Strach przed imieniem wzmaga strach przed samą rzeczą

Vladimir Karkarow
Urodzony w norweskim Kamøyvær, dnia dziesiątego grudnia roku dziewięć pięć, syn tego śmierciożercy. Wychowanek Domu Węża, któremu od zawsze towarzyszy sztywna, mierząca dwanaście cali różdżka z drzewa grabu, wzmocniona włóknem smoczego serca. Od ośmiu lat smokolog z powołania w Biurze Wyszukiwania i Oswajania Smoków, od lat trzech auror w Ministerstwie Magii. Niegdyś nauczyciel ONMS w Hogwarcie, który zrezygnował niby z woli własnej. Po roku nieobecności wrócił do Londynu. Animag.

Budzisz się w środku lata, otoczony chłodem północnej, norweskiej zimy, w której maleńkie płatki śniegu szczelnie otulają błyszczące szyby drewnianych okien; starych, jak stuletni dom, którego antyczna podłoga skrzeczy wraz z ciężkim krokiem nerwowego ojca. Gromki stukot czarnych buciorów pulsującym echem odbija się w twojej głowie – w towarzystwie pluszowego smoka, kurczowo zaciskasz dłonie na gładkiej gramaturze pożółkłej, miękkiej pościeli i zamykasz oczy wiedząc, że to ciemność jest tym, co cię ochroni. Pamiętasz? Uciekałeś do niej w każdym złym śnie. Obrałeś ją sobie jako błogi, cichutki azyl identycznie jak twój ojciec. Jak ten zapluty łachudra Igor, mający czelność chlapać o pobratymcach pod okiem surowego Wizengamotu. Przenikliwe, głośne kroki nadal nie dają ci spokoju, nawet pod aurą pokojowej ciemności; serce łomocze naładowane niezliczoną ilością brutalnego strachu, który usilnie stara się rozerwać ci to cholerne lewe płuco. Zdajesz sobie sprawę, że były więzień Azkabanu zmierza właśnie do ciebie i świadomość ta napędza cię zwykłym, błahym strachem, nad którym jeszcze nie panujesz. Jesteś jego synem, a lękasz się, tak, jak gdybyś miał się spotkać z tym, którego imienia nie wolno wymawiać – tak, dokładnie z tym, o którym tatuś opowiadał ci nim zacząłeś rozumieć, co to życie. Mamo - cichutko padło z twoich zaciśniętych, suchych ust, gdy podłoga ugięła się pod ciężarem przemierzającego bluźnierstwa. Ona jest bezpieczna, bo żyje twoim szczęściem i nadzieją, że zaczniesz dostrzegać światło i czerpać z niego energię; nie to co Igor. Ale nie martw się – on się boi bardziej niż ty. Wiesz dlaczego? Bo wie, że umiera; wie że go znajdą – już za chwilę ziści się sen Barty'ego Crouch Jr. Wąska struga światła rozświetliła twoją młodą, niewinną buźkę, a dźwięk skrzypiących drzwi ubrał twe delikatne, chłopięce ciało w masę rwących dreszczy – udajesz więc, że śpisz, bo tak jest prościej. Że nie czujesz, nie słyszysz i że nie widzisz, choć łapczywie próbujesz oddychać, zmagając się z siłą strachu, która skutecznie zaczyna tobą władać. Wijesz się w środku pod jej ciężarem nie rozumiejąc, że ojciec przyszedł się pożegnać. On cię nie kocha, nie łudź się – pokłada w tobie nadzieję, żebyś nigdy nie zawiódł ich tak, jak uczynił to sam. Teraz, choć nie możesz paść już ani w objęcia matki, ani w objęcia ojca, dobrze wiesz, że ich nie zawiodłeś. Jesteś człowiekiem dobrym, godnym zaufania i szczerym, więcej cech odziedziczyłeś bowiem po matce – altruizm i lojalność, a po ojcu jedynie zawziętość, która ostatecznie pozwoliła ci dojść aż tutaj. Nikogo nie udajesz i za wiele nie oczekujesz, bo sam nie wiele możesz już dać... Ale wciąż wierzysz w lepsze jutro. Ilekroć tylko zerkniesz w przeszłość.

1 komentarz:

  1. Dawna Abigail niespecjalnie umiała dać się porwać negatywnym emocjom, a po prawdzie nawet jeśli się na nie zdobywała, były one raczej płytkie — na tyle, by zupełnie o nich zapomnieć, gdy tylko jej myśli zajęły się czymś przyjemniejszym. Dlatego najczęściej, gdy stało przed nią trudne emocjonalnie zadanie, po prostu się poddawała, choć było to do niej zupełnie niepodobne. Pewne rzeczy przerastały ją aż za bardzo.
    Nie znosiła pożegnań, dlatego już tydzień po swym zniknięciu wysłała krótkie listy do przyjaciół i najbliższych jej osób w formie usprawiedliwienia. Pisała, by się nie martwili, że jest w dobrych rękach i że musi zniknąć na pewien czas, a gdy tylko wróci, odezwie się znowu. Wysyłała podobne liściki co jakiś czas, ale nigdy nie dostała odpowiedzi — nie dała im nawet możliwości, ukrywała miejsce swojego pobytu. Bała się, że gdy przeczyta ich słowa, to do nich wróci.
    A to mogło się skończyć w tragiczny sposób.
    Lawrence była jednak przywiązana do ludzi, których kochała. Dlatego też nierzadko kręciła się wokół domów swoich bliskich, spoglądała z daleka w okna i cieszyła się szczerymi uśmiechami na ich twarzach, słodkim dogadywankom czy czasem, który razem spędzali. Do Hogsmeade wracała często. Nie przyznałaby się oczywiście do podglądania kogokolwiek, ale chyba przez obserwowanie profesora Karkarowa czuła największy wstyd z możliwych... Ale w końcu mimo bycia jego uczennicą, była też jego przyjaciółką. Tłumaczyła się przed sobą, że chciała po prostu wiedzieć, czy u Vlada wszystko w porządku.
    Czasami siedział na ganku z książką, z wzrokiem utkwionym w dalekich polach, a wolumin z każdą kolejną minutą coraz bardziej zsuwał mu się z rąk, aż upadał na podest zupełnie niezauważony. Niektóre wieczory spędzał przy kominku z Faustem i Runą u swojego boku, i ze szklaneczką Ognistej w roli czwartego gościa. Wieczorami w weekend bywali w jego domu goście, czasem wychodzili dopiero nad ranem.
    Kilkakrotnie zdarzyło się, że Abi musiała czmychnąć przez spojrzeniem mężczyzny, schować się przed nim — robiła to, pomimo iż wiedziała, że niemożliwym było, by ją zobaczył, skrytą w ciemności pod czarnym płaszczem. Nie potrafiła wytrzymać jego spojrzenia.
    Tak jednak było kiedyś. Teraz Vladimir nie mieszkał już w wiosce, a Abigail nie odczuwała wyrzutów sumienia. Ale w końcu była w stanie spotkać się z kimś, na kim jej zależało, bez obawy, że po krótkim przywitaniu wyrządzi mu jakąkolwiek krzywdę. I na pierwsze ich spotkanie wybrała, o ironio, właśnie stary dom profesora, do którego wracał weekendami.
    Włamać się tam nie było trudno — w Hogsmeade było tak spokojnie, że niektórzy mieszkańcy zostawiali swoje domy otwarte przez całą noc, bez obaw o nocnych gości. Zdążyła wejść do kuchni w momencie, gdy drzwi frontowe się otworzyły, a mężczyzna wszedł do środka. Na początku nawet jej nie zauważył, gdy tak stała spokojnie oparta o blat kuchenny, z rękami założonymi na piersi, z lekkim uśmiechem na ustach.
    — Tęskniłeś? — zapytała, gdy spojrzał na nią z zaskoczeniem.

    [Boooooo <3 :D]

    OdpowiedzUsuń