3 września 2018

gamekeeper

Edward Stone
były ślizgon ♦ 6 VI 1981; Godric's Hollow; West Country; Anglia ♦ weteran ♦ obecny gajowy ♦ animagus pospolitus ♦ krew czysta ♦ różdżka z hebanu z włosem akromantuli; 16 cali; sztywna ♦ gburus nervus ♦ Grim

     Codziennie rano wstaje przed świtem i spaceruje po błoniach, nazywając to obchodem. Wypala przy tym papierosa za papierosem, zanim dostrzegą to wścibscy uczniowie i doniosą dyrektorowi, chociaż sami kopcą jak samobieżne lokomotywy wokół murów Wieży Astronomicznej. Powinni być wdzięczni za to, że jest zbyt leniwy na pokonywanie tysięcy schodów do gabinetu za Chimerą, by ukrócić ten ich radosny proceder.
     Codziennie rano jego krzesło przy stole prezydialnym w Wielkiej Sali świeci pustkami. Woli jadać w kuchni ze skrzatami, niż wśród tłumów nadętych nauczycieli i jeszcze bardziej nadętych uczniów, którzy zdecydowanie za dużo mówią i jeszcze więcej jedzą, przyprawiając go o mdłości.
     Codziennie rano, zaraz po śniadaniu, odwiedza hodowlę testrali w Zakazanym Lesie, spędzając w ich towarzystwie tyle czasu, że niekiedy zapomina pojawić się w kuchni na obiedzie
     Każdego roku straszy pierwszorocznych swoją obecnością na peronie, a jego pogoda ducha i przyjazne usposobienie nawet nie leżały koło tego, którym kiedyś dzielił się z uczniami Hagrid. Zupełnie nie rozumie po jaką cholerę co roku Longbottom każe mu ścinać dziesięć wielkich choinek do dekoracji Zamku podczas Świąt, jakby nie można było ich wyczarować i oszczędzić żywych drzew.
     Zna wszystkie speluny po magicznej i niemagicznej stronie świata. Najczęściej spotkać go można Pod Świńskim Łbem. Pije, żeby zapomnieć, trzeźwieje, żeby pamiętać. Złośliwi nazywają go dziadem borowym. Jeszcze inni określają go wszystkimi rzeczownikami kończącymi się na -holik, a pracoholik jest najłagodniejszym z nich
     Kiedy akurat nie włóczy się po lesie, nie zajmuje magicznymi stworzeniami, nie pije Ognistej przy kominku, siada na schodach swojej chatki i gra na harmonijce ustnej, którą dostał dawno temu od przyjaciela.
     Doskonale zna się na magicznych roślinach, a niektóre z nich uprawia w małym ogródku przy chatce i doniczkach na oknie. Istoty żyjące w Zakazanym Lesie nie mają przed nim tajemnic, a mimo to sprawia wrażenie przegranego człowieka, który niczego nie osiągnął w życiu. W rzeczywistości jest świetnym czarodziejem z dużym, chociaż głęboko skrywanym, potencjałem, który swoją pracę traktuje zarówno jako przyjemność, jak i zasłużoną emeryturę. Gdyby tylko nie te rozwrzeszczane dzieciaki, które ubzdurały sobie, że nocne wycieczki do Zakazanego Lasu to świetna rozrywka...


Odautorska paplanina:
Szukamy partnera do libacji, upierdliwego ucznia, który będzie go gnębił swoim zamiłowaniem do Magicznych Stworzeń, oraz wszelkich innych powiązań i relacji.
Kontakt: wiredered@gmail.com
ACHTUNG! W odpisach trzymam się swojej kolejki, a każdy uzbrojony w cierpliwość doczeka się odpisu zwrotnego. Dziękuję za wyrozumiałość! ♥

42 komentarze:

  1. [ W końcu ktoś kto skojarzył imie z muszkieterami <3 Muszę przyznać, że podle stalkowałam kartę, bo kurde takiego gajowego mieć w szkole...Co z tego, że gburek, gburki są spoko, szczególnie tacy jak Eddie. Dziękuję za powitanie i choć Gryfoni bardzo mi się podobają wpadam tutaj z uśmiechem na twarzy. Jeśli masz ochotę, Stone może trochę ogarnąć Aramisa, a jak nie to ewentualnie mogą wpaść na siebie podczas chlanie, bo to chyba obaj lubią? ]

    Aramis

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ja tu jeszcze wrócę, jak opublikuję się z Teddym, choćby na te libacje i wspólne kochanie magicznych stworzeń. ;)]

    Erica i Teddy Lupin ze szkiców

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dawaj mi go tu, skoro Ed powstawał przy playliście Deucenta i zna Francisa <3]

    syn chrzestny

    OdpowiedzUsuń
  4. (Boże, uwielbiam pana gejowego. Gdyby Kenneth nadal istniał to nadawałby się na tego upierdliwego ucznia od Magicznych Stworzeń. Tymczasem kusisz mnie aby stworzyć tego woźnego, ahsaagdhjgas, co ja zrobię, nie mam życia. Ide sb powiesić pa)

    tu powinien być Luke

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Hahh, jeszcze zanim zobaczyłam Twój komentarz chciałam się tutaj zgłosić po podobną posadę, zakrawającą o owego partnera do libacji. Co prawda, Haakon jest trochę młodszy, ale myślę, że się ze sobą świetnie dogadają. :D Mogę nam nawet coś zacząć tylko powiedz mi czy może sama masz jakiś pomysł do przedyskutowania czy robimy burzę mózgów? ]

    Kovacs

    OdpowiedzUsuń
  6. [Edzio! ♥ Czy my dobrze widzimy opiekuna naszego biednego, męczonego przez Irytka Tommy'ego? Wpadamy niebawem na odwiedziny chrumkacza i kontrolę, czy mu się pod stołem wódki nie podaje!]

    Serenka

    OdpowiedzUsuń
  7. Budzenie się rano nie stawało się prostsze mimo upływu lat. Nieważne, nieistotne, totalnie bez znaczenia, czy miał rozpoczynać zajęcia po dwunastej, czy przed wstaniem słońca późną jesienią, nie był zadowolony i w żadnym z tych scenariuszy nie wyglądał na bardziej trzeźwego. W efekcie zawsze kończył tak samo, równie spóźniony i nieotrzepany, z krzywo naciągniętym swetrem, źle dobranymi skarpetami. Czasami nie zdążał umyć zębów, ale, Merlinie, nikomu by się i tak nie przyznał.
    Nienawidził poniedziałków, bo oznaczały początek tego, co przerabiał już milion razy wcześniej, a choć rutyna trzymała go z daleka od użalania się nad własnym losem, to przysięgał, że na widok kolejnej herbaty porzyga się i rzuci robotę, nawet jeśli nie trudził się z dostrzeżeniem abstrakcyjności takiej przyszłości. Nie cierpiał poniedziałków, wrześniów i kolejnych imion do zapamiętania, kolejnego wietrzenia wieży, kiedy już kręciło mu się w głowie od specyficznych dla tej sekcji zamku zapachów. Sam nimi przesiąknął i przez to odnosił wrażenie, że ludzie omijali go na korytarzu szerokim łukiem i nie mógł im się dziwić. Też by siebie najchętniej wyminął. Boże.
    Nic dziwnego, że pozostawał wiecznie senny, żyjąc w takich warunkach.
    Nienawidził poniedziałków, poranków, wrześniów, kolejnych imion, wietrzenia wieży, smrodu przeróżnych naparów, budzenia się z kartami wplątanymi we włosy, młodych ludzi, przypominających mu o tym, czego on nie miał. Znalazł najgorsze warunki pracy.
    Łaknął towarzystwa. Bycie zamkniętym w wieży, z kotem, Kotem i swoimi nerwowymi tikami, podobało mu się do czasu. Izolacja oznaczała mniejszy dyskomfort, mniejsze starania, więcej kurwa mać i mniej och, tak, oczywiście, mniej szydery, a więcej generalnego wkurwienia na cały świat. Nie potrzebował androżelu, by podwyższyć sobie poziom testosteronu i czasami, rzadko, tylko parę dni w miesiącu, tego żałował.
    Łaknął towarzystwa, w szczególności osób, którym mógłby podpaść bez dyrektora wiszącego nad nim jak niewypowiedziana groźba. Longbottom był wspaniały, cudowny, złoty człowiek, idealny, renesansowy, ale wszystkie pokłady litości (litościwe zatrudnienie) i dobrego serca posiadały swoje dno. W sensie, wyobrażając je sobie jako dół. Albo wiadro. Wiadro brzmi głupio. Jako dół.
    Mógł uczyć ONMS. Mógł zostać smokologiem, kurewskim weterynarzem, mógł zaciągnąć się do policji zwierząt czy jakkolwiek nazywał się ten program na Animal Planet. Nie oglądał Animal Planet, nie miał jak, ale kiedy jeszcze umiał pozyskać dostęp do telewizji, to to robił. Tęsknił za Animal Planet.
    Mógł uczyć ONMS, zamiast budzić się zlany potem w środku nocy. Mógł, ale tego nie zrobił i nie potrafił się z tym uporać.
    Zamierzał stoczyć się z łóżka, albowiem najlepszą taktyką na faktyczne otworzenie oczu, jak odkrył przez te wszystkie lata, był albo zirytowany ton Malcolma (a do niego stracił dostęp, Merlinie, co za, co za szkoda), albo nieoczekiwany ból. Zdołał wymacać jednak Kota po stronie, którą zamierzał się ewakuować. Naprawdę wątpił, że ten by to przeżył, przy czym perspektywa utraty jedynego sensownego towarzystwa nie kręciła go w stopniu, który zachęciłby go do takiego ryzyka. Kot go kochał. Nie zasłużył na taki los.
    Jak zawsze, jak każdego dnia, odkrył, że zamarzał. Nigdy nie spał w długich spodniach, w ogóle w spodniach, zadecydowawszy tyle lat temu, że było to wbrew zasadom wszechświata, a tym bardziej wbrew wszelkim romansowym oczekiwaniom. Czy ktoś w książkach o taniej miłości spał w spodniach? Nie, Jezu, herezjo, tylko w bieliźnie. Dlatego on też nie zamierzał. I to zdrowsze, tak usłyszał. Zdrowie zawsze okazywało się najważniejsze, tak, tak, cholernie istotne, zatem wolał zapobiegać niż potem tego żałować.
    Właściwie, to było gorzej. Gdy chodził na zajęcia, ktoś pilnował tego, by się na nich zjawił. Myślał o nauczycielskiej furii i zaraz odnajdywał niezbadane dotąd pokłady sił. Potencjalne zwolnienie nie wywierało na nim takiego wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie, to kiedyś nawet lubił herbatę. Z dużą ilością cukru, może z dodatkiem mleka, chociaż wtedy przestawało to nosić miano faktycznej herbaty. Gdy opisywał wymarzoną pracę, nie wspominał o parzonym stanowczo za długo napoju, wypalającym mu kubki smakowe, całą jamę ustną i gardło, bo nie widział innego rozwiązania. Szczególnie po tym, co niebawem miało go czekać. Nieważne, ile zapasów zabierał ze sobą, w pewnym momencie brakowało mu torebek, a wówczas musiał zdawać się na swoje nikłe umiejętności zielarskie. Błądzenie po błoniach tak, by nie natknąć się na gajowego (albo w ogóle kogokolwiek, ale gajowego chyba najłatwiej tam spotkać?), nie zajmowało wysokiego miejsca w jego top zajęć, które marnują mój cenny czas. No i w ogóle typa nie znał.
      Prawdę mówiąc, gdyby stanął teraz bezpośrednio przed Patem i przedstawił się jako gajowy, Danforth i tak miałby wątpliwości. Jedyne osoby w gronie pedagogicznym, które bez trudu przypisałby do odpowiednich imion i zawodów, były Letherhaze'em lub powiązane z Letherhaze'em. Przerażające.
      Mieszkał tutaj... rok? Dwa? Sam nie wiedział, ale wiedział za to, że stanowczo powinien się odnajdywać. Przynajmniej w stopniu większym niż aktualnie, raz po raz zawracając, byle odnaleźć szklankę (czystą), opakowanie (otwarte) herbaty, koszulę (jak najmniej wątpliwie odpowiednią do założenia), skoro zachował resztki godności i wolał pracować w czystych warunkach, a przebywanie w samej podkoszulce nie zalatywało rozsądkiem przy takiej temperaturze.
      Stanął. Na środku, względnym, pomieszczenia, swojej nory, sypialnianej jamy, dochodząc do prostej i klarownej konkluzji.
      Coś było z nim nie tak.

      +1 typie

      Usuń
  8. Zawsze gdy siedział przy jej grobie, z każdej strony zalewały go wspomnienia. Usadowił się na kamiennej ławeczce, lekko obrośniętej już przez rośliny. Nikt nie dbał o to miejsce poza nim, ojciec i brat ostatni raz przyszli tu chyba na jej pogrzeb. Na ładnie wyrzeźbionym ciemnoszarym nagrobku stały trzy znicze - jeden od Aramisa, dwa pozostałe prawdopodobnie przyniesione przez przyjaciół z branży. Zgodnie z tradycją do małego wazonu włożył także bukiet niezapominajek.
    Często przychodził tu tak po prostu, żeby posiedzieć i powyobrażać sobie, że wszystko potoczyło się inaczej. Czasami z nią rozmawiał - gdy wokół nie kręcili się inni ludzie, zwykle wieczorem bądź wcześnie rano. Nikt nie wzbudził w nim dostatecznego zaufania, by mu się zwierzał, dlatego gadał w przestrzeń do pieprzonego nagrobka. Może było to odrobinę żałosne, ale kiedy tu siadał i przypominał sobie jak wiele wniosła do rodziny Floydów, przestawało się to liczyć.
    Śmierć matki bardzo na niego wpłynęła i w głębi ducha wiedział, że tak jest. Wbrew pozorom miał w miarę szczęśliwe wczesne dzieciństwo - ojciec, mimo że styrany po wojnie, utrzymywał się przy zdrowych zmysłach, a przynajmniej pozornie, Tobias mu dokuczał, ale przecież to całkowicie normalne w relacji rodzeństwa, a mama...cóż, nauczyła go tylu wspaniałych rzeczy. Pamiętał, jak kiedyś siedział z nią w ogrodzie w piękny słoneczny dzień. Był zaledwie siedmioletnim gówniarzem: bawił się w bohaterów razem z licznymi wtedy kolegami i uwielbiał czytać baśnie na dobranoc. Karmili kaczki w niewielkim stawie chlebem sprzed paru dni. W pewnym momencie Aramis rzucił kawałkiem w jednego malucha odrobinę za mocno - a wtedy, ku jego zaskoczeniu, dorosłe ptaszysko poczłapało do niego i dziabnęło go w łydkę. Marudził nadąsany, że kaczki są po prostu głupie, bo przecież nikogo nie zranił ani nie zrobił tego specjalnie.
    - Nie mów tak, Aramisie. - Rzekła rodzicielka i objęła go ramieniem - Zaatakowałeś jej dziecko. Mamy takie są, bronią swojego potomstwa. To samo zrobiłabym dla ciebie i Tobiasa. - Puściła mu oczko, wyraźnie rozbawiona złością chłopca. Aramis wtedy uśmiechnął się do niej szeroko - wiedział, że kobieta mówi prawdę. Cokolwiek by się nie działo, ona zawsze będzie po jego stronie.
    Od jej śmierci minęło siedem lat, a on nadal czuł się jak w ten dzień, kiedy w szpitalu świętego Munga uzdrowiciel oświadczył, iż umiera. Uśmiechnął się ponuro na wspomnienie jego słów. Zapamięta je do końca życia.
    Tak bardzo zatracił się w swoim umyśle, że na początku nie zauważył nadchodzącej w jego stronę postaci. Dopiero, gdy mężczyzna stanął nieopodal uniósł delikatnie zaszklony wzrok i zerwał się z ławki jak porażony, rozpoznając w nim szkolnego gajowego.
    - Co...pan tu robi? - Spytał zdziwiony, usiłując nieudolnie ukryć emocje.

    Aramis

    OdpowiedzUsuń
  9. - Tommy! - stawała na palcach by upewnić się, że nie rozdepta żadnej z podejrzanie wyglądających grządek, starając dostać się do guźca siedzącego na słomianym legowisku w kącie ogródka. Tebo w aktualnym momencie nie korzystał ze swojej magicznej niewidzialności, co świadczyło tylko o jednym: czuł się bezpiecznie. Serena uśmiechnęła się w wieczornym świetle szeroko, zdając sobie sprawę z tego, że jej decyzja oddania pupila pod opiekę Stone'a była najlepszym, co stworzenie mogło spotkać w całym zamku. Guziec podniósł ryjek i zachrumkał, wesołą szarżą gnając w stronę swojej właścicielki. Mimo, że w zakątku gajowego czuł się dobrze - robił za strażnika od gnomów, kiedy w pogoni za szkodnikami pożytkował swoją energię - bardzo za nią tęsknił. W końcu była pierwszą istotą, która zaopiekowała się nim po drastycznych incydentach z jego wczesnego dzieciństwa.
    Serena zachwiała się, omal nie wywracając na jakąś dziwną, niebieską i świecącą kapustę - ale złapała równowagę dosłownie centymetry nad wizją katastrofy i odetchnęła głośno, powoli prostując się w akompaniamencie krzątania się zwierzaka pod jej nogami.
    Nagle w chatce coś się zapaliło, a ze schodków zszedł Stone z typową dla siebie, groźną miną. Zapaliła Lumos, świecąc na swoją twarz z tak bliska, że aż zmrużyła oczy i pożałowała tego, odsuwając patyk nieco dalej.
    - Edward, Edward, spokojnie! To tylko ja - oznajmiła, kucając by podrapać paznokciami bok ryjka swojego małego ukochanego - Przyszłam odwiedzić Tommy'ego, bo Irytek znowu krzyczał na korytarzu dziwne rzeczy i już myślałam że nawet tutaj go dopadł. Miejmy nadzieję, że tak daleko się nie zapuści - Tommy znudził się chyba pieszczotą swojej mamy, bo podbiegł do Grima, który wytoczył się z chatki za swoim panem w celu zbadania zamieszania na ich terytorium. Tommy zaczął pochrumkiwać i skakać wokół psa, zupełnie jakby sam był przedstawicielem jego gatunku.
    Serena podniosła się i uśmiechnęła się, krzyżując dłonie na - szkarłatnej tym razem - koszuli, ozdobionej charakterystycznymi dla jej garderoby, egzotycznymi haftami i obserwując zabawę zwierząt.
    - Zostanę zaproszona na herbatkę?

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  10. Zawsze wstrząsały nim sytuacje, które poprzedzały myśli bezpośrednio ich dotyczące. Jego codzienne funkcjonowanie na polu magicznym składało się z niekończącego dialogu z samym sobą oraz przekładania go na rzeczywistość, kiedy uczeń nieradzący sobie z metamorfomagią naprawdę wkraczał do jego strefy komfortu poza godzinami lekcyjnymi, utknąwszy w ciele przeciwnym do tego, w jakim siedział zazwyczaj. Wolał nazywać siebie wiecznym oszustem, bezustannym szczęściarzem, nie kimś, kto naprawdę do czegoś dotarł, do czegoś, co pozwalało mu pomyśleć wtedy, wówczas, w poniedziałkowy poranek: kurwa, to chyba serio gajowy, za czym prędko podążyło drżenie dłoni. Zniwelował je ewidentnie przesadnym zaciśnięciem palców na trzymanej szklance, próbując sensownie rozłożyć sytuację na części. Szklankę? Na cholerę mu szklanka?
    Oczy przybysza przyprawiły go o mdłości. Czemu sam takich nie miał? Czemu stworzył lepszą, prawdziwszą wersję siebie, nie edytując czegoś tak banalnego? Czemu jego największym priorytetem były odpowiednie genitalia, a nie zajebiste oczy?
    Brakowało mu informacji, a raczej zdolności ich selekcjonowania, bo szczerze wątpił, że to akurat ten członek grona pedagogicznego wydał Efekt Chochlika albo był zapalonym ptasiarzem, cokolwiek to znaczyło. Przypominał kogoś, komu dzień wcześniej porysowano auto, ale szczerze wątpił, by je posiadał.
    No i nie miał pojęcia o tych całych gnojach jarających mu pod oknem. W ogóle nie miał pojęcia, w czym uczestniczył. To jednak nie ten element ogłoszenia wyrwał Pata z osłupienia. Nie ten, nie jawna groźba, nie lustrujące go oczy, aż pożałował swojej decyzji o nieubraniu się natychmiastowo.
    Chodziło o schody?
    Merlinie, musiało chodzić o schody, bo o co innego? Jakie inne progi? Nie było żadnych, prawda? Schody, naturalnie. Schody.
    Gdy wreszcie zmniejszył odległość między nimi, uprzednio przybrawszy jedynie zaciekawiony i zdeterminowany wyraz twarzy, zauważył, że typ był zatrważająco wysoki. Przynajmniej w porównaniu do Danfortha, tak przyzwyczajonego do nieczęstych wędrówek poza wieżę oraz uczniów znajdujących się przy nim w pozycji siedzącej. Przechylił głowę w zastanowieniu, wreszcie obwieszczając klęskę poprzez powstałą między brwiami zmarszczkę.
    – Są prawdziwe? – zapytał, nie zrywając kontaktu wzrokowego, jakby w każdej chwili czar miał prysnąć, a ten facet okazałby się jakimś chorym złudzeniem. Przeszło mu przez myśl, że, stojąc tak blisko, mógł wywoływać u niego dyskomfort, lecz nie tym się wówczas interesował.
    Zwalczywszy pragnienie dogłębnego zbadania cudzych tęczówek, odsunął się nieznacznie, na tyle, by oszczędzić mu ewentualnej konieczności odchylenia się przez obecność intruza w personalnej strefie.
    – Słuchaj, nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Mam im, kurwa, zrzucić cegłę na głowę? – wymamrotał, zupełnie niezaangażowany w to, co faktycznie mówił. Stąd też wzięło się to niekontrolowane przekleństwo, kiedy on, całym sobą, próbował pojąć, jakie emocje wzbudzała w nim ta cała wizyta, z oczywistym uwzględnieniem zaprzeczających normalności ślepi. Prawdę mówiąc, gdyby wprawił go tym w zakłopotanie, nawet by mu się to podobało.

    #wróżka

    OdpowiedzUsuń
  11. Wagary były ulubioną częścią dnia w grafiku Deucenta Faradyne’a, zapoczątkowane datą uwiecznioną, w którymś kalendarzu z piątego roku oznaczającą pierwszy, słodki smak wolności. Wychowanek Roweny Ravenclaw czasem znikał w dormitorium w celu odespania zarwanej nocy przez schadzkę z jakimś rzekomo niezidentyfikowanym Gryfonem, ale dużo częściej ukrywał się w chatce gajowego. Olivera Johnsona nie ciągnął tam z paru powodów, otóż niejaki Edward Stone nikogo nie lubił, a już wyjątkowo nie przepadał właśnie za nim oraz tego, że Ed w opinii młodego Faradyne’a preferował święty spokój nade wszystko inne (czyt. bezczelne najścia małolatów). Dlaczego tak łatwo przychodziło mu się ukrywać w chatce gajowego i miło spędzać czas? Jeszcze nikt nigdy nie pomyślał o tym, by gderliwego obrońcę natury i zapomnianego weterana z synem znanego aurora połączyć poprzez związki rodzinne czy inne spowinowacenia. A Deuce uwielbiał spędzać czas z Edem, nawet jeśli ten teraz nie bawił się z nim, jak za czasów pierwszego stawiania pierwszych, prawdziwych kroków zarówno po ziemi, jak i w świecie magicznym. Były Ślizgon pełnił niegdyś role ulubionego niańka małego Deucenta, który kurczowo wczepiał się w materiał jego ubrania lub uwieszał mu się na szyi, jakby w obawie, że ten gdzieś mu zniknie. Coś — i to sporego — pozostało niewątpliwie po tym bezwarunkowym uczuciu.
    — Nauczyłeś się już tego, że na Zielarstwie pojawiam się nagle u ciebie i znikam? — Zapytał z uznaniem Krukon, posyłając mu firmowy uśmiech niewiniątka. Skorzystał z okazji, czym prędzej znikając w niewielkim budynku, by uniknąć niechcianych spojrzeń lub dziwnych zbiegów okoliczności.
    Rozłożył się na kanapie wygodnie, niemal jak u siebie, bo tak się czuł zarówno w towarzystwie Eda, jak i w jego chatce. Swobodnie. Na tyle swobodnie, by zapalić jednego papierosa wydobytego z mugolskiej paczki od Johnsona. Jedyne co mógł to wypalić za jego zdrowie i uroczy uśmiech.
    — Nie powiesz mi chyba, że widzisz w tym wady — Krukon zerknął na niego, zadzierając głowę i wypuszczać siwy dym nikotynowy. — A to, że tata nie posłuchał... Teraz wiesz po kim to odziedziczyłem. — W tym miejscu puścił Edwardowi perskie oczko, tak jakby od tej chwili było to łącząca ich tajemnicą, o której niby trzeci wspomniany miał się nie dowiedzieć.
    Uśmiechnął się łobuzersko na dźwięk tej słownej nagany. Strzepał jednak całkiem pokornie popiół uzbierany — niemal gotowy do rozsypania się w najmniej przewidywanym momencie — na końcu fajki na podsunięty spodeczek. Jego postawa wynikała w tym miejscu z szacunku, po prostu. Deuce liczył się ze zdaniem swojego ojca chrzestnego, zarówno teraz, jak i w przeszłości. W tym jedna rada miała za blisko szesnaście lat odegrać niezwykłą rolę w życiu oraz obraną ścieżkę, które sobie wybrał.
    — Naprawdę wsypałbyś mnie przed tatą i jeszcze zniechęcił go do mojej jedynej miłostki, do której mam coś całkiem na poważnie? — W głosie Deucenta pojawiło się zaciekawienie, gdy wypowiedział te słowa z przerwą na zaciągniecie się. Następnie skrzywił się trochę, jakby Ed właśnie wcisnął mu na sile najkwaśniejszą cytrynę. — Eliksir? — Powtórzył niechętnie. — Nawet na wagarach prześladuje mnie ta szkoła... Ale zgoda, tylko najpierw chciałbym się polenić na twojej wygodnej kanapie, sam rozumiesz, to całkiem porywające zajęcie. — Dodał z cwaniacko uniesionym wyżej kącikiem ust, wsuwając rękę pod kark, aby jeszcze przyjemniej mu się wylegiwało.

    ja już za to nie poręczam, bo ja śpię... znaczy się ja i syn chrzestny

    OdpowiedzUsuń
  12. Serena weszła do chatki, nie ukrywając ciekawskiego spojrzenia którym obrzuciła całe wnętrze. Uniosła jedną z ciemnych brwi do góry, gdy zobaczyła na blacie flaszkę, ale nie skomentowała w żaden sposób jej obecności - sama nie piła alkoholu praktycznie wcale, ale znała wielu ludzi którym pomagał uporać się zarówno z zagwozdkami dnia codziennego, jak i demonami przeszłości. Nie pytała, która wersja bardziej pasuje do uzależnienia Edwarda - w żadnym wypadku nie była wścibska, a jej maniery i wyczucie w towarzystwie wyrabiało normę chyba całego Hogwartu. Tak, to tłumaczyłoby istnienie i sposób zachowania wszystkich nadpobudliwych, klnących jak szewc Gryfonów.
    - Ładnie tutaj pachnie - przyznała szczerze, bo wieloletnie doświadczenia rodem z Afryki nauczyły jej nosa doceniania nawet nietypowych i potencjalnie odrażających mieszanek zarówno zapachowych, jak i smakowych. Teraz uznała, że aromat jakiś niezrozumiałych dla niej ziół, dymu papierosowego i drewna palonego w kominku jest bardzo przyjemny i odprężający dla zmysłów. Tego wrażenia dopełniała zabawa pupili nieopodal strzelającego w drewnie ognia, co Serena obrzuciła rozczulonym spojrzeniem, siadając na stojącym nieopodal blatu taborecie.
    Poczekała dłuższy moment aż herbata odda swój aromat do wrzątku, ale była zbyt niecierpliwa by dać jej dokończyć rytuału w pełni. Nalała płyn do filiżanki i podniosła ją do ust nie po to, by się napić, a by ciepła para rozgrzała jej nieskażone teraz, pod wieczór, makijażem (choć Serena i tak, nawet w codzienności używała bardzo naturalnej jego wersji) policzki, a zapach dotarł do czekającego na niego nosa.
    - Myślałam o tym, żeby napisać petycję wymuszającą wyprowadzkę Irytka z zamku. Longbottom twierdzi, że owszem, jest niebezpieczny, ale dodaje klimatu. Dobre sobie! - prychnęła, odstawiając naczynie na stół żeby przypadkiem się nie oblać teraz, kiedy ona wyjątkowo, jako znana królowa spokoju, się podirytowała - Według mnie jest nieobliczalny, szalony i stwarzający poważne niebezpieczeństwo zarówno dla istot żywych, jak i rzeczy martwych. Nawet duchy się go boją, więc co powiedzieć ma mój biedny Tommy?
    Spojrzała wzrokiem zimnych w odcieniu oczu na swojego tebo, beztrosko chrumkającego i nurkującego ryjkiem w odmęty ciemnego futra Grima. Podparła policzek na dłoni uśmiechając się z rozczuleniem. Nie miała dzieci, ale nie licząc poważnych problemów z tym związanych Tommy wystarczająco jej to wynagradzał. Blackwall chodząca na smyczy z niewidzialnym guźcem w końcu była kolejnym, kapitalnym pretekstem do plotek.
    - Oh, na stałe? Chciałabym, ale nie chcę, żeby to było problemem - przeniosła spojrzenie na Eda i uśmiechnęła się przepraszająco, mając w grymasie na myśli tę sytuację, w której podrzuciła Tommy'ego do chatki po raz pierwszy i, delikatnie mówiąc, była uparta jak osioł i jak istny wrzód na dupie. Przecież dobrze z własnego doświadczenia wiedziała - choć jej charakter nakazywał jej radzić sobie z tym w inny sposób, niż robił to Stone - że dzieciaki pałętające się zarówno po zamku, jak i błoniach, są wystarczającym utrapieniem podczas dziesięciu miesięcy każdego roku.
    - A propo mojej herbatki! - wyprostowała się nagle, powodując, że kruczoczarne pukle zleciały jej z ramienia - W te wakacje przywiozłam z Tanzanii pełno ślicznych, ręcznie wyszywanych poduszek. Jedną zdążyłam już podrzucić Tommy'emu do legowiska, ale dla ludzi nadają się równie dobrze. Reflektujesz mięciutki, obity jedwabiem puch? - poruszyła konspiracyjnie brwiami doskonale wiedząc, że niezależnie od odpowiedzi i tak wciśnie mu kilka takich, choć ślicznych, to wciąż kolekcjonerskich rupieci.

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  13. Organoleptyka poskutkowała skonsternowanym ściągnięciem brwi i równie niepewnym uśmiechem, który, wbrew temu, co mogło się wydawać, przeznaczony był do wyrażenia coraz większego zainteresowania. Gajowy wydawał się bowiem cholernie interesujący, postrzępiony na brzegach i szorstki w dotyku, tak różny od tego, co zazwyczaj przykuwało Danforthową uwagę. Preferował balans, zatem jego dziwactwa musiała wyrównywać czyjaś stabilizacja i zasady te imały się nie tylko kwestii romansowych. Przecież i tak nie miał w nich doświadczenia. Letherhaze był przełomem, czymś, czego, jak sądził, nigdy nie dozna, zamknąwszy się w bezpiecznej strefie smutnych spojrzeń rzucanych w kierunku konkretnych osobowości. Dopóki nie nauczył się akceptować siebie, nie wymagał tego samego od nikogo, w efekcie kończąc samotnie, z wąskim gronem epizodycznych przyjaźni i byciem przedstawianym, nigdy przedstawianiem.
    Zapragnął pochwycić jego dłonie i zweryfikować własne podejrzenia. Zamiast tego przełknął ślinę, by, ze wciąż tym samym zaangażowaniem bardziej w ruchy niż słowa, przyszykować odpowiednią odpowiedź. Dobrą odpowiedź. Jakąkolwiek, naprawdę.
    Mężczyzna mówił dużo, więcej i w przytłaczającym zagęszczeniu, ale nie przeszkadzało to Patowi. Przeciwnie, wolał słuchać jednym uchem, przetwarzać w ciągu sekundy, maksymalnie dwóch, i wypuszczać drugim, bo coś powodowało ten specyficzny dyskomfort w klatce piersiowej i nie zamierzał spocząć, póki nie dowiedziałby się co.
    – Jestem Hogwarcką wróżką, nie specjalizuję się w klątwach – rzucił oczywistym dla siebie stwierdzeniem. Porzucił zwyczajową potrzebę hamowania się w rozmowach z personelem, udając przykładnego czarodzieja, kogoś, kto nie spędza całych dni, wmawiając innym, że przyszłość ma im wiele do zaoferowania.
    Nie było przecież szans, że gajowy też... preferował tę drużynę. Malcolm to szczęśliwy strzał, dar od niebios w ramach wynagrodzenia tego całego cierpienia, na końcu zresztą obfitujący w jeszcze większe. Bo tak, zyskał pewność, wyeliminował kłamstwa dotyczące związków i oddzielił je od okrutnych i przyziemnych prawd, ale nie wyszedł z rozstania bez szwanku, zaraz po tym kierując się na pamiętne spotkanie z rodziną, nękające go w snach do tego dnia. A on... S-Stone, bo kamień, natura, martwa, zwierzęta nie są martwe, a gajowy to chyba bardziej od kamieni, świetnie ci idzie, Pat, Stone, wciąż stojący przed nim, obrzydliwie wysoki Stone, Stone, który...
    Stone, który właśnie, chyba, to prawdopodobne, dobra, bardziej niż prawdopodobne, to pewne, zaoferował mu właśnie używki, a cały czar prysł i kurwa, Danforth, przestań fantazjować?
    Czy Danforth był nietrzeźwy? Jasne, sto procent. Czy uzyskał to metodą dożylną? Absolutnie. Czy miał jakąkolwiek wiedzę o narkotykach? Nie. Czy był przeciwny narkotykom?
    ... nie?
    – Wow, na co jeszcze wyglądam? Bo do tej pory nie porównano mnie jeszcze do ćpuna – przyznał z rozbawieniem. Wszyscy biorą, Pat, powiedziano mu kiedyś, ale nie uwierzył i najwyraźniej popełnił wówczas błąd. Nie wpadłby na to, że Stone mówił o czymś zupełnie innym.
    Nie wpadłby na to, że Stone mówił o czymś jeszcze innym.
    Boże, chyba że to nie to? Czy Stone go gdzieś zapraszał? Kurwa, randka z marihuaną? Marihuanę się chyba wdychało? Ale on nigdy nie brał, nigdy nie brał, a skoro Stone uważał, że tego potrzebował, to mógł też założyć, że brał, a skoro brał, to miał doświadczenie, a nie miał, czyli wszystko wydałoby się natychmiast i co wtedy?
    Mimo wszystko strasznie nie chciał, żeby ten facet opuścił jego lokum.
    – Chyba że miałeś na myśli romantyczne palenie czegoś pod moją wieżą, ale mordowanie ludzi z tej wysokości brzmiało lepiej – wypalił bezmyślnie, desperacko, od razu żałując, żałując wszystkiego, a najbardziej tego, iż w ogóle wstał z łóżka. Chociaż, gdyby tego nie zrobił, mogliby się nie poznać. Co za szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W akcie ostatecznej paniki napił się przyszykowanej herbaty, wreszcie poluźniając uścisk palców na czymś, co, ku jego niezadowoleniu, nie było cudzą skórą. Po jednym łyku odsunął naczynie od ust, wyciągając je dalej, dalej i jeszcze dalej, aż uznał to za stosowne i wystarczająco wyzywające.
      – Dawaj, Stone – podpuścił go, zwilżywszy wargi, następnie układające się w prowokujący uśmiech.
      Nazwiskowa loteria rozpoczęta. Merlinie, ale byłoby głupio.

      walk of shame jeden wielki ha tfu

      Usuń
  14. Nie wiedział, co trzymało tego typa w miejscu, ale był temu wdzięczny. Z naturalnej potrzeby towarzystwa, z chęci zaspokojenia wizualnych pragnień, z obcego dlań przyciągania, które ścisnęło mu serce. Nie wierzył w przeznaczenie, nie takie, nie takie, któremu nie można się przeciwstawić i które niespodziewanie, wbrew wszystkim przeciwnościom, i tak pukało do jego drzwi i wdzierało się do środka w zabłoconych butach, aby namieszać mu we względnie ułożonym żywocie. Przestał odróżniać snute w trakcie bezsennych nocy wizje jutra od rzeczywistych przebłysków, nagłych przypływów równie absurdalnych scen, jakby chronologia wyszła z mody, a idealne odwzorowanie tego, czemu próbował zapobiec dla samej satysfakcji, bawiło kogoś na tyle, by ciągnąć to dalej.
    Brakowało mu odwagi, w celu udowodnienia którejś tezy i sklasyfikowania obecności Stone'a jako zasługę czegoś innego, niż przeznaczenia bawiącego się jego kosztem.
    Uśmiechali się do siebie jak debile i dopiero po stwierdzeniu tego prostego faktu zyskał pewność w kwestii obopólnego zainteresowania sobą nawzajem. Może na innym polu, może wcale Stone nie flirtował z nim bezczelnie po palnięciu przez Danfortha tak taniej głupoty, może wcale nie pożerał wzrokiem niemal każdej części jego ciała, a Pat nie skupiał się na doznaniach duchowych, przecząc swojej naturze. Może, ale może jednak było zupełnie na odwrót i nie miał czym się przejmować? Tyle że co by to zmieniło?
    Właśnie, Pat, co by to zmieniło? Zostalibyście, kurwa, wymarzoną parą, duetem wyrzutków społeczeństwa, łóżkowymi kumplami, a seks uprawialibyście tutaj, w tej wieży, której drzwi nawet nie zamykasz?
    Banalny rachunek przekonałby go do zrobienia tego, co słuszne. Do wyśmiania gajowego, pozbawionej wysiłku negacji osobistych preferencji, razem z moralizatorską gadką o niewłaściwym zachowaniu jako personel. Nauczyciele nie są ludźmi, mówili, a on potakiwał, bo nigdy nie wyobrażał sobie, że dwumetrowe giganty uczące go zmiany myszy w filiżanki mogły być tak pojebane, jak on.
    Liczył na to, że drżenie oddechu umknęło jego uwadze.
    Merlinie, Stone, nie przy dzieciach – skarcił go żartobliwie, bez właściwej siły. Spowodowało to wyraźne poruszenie, niezdatne do odgadnięcia pytanie odbijające się w coraz mniej nieprzytomnych oczach. Zrezygnował z pozostawienia go w kolejnej konsternacji, skinąwszy głową ku wciąż wylegującemu się na posłaniu kotu, obserwującemu jednak przybysza.
    Nareszcie zgromadził wymaganą energię, kierującą go ku pobliskiemu stolikowi, by tam odłożyć tę przeklętą szklankę, kubek, naczynie, naczynie z herbatą, która nie pobudziła go w takim stopniu, co aktualna nowość i wobec tego musiał się ustosunkować. Stone działał po prostu lepiej.
    – To urocza propozycja, ale zazwyczaj rozważam to dopiero po drugiej randce – załgał perfidnie, nie celując przecież w prawdomówność. Nie o to chodziło w ich potyczkach, nie, z kontekstu, jaki do tej pory wyniósł.
    Odetchnął głębiej niż dotychczas, po czym ponownie zwrócił się ku mężczyźnie, którego, serio?, nadal nie zaprosił do środka. Skrzyżował ręce na piersiach, oparłszy się biodrem o brzeg stolika, zarazem przywracając to łagodne rozbawienie, oby, oby dla Stone'a nawet minimalnie wkurwiające, bo nie znał innych sposobów na zatrzymanie kogoś przy sobie.
    – Ale wiesz, możesz to zmienić – zaryzykował. Zaryzykował, utratę stanowiska, pracy, miejsca zamieszkania, źródła dofinansowania. Nie zgłaszaj mnie Longbottomowi, proszę?

    hit

    OdpowiedzUsuń
  15. Stone zbliżał się niebezpiecznie szybko. Niebezpiecznie, bo nie dając Patowi czasu na zastanowienie się nad tym, do czego doprowadził. Mało było w nim żalu, po zmarnowaniu kilkunastu lat starał się korzystać z życia w stopniu nierzadko wykraczającym poza normę, ale też nieczęsto posuwał się do tak skrajnych poczynań. Nie chciał się z nim przespać. Albo chciał, chciał tak bardzo, że przestał oddychać i czekał, z wygłodniałym spojrzeniem, ciałem niecierpliwie wyczekującym kolejnego, jeszcze jednego i następnego kroku. Chciał tak bardzo, że wcześniej tego nie wykrył. Chciał tak, że dopiero zrozumiał, jak niewiele na siebie założył.
    – Kurewsko urocza – potaknął. Utwierdził się w przekonaniu, iż patrzenie na twarz Stone'a bolało, kreślenie linii jego ust doprowadzało go do szaleństwa, głównie przez myśl o ich całowaniu, a rejestrowanie hipnotyzujących oczu na sobie paraliżowało całokształt jego jestestwa, jednak nic nie burzyło pozornego spokoju tak, jak wizja potencjalnej możności poczucia pod naciskiem swoich rąk reszty Edwarda. Edward, pomyślał chwilę wcześniej, pierwszy raz myśląc o nim w innej kategorii, niż ten, kurwa, gajowy, Stone?
    Nie tak urocza, jak ty, Stone, sformułował w głowie i z trudem wyhamował na czas. Mylił obustronne pożądanie z ewentualnym afektem. Zawsze zakochiwał się łatwo, za łatwo, oczekując czegoś, co nigdy nie miało się wydarzyć. Stone nigdy nie miał podejść tak blisko.
    I miał rację, uczniowie pewnie zmierzali już ku wieży, zaspani i niezadowoleni z wybranego przedmiotu. Zamierzał wynagrodzić ich trud swoją szczęśliwą nieobecnością, nie schodząc na dół, ani teraz, ani za rok, bo cały świat skończył się na czyimś oddechu na własnych ustach, na tym, co niegdyś dostarczało mu największej i zmysłowej przyjemności, a co wydarto mu wraz ze stabilnym i tylko częściowo niezdrowym związkiem. Malcolm by tego nie zrobił, myślał, Malcolm nie zwracał na nie uwagi, przypominał sobie. Logicznym byłyby powstające wyrzuty sumienia, wyrzuty wobec samego siebie, bo najwyraźniej leciał na Edwarda ku czci swego egoizmu albo w ramach odegrania się na przeszłości. Minęło tyle czasu, z pewnością znalazł kogoś innego? Nie mieli przecież żadnych zobowiązań, nikt nie zabraniał im przespania się z kimś niezobowiązująco, nie planowali powrotu, nie tęsknili za wzajemną obecnością. Żaden punkt w ich wyimaginowanej umowie nie przewidywał obecności Stone'a, rozpraszającej, przytłaczającej, a zarazem wzmacniającej dosłownie każde doznanie. Pat rzadko kierował się choćby podstawową moralnością, polegając w znacznej części na instynktach, tych samych, które teraz pozwalały obcemu facetowi rozpinać jego koszulę, które rozpaliły go razem z prymitywnym gestem, przeznaczonym dla jego obojczyka. Bo taki był Stone, prymitywny, zezwierzęcony, absurdalnie szorstki i przesiąknięty agresywną prostotą. Charakterystyka przeciwnego bytu wdzierała się pod skórę Danfortha, stawała napędem całokształtu, aż jedynym, co czuł, okazała się możliwie urojona woń lasu i odór rozmaitych trunków, bo skoro nie ćpunem, to czym innym?
    Nie chciał go wykorzystywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porzucił irytujący nawyk opowiadania każdemu historii swojego życia, jakby był im to winny. Póki nie spotykał kogoś, kogo wypadało rozważyć na polu innym niż przyjacielskim, co praktycznie się nie zdarzało, nie mówił, nie spowiadał się, nie tłumaczył spanikowany, czując się jak gwałciciel, odkąd jedyne wytłumaczenie, na jakie wpadł, brzmiało nie złożyło się, nie przekonując nikogo, nawet najbardziej naiwnych części siebie. Nie był nią, nie był niczym neutralnym, był sobą i na tym polegał, tak się przedstawiał i na to reagował przy wszelkich zawołaniach. Był sobą, ale Stone nie miał pojęcia o tym, ile kosztowało go stanie się tą wersją Pata, ile wysiłku włożył w wyzbycie się wrażenia o posiadaniu plakietki oszusta, ile czasu trudził się z wdrożeniem w tą właściwą społeczność, zaczynając od zera w późnym wieku. Stone nie wiedział, Stone oczekiwał czegoś innego lub przynajmniej mógł oczekiwać, bo nie znał jego orientacji? Nie zapytał, nie zastanowił się nawet, a raczej zaprzestał tego po pierwszym guziku, jakimś cudem wciąż utrzymującym się na nici, podczas gdy Pat kosztował oszałamiającą bliskość i następnie przełykał ją z wyraźnym wysiłkiem. Bezpieczniej było założyć, że Stone faktycznie preferował mężczyzn, wówczas niczego by nie stracił, w przeciwieństwie do tezy, jakoby ktoś tak zapatrzony w okryte wciąż ciało Danfortha mógł w ogóle myśleć o czymś innym.
      Skupienie, jakiemu podporządkował się mężczyzna, sprawiło, że Pat nie mógł się dłużej opierać. Raz po raz upadał i nagle znajdował się wciąż w uprzedniej pozycji, bez upragnionego ciężaru pod sobą, bez pokaranych pracą fizyczną ramion wokół własnego torsu, bez dalszego ukochiwania sobie konkretnych sfer na tętniącym życiem płótnie.
      Ratował siebie i swoją umiejętność samodzielnego stania posłusznym zrzuceniem z siebie irytującej ich obu koszuli. Posypał się na miejscu, pozbawiony tchu i pewności, gdy głos Edwarda poniósł za sobą wibracje, odpowiedzialne za nagłe marzenie o eksplozji bólu za sprawą cudzych zębów przebijających poznaczoną skórę. Wynagrodził jego starania cichym westchnieniem, które obarczyło go niekomfortowym wrażeniem, że z góry podlegał Stone'owi, a to z kolei zmusiło Danfortha do podjęcia nieudolnej próby pozyskania dowolnego rodzaju dominacji.
      Zlikwidował wszelkie ślady jego wyższości, odnalazłszy drżącymi palcami szlufki ciemnych spodni. Zatrzymał go przy sobie, w tej duszącej odległości, tylko po to, by to jego przystawić do stolika przy pomocy stanowczego napierania na przeciwległą ścianę mięśni, jego zmusić do odchylenia się przez położenie dłoni po obu stronach silniej zbudowanego ciała i jemu spojrzeć w oczy, jednocześnie błyskając jednym ze swoich ślepi w ramach mało udanej próby odwzorowania koloru, który tak zaciekawił go dosłowne minuty wcześniej.
      – Naprawdę chciałbym zobaczyć, jak to robisz – szeptał, z powoli rozwijającym się żalem o to, że nie dał mu po prostu robić ze sobą czegokolwiek, że zrezygnował na pełną cierpienia chwilę z gorącego języka rozbudzającego ospałe ciało na rzecz... tego. – Jesteś cholernie niewyżyty, Stone...
      Przeciwstawiając się faktycznej woli, skradł lewą rękę mężczyzny, natychmiast splatając ich palce. Wielbił każdy, każdy z nich, przyciskał usta do każdego, każdego z nich, do jeszcze jednego malowidła, a żadnego nie konsternującego. Czemu on nie mógł uczyć z tym, co własnoręcznie utworzył, za to Stone paradował z taką niespójnością, w dodatku beznadziejnie zakrytą? Nie znał odpowiedzi, tak jak nie znał siebie, a już w szczególności później, chwilę później, skrzypiącą, zacinającą się chwilę, w której trakcie utrzymał trudny i cudem niezerwany do tej pory kontakt wzrokowy, nie pozwalając sobie na mrugnięcie, choć wierzył w to, że wszystko stałoby się wtedy prostsze. To, droga, jaką musiał pokonać oraz finalne rozchylenie warg Stone'a, dopomagając sobie wolną ręką.

      Usuń
    2. Całowanie go, zgodnie z założeniem, miało ułatwić kolejne dziwaczne sekwencje, pojawiające się w głowie Pata. Wbrew temu został taki sam, identyczny, zestresowany i nieposkładany, tylko teraz wciskał dopiero poznanemu facetowi język do gardła, mniej więcej dziesięć minut przed rozpoczęciem zajęć, w niezręcznej, jego skromnym zdaniem, pozycji, by nareszcie naprowadzić go ku bezpośredniemu i śmielszemu kontaktowi z Danforthową skórą, która, w jawnym akcie zemsty, gubiła odróżniający się od reszty pigment w reakcji na dotyk, zostawiając Edwarda z potrzebą namacalnego zapoznania się z owym dziełem ani trochę nie zaspokojoną.

      pomocy

      Usuń
  16. Nałóg nikotynowy był jedną z niewielu skaz na czystym jak łza wizerunku Blackwall. Mało kto wiedział, że Serena paliła jak smok od czasu swoich szkolnych lat, kiedy w uroki tytoniu wciągnęli ją lwi koledzy. Gdyby dowiedziały się o tym uczennice, które miała pod swoją pieczą, pewnie zachodziłyby w głowę próbując się dowiedzieć jakim cudem po tylu latach bycia palaczką jej zęby wciąż są śnieżnobiałe, a jasna twarz nieskalana jest żadną, przyspieszoną przez nałóg, zmarszczką.
    Cóż, Serena miała wiele sekretów, niekoniecznie tych dotyczących jej życia w Afryce i domniemanej przez uczniów kolonii niewolników we własnej piwnicy.
    Jednym z nich był fakt, że od zawsze niezłe było z niej ziółko.
    A propo ziółka...
    - Palę - kiwnęła potwierdzająco głową, wcale nie mając pretensji o to, że Stone śmiał to założyć, a nawet zapytać: wciąganiu dymu oddawała się bowiem jedynie nocami, w zaciszu własnej sypialni (no dobrze, sytuacje w których musiała ślęczeć nad papierami odkręcając kolejne wybryki Johnsona były jedynym wyjątkiem, i też pierwszym jej byciu przyłapaną na tym przez ucznia, burząc dotychczasowy cały światopogląd Olivera, a potem prowokując serię głuptakowych żartów). Poczęstowała się jedną fajką, nawet odpaliła ją i zaciągnęła się raz, tylko po to, by jej jasne, niezbrukane dzisiejszego wieczoru makijażem oczy otworzyły się szeroko.
    - Chwila, moment - wyburczała pod nosem, przeszukując kieszenie swojego luźnego, haftowanego płaszcza z paniką wyrysowaną na twarzy. Gdy znalazła w nich cel swojego strachu zdecydowała się na ściągnięcie odzienia wierzchniego i przewieszenie go przez krzesło. Chwyciła delikatnie między dwa palce coś, co wyglądało jak papieros, ale kolor miało ciemnozielony - zapach również skutecznie wyprowadzał pierwsze wrażenie z błędu, dając na całą chacjendę czymś po prostu... egzotycznym. Czarnowłosa przeszła przez stół, żeby pochylić się nad ramieniem Edwarda i z dumą pokazać mu przed oczami swoje znalezisko.
    - Owiany legendami susz afrykański. Z serca Tanzanii, sączone w wyciągu z mandragor liście baobabu - wytłumaczyła prędko, sięgając ręką przed siebie, by chwycić stojącą na stole zapalniczką i zapalić również i cudo, które trzymała między palcami. Zaciągnęła się głęboko, nie krztusząc - co mogło być dość zaskakujące, biorąc pod uwagę jej kobiece gabaryty - i co lepsze, trzymając dym w płucach tak długo, aż ledwie marna strużka opuściła obieg nie przez jej usta, a nos.
    Zachichotała zupełnie jakby znowu była noszącą barwy Lwów, szesnastoletnią recydywistką, chowającą się ze znajomymi za wysokimi murami wieży astronomicznej.
    Podała Edowi skręt, wracając na swoje miejsce naprzeciwko niego jeszcze prostym krokiem.
    - Chodzi ci o Greeda? Nie mój dom, nie mój sweter, nie mój problem - wzruszyła ramionami, kojarząc doskonale personę siedmiorocznego Krukona, zarówno ze względu na wyrazistość jego osobistości, jak i częstotliwość spędzania czasu z Oliverem. RAZ, jedynie RAZ miała ich obu jednocześnie na szlabanie w swoim gabinecie, kiedy była zasypana robotą tak bardzo, że nie miała czasu na wymyślenie zajęcia, które mogłoby choć trochę utrzeć im nosy. Nigdy więcej.
    Poczekała cierpliwie, aż Edward zaciągnie się pierwszy raz i wyszczerzyła głupio, gdy mężczyzna zakaszlał. Przejęła od niego ziółko i bez większego wzruszenia przystawiła je drugi raz do ust.
    - Daj spokój, trochę koloru dobrze by zrobiło temu miejscu. A jeśli powiem ci, że na tych poduszkach i kocach są wyhaftowane trupie czaszki i laleczki voodoo?

    ziółko

    OdpowiedzUsuń
  17. Podobała mu się uwaga, jaką Edward poświęcał wszystkiemu, doceniając każdy skrawek, każde działanie, wynagradzając okrojoną pomysłowość, nacechowaną niepokojącym brakiem cierpliwości. Posuwał się dalej i wciąż odkrywał, że to za mało, aż zaczął zastanawiać się nad tym, czy cokolwiek było w stanie go zadowolić.
    Reakcja Stone'a okazała się bezcenna. Wypleniła wszelkie obawy, stała się manifestacją faktycznego sposobu bycia Danfortha, a mimo tego została przyjęta, skutkując wciąż i wciąż poszerzającym się grymasem, który tylko częściowo przypominał uśmiech. Mieszanina samozadowolenia i dalszego planowania, jakie skutecznie mu uniemożliwiono, skonsternowała pozornie władcze tendencje, zostawiając go. Z przygryzaną do bólu wargą, palcami wsuniętymi pomiędzy miękkie kosmyki, kiedy Stone zajmował się jego torsem, całym, nie pomijając centymetra skóry, co subiektywnie zostało przez Pata ocenione, choć zdawał sobie mgliście sprawę z tego, że wszelkie informacje dotyczące napięcia, któremu wówczas dawał upust, ociekały subiektywizmem. Topił się pod strukturą gorącego języka, tego samego, tego sprzed chwili, przypominał sobie, sprzed chwili na moim podniebieniu, pamiętał, powracał, z intensywnością porównywalną do wysiłku wkładanego w codzienne wyczytywanie ogólnej i otaczającej go zmienności, interpretowania jej i nakładania na to, co niewłaściwie postrzegał, a co nigdy nie uwzględniało tego, tego gloryfikowania ciała, które sam wykreował, wyśnił i ulepił, które kosztowało go tyle łez i wyzwisk, które wreszcie było w czyimś typie, idealne w tej konkretnej sytuacji.
    Niemal poprosił go o kontynuowanie pieszczot, prawie pogrążył się na wieki tak żałosnym tekstem, bo Chryste, Edward, chyba się nawróciłem, powtarzał raz po raz w głowie, niekończącym się ciągiem, może, ewentualnie i w konkretnych warunkach dorzucając cichsze i to ciebie zamierzam, kurwa, czcić. Skumulowany już w gardle pogłos uleciał, zmiażdżony między ich wargami, prosto w Edwardowe usta, przeistaczając się we wdzięczny jęk za to, że upłynęła wieczność, odkąd Stone podniósł się z cholernego stolika, a Pat nadal drżał.
    Zapomniał. O tym, że miał go wkurwić, sfrustrować, rozluźnić atmosferę, gdyby te dwa pierwsze nie wypaliły. Próbował przypomnieć sobie czy przestał bawić się swoimi umiejętnościami przed, czy po pierwszym pocałunku złożonym w okolicach podbrzusza, kiedy płonął w niespełnionych błaganiach o zejście z kolejnymi jeszcze niżej. I chyba, chyba jeszcze sekundy wstecz, obiecał sobie, że ponownie wydobędzie z niego głośniejszy lub zwyczajnie podobny pomruk, ale, prawdę mówiąc, powinien porzucić te postanowienia jak najszybciej. Powinien, skoro tak ochoczo przyciągał go do siebie, postępując w międzyczasie do tyłu, skoro tak skwapliwie wdzierał się dłońmi pomiędzy materiałową warstwę a rozpaloną skórę pleców, wnet wystawioną na rześkość ciężkiego powietrza, całkiem nierealną i w pełni wymarzoną. Było kurewsko gorąco.
    Zdążył ledwo rzucić okiem na nowo odblokowaną lokację, nim znowu pochłonęło go wzdychanie w czyjeś usta, ale już wiedział. Dobrze, że nie pocisnął go wtedy na głos.
    Korzystając z dawniejszej praktyki, zatoczył z Edwardem w ramionach półkole, by móc pchnąć go na łóżko w stanowczej manierze. Z trudem zarejestrował uciekającego w oburzonym popłochu kota, co czyniło całą sytuację znacznie mniej niezręczną. Naprawdę nie chciał obarczać jedynego towarzysza nocy takimi widokami. Jak spojrzałby mu potem w twarz?
    Czy koty miały twarze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edward miał twarz, hipnotyzującą twarz, przedziwnie poskładaną, szczególnie z tej wysokości, niedługo później zniwelowanej. Przywrócił tak uwielbioną pozycję, w nieco zmienionej formie, tym razem za cel obrawszy niezidentyfikowane ślady po cudzych ustach na skórze Stone'a. Wbiwszy zaciśnięte pięści w materac, zassał ten fragment metaforycznego płótna, zaspokoił kłującą oraz irracjonalną zazdrość o coś, co mogło przecież mieć miejsce, i zgodnie z jakimkolwiek prawem, tym naturalnym, tym moralnym, tym, które mogło wepchnąć go do Azkabanu czy innego ponurego lokum, bez wyjątku, a jednak potęgowało dopiero wykwitłą zaborczość, pomocną w kierowaniu współmiernymi do aktualnych działań ruchami. Wieńczył mozolną robotę, a niepewne palce rozpinały wyraźnie przyciasne spodnie.
      Zwalczył narastające pragnienie dotknięcia jego torsu, zbadania twardości mięśni, śledzeniu kolorowych linii. Zamiast tego kucnął przed łóżkiem, rozchyliwszy nogi Stone'a jeszcze bardziej niż dotychczas. Powoli sunął dłońmi wzdłuż ud, czasami zwiększając nacisk palców, by zaraz go zmniejszyć, aż dotarł do krawędzi spodni, w celu jasnym dla wszystkich tam obecnych. Nie kłopotał się odpowiedzią Edwarda, w zasadzie w ogóle go ona nie interesowała, odkąd bezmiar skupienia przeniósł na obfitujące w nietrzeźwą adorację przyciśnięcie ust do wybrzuszenia bielizny, na...
      Zamarł.
      Pukanie. Raz.
      Sekunda, dwie, trzy...
      Drugi.
      Sekunda, dwie, trzy, cztery...
      Uległ potrzebie przesunięcia językiem po całej długości obecnego celu.
      – Profesorze? – rozległo się zza drzwi, drzwi zamkniętych, drzwi, którymi zajął się Stone.
      Bo zrobiłeś to, prawda, Stone?

      cyk to przecież marek jankowski

      Usuń
  18. Francis Faradyne nie byłby niewątpliwie tak wyrozumiały w zakresie opuszczania zajęć przez swojego jedynaka, zważywszy na podstawowy fakt jak wysokie oceny należało dostać z przedmiotów wieńczących całą edukację szkolną, by ubiegać się o dostanie na szkolenie aurorskie. Deucent jednak mógł mieć do Edwarda tak spore zaufanie, że nie obawa o wyjściu jego licznych wagarów oraz usprawiedliwień ujrzy światło dzienne. Im mniej tata wiedział, tym lepiej. Oszczędzało mu to ewentualnych nerwów, niezadowolenia i pouczeń skierowanych w stronę własnego syna. Poniekąd można, by śmiało założyć, że sama obecność Stone'a zapewniała młodemu Faradyne'owi zapewniała mu dodatkowy parasol bezpieczeństwa, mogący w każdej chwili go przyhamować przed popełnieniem jakiegoś największego życiowego błędu mimo młodego wieku.
    Krukon pozostawał niestety zupełnie nieświadomy nalotu na swojego ulubionego Gryfona, traktując ten niezapomniany mecz, efektowny upadek z miotły z poważnym wybiciem barku oraz wykluczeniem z gry jako powód do osobistej zemsty. Nie potrzebował pomocy ze strony swojego ukochanego ojca chrzestnego, nie podejrzewając nawet, że ten wściekły wziął sprawy w swoje ręce, jeszcze zanim wykonał samosąd na Oliverze Johnsonie. Sam fakt, że lwiątko nie wspomniało nigdy o Edwardzie Stone'ie oraz tym zdarzeniu, a pytanie skierowane w stronę Deucenta o niego ostre niczym sztylet swego czasu sugerowało mu schadzki, zanim nie dowiedział się, że gajowy jest jego ojcem chrzestnym i bardzo ważną osobą w życiu młodego Faradyne'a.
    — Naprawdę wolałbyś, abym popadł w jeszcze większy nałóg niż rozwijał relacje międzyludzkie? Co z ciebie za wujek? — Krukon rzucił te słowa z rozbawieniem i jeszcze szerszym uśmiechem, jakby w ramach pokazu swoich możliwości, zaciągnął się porządnie, wypuszczając dym niemal w taki sposób jak będzie robił to Arthur, gdy w końcu nauczy się porządnie palić. Deucent Faradyne drążył sobie tym Johnsonem mózg dokładnie to od piątego roku, choć w zupełnie innym, nowym sensie niż wcześniej na tle ich długoletniej przyjaźni. Coś się od tamtej pory zmieniło, ale tego ojciec chrzestny nie musiał wiedzieć. Aż tak skory do zwierzeń to Krukon nie był nawet przed nim. Uchylał zwykle jakiś urąbek, gdy koniecznie potrzebował porady, czasami właśnie sercowej, ale nie wdawał się w zbytnie szczegóły.
    — Poczekaj z tym rzuceniem się z Wieży Astronomicznej aż opuszczę te szkołę przynajmniej — odparł z enigmatycznym uśmieszkiem Krukon, patrząc na Eda błyszczącymi oczami. Oczywiście, że Deuce wyczuł ironię w wypowiedzi, ale był również mistrzem w dyskusjach, a tego tytułu nie pozwoliłby sobie odebrać. — Chciałbym mieć dobre wspomnienia, gdy będę opuszczał jej mury. Jeśli straciłbym ukochanego wuja w kwiecie jego wieku, przekreśliłbym całą swoją przyszłość i zamknęliby mnie z powodu potwornej żałoby w Mungu na leczeniu... Chyba rozumiesz co mam na myśli, nie?
    W przerwie na zaciągnięcie się papierosem, wciąż nie podniósł swojego tyłka, nadal wylegując się w najlepsze. Uśmiechnął się do swoich myśli, które wymieszały się z całkiem rozmytym wspomnieniem. Na potwierdzenie tego, że nie było to jedynie owocem jego małoletniej wyobraźni, a czymś co rzeczywiście się kiedyś wydarzyło, poświadczały ruchome zdjęcia w jednym z rodzinnych albumów, gdzie jako mały chłopiec przecierający w tamtym momencie oczy, został uwieczniony ze śpiącym w najlepsze Edem na fotografii.
    — Nie jesteś naiwny jak nauczyciele, to prawda. Też bym cię wodził za nos jak ich, gdybym tylko chciał, wiesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby tylko chciał, no właśnie, ale nie chciał i tu był pies pogrzebany. Tylko przy Edwardzie Stone'ie nie marudził, gdy pomagał mu i nie ukrywał swoich zdolności z zakresu eliksirów, ponieważ chciał być pomocny i zrobić to jak najlepiej. Na lekcjach nie zamierzał się jednak tak wysilać — wypadało podtrzymać wypracowany na przestrzeni lat wizerunek oraz reputację z rozbrajającym uśmiechem. Gdy dobiegło go pytanie gajowego, wpatrywał się w sufit, wypuszczając siwy, nikotynowy dym w górę, obserwując jak chwilę później znika. Poderwał głowę z ramienia, by móc na niego zerknąć.
      — Kto wie? — wymruczał cicho, gasząc i porzucając niedopałek na spodeczku jak na grzecznego chrześniaka przystało. Sama wzmianka o Oliverze budziła w nim same ciepłe uczucia. — Przyjaźnimy się od pierwszej klasy i jestem do niego całkiem przywiązany — dodał jak gdyby nigdy nic, a temat ich rozmowy wcale nie dotyczył tego Gryfona, przy którym tracił zdrowy rozsądek i zatracał na dobre poczucie czasu. Nie powiedział, że tak naprawdę wiedział aż nadto, że wyhodował sobie do Johnsona silne przywiązanie emocjonalne, a sama jego obecność wzbudzała w nim równie wiele emocji, co gra w Quidditcha.
      — Jesteś zbyt mądry i widzisz więcej niż zwykle mówisz... Ty mi lepiej powiedz, co do niego mam. — Wyzwanie zawisło w powietrzu, a Deucent posłał mu swój cwaniacki uśmieszek, nie odrywając od niego wzroku, jak wcześniej, gdy wpatrywał się w niknący dym.

      jedyny taki synek chrzestny

      Usuń
  19. Innego dnia poczułby się doceniony. Lubiany, objęty troską, godny martwienia się. Innego dnia, nie tego, w którym postanowił dać upust skumulowanej w nim frustracji za pomocą pierwszego lepszego faceta. I na pewno nie w momencie, kiedy pochylał się nad jego kroczem, gotowy do tego, do czego równie dobrze mógł dążyć od samego początku.
    Musiał się ruszyć. Inaczej naprawdę bał się, że Stone kogoś zamorduje, a on zostanie w to wplątany, bo, chcąc lub nie, do tego doprowadził. I pewnie, mogliby dokończyć sprawę szybko, zanim ktokolwiek znalazłby Longbottoma w tym obrzydliwie dużym zamczysku, minęłyby wieki, ale najpierw musiałby powstrzymać Stone'a i ponownie wprowadzić go we właściwy nastrój. I siebie. Przede wszystkim siebie.
    Westchnął ciężko, celowo się przedtem nie odsuwając, by w ramach ostatniej złośliwości posłać swój oddech wprost na miejsce, które wcześniej niemal ich zdradziło. Chciałby to ciągnąć. Chciałby słyszeć, jak Edward nieskutecznie tłumi odgłosy przyjemności, najlepiej w już znajomym obliczu ryzyka wyrzucenia ze szkoły, co stałoby się całościowo zasługą Danfortha. Chciałby i chciał, zatem odłożył to na później.
    Ucałował wnętrze dłoni znajdującej się na jego policzku, nim podniósł się chwiejnie na nogi. Sprzedanie uczniowi jakiejś historyjki go nie martwiło. Gorzej prezentował się stan bielizny, możliwie niezdatny do zakrycia również pod materiałem spodni, niedługo później odnalezionych i założonych w pośpiechu. Musiał złapać typa przed dalszą paniką. Czego się spodziewali? Że się powiesi?
    – Kurwa, a mówiłem, dopiero po drugiej randce – przypomniał Edwardowi, w drodze po dopiero wymyśloną dystrakcję. Założywszy na siebie nieswój sweter, bo leżał najbliżej, pochwycił jeszcze protestującego kota, zmierzając do wejścia.
    W niezamkniętych na klucz drzwiach stał Peter. Peter, z zaskoczonym wyrazem twarzy, jasno wskazującym na to, że czegoś oczekiwał, czegoś, czym nie była napięta ze złości twarz nauczyciela i wyrywający się mu z rąk kocur.
    Jestem tu, Pickens, jestem i, kurwa, nie mam pojęcia, czego ode mnie chcesz.
    Zawsze twierdził, że skrzywdzono tego dzieciaka imieniem.
    – Profesorze? Co się stało? – Peter odwrócił się z powrotem do przejścia, bowiem zdążył podjąć decyzję o oddaleniu się w celu przez Pata nieznanym. Jedynie podejrzewanym.
    Merlinie, Pickens, nie wyobrażasz sobie, jak boli mnie głowa – skłamał bez większego przekonania Pat, dla efektu opadając na framugę otwartych jedynie do pewnego stopnia drzwi. Wolałby trzasnąć nimi o ścianę, pokazać Peterowi, że byłoby super, gdyby stąd wypierdalał, jestem zajęty, Peter, naprawdę, lecz wątpił, że Edward doceniłby ten gest.
    Chłopak zmarszczył brwi, lustrując nauczyciela od góry do dołu.
    Pat wstrzymał oddech.
    – Nie chciałby wybrać się pan do skrzydła szpitalnego? – zaproponował Peter. Szczerze czy nie, fatalnie.
    – Nie – wypalił szybko Pat. Za szybko, stanowczo za szybko, niewątpliwie wyglądając na osobę, która wymyśliła to na poczekaniu, czyli... na siebie. – Nie – powtórzył, wolniej, spokojniej, z wdzięcznym i wymuszonym uśmiechem. – Wiesz, co jest w skrzydle szpitalnym? Ludzie. I hałas. A wiesz, co jest tutaj? Kot – wyjaśnił, podnosząc zwierzę wyżej, z czego zaraz zrezygnował, powracając do przyciskania go do brzucha, byle nie uciekło. Taka z tego była przyjaźń. – A ja kocham mojego kota, Pickens, nawet sobie nie wyobrażasz, więc wolę... wolę zostać tutaj – dokończył przez zaciśnięte zęby, aż wreszcie poluźnił uścisk, umożliwiając Kotu ucieczkę. Za niego, do pokoju, do Edwarda, byle dalej.
    Odchrząknął, zbierając głos i założył ręce na piersi. Jak wcześniej, tyle że tym razem nikt się na niego nie rzucał. I dobrze. Byłoby niezręcznie.
    – Pracujemy nad naszą relacją – westchnął smutno. Wolał uniknąć PET-y. PETA to możesz wrzucić do popielniczki!, przypomniał sobie, co zrzuciło nań konieczność powstrzymania cichego parsknięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pickens tego nie kupował.
      – Martwię się o pana, panie Danforth – mówił, kręcąc rudą głową. To rudy, prawda? Rudy, kasztanowy. Rudy jak nic. – Może powinienem kogoś zawiadomić...
      – Peter – przerwał mu ostro. Porzucił grę, pogodną mimikę, udawane zadowolenie z życia. Dlaczego się denerwował? Nie wierzył mu? Kwestionował źródło jego pobytu tutaj? Albo poddawał się opadającemu napięciu? Nie odczuwał już gorąca, nie wspominał smaku cudzego języka. Stone znajdował się za daleko, by to podtrzymać. – Nie musisz pisać tego wypracowania, ale idź już, dobra?
      – A-Ale... – zająknął się chłopak, widząc w tym obustronne korzyści, niepodlegające jednak jego systemowi wzorców postępowania.
      – Idź – szepnął bezsilnie Pat, by zamknąć drzwi jeszcze przed otrzymaniem jakiejkolwiek reakcji.
      Zamknąć.
      Na klucz.
      Odepchnął się od drewnianej powierzchni. Skierował na nowo w stronę posłania, by opaść na nie, obok Edwarda, stykając się z nim ramionami, za to bez niczego więcej. Bo i co?
      Bo i przechylenie się na bok, położenie brody na owym ramieniu, pójście trochę dalej i muśnięcie wargami wrażliwej skóry szyi, współmiernie do zaciśnięcia palców odsłoniętym udzie. I tyle.
      – Kurwa – warknięcie, odsunięcie się dla oparcia skronią w bezkresnej rezygnacji. – Teraz to mi się nie chce...
      Zabrał rękę i złączył własne dłonie. Głupio było dotykać go przy takiej manifestacji braku obopólnego spełnienia, co nie powstrzymywało go przed resztą wygodnej bliskości.
      – Przepraszam – dodał, ostatecznie umykając spojrzeniem jak najdalej.

      rip

      Usuń
  20. Mogli zrobić to za pomocą zaklęć, wtedy zapewne byłoby im o wiele łatwiej. I wszystko szło by szybciej, skoro już o tym mowa. W ten sposób zapewne postąpiłaby większość czarodziejów na ich miejscu, ale - stety lub też nie - oni wcale nie należeli do większości. Na pewno nie pod tym względem.
    — Wyrobimy się przed zmrokiem? — zagadnął, zerkając w kierunku prześwitującego między drzewami horyzontu. W tej części lasu mieli doskonały widok na zachodnie wzgórza, gdzie słońce chyliło się już powoli ku ziemi. Mimo wszystko do zapadnięcia całkowitych ciemności zostało im jeszcze trochę czasu, ale to Edward lepiej orientował się w tych sprawach, więc Kovacs chciał znać jego fachową opinię. — Idzie nam całkiem sprawnie — zauważył, ponownie skupiając spojrzenie na niedokończonej zagrodzie, nad którą właśnie pracowali.
    Haakon wierzchem dłoni starł pot z czoła i zaczekał, aż jego towarzysz wsunie jeden z własnoręcznie ociosanych przez nich pali do wykopanego wcześniej dołka, a potem uniósł ramiona i zacisnąwszy dłonie na trzonku młota opuścił go ze świstem na płaską, ściętą część drewna. Raz, a potem drugi i kolejny, póki zaostrzony koniec nie wbił się w oporną glebę i nie ustabilizował w pionie.
    — Stoi, możesz puścić — mruknął, a gdy Stone zabrał ręce, Haku uderzył w pal jeszcze kilka razy, po czym szturchnął go, by się upewnić, że solidnie osadził go w ziemi. Potem odrzucił młot na bok i chwycił za łopatę, by zasypać dół wokół drewnianej kolumny specjalną mieszanką utwardzającą.
    Żaden z nich nie brzydził się pracą fizyczną. Co więcej, Kovacs czuł się naprawdę usatysfakcjonowany mogąc zrobić coś osobiście: naprawić, stworzyć, a nawet zniszczyć… w miejscu, gdzie wszystko robiono na skróty, przy pomocy magii.
    — Im wszystkim też przydałby się lekki wycisk — zauważył, unosząc kącik ust w czymś na wzór uśmiechu. — Nabraliby trochę pokory — zasugerował, przydeptując grunt butem. — I masy mięśniowej! — dodał zaraz i odsunął się nieznacznie, by ocenić ich dzieło.
    Wbił łopatę w glebę i uniósł krawędź koszulki, by otrzeć nią twarz.

    Kovacs

    OdpowiedzUsuń
  21. Zakochiwał się w nierozpoznawanej przez tępotę pomyślunku trosce, jakby mimo tej emocjonalnej ułomności, jego podświadomość rozpoznawała tak prostą, wręcz podstawową wartość, powoli czyniąc wizję bardziej klarowną. Jednocześnie nareszcie i zarazem stanowczo za późno, w kolejnym objawie derealizacji banalnych stwierdzeń, rozpoznawał nowe wymiary afektu, dochodził do nieskomplikowanych konkluzji, które naprowadzały go na równie trywialne rozwiązania. Sam podlegał tej prawdzie, spotykał ją na co dzień, mijał co, w najgorszym wypadku, niecałą godzinę, z większą przerwą na podobne przejawy poza rzeczywistością, jednak nie przeczyło to jedności wrodzonego subiektywizmu i obcości wszystkich pozostałych bytów. Malcolm zrobiłby coś innego, przeszło mu przez myśl jeszcze jeden raz i, co poczuł całym sobą, ostatni w takim kontekście. Jakkolwiek pozytywnym.
    Nie przypisałby temu dziwacznemu występowi miana randki, nie bez czyjejś asysty, toteż cichą i pełną nowości wdzięczność zdusił momentalnie, nie umiejąc sobie z nią poradzić. Pojedyncze krople uciekły spod kalekiej kontroli, unosząc kąciki ust, nieprzywykłe do tak szczerej i czystej moralnie czynności. Bał się poruszyć, nie chcąc przerywać ostatnich chwil rozpoznawania cudzego ciała pod własnym naciskiem. Kota dało się zranić. Stone nie wyglądał na łatwego do stłuczenia.
    Pozornie. Może.
    Nie mogę doczekać się kolejnej.
    Starał się, naprawdę. Nie wyglądać na zaskoczonego, silnie nasiąkniętego nowo narodzoną nadzieją na to, że nie ostatni raz Stone wyciągał go z wykopanego własnoręcznie dołu. Że wciąż istniała taka przyszłość, która zawierała w sobie szorstkość zarostu podrażniającą skórę torsu, skórę, ponownie nabierającą właściwych kolorów. Jak na zawołanie.
    Oczy bezwiednie podążyły za wybijającym z rytmu chłodem pobliskiej nicości. I prawie, ale tylko prawie, otworzył usta.
    Nie idź.
    Zwrócił całą uwagę na napinane pod hipnotyzującą skórą mięśnie, skórą teraz idealnie daleką, na tyle, by nacieszył się widokiem i wyrył go w pamięci, bo kto wie, kiedy przyjdzie następna okazja, kiedy znowu będą mieli tyle czasu i swobody, tyle odwagi na prędkie rozebranie się nawzajem i przejście do rzeczy bez myślenia. Pat myślał za dużo. Nie otwierać drzwi, nie reagować na ewidentne groźby pod adresem ucznia, nie przyznawać się do opadłej ekscytacji, przeistoczonej w uporczywy dyskomfort, ilekroć Edward znajdował się za daleko.
    Nie odpowiedział. Czemu? Czemu, Danforth?
    Malcolm palił. W nerwach, w zwyczajowości. Obyczajowość. Czemu palił Stone?
    Czemu palisz, Stone?
    Czemu palisz, Stone?
    I czemu znowu jesteś tak dusząco blisko?
    Wpatrywał się w jego usta, nie rozpoznając żadnych padających z nich słów. Bo nie po to, nie dla znaczenia i dalszego sensu. Już zawsze miał patrzeć na nie i myśleć o jednym, o nieetycznym i żenującym jednym, póty nie dopisałby go do listy zdarzeń, które wyglądały na realne, lecz w obliczu dalszego biegu czasu po prostu negowały zdrowy rozsądek.
    Tak jak ten pocałunek. Który nigdy nie powinien nastąpić, nie, bo nie miało to absolutnie żadnego (sensu), podobnie jak zresztą cała reszta, cała, włącznie z gnojami pod oknem, skąd, nie miał pojęcia jak, dotarli do chcę je zobaczyć, kurwa, napiłbym się kawy. Skąd miałby tu mieć kawę? Ale przecież miał? Kawę? Kogo obchodziła w takim momencie kawa?
    Na pewno nie jego, jego, Pata, który w zawstydzającym odruchu poszukiwał dalszego kontaktu ze znajomymi już wargami, nadal i bez końca nie będąc w stanie wydusić z siebie czegokolwiek składnego. To nie było tak po prostu, w żadnym tego wyrażenia znaczeniu. Czy tak mieli teraz się zachowywać? Nie cofali się do początku, do wymiany podstawowymi informacjami, zamiast tego witając pocałunkami, chociaż zamienili ze sobą tyle zdań pierwszy raz od dowiedzenia się o swoim istnieniu?
    Nie ma problemu.
    Z trudem nie chwycił go za nadgarstek, by siłą zmusić do kontynuowania tego, co zaczął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Pal – rzucił krótko, zwięźle, na temat. Wzrokiem podążając za nim, za faktycznym obiektem zainteresowań, czyli, naturalnie, Edwardem, a nie znajdującym się blisko Kotem. Znikąd. Od kiedy posiadał kota? – I nie wiem, Stone, nie lubię wróżyć z kawy – wzruszył ramionami. Zaraz machnął ręką w kierunku niedalekiego barku, gdzie istniała największa możliwość odnalezienia czegoś, co zadowoliłoby gajowego, jednocześnie nie będąc Danforthem. – Ale moglibyśmy zacząć, od, nie wiem, czegoś prostego, jak to zazwyczaj robi się na tych mniej spontanicznych randkach – zaproponował zamiast tego. Albo współmiernie do tego. Jakkolwiek. – Chyba, że wolisz uprawiać ze mną seks bez zobowiązań, ale wtedy musisz pomóc mi w wymyślaniu lepszych wymówek.
      Włożywszy w te słowa następne nadzieje, wsunął się bardziej na łóżko, niezachęcony perspektywą niesienia mężczyźnie pomocy w kwestii napojowej. W końcu i tak widział już prawie wszystko, tak?

      puke

      Usuń
  22. Owszem, magia bywała bardzo przydatna i Haakon nie raz już sam się o tym przekonał (w mniej lub bardziej bolesny sposób). Nieużywana jednak na nic się czarodziejom zdawała, więc nie chodziło mu o to, by w ogóle przestać ją praktykować… Chodziło o to, by znać umiar i wiedzieć jak równoważyć ją w codziennym życiu, by potem, w przypadku jakiejś przykrej niespodzianki, nie polegać wyłącznie na zaklęciach, a w sytuacji, gdy całe to hokus pokus całkowicie zawiedzie wiedzieć jak się zachować. Tego niestety większości uczniów magicznych szkół brakowało. Uzależnieni od chodzenia na łatwiznę prawdopodobnie nie potrafiliby sobie poradzić, gdyby nagle natrafili na przeszkodę nie do przejścia, z którą magia nie potrafiłaby sobie poradzić. Praca fizyczna pozwalała im zachować formę i kondycję, da nich to było coś oczywistego, jasnego. Nie miał pojęcia jakim cudem te chuderlawe młokosy utrzymują się o własnych nogach, skoro nawet ich główna dyscyplina sportowa polegała na lataniu na miotłach.
    Słysząc propozycję Edwarda najpierw zmarszczył nieelegancko brwi, a potem roześmiał się, szczerze rozbawiony, co ostatnio nie zdarzało mu się wcale często. Ba! Od lat nie robił tego tak swobodnie.
    — Jeszcze do końca nie ochujałem — odpowiedział i pokręcił głową, w wyniku czego niedbały kok na czubku jego głowy nieco się poluzował. Haku opuścił koszulkę i uniósł napięte ramiona, by poprawić wiązanie, by włosy nie przeszkadzały mu w dalszej pracy.
    Kątem oka obserwował Stone’a, gdy ten zaciągał się dymem z papierosa. Egoistyczny drań na pewno nawet nie pomyślał o tym, by go jednym poczęstować. Szkoda, bo nie miał swojej paczki, a teraz chętnie by zapalił.
    Haakon westchnął ciężko i rozejrzał się za butelką wody, którą ze sobą przyniósł. Stała oparta o pień drzewa, więc ruszył w tamtym kierunku, by ugasić pragnienie przed dalszą pracą, która także poszła im dość gładko.
    — Wątpię żeby to coś dało, skoro już i tak ich podsyła. Więcej zarozumiałych Gryfonów to ostatnie czego mi trzeba — zauważył z powątpiewaniem i przeciągnął się, krzywiąc się nieznacznie, gdy kości jego kręgosłupa z głośnym chrzęstem wróciły na swoje miejsce nim nachylił się nad ostatnim palem i naparł na niego, by sprawdzić czy mieszanka zaczęła już zastygać. — Zresztą, moje szlabany są adekwatne do przewinień — mruknął, choć nie poczuł się wcale urażony sugestią, że jest inaczej. Domyślał się, że Ed nie to miał na myśli. — Nie mogę przesadzać, bo cały czas mnie obserwują — przyznał niechętnie, a kiedy czarodziej klepnął go w ramię zacisnął na moment zęby.
    Wciąż doskonale pamiętał mrożący krew w żyłach dotyk dementorów, który stopniowo paraliżował kończyny ofiary niczym ciekły azot i nie przepadał za cudzym dotykiem oraz naruszaniem przestrzeni osobistej bez ostrzeżenia. Teraz próbował się do tego przyzwyczaić, ale miał wrażenie, że odkąd tylko przekroczył próg Hogwartu, niemal wszyscy - jak na złość - wkraczają w jego strefę osobistą tak swobodnie, jakby była ich własną. Nie miał nic przeciwko, gdy to on kontrolował sytuację, więc po prostu potrzebował tych kilku sekund, by powstrzymać się od gwałtownego strząśnięcia obcej dłoni z okolic barku. Musiał się jeszcze do Stone’a przyzwyczaić, był już na dobrej drodze.
    — Jasne, może dzięki temu będę w stanie znieść te wszystkie wścibskie spojrzenia — odpowiedział z ciężkim westchnieniem i zagarnął po drodze swoje rzeczy. — Czasem czuję się jak cholerny eksponat na wystawie — wymamrotał i niedbałym ruchem dłoni zaczesał do góry kilka niesfornych kosmyków, które znów wymknęły się z upięcia. — Więc oby był dobry...

    Kovacs

    OdpowiedzUsuń
  23. - Niczego nie przemycam. Nie jest nielegalne - wzruszyła ramionami, na chwilę milknąc tylko po to, by w kąciku jej ust zagościł ten sam łobuzerski uśmiech, który był jej stałym wyposażeniem garderoby w czasach szkolnych, kiedy siała na korytarzach spustoszenie nie mniejsze niż Johnson. Tyle, że Serena w tamtych czasach była prefektem (ku jeszcze większej nienawiści ze strony swojej siostry, której na szczęście tę posadę ktoś zwinął sprzed nosa), co dawało jej pewną dozę swobody i usprawiedliwień w przypadku odkrycia wybryków. Może dlatego pałała do Olivera taką sympatią - widziała w nim odbicie młodej siebie i zadecydowała, że on też potrzebuje kogoś w stylu McGonagall nieco pętającego, acz wspierającego jego charakter, zupełnie jak Minewrę miała ona?
    - ...bo w Europie nikt tego nie zna - dokończyła wreszcie, chichocząc pod nosem jak mały chochlik i odbierając powrotnie skręta. Zaciągnęła się jeszcze raz, w duchu szczerze doceniając to, że te konkretne wdychane substancje psychoaktywne nie robią wielkiego spustoszenia w mózgu, a pozwalają po prostu się rozluźnić i zapomnieć o zmartwieniach dnia codziennego.
    Wywróciła oczami, siadając, a podbródek opierając na wnętrzu dłoni, między dwoma palcami wciąż trzymając żarzące się zioła. Tym samym praktycznie skopiowała pozę, w której spędzała większą część czasu w gabinecie, gdy jej głowa była zasypana najczęściej nie problemami z wychowankami, a najzwyklejszą w świecie papierologią.
    - Jeszcze zobaczymy - pokiwała ostrzegawczo palcem wskazującym pokazując, że ostatnie słowo w kontekście poduszek jeszcze nie zapadło - Kiedyś pod twoją nieobecność je podrzucę i zobaczysz, że nie wyobrażasz sobie życia bez nich.
    Przywożenie z Afryki najróżniejszych gratów i obdarowywanie nimi wszystkich wkoło było jej niepisaną tradycją. Pokój wspólny Gryfonów był już dostatecznie nimi ozdobiony, żeby dorzucać tam kolejne orientalne materiały - najczęściej przywoziła koce, miski, figurki (chodziły plotki, że wybiera jedynie te z premedytacją opętane przez pustynne duchy) - chociaż, w obecnej chwili właśnie sobie przypomniała, że miała swoim ulubionym (i najbardziej upierdliwym w obyciu) chłopcom podrzucić bardzo urocze i bardzo kolorowe, ręcznie tkane koszulki.
    Dopiero teraz wróciła do tematu wspomnianej denerwującej postawy Olivera, marszcząc brwi i zaciągając się dymem. Kosmyk czarnych, długich włosów aż opadł jej na twarz.
    - Co masz na myśli? Co znowu zrobił? - zapytała ostro, siarczyście, ale westchnęła ciężko i przymykając powieki przetarła je smukłymi palcami - Ja wiem, że Ollie bywa ciężki, ale... ma naprawdę czyste serce i dobre z niego dziecko.

    Serena

    OdpowiedzUsuń
  24. Pat nie miał pojęcia, czym był, kurwa, heban.
    Chirologia, pomyślał, coś, co uprawiał z pasją (obsesją), póki nie zrozumiał, że, ponownie, jak i w każdej innej dziedzinie, za wiele czynników wpływa na faktyczny efekt, by przez coś tak prostego odczytać przyszłość czy zinterpretować swoje szanse w dowolnym zdarzeniu z tych mających nastąpić. I wbrew temu, co myślała większość lub chociaż stwierdzała poza bezpośrednią ingerencją w taką konkluzję, nie siedział innym w głowach. Nie interesowali go oni, oni i ich brudne myśli na temat włosów na nogach, rozciągniętych swetrów. Nie interesowali, zatem nie pchano go ku żadnemu wysiłkowi, by w ogóle te myśli poznać. Mógł śnić o wypadkach w pracy, o pajęczynie na wnętrzu dłoni, uporczywym głosie obijającym się od środka o czaszkę, mógł zapamiętywać przebłyski krzyczącej matki, ale z doświadczenia wiedział, że wybrana przezeń profesja go przerosła. To cholerne wewnętrzne oko pełniło zupełnie inną funkcję, niż podawano to w definicjach, niż opisywała to lunatyczka, niegdyś zamieszkująca ten sam kąt zamku. Bo na to się dzielili: na szaleńców i na osoby pogodzone z tym, czego nie dało się odwrócić, z popełnionymi błędami. Wróżbiarstwo było błędem. Przyjęcie roboty u boku Letherhaze'a było błędem, pójście wtedy do domu było błędem. I naprawdę nie oczekiwał, że jego los kiedykolwiek się zmieni.
    – Z dłoni – powtórzył, potwierdził, kontemplował. Sam nie wiedział, bo i nie chciał. Chciał poznać sens, tutejszego zegarmistrza i konkretną przyczynowość. Nie obchodziła go rozmówka o jeszcze jednej porażce życiowej.
    Przyciągnął kolano do piersi, zakładając na nim ręce. Nagie, bezbronne i nieskazitelne wyobrażenie Stone'a czującego się w wieży jak w domu niosło za sobą wiele. Za wiele dla prostego serca, prostej obyczajności. Mieli pieprzyć się po kątach i tylko czasami popijać coś mocniejszego. Tyle rzeczy miało mieć miejsce, a skończyli, robiąc cholerną kawę.
    Nie pamiętał go. Trochę, mgliście, podobnie do całej reszty. Liczył się dla niego Malcolm i Malcolma unikanie, specjalnie obierał dłuższe trasy, urządzał wycieczki po zamkowych korytarzach, aż gubił się, wmawiając miejscowej populacji, że wcale tak się nie stało. Nigdy nie zauważył przebijających go na wylot oczu, gorących tendencji do upraszczania podstawowych czynności osobistymi wadliwościami. Życie Danfortha obracało się dotąd wokół wcześniejszych pomyłek i szczerze tym rzygał.
    Nie pamiętał i nie tego oczekiwał, kiedy go tu zobaczył. Bowiem w naturalny odruch przekształciło się oczekiwanie najmniej jak to możliwe, a także, idące z tym w parze, przewidywanie najgorszego. Tyle rzeczy miało mieć miejsce, a skończyli, robiąc cholerną kawę.
    Ciekawiło go, czy teraz odczytałby w czymkolwiek Edwarda.
    Wzdrygnął się na odwzajemnienie nieskrywanego pragnienia obserwacji. Skoro odebrano mu dotyk, tak to sobie wynagradzał.
    Jesteś zajebiście piękny, Stone, mówił, poniewierając gorącym oddechem nieskryte pod kołnierzem fragmenty raz po raz przygryzanej z uporem maniaka tekstury. Chcę już wrócić do domu, do domu, do domu, Stone, naszego domu, szeptał do ucha, nachylając się w sposób przejrzysty, niestosowny. Szeptał, z wielkimi wyrzutami, bo znał siebie doskonale i rozumiał, że tylko on rozważał coś w takim stopniu abstrakcyjnego. Tylko on oceniał innych w kryteriach rodzicielskich, jakby Kotu przeznaczono życie wieczne i potrzebował opieki do końca świata. Ze Stone'em fantazje kończyły się na łóżku w ciasnocie zamkowych murów, leniwym przysposobieniu i typowemu dla tej roboty narzekaniu na brak farta w genetycznej loterii. Edward ukracał jego szanse i jakimś cudem strasznie go to kręciło.
    W równie zakodowanym weń zwyczaju podjął próbę zerwania się i udzielenia pomocy Edwardowi. Skarcił się w porę i pozostał na miejscu, z sercem łamiącym żebra, bo przewidział następne ruchy i nie był na nie gotów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaciągnął się, metaforycznie i dosłownie, choć to drugie mniej wyraźnie, obecnością Stone'a. Dostępem do nowego rodzaju napędu swoistości. Przy Edwardzie znowu czuł się jak człowiek. Edward sprawiał, że nie zamartwiał się ośmieszeniem wynikającym z ogólnego zaangażowania w nie samą wymianę zdań, a istnienie drugiego mężczyzny. Edward był cudowny.
      – Wiesz, przed seksem moglibyśmy zacząć od twojego drugiego imienia, twojej matki i śniadania, bo wolę nie pytać o to w trakcie – odparł wymijająco, postanawiając przemilczeć pozostałe kwestie. – Longbottom dał mi dach nad głową, ale możemy się umówić, że poza nim nikt inny mnie z niego nie wyciągnie. – Albo nie.
      Albo nie. Spoko. No. Czemu nie.
      Bo wszystko, co mówi Stone, brzmi lepiej? Nic dziwnego, Chryste. To w końcu Stone.
      Złączył ich dłonie, skradłszy tę mu bliższą, po czym uniósł je na wysokość swojego wzroku. Mógłby wpatrywać się w jedynie ten gest godzinami, jednak nie taki obrał cel. Nie puszczając go, zaczął gładzić skórę, badać fakturę, miękkość. Zapoznawał się z nią czymś innym niż, jak uprzednio, językiem i ustami.
      – Gwiazdy mówią, że jesteś cholernie niewyżyty, Stone – przypomniał i przeniósł się na wnętrze dłoni, by tam sunąć palcami po rozpoznawanych stopniowo fragmentach. Siły witalne, intelekt, sukces, Edward, skąd w tobie tyle potrzeby monopolizacji? Nacisnął: wzgórze Luny, Marsa, Wenus. Skupiał się, chociaż nie zamierzał przekazać prawdy. Zetknął swoje opuszki z tymi nadal ciepłymi od niedawnego oparzenia. Wróżąc z prawej dłoni, Jezu, kto by nie zauważył? – A do tego masz w sobie tą absurdalną opryskliwość i w ogóle wydajesz się strasznie nieprzyjemny. I wszyscy mówią: na Merlina, co ten pojeb robi w gabinecie wróżki?, ale ty i tak przychodzisz, żeby wychlać mi całą kawę albo odwalić jakieś inne dziwaczne rytuały, a ja cię tu wpuszczam, bo mam jakąś taką irracjonalną potrzebę umilenia ci życia taką możliwością. I wiesz, czasami się rozbieramy, czasami też, ale wolniej, a jeszcze czasami przychodzisz w nocy, to w ogóle nie musimy aż tak kombinować, no i tak się to wszystko toczy, rozumiesz, aż Longbottom wywala któregoś z nas, może obu, ja nadal nie wiem, kim była twoja matka, znam tylko rozmiar twoich genitaliów i to, czy wolisz być na dole, czy na górze, więc w sumie nic nas więcej nie trzyma przy sobie, bo nie ma już czego umilać, skoro i tak wyjebano nas z pracy. I ty znajdujesz sobie dziewczynę, ja kolejnego kota, kończymy osobno i ja? Ja nie mam pojęcia, kim jest ten Stone, to był ten... woźny? – zakończył zwróceniem się uwagą w stronę wizualnej reakcji na cudzej twarzy. O ile by jakąś otrzymał. – Mam ci wywróżyć taką przyszłość, Stone, czy wolisz coś innego?

      ???

      Usuń
  25. Nie zabrał ręki. Niczego go nie pozbawiał, również pod świeżym pretekstem, jakim był fakt, że zachowywali się naprawdę nieadekwatnie do swojego wieku, nieadekwatnie do zawodu i realiów świata. Pat czekał. Na przebudzenie, powrót do prawdziwości tego miejsca, w którym odpłynął. Znali się od niecałej godziny, a trzymali się za ręce, imitując jakieś dziwaczne i nastoletnie popędy. Ominęły one Danfortha, zmuszonego do przedwczesnego dorośnięcia i nadmiernie utwierdzonego w przekonaniu, że nie wyszłoby mu to na dobre. Więc tego nie robił.
    Edward był luksusowy. Do porzygu brytyjski, Williamowy, jak się okazało, sarmacko melancholijny i... pasujący. W obliczu bardziej naglących trudów Pat zignorował kwestię swojego pochodzenia, ponoć nadal roztrząsaną, interpretowaną poprzez ujmę w prestiżu cholernej magicznej szkoły, kłopocząc się w większym stopniu ciągłą derealizacją swojego wizerunku we własnym postrzeganiu, dobijającym dyskomforcie najprostszych czynności czy interakcji. Tym, czego nie otrzymał. Czego nie mógł ot tak dostać, bo przerosłoby go to i zabiło. Nie dostał od świata odpowiedniej młodości, zostając kaleką na zawsze, chociaż doskonale orientował się w kwestii tego, że wygrał na loterii. Bo inni nie mieli takich możliwości. Inni nie rodzili się tacy, inni nie mogli całować Stone'a przed wyjaśnieniami. Stone'a, Williama, tego, który miał matkę w Departamencie Tajemnic, który pewnie wywodził się z jakiegoś dziwnego rodu, nie potrzebował różdżki, rozwalał klasy potencjałem, aż został gajowym. Jak do tego doszło?
    Bo poszło ci świetnie, Stone. Serio.
    Lubił siebie. Pat. Poniekąd. Do tego typowego dla siebie stopnia, który stwierdzał, że przynajmniej dobrze wyglądałby jako postać tragiczna. Ze swoim bagażem kiepskich doświadczeń, ciągle doń powracających. Pech, przeznaczenie, siła wyższa, nieistotne, póki męczyła go czyjaś obecność, zbyt losowa, by uznał ją za zbieg okoliczności. To, że obaj się sobie spodobali, a przy tym odnaleźli we wnętrzach tendencje do sypiania z nieznajomymi w poniedziałkowe poranki, na gruncie szkolnym, przeklinając każdą z pojedynczych przeszkód. To powinno się skończyć na pierwszej i wielce przypadkowej kurwie z ust Danfortha. Zgodnie z prawem naturalnym.
    Kamienista ideologia nie była zła. Pesymistyczna, depresyjna i przyprawiająca o ból głowy, ale nie zła. W połączeniu z imponującym wytknięciem Patowi błędnej metodologii rozpromieniła go nieznacznie, bo nie dało się ukryć, że też preferował to. Edwarda za drzwiami, a potem przed nimi, niż... kogokolwiek innego. Tęsknił za czyjąś uwagą, lecz to Stone posiadał najlepsze predyspozycje do utrzymania się w dowolnej relacji najdłużej. Z pewnych względów.
    – Twoja matka pracowała w Departamencie Tajemnic, a ty żyjesz z karmienia niewidzialnych koni i kablowania na tutejszych palaczy? Jakim cudem, Willy? – zdecydował się zaspokoić ciekawość, mrużąc przy tym oczy. – Znaczy wiesz, dla mnie lepiej, przynajmniej teraz obaj jesteśmy nieudani życiowo, ale to... interesujące. – Bo ty miałeś lepsze fundamenty, Ed. Ty mogłeś wykorzystać rodzinne zaplecze. – Wszystko mnie interesuje, bo inaczej nie byłoby to wystarczająco zobowiązujące, nie uważasz?
    Tak to przecież działało. Nie dało się utrzymać na groźbie odkrycia natury konfidenta. Potrzebowali więcej, więcej banalnych rzeczy, które nabrały na znaczeniu, odkąd świat przestał wydawać się aż taką iluzją. Mugolskie korzenie nie pomagały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie. To zawdzięczał Longbottomowi, po tym, jak ten postanowił przygarnąć go z ulicy. Przesiadywanie w namiotach na festynach, wciskanie mugolom (swoim ludziom!) wyssanych z palca historyjek, byle odpowiadały temu, co mogło ich zadowolić. Tępienie wykraczających poza materialne byty zmysłów, wszechobecna odporność na bodźce. Cofnął się do tamtych czasów, do chodzenia po korytarzach bez celu, z celem, w celu znalezienia czegoś, czym zająłby się na dłużej niż minutę. Co poruszyłoby go na dłużej niż na minutę, parę przesadnych konwulsji. Obumierające ciało, wygasający duch i ci sami naiwni Brytole, co wcześniej, tylko mniej magiczni. Odzwyczaił się od naprawiania rzeczy machaniem kija i dopiero Longbottom przypomniał mu, że nie zwariował.
      – To i ciebie, ale tego drugiego raczej nie może mi zabrać bez twojej zgody, także jesteśmy na wygranej pozycji – powiedział wbrew sobie, wbrew absurdalnemu pragnieniu wyrzucenia z siebie ckliwej przemowy o surowości obranej ścieżki. Nie ten moment. – Co jeszcze chcesz mi powiedzieć? Bo mnie ciekawi, na przykład... – zawahał się, bo skoro wcześniej nie ten moment, to czy teraz był właściwy na to? – Dlaczego tu zostałeś? Pomijając twoje bycie pojebem, naturalnie.
      Próbował zbadać istotę jego oczu w trakcie pierwszej minuty spotkania. To nie mogło zaczynać się teraz.

      czy to jest w ogole dobra kolejnosc na boguw

      Usuń
  26. Niespodziewany. Niespodziewane, całe zachowanie, tak różne od tego, co początkowo z Edwardem utożsamił, co mu przypisał i regularnie nadpisywał, ilekroć zauważał jakąś niezgodność. Brakowało mu źródła poznania, by stwierdzić, że jego reakcje, w tym ten urokliwy śmiech na niekoniecznie wymagający element komizmu w Patowej wypowiedzi, odbiegały od tego, czym cechował się zazwyczaj. Osobiście nie wydawał się sobie przesadnie zmienny, pomijając oczywistą naturę ich interakcji, z którą nie mierzył się od zerwania z Malcolmem, bo... nie złożyło się. I tyle.
    Jeszcze raz. Pomyślał, że to koniec, Edward odchodzi, z nieważne jakiego powodu, czy ku obowiązkom, czy po prostu od niego, z tej wieży i od tej dziwacznej atmosfery, przeistaczającej proste pytania w konieczność intelektualnego wysiłku, do którego Danforth nie przywykł o tak wczesnej porze. Nadinterpretował i dostosowywał się, zarazem próbując pozostać najbardziej prawdziwym, autentycznym, bo jakie wyniósłby korzyści z oszukiwania Stone'a, gdy praktycznie, niebezpośrednio, lecz jednak, obiecali sobie kolejne spotkania w mniej formalnych niż szkolne zebrania ramach? Gdyby siedział przy nim ktoś inny, nie Edward i nie William, wcale nie Stone, to nie ma mowy, by się na to odważył. Pozyskał bezpieczeństwo, oparłszy je na świadomości tego, że mógł pociągnąć go za sobą, gdyby zaczął spadać.
    Nie miał pojęcia o prestiżu. Przez ostatnie lata rezydował w namiotach i hotelach, a tutejsze zwierzę pojawiło się znikąd. Merlinie, nawet kota miał bezdomnego.
    – Typie, siedziałem w Ilvermony, ten twój hogwarcki prestiż jest naprawdę subiektywny – przewrócił oczami. Wykorzystał swój odzew na zabranie ręki, nerwowe uciskanie wnętrza dłoni palcami przeciwnej, chociaż tak kusiło go, by ją tam zostawić. By sprawdzić czy Edward wróci.
    I wrócił, ale w inny sposób. Inwazyjny, nie kojący i tak dziecinny jak wcześniej. Przynajmniej oferował lepszy wgląd, prezentował całokształt torsu, czyli tego, co stanowczo za długo ukrywał pod swetrem, teraz okrywającym ciało Pata, przyjemnie, ocieplając. Imitując uścisk, gest zarezerwowany dla czegoś więcej niż jednorazowej wizyty, paru gorętszych pocałunków. Nie zabraniano mu marzyć.
    Edward jak zwykle wygadywał jakieś dziwaczne rzeczy, które mimo tej abstrakcyjności uderzały w sedno. Istnienia. Pata. Nieprzytomnego, wiecznie zaspanego i nastawionego na przetrwanie, a nie życie. Oczekującego na śmierć, wypadek, zmianę od niego niezależną, jakikolwiek wybuch, nawet same egzaminy. Doceniał każde wyrwanie go z rutyny, samemu nie podejmując się starań wyjścia z niej na własną rękę, poddawszy się biegowi czasu, obowiązków. Tego nikt w tym pieprzonym prestiżu nie uwzględniał.
    Specyficznym dla zastanowienia odruchem zniwelował pół-uśmiech, dotąd mu towarzyszący, by zaraz przywrócić go, zmienionego. Mniej obłudnego. Błądził spojrzeniem przed sobą, po wyposażeniu tego miejsca zamieszkania, po przestrzeni, którą ponoć, ponoć przenikał. Nic nie funkcjonowało realnie.
    – Bo masz cholernie ostre krawędzie – odparł lakonicznie, zaraz nabywając presji wytłumaczenia się z tego tekstu. Jakby Stone też tak niezrozumiale nie pierdolił. – I wiesz, ja nigdy nie mam pojęcia czy to wszystko jest na serio, czy ja tu jestem i czy te moje wróżbiarskie odpały to nie tylko schizofrenia albo coś, co wynika z tego, że mnie tu naprawdę nie ma, bo jestem na tyle popierdolony, żeby to wszystko wymyślić i zamknąć się w tym śnie, i wszystko fajnie, na cholerę mi prawdziwy świat, nie? – Zwilżył wargi w trakcie przerwy na zebranie myśli. Dochodził do tych wniosków na bieżąco, toteż potrzebował chwili. Dla pozornego sensu. – Ale ciebie nie da się wymyślić, chory pojebie... – ...nawet jeśli nie wierzę w to, co się między nami stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – A ty byłeś strasznie wyraźny, przytłaczający, szczególnie z tymi oczami... – rzekł zamiast zakończenia poprzedniej sentencji. Ciche westchnienie uleciało spomiędzy warg, gdy opierał potylicę o ścianę, by następnie przechylić głowę, w celu powrócenia do spoczywania wzrokiem na tym, do czego zyskał dziś dostęp. Włącznie z dostrzeżeniem pozostawionego przez siebie śladu, zaraz obdarzonego delikatnym, niepewnym dotykiem, krótkim, bowiem cofniętym po paru sekundach. – I nagle strasznie zechciałem wydrapać ci je, kurwa, organoleptycznie to potwierdzić – wspomniał jego słowa z krótkim parsknięciem, natychmiast jednak poważniejąc, zmierzając ku kontaktowi z tymi fascynującymi tęczówkami. – Bo jesteś prawdziwy, no nie, Willy?

      wszystko bendzie dobrze

      Usuń
  27. Czerpał z Edwardowej bezpośredniości, samemu wycofawszy się niespodziewanie po krótkiej i żałosnej wizycie ucznia. Ta śmiałość, to panoszenie się, sprawiały, że mogli do czegoś dojść, a dalsza chaotyczność ich naprzemiennie płytkich i znowu emocjonalnie nacechowanych interakcji miała prawo bytu. No i żaden z nich nie wyleciał, ani ze stanowiska, ani z wieży, drugą opcję umożliwiając dzięki nietrafnie przewidzianemu wyśmianiu jego obaw i conocnych strachów, co jeszcze bardziej uatrakcyjniło jednostkę gajowego, jakby niewystarczająco namieszał w Danforthowej głowie.
    To musiało być dobre. Stałość miejsca pobytu, kontakt z rodzicielką, może i większą częścią rodziny. To musiało być dobre i łatwe, i zdrowe, i kojące, i totalnie Patowi nieznane, a cała ta konkluzja przeszyła jego serce, ponownie, prędko rozprzestrzeniającą się zazdrością. Edward robił to nieświadomie, bez złych intencji, pewnie w ogóle nie biorąc pod uwagę tego, czym okazywały się te wszystkie niebezpośrednio przekazywane informacje, bo i nie miał niczego, co sugerowałoby potrzebę kontrolowania swoich słów. I w ogóle nie powinien, ani trochę, bo to bzdurne, kurewsko debilne, nieautentyczne. Skoro zwyczajowo paplał bez zastanowienia, to droga wolna.
    Droga wolna, Pat, tobie zresztą też, więc przestań się ciągle odsuwać.
    Zaczynał lubić się z myślą, że jak Ed ma odejść, to i tak odejdzie. Niezależnie od czyichkolwiek starań.
    Rozluźniał się przy magicznym, brytolskim akcencie, unoszącym się w powietrzu kurzu, ocucającym go materiale metaforycznego dotyku, skoro ten realny wciąż napawał go strachem. Jak ma odejść, to odejdzie, jak ma odejść, to to zrobi, no i Jezu, ciekawe czy jego usta smakują teraz kawą...
    Oblał się gorącem. Bo nie spodziewał się. Tak szybkiego powrotu do ich nagle rutynowych propozycji regularnego rozbierania się, Hogwarckich rozbieranek, jeszcze zaraz po poważnym wyznaniu, które trzymał w sobie od dawna i bał się przełożyć na faktyczne sentencje. W sensie, nie miał nic przeciwko, mogli i teraz, bo czemu nie, ale już? Tak w tej chwili?
    I dlaczego wspominasz o swojej matce???
    Dlaczego mówisz o swojej matce????
    Zrobiło się strasznie niezręcznie.
    – Schlebia mi to, Stone – przysiągł, ewidentnie zagubiony. – Serio, ale zbiła mnie z tropu twoja matka i teraz nie wiem, czy oferujesz mi przyjaźń na wieki, czy to nadal ta gadanina o seksie.
    Ściągnął brwi w przepraszającym wyrazie. Psuł cały nastrój, taka prawda, ale wolał to od błędnej interpretacji przyszłych wydarzeń, bo co, bo mógłby zrobić coś głupiego, jak, przykładowo, tak całkiem znikąd, przystawienie go do stolika, kiedy typ chciał tylko omówić kwestię rozwijającej się epidemii raka wśród nieletnich. Nie chcieliby tego, nie?
    Nie, nie, nie chcieliby.
    – I-I wiesz, przez to nie wiem, czy mam cię teraz pocałować, czy zaparzyć ci więcej kawy, czy co, kurwa robić, bo to okropnie mylące...
    Bardzo mylące, tak. Okropnie.

    a to krutkie strasznie ja nwm

    OdpowiedzUsuń
  28. — Gadaj zdrów — Haakon parsknął, zrównując swobodny krok z tempem marszu drugiego czarodzieja. — Ledwie jestem w stanie odróżnić ich twarze, a ty rzucasz mi nazwiskiem — dodał, wyjaśniając skąd się wzięło to rozbawienie. Chociaż oczywiście, teraz już na pewno zapamięta tego konkretnego Gryfon i kiedy dzieciak stawi się na szlaban, przyjrzy mu się nieco bardziej wnikliwie. Edward w końcu rzadko wyraża tak otwartą niechęć wobec jednego z uczniów, z reguły klnąc na wszystkich po równo.
    Kovacs pokręcił głową, gdy towarzysz przybliżył mu swoje metody rozwiązywania problemów z niesfornymi czarodziejami, a potem przeciągnął się, nie zwalniając ani na chwilę. Brytyjczycy mieli naprawdę specyficzne poczucie humoru… Albo to po prostu część uroku osobistego Stone’a.
    — Taa, ciekawe dlaczego — powtórzył i zaraz ziewnął potężnie. Nie dlatego, że był jakoś szczególnie zmęczony, ale ze względu na wysiłek, który przed chwilą zakończyli. Jego organizm informował go tylko, że zużył pewną dawkę energii, i że od tego momentu pozostałą część powinien odpowiednio dawkować. Szklaneczka ognistej mogła być w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem, dzięki temu będzie mógł się na chwilę odprężyć.
    — Dzięki — mruknął, korzystając z propozycji Ed’a i poczęstował się papierosem. Wsunął filtr do ust i schylił się po kawałek suchej gałązki, którą zaraz uniósł na wysokość twarzy, skupiając uwagę na odłamanym czubku.
    Lacarnum Inflamari - pomyślał, a część patyczka zajęła się ogniem niczym zapałka. Nie zwlekając, Haku zamknął ją w dłoniach i nachylił się nad płomieniem, by odpalić fajkę. Zaciągnął się dymem, chwytając używkę między palce wolnej dłoni, a drugą odsunął na bok, machając nią energicznie, póki ogień nie zgasł.
    — Longbottom chce żeby trochę się ze mną oswoili, zanim zacznę snuć się po korytarzach niczym cień — oznajmił, nawet nie starając się ukryć swojego niezadowolenia z takiego obrotu sprawy.
    Na szczęście chwilę później byli już w chacie i myśli Kovacsa powędrowały w zupełnie innym kierunku. Zerknął na psisko, które pofatygowało sie do drzwi by ich przywitać i uśmiechnął się kącikiem ust.
    — Cześć, bestio! — zawołał, ale nie rzucił się ku futrzakowi, by wyściskać go niczym podjarana nastolatka. Zamiast tego wyciągnął jedynie palce, żeby pies mógł je spokojnie obwąchać i dopiero wtedy odważył się sięgnąć dalej, by podrapać czworonoga za uchem. Miał na uwadze że poniekąd wciąż był tutaj obcy i minie jeszcze trochę czasu nim pupil Stone’a przyzwyczai się do regularnego naruszania jego przestrzeni.
    Idąc za przykładem gajowego, Haakon obmył dłonie, by pozbyć się z nich brudu, jaki ze sobą przynieśli. Swoje graty odstawił gdzieś na bok, a potem opadł ciężko na jedno do wolnych krzeseł.
    — Poznałem w Azkabanie pewnego gościa, zamknęli go w celi obok — rozpoczął opowieść, podchwytując spojrzenie Edwarda i dając mu tym samym do zrozumienia, że w tym pytaniu nie było niczego niestosownego. — Zarzekał się, że jest niewinny, i że niedługo wyjdzie na wolność — kontynuował, sięgając po swoją szklankę z drinkiem. Nie napił się jednak, a zamiast tego zakołysał delikatnie szkłem. — Był słaby i chorowity, nie przetrwałby kilku miesięcy bez pomocy, więc oddawałem mu część posiłków… Nie miałem nic do stracenia — zauważył, wzruszając niedbale ramionami. — Jakiś czas później faktycznie go wpuścili. Zanim zniknął, w ramach wdzięczności obiecał wyświadczyć mi przysługę po tym, jak już odsiedzę swoje. Wiedziałem, że będę potrzebował roboty, więc odszukałem go kilka dni po zwolnieniu. Cholerny drań okazał się być jakimś ministrem — wyznał, wykrzywiając wargi w sardonicznym uśmiechu.

    Kovacs

    OdpowiedzUsuń
  29. Deucent przyglądał się w milczeniu temu bezczelnemu ojcu chrzestnemu, który tak znienacka wpił się jak rasowy krwiopijca w jego kontakty towarzyskie. Prawda była taka, że jedynym, który Edward Stone kojarzył aż nadto i jak podejrzewał Krukon — komentarz najbardziej dotyczył — obracał się wokół pewnego Gryfona, którego widział w progu domu pewnego uroczego mugolaka z lwim herbem na piersi oraz w trakcie Mistrzostw Świata w Quidditchu, gdy współdzielili wielki, magiczny namiot. Kąciki ust Krukona uniosły się w uśmieszku i to całkiem złośliwym uśmieszku.
    — Będziesz mnie pouczał o przyszłości, gdy jako dumny, napuszczony Ślizgon skończyłeś jako gajowy w szkole? Ed, ty tak zupełnie na poważnie? — W głosie Deucenta wybrzmiała znacząca nuta ironii, gdy nawiązał do poprzedniego domu swojego wujaszka i jego aktualnej karierze zawodowej, poddając w wątpliwość stosowność odnoszenia się do ambicji syna aurora, a swojego wyrośniętego chrześniaka. Wchodził na bardzo, ale to bardzo grząski grunt. — Wybacz, papciu, nie mam już smoka do dyspozycji, więc smokologiem niestety nie zostanę. — Zrobił zasmuconą minę, tworząc imitację wyrazu twarzy, który widywał u siebie na jednym z ruchomych zdjęć uwiecznionych w konkretnym wyrywku czasu, gdy jako rozpieszczony jedynak nie mógł mieć tego, czego ówcześnie chciał.
    Oczywistym było to, że jeśli Ed podjąłby się próby dalszego, rozległego moralizowania czy nawracania młodego Faradyne'a na siłę, to spotkałby się z niemałym oporem i uporem zarazem ze strony wychowanka domu Roweny Ravenclaw, a także zaowocowało otwartą wojną, na której każde chwyty byłyby dozwolone. Rozwiązanie istniałoby jednak tylko jedno — Stone musiałby się wycofać i odpuścić, ponieważ dumny i narcystyczny Deuce nie byłby do tego zdolny.
    — Fakt, kwiatka bym nie przyniósł, bo szybko by zwiędnął, ale jakieś niezniszczalne zdjęcie z albumu, gdzie jestem małym dzieciakiem wczepionym w twój ulubiony czarny sweter już tak. Zepsułbym ci reputację, ale i tak by ci się to podobało, co? — Uśmiech Deucenta wyraźnie się powiększył, gdy patrzył na niego, oczekując interesującej go reakcji na te słowa. W międzyczasie wygodnie ułożył sobie nogi na ojcu chrzestnym, bo nie zamierzał iść na aż tak wielkie kompromisy w walce o wygodę. Westchnienie potraktował natomiast jako powód do tego, by jego ego zawirowało wokół własnej osi z satysfakcją i to niemałą, że tak czy siak wyszło na jego.
    Ścigający drużyny Ravenclaw prychnął głośno, wsuwając ręce pod kark i rzucając mu wyzywające spojrzenie, gdy w końcu przeniósł je z sufitu pokrytego belami. Zmrużył nieznacznie oczy, wracając do formy i pozbywając się zamyślenia.
    — Teraz raczej nie... Wiesz chyba całkiem dobrze, że Olivera musisz zaakceptować przez wzgląd na mnie, bo nie pozostawię ci innego wyboru? W tej kwestii nie masz za dużo do decydowania za mnie, tatusiu. — Powiedział niby to przyjaznym tonem, ale gdzieś w tych słowach znajdował się jasny przekaz, którego nie trzeba było dokładniej tłumaczyć. Kąciki ust uniosły się ku górze. Przekręcił nieco głowę w bok, wciąż nie odrywając od niego wzroku. — Kochałeś się kiedyś beznadziejnie w moim ojcu? — Wypalił znienacka z błyszczącymi, intensywnie niebieskimi oczami Deucent, lustrując uważnym wzrokiem Edwarda Stone'a. Człowieka, który pełnił rolę jego ulubionej niani w okresie dziecięcym, a w przyszłości awansuje na wyrocznię i osobę od złotych rad, wysłuchując wszystkiego pokornie i cierpliwie.

    Deucent, który ma go w garści

    OdpowiedzUsuń
  30. [Widzę ten urlop przy Twoich postaciach, ale sama zniknęłam wśród tłumów na comic conie i dopiero wracam trochę do życia, więc przychodzę.
    No więc cześć, tak zwyczajowo dziękuję za miłe słowa, moje cosie rzeczywiście wciąż są moje, a skoro tamta regulusowa notka nigdy w gruncie rzeczy nie ujrzała światła dziennego, to może przynajmniej tutaj coś wyprodukuję. A tak do rzeczy - Polly chętnie zerknie na te testrale, jeśli Ed użyczy mu jakiejś szmatki, kiedy będzie następnym razem pędził do skrzydła szpitalnego bez połowy lewej ręki. W końcu nie wypada tak kapać krwią na wiekowe hogwarckie podłogi.]

    Pollux

    OdpowiedzUsuń
  31. [Chyba te postacie powinny się znav, mogą się lubić albo na odwrót. Lorec często wymyka się do Zakazanego Lasu, żeby przyglądać się dzikim stworzeniom i gwiazdom. Może być utrapieniem dla gajowego, albo wręcz przeciwnie - coś jak relacja Harry - Hagrid xD zapraszam do wątku jak wpadnie mi czy Tobie coś do głowy no i dzięki za powitanie]

    Lorec

    OdpowiedzUsuń