wild, young and free


Hogwart jest męczącą powinnością. Jest machaniem różdżką i wykrzykiwaniem zaklęć, które nigdy nie działają. Jest odwiedzinami w Hogsmeade, zakupami w Miodowym Królestwie, jest posiłkami w Wielkiej Sali w akompaniamencie głośnych śmiechów, jest quidditchem. Hogwart nie jest prawdziwym domem, ale jego dobrą imitacją. Jest ludźmi, uśmiechniętymi twarzami i zasadami. Jest zadaniami domowymi, egzaminami i demotywującą motywacją.
Szkoła to przede wszystkim praca. To dobra mina do złej gry. To udawanie, że potrafi się coś zrobić. To spacery po zamku nocą. To rozmowy ze skrzatami i podkradanie im łakoci. Nauka to katusze, ale rekompensują je psikusy, którymi można pomęczyć nauczycieli i innych uczniów. Hogwart to budzenie kolegów nocą i wmawianie im, że spóźnili się na owutemy. To miejsce dla takich dziwaków jak on.
Dziesięć miesięcy. Musi przeżyć tylko dziesięć miesięcy w zdecydowanie zbyt ciasnych murach z pozoru ogromnego zamku. Dziesięć miesięcy i może przesiąść się na wygodne siedzenia pociągu, albo za kółko ukochanego volkswagena ogórka. Może wcisnąć gaz do dechy i spoglądać na cały świat, który staje przed nim otworem. Ma drogę, a u boku ma brata, niezawodnego towarzysza, najwspanialszego powiernika, najlepszego przyjaciela.
Dziesięć miesięcy i może wrócić na stare śmieci. Może zobaczyć zniszczony domek ze skrzypiącymi deskami na werandzie i jezioro w lesie z liną powszechnie nazwaną tarzanem, dzięki której wykonuje się najlepsze skoki do wody. Może pograć z ojcem w szachy czarodziejów, choć nigdy nie potrafi usiedzieć do końca partii. Może otoczyć się dźwiękiem harmonijki dziadka i skwierczeniem smażonych na grillu kiełbasek. Dom. Brzmi, pachnie i wygląda tak pięknie.
Dwa miesiące wolności oznaczają podróże, oznaczają użeranie się z mamą, która trochę zbyt bardzo zafascynowała się magią, oznaczają oglądanie gwiazd z dachu ogórka i popijanie pędzonego przez dziadka bimbru w towarzystwie swojego lustrzanego odbicia. Oznaczają rowerowe wycieczki, spanie pod namiotem, albo pod gołym niebem. Oznaczają bieganie w polu pszenicy i podjęcie kolejnej próby budowy domku na drzewie. 
Dom to miłość. To uśmiech matki i zapach smażonych jajek. To dłoń zaciśnięta na aparacie i krążenie z nim po okolicy. Dom to kurze łapki w kącikach oczu dziadka. To poklepywanie po ramieniu przez ojca. Dom to miejsce, w którym ktoś o tobie myśli.

14 cali, dąb, włos z ogona testrala | martwe ciało brata bliźniaka | szop pracz
SamuelDouglas
Hufflepuff | VII | Pałkarz | Salem
POWIĄZANIA


13 komentarzy:

  1. [Wpadłam ci tylko życzyć powodzenia, hyhy. c: Aha, i jeszcze że zdjęcie ładne!]

    nie wiem jak się podpisać

    OdpowiedzUsuń
  2. [Nie wiem, czy wciąż uskuteczniasz taką narrację, ale... masz! :D]

    To jest ciężki poranek pod wieloma względami. Chociażby dlatego, że pierwszy raz od dwóch miesięcy przebywałem w tak gwarnym miejscu, jaką była Wielka Sala w poniedziałek z rana. Czuję się trochę, jak dzikie zwierzę puszczone samopas w gąszcz rozwiniętej cywilizacji. Poza tym… jestem zmęczony. Wróciłem do szkoły o niedorzecznej godzinie, a resztę nocy spędziłem na przewracaniu się z boku na bok i zadręczaniu się wizjami dnia następnego.

    Jak można się było spodziewać, gro znajomych zasypało mnie pytaniami w pokoju wspólnym jeszcze przed śniadeniem. Chcieli koniecznie wiedzieć, dlaczego zniknąłem tak nagle i co robiłem, jak mnie nie było. Pozwoliłem sobie zbyć ich dość obcesowo. Naprawdę ludzie wtykający nos w nieswoje sprawy zaczęli mnie ostatnio okropnie drażnić.

    W Wielkiej Sali siadam samotnie, w oddaleniu od większych skupisk Puchonów. Zajmuję się maltretowaniem jajecznicy widelcem i popijaniem soku dyniowego. Ciężko mi bezustannie wgapiać się tylko w swój talerz, więc w końcu omiatam wzrokiem salę, a potem zerkam po Puchonach, napotykając kilka ciekawskich spojrzeń. W tym też momencie rejestruję podchodzącego do stołu chłopaka, którego planowałem, jak dotąd, unikać do końca swojego marnego życia. Zdenerwowanie łapie mnie za gardło.

    Samuel.

    Świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że zachowałem się, jak ostatni dupek. W zasadzie brakuje mi racjonalnych argumentów, wyjaśniających moje haniebne zachowanie. Ale nie potrafię sobie wyobrazić, że podchodzę do niego i po prostu mówię ‘przepraszam’.

    Krótkie przekleństwo wyrywa się z moich ust, na co siedzące nieopodal trzecioklasistki reagują zduszonym okrzykiem oburzenia. Jednak ja postanawiam zająć się teraz ekspresowym pochłanianiem śniadania i udawaniem, że nie istnieję, niż dbaniem o delikatne uszy małolat.

    Cholera, nie jestem gotowy na tę konfrontację.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć, Lexiaku! Karta jak zawsze pięknie wygląda, ale kurde... Zawsze mnie oczy bolą po czytaniu takiego tekstu. No cóż, starość nie radość. Cześć ponownie, baw się dobrze i chodź. Może w końcu stworzymy coś razem? Może byśmy Sama i Hyuna wpakowali w jakąś lekką kłótnię odnośnie meczu? Ktoś z jednej drużyny, mógłby oskarżać kogoś z drugiej o jakieś oszustwo czy coś. A jakby się to rozwinęło... Hulaj dusza! To taki pomysł wiesz, na bardzo szybko. Oczywiście możemy pomyśleć nad czymś innym.]

    Hyun, Avalon i Lavena

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie podchodź, nie podchodź, nie podchodź…

    Cholera.

    Uparcie wpatruję się w talerz. Nieznacznie drgam na dźwięk jego głosu, za którym tęskniłem każdego dnia mojej nieobecności. Początkowo nie przejmuje się przekąsem ukrytym w krótkim powitaniu. Delektuję się dźwiękami.

    W końcu spoglądam na niego, przez krótką chwilę, żeby zaraz uciec wzrokiem w bok. Atmosfera zdaje się gęstnieć z każdą sekundą. W ustach mi zaschło, a w gardle mam wielką gulę, przez którą ciężko wykrztusić choćby słowo.

    W mojej głowie rozgrywa się nasza ostatnia rozmowa przed moim zniknięciem. Cała sytuacja jest jakby zamglona, ale pamiętam, że nie była do przyjazna pogawędka. Tuż po tym, jak moi rodzice dość bezpośrednio wyrazili swoje zdanie na temat moje związku z chłopakiem, pokłóciliśmy się z Samuelem dość zażarcie. Słowa, które wtedy padły, były chyba główną przyczyną, przez która nie dałem mu znać o moim wyjeździe. Poza tym miałem wciąż nad głową rodziców, którzy uparcie starali się mnie nawrócić na dobrą strone. Ciężko mi było się w tym odnaleźć, więc uznałem, że wolę trzymać Sama z daleka od całej tej chorej nagonki, choćbym miał się tym samym skazać na nienawiść z jego strony.

    Po dwóch tygodniach moje argumenty straciły na sile i sam już nie wiedziałem, czy dobrze robię, unikając kontaktu. Nie mogłem jednak nic zrobić, przykuty do szpitalnego łóżka i nadzorowany przez nader troskliwych opiekunów.

    Ten krótki moment, w którym spojrzałem w oczy Samuela, uświadomił mi, że powinienem był za wszelką cenę zrobić cokolwiek. Teraz jednak zdaje się, że jest za późno.

    Biorę krótki oddech. Przeczesuję dłonią nieułożone włosy (to chyba pierwszy raz, kiedy pozwalam światu ujrzeć się w takim stanie). Znowu koncentruję spojrzenie na Samuelu. Przybieram nieodgadnioną, obojętną minę i chowam głęboko wszystkie emocje, które przez chwilę tańczyły w moich oczach.

    - Cześć - odpowiadam krótko, okraszając powitanie wzruszeniem ramion. Czy to dobry sposób traktowania, by rozjuszyć Samuela ostatecznie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jestem wielkim fanem publicznych scen, więc w duchu czuję ulgę, że Samuel nie wyskoczył na dzień dobry z wygarnięciem mi wszystkiego, co poczyniłem nie tak, jak trzeba. Nie zmienia to faktu, że być może niewiele dzieli nas od wybuchu. Uważnie obserwuję Douglasa. Bardzo się stara nie okazywać emocji, ale niemalże fizycznie czuję na skórze emanujące od niego rozżalenie.

    Moje tłukące się w piersi serce zdaje się tylko przyspieszać swój rytm, ale na zewnątrz pozostaję, niczym marmurowy posąg, bez cienia uczuć. Oddycham spokojnie, jakbym oswoił się na nowo z obecnością Samuela, gdzie tak naprawdę jego bytność tak blisko i jednocześnie tak daleko pali mnie od wewnątrz.

    Nie powstrzymuję poirytowanego prychnięcia, kiedy z jego ust pada zdanie o odpoczywaniu. Rzeczywiście, moja bardziej niż zwykle pobladła skóra, lekkie cienie pod oczami i ogólne zmarnowanie są niezbitym dowodem na to, że dwa miesiące spędziłem, wylegując się na plaży w Saint-Tropez. Mam ochotę zdzielić go po głowie, choć chyba ja jestem tym, który bardziej zasługuje na ukaranie.

    - Jestem w miarę na bieżąco z teorią, bo dostawałem sowy ze szkoły, pozostaje mi tylko trochę pomachać różdżką, popłakać nad kociołkiem i jestem gotów na egzaminy - mówię, nim jeszcze dobrze zastanowię się nad sensem tego zdania. Tak, w zasadzie dyrekcja szkoły była moim jednym korespondentem w czasie mej nieobecności, choć i tak raczej leżało to w gestii moich rodziców. Mimo wszystko mam niejasne wrażenie, iż sam fakt, że miałem z kimś ze szkoły kontakt listowy, a z Samem się nie kontaktowałem, może stanowić idealny zapalnik dla bomby wiszącej w powietrzu między nami.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Pozwolę sobie wykorzystać odrobinkę drugiego bliźniaka. ;)]

    Przez moją twarz przemyka cień na widok tańczącej w oczach Samuela wściekłości. Jak zwykle musiałem palnąć coś od czapy. Przez chwilę przyglądam się chłopakowi, po czym spuszczam wzrok, nie mogąc znieść niemego oskarżenia. Powinienem coś powiedzieć, słowa cisną mi się na usta, ale, Merlin raczy wiedzieć, czemu, powstrzymuję je całą siłą woli.

    Śledzę spojrzeniem plecy Samuela, aż znikną za drzwiami Wielkiej Sali. Wtedy też podnoszę się ze swojego miejsca, zagarniam torbę z książkami i ruszam zdeterminowanym krokiem w ślad za Douglasem. Zdążyłem go poznać na tyle, aby wiedzieć, że skołatane nerwy koi gdzieś na świeżym powietrzu.

    Nie wiem, czy swój plan mam wypisany na twarzy, ale w drodze do wyjścia ktoś zastępuje mi drogę. Zadzieram nieznacznie głowę w górę i oto stoję oko w oko z wyraźnie złym bratem Samuela. Łapię się na tym, że szukam w jego twarzy podobieństw, które są tak oczywiste. Różnice są jednak o wiele bardziej wydatne, przynajmniej dla mnie, bo twarzy Samuela zdążyłem nauczyć się na pamięć.

    - Daj mu spokój - słyszę i reaguję na to przymrużeniem oczu. Bez słowa omijam Mickey’go i choć spodziewam się jakiegoś ataku od tyłu, to dzielnie nie zerkam przez ramię. Opuszczam Wielką Salę, nie oglądając się na boki. Jeszcze żadne śniadanie w Hogwarcie mnie tak psychicznie nie wymęczyło.

    Wychodzę z zamku prosto w ramiona rażących me oczy promieni słonecznych. Przysłaniając twarz ręką, rozglądam się wokół, szukając znajomej sylwetki. Mógłbym równie dobrze szukać igły w stogu siana. Nerwowym krokiem kieruję się w stronę jeziora.

    Kiedy docieram na miejsce, dostrzegam Samuela nieopodal, ale nie podchodzę do niego. Zachowując bezpieczny dystans, z którego mogę go swobodnie obserwować, siadam pod jakimś rozłożystym drzewem. Nie wiem, czy zorientował się, że przylazłem tutaj za nim. Prawdopodobnie to ostatnie, czego by sobie teraz życzył, ale ja nie byłem w stanie powstrzymać się przed przyjściem tutaj.

    Zdaje sobie sprawę z mojej obecności, czy nie, nie ma to znaczenia, bo nagłe kichnięcie zdecydowanie demaskuje moją pozycje. Cholerne pyłki.

    OdpowiedzUsuń
  7. [Już żem się martwiła! ;> Czekam w takim razie z tęskniącym Luczkiem. :3]

    OdpowiedzUsuń
  8. [A w ogóle to koniec roku się stał. ;o Co robimy z chłopakami? W sensie... hm, zastanawiałam się nad odmłodzeniem Luczka i zostawieniem go jeszcze na trochę w tej VII klasie, ale generalnie... I'll follow your steps. :3]

    OdpowiedzUsuń
  9. [Masz rację brzmi to kusząco. :D W takim razie wrzućmy ich do absolwentów, może w ciągu trwającego wątku urodzi nam się coś z tym związanego. :3]

    Nie potrafię zainteresować się otoczeniem. Mój wzrok nie odrywa się od Samuela ani na chwilę. Widzę, że on zręcznie omija moją osobę, jednak nie mogę się dziwić. Zasłużyłem na udawanie, że nie istnieję.

    Cała postura Douglasa jasno mówi mi, że jestem niepożądanym towarzystwem. W moich oczach błyska zwątpienie. Może rzeczywiście powinienem odejść, jak najdalej i pozwolić Samuelowi cieszyć się życiem i nadchodzącymi wakacjami. Pamiętam, jak, będąc w Hiszpanii u mojej babki, dyskutowaliśmy żywo o tym, gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić ten czas. Teraz te spontaniczne plany najpewniej rozsypały się w drobny mak. Czekał mnie powrót do domu, do rodziców, chcących kontrolować każdy mój krok. Nie mogłem wstąpić do żadnej profesjonalnej drużyny Quidditch i poświęcić się treningom, więc z pewnością zostanę pokierowany na jakąś prestiżową uczelnię wyższą, do której uczęszczanie nie da mi żadnej satysfakcji. Być może, gdyby Samuel tkwił u mego boku, ta wizja nie byłaby tak przerażająca. Na to przestawałem już jednak liczyć.

    Co mam mu powiedzieć? Prawdę? Prawda sprawia, że serce ciąży mi w klatce piersiowej, a przyszłość jawi się w czarnych wizjach. Zagryzam wargę, a chwilę później ponownie kicham. Gdzieś w oddali bije szkolny dzwon, zwiastujący początek zajęć. Powinienem zajmować teraz swoje miejsce na zajęciach z zaklęć. Nie ruszam się jednak z miejsca.

    W końcu jednak podnoszę swój tyłek z twardej ziemi i niepewnie zbliżam się do Douglasa, by opaść na trawę obok niego. Zachowuję pewną odległość, by uniknąć zetknięcia się naszych kolan.

    - Sam… - zaczynam bez grama pewności w głosie. Oddycham niespokojnie, spodziewając się natychmiastowego ataku z jego strony, krzyku, pretensji, złości. - Jeśli mam zniknąć z twojego życia definitywnie, zrobię to. Wystarczy jedno słowo. - Wpatruję się w przestrzeń, tafla jeziora marszczy się pod wpływem lekkiego wiatru, drzewa szumią spokojnie, a po niebie leniwie płyną różnokształtne obłoki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Z trudem przełykam gorycz, którą rodzą we mnie słowa wyrzucane przez Sama. Przenoszę wzrok na chłopaka. W moich oczach błyszczy żal i poczucie winy. Nie spodziewałam się, że wyląduję w takie sytuacji, gdyż poprzysięgałem sobie, że dam Douglasowi przestrzeń. Planowałem trzymać się na uboczu, dotrwać do egzaminów, z nadzieją, że może moje sprawy uczuciowe same się jakoś rozwiążą. Niestety każda kolejna sekunda siedzenia obok Samuela utwierdza mnie w przekonaniu, że nie jestem w stanie trzymać się od niego z daleka i dlatego też świadomość, jak bardzo go zraniłem, boli milion razy bardziej.

    Mogę właśnie w tej chwili wyrzucić z siebie wszystko. Wszystkie powody, obawy i utracone nadzieje. Wystarczy wziąć głęboki oddech i pozwolić słowom płynąć. Coś jednak skutecznie mnie blokuje. Może wspomnienie naszej ostatniej kłótni, może wisząca nad moją głową wizja wykluczenia z rodziny. Bezradność tli się w moich oczach, ale moja twarz pozostaje niewzruszona. Paraliżuje mnie myśl, że do wszystkich elementów mojego poukładanego życia, które w ostatnim czasie utraciłem, prawdopodobnie dołączy również Samuel.

    Jednocześnie czuję narastającą złość. Douglas naprawdę nie jest tutaj jedynym pokrzywdzonym przez los człowiekiem.

    - Myślisz, że to jest takie proste? Że specjalnie, z premedytacją zniknąłem bez słowa? - w moim głosie wyraźnie słychać gniew. Trudno mi nad sobą panować, gdyż ostatnie dni były dla mnie nieustanną walką z samym sobą. - Uważasz, że miałem, kurwa, wybór, czy do ciebie napisać, czy nie?!

    Podrywam się na równe nogi i zdenerwowany ruszam naprzód, docierając na granicę wody i lądu. Przykucam i zanurzam dłonie w kojąco chłodnej wodzie.

    [Co za drama. :D]

    Luczek

    OdpowiedzUsuń
  11. [Hm, no to dobrze się zastanówmy. :) Jak zrobimy z nich absolwentów, to zawsze trochę się to wszystko nam odsunie od głównej tematyki bloga, gdzieś tam sobie chłopaczki będą żyli z lekka na uboczu.]

    Uparcie wpatruję się w taflę wody, marszczoną falami powodowanymi ruchami moich dłoni. Słowa Samuela boleśnie obijają się o moją czaszkę. Ma rację. Ma cholerną rację. Jedyny sposób rozwiązywania konfliktów, jaki do tej pory między nami funkcjonował, to ignorowanie problemu do kulminacyjnego momentu wybuchu.

    Wzdycham cicho, wyjmuję ręce z wody i przeczesuję włosy wilgotnymi dłońmi. Przelotnie zerkam na Samuela. Przypadkowy dotyk na moment zaburza, po czym przyspiesza rytm mojego serca. W końcu opadam tyłkiem na trawę, przesuwając się tak, aby nie moczyć w jeziorze stóp obutych w trampki. Złość ulatuje ze mnie, niczym powietrze z przekłutego balonika. Zostaje tylko bezradność i obawa przed tym, jak rozwiąże się aktualna sytuacja.

    Po chwili namysłu wyciągam się na ziemi, ręce układając pod głową. Z cichą nadzieją, że leniwie płynące po niebie obłoki pomogą mi się skupić, staram się zebrać myśli.

    - O tym, że muszę wyjechać, dowiedziałem się ledwo co przed samą podróżą. To był pomysł moich rodziców, niewiele miałem do powiedzenia, poza tym wydawało mi się to pewną… szansą - zaczynam w końcu mówić. Bez większego zaangażowania, jakby martwym głosem, ale pozwalam sobie ulec namowom Samuela. Chyba nie jestem w stanie dusić tego w sobie ani minuty dłużej, a Douglas jest prawdopodobnie jedyna osobą, której mógłbym zaufać i zwierzyć się. Tak przynajmniej było, nim nasza relacja się, delikatnie mówiąc, rozchwiała.

    - Nie dałem ci znać… bo w gruncie rzeczy, to nie było nic pewnego. Poza tym moi rodzice… cóż, krótko mówiąc, w rozmowach z nimi wyszły kwestie ewentualnego wydziedziczenia mnie, jeśli się nie opanuję i nie znajdę ułożonej kandydatki na przyszłą małżonkę. - Uśmiecham się kwaśno. Jestem rozgoryczony i zawiedziony brakiem akceptacji ze strony moich krewnych, jednak już wtedy, po wizycie u babki, wiadome było, że wkraczam na wojenną ścieżkę.

    - Byłem też wciąż wściekły o tę naszą kłótnię - dodaję jeszcze po chwili i niepewnie spoglądam na Samuela. - Chciałem się więc odegrać, co z perspektywy czasu wydaje się być głupie i dziecinne…

    Odwracam wzrok, nieco zawstydzony. Czuję się jednak trochę lepiej, choć mam wrażenie, że odkryłem dopiero wierzchołek góry lodowej.

    Luczek

    OdpowiedzUsuń