27 sierpnia 2018

They called me a bitch


najpierw zapraszam tutaj


burned me like saffron, my matter is golden

I am teaching you to be selfish. Let me repeat it because the word 'selfishness' has been condemned so much that it is every possibility to misunderstand... but, the word is really beautiful: To be selfish simply means to be yourself.


właściwie Fionnghuala Erica Berenger * 17 czerwca 2005, dublin, irlandia * mugolaczka * hufflepuff, v rok * różdżka z berberysu, 11 calowa, dość krucha, z rdzeniem z włosa z grzywy kelpie * boginem odrzucenie (kochanie, co ty tu robisz, co? nie jesteś nam już potrzebna, mamy tę piękną rzodkiew) * patronusa próbowała rzucić raz, gdy miała trzynaście lat, z zerowym skutkiem * szkolny chór * i don't know who you are but you must be some kind of superstar 'cause you got all eyes on you no matter where you are * powiązania

Ciężko nie zauważyć jej obecności – bo nawet kiedy nic nie mówi, gdy tylko wchodzi do pokoju, otaczająca ją aura pewności sprawia, że głowy odwracają się w jej kierunku. Jest w niej coś przyciągającego i odpychającego jednocześnie – w jej wesołym spojrzeniu, nie gasnącym nawet po usłyszeniu najbardziej niemiłych komentarzy, i głosie nie bojącym się wypowiadać nawet najbardziej kontrowersyjnych rzeczy. W jej towarzystwie może się czuć albo dobrze, albo źle – bo blask, który roztacza, może być w równej mierze dodający otuchy, co przytłaczający. Zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie popsuć jej humoru, bo ani trochę nie przejmuje się choćby faktem, że musi powtarzać rok z powodu słabych wyników i że została uznana za czarną owcę Hufflepuffu, ale ona po prostu wychodzi z założenia, że życie jest za krótkie, by skupiać się na negatywnych emocjach i stara się je od siebie odsuwać. To ta osoba, której dobre intencje często są brane za złe, żartobliwe komentarze traktowane poważnie, a komplementy uważane za wyszukaną formę naśmiewania się. Jej pewność siebie najczęściej mylona jest z wybujałym ego i narcyzmem, ale Erica doskonale zdaje sobie sprawę, jak daleko jej do doskonałości i każdego dnia próbuje być lepszym człowiekiem. Chociaż stara się wszystkich traktować miło i uczciwie, już dawno pogodziła się z opinią wrednej suki – i jedynie bliscy jej ludzie wiedzą, że nie ma nic wspólnego z tą niemiłą dziewczyną z plotek. Czasem wciąż jej smutno, gdy słyszy złe opinie na swój temat, ale życie nauczyło ją, że akceptacja i kochanie siebie wraz ze wszystkimi swoimi wadami (oczywiście nie wykluczając ciągłego rozwoju) są najważniejsze, dlatego zaciska zęby i jest sobą, nawet jeśli czasem oznacza to brak akceptacji i odrzucenie. Chociaż magia od najwcześniejszego dzieciństwa była częścią jej rzeczywistości (oboje jej rodziców to mugolaki), jej o wiele bardziej podoba się świat mugoli. To elektronika nie magia podbiła jej serce, i to ich kultura wydaje się o wiele bardziej kusząca. Przez ostatni rok strasznie zaniedbała się w nauce, jako że nie widzi swojej przyszłości w żadnym magicznym zawodzie, i zamiast tego na własną rękę zaczęła edukować się w muzyce. Wciąż nie może przeboleć, że jej laptop nie działa na terenie Hogwartu (ani telefon pełen pięknej muzyki), więc wykorzystuje każdą chwilę w domu na tworzeniu piosenek. To ona przechadza się korytarzami szkoły, śpiewając na cały głos mugolskie hity (najczęściej R&B) i to ona co chwila narzeka, że omijają ją wszystkie najlepsze koncerty. Bardzo pracowita z niej osoba (w co wątpi prawie cała szkoła) i jak na czymś jej zależy, nie poddaje się, aż tego nie osiągnie. Obecnie jej największym marzeniem jest zrobienie kariery w muzyce, wbrew życzeniom rodziców i przyjaciół (oni uważają, że porzucenie magii to najgłupszy z jej dotychczasowych pomysłów, głupszy nawet od prób wytresowania wielkiej kałamarnicy z hogwarckiego jeziora). Wciąż ma momenty, kiedy czuje, że jej życie to jedna wielka porażka i żałuje, że nie potrafi być człowiekiem, jakim jej najbliżsi chcieliby, żeby była, ale przez większość czasu po prostu cieszy się, że jest sobą. Bo w końcu na całym świecie nie ma drugiej takiej samej osoby jak ona i ta myśl każdego dnia dodaje jej siły.

My touch is righteous, like virus my Midas I'm golden

odautorsko: Alessia Cara na wizerunku, cytaty od Sevdalizy, ASAP Rocky&FKA twigs, Kung Fu Pandy i Jamelii, w imieniu i nazwisku zalinkowana piosenka. Od dawna kusiło mnie, żeby zrobić postać, której ta cała magia wcale się nie podoba, więc jest Erica. Szukam dla niej wrogów, kilku przyjaciół, kogoś, z kim mogłaby śpiewać mugolskie hity i może jakiejś miłości (chłopak, dziewczyna, jesteśmy otwarte na propozycje). Mam nadzieję, że się dogadamy. :3 druga postać: Teddy

21 komentarzy:

  1. [Vinny zgłasza się do mugolskich hitów, ale ostrzegamy przed monarchią absolutną jaka panuje z jegi ręki w chórze! Nie no, żartuję... a może nie?]

    V.Greed i reszta gromadki

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ja tu wrócę z ambitniejszym powitaniem, obiecuję!, ale czy mogę poprosić o mail? Chyba chciałabym coś zaproponować, ale nie wiem czy to przejdzie :D]

    Deucent Faradyne/Aleister Sheehan

    OdpowiedzUsuń
  3. Witamy serdecznie i życzymy udanej zabawy!

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć i czołem, witamy koleżankę.
    Finn bardzo często myśli, że jego życie to jedna wielka porażka i nawet nie ma tak jasno określonych planów na przyszłość jak Erica, czego pewnie strasznie jej zazdrości. Skoro dziewczę powtarza rok, wcześniej pewnie znali się tylko z widzenia. Masz jakąś konkretną wizję na ewentualne relacje Eriki z innymi? Bo Finn jest raczej powtarzalny w swoich relacjach z ludźmi i dobrze by było, gdyby ktoś go z tego schematu wyciągnął i pokazał, że można inaczej.]

    Finley Darcy

    OdpowiedzUsuń
  5. [Bracia jej nie odtrącają, to raczej ona ma wyrzuty sumienia, że zostawia ich w domu, w którym nie dzieje się najlepiej. Treść karty nie jest przejrzysta, to celowe, ale może aż za bardzo, w takim razie. ;D
    Florence lubi wszystkich, więc jak najbardziej lubiła na pewno Ericę. Jestem pewna, że wspólne śpiewanie zbliża! Ona nie słucha plotek i sama przebija się przez ludzkie skorupy. Całą sobą więc jestem za jakąś pozytywną relacją, wzajemnym wspieraniem się, Erica mogłaby nawet wiedzieć co nieco o tym, co dzieje się w domu Flo.]

    Florence Lovett

    OdpowiedzUsuń
  6. - BERENGER!
    Cokolwiek Puchonka robiła w tłumie międzylekcyjnym na korytarzu pierwszego piętra - cóż... już tego nie robiła.
    Vincent miał w planach spożytkować swoją godzinną przerwę między blokami zajęć nie na opychaniu się do granic w żołądka w Wielkiej Sali, nie na pisaniu zaległej pracy domowej na kolanie, a nie w bibliotece (choć taką opcję rozważył trzy razy, bo mimo, że w ostatnim tygodniu był niezwykle sumienny w nauce - co zazwyczaj mu się nie zdarzało - to istniała bardzo prawdopodobna możliwość, że tak czy siak o czymś zapomniał. A nie chciał zmuszać Arthura do ratowania jego nieodpowiedzialnego tyłka po raz setny, bo wielkie pokłady cierpliwości jakie miał w stosunku do niego przyjaciel zdawały się być na wykończeniu), ani na swoim zwyczajonym błąkaniu się po błoniach z Biancą pod pachą, albo przy piersi, żeby zawodzić jak wilk do księżyca - tylko bez księżyca, bo był środek dnia, a na spokojnym odpoczęciu z kanapką w ręku w sali ćwiczeniowej muzyków, gdzie pragnął przenieść na papier kilka pomysłów, które miały urozmaicić jego musicalową ideę.
    W momencie, gdy przekroczył znajome progi wielkiego pomieszczenia coś jednak uderzyło jego wyczuloną na szczegóły uwagę - musiał rozejrzeć się po ścianach i wyposażeniu między nimi nie raz, nie dwa, a trzy, co nie dało większego skutku, bo koniec końców wciąż coś mu nie pasowało - nie wiedział jednak, co konkretnie.
    Błądził węsząc podstęp i teorie spiskowe, mające zasabotować jego twórczość dobrze pięć minut, obijając się od ściany do ściany i próbując wyczaić, co jest nie tak i dlaczego coś tak dziwnego wisi w powietrzu.
    W końcu zdał sobie sprawę, że brakowało pianina.
    Mimo, że jego serce na zawsze i nieodłącznie należało do ukochanej Bianci, poczuł się dotkliwie urażony taką niespodziewaną zmianą wystroju, a może raczej tym, że nic o niej nie słyszał.
    Jasne, zdarzało się, że członkowie chóru pożyczali sobie szkolne instrumenty, by w zaciszu własnych dormitoriów, lub pokojów wspólnych, ćwiczyć swoje umiejętności bez czujnych oczu nauczyciela (lub zgryźliwego na tym punkcie Greeda), czekającego tylko na wybrzmienie tego jednego, krzywego tonu, do którego można było się przyczepić.
    Jasne, zdarzało się, że instrumenty raz na jakiś czas znikały na rzecz ich konserwacji i odpowiedniego odświeżenia, by mogły służyć wszystkim jak najdłużej. Każda taka nieobecność była jednak odpowiednio wcześnie ogłaszana wszystkim interesantom, by nikt nie martwił się, że jego ulubionego fletu czy innej trąbki nie będzie na kolejnym spotkaniu.
    ALE ŻEBY KTOŚ BEZCZELNIE ZARĄBAŁ PIANINO?!
    Po pierwsze, chodziło o gabaryty instrumentu - po drugie, o możliwość tego, że dzisiaj akurat był dzień, w którym Vincent może, całkiem przypadkiem, miał ochotę zdradzić swoją najpiękniejszą Biancę z klawiszami lub bębnami?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cokolwiek Puchonka robiła, to została wyciągnięta z tego w samym środku aktywności, dynamicznie - acz nie brutalnie, ponieważ Vincent każdemu na każdym kroku powtarzał, że jest pacyfistą (ta, jasne) - przez pociągnięcie jej za ramię na stronę.
      O cokolwiek na dziesiątkach prób się z Ericą nie darł, próbując udowodnić, że jego zmysł muzyczny - dotyczący nie tylko jego wokalu, głosów innych, działania instrumentów, ale też poważnych zapędów dyrygenckich, tak był gotów odstawić to wszystko na bok w momencie tej okrutnej, niespodziewanej w najgorszych koszmarach tragedii.
      - Ktoś nam bezczelnie (znał znaczenie słowa tego zbyt dobrze, istniało w codziennym słowniku dotyczącym jego zachowań) zapierdolił pianino - łypnął groźnym wzrokiem na jakąś uczennicę po drugiej stronie korytarza, która chyba wpatrywała się w niego próbując dopasować fakty i zdać sobie sprawę, że jest tym diabłem zawsze miotającym się po scenie w pierwszej osobie. Lubił być docenianym, ale nie teraz - Pytałem opiekuna i nie ma bladego pojęcia, o co chodzi! Złapałem kilka osób po drodze i też nic. To chyba nie jest twoja sprawka? - zlustrował ją spojrzeniem czarnych jak węgiel oczu, na poważnie zastanawiając się, czy jej aparycja pasowała do jego scenariusza, który szybko nakreślił w swojej głowie - zakładającego, że Puchonka zdawała sobie sprawę z jego poobiednich planów i wyniosła instrument na własnych plecach chociażby po to, żeby mu dokuczyć.

      [wpadłam na pomysł, więc zaczęłam od razu, żeby niepotrzebnie nie przeciągać :D]
      Vinny

      Usuń
  7. [ Hej, hej! Dziękuję za komentarz pod kartą Suryi :-) Czytając opis Erici wpadłam na szalony pomysł - co gdyby połączyć takie dwa odmienne charaktery w poważniejszej relacji damsko-damskiej? ;> ]

    Surya Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cześć, Erica! Tak ci po cichutku powiem, że nawet gdybyś mnie nie powitała to prawdopodobnie i tak byśmy teraz pisały, bo miałam w planach zapoznać się z Twoją kartą w najbliższym czasie. Jedyny powód, dla którego tego nie zrobiłam to była ta czarna otchłań pod treścią. Moje biedne oczy astygmatyka nie są w stanie skupić się na czcionce. Na szczęście istnieje coś takiego jak Kopiuj-Wklej, więc przy pomocy Worda zapoznałam się z główną stroną i zakładkami. Miałam też dobre przeczucie co do Ciebie i nie zawiodłam się.

    Zabieg z cofnięciem jej o jeden rok jest genialny, a to dlatego, że jest spójny z całą kreacją, a do tego jeszcze, tak egoistycznie myśląc, daje mi większe pole do popisu w wątku. Skoro są na jednym roku to prawdopodobnie mają jakieś zajęcia łączone, więc trzeba to wykorzystać. Ale o tym później. Na razie jestem pod wrażeniem jej historii, bo wydaje się nader intrygująca. Ta cała akcja z nieznanym statusem krwi i wrzucenie do Hufflepuffu osoby, która zna swoją wartość to mądre posunięcie. Tym bardziej, że Erica nie jest standardową czarownicą. Z jednej strony ma pewność siebie, a z drugiej zdolności czarodziejskie, które nie wychodzą poza normę, co pozwala mi myśleć, że jest przyziemna i przemyślana przez Ciebie. A to dobry znak. Także z chęcią piszę się na jakąś grę. Kto wie, z jakiej strony pokaże się jej Scorpius.

    W zasadzie mam już w głowie pewien zalążek pomysłu, więc jak dobrze pójdzie to zacznę Ci jeszcze dziś. Zła informacja jest natomiast taka, że jak nie zbiorę się od razu, to pewnie wskoczysz do kolejki z odpisami i będziesz czekała tygodniami, bo mam tyyyyle zaległości. No ale miejmy nadzieję, że skończy się na pierwszym wariancie :D.]

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  9.    OPCM oraz zaklęcia i uroki od zawsze napawają go niewyjaśnionym poczuciem satysfakcji. Traktuje je nie jako przedmiot szkolny, a jak środek do osiągnięcia celu. Jest on, różdżka i przeciwnik. Lub on i wiedza, jaką ma okazję posiąść, by w przyszłości czerpać z niej garściami. Nie istnieje dla niego nic bardziej praktycznego, niż nauka czarów w jej najbardziej namacalnej formie. Zielarstwo, czy eliksiry to zupełnie inna bajka – wymagają cierpliwości, tutaj natomiast efektów działań doświadcza się niemal natychmiast. To dlatego tak się angażuje. I jeszcze z jednego względu – w słowniku Scorpiusa Malfoya nie ma miejsca na coś tak trywialnego oraz demotywującego, jak porażka. Piętnem rywalizacji, jaką chętnie prowadzi, jest jednak nadambicja. To ona prowadzi do braku empatii. Stojąc naprzeciw niewielkich rozmiarów poduszki, położonej na ławce w celach edukacyjnych, udowadnia, jak niewiele w nim z czułego chłopca. Nie skupia się na otoczeniu. Słyszy nieznaczne poruszenie za plecami, huk spadającego ciała i dziewczęcy krzyk. Ale nie odwraca się. Potrzeba zrealizowania zadania jest ważniejsza. Ręka zostaje zawieszona w precyzyjnym ruchu w powietrzu. Mierzy do celu, gotowy wypowiedzieć pierwsze litery formułki.
       — Depul... — nagłe uderzenie w bark znacząco utrudnia dokończenie manewru. Tym bardziej, że trzymana lekko różdżka ląduje na podłodze. Odwraca się, by sprawdzić sprawcę całego zdarzenia, ale odpowiedź jest aż nazbyt oczywista. Erica Berenger nie byłaby w swoim żywiole, gdyby czegoś nie schrzaniła. Sądząc po rozcięciu łuku brwiowego jej kolegi, on poleciał pierwszy. Druga była „Standardowa księga zaklęć” Mirandy Goshawk. To ją poczuł moment temu na plecach.
       — Ty tak serio? — mówi z litością, wskazując sugestywnie na podtytuł podręcznika. Stopień piąty. Tak głosił napis. Co innego wskazywały czynności uczniów.
       — To chyba Twoje. Chociaż jak dla mnie powinnaś zacząć od powtórki z czwartej klasy.
       Nie czeka na reakcję, rzuca podręcznikiem w kierunku dziewczyny, nie przejmując się tym, czy złapie. Zasadniczo nawet nie chce tego wiedziec, co wyraża przez ostentacyjne odwrócenie się plecami do niej. Podnosi z ziemi pozostawioną witkę z cisu, pewny tego, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Co innego myśli o tym Malcom Letherhaze, sądząc po tym jak szybko materializuje się przed nim. A niech to, znów zapomniał, jak często przechadza się między uczniami.
       — Ja już nawet wiem, kto z nią ten materiał powtórzy. Spotkasz się z panną Berenger po lekcjach i wszystko jej doskonale i dokładnie, jak na prymusa przystało, wyjaśnisz.
      Głos profesora nie znosi sprzeciwu, Scorpius wie to doskonale, mimo tego nie może odpuścić.
       — Mam już inne plany, jeśli o to cho...
      Nie dane jest mu skończyć kwestię w pełni. Dzisiaj w ogóle kiepsko radzi sobie z końcówkami.
       — To nie była prośba. Ani nawet pytanie. A na dzisiaj to by było wszystko.
       Chce powiedzieć coś jeszcze, otwiera usta z zamiarem głośnego sprzeciwu, jak to ma w zwyczaju, ale mina profesora i odejście biurka świadczy o totalnym braku zainteresowania jakąkolwiek formą kompromisu. Co więcej, oczami wyobraźni widzi już, jak kolejny raz traci punkty za zbyt długi język. W tym tygodniu nałapał ich zbyt dużo na minusie. Tym razem sobie daruje. Zaciska szczęki w złości, odwracając się w kierunku własnej ławki. W pośpiechu zgarnia torbę z blatu, chowa różdżkę do kieszeni szaty i idzie do drzwi. Gdy przechodzi obok Erici, ramieniem uderza boleśnie o jej ciało, co przy gwałtowności tego manewru pozostaje wyraźnym sygnałem asympatii.
       — Za dziesięć minut na dziedzińcu, miejmy to już za sobą.
       Burczy w niezadowoleniu, wychodząc z klasy.

    OdpowiedzUsuń
  10. [Czy można panią zatrudnić do roli ręki sprawczej pięknego plaskacza?]

    Alphie Krosicki

    OdpowiedzUsuń
  11. [Tyle mam dzisiaj do powiedzenia, bardzo ambitnie, wiem: ♥]

    Szarlotka

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Cześć! Nie spodziewałam się w sumie takiego entuzjazmu, więc jest mi tym bardziej miło, że karta Haakona Ci się spodobała, i że on sam również przyciągnął Twoją uwagę. ;) Co do umiejętności, to mój dozorca z kolei - gdyby tylko od początku przyłożył się do nauki - mógłby osiągnąć naprawdę wysoki poziom, bo po ojcu odziedziczył większość tych predyspozycji. Jego rodzice rozstali się jednak, gdy Haku był maleńki, więc nigdy nie miał okazji poznać Kovacs'a seniora. Wie tylko, że jest specjalistą od magii bezróżdżkowej... I właśnie z tego względu, jako jego syn, właściwie jej nie potrzebuje. To znaczy - różdżki. Opanował tą samą umiejętność co ojciec, a przy okazji także magię niewerbalną i nie używa drewnianego patyczka do ukierunkowania energii. ;)
    Woźnym jest w moim założeniu tak jakoś od dwóch miesięcy, więc nie daje to zbyt wielkiego pola do popisu odnośnie zawartych znajomości, ale możemy założyć, że poznali się z Ericą niedługo po jego przybyciu do Hogwartu. Haku nie należy do osób zbyt ufnych i pewnie wciąż podchodziłby do niej z dystansem, więc popijanie gorącej czekolady jeszcze nie wchodzi w grę, ale nie wykluczam tego w przyszłości! Możemy najpierw rozegrać coś luźniejszego żeby zobaczyć jak nam to wyjdzie (może właśnie moment poznania?), co o tym myślisz? ]

    Kovacs

    OdpowiedzUsuń
  13. [Proszę o żywioł, wymyślę tak powód to plaskacza tak siarczysty jak jego wydźwięk. Zacznę!]

    Alphie

    OdpowiedzUsuń
  14. Krosicki był typem rudzielca który nienawidził, gdy coś szło nie po jego myśli. Cóż - jest to charakterystyczne dla całego świata, dlatego by sprecyzować trafniej jest stwierdzić, że kapitan gryfońskiej drużyny otwarcie dawał o tym znać swoją postawą, trując negatywnymi emocjami w takich sytuacjach zarówno swój umysł, jak i wszystkich wokół.
    Dzisiaj był nie w sosie z powodu tego, że profesor Blackwall zabroniła mu jeździć po korytarzach na swoim rowerze. Nasuwa się pytanie - skąd, do cholery, Alphie wytrzasnął rower w samym środku odciętego od cywilizacji, magicznego zamku? A okazuje się, że rower był nielegalnym środkiem transportu w Hogwarcie i zabronionym było zarówno jego przytaszczenie z mugolskiego domostwa, jak i transmutowanie w niego miotły, co też poczynił rudy. Nie zdążył wspomnieć o tym, że stał się posiadaczem czerwonego składaka właśnie w taki zaklęciowy sposób, więc opiekunka skonfiskowała kontrabandę a on został chwilowo, do czasu wyjaśnienia całego zamieszania, bez miotły. Do meczu otwierającego nowy sezon było jeszcze trochę czasu, do najbliższego treningu Lwów również więc bez problemu mógł odwiedzić gabinet kobiety i po prostu odebrać swoją własność, ale przeprosiny niesamowicie uwłaczały jego powierzchownemu ego i musiał się zebrać, żeby to uczynić.
    Część swoich negatywnych emocji przełożył już na pierwszorocznych, którym wkręcił, że gra w gargulki w pokoju wspólnym jest kompletnie nielegalna i grozi w najlepszym wypadku wydaleniem z zamku, a w najgorszym - umieszczeniem w Azkabanie. Dostał potem po łbie od koleżanki, która należała do klubu pasjonatów tej magicznej aktywności, dlatego jego pomysł wyładowania się na niczemu winnych dzieciach kij strzelił. Dosłownie, bo dostał w potylicę kijem od miotły.
    Co przypomniało mu jeszcze bardziej o tym, że NIE MIAŁ DO CHOLERY SWOJEJ MIOTŁY.
    Prawie się porzygał, gdy podczas obiadu kolega specjalnie - gdy Alphie wisiał nad swoją sałatką jarmużu, z sosem fistaszkowym i pestkami dyni - zaczął gryźć stek i ukazywać mu proces rozgryzania mięsa w swoich ustach z bardzo bliskiej odległości. Przed chwilą pochłonięta dawka witamin podsunęła mu się do gardła, a sam zacisnął nozdrza by nie czuć charakterystycznego, wędzonego zapachu i sosu.
    - Wypchajcie się wszyscy tymi cuchnącymi zwłokami, faszyści - warknął, gwałtownie podnosząc się od stołu i rzucając widelcem na niczemu winny, biedny blat. W akompaniamencie śmiechów i chichów opuścił wielką salę w celu udania się na profilaktyczny, uspokajający spacerek między korytarzami z nadzieją, że nie natknie się tam na nikogo mającego w zamiarze jeszcze bardziej podnieść mu ciśnienie.
    Chyba uznał, że ujściem dla jego sarkastycznego dziś humoru musi być ktoś bardziej wysublimowany od goszczących od rozpoczęcia roku w zamku nowych małolatów, bo widząc na parterze sylwetkę znajomej z chóru Puchonki uśmiechnął się krzywo i bezceremonialnie dołączył się do jej spaceru - gdziekolwiek szła - przerzucając jej rękę przez ramię jakby byli najlepszymi przyjaciółmi, albo nawet parą.
    - Cześć, Erica - zaczął, zezując na nią otoczonymi z każdej strony piegami oczami - Myślałaś już o tym, kogo zagrasz w musicalu? Bo jeśli nie - tu spuścił wzrok na jej przykryty mundurkiem dekolt - To miałbym kilka... sugestii.

    Alphie

    OdpowiedzUsuń
  15. Charlotte łapała się niekiedy na tym, że Erica Berenger równie często kłopotała jej myśli, co młodszy brat próbujący z uporem maniaka przemknąć tuż obok niej na korytarzu zupełnie niezauważony. Puchonka miała skłonność do coraz częstszego wprowadzania jej w niemałe zakłopotanie i zdumienie, a już zwłaszcza w momencie, gdy zakomunikowała jej dosadnie, że jest nią zainteresowana. Na Merlina! Była ostatnią osobą we wszechświecie, do której wypadało to kierować, przecież Erica to tylko koleżanka i Charlotte odpychała od siebie myśli o tym, że mogłoby być inaczej. Technika wypierania wszelkich emocji na rzecz zaczytywania się w lekturach szkolnych czy analizie starożytnych run, okazywało się najlepszym lekarstwem na welshową nieporadność uczuciową i maksymalnie zdystansowanie się, by udawać, że jej to w ogóle nie dotyczy. Prawie.
    Prawie, bo unikanie Erici przy pełnieniu roli prefekta było ciężkie do osiągnięcia, tak jak nie wdawanie się w sprzeczki z Arthurem Blackiem pod pretekstem źle wykonywanych przez niego obowiązków. Charlotte radziła sobie całkiem nieźle przy stałym wmawianiu samej sobie, że poza prostą sympatią, do tego czysto koleżeńską nic do koleżanki nie ma. Przy zaproszeniu na randkę do Hogsmeade przez Puchonkę, musiała jej po prostu uświadomić, że to co najwyżej przyjacielskie wyjście. Dlatego dla podkreślenia tego, co Charlotte już wcześniej powiedziała Erice, nie zamierzała się szczególnie stroić.
    Jako prefekt musiała jednak zadbać o schludne, odpowiednie ubranie, by podtrzymać właściwy wizerunek wzoru dla innych. Być może właśnie dlatego zdecydowała się na dopasowaną czerwoną sukienkę w kwiaty z długim rękawem, nieodsłaniającą dekoltu ani tym bardziej niezbyt krótkiej. W oczy mógł rzucać się przekrzywiony, srebrny wisiorek, którego zawieszka znajdowała się w małej, ciemnej kieszonce. Rozgościł się w niej przemycony zupełnie niechcący nieśmiałek. Charlotte miała nadzieje, że aż do powrotu nie wychyli stamtąd swojego ciekawskiego łebka, zajęty badaniem zawieszki w kształcie liścia. Wspinając się po schodach z lochów, pouczyła go jeszcze, aby tam został aż do ich powrotu. Panna Welsh nie chciała go przecież zgubić w Hogsmeade i potem zamartwić się, gdzie też się podział.
    Oczywiście, że Charlotte nie umknął niecodzienny wygląd Ericki. W zasadzie to właśnie to zatrzymało ją w połowie schodów nieopodal wieży zegarowej. Niedługo potem odzyskała rezon, stając na kamiennym podłożu, podchodząc do Puchonki. Uśmiechnęła się lekko, przyjaźnie do koleżanki. Sama musiała sobie przypomnieć, że to wcale nie jest randka.
    — Pamiętasz, że to tylko przyjacielskie wyjście, prawda? — Charlotte odpowiedziała jej pytaniem na pytanie, łapiąc z nią kontakt wzrokowy. Erica nie zaliczała się do osób, których ruchy panna Welsh mogła przewidzieć. — Naprawdę nie musiałaś się tak stroić. — Dodała z nieco szerszym uśmiechem i tak wiedząc, że koleżanka z domu Helgi Hufflepuff skupia na sobie uwagę uczniów. Ślizgonka czekała niecierpliwie na to, aż wszyscy się zbiorą w jednym miejscu i w końcu skierują się do celu. Liczyła poniekąd na to, że niekorzystne okoliczności nie obudzą w niej konieczności bycia prefektem nawet poza zamkiem i będzie miała okazję się zrelaksować w towarzystwie Erici.

    Szarlotka ♥

    OdpowiedzUsuń
  16. [Czytam kartę i mną rzuca z ekscytacji, przecież to byłaby tak żywa relacja! Ona z tą pasją do mugolskiego świata, będąc mugolaczką i on oraz jego pogarda do wszystkiego, co niemagiczne... Oboje pewni siebie, uchodzący za narcyzów, a jednak ta ich pewność siebie idzie w inną stronę, bo przecież Amasai w dalszym ciągu czyni to wszystko, by zdobyć aprobatę rodziny. Cieszę się ogromnie, że zgłosiłaś się do wątku, skorzystam z tego jak najbardziej! Stwórzmy coś niesamowitego! <3 Widzę tu zdecydowanie duuużo nienawiści. Może pogłówkujemy razem przez maila? ;)]

    Amasai Langdon

    OdpowiedzUsuń
  17. Och bardzo mi miło, bałam się że będę musiała sama napisać tu pierwsza, a to tak nieelegancko, ale postać Eri mnie ujęła. W każdym razie dzięki za zaproszenie.
    Nemezis, rozmówczyni - dlaczegóżby tego zgrabnie nie połączyć? ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Wolę raczej niespieszne watki, ale na akcję nie pokręcę nosem jeśli pomysł jest interesujący. Wymyślaj jak masz siły (ja już tonę w sprawdzianach i jesiennym deszczu) i bardzo chętnie poczytam, sama coś dodam

    Melpomena Rosenthal

    OdpowiedzUsuń
  19. [Przesadzasz, ale dobrze że się nie umiem rumienić, bo inaczej buraczkowa bym była właśnie.
    Uwielbiam Twoją kreację Erici, jest niesamowita. Myślę, że Minjung i Erica są idealną mieszanką wybuchową, różnią się niemalże wszystkim.]
    Im Minjung

    OdpowiedzUsuń