Biały kruk

- człowiek o nietypowych dla danego społeczeństwa poglądach, sposobie życia, upodobaniach
Felix White
9 grudnia 2003 r. | półkrwi | Slytherin | VII klasa
11 cali, olcha, włókno ze smoczego serca, giętka | magia niewerbalna | klub pojedynków
patronus i animag - kruk | bogin - on sam zmieniający się z biegiem lat w swojego ojca

       Dzięki świadomości, że powstał z krwi mordercy, od początku swojego życia miał wrażenie, że czai się w nim zło, którego nigdy nie będzie w stanie pokonać. Pozwalał więc bezsilnie wypływać mu na zewnątrz i krzywdzić ludzi, którzy na to nie zasługiwali, zamiast wyładowywać się na tych, którzy byli za ten stan rzeczy odpowiedzialni. Wpoił sobie nikczemność, opryskliwość, a nawet gwałtowność, choć wcale nie odziedziczył ich po ojcu, człowieku podłym i pozbawionym wszelkich skrupułów. Izolował się od ludzi, by nie popełniać jego błędów, paradoksalnie wykorzystując w tym celu te same środki, co on. Myślał, że ucieka od pisanego mu losu, a cały czas podążał tą ścieżką z zawiązanymi oczami. Nigdy nie odwrócił się od matki, ale to w jaki sposób ją postrzegał - jako słabą i nieporadną mugolkę - sprawiał, że wcale nie różnił się od jej byłego męża, który między innymi z tych względów postanowił ją zostawić dla dużo młodszej, ładniejszej, a przede wszystkim bardziej utalentowanej kobiety, w dodatku czarownicy.
       Był pełen sprzeczności, które nie pozwalały mu normalnie żyć. Był białym krukiem. Był nieszczęśliwy, a na imię miał Felix.

172 komentarze:

  1. [Podoba mi się ta karta, ładnie napisana. Witam :)]

    Lou

    OdpowiedzUsuń
  2. [Felix mnie urzekł, świetny jest :3 I witam]

    Anthony.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Uroczy pan z tego Felixa. :)]

    Arielka

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Mam ta przyjemność przywitania kolejnego ślizgona półkrwi w naszych jak na razie skromnych progach ;) A więc witam się jak najładniej potrafię niestety na razie bez pomysłu za co przepraszam ale zostałam wyprana ze wszystkich pomysłów ]

    Angel

    OdpowiedzUsuń
  5. [Świetne zdjęcie, świetna karta, świetna postać. Witam ciepło na blogu. (: I zapraszam do wątku, jeśli jest chęć.]

    Ivy

    OdpowiedzUsuń
  6. [Może tego jej potrzeba! Żeby ktoś jej życia nauczył. Albo to jemu potrzeba kogoś weselszego w życiu.]

    Ivy

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Chcę wątku. Wiem, niegrzecznie tak zaczynać, ale po przeczytaniu karty to już nagląca potrzeba. Musisz mi wybaczyć!]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Taki zły, a jednocześnie strasznie smutny. Witam serdecznie, no i baw się dobrze ;3 ]

    Lauren

    OdpowiedzUsuń
  9. [Na wątki ja zawsze jestem za, a jeszcze jak zdjęcie i imię jest ładne to może nawte na jakieś powiązanie :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Masz szczęście, że jestem skarbnicą pomysłów odnośnie powiązań. Naprawdę, wszyscy mnie tu wykorzystują i za każdego odwalam brudną robotę ( w gruncie rzeczy to lubię to robić, ale trochę muszę ponarzekać), ale z chęcią poczytam o twoich obiekcjach, zarysach lub czymkolwiek innych. Wierzę, że jakieś masz.]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Hmmm... Wspólne lata dzieciństwa? Albo... Coś z krukiem? Bo to w sumie też patronus Martine, więc nie wiem, może coś na zasadzie jak miał Snape z Lily? Że czuł do niej taką więź i tak ją kochał, że jego patronus przyjął formę jej patronusa? Albo z jej ohydnym, okropnym, złowieszczym kotem? Albo z rodzicami, bo tak jak on nie chce zmienić się w swojego ojca, tak ona nienawidzi swoich rodziców za to, że są na tyle popularni, że mogą kontrolować ją na każdym kroku? Ogółem to poszłabym w stronę przyjaźni, ewentualnie jakieś friendzone, bo love stroy już mam :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  12. [Dzień dobry, dziękuję bardzo. :)
    Ja za to muszę napisać, że bardzo podoba mi się zarówno sam Felix, jak i jego karta. :)]

    Rose W.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Mi jak najbardziej to pasuje :) Tym love story to się tak nie przejmujmy i po prostu prowadźmy normalnie wątek, bez większego zwracania na nie uwagi :) To w takim razie proponowałabym zamknąć ich gdzieś razem, co by Felix nie miał drogi ucieczki przed rozmową z Martine :) Mogliby zostać przypadkowo zamknięci w jakiejś sali po zajęciach. Różdżki byłyby... no powiedzmy jakimś cudem by ich nie mieli, albo zwykła Alohomora by nie działała :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Lubię pomieszane wątki i powiązania, więc czemu by nie spróbować. Możemy założyć, że jak Lauren była jeszcze w drugiej klasie, mogła być jedną z licznie wybranych ofiar na robienie zadań domowych dla starszych ślizgonów. Dopiero, gdy wyćwiczyła język i różdżkę zaczęła się stawiać. Teraz uczęszczają razem do Klubu Pojedynków. To właśnie tak mogłybyśmy zająć się wątkiem. Jakieś dogryzanie, zakończone niegroźną walką, która jeszcze podsyci konflikt.]

    Lauren

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Po głębokim namyśle stwierdziłam, że możemy spróbować pójść w stronę czegoś na pozór zwyczajnego.
    Luke nigdy nie utrzymywał bliższych relacji z wychowankami Salazara, nie odczuwał potrzeby zanurzania się w tym bagnie pełnym wyrachowanych egoistów. Jednak załóżmy, że pewnego pięknego dnia zamienił jakieś przypadkowego słowo z twoim chłopcem i wtedy dostrzegł, że może nie powinien pochopnie oceniać ludzi, ograniczając ich swoimi osądami. Od tego momentu próbował zbliżyć się do chłopaka, poznać go i dostrzec w nim coś więcej. Mógł być odpychany w taki sposób, by ostatecznie się zniechęcić, bo przecież tak wypada i to wydaje się najwłaściwsze. To byłaby taka łącząca ich relacja, marne próby lukowego, aby połączyło ich chociażby koleżeństwo.
    Zacząć możemy od momentu, który jest ostatecznym wysiłkiem platyna w zrobieniu czegokolwiek. Mianowicie, zaprosił go na koncert w Pokoju Życzeń, wysyłając mu liścik z odpowiednimi wytycznymi odnośnie wyobrażenia sobie tego miejsca. I niech Felix przyjdzie. Zmęczony tym wszystkim, chcący powiedzieć mu coś w stylu : spadaj, nie chce mi się nawet na ciebie patrzeć, ale w chwili, kiedy wejdzie do PŻ, Luke byłby w trakcie gry na tym swoim ukochanym fortepianie. Nie wiem, jaka jest wrażliwość muzyczna twojego Ślizgona, ale kruczek jest bardzo utalentowany i niewielu pozostaje niewzruszonymi. Więc wypadałoby, aby trochę zmiękł i dalej możemy nakierować to w sytuację, gdy zadane zostaje pytanie po co to wszystko, jakie to ma znaczenie, by zobaczyć w Felixie kogoś, kim prawdopodobnie nie jest.]

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dzień dobry i dziękuję bardzo :) Smutna ta twoja postać i dość trudny charakter ma, aczkolwiek i tak zaproponuję wątek, bo do takich postaci mnie i Annę ciągnie. Jakieś pomysły na powiązanie czy będziemy myśleć jak zacząć ich znajomość?]

    Annabelle

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cześć, cześć. Dzięki za powitanie. I tak spytam: czy jest chęć na jakiś wątek z Cece?]

    Cecilia

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Dobry dzień dobry!
    Pewnego dnia Winona stwierdziła, że dzisiaj nie pójdzie na eliksiry. Ta sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie – nie jakoś zaskakująco wiele razy, ale wystarczająco, aby profesor zauważył nieobecność jednej z uczennic, a więc, naturalnie, nie mógł przejść koło tego obojętnie. Trudno mu było jednak porozmawiać z Cheverell, bo nigdzie nie mógł jej znaleźć.
    Kiedy Winona dostrzegła tego nauczyciela na korytarzu, chciała pozostać niezauważoną. To jednak było o tyle trudne, że weszła w jakiś ślepy zaułek i praktycznie nie miała możliwości ucieczki, aż tu wtem!, pojawił się Felix. Z karty wynika, że White nie jest człowiekiem z sercem na dłoni, ale może mógłby kątem ust wymamrotać w kierunku Winony hasło, na które otwierał się jakiś portret, kryjący za sobą skrót. Dziewczyna skwapliwie skorzystałaby z tego, przeszłaby przez skrót i… wypadła tuż pod nogami profesora od eliksirów.
    To, czy Felix chciał się wyzłośliwić, czy też miał akurat dzień dobroci i rzeczywiście chciał pomóc, a że wyszło tak niefortunnie, to nie jego już wina – to pozostawiam tobie. W gruncie rzeczy to, co wybierzesz, nie jest zbyt istotne, ponieważ Cheverell nie zna motywów White’a, a więc będzie na niego zła, bardzo zła.

    Dyrekcja zaprosi jakiegoś aurora, który urządzi wykład w Wielkiej Sali, na który każdy uczeń będzie musiał przyjść. Właśnie wtedy Winona odnajdzie wzrokiem Feliksa i zacznie przepychać się poprzez tłum, żeby do niego dotrzeć. Jak można się domyślić, zamierzeniem Gryfonki jest zasypanie chłopaka serią zarzutów i tak dalej. Jako że Winona osobą jest wybuchową, to pewnie zacznie pokrzykiwać na White’a zbyt głośno.
    Tymczasem auror nie chciał prowadzić tylko wykładu, więc wymyślił pewną zabawę dla uczniów. Otóż – za zgodą dyrekcji – odpowiednio przygotował jedną z hogwarckich komnat, w której zamknie na jakiś czas (godzinę? Dwie?) dwójkę ochotników. Ich zadaniem będzie wymyślenie czegoś, co umożliwiłoby im wyjście z sali przed upływem wyznaczonego czasu.
    Jednak auror trochę się przeliczył, ponieważ żaden uczeń nie kwapił się do zgłoszenia. Mężczyzna był już całkiem zrezygnowany, kiedy ujrzał pewnych żywiołowo zachowujących się uczniów. Uznał, że ta dwójka zgłasza się na ochotników. I tak Winona z Feliksem zostali wrobieni w uczestnictwo w jakiejś głupiej grze.
    Co ty na to? ]

    Winona Cheverell

    OdpowiedzUsuń
  19. [Przepraszam za zastój! Miałam trochę na głowie i nie zaglądałam tutaj.
    Jak najbardziej - Ivy kocha zwierzęta nawet bardziej niż innych ludzi, więc pewnie i z nimi rozmawia, gdy nikt nie patrzy.]

    Ivy

    OdpowiedzUsuń
  20. [ To już jak ci wygodniej. Myślałam, żeby zacząć od Wielkiej Sali, ale jeśli wolisz od razu przejść do tej komnaty, nie ma problemu. ]

    Winona Cheverell

    OdpowiedzUsuń
  21. [A jaki to miałby być eliksir? Z kanonu pamiętam warzenie Felix Felicis na lekcji, ale możemy pójść nieco dalej. Właściwie w nieco zabawniejszą, jak dla mnie, stronę. Może Eliksir Euforii? Ma ciekawe skutki uboczne, które mogłyby się u kogoś pojawić. Tylko, żeby owe skutki się pojawiły, ktoś musiałby albo spróbować, albo po prostu nawdychać się oparów. Ponoć ten eliksir miał dosyć silne działanie. Samo bieganie za wskazówkami także jest dobrym pomysłem, nawet jeśli będą one rymowankami, choć akurat w ich układaniu nie jestem dobra. :<]

    Cece

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Nie mam czego wybaczać, uwierz.]

    Luke chciał być dobrym człowiekiem. Pomagać w potrzebie, wysłuchiwać zmartwień i zawsze znaleźć lekarstwo na najbardziej przejmujące cierpienie. Chciał być kimś lepszym niż dotychczas, kimś, kto nie niszczy cudzych marzeń i gna przed siebie z radosnym uśmiechem na twarzy. Może gdyby nie żył w świecie kolorowych złudzeń, wiedziałby, że nie ma ludzi dobrych. Że nie ma ludzi złych. Wszyscy jesteśmy bowiem zawieszeni gdzieś pomiędzy, niezdecydowani, w którą stronę ruszyć, by nie stracić gruntu pod nogami.

    Ale on tak usilnie pragnął stać się zbawicielem nieszczęśliwych dusz.

    I kiedy całkowicie stracił nadzieję na uratowanie cywilizacji, napotkał na swojej drodze Felixa. Ominął go w pośpiechu, ale potem spojrzał za siebie raz i jeszcze raz, a potem kolejny i wtedy właśnie zrozumiał, że odnalazł kogoś, kogo mógłby obdarzyć zrozumieniem. A chociaż tak usilnie próbował, on był głuchy na jego wołania i nie pozwolił zbliżyć się mu na krok. Odsuwał się i uciekał, jakby nie było nic gorszego niż czyjaś troska i odrobina współczucia.
    Krukon więc wodził za nim zmartwionym wzrokiem, maniakalnie pisał wiersze i rwał pergamin na drobne kawałeczki, byleby tylko nie rozpaść się w spazmie przenikliwej rozpaczy. Wieczorami rzucał się na łóżko w teatralnym geście, a jego współlokatorzy ze zdumieniem obserwowali jego poczynania, nie wypowiadając jednak nawet słowa protestu. Bo był zbyt im znany i ostatecznie zostali zmuszeni do zaakceptowania faktu, że spogląda na świat w ten szalony sposób, który podważa istnienie jakichkolwiek zasad i pozorów.

    Najpierw usłyszał jego kroki, potem kątem oka dostrzegł ciemny kształt, który niezdecydowanie poruszył się do przodu i niezłomnie stanął w miejscu. Szanse na przyjście chłopaka były praktycznie minimalne, więc szybki uśmiech przemknął przez twarz platyna, gdy minęła sekunda, a potem dwie i wciąż czuł gdzieś za sobą jego obecność.
    Zaczął grać swoją ulubioną sonatę, jeden z tych ponuro pięknych utworów, które prosty człowiek określa mianem poruszających. Miał palce stworzone idealnie do gry, długie i kościste, które właśnie w tym momencie z gracją poruszały się po klawiszach, przenosząc ich do innego wymiaru. Gra całkowicie nim zawładnęła. Tak bardzo, że prawie zapomniał, iż nie jest tu sam i muzyka może być tylko podkładem w starciu głównych bohaterów.

    - Cieszę się, że przyszedłeś - powiedział szczerze, nie przerywając gry, ale w skupieniu ważąc każde wypowiedziane słowo - to miłe zaskoczenie, biorąc pod uwagę fakt, jak szerokim łukiem dotąd mnie omijałeś.

    Ciemny sufit, ciemna podłoga i biel fortepianu. Masa świec, dających przytłumione światło i tysiące luster, po których przemykały ich odbicia. Pokój Życzeń był miejscem, w którym faktycznie spełniały się życzenia.

    OdpowiedzUsuń
  23. [ Zobaczywszy wiadomość na shoutboksie, przyszłam zgłosić, że miałeś mi zacząć wątek. :> ]

    Winona Cheverell

    OdpowiedzUsuń
  24. [Ivy się, co prawda, pozbyłam, ale Twój pomysł do Lizzie pasuje nawet bardziej, więc jeśli nadal masz chęć na wątek to tylko daj znać, a zacznę. :)]

    Lizzie

    OdpowiedzUsuń
  25. [Świetnie! Zacznę jutro lub najpóźniej w sobotę. I tylko jedno pytanie - od jakiego momentu zacząć? ;>]

    Lizzie

    OdpowiedzUsuń
  26. Martine zawsze musiała coś zniszczyć. Była jak tornado, które niszczyło wszystko na swojej drodze. W tym wszystkie swoje przyjaźnie, miłości… Nie była złym człowiekiem. Była po prostu niedoświadczona w takich związkach. Kiedy poznała Felixa, myślała że będzie inaczej. Że już zawsze będą przyjaciółmi, że nic ich nie rozdzieli, a już na pewno nie ona. I znowu zawiodła samą siebie.
    Spędziła noce i dnie nad rozmyślaniem co robiła źle. Obwiniała matkę, która była wilą. Nienawidziła jej za to do tego stopnia, że nie potrafiła spojrzeć jej prosto w oczy. Kiedy wracała do domu na święta lub wakacje starła się jakoś ocieplać ich stosunki, jednak potem wszystko znowu się psuło. W sumie to nie przez Martine. Jej matka ograniczała ją zawsze. Przy każdej nadażonej okazji dawała jej do zrozumienia, że nigdy nie będzie mieć pełnej kontroli nad swoim życiem. Miała już wybraną pracę, małżonek był już planowany. Życie jej przyjaciół było jej życiem, bo swojego nigdy nie miała i nie będzie mieć. Właśnie dlatego tak ubolewała nad tym, że Felix przestał się do niej odzywać.
    Spotykała go codziennie. Prawie wszystkie lekcje mieli razem. Nie mogli się wiecznie unikać, a już na pewno nie na zajęciach. Martine usiadła w bocznym rzędzie, wyjęła swój notatnik i zaczęła kreślić różne kształty, czekając na rozpoczęcie lekcji. Kiedy nauczyciel wszedł do Sali zamknęła i odłożyła zeszyt, a wyjęła różdżkę. Zaklęcia nie były jej ulubioną lekcją, jednak wolała pracować przez połowę lekcję, żeby móc resztę przesiedzieć. Po kilku próbach nowego zaklęcia w końcu wszystko zaczęło jej się udawać. Wypróbowała je jeszcze kilka razy przed nauczycielem, a kiedy tylko odszedł od jej ławki wyjęła spowrotem notatnik. Do końca lekcji czuła jak na sobie czyjś wzrok, jednak położona w niezbyt dobrym miejscu nie mogła nawet się odwrócić, żeby zobaczyć kim jest owa osoba.
    Kiedy w końcu nadszedł koniec lekcji, Martine powolnie wpakowywała rzeczy do torby. Nie lubiła pchać się do wejścia. Wolała zaczekać aż wszyscy wyjdą i dopiero wtedy, tuż za nauczycielem wyśliznąć się niezauważenie. Wszyscy już dawno temu wyszli. Została już tylko ona, Felix i… No właśnie tylko oni. Martine ruszyła szybciej do wyjścia. Drzwi były zamknięte. Ślizgonka mimo to podeszła do nich i je pchnęła, jednak one nie ustąpiły. Martine rozejrzała się po klasie. No tak. Nauczyciel już wyszedł i ich zamknął. Samych. Tych którzy nie rozmawiali ze sobą od miesięcy. Przez nią. A mogło być inaczej.
    Martine spróbowała jeszcze raz otworzyć drzwi, jednak te nie dawały oporu. Prychnęła pod nosem i zaczęła zwyzywać nauczyciela.
    - Niedorozwój… Na gwiazdkę powinien dostać okulary… - Wyciągnęła różdżkę i machnęła nią – Alohomora! - Nic się nie stało, a drzwi dalej nie ustępowały. Martine gotowała się ze złości.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  27. - Ależ ja wcale nie chcę być twoim przyjacielem - odparł już mniej radośnie, ale uśmiech na jego twarzy wydawał się być nieścieralny i przytwierdzony na stałe - nie potrzebuję przyjaciół takich jak ty.

    Ton jego głosu w zadziwiający sposób kontrastował z wypowiedzianymi słowami, zamieniając je w stwierdzenie oczywistego faktu, a nie złośliwość rzuconą w przestrzeń. Luke nie potrafił krzywdzić. Nie umiał posunąć się do ostateczności, zaatakować od tyłu i patrzeć na czyjeś cierpienie. Bo ból istnień dookoła niego wibrował w powietrzu i uderzał w niego z zadziwiającą mocą, zginając go wpół.
    Gdy skończył utwór, obrócił się w stronę chłopaka i przeczesał palcami roztrzepane włosy. Miał bladą, zmęczoną twarz i sine kręgi pod oczami, jakby nie spał przez co najmniej trzy dni, nagląco potrzebując odpoczynku. Poczuł na sobie spojrzenie Ślizgona, więc odnalazł jego wzrok i przez moment toczyli niemą bitwę, równocześnie kapitulując i godząc się z klęską.

    Ludzi można podzielić na trzy grupy. Prostaków, naiwniaków i wielkich myślicieli. Właściwie, ludzi można podzielić na tysiące grup i podgrup, ale zawsze znajdzie się człowiek, który nie będzie pasował do żadnego przydziału. I taki właśnie był Felix. Niepasujący.

    - Jesteś pewien, że nie wiesz, dlaczego tu jesteś?

    Posłał mu jeden z tych zagadkowych uśmiechów, które wywołują torsje i chęć mordu. Bawił się nim. Prowokował. Jaki cudem to on miał przewagę? Jakim cudem ktoś tak słaby, dziś górował nad wcieleniem siły? Chciało mu się śmiać, ale tylko wstał i zbliżył się do niego nieznacznie, w skupieniu przecierając błękitne oczy.

    - Zgaduj, Felixie - powiedział cicho, przypatrując mu się z wielką powagą .

    Wierzę, że zgadniesz.

    OdpowiedzUsuń
  28. [To jak to jest z podobieństwami? Odpychają się czy przyciągają? :>]
    Morgana H.

    OdpowiedzUsuń
  29. [W porządku, więc na mnie spada zaczęcie. Zrobię to dziś wieczorem. Spróbuję ze średnią długością. Oczekuj!]

    Cecilia

    OdpowiedzUsuń
  30. [Co ty na to, aby Felix przez to, że był w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, stał się uboczną "ofiarą" Morgany? Jakieś zaklęcie, które minęło właściwy cel o kilka centymetrów i ugodziło w Felixa, bądź cios łokciem w nos, kiedy chłopak starał się spokojnie ominąć jakąś bójkę na korytarzu?]
    Morgana H.

    OdpowiedzUsuń
  31. [ Dzięki za rozpoczęcie. Zmieniłam postać i naturalne jest to, że Winona różniła się od June, a więc ich reakcje byłyby inne, ale jako że na wątek nie odpisałam, nie zdążyłam przedstawić zachowania Winony. A sam pomysł jest taki, że pasuje też do June, więc... Jeśli wciąż jesteś zainteresowany wątkiem, to z przyjemnością odpiszę na twój komentarz. ;> ]

    June Earnshaw

    OdpowiedzUsuń
  32. Nie była fanką wyjść do Hogsmeade. Nie miała nic przeciwko samej wiosce, ale gdy wychodziło do niej trzy czwarte uczniów Hogwartu, robiło się trochę tłoczno, głośno i... ogólnie nieprzyjemnie. Tego nie lubiła. Wybierała się tam czasami, nawet rzadziej niż czasami, w końcu nie każde zapasy mogła uzupełnić, składając zamówienia listownie. Zdecydowanie częściej jednak wybierała spędzenie dnia w szkole. I nie żałowała, bo gdy większość wychodziła, Hogwart stawał się przyjemnie pusty. Nie przeszkadzali jej pierwszo- i drugoroczni, którzy wioski odwiedzać nie mogli. Może i robili trochę hałasu, ale nikt z nich nie zakłócał spokoju Lizzie i jej przestrzeni osobistej. Nieliczne jednostki z wyższych klas rozpierzchały się po całym zamku, a Hughes miała chwile dla siebie. A to lubiła najbardziej.
    Niemal puste błonia były tym, co lubiła najbardziej. Nikt nie plątał jej się pod nogami, nikt niczego od niej nie chciał, nikt nie próbował na siłę dotrzymać jej towarzystwa. Dwóch pierwszorocznych Gryfonów biegało chwilę wokół niej, pytając o różne, dziwne rzeczy, ale odpuścili, widząc kompletne niezainteresowanie starszej koleżanki. Nie miała nic do młodszych uczniów, wręcz przeciwnie, była raczej z tych pomocnych siódmoklasistów, którzy ocierają łzy dręczonym maluchom i pomagają im w lekcjach, ale tego dnia pierwszy raz od dawna miała tyle czasu dla siebie. Specjalnie zeszłego wieczora spędziła kilka godzin w bibliotece, pisząc wypracowania i przygotowując się na przyszłotygodniowe zajęcia, by sobotę mieć całkowicie wolną. I udało się.
    Snuła się chwilę w okolicach szklarni, odwiedziła okolice chatki gajowego, trochę bawiła się z jego psem, aż wreszcie doszła do pobliskiego jeziora, które było chyba jej ulubionym miejscem. Brzeg był delikatnie zamarznięty, wciąż jednak było zbyt ciepło, by pokryła je grubsza warstwa lodu. Lizzie przystanęła, opierając się o jedno z przybrzeżnych drzew i odetchnęła głęboko mroźnym, zimowym powietrze. Przymknęła oczy i zatopiła się we własnych myślach, dała im płynąć, dała się ponieść i niemal kompletnie straciła kontakt z rzeczywistością. To były jej ulubione momenty. Takie chwile mogła chyba nazywać szczęściem.
    Na ziemię ściągnęło ją dopiero krakanie. Otworzyła oczy, uśmiechając się lekko, gdy zauważyła znajomego, dużego kruka na gałęzi tuż obok swojej głowy. Wyciągnęła rękę, gładząc delikatnie gładkie piórka na jego boku.
    Lizzie zawsze miała lepszy kontakt ze zwierzętami niż z ludźmi. Miała do nich rękę, od dzieciństwa znosiła najróżniejsze zwierzaki do domu i oswajała je, przyprawiając rodziców o białą gorączkę. Były żaby, psy, koty, kiedyś próbowała nawet udomowić jelenia, ale ojciec wybił jej to z głowy. Jak każdy, czuła czasami potrzebę wygadania się, wyrzucenia czegoś, co ją dręczyło. Nie znała żadnej osoby, której mogła w stu procentach zaufać. Nie była to pewnie wina ludzi, tylko niej samej i jej wrodzonej podejrzliwości. Ze zwierzętami było jednak inaczej.
    Tego kruka spotkała po raz pierwszy jeszcze przed zakończeniem poprzedniej klasy. Był odrobinę większy niż reszta tych ptaków, poza tym dziwnie... rozumny. Lizzie, co było dziwne nawet jak na nią, a była przyjaciółką wszystkich zwierząt, miała wrażenie, że on naprawdę na nią patrzy, słucha i rozumie. Więc mówiła. Pojawiał się raz, drugi, trzeci, a Lizzie opowiadała o swoim ojcu, matce, dzieciństwie, marzeniach, nawet tych skrywanych naprawdę głęboko. Wspominała o swoich obawach i wątpliwościach, co do własnej przyszłości, o dziwnym przywiązaniu do zielnika i o podróży, którą chce odbyć po Owutemach. O powodach, dla których chce ją odbyć.
    Nie potrafiła otworzyć się przed drugim człowiekiem, ale wyrzucenie z siebie tego wszystkiego, nawet przed krukiem, było jakąś ulgą.
    - Cześć, kolego. - powiedziała cicho, przejeżdżając palcem po czubku jego łebka. Zabrała dłoń i splotła dłonie na piersiach. - Zima idzie. Jak sobie radzisz zimą? Mam nadzieję, że dobrze. - mruknęła, zastanawiając się, czy całkiem nie postradała już zmysłów.

    Lizzie

    OdpowiedzUsuń
  33. [To ja mam zacząć z akcją z zaklęciem czy ty już z mszczeniem? :>]
    Morgana H.

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, chociaż zgodnie z poleceniami matki, zanim zdecydowała się na jakikolwiek ruch, spokojnie odliczała w myślach do dziesięciu; z każdą jednak cyfrą, kiedy odliczanie dobiegało końca, jej gniew narastał. Przypuszczała jednak, że nikogo nie zadowoliłoby takie usprawiedliwienie. Nie zwykła zresztą do tłumaczenia się, chociaż powinna zacząć się nad tym zastanawiać, sama bowiem zauważyła, że te wybuchy złości, które niegdyś były jedynie sporadycznie, coraz częściej się powtarzały. Dochodziło obecnie do sytuacji, że nie potrafiąc poradzić sobie z falą emocji, która ją zalewała, zawsze wyjścia z sytuacji szukała w bójce. Chociaż sama była przerażona całą tą otoczką, nigdy głośno nie przyznałaby się przed kimkolwiek, że ma problemy z gniewem.
    Zabawne w tej całej sytuacji było to, że chcąc zaprzeczyć zarzutom jej stawianym przez jedną z Gryfonek, jakoby była istnym zwierzęciem, które potrafi sobie radzić jedynie za pomocą agresji, znowu sięgała po ten sam sposób wyładowania swoich emocji: kłótnię. Ktoś zarzucał jej, że za łatwo wyprowadzić ją z równowagi, ona się wściekała, nie potrafiąc udowodnić że tak nie jest (chociaż wiedziała, że właśnie TAK JEST), po czym wszystko zataczało błędny krąg.
    Morgana nie przewidywała, że Gryfonka jest tak zwinna. Kiedy dziewczyna tylko zauważyła wyciągniętą w swoją stronę różdżkę, uchyliła się, a zaklęcie przemknęło zaledwie kilka centymetrów od jej ramienia i ugodziło przemykającego obok Ślizgona. Nagle zrobiło się jeszcze większe zamieszanie niż wcześniej, ludzie zaczęli tłoczyć się wokół powalonego Expulso chłopaka.
    Nie wiedziała, co się właśnie stało. Zanim wszystko do niej dotarło, zanim zdążyła ułożyć wszystkie puzzle w głowie, minęło dobre kilka sekund. Stała jak zdrętwiała, przyglądając się tłumowi, nie wiedząc co ma teraz zrobić. Instynkt podpowiadał jej, aby obrócić się na pięcie i jak najszybciej zniknąć z miejsca zdarzenia, miała jednak w sobie tyle przyzwoitości, aby oprzeć się przemożnemu pragnieniu ucieczki. Zamiast tego, kiedy w końcu zdecydowała się działać, przedarła się przez wianuszek osób, które nachylały się nad Ślizgonem i przyklęknęła przy nim.
    — O mój Boże. Strasznie przepraszam — wymamrotała w końcu, dotykając delikatnie ramienia swojej ofiary, zastanawiając się czy podciągnąć go nieco, aby wstał z podłogi, czy raczej czekać aż sam wyrazi taką chęć. — Naprawdę nie chciałam — dodała, co było zresztą zgodne z prawdą. Tylko nielicznym zdarzały się takie przypadki, a ona zadziwiająco często okazywała się jedną z nich.

    Morgana H.

    OdpowiedzUsuń
  35. [Z góry przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ale przez jakiś czas byłam na urlopie i dopiero teraz mam chwilę czasu na odpisy. :)

    Niezbyt miła relacja jest jak najbardziej mile widziana. Co prawda, Rose nie stara się nie wojować ze Ślizgonami, ale jakiś wyjątek musi być. :D ]

    Rose W.

    OdpowiedzUsuń
  36. Lizzie przyglądała się przez chwilę swojemu ptasiemu przyjacielowi. Nie wiedziała, co tak mąci jej w zmysłach, może samotność, ale miała wrażenie, że i on przygląda jej się jak najbardziej rozumnie. Nie raz marzyła, że któryś z jej zwierzęcych znajomych przemówi ludzkim głosem. Po co? Nie miała pojęcia. Oczekiwała rady, pocieszenia? A może chciała po prostu usłyszeć czyjś głos? Poczuć, że kogoś obchodzi to, co ona mówi, co się z nią dzieje? Lizzie pełna była sprzeczności. Często chciała i nie chciała czegoś jednocześnie i nie wiedziała, jak z tym walczyć.
    - Mieszkam tam. - powiedziała, wskazując palcem na majaczącą w oddali wieżę Krukonów. Zerknęła na kruka. - Jakbyś był zimą głodny, znajdź mnie, zastukaj w okienko to coś ci dam. - dodała, uśmiechając się. Uśmiech jednak szybko jej zbladł. Westchnęła ciężko, pochylając się do przodu i chowając twarz w dłoniach. - Zachowuję się jak wariatka... - mruknęła, ni to do siebie, ni to do ptaka, kręcąc głową zrezygnowana. Oderwała się od drzewa, prostując się. - Czasami mam już wszystkiego dość, wiesz? Po prostu dość. - szepnęła, drapiąc go jeszcze pod szyi. Uśmiechnęła się smutno i owinęła mocniej kurtką. - Trzymaj się, kolego. - dodała, odwróciła się i odeszła szybko w stronę zamku.
    Musiała się chyba poważnie nad sobą zastanowić, bo jeszcze chwila, a zamiast odbyć podróż życia, skończy w wariatkowie.
    Starała się nie myśleć ani o kruku, ani o innych zwierzętach, z którymi kiedykolwiek rozmawiała. Resztę dnia spędziła w bibliotece, ślęcząc nad wypracowaniem na eliksiry i nic nie zapowiadało tego, co wydarzyło się wieczorem.
    Najpierw zauważyła dziwne spojrzenia dwóch Ślizgonów, stojących przy jednym z regałów, gdy opuszczała bibliotekę. Chichotali, przyglądając się jej i rozmawiając o czymś z rozbawieniem. Zignorowała to po dłuższej chwili – w końcu to Ślizgoni. W wejściu jednak minęła Ślizgonkę, mruczącą pod nosem rozbawione Wariatka. To zaalarmowało Lizzie.
    Starając się nie rozmyślać nad tym zbyt wiele, poszła na kolację. Uświadomiła ją dopiero jedna z jej współlokatorek, która prosto z mostu zapytała, czy to prawda, że Lizzie rozmawia ze zwierzętami.
    Nie odpowiedziała. Zostawiła niedojedzone kanapki, po prostu wstała i wyszła z Wielkiej Sali, zaciskając pięści i wyklinając w myślach na całą ludzkość.
    Przez cały kolejny dzień usłyszała kilka docinków, jakieś żarty, widziała rozbawione spojrzenia, które jej posyłano. Byli to głównie Ślizgoni i Lizzie nie miała pojęcia, skąd o wszystkim wiedzą.
    Aż do wieczora.
    Szła nad jezioro, chcąc skryć się przed ludźmi, przed światem... Chciała porozmawiać? Z krukiem? Czy to naprawdę było takie dziwne? Przecież ona nie oczekiwała odpowiedzi, wiedziała, że zwierzę jej nie odpowie. Ona po prostu mówiła. Czy to robiło z niej wariatkę?
    Dostrzegła kruka, siedzącego na tej samej gałęzi co wcześniej. Przyspieszyła, w pewnej chwili jednak zatrzymała się gwałtownie, widząc, co się dzieje.
    To nie był kruk. To był animag.
    Lizzie zagotowała się. Przez cały ten czas opowiadała o swoim życiu, o swoich uczuciach, wątpliwościach, obawach komuś. Nie krukowi. Uczniowi. Chłopakowi.
    Ślizgonowi.
    Wszystko było jasne.
    Czuła się, jakby ktoś uderzył ją czymś ciężkim w głowę. Nie była w stanie ruszyć się z miejsca.

    [Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że tak to rozegrałam. Z góry przepraszam za błędy, ale muszę już uciekać, nie zdążyłam sprawdzić, a chciałam wysłać odpis.]

    Lizzie

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie może zostać w tej sali sama... z Felixem. Nie wiedziała jak ma się zachować w jego obecności. Byli przyjaciółmi. Mogli rozmawiać dniami i nocami na przeróżne tematy, a teraz? Bała się wypowiedzieć nawet jedno słowo. Nie rozmawiali miesiącami. Ślizgonka zastanawiała się już nie raz, czy gdyby jej matka nie była wilą, czy właśnie tak wszystko by się potoczyło.
    Martine chciała za wszelką cenę wydostać się z sali. Ich lekcja była ostatnią, jaką nauczyciel miał, więc najszybciej wyjdą stąd dopiero rano. Brunetka zastanawiała się jeszcze chwilę co mogliby zrobić, żeby wyjść. Wyważyć drzwi? Wolałaby nie próbować. Spróbować mocniejszego zaklęcia? Z pewnością dostaliby po uszach za zniszczenia, a nie zamierzała pogarszać swojej sytuacji. Wpatrywała się jeszcze chwilę w drzwi gorączkowo myśląc, jednak w końcu się poddała i osunęła się na podłogę. Podkuliła nogi pod siebie i oparła na nich brodę. Zanudzi się tam na śmierć. O czym mogliby rozmawiać? Obecnie o niczym. Mogliby się wprawdzie pogodzić, jednak dlaczego mieliby to robić? Przecież nawet się nie pokłócili. Po prostu jakoś tak wyszło. Ich przyjaźń nie przetrwała. On odsunął się nagle od niej bez słowa wytłumaczenia, a ona odpuściła sobie. Na początku próbowała jakoś nawiązać z nim kontakt, jednak on znakomicie zbywał ją za każdym razem, aż w końcu postanowiła odpuścić sobie.
    Siedzieli tak kilkanaście minut w ciszy. Brunetka chciała coś powiedzieć. Zapytać się co się stało; dowiedzieć czemu się od niej odsunął. Nie potrafiła skleić porządnego zdania. Felix wydał jej się teraz taki odległy i nieosiągalny. Tak jakby nigdy się nie znali. Zapomniała już jak to jest z nim rozmawiać.
    - Będziemy siedzieć tu aż do rana. Chyba nie zamierzamy przemilczeć tego czasu? – zapytała nieśmiało, patrząc na Felixa siedzącego pod ścianą.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  38. W wakacje profesor Longbottom wpadł na pomysł zorganizowania projektu edukacyjnego i swoim pomysłem podzielił się z uczniami z siódmego roku na jednej z pierwszych wrześniowych lekcji. Pierwszym etapem była samodzielna praca uczniów – podzieleni na pary, losowali nasiono, które następnie musieli zasadzić i hodować, dbając o odpowiedni rozwój rośliny. Było to o tyle trudne, że nie wiedzieli, na co trafili, więc musieli działać według metody prób i błędów. W grudni mieli zaprezentować uzyskane wyniki.

    June i jej partner o wszystkim zapomnieli i o sprawie przypomnieli sobie tydzień przed wyznaczonym terminem. Było zbyt mało czasu, aby nadrobić stracony okres. Mimo tego, zapominalscy starali się coś jeszcze zrobić. Byliby lepiej wyszli, gdyby darowali sobie tę pracę i pokornie przyjęli Trolle, które im się niewątpliwie należały. Niestety, oni zaprezentowali obrzydliwego mutanta, którego udało im się stworzyć (zasadzone nasiono wspomagali eliksirami i zaklęciami), co nie spotkało się z aprobatą profesora. Longbottom nie był surowym i nieprzychylnym uczniom nauczycielem, ale zielarstwo było dla niego świętością. Więc kiedy zobaczył, jak jego studenci okrutnie potraktowali roślinę…

    Pewnie poczuł się też zawiedziony postawą Earnshaw, która zawsze uzyskiwała dobre oceny z tego przedmiotu. W przyszłości zamierzała zostać magomedykiem, a do tego dobre wyniki z zielarstwa były potrzebne. A teraz tak to wszystko zlekceważyła! Dziewczyna wiedziała, że złość profesorowi wkrótce minie, ale do tego czasu może lepiej byłoby go unikać. Szczególnie w sytuacji, gdy robiła coś, czego nie powinna.

    Pewnego dnia pałętała się po korytarzu w czasie, w którym powinna siedzieć na transmutacji. Spacerując niespiesznie, ujrzała zbliżającego się z oddali profesora Longbottoma, który z pewnością zainteresowałby się, dlaczego jedna z uczennic znajduje się poza klasą. Lepiej było uniknąć tej konfrontacji, więc June zawróciła. Niestety, pech chciał, że weszła w ślepy zaułek. Nie wiedziała, co robić, była pewna, że zaraz przyłapie ją profesor Longbottom. Stało się inaczej – na horyzoncie pojawił się jej wybawiciel.

    Felix White. Ślizgon z siódmego roku, z którym June miała część wspólnych lekcji. Nie umiała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zamieniła z nim choćby jedno słowo. Może i nie, ale June niekoniecznie chciała poznać tego chłopaka. Nie dlatego że było w nim coś odstręczającego, wręcz przeciwnie – kiedyś jedna z jej koleżanek stwierdziła, że Felix minę ma dumną i wyniosłą, ale June określiłaby ją raczej jako smutną i surową, co podobało jej się i intrygowało, niemniej jednak wolała zachować dystans.

    Tymczasem White wymamrotał coś kącikiem ust, co June z początku chciała zignorować. Dwa wyrazy, które wypowiedział, zdały się jej z początku całkiem bezsensowne, ale po chwili trybiki w głowie zaszumiały i skojarzyła, co Ślizgon jej przekazał. Stała za portretem, a za niektórymi spośród nich kryły się skróty. Żeby z nich skorzystać, trzeba było znać hasło. Hasło!

    Miała rację, dobrze się domyśliła. Felix White jej pomógł. Przynajmniej tak myślała, kiedy szła skrótem. Ale przestała, gdy z niego wyszła. Wylądowała prosto przed profesorem Longbottomem…

    Miała to w pamięci, kiedy kilka dni później ujrzała Felixa White’a, który spokojnie siedział przy stole Slytherinu. Spotkanie w Wielkiej Sali było nudne, zaproszony auror z pewnością miał ciekawe historie do opowiedzenia, ale nie potrafił ich przekazać w interesujący sposób. Dlatego June, zamiast słuchać, rozglądała się po otoczeniu. A kiedy jej wzrok padł na tego Ślizgona, coś się w niej zagotowało. Nie była jedną z tych osób, które notorycznie działały według zasady: „najpierw zrób, potem myśl”, ale tym razem właśnie tak się stało. Gwałtownie wstała i zaczęła przeciskać się przez tłum, a kiedy znalazła się już w zasięgu spojrzenia White’a, oskarżycielsko wycelowała w jego kierunku palcem.

    – Ty! Ty nędzny, mały…! – warczała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie skończyła myśli, bo Felix się wtrącił. Szum, który przetoczył się po Wielkiej Sali, a także emocje, które w niej buzowały, nie pozwoliły na całkowite zrozumienie chłopaka, ale wiedziała, ze z pewnością ją obrażał. Udało się jej przedrzeć przez otaczających go ludzi i złapała go za krawat.

      – Słuchaj, White, jeśli myślisz, że… – zaczęła, ale umilkła.

      Nagle zorientowała się, że jej głos doskonale rozbrzmiewa w ciszy, która z jakiegoś powodu zapadła w Wielkiej Sali. Rozejrzała się zdezorientowana, starając się zrozumieć, co się właśnie stało. Zażenowana puściła krawat White’a i miała ochotę zapaść się pod ziemię.

      – Wspaniale! – wykrzyknął nagle auror i zaczął entuzjastycznie klaskać. – Mamy ochotników, brawo, podejdźcie tutaj!

      Co się właśnie wydarzyło?

      June Earnshaw

      Usuń
  39. Nie potrafił ubrać w słowa tego, co od tak dawna chodziło mu po głowie. Nie umiał sprecyzować tego jasno i dobitnie, by wszystko mu wyjaśnić, a potem po prostu pozwolić, aby każdy z nich odszedł w swoją stronę. Wiara w to, że Felix nie jest stracony była motywująca i bał się, że jego wyobrażenia runą jak domek z kart, a on okaże się taki jak inni. Bezduszny, zły, perfekcyjnie ślizgoński z pogardliwym uśmieszkiem na twarzy i różdżką zawsze w gotowości.
    Właściwie, trudno było mu przestać zamęczać się własną dobrodusznością i nie zwracać na chłopaka najmniejszej uwagi. Czy tak nie byłoby łatwiej? Czy nie byłoby lepiej, gdyby nigdy go nie dostrzegł, gdyby nigdy nie pragnął znaleźć w nim światła, choć wydawało się to rzeczą nieprawdopodobną? Był głupi, że miał nadzieję, bo w głosie Ślizgona słyszał tylko pogardę. Trochę wściekłości. Luke widział uprzedzenie malujące się na twarzy towarzysza i jego zapał powoli się ulatniał. To nie mogło się udać. Żaden wąż nie był ludzki. Żaden nie był zdolny do zmian.

    - Chodzi mi o ciebie - powiedział cicho, obrzucając go szybkim spojrzeniem i ponownie zasiadając przy fortepianie. Nie miał co zrobić z rękami i nie chciał na niego więcej patrzeć, bo coś miażdżyło jego wnętrzności w geście oszałamiającego zawodu.
    Zaczął grać swoją ulubioną sonatę, znał nuty na pamięć, gdyż przychodził do Pokoju Życzeń prawie każdego dnia i muzyka wylewała się z niego przez wiele wieczornych godzin. Gra go relaksowała, koiła smutki i obdarowywała miłością. Potrzebował jej właśnie teraz, gdy chłopak stał tuż za nim, a on czuł piorunujące spojrzenie, przeszywające go na wskroś.

    w księżycowy wniknąć chłód
    wejść w to srebro na wskroś złote
    w niezawiły śmierci cud
    i w zawiłą beztęsknotę


    - Może to nie ma sensu - wyznał, a jego palce spokojnie wygrywały dźwięki Sonaty Księżycowej - niepotrzebnie zawracałem ci głowę. Widzisz, sądziłem, że to będzie jeden z tych wiekopomnych momentów, ale nie miałem racji. Byłem naiwny, że doprowadziłem do tego spotkania, choć mogę obiecać ci, że żadnego innego nie będzie. Masz moje słowo.

    Jesteś przegrany, Luke. Kolejny raz. Jeszcze jeden raz z wielu razy.

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Dziękuję, mam taką nadzieję. Może to określenie nie pasuje, ale dla mnie Felix jest uroczy ]

    Lysse

    OdpowiedzUsuń
  41. [Prawie że bratnie dusze. Dwa odizolowane odludki, w tej samej klasie i tym samym domu. Białe kruczki. Jest 0;33 więc jedyne na co mnie stać, to wypisywanie jakichś faktów/wniosków, pomysł z tego nie wyniknie, a przynajmniej nic, co by miało ręce i nogi. Może ty coś masz, asa w rękawie, czy coś.]

    Scarlett

    OdpowiedzUsuń
  42. [ Ja osobiście mam słabość do Ślizgonów, ich osobowości są bardzo mi bliskie. A takie określenie może i nie adekwatne, ale mi jakoś wyjątkowo pasuje . :) ]

    Lyss

    OdpowiedzUsuń
  43. Uniosła uspokajająco dłonie do góry, ale stercząca w jednej z nich różdżka, na pewno nie wyglądała pojednawczo. Jednoznacznie wskazywała winnego całego tego zamieszania.
    — Wow, spokojnie — wymamrotała, widząc jego wrogą postawę. Cofnęła się o kilka kroków w imię złudnego bezpieczeństwa, tak jakby powiększenie odległości między nimi miało sprawić, że mężczyzna naprzeciwko niej zrezygnuje z jakichkolwiek nieprzewidzianych ruchów, które mogłyby ciągnąć za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Szczególnie nieprzyjemne dla niej. — Przecież mówię, że nie zrobiłam tego umyślnie.
    Na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Czy naprawdę tak trudno było czasami dotrzeć do drugiego człowieka i skłonić go, aby zrozumiał, co się do niego mówiło. W tym momencie Morgana czuła się nieco zdezorientowana, nie wiedziała bowiem, jaką drogę ma obrać: bezustannie przekonywać Ślizgona, że wszystko miało skończyć się w zupełnie inny sposób, czy może zmienić swoją postawę i zignorować całkowicie wyciągniętą w jej stronę różdżkę, obracając się najzwyczajniej w świecie na pięcie i darując sobie?
    Z jej gardła dobył się cichy warkot, kiedy ktoś potrącił jej ramię, wymijając ją. Niektórzy z zebranych uznali widocznie, że całe przedstawienie zrobiło się tak nudne, że ich obecność jest zbyteczna, inni zaś dalej z wyczekiwaniem wpatrywali się to w Morganę, to w mężczyznę, czekając na bardziej zdecydowany ruch ze strony którekolwiek z nich.
    Szybko przywołała się do porządku, chociaż intruzowi rzuciła niemalże mordercze spojrzenie, odprowadzając go wzrokiem do momentu, aż nieświadomy zniknął za rogiem korytarza. Gdyby wzrok mógłby zabijać... Morgana jednak nie chciała brać konsekwencji za możliwość zabijania wzrokiem.
    — Może zaprowadzić ciebie do Skrzydła Szpitalnego? To jednak był... mały wstrząs — zawahała się, zanim znalazła odpowiednie słowa. Podziwiała siebie samą, że w jej głosie słychać było opanowanie i cierpliwość, chociaż nigdy nie posądzała siebie o takie cechy. Dobrze też udawało jej się ignorowanie wyraźnie wrogiego nastawienia stojącego przed nim chłopaka, chociaż miała wrażenie, że ten najchętniej obdarłby ją żywcem ze skóry. Dosłownie.
    Szczerze mówiąc cała ta sytuacja zaczynała ją nudzić. Nie wiedziała w którym momencie też powód jej zirytowania ulotnił się, wykorzystując okazję i zamieszanie, aby uniknąć kolejnego zaklęcia, który tym razem mógłby trafić w pierwotny cel.
    Odchrząknęła znacząco, przesuwając wzrok po zebranych uczniach, starając się zasugerować im, że przedstawienie się skończyło i spokojnie mogą wracać do własnych zajęć. Kilkoro uczniów aluzję zrozumiało, inni albo ją zignorowali, albo nie zauważyli jej nawet.
    Dziwne, że całe zamieszanie nie zaalarmowało żadnego nauczyciela. Niektórzy z nich mieli zadziwiającą zdolność zjawiania się tam, gdzie akurat łamany był regulamin i trzeba było przywołać do porządku niektórych uczniów.
    — To co? — ponagliła Ślizgona, wsuwając różdżkę do kieszeni szaty. — Idziemy?

    Morgana Haade

    OdpowiedzUsuń
  44. [ Jakiś pomysł zawsze najdzie, a jak byś widział ich relacje? Bardziej pozytywne, negatywne, jakaś bliższa znajomość czy tylko przelotna obojętność? ]

    OdpowiedzUsuń
  45. [A czy typ spod ciemnej gwiazdy ma ochotę być śledzony przez zauroczoną w nim Puchonkę?]
    Sky

    OdpowiedzUsuń
  46. [To będzie śledzony. Sky jest nim tak oczarowana, że zgodzi się zrobić wszystko (zero aluzji, dla proszenia jej o przysługi). Postaram się zacząć, pociągniemy to jakoś czy ustalamy konkrety?]
    Sky

    OdpowiedzUsuń
  47. [ Zastanawiam się nad tym wątkiem i jakoś nie mogę nic wymyślić, bo jakiegoś oklepanego i szybko nudzącego nie chcę podsuwać, oni za bardzo ciągną ku jakiejś dziwnej, może pokręconej, relacji. ]

    OdpowiedzUsuń
  48. Martine sama nie wiedziała co chciała usłyszeć od Felixa. Nie sądziła, że tak od razu ją przeprosi. Myślała, że będzie dalej próbował jej unikać, w końcu wychodziło mu to doskonale ostatnie miesiące. Zdziwiła się, ale pozytywnie. Felix był jej pierwszym przyjacielem. Takim, którego pamięta się do końca życia, bez względu na wszystko. Chociaż z drugiej strony była zła na niego, że musiała czekać tak długo. Był jej przecież potrzebny przez ten cały czas! Przygryzła dolną wargę i chwilę zastanawiała się, co powinna powiedzieć. Nie może puścić słów chłopaka mimo uszu. Spojrzała na niego i wtedy to zobaczyła. Było mu przykro. Naprawdę ją przeprosił. Nie tak jak to niektórzy robią. Sama już nie wiedziała co ma zrobić. Czuła się tak jakby miała gulę w gardle. Zrobiła zatroskaną minę i patrząc prosto na niego w końcu zdobyła się na odpowiedź.
    - Przykro mi, że musiało do tego dojść. – Wiedziała, że ją zrozumie. Najchętniej zapomniałaby teraz o tym milczeniu, jednak wiedziała, że w końcu i tak dojdzie do tego, że będą musieli o tym porozmawiać. – Brakowało mi ciebie przez ten cały czas. Tak strasznie ciebie potrzebowałam… - Westchnęła pod nosem i przymknęła na chwilę powieki.
    Tak długo czekała. Starała się nawiązać z nim kontakt, sprawić, żeby wrócił do niej, aby byli przyjaciółmi. Nie sądziła, że wystarczyło zostać z nim zamkniętym w jednej sali. Wydało jej się to trochę śmieszne, ale nawet się nie uśmiechnęła. Sama już nie wiedziała, czy bardziej jest zła na to, że w ogóle musiała czekać, czy szczęśliwa, że w końcu nadszedł ten upragniony moment. – Nie będę o nic pytać, jeśli chcesz… - Chciała zapytać o tyle rzeczy! Bała się jednak, że zniszczy ten piękny moment. Przysunęła się tylko nieco bliżej Felixa i zaczęła się w niego wpatrywać.
    [Ustalamy jak robimy z wątkiem grupowym? :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  49. [Oczywiście :) stalowa.bajka@gmail.com A i czy stopujemy nasz obecny wątek na czas grupowego?]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  50. [Lubimy żywioły. :D
    Zacznę jutro, ujawnię, że mam plan śledzić Felixa w Hogsmeade. Będzie okay?]
    S.

    OdpowiedzUsuń
  51. To nie było tak, że Skyler Westbroock była jakąś niesamowicie kochliwą osóbką. Ona samą siebie nazwałaby raczej nieuleczalną romantyczką i idealistką. W końcu z jakiegoś powodu uwielbiała snuć wizje przystojnych, szarmanckich chłopców z oszałamiającą osobowością, którzy na jedno jej skinienie gotowi byli zrobić wszystko. Nawet skosztować fasolek wszystkich smaków o smaku trolla.
    Ale nie wiem, czemu miałabym im kazać to robić?
    Jedynie chwilowe zauroczenia nie pozostawały jej obce. Oczywiście takie miłostki mijały po paru dniach lub tygodniach, ale nie sprawiały, że Puchonka cierpiała z powodu utraconego uczucia czy coś. Jakoś się z tym godziła, innego wyjścia nie miała.
    Dlatego dziwnym mogło się wydawać rosnące zainteresowanie panny Westbroock pewnym Ślizgonem. Rok starszym, przystojnym i osłoniętym ciemnym woalem tajemnicy, którego rąbka dziewczyna pragnęła uchylić, by lepiej poznać swój obiekt westchnień. Jedyną opcją by spełnić ten niedorzeczny plan wydawało jej się śledzenie.
    Krok w krok, podążaj za Felixem.
    Dużo pracy włożyła w to, żeby znajdować się tam gdzie on, a jednocześnie wyglądać jakby zmierzała w tym kierunku sama z siebie. Jeszcze więcej, by dowiedzieć się o zwyczajach chłopaka, a niemal niemożliwym było dla niej spisanie całego jego planu lekcji, by wiedzieć, pod jaką klasą znaleźć się na przerwie.
    Miała tylko nadzieję, że Felix nie zauważył jej nieustannego towarzystwa. Głupio by się czuła, musząc przyznać, że szpiegowała go, tylko dlatego, że wydał jej się . Interesujący mógł być fakt, że w trakcie siedmioletniej wojny z goblinami, czarodzieje tylko raz musieli użyć magii, a nie chłopak.
    Jednak mimo tego, nadal śledziła Ślizgona, niczym prywatny detektyw notując każde jego posunięcie i zapamiętując każdą nową informację na jego temat. Dla osób postronnych mogło to wyglądać jak obsesja, ale ona by tego tak nie nazwała.
    To jak? Zakochanie?
    Kiedy w ostatnim tygodniu ogłoszono przedświąteczne wyjście do Hogsmeade, Skyler ucieszyła się jak jeszcze nigdy wcześniej. Miała nadzieję, że White także uda się do wioski, gdzie będzie mogła rzucać mu ukradkowe spojrzenia, licząc na to, że ich nie zauważy. I nie przeliczyła się.
    O wyznaczonej godzinie tłum uczniów opuścił zamkowe podwoje, kierując swoje kroki w stronę czarodziejskiej osady. Niemal od razu zauważyła Felisa i ruszyła za nim, owijając szyję mocniej szalikiem. Po chwili tłum wokół nich znacznie się rozrzedził. Sky zwolniła, nie chcąc znaleźć się zbyt blisko chłopaka. Takie zachowanie nie wydawało jej się wcale podejrzane, wręcz gratulowała sobie w myślach szybkiej reakcji. Bo liczyło się tylko jedno.
    Błagam, niech on mnie nie zauważy.

    S.

    OdpowiedzUsuń
  52. Podążając krok w krok za Felixem, Skyler zdawała sobie sprawę z tego, że w końcu musi zostać zauważona. Nie widziała co prawda żadnego celu w tym, co robiła, wręcz nie raz wyrzucała sobie, że zachowuje się, jak te w duchu wyśmiewane, zakochane dziewczyny, ale to było silniejsze. Chęć dowiedzenia się o Felixie czegoś więcej była jej motorem napędowym, siłą, która popychała ją do przodu.
    Nie chciała bawić się jego kosztem (co byłoby zupełnie nie w stylu Puchonów) ani doprowadzić go do szału. Nie widziała także sensu w zmienianiu kogokolwiek. Jeśli przyjdzie właściwy czas, to sam się zmieni, prawda? Westbroock chciała po prostu nasycić swoją ciekawość. A że przy okazji szła do Hogsmeade, nic do szczęścia jej nie brakowało.
    Będąc na przedostatnim roku w Hogwarcie Skyler doceniała wyjścia do wioski jeszcze bardziej niż gdy była w klasie trzeciej czy czwartej. Te parę godzin poza zamkowymi murami pozwalało jej całkowicie zapomnieć o stercie esejów, które musiała oddać na historię magii lub o zaklęciach, bez których ćwiczenia by się nie obyło. Zamiast tego oddawała się drobnym przyjemnościom, takim jak wypicie piwa kremowego Pod Trzema Miotłami czy kupno wielkiej paczki Fasolek Wszystkich Smaków w Miodowym Królestwie.
    Rozmyślając tak nad tym wszystkim, o mały włos zgubiła Felixa. Zatrzymała się na chwilę, zupełnie skonsternowana, dopóki nie zauważyła śladów jednej pary stóp, skręcających w jakąś ciemną uliczkę. Niewiele myśląc, zrobiła to samo co właściciel owych odcisków. A nuż uda jej się porozmawiać ze Ślizgonem?

    S.

    OdpowiedzUsuń
  53. [Dzień dobry :) Jestem winna wątek, bo usunęłam Martine :<]

    OdpowiedzUsuń
  54. [Carol może zostać miłością jego życia!]

    OdpowiedzUsuń
  55. [Jasne :) A może leżała by gdzieś na środku korytarza w pidżamie, Felix pomyślałby, że coś jej się stało i próbowałby jakoś ją obudzić, albo zobaczyć czy wszystko w porządku i wtedy by mu zaczęła gadać jakieś bzdety. Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  56. [No tak - typowy ślizgon :p Dobra to już mogę zaczynać czy jeszcze coś ustalamy?]

    OdpowiedzUsuń
  57. [Felixie kochany przywróciłam Martine do życia, bo smutno mi było bez niej! tak więc czekam na odpis :)]

    OdpowiedzUsuń
  58. [haha, podejrzewam niestety, że Eve też owym faktem nie byłaby uradowana. Ale Felix sam w sobie cudowny!]

    Eve WHITE

    OdpowiedzUsuń
  59. [W moim rozumowaniu jedno nie wyklucza drugiego :)]

    Eve White

    OdpowiedzUsuń
  60. [Strasznie smutny ten Twój pan, moja Rose chętnie by go rozweseliła zabierając na Ognistą albo Kremowe Piwo.]

    R.Ridley

    OdpowiedzUsuń
  61. [a dziękuję za pochwałę... ;) Jaka ładna karta... <3 Tak sobie myślę, czy dałoby się ich gdzieś jakoś razem umiejscowić w jakimś ciekawszym wątku... Felix mógłby ją na przykład nakryć na czymś, czego nikt nie powinien wiedzieć, jak na przykład pochłanianiu sporej ilości psychotropów na wieży astronomicznej albo coś w tym rodzaju... tak tylko rzucam luźnym pomysłem :) ja się zawsze dostosuję :)]

    OdpowiedzUsuń
  62. Martine nie sądziła, że Felix pozwoli jej zapytać. Widziała, że chłopaka coś trapi i nie chciała teraz od niego odchodzić – wręcz przeciwnie, chciała mu jakoś pomóc, bo wiedziała, że on zrobiłby dla niej to samo. Usiadła po turecku naprzeciwko niego i chwilę zaczęła się zastanawiać nad doborem słów. Nic nie mogło zniszczy tej chwili, a już na pewno nie jedno z nich. Wpatrywała się w podłogę, nie wiedząc, które pytanie zadać jako pierwsze. Czy pojawiła się w twoim życiu inna Martine? Co robiłeś przez te miesiące? Czy byłeś szczęśliwy? Czy zrobiłam coś złego? Czemu odszedłeś? Miała wprawdzie na to całą noc, ale nie chciała cały czas rozmawiać tylko o tym, w sumie smutnym dla obojga, czasie rozłąki. W końcu pokiwała głową, jakby chciała samej sobie przekazać, że podjęła słuszną decyzję i w końcu zadała swoje pytanie.
    - Czy obiecasz, że nigdy już nie odejdziesz? – mówiąc to, oczy miała wręcz zaszklone. Spojrzała się na Felixa i z nadzieją czekała na odpowiedź. Nie chciała odejścia kolejnej bliskiej osoby. Już rodzice, którzy od dawna jej nie kochali wystarczyli jej. Serce biło jej coraz szybciej, dłonie zaczęły się pocić. Bała się, że Felix odpowie nie. Bała się, że straci go, ale tym razem już na zawsze. Chciała usłyszeć tak, bo inaczej sama nie wiedziała do czego byłaby zdolna. Spuściła wzrok na posadzkę i czekała, aż chłopak jej odpowie. Miała wrażenie, że każda sekunda trwa minuty, a minuty godzinę. Odpowiedz szczerze, Felix

    OdpowiedzUsuń
  63. [W rzeczy samej, choć wszystko i tak zależy od punktu widzenia, mentalności i przeżyć odbiorcy]

    Eve

    OdpowiedzUsuń
  64. Uliczka, w którą weszli, była podejrzana. Tak, to słowo doskonale ją opisywało.
    Odrapane budynki, górujące nad dwójką czarodziejów, prześlizgujących się po rozmokłym podłożu, przypominały oceniających każde ich posunięcie strażników. Błotnista ziemia, powstała z roztopionego śniegu tworzyła istny labirynt, który Skyler pokonywała lawirując między kałużami. Dodatkowo w powietrzu unosił się zapach mokrego drewna, który drażnił jej nos i sprawiał, że przypominała sobie, co zjadła na obiad.
    Felix szedł szybko, zmuszając Puchonkę do nieustannego truchtu. Nawet posiadając długie nogi ledwo nadążała za narzucającym szaleńcze tempo chłopakiem. Zatrzymali się dopiero, gdy Ślizgom napotkał swojego rodzaju przeszkodę, jaką okazała się być sterta poukładanych na sobie skrzynek. Westbroock ukryła się w cieniu, pomiędzy budynkami, gdy zaczął wspinać się po chwiejnej konstrukcji. Dopiero po chwili odważyła się wyściubić nos ze swojej kryjówki i podążyć jego śladem, dokładnie tak, jak do tej pory – zachowując bezpieczną odległość i nie narzucając się za bardzo.
    Deska pod jej nogą skrzypnęła cicho, powodując natychmiastową reakcję śledzonego przez nią czarodzieja. Różdżka pojawiła się w jego ręku tak szybko, że Sky nie zdążyłaby nawet powiedzieć quidditch, a to, że magiczny patyk był wycelowany prosto w nią sprawiło, ze zaczęła się poważnie zastanawiać czy dobrze zrobiła.
    Zrobiła dwa kroki do tyłu, unosząc ręce w poddańczym geście.
    - Nie rób mi krzywdy – wyszeptała. – Mogę ci to wyjaśnić.
    Jeśli chcę się przyznać, że całą drogę do wioski szłam za tobą krok w krok, szpiegując cię i obserwując co robisz.
    Nie do końca wiedziała, dlaczego powiedziała akurat to, a nie na przykład „Hej, Felix, jak leci? Myślisz, że Tajfuny wygrają kolejny mecz z Osami?”. Może dlatego, że nie interesował jej quidditch. Albo odezwały się gdzieś w niej resztki instynktu samozachowawczego, którego chyba się pozbyła, idąc za nim aż tutaj.
    Jeśli będzie chciał wyjaśnień, zrobi się ciekawie.

    Skyler

    OdpowiedzUsuń
  65. Kiedy Felix pokiwał głową, kamień spadł jej z serca. Poczuła jak łzy stają w jej oczach, a chwilę później jedna z nich poleciała jej po policzku. Otarła rąbkiem rękawa oczy i wypuściła powietrze z płuc. Tak strasznie się stresowała odpowiedzią. Wiedziała, że dla niego również było to trudne. Ona doskonale wiedziała co by odpowiedziała, ale nie była pewna co do niego. To on odszedł, on ją zostawił samą. Ona nie miała tu nic do gadania. I chociaż nie chciała mu tego wypominać, następnym pytaniem cisnącym jej się na usta był powód jego odejścia.
    - Nie będę, to tylko - westchnęła pod nosem – cieszę się, że już jesteś. - Uśmiechnęła się do niego, patrząc prosto w oczy. – I pamiętaj ja się nigdzie nie wybieram. Nigdy. – Przybliżyła się do niego i przytuliła. Nie pamiętała kiedy ostatni raz to robiła, ale teraz było jej dobrze. Czuła się bezpieczna i chociaż na początku nie wiedziała czy dobrze postępuje, ze względu na ich długą rozłąkę, to nie żałowała, bo właśnie tego potrzebowała. Przyjaciela, którzy ostatnio jeden po drugim zaczęli ją opuszczać. Felixa potrzebowała bardziej niż jakiegokolwiek innego przyjaciela. Oderwała się od niego i znowu usiadła tuż obok. Oparła głowę o ścianę i przez głowę przeleciały jej ich wspólne wspomnienia. Martine zdecydowanie nie sądziła, że ten dzień właśnie tak się skończy. Na pewno nie myślała, że odzyska najbliższego przyjaciela.
    – Nie chcę już o nic pytać. Nie chcę zepsuć tej chwili. Jak chcesz to teraz ty pytaj. – Uśmiechnęła się i poruszyła ręką tak jakby chciała dodać mu otuchy.

    OdpowiedzUsuń
  66. (cóż Felix, to postać bardzo złożona, niby zła i bezwzględna z drugiej strony robi to wszystko ze strachu przed samym sobą. Eve natomiast to buntowniczka, nienawidząca niesprawiedliwości i dość silna psychicznie. Może wystąpi pomiędzy nimi jakiś konflikt który doprowadzi do wybuchu silnych emocji i w nim i w niej czy coś w tym stylu ;)

    Eve

    OdpowiedzUsuń
  67. Dlaczego?

    Wśród ciszy, już nie tak całkowitej jak poprzednio, bo zakłócanej przez narastające szepty i słowa aurora prowadzącego spotkanie, to pytanie rozbrzmiewało w umyśle June. Dlaczego musiało się stać tak, a nie inaczej? Wpatrując się w czubki własnych butów, marzyła o zniknięciu. Ku jej rozpaczy, nie stała się niewidzialna ani też posadzka nie rozstąpiła się, aby móc ją pochłonąć. Zamiast tego June stała niemalże na środku Wielkiej Sali, a jej policzki pokryły się szkarłatem. I żeby zdawać sobie sprawę z rumieńca wstydu, nie musiała nawet się widzieć. Czuła to.

    Dlaczego nie mogła zostawić Felixa w spokoju? Jego czyn był wysoce irytujący i mógł June zaszkodzić, ale koniec końców nie stało się nic niezwykle straszliwego, mogła mu to darować. Gdyby na chłodno wszystko przeanalizowała, wiedziałaby, że dotarcia do chłopaka z dzikimi okrzykami na ustach i podjęcie próby uduszenia Ślizgona poprzez uczepienie się jego krawata, było czymś w całości bezsensownym. Tym bardziej jeśli na swój postępek wybrałaby czas spotkania hogwarckiej społeczności w Wielkiej Sali. Chociaż… to akurat nie musiało być tak idiotyczne, dzięki temu – przynajmniej w teorii – Felix nie mógłby żywiołowo i brutalnie odpowiedzieć. Kiedy jednak Earnshaw odważyła się na zerknięcie na twarz Ślizgona, stwierdziła, że ani tłum, ani obecność dyrekcji nie przeszkodziłaby rówieśnikowi w zdecydowanej reakcji.

    Przeklinała własną bezmyślność, ale wiedziała, że czasu nie można cofnąć. Rozejrzała się w popłochu po Wielkiej Sali, jakby szukała najlepszej drogi ucieczki. Nie chciała odpowiedzieć na wezwanie aurora, wzbraniała się przed podejściem w wyznaczone miejsce. Ale Felix powędrował pewnym krokiem, a potem posłał June takie spojrzenie, że ta nie mogła się nie ruszyć. Przełknęła ślinę, odetchnęła i możliwie jak najspokojniej wyruszyła w długą drogę…

    Nawet nie wiedziała, po co auror szukał ochotników. Ten mężczyzna chyba ujrzał w twarzy June coś, co sprawiło, że postanowił się powtórzyć. Ponownie wytłumaczył, o co mu chodziło. Przygotował wcześniej jedną z hogwarckich komnat, w której teraz zamierza na godzinę zamknąć parę hogwarckich uczniów. Ich zadaniem będzie uwolnienie się z sali, a na pewno nie będzie to wcale takie łatwe, jak może się wydawać. Auror przygotował kilka niespodzianek, o czym poinformował, nie powstrzymując się od chichotu.

    Na odkrycie pierwszej niespodzianki długo nie musieli czekać. Wyznaczeni pracownicy, przysłoniwszy oczy czarnymi przepaskami Felixowi i June, zaprowadzili „ochotników” do odpowiedniej sali. Kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za nimi, Krukonka spróbowała zdjąć taśmę zawiązaną na głowie i z przerażeniem odkryła, że nie może…

    June Earnshaw

    OdpowiedzUsuń
  68. [Koza jest podobno moim patronusem, więc mam do niego sentyment. Dziękuję za zwrócenie uwagi, to wina mojego gapiostwa.
    Fajny ten pan, tylko taki smutny. Na poprawę humoru proponuję wątek, nawet mam pomysł. Jamie nie umie pływać i potrzebuje kogoś, kto by ją nauczył. Oczywiście wyobrażam sobie, że Felix z dobroci serca jej nie nauczy, więc można z tego zrobić transakcję wiązaną. W zamian za naukę pływania Jamie załatwi jakąś rzecz dla niego, tylko nie mam pojęcia co.]

    Jamie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ło matulu, ile powtórzeń. Wybacz.]

      Usuń
  69. [Felix może być człowiekiem, który miałby uraz do Allen od pierwszej klasy. Po prostu od pierwszej wymiany zdań wszystko by mu w niej nie pasowało. Mógłby zaważyć na tym fakt, że jest mugolaczką. Dlatego nawet, jeśli moja Al specjalnie się nie rzuca w oczy, to on i tak ciągle ma do dziewczyny jakieś "ale", a ona do niego. Nie wiesz, czy to Ci współgra z twoim zamysłem postaci. Ale to taki pierwszy lepszy pomysł na relację, jaki mi wpadł do głowy. Teraz wystarczy pomyśleć nad akcją wątku.]

    Allen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. (zaraz nabiję ci milion komentarzy, ale tak to jest, jak się pisze pośpiesznie)
      nie wiem* (i pewnie inne błędy, dzięki mojej chaotyczności)

      Usuń
  70. Martine uśmiechnęła się kiedy usłyszała jego pytanie. Od razu pomyślała o Potterze, który zaprzątał jej głowę od tygodni, jednak nic nie wskazywało na to, żeby mieli być razem. Raczej ciągłe wyzywanie nie jest oznaką miłości, prawda? Mahoney chciała z kimś porozmawiać o James’ie, jednak czy teraz był odpowiedni na to moment? Nie. Ledwo odzyskała Felixa, a on jej w zupełności wystarczy.
    Pokręciła przecząco głową i zaśmiała się pod nosem.
    - Nie… Obecnie raczej czekam, aż mój książę z bajki sam mnie znajdzie. Zabierze mnie wtedy na swoim białym koniu z dala od… Tego wszystkiego – westchnęła unosząc ramiona do góry. Powiedziała mu całą prawdę. Chciała zostać znaleziona. Nie chciała być odkrywcą, który musi się natrudzić zanim druga połówka obdarzy go uczuciem. Zaśmiała się pod nosem, jakby to co powiedziała było najśmieszniejszą rzeczą na świecie. – Ale wiesz… Mówię całkiem serio. Jak już ten ktoś mnie znajdzie nie będę się nawet zastanawiać i ucieknę z nim. Tutaj praktycznie nic mnie nie trzyma. - A już na pewno nie rodzina, dodała jeszcze w myślach. Była ciekawa czy mimo ich rozłąki, Felix słyszał od kogoś o jej zmaganiach z apodyktycznymi rodzicami. Sama niewiele o nim słyszała, chociaż była prawie stuprocentowo pewna, że sam się o to postarał. Była ciekawa co zmieniło się w jego życiu podczas tych miesięcy. – Zdaję sobie sprawę, że minęło strasznie dużo czasu odkąd rozmawialiśmy… - zaczęła spokojnie, jakby bała się swojego głosu – ale może damy chociaż trochę to dzisiaj nadrobić? Nie mówię, że po dzisiejszej nocy będzie tak jak kiedyś, ale… Mam dobre przeczucie. – uśmiechnęła się z nadzieją wypisaną na twarzy.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  71. [Hej, Ślizgonów bardzo dużo ;) Bardzo fajnego pana masz, więc może wątek z Kyrą?]

    OdpowiedzUsuń
  72. Kiedy Felix powiedział, że Martine zasługuje na wszystko co najlepsze, poczuła jak robi jej się trochę cieplej w okolicy serca. Nikt od dawna nie mówił jej takich rzeczy, a właśnie tego najbardziej teraz potrzebowała. Spojrzała mu prosto w oczy i miała nadzieję, że to sprawi, że chłopak zrozumie, że ona naprawdę go potrzebuje. Uśmiechnęła się tylko i zarumieniła kiedy Felix odgarnął jej włosy. Zapomniała już jak to jest kiedy ktoś jej dotyka. Nikt już jej nie przytulał, nie ciągnął za włosy, nie całował w czoło na dobranoc. Brakowało jej tego, bo były to te najlepsze i najniewinniejsze czasy, które pamięta.
    Zbliżali się do siebie, co strasznie cieszyło dziewczynę. Najchętniej zostałaby w tamtej sali jak najdłużej, tak żeby po wyjściu z niej, wszystko było takie jak wcześniej… Ale wiedziała, że nigdy już nie wrócą do tego co było. Zawsze w głębi duszy będzie mieć świadomość, że może znowu ją zostawić i może teraz chciała o tym zapomnieć, to i tak w końcu sobie o tym przypomni. Teraz jednak starała się żyć chwilą, skoro wszystko mogło się zmienić. Tak strasznie chciała, żeby jutro było tak samo i bała się, że się znowu na kimś zawiedzie.
    - No dobra, to ja pierwsza, bo jestem kobietą i mam pierwszeństwo! Czy po mnie była jakaś inna Martine? – Bała się, że chłopak powie nie i zada jej to samo pytanie, a wiedziała, że nie mogła by skłamać i odpowiedzieć tak samo. Po tym jak ucięli swoje kontakty, Martine zaprzyjaźniła się, albo raczej zakolegowała, z kilkoma osobami, bojąc się, że zostanie sama. Z jakiegoś powodu było jej nawet przykro, że tak postąpiła, ale czemu – nie wiedziała.
    [Połowę tego odpisu pisałam na telefonie (pierwszy raz), więc może brakować przecinków, albo polskich znaków :)]

    OdpowiedzUsuń
  73. [Hej. c: Felix wydaje mi się bardzo, bardzo smutny.]

    Zara

    OdpowiedzUsuń
  74. [Tak, to prawda. Zara jest w sumie dla mnie wyzwaniem, bo nigdy nie tworzyłam postaci, które nie są takie dobre i aż do rany przyłóż. Poza tym, to moja pierwsza Ślizgonka. Jestem ciekawa czy podołam.]

    Zara

    OdpowiedzUsuń
  75. [Pierwsza rzecz, która mi przyszła do głowy to coś takiego, że Zara mogłaby się zauroczyć w pierwszej klasie w Felixie, bo on starszy, dla niej przystojny i trochę taki tajemniczy. Mogłaby wtedy chcieć się do niego w jakiś sposób zbliżyć, uczciwymi lub mniej uczciwymi sposobami. Weszłaby trochę z butami w jego życie i w ogóle.]

    Zara

    OdpowiedzUsuń
  76. W całym swoim stosunkowo krótkim, ale bogatym w emocjonalne doświadczenia życiu Lizzie nie czuła czegoś takiego jak w tamtej chwili. Inaczej – czuła, ale nigdy nie wszystko naraz. Przede wszystkim miała wrażenie, że została potwornie oszukana. Zdążyła przywiązać się do tego kruka, drapała go, głaskała, mówiła do niego i oferowała swoją pomoc zimą. A on przez cały ten czas słuchał, wszystko rozumiejąc. Po co? Tego Lizzie rozgryźć nie potrafiła. Czy jednak nie spędził z nią trochę zbyt dużo czasu, by mógł to być zwykły okrutny żart? Godzinami siedział na tej gałęzi, słuchając jej opowieści, przybliżając się do niej i wyraźnie aprobując jej pieszczoty. Wszystko po to, by opowiedzieć kilku osobom, że jakaś tam Krukonka mówi do kruka? To wydawało się kompletnie bez sensu.
    A może Lizzie po prostu próbowała go przed sobą usprawiedliwić? Może bardzo chciała, by zainteresowania jej, jak się okazało nie do końca zwierzęcego przyjaciela było prawdziwe, szczere?
    Jednak powiedział o tym innym. Uczniowie wytykali ją palcami, powtarzając między sobą zasłyszane historie i wyzywając ją od wariatek. Od kogo wiedzieli o wszystkim, jeśli nie od niego?
    To musiał być ten chłopak. Był Ślizgonem, na Boga. Lizzie nie była nawet czystej krwi, o czym przecież doskonale wiedział.
    Jak o wszystkim. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że ten obcy uczeń wie o niej wszystko. Zna historię jej życie, wszystkie jej troski, obawy, pragnienia, marzenia, rozterki, relacje łączące ją z innymi ludźmi. Nikomu nigdy nie opowiedziała nawet połowy z tych rzeczy. A on wiedział o wszystkim.
    Zrobiło jej się niedobrze. Krew niemal całkowicie odpłynęła jej z twarzy, wargi drżały, gdy otwierała je i zamykała, nie mogąc zdecydować, co powinna i chciała powiedzieć. Ręce nie drżały, wręcz trzęsły się, gdy splatała je na piersiach, to znów opuszczała luźno wzdłuż ciała.
    - Dobrze się bawiłeś...? - wydusiła, gdy przez dłuższą chwilę i on nic nie mówił. Wydawał się zbity z tropu, zdecydowanie nie rozbawiony, ale Lizzie nigdy już nie zamierzała uwierzyć w to, co widzi. - To takie zabawne? Głupia Krukonka rozmawia ze zwierzętami... Można umrzeć ze śmiechu. - głos jej się załamał. Łzy dławiły ją w gardle, oczy jednak pozostawały suche. Odwróciła się gwałtownie, jakby nie była już dłużej w stanie na niego patrzeć. Nigdy nie czuła się tak rozczarowana, tak zawiedziona. - Masz teraz tyle historii, że możecie śmiać się do końca roku szkolnego. Zadowolony? O to chodziło? - Posłała mu pełne wyrzutu spojrzenie, próbując go rozgryźć, ale nie potrafiła. Patrzył na nią jakby... zdziwiony. Jak gdyby naprawdę nie rozumiał o czym ona mówi, jak gdyby ta sytuacja była dla niego niemal takim samym zaskoczeniem. Jak gdyby żałował. Chciał przeprosić?
    Nie, to już musiała być tylko i wyłącznie jej wyobraźnia.
    Lizzie nie czekała na odpowiedzi. Gwałtownym krokiem ruszyła w stronę zamku, marząc o własnym łóżku. Chciała skryć się pod kołdrą i zostać tam do końca czerwca, do dnia, w którym będzie mogła wrócić do domu. Nie sądziła, że jej ostatnia prosta w tej szkole okaże się taką męką.
    Miała rację uciekając. Do tej pory uciekała jednak tylko przed ludźmi. Teraz wiedziała, że powinna unikać wszystkich żywych istot.

    [Ciężkie święta bez internetu, jeszcze cięższy powrót do rzeczywistości po błogim lenistwie. Ale wracam do żywych.]

    Lizzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Uciekłam z bloga, bo mało się tu już dzieje. Ale polubiłam Felixa, wątek z Tobą (choć nie zdążył się dobrze rozkręcić) i w ogóle, więc jeśli miałbyś ochotę coś pociągnąć, popisać to się odezwij. :)
      natalia.kolkowska@gmail.com]

      Usuń
  77. [Mam nadzieję, że nadal tu jesteś, bo za bardzo pokochałam Felixa, żeby kończyć ten cud wątek. A i jeśli jesteś zainteresowany, to zniknęła miłość Martine z bloga, więc możemy uszczęśliwić trochę Felixa odwzajemnioną miłością...]
    Uśmiechnęła się kiedy usłyszała odpowiedź. Dla niej to nie było już nic szalonego. Przyzwyczaiła się, chociaż teraz na nowo musi sobie przypomnieć jak to jest być jego przyjaciółką. Paradoksalnie tych kilka miesięcy sprawiło, że zapomniała. Prawie cały jej świat legł w gruzach i teraz kiedy zaczynała już godzić się z faktem, że ich przyjaźń należy do przyszłości… Wszystko się zmieniło. Na lepsze, bo tyko Felix potrafił sprawić, że czuła się naprawdę swobodnie.
    - Nie jestem szalona! – powiedziała oburzona z uśmiechem na twarzy. Może dla niego była kimś w rodzaju kamikadze, jednak nie dla niej. Była po prostu zwykłą przyjaciółką.
    Przyglądała się Felix’owi, zastanawiając się nad jego pytaniem. Nie lubiła kiedy ktoś wypytywał ją o sprawy osobiste, aczkolwiek Felix to Felix. Chciała z nim być szczera, szczególnie teraz, kiedy nie chciała, żeby wszystko na nowo się zrujnowało. Zamurowało ją trochę kiedy w końcu zadał swoje pytanie. Tym bardziej z nikim o tym nie rozmawiała. Sama nie wiedziała dlaczego. Wmawiała sobie, że to z troski o innych, bo przecież wszyscy mają swoje zmartwienia, prawda? Niektórzy większe, niektórzy mniejsze. Otworzyła już usta, żeby odpowiedzieć Dobrze, ale w ostatniej chwili zamknęła usta i zwiesiła głowę. Z pewnością domyślał się już, że nie było dobrze. Tylko jej naiwne koleżanki z dormitorium kupowały tą bajeczkę, że łzy lecą jej z zimna, a oczy ma podkrążone przez pisanie pracy domowej na transmutację. Cieszyła się, że tylko one są na tyle otwarte, że nie widzą problemu w tego typu pytaniu.
    - Wydaje mi się, że czuję się mniej więcej tak, jakby ktoś co jakiś czas uderzał we mnie młotem i roztrzaskiwał na milion kawałeczków. Kiedy już się pozbieram, to znowu to samo i tak w kółko. – Uśmiechnęła się sztucznie i spojrzała na Felixa. – Ostatnio myślę o okropnych rzeczach, Felix… Nie wiem czy jestem tą samą Martine sprzed kilku miesięcy. – Podkuliła nogi bliżej siebie i zaczęła wpatrywać się w podłogę. – Czasem zastanawiam się… Po co mi w ogóle rodzina, skoro jestem przez nią nieszczęśliwa? – Nie wiedziała jak ubrać to wszystko w słowa, na tyle sprawnie, żeby zrozumiał o co jej chodziło.

    OdpowiedzUsuń
  78. [Na blogu tym razem na pewno pojawi się niedługo Bal Walentynkowy, więc może poszliby na niego razem i właśnie tam jakoś wyszłoby, że Martine również coś czuje do Felixa? Co ty na to? Teraz miałby czas na rozkochanie jej w sobie :p]
    Martine słuchała go uważnie, a kiedy tak mówił o tym wszystkim czuła, że potrzebowała rozmowy bardziej niż sądziła. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że ktoś musi uświadomić ją, że nadal jest tą samą osobą co kiedyś. Nadal nie była stuprocentowo pewna czy nie stała się przez te kilka miesięcy potworem, ale była wdzięczna losowi, że go miała przy sobie właśnie teraz. Nie raz myślała nad zrobieniem czegoś swoim rodzicom. Właśnie dlatego całe wakacje przesiedziała zamknięta w swoim pokoju, z różdżką zamkniętą w szafce nocnej. Bała się, że pewnego dnia nie wytrzyma i zrobi coś czego będzie potem żałować. Nie chciała przebywać w ich towarzystwie, żeby jeszcze bardziej nie podsycać tego pragnienia pozbycia się ich raz na zawsze. Wprawdzie ostatnio zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem wszystkie jej nieszczęścia nie są sprawką jej matki, która na pewno miała wpływ na jej ojca. Uśmiechnęła się szczerze i teatralnie dotknęła ramienia Felixa
    - Wiedz, że powiesz tylko słowo a osobiście ci pomogę! – zaśmiała się pod nosem i założyła kosmyk włosów za ucho. Spojrzała na zegar na ścianie i aż się zdziwiła ile czasu minęło. – No dobrze to teraz moje pytanie… - Zamyślona wbiła wzrok w podłogę. Nie chciała na samym początku zadawać zbyt ciężkich pytań. Sama nie wiedziała o co zapytać. Pytanie Dlaczego przestali się przyjaźnić, postanowiła zostawić na sam koniec. W gruncie rzeczy jest to przecież najcięższe pytanie. – Nie zdążyliśmy chyba o tym porozmawiać jeszcze… Wiesz już co będziesz robił po Hogwarcie? Gdzie trafisz? – Sama nie była pewna co chce w życiu robić. Wiedziała, że rodzice z pewnością będą starać się o to, żeby została aurorem i pomimo że od zawsze chciała nim być, to teraz pragnęła zrobić im na złość i pójść inną ścieżką. Ale jaką? Tego nie wiedziała. Miała tylko nadzieję, że wkrótce się dowie.

    OdpowiedzUsuń
  79. [Jasne doskonale rozumiem :) Mam złe przeczucie co do bloga, więc mam pytanie czy w razie jego upadku, istnieje możliwość, żeby dalej prowadzić ten wątek, na przykład przez maila? :) Jakoś za bardzo pokochałam Felixa, żeby się z nim rozstawać.]
    Chciała odpowiedzieć podobnie jak Felix. Od miesięcy, a może i lat, żyła jednak w tej świadomości, że to nie ona wybierze ścieżkę, którą będzie dalej żyć. Rodzice wprawdzie nigdy nie powiedzieli, że nie będize mieć żadnego wyboru, jednak Martine już dawno temu do wywnioskowała z ich zachowania. To oni wybrali przedmioty, których uczy się teraz. Sami decydowali o prawie każdym szczególe związanym z jej nauką. Co miała odpowiedzieć Felixowi? Żeby zapytał jej rodziców? Wzruszyła ramionami, bo sama nie wiedziała co chce robić. Nie zastanawiała się nad tym zbyt często. Wiedziała, że i tak nie spełni swojego marzenia.
    - Niestety raczej nie będzie mi dane zadecydować kim będę, a nie chcę robić sobie zbędnych nadziei. - Uśmiechnęła się, pomimo że w środku czuła się tak jakby miała wybuchnąć. - To że ja się zmieniłam, nie oznacza, że moi rodzice też. O ile pamiętasz, to oni decydują o wszystkim. Ja tu nie mam zbyt wiele do gadania. – Dopiero kiedy usłyszała swoje słowa, zrozumiała jak bardzo to ją boli. Do oczy napłynęły jej łzy, a chwilę później kilka z nich zleciało po jej policzku. – Boże Felix, czemu oni są tacy? Nie kochają mnie? Co robię źle, że cały czas dostaję od nich listy jedynie z nowymi zakazami i nakazami? – Łzy lały się już strumieniem po jej policzku. Od dawna nie płakała. Starała się pozostawać twardą, niewzruszoną na całe zło, które ją spotykało w ostatnich miesiącach. Czuła się dobrze z tym, że to Felix był teraz przy niej. Jej Felix. – Co jest ze mną nie tak…? – Nie umiała się uspokoić. Miała tylko nadzieję, że ślizgon się nie przestraszy, przytuli mocno, do czasu aż się wyciszy. Potrzebowała go i pomimo że był przy niej, chciała go więcej.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  80. [Wątki między ślizgonami, zawsze. Ja bym nawet bym poszła w jakieś powiązanie jeśli Felix wolny, a jak nie, to zawsze mogło by coś między nimi być dawniej. W sumie to chyba też wpakuję Mię do Klubu pojedynków]

    Mia

    OdpowiedzUsuń
  81. [Również mam taką nadzieję, no ale różnie to może być :< Zostawię w taim razie na wszelki wypadek swojego maila :) stalowa.bajka@gmail.com]

    Zapomniała już jakie ukojenie daje wypłakanie się. Od razu zrobiło jej się trochę lżej na sercu. Gdyby mogła to pewnie całą noc by płakała, ale nie chciała jej stracić na niepotrzebne łzy. Chciała spędzić całą noc rozmawiając z Felixem. Kiedy złapał ją za rękę wzięła głęboki oddech i starała się zatamować łzy. Gest ślizgona sprawił, że powoli się wyciszała. Weź się w garść, Mahoney! Dopiero kiedy śli
    Spojrzała Felixowi prosto w oczy. Coś w nich sprawiało, że czuła się bezpieczna. Kiedyś podobnie myślała patrząc w oczy matki, ale było to tak dawno, że zapomniała jak to jest. Wbrew pozorom rodzice kochali ją nad życie kiedy była mała. Troska w ich oczach zniknęła wraz z jej pierwszym wyjazdem do Hogwartu. Dla niej wyglądało to mniej więcej tak, jakby uważali, że pójście do szkoły równa się z dorośnięciem. Może myśleli, że nie potrzebuje już pocałunków na dobranoc, przytulania w zimne wieczory czy zwykłego wyznania, że jest ich kochaną córeczką?
    Felix miał rację. Nigdy nie była ich własnością. Może sama decydować o swoim życiu, bez względu na ich rozkazy i zakazy. Wiedziała, że to nie załatwi wszystkich jej problemów związanych z rodzicami. Dalej będą przychodzić listy, przy których będzie płakać. Teraz jednak miała z powrotem swojego Felixa.
    - Dziękuję Felix… - Po policzku zleciała jej ostatnia łza. Zbliżyła się do niego i po raz kolejny tego dnia go przytuliła. – Twoje słowa są dla mnie ważniejsze niż może ci się wydawać… - Całą noc mogłaby już spędzić w jego ramionach. Całą noc tylko z nim. Całą noc, która mogłaby trwać wiecznie. Tylko on był jej potrzebny do szczęścia, co zauważyła dopiero teraz, kiedy tak siedzieli na zimnej podłodze, przytulając się.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  82. [No to plan z tym, że kiedyś tam Mia była z Felixiem, bardziej pasuje, zwłaszcza, że ona raczej nie należy do takich, które by wzdychały zbyt długo do zajętego czy takiego, który ma ją w dupie. Ale może być tak, że po tym ich rozstaniu utrzymują przyjacielskie stosunki i się Mia z Martine na początku pokłóciły jak to baby, o to że ona z jej byłym, potem by się grzecznie pogodziły, tylko by dla Martine sceny gdzie oni coś tam wspominają, były by takie auć. Matko boska, zawsze chaotycznie opisuję jak zdenerwowana jestem.]

    Mia

    OdpowiedzUsuń
  83. [V rok pasi. Może co do powodów, weźmy wiele pozornie nie znaczących, bo gdyby coś się stało strasznego miedzy nimi to by się poobrażali na siebie do końca szkoły i by się mijali w przyszłości na ulicy bez słowa. Liczne kłótnie, rozbieżność charakterów, zazdrość z obu stron o takie pierdoły jak koledzy z drużyny Quidditcha, czy koleżanki z klubu pojedynków. Sprzeczki o dosłownie wszystko. W końcu by się zdecydowali rozstać, nie odzywali by się do siebie praktycznie przez jakiś czas, ale mile spędzony razem czas i masa wspomnień by ich skłoniły do tego, żeby spróbować powrócić do przyjaźni i by ją do teraz zdążyli odbudować. ]

    Mia

    OdpowiedzUsuń
  84. [Czyli picuś glancuś wszystko spoko. Kto zaczyna?]

    Mia

    OdpowiedzUsuń
  85. [Cześć. W sumie najpierw żaden pomysł nie mógł zrodzić się w mojej głowie, ale po chwili dostałam małego olśnienia. Felix jest animagiem, więc to naprowadziło mnie na pewną ścieżkę. Kiedyś znalazłam blog, na którym autor udostępniał swoje pomysły na wątek, były one dostępne dla każdego. Jeden z nich szczególnie utknął mi w głowie i właśnie Ci go przedstawię. Ellie pewnego razu spóźniłaby się na jakąś lekcje i za karę musiałaby wysprzątać jedno z pomieszczeń zamku, którym byłaby Izba Pamięci. Ell niechętnie by się za to zabrała, ale wreszcie wzięłaby się za czyszczenie nagród. Zaczęłaby od pucharów, które były najbardziej zakurzone i znajdowałyby się na najwyższych półkach. Pech chciał, że zachwiała się i zaczęła spadać z drabinki. W ostatniej chwili, gdy od podłogi dzieliły ją centymetry, zastygła w miejscu. W tym momencie wkracza twoja postać, która uratowała moją przed nieprzyjemnym wypadkiem. Okazałoby się, że Felix pod postacią kruka siedziałby na parapecie i obserwował jak Nelson męczy się ze sprzątaniem. Mógłby on znaleźć się tam, ponieważ chciał pobyć chwilę sam lub cokolwiek innego, tutaj ty musisz wymyślić powód. Wracając - tydzień lub dwa tygodnie temu Ell mogłaby uchronić twojego pana od żartu, który robili mu Gryfoni. W porę ostrzegłaby chłopaka i ten uniknąłby nieprzyjemnej konfrontacji. Ich relacja byłaby obojętna, ale uznajmy, że miałby on względem niej dług wdzięczności, który właśnie w chwili, gdy leciała na podłogę, chciał spłacić. Ellie podziękowałaby za pomoc i już mieliby się rozchodzić, gdy usłyszeliby jakiś hałas, który przypominał dźwięk uderzanych o siebie garnków. Oboje zainteresowaliby się tym i razem postanowili sprawdzić co się dzieje. Okazałoby się, że zaszył się tam jakiś duszek/niegroźny potworek, który jakimś cudem dostał się do zamku. Nasze postacie postanowiłyby zignorować to, ale on będzie prosić ich o pomoc. Zjawa nie będzie wiedziała jak ma się wydostać z Hogwartu i w zamian za wyprowadzenie jej z zamku, oferowałaby coś w zamian. Mogłoby to by być, np.: mała zemsta na jakimś uczniu, który zalazł im za skórę albo pomoc w uzyskaniu lepszej oceny z referatu. Każdy wybierze według swoich potrzeb. Po namowach nasze postacie się zgodzą i razem(mogą to również zrobić osobno, jeśli to problem) będą chcieli opracować plan, aby pomóc duszkowi. Niestety, gdy już prawie wszystko szło zgodnie z nim, zostali nakryci przez nauczyciela. Wynikłyby z tego różne problemy itd. Nie jestem mistrzem w wymyślaniu pomysłów, a wiem, że ten choć wydaje się nieco przygodowy itp., to myślę, że może wyjść z tego coś ciekawego. Nie wiem tylko, czy podoba Ci się to powyżej.]

    Ellie

    OdpowiedzUsuń
  86. Nigdy, nawet przez jedna sekundę, nie obarczała Felixa tym, że urwał się pomiędzy nimi kontakt. Zawsze tłumaczyła sobie, że się od niego odsunęła na rzecz zaimponowania rodzicom, chociażby wynikami w nauce. Zastąpiła go gronem koleżanek, które pomimo że nigdy nie dowiedzą się o jej problemach, były jej najbliższe przez ostatnie parę miesięcy. To ona zawsze była tą złą, która go opuszczała. Teraz jednak kiedy Felix oderwał się od niej, zrozumiała że to nie jej wina. Nie chciała go obwiniać. Musiał mieć przecież powody, żeby przestać się z nią kontaktować. Jednak teraz przez jej głowę przebijało się tyle sprzecznych myśli. Nie myślała o tym zbyt często i zazwyczaj tłumaczyła, że to wina ich obojga. Jednak ona przynajmniej próbowała się z nim kontaktować, mówić cześć na korytarzu, a on? Milczał. Aż do dzisiaj.
    Martine wpatrywała się w ten sam punkt co wcześniej, kiedy jeszcze się przytulali. Nieważne jak delikatnie Felix by się wyswobodził z ich uścisku ona i tak by to zauważyła. Była w lekkim szoku. Czuła się tak jakby właśnie wybudziła się z długiego snu i zastanawiała co działo się naprawdę, a co nie. Myśl że to jednak nie ona zrujnowała ich przyjaźń, była jeszcze lepsza niż to, że właśnie się pogodzili.
    Martine podkuliła pod siebie nogi i spojrzała na Felixa. Co chciała w nim zobaczyć. Zdrajcę? Nie był nim a ona to wiedziała. Musiał mieć powód, Martine. Dalej był jedyny w swoim rodzaju. Dalej był w jej oczach księciem na białym koniu, który wrócił po swoją księżniczkę. A jednak to on rozbił ich przyjaźń.
    Martine pokiwała głową na znak zrozumienia. To był właśnie ten moment, kiedy w końcu się dowie co było nie tak. Co zrobiła źle, albo czego nie zrobiła w ogóle. Chciała zostawić to pytanie na potem, ale myśli jakie ją nawiedziły, powodowały, że nie potrafiła dłużej wytrzymać.
    - Dlaczego mnie opuściłeś? – zapytała z żalem w głosie, jakby co najmniej popełnił jakąś zbrodnię. Teraz kiedy go zapytała, chciała cofnąć czas i zadać inne pytanie. Bała się jaka będzie jego odpowiedź. – Powiedz szczerze. Wszystko zrozumiem… - Już rozumiała. Już czuła, że jednak nie będzie żałować.
    [No to chyba powoli zaczynamy z tym naszym romansikiem :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  87. [Obawiam się trochę jak to wyszło, bo pisane nocą, kiedy mogłam już nie kontaktować, a do tego mój pierwszy wątek na tym blogu ;-; ]

    Wszystko było pięknie i tak jak być powinno. Grupka Ślizgonów, która dogadywała się między sobą jak nikt inny. Ci, którzy przez ostatnie dwa lata spędzali razem praktycznie każdą wolną chwilę. Ci, którzy lądując na dywaniku u opiekuna Slytherinu, pojawiali się w zwykle stałym składzie. Nawet osoby, które nie potrafiły wymienić nas z imienia, wiedzieli, ze ta blondynka, ten brunet i ta szatynka, z domu węża, trzymają się razem.
    Do czasu. Konkretniej do momentu, kiedy wszystko zaczęło się rozpadać krok po kroku. Przyjaźń, która przetrwała nawet nasz burzliwy związek z Felixem, teraz bez wyraźnego powodu znikała w zastraszającym tempie. White, nagminnie mnie unikał, choć wybiórczo zdarzały mu się momenty, kiedy próbował udawać ze tak wcale nie jest lub jakoś wynagrodzić swoją nieobecność. Dopiero później zauważyłam, ze to Mahoney jest osobą, z którą chłopak stara się ograniczyć kontakt. Oddaliliśmy się wszyscy od siebie.
    Jednak po czasie wszystko, przynajmniej w teorii, wróciło do normy. W praktyce widać było zmiany w zachowaniu obojga moich przyjaciół. Atmosfera zbyt często robiła się dziwnie napięta, by można było rzec, ze znów było jak dawniej.
    Kolejna taka sytuacja, mająca miejsce poprzedniego wieczoru, nie dawała mi spokoju aż do lekcji historii magii. Co raz, spoglądałam to na tył głowy Whita, siedzącego rząd bliżej ducha profesora Binnsa, który od lat usypał swym głosem kolejne pokolenia młodych czarodziei, to znów zerkałam na siedzącą obok mnie Martine. Starałam się nie wtrącać w ich prywatne kłótnie czy zawiłe relacje, ale obecna sytuacja doprowadzała mnie do szaleństwa, dlatego gdy tylko skończyła się lekcja, a uczniowie niczym pędzone bydło, jak najszybciej chciało opuścić salę, nucąc pod nosem chwyciłam bruneta pod rękę. Napotkawszy jego pytający wzrok przyłożyłam dwa palce do ust, w sposób, jaki trzymałabym papierosa.
    - Dotrzymasz mi towarzystwa. Nie obchodzi mnie, że mokro. - Pogodnym krokiem ciągnęłam go w stronę wyjścia z zamku. Ton mojego głosu nie zdradzał niczego poza delikatną ekscytacja na myśl o wyczekiwanym karmieniu raka. Jeśli nie chciałam, potrafiłam nie dać nic po sobie poznać. Wciąż nucąc pod nosem szłam z nim w milczeniu przez błonia, na których widać jeszcze było pozostałości po zimie, a miękka ziemia pod stopami zwiastowała ostateczny początek wiosny. Weszliśmy lekko w głąb lasu, gdzie wyciągnęłam z torby w połowie pustą paczkę papierosów i wyciągnęłam jednego z nich, wtykając go sobie między zęby, po czym zaczęłam poszukiwana zapalniczki. Mugolski sprzęt, acz przydatny, jeżeli wszelkie dotychczasowe próby rzucenia Lacarnum Inflamare z mojej strony kończyły się przeważnie małymi pożarami. Jedne zaklęcia przychodziły mi z niezwykłą łatwością, zaś niektórych nie potrafiłam opanować przez lata.
    - Gdzie to głupie ustojstwo… - Założyłam za ucho non stop opadające mi na twarz włosy, które nagminne przeszkadzały mi w chaotycznym przeszukiwaniu torby. W końcu zrezygnowana spojrzałam błagalnym wzrokiem w stronę Whita.

    OdpowiedzUsuń
  88. [Cała Gena:) Jej babka była typową cyganką, jednak z pokolenia na pokolenie kolor skóry bladł, tak samo jak zmieniało się zachowania oraz styl wychowania. Chociaż Gena zna swoje korzenie i przyjmuje je bez żadnych oporów.]

    G.L.

    OdpowiedzUsuń
  89. [To ja też ładnie się przywitam: czeeeść.
    Twój nick zrobił dzień Addison. To ten typ feministki, który uważa wszystkich facetów za szuje przez wzgląd na jednego, więc chyba mimo wszystko musisz jej to wybaczyć. A Felix to wyjątkowo urodziwa szuja.]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  90. [Wolałabym zostać przy tym pomyśle, dlatego możemy wybrać opcję b. Kto zaczyna? ;>]

    Ellie

    OdpowiedzUsuń
  91. [Oczywiście, że chciałabym się o tym przekonać w wątku! Addison cierpi na brak instynktu samozachowawczego, więc zapewne będzie brała udział w zabawie jak bardzo mogę naciskać na White'a, zanim wpadnie w szał i nas wszystkich pozabija? Bardzo chciałabym ci powiedzieć, że mam genialny pomysł odnośnie naszego wątku, ale no cóż... Jedyne, co mi przychodzi do głowy to poważna kłótnia na Błoniach, która zakończyłaby się wrzuceniem któregoś z nich do zimnego jeziora.]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  92. [Aj przepraszam kompletnie się zaplątałam :)]
    Nie żałowała. Zaskoczyło ja wyznanie Felixa. Domyślała się, że musiało chodzić o coś niezwykle ważnego, jednak nie sądziła jak bardzo. Jakim cudem nic nie zauważyła? Przecież tyle czasu ze sobą spędzali, że kiedyś musiał dać jakiś znak, że coś jest nie tak. Było jej teraz głupio, że obwiniała go o ich rozłąkę. Miał przecież powód, tak? Jak mogła uważać go za tego złego? Nigdy nie miała problemów z opanowaniem emocji, nie wiedziała jak się czuł Felix, czego strasznie mu współczuła, bo musiał się z tym borykać samotnie. Mogła go wspierać tak naprawdę tylko kiedy chodziło o rodziców, z którymi sama miała przecież problemy. Kiedy wypowiedział ostatnie zdanie, zrobiło jej się cieplej na sercu. Nikt od dawna nie wyrażał się o niej w ten sposób. Ani Mia, ani Louis, nikt. Dawno nie usłyszała, że jest czyjąś przyjaciółką. Pierwszy raz ktoś powiedział jej, że nie chce jej skrzywdzić. To w jaki sposób się o niej wyrażał, jak próbował się o nią troszczyć… Był wyjątkowy. To że Felix był jedyny w swoim rodzaju, wiedziała już od dawna. Jego słowa tylko to przypieczętowały.
    Sama nie wiedziała co miała teraz powiedzieć. Chciała chociaż w połowie umieć się o nim wyrazić, tak jak on o niej. Nie wiedziała co wypadało jej powiedzieć. W jej głowie echem odbijało się słowo przyjaciółka, które kompletnie zawróciło jej teraz w głowie. Dopiero po kilku sekundach zdołała się odezwać.
    - Nie masz za co – powiedziała zwracając swój wzrok ponownie na podłogę, jakby chciała ukazać skruchę. – Jeśli nie wiesz to… Jesteś dla mnie najważniejszy. – Miała nadzieję, że jej słowa zabrzmiały przynajmniej w połowie tak cudownie jak jego. Uśmiechnęła się i spojrzała ponownie na Felixa. Mówiła od serca i miała nadzieję, że to wystarczyło. – Teraz twoje pytanie.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  93. [Przez tego mema padłam i już chyba nie powstanę xD Postaramy się z Addison docenić fakt, że mimo wszystko Felix jej nie zabił.
    Teraz przez ciebie nie mogę sklecić dobrego komentarza. Wstydź się.
    Pasuje, pasuje. Pytanie teraz tylko, z czyjej perspektywy najlepiej by było zacząć, żeby za bardzo nie lać wody w komentarzu.]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  94. [No i taka powinna właśnie być :> Również witam i dziękuję za miłe słowa!]

    Maisie

    OdpowiedzUsuń
  95. [Przepraszam że tak długo i i tak krótko i miernie. Jakoś nie miałam motywacji nie wiem czemu.]

    Byłam wychowywana pośród mugoli, przez niemagiczną ciotkę, a zaraz po przyjeździe do Hogwartu trafiłam do domu, w którym przeważała ideologia, by takie właśnie osoby tępić. Nic dziwnego, że miałam lekki mętlik w głowie. Ale po tylu latach wypracowałam już sobie pewne zdanie na ten temat: Krwi nie mieszać, mugoli zostawić w spokoju, ale i nie zbliżać się, a szlamy niech się uczą w tej szkole, póki mają świadomość wyższości czystej krwi nad nimi, a niech ich ręka boska broni uważać się za lepszych od nas. Jednak fakt faktem niektórych nawyków nie mogłam się odzwyczaić, a pisanie listów, przesyłanych przez sowy, na początku nauki było dla mnie całkowitą abstrakcją, a do dziś w swoim pokoju na West End miałam komórkę, która tu była całkowicie bezużyteczna. Jednak zapalniczka się przydawała, lecz jeśli zdołałam zgubić już trzecią w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy to najwyraźniej nauka zaklęcia zdawała się być nieunikniona.
    - Wolę uniknąć spalenia całego zamku, zwłaszcza w zimie. Z resztą to nie twoimi jedynymi znajomym do jedenastego roku życia byli mugole, jakoś sobie trzeba radzić. – Zaciągnęłam się papierosem podskakując lekko w miejscu. Lekki wiatr czynił przebywanie na dworze niezwykle nieznośnym. – Poza tym większość wielkich czarodziejów była półkrwi, co jednak nie zmienia faktu, że twój ojciec to palant... mój w sumie też… co jest nie tak z tymi facetami… Robią problemy z niewiadomo czego, boją się o uczuciach mówić i w ogóle… - Spojrzałam na niego wymownie unosząc brew, by załapał aluzję.

    Mia

    OdpowiedzUsuń
  96. Ellie jak na Krukonke przystało, była wzorową uczennicą. Śmiało można byłoby ją określić jako typową mieszkankę domu Kruka, która na pierwszym miejscu w swojej hierarchii wartości stawia mądrość i dumę. Czasami zdarzały jej się małe potknięcie, które wydawały się grubą kreską w jej życiorysie. Jeszcze rzadziej dostawała szlabany, które w swojej kolekcji miała zaledwie dwa. Do tej pory…
    Dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Najmłodsza siostra Ellie, którą dziewczyna upatrzyła jako oczko w głowie, miała urodziny. Starsza córka państwa Nelson nie mogła potraktować tego dnia obojętnie, ponieważ zależało jej, aby malutka Annie miała udany dzień, dlatego całą noc spędziła na pakowaniu wszystkich prezentów, które zakupiła w Hogsmeade. Dziewczyna dopiero nad ranem skończyła swoje zajęcie, więc uznała, że najmniejszego sensu nie ma kłaść się do łóżka skoro za chwilę będzie trzeba wstawać. Niestety zmęczenie wzięło górę i podczas leżenia na prawym boku oraz rozmyślaniu na niezbyt ważne tematy przymknęła powieki. Nie minęła nawet chwila, a Ellie odpłynęła do krainy snów.
    Obudziła się w pustym dormitorium. Zdziwiona krążyła po dormitorium i Pokoju Wspólnym, aż zerknęła na zegarek. W pośpiechu przygotowała się na nowy dzień i do zajęć. Niestety nie udało jej się zdążyć na początek pierwszej lekcji i do klasy weszła ze sporym spóźnianiem. Profesor nigdy nie tolerował takiego zachowania, więc bez zawahania wlepił Krukonce szlaban. Nauczyciele zazwyczaj nie silili się na wymyślanie nowych kar, dlatego przeważnie wysyłali uczniów po lekcjach do Izby Pamięci, by wyczyścili szkolne trofea. Nie było to najgorsze zajęcie, ale Ellie wcale nie powędrowała tam z uśmiechem na ustach.
    Do Izby weszła z niemałym impetem. Niezbyt podobało jej się, że wolne popołudnie będzie musiała spędzić na bezsensownym czyszczeniu nagród, które i tak dawno zostały zapomniane. Niestety, aby móc jeszcze wykorzystać chociaż trochę tego dnia, musiała ostro wziąć się do roboty. Postanowiła, że zacznie czyścić te największe nagrody, które stały na najwyższych półkach. Gdy przysunęła drabinę do szafy, weszła na nią i wyjęła z kieszenie szmatkę, którą chwilę temu tam włożyła. Uniosła do góry rękę, aby chwycić puchar, ale brakowało jej do niego kilka centymetrów. Stanęła więc na palcach i pochyliła się do przodu. Szybko straciła jednak równowagę i zaczęła lecieć w dół. Nie miała czego się złapać, aby uratować się przed upadkiem. Na szczęście w ostatniej chwili złapał ją chłopak, którego od razu sobie przypomniała. Pamiętała jak ostrzegła go przed żartem grupy Gryfonów, a on nawet nie raczył jej podziękować. Ona jednak w odróżnieniu do niego była mu wdzięczna na ratunek.
    - Dziękuję. – rzuciła, gdy stanęła na własne nogi. – Mogłoby to się źle skończyć, gdybyś mi nie pomógł. Swoją drogą… skąd się tutaj wziąłeś?

    Ellie

    OdpowiedzUsuń
  97. [Uhu! A jakie możliwości są :D Z tą kartą to trochę w przyszłość wybiegłam, no ale nie da sie ukryć, że najwięcej związanego jest tam z Felixem c: A a co do wątku, to wydaje mi się, że możemy powoli kończyć wątek w sali i wymyślić coś nowego, załóżmy coś typu ten Bal Walentynkowy/Wiosenny. Jestem otwarta na propozycje :>]
    Właśnie takie pytanie chciała usłyszeć. Proste, takie przy którym nigdy by się nie zawahała. Odkąd zrozumiała, że rodzice nigdy nie wypuszczą jej z gniazda, postanowiła wyjechać. Anglia nie była wymarzonym miejscem na ziemi. Ponuro, deszczowo i melancholijnie. Tak właśnie oceniała życie na jej terenie. Chciała czegoś nowego, świeżego, co natchnęło by ją do życia. Indie nie pojawiły się znikąd. Odkąd pamiętała było to miejsce, które ją fascynowało. Kolorowe, piękne i tętniące życiem.
    - Kiedy byłam mała, często jeździłam do babci ze strony ojca. Była tym typem czarownicy, który nie boi się mugoli i nie widzi w nich wrogów. Zawsze kiedy do niej przyjeżdżałam, włączałyśmy tewelizor… Nie chwila. Telewizor! – powiedziała, śmiejąc się. Nigdy nie umiała zapamiętać tej nazwy. – Pewnego dnia leciała jakaś relacja z Holi, festynu kolorów. – Martine przestała przez chwilę mówić. Chciała jeszcze raz przypomnieć sobie tamten dzień. – Nie pamiętam z tego już prawie nic, ale wiem, że strasznie podobało mi się to co zobaczyłam. Wyobraź sobie ludzi, którzy radują się, są kolorowi. Wyobraź sobie, że jest jeden taki dzień, kiedy nikt nie jest smutny nawet na minutę. – Martine uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. – Chcę być po prostu szczęśliwa przez chociażby jeden dzień. Dlatego Indie…
    Sama myśl o tym, że mogłaby być cały czas szczęśliwa, napawała ją nadzieją na lepsze jutro. Przecież Al może przyjść do niej lada dzień i zadecydować, że to właśnie ten dzień. Coś skręciło ją w żołądku. Felix. Nie mogła go zostawić. Nie teraz kiedy znowu zaczęli rozmawiać. Nie. Nie mogła tego zniszczyć. Chciała powiedzieć, że nie pojedzie. Chciała zapytać czy pojedzie z nią, ale z niewiadomych przyczyn nie umiała wypowiedzieć nawet słowa. Mahoney poczuła, że wszystkie siły ją opuszczają w jednej sekundzie. Całe życie pod górę…
    - Wydaje mi się, że jak na jedną noc to wystarczy pytań, co? – Była to jej jedyna nadzieja. Owszem czuła się zmęczona, ale dla bycia i rozmawiania z Felixem, mogłaby już na zawsze zrezygnować ze snu. – Chyba, że masz jeszcze jakieś pytania. – Uśmiechnęła się dosłownie na sekundę. Nie powinna czuć się winna z powodu chęci wyjechania. Przecież kiedy zaplanowała wszystko, Felixa nie było przy niej. Nie przypominał jej każdego dnia, że nie może bez niego wyruszyć.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  98. Addison z pozornym znudzeniem przeniosła wzrok ze spokojnej tafli jeziora na wykrzywioną gniewem twarz Felixa, rzucając mu opanowane do perfekcji przez tyle lat spojrzenie pod tytułem jesteś jeszcze większym kretynem niż sądziłam, gratulacje, po czym znowu skupiła całą swoją uwagę na kołysanej tchnieniem wiatru słodkiej wodzie. Człowiek mógł oszaleć w tym zamku! Stała sobie grzecznie na pomoście, podziwiając otaczające ją krajobrazy, a szalejący niczym sztorm Ślizgon wtargnął w jej przestrzeń osobistą i jeszcze rządał od niej wyjaśnień. A przecież tym razem była niewinna, nie przypominała sobie niczego, za co musiałaby odpokutować. Jakby głębiej się nad tym zastanowić, ustanowiła chyba swój nowy rekord w długości niewszczynania poważnych awantur. Nie wiedziała, dlaczego Felix był zdenerwowany, ale to nie była jej zasługa, choć jej kochająca intrygi podświadomość próbowała zrozumieć, co tu się właśnie działo. On musiał mieć jakiś powód, dla którego na nią naskoczył i gdyby to był inny dzień, może spróbowałaby to wyjaśnić. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj chciała być sama ze swoimi myślami na tym końcu świata, który stworzyła wokół siebie. Potrzebowała oddechu, potrzebowała samotności, potrzebowała znaleźć równowagę z daleka od tłumu sępów, którzy tylko czekali na jej najdrobniejsze potknięcie, aby zająć jej miejsce na drabinie popularności. Nie znosiła fałszu, który ją otaczał, sprawiając, że każdego dnia się dusiła, który każdego dnia odbierał jej cząstkę jej samej, mimo że już niewiele ich zostało. Jak każdy człowiek miała swoje blizny i rysy pozostałe na szkle. I jak każdy raz na jakiś czas próbowała je wymazać, próbowała się naprawić, chociaż przecież wiedziała, że to było nierealne. Irracjonalne. Abstrakcyjne. Czy można ją jednak było winić, że próbowała po raz kolejny, że nie potrafiła się tak po prostu poddać? Starała się ze wszystkich sił, a to nie wystarczało, chociaż nie przyjmowała tego do wiadomości, chociaż walczyła, bo nie zostało jej nic innego. Była tylko brudnym, zdziczałym zwierzęciem. Nie mogła ocalić siebie, wiedziała o tym, ale nie przestawała. Chciałaby to zatrzymać, poddać się, pozwolić, by jej serce stanęło, by płuca nie nabrały powietrza, ale jej zdradzieckie ciało nadal funkcjonowało, mimo że jej dusza stanęła w płomieniach i błagała, by przestało, by już odpuściło. Bo miała już dość.
    Ale życie to suka, a my nigdy nie dostajemy tego, czego chcemy.
    - Chcę pokoju na świecie, ale tego chyba nie możesz mi dać, White, więc zadowolę się, jeśli spierdolisz stąd w podskokach - odpowiedziała Addie, zachowując obojętny ton. Ta abstynencja od bójek zaczynała ją nudzić, a Felix właściwie sam prosił się o podobną odpowiedź. Biedny chłopak chyba nie słyszał, że złość piękności szkodzi. Może powinna mu polecić jakiś krem na zmarszczki?

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  99. [ Dziękuję ślicznie za powitanie :) Mnie Felix fascynował już dawniej, fascynuje i teraz, ale tak jak i w przypadku mojej Lennon, tak i w przypadku Ophelii nie mam żadnych pomysłów :< To jest zue. W każdym bądź razie dziękuję jeszcze raz]
    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  100. [Hmmm… To ja jeszcze się namyślę i dam znać, jakaż to nagroda będzie :D W takim razie przeskakujemy c: Teraz możesz zacząć od balu, albo jakoś szybciej :> ]
    Chciała zachować się jak prawdziwy dorosły. Dokonać właściwego wyboru, których zawsze się bała. Teraz kiedy chciała powiedzieć, że zostanie, byleby być z nim przez ten cały czas, głos uwiązł jej w gardle i nie była nawet zdolna do jakiejkolwiek odpowiedzi na jego propozycję. Uśmiechnęła się tylko, dała swoim myślom ochłonąć i kiwnęła głową. Uniosła ręce do góry i zaczęła ściągać swoją ślizgońską szatę. Okryła się nią, przysunęła bliżej do ściany i oparła głowę o ciało Felixa. W tym momencie przeszedł ją dreszcz. Czuła się bezpiecznie, inaczej niż zwykle.
    - Dziękuję za wszystko… - powiedziała tylko jak najciszej i jak najcieplej, zamknęła oczy i już po kilku minutach spała.
    Bała się, że Felix jej nie obudzi. Ucieknie i już nigdy więcej z nią nie porozmawia. Nie chciała tak szybko tego kończyć. Miała nadzieję, że jak otworzy oczy, Felix dalej będzie obok niej spał, albo że obudzi ją, zawiadamiając o otwarciu drzwi do klasy. Niepotrzebnie się martwiła, bo rano ślizgon zbudził ją. Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła w drzwiach nauczyciela, który łaskawie nie dał im żadnego szlabanu za spędzenie nocy poza łóżkami. Wrócili razem do pokoju wspólnego ślizgonów, gdzie tuż przed rozstaniem, Martine postanowiła zapytać o coś, o co zapomniała zapytać ostatniej nocy.
    - Skoro pomiędzy nami wszystko w porządku… To chyba nie odmówisz mi pójścia na Bal Wiosenny, jako mój partner? – zapytała, uśmiechając się łobuzersko. Chciała właśnie z nim wejść do Wielkiej Sali. Chciała zszokować wszystkich dookoła, tym że nie wybrała żadnego z kochasiów, którzy zazwyczaj się za nią uganiali. Chciała pójść z Felixem, bo wiedziała, że tylko przy nim będzie jej dobrze. Nie poczekała nawet na odpowiedź, tylko poszła w stronę dormitorium, a zanim zniknęła za drzwiami, rzuciła tylko:- Czekaj na mnie w pokoju wspólnym o osiemnastej! – i zniknęła w pokoju. Wiedziała, że gdyby poczekała na odpowiedź, chłopak mógłby jej odmówić, a tego nie potrzebowała. Wszystko czego potrzebowała, to trochę czasu z Felixem. Jej Felixem.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  101. [Dobry wieczór ;) Jak Slytherin, to muszą się znać, prawda?]

    OdpowiedzUsuń
  102. [Ja bym go kochała, nawet jakby czuł się kobietą! c:]
    Martine wydawało się, że jak na złość każda minuta trwa godzinę. Ostatnie trzy dni były zdecydowanie najdłuższymi dniami w jej życiu. Owszem, spotykali się z Felixem na zajęciach, posiłkach a nawet w pokoju wspólnym, ale Martine pragnęła spędzenia czasu tylko z nim. Teraz zazwyczaj towarzyszyła im Mia, która sprawiała, że ich relacje stawały się coraz cieplejsze. Przez nią, Martine nie umiała wychwycić nawet niezręcznych momentów, których byłoby pewnie wiele. W końcu ślizgonka miała braki z życia Felixa i to nie kilka tygodni, tylko miesięcy. Często bywało tak, że jej przyjaciele mówili o czymś, czego Mahoney kompletnie nie rozumiała. Uśmiechała się wtedy tylko i spuszczała głowę, udając że coś ciekawszego znajduje się właśnie na posadzce.
    Teraz, kiedy zostało jej zaledwie kilkanaście minut do osiemnastej, czas leciał szybciej niż by tego pragnęła. Wydawało jej się, że ma tyle czasu! Zaledwie kilka minut przed wyjściem upięła ostatnie kosmyki włosów spinkami i spryskała się perfumami. Całe szczęście w końcu nie wyglądała jak zombie przez małą ilość snu. Jeszcze tego samego dnia uwarzyła odpowiedni eliksir (eksperymentalny!), który sprawił, że worki pod oczami momentalnie zniknęły, a twarz nabrała w końcu kolorów. Stanęła ostatni raz przed wysokim lustrem i zaczęła sobie powtarzać te same słowa Dasz radę Mahoney!
    Wyszła z dormitorium i udała się pokoju wspólnego. Była chyba trochę spóźniona, ale nie przejmowała się tym, bo Felix na pewno zrozumie jej spóźnienie. Ostatnio często zastanawiała się, czy chłopak przypadkiem jej nie wystawi. Wtedy raczej by ją ostrzegł, ale i tak miała wiele wątpliwości. Rozluźniła się dopiero kiedy weszła do pokoju wspólnego i zobaczyła go. Wyglądał cudownie. Najwyraźniej w pośpiechu nie zdążył poprawić muszki, która była przekrzywiona. Martine podeszła do niego z uśmiechem na ustach. Wyciągnęła powoli dłonie i zaczęła ją poprawiać.
    - Też myślałeś, że się spóźnisz, co? – zapytała śmiejąc się i mając nadzieję, na rozładowanie napięcia, które wyczuła w pierwszym momencie. Podświadome czuła, że ten wieczór będzie należał do tych najlepszych.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  103. [Hmmm... skoro jest starszy, to może i trochę bardziej doświadczony. Mógłby czasem ćwiczyć z Charlie po lekcjach, skoro oboje należą do Klubu Pojedynków. Możemy zrobić wątek, w którym jest już po jednym z takich spotkań i Felix i Charlie siedzą gdzieś i rozmawiają, czy tam robią coś innego.
    Jeszcze jedno małe pytanko mam: czy uczniowie wiedzą, że Felix jest animagiem? :)]

    OdpowiedzUsuń
  104. [Okej. W takim razie... kto zaczyna? ;)]

    OdpowiedzUsuń
  105. [Dzień dobry! :) Jakby była chęć na wątek to zapraszam do siebie :)]

    Valentina

    OdpowiedzUsuń
  106. Uśmiech nie mógł zejść z jej twarzy. Najchętniej wyszczerzyłaby zęby, albo zaczęła skakać z radości. Nic wprawdzie nie odzwierciedliłoby ogarniającego ją szczęścia. Nie sądziła, że pójście na Bal Wiosenny okaże się czymś na co długo czekała. Nie zamierzała się na nim pojawić, a już na pewno nie z własnej woli, bo znając życie koleżanki z dormitorium namawiałyby ją tak długo, aż by się zgodziła i w ostateczności poszła.
    Obecność Felixa sprawiała, że miała ochotę cały czas się śmiać. Może i wyglądała śmiesznie uśmiechając się cały czas, nawet wtedy kiedy ktoś mocno uderzył ją w bark, ale nic nie potrafiło zepsuć tej chwili. Miała tylko nadzieję, że Felix nie odbierze tego za wyśmiewanie się z niego. Kiedy w końcu poprawiła porządnie jego muszkę i musiała spojrzeć na niego, przygryzła delikatnie dolną wargę, mając nadzieję na trochę więcej powagi. Kiedy usłyszała, że pięknie wygląda nie potrafiła zapanować nad emocjami. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, niosący za sobą falę ciepła, które skumulowało się w okolicy serca, które momentalnie zaczęło szybciej bić. Uśmiechnęła się i dałaby sobie rękę uciąć, że jej policzki się zarumieniły.
    - Ty też, Felix… - odpowiedziała onieśmielona. – A to oznacza, że będziemy cudownie do siebie pasować! – Uśmiechnęła się figlarnie i obejrzała się dookoła. Tak jak myślała, połowa ślizgonów przyglądała się im z daleka. Grupa o rok młodszych dziewczyn właśnie gorączkowo rozmawiała o czymś, co jakiś czas zwracając swój wzrok na Martine i Felixa. – Już tu wszyscy się na nas patrzą, a co dopiero będzie w Wielkiej Sali!
    Mahoney poczuła się nieswojo. Zazwyczaj znosiła spojrzenia innych, ale teraz kiedy była z Felixem, chciała mieć jego towarzystwo tylko dla siebie. Nie chciała Mii, ani nikogo innego. Chciała miło spędzić z nim czas. Zaczęła się zastanawiać o czym teraz myśli. Jedyne czego teraz pragnęła to wydostać się z pokoju wspólnego i jak najszybciej znaleźć się gdzieś, gdzie będzie mogła swobodnie oddychać.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  107. [To samo można powiedzieć o Twoim Ślizgonie, choć niechcąc się powtarzać dodam również że idealnie dobrałeś do samej już i tak interesującej treści tytuł oraz zdjęcie. Przyznam, że będę zachwycona stworzeniem pomiędzy naszymi postaciami nieco dziwnej jednakże bliskiej relacji.]

    Eve

    OdpowiedzUsuń
  108. [O dziękujemy razem z Martine i życzmy cudownego Dnia Mężczyzny!]
    Serce biło jej szybciej niż jeszcze przed chwilą. Kiedy Felix patrzył na nią, czuła jak przeszywa ją ciepły dreszcz. Nie potrafiła opisać jakie emocje towarzyszyły jej w tym momencie. Miała ochotę zapaść się pod ziemie ze względu na gapiów, ale jednocześnie chciała, żeby każdy zobaczył, że Felix jest z nią, a nie z żadną inną dziewczyną. Może to nie on ją zaprosił, ale czy to się liczyło? Przyszedł, nie protestował, żeby nie iść, więc uznała, że może to uznać za zgodę.
    Złapała się jego ramienia i wyszli razem z pokoju wspólnego. Za drzwiami całe szczęście nie było tak duszno jak w środku. Zostało jeszcze kilka minut do rozpoczęcia balu, więc połowa uczniów robiła ostatnie poprawki przed wyjściem. Dla Martine ważne było, żeby wszystko podobało się Felixowi, a z tego co słyszała właśnie tak było. Kiedy tak szli korytarzem zastanawiała się jak potoczy się ta noc. Czy będzie tak samo przełomowa jak ta, którą spędzili razem w klasie? A może będzie to najgorzej spędzony przez nich czas? Chciała żeby było idealnie.
    - Każdy się denerwuje – powiedziała uśmiechając się. – Prawda, Felix? – zaśmiała się pod nosem i spojrzała wymownie w jego stronę. Czuła jaki jest spięty. Chyba właśnie to sprawiło, że sama przestała się denerwować. Dało jej to poczucie, że nie tylko ona się stresuje. Była tylko ciekawa jakie myśli nękają jej przyjaciela. Czy głosik w jego głowie powtarza mu, żeby uciekł póki może? – Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. – Złapała go trochę mocniej za ramię, chcąc dodać mu chociaż trochę otuchy. Miała nadzieję, że za chwilę żadne z nich nie będzie czuło się spięte. – A i jest jeszcze coś… - Kompletnie zapomniała! Mahoney, jaka ty głupia! Przygryzła wargę i zawstydzona swoim zapominalstwem zaczęła po cichu wszystko mu tłumaczyć. – Z góry przepraszam, ale spanikowałam! Po szkole chodził chłopak z zapisami na konkurs tańca i… Zapisałam nas… - Miała nadzieję, że Felix nie będzie aż tak zły jak przypuszczała. Nie była nawet pewna czy potrafi tańczyć! Sama nie była zbyt dobrą tancerką, jednak mieszkając pod dachem arystokrackiej rodziny musiała nauczyć się podstaw. Bała się, że przez jej głupotę i roztargnienie (w dodatku spowodowane jego osobą!) Felix zostawi ją samej sobie. Tego właśnie chciała uniknąć.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  109. [Mam na myśli coś co może przypominać pewną dziwną fascynacje, oczywiście patrzę na to z perspektywy mojej postaci i nie wiem czy tobie i Felixowi będzie to pasować, jednak zastanawiam się czy oni nawzajem nie byliby dla siebie intrygujący, coś na zasadzie gry. (taki ogólny zarys nie wiem czy dobrze się wyraziłam)]
    Eve

    OdpowiedzUsuń
  110. [Zakochałam się w nim. Chodź na wątek!]

    Onika

    OdpowiedzUsuń
  111. [Frankie chyba ma lekką słabość do Ślizgonów, haha (:]

    Frankie

    OdpowiedzUsuń
  112. [To wiem. Niech pokłócą się o cokolwiek. Niekoniecznie musi ich coś łączyć, żeby do tej kłótni doszło. Mogą się nawet nie lubić, to wtedy byle jaki powód będzie powodem do krzyku. Np. ona będzie w kuchni, on akurat tam przyjdzie i zacznie ją denerwować, zacznie się rzucanie talerzami czy czymś i Onika ucierpi, bo jakiś odłamek porysuje jej policzek.
    Jeśli pasuje to błagam, zacznij :<]

    Onika

    OdpowiedzUsuń
  113. Felix

    Sama nie wiedziała czego się spodziewała po Felixie, ale zdecydowanie nie takiej reakcji. Myślała, że chłopak odwróci się na pięcie i ucieknie, albo naskoczy na nią, że popełniła straszliwy i nieodwracalny błąd. White tylko na początku wydawał jej się zbity z tropu, lecz później o dziwo nawet postanowił wziąć udział w konkursie razem z Martine. Dziewczyna po chwili uśmiechnęła się lekko, cały czas zdając sobie sprawę, że chłopak może jednak jest zły.
    - Ale jesteś pewien? Przepraszam, powinnam najpierw zapytać, ale… Tak jakoś wyszło.
    Nie chciała przyznać się do tego, że chciała, żeby każdy zobaczył z kim przyszła. Nie pałała entuzjazmem do tego typu wydarzeń, ale kiedy tylko zobaczyła listę krążącą wśród uczniów, praktycznie bez zastanowienia wpisała ich nazwiska. Czuła się przez to zażenowana, ale też uradowana, że jednak cząstka tej starej Martine, będącej w ciągłym centrum uwagi, gdzieś tam jest.
    Ruszyła za Felixem, cały czas zastanawiając się czemu nie wiedziała, że chłopak potrafi tańczyć. Z drugiej strony on też nie wiedział, że zna podstawy, co nie zmienia faktu, że było to dla niej zdziwieniem. Znali się przecież na tyle długo, że niewiele powinno im zostać do odkrycia siebie nawzajem. Dopiero kiedy doszli do Wielkiej Sali – przepełnionej uczniami, którzy czekali w swoich cudownych kreacjach na rozpoczęcie balu. Kilka osób co chwilę zerkało w ich stronę, jakby wejściem do środka dokonali jakiegoś cudu. Chwilę później podszedł do nich chłopak, który organizował konkurs i oznajmił im, że za kilka minut wszystko się rozpocznie. Całe szczęście nie dostali żadnego numerka, czy innego badziewia. Par było chyba na tyle mało, że nie potrzebowali wytycznych, która to która. Martine zaczęły znowu zżerać nerwy, przez co zaczęła niekontrolowanie przygryzać wargę. Uspakajało ją tylko to, że nie była sama – Felix też nie wydawał się zbytnio odprężony.
    Po kilku minutach oczekiwania, chłopak który wcześniej do nich podszedł, wyszedł na środek sali i po rzuceniu zaklęcia w stronę swojego gardła, oznajmił że konkurs właśnie się zaczyna. Wszystkie pary biorące w nim udział wyszły na środek sali, włączono muzykę i wszyscy zaczęli tańczyć. Chłopak dodał tylko uwagę, że wystarczy tańczyć i ulotnił się, dając miejsce tańczącym. Martine odwróciła się w stronę Felixa i wzięła głęboki oddech.
    - No to zaczynamy! – powiedziała z niewielkim entuzjazmem. – Nie musimy się starać, Felix. Nie zależy mi na wygranej. - Kiedy tylko to powiedziała, od razu poczuła się lepiej. Poczuła, że w końcu mówi prawdę.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  114. [Jak na początek się nada, tylko mogłabym wiedzieć czemu Feli tak spędza noc? Czy ma być niespodzianka? Poza tym bezsenność Scorpa wynika z wielu czynników, mogłabym go w coś tam zaplątać, tylko musiałabym jeszcze pomyśleć co to miałoby być. Wtedy nasi panowie mogliby tak trochę wstawieni pokontemplować sens swojej egzystencji, ponarzekać na życie, wyskoczyć na jakiś spacer po zamku i tutaj mogliby się zaplątać w jakieś kłopoty, chociaż jeszcze nie wiem jakie. Po prostu przyda sie coś, żeby wątek się za szybko nie wyczerpał.]
    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  115. [Boże! Początek karty brzmi tak, jakbym czytała o swoim Gregoriusie. Tyle podobieństw, wow. Karta świetnie napisana. Mam słabość do tego imienia. Musimy mieć więc jakiś wątek. ] Gregorius Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  116. [Przeczytałam kartę i dochodzę do wniosku, że Felix to taka męska wersja Janice, więc powinni się dogadać. Także jeśli zmieścisz jeszcze jeden wątek, to będę ucieszona!]

    Janice

    OdpowiedzUsuń
  117. [Ojej, wyczuwam mieszankę wybuchową, Malfoy też bywa nieobliczalny, ale w inny sposób, zamiast niszczyć wszystko dookoła może chcieć udowodnić, że to on jest zepsuty od środka. Tak mi wpadło do głowy, że może Scorpius zaoferowałby Felixowi jakąś pomoc czy coś w tym stylu (czyli rasowy podrywacz udaje romantyka od siedmiu boleści), tylko trzeba to jakoś rozplanować, bo przyznam bez bicia, że nie jestem wątkowym stalkerem i nie wiem jak tam wygląda ten z Martine. Mogliby właśnie z tego powodu wyskoczyć na spacerek po zamku, ale po drodze by się tak spili, że zgubili by wątek i sens całej wyprawy, może nawet sami by się zgubili. Tylko ciężko mi powiedzieć co dalej.]
    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  118. [Po raz kolejny trochę czekałeś, ale niestety tak może niestety być w najbliższym czasie :<]
    Uśmiechnęła się na słowa Felixa, a kiedy złapała jego ramię i spojrzała prosto w jego oczy, zrozumiała coś. On naprawdę chciał wygrać. Zapomniał o tym, że zapisała ich bez jego wiedzy i najzwyczajniej w świecie miał nadzieję na zwycięstwo. Chłopak nadal ją zaskakiwał. W końcu jeszcze przed chwilą nie wykazywał chęci do zatańczenia. Dosłownie kilka sekund temu dał jej do zrozumienia, że nie była to zbyt dobra niespodzianka. A teraz? Teraz w jego oczach widziała rządzę wygranej, której jeszcze nigdy nie widziała.
    Kiedy tylko usłyszała muzykę, przeszły ją ciarki. Utwór tak często grany na tych wszystkich przyjęciach, a tak kochany przez nią. Kojarzył jej się z tymi najlepszymi latami – pełnymi dziecinnej niewinności, której teraz tak jej brakowało. Wtedy nie była świadoma ile zła i niebezpieczeństw czeka na nią poza murami domu. Z czasem zrozumiała, że rodzice nie przygotowali jej na życie. Zamiast uzmysłowić jej ile bólu może doświadczyć, a wcale nie chodziło ból fizyczny, starali się wpajać jej do głowy niemoralne zasady, które według nich powinny obowiązywać w świecie magii.
    Nie sądziła nawet, że jeden utwór może przywołać tyle wspomnień… Przymknęła na chwilę oczy, żeby pozwolić im odejść, a kiedy Felix nachylił się do jej ucha, uśmiechnęła się lekko i odszepnęła mu:
    - Tylko i wyłącznie jeśli Tobie zależy…
    I zaczęli tańczyć, a ona z każdym kolejnym krokiem czuła się coraz lżejsza i bezpieczniejsza. Nie pamiętała kiedy ostatni raz pomiędzy nią a ślizgonem był tak mały dystans. Teraz miała możliwość przyjrzeć się dokładnie jego twarzy, która mimo że nie mogła być idealna, dla niej była najdoskonalsza z tych jakie w życiu już widziała. Czas mijał, jednak w tamtym momencie wydawało jej się że stanął – o dziwo odpowiadało jej to. Jeden krok w prawo, dwa kroki w lewo, w przód i w tył. Potem obrót, przy którym z gracją uniosła lekko wolną rękę i znowu znalazła się tuż przy Felixie. Czuła się jakby latała – jakby była wolna. W końcu nie myślała o tym co pomyślą jej rodzice, ani kiedy dostanie od nich kolejny list. Właśnie w tamtych kilu minutach nie przejmowała się tym co stanie się później, bo czuła się szczęśliwa. W końcu po kilku kolejnych ruchach, które starała się wykonywać jak najzgrabniej, utwór skończył się a wszystkie pary stanęły tam gdzie stały. Martine długo jeszcze mogłaby tańczyć i dopiero po dłuższej chwili rzuciła się na Felixa, przytulając go mocno i całując w policzek.
    - Dziękuję…
    Uśmiechała się przy tym szeroko, myśląc nad tym ile ten ślizgon dla niej zrobił w ostatnich minutach. Niewiele czasu spędziła jednak nad tym, bo po chwili na środek Sali wyszedł organizator konkursu. Po raz kolejny rzucił zaklęcie na swój głos. W dłoni trzymał kopertę, w której najpewniej znajdowały się wyniki.
    - Sędziowie ocenili już wszystkie pary, więc czas na werdykt. – Chłopak uniósł wysoko kopertę, otworzył ją, wyjął karteczkę i zaczął czytać. Serce w tym momencie stanęło Martine. Chciała wygrać. Nie dla siebie. Dla niego.
    - Zwycięzcami są…
    [Zadecyduj czy mają wygrać, bo sama nie potrafiłam podjąć takiej decyzji :<]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  119. - Martine Mahoney i Felix White!
    Wygrali. Naprawdę wygrali… Ślizgonka stała chwilę bezczynnie zastanawiając się nad tym co właśnie się stało. Czyżby w końcu coś jej się udało? Po kilku sekundach Martine zaczęła się szeroko uśmiechać, nie mogąc przestać szczerzyć zębów z dumy. Omiotła wszystkich krótkim spojrzeniem, jednak na tyle długim, żeby zauważyć naburmuszone miny reszty uczestników. Nie przejmowała się niemiłymi uwagami na ich temat, bo w końcu coś udało jej się wygrać. Dla niej nie było ważne, czy to tylko szkolny konkurs czy może ogólnoświatowa olimpiada. W końcu mogła się czymś pochwalić. Mogła napisać list do rodziców, przepełniony masą wykrzykników i wielkich liter, a wszystko po to, żeby zauważyli te pięć słów: Wygrałam I miejsce w konkursie. Martine spojrzała w stronę Felixa, na którego twarz wstąpiło zdziwienie. Sama wprawdzie nie sądziła, że tańczyli na tyle dobrze, żeby zasłużyć na wygraną, jednak teraz cieszyła się jak nigdy w życiu. Posłała w jego stronę jeszcze szerszy uśmiech i próbując przekrzyczeć tłum powiedziała, że wygrali.
    Potem wszystko potoczyło się strasznie szybko. Felix najzwyczajniej w świecie zaczął przepychać się w stronę stołu z wszelkiego rodzaju trunkami, ktoś obok niej zaczął wygłaszać jakże mądrą teorię o przekupstwie, a organizator podszedł do niej z bukietem kwiatów i dwoma, najprawdopodobniej plastikowymi, koronami. Nie wiedziała w co ręce włożyć. Uciszyć tego pacana, który darł jej się prosto w uszy, pobiec za Felixem, czy odebrać nagrodę. Jej twarz spochmurniała, bo nie rozumiała ślizgona. Powinien się cieszyć, przecież widziała w jego oczach, że też pragnął wygranej…
    Odebrała szybko wszystkie upominki, spiorunowała wzrokiem chłopaka, który jak się okazało, był o dwie głowy niższy od niej i pobiegła za Felixem, wbijając łokcie w żebra tym, którzy nie chcieli się przesunąć. Przy stole z napojami już go nie było, a nie sądziła, żeby został w Wielkiej Sali, więc wyszła na zewnątrz. Sama nie wiedziała gdzie miałaby go szukać. Jedynym miejscem, które wydało jej się na tyle odległe od zgiełku, żeby chociaż chwilę odetchnąć, była Wieża Astronomiczna, która została ponoć zamknięta na czas balu. Ponoć. Szybkim krokiem udała się w jej stronę. Tuż przed wchodzeniem po schodach, zdjęła buty i wzięła je do wolnej ręki. Po kilku minutach dotarła w końcu na miejsce. Pod schodami prowadzącymi na samą górę dostrzegła tą charakterystyczną czuprynę. Podeszła po cichu do Felixa, starając się nie zwrócić na siebie jego uwagi. Kiedy stała nad nim, nałożyła na jego głowę plastikową koronę i usiadła obok niego, odkładając buty na bok.
    - Widzisz? Wygraliśmy. – Nie wiedziała co innego mogłaby powiedzieć. Nie miała pojęcia co w tej chwili czuł Felix. Przecież równie dobrze mógł być zły, wściekły czy smutny. Mimo to uśmiechała się cały czas lekko – cały czas nie mogła uwierzyć w to, że wygrali. – Chociaż kwiaty mogli kupić trochę ładniejsze… - powiedziała, śmiejąc się pod nosem. Kilka liści było kompletnie zwiędłych, a fioletowe kwiatki, sprawiały że bukiet wyglądał jak jeden z tych, które kupuje się na pogrzeb.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  120. Nigdy nie była wybitnie dobra z transmutacji. Była raczej typem osoby, która wolała obserwować tych, którzy opanowali tą dziedzinę magii do perfekcji. Robili to z wdziękiem, w pewnym sensie z wyniosłością, co sprawiało, że wszystko wyglądało widowiskowo. Owszem, zaklęcia jej wychodziły jednak nie wyglądało to tak jakby tego pragnęła. Zamaszyste ruchy, zawsze zbyt szybkie i zbyt porywiste niż powinny, sprawiały że wyglądała jakby chciała odgonić niesforną muchę. Dlatego też starała się unikać transmutowania przedmiotów w obecności innych osób. Kiedy Felix zmienił ponury bukiet w piękne róże uśmiechnęła się szerzej i przyglądała się dokładnie całemu zjawiskowi. W jej oczach można było zaobserwować małe iskierki, które tak często pojawiają się u małych dzieci, kiedy zobaczą pieska czy kotka na sklepowej wystawie. Powąchała kwiaty i uśmiechnęła się nieco szerzej.
    - Teraz są piękne… - powiedziała rozmarzonym głosem.
    Nie poszła go szukać bez powodu. Owszem w pierwszym momencie kompletnie nie zrozumiała czemu ją zostawił. Nie była na niego zła. Raczej zawiedziona, że ją opuścił. Znowu… Chciała go znaleźć, zasypać masą pytań i wyzwisk, jednak coś się zmieniło tuż po tym jak zaczęła wspinać się po schodach. To nie był jego świat. A teraz po części przestawał być również jej światem... Nie chciała zostawać tam sama. Z kim miałaby porozmawiać? Z jedną z tych pustych ślizgonek, czy może gryfonem, który od początku balu cały czas jej się przypatrywał? Wybrała Felixa. Zawsze by go wybrała.
    Na Wieży Astronomicznej było jej niezwykle dobrze. W uszach już jej nie dudniło, a stopy przestawały powoli boleć od wysokich obcasów, które niepotrzebnie zakładała godzinę przed wyjściem na bal. Nie potrzebowała już wracać do Wielkiej Sali. Jej koleżanki z pewnością nawet nie zauważyły, że jej nie ma, zaaferowane swoimi partnerami. Nawet gdyby teraz wrócili na dół, nie chciałaby tańczyć – ten jeden raz całkowicie jej wystarczył. Wolała zostać tam, na Wieży Astronomicznej, z dala od zgiełku, śliniących się par i ukradkowych spojrzeń nauczycieli.
    - Wiesz… Mam już to czego tak strasznie pragnęłam, więc… - zawahała się – Możemy tu zostać – dokończyła uśmiechając się i spoglądając na Felixa. – Z resztą tobie to chyba nawet pasuje, prawda? – zapytała, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że chłopak podzielał jej zdanie.
    Usiadła bliżej Felixa i podkuliła nogi pod siebie. Znowu byli blisko. Dokładnie tak jak kilkanaście dni temu w tamtej sali. Martine czuła, że coś się zmieniło. Nie potrafiła tego opisać… Serce jakby biło jej szybciej niż powinno, ciążyło tak, jakby było zrobione z kamienia. A Felix? Wydawał jej się jakiś… atrakcyjniejszy? Nie potrafiła znaleźć słowa, które mogłoby opisać to co czuła właśnie w tamtej chwili – spoglądając na Felixa ukradkiem, próbując dostrzec jakieś zmiany i siedząc tak blisko niego.
    - Ktoś już ci kiedyś powiedział, że jesteś chodzącą zagadką? – zagadnęła, nie mając nawet nadziei na odpowiedź. Ot tak, chciała po prostu to powiedzieć, bez większego celu.
    [Chyba wracam do w miarę szybkiego odpisywania :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  121. [Oh, z pomysłami zazwyczaj u mnie słabo. Felix taki fajny, ale nic do głowy mi nie przychodzi, prócz tego, że Liberty mogłaby być jedną z tych, których chłopak krzywdzi. Zapewne udawałaby, że jego słowa/czyny zupełnie jej nie wzruszają i odpłacałaby mu się pięknym za nadobne, ale naprawdę mogłoby to ją trochę ranić.]

    Liberty

    OdpowiedzUsuń
  122. [Niestety, nie mam zielonego pomysłu jaką wspólną przeszłość mogliby mieć, Chyyyba, że mogłaby to być jakaś jego kuzynka, z którą kiedyś często widywał się na różnych rodzinnych imprezach, ale nigdy za sobą nie przepadali. I jeśli nie masz nic przeciwko, twój pomysł idealnie dałoby się w coś wpleść, bo Liberty w tą swoją plotkę mogłaby dorzucić jakieś ziarnko prawdy, może coś związanego z jego ojcem? Albo mogłaby powiedzieć do swoich koleżanek coś w stylu 'Mówię wam, Felix coraz bardziej upodabnia się do ojca, nie zdziwię się jak podąży tą samą ścieżką co on', co mogłoby uderzyć go w czuły punkt. Dodatkowo Liberty mogła kiedyś się w nim podkochiwać (nieważne, że to jej kuzyn), co chłopak mógł wiedzieć i teraz będzie chciał to wykorzystać w swojej małej zemście.]

    Liberty

    OdpowiedzUsuń
  123. [Okej, okej :) Rozumiem, że mam zacząć. Jak nie zrobię tego dzisiaj, to w sobotę na pewno coś podeślę :)]

    Liberty

    OdpowiedzUsuń
  124. Stanford była osobą, która uwielbiała plotki. Czasami sama je wymyślała, czasami delikatnie modyfikowała, aby były ciekawsze. Czasami było w nich ziarenko prawdy, a kiedy indziej były całkowicie wyssane z palca. Nic więc dziwnego, że duża część osób za nią nie przepadała i z dnia na dzień robiła sobie coraz więcej wrogów. Nie przejmowała się tym jednak dopóki miała kilkoro swoich przyjaciół, którym była wierna i nie zrobiłaby żadnego świństwa. Reszta była jej obojętna, miała gdzieś zdanie innych na jej temat, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Owszem, często różne przytyki ze strony innych lub plotki na jej temat interesowały ją tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale niekiedy zdarzały się chwile, w których dziewczyna czuła się naprawdę dotknięta i od czasu do czasu, jak przystało na nastolatkę, popłakiwała sobie gdzieś w kącie, zwalając wszystko na zespół napięcia przedmiesiączkowego. Oczywiście, robiła to tak, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo im mniej plotek o niej, tym lepiej.
    Istniało kilka dziewczyn podobnych do niej, które równie chętnie wymieniały się plotkami. Od czasu do czasu spędzała więc z nimi trochę czasu, wymieniając się najświeższymi i najciekawszymi informacjami, które kilka dni później obiegały cały zamek. Na każdego mogły coś znaleźć, choć Liberty wiedziała, że w zamku było jeszcze sporo osób, które jakimś cudem uszły jej uwadze. Jedną z nich był Felix White, starszy o rok Ślizgon, całkiem przystojny, ale wiecznie gdzieś się ukrywający. Dziewczyna wiedziała o nim bardzo mało, aczkolwiek zupełnie nie przeszkadzało jej to w przekazaniu koleżankom kilku słów na jego temat, które posłyszała od innych uczniów.
    – Kojarzycie Felixa White'a? Tak, tego Ślizgona z siódmego roku. Podobno niezły z niego sadysta, słyszałam, że ostatnio pobił jakiegoś czwartoklasistę. Co prawda, nie wiem czemu, ale chłopak ponoć wylądował w Skrzydle Szpitalnym na całą noc – powiedziała z udawanym przejęciem, nawet nie siląc się na cichszy ton, bowiem była pewna, że nikogo prócz trzech dziewczyn, z którymi rozmawiała, nie ma. – No cóż, nie wszyscy w tej szkole są normalni, co poradzić – mruknęła jeszcze, wzruszając bezradnie ramionami ze smutną miną, jednak chwilę później uśmiechnęła się szeroko. – No nic, w każdym razie, miło było porozmawiać. Do zobaczenia jutro! – pożegnała się szybko, po czym odrzuciła włosy na plecy i odwróciwszy się na pięcie, ruszyła w kierunku Wieży Gryfonów, omal na kogoś nie wpadając. – Uważaj jak chodzisz – warknęła, podnosząc wzrok, a kiedy rozpoznała w osobie Felixa, uśmiechnęła się niewinnie. – Oh, cześć.
    Miała cichą nadzieję, że chłopak nie słyszał ani jednego słowa, które jeszcze chwilę wcześniej padły z jej ust. Dyskretnie zerknęła do tyłu, jednak jej koleżanki gdzieś już zniknęły, więc na korytarzu została jedynie ona i White. Początkowo może i nie wierzyła w te plotki, które przed chwilą jeszcze sama przekazała dalej na jego temat, aczkolwiek widząc wzrok, jakim ją obdarzył, pomyślała, że może jednak to wszystko prawda. Na tę myśl lekko się wzdrygnęła i spróbowała ominąć chłopaka, mając zamiar dostać się do dormitorium jak najszybciej.

    [No i udało mi się zacząć jeszcze dzisiaj :) Chyba nie jest źle.]
    Liberty

    OdpowiedzUsuń
  125. [Dobry wieczór. Ja tam nie uważam Harley za wybitnie ciekawą i - nawet z moim brakiem talentu - mogłam się szarpnąć na coś lepszego. No ale to jeden z moich pierwszych blogów RPG, więc może się jakoś wyrobię.
    Za to Feliks jest tajemniczy, taki głęboki. Świetny.
    Na wątek jestem chętna, zobaczymy co ze mnie będzie.]

    Harley

    OdpowiedzUsuń
  126. [Bo Harley miała być taka mało ślizgońska. Podobno do Slytherinu trafiła przez jakąś kłótnię z Tiarą, ale się nie przyzna, bo zwyzywanie kapelusza Godryka Gryffindora źle wygląda w CV.
    Myślę, że między nimi najwiarygodniejsza byłaby relacja w jakimś stopniu negatywna lub obojętna. Ewentualnie potem mogłoby to przerodzić się w tolerancję czy znajomość. Harley, z jej nie do końca pewną krwią i zamiłowaniem do mugolskiej muzyki nie ma nie wiadomo jakich szans na wielką miłość ze ślizgońskim Felixem.]

    Harley

    OdpowiedzUsuń
  127. [Hm, dobra, czuję sprawę. Scorp pewnie i tak proponowałby pomoc, tak w swoim przekonaniu, że jest mistrzem relacji między ludzkich. A na tym spacerze po zamku to mogłabym go trochę wrobić. Jeszcze kiedy byliby w miarę trzeźwi, Malfoy mógłby gdzieś w końcu korytarza wypatrzyć Bellamy'ego, a przy nim Scorp ma problemy z ogarnianiem czego chce, więc zwiałby gdzieś w boczny korytarzyk i się schował. Oczywiście nie chciałby powiedzieć o co chodzi, dopiero później, kiedy już jego mózg byłby zamarynowany w Ognistej mógłby coś wypaplać no i z Felixem mogliby zacząć narzekać na te ich problemy. Co potem to w sumie teraz nie wiem, ale jakiś początek to już coś, nie? :D]
    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  128. [Pomysł jest ciekawy. Co do pory dnia, myślę, że obecność Felixa w postaci kruka oraz Harley na dachu są łatwiejsze do usprawiedliwienia w nocy. I dlatego właśnie zdecydowałabym się za rozpoczęcie za dnia, powiedzmy porą popołudniową. Może się wydarzyć coś bardziej interesującego. Szczególnie, że upadek Harley z dachu przy setkach dzieciaków na Błoniach wywołałby niemałe zamieszanie. Konsekwencje zapobiegnięcia takiemu epizodowi będą większe.]

    Harley.

    OdpowiedzUsuń
  129. Martine uśmiechnęła się i zaczęła po kolei wyliczać, starając się nie być zbyt wścibska. W końcu nie o to jej chodziło.
    - Poszedłeś ze mną na bal, potem nie zdenerwowałeś się na mnie za konkurs, a przecież doskonale wiemy, że nie był ci on do śmiechu. Wziąłeś w nim udział, dając z siebie wszystko, a w oczach dosłownie dostrzegłam to jak bardzo chcesz wygrać, jednak w jednej sekundzie ulotniłeś się z Wielkiej Sali, jakbyś nie chciał się przyznać do tego, że coś ci się udało… Jakbyś nie chciał przebywać w moim towarzystwie – dodała szeptem z rozbawieniem w głosie. - Albo nie wiesz czego chcesz, albo to pierwsze objawy rozdwojenia jaźni – powiedziała śmiejąc się pod nosem.
    Chciała dodać jeszcze fakt, że znowu są przyjaciółmi, ale poczuła, że byłoby to nie na miejscu. Nie chciała wywoływać wilka z lasu, bo ponowna rozłąka była ostatnią rzeczą jaką teraz potrzebowała. Nie miała zamiaru obarczać go swoimi problemami. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie tylko ona ma ciężko w życiu, a porównując je z Felixa, można było się od razu załamać. Nigdy nie chodziło jej o obarczanie kogoś. Chciała po prostu mieć kogoś, kto będzie dla niej podporą a właśnie taką osobą był ślizgon.
    Nie patrzyła na niego, ale kiedy jeszcze raz powtórzyła w myślach to co powiedziała, poczuła się zażenowana. Co jeśli weźmie to sobie do serca? Zmieni się przez nie, tak że przestanie być Felixem?
    - Taki jesteś Felix. I muszę się do tego przyzwyczaić. – Nie uśmiechała się, nie bawiła się włosami, a w jej głosie dało się słyszeć niezwykłą powagę. – Brakuje tylko tego, żebyś zmienił się przez moje słowa, więc… No nie zmieniaj się po prostu. Tylko tego chcę. – Położyła na jego ramieniu rękę i zaczęła zataczać kciukiem koła.
    [To prędzej ja mam rozdwojenie jaźni, bo mój zapał do wątkowania zmienia się niezwykle często... No tak czy inaczej jestem z powrotem! +Trzeba ich jakoś rozruszać czymś! Jak masz pomysł to pisz :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  130. [Ależ ze mnie okropny człowiek. Okularnica-Lizzie z tej strony. Miałam odpisać Ci na maila. I miałam połowę odpisu, a potem... Tyle się działo, nawet nie wiedziałam, ile czasu minęło. Powinnam dostać jakąś anty-nagrodę dla najgorszej autorki czy coś. :<]

    Emily

    OdpowiedzUsuń
  131. Nienawidził tych wieczorów, kiedy przewracał się z boku na bok w swoim łóżku. Pościel była albo zbyt chłodna, albo zbyt ciepła, poduszki zbyt wysoko lub zbyt nisko, za miękkie czy za twarde. No wszystko było nie tak, a on nie mógł nic na to poradzić! Może na początku były to zarwane noce z powodu głupich zadań domowych, ale z czasem oduczył się zasypiać o normalnej porze. Prawdopodobnie miało to też inne przyczyny, ale on naprawdę nie miał pojęcia gdzie one leżą. Mógłby iść do pielęgniarki, jasne, ale co by to dało? Nie lubił przesiadywać w skrzydle szpitalnym, a był pewien, że nie potrzebuje żadnych środków nasennych, dlatego wieczorami uparcie kręcił się w swoim łóżku nie mogąc zmrużyć oka. Dobrze spał, chyba, tylko i wyłącznie po porządnym spiciu się i doprowadzenia do stanu zwanego „mam gąbkę zamiast mózgu”. W końcu postanowił wygrzebać się z pościeli, która tego wieczoru była zbyt ciepła jak na jego gusta i po cichu wyślizgnął się z dormitorium.
    W lochach za dnia było ciemno i ponuro, za to w nocy wydawało się to jeszcze pogłębiać tylko ta dziwna zielonkawa poświata obecna jedynie w ślizgońskiej części zamku nigdy nie znikała. W efekcie wszystko wyglądało jeszcze bardziej ponuro niż zazwyczaj, ale Scorpiusowi ani trochę to nie przeszkadzało, lata włóczenia się po szkole pozwoliły mu się do tego przyzwyczaić, nawet lubił ten dziwny nastrój, który panował tu po północy. Powoli zszedł do pokoju wspólnego przeciągając się jak kot. Od tego leżenia jeszcze cały zesztywniał, poza tym zapomniał zabrać skrzypce, więc do roboty miał niewiele. Mógłby się po prostu gdzieś zakraść, połazić po zamku z nadzieją, że wpadnie na innego nocnego marka. Jednak kiedy zszedł do salonu spotkała go inna niespodzianka. Nie bardzo lubił podczas swoich wędrówek spotykać kogoś już tak szybko, najczęściej inni Ślizgoni, szczególnie ci, których on nie znał, bywali potwornie dociekliwi, a on nie lubił się tłumaczyć. Nie miał nadziei na to, że chłopak go nie zauważy, siedział w fotelu dokładnie naprzeciwko wyjścia. Malfoy nawet nie zadawał sobie trudu, żeby przypomnieć sobie czy go zna czy też nie. Na stoliku obok stała opróżniona już prawie w całości butelka dobrze mu znanej Ognistej Whiskey, gdyby to był jakiś jego znajomy zaprosiłby go do picia.
    Jeśli coś, poza bezsennością, go czasami irytowało w jego osobie, była to zbytnia ciekawskość. Chciał się wynosić na korytarz posnuć się po zamku, ale jego upierdliwa część mózgu chciała koniecznie wiedzieć, czemu ten koleś siedzi sam i pije. Jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś pił całkowicie sam! Musiał czuć się naprawdę beznadziejnie robiąc to w środku nocy. Podszedł do fotela starając się stłumić ziewnięcie. Typowe, jak był w łóżku, to jego ciało było w pełni rozbudzone, a teraz narzekało na brak snu.
    - Ktoś cię wystawił? - mruknął stając przed zajętym fotelem. Oczywistą teorią było, że ktoś się wykręcił z jakiegoś „romantycznego” spotkania czy czegoś w tym stylu, przynajmniej mózg Malfoy'a nie widział żadnego innego wyjaśnienia. - Wiesz, jak kocha, to wróci, a samotne picie tu nie pomoże – dodał chociaż sam nie wiedział po jaką cholerę. Znowu ten brak snu. Czasami zdarzało mu się, że plótł trzy po trzy i od czapy nawet nie czekając na to, co ślina na język przyniesie.

    [Wybacz, że tak się ociągałam, trochę popadłam w lenistwo.]
    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  132. Myślała, że o ślizgonie wie już wszystko. No przynajmniej więcej niż reszta ich rówieśników. Był to dla niej w pewien sposób powód do dumy, że ktoś potrafił zaufać jej na tyle, żeby powiedzieć wszystko. Udała, że nie przejęły jej słowa Felixa. Ściągnęła tylko brwi i starała się nie dać mu do zrozumienia, że poczuła się dziwnie, zdając sobie sprawę, że chłopak nadal ma kilka tajemnic, które przed nią ukrywał. Wtedy zdała sobie sprawę ile czasu minie, aż pozna go tak naprawdę. Przez sekundę nawet myślała, że w ogóle go nie zna, ale wybiła to sobie z głowy, bo gdyby nic o nim nie wiedziała, to poszłaby do pokoju wspólnego a nie na Wieżę Astronomiczną. Zrobiłaby wiele rzeczy kompletnie inaczej. Nawet teraz zachowałaby się inaczej.
    Wstała za chłopakiem i wciąż marszcząc czoło patrzyła na tył głowy ślizgona. Co on takiego kombinował? Minutę później znajdowali się już na szczycie wieży, z której rozchodził się cudowny widok, który zapierał dech w piersi. Było już całkowicie ciemno, jednak w oddali można było dostrzec Hogsmeade, grupkę uczniów przedzierających się właśnie do Zakazanego Lasu czy parę, która najwyraźniej myślała, że nikt nie zauważy jak obściskują się między grządkami w szklarni. Martine uśmiechnęła się i spojrzała ponownie na Felixa, który właśnie zaczął przechodzić przez barierkę.
    -Boże Felix co ty robisz!? – zapytała wybałuszając oczy i mając nadzieję, że to co widzi to tylko zwidy, że ślizgon tak naprawdę jest po właściwej stronie barierki. Kiedy chłopak rozwarł dłonie i rzucił się w przepaść, zrobiło jej się słabiej. Co on na brodę Merlina robił!?
    Martine od razu podeszła do barierki i spojrzała w dół, gdzie właśnie bezwiednie powinno spadać ciało Felixa. Jej Felixa, który zaraz się zabije. A ona w żaden sposób nie mogła mu pomóc… Jednak kiedy zwróciła tam swój wzrok, jedyne co zobaczyła to trawa, na której nie leżało żadne ciało. Ślizgonka poczuła jak przestaje oddychać. Gdzie on się podział? Do oczu napłynęły jej łzy i z paniką wypisaną na twarzy zaczęła iść dookoła barierek, poszukując wzrokiem Felixa. Jedyne co zobaczyła to kruk.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  133. [domyślam się. :) pomysł mi się podoba, a co do szczegółów, to wiesz, jak to jest. moja Chey nie jest raczej zbyt lubiana w środowisku swoich koleżanek z roku, więc można po prostu zakładać, że któraś zakochana albo po prostu z czystej złośliwości pochwaliła się Felixowi nowo nabytą wiedzą. a co do zdarzenia, to po prostu gdzieś poza szkołą/w pustej łazience, wszystko do dopracowania jak oboje się tam znaleźli. pasuje Ci takie coś ?]

    Cheyenne.

    OdpowiedzUsuń
  134. Siedział tuż przed nią na barierce i wpatrywał jakby chciał jej coś przekazać. Martine zatrzymała na nim swój wzrok i wtedy zrozumiała, że Felix wcale nie umarł. Nie zniknął nigdzie, nie zaginął, ani tym bardziej nie leży obecnie u dołu Wieży Astronomicznej. Siedział przed nią, upstrzony wachlarzem czarnych piór i świdrował ją wzrokiem, mając nadzieję, że ślizgonka zrozumie. Otarła łzy wierzchem dłoni i podeszła bliżej kruka. Powoli zaczęła zbliżać do niego dłoń, aż w końcu dotknęła jego błyszczących piór. Żaden ptak nie pozwoliłby się zbliżyć człowiekowi, a na pewno nie tak szybko.
    Martine wypuściła powietrze z płuc i wywróciła teatralnie oczami. Długo biła się z wpływającym na jej twarz uśmiechem. Jeszcze przed chwilą, ani myślała o tym, żeby chociaż na chwilę unieść kąciki ust. Serce nadal łomotało jej w piersi, jednak powoli zaczęło zwalniać, aż w końcu w ciągu minuty wszystko wróciło do ładu.
    - Nawet nie wiesz jak się przestraszyłam… - Miała nadzieję, że Felix uważnie jej słucha. – Jak masz więcej takich niespodzianek, to proszę lepiej załatwmy wszystko na raz – powiedziała śmiejąc się i patrząc prosto w ciemne oczy kruka. Złapała go w obie dłonie, przybliżyła do siebie i wyszeptała to czego obecnie najbardziej pragnęła. – A teraz wróć do mnie…
    Martine nigdy nie sądziła, że Felix jeszcze czymś ją zaskoczy. Tym bardziej, nie podejrzewała, że jest on animagiem. Obecnie do głowy przyszło jej milion pytań, które najchętniej zadałaby tuż po jego powrocie do własnego ciała. Coś jej niestety podpowiadało, że powinna zaczekać z wszystkimi pytaniami. No przynajmniej z większością z nich.
    Nadal uśmiechała się jakby właśnie zobaczyła jednorożca. Nie była szczęśliwa, usatysfakcjonowana czy wesoła. Po prostu nie potrafiła przestać się uśmiechać. Bała się, że jak chociażby na chwilę przestanie, to znowu przypomni sobie moment kiedy Felix rzucił się z Wieży Astronomicznej. Zdecydowanie zapamięta to na całe życie. Nie wiedziała ile zajmuje powrót do ludzkiej postaci, więc odeszła od barierek i usiadła na najwyższym schodku, omiatając wzrokiem okolicę.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  135. Cheyenne po cichu wymknęła się z sypialni, odprowadzana oddechami śpiących koleżanek. Miała nadzieję na odrobinę prywatności, choć trochę samotności. Od tak dawna już jej nie zaznała. Tęskniła za tym. Nienawidziła przebywania wśród ludzi, wśród plotek, w środowisku do złudzenia przypominającym gniazdo os.
    Skierowała się w stronę Zakazanego Lasu.
    Nie wydawał jej się groźny, wbrew temu, co słyszała. Nie miała jednak dość odwagi, żeby tam wejść - zwłaszcza, kiedy w pierwszej klasie usłyszała o żyjących tam gigantycznych pająkach, których bała się chyba na równi z ogniem. Na samą myśl przechodził ją zimny dreszcz.
    Niezależnie od tego wszystkiego lubiła ten las. Był osobliwy, i Cheyenne zastanawiała się, czy gdyby życie było książką dla dzieci, inne lasy wyzywałyby go od dziwaków, tak jak szkolne koleżanki wyzywają od psychicznych ją samą. Stanęła sobie na trawie, w ciemnym miejscu, którego nie sposób było dostrzec ze szkoły - sprawdziła to kiedyś - i z ulgą odetchnęła świeżym, nocnym powietrzem. Miała wrażenie, że oczyszcza się z toksycznego wpływu szkolnego środowiska, wypuszczając z płuc tlen, przesycony nadmiarem plotek i złośliwych wyzwisk.
    Już któryś raz przyszło jej do głowy, iż relacje międzyludzkie stanowią dla niej taką samą zagadkę, jak życie pozaziemskie.
    Rozejrzała się niepewnie dookoła, mając nieprzyjemne uczucie, że jest obserwowana. Uważnie przyglądała się każdemu bardziej zacienionemu zakamarkowi, który nocą mógłby stanowić idealną kryjówkę dla potencjalnego mordercy.
    Nie zobaczyła jednak nikogo.
    Ogarnięta paranoicznymi myślami miała ochotę uciec, uciec stąd jak najdalej, jak najszybciej. Tylko, że nie mogła ruszyć się z miejsca. Jakby jej nogi odmówiły posłuszeństwa, jakby zamieniła się w kamienny posąg. Stała tak, i stała i stała, nie mając pojęcia, co teraz.

    Cheyenne.

    OdpowiedzUsuń
  136. Zadrżała, słysząc za sobą głos, ale przynajmniej odzyskała czucie w całym ciele. Odwróciła się, próbując rozpoznać osobnika czającego się w mroku, jednak jej wzrok był zawodny.
    - Myślę... że dla każdego inaczej - odpowiedziała trzeźwo, nieświadomie podejmując grę. Nie znała zasad, nie wiedziała, co robić. Jedyne co mogła, to słuchać i wykonywać polecenia. Przyszło jej do głowy, że jeśli chłopak - jedyne, co zdołała zobaczyć, to że osoba była płci męskiej - nie jest uczniem, może już nigdy nie wrócić do zamku żywa. W jakimś stopniu sprawiło jej to ulgę, bo może tym razem się uda, mordercy dokańczają robotę, żeby nie ponosić konsekwencji ; z drugiej strony odczuwała jakiś dziwaczny żal, jakby tęsknotę za życiem, które mogłoby jeszcze się zmienić.
    Przypomniała sobie, że zaledwie wczoraj śniła o spotkaniu oko w oko z sadystą. Nieprzyjemne obrazy przesuwały jej się przed oczami jak film.
    Otrząsnęła się z otępienia, nie chcąc stracić chłopaka z zasięgu wzroku. Pewniej się czuła widząc go, zwłaszcza, że dosyć uważnie ją obserwował. Cheyenne miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jego wzrok przepalał ją na wylot.
    Zastanawiała się, co on tu może robić, o tej porze, w tym dniu. Akurat tutaj. Wyobraźnia nie podpowiadała jej raczej nic miłego i legalnego, ale w zasadzie to nie była sprawa Cheyenne. Nie wtrącała się ludziom w życie, niezależnie od tego, jak bardzo przesycone było komplikacjami i bezprawiem. Powód był prosty - zazwyczaj bez ujawnienia choć cząstki siebie nie można dowiedzieć się zbyt wiele o innej osobie, a ona wolała nie odkrywać ani kawałka własnej przeszłości, marzeń czy uczuć. Wystarczyło jej, że w tym momencie stoi na wprost nieznajomego, który wciąż lustruje ją wzrokiem, i na pewno widzi jej strach.
    Upokarzające.
    Cheyenne chciałaby być odważniejsza, jednak w genach po tatusiu i mamusi nie dostała nic, poza przynależnością do Domu Węża - idąc tym tropem można by na siłę doszukiwać się łączących ich cech, skoro pociągnęła dalej rodzinną tradycję, ale były to raczej podobieństwa wizualne.

    Cheyenne.

    OdpowiedzUsuń
  137. [Dla takich panów jak Felix zawsze znajdzie się czas <3 Obecnie połowa osób, która napisała pod kartą, nie odpisała na moją odpowiedź, więc mam wszystkie warianty powiązań wolne, tak samo wątków :)]

    OdpowiedzUsuń
  138. [Oczywiście! Masz może jakiś pomysł? Felix jest genialny, ale ja chwilowo mam zastój, nie wymyślę nic unikatowego. :(]

    Pluvia

    OdpowiedzUsuń
  139. [biedna Maya. :D oczywiście, że mam ochotę, o ile masz pomysł. masz ? :c]

    Maya.

    OdpowiedzUsuń
  140. [hm, w sumie nie zastanawiałam się nad tym, ale myślę, że wiedzą. wiesz plotkary działają.]

    Maya.

    OdpowiedzUsuń
  141. [wow. skąd bierzesz takie pomysły ? jestem jak najbardziej na tak, podoba mi się, więc zacznę.]

    Spacerek wieczorem ? Oczywiście, jeśli o Mayę chodzi. Włóczenie się po nocy w Zamku opanowane miała do perfekcji. Niemal zawsze wiedziała, kiedy i gdzie można trafić na wrednego prefekta czy nieprzychylnego nauczyciela, co często pozwalało jej uniknąć jakichkolwiek konsekwencji. W związku z tym wieczorny papierosek zaczynał stawać się rytuałem, próbą odstresowania po męczącym dniu.
    Nie spodziewała się zupełnie, że plan cichego powrotu do dormitorium pokrzyżuje jej całkiem przeciętny uczeń. Maya kojarzyła go na tyle, by wiedzieć, że jest w Slytherinie i lepiej z nim nie zaczynać, ale ani imienia, ani niczego innego nie mogła sobie przypomnieć. Nie umiałaby nawet opisać jego twarzy.
    Nic nie mówił, milczał, milczał i milczał i Mai wydawało się, że coś tu jest wybitnie nie w porządku. Cisza przeciągała się, z każdą kolejną sekundą atmosfera była coraz gęstsza. Dziewczyna miała wrażenie, że wszystko dookoła przykrywa biały dym. A potem chłopak rzucił się w jej stronę.
    Nie zdążyła zareagować. Poleciała prosto na ścianę, przyszło jej do głowy, że musiała mocno uderzyć, bo hałas był niesamowity. Ciało chłopaka przygniatało ją, przeszkadzało oddychać. Później poczuła na ramieniu ciepłą krew. Próbowała go odepchnąć, ale była mała i drobna, a on wysoki, silny i sprawny - nie miała szans. Wściekła, wyrywała się i kopała, ale nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia. Zaśmiał się tylko szyderczo i szepnął jej do ucha, żeby przestała udawać.
    - Nie udaję, kurwa mać ! - wrzasnęła na niego, usiłując odgryźć mu dłoń. Obleśny zboczeniec, obmacywał ją i najwidoczniej podniecała go myśl o czyimś cierpieniu. Niestety, Maya nie była odpowiednią do tego osobą.
    Puścił ją w końcu. Upadła i zwinęła się na chłodnej podłodze w kłębek, pamiętając, że nie może uderzyć jej w brzuch. Nic nie czuła, ale zdawała sobie sprawę, że wygląda dosyć marnie. Przed oczami robiło jej się ciemno, a on nie przestawał. Odczuwała jego uderzenia, ale nic poza tym.
    A potem usłyszała czyjś głos, na parę sekund przed tym, nim odpłynęła.

    Maya.

    OdpowiedzUsuń
  142. Siedząc na schodach zastanawiała się ile musiał przejść Felix, żeby przemienić się w swoją animagiczną formę. Może nie znała się na tym najlepiej, ale wiedziała, że od tak nie można nim zostać, chyba że odziedziczy się tą zdolność po rodzicach. Coś jej podpowiadało, że ślizgon sam musiał nauczyć się przemieniać. Pamiętała jak w szóstej klasie mieli lekcję o animagach. Już same ryciny przedstawiające czarodziei, którzy próbowali się przemienić, były czymś niedopisania. Ból wykrzywiał ich twarze, kości były powyginane w nienaturalny sposób, ale najgorsze było cierpienie, które można było dostrzec w ich oczach. Wyobraziła sobie, że Felix musiał to wszystko przejść… Może to właśnie był jeden z powodów, dlaczego się od niej odsunął? Bał się, że coś pójdzie nie tak, albo że ją zrani…
    Nie zareagowała na pierwsze słowa chłopaka. Była dalej pogrążona w rozmyślaniu na temat animagii. Ciekawiło ją po co w ogóle chciał przejść te katorgi. Na pewno próbował od wielu miesięcy, może nawet lat, a jednak nie poddał się i teraz już potrafi zmieniać się w tego uroczego kruka.
    - Nie szkodzi… - odpowiedziała beznamiętnie, złapała go za rękę i powoli zaczęła wstawać.
    Strzepnęła sukienkę i zaczęła schodzić po schodach, bijąc się z własnymi myślami. Chciała zadać mu jedno pytanie. Jedno niewinne pytanie, które prawdopodobnie wytłumaczyłoby wiele spraw, a jednak coś ją blokowało. Już złapała za klamkę, żeby wyjść z Wieży Astronomicznej, kiedy obróciła się w stronę Felixa i głosem pełnym niepewności powiedziała w końcu to co chciała.
    - To dlatego straciliśmy kontakt, prawda? Nie chciałeś, żebym wiedziała, ale czemu? Przecież ja bym ciebie nigdy nie opuściła, Felix. Nigdy, rozumiesz? – Odszukała jego oczy i nie potrafiła już spuścić wzroku. Nadal nie rozumiała wielu rzeczy. Przecież mogła mu pomóc, wesprzeć go jakoś…
    Obróciła się z powrotem, bo poczuła jak do jej oczu napływają łzy. Pociągnęła za klamkę i wyszła na korytarz, jednak nie skierowała się w stronę Wielkiej Sali gdzie nadal trwał bal, tylko na błonia. Nie miała zamiaru bawić się z ludźmi, których prawie nie znała. Nie chciała też wracać do dormitorium, a błonia wydały jej się najlepszym miejscem na odsapnięcie od tak wielu informacji, którymi została zbombardowana. Usiadła pod jednym z drzew, tuż przy zejściu do jeziora. Zastanawiała się co teraz robi Fellix. Czy jej szuka? A może wrócił do dormitorium lub Wielkiej Sali i bawi się w najlepsze? Podkuliła kolana pod siebie, wzięła do ręki kamyk i zaczęła nim obracać w dłoni. W pewnym momencie wydało jej się, że ktoś za nią stoi…
    [Martine jest dziwna - tyle powiem. Może niech ją tam Felix udobrucha? :)
    A no i z tego co widziałam, to chyba usuniesz potem Felixa, więc możemy ku końcowi zmierzać, ale powoli, bo jeszcze trochę czasu chyba mamy :)]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  143. Maya zamrugała kilkakrotnie, chcąc uzyskać ostrzejszy obraz, po czym rozejrzała się dookoła. Nie do końca pamiętała co się stało, musiała dosyć mocno oberwać. Raczej nie zdarzało jej się mdleć po uderzeniu, chociaż upokorzona cicho przemykała korytarzem do skrzydła szpitalnego, chcąc się upewnić, że na pewno wszystko jest w porządku.
    Poprawiła sobie poduszkę, obejrzała zabandażowane ramię i zagipsowany lewy nadgarstek, po czym westchnęła głęboko. Będzie musiała wyjątkowo na siebie uważać, bardziej niż zwykle.
    Kątem oka dostrzegła Ślizgona, który ją zaatakował. Leżał na sąsiednim łóżku i zajadał się czekoladkami, przyniesionymi przez swoją dziewczynę. Maya posłała mu mroczne spojrzenie, mające oznaczać zemstę, a on wyszczerzył się paskudnie, ukazując żółte zęby.
    - Przepraszam... - zatrzymała pielęgniarkę. - Może mi pani wytłumaczyć skąd się tu wzięłam ? - spytała cicho. Czuła się idiotycznie, nie znosiła niewiedzy.
    Jeszcze gorzej poczuła się po wysłuchaniu całej historii.
    Naprawdę nienawidziła odczuwać, że jest komuś winna przysługę.

    A jednak dwa dni później, po wyjściu ze szpitala spróbowała go znaleźć. Zaczaiła się przy pokoju wspólnym Krukonów i czekała, czekała, czekała aż wyjdzie.

    Maya.

    OdpowiedzUsuń
  144. [Ja jak zwykle na czas ;p]
    Nie poruszyła się nawet o milimetr. Dalej wpatrywała się w taflę jeziora, tym razem dokładnie tam gdzie odbijał się księżyc. Serce stanęło jej na moment. Nie wiedziała kto czai się za jej plecami i pierwszym odruchem było przypomnienie sobie gdzie schowała różdżkę... Dopiero kiedy Felix zarzucił na jej ramiona marynarkę znowu zaczęła spokojnie oddychać. Mogła spodziewać się, że ślizgon jednak za nią pobiegł. A jednak zwątpiła w niego, jak się okazało, niesłusznie. Starała się nie odrywać wzroku od wody, jednak musiała pozwolić sobie na jedno ukradkowe spojrzenie w jego stronę. Była zakłopotana sytuacją sprzed chwili. W głowie stworzyła już różne teorie, które miały jej wytłumaczyć dlaczego zerwali kontakt między sobą. Potrzebowała wyjaśnień, które sama zaczynała wymyślać – w końcu tonący brzytwy się chwyta, prawda?
    Kiedy ślizgon w końcu do niej przemówił, oparła głowę na kolanach i przekrzywiła ją w jego stronę. Wpatrywała się w niego jak w obrazek. Słuchała uważnie każdego jego słowa. Miała ochotę przerwać mu już na początku, jednak pozwoliła mu dokończyć. Była zmęczona wtrącaniem mu się w słowo, doszukiwaniem się drugiego dna i tłumaczeniem mu, że nigdy nie był dla niej przekleństwem.
    - Rozumiem… – Westchnęła i wyprostowała się. Założyła niesforne kosmyki włosów za ucho i znowu zwróciła się do chłopaka. – Zawsze jest jakieś wyjście. Skoro twierdzisz, że prędzej czy później stwierdzę, że nasza znajomość jest dla mnie przekleństwem, jak to pięknie ująć, to czy nie można temu jakoś zapobiec? Niekoniecznie drogą rozstania, moimi durnymi domysłami czy innymi drastycznymi działaniami?
    Wiedziała, że to jak walczenie z wiatrakami, dlatego nawet nie zaprzeczała temu co chłopak powiedział. Może nawet była to prawda, a może nie. Martine chciała w tym momencie tylko i wyłącznie wymyślić jakieś rozsądne rozwiązanie, jednak sama nie mogła tego zrobić. Potrzebowała go. Felix utrzymywał, że Martine jest dla niego najlepszą rzeczą, jaka go w życiu spotkała, a nie brał pod uwagi tego, że nie tylko z jego strony tak było. Byli od siebie zależni. Wiedziała to od samego początku, a on nadal nie chciał tego zrozumieć.
    - Zawsze jest jakieś wyjście, a ja chcę je znaleźć.
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  145. [Już myślałam, że zaginęła mi Twoja postać, a tu proszę - już absolwent. Chęć na wątek jest zawsze, gorzej z pomysłami.]

    // SHEILA

    OdpowiedzUsuń
  146. Lekko przekrzywił głowę niczym zdziwiony ptak. Przyjrzał się chłopakowi starając się odgonić od siebie zmęczenie i przypomnieć sobie, czy gdzieś już widział tą twarz, jednak nie nastąpił żaden przebłysk. Może była to wina jego zamroczonego brakiem snu umysłu, a może po prostu nie miał dobrej pamięci do twarzy, nie był pewien. Być może widzieli się gdzieś w Wielkiej Sali, ale Scorp był na tyle niewyspany, że go nie zapamiętał. Nieważne, potem się tego dowie, teraz bardziej zainteresowało go, dlaczego chłopak sam się upija. Może i nie lubił ludzi wścibskich, ale sam był nieuleczalnym przypadkiem ciekawskości. Nie interesowały go jakieś tam przypadkowe plotki czy coś w tym stylu, ale kiedy widział ludzi, którzy coś ukrywali jego język zaczynał zadawać pytania szybciej, niż Scorp był w stanie je przemyśleć. Czasami tego nie lubił, czasami wręcz przeciwnie, ale w tej sytuacji to chyba nie było zbyt pomocne. Mimo to nie mógł się powstrzymać przed odezwaniem się po raz kolejny.
    - Ej stary – nie był to najlepszy początek, ale jego zaspany umysł działał na zwolnionych obrotach – ja tylko chcę pomóc. Nie wyglądasz na frajera, więc pomyślałem, że to dziwne… Która cię wystawiła? – Nie zwracając uwagi na fakt, że chłopak najwyraźniej nie był w nastroju, rozsiadł się na sąsiednim fotelu i przyjrzał dokładniej starszemu uczniowi. Nie było możliwości, żeby dał się spławić, sam właściwie nie wiedział czemu, ale chłopak go zaciekawił. Merlinie, pewnie w piekle już szykują mu specjalny kocioł dla ciekawskich i wścibskich, ale Malfoy jakoś się tym nie przejmował.
    Dokładniej przyjrzał się Ślizgonowi, żeby chociaż ocenić jak bardzo był pijany. Scorp nie miał pojęcia, czy ta stłuczona butelka była pierwsza, czy może gdzieś ukrył jakąś pustą, chociaż był świadomy, że można stracić trochę sprawności już po wypiciu jednej butelki. I właściwie nie wiedział, czemu to z analizował. Tak bardzo już nic nie wiedział! Chciało mu się ziewać, ale postanowił walczyć ze zmęczeniem. Jeśli teraz wróci do łóżka, i tak nie zaśnie, więc byłoby to bezsensowne, ale senność była okropna. Nienawidził tego stanu ponad wszystko inne, ale nigdy nie potrafił wygrać z bezsennością. Starał się skupić uwagę na wstawionym chłopaku, żeby nie pozwolić resztkom swojego mózgu zamilknąć. Byłaby to sytuacja katastrofalna, zachowywałby się jak zombie albo wręcz przeciwnie, jakby wypił całą beczkę napoi energetycznych połączonych z mocnym alkoholem.
    - No to jak? Masz zamiar się zadręczać, czy pogadamy? Wiesz, ja się nigdzie nie ruszam – odezwał się znowu, żeby się upewnić, że towarzysz o nim nie zapomniał. Równocześnie nie mógł się powstrzymać od szerokiego uśmiechu upodabniającego go do kota z Cheshire.

    [Przepraszam najmocniej za taką zwłokę. Zakończenie roku, wyjazd i tym podobne... Eh, możesz mnie ukatrupić.]
    Scorp

    OdpowiedzUsuń
  147. [hm. wiesz co, Anastasia nie jest typem, który w żaden sposób by się uzewnętrznił. dostając taki list najprawdopodobniej po prostu by nie przyszła, bo jest tak żałośnie niepewna siebie, iż uznałaby, że nie podoła. ale mam w sumie również pomysł. tak jak pisałam, Felix by się Anastasii podobał, ale czymś by mu się naraziła (nie wiem, co może być według niego na tyle złe), że potem by się na niej mścił albo coś takiego. ona mogłaby usiłować z nim porozmawiać, przeprosić, bądź co bądź to dosyć bolesne, ale on by jej nie chciał słuchać. co myślisz? może coś masz do dodania?]

    Anastasia.

    OdpowiedzUsuń
  148. [A dzięki, dzięki. Przyszłam do Felixa, bo jeśli wyrażasz chęć na wątek, tutaj nam chyba pójdzie łatwiej, bo w jakimś tam stopniu są nawet podobni. No i ten sam dom, chociaż on już po szkole, ale właściwie mamy wakacje. Chodzi mi po głowie, żeby wmieszać ich w coś niedobrego, jakieś poważne złamanie przepisów szkolnych. Nigdy nie wydałoby się, kto dopuścił się tej zbrodni, ale to w jakiś sposób by ich ze sobą powiązało.]

    Hattie C.

    OdpowiedzUsuń
  149. [Jeśli musiał być naprawdę rozwścieczony, to w grę nie wchodzi pewnie zirytowanie przez niezdanie sprawdzianu. :D Mogę wmieszać w to moją drugą postać, Baldwina, który jest prefektem Slytherinu. Z jakiegoś powodu mógł się uwziąć na Felixa, znając reputacje Hattie, White mógłby udać się do niej po pomoc, ewentualnie po prostu chciałby kupić od niej coś, co pomogłoby mu w chwilowym pozbyciu się Fortescue. Użyliby w jego dormitorium czegoś, co zadziałało nie tak jak powinno. I bum. Pożar. Rozrósłby się to takich rozmiarów, że cudem nikt nie ucierpiał. Hattie mogła potem podłożyć komuś materiały, którymi dokonali tego podpalenia.]

    Hattie C.

    OdpowiedzUsuń
  150. [hm. może Anastasia po prostu przypadkiem wylałaby jakiś eliksir na notatki Felixa, które leżałyby w Pokoju Wspólnym? potem dodatkowo mogłaby przez przypadek, no nie wiem, potrącić go na korytarzu albo coś, a on, zdenerwowany i tak, wściekłby się jeszcze bardziej, co doprowadziłoby do wcześniej wymienionej sytuacji? co Ty na to?]

    Anastasia.

    OdpowiedzUsuń
  151. [hejj, moze jakiś watek?. Zapraszam do ciebie]

    Layla

    OdpowiedzUsuń
  152. [No to możemy zrobić tak, że z premedytacją dokonają tego podpalenia, ale rozrośnie się to do takich rozmiarów, o których na początku nie myśleli. Hattie Baldwina wręcz nienawidzi, bo ten wtyka nochal w nieswoje sprawy i konfiskuje jej papierosy. Więc na pewno się zgodzi na wszystko, z czym przyjdzie do niej Felix. :D
    No to czekam na zaczęcie.]

    OdpowiedzUsuń
  153. Te bezsenne noce bywały najgorsze.
    Anastasia przewracała się z boku na bok, usiłując w końcu zamknąć oczy i zasnąć, do cholery, a wydawało się, iż otoczenie wyjątkowo jej nie sprzyja. W noce takie jak ta każdy, najcichszy nawet dźwięk, był w stanie wytrącić ją ze stanu powolnego oddalania się w otchłań marzeń sennych. Najgorsza była świadomość, że gdyby udało jej się zasnąć, byłoby już w porządku. Tylko ten pierwszy, okropny etap, którego nijak nie mogła ominąć i- najwyraźniej- nie potrafiła go również przejść dawał się mocno we znaki. Anastasia pokręciła głową i, wzdychając, wstała. Narzuciła na siebie duży, czarny sweter o zbyt długich rękawach- błogosławieństwo, jeśli chodziło o zabandażowane nadgarstki- i po cichu wsunęła nogi w ciężkie buty. Nie chciała po ciemku grzebać w szafie i szukać spodni, ryzykując, że któraś z tych złośliwych dziewuch obudzi się i zacznie swoje narzekania. Zresztą, wierzchnia warstwa odzieży doskonale zakrywała jej cienką koszulkę nocną, sięgając do połowy chudych ud. Anastasia wzięła swoją torbę spod łóżka i, starając się jak najmniej hałasować, wyszła na korytarz.
    Lochy zawsze kojarzyły się dziewczynie z ciemnymi, zimnymi i pełnymi oślizgłych węży- w pewnym sensie tak było, za owe węże robiły niewielkie grupki uczniów, syczące na każdego, który nie był jednym z nich. Mimo wszystko Anastasia była zdania, że gdyby tylko potrafiła dogadać się z nimi wszystkimi, a relacje międzyludzkie nie stanowiłyby dla niej bariery nie do pokonania, miejsce było całkiem przyjemne. W lecie panował tu idealny chłód (nienawidziła gorących dni), no i było wystarczająco oddalone od Gryfonów, których głupie żarty bardzo, bardzo działały Shadow na nerwy.
    - Pierdolone relacje międzyludzkie- mruknęła Ana pod nosem, idąc gdzieś. Nie miała pojęcia, gdzie znajduje się "gdzieś", ale czuła, że właśnie tam powinna się teraz znaleźć. Byle najdalej od ciepłego, wygodnego łóżka, które wydawało się wołać ją z daleka.
    Nienawidziła przewracać się pół nocy na materacu, a później budzić, zgrzana, w gorącym, dusznym pokoju. Jej ulubioną porą roku była jesień.
    Pochłonięta rozmyślaniami, nie zauważyła nawet, że nieopatrznie weszła pod nogi innemu uczniowi. Poczuła to dopiero, kiedy siła odrzutu powaliła ją na podłogę. Nie była ostatnią łamagą, ale zmęczona i niewyspana z pewnością stanowiła bardzo łatwy cel- z trudem utrzymywała się na nogach.
    - Przepraszam- stłumiła ziewnięcie i podniosła się, chcąc iść dalej.

    [o takie coś chodziło? :)]
    Anastasia.

    OdpowiedzUsuń
  154. Ciężkie chmury gradowe zawisły nad szkołą, bowiem Cathcart się nudziła. Rok szkolny trwał sobie w najlepsze, ale nie miała najmniejszego zamiaru poświęcać cennych minut swojego życia na utrwalanie zaklęć, których uczyli ich na zajęciach w tym tygodniu. W zeszłym roku sporadycznie spędzała czas w Pokoju Wspólnym, więc jej tegoroczne przesiadywanie na fotelu przy oknie mogło wydawać się trochę podejrzane. Nie chodziło wcale o to, że skończyły się jej pomysły i plany na efektywne spędzanie czasu w tej odciętej od świata instytucji, oj nie. Winna była jedna osoba, jeden chłopak, konkretyzując. Baldwin Fortescue panoszył się po zamku od momentu, kiedy dostał swoją piekielną odznakę, ale teraz przeszedł samego siebie. Czasami Hattie zastanawiała się, czy nie postarał się o armię klonów, którą wysyłałby codziennie do każdego skrzydła w zamku, nie zapominając nawet o schowkach na miotły. Ze szlabanami mogła nawet żyć, ale wysyłanie nagan do matki irytowało ją sto razy bardziej. Oczywiście pani Cathcart miała w poważaniu to, co dzieje się z jej córką, gdy wakacje się kończą, ale starszy brat wciąż lubił przysyłać jej mało urocze wyjce, co już było problematyczne.
    Kiedy spostrzegła, że ktoś tego wieczora zamierza jej towarzyszyć, uniosła brwi. Kiedy zorientowała się, kim ten ktoś jest, uniosła brwi jeszcze wyżej.
    - Jedynym, co w swoim życiu rzeczywiście muszę robić, to odwiedzanie toalety – prychnęła, spoglądając na niego spod byka. Miała zły humor, bo treningi chwilowo zostały odwołane przez jakieś gorsze samopoczucie kapitana, czy inne gówno. Na pewno tamten Ślizgon robił to z premedytacją, wszystko, by jej dokuczyć. Kojarzyła Felixa (raczej z tych rzeczy, przez które normalni ludzie nie byliby nawet zainteresowani jego towarzystwem), ale nie rozumiała, po jaką cholerę przysiada się do niej i zaczyna wątpliwy dialog od podobnego biadolenia. Chyba że… - Lepiej od razu przejdź do rzeczy i powiedz, co ja będę z tego miała – dodała trochę ciszej. Dla jakiegoś obserwatora mogła wyglądać teraz tak, jakby wciąż czytała położony na kolanach miesięcznik, dotyczący strategii w quidditchu. Niestety rzeczywiście kilka osób ich obserwowało. Jakiś pierwszoklasista, który nie mógł odpowiednio skupić się nad pracą domową. I ruda czwartoklasistka, szukająca na każdym kroku sensacji. A że znała, panujące w szkole relacje międzyludzkie, podobna kolaboracja zwiastowała dla niej naprawdę ciekawe wydarzenia. Hattie postała jej mordercze spojrzenie, ale wiedziała, że ruda tylko udaje, iż rozmawia z koleżanką. Tak naprawdę nie spuści z nich wzroku do końca wieczora. Gdyby nie padało, Pokój Wspólny nie byłby aż tak przepełniony.

    OdpowiedzUsuń
  155. (Masz GG?... Tam bedzie sie chyba łatwiej zgadać)

    OdpowiedzUsuń
  156. Anastasia zadrżała, słysząc nad uchem ten głos. Głos, który przerażał ją w najgorszych snach, a którego jednocześnie pragnęła słuchać godzinami. Gdyby tylko nie był przepełniony taką nienawiścią... Ana ostrożnie uniosła głowę, spoglądając na starszego Ślizgona, który wbijał w nią wzrok tak intensywnie, jak gdyby chciał sprawić, że padnie trupem na miejscu. Przepełniało ją poczucie, że rzeczywistość wali się w gruzy dookoła niej; strach paraliżował ją tak mocno, iż miała wrażenie, że tak naprawdę unosi się w powietrzu, nie dotyka stopami zimnych płytek, ani nie otacza jej chłód, panujący zawsze w lochach.
    - Przepraszam...- powtórzyła niepewnie, wbijając wzrok w ziemię. - Nie chciałam cię uderzyć. Potrącić. Serio. Przepraszam.
    Mówiła cicho, czując, jak otaczają ją lodowate macki strachu. Czy chłopak da jej odejść? Nigdy by się do tego nie przyznała, ale już w tym momencie wiedziała, że odpowiedź brzmi "Nie".
    W końcu nie bez powodu tak ją przerażał. Słyszała o nim wiele- niezbyt pochlebnych- rzeczy, dodatkowo sama już miała za sobą jedno niezbyt przyjemne spotkanie z nim. Wtedy udało jej się uciec, ale teraz... Szczerze wątpiła, że będzie miała tyle szczęścia. Prawdopodobnie nadzieja opuściła ją w chwili, kiedy spojrzała w górę i dostrzegła te mroczne oczy, wypełnione nienawiścią.
    - Nie chciałam...- szepnęła, zaciskając powieki i odsuwając się o krok, jakby przygotowywała się na falę uderzeń. W tamtym momencie nie przyszło jej do głowy, że to nie jest dom, że tutaj wszyscy potrafią czarować. Że taki chłopak jak ten na pewno nie ucieknie się do mugolskiego walenia na oślep pięściami. Że, być może, gdyby sięgnęła teraz po różdżkę, udałoby jej się zminimalizować szkody.
    Skuliła się i czekała.

    Anastasia.

    OdpowiedzUsuń
  157. Kiedy tylko Felix odleciał, Martine sama nie wiedziała co ma zrobić. Pocałunek kompletnie ją zdezorientował i sprawił, że nie potrafiła się nawet poruszyć. Oczy miała cały czas wlepione w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział Felix. Nie myślała o niczym. Cały czas czuła jego pocałunek, który doszczętnie ją sparaliżował. Sama nie wiedziała ile tak tam siedziała, jednak pamięta, że kiedy wracała do dormitorium nie słyszała już muzyki dobywającej się z Wielkiej Sali. Kiedy dotarła do swojego pokoju, tylko jej łóżko było puste, a za oknem zaczynało powoli świtać. Położyła się, jednak nie zdołała już zasnąć. Cały czas myślała o Felixie. O cudownym i nieoczekiwanym pocałunku, który wytłumaczył jej wiele. On ją kochał. I najwyraźniej kochał ją aż tak mocno, że zostawił ją wtedy samą nie dlatego, że przestał ją lubić, tylko z troski o nią. Ktoś się o nią troszczył. W dodatku ktoś nie byle jaki, bo Felix. Teraz już wiedziała na pewno, że był to jej Felix.
    Miała nadzieję spotkać go na śniadaniu lub w pokoju wspólnym. Chłopak jednak jakby zapadł się pod ziemię, bo nikt nie widział go od czasu ich widowiskowego wyjścia z Wielkiej Sali. Ludzie szeptali za plecami, że to pewnie przez Martine się nie pojawia, że pół-wila znowu zawróciła komuś w głowie. Ślizgonka udawała, że ich nie słyszy, chociaż miała ochotę wstać na ławkę i wykrzyczeć wszystkim, że Felix ją kocha i że odwzajemnia to uczucie. Ktoś ją pokochał za to jaka była i pragnęła powiedzieć o tym wszystkim.
    Chłopak nie pojawił się następnego dnia na zajęciach, a w jego dormitorium nikt go nie widział od dwóch dni. Martine szukała go w każdym zakamarku zamku, rozmawiała z opiekunem domu, a nawet wybrała się do Dyrektora, jednak nikt nie potrafił jej pomóc. Minęło kolejnych pięć dni, a plotka o jego zniknięciu rozprzestrzeniła się wyjątkowo szybko. Martine każdego dnia spędzała czas na jego poszukiwaniu. Nie mógł przecież wyparować, prawda? Jakiś głosik podpowiadał jej jednak, że już nigdy nie zobaczy Felixa, że jego Żegnaj, było bardziej dosłowne niż wtedy sądziła. Nocami przesiadywała na Wieży Astronomicznej, wypatrując na rozgwieżdżonym niebie kruka, który był jej taki bliski. Nie przejmowała się pogodą, nauczycielami i prefektami, którzy wlepiali jej szlabany, ani Irytkiem, który codziennie przylatywał tam i układał okrutne i raniące jej serce wierszyki, rymowanki i piosenki. Chciała go tylko znaleźć i nikt nie mógł jej w tym przeszkodzić.
    Ta sobota miała być taka sama jak dzień wczorajszy. Miała szukać Felixa na niebie i odrzucać myśl o tym, że chłopak ją zostawił. Siedziała samotnie przy stole Ślizgonów, popijając kawę i czytając nowego Proroka. Nagle w Wielkiej Sali nastała cisza, która zdziwiła Martine. Może to Dyrektor miał wygłosić mowę? Odwróciła głowę w stronę stołu nauczycielskiego, jednak nic na to nie zapowiadało. Obejrzała się do tyłu i wtedy ją zamurowało. To Felix szedł w jej stronę. Podobnie jak wtedy nad jeziorem, sparaliżowało ją. Wyglądał okropnie. Miał podkrążone oczy, potargane włosy i zdecydowanie schudł od ich ostatniego spotkania. Kiedy usiadł obok niej, z trudem odwróciła głowę i zaczęła wpatrywać się w stół, nie wiedząc jak zacząć rozmowę i czy w ogóle ją podejmować.
    - Martwiłam się o ciebie… - Nie spojrzała na niego. Nawet nie drgnęła. Pierwszy raz od tygodnia pomyślała o tym, że pocałunek zmienił przecież wszystko i że nie wie jak teraz będzie wyglądać ich relacja. Bała się, że znowu ją opuści, ale że już nigdy nie wróci.

    [Trochę później niż sądziłam, ale przybywam! :) Jak coś jest nie tak to pisz.]
    Martine

    OdpowiedzUsuń
  158. - Słuchaj, moja prywatna satysfakcja to tylko moja sprawa… - Chciała coś jeszcze dodać, ale zamknęła buzię, widząc jego dziwny wyraz twarzy.
    Hattie po prostu lubiła zamieszanie i lubiła znajdować się w jego centrum, więc mieli z Felixem trochę różne spojrzenia na całą tę sprawę z ogniem. Jego przemówienie nie wywołało u niej ciarek, czy gęsiej skórki na karku, po prostu przyjrzała mu się uważniej, zastanawiając się teraz, czy wszystko to, co słyszała o nim i jego rodzinie jest prawdą. Nigdy nie wchodziła mu w drogę, nigdy też z nim nie współpracowała. Po prostu nie było na to okazji i czasu. I teraz odrobinę tego żałowała.
    - Jesteś pieprzonym psycholem – mruknęła, aczkolwiek to było bardziej stwierdzenie faktu, w żadnym razie obelga. Teraz wręcz nie mogła oderwać od niego wzroku, jak to się czasem działo la lekcjach ONMSu, gdy nauczyciel pokazywał im jakieś niepozornie wyglądające stworzenie, a potem okazywało się, że przez samo zetknięcie z zębami takiego stwora można umrzeć. To wszystko kipiało dla niej od niepotrzebnego patosu, więc skrzywiła się w czymś w rodzaju złośliwego uśmiechu. Ktoś inny po jego wylewnej przemowie ruszyłby pewnie tyłek, chcąc znaleźć się w najdalszym kawałku Pokoju Wspólnego, ale nie Hattie. Nie zawracała sobie też głowy stanem emocjonalnym, w jakim się znajdował, gdy wylewał z siebie te pełne pasji słowa. Podobał się jej sam efekt i cel, który zajaśniał gdzieś na horyzoncie, miała gdzieś całą resztę.
    Kiedy jeszcze zrozumiała, że White wypluł słowa chłopaka, którego naprawdę miała ochotę pogrążyć, złapała go mocno za ramię, ciągnąć w kierunku wyjścia z salonu Ślizgonów. Tamta ruda dziewczynka odprowadziła ich spojrzeniem do samego końca, tak jak kilka innych osób. Niedobrze, jeśli niedługo stanie się coś złego, wszyscy wokół będą mogli zgodnie ich oskarżyć. Trzeba będzie pewnie poczekać.
    Prowadziła go przez chwilę przez ciemny korytarz, chcąc znaleźć się w jednej z tych opuszczonych klas, lochy znała niemal na pamięć. Poradziła sobie szybko z pajęczyną i wepchnęła go do właśnie takiej sali, gdzie w powietrzu unosił się kurz i smród wilgoci.
    - Dobra, możemy powiedzieć, że zyskałeś moje zainteresowanie – przyznała cicho, siadając na zepsutym krześle. – Ale trochę źle podszedłeś do tej sprawy, nie uważasz? Teraz cały Pokój Wspólny plotkuje, a przeklęty Fortescue to całkiem inteligentna bestia, nie da się go łatwo załatwić.

    OdpowiedzUsuń
  159. To nie tak, że nie chciała podjąć choćby próby załagodzenia swojej karygodnej, w mniemaniu chłopaka, wpadki, jednakże mimo usilnych prób Anastasia nie umiała, po prostu nie mogła wydobyć z siebie głosu. Jakimś cudem całe jej ciało i umiejętności zostały doszczętnie zniszczone, sparaliżowane, unicestwione, jak gdyby dziewczyna zapadła w nieodwracalną śpiączkę.
    - Nie... - zaczęła jeszcze, zanim Ślizgon wyciągnął różdżkę, co i tak stało się dosłownie w ułamku sekundy. Dziewczyna rozejrzała się zdziwiona, jak zahipnotyzowana wpatrując się w rany na swojej skórze- czuła ciepło wypływającej krwi i nic poza tym, żadnego bólu, żadnych emocji poza niebotycznym zdumieniem. Dopiero po chwili opadła z sił, jej umysł ogarnęła czarna mgła i Anastasia osunęła się bezwładnie na podłogę.
    Doskonale zdawała sobie sprawę, że inni Ślizgoni nienawidzą jej przez wzgląd na status, jej pochodzenie. Dobrze wiedziała, że mogłaby się niczym od nich nie różnić- tak samo była kiedyś wredna, złośliwa, tak bardzo lubiła mścić się w najokrutniejszy sposób na znienawidzonej siostrze- a jednak dopiero tutaj, kiedy powinna te cechy z siebie wydobyć jeszcze mocniej, i jeszcze bardziej je pielęgnować, poczuła, iż zostały doszczętnie zniszczone. Bo była szlamą.
    Nienawidziła tego słowa i momentami naprawdę nienawidziła tego, że przyszło jej zostać czarownicą. Dlaczego nie mogła trafić do przeklętego Gryffindoru, w którym jej idealna siostrzyczka wiodła prym wśród młodych elegantek? Dlaczego?
    Przyszło jej do głowy, niejeden raz zresztą, że o wiele bardziej pasowałaby do Krukonów, wśród których było nawet parę osób darzących ją- na to wyglądało- szczerą sympatią, nawet, jeśli ona sama bardzo pragnęła trzymać ich na dystans.
    Jednocześnie jednak bardzo, bardzo chciała, by ktoś spróbował się do niej zbliżyć.
    Anastasia powoli przestawała odczuwać ciepło czerwonej krwi, chłód płytek, nie docierał już do niej żaden odgłos i nie obchodziło ją, czy ten chłopak nadal tutaj jest. Mógłby ją nawet zabić- nie miała siły, by z tym walczyć. Zanim całkowicie straciła świadomość, usłyszała jeszcze czyjeś szybkie kroki. I przeraźliwy krzyk. Później wszystko umarło.

    [świetnie piszesz, muszę przyznać. naprawdę jestem pod wrażeniem. :)]
    Anastasia.

    OdpowiedzUsuń
  160. [A ja Cię znam i kojarzę jeszcze z Onetu!]

    T. Jansson

    OdpowiedzUsuń
  161. [Felixa White, jak wątkowakiśmy, miałam grubaskę, ale bloga nie pamietam. Chyba, że nie jesteś tym

    OdpowiedzUsuń
  162. [Czasy Onetu nie były znowu tak dawno... Albo ja już jestem tak starym człowiekiem. Szkoda, miałam nadzieję na odnowienie kontaktów i wspominki starych wątków. Zamiast tego witam się uprzejmie i proponuję wątek, bo na pewno jakiś da się wykombinować.]

    T. Jansson

    OdpowiedzUsuń
  163. Martine tępo wpatrywała się w stół, zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy w Wielkiej Sali ich obserwują. Jednak najgorsze było to, że czuła na sobie jego wzrok. Była tchórzem, bo bała się spojrzeć mu w oczy, odezwać się po raz kolejny, a nawet po prostu poruszyć o milimetr. Po kilku sekundach obejrzała się do tyłu. Gryfoni, Puchoni, Krukoni… Wszyscy udawali, że nie patrzą, ale ona i tak widziała jak szybko odwracają głowy w inne strony. Nie miała zamiaru rozmawiać z Felixem w Wielkiej Sali. Nie przy takiej widowni.
    Zanim zdecydowała się na to, żeby spojrzeć mu w oczy, minęły całe wieki. Miała nadzieję wyczytać coś z jego twarzy… Wyglądał tak, jakby ktoś go zresetował. Wydawał się nieobecny i obcy. Martine sama nie wiedziała, czy powinna po prostu wyjść z Wielkiej Sali i zaczekać na niego, czy może dalej próbować się z nim porozumieć. Czuła się bezradna, ale przede wszystkim zmęczona, bo dopiero teraz, kiedy Ślizgon się odnalazł, zrozumiała, że nie spała prawie cały tydzień. I tak jak nagle chłopak wszedł do Wielkiej Sali, tak nagle wszystkie jej siły i motywacja, wyparowały. Prawdopodobnie nie wyglądała lepiej od chłopaka. Uśmiechnęła się lekko i położyła swoją dłoń na jego ramieniu.
    - Cieszę się, że już jesteś… Ale jestem zmęczona i z tego co widać, to ty tak samo. Chodź.
    Wstała od stołu i zaczęła powoli iść między ławkami. Obejrzała się i upewniła, że do Felixa dotarło to co powiedziała. Obojgu należał się odpoczynek w odosobnieniu od ludzi, pytań i wyczerpujących odpowiedzi. Zamiast do lochów, skierowała się w na górę, na siódme piętro, gdzie miała nadzieję na chwilę spokoju w Pokoju Życzeń. Co chwilę oglądała się za siebie. Felix szedł jak w transie, podążając za nią. Wydawał jej się pusty, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nadal jest to jej Felix. Musi go tylko obudzić…
    [Trochę zadecydowałam za Ciebie, przepraszam!]
    Martine

    OdpowiedzUsuń