6 października 2018

Walka o wolność, gdy raz się zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna.

Neville Longbottom

30 VII 1980 ♦ były gryfon ♦ były nauczyciel ♦ obecny dyrektor we własnej osobie ♦ krew czysta ♦ różdżka z wiśni z włosem jednorożca; 13 cali; odpowiednio giętka ♦ boginem już nie Severus Snape ♦ patronusem sokół ♦ Pielgrzympowiązania

        Wszystko zostało już opowiedziane. Wszystko zostało napisane. Wszyscy wiedzą, co zrobiłeś i jakie miałeś ku temu powody. Wszyscy wiedzą, skąd pochodzisz, jaki byłeś, z kim byłeś, kogo kochałeś, kogo zabiłeś oraz z kim się rozstałeś. Wszyscy przeszli z tym do porządku dziennego i tylko czasem jeszcze słyszysz szepty za swoimi plecami, kiedy mijasz grupkę pierwszorocznych. Chodząca sensacja, przez pierwsze dwa tygodnie. Już wiesz, jak czuł się Potter przez tamte siedem lat i możesz tylko dziękować Merlinowi, że to nie ty byłeś tym chłopakiem z przepowiedni.
        Wróciłeś tutaj, do Hogwartu, bo gdzie indziej mógłbyś? Zająłeś się tym, co potrafisz najlepiej, zająłeś się Zielarstwem. Nigdy nie przypuszczałeś, że stara McGonagall kiedyś odejdzie na emeryturę, wcześniej pisząc kilkustronicowy list do Ministerstwa rekomendujący cię na jej następcę. Szczerze mówiąc, wolałbyś, żeby to ona nadal zawiadywała tą szkołą. Albo Dumbledore, którego grób widzisz z gabinetu. Jego gabinetu, za cholerną Chimerą, która czasem dla żartu nie chce cię tam wpuścić, nawet jeśli siódmy raz podajesz hasło, które sam wymyśliłeś.
        Merlinie, nie nadajesz się do tej roboty. Dyrektorowanie ci nie wychodzi, bo przecież widzisz, jak oni zasypiają na tych nudnych zebraniach, zamiast ci, kurwa, pomóc prowadzić cały ten magiczny kram, w kierunku odwrotnym niż ku całkowitej kompromitacji i samozagładzie. Chciałbyś, jak Albus Dumbledore, służyć każdemu dobrą radą, zamiast tego śmiejesz się skrycie z wybryków własnych uczniów, by fakt wyciągnięcia z nich konsekwencji zrzucić radośnie na opiekunów domów. W końcu jesteś dyrektorem, musisz umieć delegować zadania.
        Wciąż jednak nie umiesz uwarzyć porządnego eliksiru, wciąż nie latasz na miotle i może tylko czasem trochę za dużo pijesz, trochę mniej się śmiejesz, a twoje spojrzenie jest trochę bardziej nieobecne. I nie, nie jesteś Złotym Dzieckiem Gryffindoru. Masz trochę wad, a nawet więcej. Starasz się być miły, dobry, uczynny i szlachetny, a wychodzi jak zwykle.
        Chciałbyś się kiedyś po prostu wyspać. Chciałbyś kiedyś po prostu zapomnieć. Chciałbyś kiedyś znów być po prostu Nevillem Longbottomem.

Odautorsko:
W tytule George Gordon Byron - Giaur.
Fc: Bradley Cooper, nie Hugh Jackman (!)
Niszczę Wam wszystkim życie, wiem.
I chyba zwariowałam, ale bawmy się dalej.
Kontakt: wiredered@gmail.com
ACHTUNG! W odpisach trzymam się swojej kolejki, a każdy uzbrojony w cierpliwość doczeka się odpisu zwrotnego. Dziękuję za wyrozumiałość! ♥

10 komentarzy:

  1. [Kurde, myślałam z początku, że na zdjęciu jest Ralph Fiennes za młodu. :D Fajny ten Neville, a treść karty ma słodko-gorzki wydźwięk. Podoba mi się, a w razie chęci na kolejny wątek - wiesz, gdzie mnie szukać.
    Powodzenia z kolejną postacią! ]

    Shanter, Havoc i Winrose

    OdpowiedzUsuń
  2. [Mogę porwać pana dyrektora na wątek?]

    Octavia Daugherty

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdzie, nawet w najgłębszej puszczy dzikiej, odludnionej i oddalonej od cywilizacji Afryki nie spotkała sie z takim brakiem empatii jak na Wyspach. Momentami - nie, prawie zawsze - czuła, że opinia o Brytyjczykach, Szkotach i całej reszcie krążąca poza granicami jest całkowicie słuszna: już dawno nie ogarnęło jej oburzenie, gdy w jednej ze swoich wielu podróży usłyszała, jak jej rodaków określa się mianem snobów, którzy nie widzą świata poza czubkiem swojego nosa, no, może poza flaszką: bo alkoholizm był też jedną z najważniejszych cech im przypisywanych, szczególnie z uwzględnieniem faktu, że Brytyjczycy cały świat poza swoim państwem, gdzie z uwielbieniem bywają jako turyści, traktują za swój alkoholizacyjny parkiet i nagle po wpływie procentów tracą całą ogładę i kulturę osobistą, którą tak bardzo puszą się za dnia.
    Nie była w stanie pojąć, co tak bardzo złego udało jej się uczynić w kontekście urzędniczki z Ministerstwa, która zajmowała się zewnętrznym kontrolowaniem pracy Hogwartu. Wystarczy, że szuflady jej magicznie powiększonego biurka przestały już mieścić w sobie te wszystkie pełne oburzenia pisma, które dostawała (i, oczywiście, musiała odkręcać udając, że wewnętrznie nie wyprowadzają jej wcale z równowagi) każdego tygodnia. Teraz jednak niejaka pani Moore postanowiła, że puchacz z jej przesyłką zapuka do drzwi sypialni Blackwall o... pierwszej w nocy.
    Serena wiedziała, że nie jest to przypadek, bo najpewniej stara jędza specjalnie poleciła swojej sowie by wyrwał ją z upragnionego po ciężkim dniu snu. Zaspana otworzyła zapieczętowaną czarami kopertę i cały absurd kolejnego dokumentu dotarł do niej z trzykrotnie wzmocnioną siłą przez jej zaspanie. Zamrugrała kilkukrotnie widząc pretensje w swoją stronę dotyczącą tego, że... Ministerstwo dostało skargę od jednych z rodziców dotyczącą tego, że jeden piątoklasista nietolerujący laktozy dostał ataku biegunki po spożyciu mleka. Wykonała szybko dokładny rachunek logiki - doszła do wniosku, że szesnastolatek męczony swoją alergią od urodzenia jest juz w dostatecznym wieku by móc czytać etykiety i odróżniać napisy na butelkach stojących na blatach stołów podczas uczty. Miała ochotę usiąść załamana przy swoim biurku i karmiąc nałóg nikotynowy nie zapaść w sen już do rana, jednak potrzebowała twarzy, do której jej usta mogłyby się otworzyć i wylać skumulowaną frustrację. Niestety, stół z magicznego baobabu, który posiadał twarz i umiejętności psychiczno-wokalne okazał się spać, więc nie mogła poprowadzić z nim konwersacji.
    W zamku była jedna osoba, która nienawidziła pism od Ministerstwa tak samo jak ona.
    I nie, nie był to Stone (choć podejrzewała, że w razie potrzeby chętnie by z nią ponarzekał), w zasadzie to sama Serena zastanawiała się, czy Ministerstwo wie o jego obecności na błoniach... Kontrowersyjność persony takiej jak Ed była dobrą motywacją do jeszcze jednego, oburzonego pisma pod adresem Hogwartu, dlatego wolała się nad tym zbędnie nie zastanawiać i nie dostać jeszcze większej paranoi.
    Dotarła do gabinetu dyrektora, bezbłędnie przechodząc kontrolę którą uskuteczniała chimera. Zawsze wybuchała śmiechem gdy Neville żalił jej się, że posąg wywinął mu kolejny numer.
    Odetchnęła z ulgą, widząc zapalone światło w gabinecie. Jeśli okazałoby się, że Longbottom śpi, a ona miałaby odebrać mu odpoczynek swoją paranoją związaną z odpowiedzialnością prawną, najprawdopodobniej spaliłaby się ze wstydu i poczucia winy względem własnego nietaktu. Zignorowała, a może chciała zignorować prawie pustą butelkę stojącą na stole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez zbędnego wprowadzenia otworzyła kopertę i... rzuciła ją na podłogę z krzykiem, bo pismo tak właściwie okazało się być dotyczącym laktozy wyjcem.
      Tak, to miało sens - Serena spała zawsze w stoperach i wielce prawdopodobnie było, że wpuszczając w środku nocy do sypialni sowę i otwierając to, co zwierzę przytargało po prostu zapomniała ich wyciągnąć.
      Dopadła prędko do źródła hałasu, przez swój szok dopiero jakoś w połowie wywodu urzędniczki, i przeklinając w języku suahili pod nosem drżącymi palcami zgięła i złączyła ze sobą części pergaminu, by ten wreszcie przestał wrzeszczeć.
      - Przepraszam - warknęła pod nosem, nie ukrywając już poważnego zdenerwowania, co w kontekście jej, jako Królowej Spokoju było widokiem tak rzadkim, jak Edward Stone w stanie trzeźwym - Nie wiedziałam, że to wyjec - mogła się nie przyznawać, zdając sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmiało biorąc pod uwagę, że koperta na pierwszy rzut oka wyglądała na wcześniej już otwartą.
      Nie dodając ani słowa więcej na temat swojej głupoty, opadła na pobliski fotel z westchnięciem i opierając łokcie na kolanach skryła twarz w dłoniach.
      Jej długie, rozczochrane czarne włosy - normalnie nigdy nie wychodziła tak z gabinetu, chyba, że w celu stłumienia zbyt głośniej i dzikiej imprezy w dormitorium jej dzieci - zakrywały przynajmniej część tej kupki nieszczęść wypisanej na jej zasłoniętej twarzy.
      - Nie mam już do nich siły - powiedziała cicho, nie odsłaniając nawet palcami ust. I nie tłumacząc, czy chodzi jej o brykających wesoło (i problemowo) Gryfonów, czy wrzody na dupie nazywające się Ministerstwem.

      Serena

      Usuń
  4. [Przyznam, że i mnie zmylił wizerunek, bo w pierwszej chwili (tak jak już ktoś przede mną) wziąłem pana Coopera go za R. Fiennesa. Ale właściwe zawsze dostrzegałem między tymi dwoma aktorami podobieństwo, więc nie byłby to pierwszy raz kiedy pomyliłem się w podobny sposób. :D
    Bardzo ciekawa odsłona Neville'a. Bez zbędnej naiwności, bez upiększania — ot, człowiek, który dojrzewał w naprawdę trudnych czasach i wciąż zbiera tego żniwa w swoim dorosłym życiu.
    Może kiedyś Wolfgang trafi na jakąś pogadankę do nowego dyrektora zamku. :D
    Dużo weny!]

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  5. [ocho, zaraz będą tu walić tłumy uczniaków chętnych na rozmowę na dywaniku, więc się zgłoszę jak najszybciej ;) o tak, Melpomena z pewnością ze swoim niewyparzonym językiem już nieraz powinna trafić na pogadankę za pyskowanie. I napyskować jeszcze porządniej. Zresztą może przyjść też do dykertora z prośbą i być absolutnie szczerze urzekającą osóbką. To na razie mało twórczy i niekoniecznie oryginalny pomysł na relację, ale aktualnie pustka w mej głowie aż brzęczy, a postać Nev tak cudna że nie mogłam się powstrzymać żeby napisać. No, w każdym razie zapraszam]

    Melpomena Rosenthal

    OdpowiedzUsuń
  6. [Takie wydanie dorosłego Longbottoma wydaje mi się najsensowniejszym wyborem, którego winszuje.

    Sądzę, że Wolfie mógłby się nadawać do wątku z... kurcze, właściwie każdym z powyżej zaproponowanych. Ale, jako że z całej trójki to Oliver teraz najbardziej potrzebuje w swoim życiu odrobiny chaotycznego artyzmu, to myślę, że należałoby mu go dostarczyć. ;)
    Niemniej gdybyś kiedykolwiek reflektowała na więcej, niż ten jeden wątek, to jestem na tak.]

    Wolfie

    OdpowiedzUsuń
  7. Octavia lubiła swoją pracę, choć sama decyzja o jej podjęciu podyktowana była przede wszystkim egoizmem. Z czasem musiała to przyznać sama przed sobą. Nie chodziło o powołanie i chęć edukowania młodych czarodziejów, a o zajęcie możliwie najbardziej angażujące i niepozostawiające zbyt wiele wolnego czasu. To, że mogła dzielić się z kimś swoją wiedzą, początkowo było tylko dodatkowym atutem. Z czasem jednak poczuła, że sprawia jej to autentyczną przyjemność. Starożytne runy nie były przedmiotem dla każdego, więc nie miała pretensji do uczniów, którzy nie byli nimi zainteresowani. Cieszyli ją za to ci, którzy wykazywali jakąś inicjatywę, którzy zadawali pytania i łaknęli wiedzy. Nie było ich wielu, ale to wystarczyło, by Octavia nie miała wrażenia, że traci czas. Nie traciła. W momencie, gdy została opiekunką Ravenclawu, egoistyczne pobudki, którymi kierowała się dwa lata wcześniej, całkowicie przestały mieć znaczenie. Nawet nie miała czasu dbać o własne samopoczucie, bo spoczęła na niej odpowiedzialność za tych wszystkich młodych Krukonów, którzy szybko zasypali ją własnymi problemami. Niektóre były błahe, ale inne rzeczywiście wymagały jej interwencji, a w efekcie już całkowicie nie miała czasu dla siebie. I była z tego powodu szczęśliwa w stopniu absolutnie niezrozumiałym dla nikogo.
    Była więc szczęśliwa, ignorując ten cichy głosik, który od czasu do czasu przypominał jej, że nie powinna się do takiego stanu rzeczy przyzwyczajać. Mówiła wtedy samej sobie, że przecież ma do tego prawo. Nie zrobiła nic złego. Nawet nie znała swojego ojca; jego zbrodnie nie są jej zbrodniami. Wierzyła, że któregoś dnia nie będzie już musiała sobie tego wmawiać - zwyczajnie będzie o tym wiedzieć. Na to jednak musiała jeszcze zaczekać. Dobrze się składało, że nigdy nie należała do osób niecierpliwych.
    Spokój, cierpliwość i łagodne usposobienie Octavii były znane wszystkim jej uczniom. Nikt nigdy nie widział jej zdenerwowanej, co niektórzy błędnie interpretowali jako przyzwolenie na wszelkiego rodzaju wybryki. Tak było i dzisiaj, kiedy w połowie lekcji dostrzegła latającego po sali papierowego chochlika, wykonanego - o zgrozo - ze strony wydartej z podręcznika. Zaledwie ciche westchnienie wyrwało się z jej ust, ale nie przerwała monologu. Zauważyła za to, że wyrwana została strona 87, a numer ten znajdował się dokładnie na czole nieszczęsnego chochlika. Dokończywszy wątek, poleciła uczniom otworzenie podręczników dokładnie na stronie 87 i zaczęła przechadzać się po sali. Większość bez szemrania zrobiła to, o co poprosiła Octavia i tylko jeden znany jej już dobrze dowcipniś z lekką konsternacją wertował podręcznik, nie mogąc znaleźć wskazanej strony.
    - Zgubił pan stronę 87, panie Lennox? - zapytała z uprzejmym uśmiechem, zatrzymując się obok niego.
    - Tak, pani profesor - potwierdził chłopak, robiąc minę niewiniątka. - Najwyraźniej musiała wypaść i...
    - I pewnie lata teraz gdzieś po sali? - Cichy śmiech rozległ się wśród uczniów, ale Octavia udała, że tego nie słyszy. - Kiedy już ją pan znajdzie, proszę o napisanie czterostronicowego eseju na podstawie poruszonych w niej zagadnień. Natomiast wracając do tematu naszych dzisiejszych zajęć... - Jak gdyby nigdy nic wróciła na środek sali i kontynuowała lekcję. Nie od razu zauważyła, że drzwi się uchyliły i stanął w nich sam dyrektor, ale kiedy już go dostrzegła, urwała wpół słowa. Choć jego ton nie zwiastował nic niedobrego, automatycznie poczuła niepokój. O czym mógłby chcieć z nią rozmawiać? Zrobiła coś nie tak? Na pewno, inaczej nie zjawiałby się tutaj w trakcie zajęć. Oczywiście skinęła głową i zapewniła, że zjawi się u niego jak najszybciej, ale gdy już wyszedł, chwilę zajęło jej przypomnienie sobie, na czym właściwie skończyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe szczęście, pomyślała, że zostało jeszcze tylko kilka minut. Nie mogła się skupić, bo ciągle zastanawiała się nad tym, czego on może od niej chcieć. Prawie go nie znała, w cztery oczy rozmawiała z nim tylko kilka razy. Wydawał się bardzo miły i uprzejmy, ale wiedziała przecież, że posady dyrektora Hogwartu nie dostaje się za to, że jest się miłym i uprzejmym. W zasadzie nie miała pojęcia, na jakiej podstawie wybierani są dyrektorzy Hogwartu.
      Zaraz po wyjściu z klasy ruszyła w kierunku gabinetu dyrektora. Na schodach musiała jednak zawrócić, bo przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi na klucz. Nie miała w zwyczaju przeklinać, ale gdyby było inaczej, skwitowałaby to pewnie jakimś siarczystym przekleństwem. Zamiast tego prychnęła pod nosem i upewniwszy się, że nikt niepożądany nie dostanie się do klasy, bez przeszkód dotarła we wskazane miejsce. Zatrzymała się dopiero przed Chimerą, która, jak Octavii było wiadomo, wymagała hasła. Hasła, którego oczywiście nie znała. Dyrektor musiał się jej jednak spodziewać, bo gdy tak stała i zastanawiała się, co zrobić, przejście samo się otworzyło. Nie wahając się dłużej, ruszyła prosto do gabinetu. Przed wejściem, dla przyzwoitości, zapukała cicho do drzwi.
      - Coś się stało, panie dyrektorze? - zapytała jeszcze zanim usiadła, tym samym okazując lekkie zdenerwowanie. Niedobrze, pomyślała zaraz. Od razu wyglądała na winną, a przecież nic złego nie zrobiła. Uśmiechnęła się krzywo, trochę niepewnie, a następnie przestąpiła z nogi na nogę i ostatecznie usiadła na fotelu naprzeciwko biurka. Zaczesując włosy za ucho, wyobraziła sobie, że pewnie bardziej przypomina teraz zestresowaną uczennicę niż nauczycielkę. Odetchnęła głęboko i wyprostowała się, czekając na odpowiedź dyrektora.

      Octavia Daugherty

      Usuń