwiek sensu, więc w ogóle po co zawracać sobie nimi głowę. Ostatecznie wprawiają jedynie człowieka w zawód i zmuszają do myśli, których w ogóle nie chce, a które musi znosić, bo nie potrafi się ich pozbyć.
    – W takim razie do zobaczenia? Chyba. Nie wiem kiedy wrócę. O ile w ogóle wrócę. Szukanie twojej różdżki może trochę zająć, więc pewnie sam ciebie znajdę. Contantinescu pewnie niedługo się tu pojawi, więc… – urwał, uświadamiając sobie, że ma słowotok, tak bardzo do niego niepodobny, a tak dobitnie świadczący o tym, jak bardzo jest już zmęczony. Zmęczony całą tą sytuacją oraz interakcjami międzyludzkimi, a przede wszystkim byciem miłym, bo tak, Black był teraz nad wyraz uprzejmy, chociaż ktoś z boku mógłby myśleć inaczej, nie widząc ani razu uśmiechu na jego twarzy. Jak jednak miał się uśmiechać w takiej sytuacji? Jedyne do czego mógł się zmusić to do nie bycia aroganckim, to wszystko.
    Wcisnął jeszcze głębiej dłonie do kieszeni, mając wrażenie, że zaraz zrobi w nich dziurę, a wtedy cała ich zawartość spadnie na podłogę i wszyscy zobaczą, kto tak naprawdę odpowiada za obecny stan Finleya.
    – Nieważne. Powodzenia. – rzucił w końcu, już nawet na niego nie patrząc i zrobił w tył zwrot, wychodząc ze Skrzydła Szpitalnego czym prędzej, bo wiedział, że dłużej nie zniesie mdlącego zapachu ziół i innych medykamentów, którego tak bardzo, bardzo nienawidził.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  42. - Nie słuchasz plotek? Wielka szkoda, przecież to najciekawsza rzecz w tej szkole! - rozłożył szeroko ręce, przypadkiem wierzchem jednej z otwartych dłoni godząc Finleya prosto w twarz. Zasłonił usta spowinowaconą dłonią, powstrzymując się od wybuchnięcia salwą głośnego śmiechu - Przepraszam najmocniej, nic ci nie jest? Mam nadzieję, że nie zmiotłem z twoich policzków piegów, jestem pewien, że dziewczęta za nimi szaleją - na chwilę ucichł, uciekając wzrokiem brązowych tęczówek gdzieś na kamienny, ociekający od wilgoci i stęchlizny sufit, tylko po to, by... jego twarz zafalowała na moment, rozświetlając jego własną, oliwkową skórę o charakterystyczne dla rudzielców, pomarańczowe plamki - Oh, Finley, zobacz! - przybliżył się do pobliskiej, przytwierdzonej do ściany latarni, szczerząc jak głupiec i pokazując palcem na swój policzek, jakby zmiana nie była oczywista - Teraz też takie mam! Jest ci raźniej?
    Jako, że Darcy był pierwszym wychowankiem, którego Dorian spotkał podczas swojego wieczornego spaceru, czy tego chciał czy nie stał się idealnym kandydatem na koordynatora uroczystości urodzin Bijącej Wierzby.
    Brunet wzruszył ramionami, chowając dłonie w kieszeniach wiecznie usmalonych czy to cukrem czy kruszonką z podkradniętego skrzatom ciasta, czy ziemią wprost z magicznej cieplarni, spodniach.
    - Nie żartuję sobie, ja? Czy ja kiedykolwiek sobie żartuję? - niemal się oburzył, ściągając brwi i kręcąc z politowaniem głową. Dalej kontynuował swój spacer, teraz już docierając do schodów wyprowadzających wszystkich interesantów z lochów na powierzchnię, gdzie znajdował się dziedziniec, błonia... I co najważniejsze, przyszła solenizantka. Jego pytanie było o tyle retoryczne, że wszyscy - zarówno uczniowie, jak i nauczyciele - byli zmuszeni do wysłuchiwania jego dość niszowego poczucia humoru, zarówno na zajęciach, jak i wspólnych ucztach - konstrukcja Wielkiej Sali sprzyjała temu, by kolejna anegdotka Doriana, jak i towarzyszący temu rechot niósł się przez długie minuty między stołami.
    - Wszyscy się ucieszą. Będzie to przyjęcie, które zamek zapamięta na stulecia - choć nie zdawał sobie z tego sprawy, prawdopodobnie miało to się stać przez ciąg przeróżnych, nieszczęśliwych wypadków podczas imprezy, podsycanych zarówno przez jego kreatywność, jak i nieskromne pobudki zahaczające o piromanię.
    - Jestem waszym opiekunem - zaznaczył, jakby ten fakt w ogóle trzeba było zaznaczać. Uśmiechnął się, ukazując szereg białych zębów (jedna z jedynek przybrudzona była malinową konfiturą pochodzącą z pochłoniętego przed ledwie kwadransem placka. Uśmiech ten oznaczał jednak dumę z lekkiego szantażu, który nastąpił w kolejnych słowach - Więc wszyscy Puchoni wezmą udział w obchodach. Dostaniecie za to dodatkowe oceny, czy to nie cudowne?
    Klasnął w dłonie, decydując się na kolejne wykorzystanie swojej pozycji, bo skoro zaczął już tego wieczoru być szantażystą, to... głupio by było tego nie wykorzystać. Drugie klaśnięcie nastąpiło moment później, jednak tym razem o jego własne czoło, w akcie zażenowania własnym gapiostwem, który odegrany został dość nieudolnie w kontekście jego prawdziwości.
    - Oh, teraz przypomniałem sobie, że schodząc tutaj nie wziąłem z gabinetu nowych ogłoszeń przeznaczonych do powieszenia na tablicę w waszym salonie. Wygląda na to, że będziesz musiał mi potowarzyszyć, Finny. Kto wie co spotka nas po drodze?
    Dorian wiedział co ich spotka.
    PRZYGODA!

    Dorian

    OdpowiedzUsuń
  43. [Hej, hej! Jak się dowiedziałam od Belli (a Ainna jest jej siostrą), ta podkradła mi przyjaciela w postaci Fina. Jeśli masz ochotę przegadać ten wątek jeszcze ze mną, to zapraszam! Ainna na pewno łatwo się nie podda w próbie jego odzyskania i utarcia nosa starszej siostrze!]

    Ainna Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  44. [Obojętnie ile wątków bym nie uzbierała, Finleya przygarnę pod swe skrzydła i ochronię przed całym złem tego świata. Raczej nieudolnie, bo z Alberta żaden bohater, ale hej, będzie się starał. Więc tak, niech będą dobrymi ziomeczkami z Hufflepuffu, on się z nim podroczy, ale innym, tym wrednym, nie pozwoli i będzie straszył swoim przyszłym smokiem!
    No chyba że będę musiała wybierać między Finleyem, a Twoim wyczarowującym się właśnie stażystą, to będę miała konflikt tragiczny.]

    Albert Hill

    OdpowiedzUsuń
  45. [Wybór imienia dla postaci zawsze nastręcza mi ogromnego kłopotu. Przebieram i wybrzydzam niemal w nieskończoność nim następuje ten cudowny moment olśnienia, w którym w końcu imię znajduje postać, przyklejając się do niej w mojej głowie z permanentnym skutkiem.
    W każdym razie Wolfgang, czując się zaproszonym, niecierpliwie wypatruje wspólnego wątku z Finleyem, który w sumie z miłą chęcią zacznę, o ile nie razi cię koncept banalnego rozpoczęcia go sytuacją, w której Wolfie (padając ofiarą nagłego natchnienia) postanowiłby uwiecznić ołówkiem postać zaczytanego kolegi z Pokoju Wspólnego?]

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  46. [Wobec tego nie przeciągam już dłużej i zaczynam! Mam nadzieję, że Finn w swym zawstydzeniu nie postanowi Wolfiemu uciec. :D]

    Wolfgang nie był stałym bywalcem Pokoju Wspólnego — w gwoli ścisłości stałym bywalcem nie był on raczej nigdzie (za wyjątkiem dormitorium), jedynie goszcząc w różnych miejscach. Zdarzały się jednak wieczory, takie jak ten, gdy niczego nie pragnął bardziej, niż wyciszenia się w tym wypełnionym pomrukami rozmów i kwiatowym zapachem miejscu.
    Oczywiście pod warunkiem, że jego ulubiony fotel (ten, z którego miał najlepszy widok na kominek; ten z wyjątkowo paskudną, noszącą ślady długoletniego padania ofiarą różnych uczniowskich wybryków tapicerką) nie był przez nikogo okupowany, stwarzając Wolfiemu idealne warunki do rozlania się w poprzek tegoż mebla i obserwowania zza szkicownika życia innych Puchonów.
    Było coś szalenie inspirującego w tym spokojnym podglądaniu kawałeczków cudzych rzeczywistości i choć Wolfgang w przeważającej ilości przypadków utrwalał na łamach kartek obrazy pochodzące prosto z wyobraźni, to czasami sposób w jaki cienie postanowiły położyć się na czyjejś twarzy ożywiały w nim palącą potrzebę utrwalenia danej osoby, w danym momencie.
    Ofiara jego uwagi często pozostawała w nieświadomości, aż do chwili, gdy Puchon kończył wyżywać się na papierze (o ile w ogóle, bo w takich sytuacjach decydującym czynnikiem stawał się fakt czy Wolfgang był na tyle zadowolony z własnej pracy, aby ją wręczyć, zamiast nieczule porzucić na pastwę ognia). Za taki stan rzeczy bynajmniej nie odpowiadał fakt, że Wolfgang jakkolwiek się krył z tym, co robi — po prostu obierał obiekty, które były jak najmniej ruchome.
    Tym razem światło postanowiło wyjątkowo przystępnie zagrać na obliczu Finleya, którego Burke oczywiście kojarzył (żadne nieprzeciętne rysy twarzy mu umkną; jest ich namiętnym podglądaczem), ale nigdy nie poznał osobiście; fakt, że chłopak pozostawał bez reszty pochłonięty lekturą stwarzał idealne warunki, aby przystąpić do działania.

    Wolfgang mościł się dłuższą chwile w fotelu, w poszukiwaniu wygodniej pozycji, aż zastygł niemal zupełnie, jedynie spojrzeniem wędrując od szkicownika do profilu drugiego Puchona, by ze skupieniem, kreska po kresce, zacząć odzwierciedlać na papierze namiastkę widoku, który został mu całkiem nieumyślnie ofiarowany. Zadowolony i niepomny na fakt, że robi się coraz później, urozmaicał portret o kolejne detale, nucąc całkiem nieświadomie „Nobody Home” z repertuaru Floydów, który nie wiadomo kiedy postanowił zagościć w jego głowie.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  47. [Tak, Kwiaty na poddaszu znam i podzielam sentyment, choć przy pisaniu o nich nie myślałam. To ciekawe, kto wie, co by było, gdyby Innes nie była na tym strychu sama...
    Finnek jest absolutnie przeuroczy. Ciekawa jestem bardzo, co pięknego i szlachetnego dostrzegłby w Innes! Zgadzam się, że ludzie nie muszą się rozumieć, ale mogą się lubić, nawet wtedy, kiedy teoretycznie nie powinni. Bo wydaje mi się, że Innes miałaby coś takiego z Finleyem - nie wiem o co chodzi, mały, śmieszny typku, ale chodźmy razem do biblioteki.]

    Innes Macnair

    OdpowiedzUsuń
  48. Wolfgang był bardzo wybredny względem rezultatów własnej twórczości; oceniał się surowiej, niż oceniał innych, wychodząc z założenia, że tylko w ten sposób zapewni sobie właściwy rozwój – wymagając i to najlepiej absurdalnie wiele.
    Mimo tego konsekwentnie kończył wszystkie rysunkowe podejścia, nawet te, które w jego oczach nie niosły żadnego potencjału na zamierzony rezultat; to pomagało mu wyławiać błędy i zapobiegać im w przyszłości. Jakkolwiek fantazyjnie prezentował się z zewnątrz, jego postrzeganie własnej osoby silnie odbiegało od obiegowej opinii uduchowionego artysty; widział siebie bardziej jako rzemieślnika, a jeśli był w jakikolwiek sposób uduchowiony, to nie miało to u niego prawa konkurować z pragmatyczną oceną rzeczywistości.
    Rzeczywistości, która go nigdy szczególnie nie zachwycała, dlatego zatracanie się w jej abstrakcyjnym upiększaniu pochłaniało mu większość dotychczasowego życia; rzeczywistości, która cudownie się oddalała i rozmywała, gdy przenosił się do wyimaginowanego świata pochowanego głęboko w świadomości.

    Bywało jednak i tak, że pozostawał z nią w ciągłym kontakcie, wszak zdarzało mu się ją odzwierciedlać. Starał się wtedy oddać kartce jak największą ilość detali, stale poszukując badawczym spojrzeniem pominiętych drobiazgów i nie inaczej było tym razem, póki w najwyższy stan skupienia Wolfganga nie wbiło się zawisające w powietrzu pytanie, którego niewątpliwie był adresatem. Nie mogło być inaczej skoro źrenica, której przed chwilą starał się nadać głębszego refleksu była zwrócona w jego kierunku.
    Niczym wyrwany z transu zamrugał, milknąc raptownie czemu towarzyszyło parosekundowe, wewnętrzne zdumienie Puchona nad faktem, że zaczął nucić na głos.
    — Gdybym nie mógł przestać, nawet bym nie zaczynał — odpowiedział nim w ogóle przyszło mu do głowy rozstrzyganie czego konkretnie dotyczyło pytanie.
    — Chyba najpierw jednak należałoby uściślić co miałbym przestać — zauważył wobec tego na głos, widząc jak na dłoni dyskomfort Finleya; nie mógłby przeoczyć tych drobnych zmian w mimice chłopaka, która jeszcze przed paroma momentami wyrażała spokojną nieobecność.
    Otaksowawszy spojrzeniem prawie skończony rysunek, Wolfgang doszedł do wniosku, że powinien dać z nim radę bez dalszego niepokojenia piątoklasisty swoim bacznym spojrzeniem; nie ma zresztą szans, żeby jego model ponownie odprężył się w podobny, naturalny sposób ze świadomością bycia obserwowanym.
    — Zasadniczo i tak już nie mam innego wyjścia, niż przestać — przyznał po chwili, spoglądając na Finleya z przepraszającym uśmiechem. — Ale skoro już się na chwile oderwałeś od czytania to może chcesz rzucić okiem? Rzadko jestem tak zadowolony ze swoich rysunków — przyznaje spoglądając wpierw na powstałą dzięki pewnym pociągnięciom ołówka i miękkimi cieniom postać, która ze spokojem tkwiła w świecie po drugiej stronie okładki czytanej książki, a następnie unosząc wzrok na osobę, która go zainspirowała do jej stworzenia.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  49. (Dobry wieczór! Dziękuję za tak miłe powitanie i ach!, obie Twoje postacie są naprawdę cudne i aż mi trochę szkoda Finna, który znajdzie się pod ostrzałem Caroline. Zapewniam, że my Ci tak szybko spokoju nie damy i nie uciekniemy zbyt szybko.
    Chcesz ustalać wszystko pod KP, czy wolisz mailowo?)

    Caroline

    OdpowiedzUsuń
  50. Aleister podczas wakacji czuł się w upalnej, kolorowej Grecji jak więzień... No dobra, aż tak źle to się nie czuł, ale spora doza dramatyzmu przy stałej obecności jego własnej matki była jak najbardziej wskazana. Druga równie istotna kwestia — w wakacje nie tylko musiał wstawać wcześnie, ale spotykała go tragiczna sytuacja odstawienia alkoholu. Averilla zdecydowanie pijaństwa w jego wykonaniu, by mu nie odpuściła, a nie oszukujmy się — chciał jeszcze sobie wygodnie pożyć i cieszyć się życiem. Zresztą we wrześniu miał się przekonać na odległość, co pani Sheehan myślała na temat jego procentowych akcji, gdy podczas takiego nocnego wypadku przyjdzie mu wpaść na jednego nauczyciela, który zmusi sowę do nakablowania na niego, przez co skończy bez jakichkolwiek funduszy jak ostatni biedak. A teraz? Co zrobiła dokładnie teraz? Sterroryzowała mu Finna — tak właśnie rozumiał jej wyraźne okazywanie mu sympatii, o ile tak można to nazwać — i to do tego stopnia, że wcale mu to nie przeszkadzało. Nie do pomyślenia...
    Wczesna pora, nieludzka jak na jego zamkowe przyzwyczajenia, nie pomagała w otrzeźwieniu umysłu i czuł się potwornie zmęczony. W Grecji nie miał co liczyć na wylegiwanie się w łóżku tylko dlatego, że były wakacje. W Hogwarcie po nocnych, alkoholowych akcjach zdarzało mu się spać na lekcjach lub lądować nad ranem z przypadku w nieswoich łóżkach, chociaż i tu Alek był święcie przekonany, ba!, nawet skłonny do kłócenia się, że one należały do niego. Całe szczęście, że nie próbował nikogo z nich wyrzucać, budząc wszystkich lokatorów danego dormitorium. Szybko musiał pozbyć się z przytępionego umysłu Kenny'ego, którego zawsze miał za nieproszonego gościa w (nie)swoim łóżku i skrzywił się, gdy odczuł skutki łokcia wbitego w żebra, osłonięte co najwyżej materiałem koszulki. Chwilę potem zaśmiał się głośno, a poprzedni szeroki uśmiech wrócił na właściwe sobie miejsce.
    — Wiem, że nad tym nie panujesz.
    Taa... Aleister ty zresztą też nie, ale na Merlina, dobrze, że nie odpalasz takich akcji przy własnej matce. Nad palącymi rumieńcami nikt nie panował, chociaż taka umiejętność oszczędziłaby mu nieprzyjemnej sytuacji z jedynego palenia cegły z możliwych. Nie trzeba było długo czekać, by mina Aleistera w mgnieniu oka wyraziła zdumienie i z jednej strony cieszył się, że Finny nie mógł tego zauważyć w pełnej krasie razem z tym przerażonym spojrzeniem. Czyżby Puchon usłyszał od młodszego braciszka za dużo? Przemiła? Jego matka? Cóż to miało oznaczać? O Merlinie... Było coraz gorzej.
    Powinien się cieszyć? Oczywiście, że się cieszył, że Averilla zgodziła się, by Finny pojawił się w ich nowym domu rodzinnym i że tak szybko zaakceptowała go w rodzinie, a przy okazji zaprzestała tymczasowo rzucania w niego czarami albo przedmiotami, które miałaby akurat pod ręką pod pretekstem tego, iż nie wypada. Jego matka ograniczała się do rzucania mu władczych spojrzeń oraz poleceń, których musiał się bezwzględnie trzymać. No, przynajmniej, gdy miała go na oku. Aleister przyłożył Finny'emu rękę do czoła w celu określenia temperatury, ale marny był z niego lekarz.
    — Finny — wyszeptał mu własne imię wprost do ucha konspiracyjnie, jakby chciał go ostrzec. Podejrzewał jednak, że nie przekona już swojego braciszka, który połknął haczyk. — Moja mama to naprawdę okrutna wiedźma. Ona tylko zachowuje się, jakby była miła, pamiętaj o tym. Poza tym moja mama lubi takich poukładanych, grzecznych gości – sprawiłeś doskonałe wrażenie i już jesteś w rodzinie, rozumiesz, prawda?
    Odsunął się trochę, by ostatecznie zeskoczył z łóżka na podłogę i przeciągnął się niemal tak samo jak robił to jego rudy kocur pięć minut temu w progu otwartych na oścież drzwi pokoju Aleistera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chodź, Finny — rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie. — Jeśli zaraz wróci i nie zaprowadzę cię na śniadanie, to jestem niemal pewien, że wykopie mnie przez okno stąd razem z tym materacem. — Tę kwestię dodał już dużo ciszej. Jego matka mogła być w pobliżu, musiał się zabezpieczać.
      Poczekał aż jego braciszek pójdzie przodem w stronę schodów — wypadało, aby kulturalnie puścił go pierwszego z racji bycia gościem. Rozejrzał się jeszcze przelotnie, zanim również nie ruszył jego śladem wzdłuż stopni. Nawiązując do śniadań w Grecji, które pani Sheehan starała się podtrzymywać w duchu greckim ze względu na swego nowego współmałżonka, a Aleister na początku był pewien, że w takim klimacie się ich nie jada. Szybko zmienił zdanie, gdy na długim, drewnianym stole zauważył ciasteczka z sezamem, których nigdy dotąd nie miał okazji spróbować — koulourakia i to właśnie je zdecydowanie bardziej sobie upodobał niż chałwę, sery, jogurty, które można było zjeść z orzechami, miodem, dżemem czy świeże owoce. Tymczasem wchodząc do kuchni i rozsiadając się wygodnie przy stole wiedział, że kawa, za którą nie przepadał będzie musiała uratować mu życie.

      Aleisterek

      Usuń
  51. Wolfgang nie czuł się urażony ani tym bardziej onieśmielony reakcją Finleya – z typową dla siebie zawziętością starał się przypisać postawie młodszego Puchona szereg logicznych uzasadnień; coś mu przerwał, w czymś mu przeszkodził i w jakiś sposób zaingerował w jego sferę komfortu. Irytacja była całkiem prawdopodobnym scenariuszem, z którym się liczył i bardzo często zderzał, zaskakując ludzi swoim nagłym zainteresowaniem.

    Burke wzniósł delikatnie brwi, w wyrazie uprzejmego zdumienia, gdy Fin wbrew wypowiedzianym słowom – i jeśli brać je na poważnie, to również wbrew sobie – postanowił jednak podejść i obdarzyć jego pracę niechętnym zainteresowaniem.
    — Często robisz rzeczy, na które wcale nie masz ochoty? — zapytał z nieznaczną dozą czupurności, przechylając nieznacznie głowę, aby chłopak znalazł się w zasięgu jego wzroku.
    Wolfgang zlustrował jego oblicze z bliska, z ciekawością i bez krztyny dyskrecji, bynajmniej nie dlatego, że chciał go wpędzić w jeszcze większe zakłopotanie, a z przyczyn czysto pragmatycznych. Miał idealną sposobność dostrzeżenia detali, które mogły mu dotychczas umknąć i nawet jeśli nie miał zamiaru już nanosić żadnych zmian do pracy to i tak był ich ciekaw.
    — Interesujące pytanie — przyznaje, z nutą zadumy i przenosi wzrok na kartkę. Przez kilka sekund namyśla się nad odpowiedzią, przytykając do ust ołówek. — Niestety obawiam się, że nie mam pojęcia — wyznaje w końcu, z rozbrajającą szczerością. — Nigdy nie zastanawiałem się nad tym dlaczego w danym momencie postanawiam rysować daną rzecz lub osobę, choć bez cienia wątpliwości musi istnieć jakaś przyczyna. Może chodzić o moje subiektywne poczucie estetyki — strzela, choć nie bez wątpliwości, ale te towarzyszyło Wolfiemu prawie wszędzie.
    — Ale zapewne chcesz wiedzieć dlaczego narysowałem ciebie; chyba zaintrygował mnie kontrast między tobą nieświadomym cudzej uwagi a tobą zdającym sobie z niej sprawę. Ludzie zwykle wyglądają o wiele przystępniej, gdy nie wiedzą, że są obserwowani. Dość dziwne, ale powszechne zjawisko. I dziękuję, choć w pełni zadowolony byłbym wtedy, gdy udałoby mi się skończyć. Proszę — dodaje na koniec swojej tyrady, podając rysunek Finley’owi.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  52. (No hej, jesteśmy z odpisem! <3 I to ja powinnam przepraszać za jakość, ale spokojnie, poprawię się.)

    Finley Darcy był naprawdę dziwną osobowością, zadziwiał ją na każdym kroku. Za każdym razem robił coś, co wprawiało ją w stan dość dużego zdziwienia, a nie sądziła, że cokolwiek jeszcze będzie w stanie ją zaskoczyć. Na przestrzeni lat wiele wydarzyło się w jej życiu, najpierw dowiedziała się, że jest czarownicą, co było ogromnym szokiem i odsunęło ją od jej matki, a później musiała zmagać się z licznymi dramatami, zaczynając od snobistycznych kolegów z obsesją na punkcie czystości krwi, a kończąc na wilkołactwie. To, że pewnego razu przemieniła się w salonie markizy nie pomogło; nie wiedziała czy jej matka była bardziej przerażona czy wściekła. To był cud, że nie dostała załamania nerwowego, kiedy Caroline zostawiła ślady pazurów na zabytkowych meblach i zniszczyła połowę jej ukochanego mauzoleum. Właściwie, panna Boyle nie miała pojęcia skąd Finn wziął się w jej życiu, naprawdę nie wiedziała jakim cudem wkradł się tak głęboko. Owszem, pamiętała ich pierwsze spotkanie, kiedy zaklęciem rzuciła jego ciałem o ścianę. Kiepski początek znajomości, prawda? Później wcale nie było lepiej. I momentami naprawdę było jej wstyd, kiedy robiła mu krzywdę, ale nie potrafiła się powstrzymać. Od pewnego czasu miała problemy z panowaniem nad sobą, a przy Finley'u... było jeszcze gorzej. Czasami odczuwała satysfakcję z górowania nad nim, jej niezdrowa potrzeba wygrywania była przy nim zaspokojona. Nie rozumiała jego zachowania i nie chciało jej się wierzyć, że był tak słaby by się jej nie przeciwstawić. Zaczęła się przyzwyczajać do ich relacji niezależnie od tego jak bardzo pokręcona była.
    Do czasu.
    Kiedy bowiem zdała sobie sprawę, że Darcy poznał jej najbardziej skrywaną i mroczną tajemnicę, była przerażona. To chyba pierwszy raz od czasu przemiany, kiedy czuła taki paraliżujący strach. Nikt prócz jej rodziców nie wiedział o tym, że została ugryziona przez wilkołaka, ba!, nawet oni dowiedzieli się przypadkowo; sama nigdy nie pisnęłaby słówka. Nie do końca wiedziała jak Finn znalazł w sobie tyle odwagi by wejść za nią do Zakazanego Lasu, jeszcze podczas trwania pełni. To było chyba jedyne miejsce, w którym mogła się przemienić i nie narazić się na to by dosięgły ją jakieś wścibskie oczy. Las był pewien magicznych, niebezpiecznych istot, a jednak to tam Care miała swój azyl. Wszystko legło w gruzach, kiedy została przyłapana. Wciąż pamiętała jego przerażony wzrok, kiedy zobaczył ją w zwierzęcej postaci. Była zaskoczona, że po tym wydarzeniu wciąż się do niej odzywał; bardziej jednak zdziwiła ją jego troska?, czy coś na jej kształt. Nie zaskoczyło jej jednak to, że chciał na nią donieść; była jednak pewna, że zdoła mu ten pomysł wyperswadować. (...)
    Nie spodziewała się jednak, że rzuci w nią Drętwotą. Momentalnie poczuła oszołomienie, nie zdążyła nawet odpowiedzieć zaklęciem obronnym, choć miała na końcu języka Protego. Stan w którym się znalazła trwał na tyle długo, że gdy odzyskała przytomność, Finna już przy niej nie było.
    — Niech to szlag... — syknęła pod nosem i zaraz podniosła się z podłogi. Rozmasowała dłonią kark i zaraz wybiegła z klasy. Dość szybko uporała się z zamkniętymi drzwiami i zaraz rozejrzała się za postacią chłopaka. Przed oczami mignęła jej gdzieś sylwetka nauczycielki historii magii a obok niej ciemna czupryna chłopaka, który nerwowo gestykulował. To musiał być on. W mgnieniu oko obok nich znalazła się blondynka i złapała Finleya za ramię. Niezbyt mocno, bo nie byli sami. Potrafiła zachować pozory; czegoś musiała się nauczyć od matki.
    — Finn! — zawołała nerwowo, wbijając paznokcie w jego ramię. Zaraz jednak spomiędzy jej warg wydobyło się ciche westchnięcie pełne ulgi, gdy Serena Blackwall się oddaliła ze znudzoną miną. Niesamowite, zamiast opowiedzieć jej o wilczym problemie Gryfonki ten ją zanudził anegdotami. Wciąż jednak nie byli sami, co przeszkadzało Caroline w wyładowaniu emocji, a miała ich w sobie całkiem sporo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chodź ze mną. — uśmiechnęła się serdecznie i powoli zsunęła dłoń z jego ramienia na dłoń, którą delikatnie uścisnęła. Kiedy przeprowadziła go przez tłum uczniów na dziedziniec, z którego ruszyła w kierunku błoni rozległo się za nimi kilka gwizdów, jednak blondynka to zignorowała. W dalszym ciągu ciągnęła go za sobą i dopiero kiedy upewniła się, że w ich polu widzenia nie ma nikogo innego, cofnęła swoją chłodną dłoń.
      — Jakim prawem wtrącasz się do mojego życia? — warknęła głośno i było w tym więcej zwierzęcości niżeli by chciała. Popchnęła go mocno, a w konsekwencji chłopak upadł na trawę. — Zasłaniasz się bezpieczeństwem moim i innych, ale to wierutna bzdura. Chcesz się zemścić! — podniosła głos, lecz zamiast zabrzmieć groźnie, brzmiała raczej piskliwie. Tym razem mógł wyczuć jej strach i wręcz desperacje. — Czego oczekujesz? Przeprosin? — wysyczała przez zaciśnięte zęby, obserwując każdy jego ruch; to jak powoli podnosił się z trawy, jak się otrzepał, wpatrywała się w niego swoim iskrzącymi się, lazurowymi tęczówkami. Wściekła to za mało powiedziane by opisać stan, w którym znajdowała się Caroline. — Tylko udawałeś strachliwego dzieciaka, tak naprawdę to niezłe z ciebie ziółko! — wrzasnęła, a z nerwów cała się trzęsła.
      Dawno (a może nigdy?) nikt nie doprowadził jej do takiego stanu, w jakim była teraz. I wcale jej się to nie podobało. Lubiła swoją łatkę obojętnej dziewczyny. Wzięła głębszy oddech, ale nie była w stanie się uspokoić. Jej niebieskie oczy stały się szkliste, a przez to jeszcze bardziej błękitne. Złote pasma włosów rozwiewał wiatr, kiedy w myślach liczyła do dziesięciu. Wzięła kolejny głębszy wdech i zacisnęła mocno powieki, próbując powstrzymać łzy. To śmieszne, nie płakała od wielu lat; nie mogła się teraz rozkleić. Nie przy nim. Kiedy otworzyła oczy on wciąż przed nią stał.
      — Dostaniesz cokolwiek sobie zażyczysz, tylko proszę, nie mów nikomu. — zbliżyła się do niego. Była blisko, niebezpiecznie blisko; na tyle by mógł poczuć słodki zapach jej ciało, kwiatową woń jej włosów. Posunęła się jednak dalej, bo zaraz poczuł jej lodowate dłonie na swoich policzkach. — Proszę, nie wydaj mnie. Nie zniosę tego. — wyszeptała cicho z wargami tuż przy jego ustach.
      Zaczęła od próśb. Nietypowo, ale łudziła się, że to najprostsze rozwiązanie, które zadziała. Gdyby się jednak przeliczyła, zostały jej jeszcze groźby, szantaż, zastraszenie a na końcu magia.
      Caroline zawsze miała asa w rękawie.

      wściekła Caroline, która zrobi wszystko, żeby jej sekret się nie wydał

      Usuń
  53. (Emo Finn czy nie emo – nadal będę się nad nim rozpływać. Wybacz to opóźnienie, laptop mi padł i studia też już dają mi w kość. Łap wojującego Blacka i wybacz za tego tasiemca – nie potrafiłam tego ukrócić. :v)

    Cała zaistniała sytuacja, choć trudna, przynajmniej odciągnęła Blacka od pochmurnych myśli związanych z jego siostrą oraz resztą rodzinki, które w ogóle zapoczątkowały całą tę lawinę wydarzeń. Jego umysł w tej chwili został totalnie pozbawiony myśli niezwiązanych z Finleyem, jego różdżką i zastanawianiem się jak właściwie ma ją znaleźć. Każdy kto trochę lepiej go znał, bardzo dobrze wiedział, że w dziewięciu na dziesięć przypadków jest totalnym pesymistą, co w obecnej sytuacji wcale nie ułatwiało mu życia. W zasadzie zawsze miał przez to jeszcze bardziej pod górkę. Czuł na sobie niewytłumaczalną presję, jakby to on był w stu procentach odpowiedzialny za to co się stało z Puchonem. Eliksir spokoju, który chciał uważyć, teraz przydałby mu się jeszcze bardziej, jednak jak, do cholery, miał się za niego zabrać, skoro był jeszcze bardziej znerwicowany, a do przygotowania wywaru potrzebne są stalowe nerwy i opanowanie.
    Powinien poprosić kogoś o przygotowanie go za niego, jednak jedyną osobą, której ufał i w ogóle był w stanie wyjść do niej z prośbą – co umówmy się, w przypadku Blacka było wyjątkową rzadkością – był Vincent, a co do jego zdolności związanych z eliksirami nie był już tak bardzo ufny. To nie tak, że w niego nie wierzył, jednak wychodził z założenia, że komuś, kto jest istnym wulkanem energii, łatwiej jest spartaczyć coś co w swojej nazwie ma spokój.
    Jak zwykle więc postanowił zająć się wszystkim sam. Miał dwie opcje. Mógł pójść do Zakazanego Lasu późnym wieczorem. Miał dyżur w Bibliotece, w której i tak nigdy nic się nie działo, więc spokojnie mógł się na jakiś czas wymknąć. Przeszkodą był jego lęk przed ciemnościami, no i w zasadzie jak miał szukać czegokolwiek w czarną noc? Dlatego postanowił wybrać drugą, bezpieczniejszą opcję – czyli pójście tuż po wschodzie słońca, kiedy wszyscy będą jeszcze grzecznie spać i raczej nie powinien mieć problemu z przedostaniem się dalej, niż poza mury Zamku i Błonia. Swój dyżur natomiast postanowił wykorzystać na zgłębianiu dokładniejszej wiedzy na temat tentaktul – głównie ich występowania aby wiedzieć, w których miejscach ma ich w ogóle szukać. Zakazany Las był ogromny, jednak Arthur wyszedł z założenia, że Finley nie mógł zapuścić się jakoś głęboko, więc będzie szukać raczej na obrzeżach, z nadzieją, że w końcu natknie się na jakiś ślad.
    Jego dyżur kończył się równo o północy, jednak w rzeczywistości Krukon postanowił przedłużyć go aż do rana, uznając, że nie ma sensu w ogóle kłaść się spać. Nie raz zarwał już noc aby przygotowywać się do egzaminów, więc czemu i tym razem miałby tego nie zrobić. Wieczorami, kiedy w końcu panował spokój, który tak bardzo lubił, mógł się lepiej skupić. Zawsze miał wrażenie, że jego umysł pracuje wtedy o wiele wydajniej i nie zaśmieca się niepotrzebnymi informacjami. Wyłapywał tylko te najistotniejsze, tak jak teraz, coraz bardziej uświadamiając sobie, jak bardzo zagrożony był Finn. Wolał nie myśleć co by się stało, gdyby spotkał się z nim później. Nie chciał mieć nawet świadomości, że w ogóle mógłby się już z nim nie spotkać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z zamku wydostał się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Powietrze po nocy nadal było rześkie, więc jakiekolwiek zmęczenie niemal od razu zniknęło z jego twarzy. Na jego ustach zagościł nawet parosekundowy uśmiech, ponieważ wyjątkowo uwielbiał takie momenty, kiedy mógł podziwiać piękno natury w totalnej samotności, czując, że w końcu nie musi niczego ukrywać przed innymi. Tłumy w Hogwarcie często go męczyły, dlatego chwile takie jak te były dla niego wyjątkowe i starał się je doceniać jak najbardziej.
      Po wejściu do Lasu przestał jednak zaprzątać sobie głowę poranną sielanką i zaczął wracać myślami do tego co studiował przez noc, uważnie wypatrując charakterystycznych pnączy tentakuli. Szczerze mówiąc, sądził, że będzie to o wiele łatwiejsze. W rzeczywistości krążył z dobre pół godziny, mocząc doszczętnie przez rosę i wilgotne podłoże swoje buty oraz nogawki spodni, nim wpadł na pierwszy trop, który… Który w zasadzie wyszedł sam z inicjatywą. Można uznać, że Black miał szczęście w nieszczęściu, ponieważ nagle zaatakował go tentakula – jak się później okazało – ta sama co Puchona. Black po spędzeniu zdecydowanie zbyt długiego czasu nad opisem tych roślin, dobrze wiedział, na co powinien się przygotować, więc udało mu się uchylić od nagłego, nie do końca spodziewanego ataku, w rzeczywistości pozwalając aby pnącze jedynie smagnęło jego policzek, zostawiając na nim długie zadrapanie. Nie pozwolił na styczność z kolcami zawierającymi jad, dość szybko ucinając plątające się łodygi zaklęciem Diffindo. Nie obyło się oczywiście bez paru kolejnych zadrapań i pociętej koszuli, jednak były to zdecydowanie błahe obrażenia w stosunku do tych, jakie miał Darcy.
      Po uspokojeniu rośliny Arthur zaczął uważnie przyglądać się miejscu zdarzenia. I choć samo obecne pobojowisko wynikało z jego walki z rośliną, miał wrażenie, że nie on pierwszy miał z nią styczność w przeciągu doby. Utwierdził się przy tej myśli w momencie, kiedy nagle znalazł kawałek materiału, prawdopodobnie należącego do szaty Finna, a zaraz po tym nadepnął na coś, co wyglądem zdecydowanie nie przypominało zwykłego patyka – było zbyt lśniące i miało za gładką strukturę. Kiedy ukucnął i wziął tak samo wyglądające kawałki drewna w dłonie był już niemal pewien, że to nic innego jak pozostałości po różdżce chłopaka.
      Mimowolnie poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu, mając dobitne uczucie deja vu – jego różdżka jeszcze parę miesięcy temu wyglądała bardzo podobnie.
      Wygrzebał z ziemi każdy kawałek, w tym jeden nieco większy, który być może zachował rdzeń, chociaż Arthurowi bardzo trudno było to ocenić bo po prostu się na tym nie znał. Miał szczęście, że Greed jest cudotwórcą jeśli chodzi o różdżki, przynajmniej tak będzie mógł naprawić swój błąd i sprawić, że Finley dostanie coś w zamian, być może jeszcze lepszego.
      Miał w planach najpierw wrócić do dormitorium, porozmawiać z Vincetem i spytać się czy w ogóle odratowanie tego przeklętego badyla jest możliwe, jednak w momencie kiedy przechodził obok Skrzydła Szpitalnego, coś pchnęło go aby skręcił właśnie tam, a nie szedł dalej.
      Czuł obowiązek powiedzenia mu prawdy. Na świeżo. Chociaż od momentu kiedy wyszedł z Zamku minęły dobre trzy godziny, nadal było dosyć wcześnie, więc korytarze były opustoszałe, a w samym Skrzydle większość nadal spała. Arthur postanowił, że jeśli Darcy również będzie pogrążony w głębokim śnie, będzie to po prostu znak aby jednak dał sobie spokój i wyszedł.
      Niestety. Im bliżej Puchona był, z tym większym przerażeniem zdawał sobie sprawę, że jak na ironię, on jedyny nie spał. I patrzył się wprost na niego z przytłaczającą nadzieją, którą za chwilę będzie musiał zniszczyć.

      Usuń
    2. – Cześć – wychrypiał, siadając obok łóżka. Odchrząknął, czując nieprzyjemne drapanie w gardle. Wyglądał… zdecydowanie niewyjściowo, jednak w tej chwili było to dla niego nieistotne. Tym razem nie miał czasu na pilnowanie aby wszystko wokół jego osoby było perfekcyjne. Nie, kiedy nie miał pojęcia od czego zacząć. Postanowił ostatecznie po prostu pokazać, więc rozchylił palce, które cały czas miał zaciśnięte na kawałkach drewna i uniósł nieco dłonie, na których leżały szczątki różdżki.

      Black

      Usuń
  54. Kiedy kazał się jej odsunąć, jednocześnie dźgając ją różdżką w żebra, omal nie pisnęła, zaciskając mocno wargi w wąską linię. Przez chwilę myślała, że jak powie proszę to odpuści, da jej święty spokój i zapomni o całej sprawie. To byłoby zbyt proste, prawda? Ale Caroline nigdy nikogo o nic nie prosiła, więc naprawdę sądziła, że to zadziała. Kiedy jednak rzeczywistość okazała się inna, a sprawy nie można było rozwiązać tak szybko jak myślała. Szkoda, myślała, że łatwo pójdzie. I choć w tym momencie była najbardziej przerażoną dziewczyną, to nie zamierzała okazywać słabości. Raz poprosiła i to musiało mu wystarczyć, jeśli nie, miała inne sposoby. Zauważyła jak zareagował na jej bliskość i mimowolnie na jej usta wkroczył szeroki uśmiech. Jego speszenie wywoływało w niej satysfakcję. Wyrwała różdżkę z jego dłoni i wyrzuciła w kierunku jeziora, co prawda na szczęście Finna nie wpadła ona do wody, a wylądowała tuż przy brzegu.
    — Niczego ode mnie nie chcesz? — uniosła brwi w geście zaskoczenia. Nie wierzyła mu; bezczelnie kłamał, patrząc przy tym w jego oczy. — Kłamiesz. Nie wierzę Ci. Każdy czegoś pragnie. — szarpnęła za jego nadgarstek, a bezbronna, bliska płaczu dziewczynka zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Znowu widział tą Caroline, którą tak dobrze znał. Jej palce mocniej zacisnęły się na jego nadgarstku, a swoim ciałem naparła na niego. Właściwie sama nie wiedziała co chciała osiągnąć, czy wzbudzić w nim zakłopotanie, czy go speszyć, a może po prostu wkurzyć?
    — Mam szesnaście lat. Dlaczego oczekujesz po mnie dojrzałości? — warknęła głośno i puściła jego nadgarstek. Złość na nowo ogarnęła jej ciało. Zaskakujące jak szybko jej stan emocjonalny się zmieniał; potrafiła w sekundę przejść ze strachu a amok, ze zdenerwowania w obojętność, z obojętności w radość. Miała szeroką gamę kolorowych (bardziej lub mniej) emocji w zanadrzu i właściwie, nigdy nie było wiadomo, z czym w danej chwili wyskoczy. Wyminęła go, jednocześnie swoim ramieniem uderzając o jego, przekroczyła kilka kroków i stanęła nad brzegiem jeziora. Skrzyżowała ramiona na piersi i głośno odetchnęła, wpatrując się w wodę, przez chwile myśląc nad tym, ile morskich, niebezpiecznych stworzeń tam żyje. — Kiedy byłam w III klasie byłam spragniona przygód. Chciałam odkryć coś nowego, zobaczyć coś, co wcześniej widywałam na okładkach książek. Esme była do mnie pod tym względem do mnie podobna. Razem wybrałyśmy się do Zakazanego Lasu. — westchnęła cicho i obróciła się do niego przodem, znowu stanęła przed nim, tym razem jednak nie dotknęła jego ciała.
    Powoli wysunęła białą koszulę ze spódnicy i odsłoniła kawałek płaskiego brzucha, zaraz jednak pokazała mu swoje biodro była wyraźna blizna po ugryzieniu. Pomimo upływu lat nie zniknęła, chociaż Caroline próbowała się jej pozbyć na kilka sposobów. Pozwoliła mu się napatrzeć, ignorując jego rozdziawione usta i zaraz z powrotem włożyła koszulę do spódnicy i poprawiła swój krawat.
    — Kiedy mnie ugryzł, myślałam że umrę. Jego ślina dostała się do mojej krwi i w ten sposób mnie zaraził. Początkowo nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje, ale... — urwała i pokręciła delikatnie głową, a złote loki opadły na jej policzki. Zaraz odgarnęła je za ucho. — Pierwsza pełnia księżyca i pierwsza przemiana to coś, czego nigdy nie zapomnę. Czułam jak łamie się każda z moich kości. Nie jestem w stanie opisać bólu jaki czułam, kiedy się zmieniałam. — jej błękitne tęczówki wciąż wpatrywały się w jego oczy, zupełnie jakby nie chciała przegapić żadnej z jego reakcji. Z niewiadomych powodów chciała wiedzieć co o tym wszystkim myślał, czy czuł do niej obrzydzenie czy litość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Później jednak, poczułam niesamowitą wolność. Sama przemiana jest bolesna, ale... — znowu urwała i zagryzła boleśnie swoją dolną wargę. — Chce powiedzieć, że zaakceptowałam swój los. Nie było mi łatwo i nie chciałam by ktokolwiek się dowiedział. To moja tajemnica. Największa i najbardziej mroczna. — delikatnie złapała go za rękę i ścisnęła jego palce, patrząc mu w oczy i przybliżając się do niego. Drugą dłonią ujęła jego żuchwę w niezbyt mocnym, ale stanowczym uścisku. — To moja tajemnica i nie masz prawa nikomu jej zdradzić.Nie chcesz chyba by komuś stała się krzywda, prawda? — uniosła brew w geście zapytania. Puściła jego szczękę ale wciąż trzymała go za dłoń. Zaś jej wilgotne wargi mocno przywarły do jego szyi. — Wystarczy jedno ugryzienie, a będziesz taki jak ja. Będziesz naznaczony taką samą klątwą. — wyszeptała i zaraz językiem przeciągnęła wzdłuż jego szyi, zostawiając wilgotny ślad. Zaraz oderwała swoje usta od jego skóry i spojrzała w niebo. — Do pełni zostało kilka dni. Wybierz mądrze. — uśmiechnęła się nieco złowieszczo, z pewnością ciężko było mu wybadać czy mówiła poważnie, czy była to tylko pusta groźba.

      Caroline

      Usuń
  55. Jej brwi mimowolnie uniosły się ku górze, kiedy słyszała o jego domniemanej odpowiedzialności. Miała ochotę zaśmiać się prosto w jego twarz, kolejny raz jednak się przed tym powstrzymała, pozwalając by na jej wargi wpłynął delikatny lecz pełny złośliwości uśmiech. Wpatrywała się w jego czerwone policzki, był czerwony jak burak i to się jej spodobało, jej ciało wypełniała niezdrowa satysfakcja. Powoli przesunęła szczupłym palcem wzdłuż jego policzka, a kąciki jej warg uniosły się jeszcze szerzej.
    — Nie masz prawa niczego ode mnie oczekiwać. Szczególnie, że język Cię świerzbi i chcesz wypaplać każdemu mój sekret. — warknęła i szarpnęła za jego krawat, przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Jej wargi niemal zetknęły się z jego ustami. Nie pocałowała go jednak, nie miała zamiaru posunąć się tak daleko, przynajmniej jeszcze nie teraz. — Jesteś niedojrzały i pragniesz jedynie zemsty, a nie dobra mojego czy innych. Może jedynie własnego. — puściła jego krawat dopiero wtedy, gdy zaczął kaszleć.
    Co do jednego miał jednak racje, zwierzyła mu się nie dlatego by go przestraszyć choć to też miała w zamiarze, chciała jednak z kimś podzielić się swoją historią. Był pierwszą osobą, której się zwierzyła. Prócz niego o jej wilkołactwie wiedzieli jedynie jej rodzice, do matki nie odzywała się praktycznie od dwóch lat, a nawet jej ojciec zamiast widzieć w niej swoją ukochaną córeczkę widział krwiożerczą bestię. Być może popełniła błąd, opowiadając mu o tym wszystkim, ale tak właściwie, co miała do stracenia? I tak znał prawdę.
    — Jesteś pierwszą i jedyną osobą, która poznała tą historię. Trzymaj język za zębami. — przyłożyła palec wskazujący do jego ust.
    Właściwie to była zaskoczona, że tym razem jej nie odepchnął. Może to dlatego, że nie miał przy sobie różdżki, a bez niej czuł się bezbronny? Takie odnosiła wrażenie, ale... nie potrafiła się powstrzymać. Widok zawstydzonego i speszonego chłopaka budził w niej dziwne emocje, tak czy inaczej czuła że nad nim górowała i choć resztki sumienia podpowiadały jej by się tak nad nim nie pastwić, pokusa była silniejsza.
    Dopiero kiedy zgodził się zatrzymać jej sekret dla siebie, zrobiła kilka kroków w tył, zachowując tak bardzo upragniony przez niego dystans. Jej lazurowe tęczówki wciąż jednak świdrowały go wzrokiem. Była dobrą obserwatorką i udawało jej się rozgryźć człowieka bardzo szybko, z nim jednak miała pewną zagwozdkę. Nie umiała go przejrzeć tak do końca, ale jedno wiedziała na pewno, nie był osobą za którą pragnął uchodzić w oczach innych. Nie wiedziała do końca dlaczego tak uparcie udawał, zakładając na twarz maskę, ale chciała się tego dowiedzieć. Kiedy ktoś rozbudził w niej ciekawość, to nie było opcji by dała mu spokój. Szczupłymi palcami dotknęła swojej różdżki i dosłownie w ułamek sekundy jego różdżka zaraz pojawiła się w jego dłoni. Uśmiechnęła się do niego, chyba pierwszy raz szczerze, a nie sztucznie czy złośliwie, jak to miała w zwyczaju; zachwycona klasnęła w dłonie, a jej twarz ze szczęścia promieniała.
    — A więc mamy umowę. — trochę dziwne, że zgodziła się na to ot tak, nie każąc mu podpisywać kontraktu własną krwią: to było bardziej prawdopodobne niż naiwne uwierzenie mu na słowo. Caroline nie należała do naiwniaczek, zawsze potrzebowała jakiegoś zabezpieczenia i właściwie, nie ufała niemalże nikomu. Dlaczego więc teraz zrobiła wyjątek? Być może dlatego, że chciała jak najszybciej zamknąć tą sprawę i zapomnieć. — Nie dotknę Cię. Nigdy. W żaden sposób. — obiecała i mówiła całkiem szczerze, o czym świadczyła jej poważna mina. Nie kpiła, nie żartowała i nie ironizowała; nie wyśmiała także jego prośby, mimo że była dziwna. Każdy inny chłopak pragnąłby jej bliskości i dotyku. Caroline zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności i tego jak na nią spoglądali, nigdy jednak nie interesowały ją związki. Goniła za złudną perfekcją, byciem idealną i najlepszą. Interesowała ją nauka. I wygrywanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Trochę żałuję, bo zostawianie siniaków na Twojej skórze sprawiało mi pewną, perwersyjną przyjemność. — westchnęła, uśmiechając się nieco złowieszczo; ten uśmiech mógłby przerazić niejednego śmiałka. — Chyba będę musiała znaleźć sobie inne hobby. Albo inną ofiarę. — roześmiała się dźwięcznie, jej śmiech był słodki i zupełnie nie pasował do jej paskudnego charakteru. Tak samo jak wygląd, który był bardzo mylący. Caroline była przepiękną dziewczyną i wyglądała jak anioł, jej długie blond włosy okalały niemal idealne rysy twarzy, a błękitne oczy były tak głębokie, że można było w nich utonąć. Nie miała jednak złotego serca, już nie. Chowała w sobie zbyt wiele demonów, a one powoli, jeden za drugim, chciały wyjść na powierzchnie. — Cóż mogę więcej dodać? To chyba koniec naszej przygody, Darcy. — zmierzyła go spojrzeniem swoich smutnych, zimnych oczu. Rzadko kiedy ktoś dostrzegał w niej smutek i to, że Caroline nie była tak naprawdę podła i zła, tylko po prostu nieszczęśliwa. — Robi się zimno i późno, pójdę już. — zagryzła wargę i ostatni raz spojrzała w jego oczy. Co prawda obiecała mu święty spokój, jednak teraz nie była do końca przekonana, czy zamierzała mu go dać. W jej głowie powoli powstawała kolejna intryga i sposób, w który mogłaby mu uprzykrzyć życie. Chciała go ukarać za to wszystko, podświadomie wiedziała, że nie może puścić mu tego płazem. Nie chciała też zrywać ich niewątpliwie dziwnej zażyłości, ale tej myśli akurat do siebie nie dopuszczała.

      ex (czy aby na pewno?) dręczycielka

      Usuń
  56. [Dlaczego wszystko boli Cię w środeczku? :c]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  57. [Ależ wypada. C'mon baby!]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  58. Wolfgang kontemplował przez moment odpowiedź Finna w milczeniu, obserwując zmieniający się wyraz twarzy Puchona, który wyraźnie bił się z myślami przed jej udzieleniem, jakby wymagało to od niego zebrania w sobie wszelkich pokładów śmiałości.
    Dawno nie spotkał osoby równie czytelnej i było to równie fascynujące, co przykre.
    Przykre ponieważ Finley był człowiekiem bez cienia wątpliwości przytłoczonym przez własną niepewność. I choć Wolfie nie uważał się za żadną wyrocznię na temat ludzkich mechanizmów, to dość często zdarzyło mu się spotykać z zależnością według której najbardziej wartościowe jednostki przeświadczone bywały o czymś zupełnie odwrotnym.
    Zamiast pociągnąć temat powinności i ochoty ich wypełniania uśmiechnął się serdecznie i omiótł spojrzeniem zaczerwienione policzki chłopaka.
    — Dziękuję, to bardzo budujący komplement, ale zapewniam cię, że jestem zaledwie twórcą, to po prostu ty byłeś wdzięcznym materiałem do odzwierciedlenia — odpowiedział gładko, mając nadzieję na swój skromny wkład w podbudowanie pewności siebie drugiego Puchona.
    — Jak się zapatrujesz na nocne wycieczki po zamku? — zapytał całkiem niespodziewanie, wbijając w Finna wyczekujące spojrzenie, wyraźnie gotów poderwać się z fotela i lada chwila opuścić Pokój Wspólny w przypadku odpowiedzi wskazującej na to, że Finley miałby ochotę pokusić się o lekkie nagięcie szkolnych zasad w jego towarzystwie. Cel takiej hipotetycznej podróży mieścił się na siódmym piętrze – naprzeciw gobelinu z Barnabaszem Bzikiem pląsającym wśród trolli i był nim odkryty przez Wolfganga na czwartym roku Pokój Życzeń; Burke nie dzielił się zwykle wiedzą na temat jego istnienia oraz położenia i choć zamienił z Finnem raptem kilka zdań, to coś podpowiadało mu, że pokazanie mu tego miejsca nie będzie błędną decyzją.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  59. [Tak, tak, tak! Finn mógłby być tym, który widzi, bo zmaga się z czymś podobnym. Rae promieniuje energią i uśmiechem, więc nikt nie zwraca uwagi na jej małe dziwactwa. A zmaga się ze swoimi demonami, oj, zmaga.
    Czy coś pięknego to również coś konkretnego w Twojej głowie czy robimy burzę mózgów?]

    Rae Greene

    OdpowiedzUsuń
  60. Słysząc jak mówił o tym, że siniaki mu nie przeszkadzały, zmarszczyła brwi. Był naprawdę dziwny, mało kto pozwoliłby sobie robić siniaki i chyba nikt nie powiedziałby, że mu to nie przeszkadza. Zaraz przypomniała sobie czego zażądał w zamian, za dotrzymanie jej tajemnicy, znowu zmarszczyła swoje brwi, patrząc na niego jak na kompletnego idiotę.
    — Zdajesz sobie sprawę, że przeczysz sam sobie? Siniaki Ci nie przeszkadzają, ale mój dotyk tak? — uniosła brew, nawet nie kryjąc swojego zaskoczenia. Zmierzyła go krytycznym wzrokiem i z całych sił powstrzymywała się, aby znowu do niego nie podejść. Zatęskniła za widokiem speszonego chłopca. Mimo, że był od niej zaledwie rok młodszy to traktowała go jak dziecko, mimo iż sama zachowywała się niedojrzale i nieodpowiedzialnie. Zamiast jednak dostrzegać swoje błędy, widziała jego przewinienia. Jego zachowanie nie miało dla niej większego sensu. Nie rozumiała go, choć momentami naprawdę się starała.
    Odetchnęła głęboko, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Już miała odejść, kiedy po prostu zastygła w bezruchu, nie do końca przekonana czy się przesłyszała, czy on naprawdę to powiedział? Naprawdę starała się być dla niego miła, przynajmniej dzisiaj. A on wszystko zrujnował tą swoją żałosną groźbą. Miała wrażenie, że jej twarz zzieleniała ze złości, jednak jej lico wciąż było mlecznoblade. Obróciła się do niego przodem, a szczupłe palce zacisnęły się mocno na różdżce.
    — Pomyliłam się co do Ciebie. Zaufanie Ci było błędem, ale nie zapłacę za niego niczym innym, jak tylko rozczarowaniem. — wysyczała przez zaciśnięte zęby, nie zbliżyła się jednak do niego. Zachowała dystans, a jej błękitne tęczówki lustrowały go z widocznym żalem, ale i także złością. — Expelliarmus — szepnęła, a różdżka znowu została wytrącona z dłoni Finleya. Tym razem jednak powędrowała w bliżej nie określonym kierunku, a Caroline nie podążyła za nią swoim spojrzeniem.
    Ujęła dłonią jego żuchwę, w końcu podchodząc bliżej. Skoro on nie zamierzał dotrzymać danej obietnicy, ona nie mogła być gorsza. Wbiła paznokcie w jego delikatną skórę, swoje wręcz lodowate, błękitne tęczówki wbijając w jego oczu. Choć nie była tego świadoma, wyglądała teraz jak jej matka, Carla Boyle zwykle miała tak samo zimne i nieczułe spojrzenie, szczególnie gdy patrzyła na swoją córkę.
    — Nie martw się, nikogo nie będę dręczyć, choć pewnie niejeden chciałby być teraz na Twoim miejscu. — odparła z przesadną pewnością siebie, opuszkami zimnych, szczupłych palców powoli sunąć wzdłuż jego policzka. — Ale wybrałam Ciebie. Ty jesteś moją zabaweczką. — uśmiechnęła się szeroko, ukazując swoje śnieżnobiałe zęby. — Pozostaniesz nią, a mój sekret... nigdy nie wyjdzie na jaw. To zrujnowałoby moją przyszłość, a na to sobie nie pozwolę. Oni nie zrozumieją. — wymamrotała, a jej spojrzenie przestało być zimne, Finnowi mogło się nawet wydawać, że dostrzegł w nim wahanie. To zaraz jednak zniknęło, w momencie w którym się od niego odsunęła. — Choćbym miała pozbawić Cię wspomnień, czy pamięci... Nie pozwolę Ci pisnąć słówka. — szepnęła miękkim głosem i niespodziewanie wyciągnęła różdżkę. — Expulso! — wymierzyła w niego zaklęciem, a jego ciało zostało odepchnięte gwałtownie w tył i wpadło do jeziora. Nie przejmowała się tym, czy umiał pływać i czy jakieś wodne stworzenie mogłoby go zaatakować. Oczywiście, nie chciała zrobić mu zbyt wielkiej krzywdy i była niemal pewna, że w każdym momencie może go wyciągnąć. Chciała dać mu nauczkę, chciała by pożałował, że się jej postawił, a konsekwencje... nie myślała o nich, nie obchodziły jej. Stanęła tuż przy brzegu, spoglądając jak chłopak powoli wypływa na powierzchnie. — Ostatnia szansa. Przyjmę przeprosiny. — posłała mu pełen słodyczy uśmiech. Dziwne, że wyglądała jak anioł a była tak zepsuta; jej wygląd i charakter tworzył zadziwiający kontrast.

    Caroline

    OdpowiedzUsuń
  61. Arthur w sumie nie zastanawiał się nad tym z jaką reakcją ze strony Finleya może się spotkać. Był w końcu beznadziejny w kontaktach międzyludzkim i nawet do głowy mu nie przyszło, że czasami lepiej jest po prostu coś przeczekać, a nie od razu wjeżdżać z ciężkim kalibrem. Ponadto nikt mu prawie nigdy nie dziękował, więc nie miał pojęcia co na to odpowiedzieć. Zamiast tego skupił się więc na Puchonie, na jego twarzy i widocznej walce, jaką toczył sam ze sobą aby tylko nie pokazać, jak bardzo jest zdruzgotany.
    Darcy nie musiał jednak nawet nic mówić, Arthur wiedział jak bolesna jest utrata różdżki, która jest z czarodziejem od jego najmłodszych lat. Niby zwykły kawałek badyla, a jednak każdy z nich był wyjątkowy, indywidualnie dopasowany do swojego właściciela, niezastąpiony. Każdy przez te wszystkie lata oswajał się na swój własny sposób i tworzył ze swoją różdżką duet, oddając jej swoje zaufanie i wiarę, że to dzięki niej uda mu się pokonać nawet te najcięższe przeszkody. Jak więc inaczej miała się czuć osoba, która nagle to wszystko straciła, jak nie jak jedno wielkie nieszczęście.
    – To tylko parę zadrapań, nie przejmuj się – wychrypiał zardzewiałym tonem już czując w kościach jak przeziębienie łapie go od jego przemoczonych butów i nogawek i powoli atakuje resztę ciała, w tym i tak już zniszczone płuca. Chyba jednak nie ucieknie od tego przeklętego Skrzydła Szpitalnego jeszcze przez parę kolejnych dni.
    Nieco pobladł, widząc jak Finley odruchowo sięga po różdżkę i niemal od razu przeniósł ponury wzrok na jej szczątki, nadal tkwiące na jego lekko drżących od zimna dłoniach. Dopiero teraz, kiedy w końcu usiadł, a adrenalina opadła, dotarło do niego jak przemarzł. Westchnął i uniósł ponownie wzrok na chłopaka, chcąc coś powiedzieć, jednak zamarł, widząc łzy na jego policzkach.
    Zamrugał parę razy, nie do końca gotowy na taki nagły wybuch, chociaż już dawno przecież się czegoś takiego spodziewał – Finley i tak długo nie dawał po sobie poznać swojej rozpaczy.
    Przygryzł dolną wargę i odruchowo uniósł do góry jedną ze swoich rąk chcąc położyć ją na jego ramieniu w geście pocieszenia. Cofnął ją jednak w ostatnim momencie, przypominając sobie słowa Puchona, które rzucił ledwo wczoraj.
    Nie rób tego więcej.
    Nie zrobi. Przecież tak właśnie postanowił, uznając takie gesty za głupie, bezsensowne i w niczym niepomagające. Zamiast tego więc odłożył ostrożnie szczątki jego różdżki na stolik obok łóżka i sięgnął do kieszeni szaty po swoją.
    – Hej, nie wszystko jeszcze stracone – zaczął, chcąc brzmieć nieco mniej szorstko niż przeważnie. Odchrząknął. – Wiesz, ja też straciłem swoją różdżkę w poprzednim roku. Czasami takie rzeczy po prostu się zdarzają, nie ma co się przejmować. Mam przyjaciela, który bardzo dobrze zna się na różdżkach i dzięki temu udało mu się w połowie odratować moją, a nawet ją ulepszyć. Spójrz.
    Uniósł swoją różdżkę na wysokość jego twarzy i zacisnął mocniej na niej palce. Po renowacji Sterium zyskało tak dużą moc, że potrzebowało “wentylacji”, w związku z czym wokół rdzenia drewno zostało okręcone, pozostawiając małe szczeliny przez które rdzeń był widoczny. I świecił z każdym jego dotykiem.
    Nagły blask bijący z różdżki oświetlił wilgotną od łez twarz Finleya, a stalowe oczy Blacka, wpatrujące się nieco nostalgicznie w kawałek patyka, nieco zmiękły.
    – Może twoją też uda się tak odratować. A nawet jeśli okaże się, że rdzeń jest zbyt uszkodzony, na pewno stworzy dla ciebie nową, z jakimiś bajerami, o których inni mogą tylko pomarzyć. – oznajmił, chowając z powrotem swoją różdżkę do kieszeni. Miał nadzieję, że może chociaż tymi słowami jakoś poprawi mu humor. Wbrew pozorom naprawdę nie lubił patrzeć na czyjeś cierpienie, a już w szczególności kiedy było ono wywołane przez niego. Bo pomimo, że to nie on zniszczył różdżkę Finna, cały czas się o to obwiniał.
    – Musisz tylko stąd wyjść. Jak się czujesz?

    Black

    OdpowiedzUsuń
  62. [Hej! Słuchaj, jeśli Finn potrzebuje ojców, albo no, kogoś na kształt ojców, to może dobrze trafił. Panu uzdrowicielowi zawsze można się wygadać pod pretekstem jakiejś kontuzji, o.
    Dzięki za miłe słowa, też mam nadzieję, że zostanę jak najdłużej ;)]

    Claudius Cleavely

    OdpowiedzUsuń
  63. [No to w takim razie Claudiusowi naprawdę nie pozostanie chyba nic innego jak tylko przygarnąć tę biedną ciamajdę pod swoje skrzydła. Chciałabym tylko zauważyć, że klucz to odpowiednie nastawienie, bo taka niezdarność może okazać się całkiem przydatna dla przyszłego uzdrowiciela, no bo ma siebie samego jako królika doświadczalnego dla maści i zaklęć i tak dalej, także nie bój się, Claude by go zaraz zaczął zachęcać do podjęcia się tego szlachetnego (jeśli się trochę przymknie oko) zawodu. No, to trzeba coś napisać! Na pewno zakładając, że oni już się trochę znają i pewnie lubią, bo Claude lubi prawie wszystkich. W bonusie na pewno będziemy mogli dorzucić jakieś głaskanie oswojonego hipogryfa czy coś, o ile Finley się kiedyś na to zdecyduje, o.]

    Claudius

    OdpowiedzUsuń
  64. Odetchnęła z ulgą, gdy wynurzył się na powierzchnie. Wbrew pozorom wcale nie chciała go skrzywdzić, a tym bardziej zabić. Czuła dziwną więź, która pogłębiła się w momencie, w którym poznał jej tajemnice. Nie wiedziała do końca na czym to polegało, ale im bliżej z nim była, tym bardziej go raniła i odpychała. Może rzeczywiście się bała, choć nie potrafiła się do tego przyznać, szczególnie przed samą sobą. Niemożliwością więc było, aby przyznała to przed nim. Zresztą, nie po to otoczyła się wielkim murem, by miała pozwolić go tak łatwo zburzyć. Wcale nie chciała kogokolwiek do siebie dopuszczać, być może właśnie dlatego tak go traktowała. Jakby koniecznie chciała wzbudzić w nim niechęć, strach czy nawet nienawiść. Wtedy mogłaby wrócić do swojej skorupy.
    Czuła niezdrową satysfakcję, kiedy usłyszała jego pierwsze słowa gdy wyłonił się spod tafli wodnej, jego przeprosiny przyjemnie połechtały jej ego. Instynkt jednak podpowiadał jej, by nie wierzyła mu na słowo. Coś tu nie pasowało, poszło zdecydowanie za łatwo. Była zaskoczona, że Finley nie był wściekły, że nie dobył różdżki, rzucając w nią jednym z zaklęć pojedynkowych. Kiedy zaczął kaszleć, krztusząc się wodą, zaczęła mieć wyrzuty sumienia. Tym razem chyba rzeczywiście przesadziła, nie powinna była wrzucić go do jeziora. Chyba jednak nie zdawała sobie sprawy, jak źle mogłoby się to skończyć, że Finn mógłby zostać zjedzony przez morską bestię albo utonąć, a tego nigdy by sobie nie wybaczyła. Ona także powinna przeprosić, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a jednak te słowa nie chciały przejść jej przez gardło.
    Milczała, nie odzywając się do niego ani słowem. Kiedy powiedział, że będzie grzeczny, mimowolnie się skrzywiła. Nie powinien był tego mówić, nie powinien był jej ulegać. I choć odczuwała satysfakcje, wygrana wcale nie smakowała tak jakby sobie tego życzyła. Westchnęła, podchodząc odrobinę bliżej brzegu; stawiała kroki dość niepewnie i tylko patrzyła na jego dłoń. Zagryzła swoją dolną, malinową wargę i wygladała jakby walczyła sama ze sobą. Biła się z myślami i powoli wysunęła ku niemu delikatną dłoń. Czując jak mocno ją uścisnął, chciała pomóc wydostać mu się na brzeg, jednakże spotkało ją nieprzyjemne zaskoczenie, bowiem to on był szybszy i wciągnął ją do wody. Zamrugała zaskoczona oczami i mimowolnie złapała się jego ramion, bo wiedziała gdyby go puściła, to jej ciało odpadłoby na same dno.
    — To Twoja zemsta? — zakpiła, obejmując go i patrząc prosto w jego oczy. Zawsze utrzymywała kontakt wzrokowy, potrafiła świętować spojrzeniem tak długo, aż druga osoba spuszczała swój wzrok. Wcale nie miała jednak zamiaru go puścić, nawet jeśli to mu się nie podobało, nawet jeśli obiecała mu, że nie dotknie go bez pozwolenia. — Musisz się bardziej postarać, nie boję się wody. —wyszeptała wprost w jego wargi, otulając je ciepłym oddechem. Jedną dłonią objęła go wokół karku, zaś drugą wokół pasa, utrzymując się na powierzchni. Jej drobne, kruche ciało drżało w jego ramionach. — Powinnam była usunąć Ci wspomnienia. Nie tylko te o moim wilkołactwie. Każde wspomnienie o mnie. — wymamrotała, a jej smutne, błękitne oczy wpatrywały się w dalszym ciągu w jego twarz. — W dalszym ciągu mogę to zrobić... — szepnęła w zastanowieniu, a jedna z jej dłoni powoli powędrowała na różdżkę. Wyraz jej twarzy był poważny, wcale nie żartowała. Ścisnęła różdżkę pomiędzy palcami, jednak zaraz przeniosła lodowate dłonie na jego twarz, obejmując palcami jego policzki. — Powiedz, jak bardzo mnie nie znosisz? Co czujesz? Odrazę? Nienawiść? Złość? Strach? Bezsilność? — przełknęła głośno ślinę.

    Caroline

    OdpowiedzUsuń
  65. [Halo halo, ptaszki mi szepnęły na ucho, że podobno połowicznie adoptujemy tego biednego dzieciora, więc gdyby się pojawiła chęć na jakieś przełamywanie strachów z wężoptakiem, który tylko czasem kąsa po paluchach, to proszę zaglądać do taty numer 2.]

    Pollux

    OdpowiedzUsuń
  66. Wolfgang roześmiał się serdecznie słysząc, jak Finn za wszelką cenę stara się wzbronić przed komplementem; zupełnie jakby przyjęcie do świadomości, że jest się atrakcyjnym wykraczało poza jego zdolności poznawcze.
    — Wybacz, ale brzmi to co najmniej nieprawdopodobnie, w związku z czym jestem praktycznie pewien, że się mylisz — odpowiedział gładko, ale po chwili wyraźnie utracił część entuzjazmu. — Och — dodał z nutą zawodu i pokiwał głową. — Rozumiem — zapewnił mimo tego, podnosząc się z fotela. Sam już wypełnił swój tygodniowy (i w gruncie rzeczy wcale nie istniejący) limit na przesiadywanie w Pokoju Wspólnym i zamierzał go lada chwila opuścić, tak czy siak. Brak towarzystwa przeważnie nie stwarzał dla Wolfiego żadnej przeszkody, ale dziś wcale by nim teraz nie pogardził.
    Gotów zebrać resztę swoich porozsiewanych w zgięciach fotela kredkach i ołówkach, przystanął na moment, gdy Finn ponownie się odezwał. Zwrócił na niego taksujący wzrok i delikatnie przymrużył oczy, namyślając się krótką chwilę nad odpowiedzią.
    — Nie chciałbym ci niczego obiecywać, ale przeważnie dość sprawnie unikam kłopotów związanych z nieautoryzowanymi przechadzkami po Zamku — odpowiedział w końcu niezobowiązująco, bo o ile był dość solidnie przeświadczony o swojej umiejętności przemykania korytarzami bez komplikacji (co wynikało głównie z dość licznej znajomości ukrytych przejść), to na pewno nie sądził, że wałęsanie się o tej godzinie jest kompletnie nienarażone na konsekwencje.
    — Mogę natomiast obiecać, że jeżeli spotkalibyśmy kogoś, kogo nie powinniśmy to bez wahania wezmę winę na siebie i powiem, że wyciągnąłem cię podstępem.
    Po tych słowach Wolfie machnął różdżką w stronę fotela, a reszta zagubionych przyrządów do rysowania posłusznie poszybowała do wnętrza jego skórzanej torby, którą Puchon chwycił i przewiesił przez ramię.
    — Zatem decyzja pozostaje w twoich rękach. Zrób to na co masz ochotę — dodaje z nieznacznym naciskiem na ostatnie słowo, bo w gruncie rzeczy wolał, aby ewentualne towarzystwo Finleya nie było wyłącznie wynikiem jego uprzejmości. Po tych słowach Wolfgang obdarzył młodszego Puchona uśmiechem i pokierował swoje kroki ku wyjściu z Pokoju Wspólnego.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  67. Wolfgang był równie zaskoczony, co ukontentowany, gdy Finley postanowił mu jednak towarzyszyć. Chciałby mu obiecać, że tego nie pożałuje, że świetnie spędzi czas i może coś z niego nawet wyniesie – ale nie lubił być gołosłowny i zdecydowanie nie miał wystarczającej mocy sprawczej, aby ośmielić się zakładać cokolwiek na temat przyszłości.
    Twarz Burke’a rozjaśnił uśmiech; jego niespokojne spojrzenie zatrzymało się na moment na Finnie, wyrażając szczere, niezmącone złośliwością rozbawienie.
    — W takim razie bardzo niedługo się dowiesz — zapowiedział jakże enigmatycznie, nie zamierzając zdradzać celu podróży, w którą Darcy postanowił się tak ufnie wdać.
    — To dobrze — odpowiedział ze stanowczością, gdy Finley postanowił mu się zwierzyć. — Nie mam wprawdzie pojęcia czy tu to tu, w tym czasie i miejscu, czy mówisz bardziej ogólnikowo, ale jeśli ktoś bez trudu odnajduje się w tym wypaczonym świecie, to prawdopodobnie coś jest z nim nie tak — oświadczył z nutą goryczy w głosie, wzruszając ramionami, jakby było mu wszystko bardzo jedno.
    — Wszystko jest nie takim, jakim być powinno. Oczywiście zawsze można przyjąć punkt widzenia zakładający, że to z nami jest coś nie tak. Ale po co? — rzucił już nieco pogodniej.
    Życie obdarzyło Wolfganga kilkoma mniej i bardziej dotkliwymi lekcjami na temat niesprawiedliwości wpisanej w poczet istnienia; ludzkiego istnienia, wszak inne gatunki przeważnie cieszyły się przywilejem prawdziwej wolności. Natomiast ludzie? Ludzie możliwie jak najbardziej wszystko komplikowali, zatracając się w jakimś jednotorowym, krzywdzącym toku rozumowania.
    Przez kilka sekund na twarzy Wolfiego gościło mimowolne zacięcie spowodowane buzującym tokiem myśli, ale szybko się otrząsnął wracając do tu.
    — Zauważyłem, że jesteś — odpowiedział czupurnie. — Teraz zalecam na kilka minut zatracić się w milczeniu, bo musimy niepostrzeżenie dotrzeć na siódme piętro — ostrzegł pół-szeptem, gdy już znajdowali się poza Pokojem Wspólnym.
    Wolfgang sam albo w towarzystwie Olivera snuł się po nocach korytarzami Zamku właściwie od pierwszego roku nauki, a drogę do Pokoju Życzeń przy odrobinie zawzięcia prawdopodobnie pokonałby nawet na oślep, więc darując sobie oświetlania korytarza zaklęciem ruszył w ciemnościach. Chwycił jeszcze delikatnie ramię Finleya, aby nie zgubić go w mrokach podziemi i puścił je dopiero, gdy znaleźli się piętro wyżej, gdzie przestrzeń rozjaśniało wpadające przez podłużne okna światło księżyca.
    Uśmiechnął się lekko do swojego towarzysza i nie widząc powodów do zatajania przed nim istnienia swoich ulubionych przejść, drogę na siódme piętro pokonali na skróty, aż wreszcie znaleźli się przed niewiele zdradzającą, pustą ścianą korytarza na siódmym piętrze.
    — Oto i jesteśmy u celu naszej podróży — zapowiedział teatralnym szeptem, zatrzymując się za Finnem. — Pomyśl o tym czego pragniesz i... przejdź się wzdłuż tej ściany, nawet jeśli wydaje ci się to wariactwem. Trzy raz — podsumował, po czym odsunął się, zwracając Finleyowi całą przestrzeń osobistą.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  68. – Nawet tak nie mów – powiedział ostrzejszym tonem, prostując się. Beznadziejność w głosie Puchona, wznosiła jego poczucie winy na jeszcze wyższy stopień. Na pewno nie mógł poczuć się lepiej, słysząc coś takiego, bo zdawał sobie sprawę, że to on napędził całą tę sytuację, która doprowadziła do tego stopnia, że Finley zaczął wątpić w swoje własne bycie czarodziejem. Sam Black, choć miał ze sobą wiele problemów, nigdy nie zastanawiał się, nigdy nawet nie wątpił w magię i wszystko co z nią związane. W zasadzie to ona jedynie trzymała go zawsze w ryzach, bo mógł się skupić na jej nauce i pogłębianiu wiedzy, co zawsze koniec końców uspokajało go i odciągało od nieprzyjemnych myśli. Nie potrafił wyobrazić sobie życia jako mugol, same myśli o byciu zwykłym człowiekiem napawały go wstrętem – zapewne wynikało to głównie z wychowania i wpajania ze strony jego rodziców – głównie matki – że mugole to margines społeczny i nieporozumienie. Dlatego na mugolaków zawsze patrzył z góry, chociaż po jakimś czasie przestało go to ostatecznie interesować – koniec końców nie wnikał kto jest z jakiej rodziny; tak czy siak miał wszystkich gdzieś. No prawie.
    Uniósł na niego wzrok, słysząc swoje imię i zamrugał, trochę w oszołomieniu, czując dotyk jego palców na swoim policzku. Powinien drgnąć, jednak zamiast tego znieruchomiał. Z jednej strony chciał odepchnąć od siebie jego dłoń, a z drugiej dotyk emanował ciepłem, przez co, dla jego zziębniętego organizmu był całkiem przyjemny. Niemniej poczuł się trochę dziwnie, a słysząc jego ostatnie słowa miał wrażenie, że zaraz coś w nim eksploduje. To on powinien przeprosić, nie Finley. Problem tkwił w tym, że chociaż bardzo chciał, po prostu nie był w stanie. Słowo przepraszam nie potrafiło mu przejść przez gardło, jakby było czymś zakazanym.
    Zamiast tego uśmiechnął się blado, chyba pierwszy raz w jego towarzystwie. Jedni mogliby uznać to za grymas, jednak kącik jego ust naprawdę delikatnie drgnął ku górze, być może trochę nerwowo, jakby tym mógł mu wynagrodzić brak przeprosin ze swojej strony.
    – Wypadki się zdarzają. Czasami nie mamy na to po prostu wpływu. Najlepiej jest po prostu skupić na tym co jest teraz – odparł w końcu, jak na ironię sam nie potrafiąc się dostosować do swoich słów.
    W końcu odwrócił głowę i wstał, mając wrażenie, że to wszystko idzie zdecydowanie za daleko, a on sam odkrywa przed Puchonem coraz więcej kart, które miały pozostać w ukryciu. Zdecydowanie lepiej czuł się, pozostając w swoim zdystansowaniu, które chroniło go od głębszych interakcji z kimkolwiek, dzięki czemu pozostawał w swojej bezpiecznej, nienaruszalnej strefie.
    – W takim razie zobaczymy się jutro po twoich zajęciach. Znajdę cię – oznajmił. Na upartego mógłby tę sprawę spróbować załatwić już dzisiaj ale uznał, że Darcy tak czy siak dostał już zbyt dużo wrażeń. Poza tym wolał najpierw porozmawiać na spokojnie z Vincentem i dowiedzieć się czy z różdżką da się cokolwiek zrobić. W innym przypadku będzie musiał na spokojnie zastanowić się jak rozwiązać ten problem dalej.
    Poprawił nerwowym gestem mankiety swojej zdeprawowanej koszuli i wcisnął w końcu skostniałe dłonie do kieszeni spodni. Spojrzał na niego jeszcze ostatni raz.
    – I nie przepraszaj mnie więcej – rzucił na odchodne.

    Black

    OdpowiedzUsuń

  69. [Witam! Dziękuję bardzo za miłe słowa - Lorca jest jak najbardziej śmieszna i lubi myśleć, że tą śmiesznością zaraża, także jeśli pojawi się potrzeba to chętnie wyciągnie Finleya z doła bądź też tchnie w niego trochę swojej odwagi, bo sama ma jej zdecydowanie za dużo xd]

    LORCA

    OdpowiedzUsuń
  70. [Boże, potrzebuję z nim wątku. mam wrażenie, że Finley ma z Hanną wiele wspólnego, więc na pewno się dogadają. Może z którejś strony pojawiłoby się nawet nieco silniejsze uczucie?]

    Hannah

    OdpowiedzUsuń
  71. [Żyrafko... no wiesz co... :(
    Alkowi pęknie serduszko za ten tekst:
    mój Finn raczej nie ma przyjaciół, co najwyżej kolegów]

    OdpowiedzUsuń
  72. [Przyjacielska relacja z Puchonem? Mogą być bardzo dobrymi ziomkami ;] coś jak Flip i Flap ;P no i mogę być Flapem w tym duecie xD mógłby go podszkolić z Zielarstwa, why not? albo jakiś inny wątek?]

    Lorec

    OdpowiedzUsuń
  73. [Jestem modnie spóźniona, jak to ja, za co przepraszam.
    Ale cieszę się bardzo, że jakieś chęci są, bo w takim razie możemy zacząć myśleć. Skoro Finn jest taki into zielarstwo, to można by było coś się zakręcić przy tym - może okazałoby się, że w cierplarni w samym środku zajęć pojawiło się niewiadomoskąd straszne potworne przerażające magiczne zwierzę, które akurat przypałętało się na teren szkoły, uwiło sobie leże pod stołem i tam powiło młode, czy coś w tym stylu, więc uczniowie zostaliby wygonieni na zewnątrz w trybie natychmiastowym, a ktoś zostałby wysłany po lokalną matkę adopcyjną potworów wszelakich. Tym kimś mógłby być Finn.]

    Pollux

    OdpowiedzUsuń
  74. Na obliczu Wolfganga zawitało jednoznaczne skołowanie, gdy nic się nie stało. Zaczął naprędce obracać w myślach możliwe przyczyny takiego obrotu spraw. Może Finley zwyczajnie za mało skupił się na tym na czym powinien? Albo nic czego potrzebował nie mogło zostać mu zaoferowane w materialnej postaci, jaką oferował Pokój Życzeń?
    — Zapewniam cię, że nie — odpowiedział strapiony i niepocieszony myślą, że Finley właśnie tak to odebrał. — Po prostu… coś nie wyszło — burknął nieco bezradnie, a toczone w głowie dywagacje nad tym dlaczego tak się mogło stać raptownie urwał, wyłapując odległy dźwięk kroków, który zmotywował Wolfiego do czym prędszego przywołanie własnego Pokoju Życzeń, w którym mogliby się skryć przed (najprawdopodobniej) nadciągającym prefektem lub nauczycielem.
    — Ale nad tym będziemy się zastanawiali za moment — zastrzegł ściszając głos. Zakręcił się niespokojnie przy ścianie, według swoich wcześniejszych instrukcji, z nieco irracjonalną obawą, że dostęp do pomieszczenia wciąż będzie nieosiągalny (wszak Wolfie nie do końca rozszyfrował mechanizmy działania tego tajemniczego miejsca), ale na szczęście jego lęk okazał się bezpodstawny, bo w ścianie zmaterializowało się wejście.
    Odetchnął mimowolnie z ulgą i otworzył je, ponaglając Finna do przekroczenia progu, a następnie sam wślizgnął się do środka i pośpiesznie zamknął drzwi od wewnątrz.
    Ożywiony nagle przyspieszonym tętnem, oparł się o ścianę i roześmiał cicho pod nosem nad niewydarzeniem całej sytuacji; literalnie wszystko przebiegło nie po jego myśli.
    — Wybacz, miałem na to zupełnie inny zamysł — odezwał się w stronę młodszego Puchona, odpychając się od drzwi.
    Pokój Życzeń Wolfiego prezentował się natomiast dosyć zwyczajnie; spełniając potrzeby i upodobania Wolfganga przybrał postać przestrzennego, choć nieco zagraconego wszelkiej maści starociami salonu, który wypełniały wygodne meble, bogate zbiory entomologiczne i gotowe do użytkowania palety z płótnami, a także kilka uginających się pod ciężarem ksiąg regałów i winylowy odtwarzacz.
    Powietrze wypełniał słodkawy zapach kwitnącego w kącie pomieszczenia krzaczka, który Burke samodzielnie tu sprowadził i równie samodzielnie wyhodował, w oparciu o umiejętności wyniesione zarówno z zajęć Zielarstwa, jak i o zdobyte we własnym zakresie informacje na temat botaniki. Jeszcze nie nadał żadnej nazwy dla krzyżówki.
    To właśnie tutaj spędzał większość tych wolnych chwil, gdy potrzebował samotności.
    — Rozgość się, proszę — rzucił, podchodząc do odtwarzacza, w którym umieścił płytę gramofonową. Ciszę w pomieszczeniu zakłóciło po chwili wybrzmiewające z gramofonu High Hopes. — Przeczekamy moment zagrożenia szlabanem i będziesz mógł spróbować ponownie. Nie do końca rozumiem dlaczego nic się nie stało, zwykle Pokój Życzeń – bo tak nazywa się to miejsce – dostosowuje się do potrzeb osoby, która chce się do niego dostać. Może miałeś w myślach coś za mało precyzyjnego, nie wiedząc na czym masz się skupić — zagdybał na głos, wzruszając ramionami, po czym opadł na miękką kanapę.
    — Dlaczego tak uważasz? Powiedziałeś wcześniej, że wszystko jest nie tak łącznie z nami i wciąż zastanawiam się, które aspekty mogłeś mieć na myśli.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  75. [O rany, czuję presję, a ja tak bardzo nie umiem w dobre pomysły. Ale odkąd tu weszłam, oczyma wyobraźni widzę, jak Lisa dostrzega na czole Finna Małą Niedźwiedzicę do swojej Wielkiej, stwierdziłaby, że Finn jest jej Gwiazdą Polarną, pisanym przez gwiazdy przyjacielem i hej, nie miałby nic do powiedzenia.]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  76. [Lisie to nie przeszkadza, ale nie wiem, czy Finnowi odpowiadałaby jej twarda miłość. Ona może go kochać za ich oboje, ale na pewno nie da mu się zbyt wiele nad sobą użalać. Ona raczej z tych, co będą w przysłowiowy tyłek kopać i nie pozwalać na zagrzebywanie się w pościeli smutku.]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  77. [Wzajemna edukacja! Pięknie to brzmi, pięknie.
    Od jakiegoś momentu chcemy to zacząć? Całkowicie od początku czy już powoli się oswajamy?]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  78. [Proszę o więcej wyrozumiałości do Fina XD]

    Wolfie miał w sobie spory i ciężki do wytłumaczenia przez pryzmat genów pokład altruizmu, pomimo którego nie zwykł postrzegać siebie jako osoby bezinteresownej.
    Satysfakcja i dobre samopoczucie, jakie wynikało z wyświadczenia komuś przyjemności były po prostu argumentami przekonującymi go do bycia wobec ludzi (tych wybranych w gruncie subiektywną drogą) dobrym.
    Zatem miał w tym zatem swój interes. Potrzebował tego dość zachłannie – czuć się dobrze ze sobą dla wewnętrznego spokoju.
    Wolfie pozostawał dojmująco świadom podstaw tego i innych elementarnych mechanizmów, jakie rządziły jego postępowaniem, tak jak świadom był również faktu, że wykształciły się one głównie na fundamentach głębokiego rozczarowania najbliższego otoczenia w pierwszych latach życia.
    Uśmiechnął się kącikiem ust, obserwując zdumione spojrzenie, jakim Finnley omiótł spojrzenie.
    — Fascynujące miejsce, prawda? — rzucił, wracając wspomnieniami do pierwszego wrażenia, jakie kilka lat temu wywarł na nim Pokój Życzeń.
    — Masz oczywiście rację, ludzie są niedoskonali. Wszyscy, bez wyjątków i na bardzo wiele sposobów, ale nie uważam, aby każda niedoskonałość była czymś złym — zapewnił, spoglądając po chwili na Finna z czymś na kształt zaintrygowania, wywołanego wzmianką o tentakuli.
    — Przykro mi z powodu różdżki, strata pierwszej to bolesne doświadczenie, choć nie będę zaprzeczał, że podjudziłeś moją wyobraźnie do pracy tak zdawkowo przybliżając przyczynę, dla której już jej nie masz.
    Wolfie przez moment przyglądał się młodszemu Puchonowi nieco intensywniej, a następnie przesunął wzrok na doniczkę i uśmiechnął się z jakby rozczuleniem.
    — To roślina dzięki której możliwa jest podróż w głąb siebie. Moja wciąż nienazwana hybryda Mimozy Tybetańskiej, która wbrew nazwie wcale nie jest możliwa do spotkania w tamtych rejonach świata. Występuje w Ameryce Południowej i raczej nie przeczytasz o niej w podręczniku do Zielarstwa, ale z powodzeniem można znaleźć wzmianki o tej kapryśnej ale niezwykle cennej roślinie w Dziale Ksiąg Zakazanych. Jej kwiatostan ma działanie psychodeliczne — wyjaśnił spokojnie, wstając i podchodząc do Finleya, po chwili kucając obok niego. — Lumos — mruknął, wyjmując z kieszeni szaty różdżkę i przybliżył światło do drobnych, akacjowych listków gęsto obrastających gałązki rośliny; na ich końcach ciążyły pąki, które wyglądały jakby bardzo niewiele dzieliło je od rozwinięcia. — Spójrz — odezwał się po czym oddalił i ponownie przybliżył do liści źródło światła, co uwydatniło opalizujący efekt optyczny ich ubarwienia. — Kolorystykę zawdzięcza drugiej roślinie, z którą spowinowaciłem mimoze — wyjaśnił pokrótce.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  79. (Na ścianę tekstu, odpowiadam swoją ścianą tekstu. I przepraszam po raz setny za opóźnienie. I jakość. Trochę zardzewiałam.)

    Chyba pierwszy raz od dawna tak bardzo nie mógł się skupić na zajęciach. W końcu to zawsze na nich zapominał o irytujących myślach i nawarstwiających się problemach, dzięki czemu mógł chociaż na chwilę przestać się zamartwiać. Tym razem było jednak inaczej i wyjątkowo go to niepokoiło. Nie miał pojęcia dlaczego aż tak przejął się tą nieszczęsną różdżką. Wypierał myśli, że nie pomaga Puchonowi jedynie z własnych pobudek, uważając, że są one wyjątkowo absurdalne, jednak prawdą było, że za jego nagłym altruizmem kryło się coś więcej, niż tylko swój własny komfort. Naprawdę chciał go uszczęśliwić wiadomością, że tak, są w stanie naprawić jego różdżkę. Nie miał jednak zielonego pojęcia czy będzie to w ogóle możliwe i chyba to właśnie ta myśl sprawiała, że przez wszystkie zajęcia czuł nerwowość i nie był wstanie poświęcić całej swojej uwagi na zadania. Pech sprawił, że akurat tego dnia nie miał ani jednych łączonych zajęć z Vincentem – dlaczego też ten kretyn musiał wybrać to paskudne wróżbiarstwo, zamiast starożytnych run? W innym przypadku już mógłby zacząć po krótce streszczać mu najważniejsze informacje, a tak był zmuszony czekać, aż te przeklęte zajęcia w końcu dobiegną końca.
    I kiedy ostatecznie wybiła godzina szesnasta wyparował z klasy jak nigdy, pozostawiając za sobą wyjątkowo zdziwione spojrzenia i niewyraźne szepty. Cóż, widok spieszącego się Blacka, który zwykle emanował spokojem i czekał cierpliwie aż każdy wyjdzie, nie chcąc przedzierać się przez tłumy, musiał być dosyć nowy. I nieco dziwny.
    Na szczęście szybko udało mu się zlokalizować Greeda, którego równie szybko zaciągnął do dormitorium i w skrócie, omijając niektóre szczegóły, powiedział mu co się stało z różdżką Finleya, uprzednio rozsypując jej szczątki na biurku.
    Ze zniecierpliwieniem obserwował pochylonego nad drewnem Vincenta, który co chwila marszczył czoło i wnikliwie oglądał każdy kawałek tego, co kiedyś było jedną, spójną całością.
    – Przestań tak bębnić tymi palcami, dekoncentrujesz mnie – usłyszał od przyjaciela i dopiero teraz odkrył, że rzeczywiście, nieświadomie cały czas obijał nerwowo opuszki o blat, jakby to miało mu jakoś pomóc. Nic nie mógł poradzić, że czuł się tak jakby oględziny trwały wieki. Ostatecznie Krukonowi zajęło piętnaście minut aby był w stanie dać konkretną odpowiedź i tym samym sprawić, że Black jak szybko pojawił się w dormitorium, równie szybko z niego zniknął.
    Był niemal pewien, że znalezienie Finleya nie będzie trudne – w końcu nigdy nie miał z tym większego problemu. Kiedy jednak okazało się, że Puchona nie ma w miejscach, w których przeważnie go łapał, a nawet w Skrzydle Szpitalnym, zaczął odczuwać nieprzyjemny skurcz w żołądku, zastanawiając się czy przypadkiem chłopak znowu nie postanowił zrobić sobie spaceru w miejsca zdecydowanie mało bezpieczne. Arthur zbyt słabo go znał aby stwierdzić czy Darcy był naprawdę zdolny do zrobienia czegoś głupiego z powodu straty różdżki – łudził się jednak, że Finley nie jest na tyle głupi. Nie po tym, co mu obiecał.
    – Fakt, próbowałem – odparł zachrypniętym tonem, chwilę po tym jak Finn nagle, niespodziewanie wyłonił się zza rogu i niemal wpadł prosto na niego. Zmierzył go badawczym spojrzeniem, jakby z automatu chciał ocenić czy wszystko z nim w porządku. Nic jednak nie wskazywało na to, że przeżył ponowne zderzenie pierwszego stopnia z tentakulą. Nagle jego serce, które dotychczas dudniło jak oszalałe, o czym nie miał zielonego pojęcia, uspokoiło się. Już otwierał usta aby oznajmić mu, że rozmawiał z Vincetem, jednak nagle je zamknął i spojrzał ze zdziwieniem na wyciągniętą w jego kierunku fiolkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Och - był chyba w zbyt dużym szoku aby zareagować inaczej. Prezent był wyjątkowo niespodziewany, a on sam wyjątkowo na niego nie zasługiwał. Wpatrywał się przez krótką chwilę w nieskazitelną biel, która świadczyła o tym, że eliksir został przygotowany prawidłowo i po chwili zawahania schował fiolkę do kieszeni swojej szaty. – Ja… Nie musiałeś – jego głos był zakłopotany, a on nie potrafił tego zatuszować, przez co czuł się jak skończony dureń. Powinien mu podziękować ale jak zwykle owe słowo nie chciało mu przejść przez gardło. Miał wrażenie, że coraz bardziej traci nad sobą kontrolę i nie miał zielonego pojęcia dlaczego akurat przy nim.
      – Chodź – odparł pospiesznie, wykonując w tył zwrot i zaczął kierować się w stronę wierzy astronomicznej, uprzednio kątem oka upewniając się czy Puchon aby na pewno za nim idzie.
      Jako prefekt naczelny bez problemu mógł pozwolić aby Darcy pojawił się w Pokoju Wspólnym Krukonów, ba!, nawet zaprowadził go do własnego dormitorium, nie chcąc aby ktokolwiek oprócz ich trójki był w zasięgu ich rozmowy.
      – No wreszcie. Jakim cudem go tyle szukałeś? – Greed obrócił się na swoim krześle, mierząc Blacka spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Arthur jedynie przewrócił oczami. – Cześć Finn – dodał Vincent, posyłając natomiast w kierunku Puchona ciepły uśmiech.
      Arthur pchnął Finleya w stronę Krukona i stanął po chwili tuż za nim.
      – Do rzeczy, Vincent – burknął, krzyżując ręce na torsie. Tym razem to Greed przewrócił oczami. Zaraz jednak przesunął pozostałości po różdżce Finna bardziej w ich stronę.
      – Niestety rdzeń został uszkodzony – zaczął poważnym tonem i zmarszczył znowu czoło. – Jestem jednak w stanie wykorzystać szczątki starej różdżki do zrobienia nowej, dzięki czemu o wiele łatwiej oswoi się ze swoim właścicielem. Arthur wspominał, że chcesz być uzdrowicielem. Postaram się więc ją do tego dopasować. Nie wiem natomiast ile mi to zajmie, więc na chwilę obecną mogę pożyczyć ci jedną z moich różdżek, którą stworzyłem jak mi się nudziło – wzruszył ramionami i wstał, po czym pochylił się nad swoim kufrem i zaczął w nim grzebać, przy okazji wyrzucając na środek dormitorium większość swoich gratów.
      – O, mam! – uśmiechnął się z tryumfem i podszedł do Puchona, wciskając mu w ręce jedną ze swoich różdżek. – To Safira. Jest dość giętka, więc nie powinna stawiać większego oporu. Lubi zaklęcia wodne. Mam nadzieję, że to wystarczy.
      – Z pewnością – odparł Black, który dotychczas stał w milczeniu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Jeśli to wszystko, możemy już iść – dodał z naciskiem, nie czekając na odpowiedź i złapał Finna za poły szaty, chcąc zmusić go tym samym, czym prędzej, do wyjścia.

      Black

      Usuń
  80. (Jeśli są jakieś błędy to przepraszam, ale już mi się nie chciało sprawdzać. XD)

    Być może nie powinien tak szybko wyciągać Finleya, który nawet przez to wszystko nie zdążył podziękować Vincentowi, jednak miał wrażenie, że jeszcze chwila, a pod drzwiami do ich dormitorium zbierze się cały tłum wścibskich uczniów. Był pewien, że i tak naraził się już na nową falę plotek i steki bzdur na swój temat, zachowując się co najmniej dziwnie przez ostatnie parę dni. Nie żeby to go jakoś obchodziło, bo opinię innych od lat miał w głębokim poważaniu, (no chyba, że chodziło o coś dotyczącego stricte jego rodziny, na co był wyjątkowo wyczulony) jednak jako prefekt naczelny wolał unikać negatywnego rozgłosu na swój temat. Chociaż czy byłby on teraz negatywny musiałby ocenić ktoś inny bo być może plotki na temat tego, że Arthur Black komuś pomaga i zdaję się, że jego serce nie jest skute lodem, pozytywnie wpłynęłoby na opinie jego - uważanej przez większość beznamiętnej – osoby.
    Dość szybko przedostał się przez Pokój Wspólny, ciągnąc za sobą oszołomionego Fina i cały rój zdziwionych spojrzeń, które Arthur czuł na swoich plecach jeszcze przez chwilę, kiedy mosiężne drzwi z trzaskiem się za nimi zamknęły.
    Odetchnął, odnotowując, że na korytarzu poza nimi nie ma nikogo; a przynajmniej tak mu się wydawało. Odwrócił się w jego stronę z zamiarem oznajmienia, że znowu go znajdzie, kiedy różdżka będzie gotowa, jednak nim zdążył wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo, zamarł. Słaby uścisk, choć był tak szybki, że Arthur ledwo zdążył przetworzyć przez swój mózg co się właśnie stało, sprawił, że nagle zrobiło mu się niesamowicie gorąco, chociaż na zewnątrz był blady jak ściana. Z początku myślał, że Darcy może po prostu się potknął, bądź stracił równowagę i dlatego na niego wpadł, a później złapał go, nie chcąc runąć na podłogę, jednak kiedy na policzkach Puchona zatańczyły krwiste rumieńce, a z jego ust znowu padło to słowo, uświadomił sobie, że nie był to przypadek.
    Pewnie jeszcze tydzień temu, rzeczywiście, po czymś takim obudziłaby się w nim nagła żądza mordu, jednak tydzień temu nie był bogatszy o parę zdarzeń, które nagle sprawiły, że na pewne rzeczy – i osoby – zaczął patrzeć nieco inaczej.
    – W porządku – powiedział w końcu, wbijając w jego zakłopotaną twarz przenikliwe spojrzenie. – Moja posada prefekta nigdy nie była zagrożona – dodał w gwoli ścisłości, chyba trochę chcąc się usprawiedliwić i wmówić sobie, jak i jemu, że od początku nie chodziło jedynie o jego reputację.
    Chwilę stał tak w milczeniu, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie i mogłoby się wydawać, że już nic więcej nie powie, pozwalając Finnowi w ciszy się oddalić, jednak kiedy Darcy odwrócił się do niego plecami, wiedział, że nie może pozwolić aby ta fajtłapa pozostała sama ze sobą.
    – Poczekaj – westchnął, odwracając się z powrotem do drzwi, które nie posiadały klamki. – Twoja tymczasowa różdżka. Trzeba ją przetestować i zobaczyć czy w ogóle będziesz w stanie z nią pracować. Vincent mówił, że dobrze się dogaduję z zaklęciami wodnymi? Pójdziemy na błonia – oznajmił i zerknął w stronę okien, za którymi panowały już egipskie ciemności. – Tylko idź najpierw po coś cieplejszego bo zamarzniemy. Spotkajmy się za pięć minut na dole, przy wejściu – nie czekając, jak zwykle, na odpowiedź – bo tak miał w zwyczaju – wymamrotał hasło w stronę drzwi i zniknął w Pokoju Wspólnym Krukonów.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  81. [Proszę mi wybaczyć to prawie miesięczne opóźnienie, gałgan jestem, ale to chyba taki okres w roku, że człowiek nie wie, w co ręce włożyć, i zapomina własnej głowy. Poprawię się!]

    Opieka nad magicznymi stworzeniami była przedmiotem, który z natury miał to do siebie, że czasem zwyczajnie lepiej było przeprowadzać zajęcia w środku. W sali lekcyjnej, to jest; tak było po prostu wygodniej i bezpieczniej dla wszystkich zgromadzonych, ergo zarówno uczniów i nauczyciela, jak i samego zwierzęcia, którego czasem nie dało się wypuścić (a nawet pokazać) na zewnątrz bez narażania czyjegoś zdrowia fizycznego lub psychicznego oraz starannie doglądanych przez gajowego terenów szkolnych. Tak już było i nie dało się tego zmienić, i choć Pollux z reguły preferował zajęcia gdzieś poza murami szkoły - i czasem, tylko czasem w okolicach Zakazanego Lasu, ale to nie była jego wina, skoro akurat przerabiali jednorożce, a te najlepiej było zobaczyć na własne oczy zamiast gapić się na rysunki w podręcznikach, ładne, ale nijak mające się do żywego oryginału - to jednak niektóre tematy wymagały zamknięcia dzieciaków w klasie i jak gdyby nigdy nic postawienia przed nimi klatki, by na własne oczy zobaczyły, co się w niej kotłuje.
    Occamy wcale nie musiała siedzieć w klatce, przynajmniej dopóki wiedziało się, jak się z nią obchodzić; Krukoni z czwartego roku, którym akurat przyszło mu pokazywać skrzeczący i trzepoczący od czasu do czasu skrzydełkami w zniecierpliwieniu okaz żmijoptaka, zostali uprzedzeni, że lepiej jej nie głaskać, jeśli nie chce się stracić palców. Nie to, żeby chichrający się gdzieś z tyłu sali chłopcy mieli ochotę słuchać jego poleceń - przerażająca bestia odgryzająca dłonie nie wydawała się być aż tak przerażająca, kiedy rozmiarami przypominała nieco przerośniętą fretkę i siedziała owinięta spokojnie wokół szyi opiekuna, co jakiś czas tylko podrywając główkę i śledząc przelatującą nieopodal muchę paciorkowatymi oczami.
    Był właśnie w połowie wyjaśniania diety żmijoptaka i różnic w żywieniu osobników młodych oraz dorosłych, kiedy drzwi do klasy otworzyły się z rozmachem i w progu stanął zasapany uczeń, którego Nicolescu właściwie nie kojarzył (ale, z drugiej strony, był bardzo mierny w zapamiętywaniu ludzkich twarzy, jeśli nie miał z daną osobą do czynienia na co dzień). Minęła chwila, zanim chłopiec odzyskał głos na tyle, by móc, po drodze zmieniając temat, dobrnąć do informacji o czymś sprawiającym problemy w cieplarni. Polly tylko skniął głową, odplątał Occamy i umieścił ją z powrotem w jej terrarium; kłapnęła na niego dziobem, niezadowolona.
    – Koniec na dziś, jesteście wolni – oznajmił klasie, i jeszcze zanim zamknął terrarium salę wypełniło szuranie krzeseł i szum rozmów. Z szuflady w biurku wyciągnął nieco nadszarpniętą w paru miejscach torbę z najbardziej podstawowym zestawem superbohatera gotowego stawić czoło każdej potworze; a przynajmniej tak lubił o tejże torbie myśleć, bo jedyną jej zawartością było parę najprzydatniejszych w obchodzeniu się z dzikimi zwierzętami przedmiotów, trochę mięsa i jedna czy dwie maści gojące, które Claudius wcisnął mu siłą parę miesięcy temu. Uniósł wzrok na wciąż stojącego w drzwiach chłopca, posyłając mu najbardziej pokrzepiający uśmiech na jaki było go stać. – Jak duże było to coś, widziałeś może? Miało osiem owłosionych nóg, czy było raczej mniej pająkowate, a bardziej pierzaste? – widział, że uczeń jest... w nienajlepszym stanie. Pollux widział przerażenie wystarczająco często, by móc je rozpoznać, i wiedział, że zwierzęta po prostu tak na niektórych działają, szczególnie te wyskakujące znienacka i wyglądające mało przyjaźnie. Miał tylko nadzieję, że rzeczywiście nikomu nic się nie stało, a sprawa nie była aż tak poważna, jak przedstawiał to... no właśnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Chciałbyś może przypomnieć mi, jak masz na imię? – poprosił, trochę speszony tym, że nie pamiętał, zarzucając torbę na ramię. Opuścili pustą już salę (Krukoni wylecieli z niej już dobrą chwilę wcześniej, zadowoleni, że zyskali dodatkowe pół godziny przerwy przed następnymi zajęciami) i szybkim marszem kierowali się korytarzami ku wyjściu przy cieplarniach.

      Pollux

      Usuń
  82. W zasadzie te nieszczęsne pięć minut rzucone przez Arthura było jedynie orientacyjnym czasem, który powinien minąć od ich rozdzielenia się. Gdyby wiedział, że Finley jego słowa weźmie na poważnie, zapewne zaproponowałby dziesięć, albo piętnaście. Nie zależało mu zbytnio na punktualności dlatego sam jakoś specjalnie się nie spieszył, a mimo to, jak na złość, na dole musiał pojawić się pierwszy. Nie oznaczało to jednak, że brak Puchona jakoś go zirytował, przynajmniej mógł zastanowić się nad odpowiednimi zaklęciami, które będą dobre żeby przetestować różdżkę. Wpadł nawet na istnie diabelski pomysł polegający na pojedynku, jednak uznał, że powie mu o nim później, zostawiając to co najlepsze na koniec.
    – Hm? Nie wiem – wymamrotał, marszcząc brwi i zmierzył go strapionym spojrzeniem, mając wrażenie, że Darcy wypluje zaraz płuca. Jego wzrok zawędrował również na te nieszczęsne rumiane policzki, które chyba na długi czas zostaną w głowie Blacka zakodowane jako nieodłączna część aparycji Finna. Z dłońmi wciśniętymi dla odmiany głęboko w kieszenie szaty czekał, aż chłopak opatuli się szczelnie szalikiem i był już gotów wychodzić na zewnątrz, kiedy Puchon nagle powiedział coś, co na chwilę odebrało mu mowę. Chyba nie był przyzwyczajony do tak stanowczego tonu głosu z jego strony.
    – Nie rozumiem – powiedział w końcu, stojąc trochę jak kołek i zastanawiając się jak właściwie ma to odebrać. Nigdy nie rozmyślał nad tym jak odbierają go inni – owszem, zdawał sobie sprawę, że niektórzy są zbyt nieśmiali aby zamienić z nim chociażby słowo, jednak nigdy nie brał pod uwagę tego, że jego obecność kogokolwiek stresuje albo co gorsza – wyzwala w kimś poczucie strachu. Zawsze wmawiał sobie, że to po prostu respekt względem jego osoby i pozycji prefekta. Chyba za bardzo się cenił. – Dlaczego?
    Między nimi zapadła chwilowa, niezręczna cisza, więc Arthur nie mógł nie usłyszeć burczenia w jego brzuchu. Pewnie ktoś inny mógłby nagle wybuchnąć śmiechem lub uznać sytuację za wyjątkowo krępującą, jednak Black zamiast tego, znów zmarszczył brwi, czując autentyczne zmartwienie. Być może – na pewno – było ono wywołane świadomością, że Darcy ledwo dobę temu leżał jeszcze w Skrzydle Szpitalnym, a wszyscy dobrze wiedzieli jak w owym miejscu (nie)karmią.
    – Jesteś głodny – było to bardziej stwierdzenie faktu, niż pytanie. – Chodź, pójdziemy do kuchni, zawsze możemy coś wziąć na drogę – zaproponował, wskazując brodą przeciwną drogę do wyjścia.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  83. Arthur zadał pytanie sam nie do końca wiedząc co właściwie chce usłyszeć. Zostało ono rzucone bardziej z czystej ciekawości, bo naprawdę nie rozumiał dlaczego ktokolwiek może przy nim odczuwać jakiś poważniejszy stres. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, a teraz miał przynajmniej ochotę wyciągnąć to od jednej z osób, która reprezentowała właśnie to, na co nigdy wcześniej nie zwracał zbytnio uwagi. Nie był chyba jednak przygotowany na tak prostą i zarazem skomplikowaną odpowiedź z jego strony. Mięsień na jego twarzy drgnął, a sam Arthur nie miał pojęcia czy to co teraz czuje to rodzaj pewnego zażenowania, zawstydzenia czy po prostu brak umiejętności przyjęcia komplementu i świadomości, że ktoś, od tak z siebie, powiedział, że go lubi. To wszystko było dla niego takie trudne, emocje były dla niego trudne. Męczyło go to, że nie potrafi normalnie o tym mówić, ba!, nawet myślenie o uczuciach wprawiało go w pewien dyskomfort. Zdał sobie sprawę, że chcąc nie chcąc, on Finna chyba też lubi, a na pewno zaczął nagle odczuwać względem jego osoby pewnego rodzaju sympatię, jednak był zbyt upośledzony aby powiedzieć to na głos, więc po prostu odwrócił się napięcie i ruszył bez słowa w stronę kuchni. W tej chwili potrafił jedynie nienawidzić siebie jeszcze bardziej, jednocześnie przypominając sobie dlaczego przeważnie woli siedzieć z nosem w książce i niespecjalnie się wychylać, kiedy nie ma takiej potrzeby – po prostu interakcje międzyludzkie były dla niego wyjątkowo męczące.
    – A niby z jakiej racji miałbym się o ciebie martwić? – prychnął, może nieco zbyt oschle ale był to automatyczny odruch; pewien rodzaj samoobrony kiedy ktoś próbował wmówić mu coś, nad czymś sam nie miał jeszcze kontroli. Tak było właśnie w przypadku Finna, przy którym Black nieco głupiał z samym sobą, nie do końca rozumiejąc skąd u niego ta nagła potrzeba opieki nad chłopakiem. W jego przypadku poczucie winy już dawno powinno odejść w zapomnienie, a jednak nadal coś sprawiało, że nie potrafił tak po prostu odpuścić, pożegnać się i go olać. Gdzieś z tyłu jego głowy zamajaczyło blade wspomnienie Adary, które równie szybko rozpłynęło się, kiedy Darcy o mało co nie zaliczył zderzenia z podłogą pierwszego stopnia. Black spojrzał na niego z politowaniem. I jak niby miał pozwolić tej nieszczęsnej fajtłapie, która skora jest zabić się na prostej drodze, testować obcą różdżkę bez nadzoru? Poza tym Black poniekąd czuł pewnego rodzaju odpowiedzialność – w końcu to dzięki niemu (i przez niego) Puchon dostał nowa różdżkę, a – co niektórych może dziwić – Arthur naprawdę nie był aż takim chujem, aby pozwolić na to żeby Vincent miał kłopoty gdyby cokolwiek z Safirą poszło nie tak i ktoś z nauczycieli dowiedziałby się spod czyjej ręki owy badyl wyszedł.
    – Rzeczywiście, nie muszę – rzucił pobłażliwie i wyminął go, niedbale klepiąc jego ramię.
    Skrzaty Domowe przywitały ich z pewną dozą dezaprobaty, niezadowolone, że ktokolwiek śmie przeszkadzać im o tak późnej porze, jednak kiedy zobaczyły lśniącą odznakę Prefekta Naczelnego, od razu spotulniały i Arthur nie musiał nawet o nic prosić, bo wiedział, że tak czy siak na wszystko się zgodzą.
    – Bierz co chcesz – mruknął w stronę Finleya, a sam od razu powędrował w stronę drewnianego stołu, na którym stały nietknięte złote puchary i dzbanek, wypełniony po brzegi sokiem dyniowym, którego sobie nalał i wypił do dnia, dopiero uświadamiając sobie jak bardzo jest spragniony.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  84. [MÓJ BOŻE, TERAZ MAM WYRZUTY SUMIENIA. Chcę załatać serduszko Finna z powrotem.]

    Arthur na chwilę przestał zwracać uwagę na Finna, obserwując Skrzaty Domowe, które zaczęły krzątać się w innej części kuchni, z dala od nich, nie chcąc chyba jawnie ukazać swojego niezadowolenia, z faktu, że Black nadużywa swojej władzy prefekta. Krukona jednak nie ruszało jakiekolwiek poczucie winy, w związku z przerwaną im pracą; w rodzinnym domu służył im jeden, stary skrzat domowy, który był równie naburmuszony i niemiły jak jego matka, kiedy coś nie szło po jej myśli. Od dziecka przyzwyczajony był do tego, że owe stwory nie są nikim ważnym, żadnym członkiem rodzinnym, tylko pewnego rodzaju „zwierzątkiem”, którego jedynym obowiązkiem jest dbanie o dom. W przeciwieństwie do Vincenta, któremu Knotka czytała bajki na dobranoc, jedyną osobą, która czytała Arthurowi cokolwiek przed snem był on sam i zdecydowanie nie były to bajki. Pani Black zadbała o to aby od małego czytał coś co później mu się przyda, gardziła różnymi baśniami i zmyślonymi historiami – uważała, że ogłupiają one młode umysły, które nie miały prawa marzyć, a uczyć się od dziecka racjonalnego myślenia. Tylko w taki sposób, według niej, można do czegoś w życiu dojść.
    Po dopiciu soku dyniowego, odstawił puchar na swoje miejsce i podszedł do Puchona, zabierając mu jedno z ciastek.
    – Niby dlaczego? Ciebie nie da się nie lubić – powiedział to tak swobodnie jakby byli dobrymi kolegami i chyba sam był tym faktem zaskoczony, bo czym prędzej wgryzł się w ciastko i zaczął kierować w stronę wyjścia. To była jego odpowiedź na to co wcześniej powiedział Finn i miał nadzieję, że Darcy nie będzie zbyt długo nad tym główkować. Powiedzenie mu tego wprost było dla Blacka zbyt trudne, dlatego wybrał nieco inną, trochę wymijającą odpowiedź, przy której i tak wewnętrznie czuł stresujący skurcz w żołądku. – Jak mnie wyśle to trudno. Przynajmniej będę miał chwilowy urlop od życia – wzruszył ramionami, zupełnie nie przejmując się – a raczej nie biorąc w ogóle pod uwagę – że może wylądować w Skrzydle Szpitalnym. – Lepiej się pospieszmy. Za jakiś czas nauczyciele wyjdą na swoje dyżury, a ja jakoś nie mam dzisiaj ochoty na szukanie wymówek.
    Kiedy w końcu wyszli na zewnątrz, Arthur owinął się ciaśniej swoim szalikiem i zerknął w górę, na nocne niebo, z którego spadały śnieżnobiałe płatki śniegu i leniwie zaczęły osiadać na jego rzęsach i policzkach. Odetchnął głęboko, wdychając mroźne powietrze i nagle poczuł niepochamowaną chęć zapalenia. Miał wrażenie, że nie trzymał papierosa w ustach ze sto lat. W ciszy, mąconej jedynie skrzypieniem śniegu pod ich butami i szumem wiatru, zaczął kierować się na błonia, a dokładniej na południową część, tam gdzie znajdowało się jezioro. Wprawdzie do zaklęć wodnych nie potrzebowali koniecznie ogromnego zbiornika wodnego, jednak wiadomo było, że w tamtych rejonach będzie mniejsze prawdopodobieństwo, że się na kogoś natknął. Poza tym Arthur wyjątkowo cenił sobie tamte widoki, a zimą były one jeszcze bardziej magiczne niż latem.
    – Już wiesz jakie zaklęcie chciałbyś wypróbować na samym początku? Powinniśmy zająć od czegoś łatwego aby różdżka mogła się również przyzwyczaić do ciebie, a nie tylko ty do niej. Przygotuj się również na to, że będę chciał wyzwać cię na pojedynek – oznajmił, posyłając w jego kierunku wyzywający uśmiech. Zaraz po tym wcisnął pomiędzy wargi fajkę i odpalił ją za pomocą rozżarzonego końca różdżki. – Chcesz? – spytał, wydmuchując powoli dym nosem i wyciągnął w jego kierunku dłoń, w której trzymał papierosa.


    Black

    OdpowiedzUsuń
  85. (Ale Black przecież nie jest taki okr-...)

    Za każdym razem kiedy Finn przejawiał ze swojej strony pewien rodzaj buntu, Arthura to bardziej bawiło, niż przejmowało. Tego typu zachowania jakoś w ogóle nie pasowały mu do całej postaci Puchona, jak i samego jego potulnego wyglądu. Swoją drogą, Black w końcu mógł poczuć nad kimś dosłowną wyższość, bo niestety wśród większości swoich rówieśników to on przeważnie należał do tych niższych, co było jego niemałym kompleksem, nad którym zawsze gdzieś tam ubolewał. I z jednej strony nie powinien być tutaj z niczego dumny, bo przecież Darcy, jakby nie patrząc, był o dwa lata młodszy ale weźmy za przykład takiego kretyna, Sheehana, który również nie był w wieku Blacka, a mimo to przerastał go spokojnie o głowę (co swoją drogą również Arthura doprowadzało do szału, a już szczególnie wtedy kiedy musiał ciągać jego cielsko, kiedy ten był pijany – czyli zawsze), dlatego też podświadomie ego Krukona przy Finleyu wzrastało na nieco wyższy level – chociażby przez taki głupi wzrost.
    – A przypominasz sobie żebym ja kiedykolwiek żartował? – zatrzymał się i zmierzył go uważnym spojrzeniem, po czym zmarszczył brwi. Po chwili jedna z nich powędrowała ewidentnie do góry. – Ale wiesz, że bycie uzdrowicielem to nie tylko siedzenie w ciepłym szpitalu i podawanie chorym ziółek? Jeśli naprawdę chcesz komuś pomagać, musisz być przygotowany na to, że możesz zostać wezwany w miejsce, w którym wcale nie będzie bezpieczne. Być może będziesz zmuszony do tego aby kogoś – albo siebie samego – obronić. Jak chcesz się niby tego nauczyć? Same rzucanie zaklęć w eter niewiele ci pomoże. Najlepiej uczyć się w praktyce, czyli pojedynkach. To, że teraz jest spokojnie, nie oznacza, że za rok będzie tak samo. Każdy powinien być czujny, a im szybciej nauczysz się defensywy, tym lepiej – umilkł na krótką chwilę, a jego szalik zafalował przy mocniejszym powiewie wiatru. W końcu zaczął powoli iść dalej przed siebie i już na niego nie patrzył. – Mogę z tobą trenować – dodał luźno, wzruszając ramionami.
    Chwilę później zza drzew w końcu zaczął rozpościerać się widok na jezioro, którego tafla była pokryta cienką warstewką lodu i białym, śnieżnym puchem.
    Krukon wcale nie był zdziwiony odpowiedzią Finna w kwestii papierosa. W sumie zaskoczył go fakt, że Darcy w ogóle zaczął po niego sięgać, co oznaczało, że jednak coś musiało go do tego ciągnąć. Nie trzeba było być żadnym ekspertem aby wiedzieć, że Puchon z pewnością wcześniej nie palił – Arthur był również przekonany, że jeśli spróbuje, zapewne nie przypadnie mu to do gustu. Mógł sobie dać spokój i olać sprawę; dla niego byłoby nawet lepiej, bo naprawdę chciało mu się palić, ale z drugiej strony chciał w pewien sposób Finna zdeprawować. Im więcej czasu z nim przebywał, tym bardziej chciał rzucać mu pewnego rodzaju wyzwania – oczywiście nie te pokroju Zakazanego Lasu, chociaż prawdą było, że ta akcja utwierdziła go tylko w przekonaniu o tym, że Darcy wcale nie jest taki bojaźliwy, na jakiego wygląda – i obserwować jak chłopak daje temu wszystkiemu radę. Może było to jakąś formą rozrywki i odskoczni od ostatnich problemów, które Arthura męczyły aż za bardzo, a być może chęć głębszego poznania Finleya, który w pewien sposób wydał mu się ciekawy i interesujący.
    – Nic ci się nie stanie jak raz się zaciągniesz – odparł tonem nie znoszącym sprzeciwu i wcisnął pomiędzy jego palce papierosa, tym samym delikatnie muskając opuszkami skórę jego dłoni.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  86. [Przepraszam, że po tak cholernie długiej przerwie wyjeżdżam z czymś ...takim, ale muszę się trochę rozchulać po tym okresie nicniepisania :c]

    — Posiadam wybujałą, czasami przerażającą albo szaloną wyobraźnię, której nawet nie staram się ujarzmić, bo zabiera mnie w miejsca nie z tego świata, ale jestem przy tym wiernym fanem faktów; uważam, że tylko ich znajomość umożliwia w pełni akceptowalne manipulowanie rzeczywistością w głębi umysłu — stwierdził Wolfgang, po czym wykrzywił usta z czymś na kształt zażenowania; w jego głowie słowa brzmiały o wiele sensowniej. Kiedy przychodziło do opisywania świata z perspektywny własnych odczuć słowa często go zawodziły, a Wolfie bardzo często popadał w poczucie irytacji czy beznadziei, nie potrafiąc w sposób zadowalający wyrazić sedna swoich myśli. Było to zresztą głównym punktem zapalnym jego procesów twórczych.
    — W każdym razie… chciałem powiedzieć, że jeżeli zechcesz mi opowiedzieć swoją historię, to jakkolwiek inna byłaby od moich domniemań, nie sprawi mi tą innością zawodu — oświadcza uroczystym głosem Burke, dotykając z ostrożnością purpurowo-opalizującego liścia. Przez chwile pozostaje skupiony na dobiegającym z gramofonuWelcome to the Machine, nucąc cicho z przymkniętymi oczami, zaraz jednak wraca do rzeczywistości, a jego spojrzenie koncentruje się wówczas na Finleyu.
    — Może być straszna, jeśli nie podejdzie się do jej właściwości z należytym szacunkiem i przygotowaniem — odpowiedział z nutą czułości, jakby wypowiadał się o żyjącej istocie.
    — I nie wyolbrzymiałem, mówiąc o podróży w głąb siebie. Z jej psychodeliczną mocą konkurować może chyba jedynie Ayahuasca, sporządzana od setek lat przez indiańskich szamanów.
    Moje pierwsze spotkanie z jej porażającym działaniem… to coś czego nigdy nie będę w stanie wymazać ze swojej pamięci. Tak wiele wtedy dostrzegłem! — wyrwało mu się z emfazą i pasją, które na moment nim zawładnęły na wspomnienie uderzenia euforii, tak silnej, jakby emanowała nią każda komórka w jego ciele. — Po raz pierwszy w pełni pojąłem, że nie jestem złym człowiekiem, że wbrew temu w co ślepo wierzyłem wcale nie jestem złym bratem i synem, tylko innym od wszelkich oczekiwań, jakie moja rodzina kiedykolwiek miała wobec mnie. To było… — Wolfgang urwał na moment, wypuszczając długi oddech. — Wyzwalające.
    Przysiadł na ziemi, krzyżując nogi w tureckim siadzie.
    — Nie miej jednak złudnych wyobrażeń na jej temat. Jest jak narzędzie. Wykorzystane nieodpowiednio zawiedzie wszelkie oczekiwania.

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  87. (Teraz ja posyłam coś z czego nie jestem zadowolona. Takie przerwy jednak są do dupy.)

    – Nastraszyć? Ależ skąd. Pragnę Cię jedynie uświadomić żebyś później przypadkiem się nie zawiódł kiedy okaże się, że zawód, który sobie wybrałeś jest nie do końca tym, czego oczekiwałeś. Chociaż śmiem twierdzić, że jeśli ktoś bardzo chce coś robić, to jest w stanie zmusić się również i do pewnych rzeczy, które może nie do końca wpasowują się w nasze ulubione zajęcia. Tak czy siak obrona to podstawa i każdy powinien nauczyć się jej jak najszybciej i najskuteczniej – oznajmił tonem, jak na siebie, wyjątkowo spokojnym, a po chwili na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. – Nie dość, że jestem od ciebie starszy, to w dodatku jestem prefektem. Naczelnym. Kto inny niby miałby cię pouczać, jak nie ja?
    Wykorzystując to, że obie dłonie chwilowo miał wolne, wcisnął je do kieszeni szaty aby chociaż trochę je ogrzać i wpatrywał się z uwagą w Finna, który naprawdę wziął, ku lekkiemu zdziwieniu Arthura, papierosa do ust. Nie był zdziwiony jego pierwszą reakcją na dym w płucach – sam bardzo dobrze pamiętał jak wyglądało jego pierwsze spotkanie z papierosem i zdecydowanie nie było się czym chwalić. W zasadzie Darcy’emu wcale nie poszło tak źle, bo już za drugim razem udało mu się normalnie zaciągnąć, co w przypadku Arthura niegdyś wcale nie było takie łatwe.
    – Gdybym rzeczywiście nie znalazł na to czasu, to bym nie proponował – odparł ze znużeniem, zastanawiając się dlaczego Finn czasami musiał wszystko tak komplikować. Blackowi, jako osobie, która zdecydowanie ma problem z interakcjami międzyludzkimi, z pewnością byłoby łatwiej gdyby Puchon po prostu bez słowa się zgodził. Przez chwilę Arthur zastanawiał się z czego mogą wynikać jego słowa – czy z odruchowej „uprzejmości” czy może jednak prawdą było, że Finley po prostu wcale nie chciał zbyt długo przebywać w jego towarzystwie, bo mogło być i tak, w końcu Krukon do większości rzeczy tak naprawdę go przymuszał, nigdy w zasadzie nie pytając się czy chłopak ma na coś ochotę. – No chyba, że nie chcesz – wzruszył w końcu ramionami, odbierając papierosa i dopalił go do końca.
    – Tak czy siak, teraz nie masz już wyboru i musisz się ze mną zmierzyć – wyrzucił niedopałek w śnieg i z zasady przycisnął go czubkiem buta, po czym zaczął kierować się przed siebie, oddalając się od Finna tak może ze cztery, pięć metrów. Stanął naprzeciwko niego.
    – Jeśli nie chcesz wylądować w wodzie – wskazał niedbale podbródkiem na jezioro. – Musisz mnie pokonać – powiedział śmiertelnie poważnym tonem, chociaż prawdą było, że w życiu nie wysłałby Puchona na dno Hogwarckiego jeziora. Wyciągnął powoli z kieszeni różdżkę i wymierzył ją w jego kierunku. Już dawno porzucił pomysł aby Darcy poćwiczył najpierw sam jakieś łatwe, podstawowe zaklęcia. Uznał, że najlepiej będzie jak zacznie działać instynktownie, szybko, w praktyce.
    – Broń się! – z końca jego różdżki, na sam początek, poleciała w jego stronę jasna, zdecydowanie niegroźna wiązka światła.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  88. [Cześć! Przybywam zgodnie z zaproszeniem, bo mi wątków mało. Kurczę pieczone, żeby Haru była rok młodsza to bym z przyjemnością obsadziła ją w roli obrzyganego pierwszaka. Tyle przegrać! Ale hej, może Finn nauczy ją w końcu wyczarować patronusa? Jak chcesz do nas to chodź... no do nas.]

    Nakajima Haru

    OdpowiedzUsuń
  89. (Zakończmy więc to żałosne biadolenie jakąś dobrą porcją dramy, której nie mogę się już doczekać.)

    Mimowolnie na jego twarzy zawitał cień uśmiechu, kiedy Finley automatycznie i co najważniejsze — skutecznie — użył zaklęcia obronnego, pokazując tym samym, że posiada zdolność szybkiej reakcji. Cała ta otoczka i wizja Puchona, jaką pielęgnował od jakiegoś czasu, czyli niezdary oraz fajtłapy, odchodziła w coraz to większe zapomnienie, gdyż Darcy coraz częściej zaskakiwał go w ten zdecydowanie pozytywny sposób i zupełnie nieświadomie pokazywał, że wcale nie jest sierotą — no może z małymi wyjątkami — a kimś kto jeśli chce, to potrafi. W związku z powyższym w Krukonie pojawiła się jakaś dziwna chęć pomocy aby Finn stał się lepszy i w końcu uwierzył w swoje możliwości, bo na pewnego siebie zdecydowanie nie wyglądał co widać było po jego gestach oraz mowie. Kolejną dozą miłego zaskoczenia było nie jedno, a dwa rzucone zaraz po sobie zaklęcia, które na dodatek nie były przypadkowe, a miały swoje logiczne wyjaśnienie, co znowu świadczyło o tym, że nie jest w Hogwarcie z przypadku.
    Arthur bez większego problemu odbił zaklęcia, rzucając Incendo, jednak wiedział, że musi się bardziej skupić gdyż jego przeciwnik wcale nie był chodzącą amebą, a kimś kto w pojedynku może poradzić sobie całkiem nieźle, chociaż sam Puchon pewnie nawet o tym nie wiedział.
    — Tylko na tyle cię stać, Franklin? — rzucił prowokacyjnie, z kpiącym uśmiechem na ustach. Teoretycznie powinien go pochwalić — i nawet prawie to zrobił, jednak ostatecznie ugryzł się w język, uznając, że taka forma nauczania nadaje się co najwyżej na zielarstwie bądź ONMS. W pojedynku głównym napędem był gniew względem drugiego przeciwnika i to właśnie chciał w tej chwili osiągnąć Black — chciał go zdenerwować, sprawić, że zapała do niego wyjątkową niechęcią przez co rzucane przez niego zaklęcia będą, a przynajmniej powinny być, intensywniejsze.
    Uniósł do góry różdżkę, jednak tym razem nie wycelował nią w Finna, a w zamarznięte jezioro. — Confringo — zaraz jego głos został zagłuszony przez nagłą eksplozję rozpadającego się na kawałki, grubego lodu, który wraz z ciśnieniem wody wyleciał na parę sekund w powietrze.
    — Jeśli się nie postarasz, to tak skończysz, a teraz — skup się! — wykorzystując chwilę nieuwagi rzucił w stronę Puchona dla odmiany Levicorpus, nie mając zielonego pojęcia, że to zaklęcie zapoczątkuje lawinę nieszczęść i to niekoniecznie w stronę Finleya, a jego samego.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  90. [Cześć Wam!
    Razem z Luką potrzebujemy jakiegoś fajnego powiązania i przyszliśmy tutaj. Szukamy kogoś komu możemy złamać serduszko, jakiegoś obiektu wzdychającego do Phantoma. Piszecie się?]

    Lucas Phantom

    OdpowiedzUsuń
  91. – Mam – odparł i uśmiechnął się z tryumfem pod nosem, kiedy Finley zaczął wisieć w powietrzu do góry nogami przez co wyglądał wyjątkowo komicznie. Nie wiadomo czemu, uznał, że Puchon najpierw będzie wolał zająć się wyswobodzeniem samego siebie i dopiero później zaatakować go z powrotem, więc na chwilę opuścił gardę, przy okazji mimowolnie zagapiając się na coraz bardziej osuwający się w dół sweter Darcy’ego i z opóźnieniem doszło do niego rzucane przez chłopaka zaklęcie. Poskutkowało ono wytrąceniem różdżki, w miejsce, którego Black nie potrafił od razu zlokalizować przez grubą warstwę śniegu, przez co niemal od razu poczuł nieprzyjemne ciarki na plecach. Krew w jego żyłach zaczęła płynąć znacznie szybciej, a gdzieś z tyłu głowy pojawiła się panika – ta sama, która była przy nim w momencie jak jeden ze Ślizgonów zniszczył na jego oczach jego poprzednią różdżkę. Chociaż było pewne, że teraz nic się z nią nie stało, a znalezienie jej to tylko kwestia czasu, czuł się tak, jakby miał jej nigdy więcej już nie zobaczyć i chyba powoli tracił kontrolę nad swoimi wiecznie opanowanymi emocjami.
    Uniósł głowę i spojrzał na nadal wiszącego w powietrzu Finna, uświadamiając sobie, że przecież chłopak nadal tu jest. Było ciemno i nie zanosiło się na to aby śnieg przestał padać, więc uznał, że najłatwiej będzie różdżkę po prostu przywołać, a do tego potrzebował Safiry. Chcąc czym prędzej to załatwić, zaczął kierować się w stronę Finleya aby z powrotem sprowadzić go na ziemię. Zmrużył oczy, dostrzegając, że chłopak chyba ma zamiar rzucić kolejne zaklęcie i już otwierał usta aby coś powiedzieć, kiedy nagle z końca różdżki wystrzelił niespodziewany promień.
    Black miał wrażenie, że wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie, kiedy zaklęcie – nie wiadomo jakie – postanowiło odbić się gwałtownie od lodu i zamiast polecieć w przestrzeń, skierować się prosto w stronę Puchona.
    – Uważaj! – krzyknął, czując ucisk w żołądku i nagły przypływ adrenaliny. Zaczął biec w jego stronę i skoczył, w ostatnim momencie, łapiąc go za poły szaty i ściągając na dół, przy okazji czując bolesne uderzenie w ramię, tuż nad jego łopatką.
    Upadł razem z Finnem na zimny śnieg i przygniótł go swoim ciałem, przez chwilę leżąc zupełnie nieruchomo – zabrakło mu tchu w klatce piersiowej, a cała jego lewa ręka momentalnie zdrętwiała. Dopiero po paru dłuższych chwilach dźwignął się nieco na drugim łokciu i spojrzał na niego trochę nieprzytomnym wzrokiem. Jego policzki były całe rumiane, a z ust, łapiących ciężkie oddechy wydostawały się kłęby pary.
    – Nic ci nie jest? – wychrypiał z wyraźnym i szczerym zmartwieniem w głosie. Znowu poczuł się odpowiedzialny za tę absurdalną sytuację i nawet wolał nie myśleć, co mogłoby się stać gdyby coś, co nawet nie wiedzieli jak może zadziałać, uderzyło go pierwszego. Chyba pierwszy raz od dawna poczuł prawdziwy strach o drugą osobę.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  92. (:>>)

    Chcąc nie chcąc, Arthur na dłuższą chwilę po prostu się zawiesił, skupiony na galopujących, w jego głowie myślach oraz drażniącym odrętwieniu ręki, przez co nawet nie zwrócił uwagi, że ich twarze znalazły się wyjątkowo blisko i dla Finleya mogło to być niekomfortowe. Zamiast tego w pewnym momencie przyłapał się na tym, że po prostu wgapiał się w niego, jak jakiś dureń, zdecydowanie zbyt długo niż powinien, a mimo to przez panującą dookoła ciemność nie był w stanie dostrzec tej pojedynczej łzy, która zaraz została przykryta przez płatki śniegu.
    – Co? – wymamrotał tępo, w pierwszej chwili nie mogąc pojąć czego Finn nie rozumie, skoro zadał mu tak proste pytanie. Już chciał je łaskawie powtórzyć, jednak po chwili zrozumiał w czym rzecz. Zmarszczył brwi. – Nic mi nie jest – odparł automatycznie, chociaż prawdą było, że nic nie było w porządku, a ramię coraz boleśniej dawało o sobie znać. Black nie był jednak przyzwyczajony do użalania się nad sobą, a wieczne pouczania matki o tym, że pod żadnym pozorem nigdy nie powinien komukolwiek okazywać słabości, wryły się w jego mózg tak bardzo, że nie potrafił sprostać czemuś przeciwnemu.
    Zacisnął zęby i oparł drugą rękę, chcąc dźwignąć się na nich obu, jednak kiedy wyprostował ją w zgięciu łokcia, poczuł przepływający, paraliżujący ból i omal nie krzyknął z zaskoczenia. Zamiast tego zaklął siarczyście pod nosem, uświadamiając sobie, że nie jest to tylko chwilowy uraz, który zaraz minie, a jednak coś poważniejszego. Ostatecznie jednak z pomocą zdrowej ręki wyprostował się i przez kilka dłuższych sekund po prostu siedział na Puchonie, ponownie zapominając, że chłopak najprawdopodobniej – a raczej na pewno – sobie tego nie życzy i skupił się na próbie poruszenia ostrożnie palcami u dłoni, w którą wbił strapione spojrzenie. Z rozmyślań ponownie wyrwał go głos Finna. Przeniósł na niego wzrok, a po chwili na swoją różdżkę, o której przez to wszystko totalnie zapomniał. Mając ją w dłoni poczuł automatyczną ulgę. Łaskawie z niego zszedł, lądując tuż obok i podjął próbę zerknięcia za siebie, co oczywiście było bez sensu – nie mógł zobaczyć rany, za to czuł, a raczej miał wrażenie, że coś sączy się pod materiałem – nie miał jednak pojęcia czy jest to krew czy śnieg, wiedział natomiast, że w miejscu, w które ugodziło go zaklęcie, a raczej w jego ubraniach powstała dziura, bo autentycznie czuł powiew mroźnego wiatru na własnej, odsłoniętej skórze. I w końcu dotarło do niego jak bardzo jest przemarznięty.
    – Nie tutaj – chciał czym prędzej znaleźć się w jakimś ciepłym pomieszczeniu, jednak czuł, że nie ma siły aby przebrnąć przez coraz większe zaspy śniegu na błoniach i dotrzeć do Zamku, który znajdował się kawałek drogi od nich – zaczął żałować, że zaciągnął go aż tak daleko, nie sądził jednak, że to wszystko będzie miało takie zakończenie; czuł coraz bardziej palącego go upokorzenie, które jednak zostawało coraz mocniej przyćmiewane przez promieniujący ból, ucierający nieco jego ego.
    Uznając, że to odpowiedni moment aby w końcu wykorzystać umiejętność teleportacji w praktyce, złapał Puchona za rękę. – Weź głęboki oddech, może nieco wirować – zakomunikował, ściskając różdżkę w drugiej dłoni, która rozbłysła jasnym światłem na końcu. Sam Arthur urodziny miał w lutym, więc był jednym z tych, którzy wcześniej mogli ubiegać się o licencję na teleportację, po ukończeniu siedemnastu lat, jeszcze w szóstej klasie. Było to coś, co na jego liście znalazło się jako priorytet, dlatego poświęcił wyjątkowo długo czasu oby ową umiejętność praktykować; sam oficjalny egzamin był już jedynie formalnością i zdał go bez problemu, dlatego teraz, pomimo swojego kiepskiego stanu fizycznego, nie obawiał się, że coś może pójść nie tak.
    I nie poszło. Wylądowali na środku pustego korytarza, na siódmym piętrze, przed ogromną, pustą ścianą. Lokacja z początku mogła wydać się bezsensowna, jednak nie była, bowiem Black uznał, że najbezpieczniej będzie po prostu skorzystać z Pokoju Życzeń, w którym nie natknął się na nikogo niepożądanego i nie będą musieli się tłumaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po paru, przedłużających się w nieskończoność minutach, pojawiły się przed nimi ogromne drzwi – Arthur miał wrażenie, że jeszcze chwila i zemdleje, dlatego czym prędzej nacisnął mosiężną klamkę i wszedł do środka, środka, które nie wyglądało jak jedno z dormitoriów czy pokojów wspólnych, a jak jego własny pokój w posiadłości Blacków – było to pierwsze miejsce, o jakim pomyślał, i jakie był w stanie sobie najdokładniej wyobrazić, chociaż paradoksalnie spędzał tam mniej czasu niż w murach Hogwartu.

      Black

      Usuń
  93. Wolfgang pod pewnym względem różnił się od Finleya w naprawdę drastyczny sposób; emocje młodszego Puchona zdawały się uzewnętrzniać wbrew jego woli (co, jak Burke zdążył zaobserwować do tej pory, wpędzało chłopaka w irytację).
    Nie wątpił, że takie wymykające się zamierzeniom okazywanie odczuć odbywające się w stosunku do jednostek gotowych celować w czyjeś najczulsze punkty nie ułatwiało życia.
    Wolfie własne, niezwiązane ze sztuką emocje traktował z namiastką odrazy, traktując je jako zupełnie niepożyteczne dla swojego istnienia. Nabył takiego przekonania w dzieciństwie i od tamtej pory zdążył zainwestować spore pokłady energii w umiejętność panowania nad własnymi uczuciami.
    — Oczywiście, że go kojarzę — odpowiedział Wolfie spokojnym, niezmiennie przyjacielskim i może nieco nieobecnym głosem, choć szyk sylab układających się w imię i nazwisko kuzyna sprawił, że mieszanina niechęci i lęku gwałtownie i lodowato ścisnęła go za trzewia, zaskakując nawet jego samego.
    Wolfgang potrzebował skumulowania w sobie całych pokładów samodyscypliny, aby nie uciec myślami od toczącej się rozmowy i zrozumieć, co Fin do niego mówi.
    W miarę historii okazywało się jednak, że koncentrowanie uwagi na jej treści wcale nie było takie trudne, bowiem Wolfie poczuł, jak coś się w nim wzburza; w pierwszym odruchu miał ochotę bez zastanowienia powiedzieć Finleyowi, że zadawanie się z Arthurem Blackiem to większa głupota od wycieczek do Zakazanego Lasu, ale wiedział, że byłoby to dyktowane wyłącznie uprzedzeniem, które żywił – a jeśli czymś szczerze gardził to szerzeniu nienawiści podyktowanej przez uprzedzenia.
    Powstrzymał się, wobec tego, wiedząc, że nie jest nikim odpowiednim do mówienia komukolwiek jak powinien postępować. Zwłaszcza, że Arthur Black mógł być teraz zupełnie innym człowiekiem, niż go zapamiętał z młodszych lat.
    Zamiast rozpamiętywać niechciane obrazy, przyjrzał się z odrobiną zafascynowania bliznom, które zaprezentował mu Fin, aby następnie z uśmieszkiem podciągnąć prawą nogawkę spodni. Zrolował kolorową skarpetkę, aby odsłonić kostkę celem zaprezentowania Finleyowi bardzo podobnej pamiątki po starciu z Jadowitą Tentakulą.
    — Witam w klubie tych, którzy mieli więcej szczęścia niż rozumu — rzucił lekko; blizny Wolfiego były już w tym momencie wyblakłe, bo był znacznie młodszy od Finleya w momencie, gdy na nie zapracował. Znacznie młodszy i jeszcze błogo nieświadom świadom, jak silny jad charakteryzuje rodzaj roślin, którym się wówczas naraził.
    — Jeżeli ktoś zażywa ją dla zabawy i bez odpowiedniego przygotowania. Zarówno mentalnego, jak i merytorycznego. Należy się wyedukować na temat każdej zażywanej substancji — wyjaśnił i machnął niecierpliwie różdżką, aby zaklęciem zatrzymać gramofon. Muzyka, która się dotychczas z niego wydobywała przestała być kompatybilna z nastrojem Wolfganga, który teraz bardziej skłaniał się w kierunku Dziewiątej sonaty Beethovena.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  94. Gwałtownie się cofnął, kiedy Finn niespodziewanie krzyknął i przy okazji uderzył go w sfatygowane ramię, co było oczywiście podyktowane bardziej zaskoczeniem, bo uznał, że tę kwestię mają już za sobą.
    – Chcesz mnie dobić? – zapytał z udawanym przejęciem, jednak zaraz na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Finley zdecydowanie zaliczał się do osób, które pochopnie działały pod wpływem emocji i równie szybko zdawał sobie z tego sprawę, wskutek czego na jego twarzy szybko można było dostrzec związaną z tym reakcję; w tym momencie Arthurowi wydała się ona urocza.
    – Oczywiście, że powinienem. Ten cały pojedynek to był mój pomysł, więc gdyby tobie coś się stało nie wybaczyłbym sobie tego – powiedział nieco ciszej, chyba pierwszy raz w jego towarzystwie przyznając się do błędu. Czuł się z tym trochę nieswojo ale wiedział, że tym razem nie ma nic na swoją obronę, a sytuacja naprawdę mogła skończyć się tragicznie, gdyby zaklęcie trafiło w twarz Puchona.
    Chcąc zmienić temat, podłapał skrępowany wzrok Finna i nieco się skrzywił. Nie ze względu na jego reakcję, a na samo to gdzie się znaleźli. Czuł zażenowanie w związku z tym, że nie pomyślał o czymś innym, jednak wiedział, że owe miejsce na pewno się pojawi. Pokój Życzeń miał swoje kaprysy i Arthurowi również nie zawsze udawało się do niego wejść – często kiedy próbował wyobrażać sobie inne miejsce, nie zapamiętywał wszystkich szczegółów tak dokładnie jak powinien, w związku z czym drzwi w ścianie nie chciały się pojawić.
    – To tylko mój pokój, nie musisz wgapiać się w podłogę – rzucił niedbale.
    Całe pomieszczenie urządzone było w szarościach i granatach, nie ze względu na dom, do którego przynależał Arthur, a po prostu dlatego, bo były to jego ulubione kolory. Meble, jak wszystkie w jego rodzinnym domu, były z ciemnego brązu, ciężkie i może trochę staroświeckie ale za to z ładnymi, ozdobnymi wykończeniami. Większość miejsca zajmowało duże łóżko, poza nim w pokoju mieściło się jeszcze biurko i szafa i bardzo dużo półek z książkami – głównie historycznymi i naukowymi, związanymi oczywiście ze światem czarodziejów.
    – Chyba coś powinienem mieć – wzruszył ramionami i zaraz tego pożałował.
    Już chciał podejść do biurka, jednak poczuł jak Finley zaczyna zdejmować z niego szatę i nagle zrobiło mu się na przemian gorąco i zimno. Już sam nie wiedział czy to przez nagłą zmianę temperatury, czy było to jednak związane z czymś innym. W głowie zaczęło mu wirować.
    – W pierwszej szufladzie – wskazał na biurko – powinno być pudełko. Mam tam chyba jakieś bandaże i wodę utlenioną.
    Najchętniej sam by to sprawdził, ponieważ nie był pewien co jeszcze znajduje się w jego szufladzie – a już z pewnością nie pamiętał o zakurzonym zdjęciu z dzieciństwa, które przedstawiało jego i Adarę – jednak miał wrażenie, że jeśli zaraz nie usiądzie, zasłabnie.
    Więc kiedy Finn ruszył we wskazane przez niego miejsce, on sam podszedł do łóżka i przysiadł na jego skraju, na chwilę zamykając oczy. Zaraz jednak zaczął drżącymi dłońmi rozpinać koszulę i zdjął, a raczej w niektórych miejscach odkleił ją od swojego ciała.
    – W końcu masz szansę zaprezentować swoje umiejętności uzdrowiciela, Finn.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  95. Rodzinę – prychnął pogardliwie, może nawet trochę ze złośliwością bo wizja płaczącej po nim matki wydała mu się wyjątkowo absurdalna i komiczna. Ta zimna kobieta w życiu nie dałaby po sobie poznać, że coś ją ruszyło, nawet śmierć własnego syna, chociaż z pewnością uznałaby to za ogromną stratę, gdyż uważała go przecież za swoje jedyne, prawowite dziecko. Znając życie, obwiniała by o to wszystko i wszystkich, nie widząc winy w sobie, swoim wychowaniu i w tym, czego od niego oczekiwała. Oberwałby jego ojciec i niczemu winna Adara, o całym Hogwarcie nie wspominając – Josephine Black była w stanie zrobić dosłownie wszystko, kiedy tylko chciała postawić na swoim. Arthur nawet wolał sobie nie wyobrażać, co mogłoby stać się z Finnem gdyby jakimś cudem prawda odnośnie całego zdarzenia wyszła na jaw. Znowu poczuł nagłą ulgę w związku z tym, że chłopakowi nic się nie stało i nawet palący ból w ramieniu nie był w stanie zmienić jego zdania.
    – Przecież też masz kolegów, Darcy – burknął, bo przecież nie raz widział go w towarzystwie innych Puchonów. Co prawda nie miał pojęcia jakie ma z nimi kontakty, jednak Finley z pewnością na pierwszy rzut oka nie wyglądał na typowego samotnika, a raczej kogoś przyjacielskiego, chętnego do pomocy. Toteż dlatego Krukon poniekąd wybrał go na swojego pomocnika. – Nie wiem czy bym płakał, bo dawno tego nie robiłem, ale z pewnością byłoby mi smutno, że musiałbym znaleźć sobie nową osobę do szukania składników – miał być to pewien rodzaj pocieszenia z jego strony i Arthur nawet nie zastanowił się nad tym, że mimo wszystko jego słowa mogły zabrzmieć niegrzecznie i nieco Finna urazić. Nie miał tego w planach. Po prostu nie potrafił wprost powiedzieć, że z pewnością by mu go brakowało, bo chyba jeszcze sam nie był w stanie przyznać tego przed samym sobą.
    Po zdjęciu białej koszuli, zaczął ją uważnie oglądać i skrzywił się, widząc dość sporą ilość krwi oraz poszarpaną dziurę. Jedyne do czego się nadawała to do wyrzucenia.
    – Sądziłem, że mugolskie metody leczenia są bardziej prymitywne – mruknął, nie patrząc na niego, jednak kiedy usłyszał o jego mamie, zmarszczył brwi. Gdzieś chyba kiedyś słyszał, że Darcy jest sierotą, jednak prawdą było, że nie przepadał za plotkami i zagłębianiem się w prywatne życie innych, dlatego teraz uznał, że może ktoś po prostu zaczął coś podobnego rozpowiadać, jako niesmaczny żart. W związku z tym postanowił na głos tego nie komentować, raczej wątpił, że Finley kłamie o tym, że ma matkę.
    Black sam nie miał pojęcia co dokładnie czuje. Fizycznie i psychicznie włącznie. Skoro Finley miał zająć się jego raną, raczej bez sensu było dłużej udawać, że wszystko jest w porządku, Krukon jednak miał trudności z opisaniem tego co właściwie mu dolega.
    – Nie wiem – wymamrotał w końcu i zaraz westchnął, wiedząc, że nie pomaga. – Czuję odrętwienie w prawej ręce, zimno, trochę tak jakby krew przestała w niej krążyć, jednak ostatecznie mogę nią poruszać… Chyba najbardziej boli mnie miejsce, w które dostałem. Jak to w ogóle wygląda? Jest źle? – zapytał i odruchowo znów zaczął zerkać przez ramię, jakby tym razem w jakiś magiczny sposób mógł zobaczyć swoją ranę, tym samym nieco bardziej pochylając się w stronę siedzącego za nim Finleya.
    – Zrób z tym cokolwiek. Po południu i tak pójdę do Skrzydła. Powiem, że spadłem z miotły.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  96. – Nikt nie będzie traktować ciebie poważnie, jeżeli ty sam siebie również tak nie traktujesz. I nie myśl, że jesteś od nich dojrzalszy, tylko im to pokaż, a jeśli mają mimo wszystko do ciebie jakieś obiekcje to nie jestem pewien czy cię akceptują. Może warto zmienić kolegów – zdawał sobie sprawę z tego, że to co właśnie mówił, mogło być dla Finna poniekąd krzywdzące, jednak wychodził z założenia, że im szybciej Darcy zrozumie, że nie warto żyć w złudzeniach, tylko samemu kontrolować swoje życie, tym lepiej dla niego samego. Swoimi czynami parę razy zdążył udowodnić Arthurowi, że nie jest tylko beksą oraz chłopcem na posyłki, i że stać go na o wiele więcej, tylko sam po prostu w to nie wierzy. Cóż, Black za to uwierzył i nie miał zamiaru tego tak po prostu olać.
    Złośliwość odnośnie jego statusu krwi puścił mimo uszu, chociaż nagle pojawiła się w nim jakaś doza irytacji i emocji, której nie potrafił do końca opisać. Być może była to nawet pewnego rodzaju przykrość związana z tym, jak inni – jak większość mogła go postrzegać – jako czystokrwistego, zadufanego w sobie czarodzieja.
    – Masz rację, nie zadałem, bo mugole obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg – warknął, mając wrażenie, że Finley chyba poczuł się zbyt swobodnie w jego towarzystwie, skoro zaczął go obrażać, z czym Arthur w obecnej chwili wyjątkowo nie miał siły walczyć. Tak właśnie kończyła się próba bycia dobrym – najwidoczniej nawet uratowanie komuś życia nie mogło sprawić aby nagle ktoś zapałał do niego większą sympatią. Nie chcąc jednak sprawiać wrażenia wyprowadzonego z równowagi, zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech i policzył w myślach do pięciu. Nieprzyjemne pieczenie w miejscu, w którym Darcy zaczął obmywać jego ranę tylko pomogło aby szybko zapomniał o swojej złości.
    Kolejnych słów odnośnie rany słuchał w zamyśleniu, zastanawiając się co mogło być przyczyną wystrzelenia z różdżki promienia, o tak silnym działaniu, aż Finley sam rozwiał jego wątpliwości.
    Arthur na chwilę znieruchomiał, a zaraz przekręcił się tak aby móc na niego spojrzeć.
    – No nie wiem, a powinienem? – zapytał, piorunując go stalowym spojrzeniem. – Jakby się nad tym głębiej zastanowić, dałem ci bardzo dużo powodów do tego abyś mnie znienawidził. Traktowałem cię z góry, ciągle prosiłem o składniki trudne do zdobycia, przeze mnie wylądowałeś w Zakazanym Lesie i zaliczyłeś bolesne spotkanie z Tentakulą, przez co mogłeś umrzeć, straciłeś przeze mnie różdżkę, zmusiłem cię do pojedynku, w którym nie chciałeś brać udziału… Jesteś jedną z nielicznych osób, które naprawdę mają prawo do tego, aby chcieć coś mi zrobić i przy okazji mieć do tego okazję. W nocy. Bez świadków. Może twoja awersja względem mnie kiełkowała w tobie tak długo i tak boleśnie, że różdżka, nad którą nie masz pełnej kontroli, to wyczuła i postanowiła ułatwić co to, do czego ty nie miałeś odwagi – z każdym kolejnym słowem przybliżał się do niego coraz bardziej, patrząc mu prosto w oczy i zdecydowanie naruszając jego przestrzeń osobistą, aż w końcu oparł swoje czoło o jego, a na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. – Jesteś pewien, że nie chciałeś mnie skrzywdzić, Finn?

    Black

    OdpowiedzUsuń
  97. Wolfgangowi zrobiło się przez moment głupio, gdy jego słowa wywołały u Finna reakcję odwrotną do zamierzonej. Z ukłuciem żalu, dotknął myślami wspomnień dotyczących tego, jak dogłębnie zwykł przejmować się w przeszłości faktem, że miewa tendencję do wywoływania w ludziach reakcji odbiegających od jego przewidywań w tym zakresie. Potrafił powodować u innych zmieszanie, bywał zbyt bezpośredni, albo za bardzo zdawkowy; zawsze niedostosowany do standardów towarzyskich, które wszystkim wokół wydawały się przychodzić z naturalną łatwością.
    Wychodząc z założenia, że wszelkie limity tkwią jedynie w umyśle postanowił, że również może się tego nauczyć, co było o tyle zgubne, że zawsze bardzo surowo traktował porażki z samym sobą.
    Na pewnym etapie, każdy błędnie wysnuty wniosek (choćby dotykający kwestii zupełnie błahych) stanowił dla Burke’a osobistą klęskę; z ustawicznym wysiłkiem wkładanym w opanowanie odpowiednich zachowań, gnał wtedy bez tchu za najbardziej idealną wersją siebie. Dość długo trzymał się postawy nie uwzględniającej odpuszczania, zanim w pełni dotarło do Wolfganga ile energii poświęca przy tym rzeczom, które dla niego nie mają znaczenia. Ostatecznie skłonił się do przepracowania własnej nadgorliwości i zaakceptowania faktu, że wobec pewnych elementów rzeczywistości można pozostać jedynie biernym.
    Takowym elementem był również jego wpływ wywierany na innych ludzi, ale ze względu na nieznośnie rozwiniętą empatię w dziedzinie interakcji wciąż przyłapywał się na przedkładaniu cudzego samopoczucia i komfortu nad własne.
    — Mam nadzieję, że nie masz mi za złe — skwitował, odnosząc się do nagłego przerwania muzyki; osobiście nienawidził gdy bez zapowiedzi uniemożliwiało mu się dalszego słuchania utworu, na którym był skupiony, a istniały takie, co do których podobne posunięcia Burke odbierał wręcz, jako niewyobrażalne bluźnierstwo wobec muzyki.
    Teraz jednak potrzebował zmiany repertuaru, więc spionizował płynnie ciało i podszedł do zagraconej komody, przy której przystanął z ręką umiejscowioną na zdobionym uchwycie szuflady. Utkwił stamtąd wzrok w Finleyu i zmarszczył brwi, jak zawsze odrobinę zbulwersowany ludzką głupotą.
    — Tacy ludzie to idioci — skwitował bez ogródek przytoczone przez Fina grupy uczniów; doskonale znał ten typ, jako że do czwartego roku jego życie w Hogwarcie nie było usłane różami. — Też uwielbiam książki, ale czasami nawet one nie pomagają mi zupełnie zapanować nad umysłem. Poza tym bardzo ciężko mi się funkcjonuje z niezaspokojoną ciekawością — wyjaśnił i wysunął półkę, uśmiechając się lekko na widok winylowej płyty, która się w niej pojawiła. Wolfgang naprawdę uwielbiał Pokój Życzeń i jeśli w przyszłość czegoś będzie mu szczególnie brakować z czasów szkolnych, to właśnie dostępu do takiego miejsca.
    — Och… — rzucił, jakby zaskoczony ostatnim stwierdzeniem Finleya; jak zwykle zatracił poczucie czasu — Może masz rację, prawdopodobnie zrobiło się już późno. W takim razie rozsądniej będzie, jeśli pójdziemy do Pokoju Wspólnego razem, bo też nie zamierzam zostawać tu na noc.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  98. (Bez fajerwerków, bo pisanie na telefonie to ból, ale już nie chciałam dłużej zwlekać.)

    Nieprzypadkowo zdecydował się na to aby pojawić się aż tak blisko, tak, że widział jego ciemne rzęsy i rozsypane na policzkach piegi. Wiedział, że wprowadzi to chłopaka tylko w dyskomfort, który nagle zechciał mu sprawić, zupełnie tak aby jeszcze bardziej go do siebie zniechęcić. Czasami naprawdę zastanawiał się jakimi prawami rządzą się jego czyny oraz zachowanie, których często sam nie rozumiał - bo z jednej strony jedną z tych rzeczy, których bał się najbardziej jest samotność, a z drugiej, robił wszystko aby w tej samotności pozostać. Przyzwyczaił się już do tego jak jest i wbrew pozorom chyba po prostu obawiał się zmian. Bo zmiany w jego przypadku niemal zawsze zwiastowały coś złego - po paru nieudanych, bliższych relacjach z rówieśnikami uznał, że nie warto marnować na nie czasu. Pogodził się z tym, że po prostu nie jest najlepszą osobą, z którą można się zaprzyjaźnić, bowiem koniec końców zawsze wszystko niszczył. Bardziej lub mniej świadomie.
    Już myślał, że ma wszystko pod kontrolą, tymczasem słowa Finleya wprowadziły go w jeszcze większą dezorientację. Powinien się cieszyć, a mimo to uczucie złości było równie palące co rana na jego ramieniu. Nie potrafił tego zrozumieć, ani do końca zaakceptować, bo wiedział, że na to nie zasługiwał. Nie zrobił nic co dałoby prawo Finnowi do tego aby lubił go bardziej. Uratowanie go przed ciosem błękitnego strumienia było jedynie marnym spłaceniem długu, zadośćuczynieniem za to, jak traktował go wcześniej. Dlatego zachowanie Finleya poniekąd go irytowało, wyzwalało w nim wewnętrzna złość nie tyle co na niego, ale i samego siebie. Chyba gdzieś podświadomie pragnął aby chłopak w końcu naprawdę mu się postawił, wykrzyczal mu prosto w twarz jakim jest parszywym gnojem i żeby się opamiętał. Zamiast tego dostał coś zupełnie odwrotnego, przez co w jego głowie powstawał coraz większy mętlik. Bo już sam nie wiedział czy to z nim coś jest nie tak, czy to Finley jest skrytym masochistą.
    – Jesteś najdziwniejszą osobą jaką dotąd poznałem, Darcy – odezwał się w końcu, już nie ze złością, a tonem bardziej wypranym z emocji, zmęczonym. Odsunął się od niego, uznając, że nie ma większego sensu się sprzeciwiać. I tak nie uzyskał tego co chciał - prowokacji, rozjuszenia go, wytrącenia że strefy komfortu tak mocno, że w końcu porządnie mu się postawi.
    Odwrócił się do niego ponownie plecami i lekko je przygarbił. Bolesne, rozdzierające uczucie, o którym zdążył na chwilę zapomnieć, powróciło, ze zdwojoną siłą, zmuszając go do zaciśnięcia szczęki, żeby nie krzyknął.
    – Pospiesz się – zdołał jedynie wysyczeć przez zaciśnięte zęby.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  99. [Jak tak zapraszasz, to ja nieśmiało zajrzę. Finn wydaje się przekochanym puchońskim ziemniaczkiem, jednocześnie jednak ma w sobie jakiś drobny pazurek, lubię to. Napoleon z kolei jest tak nieoczywisty, że osobiście bardzo chciałabym go jakoś bliżej poznać i dowiedzieć się, co siedzi w jego głowie... Obie postaci są naprawdę ciekawe, ale myślę, że moja panienka szybciej znalazłaby wspólny język z kolegą z roku.
    Tak czy siak, jestem chętna na wątek, jeśli zainteresowałoby Cię wątkowanie z moją niezdarą, to zapraszam - którymkolwiek panem wolisz, jesteśmy otwarte na wszelkie szaleństwa ;) ]

    I. I. Finnigan

    OdpowiedzUsuń
  100. (Dla maślanej buły wszystko. A rozczulać się będę do woli.)

    To, że Black często nieświadomie ranił innych, nie było żadną nowością. Tak było również i w tym przypadku, ponieważ wcale nie chciał sprawić przykrości Finnowi, mówiąc mu, że jest dziwny. W zasadzie Arthur uważał, że bycie dziwnym wcale nie jest czymś negatywnym. Finley był inny, to fakt, ale to wcale nie czyniło go kimś złym, wręcz przeciwnie, dzięki temu sprawił, że Arthur - choć może nie do końca było to po nim widoczne - chciał go poznać. Gdyby było inaczej, nie zaproponowałby mu pomocy w zdobyciu nowej różdżki, oraz nie poszedłby z nim na błonia w celu przetestowania tej nowej. Coś go do niego ciągnęło, sprawiało, że po prostu chciał z nim spędzić więcej czasu, poprzebywać w tym niezdarnym towarzystwie. Nie mając do niego zaufania nie pozwoliłby mu się w ogóle dotknąć ani obejrzeć rany. Nie przyszedłby z nim do Pokoju Życzeń.Może i w swoim zachowaniu często pokazywał coś zupełnie odwrotnego, jednak gdyby ktoś, kto bardzo dobrze go zna, zobaczyłby ile czasu poświęca Finnowi i jak zachowuje się w jego towarzystwie, z pewnością by stwierdził, że Puchon nie jest mu obojętny. Problem polegał na tym, że sam Arthur jeszcze nie do końca oswoił się z tym faktem, a jego upośledzenie w kontaktach międzyludzkich wcale mu w tym wszystkim nie pomagało. Bo już sam nie wiedział, czy lepiej będzie chłopaka od siebie odtrącić, czy wykorzystać to, że jeszcze się do niego nie zraził i pozwolić mu po prostu przy nim być. Jedyne czego pragnął, to pozbyć się uczucia niepewności, którego szczerze nienawidził.
    – Nie wiesz, że mam pieprzyk na lewym udzie – chyba powoli zaczął majaczyć, bo powiedział to zupełnie bez pomyślunku i była to pierwsza myśl, jaka w ogóle pojawiła się w jego głowie. Z drugiej strony lepsze to, niż gdyby miał zacząć mówić o swojej siostrze, a o niej pomyślał chwilę później, jednak pomimo tego, że imię jej miał na końcu języka, jakiś zakorzeniony głęboko rozsądek kazał mu się dalej nie odzywać. Zaraz zresztą i Adara wyparowała z jego głowy, bo kiedy Finn zaczął już naprawdę zajmować się jego raną, z jego gardła wydarł się niechciany, za późno stłumiony dźwięk, świadczący, że Black wcale tak dobrze bólu nie znosił. Właściwie to miał wrażenie, że podczas majstrowania przy niej zaklęciami, zaczęła boleć go jeszcze bardziej, tak, że jego oczy nawet na chwilę się zaszkliły. Oddychał ciężko, czując jak na jego czole i całym ciele pojawia się coraz więcej kropli potu. Był tak skupiony na pulsującym uczuciu w ramieniu, że nawet nie zwrócił uwagi co stało się z Safirą. Miał wrażenie, że wszystko, co działo się dookoła niego, dochodziło do niego z podwójnym opóźnieniem.
    – W porządku – wymamrotał zdartym tonem. Choć nadal czuł ból, miał wrażenie, że był on teraz nieco bardziej tępy, mniej wyczuwalny. Wyczuwalna natomiast stała się dla niego gorączka, która zapewne zaatakowała go już o wiele wcześniej ale przez całkowite skupienie się na ramieniu, nie zwrócił na nią uwagi. Teraz miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje z gorąca i jeśli za chwilę się nie położy, po prostu umrze. Ostatnie co mógł zrobić w tym stanie, to przenieść się do swojego dormitorium.
    – Zostaję – odparł ze zmieszaniem, a widząc, jak Finn wstaje, odruchowo sięgnął zdrową ręką i złapał go za nadgarstek, aby dalej nie odszedł. – I ty też… zostań.
    Wiedział, że nie miał prawa go o to prosić, jednak psychicznie potrzebował w tej chwili obok siebie drugiej osoby. Gorączka zrobiła swoje, bo gdyby był w pełni rozumu, zapewne w życiu by mu tego nie powiedział, będąc zbyt dumnym. W tej chwili miał jednak wszystko gdzieś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Możesz wziąć sobie z szafy coś wygodniejszego do spania – dodał, chociaż Finn jeszcze nie odpowiedział. Black miał jednak wrażenie, że jeszcze chwila i odpłynie, a jeśli Puchon miał jednak tutaj zostać, powinien się przebrać, szczególnie po ich walkach na śniegu i przemoczonych ubraniach. Arthur znany był z tego, że praktycznie wszędzie chodził w eleganckich koszulach, jednak w jego rodzinnym domu, w jego własnym pokoju posiadał również parę luźniejszych ciuchów, taki jak koszulki czy jego ulubiona czarna bluza z kapturem.
      O tym, że nie ma drugiego łóżka, na którym Finley mógłby spać, nie zdążył już niestety pomyśleć, bo czując naglące zmęczenie, zaraz położył się na brzuchu, po jednej stronie materaca i po prostu zasnął, w dosłownie parę sekund.

      chyba jakoś chujowo to rozdzieliłam Black

      Usuń
  101. (Tak też założyłam, że się bułek trochę przykleił. Swoją drogą nigdzie nie doczytałam czy z Pokoju Życzeń można wynosić rzeczy czy nie, więc może dla ułatwienia rozgrywki może uznajmy po prostu, że można - wtedy Finn będzie mógł bez problemu zarąbać i zdjęcie.)

    Podobno miał mnóstwo koszmarów, a przez gorączkę spał bardzo niespokojnie, jednak koniec końców przespał całą noc - a raczej już tylko to, co z niej zostało - i kiedy się obudził zupełnie nic nie pamiętał z pojawiających się w jego głowie obrazów. Poczuł natomiast oddech na swoich karku i ciepło drugiego ciała tuż obok, niemalże do niego przylegające i powoli zaczął przypominać sobie gdzie jest i z kim. Ciepło, które nagle nim zawładnęło wyjątkowo nie było związane z chorobą, kiedy ujrzał śpiącego tuż obok Finna w zdecydowanie jego koszulce. Koszulce, której materiał delikatnie się podwinął, ukazując niewielki skrawek brzucha chłopaka - wystarczający aby na twarzy Arthura pojawiły się te idiotyczne wypieki, a on sam poczuł coś ciężkiego w swoim żołądku. Miał ochotę dać sobie w twarz.
    Postanowił chwilę poczekać i obudzić go, kiedy te wszystkie dziwaczne objawy miną, więc zwlókł się z łóżka, mając nadzieję, że to mu w tym pomoże. I dopiero kiedy stanął, uświadomił sobie jak czuje się naprawdę - jakby rozjechało go coś ogromnego. Głowę ciężką miał jak z ołowiu, a w każdym mięśniu czuł nieprzyjemny ból, bał się nawet przełknąć ślinę, bo czuł, że jego gardło również zostało zaatakowane po ich śnieżnych przygodach. O dziwo nie czuł aż takiego bólu w swoim ramieniu ale… nie mógł ruszać ręką; im dłużej próbował zmusić ją do bezskutecznego podniesienia się, tym w większą popadał panikę.
    Zerknął na zegarek. Dochodziła szósta rano - jeśli się pospieszą być może uda mu się przemknąć do Skrzydła Szpitalnego bez zbędnych gapiów. Z tą myślą pokierował się do szafy, chcąc założyć na siebie świeżą koszulę i pobladł, uświadamiając sobie, że sam nie da rady tego zrobić. Jego wzrok ponownie powędrował na śpiącego Finleya. Patrząc tak na niego, chłopak wydał mu się jeszcze bardziej niewinny, a Arthur nagle uznał, że chce poznać wszystkie jego tajemnice - włącznie z jego historią. Przysiadł na skraju łóżka, tuż obok niego i westchnął, znów czując to irytujące coś w brzuchu. Nerwy? Tak to sobie tłumaczył.
    – Boże, Black, ogarnij się – westchnął do samego siebie z zażenowaniem. Wziął głęboki oddech i w końcu położył dłoń na ramieniu chłopaka, chcąc go obudzić. Podłapując po paru chwilach jego zaspane spojrzenie, uśmiechnął się koślawo i zamachał swoją koszulą.
    – Musisz mi pomóc to założyć. Nie mogę ruszać ręką – oznajmił, nim Puchon zdążył zadać jakiekolwiek pytanie.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  102. Arthur w zasadzie nigdy nie zastanawiał się jaki jest typ osoby, która mu się podoba. Inna sprawa, że w zasadzie takich jednostek wcale nie było za wiele, jednak jak już się pojawiały, Black miał wrażenie, że każda z nich diametralnie różni się od tej poprzedniej i on sam chyba nie ma jakiegoś specjalnego kanonu piękna. Wiedział natomiast, że Finley był kolejną z osób, która w jakiś pokręcony sposób – i w zasadzie nie wiadomo kiedy – zaczęła przykuwać jego uwagę w ten sposób. Nie był głupi, to nie był w końcu pierwszy uczeń, który mu się spodobał i nie pierwszy raz jego organizm reagował na bliskość drugiego człowieka właśnie tak, jak kiedy Puchon był bliżej niż powinien. Na początku Arthur oczywiście próbował wmawiać sobie coś innego, jednak ostatecznie uznał, że chyba nie ma sensu oszukiwać samego siebie.
    Choć w momencie, w którym Darcy pomagał mu z koszulą i zapinał guziki w niezręcznej ciszy, chciał uciec, postanowił wykorzystać okazję i uważnie mu się przyjrzeć.
    Finn był… ładny. To pierwsze co Krukonowi przychodziło na myśl, gdyby ktoś kazał mu go opisać. To nie tak, że był mało męski przez co nie mógł nazwać go przystojnym, bo przystojny również był na swój sposób, ale zdecydowanie miał w sobie coś… po prostu ładnego. Coś, co nie dałoby się przypisać każdemu osobnikowi płci męskiej. Ładnie zarysowane kości policzkowe, delikatnie zadarty nos, dodające uroku piegi i te pełne usta, które Arthur nagle miał ochotę…
    – Och, czuję się świetnie – odchrząknął nagle, będąc wdzięcznym, że Finn się od niego odsunął. W zasadzie cieszył się, że jest w takim stanie, a nie innym - lekko zaróżowione policzki mógł zwalić na swoją chorobę. – Jeśli naprawdę tak myślisz, musisz mieć beznadziejny gust. W życiu nie wyglądałem gorzej – rzucił żartobliwie i zaczesał potargane włosy do tyłu, chociaż w rzeczywistości za dużo mu to nie pomogło.
    Rozejrzał się jeszcze orientacyjnie po pokoju i upewniwszy się, że raczej niczego nie zostawił – oprócz pobojowiska związanego z opatrywaniem jego rany – zaczął kierować się ku wyjściu.
    – Nie o to chodzi – zaczął, nie chcąc aby Finley w zły sposób odebrał jego słowa. – Nie chcę żeby ktokolwiek skojarzył cię z tą sprawą. Jeśli ktoś by nas teraz zobaczył, mógłby później o tym wspomnieć i zaczęliby cię wypytywać. A po co? Ja tylko spadłem z miotły – uśmiechnął się krzywo bo dobrze wiedział, że nikt mu w to nie uwierzy. Nie miał jednak zamiaru mówić prawdy, czy wymyślać innej historyjki.
    – Jeśli nie dadzą mi spokoju porozmawiam z tym twoim Claudiusem – oznajmił, przypominając sobie, że Finn coś o nim wczoraj wspominał. Raczej go nie kojarzył, bo w Skrzydła Szpitalnego unikał jak ognia, jednak czuł, że prędzej się z nim dogada niż z pielęgniarką, za którą szczerze nie przepadał.
    Otworzył drzwi, które nagle pojawiły się w ścianie i po upewnieniu się, że nikt nie błąka się po korytarzu, wyszedł z Pokoju Życzeń, pozwalając aby cały jego pokój zniknął. Chwilę tak stał, w milczeniu, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał, po czym w końcu zwrócił się w jego kierunku.
    – No to… Dzięki za opatrzenie rany – powiedział jakby z trudem, zupełnie nie oswojony z pierwszym słowem. Uniósł do góry zdrową rękę i przeczesał niedbale jego włosy. – I nie zrób sobie żadnej krzywdy, żebym znów nie musiał cię ratować bo chyba przez jakiś czas nie będę miał jak – uśmiechnął się krzywo i zrobił krok do tyłu, a po chwili odwrócił się i ruszył przed siebie, czując jedynie na sobie jego wzrok.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  103. Urwanie kontaktu z Finnem nie było planowane jednak parę sytuacji, które miały miejsce po tym jak wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego, zmusiły go do podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Ponadto nie była ona uwarunkowana tym, że Finley zrobił coś źle, wręcz przeciwnie – Arthurowi na tyle zaczęło zależeć na ich znajomości, że nie chciał jej jakkolwiek zepsuć podczas kiedy był zdecydowanie niestabilny emocjonalnie i fizycznie. Do tego dochodziły nurtujące pytania czy chce aby ich relacja była czysto przyjacielska, ponieważ po ostatnich wydarzeniach zaczął mieć wątpliwości czy jeśli będzie dłużej przebywać w towarzystwie Puchona, nie będzie to skutkowało emocjami, nad którymi nie był w stanie jeszcze zapanować i się z nimi oswoić. Szczególnie w momencie kiedy na jego drodze znów pojawił się pewien Ślizgon, z którym wiązały się skomplikowane i niezrozumiałe dla Arthura uczucia, ciężkie dla niego samego do pogodzenia. Jakby tego było mało, na jego drodze pojawiła się również kolejna przeszkoda w postaci Rose Weasley, która niestety okazała się na tyle poważna, że nie mógł jej zlekceważyć, a która dodatkowo napsuła mu krwi i wprowadziła w pewnego rodzaju paranoję, że idealne życie jego rodziny nagle zostanie zburzone. Gdyby do tego wszystkiego doszedł jeszcze sam Finn, Arthur wolał nawet nie myśleć jak mogłaby skończyć się ich znajomość; zdawał sobie sprawę, że pod wpływem tylu negatywnych emocji i złych bodźców mógłby zrobić coś, czego później zdecydowanie by żałował, a ten jeden, jedyny raz, naprawdę nie chciał już więcej nikogo zranić.
    Pobyt w Skrzydle Szpitalnym okazał się być nie tyle nudny co wyjątkowo upierdliwy. Kiedy tylko nie spał, musiał znosił ciągłe wypytywania pielęgniarki co naprawdę mu się przytrafiło. Nikt oczywiście nie uwierzył w historyjkę o miotle, a kiedy kobieta pierwszy raz zobaczyła jego ranę, omal nie krzyknęła. Arthur paradoksalnie był rozbawiony jej reakcją, bo od razu zaczął zastanawiać się czy gdyby Finn go nie opatrzył, nie dostałaby zawału na widok tego co było od razu po tym, kiedy dostał. Ostatecznie nie dowiedział się co dokładnie mu dolega, ponieważ tego typu rana z połączeniem odrętwienia całej ręki była trudna do powiązania z czymkolwiek. Dostał różne eliksiry – każdy pomagający na inną rzecz z osobna i przez prawie trzy tygodnie musiał chodzić z temblakiem aby jego ręka podejrzanie nie zwisała u boku. Skłamałby gdyby powiedział, że się nie bał. Był przerażony tym, że przez pierwszy tydzień prawie nic się nie zmieniło i nadal nie mógł poruszać ręką. Dopiero po kolejnych paru dniach nagle coś zaskoczyło i w końcu zaczął poruszać palcami, powoli odzyskując czucie w dłoni. Właściwie jego dolegliwość okazała się jednym wielkim eksperymentem i tak naprawdę nikt nie był do końca pewien czy podane eliksiry zadziałają tak aby uleczyć go całkowicie.
    Po tych nieszczęsnych trzech tygodniach mógł już swobodnie ruszać ręką, a po całym zdarzeniu pozostały jedynie zabliźniające się nierówności skóry na ramieniu oraz od czasu do czasu pojawiający się w jego okolicach, kujący ból, który postanowił ignorować, uznając, że i on w końcu minie.
    Tak naprawdę w pewnym momencie stracił poczucie czasu i gdyby nie Vincent, który w pewnym momencie zaczął coś trąbić o walentynkach, zupełnie by o tym święcie zapomniał. Chociaż w jego przypadku może to i dobrze, bo wyjątkowo źle mu się kojarzyło, po tym jak walentynki z jego pierwszą – i jedyną dziewczyną – Olivią Greengrass okazały się jednym wielkim niewypałem. Na samą myśl o tamtym dniu robiło mu się niedobrze. Dlatego i w tym roku postanowił oszczędzić sobie widoku całego tego miłosnego cyrku i uznał, że spędzi ten dzień jak wszystkie inne – czyli w bibliotece. To tam dostał od Hogwarckiego Posłańca parę walentynek, które w pierwszym odruchu chciał po prostu wyrzucić, uznając je za głupi żart. Nagle w jego głowie pojawiła się jednak absurdalna myśl – której wstydził się on sam – ale zaczął żałośnie łudzić się, że być może którąś z nich napisał Milsent, dlatego postanowił je otworzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście jego pismo rozpoznałby wszędzie i oczywiście żadna z kartek nie była nim zapisana. Nie powinien się dziwić, a jednak poczuł pewien zawód, chociaż musiał przyznać, że jedna z kartek przykuła jego uwagę i wzbudziła pewną ciekawość bo ewidentnie nie była napisana przez jakąś rozmarzoną uczennicę, a ucznia. Prawdą jednak było, że mógł to być każdy –w końcu jako prefekt, Arthur ciągle miał do czynienia z uczniami z każdego roku – przeważnie jednak nie spotykał się z nimi towarzysko, wręcz przeciwnie – dlatego dziwiło go, że ktoś mógłby się cieszyć, że go poznał, podczas gdy on zapewne odejmował tej osobie punkty albo wlepiał szlaban. Dlatego był jeszcze ciekawszy kto mógłby być takim biedakiem.
      Wiedział, że nie zdoła się już skupić na książce, którą czytał, więc wstał aby odstawić ją na miejsce i pokierował się w stronę regałów.
      W pierwszej chwili nie poznał odwróconej do niego tyłem sylwetki. Zaczął się do niej zbliżać odruchowo, widząc, że stoi na palcach i ma problem z wyjęciem książki i dopiero kiedy stanął tuż za nim, uświadomił sobie, że to Finn. Automatycznie złapał go za ramiona, kiedy na niego wpadł i równie szybko go puścił, przypominając sobie od razu jak bardzo Puchon nie przepada za dotykiem.
      Nie przypuszczał, że widok Finleya tak na niego zadziała, ale dopiero stojąc tuż przed nim i patrząc na jego twarz, uświadomił sobie jak długo z nim nie rozmawiał i jak bardzo tęsknił za jego towarzystwem. Ponadto miał wrażenie, że coś się w nim zmieniło. Chyba był trochę… wyższy?
      – Urosłeś – odpowiedział, przechylając nieco głowę i odwracając się w jego stronę również, kiedy go wyminął. Po chwili jednak odchrząknął, uświadamiając sobie, że mógł zabrzmieć niegrzecznie.
      – Co tutaj robisz w walentynki?

      Black

      Usuń
  104. Dopiero kiedy w głosie Finna usłyszał tę krótką, chwilową złość, zrozumiał, że popełnił pewien błąd. Problem tkwił w tym, że wcześniej go nie zauważał; był bowiem tak skupiony na przeróżnych sprawach, które zaśmiecały mu umysł, że dla niego prawie miesiąc – który dla Finleya mógł być wiecznością – minął nim zdążył się zorientować. Chyba nie zdawał sobie sprawy jak długo ze sobą nie rozmawiali, dopóki nie spotkał się z nim twarzą w twarz. Znów uderzyło go to jak nieświadomie i często potrafił sprawiać komuś zawód i przykrość, zupełnie nie mając o tym pojęcia. Nie zdawał sobie również sprawy kim dokładnie był dla chłopaka – wiedział, że Puchon go lubi, jednak nie sądził, że całe życie Finna kręciło się wokół niego. Na pewno miał jakieś inne zajęcia. Innych znajomych, o których mu opowiadał. Nie znał go na tyle aby wiedzieć jak naprawdę czuje się Darcy. W zasadzie w ogóle go nie znał. Chyba w końcu nastała odpowiednia pora aby to zmienić.
    – Ja chciałbym – odparł spokojnym tonem, chowając dłonie do kieszeni. Był śmiertelnie poważny i miał nadzieję, że tym razem chłopak nie weźmie tego co mówi za głupi żart. – I gdyby mnie to nie interesowało, to bym nie pytał – dodał trochę bardziej pobłażliwie, nie mogąc się powstrzymać.
    Od zawsze priorytetem Arthura było utrzymanie zadowalającej opinii na temat swojej rodziny. To oczywiście zmuszało go bardziej do dbania o swój własny wizerunek, zdobywania jak najlepszych ocen, zostania prefektem naczelnym, bycia idealnym synem. Sam Black nigdy nie miał z tym większego problemu; rodzice – a w szczególności matka – zadbali aby został wytresowany do tego, kim był teraz.
    W życiu każdego człowieka, nawet tego, który z pozoru zdawał się być nieugięty, następował pewien moment, w którym jednak pękał. I to właśnie w tym momencie od jakiegoś czasu znajdował się Arthur – cały proces był bardzo powolny, aczkolwiek coraz bardziej zauważalny. Choć nadal z zewnątrz stwarzał wrażenie idealnego, poukładanego syna, wewnątrz był coraz większym kłębkiem niezrozumiałych myśli i niewiadomych, których sam nie potrafił rozwikłać. Stosunek do jego rodziny i własnej siostry zaczął się zmieniać, a rzeczy, których wcześniej nie dostrzegał, stawały się dla niego coraz bardziej wyraźne. Zupełnie tak jakby ktoś nagle zdjął mu z oczu klapki. Nie miał pojęcia dlaczego tak się dzieje i dlaczego właśnie teraz, w ostatniej klasie, w momencie kiedy już prawie to wszystko miał za sobą. Wolałby aby nic się nie zmieniało, bo zmiany zmuszały go do udawania, a udawanie go męczyło. Z drugiej strony… to wszystko miało również i swoje dobre strony. Wcześniej rozsądek nie pozwoliłby mu na beztroskie wyjście z Finnem, teraz jednak rozsądek został przytłumiony przez uczucia, których Arthur wyjątkowo postanowił posłuchać i ich nie ignorować.
    – Chciałem zwrócić książkę – odparł, w sumie zgodnie z prawdą, uznając, że Finley nie musi wiedzieć jeszcze o tym, że siedział tutaj już z dobre parę godzin i w zasadzie jeszcze pięć minut temu nie miał zamiaru tego zmieniać.
    Spojrzał odruchowo na swoją rękę i zaraz wzruszył ramionami.
    – Chyba dobrze, w końcu mogę nią swobodnie ruszać, pielęgniarka powiedziała, że zostanie jedynie paskudna blizna – powiedział niedbale i na chwilę umilkł. Jego wzrok powędrował na książkę, którą Puchon z takim uporem do siebie przytulał.
    – Widać, że jesteście ze sobą bardzo zżyci ale przynaj, to opasłe tomisko chyba jednak nie jest czymś z czym warto spędzić walentynki. Masz wybór – albo zanudzić się z tą książką na śmierć, albo pójść ze mną do Hogsmeade. – uśmiechnął się delikatnie, może nawet trochę nieśmiało i szybko go wyminął, zerkając po chwili na niego przez ramię. – To jak będzie?

    Black

    OdpowiedzUsuń
  105. Coś dziwnego i jednocześnie niepokojącego było w głosie Puchona, jednak Arthur postanowił to zignorować, uznając, że Finley może po prostu ma gorszy dzień. Musiał jednak przyznać, że widok takiego Finna był nieco dziwny i obcy. Sam Black uzewnętrznianie i ukazywanie emocji uważał za słabość, jednak w przypadku Darcy’ego była to jego nieodzowna część, coś bez czego Finn nie był po prostu Finnem. W gruncie rzeczy Arthur zawsze podziwiał tych, którzy nie wstydzili się uzewnętrzniać swoich uczuć. On tak nie potrafił.
    Uniósł do góry brwi słysząc podziękowania, których oczywiście się nie spodziewał. I jak zwykle pierwsze o czym pomyślał, to to, że na nie nie zasługuje. Westchnął, czując, że powinien zrobić to samo, jednak miał wrażenie, że nie jest to odpowiedni moment, zupełnie tak jakby Finley nagle odgrodził się jakąś niewidzialną barierą, przez którą nie będzie w stanie się przedrzeć i słowa, które powie się rozpłynął.
    Mimo wszystko uznał, że Darcy tak czy siak z nim pójdzie, więc kiedy usłyszał jego słowa, przystanął, trochę zamurowany, trochę zdziwiony i wbił w niego zmieszane spojrzenie, nie do końca wiedząc jak ma odebrać jego słowa. Poczuł się nimi dotknięty. Miał wrażenie, że co nie zrobił, kończyło się tak samo. Był oschły – źle. Chciał w końcu być miły – również źle. Nie pojmował jak ma się zachowywać aby w końcu zostać odebranym tak jak chciał.
    Złość zaczęła zalewać jego umysł, kiedy uświadomił sobie, że Finn znowu mu nie wierzy, a już wydawało mu się, że między nimi nawiązała się jakaś żałosna nić porozumienia. Był gotów rzucić to w diabły, bo przecież jaki był sens ciągnięcia tej farsy, skoro nikt nie był w stanie uwierzyć w jego dobre intencje, jednak uznał, że postąpiłby tak jak zawsze, wycofał się, w związku z czym pozostałby w tym samym miejscu i nic by się nie zmieniło. Musiał w końcu załatwić to inaczej, odrzucić irytację i podejść do tego z drugiejj strony.
    Wziął głęboki oddech i podszedł do niego, stanowczo przesuwając wcześniej rzuconą na stolik książkę, aby przysiąść na jego skraju i wlepić w Finna uważne spojrzenie.
    — Chodzi ci o to, że się nie odzywałem? — zapytał, nie spuszczając z niego wzroku. W końcu jednak westchnął i przeniósł go na jego różdżkę. — Nie chciałem żeby tak wyszło. Po prostu po drodze wyskoczyło mi parę poważnych spraw, które musiałem niezwłocznie załatwić, a przez które mój nastrój był… w dość niestabilnym stanie. Po pierwsze nie chciałem cię w to mieszać, a po drugie nie chciałem żebyś bez powodu na tym ucierpiał. Zdaję sobie sprawę, że w przypływie złości potrafię powiedzieć różne rzeczy, które dla co poniektórych są krzywdzące. Przeważnie się tym nie przejmuję, jednak po tym co przeszliśmy naprawdę nie chciałem żebyś poczuł się przeze mnie źle. A co do różdżki… — wskazał na nią brodą. — nie wiedziałem kiedy będę w stanie wręczyć ci ją osobiście, a nie chciałem abyś na nią długo czekał, bo wiedziałem, że jest ci potrzebna. To dlatego poprosiłem Vincenta aby ci ją przekazał.
    Chyba jeszcze nigdy przed nikim się tak nie tłumaczył i w związku z tym poczuł się nieco dziwnie. Z drugiej strony miał wrażenie, że mimo wszystko jest mu lżej. Być może wieczne gierki, ukrywanie emocji oraz brak rozmów były przyczyną tak wielu nieporozumień i niedopowiedzeń, w które zawsze się wplątywał. W efekcie wystarczyło tylko trochę odwagi aby powiedzieć co naprawdę się czuje, aby nieco rozjaśnić poszczególne sytuacje i uniknąć kolejnych nieprzyjemnych dla nich obu zdarzeń.
    — Rozumiem dlaczego nie chcesz ze mną pójść. I nie będę cię do niczego zmuszać — zsunął się z krawędzi stolika i schował ręce do kieszeni. — Ale wiedz, że nie zaproponowałem tego z litości. Po prostu dawno się nie widzieliśmy i uznałem, że jest okazja aby w końcu spędzić razem czas.

    Black,który nie jest Blackiem

    OdpowiedzUsuń
  106. — W porządku — odparł, nie chcąc naciskać. Sam z doświadczenia wiedział, że niektóre myśli, które zasiedlają umysł zdecydowanie trudniej ubrać w słowa. Odnosił jednak wrażenie, że Finn dodatkowo sobie wszystko w tej swojej głowie utrudniał, a w rzeczywistości to, o czym myślał, może wcale nie było aż tak skomplikowane. Nie mógł jednak wymagać od niego zbyt wiele w tej kwestii, kiedy sam robił dokładnie to samo.
    Słuchał uważnie kolejnych jego słów, a widząc jego uśmiech, coś podskoczyło w jego klatce piersiowej. Uświadomił sobie jak rzadko go widział. Nie mógł się jednak dziwić, skoro wcześniej prosząc go o różne przysługi nie zwracał prawie w ogóle na niego większej uwagi, a później, kiedy taka możliwość się pojawiła przygody jakie ich spotkały nie zachęcały zbytnio do okazywania radości. Chciał za wszelką cenę to zmienić, uznając, że w końcu należy im się coś w nagrodę, dlatego miał nadzieję, że wyjście do Hogsmeade będzie udane i nie natrafią tam na kolejne przeszkody w postaci jadowitych tentakul czy niespodziewanej niesubordynacji różdżki.
    — Nie uważam, że jesteś słaby. Nigdy tak nie pomyślałem — zaprzeczył szybko, chcąc od razu to naprostować. — Wiesz, wlepianie szlabanów oraz odejmowanie co poniektórym punktów rzeczywiście czasem daje mi niemałą frajdę ale nieświadome sprawianie przykrości to już trochę co innego. Coś, czego wolałbym unikać bo zdaża się to zbyt często — przyznał, krzywiąc się odrobinę. — Ale będę miał na uwadze to co powiedziałeś — dodał, delikatnie się uśmiechając i w gruncie rzeczy ciesząc się, że Finn mimo wszystko chce spędzić z nim czas.
    Zastanawiało go tylko jedno, a mianowicie rzeczy, których nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie śmiał spytać Finleya co miał na myśli mówiąc to ale czuł, że gdyby dowiedział się co dokładnie przeżył, wcale by mu się to nie spodobało.
    Z tą niepokojącą myślą w głowie nagle poczuł jak Finn się do niego przytula. Był to szybki i słaby uścisk, a mimo to Arthur miał wrażenie, że brakuje mu powietrza. Automatycznie chciał go objąć i zamknąć w ciasnym, długim uścisku ale nim zdążył zareagować, Puchon znów stał o krok od niego.
    — Ja też — powiedział trochę ciszej niż powinien, skupiony na szybkim biciu serca, które dudniło mu w uszach i na chwilę zamroczyło trzeźwość umysłu. Był trochę wstrząśnięty tym jak takie krótkie objęcie na niego zadziałało. Jednocześnie uświadomił sobie, że naprawdę miał gdzieś to czy ktoś ich zobaczy. Jedyne czego właśnie pragnął, to ponowne przyciągnięcie go do siebie. Nie miał jednak zbyt dużo odwagi, tak samo jak nie miałby wyjaśnień na takie zachowanie z jego strony. Przygryzł dolną wargę, bijąc się ze swoimi myślami.
    — Pójdę po coś cieplejszego do ubrania — odezwał się w końcu, na powrót przybierając opanowany wyraz twarzy i spokojny ton. Powoli zaczął kierować się ku drzwiom. — Spotkajmy się przy wejściu.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  107. Arthur poszedł do dormitorium jedynie w celu zmienienia szaty na trochę cieplejszą przez co na dole znalazł się dość szybko. Czekanie na Finleya wprawiło go w pewną nerwowość, której zwykle nie odczuwał. W zasadzie można stwierdzić, że Black się po prostu stresował, zupełnie tak jakby mieli iść na randkę. Nie mógł jednak poradzić nic na to, że spotkali się akurat w tym dniu, a zaproponowanie wyjścia do Hogsmeade mogło wydawać się nieco dwuznaczne.
    To miało być tylko zwykłe wyjście, a mimo to Arthur zaczął się zastanawiać czy nie było to jedynie wmawianie samemu sobie w celu usprawiedliwienia się przed nim i całą resztą, że jest inaczej.
    Zachwiał się, czując niespodziewany ciężar i z trudem utrzymał równowagę. W pierwszej chwili pomyślał, że może to Johnson, bo tylko on chyba byłby w stanie odważyć się na taki gest, oczywiście w celach humorystycznych, jednak po chwili usłyszał Finna, i zaraz potem go zobaczył od razu zauważając, że coś się w nim zmieniło. Rzeczywiście przez chwilę pomyślał o tym, że może Puchon się rozmyślił, dlatego na jego widok ucieszył się jeszcze bardziej, czując dziwny ucisk w żołądku. A może to były motylki?
    — Wyglądasz… inaczej — skomentował i dopiero po chwili uświadomił sobie, że mogło to zabrzmieć niezbyt miło, więc szybko dodał: — Ładnie.
    W tej chwili miał ochotę spoliczkować samego siebie za swoje drewniane teksty i nieumiejętność w komplementowaniu innych. Zawsze zastanawiał się dlaczego to takie trudne, nie mając świadomości, że przez to, że na Finnie od jakiegoś czasu zaczęło mu zależeć, blokuje się w tych kwestiach jeszcze bardziej. — I w jakim to języku? — spytał szybko, odnośnie tego co powiedział na końcu, chcąc zmienić temat.
    Nie znał walijskiego. Oprócz angielskiego biegle posługiwał się językiem francuskim i znał podstawy niemieckiego. Język walijski słyszał bardzo rzadko dlatego nie skupiał na nim swojej uwagi. Nie miał pojęcia o znaczeniu słowa w walentynce – nie zdążył go jeszcze rozszyfrować, chociaż domyślał się co mogło oznaczać.
    — A co? Boisz się, że mogą nas wziąć za parę? — zapytał z lisim uśmiechem na ustach, uświadamiając sobie, że jemu wcale by nie przeszkadzało gdyby ktokolwiek tak o nich pomyślał. Na samą tę myśl zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco. — Zdaję sobię sprawę, że bucowaty prefekt bezczelny jako chłopak, a nie jakaś ładna, ponętna dziewczyna to może nie jest szczyt twoich marzeń ale mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś zniesiesz ze mną ten dzień. Swoją drogą chyba nas przeteleportuję, i tak jest już dość późno. — mówiąc to wyciągnął w jego kierunku dłoń. Jakoś nie chciał bezczelnie łapać jego ręki sam, zauważając, że Finn chyba czuje się o wiele lepiej, kiedy to on sam zainicjuje jakikolwiek dotyk z drugą osobą.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  108. — Może dostałem, może nie — wzruszył ramionami. — Dla mnie to dzień jak każdy inny, nie miałem zamiaru go jakoś specjalnie świętować, ale skoro panuje dziś taka towarzyska atmosfera, a w Hogsmeade pewnie są jakieś dodatkowe promocje — tutaj Arthur myślami zawędrował oczywiście do Pubu pod Trzema Miotłami i trunków dostępnych dla pełnoletnich — to czemu by tego nie wykorzystać skoro dawno się nie widzieliśmy?
    Na pytanie o rodzicach mina nieco mu zrzedła i choć Arthur starał się ukryć, że ten temat nie tylko go zaskoczył, co wprawił w dyskomfort, tak po jego oczach było widać pewną niechęć. Blackowie rzeczywiście bardzo restrykcyjnie podchodzili do czystości krwi uważając mugoli i mugolaków za coś gorszego. Małemu Arthurowi tłumaczyli, że tacy ludzie są po prostu skażeni i nie warci uwagi prawdziwych czarodziejów i rzeczywiście dopóki Krukon nie poszedł do Hogwartu, rodzice zadbali aby nie miał nigdy styczności w młodszych latach z takimi osobami. Przez cały ten czas Arthur wyobrażał sobie mugolaków jako ciężko chore osoby, no bo przecież jak mogli inaczej wyglądać, skoro byli skażeni?
    Dopiero będąc w szkole uświadomił sobie, że to nieprawda, bo w rzeczywistości, nie znając jeszcze nikogo, nie potrafił odróżnić czy dany czarodziej jest czystej krwi czy nie. Każdy wyglądał tak samo, zachowywał się tak samo, mówił tak samo. I choć rzeczywiście kiedy dowiadywał się, że ktoś jest mugolakiem, nagle automatycznie traktował tę osobę nieco gorzej, a było to oczywiście tylko i wyłącznie wynikiem przez lata wmawianych mu przez rodziców bzdur, tak z czasem zaczął po prostu na tę przypadłość obojętnieć.
    — Moi rodzice nie muszą wiedzieć z kim spędzam walentynki, nie kontrolują całego mojego życia — odparł suchym tonem. Nie było to po części prawdą – pomimo tego, iż Arthur w świecie czarodziejskim uzyskał już pełnoletniość i teoretycznie mógł już robić co chciał, Blackowie nadal byli wyjątkowo przewrażliwieni na jego punkcie i niezmiennie od lat musiał co tydzień wypisywać listy do swojej matki na temat swoich postępów w nauce oraz osiągnięć. Tak jak jako dziecko robił to z przyjemnością, dumny z tego, że jest wzorowym uczniem, tak z czasem zaczęło go to po prostu nużyć; uważał, że jest to już zbyt dziecinne i zbędne, jednak wiedział, że jeśli przestanie, jego matka dostanie szału i sama zacznie wypisywać listy do szkoły co byłoby wyjątkowo upokarzające. — Swoją drogą, myślałem, że jesteś półkrwi — dodał, domyślając się, że przez zadane przez niego pytanie jest zgoła inaczej.
    Został wystawiony na próbę i postanowił ją zdać – nie chciał ulec uprzedzeniom z dawnych lat. Tym razem postanowił zaufać swoim uczuciom, które z każdej strony pchały go ku Finnowi i nie pozwalały mu spojrzeć na niego tak, jak patrzył kiedyś. Coś się ewidentnie zmieniło i tym razem, wyjątkowo, Arthur postanowił się temu poddać.
    — Jasne — prychnął, uśmiechając się z rozbawieniem i ścisnął mocniej jego dłoń, czując jak znów powraca do niego uczucie gorąca. — Ja nie muszę się przed nikim popisywać. I tak jestem już świetny — wyjął z kieszeni różdżkę, zamknął oczy i skupił się na celu podróży, a już po chwili jedyne co po nich zostało to wzmącone powietrze.

    Wylądowali w samym centrum miasteczka, otoczeni przez głośne tłumy ćwierkających do siebie par i grup przyjaciół. Hogsmeade już dawno nie było aż tak tłoczne. W powietrzu dało się wyczuć słodki zapach, a witryny sklepów przyozdabiały oczywiście wszechobecne dekoracje składające się z najróżniejszych serduszek, które jeszcze bardziej podsycały walentynkową atmosferę. Na ten widok Arthur przez chwilę zwątpił. Wspomnienia z jego nieudanych walentynek z Greengrass jak fala zalały jego umysł, a co chwila przeciskający się uczniowie i ciasnota wywołana sporą ilością osób zaczęły wyzwalać jego klaustrofobiczne lęki, przez co jedyne co chciał w tej chwili zrobić, to uciec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Finn? — nadal trzymał go za rękę i miał nadzieję, że jeszcze przez chwilę tak pozostanie. Dzięki temu czuł się bezpieczniej, chociaż serce dudniło mu jak oszalałe z napływającego stresu. — Może pójdziemy najpierw do Derwisza i Bangesa?

      Black

      Usuń
  109. Chociaż starał się aby z zewnątrz nie dało się dostrzec tego, co właśnie działo się w jego głowie, wiedział, że nie da rady w stu procentach zatuszować zestresowania, nad którym wyjątkowo nie miał kontroli. Najlogiczniejsze było jak najszybsze wyjście z tłumu, jednak Arthur stał jak kołek, nie mogąc się ruszyć i był naprawdę wdzięczny, że Finn, jakby czytając mu w myślach, wyprowadził ich w trochę mniej zatłoczoną alejkę.
    — Wszystko w porządku, to tylko… Przez teleportację. Trochę zakręciło mi się w głowie — wyjaśnił pospiesznie, biorąc głęboki oddech i uświadomił sobie, że nadal trzyma go za rękę, przez co zrobiło mu się głupio. Nim jednak ją puścił, ścisnął ją mocniej przez ułamek sekundy, po czym schował dłoń do kieszeni, prostując się i na powrót przybierając opanowany wyraz twarzy.
    — Chodźmy — rozejrzał się aby zorientować się gdzie dokładnie się znajdują, po czym ruszył w stronę wymienionego wcześniej sklepu.
    W środku oczywiście nie było zbyt dużo luźnej przestrzeni, jednak Black powoli zaczął się do tego przyzwyczajać dzięki czemu coraz mniej zaczęło mu to przeszkadzać. Czując się coraz pewniej wśród innych uczniów – i przy okazji czując na sobie wzrok co poniektórych z nich – zaczął rozglądać się po półkach, szukając czegoś co być może przykuje jego uwagę. W zasadzie nie miał zielonego pojęcia co to mogłoby być i tak w sumie krążył trochę bez sensu do czasu, aż jego oczy nie dostrzegły czegoś srebrnego w oddali. Kiedy podszedł bliżej uniósł do góry brew widząc mieniący się napis: Tęsknisz za swoją drugą połówką? To już nie problem! Od dziś będziecie mogli być w ciągłym kontakcie. Tuż pod nim widniała kolekcja metalowych breloczków, każdy w innym kształcie, przypominającym poszczególne zwierzę. Arthur wziął pierwszy lepszy z nich i zaczął mu się badawczo przyglądać.
    — Można się przez nie komunikować! — dziewczęcy, donośny głos wkradł mu się do ucha i sprawił, że o mało nie podskoczył z zaskoczenia. Odwrócił się w stronę jego posiadaczki, która okazała się jedną ze sprzedawczyń sklepu – stała tuż przed nim z szerokim promiennym uśmiechem i lekko zarumienionymi policzkami. Mogła być starsza od niego ledwo o rok czy dwa lata.
    — W jaki sposób? — zapytał, ponownie przenosząc wzrok na breloczek, który z pozoru niczym się nie wyróżniał.
    — To proste. Są zaczarowane tak aby do każdego dopasowały się indywidualnie. Wystarczy, że druga osoba również będzie taki mieć. Jeśli będziesz o niej bardzo intensywnie myśleć i coś powiesz do breloczka, powinna cię usłyszeć — oznajmiła biorąc jeden do ręki i demonstracyjnie przybliżyła go do swoich ust. — Super, co nie? Idealny prezent na walentynki. Zdecydowanie bardziej praktyczny niż opijanie się herbatką u pani Puddifoot, chyba nigdy tego nie zrozumiem… Ale nie ważne. To jak? Skusisz się? Twoja dziewczyna na pewno się ucieszy!
    — W sumie to trochę głupie — skomentował Arthur, a widząc nagłą, trochę zdezorientowaną minę dziewczyny, wskazał na napis nad breloczkami. — Ten napis. Przecież można się przez to komunikować z każdym. Nie tylko drugą połówką.
    — Och… No tak — jeśli została zbita z tropu to tylko przez chwilę, bo zaraz wzruszyła ramionami i znów szeroko się uśmiechnęła, zaczepiona przez jakiegoś innego ucznia. Wykorzystując odwrócenie uwagi, Arthur postanowił szybko wycofał się z zasięgu jej wzroku.
    Chwilę zajęło mu aby znaleźć w tłumie Finna i przecisnąć się do niego, jednak kiedy tak już się stało, położył dłoń na jego ramieniu, tak zapobiegawczo aby go nie zgubić.
    — Już myślałem, że uciekłeś — uśmiechnął się trochę złośliwie. — Chodź, znalazłem coś fajnego. Jakiego masz patronusa? — spytał i zaczął ciągnąć go za rękaw w stronę wcześniej widzianych breloczków.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  110. (Lubię te Finnowe zwroty akcji. I nie mogłam się powstrzymać z tym Napoleonem (wink wink))

    — Aby się ode mnie uwolnić — wyjaśnił niedbale. Pomimo wcześniejszych zapewnień Finna, iż chciał spędzić z nim czas, Arthur nadal miał pewne wrażenie, że ciągle go do czegoś zmusza; zapewne było to skutkiem tego jak obchodził się z nim wcześniej – każąc wykonywać mu różne zadania i nawet nie pytając się go o zdanie. Za każdym razem kiedy o tym myślał, czuł wstrętne wyrzuty sumienia, których nigdy wcześniej nie doświadczał.
    — O, moi sąsiedzi mieli takiego psa. Pasuje do ciebie — odparł, nie potrafiąc ukryć uśmiechu. Kiedy był dzieckiem bardzo często bawił się z Napoleonem dopóki matka nie uznała, że po owej zabawie zawsze przychodzi zbyt brudny i zakazała mu zbliżać się do zwierzaka. Od tamtej pory jedyne co mu zostało to tęskne wypatrywanie psiaka zza płotu, który po jakimś czasie i tak zdechł ze starości. Niemniej pozostał on w sercu Arthura i zawsze przywoływał ciepłe wspomnienia oraz sprawił, że jednym z cichych marzeń Blacka było właśnie posiadanie psa.
    Przypominając sobie Napoleona, humor Krukona automatycznie się poprawił, nim jednak zdążył sięgnąć bo jeden z breloczków i pokazać go Finnowi, Puchon zadał mu niespodziewane pytanie, które trochę zbiło go z tropu.
    Zmarszczył brwi, chcąc zapytać się skąd przyszło mu to do głowy, skoro przecież jedyną osobą, z którą spędzał właśnie walentynki był on, jednak nie zdążył. Odprowadził Finleya zagubionym spojrzeniem, rozdarty czy od razu pójść za nim, czy pozwolić aby na chwilę się rozdzielili. Wmawiał sobie, że może to przez tłum Puchon nagle poczuł się gorzej i potrzebował świeżego powietrza, postanawiając wyjść na zewnątrz, jednak podświadomie wiedział, że przyczyna jest zgoła inna.
    Pospiesznie wziął dwa breloczki – jeden w kształcie konia, drugi w kształcie psa i ruszył w stronę kasy.
    — O, jednak wróciłeś! — dziewczyna, którą wcześniej spotkał znów posłała mu firmowy uśmiech i wzięła od niego dwa breloczki. — Niech zgadnę! Twoja dziewczyna bardzo lubi psy? A może jeździ konno? Wiedziałam, że te postaci zwierząt to dobry pomysł! Na początku miały być tylko same serduszka. Banał, co nie? Ach, a jeśli już o tym mowa, z okazji walentynek dajemy łańcuszki gratis! W każdej chwili możecie za pomocą zaklęcia zmniejszyć breloczek, przypiąć do łańcuszka i voila! Nie dość, że fajny wisiorek, to jeszcze jaki praktyczny — Arthur milczał, nie mogąc się nadziwić jak można tyle trajkotać. — O i zapomniałam dodać, a to bardzo ważne, że jeśli druga osoba do ciebie mówi to słyszysz ją tylko ty, nikt inny. Także nie ma się o co martwić, że ktoś będzie was podsłuchiwać kiedy będziecie szeptać sobie czułe słówka…
    — Świetnie. Ile płacę?
    — Och, dwadzieścia sykli — odpowiedziała, a widząc minę Arthura chyba w końcu zrozumiała, że jej rozmowność raczej nie przypadła mu do gustu. A przynajmniej taką nadzieję miał Krukon, kiedy z grobowym wyrazem twarzy, tak bardzo niepasującym do panującej wokół atmosfery, wręczał jej pieniądze. Niestety, chyba się przeliczył.
    — Twoja reszta. Życzę udanych walentynek, mam nadzieję, że dziewczyna będzie zadowolona z prezentu! I zapraszam ponownie!

    Arthur trzasnął za sobą z rozdrażnieniem drzwiami, niedowierzając, że ktokolwiek może być tak męczący w tak krótkim czasie. Cały dobry humor uleciał z niego jak z przedziurawionego balonika, a widząc opartego o ścianę Finna poczuł się jeszcze gorzej, zły na siebie, że kazał mu tyle czekać. To wszystko wina tej natrętnej, irytującej…
    — Źle się czujesz? — jego ton był oazą spokoju, chociaż w środku aż kipiał. Czasem tak miał, że zbyt szybko popadał w złość, wyprowadzony z równowagi największymi pierdołami. — Proszę. To dla ciebie — dodał, wręczając mu jedno z pudełek, w których był breloczek. Miał nadzieję, że dzięki temu im obojgu poprawi się humor.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  111. — To w ramach tego nie odzywania się — oznajmił, wskazując na pudełko. — Teraz dla odmiany będziemy mogli rozmawiać do woli — uśmiechnął się z delikatnym zakłopotaniem i już chciał przekazać mu wszystko odnośnie breloczków, co przed chwilą przekazała mu dziewczyna w sklepie, kiedy Darcy niespodziewanie się przysunął i objął jego szyję.
    Zaskoczony poczuł znowu gwałtowne uderzenie gorąca i ciężkość w brzuchu. Choć nie było to po nim widoczne, nie do końca potrafił zrozumieć tak błyskawicznych zmian nastroju u Finna. Im więcej czasu spędzali, tym bardziej powinien go poznawać i rozumieć, tymczasem Finn stawał się dla niego coraz większą zagadką i jedną, wielką niewiadomą. Nic dziwnego, że przykuł uwagę Krukona – Arthur zdecydowanie zaliczał się do osób, które lubiły wyzwania, a Darcy, cóż, był dla niego poniekąd wyzwaniem, któremu za wszelką cenę chciał podołać.
    Choć było to samolubne z jego strony, postanowił wykorzystać sytuację, nie mając pojęcia czy kiedykolwiek jeszcze się w takiej znajdą, będąc tak blisko siebie jak nigdy. Objął go ramieniem i wplótł palce w jego włosy; już od jakiegoś czasu chciał to zrobić, zbadać ich miękkość i strukturę.
    Całe to zdarzenie z jednej strony go radowało, a z drugiej wprawiało w dyskomfort. Nie przywykł do okazywania jakichkolwiek uczuć publicznie, a już w szczególności kiedy nie był na nie przygotowany.
    Ciepły oddech, który owiał jego ucho jednocześnie sprawił, że przeszły go ciarki i postanowił chociaż przez chwilę się tym nie przejmować. Finn nawet nie miał pojęcia w jak wrażliwe miejsce trafił.
    — Wiesz, że nie musisz się przede mną tłumaczyć — zapewnił go, chociaż cały ten wywód Finna jakoś mu schlebiał. Do czasu, aż nie dodał na samym jego końcu czegoś, co dosłownie go zamurowało i zdecydowanie z paru przyczyn, a nie tylko tej jednej.
    — Przyznaj, nawdychałeś się czegoś w tym sklepie i dlatego gadasz od rzeczy — dodał z lekkim rozbawieniem, chociaż wcale nie było mu do śmiechu.
    To nie zawód, który nagle poczuł, go przeraził – bo skoro Finley żywił do niego uczucia stricte przyjacielskie, teoretycznie był w stanie mu je dać, z nadzieją, że to dziwne zauroczenie Puchonem wypali się równie szybko, jak się pojawiło i zamieni w zwykłą, braterską więź – lecz świadomość, że już jest dla kogoś starszym bratem i to wyjątkowo beznadziejnym. Poczuł wstręt do samego siebie, świadomy jak bardzo jest niegodzien takich słów. Nikt nie chciałby takiego brata jak on. Nikt nie chciałby mieć w ogóle z nim do czynienia, gdyby dowiedział się jakie krzywdy wyrządził swojej własnej siostrze, którą przez połowę swojego życia traktował niekiedy gorzej niż Skrzata Domowego. Na samą myśl o tym wszystkim robiło mu się niedobrze.
    Nagle zapragnął znaleźć się zupełnie gdzie indziej, jak najdalej od kogokolwiek, w samotności, w spokoju walcząc z miażdżącymi myślami, które jak fala zaczęły zatruwać jego umysł. Wiedział jednak, że jest to niemożliwe - po tym co powiedział mu Finn, nie mógł go tak po prostu zostawić. Musiał poradzić sobie więc w inny sposób. Musiał się napić.
    — Chodźmy do Trzech Mioteł. Może masz ochotę na coś mocniejszego? — zapytał, w końcu się od niego odsuwając.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  112. [Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie lubię (a zatem i moje postaci) być w jakiś sposób nielicznym wyjątkiem ;) Z drugiej strony Iphigeneia też jest nieco nieudolna w kontaktach międzyludzkich, zwłaszcza damsko-męskich - o jakimkolwiek charakterze, więc pójście i w tym kierunku mogłoby wypaść naprawdę ciekawie.
    Hm, może jakaś burza mózgów na mailu?]

    Finnigan

    OdpowiedzUsuń
  113. [Jak zapraszasz, to przyszłam, z chęcią zostanę tym innym pierwszakiem, na którego Finn zwymiotował. Ba, Maddie mogła mu nawet zafundować te słodycze! I wreszcie, po pięciu latach jakoś się zaczniemy do siebie odzywać, co? :D]

    M. Marrow

    OdpowiedzUsuń
  114. (Powoli wracam do żywych. Proszę nie bić za to coś na dole. :( )

    Kiedy Finley niespodziewanie wystartował i zaraz zniknął w tłumie, Arthur nie miał zamiaru również się przez niego przeciskać. Nadal czuł palące ciepło na policzkach i w klatce piersiowej i wiedział, że musi tak jeszcze chwile postać, aby ochłonąć. Zresztą był ciekaw jakie życzenie mógłby spełnić, gdyby pojawił się jako drugi.
    Postanowił wybrać trochę okrężną drogę aby znów nie znaleźć się pomiędzy zgiełkiem, który zdecydowanie nie wpływał na niego pozytywnie. Zapewne nie dostałby już żadnego ataku paniki, jednak przebywanie w tak ciasnych miejscach, wśród tylu osób nadal wydawało mu się wyjątkowo niekomfortowe. Oczywiście nie liczył na to, że w Trzech Miotłach będzie lepiej, jednakże tam będzie mógł skupić swoją uwagę na czymś co zdecydowanie ją zaabsorwuje, a mianowicie – Ognista Whisky.
    Po dotarciu do celu rozejrzał się po lokalu i zmarszczył brwi, nie mogąc nigdzie wyłapać znajomej mu już czupryny. Nie wierzył, że przy jego tempie dotarł pierwszy, dlatego pierwsze o czym pomyślał, to fakt, że może Puchon postanowił pójść do toalety. Kiedy jednak po paru kolejnych minutach stania i czekania nic się nie zadziało, postanowił sam to sprawdzić – z własnych doświadczeń wiedział, że ubikacja nie zawsze należała do bezpiecznych, a już szczególnie ta w Trzech Miotłach – to w końcu w tym miejscu jego twarz została przyozdobiona o parę siniaków, a różdżkę rozbito na drobny mak.
    Niestety, jedyne co zastał to puste kabiny i jakąś obściskującą się parę, którą zmierzył nieprzychylnym spojrzeniem, zastanawiając się dlaczego wybrali na takie rzeczy akurat tak paskudną lokację. Brak Finleya spowodował, że powoli zaczął się denerwować, a jego mózg zaczął produkować nieprzyjemne myśli na temat tego, że Darcy może w jakiś sposób przestraszył się tego, że byli tak blisko i postanowił dać nogę. Nagle poczuł nieprzyjemne zimno, biegnące wzdłuż karku i kompletnie stracił ochotę na jakikolwiek alkohol, pragnąc jak najszybciej znaleźć się z powrotem w swoim dormitorium. Po wydarzeniach z pewnym Ślizgonem, które na przestrzeni ostatniego roku dość mocno zaważyły na jego zaufaniu do ludzi, jedną z rzeczy, której najabardziej nie mógł znieść, było pozostawienie go bez słowa, olewanie, brak jakiejkolwiek interakcji. I chociaż przez ostatni miesiąc sam zachowywał się tak w stosunku do Finleya – nie widząc w tym niczego złego, bo przecież robił to nieświadomie – kiedy coś podobnego zaczęło dotyczyć jego osoby, nie znosił tego zbyt dobrze . Niemniej nadal było mu z tego powodu trochę głupio – dlatego chciał spędzić z nim ten dzisiejszy dzień i jakoś go wynagrodzić. Ostatnią rzeczą o jakiej myślał to takie samo zagranie ze strony Puchona.
    Nagle przypomniał sobie o danym mu przed chwilą prezencie i poczuł się beznadziejnie. To była idealna okazja aby go użyć, jednak nie miał zielonego pojęcia czy zadziała, a poza tym nie do końca wyjaśnił Finnowi jak ono działa, czego od razu zaczął żałować. Nie sądził jednak, że zaraz się rozdzielą.
    Wyszedł na zewnątrz, oparł się o ścianę budynku i wyjął z kieszeni pudełeczko, które z powątpieniem zaczął rozpakowywać. Chwilę tak przypatrywał się srebrnemu breloczkowi w kształcie konia, uświadamiając sobie jak głupie będzie mówienie do niego, aż w końcu uniósł go do swoich ust i skupił całą swoją uwagę na Finnie. Kiedy tylko przymknął oczy, pierwsze co zobaczył pod powiekami to jego rumiane policzki; element prawie ciągle goszczący na jego twarzy i tak charakterystyczny, że z pewnością na zawsze pozostanie w pamięci Arthura.
    — Finn? Słyszysz mnie? — wymamrotał głupio w stronę metalu, który nagle, jak za sprawą magicznej różdżki, rozświetlił się jasnym blaskiem, jak gdyby chciał oznajmić, że został włączony i działa.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  115. Nie sądził, że zadziała. Choć podświadomie liczył, że nagle usłyszy głos Finna, w rzeczywistości był niemal pewien, że tak się nie stanie. Jego racjonalizm niestety coraz częściej przeradzał się w pesymizm, którego nie potrafił się pozbyć, a który dodatkowo nie pomagał mu w pogodzeniu się ze swoją skomplikowaną naturą. Kiedy więc jego pochmurne myśli zostały zagłuszone przez znajomy dźwięk, poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a cały umysł jak lawina zalewa niespodziewana ulga. Nieważne co Finley miał mu do powiedzenia, w tej chwili liczyło się tylko to, że udało im się nawiązać kontakt. Słuchając jego tłumaczeń, mimowolnie uśmiechnął się pod nosem; utwierdziły go w przekonaniu, że kupno breloczków było wyjątkowo dobrym pomysłem – znając życie rozdzielą się jeszcze nie raz w nieodpowiednim momencie, chociaż Arthur zdecydowanie wolałby już tego uniknąć.
    — Czekam — odparł krótko, ściskając w dłoni chłodny metal i zaraz schował brelok z powrotem do kieszeni. Był zaskoczony tym jak szybko jego nastrój uległ zmianie – nie powinien tak myśleć, jednak ucieszył się, kiedy Puchon oznajmił mu, że się zgubił, bo świadczyło to tylko o niefortunnym zdarzeniu, a nie zaplanowanej ucieczce od jego osoby.
    Na widok Finleya wszelkie czarne myśli, które parę minut wcześniej atakowały go z każdej strony, odeszły w niepamięć.
    — Chciałbyś — odparł zgryźliwie, uśmiechając się kącikiem ust. — Ktoś tu po prostu stracił poczucie czasu — dodał, a kiedy Finn znowu znalazł się bliżej, niż powinien, Arthur zerknął przelotnie w jego oczy, szepcząc:
    — Będziesz musiał spełnić moje życzenie.
    Zaraz jednak się wyprostował i jakby nigdy nic złapał go za nadgarstek, tak zapobiegawczo, chociaż w obecnej chwili prawdopodobieńswo, że znów się zgubi było raczej nikłe. Chociaż dopiero co był w Trzech Miotłach, miał wrażenie, że wchodzi do lokalu po raz pierwszy, widząc wszystko bardziej przejrzyście, bez niepokojących emocji, które jego skupienie sprowadzały tylko do jednego celu. W oddali zaczął zauważać znajome twarze – w tym osoby dzielące z nim dormitorium, do których w innych okolicznościach zapewne by się przysiadł, jednak dziś nie miał nastroju na znoszenie nieprzychylnych spojrzeń Faradyne’a, który w towarzystwie Johnsona, stawał się na niego wyjątkowo cięty. Ograniczył się jedynie do kiwnięcia w ich stronę głową, i choć nie poświęcił im zbyt dużej uwagi, widział zdziwienie w ich oczach na widok jego towarzysza.
    — Wolałem najpierw upewnić się czy przypadkiem ode mnie nie uciekłeś. Wtedy przynajmniej bym wiedział, że będę potrzebować podwójnej dawki alkoholu.
    Arthur miał parę słabości i nie były to jedynie tematy dotyczące jego rodziny czy paniczne lęki przed ciasnymi, ciemnymi pomieszczeniami. Chociaż z pozoru mogłoby się wydawać, że jest na tyle dojrzały i mądry aby nie ulegać pewnym, popularnym młodzieżowym nawykom, Black nie różnił się wcale od swoich rówieśników, również nie stroniąc od ogólnodostępnych używek. Papierosy były tylko jedną stroną medalu, drugą był alkohol. Nie zaliczał się jednak do tych, którzy tracili nad sobą kontrolę; wiedział, kiedy przestać, chociaż nie raz miał ochotę aby tę granicę przekroczyć i w końcu pozwolić aby procenty zrobiły z nim co tylko chcą – zaraz jednak przypomniał sobie swoich sponiewieranych rówieśników, bądź kogoś takiego jak Sheehan, któremu alkohol mózg zamroczył totalnie, przez co nawet nie potrafił pojąć, że Krukon nie jest jego najlepszym przyjacielem.
    Niemniej nie widział niczego złego aby od czasu do czasu wprowadzić się w stan lekkiego wstawienia, który zwykle go rozluźniał, sprawiając, że na chwile pozbywał się wiecznego kija w dupie.
    — Na pewno nic nie chcesz? — zapytał, podchodząc do baru aby zamówić Miodowe Piwo z mocniejszym dodatkiem. Miał to szczęście, że jako pełnoletni czarodziej nie musiał już użerać się z obsługą na temat tego czy powinien pić tego typu trunki, czy nie. Oczywiście nawet przed ukończeniem siedemnastu lat przychodził z tymi samymi zachciankami, i o dziwo, koniec końców zawsze dostawał to czego chciał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomagało mu w tym oczywiście nazwisko oraz to, że jeden z barmanów miał parę rzeczy na sumieniu, które wyszły na jaw w Departamencie, w którym jego matka obejmuje stanowisko zastępcy szefa. Dzięki temu mężczyzna nie śmiał sprzeciwiac się Arthurowi, wiedząc, że jeśli mu podpadnie, podpadnie również i jego rodzicielce, która za sprawą jednego pisma będzie w stanie ujawnić wszystkie jego sekrety i zniszczyć mu życie. Josephine Black, jak nikt inny, była do tego zdolna.

      Black

      Usuń
  116. Chociaż nie miał jeszcze zielonego pojęcia co Finn dokładnie mógłby spełnić, wiedział, że nie będzie to w żadnym wypadku życzenie pokroju tych, o które prosił go wcześniej. Zrobiło mu się głupio, bo nie chciał aby zabrzmiało to tak jak kiedyś. Naprawdę pragnął sprawić aby Finley zaczął patrzeć na niego trochę inaczej i nie rozpamiętywał tego jak traktował go wcześniej. Z jednej strony, Blackowi wydawało się, że między nimi już jest w porządku pod tym względem, a z drugiej nadal odczuwał pewną obawę - z autopsji wiedząc, że czasami nawet jeśli ktoś coś bardzo czegoś chce, nie jest w stanie o pewnych przykrościach zapomnieć - że Puchon cały czas podświadomie ma do niego żal.
    — Dla mnie szalone jest to, że chcesz spędzać ze mną czas, pomimo tego co ci zrobiłem — powiedział w końcu szczerze, w tym samym czasie łapiąc kufel Kremowego Piwa. Nie chciał roztrząsać tego tematu, jednak czuł, że jeśli z siebie tego nie wyrzuci, będzie go to po prostu gryzło.
    Upewnił się czy Finn nadal trzyma jego rękaw i zaczął ostrożnie przedzierać się przez tłumy w głąb lokalu, chcąc znaleźć bardziej ustronne miejsce, co oczywiście łatwe nie było. Na ich szczęście jakaś parka właśnie zaczęła się zbierać, więc Black czym prędzej pognał w tamto miejsce, z hukiem stawiając kufel na stoliku, chociaż dziewczyna z chłopakiem jeszcze nie zdążyli założyć swoich kurtek.
    — No co? Przecież wychodzicie — burknął, dostrzegając ich zdziwione spojrzenia i łaskawie poczekał, aż się zbiorą, zajmując miejsce dopiero kiedy się oddalili. Zdjął z siebie szatę, podwinął mankiety swojej koszuli i przysunął kufel bliżej, upijając łyk i powoli przyzwyczajając się do palącego uczucia w gardle, które pojawiało się dopiero po chwili. Zdecydowanie tego właśnie potrzebował.
    — A co innego by mi zostało do roboty? — zapytał w końcu, patrząc na niego uważnie. — Nie lubię jak ktoś mnie zostawia — dodał po chwili zawahania, czując się głupio, że o tym mówi, bo było to dla niego dość osobiste. Był zdecydowanie trochę przewrażliwiony na tym punkcie – na punkcie zostawiania go i mówienia o sobie jednocześnie.
    — Ale nieważne. Lepiej mi powiedz jak sprawuje się twoja różdżka? — zapytał pospiesznie, chcąc zmienić temat, jednak nim Finn zdążył odpowiedzieć, Arthur kątem oka dostrzegł zbliżającą się do nich sylwetkę. Uniósł wzrok na dziewczynę, która z widocznie rumianymi policzkami nad nimi przystanęła i zmarszczył brwi.
    — Cześć… — wydukała i mocniej zacisnęła dłonie na różowym pudełku. Chwilę zajęło Arthurowi aby uświadomił sobie co dokładnie dziewczyna trzyma. Nosiła na sobie barwy Hufflepuffu i wyglądała na młodszą od Blacka. Jej wzrok – utkwiony w Finnie – uświadomił go, że czekoladki nie są dla niego, tak jak pomyślał na początku, a dla Darcy’ego. Coś zagotowało się w jego środku.
    — Chciałam ci to dać, Finn — odezwała się w końcu Puchonka, wyciągając w stronę chłopaka pudełko z czekoladkami. — Z okazji walentynek — była bardzo ładna i przez chwilę Krukon poczuł ukłucie zazdrości, zastanawiając się czy jest w typie Finna. Chyba wolał nie patrzeć na jego reakcję.
    Nim Finley zdążył przechwycić czekoladki, Arthur postanowił brutalnie wyrwać pudełko z rąk dziewczyny i skrzywił się, krytycznie mu się przyglądając.
    — Po pierwsze, nie wiem czy zauważyłaś, ale Finn ma już towarzystwo — zaczął suchym tonem, przenosząc na nią chłodne spojrzenie. — A po drugie, radziłbym żebyś jak najszybciej to stąd zabrała bo zaraz, jako prefekt naczelny, rozkażę ci abyś sama zjadła te durne czekoladki — mówiąc to, wcisnął pudełko z powrotem do jej rąk. — Amortencja to nie żarty.
    Twarz Puchonki przybrała kolor dojrzałego jabłka, a jej usta przez chwilę łapały powietrze niczym pozbawiona wody ryba. W jej oczach nagle stanęły łzy i, ku zdziwieniu Arthura, zamiast się wycofać, dziewczyna cały czas stała i po prostu zaczęła przy nich płakać, zwracając na siebie uwagę paru innych uczniów. Black nagle poczuł na sobie spojrzenia pełne dezaprobaty.
    — Jesteś okropny! — usłyszał nagle, kiedy obok płaczącej Puchonki pojawiła się druga dziewczyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Myślisz, że jak jesteś prefektem, to wszystko ci wolno? — spojrzała na niego wyzywająco, najwyraźniej będąc niesamowicie dumną z tego, że ktoś w końcu odważył mu się postawić, i była to właśnie ona. W lokalu zapadła cisza, a wszyscy jakby wstrzymali oddechy, czekając aż Arthur coś powie.
      Krukon jednak milczał, wpatrując się w obie dziewczyny beznamiętnym spojrzeniem; był wściekły, że znowu ktoś psuje mu plany, nie pozwalając spędzić normalnie czasu z Finnem. Jednocześnie czuł się winny, że postawił go w takiej sytuacji, wystawiając na spojrzenia innych, chociaż w większości były one skierowane głównie na niego, wraz z wtórującymi, konspiracyjnymi szeptami między sobą. Był w kropce.

      drama alert

      Usuń
  117. [Okej, to świetnie! Z chęcią zacznę, mam nawet pewien pomysł - Finn i Maddie się do siebie średnio odzywają, zwłaszcza skoro on jest taki nieśmiały, a mój Maddie jest raczej ekstrawertyczna (choć wiadomo, że ma momenty, kiedy woli pobyć sama). To może Maddie spróbuje go gdzieś złapać na korytarzu w weekendowe popołudnie, podejdzie z paczką kociołkowych piegusków do czytającego Finna i spróbuje zainicjować rozmowę? A potem możemy jakoś rozwinąć akcję? Daj znać, choćby na czacie. :D]

    M. Marrow

    OdpowiedzUsuń
  118. (A to chamek jeden.)

    Był w szoku. Nie sądził, że Finley stanie za nim murem, jednak po cichu liczył, że chociaż weźmie jego stronę. W końcu to wszystko, co przed chwilą zrobił było dla niego. I choć może rzeczywiście mógł to załatwić nieco inaczej, trochę bardziej subtelnie – z czego sprawę zdał sobie dopiero po chwili – nie uważał, aby jego zachowanie było nie do przyjęcia. Jego zdziwienie i niedowierzanie pogłębiło się tym bardziej, kiedy Darcy wstał i po prostu odszedł z płaczącą puchonką, obejmując ją.
    W porównaniu do Finna, Arthur nie miał zamiaru przepraszać dziewczyny, z którą został – wręcz przeciwnie – chciał ją upokorzyć jeszcze bardziej, uświadomić każdemu dookoła dlaczego postąpił tak, a nie inaczej, i że nie było to pokierowane jakimiś jego osobistymi pobudkami czy wiecznym buractwem, a miało zupełnie inne podłoże.
    — Powinnaś rozsądniej dobierać koleżanki — powiedział lodowatym tonem, kątem oka śledząc oddalającego się Finna. Zacisnął usta, czując niesamowite rozgoryczenie.
    — Dawanie komuś czekoladek nasączonych eliksirem miłosnym, to nic innego jak tchórzostwo i beznadziejne lenistwo. Każdy głupi wie, że to tak nie działa. Nie da się zmusić kogoś aby zwrócił na ciebie uwagę, jeśli dana osoba po prostu nie jest tobą zainteresowana... — mówiąc to, wpatrywał się mglistym wzrokiem w plecy chłopaka, jego gesty skierowany w stronę Puchonki. — ...jeszcze większym debilizmem jest wręczanie takiego prezentu komuś, z kim praktycznie nie spędza się czasu. Czy twoja koleżanka chociaż próbowała wcześniej zaproponować Finnowi jakiekolwiek spotkanie? — zapytał, wbijając w dziewczynę niemal mordercze spojrzenie, pod którym uczennica zdecydowanie zmalała, tracąc całą swoją pewność siebie. Zacisnęła usta w cienką kreskę i zaprzeczyła energicznym ruchem głowy, dając do zrozumienia, że Puchonka raczej wcześniej nie miała zbyt częstych kontaktów z Finnem. Bo gdyby miała, to Krukon by o tym wiedział. W końcu Finn by mu o tym powiedział, prawda? Ostatni raz, kiedy ze sobą rozmawiali, ten nieszczęsny miesiąc temu, nie wspominał o żadnej uroczej niewiaście, jedynie o paru kolegach. Przez ten czas nie mogło się przecież za wiele zmienić, a przynajmniej tak łudził się Arthur, chociaż to co zobaczył po chwili, a mianowicie krótki pocałunek w policzek, zainicjowany nie przez nią, a przez Finleya, sprawił, że nagle zaczął we wszystko wątpić. Myślał, że wie o Puchonie coraz więcej, jednak teraz miał wrażenie, że nie wie już nic. Poczuł się oszukany i upokorzony, uświadamiając sobie, że być może całe to przedstawienie było bez sensu. Zazdrość, chwilowo przytłumiona przez rozsądek, nagle wylała się gwałtowniej niż mógł się spodziewać. Miał ochotę po prostu wyjść, zostawiając ich wszystkich samych, z Finnem na czele. Wiedział jednak, że ucieczka przypieczętuje jego winę, do której wcale się nie poczuwał, i chociaż zabolał go fakt, że mógł właśnie sprawić kolejną przykrość Puchonowi, widok jego z dziewczyną, widok tego jak się z nią przytula i ją całuje – chociaż przecież podobno tego nie lubił – sprawił, że zrobiło mu się niedobrze.
    Dostał nauczkę oraz kolejny dowód na to, że nie warto wychodzić poza swój własny ogródek i pomagać innym, gdyż prędzej czy później jedyne co po tym nastanie, to niewątpliwe cierpienie.
    Po reprymendzie, którą Arthur dał na tyle głośno, aby ci co siedzieli najbliżej, słyszeli, dziewczyna oddaliła się w stronę koleżanki, a wzrok niektórych, speszony i zakłopotany, wędrował z powrotem w swoje stoliki. Nikt nie odważył się powiedzieć na głos tego, co ciążyło w powietrzu – tego, że Arthur jednak miał rację. Jedynym, na co parę uczniów było w stanie się wysilić, było przepraszające spojrzenie. Natomiast takie samo zdecydowanie nie gościło u Arthura, kiedy przy ich stoliku znów pojawił się Finn. Zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, rozsiadł się ponownie na swoim krześle i upił parę łyków Piwa Kremowego, które po całej tej sytuacji paliło go jeszcze bardziej. Żałował, że nie może zapalić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tak. Odjąłem Puchonom dwadzieścia punktów — odparł w końcu z nieukrywaną satysfakcją w głosie, która przypieczętował gadzim uśmiechem. Widząc jego minę, zmrużył jednak oczy. — Amortencja, Finn — kontynuował sztywnym tonem. — Z tych czekoladek wręcz wylewa się eliksir miłosny — dodał, obrzucając trzymane przez niego pudełko zdegustowanym spojrzeniem.
      — Nie rozumiem tylko jednej rzeczy. Po co go tam wlewała skoro jesteście ze sobą tak blisko?

      Black

      Usuń
  119. Spojrzał na niego z niedowierzaniem, słysząc o tym, że tak czy siak zje słodycze. Przez chwilę zastanawiał się czy Finn nie powiedział tego aby zrobić mu na złość, po tym jak oznajmił, że odjął Puchonom punkty.
    — Wiesz, mogę ci kupić normalne czekoladki. Bez eliksiru miłosnego — rzucił jakby od niechcenia, chociaż zdążył już zapisać w swojej głowie fakt, że Finley naprawdę ludzi słodkie rzeczy, aby kiedyś to wykorzystać. Oczywiście w pozytywny sposób, nie przeciwko niemu.
    Westchnął, słysząc, że żartuje i odchylił się na tylnych nogach krzesła, wpatrując się w niego w zamyśleniu. Widział jego czerwone policzki i speszony wzrok i po prostu nie potrafił dłużej się na niego gniewać, chociaż jeszcze minutę temu naprawdę rozważał czy po prostu stąd nie wyjść, zostawiając go na pastwę losu, samego, chociaż może nie do końca samego, bo w towarzystwie tej obłędnie ładnej Puchonki, z którą tak nagle się spoufalił. Cały czas zastanawiał się jakim cudem ich relacja przeistoczyła się w coś, czego Arthur po prostu nie potrafił zignorować – bo tak, Black nie był już w stanie po prostu olać Finleya i udawać, że ledwo się znają. Zawsze mógł przecież udawać, że chłopak go nic nie obchodzi jednak problem leżał w tym, że ku jego zdziwieniu, nie chciał tego robić. Nawet teraz, w momencie, w którym znów poczuł zawód, a jego dobra wola i chęć pomocy jak zwykle została odebrana zupełnie inaczej, niż powinna.
    Kiedy Darcy zaczął się tłumaczyć, że wcale nie jest tak blisko z dziewczyną, jak mogłoby się wydawać, Arthur znów sięgnął po kufel z Kremowym Piwem i dodatkiem Ognistej Whisky, tylko, że teraz wyjątkowo nie upił jedynie paru łyków, a zaczął wypijać zachłannie prawie całą zawartość szkła, za jednym razem, co oczywiście zważając na to co zawierało, nie było do końca dobrym pomysłem, o czym Krukon miał przekonać się nieco później.
    — Doprawdy? — uniósł do góry brew i choć wyglądał na niewzruszonego, w środku aż płonął po tym, co wyznał mu Finn. Przygryzł dolną wargę, czując na niej posmak alkoholu i pochylił się nagle nad stołem, w jego stronę, wyglądając trochę tak, jakby chciał wyznać mu sekret. — Skoro to prawda, czemu jeszcze nie pocałowałeś mnie w policzek? — zapytał ściszonym tonem, trochę nawet z wyrzutem, ciekaw jego reakcji.
    Arthur nie był głupi, cały czas pamiętał jego słowa pod sklepem. Bardzo chciałbym mieć takiego starszego brata, jak ty, te słowa chyba już na zawsze miały pozostać w jego głowie jako ta stanowczo postawiona bariera; uznał to wyznanie za pewnego rodzaju wiadomość, chociaż Finn z pewnością nie miał pojęcia co siedziało w jego głowie.
    — Swoją drogą — zaczął, przypominając sobie nagle o tym, co przez większośc czasu ciążyło w jego kieszeni, do której właśnie sięgnął. Wyjął z niej trochę już pogniecioną walentynkę i zerknął na jej treść, marszcząc brwi. Po chwili przeniósł ponownie wzrok na Finna. — Wiesz może co oznacza słowo cariad? Domyślam się, ale wolę mieć pewność. To chyba po walijsku? Nie jestem pewien — gdyby nie to braterskie wyznanie Finna, Arthur z pewnością szybciej połączyłby fakty, jednak w obecnej sytuacji, w ogóle nie przyszło mu do głowy, kto jest autorem walentynki. To, że Finley jest walijczykiem, uznał za zwykły zbieg okoliczności, który przy okazji mógł właśnie wykorzystać, bo Puchon prędzej będzie znał innego walijczyka i być może będzie wiedział, kto napisał walentynkę.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  120. Arthurowi nie umknął moment, w którym Finn nieco się odsunął, kiedy nagle się do niego przybliżył, sprawiając tym samym, że w głowie Blacka na powrót zaczął pojawiać się mętlik. Trochę tego nie rozumiał, kiedy już myślał, że pewna granica została przekroczona, a przecież miał prawo tak myśleć po tym, jak Darcy dwa razy rzucił mu się niespodziewanie na szyję, po czym znowu w sytuacjach takich jak ta, widział, że coś jest nie tak, zupełnie jakby bliskość inicjowana z jego strony, a nie na odwrót, była już czymś złym. W tej chwili naprawdę oddałby wszystko, aby móc dowiedzieć się co dokładnie dzieje się w głowie Puchona i rozgryźć wszystkie istniejące w niej łamigłówki.
    — Nie miałbym nic przeciwko — powiedział bez cienia sarkazmu, prostując się i jednocześnie będąc zaskoczonym, że w ogóle to powiedział. Nagle zrobiło mu się głupio, a na jego twarzy pojawił się grymas kiedy uświadomił sobie, że na dnie kufla pozostało piwa tylko na jeden, ostatni łyk. — Ale wiem, że tobie mogłoby to nie odpowiadać. W zasadzie czemu w ogóle miałbyś to zrobić? To bez sensu. W końcu mógłbym być twoim bratem — zaśmiał się nagle, trochę nerwowo, mając wrażenie, że traci kontrolę nad własnymi słowami. W rzeczywistości trochę kręciło mu się w głowie, chociaż miał się o tym przekonać w stu procentach dopiero kiedy wstanie. Miał dość słabą głowę i tak jak samo Piwo Kremowe nie robiło na nim jakiegokolwiek wrażenia, tak z Ognistą Whisky — z dużą zawartością Ognistej — było już trochę inaczej i być może gdyby nie wypił na raz prawie całej zawartości, wcale by go tak nie wzięło znienacka, jednak teraz nie miał już na to wpływu. Mimo to starał się zachować pozory, więc odruchowo zaczesał włosy do tyłu i oparł się wygodniej o krzesło, jakby to miało mu pomóc w utrzymaniu równowagi umysłu.
    Finn go zaskoczył. Nie spodziewał się tak długich i szczegółowych wyjaśnień na temat jednego słowa. Ponadto miał wrażenie, że z każdym kolejnym zdaniem Puchona, serce dudniło mu coraz głośniej — nie mógł wyjść z podziwu jak ładnie to wszystko brzmiało w jego ustach. Wpatrywał się w niego jak zaczarowany, uświadamiając sobie, że mógłby go słuchać godzinami, a w zasadzie słuchać jak mówi o miłości, która nagle w jego wydaniu przestawała być tandetna i przereklamowana, a nabierała zupełnie nowego znaczenia, sprawiając, że niespodziewanie poczuł silne pragnienie posiadania takiej drugiej, ukochanej osoby. Przeniósł zamyślony wzrok na walentynkę i zaczął zastanawiać się czy ten ktoś, kto ją napisał, naprawdę żywił do niego takie uczucia.
    — Jestem ciekaw kto jest na tyle szalony aby wysłać mi coś takiego — odparł, z mglistym uśmiechem na ustach. — Gdyby ta osoba mnie poznała, z pewnością już drugi raz nie dostałbym od niej walentynki. Masz pomysł kto to może być? Może to ktoś kogo znasz?
    Ponownie zerknął w swój kufel i w końcu dopił do końca jego zawartość. Nagle poczuł niepohamowaną chęć zapalenia i wiedział, że jeśli zaraz tego nie zrobi, nie będzie mógł się na niczym skupić. Ponadto potrzebował świeżego powietrza; gwar i hałas panujący z Trzech Miotłach nagle zaczął go przytłaczać.
    — Chodźmy stąd. Strasznie tu gorąco — wymamrotał po dłuższej chwili i dźwignął się z krzesła i nagle położył obie dłonie na stole, łapiąc równowagę. Potrzebował chwili aby pozbyć się ciemnych plamek sprzed oczu i uspokoić swój zwodniczy błędnik. W końcu nie był pijany, tylko trochę wstawiony, nie było z nim jeszcze tak źle. Z ociąganiem założył na siebie szatę i w ostatniej chwili przypomniał sobie o leżącej na blacie walentynce, którą schował z powrotem na kieszeni. Upewnił się czy Finn również był gotowy do wyjścia, po czym postawił ostrożnie pierwszy krok i zaczął kierować się do wyjścia, czując się trochę tak, jakby śnił.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  121. Arthur już sam nie wiedział czy chce wiedzieć co jeszcze Finn w nim widzi, więc nie podjął się dalej tego tematu, całą swoją uwagę przekierowując natomiast na tę przeklętą walentynkę.
    — Dlaczego wstydzi? — zapytał, szczerze zdziwiony, jakimś cudem na nikogo nie wpadając po drodze do wyjścia. — Ale zaraz, to bez sensu, Ty normalnie coś do mnie wtedy powiedziałeś — zmarszczył brwi i kiedy doszedł do drzwi, nacisnął klamkę, jednak od razu ich nie otworzył, tylko wbił w Finna podejrzliwe spojrzenie. — A może to ty ją napisałeś? — zapytał, chociaż wydawało mu się to wyjątkowo absurdalne, bo przecież Puchon był wtedy na niego zły za to, że się do niego nie odzywał.
    Kiedy wyszli, na zewnątrz było już ciemno, a miasteczko zdecydowanie opustoszało, teraz goszcząc tylko tych najstarszych uczniow, którzy i tak pochowali się w środku lokali, chcąc ukryć się przed zimnem. Nie był jeszcze na tyle szalony oraz pijany żeby zapalić pod samym wejściem do Pubu; nie daj boże, wpadłby na nich ktoś, kto za nim wyjątkowo nie przepada i nakablowłl, że święty prefekt naczelny daje innym uczniom zły przykład. Jakby jego matka dowiedziała się, że pali, chyba by go zabiła, dlatego odszedł kawałek i zatrzymał się za rogiem budynku, w bocznej alejce. Odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko, zerkając na Finna. Oczywiście, że pierwsze o czym pomyślał, to objęcie go, i bardzo chętnie by to zrobił, gdyby nie to, że dopiero co Darcy dał mu do zrozumienia, że chyba nie życzy sobie aby był tak blisko. Sam już w sumie nie wiedział. Wcisnął sobie papierosa między usta i zdjął z siebie szatę, którą zaraz nałożył na ramiona Puchona. Jemu zdecydowanie przez cały ten czas było zbyt gorąco, dlatego nawet się nie zatrząsł kiedy został w samej koszuli; alkohol bardzo skutecznie zaburzył mu odbieranie temperatur. Przeczesał włosy, tym razem wprawiając je dla odmiany w totalny nieład i poluzował nieco swój krawat — miał złudne wrażenie, że jest zbyt ciasno związany i lekko go przydusza.
    — Czy to nie oczywiste? — spytał, ponownie się zaciągając i zerknął w dół, na powstające na śniegu koślawe serce. Uśmiechnął się głupio pod nosem. — Nie jestem taki idealny, za jakiego większość mnie uważa. W zasadzie nie potrafię zbyt długo utrzymać dobrego kontaktu z drugą osobą, zawsze prędzej czy później coś się psuje — odparł z wyraźnie słyszalnym rozgoryczeniem w głosie. Wypuścił leniwie dym nosem i chcąc upiększyć dzieło Finna o przebijającą serce strzałę, uniósł do góry jedną nogę, co w jego obecnym stanie było okropnym błędem, bo nagle zachwiał się i zaczął tracić równowagę. Odruchowo wyciągnął ręce i oparł je na ramionach Finleya, lądując butem prosto w sercu, które w ogóle już go nie przypominało.
    — Cholera, zepsułem — wymamrotał, tępo wpatrując się w śnieg.
    Dopiero kiedy uniósł głowę, zdał sobie sprawę jak blisko znajduje się twarzy Finna. Serce zabiło ma dwa razy szybciej, a dłonie mimowolnie mocniej zacisnęły na jego ramionach. Nie zwrócił uwagi na parzący popiół z papierosa tkwiącego między jego palcami, który spadł na wierzch jego dłoni. Czas się dla niego zatrzymał i jedyne co w danej chwili odczuwał to palącą potrzebę pocalowania go, chociaż jeszcze przed chwilą obawiał się go objąć. I choć wiedział, że za parę sekund wszystko może się zmienić, niekoniecznie pozytywnie, jedyny sygnał, jaki wysyłał jego mózg to jednogłośne: zrób to. Przymknął nieco powieki, bo bał mu się spojrzeć w oczy i przechylił lekko głowę w bok, po czym musnął nieśmiale jego usta, a na jego bladych policzkach pojawiły się delikatne wypieki, będące wynikiem kumulacji alkoholu i miliona emocji jednocześnie. Jeśli Finn go odtrąci, to trudno, przynajmniej później nie będzie żałować, że nie spróbował.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  122. Sam nie wiedział jakiej reakcji spodziewać się po Finnie, jednak miał wrażenie, że odtrącenie byłoby mniej bolesne, niż jakikolwiek brak reakcji. Chociaż w sumie jakaś reakcja była, bo to w końcu nie Arthur odsunął się pierwszy, a Finn, który zrobił to tak niespodziewanie, że Black z trudem utrzymał równowagę. Zamrugał parę razy, niemniej oszołomiony od Puchona tym co się właśnie stało i wyprostował się jak struna, nie potrafiąc zapanować nad widocznymi na jego twarzy emocjami; a było ich sporo — poczynając od smutku i rozczarowania, a kończąc na czymś na kształt dezaprobaty, kierowanej oczywiście do samego siebie, nie chłopaka. Był głupi i naiwny, myśląc, że Finn — który za każdym razem kiedy tylko Arthur pojawiał się zbyt blisko, dawał mu do zrozumienia, że sobie tego nie życzy — jakoś to odwzajemni.
    Naprawdę nic już nie rozumiał, kiedy Darcy go objął. Czując jego usta na swoim policzku, nagle zapragnął go od siebie odepchnąć i nakrzyczeć, aby przestał zwodzić go za nos i dawać jakąś złudną nadzieję, że nie widzi w nim tylko brata. Nie potrafił zrozumieć, że być może dla Puchona wszystko działo się za szybko, sam mając wrażenie, że przecież nie jest w tym wszystkim zbyt nachalny, a wręcz przeciwnie — od jakiegoś czasu czuł się tak jakby robił jakieś nieudolne podchody w jego stronę, tak bardzo do niego niepodobne.
    — Dlaczego? — wychrypiał, tępo patrząc się w ceglaną ścianę budynku tuż przed nim. Zaraz jednak uświadomił sobie, że nieco się zagalopował, więc westchnął i pochylił głowę bardziej w jego stronę. — Przepraszam. Już nie będę — wyszeptał wprost do jego ucha, które prawie musnął, czując jak jego własne serce bije mu jak oszalałe, jakby zaraz miało wyskoczyć z jego klatki piersiowej.
    Przypomniał sobie o tym nieszczęsnym papierosie, który żałośnie zdążył się wypalić i wyrzucił go w śnieg, zerkając kątem oka na ledwie widocznie zaczerwienienie na wierzchu jego dłoni.
    Chociaż mógłby tak stać z Finnem w nieskończoność, czując ciepło jego ciała, które było tak przyjemnym kontrastem w ten mroźny, coraz bardziej dający o sobie znać wieczór, miał nieprzyjemne wrażenie, że lepiej będzie, kiedy w końcu odpoczną od swojego towarzystwa i trochę ochłonął. Wydawało mu się, że już dawno nie odczuł tak wiele sprzecznych emocji jednocześnie, jak tego jednego dnia.
    — Powinniśmy wracać. Nie dam rady nas w tym stanie przeteleportować — odezwał się w końcu, już trochę bardziej stanowczo i zmusił się do odsunięcia. Nagle przestało mu być tak gorąco jak wcześniej, więc pospiesznie założył na siebie szatę, żałując, że nie wziął ze sobą szalika. Wcisnął dłonie do kieszeni i w jednej z nich napotkał walentynkę oraz srebrny brelok, niespodziewanie czując dołujące przygnębienie. Jedyne, czym mógł się pocieszyć, to fakt, że Finley nie uciekł od niego w popłochu i nie wykrzyczał mu prosto w twarz, że jest dupkiem. Bo tak, Arthur Black czuł się jak ostatni, samolubny dupek.
    — Kim jest Tolkien? — zapytał, przypominając sobie niespodziewanie to imię, czy może nazwisko, które Finn wcześniej wymienił i zastanawiając się czy być może to jakiś potężny czarodziej, o którego istnieniu jakimś cudem Arthur nie wiedział, co od razu zdawało mu się być podejrzane i dziwne. Ruszył leniwym krokiem przed siebie, nagle żałując, że są tak daleko od Zamku. Czuł się niezręcznie i nieswojo, a na dodatek zaczęło mu być piekielnie zimno, do tego stopnia, że parę razy, zupełnie niekontrolowanie się zatrząsł kiedy w twarz zawiał ostrzejszy wiatr. Jego największym marzeniem w tej chwili była gorąca kąpiel w łazience prefektów.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  123. Nagłe, tak bardzo niespodziewane słowotoki Finna zawsze go zaskakiwały, jednak ostatecznie cieszył się, że w ogóle się pojawiały, bo dzięki temu mógł go chociaż w jakimś stopniu zrozumieć, a przynajmniej się starał. I kiedy tym razem uświadomił sobie, że Finley od razu założył, że to co zrobił, było po prostu głupim żartem wywołanym przez alkohol, poczuł nieprzyjemne ukłucie zawodu, bowiem w tym przypadku alkohol wyjątkowo nie był tutaj winowajcą — wręcz przeciwnie — dodał mu po prostu odwagi aby zrobić coś, co od jakiegoś czasu chciał zrobić. On również nie miał zielonego pojęcia co dokładnie czuje do Puchona, jednak wiedział, że jest to z pewnością coś więcej i wyjątkowo nie chciał tego ignorować.
    Ten rok był dla niego rokiem pełnym zmian; w końcu zaczął uświadamiać sobie pewne rzeczy, których wcześniej nie dostrzegał i godzić się z niektórymi faktami, a co najważniejsze — chciał wreszcie zacząć pracować nad samym sobą i pozbyć się pewnych reguł, których dotychczas się trzymał — dzięki obecności Finna zrozumiał, że być może jest to możliwe, jednak wiedział, że sam nie da sobie rady. Potrzebował go. I to samo chciał mu dać od siebie, a teraz, po tym co powiedział, odczuł, że w końcu ma ku temu okazję.
    — Finn — zaczął, zatrzymując się nagle i wbił w niego uważne spojrzenie. — Wiesz, w porównaniu do większości moich rówieśników nie przepadam za robieniem tego typu podobnych rzeczy dla zabawy — uśmiechnął się trochę smutno, chociaż w rzeczywistości nie mógł go winić za to, że tak pomyślał; patrząc na to jak w ogóle zaczęła się ich znajomość, Finley rzeczywiście miał prawo założyć, że to żarty — w końcu Arthur sam zapracował sobie na taką, a nie inną opinie. — I tak, zauważyłem że masz pewne… Problemy. Nie wiem z czego one wynikają ale chciałbym pomóc Ci je rozwiązać. Oczywiście jeśli pozwolisz mi sobie pomóc. I będziesz tego chciał. Nie będziesz mi sprawiać przykrości, jeśli będę wiedział dlaczego zachowujesz się tak, a nie inaczej. Postaram się to zrozumieć — było mu głupio, bo czuł, że wkracza na niebezpieczne, intymne tory. Uznał jednak, że skoro Finley zaczął się przed nim otwierać, on sam nie pozostanie bierny. Jeśli mieli jakoś dalej ze sobą koegzystować i przy okazji nie sprawiać sobie bólu na każdym kroku, musieli się zrozumieć.
    Podszedł do niego, tym razem nieco ostrożniej i uniósł rękę, po to aby włożyć ją do jego kieszeni. Kiedy napotkał jego dłoń, nieśmiało splótł ich palce razem, uznając to za bezpieczną strefę. Nie chciał być nachalny; w zasadzie był gotów na drobne gesty, które być może z czasem będą miały szansę przerodzić się w coś większego, jeśli tylko Darcy mu na to pozwoli. Nauka nauczyła go cierpliwości i choć jeszcze nie stosował jej w przypadku uczuć i emocji, teraz miał ku temu szansę.
    Nie skomentował nic na temat Tolkiena, uznając, że najpierw sam się z nim zaznajomi — skoro bardziej chciał poznać Finna, powinien poznać również i jego zainteresowania, a co za tym idzie, schować na chwilę swoją dumę i chociaż spróbować zagłębić się w świat mugoli; być może literatura będzie dobrym początkiem.
    — Nie wiem — przyznał, wzruszając ramionami. Jeszcze w ogóle się nad tym nie zastanawiał i szczerze mówiąc, nie chciał nawet o tym myśleć. Nadal uważał, że słusznie postąpił, zwracając jej tak ostro uwagę i zdecydowanie nie było mu przykro przez to, że się popłakała. Wolał nawet nie myśleć, co by było, gdyby Finn zjadł te przeklęte czekoladki i później latał za tą wstrętną dziewuchą, która mogłaby wykorzystać to na różne sposoby. Na samo jej wspomnienie, na jego twarzy pojawił się grymas. On też nie chciał żeby Finley się z nią zobaczył i w sumie wpadł na pomysł, jak temu zaradzić.
    — Lubisz pływać?

    Black

    OdpowiedzUsuń
  124. [Miękkie serduszko i Hufflepuff, wydaje mi się tak niepasujący do Joego, że może być z tego coś świetnego. Fajki nam się przydadzą :)]
    Joe Revolt

    OdpowiedzUsuń
  125. Kiwnął głową, nie mając zamiaru naciskać. Sam również nie był w obecnym stanie gotowy na przeprowadzanie bardziej poważniejszych rozmów, zdecydowanie chcąc go wysłuchać będąc w stanie trzeźwości, a nie na odwrót. Na swoim własnym przykładzie wiedział, że zwierzanie się wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać, w szczególności osobom, na którym nam zależy. Arthur nie miał pojęcia czy odważyłby się wyznać Finnowi swoje tajemnice; chyba za bardzo by się bał, jak dużo straci w jego oczach, kiedy Darcy uświadomi sobie, że wcale nie jest taki świetny, za jakiego go uważa.
    Skupił się na jego kolejnych słowach, czując jak na powrót robi mu się gorąco; nagle zaczął uświadamiać sobie rzeczy, których wcześniej nie zauważał, jednocześnie nie mogąc do końca uwierzyć, że przez ten cały czas Puchon patrzył na niego w ten sposób. Od razu do głowy przyszła mu myśl z zapytaniem jak długo to już trwa i ile razy nieświadomie sprawił mu przykrość swoim zachowaniem, które z początku wcale nie było w stosunku do niego przyjemne.
    — Na przykład o tym, że co? — podłapał, chcąc za wszelką cenę nagle dowiedzieć się co Finn sobie wyobraża na temat ich dwójki. Sam nie miał jeszcze na tyle odwagi oraz świadomości co czuje do chłopaka, aby o nim fantazjować, ale czuł, że po obecnym dniu zapewne się to zmieni i na samą myśl poczuł pewne zakłopotanie, które ujawniło się na jego twarzy w postaci delikatnych rumieńców. Na szczęście mógł zrzucić to na alkohol i zimno.
    Uśmiechnął się, czując, jak Finn ściska jego dłoń i zaczął powoli kierować się wraz z nim w stronę Zamku, nagle zmieniając zdanie i ciesząc się, że mogą tę podróż spędzić razem, czując swoją nienachalną bliskość. Nie zastanawiał się nad tym czy ktoś ich zobaczy, chociaż podświadomie rozpościerająca się przed nimi, pusta droga dawała mu pewne poczucie opanowania; dla świętego spokoju nie miał po prostu ochoty na konfrontację z kimkolwiek.
    Zmarszczył brwi, słysząc słowo randka. Black nigdy za specjalnie nie przykuwał uwagi do tego typu szczegółów — dlatego też wyjście dla niego w walentynki nie było niczym nadzwyczajnym — jednak skoro Finnowi uznanie spędzonego razem dnia, jako randki, mogło poprawić humor, to był gotów go za taki przyjąć. W zasadzie nie mógł nawet zaprzeczyć — przed chwilą go pocałował, a teraz wracają złapani za rękę, w Święto Zakochanych — jednak z jednym się nie zgadzał.
    — Dlaczego nieudaną? — spytał z błąkającym się uśmiechem na ustach. — Wydaje mi się, że jest w miarę udana skoro nie dałeś nogi tuż po tym co zrobiłem — dodał i chcąc podkreślić swoje słowa, ścisnął mocniej jego dłoń.
    Nie sądził, że zadając poprzednie pytanie, usłyszy imię Aleistera. Zmarszczył brwi z wyjątkową konsternacją, zastanawiając się, czy być może w ich szkole jest ich więcej, a Finn nie wspomina wcale o tym, o którym myśli Black.
    Sheehan? — zapytał jednak, nie mogąc się powstrzymać, bo wiedział, że nie da mu to spokoju. Jednocześnie niemal od razu zaczął się zastanawiać, dlaczego, do cholery, Sheehan uczył Finleya pływać, i jeśli naprawdę to był on, to nagle zaczął wątpić czy go w ogóle nauczył.
    — Domyślam się, że pewnie nie byłeś jeszcze nigdy w łazience prefektów. Jest jak taki ogromny basen, w którym można pływać, wiesz? Chcę tam teraz pójść. I… jeśli nie masz nic przeciwko, zabrać cię ze sobą. — powiedział, trochę niepewnie, nie chcąc być nachalnym. Ostatnie, co chciał w tej chwili osiągnąć, to go do siebie zrazić czy spłoszyć. — Nie będziesz musiał widzieć się z tą dziewczyną — dodał pospiesznie.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  126. [Joe jest totalnym zaprzeczeniem Finleya, jest otwarty, pewny siebie i na pewno nie wstydliwy. Fnn mógłby być nawet jego obiektem, a on mógłby się z tego podśmiewać. Puki nie ujrzy jego duszy i go nie polubi. Choć tego nie przyzna. Mogli się poznać na meczu Joego]

    OdpowiedzUsuń
  127. Słysząc jego słowa i widząc coraz czerwieńsze policzki, nagle zapragnął zrobić to o czym wspomniał i po prostu dotknąć jego twarzy, czy wpleść dłoń we włosy. Miał wrażenie, że jest to silniejsze od niego i naprawdę stoczyć nieprzyjemną, wewnętrzną walkę z samym sobą, aby się powstrzymać.
    — Nie jesteś dziecinny, jesteś uroczy — powiedział w przypływie odwagi, uśmiechając się do samego siebie i jednocześnie zastanawiając się jakim cudem wcześniej tego nie zauważał.
    Nie dało się jednak ukryć, że Arthur nie nawiązywał jakichkolwiek głębszych relacji z osobami młodszymi od siebie, zawsze kręcąc się z rówieśnikami ze swojego roku — będąc prefektem i co chwila natrafiając na uczniów z niższych klas oraz widząc ich idiotyczne zachowania zdążył sobie wyrobić nieprzychylną opinię na ich temat; dlatego też na samym początku to Finn, ten młodszy, zajął miejsce jego pachołka. Nie sądził, że kiedykolwiek przerodzi się to w coś większego i gdyby ktoś powiedział mu jeszcze dwa miesiące temu, że będzie wracał z piątoklasistą za rękę w Święto Zakochanych, z pewnością by ową osobę wyśmiał. Finley nawet nie zdawał sobie sprawy jak ogromny miał dar i urok, sprawiając, że ktoś taki jak Black, zaczął zwracać na niego uwagę. W tym przypadku różnica ich wieku absolutnie mu nie przeszkadzała — nie traktował Finna już jako namolnego dzieciaka, a jego niezdarność czy nieporadność bardziej go rozczulała niż drażniła. Poza tym Puchon zdążył już parę razy pokazać i udowodnić, że wcale nie jest taki dziecinny, jak na samym początku się może wydawać.
    — W takim razie zapomnijmy o tych nieudanych elementach — wzruszył ramionami.
    Przez to, że nie był całkowicie pijany, opary alkoholowe zapewne pod wpływem orzeźwiającej temperatury na zewnątrz, zaczęły powoli ulatniać się z jego głowy, a to skutkowało tym, że im Arthur był bliżej trzeźwości, tym bardziej się niestety stresował, nie mogąc zapanować nad oszalałym biciem własnego serca, pomimo tego, że przecież tylko trzymali się za ręce. Reakcje jego własnego ciała powoli zaczęły go już drażnić.
    Nie wiedział co bardziej go zdziwiło — wakacje spędzone z alkoholikiem Aleisterem, czy informacja o tym, że nie miał dokąd wrócić. Poczuł jego nerwowe ściśnięcie dłoni i dostrzegł zmieniający się wyraz twarzy. Nie do końca wiedział, jak ma się zachować — z jednej strony chciał się zapytać, co miał na myśli aby jednocześnie móc go jakoś pocieszyć, a z drugiej czuł, że są to tematy zbyt osobiste i być może poruszanie ich w tym momencie nie będzie najlepszym pomysłem. Miał ochotę powiedzieć mu, że jeśli będzie chciał, kolejne wakację będzie mógł spędzić u niego, jednak nagle uświadomił sobie, że jest to niemożliwe — nie z jego rodziną — i ta myśl go dobiła. Postanowił więc skupić się na tym, co tu i teraz.
    — Możesz patrzeć, jeśli chcesz — zaczął, marszcząc brwi. — Natomiast wiedz, że taka okazja może się już więcej nie powtórzyć, więc jeśli nie spróbujesz, możesz żałować — dodał, unosząc kącik ust do góry. Nie miał zamiaru go zmuszać, ale też uznał, że tak łatwo nie odpuści. Miał nadzieję, że ostatecznie uda mu się go przekonać albo Finn, widząc łazienkę prefektów, sam będzie chciał spróbować. — Wstydzisz się mnie?

    Black

    OdpowiedzUsuń
  128. — Czyżby? — uniósł jedną brew. — Wydaje mi się, że nie tylko ja tak uważam — miał oczywiście na myśli dzisiejsze zdarzenie, które zaszło w Trzech Miotłach i udowadniało, że Arthur nie był jedyną osobą, której Finn się spodobał. Zresztą, był zdania, że z pewnością Darcy podobał się jeszcze nie jednemu rówieśnikowi; jego uroda była nieprzeciętna i przyciągała uwagę. Być może to był jeden z wielu powodów, które również przyciągnęły do niego Arthura, chociaż z początku oczywiście w innym celu.
    Całe życie Blacka od zawsze kręciło się wokół tematu jego rodziny, było podyktowane jego rodziną oraz przez rodzinę został skrzywiony — i rzeczywiście jeszcze do niedawna Krukon w ogóle nie rozważałby jakiegokolwiek kontaktu z mugolakiem, natomiast obecnie zaczął się zastanawiać co by było gdyby, a zaproszenie Finna do siebie na wakacje — choć był to pomysł w rzeczywistości absurdalny i niemal niemożliwy — zdawał się być dla niego bardziej realny niż mogłoby się wydawać. Byłoby to wyjątkowo miłą odmianą, gdyby w końcu podczas wakacji miał jeszcze jakieś towarzystwo, oprócz swojego. Poza tym zaczął zastanawiać się jak Finley dogadałby się z Adarą — jeśli kiedykolwiek w ogóle dowie się o jej istnieniu — bo miał wrażenie, że raczej by się polubili, na swój sposób będąc podobni. Najpierw jednak sam musiał naprawić kontakt z własną siostrą, o ile to w ogóle było możliwe. Na samą myśl o niej zabolało go serce.
    — Nie musisz się mnie wstydzić, Finn. W ogóle nie musisz się wstydzić — powiedział, a słysząc pochlebstwa na swój temat, nie mógł się powstrzymać żeby nie unieść kącika ust do góry. Miał wrażenie, że Finley przesadza, chociaż nie mógł ukryć, że w jakiś sposób mu się to podobało. Ponadto odkrył, że dowiadywanie się od niego pewnych rzeczy na swój temat sprawia mu niemałą satysfakcję. — I wtedy w Pokoju Życzeń co? — znów pociągnął go za język.
    Podróż w towarzystwie minęła mu znacznie szybciej, niż się spodziewał, i nim się obejrzeli, znaleźli się na terenie Hogwartu, będąc coraz bliżej zamku. W pewnym momencie Arthur zabrał rękę, niby w celu poprawienia swojej szaty, jednak w rzeczywistości nie czuł się na tyle pewnie, aby jeszcze bez skrępowania być tak blisko z Finnem przy innych. Poza tym sam nie do końca był pewien, jak to wszystko się potoczy. Zapewne dopiero kiedy się rozłączą, zaczną nawiedzać go czarne myśli, jednak póki co, nie chciał się jeszcze nad tym zastanawiać. Chciał, aby ten dzień tak szybko się nie skończył.
    Nie usłyszał od Puchona przeczącej odpowiedzi, i uznając, że FInley zgodził się na podróż do Łazienki Prefektów, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie, zaczął kierować się na piąte piętro.
    — No dobra, gotowy? — zapytał, niemal z wyższością, uprzednio upewniając się, czy w pobliżu nie kręci się ktokolwiek, kto mógłby ich zauważyć. Powiedział hasło i wszedł szybko do środka, czując się trochę tak,jakby robił coś zakazanego, przez co nagle zachciało mu się śmiać, ale nie był aż tak otwarty, żeby niespodziewanie wybuchnąć śmiechem. Wyjął za to z kieszeni różdżkę i machnął, nią aby wprawić w stan ożywienia kurki, z których nagle buchnęły strumienie parującej wody.
    — I jak? Mówiłem, że to prawie jak basen — zerknął kątem oka na Finna, zdejmując z siebie swoją szatę, którą odwiesił na jeden z haczyków.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  129. Wolfgang przyglądał się finnowemu niedowierzaniu; ciężko byłoby mu się nie roześmiać w obliczu wywołanego szoku, który najwyraźniej spowodowało sformułowanie równie proste, co dosadne.
    — Finleyu, wyglądasz co najmniej, jakbym ci właśnie z najwyższą powagą oznajmił, że wszyscy żyjemy w gigantycznej symulacji życia, która jest umieszczonym w galaretce projektem szkolnym kosmicznego bytu – co swoją drogą najlepiej usprawiedliwiałoby niedoskonałości, z którymi borykamy się przez całe życie… no, może poza tą częścią z galaretką – a ja stwierdziłem zaledwie, że ludzie w przeważającej większości są głupkami — zażartował tonem, w którym przekora ścierała się z serdecznym rozbawieniem.
    — Otóż, tak właśnie sądzę i raczej nic mnie od tej myśli nie odwiedzie, póki nie zaszyję się na kilka lat w lesie, co nie oznacza, że nie umiem wyłuskiwać z tej plejady idiotyzmu ludzkich osobowości, które mnie intrygują i podtrzymują we mnie przekonanie, że nie jest aż tak źle, aby spisywać cały gatunek na straty. I rozumiem to doskonale — przyznał Darcy’emu, tuż po tym, jak chłopak napomknął o swoim stosunku do książek. Sam Wolfgang szalenie szanował literaturę, choć jego niegdysiejsza miłość do zatapiania się w lekturach znacznie ustąpiła miejsca innym metodom folgowania wyobraźni, a książki w dzisiejszych czasach służyły mu głównie do pozyskiwania informacji, które go w danym momencie interesowały. Nie zmieniało to jednak faktu, że Burke wsiąkał w zapełnione cudzymi myślami stronice, gdy tylko odwracała się od niego wena, co zwykle następowało wraz z nastaniem zimy.
    — W każdym razie proces znieczulenia na poszczególne aspekty rzeczywistości jest żmudny i nieprzyjemny — ocenił mimochodem, chcąc Finleyowi podsunąć myśl, że on sam także prędzej czy później zdoła oswoić życie poza książkami, jeśli tylko da temu odpowiednio dużo czasu.
    Wzrok Wolfganga podążył za spojrzeniem drugiego Puchona, a następnie powrócił do twarzy towarzysza; Wolfie nie potrafił czytać w ludzkich umysłach, radził sobie natomiast całkiem sprawnie z odczytywaniem mowy ciała czy detali mimiki, które naprowadzały go do różnorakich wniosków leżących zwykle gdzieś nieopodal prawdy (przeprowadzał takie obserwacje mimowolnie, a to nadmierne interpretowanie stale zmieniającej się rzeczywistości bywało prawdziwie przytłaczającym nawykiem).
    Burke machnął różdżką, a jeden z liści oderwał się od rośliny i poszybował między jego długie palce.
    — Poza swoim rekreacyjnym zastosowaniem, które wymaga specjalnej ekstrakcji, w kompozycji z kilkoma łatwo dostępnymi komponentami sprawdza się przy sporządzaniu antidotum na szeroką grupę klątw i zatruć — przytoczył w ramach ciekawostki, podchodząc do Finna i wsuwając fragment rośliny do kieszeni jego szaty. Następnie podszedł do drzwi, które uchylił, zerkając przez szparę na korytarz po ich drugiej stronie. Wolfgang nasłuchiwał przez moment, ale nie wyłapując niczego poza typowymi odgłosami nocy, które dobiegały z błoni wyszedł na osnuty półmrokiem korytarz, gotów wyruszyć z Finleyem do Pokoju Wspólnego Puchonów.


    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  130. Arthur jakoś nigdy niespecjalnie zwracał uwagę na swoje ciało. Ćwiczył, a raczej próbował ćwiczyć ale przy jego zaoranych paleniem płucach często się poddawał; nie sprawiało mu to ani przyjemności, ani jakiejkolwiek satysfakcji, a prawda była taka, że nie mógł narzekać na swoją sylwetkę i mógł jedynie dziękować za przekazane mu dalej geny, przy których nie musiał za specjalnie wysilać się fizycznie. Nie dostawał jednak zbyt często komplementów odnośnie swojego wyglądu, gdyż nie było ku temu okazji, co oczywiście nigdy nie wpłynęło na jego pewność siebie, bo Black zdecydowanie świadom był, że do brzydkich wcale nie należy, zresztą naprawdę nie miał powodów do głębszego zastanawiania się i analizowania swojego wyglądu, posiadając dziurawy umysł, który był jego główną zmorą. Mimo to, słowa Finna sprawiły, że zrobiło mu się cieplej i milej. Tak po prostu.
    Wchodząc do Łazienki Prefektów, nie sądził, że Puchon zareaguje z aż takim zachwytem; dla samego Arthura tego typu widoki nie były niczym szczególnym, a codziennością — od dziecka obracał się w dosyć bogato wystrojonej rezydencji, dlatego zdążył przyzwyczaić się do wszelakiego przepychu i ten zdecydowanie nie robił na nim wrażenia. Reakcja Finna sprowadziła go trochę na ziemię, na powrót uświadamiając jak wiele ich różni i w pewnym momencie zrobiło mu się go żal; nagle zapragnął ukazać mu wszystkie najpiękniejsze miejsca na ziemi i sprawić, aby jego zachwyt się nie kończył. Chyba nigdy nie doświadczył takiego uczucia względem drugiej osoby. Finley nie musiał nic mówić — Arthurowi wystarczało jego promienne spojrzenie i świadomość, że sprawił mu przyjemność. Nie czuł nawet jakiegoś rozczarowania, kiedy Finn pocałował go w policzek, a nie w usta; w tym momencie każdy bliższy kontakt z chłopakiem był dla niego na wagę złota.
    — Weź, bo się jeszcze zarumienię — mruknął z głupkowatym uśmiechem na ustach, bo tym razem słowa Finna naprawdę wprowadziły go w delikatne zakłopotanie. Mimo to, bez skrępowania zdjął z siebie koszulę, przy okazji ukazując świeżą bliznę po ich ostatnim pojedynku i zaraz zdjął z siebie również spodnie, pozostając w samych bokserkach. Podszedł do niego i złapał za rękę, po czym zaczął prowadzić w stronę basenu. Nie chciał jeszcze naciskać, chociaż i tak miał w planach, aby przekonać go żeby również wszedł do wody, jednak na chwilę obecną sam usiadł na brzegu i zaraz zanurzył się w parującej wodzie, pełnej piany, przy okazji trochę niechcący, trochę specjalnie ochlapując Finna. Zanurkował i przepłynął z połowę, oddalając się od niego, jednak po chwili znów wrócił i wynurzył głowę, którą zaczął machać, niczym mokry pies, wprawiając swoje kosmyki w istny chaos. Oparł się przedramieniem o brzeg, tuż obok Finna i wyciągnął drugą dłoń w jego stronę, aby zahaczyć jednym z palców o guzik jego koszuli, który bez pytania rozpiął.
    — No chodź.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  131. — Zarumienisz? — dokończył za niego z błąkającym się na twarzy uśmiechem. Przechylił nieco głowę i oparł policzek na swoim przedramieniu, nie spuszczając z niego wzroku; rzeczywiście policzki Finna już dawno zdążyły przybrać intensywną barwę czerwieni — Arthur nawet nie zdążył zarejestrować, w którym dokładnie momencie się to wydarzyło. Z jednej strony tego typu reakcje były zdecydowanie urokliwe i lubił na niego patrzeć, kiedy się rumienił, a z drugiej, trochę mu współczuł — sam zapewne dostałby szału, gdyby jego ciało co chwila zdradzało jego stan emocjonalny. — I owszem.
    W porównaniu do Finleya, któremu ręce trzęsły się jak galaretka, co Arthurowi oczywiście nie umknęło, Black czuł się wyjątkowo — jak na siebie — wyluzowany i sam nie do końca rozumiał skąd u niego to nagłe uczucie szczęścia, którego tak dawno już nie doświadczył. Z jednej strony cały czas trochę się stresował, bo w przeciągu jednego dnia ich relacja uległa znacznej zmianie, której zupełnie się nie spodziewał, a z drugiej nabierał coraz większej pewności siebie, zupełnie tak, jakby nagle zrzucił z siebie cały ciężar i pozwolił, aby wszystko szło swoim tempem, a on się po prostu dostosuje. Przekraczanie pewnych osobistych barier było dla Arthura jak przewracanie kostek domina; potrzebował tego pierwszego bodźca, który sprawi, że ruszy i cała reszta. I chociaż czasem miał wrażenie, że podobne zagrania nie pchają go w dobrym kierunku, tym razem miał wrażenie, że wszystko idzie w tę drugą, lepszą stronę. Towarzystwo Finna naprawdę sprawiało mu coraz większą radość.
    Uważnie przyglądał się jak Puchon powoli zsuwa z ramion koszulę i poczuł nagłe uderzenie gorąca, pragnąć nagle złożyć na bladej skórze setki pocałunków. Zmrużył oczy, chcąc przyjrzeć się uważnie czemuś jeszcze, czemuś co nie wyglądało jak piegi, jednak Darcy nie do końca dał mu ku temu możliwość, nagle się zrywając.
    — Jesteś… — nie zdążył dokończyć, bowiem w przeciągu paru sekund zadziało się tyle, że Black właściwie nie do końca wiedział, co się stało. Zamrugał, trochę oszołomiony i nagle zaśmiał się, dźwięcznie i szczerze, widząc jego minę. Przybliżył się do niego i zatrzymał dopiero w momencie, kiedy dzieliło ich może z pół metra.
    — I to jak — odparł z zuchwałym zadowoleniem. — Tak właśnie planowałem, aby zaciągnąć cię tu w końcu siłą, ale jak widać problem rozwiązał się sam — teraz to on odgarnął parę zbłąkanych kosmyków z jego twarzy i przez chwilę patrzył mu w oczy, po czym nagle zanurkował na parę sekund, skubiąc go pod wodą za nogawkę spodni. Wynurzył się, wypluwając wodę i przecierając twarz dłonią, aby pozbyć się z niej piany.
    — To teraz kolej na spodnie. Nie można tak pływać w odzieży, to niewygodne.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  132. [Cześć, cześć. Obawiam się, że ona aż za chętnie zrobiłaby mu krzywdę! Aż mi go szkoda. Tylko, zupełnie nie wiem jak można by ich ze sobą połączyć, bo są jak ogień i woda. Ale może, Cleo natknęłaby się na niego podczas pierwszego dnia w Hogwarcie, gdzie wszystko i wszyscy by ją irytowali, aż w końcu by nie wytrzymała i swoje frustracje wyładowałaby na Finie?]

    Cleo Akunyili

    OdpowiedzUsuń
  133. [Jak najbardziej mi to odpowiada. Pomyślałam, że ona z początku mogłaby go zignorować, później rzucić kilka kąśliwych uwag... zaś wieczorem, kiedy Cleopatra postanowiłaby trochę zwiedzić okolicę i zapuściłaby się w rejony Zakazanego Lasu, cóż, Finley mógłby jej to odradzać, czego nie przyjęłaby zbyt dobrze.]

    Cleo Akunyili

    OdpowiedzUsuń
  134. [TO zaczynaj, bo mi się podoba ;)]

    OdpowiedzUsuń
  135. Chociaż ton Finna był jak najbardziej poważny, Arthur tak czy siak odebrał to jako żart, sam natomiast naprawdę będąc gotowym do tego, aby Puchona wrzucić do basenu siłą, co dla nich obojga mogłoby zapewne skończyć się jedynie nieprzyjemnościami. Nieświadomi, mogli zatem jedynie cieszyć się z tego, że wyszło jak wyszło, chociaż cała ta sytuacja pokazywała jak dużo jeszcze o sobie nawzajem nie wiedzieli, i chociaż Black naprawdę starał się go nie spłoszyć, nie posiadał jeszcze chyba świadomości, jak dla Finna niektóre sytuacje mogą być ciężkie i trudne.
    Dopiero kiedy Finley na chwilę wyszedł z basenu, cały ociekając wodą, Arthur dostrzegł na jego ciele dodatki w postaci różnorakich blizn niewiadomego pochodzenia i zaniemówił, nie odpowiadając na to, co Darcy powiedział, chociaż jeszcze przez chwilę cisnęła mu się na usta jakaś żartobliwa riposta, która nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Serce zabiło mu dwa razy mocniej i boleśniej, i kiedy chłopak ponownie znalazł się w wodzie, podpłynął do niego w milczeniu, obejmując go nagle ramionami.
    Czuł się tępo i głupio, bo chciał mu powiedzieć, że jest piękny, jednak miał wrażenie, że brzmi to zbyt banalnie. Tak naprawdę mógł się jedynie domyślać czy to właśnie te skazy na ciele były głównym powodem tego, dlaczego Finn oponował przed rozebraniem się; chciał się dowiedzieć, poznać jego prawdziwą historię, jednak nie miał pojęcia od czego zacząć. Miał wrażenie, że nie jest godzien go wysłuchać, a myśli o tym, jak traktował go wcześniej ponownie zalały jego umysł, przez co poczuł niesamowite obrzydzenie do samego siebie. Nagle miał wrażenie, że w ogóle nie ma prawa go dotykać, więc pospiesznie się odsunął, chociaż nadal utrzymał między nimi bliskość, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Z jednej strony pragnął zbombardować go pytaniami, a z drugiej żadne z nich nie brzmiało w jego głowie sensownie — obawiał się, że poruszenie tego tematu sprawi Finnowi jakąś przykrość, chociaż chciał tym wszystkim pokazać, że to, co zdobi jego skórę, absolutnie mu nie przeszkadza.
    Westchnął, czując nagłe, niesamowite przytłoczenie oraz przygnębienie i oparł czoło na jego ramieniu.
    — To ty napisałeś tę walentynkę? — zapytał nagle, przypominając sobie, że miał się go o to zapytać już wcześniej, podczas ich powrotu do Hogwartu i w końcu uniósł głowę, aby spojrzeć mu w oczy.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  136. [Cieszę się, że moja koncepcja przypadła Ci do gustu. Myślę, że wszystko mamy ustalone, a reszta wyjdzie w praniu. Miałabyś ochotę zacząć?]

    Cleo

    OdpowiedzUsuń
  137. Dopiero teraz do jego świadomości dotarło, że swoją niewiedzą mógł sprawić mu przykrość. W życiu jednak nie przypuszczałby, że to właśnie Finn jest autorem walentynki, tymbardziej, że dostał ją w momencie, w którym ze sobą dłużej nie rozmawiali. Ponadto było jeszcze o wiele więcej czynników, które sprawiały, że myśl o tym, że Finley coś do niego przez cały ten czas czuł, wydawała mu się absurdalna. Właściwie nadal nie do końca potrafił to pojąć i nie dość, że powoli próbował oswoić się ze swoimi własnymi uczuciami, to również i jego.
    — Wybacz, po prostu nie sądziłem, że mógłbyś… — urwał, na kilka sekund odrywając wzrok od jego twarzy i przenosząc go na jego dłoń, leniwie wędrującą po jego barku. Czuł przyjemne mrowienie w miejscach, w których opuszki jego palców, stykały się z jego wilgotną skórą. — Myślałem, że jestem dla ciebie jak starszy brat, nic więcej. Sam tak mówiłeś — w jego głosie nie było słychać pretensji, jednak chciał dać Puchonowi do zrozumienia, że wcale mu nie pomagał. Nie mógł go za to jednak winić, bo sam również nie mógł zaprzeczyć, że w jego głowie parę razy pojawiło się trochę myśli związanych z tym, jak w pewnych aspektach Finn przypomina mu jego siostrę. Z początku myślał, że to właśnie dlatego jego spojrzenie na chłopaka się zmieniło, że jest dla niego jak młodszy brat, jednak dlaczego w takim przypadku pragnął również czegoś więcej?
    Wziął głęboki oddech, kiedy Finley nagle zabrał rękę, a jakiekolwiek ciepło z nią związane uciekło razem z nią. Przechylił nieco głowę, jakby pytająco, jednak nie zrobił nic więcej, cały czas mając wrażenie, że w pewnych momentach po prostu powinien chwilę odczekać.
    — Byłem ciekawy kto ją napisał — przyznał po dłuższej chwili. — Poza tym chciałem upewnić się co oznacza słowo cariad — dodał z zawstydzeniem, jakby przyznanie się do tego, że nie zna wszystkich języków świata było jakąś największą zbrodnią. — Oczywiście się domyślałem, jednak wiesz jak to jest. Swoją drogą, naprawdę przypominam ci czekoladę z chilli? — tym razem jego uśmiech stał się szerszy.
    Odnalazł pod wodą jego rękę i poprowadził ją tak, aby znów znalazła się na jego ramieniu, tym samym nieco się do niego przybliżając. Przy okazji uniósł swoją dłoń i przyłożył ją do jego policzka. Miał wrażenie, że pierwszy raz może na spokojnie przyjrzeć się każdemu detalowi na jego twarzy; podziwiał nieregularnie rozsypane na jego skórze piegi, ciemne rzęsy, na których osiadło parę drobnych kropel, delikatnie zadarty nos i pełne usta, po których w pewnym momencie w zamyśleniu przejechał kciukiem, aby zbadać ich miękkość.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  138. Black zdecydowanie powinien wiedzieć jak zachowują się starsi bracia, a mimo to, kiedy usłyszał to pytanie, poczuł nagłe niesamowite przygnębienie, nie wiedząc co odpowiedzieć. Chyba nawet nie chciał, nie chcąc roztrząsać tego tematu, który zaraz całkowicie zepsułby mu humor. I tak wystarczyło, że poczuł nieprzyjemny ucisk, kiedy dowiedział się, że Finn w jakiś sposób za nim tęsknił, kiedy on po prostu się do niego nie odzywał, nawet nie zwracając uwagi ile czasu minęło od ich ostatniej rozmowy. Dopiero widok Puchona w bibliotece uświadomił go, że tak, on również za nim tęsknił. I to bardzo.
    Słysząc o tym, że jest słodki gwałtownie uniósł do góry brwi.
    — Wcale nie jestem słodki — zaprzeczył automatycznie, zastanawiając się skąd w ogóle taki pomysł. Na wieść o tym, że nie każdy go lubi, uśmiechnął się jakby z wyższością; oprócz tego pierwszego, wszystkie inne określenia mu w jakiś sposób schlebiały.
    — Dodatkowo chyba mogę uznać, że również dałeś mi kwiaty? — zapytał, mając na myśli pęczek zasuszonego wrotycza.
    Arthur nieco różnił się od swoich rówieśników — nie tylko pod względem charakteru czy sposobu bycia, a również podejścia do spraw związków, uczuć oraz fizyczności. Być może inni mogli uznać go za nieco staroświeckiego w tym przypadku, jednak z jego względu nie było to podyktowane wychowaniem czy naciskiem ze strony rodziny; wszystkiego doświadczał sam i sam wyciągał z tego wnioski, w pewnym momencie uznając, że po prostu to, co zadowala większość jego kolegów, dla niego nie ma, aż tak wielkiego znaczenia. W zasadzie świadomość, że się komuś podoba, wprowadzała go w pewien dyskomfort, dlatego zwykle starał się nie zwracać na to uwagi, bądź po prostu udawać, że nie zauważył, w pewnym momencie rzeczywiście wyłączając się na jakiekolwiek dziwne podchody względem jego osoby, głównie ze strony młodszych. Jako osobie niezbyt wylewnej nie łatwo było mu znaleźć kogoś, z kim mógłby nawiązać tę nić porozumienia, świadczącą o czymś więcej, nie tylko samej przyjaźni, a kiedy w końcu mu się to udało, prędzej czy później nie zakańczało się pozytywnie; tak jak związek z Olivią Greengrass zaliczał do wyjątkowo nieudanych ze względu na to jaką dziewczyna była osobą — do dziś nie ma pojęcia co w niej wtedy widział. Tak związek z Milsentem nadal gdzieś za nim chodził, niczym chmury burzowe i przypominał o sobie w najmniej spodziewanych momentach, doprowadzając Blacka tym samym do szewskiej pasji, bo naprawdę ostatnie na co miał ochotę, to rozmyślanie o tym, dlaczego Nevell nagle przestał się do niego odzywać. Nie zmieniało to jednak faktu, że doświadczenia z tymi dwoma osobami utwierdziły go tylko w fakcie co tak naprawdę najbardziej się dla niego zawsze liczyło, a mianowicie — uczucie.
    W przypadku Finna było dokładnie tak samo. Owszem, kiedy znaleźli się blisko siebie, Arthur nie mógł zaprzeczyć, że aż świerzbiły go palce aby go dotknąć, poczuć, i że był tego spragniony, jednak wiedział, że nie odczuwałby tego wszystkiego gdyby nie ilość czasu z nim spędzona, wspólne — nawet jeśli nie do końca dobre — przygody oraz rozmowy o wszystkim i o niczym. Był zadowolony, że to wszystko przebiegało leniwie, wolno, momentami może nawet dosyć nieudolnie, jednak dzięki temu, w tej chwili był pewien, że chce właśnie tego.
    Wstrzymał nieświadomie oddech, kiedy Finley delikatnie rozchylił usta, pragnąc ponownie dotknąć ich swoimi, tym razem jednak bardziej świadomie, niż pod Trzema Miotłami. Cały czas z tyłu jego głowy gdzieś pojawiała się obawa, że znowu go w jakiś sposób spłoszy, chociaż ze wszystkich sił starał się być ostrożny i delikatny — nie sądził więc, że Finley tym razem ową obawę rozwieje.
    Niespodziewanie westchnął w jego usta ze spragnieniem, czując jak drży na całym ciele. Jedną z dłoni automatycznie wplótł w jego włosy, zaś drugą — tą, która wcześniej była na jego policzku — zaczął ostrożnie zjeżdżać w dół, po jego szyi oraz ramieniu, aż w pewnym momencie przeniósł ją na jego bok, aby móc ciasno go objąć i tym samym sprawić, że ich ciała w końcu się ze sobą zetknęły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dało się ukryć, że był podniecony, co zapewne dało się już odczuć dla nich obu, jednak nie miał na to wpływu, mając wrażenie, że czekał na ten moment wieczność. Miał wrażenie, że Finn bez problemu może również odczuć gwałtowne dudnienie serca, boleśnie obijające się o jego klatkę piersiową oraz wzburzony oddech w momencie, w którym ostrożnie, może nawet nieco nieśmiało zahaczył swoim językiem o jego język.

      Black

      Usuń
  139. — W takim razie inni wiele tracą – lubię brzmienie twojego imienia i niewypowiadanie go na głos wydaje mi się bezsensowną niedbałością — oznajmia Wolfgang z zupełną szczerością, za którą nie kryło się żadne drugie dno; istniały wyrazy, nazwy i imiona, których brzmienia mu się zwyczajnie podobały, bez żadnej wyraźnej przyczyny. — Chyba, że sobie tego nie życzysz i sprawia ci to jakiś dyskomfort — dodaje, pytającym spojrzeniem starając się wybadać reakcję Finleya na swoje słowa. Uśmiecha się delikatnie i odwraca głowę.
    — Interesujące zagadnienie. Zwykle nie zastanawiamy się nad tym, co nas bawi, zwykle po prostu poddajemy się śmiechowi niemal równie bezrefleksyjnie, co nabieraniu oddechu. Mógłbym prześledzić związki przyczynowo-skutkowe, które zadecydowały o moim rozbawieniu, ale nie jestem pewien czy to rzeczywiście zaowocowałoby zrozumieniem — odrzekł, zniżając głos niemal do szeptu, aby pośród ciszy pogrążonych w pustce korytarzy nie brzmieć zbyt donośnie. Czując, jak oczy przyzwyczajają się do półmroku, Wolfgang potoczył zachwyconym spojrzeniem po sklepieniu i licznych cieniach, które przesuwały się bezszelestnie po ścianach; sam proces obserwowania zwykłych rzeczy potrafił znakomicie urozmaicić mu każdą podróż, wymuszając na jego wyobraźni plejadę setek nieuchwytnych pomysłów.
    — W takim razie, ja również wolałbym nie roztrząsać twojej przyszłości i absolutnie nie zamierzałem ci zarzucać, że nie masz na karku własnych doświadczeń. Chciałem tylko zaznaczyć, że obaj jesteśmy bardzo młodzi i nie mamy zbytniego pojęcia na temat tego, jak ukształtujemy się docelowo – o ile w ogóle można mówić o jakiejkolwiek docelowości w kwestii ludzkiego rozwoju.

    Wyłaź, Irving. — Wolfie znienacka przystaje, dopiero wówczas tak właściwie odnotowując, że Finn chwycił się jego ramienia. Co zupełnie mu nie przeszkadzało; Wolfgang, o ile nie znajdował się w twórczym szale, miał bardzo wysoki próg tolerancji na kontakt fizyczny.
    Usta Wolfiego wykrzywiają się w czułym uśmiechu, podczas gdy zza gargulca wyłania się ciemny kształt, który okazuje się (niemal) czarną, drobną kotką z wyprężonym ku górze ogonem, zmierzającą nieśpiesznie w ich kierunku. Z bliska zwierzak okazuje się posiadać szylkretowe umaszczenie, w którym dominuje czerń.
    Wolfie unosi kota na ręce, a zwierzak ociera się leniwie o jego podbródek, spoglądając na Finleya.
    — Poznaj Irving. Przynajmniej ostatnio się tak do niej zwracam, bo ciężko przyznać, aby posiadała jakiekolwiek imię na stałe — oświadcza, gładząc miękką sierść pupila. — Nie zdziwiłbym się, gdybyś już ją kiedyś poznał. Uwielbia wymuszać atencje, na każdym kto się do niej zbliży, gdy wygrzewa się na błoniach. I nie sądzę, żebyś faktycznie był pozbawiony takiej możliwości — dodaje, powracając do wątku, od którego na moment jego uwagę odciągnęło pojawienie się kotki. — Jestem w stanie spisać, albo nawet zademonstrować ci kilka metod na wyodrębnienie z liścia odpowiedniej substancji, reszta to banał — oferuje mimochodem, wznawiając marsz. — Zawsze mnie fascynował wybór takiej ścieżki. Dla mnie aspirowanie na uzdrowiciela oznaczałoby zbyt wiele wyrzeczeń. W co w takim razie celujesz teraz?

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  140. Kiedy Finley odwzajemnił poglębiony pocałunek, poczuł jak całe napięcie z niego schodzi, bo pomimo tego, że to Puchon tym razem pierwszy musnął jego usta, nadal gdzieś w głowie obawiał się nagłego odrzucenia bądź braku reakcji. Nie sądził, że za chwilę poniekąd ponownie będzie zmuszony się z tym zmierzyć — przyjemnie błądząca po jego plecach dłoń oraz namacalność drugiego ciała skutecznie wygłuszała jakikolwiek lęk związany z kolejnym odtrąceniem. Poza tym nie było trzeba cokolwiek mówić, ażeby Arthur wiedział, że Finnowi również się podoba, Krukon czuł wystarczająco żeby wiedzieć, że nie jest to tylko przyjemność jednostronna, więc kiedy nagłe ciepło zaczęło uciekać, a on sam nie był w stanie złożyć na jego ustach kolejnego pocałunku, skutecznie zablokowany przez dłonie, które nagle pojawiły się na jego policzkach, otworzył oczy i spojrzał na niego z dezoorientacją, nie rozumiejąc.
    Wstrzymał oddech i choć Finley nie zdążył jeszcze niczego powiedzieć, już czuł, że znowu będzie musiał zmierzyć się z kolejną przeszkodą, co sprawiło, że uniesienie, które nim zawładnęło, momentalnie opadło, a on sam nagle zapragnął bez słowa opuścić pomieszczenie.
    Słysząc jego pytanie, drgnął niespokojnie, czując jak coś ściska go za serce — nie spodziewał się go tak samo jak i tego, że Finn po chwili odsunie swoje dłonie i na powrót powstanie między nimi niewidzialna bariera. Black, jako osoba nie posiadająca licznych miłosnych podbojów w swoim życiu — w porównaniu co do niektórych jego rówieśników — nigdy nie sądził, że komukolwiek mogłoby przeszkadzać, że z kimś był. W końcu większość osób w jego wieku miała za sobą już swoje pierwsze miłostki, co dla każdego było raczej oczywiste i nie owiane jakąkolwiek tajemnicą. Choć związek Arthura z Olivią był bardziej na pokaz, aby zadowolić ich obie rodziny, tak bycie z Milsentem — bycie z chłopakiem — dla Blacka było czymś, czym zdecydowanie nie chciał się afiszować, wiedząc, że mógłby mieć spore problemy, gdyby jego rodzina się o tym dowiedziała.
    — Byłem — odezwał się w końcu sztywno, zastanawiając się jak bardzo Puchonowi to przeszkadza. Na stwierdzenie, że był z kimś jeszcze bliżej, jedynie kiwnął niemrawo głową, nagle czując się winnym, jakby w ogóle nie miał do tego prawa. Dopiero słysząc jego kolejne wyznanie, wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił — nie potrafił ukryć parosekundowego zaskoczenia, po którym zacisnął szczękę, czując się trochę tak jakby ktoś właśnie uderzył go w twarz, chociaż dłonie Finleya już dawno zniknęły z jego policzków. I choć rozpaczliwie pragnął wierzyć czy raczej wmawiać sobie, że Puchona nie spotkało nic okropnego, tak Finn dawał mu coraz więcej znaków, które powoli układały się w jedną całość, aby mógł myśleć, że jest inaczej.
    — Kiedy to było? — zapytał cicho, zastanawiając się, które blizny na jego ciele opowiadają historię, o której zapewne wolałby nie mówić.
    Widząc jego zrozpaczone spojrzenie i słysząc drżący głos, coś ścisnęło go w gardle, zupełnie tak, jakby sam miał się zaraz rozpłakać, co zdecydowanie było do niego niepodobne. Miał jednak wrażenie, że już bardzo dawno tak bardzo nie bolało go serce z powodu drugiej osoby, której istnienie zaczęło znaczyć dla niego o wiele więcej niż mógłby przypuszczać. Nie potrafił tego wytłumaczyć i nadal czuł zagubienie, jednak jednego był pewien — wiedział, że absolutnie nie pozwoli, aby ktokolwiek więcej go skrzywdził.
    — Finn… — ujął nagle jego twarz w dłonie i spojrzał mu prosto w oczy. — To właśnie takiego cię chcę. Chcę żebyś był sobą. A jeśli pojawią się jakiekolwiek przeszkody, z którymi sam nie potrafisz sobie poradzić, chcę żebyśmy razem spróbowali je pokonać, krok po kroku — oznajmił, nie wyobrażając sobie, że mógłby go w tej chwili — kiedykolwiek — zostawić. Uśmiechnął się do niego ciepło i choć nie miał pojęcia na co w tej chwili może sobie z powrotem pozwolić, postanowił się do niego przytulić, otaczając go swoimi ramionami.

    Black

    OdpowiedzUsuń
  141. Świadomość tego, jak przez lata żył w mydlanej bańce, nagle uderzyła go ze zdwojoną siłą, sprawiając, że nagle poczuł niesamowity wstręt do samego siebie i równie niesamowite obrzydzenie do osoby, która to wszystko zrobiła Finnowi, który wówczas był tylko niewinnym, bezbronnym dzieckiem. Ogarnęło go palące uczucie złości i wzburzenia, które niemal od razu zostało wyrysowane na jego wiecznie niewzruszonej twarzy. Jednocześnie odczuł nagłe, niesamowite przytłoczenie — nie z powodu tak ciężkich informacji, których niekoniecznie się spodziewał, a przez świadomość, że tak naprawdę nic nie może zrobić, aby to co kiedyś się stało, nigdy się nie wydarzyło.
    — To nie jest twoja wina — odezwał się w końcu, kiedy Finley niespodziewanie wybuchł płaczem, przez co Arthur poczuł jak w jego oczach mimowolnie również stają łzy. Absolutnie nie uważał Puchona za okropnego, nawet jeśli dopuścił się czynów, które większość z pewnością mogłaby potępić; był niemal pewien, że na jego miejscu każdy chciałby postąpić tak samo, tylko, że nie miałby na tyle odwagi, aby same plany wcielić autentycznie w życie. Paradoksalnie Black poczuł coś w rodzaju dumy, chociaż informacja o otruciu — bo zioła nie pozwalały mu na wyciągnięcie innych wniosków — powinna wzbudzić w nim lęk i niepokój. Nagle ujął jego twarz w dłonie i spojrzał mu prosto w oczy.
    — Zrobiłeś co musiałeś. Postąpiłeś słusznie — powiedział stanowczym tonem, kciukiem ocierając łzy z jego policzków, po czym pozwolił, aby Puchon w końcu się w niego wtulił, sam mocno otaczając go swoimi ramionami. Oparł policzek o czubek jego głowy i zamknął oczy, gładząc leniwie jego plecy. Uśmiechnął się mimowolnie, słysząc jego kolejne słowa, które sprawiły, że poniekąd poczuł ulgę, bo teraz, ze świadomością co go spotkało, tym bardziej nie wiedziałby jakie podejście ma Finn względem jego dotyku.
    — Wystarczy mi, że będziesz blisko tak jak teraz. Wiem, że może wydawać się to nieco dziwne ale naprawdę… Nie jestem z tych osób, którym zależy tylko na tym — powiedział trochę nieśmiało, nie do końca będąc przyzwyczajony do jakiegokolwiek mówienia o swoich uczuciach, które teraz chciałby przekazać Finnowi, uświadamiając go, że nie fizyczność jest dla niego na pierwszym miejscu, a umysł, który swoją drogą zapragnął naprawić, chociaż jego również był poniekąd zepsuty. Posłał mu delikatny uśmiech, kiedy ich spojrzenia się spotkały, który po chwili zniknął, czego Puchon na szczęście nie mógł już dostrzec; nagle miał ochotę również wyznać mu swoje grzechy i uświadomić go, że wcale nie jest taki idealny.
    — Lepiej nie mów takich rzeczy, dla innych nie jestem tak miły, jak dla ciebie — powiedział żartobliwie, chociaż w środku coś go ścisnęło; miotało nim coraz większe poczucie winy i chociaż starał się być lepszy, nadal miał wrażenie, że oszukuje nie tylko innych ale również i samego siebie. To nie Finn powinien się wstydzić czegoś, na co nie miał wpływu — było wiele sytuacji, w których Arthur mógł po prostu powiedzieć “stop”, a mimo wszystko tego nie zrobił, pozwalając swoim rodzicom na to, aby zrobili mu pranie mózgu i poniekąd zniszczyli jedną z najcenniejszych relacji w jego życiu. Mógł zrobić wszystko, a mimo to nie zrobił nic, przez lata skrupulatnie pielęgnująć w sobie gniew i nienawiść, która dopiero teraz, za sprawą Puchona, powoli zaczęła schodzić na drugi plan.
    — To ja przepraszam — powiedział w końcu, łamiącym się głosem, czując, że pęka. — Nie powinienem cię tak traktować i wykorzystywać. Nigdy w życiu nie sądziłbym, że… — nagle poczuł niesamowite obrzydzenie w związku z tym, że w ogóle próbował się jeszcze jakkolwiek tłumaczyć. — Nie chcę taki być. Chcę żebyś to ty mnie naprawił — wyznał drżącym głosem, w końcu się od niego odsuwając. Spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się blado, nie do końca wierząc w to co się właśnie działo. Musiał ochłonąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chyba pora się zbierać — dodał pospiesznie i musnął jego czoło, po czym oparł ręce na brzegu basenu i dźwignął się, aby wyjść. Wziął jeden ręcznik dla siebie, a drugi podał Finnowi, przy którym ukucnął, cały nadal ociekając wodą. Chociaż wcale nie minęło bardzo dużo czasu odkąd pojawili się w Łazience Prefektów, miał wrażenie, że są w niej zdecydowanie zbyt długo, a ciepło oraz unosząca się para, która z początku była przyjemnie ogrzewająca, teraz zaczęła go dusić.
      — Zaraz będzie cisza nocna, odprowadzę cię na dół, żeby nikt się nie przyczepił.

      Black

      Usuń
  142. Arthur nie był pewien czy jest gotowy na usłyszenie o szczegółach — z jednej strony miał wrażenie, że opowiadanie o tym to dla Finna zdecydowanie za dużo, a z drugiej czuł, że jeśli jednak się przy nim otworzy i opowie mu swoją historię, w końcu zniesie z barków dręczący go ciężar i nie będzie z tym wszystkim sam. Black wiedział, że z pewnością zaakceptowanie tego, co kiedyś się wydarzyło jest niemożliwe, jednak chciał pomóc Finnowi, aby w jakimś stopniu się z tym pogodził, dzięki czemu będzie mógł ruszyć na przód, pozostawiając za sobą demony przeszłości.
    — Byłeś tylko dzieckiem, nic nie mogłeś zrobić. Odbierałeś wszystko zupełnie inaczej, nie mogłeś przecież przewidzieć, że to się tak skończy — westchnął, w głowie mając cały czas gryzącą myśl z zastanowieniem jak dokładnie to wszystko się skończyło i do czego była zdolna kobieta. Chciał spytać jak powstały blizny na jego ciele, świadczące o tym jaką krzywdę wyrządziła mu kobieta, jednak uznał, że na dzisiejszy dzień byłoby to zapewne za dużo. On sam również potrzebował chwili czasu, aby poukładać sobie w głowie nowe informacje i na spokojnie zastanowić się jak do tego podejść.
    Również wspomógł się magią, aby nie było po nim widać, że miał jakikolwiek kontakt z wodą i choć szczerze mu się nie chciało, nie odpuścił nienagannego wyglądu, zapinając koszulę aż po ostatni guzik, idealnie zawiązując krawat i zaczesując włosy do tyłu, które jeszcze przez chwilę były w istnym nieładzie.
    — A co jeśli chcę? — zapytał, podchodząc do Finna i widząc jak męczy się z tą nieszczęsną koszulą, złapał go za nadgarstki, aby odsunąć jego ręce i sam zaczął sprawnie zapinać guziki. — Poza tym to nie jest niańczenie. Jestem prefektem i moim obowiązkiem jest odprowadzić każdego ucznia z powrotem do jego dormitorium — odparł równie zaczepnie, posyłając mu łobuzerski uśmiech. Pomógł mu również z krawatem, jednak zawiązał go zdecydowanie luźniej, niż swój własny. Na sam koniec przejechał przeciągłym spojrzeniem po jego sylwetce i zatrzymał go na jego twarzy, na ustach które znów zapragnął pocałować. Wiedział, że już za chwilę, kiedy tylko przekroczą próg łazienki Prefektów, nie będą mogli być tak blisko; chociaż było już zdecydowanie późno i prawdopodobieństwo, że kogoś spotkają było nikłe, Arthur nadal wolał nie ryzykować, nie będąc jeszcze gotowym na tłumaczenia czy jakieś nieprzyjemności. Dla dobra Finna będzie o wiele lepiej, jeśli rodzice Blacka dowiedzą się o nich jak najpóźniej.
    Ujął jego twarz w dłonie i przejechał kciukiem po delikatnie zarumienionym policzku, patrząc mu w oczy z delikatnym, może trochę smutnym uśmiechem.
    — Jasne, że będziesz umiał. Zobacz ile już zmieniłeś — odparł na to, o czym Finn mówił wcześniej. — Tak naprawdę już wiele zrobiłeś, chociaż wiem, że przede mną jeszcze długa droga i chciałbym, żebyś mi w niej towarzyszył — zapewnił go, jeszcze przez chwilę tak stojąc i napawając się jego bliskością, po czym opuścił ręce i zaczął kierować się do wyjścia.
    Cała podróż na dół przebiegła w ciszy, przerywanej jedynie odbijającym się echem kroków i cichym pochrapywaniem dobiegającym z niektórych obrazów. Co jakiś czas ręka Arthura przypadkowo znajdowała się bliżej dłoni Puchona i delikatnie ją muskała, wprawiając Blacka w mimowolny, delikatny dreszcz emocji; wiedział, że od tej pory będzie odczuwał ich o wiele więcej, kiedy będą spotykać się nie na osobności, a wśród innych, udając, że nic ich nie łączy, a jednak widząc w swoich spojrzeniach coś więcej. Na samą myśl o tym, na jego twarzy pojawiał się leniwy, zadowolony uśmiech. Zapewne żaden z nich nie sądził, że ich poranne spotkanie w bibliotece zakończy się zupełnie innym etapem ich znajomości ale to właśnie ten przełom, jaki nagle nastąpił, sprawił, że Arthur nie potrafił pozbyć się mimowolnych motyli w brzuchu, o których uświadomił sobie, kiedy w końcu znaleźli się pod dormitorium Puchonów, a on nie potrafił oderwać wzroku od delikatnie oświetlonej miękkim światłem, twarzy Finleya, nie chcąc się z nim rozstawać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — W takim razie chyba możemy uznać walentynki za udane? — mruknął półgłosem, opierając się plecami o chłodną ścianę i złapał za rękaw jego szaty, ostrożnie przyciągając go w swoją stronę.

      Black

      Usuń
  143. Na nagłą bliskość Finleya, Arthur nie mógł zareagować inaczej, niż nagłym uczuciem uniesienia i zdecydowanym wzmożeniem bicia serca. Chociaż stali tuż przy wejściu do dormitorium Puchonów, z którego, choć była już cisza nocna, w każdej chwili mógł ktoś wyjść, Black nie postanowił się odsunąć. W tej jednej chwili było mu już wszystko jedno; liczyło się tylko ciepło drugiego ciała, miękki dotyk jego dłoni i wpatrzone w niego z uwielbieniem spojrzenie, za które byłby w stanie w tej chwili zrobić wszystko. Miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu doświadcza tak silnym emocji, które związane są z drugą osobą i nie są one na podłożu negatywnym, z czym dotychczas miał do czynienia. I chociaż odczuwał również pewnego rodzaju zagubienie, związane ze wszystkim co wydarzyło się w przeciągu tych paru godzin, dzięki jego gestom, zeszło ono na drugi plan.
    Objął go w pasie ciaśniej, jakby ich bliskość i tak nie była wystarczająca i z zadowolonym mruknięciem przedłużył ich pocałunek, na koniec, mimowolnie, delikatnie przygryzając jego dolną wargę. Kiedy w końcu się od niego oderwał, spojrzał na jego twarz z zachwytem, czując niedosyt.
    — Jesteś piękny — wyszeptał, uśmiechając się trochę nieśmiało; nie był przyzwyczajony do komplementowania innych. W zasadzie w ogóle nie zdarzało mu się mówić czegoś miłego innym, w związku z czym czuł się trochę nieswojo, aczkolwiek cieszył się, że w końcu miał ku temu okazję.
    Pochylił się jeszcze na krótką chwilę, aby musnąć jego napiętą szyję i zaraz szybko się wycofał, odsuwając się i wciskając dłonie do kieszeni — wiedział, że jeśli sam nie przystopuje, będzie mu trudniej na powrót nie spróbować czegoś więcej, czegoś z czym Finn ponownie mógł poczuć dyskomfort. Odchrząknął, prostując się.
    — Liczę, że to ostatni raz, kiedy tak późno musiałem odprowadzać cię do dormitorium — powiedział znacznie głośniej i chociaż brzmiał poważnie, w jego głosie dało dosłyszeć się nutkę złośliwości, bo Arthur zdecydowanie nie chciał, aby był to ostatni raz. — Dobranoc — dodał już znacznie łagodniej i posłał mu delikatny uśmiech, po czym w odwrócił się napięcie i po chwili zniknął w mroku korytarza.
    W drodze na wieżę Krukonów, nie potrafił przestać myśleć i analizować dzisiejszego dnia; w głowie co chwila odtwarzał krok po kroku sceny, starając się wyłapać z nich jak najdrobniejszy detal, oczami wyobraźni błądził po Hogsmeade, dopiero teraz zastanawiając się ile osób tak naprawdę widziało ich razem; chociaż sam nie przejmował się tym, co inni o nim pomyślą, strach przed jego rodzicami, a szczególnie matką, był wyjątkowo paraliżujący. Myśl o niej od razu sprawiła, że wszystkie emocje i cała euforia związana z Finnem, momentalnie opadły, zastąpione przez niepokój oraz rozdrażnienie; był zły, że nie potrafił nawet cieszyć się tym, co między nimi zaszło, w obawie przed tym co może zajść później, jeśli jego matka się dowie. Wiedział, że muszą być ostrożni, nie ze względu na jego dobro, a dobro Puchona, które w obliczu Josephine Black, mogło być w pewien sposób zagrożone.
    Przy zdejmowaniu szaty, z kieszeni wypadł brelok, na którego widok Arthur mimo wszystko mimowolnie się uśmiechnął. Usiadł na skraju łóżka i wpatrywał się w srebrnego konia z zamyśleniem, zastanawiając się czy Finley zdążył już zasnąć; przypomniał sobie o wyznaniu Puchona w Łazience Prefektów i coś ścisnęło go ponownie za serce, tak samo jak on, nieświadomie zacisnął dłoń na srebrnym breloczku, aż pobielały mu kostki. Czuł się bezradny, a jednocześnie wiedział, że w jakiś sposób uda mu się pomóc i sprawić, aby Finley pozbył się swoich lęków. Z tą myślą położył się do łóżka i rozmyślając oraz wizualizując sobie w wyobraźni ich kolejne spotkanie, a raczej różne wersje, które w rzeczywistości pewnie nie będą miały miejsca, udało mu się zasnąć dopiero nad ranem.

    Black

    OdpowiedzUsuń