22 kwietnia 2019

Taniec Wśród Mieczów


„Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne - nie potrafi oddać wyrazu; muzyka jest tworzona dla niewyobrażalnego.”
Claude Debussy
| Ravenclaw | VI | świerk syberyjski | włókno ze smoczego serca | patronus leniwiec |



Dmitrij Smirnow nigdy nie był szczególnie głośną jednostką. Jako dziecko potrafił spędzać godziny na zabawie w samotności. Być może już wtedy było to kwestią jego cichej natury, choć równie dobrze przyczyną wycofania oraz zdolności do wynajdowania sobie zajęć, mogła być wieczna nieobecność matki. Natasha chcąc zarobić na najbardziej potrzebne rzeczy musiała zostawiać go pod opieką sąsiadki. Grisza nie była złą osobą, ale nie można było też o niej powiedzieć, że ma dobre podejście do dzieci. Dbała by Dima był najedzony i czysty, ale na tym kończyła się jej troska. Zdecydowanie preferowała oddawać się wyzwaniom, jakie stawiały przed nią krzyżówki panoramiczne, aniżeli zabawę z dzieckiem.


Chłopiec nigdy nie miał szansy na poznanie swojego ojca, Grigorija. Pewnego dnia wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Zaginął i choć dla matki Dimy była to istna tragedia, nie stanowiła nic niezwykłego w kraju takim jak Rosja. Mimo bólu jaki przysporzyła jej ta strata, odnalazła w sobie siłę by żyć dalej Dima był najcenniejszym, co zostało jej po mężu. Chciała zapewnić synowi jak najlepsze warunki, choć jako samotna matka bez wsparcia rodziny i bez wykształcenia, nie miała ku temu wielkich możliwości. Niemniej starała się. Pracowała od rana do nocy, a kiedy tylko wracała, odbierała go od Griszy i czytała mu na dobranoc. Codziennie mówiła mu jak bardzo go kocha. Mówiła mu również o ojcu, a jej opowieści o nim ukazywały go jako wspaniałego człowieka.  Sprawiały, że stawał się czymś realnym, bytem z krwi i kości, który kiedyś poruszał się po tym samym domu i po prostu istniał. Przestawał być w oczach kilkulatka nierealnym majakiem.

Im Dmitrij był starszy, tym więcej rozumiał. Z czasem sam zaczął prosić o historie o tacie, które znał już niemal na pamięć. Najbardziej lubił, kiedy matka w rozmarzeniu wracała myślami do koncertów, w których Grigorij grał wiodące skrzypce. Wspominała o tym z autentycznym podziwem i fascynacją. Nawet ton głosu jakim się posługiwała stawał się wyższy zupełnie jakby chciała zastąpić nim entuzjazm publiczności, która głośnymi brawami wyrażała swoje uznanie dla artysty.

Kiedy Dima kończył sześć lat, dostał od matki wyjątkowy prezent. Wzięła wolne tego dnia, żeby móc spędzić z dzieckiem więcej czasu. Zabrała go na lody, które tak rzadko miał okazję spożywać, a potem na spacer do parku. Dzień był piękny. Promienie słońca przedzierały się przez bujne korony drzew, wiewiórki figlowały wśród gałęzi, a kaczki wesoło kołysały się na gładkiej tafli niewielkiego stawu. Usiedli razem na ładnej, z pewnością niedawno odmalowanej ławce i rozmawiając o trywialnych rzeczach rzucali słonecznik wyraźnie głodnym gołębiom. Nagle Natasha umilkła. Uśmiechnęła się serdecznie do syna i sięgnęła po wielką parcianą torbę, którą wcześniej wzięła ze sobą z domu. Wyciągnęła z niej prosty, skórzany futerał by po chwili wręczyć go chłopcu. Szybko wyjaśniła, że to skrzypce po ojcu. Jedyna wartościowa rzecz, jakiej nie miała sumienia sprzedać. Od teraz należały do Dimy i szybko stały się najcenniejszym skarbem jaki posiadał.

Pierwsze lekcje gry młody Smirnow otrzymał od nauczyciela jedynej w okolicy szkoły muzycznej. W zamian za to, Natasha nieodpłatnie dbała o porządek jego domostwa. Nie mogła jednak robić tego w nieskończoność, bo przecież ktoś musiał ich oboje nakarmić, ubrać czy opłacić rachunki. Dlatego też po przyswojeniu podstaw i opanowaniu kilku prostych utworów, Dima dalej uczył się sam. Próbował, popełniał błędy, a potem je naprawiał. Miał naturalny talent zwyczajnie rozumiał muzykę i szybko odnalazł w niej sposób na wyrażanie siebie oraz swoich uczuć. W wieku ośmiu lat nie potrzebował już nut, a wszystko co grał, sam układał sobie w głowie. Zupełnie jakby miał pięciolinię wyrytą na zwojach mózgu. Pięciolinię żyjącą własnym życiem i piszącą własne scenariusze na podstawie dzieł tworzonych emocjami młodego autora. Natasha zachwycona powtarzała koleżankom, że jej syn zdolności ma po ojcu. Słuch absolutny twierdziła z dumą.

Niedługo poznała Michaiła Kovasa, który zakochał się w niej bez pamięci. Ona niekoniecznie odwzajemniała to płomienne uczucie, ale pozwalała na adorację, widząc w nieprzyzwoicie bogatym biznesmenie szansę na lepsze życie dla swojego potomka.


***


Tego dnia w sercu sześciopoziomowego apartamentu dźwięki popłynęły o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Słońce właśnie wschodziło nad budzącą się Moskwą, gdy struny muśnięte smyczkiem wydały z siebie pierwsze, przepełnione nostalgiczną żałością nuty.
Kolejne światła stołecznych ulic gasły, a ludzie pchani koniecznością utrzymania siebie i swoich rodzin z wolna opuszczali bezpieczne mieszkania by poddać się codziennej walce o byt. Szemrani bywalcy nocnych przystani w sposób tak płynny, że aż wręcz naturalny ustępowali miejsca bogatej klienteli ekskluzywnych sklepów kuszących wystawnymi witrynami.

Dima jednak był odległy od chaosu świata zewnętrznego, niczym bajeczny Kreml stanowiący przepiękne tło dla tętniącej życiem stolicy.
Teraz całą swoją uwagę skupiał na kobiecie, dla której grał. Ona urodziwa i przyzwoicie subtelna w swej nagości tańczyła tylko dla niego. Wdzięcznym ruchem wizualizowała z gracją każdą wybrzmiewającą nutę.
Tym razem skrzypce pod wpływem wprawnych dłoni chłopaka wydawały z siebie długie, płaczliwe dźwięki. Szlochały przy krótszych pociągnięciach smyczka i cichły zwolna by już po chwili krzyknąć z żalem rozdzierającym serca i kruszącym dusze. Kolejne salwy dźwięków wypełniały ogromny, pełen przepychu salon tak szybko, jak pojawiały się w myślach Dimy. Układał je ze swobodą, z jaką człowiek znający język układa w nim kunsztowne, podszyte wykwintną manierą zdania.  Można by rzec, że komponowanie stanowi dla niego coś tak naturalnego jak oddychanie. Nie musiał spędzać całych godzin by obmyślić sensowny plan na stworzenie dobrej muzyki. Wystarczyło by czuł i chciał o tych uczuciach opowiedzieć robił to w najwygodniejszy dla siebie sposób, który nieodzownie łączył się z użyciem instrumentu. Melodia opowiadająca emocje Dimy była tak samo piękna jak i smutna. Kobiecy tercet, który jeszcze przed chwilą próbował zabiegać o odrobinę uwagi przygrywając smętnie, zamilkł przytłoczony eksperiencją szesnastoletniego mistrza.
Siedzący dalej rośli mężczyźni zrobili się maleńcy sami w sobie i we wstydzie za swoje prymitywne słabości.
Muza Dimy zaczęła zwalniać w swoim ulotnym przedstawieniu, aż w końcu rzuciła pełne zrozumienia oraz współczucia spojrzenie, by w następnym momencie zamrzeć w zwiewnym bezruchu wraz z milknącą melodią skrzypiec.



***


Dima, gotowy?! żeński głos wybrzmiał z okolic półpiętra.
Tak mamo. Już idę!
Młody skrzypek westchnął, domykając klamry skórzanego futerału. Niechętnie spionizował swoje ciało i ostatni raz pozwolił sobie zerknąć na oprawiony w przytłaczająco złotą ramę “Taniec Wśród Mieczy” Henryka Siemiradzkiego. Uwielbiał ten obraz. Uwielbiał zapalić skręta i pozwolić by jego zmysły wyżyły się na muzyce. Zwykł wtedy patrzeć na główną bohaterkę dzieła Polskiego malarza. Niósł jej taniec na własnej myśli, wirtuozyjnie przekutej w melodię. Inspirowała go i jak sam sobie wmawiał, pomagała mu wznieść się na wyżyny własnego artyzmu. Była jego muzą, z którą wspólnie tworzył wspaniały wymiar sztuki. Świadomość, że już nigdy jej nie zobaczy wprawiała go w iście podły nastrój.
Nie to, żeby ostatnimi czasy był szczególnie szczęśliwy w związku z nadchodzącą przeprowadzką do położonego na obrzeżach Londynu Chelmsford, ale dopiero gdy zagrał swej muzie na pożegnanie, dotarła do niego prawdziwa, głęboka świadomość nadciągającej nieuchronnie zmiany. Zmiany, która oznaczała koniec jego stabilizacji, do której przywiązany był bardziej niż do własnej matki. Nic więc dziwnego, że się jej obawiał. Nie tylko był zmuszony do opuszczenia swojej ulubionej tancerki, dobrze poznanych przez te kilka lat zakamarków ogromnego apartamentu Michaiła czy wygodnego pokoju, który tak naprawdę był tą jego pierwszą, własną i absolutnie osobistą przestrzenią, ale również Koldovstoretz oraz znajomych twarzy, które mógł spotkać w szkole. Znajome twarze miały imiona i Dima z czasem do nich przywykł. Nigdy nie był szczególnie otwarty na pogłębianie znajomości, a ludzi zazwyczaj odbierał jako przemijającą szarą masę, jednak w przypadkach nielicznych kolegów mógł się pokusić nawet o stwierdzenie, iż darzy ich swego rodzaju sympatią.  Teraz stała przed nim złowroga, przerażająco nieznana przyszłość. Zmiany na ogół przynoszą za sobą wiele niespodzianek i zaskoczeń, a jedną z pewnych rzeczy, które można powiedzieć o młodym Smirnowie, jest to, że całym swoim jestestwem nienawidzi niespodzianek i zaskoczeń.


Niestety, mimo moich usilnych poszukiwań nazwiska postaci udzielającej wizerunku Dimie, nie udało mi się go odnaleźć; jeżeli to się zmieni, ta informacja zostanie czym prędzej uzupełniona. Zdjęcie pozyskane z pinteresta. Tytuł postu jest jednocześnie tytułem obrazu zamieszczonego na końcu karty. Autorem „Tańca Wśród Mieczów” jest Henryk Siemiradzki.

8 komentarzy:

  1. [Nie widzę sensu produkować się tu z powitaniem, więc od razu przejdę do rzeczy. XD]

    Znajomości to coś, co przychodziło Wolfgangowi z naturalną łatwością; z podobną prostotą przychodziło mu późniejsze operowanie taką formą relacji, której neutralności była równie niezobowiązująca, co uczynna w jego codziennym życiu.
    Zawieranie przyjaźni było już natomiast procederem, który, choć nie był dla Wolfiego niemożliwy, to przychodził Puchonowi z wyraźnym trudem i pochłaniał całe mnóstwo czasu, jakiego Burke potrzebował, aby w swojej głowie zbudować coś więcej, niż płaski obraz jakiejś osoby, wyzbyty tego co najcięższe do wydobycia czy zaobserwowania na temat drugiego człowieka.
    Do tej pory w jego życiu podobna relacja wykształciła się tylko raz, gdy poznał Olivera Johnsona – jeszcze zanim którykolwiek z nich wiedział, że w przyszłości obaj trafią do Hogwartu, co w odbiorze Burke’a przydawało ich znajomości swoistej wyjątkowości. Wolfgang ze strony własnego rodzeństwa nie doświadczył czegoś, co mogłoby przypominać braterstwo, ale mimo tego nie czuł w swoim życiu braku takiej więzi, bo właśnie kimś takim był dla niego Oliver – bratem, pomimo braku więzów krwi.

    Z Dimą sprawy miały się inaczej; poznał go raptem kilka miesięcy temu, niedługo po tym, jak wraz z początkiem kolejnego roku szkolnego Smirnow przeniósł się do Hogwartu wprost z Koldovstoretza (na temat którego, nota bene, Wolfgang mógł słuchać godzinami).
    Całe zamieszanie wokół przybysza początkowo umknęło jego uwadze, bo pozwalał, aby szkolne nowinki go omijały szerokim łukiem; miał ważniejsze sprawy, którymi decydował się zaprzątać umysł.
    Całe szczęście, że ta ignorancja była taka krótkotrwała i w skutek przypadku się poznali, bo inaczej Wolfganga ominęłoby naprawdę wiele i nigdy by się o tym nie dowiedział.
    Choć nie nazwałby jeszcze Dmitrja swoim przyjacielem, to określenie „znajomy” wydawało się mu równie niewłaściwe, bo Dima był pierwszą osoba, z którą równie łatwo, co naturalnie nawiązał porozumienie sięgające głębiej, niż zgodność w kwestii wspólnej pasji.
    Ich sztuki się przenikały, oddziaływując na siebie wzajemnie w sposób, który Wolfganga nieskończenie fascynował, bo nigdy dotąd nie doświadczył formy natchnienia, którą dawało mu tworzenie obrazu, dyktowanego naturalnie wypływającą z Dimy muzyką, której forma z kolei uzależniała się z kolei od tego, co powstawało na płótnie Burke’a. To sprawiało, że z całą stanowczością byłby skłonny przyznać, że wszedł w swój (dotychczasowo) najbardziej płodny twórczo okres życia, a do niedawna budząca w nim radość myśl o nadciągającym końcu szkoły, teraz przeistoczyła się w przepastny cień nieuchronnej zmiany, której formy Wolfgang zaczął się obawiać.

    Nie myślał o tym jednak nieustannie, a już na pewno nie teraz, gdy wspólnie przebywali w Pokoju Życzeń, który Wolfgang postanowił jakiś czas temu pokazać Dimie, ku obopólnej korzyści.

    Forma jaką przybierał Pokój Życzeń, gdy kształtowała go wola Wolfganga, była w miarę niezmienna, nie licząc wyposażenia, które dostosowywało się do potrzeb danego momentu. Fundamentem był przestronny salon, pełen wszystkiego – od książek, pod którymi uginały się regały, poprzez różne instrumenty muzyczne, naukowe, po sztalug i akwaria zapełnione tajemniczymi roślinami, kołyszącymi się nieustannie i trochę złowrogo pod wodą. Niektórym z nich, o określonych porach zdarzało się przejawiać szczególne cechy, takie jak emisja jaskrawej poświaty, która zabarwiła wodę i w naturalnym środowisku służyła przywabianiu ofiar Bałtyckiego Wężopnącza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi


    1. Trwały ferie wielkanocne i zarówno Wolfgang, jaki Dmitrij doświadczali zastrzyku czasu, w ciągu którego ilość szkolnych obowiązków z przytłaczająco ogromnej zamieniła się na umiarkowanie upierdliwą. W ciągu dnia raczej czerpali z uroków stale poprawiającej się pogody, ale wieczorami przepadali w miejscu, które skutecznie odcinało ich od reszty świata. Biorąc pod uwagę metody na umilanie trwających w nim chwil i tematyki, jakie zdarzało im się wspólnie poruszać (jeśli rozmawiali, bo zdarzały się spotkania, które spędzali w zupełnym milczeniu, podczas którego każdy z nich przepadał nad trwającym jedynie w głowie, twórczym szaleństwem) Wolfgang czuł się trochę jakby współtworzyli z Dimą zamknięty krąg dwuosobowej bohemy.


      — Nigdy nie sądziłem, że mogę być z kimś na tyle kompatybilny — zaśmiał się, przekazując Dimie dymiącego się skręta; nie odrywał oczu od opalizującej rośliny stojącej na wprost zajmowanej przez nich kanapy.
      Od kilku dni była dojrzała, a do dziś jej kwiatostany stały się idealnie soczyste od żywicznych soków, które je oblepiły. Hybryda była gotowa do zbioru w każdym momencie. Nie była wysoka – nie mierzyła więcej, niż półtora metra, ale jej gałęzie uginały się pod ciężarem rezultatów intensywnego okresu wegetacji, podczas której Wolfie dołożył wszelkich starań, aby zapewnić roślinie, jak najwydajniejsze warunki do rozwoju.
      Od jakiegoś czasu pokój wypełniał soczysty aromat kwiatostanu – zarazem cytrusowy, jak i słodkawy. Z „Hey You” w tle, Wolfgang czuł się błogo odprężony, i odchylił głowę na oparcie kanapy, pozwalając aby dym uleciał z jego płuc.

      Wolfgang

      Usuń
  2. Spojrzenie Wolfganga znieruchomiało przez moment, utkwione w kłębie dymu, który wypełnił powietrze, wpadając wirującym ruchem w ostrą smugę światła w tym samym momencie, w którym Dima się odezwał; co rusz wyłaniały się z niego nowe kształty, które kotłowały by się bez końca pośród drobinek wirującego kurzu i trzasków winylu, gdyby dym się ostatecznie nie ulotnił wskutek wymieszania z powietrzem, dobiegając końca w tym samym momencie, w którym głos Watersa ustąpił miejsca przejmującemu solo.

    Wolfgang zamknął oczy, pozwalając aby dźwięki zabrały go z gwałtownym szarpnięciem w podróż; muzyka przepływała przez niego wrażeniem barw i ruchu, sprawiając, że w wyobrażeniach z zaskakującą prostotą urosła do rangi kosmicznej podróży, przenosząc go na kilka cennych sekund do zupełnie innego, nienamacalnego świata.
    Prawie oszołomiony powrotem do rzeczywistości, uchylił powieki gdy dźwięki wyhamowały czyniąc to zbyt nagle i brutalnie, po czym przypomniał sobie sens niedawno wypowiedzianych przez Dimę słów. Uśmiechnął się delikatnie, w jakiś sposób poruszony ostatnią kwestią.
    — Wybrałeś to zestawienie z lenistwa czy porównanie mnie do ukwiału ma w tym przypadku jakiś głębszy sens? — zastanowił się na głos Wolfgang, wyjmując spomiędzy długich palców skrzypka pozostałą końcówkę skręta, który – nim Burke skończył się rozkoszować wyłącznie wrażeniami, jakimi nasycało jego umysł „Hey You” – zdążył przygasnąć. Puchon wzniecił w nim żar za pomocą różdżki i wciągnął do płuc słodko-gorzki dym, który uleciał po chwili przez jego nozdrza.
    — Einstein miał rację – czas musi być relatywny, skoro dwieście osiemdziesiąt sekund zdołałem przekształcić w swojej głowie niemal do nieskończoności — skwitował z podziwem, gdy znajomy głos Watersa zaczął się rozmywać, aż wreszcie umilkł zupełnie, czyniąc miejsce dla ciszy poprzedzającej kolejny utwór. — Czas to naprawdę przedziwna siła. Można ją oszukiwać, ale nie da się jej pokonać — oznajmił z nutą niezadowolenia, gdy w tle narastały szumy oraz niepokojące głosy Miss Tyson oraz Marshalla Dillona stanowiące intro w „Is There Anybody Out There?”.
    — Irytuje mnie czasami, jak niekontrolowany charakter miewa rzeczywistość wychodząca poza ramy mojego umysłu — dodał na fali gromadzących się refleksji, podnosząc z oparcia kanapy wyświechtany szkicownik z rodzaju tych, które służyły Wolfiemu jedynie , jako przestrzeń do wyzbytego kompozycyjnej ogłady wyżywania się ołówkiem. Wolfgang był w jakimś stopniu uzależniony od możliwości kreślenia czegokolwiek i jeśli miał taką możliwość, to ulegał pokusie i po prostu to robił – jeśli akurat nie kreował czegoś nowego, to czysto rekreacyjnie zadowalał się nanoszeniem nowych detali na stare rysunki, i tym samym postanowił zająć się teraz, powracając do szkicu przedstawiającego układ kostny świni zawieszony w… kosmosie.
    — Czy poznajesz to zwierzątko? — zapytał, odwracając szkicownik w stronę Dimy. — Podpowiedź: ma sześć tysięcy więcej kubków smakowych od ciebie i potrafi się nauczyć grać joystickiem — podsunął z uśmiechem.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  3. — Zmęczenie i frustracja są w życiu niezbędne, jeśli planuje się na nie kiedykolwiek stać odpornym — odpowiedział. Obraz siebie jaki Wolfgang przedstawiał otoczeniu skutecznie wprowadzał w powszechny błąd na temat jego toku rozumowania; był dla ludzi chaosem, roztrzepańcem i być może jakimś uosobieniem uduchowionego i zakochanego w świecie pacyfisty; było zupełnie błędnym wyobrażeniem o jego osobie, bo daleko było mu zarówno od czystości, jaką mu przypisywano, jak i czystego wariactwa, z którym kojarzyli go ludzie o wyjątkowo ciasnym postrzeganiu świata.
    Umysł Wolfganga stanowił bardzo wyważone połączenie wyrastającej na artyzmie kreatywności i niezbędnej do opanowania sztuki warzenia mikstur logiki, która prowadziła go przez życie, jako jedyna zaufana siła mogąca go pchać przez proces samodoskonalenia.
    Było to poukładane, ściśle kontrolowane miejsce, gdzie myśli i emocje podległy nieustającym, wewnętrznym analizom i wynikłym z silnie rozbudowanej wyobraźni wizualizacjom.
    Ponad to Puchon był rozsmakowany w doznawaniu nowych doświadczeń, nawet te najgorsze traktując jako pożywkę dla własnego rozwoju, więc doskonale rozumiał sens argumentu Dimy, a na myśl, że mógł mieć swój udział w zaszczepieniu w nim umiejętności podobnego patrzenia na świat poczuł przypływ ciepła i zadowolenia, które nieoczekiwanie ogarnęły go w sposób, który w połączeniu z hajem sprawiał, że Wolfgang osiągnął poczucie idealnie zbalansowanego spokoju. I bezpieczeństwa wynikłego z faktu, że przy Dmitriju wyrażanie własnych myśli nie spotykało się z niezrozumieniem czy wręcz agresją.
    — Rzadko miewam okazję myśleć o sobie równie dobrze, co w tym momencie — przyznał, z lekkim uśmiechem ukontentowania powracając do kartkowania szkicownika. Znad kartek obserwował jednak Krukona, który przeniósł leniwie ciężar ciała. Oczy Dimy wodził przez chwile w przestrzeni, jakby ten czegoś poszukiwał i nagle się rozmyślił, a Wolfgang podjął się ze sobą wewnętrznego zakładu, że przedmiotem poszukiwania były skrzypce, ale sam czuł się zbyt ociężale i dobrze, aby wyrwać się z obecnego stanu ruchem. Zostawił różdżkę obok gramofonu i zdecydowanie za wygodnie było mu teraz na oparciu kanapy, aby sprawdzał czy się nie myli.
    — Faktycznie, tego elementu nie chciałbym się pozbywać, wniósł za dużo świeżości do mojego życia — roześmiał się, przystępując do kropkowania naszkicowanej na jednej ze stron płomykówki. — Ale poza tym uważam, że otrzymawszy możliwość kreowania rzeczywistości, byłbym zdolny stworzyć całkiem interesujący świat. Przynajmniej w moim mniemaniu — dodał z uśmieszkiem, kątem oka wychwytując ruch gdzieś za Dimą.
    Ciemnym kształtem wyłaniającym się z cienia okazała się Irving, kotka o szylkretowym umaszczeniu, która na drugim roku przybłąkała się do Wolfganga i przykleiła się już na stałe do jego osoby; Puchon podejrzewał, że któryś z siódmoklasistów porzucił ją przy okazji ukończenia Hogwartu, bo nikt nigdy się po nią nie zgłosił, mimo notek, które początkowo rozmieszczał po całym zamku.
    Irving zjawiała się i znikała niczym kamfora, bezszelestnie i niezauważalnie, zaskakując Wolfiego swoim towarzystwem przeważnie wtedy, kiedy było ono przez niego najmniej spodziewane – nie inaczej było teraz, bo Wolfgang zupełnie nie odnotował kiedy i jak zakradła się z nimi do Pokoju Życzeń.
    Kotka miękko i nieśpiesznie przekroczyła dzielący ich dystans, po czym wskoczyła na kolana Dimy, którego sobie upodobała jako źródło pieszczot od pierwszego spotkania.
    — Ponoć Hermiona Granger podczas swojego drugiego roku tutaj przez pomyłkę dodała do eliksiru wielosokowego koci włos. Chyba kiedyś spróbuję narysować swoją wariację na ten temat.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć!
    Rany, ależ Ci zazdroszczę, ja nie potrafię pisać tak długich kart! Twój pan jest bardzo interesujący, a my z Dinah (lub z nową panną) chętnie napiszemy jakiś wątek! Życzę miłej zabawy. C:]

    Dinah Thorton i niedługo Ktoś Jeszcze

    OdpowiedzUsuń
  5. — Jest niesamowita — rozczulił się na moment Wolfgang, obserwując uspokajający i estetycznie zadowalający go widok, jaki stanowiła kotka gładzona przez dłonie Dimy.
    — Zawsze dopnie swego w walce o atencje — skwitował jeszcze w temacie niesamowitości Irving, która w rzeczy samej wykazywała wyjątkowy talent w dziedzinie przysparzania sobie fanów. Kotka ewoluowała odkąd Wolfie spotkał ją po raz pierwszy, z biegiem lat porzucając swoje niepewne wcielenie, na rzecz przyjęcia pewnej siebie postawy istoty doświadczonej życiem. Czas ukształtował Irving stworzeniem, które znało otoczenie na wskroś i wprawnie dobierało ręce do głaskania. To ostatnio pociągało za sobą konsekwencje w postaci licznych doniesień na temat tego, że szylkretowy kot o wyjątkowo aksamitnej fakturze sierści przykleił się do kogoś na pół dnia.
    Mimo natury przyjaznej przybłędy Irving jednak każdorazowo powracała do Wolfganga, który nie miał złudzeń co do wyjątkowości więzi łączącej go z kotem, będącym pierwszą i jak dotąd jedyną istotą, która wzbudziła w nim poczucie odpowiedzialności za inne istnienie, niż on sam (przy czym części odpowiedzialna za samego siebie zdarzało się wyraźnie szwankować na poszczególnych etapach życia).

    Wolfgang przygryzł wargę w udawanym zmieszaniu, jakby propozycja która właśnie została mu złożona przekraczała jego śmiałość oraz kompetencje, jednocześnie kusząc go i wpędzając go w uczucie rozdarcia.
    — Monsieur… nie wiem czy jestem godzien — odparł z przejęciem, wachlując się przez chwile szkicownikiem, nim jego ruchy zatrzymały się raptownie, bo widok Dmitrija przyciskającego twarz do pyszczka Irving nasunął Burke’owi bardzo wyraziste wyobrażenie na temat tego, jak te dwa odrębne światy mogłyby się ze sobą zmieszać, gdyby tylko nieco pomógł swojemu mózgowi.
    Usta Puchona wykrzywiło rozbawienie, a oczy mimowolnie przeniosły się na opalizujący krzew. Wolfie planował przetestować pierwszy zbiór w samotności, ale plan ten powstał w jego głowie jeszcze zanim poznał Dimę, który okazał się nie być kolejną osobą, przed którą Wolfiego obowiązywało ścisłe kontrolowanie własnych zachowań. Poza tym czas i miejsce były wprost idealne.
    —...Ale skoro została mi już złożona ta hojna oferta, to byłbym głupcem odrzucając tak wspaniałą możliwość! — zakończył w równie teatralnym tonie, co zaczął i zeskoczył z kanapy. — Będzie to jednak wymagało wyjątkowego przygotowania — oświadczył, łypiąc najpierw enigmatycznie na przykutego do kanapy kotem Dmitrija, a następnie podchodząc nieśpiesznie do rośliny, przed którą przykucnął.
    Oczy Wolfganga wodziły dłuższą chwilę po wspaniale rozwiniętych kwiatostanach, kształtem mogących przywodzących na myśl nawłoć pospolitą, gdyby nie ich niekonwencjonalne ubarwienie zdradzając egzotyczne korzenie egzemplarzu wyhodowanego przez Burke’a; po bliższym przyjrzeniu można było dostrzec też, że za opalizującą barwę rośliny odpowiadał nie jej pigment, a zbierająca się w maleńkich kwiatach, mieniąca się różnymi kolorami żywica.
    Nienazwana hybryda roztaczała wokół siebie słodką woń i Wolfie wziął głęboki oddech, nasycając się jej przyjemnym zapachem, a następnie zerwał jeden z bardziej okazałych kwiatostanów i powrócił do Dimy podsuwając mu go na dłoni, aby również mógł sobie powąchać.
    — Podejrzewam, że dzisiejszej nocy wreszcie wpadnę na odpowiednią nazwę dla niej — oświadczył z szerokim uśmiechem.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  6. — Od początku tego… projektu starałem się osiągnąć feminizowany szczep, wtedy plony są okazalsze — wyjaśnił Wolfgang w gwoli pewności, z jaką nazywał roślinę przy użyciu żeńskiej formy. Napotkał wyrażające zaciekawienie spojrzenie Dimy, uśmiechnął się lekko i gdy Krukon przestał obwąchiwać podstawiony mu pod nos kwiatostan, Wolfie zamknął go w dłoni, czując pod opuszkami palców lepką, żywiczną warstwę, która oblepiała opalizujący top.
    — Przy gramofonie — dodaje mimochodem, kiedy zauważa jak wzrok Dimy zaczyna błądzić w poszukiwaniu czegoś, czym w mniemaniu Wolfganga najpewniej była różdżka.
    — Podam ci — zaoferował się, a nim się odwrócił na pięcie podrapał jeszcze Irving (która dla odmiany zwinęła się w kłębek obok poręczy) za uchem. Po chwili Wolfgang wrócił na kanapę z różdżką zarówno swoją, jak i Dmitrija, i opadł na dotychczasowe miejsce.
    Accio — mruknął, a przed mebel, przy akompaniamencie głośnego szurania i szczękania szkła, przysunął się niski stolik zapełniony instrumentami wszelkiej maści – od typowych fiolek i szkieł laboratoryjnych poprzez kolby, po naczynia służące warzeniu eliksirów. No i pudełko ciastek.
    Oddał Dimie jego własność, po czym pochylił się nad rzeczami, szukając czegoś wzrokiem.
    Wybór Wolfganga padł na klasykę, czyli szalkę Petriego. Umieścił na jej środku fragment rośliny, na którą skierował czubek różdżki.
    Aura — wypowiedział, wciąż usatysfakcjonowany efektem odparowania od rośliny jakiejś jednej ósmej zawartej w niej wody w ciągu chwili; nie mogąc dokopać się w bibliotece żadnego istniejącego zaklęcia, które w pełni odpowiadałoby jego potrzebom, wynalazł własne, efektem czego świeżo zerwany kwiatostan przed nimi był teraz w stanie idealnego wysuszenia.
    Przed laty Wolfgang nie ośmieliłby się choćby przypuścić, że razem z tym niecnym i kapryśnym kawałkiem drewna zdoła kiedykolwiek wyczarować cielesnego patronusa – o czymś więcej nie wspominając.
    Przez pierwsze trzy lata nauki w Hogwarcie, Burke tkwił w głęboko zakorzenionym przekonaniu, że magia i operowanie nią, to zasadniczo nie są dziedziny, w których przejawia jakikolwiek talent – tym bardziej mając pecha trafić na różdżkę temperamentną i nieposłuszną, co zwykło cechować drewno z akacji.
    Dopiero na czwartym roku zaczął trochę mniej nienawidzić swojej różdżki, ale prawdziwy przełom nastąpił tuż po SUMach. Wystarczyło tylko natrafić na średnio traumatyzujące okoliczności zagrożenia życia, żeby Wolfgang dostrzegł istnienie swojego potencjał, który od tamtej pory znacznie rozwinął.
    — Jakie jest jej działanie? Prawdopodobnie dalece wykraczającego poza twoje wszelkie wyobrażenia — zażartował Wolfgang, krusząc w palcach wysuszoną hybrydę. — Główna substancja działa na zasadzie antagonisty receptorów serotoninowych. Czyli następuje krótkotrwałe wstrzymywanie produkcji tego, co większość ludzi kojarzy pod nazwą hormonu szczęścia. W każdym razie wkrótce po tym zabiegu wspomniana serotonina zaczyna tworzy się w nadmiarze. Wzmacniają się impulsy między neuronami, co prowadzi do wykorzystywania tych połączeń w mózgu, które w normalnym stanie nie byłby użyte. Jak sobie możesz wyobrazić, ma to znaczny wpływ na postrzeganie.
    Częstym doświadczeniem jest synestezja, można się spodziewać silnego wzmocnienia zmysłów, zaburzonego poczucia upływu czasu, co rusz powracającego poczucia euforii i oczywiście szalenie inspirujących efektów wizualnych, które ogranicza tylko wyobraźnia. Warto o tym pamiętać, widząc coś szczególnie dziwnego, a wówczas wszystko stanie się nieskończenie fascynujące i jasne w przekazie. Tak naprawdę jednak każde doświadczenie różni się od poprzedniego, nie wspominając o różnicach na poziomie chemii mózgu – każda jest unikatowa i reaguje nieco inaczej na taką stymulację przekaźników. Jeżeli chodzi o wrażenia cielesne, to w najgorszym przypadku mogą nastąpić mdłości lub stan podgorączkowy — podsumował wywód, w trakcie którego zdążył dokładnie dokładnie zmielić susz i umieścić go na bletce, którą obecnie zawijał.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń
  7. Był to dla Wolfganga pierwszy raz, gdy zażywał tak silnie psychodeliczną substancję w towarzystwie drugiej osoby; prawdę powiedziawszy, gdyby parę miesięcy wcześniej, zanim poznał Dimę, postawił przed samym sobą zapytanie czy przewiduje z kimkolwiek dzielić równie intymne przeżycie póki jeszcze uczęszcza do szkoły, uznałby, że to wysoce nieprawdopodobny scenariusz.
    Wolfie z nikim dotąd nie czuł tego szczególnego rodzaju połączenia, wymykającego się poza ramy znanych mu dotychczas definicji relacji między ludźmi. Zawrotność tempa, w jakim Krukon stał się dla Wolfiego jednocześnie przyjacielem, obiektem podszytej nieskończoną ciekawością fascynacji (jaką dotychczas potrafił darzyć jedynie postacie, znane mu z biegów historii czy muzycznych dziejów; innymi słowy tak odległych, że aż nierealnych) i do tego osobą, przed którą bez cienia zawahania był gotów obnażyć do żywej kości swoje myśli.
    Dlatego dzielenie tego momentu z Dimitrijem wydawało się w tym momencie zupełnie naturalną koleją rzeczy. Szczególnie teraz, gdy zastawały go pierwsze efekty zażycia, co rozpoznał w sposobie, w jaki kolory wokół Krukona nabrały na intensywności, jakby niewidzialna ręka zwiększyła nasycenie ich najbliższego otoczenia.
    Krawędzie mebli zafalowały lekko, budząc w Wolfgangu uczucie euforii, a z wypuszczanego przez Dimę dymu wyłoniły się najrozmaitsze kształty zwierząt i stworzeń istniejących wyłącznie w wyobraźni Burke’a.
    — Prawda? — rzuca, gdy widzi rozszerzone źrenice towarzysza i malujące się na jego twarzy zafascynowanie. — A to dopiero początek — podkreśla, bo z każdą przemijającą sekundą obserwowane przez Wolfganga wizualizacje przybierają na intensywności.
    — W życiu nie zalecałbym sposobu z eliksirem wielosokowym — chichocze, jakby nigdy nie spotkał się z równie zabawnym stwierdzeniem, ale także dlatego, że powraca do niego temat niedawnej dyskusji o kocim włosie, która skądinąd przyczyniła się do ich obecnego stanu.
    Tym sposobem mózg Wolfganga przerabia oblicze Dimy, urozmaicając je o takie akcenty jak jasne linie na modłę wibrysów i zwężone źrenice.
    — Wyglądasz, jak… Naruto — wypala i tak mocno się dekoncentruje tym głupim skojarzeniem, że traci ostrość wizji, a rysy Krukona powracają do swojej właściwej formy, niemal w tym samym momencie, w którym duma rozlewa się ciepłem po całym ciele Wolfganga, który czuje się wyjątkowo połechtany komentarzem na temat jego twórczości.
    — Nie jest to może sztuka sama w sobie, ale w odpowiednich rękach na pewno staje się doskonałym narzędziem do celów artystycznych — odpowiada, wodząc zafascynowanym spojrzeniem po Pokoju Życzeń, który jawił się teraz przed Wolfgangiem, jako zupełnie inne miejsce. Zupełnie inne miejsce, które nieustannie przeobrażało się na jego oczach, za sprawą dźwięków i jego własnych myśli. Te ostatnie zadecydowały o tym, że wstał i podszedł do gramofonu, aby wymienić płytę, nim album dojdzie do Comfortably Numb, na które zdaniem Wolfganga jeszcze nie nastał czas.
    Album The Wall zastępuje winylem z muzyką Wardruny, która bardzo szybko przyczynia się do tego, że Wolfie zaczyna widzieć świat zdominowany zielono-złotymi barwami, a to z kolei sprawia, że z jego ust nie znika uśmiech.
    Przez chwile Wolfgang kręci się po pomieszczeniu i ogląda różne przedmioty, by następnie pojawić się przy kanapie z Irving w objęciach.
    — Musisz jej teraz koniecznie dotknąć — mówi przysiadając tuż obok Dimy, któremu wręcza kotkę.

    Wolfgang

    OdpowiedzUsuń