My heart is a storm

Slytherin, po VI roku
4 listopada 2005
Krew prawie czysta
Bogin tajemnicą
Patronus niepoznany
16", winorośl, włos jednorożca
wężousty

Albus Severus Potter
odautorsko

201 komentarzy:

  1. [ Mój, mój, mój kochany <3
    Cześć ponownie :) ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witamy ponownie! Udanej zabawy :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ No nie ma mowy, żebyśmy nie miały wątku.
    A Rachel to taka uśpiona Lysse.
    <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Zdecydowanie nie nadążam już z wątkami, ale jak sobie odmówić też i z kuzynem?]
    Rose Weasley / Alessia Baglioni

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cudowny Ash *-*
    Fajny z niego Albus, niezwyczajny.
    No nic.. zapraszam do siebie, jeśli chęć.
    Wielu wątków i świetnej zabawy! :)]
    Ambrosia Hovord

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Ten sam rocznik, to mogli się znać, mogli się nienawidzić, mogli być też kiedyś razem, co skończyło się źle, no i młodsza jeszcze Rachel mogła wykazać jakąś drobną sympatię do młodszego Pottera, młody mógł się zabujać, ale dziewczyna wzięła się i zniknęła, a tu nagle Bum! i jest. ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [w takim razie jest mi niezmiernie miło, gdyż Albus w Twoim wykonaniu bardzo mi się podoba- i nawiasem mówiąc jest właśnie taki, jak sobie go zawsze wyobrażałam! :) masz może pomysł na wątek? :>]

    Pandora.

    OdpowiedzUsuń
  8. [dobra. w takim razie odpowiedz mi jeszcze na pytanie (na razie tak czysto teoretycznie): Al jest jakiej orientacji? XD]

    Pandora.

    OdpowiedzUsuń
  9. [o, hm, to jest całkiem dobry pomysł (ale nigdy takowego wcześniej nie realizowałam, więc wybacz mi ;_;). :) a zakładamy, że się znają, czy dopiero poznają... ? <3]

    kochająca Pandzia.

    OdpowiedzUsuń
  10. [więc niech Albus wpada na Astronomiczną, gdzie czeka Pandorka z mugolskimi fajkami i czystą. XDD gorąco zapraszam! kto zaczyna? :>]

    Pandzia.

    OdpowiedzUsuń
  11. W świecie Pandory mugolskie papierosy stanowiły nieodłączny element życia. Dziewczynę, zmęczoną wyczerpującym tygodniem kusiła perspektywą spędzenia samotnego weekendu na szwendaniu się w okolicach Zamku lub na Błoniach, z ukochaną fajką w zębach i krzywym uśmieszkiem; z butelką Krupniku w torbie, otoczona alkoholową wonią i gryzącym dymem. Na samą myśl Pandora aż westchnęła, przeciągając się na środku korytarza jak kot. Poprawiła na ramieniu torbę i skierowała kroki na Wieżę Astronomiczną, w celu- jak to ujęła- nakarmienia raka, o którym pieszczotliwie mówiła "Romuś". Usiadła sobie na deskach, krzywiąc się trochę, kiedy jej kościste cztery litery zetknęły się z chłodną, twardą podłogą i zapaliła Marlboro z (jak cudownie) niemal pełnej paczki.
    Dziewczyna dla rozrywki rozłożyła sobie na kolanach gruby tom szwedzkiego kryminału, które to obecnie stanowiły przedmiot jej fascynacji. Zaczytana, znajdowała się w zupełnie innym świecie, świecie morderców i detektywów, i kompletnie nie docierały do niej inne odgłosy z zewnątrz. Dopiero kiedy zaczął padać deszcz, skutecznie niwecząc jej sobotnio-niedzielne plany, Panda zaklęła siarczyście, z hukiem zatrzaskując opasłą książkę i odkładając ją obok. Z miną lepiejsiędomnieniezbliżaj Pandorka oparła się plecami o ścianę, rozważając wszelkie "za" i "przeciw" wyciągnięciu kolejnej fajki z paczki, która- na początku mocne postanowienie, teraz już czysto teoretycznie- powinna wystarczyć jej do poniedziałku. Dopiero wtedy będzie mogła nabyć kolejny zapas.
    - Cholera, no nie wiem- mruknęła pod nosem, drapiąc się po głowie i rozglądając dookoła. Bawiło ją niezmiernie to uczucie, że cały świat i całe życie jest monotonnie szare i nudne, bo będąc nią szary stanowił jedyną barwę wszechświata- a Pandora doceniała to, że w ogóle coś widzi. Mogła być przecież całkowicie ślepa.
    Zerwała się na nogi i szybko odwróciła głowę, kiedy usłyszała na schodach czyjeś kroki. Uniosła różdżkę na wysokość żołądka, a może żeber, i intensywnie usiłowała dostrzec nieproszonego osobnika. Który to odważył się zniszczyć jej samotnię?!
    Na szczęście, dla niej i dla przybysza, okazało się, że twarz należy do znajomego.
    - Cześć- uśmiechnęła się Pandora do młodszego Pottera, opuszczając różdżkę i, z niejakim zażenowaniem, chowając ją z powrotem do kieszeni.

    [pozwoliłam sobie przenieść akcję na wrzesień, może być? :>]
    palaczka Panda.

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Toż to Ash Stymest <3
    Witam serdecznie z powrotem na blogu :) ]

    Elody Harrison

    OdpowiedzUsuń
  13. Pandora przetarła zmęczone oczy, po czym rzuciła obojętne spojrzenie na leżącą obok książkę. Machnęła niedbale ręką.
    - Taki tam, lekki kryminałek- stwierdziła zakłopotana, jak zwykle, kiedy ktoś przyłapał ją na bawieniu się mugolskimi rzeczami- zupełnie tak, jak gdyby tutaj, w tym świecie, nie miała prawa burzyć idealnych czarodziejskich zwyczajów swoim prostackim zachowaniem. Poddała się i wyciągnęła z paczki jeszcze jednego papierosa, po czym odpaliła go i z ulgą przez chwilę oddała się rozkoszy. Wyciągnęła rękę w stronę chłopaka, częstując go swoimi fajkami. Nigdy nie widziała, żeby palił, ale, oczywiście, to nie był żaden wyznacznik, jak zdążyła już zauważyć. Większość osób tutaj całkiem nieźle potrafiło się kryć, ale dla Pandory to i tak było dosyć żałosne.
    Należy tutaj wziąć pod uwagę, że ona sama nie kryła się nigdy.
    Spacerowała korytarzami z papierosem w ustach, niejednokrotnie pojawiała się z nim także na niektórych lekcjach (zaczynało jej to wchodzić w krew, bo tylko na konkretnych przedmiotach nauczyciele aż tak bardzo nie czepiali się jej niszczycielskiego nałogu- zazwyczaj skutkowało to szlabanem, ale im była starsza i bardziej uparta, tym więcej osób zaczynało machać ręką "na odczepne").
    - Mam też wódkę- dodała, zachęcająco potrząsając torbą i pozwalając, by butelka, umieszczona tam parę chwil wcześniej, z powrotem wytoczyła się na niewygodne deski. Pandora, krzywiąc się, usiadła wygodniej i z satysfakcją przyjrzała się alkoholowi.
    - W takie dni jak ten trzeba się najebać- stwierdziła obojętnie, lustrując szary świat swoimi dużymi oczami. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo chce jej się pić i palić akurat dziś, ale jednego była pewna- skoro jej mur odosobnienia został zburzony, warto byłoby podzielić się z kolegą swoim trunkiem. Nie chciała zostać uznana za niegrzeczną- pieprzenie- a poza tym bardzo polubiła tego chłopaka. Pandora stuknęła go ponaglająco palcem w ramię.
    - Pijemy?

    hogwarcki menel, Pandorka.

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Nie ma problemu, to był tylko luźny pomysł.
    No to jak robimy? Połączeni nienawiścią do jego brata, czy raczej Albus Jamesa lubi? xD ]

    OdpowiedzUsuń
  15. [Jedziemy do Indii, bo to koniec świata, że w końcu wróciłaś <3]
    Martynka

    OdpowiedzUsuń
  16. - Niee- pokręciła przecząco głową, z tajemniczym uśmiechem odkręcając wódkę. Wciągnęła nosem ostry zapach i przymknęła oczy. Przechyliła butelkę, upijając spory łyk i odetchnęła. Podsunęła ją chłopakowi, wybuchając śmiechem na widok zmagań Albusa z niewinnym papierosem. Jej śmiech był ochrypły od ilości wypalonych fajek, dopadł ją również duszący kaszel, ale nie przeszkadzało jej to w ogóle w złośliwym wyśmiewaniu się z kolegi.
    - Przepraszam, no!
    Uniosła dłonie w obronnym geście, posyłając chłopakowi wyrozumiały uśmiech. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wielu stuprocentowych czarodziejów miało problem z mugolskimi papierosami czy alkoholem, jako, że te były najwyraźniej o wiele mocniejsze od tych, do których byli już przyzwyczajeni.
    - Wiesz, jako dzieciak miałam astmę- zaczęła, zaciągając się mocno i chwilę przetrzymując dym w płucach. - I potem, jak zaczynałam palić, myślałam, że mnie to dopadnie- kontynuowała takim tonem, jakby dokładnie wiedziała, jak Albus się teraz czuje. - Ale wiesz- uśmiechnęła się- jakoś nigdy nic mi od tego nie było.
    Zaśmiała się ironicznie, przesuwając wzrokiem po twarzy chłopaka. Zastanawiała się, jakby to było, gdyby mogła widzieć wszystko jak normalny człowiek. Na pewno nie musiałabym zadawać głupich pytań, pomyślała zgryźliwie, przypominając sobie, jakie to okropne uczucie, kiedy musisz spytać "jaki masz kolor oczu?", a potem zebrać całe swoje siły i spróbować uwierzyć, że rozmówca powie ci prawdę.
    - Chciałabym cię kiedyś zobaczyć w kolorze- zażartowała, upijając łyk wódki i zachęcająco podsuwając ją Ślizgonowi.- Spoko, to nie jest aż tak obrzydliwe, bez względu na to, jak źle pachnie- dodała, rozbawiona. Nie przepadała za wódką, w ogóle z alkoholów najlepiej tolerowała wino, ale czasami nie miała ochoty bawić się w taki finezje.

    szara Pandora.

    OdpowiedzUsuń
  17. [Obiecuję, że do końca wakacji się pojawi! No a my tu musimy im jakiś ciekawy wątek skołować! Może na gg? :)]

    OdpowiedzUsuń
  18. [ A może zrobimy z nich takich znajomych nieznajomych, spotkali się w pociągu, ją zaintrygowała siedząca w nim nienawiść, jemu mogło się spodobać coś w tej jej wszędobylskiej obojętności i zostali takimi niepisanymi przyjaciółmi, trochę takiej dziwności, można jeszcze coś ubarwić, może jakaś opinia innych na ich temat, albo nasza specjalność - szerząca się plotka? ]

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Cześć! Wspaniały ci ten Potter wyszedł <3 ]
    Celia Ferro

    OdpowiedzUsuń
  20. [Taki młody Tom Riddle z niego trochę :D dzień dobry ponownie]

    Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  21. [Znowu witamy Albusa! Też się stęskniliśmy, szczególnie Scorp. Jakiś wątek? :D]
    Scorp&Dorian

    OdpowiedzUsuń
  22. [Ten Albus jest GENIALNY. Tyle ode mnie ;3
    Pomysł na postać naprawdę świetny.
    Mam wrażenie, że istny z niego Proteusz.
    Weny i wytrwałości. ]
    Marcus Rothesay

    OdpowiedzUsuń
  23. [ MOJA BOGINI!
    Kocham to. ]

    OdpowiedzUsuń
  24. [ No to jako ze sen, no to może być najbardziej powalonym i wciąż jest okej i w sumie możemy postawić na naszą wenę i rozwijać akcję at hot, a jak nam się odwidzi sen to przeniesiemy sobie akcję w realu i ich tajemnicy i tak dalej... ]

    OdpowiedzUsuń
  25. [ No kocham cię wiesz, więc jutro coś postaram się naskrobać. <3 ]

    OdpowiedzUsuń
  26. [tak ? troszkę innej autorki... :> a podobne są ? nie chciałam nikogo kopiować ani nic takiego. :c jasne, ja zawsze chętnie ! a masz pomysł ? :)]

    Afasia.

    OdpowiedzUsuń
  27. [Przeczytałam raz jeszcze i niemiło szczególnie wspominam fragment cierpi na bezsenność spowodowaną natłokiem myśli, bo niedawno musiałam pomóc komuś przez to przejść. Odbiło się to również na mojej psychice. Więc nie zazdroszczę ._.
    Może jakiś wątek wakacyjny? Prowadzę takie tylko dwa aktualnie na dziesięć, razem z Tobą będzie jedenaście.
    W te wakacje, wedle moich i Louisa ustaleń, rodzina spotkała się w Muszelce na drobnym wypoczynku. Wyobrażam sobie też Rose jako takie ogniwo, które wszystkich próbuje złączyć i zjednać, co czasem jej nie wychodzi.
    Co powiesz na to, żeby pewnego wieczora Rose znalazła Albusa siedzącego na pomoście i widocznie bijącego się z myślami?]
    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Zanim zacznę.
    Kiedy to umiejscowimy?
    Ich pierwszy wspólny sen kiedy jeszcze nie wiedzą ze je razem przeżywają,
    Czy już po jakimś czasie, kiedy sobie to uświadomili i przeżyli już kilka takich? ]

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Puściłam sobie muzyczkę z twojej karty... ]

    Sen, od którego wszystko się zaczęło był najdziwniejszym jaki zdarzył się jej od kilku lat, a może utkwił w jej pamięci tak mocno, tylko dlatego, że był pierwszym od dawna, w którym nie powracała do traumatycznych przeżyć sprzed dwóch lat. Nie było w nim tak dobrze jej znanej ciemnej gęstej mgły, nie było szczypiącego dymu, ani wszechogarniającego ognia. Był inny, dziwnie rzeczywisty.
    Zaczął się tak jak wszystkie następnego, ten sam schemat, jedynie akcja za każdym razem toczy się inaczej, w zależności od tego, co przyjdzie jej na myśl, dlatego wciąż uczy się nie myśleć o głupotach, bo dzieją się wtedy rzeczy okropne.
    Ten sam krajobraz, za każdym razem te same mury, ściany Wielkiej Sali,to samo wydarzenie dzień w dzień rozpoczynało ich wspólny sen. Gwar zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi, ludzi bez twarzy, mogli być kim zechciała, o kim tylko pomyślała, jedna tylko osoba wciąż niezmiennie, ten sam Albus Potter i nieustannie pojawiająca się na jej białej koszuli mocno pomarańczowa plama od soku dyniowego...
    – Uważaj jak chodzisz! – zdenerwowany krzyk przemierza salę, ukazując porywczą skrywaną naturę brunetki. I te niebieskie oczy chłopaka przeszywające ją na wskroś.
    Tak wszystko się zaczynało, jedynie zakończenia wciąż inne, dziwniejsze, czasem gorsze, czasem przerażająco okropne, nigdy takie samo.
    I pewnie wciąż żyliby w słodkiej niewiedzy, myśląc, że to tylko ich wyobraźnia postawiła ich sobie we śnie, gdyby nie identyczna sytuacja w rzeczywistości i ich wspólne niezamierzone mruknięcie.
    – Czy ja mam Déjà vu?
    Codziennie kładzie się z tą samą myślą w głowie.
    Czy tym razem znowu się spotkają we śnie, czy może powróci okrutna chmura dymu?
    Zamknęła oczy, nie pamięta ile leżała wtulona w swoją poduszkę, nim zasnęła. Jej świadomość uruchomiła się dopiero z dźwiękiem tłuczonej szklani i jej głosu. I wszystko zaczyna się od nowa, nowy sen.
    Nie zwracała już na niego uwagi, kiedy ponownie poplamił jej koszulkę, tego dnia jej głowę zaprzątało wspomnienie okropnej lekcji Transmutacji, na której nauczyciel dostał sowę z Ministerstwa, a kiedy odebrał list, zwierzę rzuciło się na siedzącą w pierwszej ławce pannę Morgan. Cóż miała biedna zrobić, przecież nie zna powodu czemu te ptaszyska tak jej nienawidzą, czyżby wszystkie wyczuły jak będąc młodsza zabiła jedną z nich „przypadkowo”?
    – Wiesz co Potter, czasem żałuję, że nie wylewasz na mnie czegoś innego, najlepiej wody, nie musiałabym cuchnąć wtedy tym okropnym dyniowym sokiem całą noc. – mruknęła Rachel, idąc już w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, zdecydowanie nie chciała tu zostać po ostatnim incydencie we śnie, kiedy to rozwścieczone duchy zaczęły wnikać w uczniów. Kiedy znaleźli się przy drzwiach, otworzyła je i szybkim krokiem wyszła, niespodziewanie znajdując się w Wieży Sowiarni.
    – Na Merlina! Tylko nie to! – krzyknęła, widząc jak wszystkie ptaki zaczynają się jej przypatrywać.

    kochana Rachel - wybacz za ewentualne błędy, ale nie miałam czasu sprawdzić ponownie :)

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Vee. Albus. Wątek. Nie odpuszczę Ci, zmoro mała. ]

    Freddie Weasley

    OdpowiedzUsuń
  31. [ Mam ochotę pobawić się zmieniaczem czasu.
    Niby wszystkie te przedmioty zostały zniszczone podczas bitwy w departamencie tajemnic, ale od czego jest George Weasley, jego pomysłowość i talent do majsterkowania? A kto jest jego synem i specem od zabierania wszelakich rzeczy z warsztatu? Właśnie tak, Fred.
    Relacja Albusa i Weasleya może być dość specyficzna. W końcu to dwa odmienne charaktery, które podchodzą do życia zupełnie inaczej. Nie rozmawiają ze sobą wiele, nie spotykają się po lekcjach, nie chodzą razem na imprezy. Ale załóżmy, że Al zrobi coś, czego będzie strasznie żałował. W przypływie złości rzuci na kogoś silne zaklęcie, które pozbawi tą osobę świadomości i będzie chciał to odkręcić. Zrobi coś głupiego albo coś strasznego, nawet nieumyślnie (albo przez tą "cząsteczkę zła odziedziczoną po Harrym") i przypomni sobie, że Fred ma zmieniacz. (Załóżmy, że podzielił się nim tą informacją dzień wcześniej, bo się chwalił, o xd) I będzie chciał cofnąć się w czasie. Zrobią to, ale coś pójdzie nie tak. Zobaczą ich Albus i Fred z przeszłości albo ktoś inny, kto wcześniej ich widział, powiedzą coś komuś, co zmieni przyszłość, innymi słowy zakłócą jakoś czasoprzestrzeń i będą mieli problem, bo trzeba to będzie jakoś odkręcić. Pójdzie samo, tak myślę.
    Co ty na to? Jakiś inny pomysł albo idea na to, co mógł odwalić Al, żeby chcieć to zmieniać? ]

    Zaskakujący Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  32. [Wymyślmy im coś tragicznego ♥]
    Rachiell Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  33. - Nie mogę- wyznała mu, popijając dym z papierosa ogromnym łykiem mugolskiej wódki. Zamyśliła się głęboko. Czasem nachodziło ją na czysto filozoficzne rozważania.- Ale zawsze mogę je sobie wyobrazić- uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie czasy dzieciństwa, kiedy machała plastikowym patykiem z gwiazdką na końcu, wrzeszcząc na pół ulicy, że jest wielką czarodziejką. Aż trudno uwierzyć, ile marzeń się spełnia.
    - Serio nigdy sobie niczego nie wyobrażałeś? Nie zastanawiasz się czasem, jak wygląda świat... gdzieś tam?- spojrzała na niego w oczekiwaniu, a doczekawszy się charakterystycznego błysku zrozumienia, znów posłała mu uśmiech. No właśnie, zdawały się mówić jej usta. A przecież nie znasz go. Nie wiesz, jak tam jest.
    - Fakt, obrzydliwe- przyznała, krzywiąc się i śmiejąc jednocześnie. Wyglądała, jakby połknęła plasterek cytryny, a jednocześnie niewątpliwie nie umiała powstrzymać wybuchu radości. Cała Pandora.
    Upiła kolejny łyk, powodując, że butelka była opróżniona do połowy i ułożyła się wygodnie. W głowie czuła wyraźnie działanie alkoholu- nie było jej wiele trzeba, by się upić. Była nieduża i chudziutka, co sprowadzało się do tego, że na wszelkiej maści imprezach odpadała jako jedna z pierwszych. Niejednokrotnie się krzywiła na wspomnienie takich zabaw, aczkolwiek miało to też swoje plusy. Na przykład nie muszę wydawać dużo pieniędzy, śmiała się zawsze, kiedy z kimś o tym rozmawiała.
    - Co tak siedzisz?- zainteresowała się, wpatrując się w Albusa z zainteresowaniem.- Pierdolnij się obok i wyjebane- stwierdziła, przymykając oczy. Rzadko panowała nad słownictwem.

    [wybacz, nie piję wódki, mam odruch wymiotny na samą myśl, wzięłam pierwszą lepszą nazwę. XD]
    słaby łeb, Pandora.

    OdpowiedzUsuń
  34. [siedzę&myślę, coś już kiełkuję.]

    OdpowiedzUsuń
  35. Fred znał Billa Smitha.
    Może nie konkretnie Billa, a tego chłopaka, co to zawsze śpiewał na bożonarodzeniowych spotkaniach w Pokoju Wspólnym. Tego, który raz rzucił w niego papierowym samolocikiem na wróżbiarstwie. No, tego, który, kiedy się wstydził robił się tak czerwony jak polduszki w dormitoriach.
    Jedno trzeba było chłopakowi przyznać – po tym jak jakiś trzecioklasista znalazł go praktycznie nieżywego w łazience na podłodze, jego imię było słyszane na korytarzach częściej niż przerażony pisk pierwszaków - woźny idzie!. W którą stronę człowiek nie postanowił się udać, słyszał szepty. To duchy Hogwartu niosły kolejne wieści ze szpitalnego skrzydła. Każdy schodek w zamku zdawał się krzyczeć o nadchodzącej pladze tajemniczych wydarzeń. Wszystkie ściany szumiały, opowiadając przerażające historie z zamierzchłych czasów i strasząc przemykających między murami uczniów. Nikt nie wiedział, co się stało. Nikt nie potrafił określić, jak długo chłopak będzie znajdował się w tym stanie ani tym bardziej, kto stał za sprawą całego zamieszania.
    Tak to się zaczyna. Otępienie, strach, panika, kolejne ofiary, a następnie zgon.
    I dobrze, może w końcu zamkną tę budę, jak powinni zrobić lata temu, kiedy Tom Riddle otworzył tę przeklętą komnatę.
    Nie byłoby takich problemów.
    Nie byłoby drugiej bitwy.
    Nie byłoby nieprzytomnego ucznia.

    Nie. Weasley miał serdecznie dość tych wszystkich rozmów. W okresie, kiedy wybuchło całe zamieszanie, przebywał w gabinecie profesora eliksirów, tłumacząc, że odda wszystkie zaległe prace domowe w przyszłym tygodniu. Do pomieszczenia wpadła wtedy zdyszana pielęgniarka i nie tłumacząc zbyt wiele, wyprowadziła nauczyciela na korytarz. Fred czekał na niego niecierpliwie, a kiedy ten nie zjawił się przez kolejne dwadzieścia minut, postanowił wyjść z klasy, nie przejmując się konsekwencjami. Dookoła wrzało. Jego myśli przykryła gęsta mgiełka niepokoju, co nie pozwoliło mu dostatecznie skupić myśli, by wyłapać o co w tym wszystkim chodzi. I wtedy go zobaczył. Akurat postanowili przenieść go do skrzydła szpitalnego.
    Brązowe oczy tępo wpatrzone w sufit, jakby doszukiwały się w spiczastym dachu czegoś fascynującego, jakby pragnęły poznać sens istnienia całej konstrukcji. Twarz wykrzywiona w grymasie przerażenia. Ciało dziwnie sztywne, dziwnie proste. Jakby trafiło go porządne zaklęcie mrożące z tą różnicą, że jego skóra w żaden sposób nie przypominała powierzchni pokrytej warstewką lodu. Była czerwona. Rozpalona. Chłopak leżał na wznak. Jakby miał w planach salutować swojemu oprawcy. Jakby bał się tego, kto mu to zrobił. Jakby był jednocześnie zdezorientowany i zaskoczony. W jego tęczówkach odbijało się zdziwienie. Nie spodziewał się.
    A potem zniknął. Zniknął za zakrętem marmurowych schodów, tak jak zniknęły wszystkie głosy mówiące o przykrym wypadku. Na ich miejsce wstąpiły natomiast wzburzone krzyki, podżegane płaczem pierwszoklasistów. ZAMACH. NIEUDANE ZABÓJSTWO. KLĄTWA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Fred wracał właśnie z treningu. Był cały uwalony błotem. Pogoda absolutnie nie sprzyjała podniebnym podbojom, ale w żaden sposób nie przeszkodziło to kapitanowi w przeprowadzeniu rozgrzewki przedsezonowej. Przecież rozgrywki zbliżały się wielkimi krokami, trzeba było zacząć się przygotowywać! W złoto-czerwonym stroju wparował do Pokoju Wspólnego, posyłając kilku uczniom zmęczony uśmiech i ospałym, powolnym krokiem ruszył po schodach w stronę dormitorium, zostawiając za sobą na dywanie paskudne, brązowe smugi. Ze znużeniem popchnął drzwi, przechodząc przez próg i wpatrzony w podłogę zdjął ubrudzone buty, kopiąc je gdzieś w kąt. Westchnął, obracając się, przecierając spocone czoło i omiatając wzrokiem sypialnię. Poczuł jak Nimbus wyślizguje mu się z rąk. Natychmiast pożałował swojej gwałtownej reakcji i sycząc, podskoczył na jednej nodze w stronę drzwi, zamykając je szczelnie od środka. Dopiero po chwili, która zdawała dłużyć się w nieskończoność, obrócił się w stronę swojego kuzyna, który bezceremonialnie rozsiadł się na jego łóżku, przeglądając zawartość szufladek jego nocnej szafki i ściskając mocno obolałą stopę, syknął:
      - Co ty tu, na gacie Merlina, robisz?!

      Uwalony błotkiem Freddie niezdara niezadowolony z odpisu, meh

      Usuń
  36. [VEEEEEEEEEEEE <3333333
    Ach, te wnoszące wiele komentarze!]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  37. [Jakżeby mogłam ci odmówić, słońce? :3
    Teraz trzeba tylko coś wymyślić xD
    A tak w ogóle to jestem zakochana w tej nowej karcie i zdjęciu. Do trzech razy sztuka i każdy coraz lepszy!]

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  38. [Dobra. Pozostaje nam więc burza mózgów i nadzieja, że jakieś znośne coś z tego wyjdzie.
    Mam ochotę pobawić się w coś mhrocznego, destrukcyjnego i bardzo nieprzewidywalnego, a natchnęło mnie do tego zło czające się w Albusie, więc za większość moich pomysłów możesz winić tylko siebie! Tak na wszelki wypadek mówię.
    Możemy zrobić tak, że ktoś namówił jakąś grupkę, w której oczywiście znaleźliby się Addie i Albus, na spotkanie się w środku nocy na jednej z wież, aby pobawić się zakazaną magią. Ktoś ukradłby książki z działu tych zakazanych (zaczyna się robić masło maślane) i gdzieś w środku z Albusem zaczęłyby się dziać jakieś dziwne rzeczy, ale po wszystkim udawałby, że nie wie, o co chodzi. Zacząłby jednak coraz częściej znikać, zamykać się w sobie, odpychać wszystkich i Addie mogłaby przyłapać go pewnego dnia na studiowaniu owych zakazanych ksiąg, które ukradł z biblioteki. Od czasu spotkania na wieży wykształciłby w sobie taką małą obsesję, a Addison doskonale wie, jak coś takiego wygląda, bo w końcu pochodzi z rodziny zakochanych w czarnej magii Ślizgonów. Nie wiem tylko, co byśmy mogły z tym dalej zrobić - może Albus zacząłby świrować, nie chciałby, żeby Addie komukolwiek o tym powiedziała, bo nawet nie chodzi o szlaban, a o to, co się z nim dzieje, bo mimo wszystko zamienia się w tego złego? Jednocześnie zawstydzony, zszokowany i zły na samego siebie, że uległ, mógłby powiedzieć o kilka słów za dużo albo zrobić coś Addie (dobra, nie żeby od razu ją krzywdził, ale wystarczająco, żeby się go wystraszyła). Chociaż w tej wersji Al wychodzi na większego psychola, niżbym chciała xD
    Inny pomysł jest taki, że Albus ostatnio miałby zaniki pamięci (ciąg dalszy psychozy). Ju noł łot aj min, coś przejmuje kontrolę nad jego ciałem, robi rozróbę, a on później niczego nie pamięta, później się okazuje, że wszyscy go nienawidzą, jednak on nie wie dlaczego, bo traci pamięć! Tylko dalej nie wiem, co z tym zrobić xD
    A teraz najlepsze - jak już idziemy w psychozę to niech Albus po prostu znowu otworzy Komnatę Tajemnic z nowym bazyliszkiem i będzie zajebiście xD Wiesz, uwolnienie czegoś demonicznego zawsze jest fajne, nie ma co ukrywać, a miało być destrukcyjnie, nieprzewidywalnie i mhrocznie!
    A tak w ogóle to chyba jednak powinnyśmy zacząć od powiązania, bo będzie łatwiej, a to wyżej zignorujemy, chyba że natchnie cię to do jakiejś szalonej akcji.
    Addie i Albus wbrew pozorom mają dość dużo wspólnego - czarne owce rodziny dały czas pakujące się w tarapaty, w dodatku bardzo wrażliwi i nieco skrzywieni. Problem w tym, że Albus w powierzchowności jest raczej cichym samotnikiem, a Addison robi wszystko, by być głośną i zwracać na siebie uwagę - gdy wszyscy ją taką widzą, nie próbują doszukiwać się tajemnic, bo wydaje im się, że żadnych w niej nie ma. Teraz pytanie tylko, czy uda nam się ich jakoś połączyć. Addie to właściwie część rodziny Weasley'ów, ona przesiaduje u nich na świętach i w ogóle pewnie chcieliby mieć ją w rodzinie bardziej niż Freddiego, więc na sto procent spotykają się na rodzinnych świętach, bo na pewno Harry i Ginny zaciągają swoje dzieci do Nory do babki Molly. Tylko nie wiem, co z nimi - czy w szkole udają, że się nie znają, a na takich spotkaniach świetnie się dogadują, tylko w Hogwarcie raczej unika Puchonki? Albo Addie wie o jego problemach i tym mroku, który się w nim czai, bo swój do swego, w końcu ona też jest wybrakowanym egzemplarzem? I rodzi się między nimi coś na zasadzie fascynacji, więc co jakiś czas odpychają się tylko po to, by zaraz się do siebie przyciągnąć, jak magnesy? Czy jeszcze coś innego?]

    Addie, która wie, że nie pomaga i chyba ma jakiś problem z mózgiem

    OdpowiedzUsuń
  39. [Będę tak okrutna i zapytam więc, czy zaczniesz. :D Cała nasza konspiracja, tak myślę, najlepiej wyjdzie w praniu :D]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  40. Okej Rachel, spokojnie. One nic ci nie zrobią, tylko o tym nie myśl. Spokój. Wdech...wydech. Najwyżej jak spróbują cię zabić, to rzucisz im na pożarcie Pottera.
    Rachel z niepokojem przyglądała się stadu ptaków. Przeczuwała, ze skończy się to dla niej niezbyt dobrze. Zrobiła jeden krok w tył, potem drugi, powoli ukrywając się za plecami młodszego z braci Potter.

    – No co ty nie powiesz Potter, uważaj żebym to ja nie wydłubała ci zaraz oczu. – warknęła na uwagę chłopaka.

    W obliczu zagrożenia dziewczyna stawała się wyjątkowo drażliwa, a jej słowa zdradzały zdenerwowanie, mimo iż na twarzy pozostała tak charakterystyczna obojętna mina. Stała ze wzrokiem wbitym w jedną z sów dopóki ta nie uniosła się i powiedziała...

    – Jakiś problem koleżanko? – Rachel krzyknęła z przerażenia i schowała za chłopakiem, wbijając mu w ramię swoje paznokcie.
    – Zrób coś kurde! – krzyknęła nie wiedząc, co ma robić.
    Nagle sowa zaczęła się przekształcać, przybierać niemal ludzką postać, a po mrugnięciu okiem, zmieniła się mężczyznę, nie – chłopaka, którym okazał się nikt inny jak...

    – James?
    – James!
    Odrzekli oboje niemal jednocześnie.


    Matko, wybacz że tak krótko, jest mi wstyd, obiecuję poprawę!

    OdpowiedzUsuń
  41. [To co my robimy z taką ilością miłości? Trzeba ją jakoś wykorzystać!]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  42. [Chcę zobaczyć nieco gorszą stronę Albusa. Pewnie jak większość, #noalecoztego. Zakładam, że mimo iż Albus jest z Slytherinu, starszy Potter wlał mu trochę oleju do głowy i jego dziecko nie reaguje alergicznie na brak czystej krwi (jeżeli źle zakładam to mnie popraw), więc możemy zrobić z nich kumpli już od pierwszego dnia w pociągu. Nie jakiś wielkich przyjaciół, bo to trochę kłóci się z moją wizją Oony, ale takich, którzy mogą nie odzywać się do siebie i z pół roku, mijać się szerokim łukiem na korytarzach zamku i nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ale którzy nawet po długiej rozłące czują się dość dobrze w swoim towarzystwie. Tak na chwilę, aby zabić nudę, wpaść w wielkie kłopoty, poprztykać się na siebie pod koniec i znowu kolejny miesiąc unikać się :D
    Ale nad wątkiem muszę jeszcze pomyśleć. Tylko daj znać czy Ci odpowiada, czy może kłóci się to z Twoim wyobrażeniem relacji Albusa ze światem ;)]
    Oona Griffith

    OdpowiedzUsuń
  43. [Braciszku mój!
    Cześć! W karcie jak w labiryncie, ale dałam radę.
    Czy naprawdę cała rodzinka jest taka pokręcona?
    Wizerunek odnaleziony przypadkiem, ale naprawdę się cieszę, że to właśnie na niego się zdecydowałam.
    Ja również ukocham, choć nie obiecuję wzorowej, siostrzanej miłości.
    Albus, bądź tak miły i zabierz w upalny, wakacyjny dzień młodszą siostrę na lody. ]

    Najsłodszy łobuziak

    OdpowiedzUsuń
  44. [Witam braciszka po raz drugi! Jest nadzieja na wątek? (O ile nie przeszkadza ci, że czasem będę miała problemy z odpisami, bo komputery mnie nienawidzą.)]
    James

    OdpowiedzUsuń
  45. Wyjazdu do Indii pragnęła już od dawna, ale dopiero teraz, z pomocą Albusa, jej marzenie miało się spełnić. Kiedy pierwszy raz wspomniała o nim Ślizgonowi, nie sądziła, że chłopak zareaguje z takim entuzjazmem. Nie dziwiła mu się. Oboje zmagali się z problemami rodzinnymi. Oj tak, nawet sam Harry Potter ma wady i to właśnie jego syn je dostrzegł. Przed poznaniem Ala, w oczach Martine był to bohater, ktoś godzien naśladowania. Zmieniła zdanie w ciągu jednej sekundy, nawet nie zastanawiając się, czy to co chłopak jej o nim powiedział było prawdą. Ufała młodemu Potterowi bardziej niż komukolwiek innemu i jeszcze nigdy się na nim nie zawiodła.
    Z chwilą kiedy przekroczyła próg domu, całe szczęście z niej wyparowało. Pomimo wcześniejszych planów z Albusem, pisała z rodzicami listy od miesięcy, pytając się, czy będzie mogła wyjechać gdzieś w wakacje i tak jak sądziła ich odpowiedź była negatywna. Według ich planu, Martine miała całe wakacje przesiedzieć w domu, szukając pracy i chodząc na spotkania z wpływowymi ludźmi. W duchu śmiała się, że w życiu nie zacznie nawet pracować na terenie Anglii. Chciała zostać w Indiach już na zawsze i nawet nie brała pod uwagę tego, że jej się znudzą. Postanowiła nie zostawiać nawet listu. Chciała, żeby jej rodzice cierpieli, szukali jej zarywając noce i powoli wykańczając. Nawet przez sekundę nie było jej ich szkoda.
    Pakowała się w ostatniej chwili. Nie chciała ryzykować przyłapaniem na gorącym uczynku, więc tuż przed wyruszeniem w, jak się miało okazać, długą i trudną podróż, wyjęła swój plecak i zaczęła wkładać do niego najpotrzebniejsze rzeczy. Nie zapomniała zabrać również mapy Europy, Indii oraz śpiwora. Nie wiedzieli co może ich spotkać i musieli być przygotowani na wszystko.
    Tuż przed drugą skończyła pakowanie, zamieniła zasłonę w linę i przerzuciła ją przez okno. Ostatni raz omiotła wzrokiem pokój. Jej okropny kot siedział na środku łóżka i wpatrywał się w nią mrucząc pod nosem, jakby chciał jej o sobie przypomnieć. Pokręciła znacząco głową i powoli zaczęła zsuwać się po linie. Kiedy była już na dole, podkradła się do bramy, którą po cichu otworzyła i teleportowała się tuż po przekroczeniu niewidzialnej bariery chroniącej dom. Wylądowała niedaleko domu Albusa i skierowała się w stronę umówionego miejsca. Chłopak czekał już na nią, a kiedy ją zobaczył, uśmiechnęła się szeroko, rzuciła plecak na podłogę i wskoczyła mu w ramiona.
    - Al! Udało się! – Oderwała się od niego i podniosła swój bagaż. – Jasne, że jestem gotowa! Powinniśmy zaraz ruszać, jeśli chcemy dojechać do Londynu do rana… Znacznie łatwiej by było jakbyś nie miał na sobie Namiaru, ale jakoś damy radę. – Martine wychyliła się z uliczki, na której całe szczęście nikogo nie było. – Jeśli złapiemy stopa, to byłoby super…
    Twoja kochana Martynka!

    OdpowiedzUsuń
  46. Z początku Fredowi wydawało się, że się przesłyszał.
    Głos Albusa brzmiał… błagalnie. Nie było to zjawisko często spotykane. Chłopak, który siedział przed Weasleyem, w towarzystwie jakiegokolwiek członka rodziny starał się sprawiać wrażenie silnego Ślizgona. Fred jednak znał go odrobinkę lepiej niż jakakolwiek osoba z ich familii i wiedział o części jego słabości. W wielu sytuacjach potrafił domyślić się, co chodzi chłopakowi po głowie i w razie potrzeby wybić mu chore myśli z umysłu. Rozumiał go, bo obaj byli w pewnym sensie wyrzutkami, chociaż Potter odczuwał to zdecydowanie bardziej. Gryfon nie miał pojęcia, jak zachowywałby się na miejscu młodszego chłopaka. Mając takiego ojca i takiego brata Albus mógł w głównej mierze liczyć jedynie na samego siebie.Może właśnie to sprawiało, że robił się taki wrażliwy? I od czasu do czasu na Weasleya. W końcu od czegoś są czarne owieczki rodziny - powinny trzymać się razem.
    Jednak ciekawska natura Freda w tym przypadku nie pozwoliła z taką lekkością bezinteresownie pomóc Albusowi. Na jego twarz wpłynął zadziorny uśmieszek, kiedy schylił się, by podnieść miotłę i ustawić ją ładnie w rogu obok łóżka przy szafce nocnej. Przeczesał oklapnięte włosy, roztrzepując dookoła kropelki deszczu i błota, i zostawiając je w kompletnym nieładzie. Westchnął, zanim zebrał się do odpowiedzi i ruszył spokojnym krokiem na obchód pokoju. Czerwona peleryna zostawiała za nim na dywanie brudne, powłóczyste ślady. Budował napięcie. Albus Severus Potter, syn Harry’ego Pottera, jego osobisty kuzyn i Ślizgon, postanowił włożyć trud konieczny do dostania się do jego dormitorium i prosić go o pożyczenie jedynej cennej błyskotki, która znajdowała się w jego magicznym arsenale jubilerskim. To zasługiwało na prawdziwe zainteresowanie tematem.
    Zmieniacz czasu stanowił w końcu najważniejszą rzecz w kolekcji rupieci, której Fred zwykł otwarcie nie znosić. Taka sterta chowanych śmieci zawsze kojarzyła mu się z rodzinnym biznesem, nie mógł jednak nie doceniać tak drogocennego prezentu jakim był zaczarowany naszyjnik. Wprowadzony zakaz sprzedawania tych gadżetów i posługiwania się nimi zaraz po słynnej Bitwie w Departamencie Tajemnic, w której, swoją drogą, pokolenie ich rodziców brało udział, został złamany osobiście przez jego ojca George’a Weasleya, bo jakimś cudem na przestrzeni lat udało mu się opracować system funkcjonowania istoty podróży w czasie. I z pewnością by to opatentował, gdyby nie groziła za to kara śmierci.
    Wobec tego naszyjnik trafił się w prezencie Fredowi.
    Przystanął w miejscu, przypatrując się swojej ubrudzonej szacie i powoli pozbywając się elementów owej garderoby.
    - Po co Ci? – Zapytał zwięźle, zrzucając z siebie górę stroju treningowego i przegrzebując szafę w poszukiwaniu czystych ubrań codziennych, nawet nie zerkając w jego stronę. - Niech zgadnę… Chcesz komuś pomóc czy się odegrać? Rzuciła Cię dziewczyna i pragniesz to naprawić? Nie łudź się, to nic nie zmieni, próbowałem.
    Podniósł się, wciągając przez głowę koszulkę i oddychając z ulgą. Przekrzywił głowę, wpatrując się w Albusa i rozważając wszelkie możliwe opcje. Dłonie chłopaka delikatnie drżały, a on sam sprawiał wrażenie, jakby czegoś się bał. Nie, nie, on się nie bał. On był przerażony.
    Weasley ruszył w jego kierunku i bez słowa sięgnął po poduszkę leżącą obok niego na łóżku. Uniósł ją do góry, rozpiął guziki poszewki i wyciągnął z niej niewielki, błyszczący złoty przedmiot.
    - Kiepski z Ciebie złodziej.
    Odrzucił element pościeli na bok i podniósł wisiorek na wysokość twarzy, przypatrując mu się z uwagą.
    - Dawno tego nie używałem, ale… W sumie, co nam szkodzi – mruknął, zaciskając przedmiot w dłoni i uśmiechając się pociesznie do Albusa. – No, bracie. Będziesz mi wisiał ogromną przysługę. I wątpię czy tak szybko się wypłacisz – puścił mu oczko, próbując rozładować jakoś napięcie. – To… Dokąd lecimy?

    Dobry duszek Freddie

    OdpowiedzUsuń
  47. [No to wymyślamy coś od nowa? Chciałabym tylko zostawić ten fragment z lekko zabujanym w Potterze Scorpem, a z resztą możemy szaleć. :3]
    Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  48. [A czy Albus znajdzie choć chwilkę na wątek z Arielką? :D]

    A. Coleman

    OdpowiedzUsuń
  49. [cześć, wężowy kuzynie! może znajdziesz chęć na wątek z Wiewiórką? :D]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  50. [ Rejczel też tęskni za Albusikiem ale jej wredna autorka ma załamanie, obiecuję że gdy wrócę, pierwszy odpis dla niego <333333 ]

    OdpowiedzUsuń
  51. [Do Albusa mam słabość więc na wątek zgadzam się na starcie.:pytanie jak połączyć te dwie, wrażliwe duszyczki będące jednocześnie czarnymi owieczkami w swoich rodzinach. ]

    Pauline

    OdpowiedzUsuń
  52. [Och, jak to miło :) czytam, że o ile jest w nim cząstka Voldemorta, to Solene bardzo by to zainteresowało.]
    //solene

    OdpowiedzUsuń
  53. [ Jak to brzmi eksperymentowanie w romansach- chym. A czemu by nie może być ciekawie. W sumie ten sam rocznik więc mogliby się znać chociażby z pociągu, i zajęć chyba ze preferujesz jakieś nietypowe spotkanie podczas burzy kiedy Paulin idąc z błoni zgubiła drogę- zamyśliła się i tak dalej. A bohaterski Albus który akurat szedł tą drogą i wyratował ja z opresji. Co do samego wątku- proponuję taką znajomość z bonusikiem. Pauline jest prawdziwą artystką w każdym calu, rozmarzoną, żyjącą w harmonii z otoczeniem jednak na razie niezdolną do miłości i zobowiązujących związków. Raczej preferuje życie pełne zmian. Al może być jej jedna z odskoczni, może się uważać za jej przyjaciela, bo przecież znają się już kilka lat, ona kiedyś mogła miec bzika na punkcie uchwycenia kształtu jego nosa czy małżowiny usznej, a poza tym jak juz wyrośli z etapu brzydzenia się płcią przeciwną zaczęliby odkrywać siebie przed sobą- nic zobowiązującego przynajmniej ze strony Pauline. Zagmatwane to strasznie wybacz]

    OdpowiedzUsuń
  54. [Mi wszystko pasuje. Ja Ci nawet powiem, że czarnej magii może nauczyć się od Sol i co Ty na to?]
    //solene

    OdpowiedzUsuń
  55. [Możemy połączyć wszystko. Umówią się najpierw w bibliotece, bo Sol znalazła jakiś ciekawy wpis na temat jakiegoś upiora (nie wiem, czy to przejdzie, no coś, co kogoś opęta). Znajdą to, uwolnią przez przypadek i będą musieli uciekać. Potem Solene czytając gazetę natknie się na informację, że jakiś człowiek wylądował w klinice, a obrażenia będą idealnie pasowały do tego czegoś, co uwolnili. Znając dziewczynę pewnie będzie go namawiała na to, by tego czegoś się pozbyć.
    Nie wiem, o co konkretnie mi chodzi, ale trudno, coś stworzymy.]
    //solene

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [zapomniałam dodać, że zacznę]

      Usuń
  56. [ A czy jego boginem nie jest przypadkiem rozszczepienie przez pewną uroczą dziewuszkę? :p ]

    Marie Ashton

    OdpowiedzUsuń
  57. [ Ja wiem wszystko, mam to w genach po babuni. Więcej już nie podpowiem, domyśl się sama :p ]

    Marie

    OdpowiedzUsuń
  58. [ No, to nie była trudna zagadka, albo to ja daję za łatwe podpowiedzi ;p Tęskno mi za naszym wątkiem, więc wpadłem powspominać, a tu patrzę nowa karta. ]

    Marie

    OdpowiedzUsuń
  59. [ Tak, mi też jej troszkę brakuje, ale Marie też ma potencjał, więc jak masz jeszcze miejsce na wątek, to zapraszam, coś wymyślimy. Chyba, że masz jakiś niezrealizowany pomysł? ]

    Marie Ashton

    OdpowiedzUsuń
  60. [ Ja mam kilka pomysłów, ale widzę, że Albus się zmienił. Dobrze, będzie ciekawiej. Wiesz, że wolę zacząć od ustalania relacji, ale w sumie możemy zacząć od osób, które się nie znają za dobrze. Z resztą Marie, jako mugolaczka, stroni od Ślizgonów. Nie to, że się ich boi ale nie chce wpadać w kłopoty, które swoją drogą i tak ją znajdą.
    Załóżmy, że jest coś takiego jak Letni obóz dla czarownic i czarodziejów, który będzie miał miejsce gdzieś w Szkocji. Nasze postacie się tam znajdą i zaczną spędzać czas wspólnie, bo zauważą, że dogadują się ze sobą lepiej niż z resztą obozowiczów. Którejś nocy Twój pan mógłby wpaść na pomysł, żeby pomóc przezwyciężyć lęk Ashton i jakimś cudem posadzi ją na miotle (nie wiem, czy on lata, czy nie, ale możemy założyć, że okazjonalnie tak). Polatają sobie i o mało nie spadną albo zderzą się z jakimś drzewem i wpadną w krzaki, a potem pójdą szukać Potwora z Loch Ness, bo odnalezienie tego stwora jest jednym z marzeń rodziców Marie. Dziewczyna chciałaby dostarczyć im dowód na istnienie Nessie, więc razem mogą sobie szukać, a co znajdą to już się zobaczy. Znasz mnie, wiesz, że nudno nie będzie i zawsze coś wymyślę :) ]

    Marie Ashton

    OdpowiedzUsuń
  61. [ Cieszę się bardzo, że pomysł Ci się podoba. Zacznij nam :) ]

    Marie

    OdpowiedzUsuń
  62. Specjalnie przyszła wcześniej. Zjawiła się tu godzinę wcześniej tylko po to, by wiedzieć więcej. Wiedzy w końcu nigdy za wiele, każdy Krukon to przyzna. Ona nie różniła się od nich specjalnie, dlatego siedziała skulona na podłodze w jednym z działów biblioteki. W świetle dawanym przez różdżkę drobinki kurzu unosiły się tuż przed nią i tańczył w rytm niesłyszalnej muzyki. Każda kruszynka miała swoją własną i tańczyła sama. Działo się tak, bo Solene wyczyściła dokładnie jedną z starszych ksiąg, a miała je dwie. Na kolanach tę lekko zużytą, na podłodze tę wyglądającą na zupełnie nową i niewątpliwie musiała taką być. Informacja, która tam widniała pochodziła z historii najnowszej świata czarodziejów. Bitwa o Hogwart nie wydarzyła się przecież tak bardzo dawno. Czym w porównaniu do całej historii było lat dwadzieścia cztery? Niczym, jakimś krótkim odcinkiem czasu. Dla pewnych stworzeń nic nie znaczący czas, który łączył pewne dwa wydarzenia: chwilę obecną i Drugą Wojnę Czarodziejów. Inferiusy potrzebowały tylko ciemności, a w Zakazanym Lesie było jej dostatek. To było właśnie to, co chciała zobaczyć. Gdzie będzie miała ku temu okazję? Zobaczyć dzieło czarnoksiężnika i to nie byle kogo, bo samego Voldemorta. Każdy mógł mówić, co chciał na jego temat, ale wszyscy stwierdzą jedną rzecz – był potężnym czarodziejem. Zobaczyć cząstkę historii i wynik działań czarnej magii było dla Sol spełnieniem marzeń, ale nawet do jego spełniania było trzeba się dobrze przygotować. Skąd są, jakie są, na co reagują, na co giną – znała już prawie wszystko. Wystarczyło tylko wczytać się w dokładniejsze miejsce przebywania tych stworzeń, ale to wiedziała książka na podłodze.
    Wtem do Działu Ksiąg Zakazanych dotarł cichy dźwięk skrzypienia. Blondynka podniosła gwałtownie głowę, a światło z różdżki skierowała w ciemną przestrzeń przed sobą. Długi korytarz między dwoma regałami półek i żadnej drogi ucieczki.
    – Albus? – szepnęła wstając na nogi. Zrobiła kilka kroków w przód, ale jak najbardziej ostrożnych. – Potter, to ty? – zapytała ledwie słyszalnie, podnosząc różdżkę wyżej.
    //solene

    OdpowiedzUsuń
  63. Zapisanie się na obóz dla czarodziejów Marie traktowała z początku z lekką rezerwą. To nie był jej pierwszy obóz w życiu. W wieku dziesięciu lat pojechała na obóz baletowy razem ze swoją grupą taneczną. Było to tuż przed otrzymaniem listu z Hogwartu, czyli z chwilą gdy całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Krukonka bardzo lubiła balet i kiedyś chciała tańczyć przed publicznością. Niestety nauka w Szkole Magii i Czarodziejstwa jej to pokrzyżowała. Ashton nie była zła, gdyż znalazła sobie inne zajęcia. Z początku był to quidditch, który poznała już na pierwszym roku. Sport ten zafascynował ją tak ogromnie, że przez kilka pierwszych tygodni wypisywała o nim swoim rodzicom z listów. Plany dołączenia do drużyny skończyły się na odkryciu lęku wysokości, bo okazało się, że podczas meczy trzeba było wzbić się nieraz bardzo wysoko. Marie ledwo zaliczyła zajęcia z latania, po tym już nigdy na miotłę nie wsiadła i używała jej tylko do zamiatania podłóg i ozdoby. Potem przyszła kolej na Klub Gargulkowy. O tej grze dziewczyna nie miała bladego pojęcia, ale od zawsze szybko się uczyła, więc z opanowaniem podstaw nie miała większych kłopotów. Z każdym kolejnym spotkaniem czegoś się uczyła i była coraz lepsza. Na końcu swojej przygody z szukaniem zajęć odkryła Klub Astronomów. Spoglądanie na gwiazdy było czymś cudownym, przynajmniej dla niej jako osoby, która nie potrafiła odnaleźć się w dwóch różnych światach. Gwiazdy i gwiazdozbiory były stałe i stanowiły jedyny punkt zaczepienia, nie ważne czy Marie przebywała w Hogwarcie czy w swoim rodzinnym Montrose.
    Dni na obozie dłużyły się w nieskończoność. Dziewczyna z niesmakiem zauważyła, że nawet tutaj, poza murami zamku, każdy trzyma się ze swoimi. Szybko potworzyły się grupki, których członkowie raczej się ze sobą nie mieszali. Marie myślała, że będzie zdana tylko na swoje towarzystwo, ale przypadkowe uderzenie kogoś framugą w czoło.
    Z Albusem nie łączyło ją wiele, gdyż w szkole nie rozmawiali ze sobą prawie w ogóle. Tutaj też raczej siedzieli i milczeli w swoim towarzystwie, ale jakoś żadne z nich nie skarżyło się na taki stan rzeczy. Cisza nie była krępująca i pozwalała się wyciszyć.
    Spojrzała na chłopaka, gdy ten wyrzucił kolejny kamień przed siebie, który po chwili opadł z pluskiem do wody. Również westchnęła ociężale i wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia co mogłoby się tutaj wydarzyć. Ostatnim wielkim wydarzeniem była wichura, która przewróciła kilka drzew niedaleko obozu. Gdyby dziewczyna wiedziała, że na obozie te sprawy potoczą się w taki sposób, to wolałaby spędzić soje wakacje w domu, przynajmniej nie musiałaby odpędzać się w nocy od komarów i urządzać na nie polowań.
    – Jeśli będziesz dalej tak wrzucać te kamienie, to nas tu wszystkich podtopi – mruknęła biorąc do ręki leżący nieopodal patyk, którego końcem dotknęła ropuchy, która właśnie wyłoniła się z krzaków. Płaz wydał z siebie niezidentyfikowany odgłos i dwoma susami wskoczył do wody. Ponownie spojrzała na Ślizgona, ale jej wzrok utknął na sinym miejscu na czole. Na szczęście ślad ten nieco zbielał, co niezmiernie ucieszyło dziewczynę, bo może obejdzie się bez nadania jej przydomka Tej, która uszkodziła Pottera.
    W pewnej chwili rozległ się głośny śmiech i przed siedzącą na ziemi dwójką uczniów, tuż nad taflą wody śmignęło kilku czarodziejów, którzy najwyraźniej wpadli na pomysł ścigania się na miotłach. Na policzkach Marie szybko pojawiły się lekkie rumieńce, a usta wykrzywiły w uśmiechu. Zaraz za lecącą dwójką pojawili się kolejni.
    – Chodź zobaczmy gdzie lecą – powiedziała rozochocona możliwością zobaczenia meczu quidditcha, który być może miał się zaraz rozpocząć.

    Marie

    OdpowiedzUsuń
  64. - Nie wiem, kto tu kogo bardziej straszy – szepnęła szybko, przekręcając teatralnie oczami. – Ty chociaż wiedziałeś, że tu będę.
    Albus jednak niezbyt zwrócił na to uwagę, bo zaciekawiony podszedł do leżących na podłodze książek. Solene bardzo cieszył fakt, iż znalazła kogoś, kto w pewnym stopniu podziela jej zainteresowanie. Przynajmniej nie musiała wałęsać się sama po Zakazanym Lesie, siedzieć w ciemnościach biblioteki, gdzie co jakiś czas przez regał przechodzi jeden z mieszkających tu duchów. Nic wielkiego, gdy sobie przechodzą, gorzej kiedy najdzie ich ochota na straszenie, albo – co gorsza – donoszenie bibliotekarzowi.
    - Nie wiem, czy coś cię ominęło, ale inferiusy mieszczą się w znaczeniu słowa stworzenia - rzekła lekko urażona. Czy ona musiała mu o wszystkim od razu mówić? Kreatury, to kreatury – nic tego nie zmieni. – Tylko słuchaj, Albus – ożywiła się blondynka, siadając tuż obok chłopaka. Wskazała palcem na fragment z nowszej księgi, gdzie tuż obok pojedynczy inferius błądził po zdjęciu. – To jedyna taka szansa, by zobaczyć ich na żywo. W dodatku mają związek z samym Voldemortem. No nie mów, że nie chciałbyś ujrzeć czegoś, co wyszło spod jego różdżki. Trzeba taką okazję wykorzystać, szczególnie gdy są one tak blisko. Raptem za tym murem i szeroką trawą błoni. Tyle, nic więcej – wzruszyła ramionami na koniec, po tym jak wskazała ręką, na znajdującą się za nimi szarą ścianę z ogromnych kamiennych cegieł. Widząc niezdecydowanie w oczach Pottera, przyciągnęła do siebie starszą księgę, która chwilę później wylądowała na jej kolanach. Solene wertowała kartki w poszukiwaniu konkretnych informacji. – Tutaj – rzekła, gdy już znalazła odpowiednią stronę. – Boją się światła i ognia, to nie jest takie trudne się przed nimi bronić. Oczywiście w razie czego, bo nie zakładam, żebyśmy musieli – Krukonka machnęła ręką i zamyśliła się na moment. Trwali w takiej ciszy kilka minut, póki ponownie nie przerwała ją Sol. – Idziesz ze mną? Bo nawet jeżeli się nie zgodzisz, to idę tam sama. Nie odpuszczę.
    //solene

    OdpowiedzUsuń
  65. [Przymierzam się z tym od jakiegoś czasu... Miałabyś chęć na wątek? :D]

    Amelia Baxter

    OdpowiedzUsuń
  66. [Co powiesz na zamieszki w Hogsmeade? Nic szczególnie krwawego - chyba że tak nam się pokieruje akcja - po prostu jakaś grupka zacznie wykrzykiwać antymugolskie hasła, ktoś każe im się zamknąć, polecą pierwsze zaklęcia i później już z górki. Albus i Amelia mogliby jakimś cudem znaleźć się w pobliżu, nie wiem tylko, czy od razu przyszliby razem, czy raczej zostawiamy to kwestii całkowitego przypadku?]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  67. [Yahahahaha, szatan powraca, zamorduję się kiedyś z moim wenem i takie tam, ale mnie stąd nic nie wykurzy, chyba, że w skrajnym przypadku... A Scorp zawsze będzie miał crusha na Albusie, nawet, jeśli teraz ugania się za Sangsterem. Poza tym to daje szanse na potencjalną dramę, a to jest coś, co kocham najbardziej. Nad pomysłem musiałabym trochę... pomyśleć. XD Ale jak coś, to Scorpie tu jest i zawsze będzie truł Potterową dupę.]
    Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  68. [ Zepsuł mi się zmieniacz czasu i utknęłam. Edytuję właśnie kartę. I Albusa wróżka, ale to wersja robocza. Opublikuję ją pewnie w ten weekend, bo nie podoba mi się jedno przejście. A jak opublikuję, to również i odpiszę. Przepraszam, zmoro mała. ]

    Głupi Freddie

    OdpowiedzUsuń
  69. [Ooo tak! Malfoy już zdemoralizuje Pottera (tutaj wstawiamy pięknego mema z ich ojcami strzelającymi facepalma XD). Król Ognistej się kłania, niech Al tylko powie kiedy i gdzie, a chętnie zabalujemy. Wersja z jakimiś pijackimi wpadkami też bardzo mi się podoba... A tak przy okazji mogą zawędrować na błonia i na przykład zmienić kolor liści na Wierzbie Bijącej na tęczowy! (Lucy przedawkowała słodycze, proszę mnie nie zwracać uwagi! XD)]
    Scorpie

    OdpowiedzUsuń
  70. [hej! bardzo dziękuję za przemiłe komplementy i nie martw się, obydwoje twoi chłopcy wpadli mi w oko. Powiem tak - jeśli ułożysz mi jakieś dobre powiązanie albo chociaż podrzucisz jego zalążek, który potem będę mogła rozwinąć, to będzie wątek. Ta moja stanowczość wychodzi z chwilowego odmóżdżenia maturalnego, które zapewne przejdzie przy rozpoczynaniu wątku. Zrób z nimi co chcesz i którym Ślizgonem chcesz, naprawdę nie mam nic przeciwko ani Albusowi, ani Isaacowi, chociaż może wolałabym pierwszego, bo u niego nieco mniej się dzieje z tego, co zdążyłam zauważyć. Aczkolwiek mam ogromny sentyment do Dana i jego buźki, także postać zależy od ciebie. Wszystko inne również - byle było dramatycznie, chaotycznie i emocjonalnie, to mnie utrzyma trwale w wątku. Nie mam nic przeciwko pozytywom, negatywom, toksyczności, cielesności, trywialności - rób z nimi co tylko ci się podoba! Czekam niecierpliwie :3]

    Dol.

    OdpowiedzUsuń
  71. Amelia lubiła wypady do Hogsmeade, ale nie wyczekiwała ich z utęsknieniem. Opuszczenie zamku na począku października oznaczało spacery w deszczu, przenikliwy chłód i, co najgorsze, potworne kolejki u Scrivenshafta. Nigdy nie mogła pojąć, dlaczego uczniowie nieprzykładający się tak gorliwie do nauki potrzebowali nowych piór oraz pergaminu już po miesiącu? Większość z nich i tak kupowała tylko cukrowe gadżety, przez co później Baxter dostawała szału, słuchając mlaskająco-ssących odgłosów na lekcjach.

    Data pierwszej wycieczki do wioski wypadła w dość pogodny dzień, chmury wprawdzie nie zniknęły, ale nie zapowiadało się na deszcz. Nawet chłód nie przeszkadzał, jeśli zadbało się o ciepły sweter, a droga do miasteczka wydawała się o wiele przyjemniejsza w towarzystwie znajomych.

    Jakoś tak wyszło, że Amelia ten dzień spędzić miała z Albusem Potterem. Nie przyjaźnili się wprawdzie, rzadko też rozmawiali ─ różnica wieku i przynależność do innych domów temu nie sprzyjały ─ ale tego konkretnego dnia oboje mieli do załatwienia sprawy w tych samych miejscach, więc w sumie dlaczego nie? Baxter nie chciała zmarnować całej soboty na siedzeniu w Trzech Miotłach.

    Gdzie później i tak dotarli, choć było już grubo po południu i spora część uczniów wróciła już do zamku. Obładowani zakupami, trochę przemarznięci, gdyż temperatura spadła gwałtownie, oraz zmęczeni zajęli stolik przy kominku, który szczęśliwe zwolnił się przed sekundą.

    ─ Zamówię piwo, chyba że wolisz coś innego?

    Wyjęła z portmonetki garść monet, które następnie przeliczyła, chcąc odłożyć równą kwotę. Po przepracowaniu całych wakacji w sklepie ze słodyczami wiedziała, że nie ma nic lepszego od braku konieczności wydawania reszty w postaci drobniaków...

    W oczekiwaniu na decyzję Albusa odnośnie tego, na co ma ochotę, jej uwagę zwrócił tubalny śmiech dochodzący od baru. Trzech mężczyzn siedziało przy ladzie, na pierwszy rzut oka widać było, że sporo już wypili ─ według niej bardziej pasowali do klienteli gospody Pod Świńskim Łbem ─ ale mimo to nadal sączyli Ognistą Whisky, próbując przy tym zagadywać Rosmertę. Właścicielka nie wyglądała na zadowoloną, ale chyba nie mogła ich wyrzucić, póki nie zachowywali się agresywnie...

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  72. Pognała za jednym z lecących uczniów. Zazdrościła im możliwości latania, bo chociaż sama nie była w tym zła, to jednak jej strach uniemożliwiał jej wznoszenie się powyżej wysokości trzech metrów. Tylko z tego powodu nie była w drużynie quidditcha, w innym wypadku zostałaby nim od razu. Za każdym razem, gdy widziała lecących na miotłach uczniów, to skręcało ją i pluła sobie w twarz. Przeklinała w duchu swój los, jednak złość szybko jej przechodziła, jeśli miała okazję obejrzeć jakąś rozgrywkę. Jej znajomi starali się ją pocieszać, że sport ten jest niezwykle niebezpieczny i lepiej dla Krukonki, że nie musi się narażać, ale do niej to nie docierało.
    Biegła prosto przez lasek. Nigdy wcześniej tutaj nie była, bo wolała nie zapuszczać się w nieznane tereny. Nigdy nie wiadomo, co może się tam kryć, a Marie wiedziała, że węże, komary i wszelkiego rodzaju szkaradztwo kryje się właśnie w takich miejscach. Znała swoje szczęście i była pewna, że wszelkie paskudztwo pojawi się właśnie na jej drodze. Teraz jednak nie kierowała się zdrowym rozsądkiem a impulsem, który zmuszał jej nogi do biegu za miotłą, której Ashton nie chciała stracić z pola widzenia. Co chwila jednak oglądała się za siebie, by sprawdzić czy Albus biegnie za nią. Wiedziała, że zapewne tak jest, jednak chciała mieć pewność.
    O mało nie wylądowała na ziemi, gdy potknęła się o wystający korzeń. Spojrzała na ziemię, która przykryta była opadłymi liśćmi, szybko jednak podniosła głowę. Ten krótki moment nieuwagi wystarczył, by stracić z oczu lecącego ucznia, który dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Marie przez chwilę rozglądała się w poszukiwaniu potencjalnego kierunku, w którym można by lecieć na miotle, ale nie znalazła go, więc postanowiła wrócić do obozu. Na szczęście kolejny lecący ją od tego odwiódł. Dziewczyna podążyła za chłopakiem wzrokiem i wstrzymała oddech, gdy ten wleciał prosto w drzewo. Była pewna, że skończy się to kilkoma urazami, jednak chłopak siedzący na miotle zniknął w grubym, dębowym pniu. Troszkę jej to zajęło zanim zrozumiała o co chodzi i w tamtym momencie mogła strzelić sobie prosto w twarz. Nie zrobiła tego jednak, bo sekundę później obok niej znalazł się Albus, albo był on tam już od dłuższego czasu, ale Ashton dopiero teraz go zauważyła. Była przecież zajęta rozwiązywaniem sprawy zaginionego ucznia.
    – A no nie ma – mruknęła. Chciała coś jeszcze dodać, ale Potter ruszył prosto w kierunku dębu, po czym zniknął bez śladu.
    Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Nie lubiła tego typu przejść. Cały czas pamiętała, gdy w drugiej klasie pomyliła kolumny i wpadła na niewłaściwą. Dobrze, że miała duży bagaż, który zamortyzował uderzenie, niestety nie zagłuszyło i kilka osób spojrzało na nią jak na idiotkę, którą chyba w tamtym momencie była. Od tamtego czasu nie przepadała za przechodzeniem przez takie przejścia, bo zawsze wydawało jej się, że w coś uderzy. Chciała jednak zobaczyć, co dzieje się po drugiej stronie dębu, więc ruszyła do przodu. Niepewnie wyciągnęła przed siebie jedną rękę, aby wybadać czy aby na pewno nie zetknie się ona z twardą i szorstką korą. Gdy jej dłoń znikła w pniu, to Ashton nabrała pewności, że nic jej nie zagraża i dopiero wtedy przeszła przez przejście.
    Po drugiej stronie wypuściła powietrze i rozejrzała się po nowej okolicy. Miejsce to nie przypominało jej żadnej znanej lokalizacji. Nie miała pojęcia, gdzie się znajdują ani co tutaj można zrobić, ale skoro inni obozowicze tutaj przylatywali, to nic złego nie mogło im się przytrafić. Po kilku sekundach odnalazła Albusa i zrównała się z nim.
    – Wiesz, co to za miejsce? – zapytała, jednak nie myślała, że chłopak znałby tę okolicę, ale mogła się mylić i Albus mógł ją zaskoczyć.

    Marie Ashton

    OdpowiedzUsuń
  73. Scorpius starał się być idealnie nieidealny, ale nie zawsze tak się dało. Nie w przypadku związku „na poważnie”, a podobno w takowym chyba był. Dalej nie miał co do tego stuprocentowej pewności, bo byli z Bellamym jak nowo narodzone jelonki, próbowali zrobić coś poprawnie, ale ciągle nie potrafili nawet ustać, potykali się i zderzali głowami. I Malfoy nadal miał w sobie krew podrywacza i imprezowicza. O ile z tym drugim nie było problemu, to podrywaczem już być nie powinien, ale nie potrafił się powstrzymać przed puszczeniem oczka do ładnej dziewczyny, chociaż robił to tylko tak z zasady. I Scorp dalej nie zapomniał o Tym Zauroczeniu. Chciał zostawić to za sobą, wyrzucić z pamięci i śmiać się z tego. Jakie to było ironiczne, że podobał mu się syn największego wroga z czasów szkolnych jego ojca! Naprawdę zabawnie, to ci się udało, Scorp. Szkoda, że wasi ojcowie nigdy się nie dowiedzą! Czasami żałował, że tak się przed tym wzbraniał, chociaż równocześnie zabiegał o uwagę Albusa, gdyby udało mu się przeciągnąć Pottera na Ciemną Stronę... Co to by było! Rodzinne obiadki byłyby bardzo zabawne. ”Mamo, tato, chcę wyjść za Pottera! Będziemy mieli trzy koty i sowę, bo dzieci są przereklamowane!”
    Uśmiechnął się pod nosem wyobrażając sobie, jak mogłoby wtedy wyglądać jego życie. Co śmieszniejsze, akurat szedł po Pottera, żeby wyciągnąć go na wspólny wieczorek pełen demoralizacji. Obiecał sobie, że zepsuje drugiego syna Wybrańca, bo pierwszy to gryfońska porażka! Specjalnie na tą okazję załatwił trochę Specjalnej Whiskey od Cavendisha. I niech świat będzie wdzięczny, bo długo musiał się powstrzymywać, żeby nie przestawić mu tej parszywej mordy. Niech Albus go wielbi! Będzie musiał uświadomić przyjaciela, jak bardzo się poświęcił dla ich wspólnego dobra. Wreszcie zatrzymał się przy dormitorium szóstego roku i bez zachowania chociażby znikomego śladu kultury osobistej wpieprzył się do środka.
    - Z buta wjeżdżam! Potter, zbieraj się, elita po ciebie przyszła. No już, ruchy! - zawołał bezwstydnie wykorzystując swój status ucznia najstarszej klasy. (Nie, on nie był elitą od tego roku, on był nią zawsze!)

    [Ja też z buta wjeżdżam, mam nadzieję, że mi wybaczysz trochę "pitolenia". Niech Albus się szykuje, Kac Vegas to już przeżytek, teraz będzie Kac Hogwart... Wydanie 32774943592039748743. XD]
    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie zamierzał odpuścić i Albus doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
    Po pierwsze – nigdy w życiu nie pozwoliłby, by ktoś majstrował przy jego zabaweczkach za jego plecami, narażając tym samym zaczarowane przedmioty na jakikolwiek szwank, o samym testującym już nie wspominając. Po drugie – jeśli w grę wchodziło czyjeś bezpieczeństwo, podobnie jak w tym przypadku, to w jego gryfońskich obowiązkach leżało dopilnowanie, by takiemu delikwentowi wybić plan samookaleczenia z głowy, bądź też przyłączyć się do niego, oczywiście w ramach pełnienia funkcji osobistego strażnika i upewnienia się, by wyżej wspomniany osobnik wyszedł z takowej przygody we w miarę jednolitym kawałku. Bo przecież wcale na własną rękę nie szukał niebezpiecznej rozrywki. Ponadto, biorąc pod uwagę argument numer trzy, cała sytuacja mogła zakończyć się dość nieprzyjemnym starciem z ’wujkiem G’. Fred uwielbiał wszelkiego rodzaju gadżety, ale w odróżnieniu od swojego ojca, kompletnie nie kręciło go składanie ich, modyfikowanie i ogólne majsterkowanie. Jeśli zatem coś uległoby uszkodzeniu, nie istniałyby takie siły na świecie, które zmusiłyby go do ponownego złożenia urządzenia w całość. Czasami nie cierpiał rodzinnego biznesu. Musiałby poinformować o wszystkim ojca, a wiadomo jak to bywa z rodzicami. Wolał mieć zwyczajnie pewność, że nic strasznego się nie stanie, a jego nienaganna reputacja idealnego Gryfona pozostanie nienaruszona. Jakie to naiwne.
    Weasley po prostu znajdował się na wygranej pozycji.
    Uśmiechnął się łobuzersko, zupełnie tak, jak miał to w zwyczaju robić, kiedy byli mali i obrócił niewielki przedmiot w palcach. Błyszcząca klepsydra odbijała świetlne promienie, powodując, że znajdujące się w jej wnętrzu drobinki piasku zaczęły mienić się tysiącami odcieni złota. Łańcuszek wił się wokół opuszków Freda, kończąc swoją poplątaną wędrówkę na jego wyciągniętej dłoni. W rozbawionych tęczówkach Gryfona odbijały się iskierki podekscytowania, sprawiając, że wyglądał zupełnie jak dziecko odpakowujące prezenty w Boże Narodzenie. Podniósł wzrok i zerknął na Albusa, prowokująco unosząc brew.
    - Myślisz, że wyjdziemy z tego cało? Nie ubezpieczyłem się jeszcze na wypadek zgubienia w czasoprzestrzeni.
    Rozpromienił się jeszcze bardziej, starając się zignorować przeczucie, że cała ta wyprawa nie wlicza się w szereg najbardziej rozsądnych i przemyślanych pomysłów. Jednym sprawnym ruchem rozplątał łańcuszek i zarzucił go kolejno sobie, a następnie Albusowi na szyję. Ścisnął zmieniacz w lewej dłoni i jakby jeszcze próbował dodać Potterowi otuchy, trącił go zaczepnie kolanem.
    - Gotów złamać jedno z najlepiej strzeżonych praw czarodziejów?
    Niewiele myśląc, wykonał pierwszy obrót klepsydrą.
    * * *
    Nigdy nie sądził, że człowiek może rozpaść się na miliard malutkich cząsteczek, a potem złożyć z powrotem do kupy w tak szybkim czasie, jednocześnie przenosząc się do zupełnie innego miejsca.
    Teleportacja była rzeczą zupełnie odmienną od podróży w czasie i na początku Fred nie potrafił określić, co się z nim stało, ani gdzie się znajduje. Zachowywał się jak osoba tonąca, która po pewnym czasie traci orientację i w ciemnej, morskiej otchłani nie potrafi określić, gdzie znajduje się dno, a gdzie powierzchnia. Chyba zaczynał rozumieć, dlaczego cofanie się tak daleko było zabronione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z otępienia i rozkojarzenia wybudził go szum zbliżających się w jego kierunku kroków. Rozejrzał się dookoła, dokonując szybkich, ogólnikowych kalkulacji. Znajdował się w sali, w której odbywały się zajęcia transmutacji, a w jego kierunku zmierzała grupka uczniów złożonych z rozradowanych Puchonów i rozgadanych, hałaśliwych Gryfonów. Grupka uczniów, która miała mieć właśnie lekcje. Grupka uczniów, w której skład wliczał się on sam. Fred z przeszłości.
      Czym prędzej zanurkował pod stojącą w ostatnim rzędzie ławkę, o włos unikając konfrontacji z panią profesor Welsh, która dokładnie w tej samej chwili nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
      Tłum czarodziejów wlał się z korytarza do środka, wypełniając przestrzeń echem rozmów i śmiechów. Ponad ludźmi poniósł się jego własny, melodyjny głos oznajmiający, jaki to opracował rewelacyjny plan na pokonanie Ślizgonów w kolejnym meczu.
      A on sam siedział skulony pod ławką, nie mogąc się ruszyć. Dodatkowo nie miał bladego pojęcia, gdzie w tej chwili znajduje się Albus i do czego tak właściwie potrzebny był mu jego zmieniacz. Nie ostrzegł go, by nie wdawał się w żadne rozmowy, nie poinstruował jak ma się zachować w przypadku konfrontacji z samym sobą. Dodatkowo z pewnością w tym momencie po zamku panoszył psychopata, który spetryfikował biednego Billa Smitha. Która była godzina? Czy naprawdę do tego zdarzenia zostały im trzy lekcje? Może wraz z Potterem udałoby im się do tego nie dopuścić? Może potrafiliby temu zapobiec?
      Jedno było pewne. Najpierw powinni wykonać zadanie, które wytyczył im Albus, dopiero później mogli pobawić się w bohaterów. Musiał znaleźć kuzyna. Nie przypuszczał jednak, że właśnie to okaże się w tym wszystkim najtrudniejsze. Bo ten postanowił go zgubić.

      [„W książkowej wersji po użyciu zmieniacza czasu czarodziej cofa się do miejsca, gdzie był godzinę lub więcej czasu temu.” – Al i Freddie są w dwóch różnych miejscach w Hogwarcie. Taką taktykę obrałam, hehe. ]

      Low forewer, dla kochanego kuzynka wróżka – Freddie ♥
      Wybacz za ten chaos z poplątaniem.

      Usuń
  75. [ Albusiku, tu twa nocna zmora? Ukochasz mnie znowu? ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  76. [ A co na to by na tych samych podwalinach nowy wątek, bo tamten trochę mi zgasł w głowie? W sensie nowa akcja ]

    Rachel

    OdpowiedzUsuń
  77. [ Nie bardzo teraz, ale jestem półprzytomna, to dlatego. ]

    OdpowiedzUsuń
  78. Od momentu wyjścia z uliczki, z każdym kolejnym krokiem, Martine zostawiała za sobą całe swoje życie. Rodzinę, która mimo kłótni i zaborczości była jej rodziną. Przyjaciół, którzy mimo niewiedzy o jej słabym stanie psychicznym, zawsze starali się jej pomóc. Karalucha, którego podrzuciła z rana jakimś starszym ludziom niedaleko jej domu. Z każdym krokiem coraz bardziej oddalała się też od Felixa i chyba właśnie to ją najbardziej bolało. Prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczy. Nie porozmawia o ich problemach. Nie przytuli się do niego, ani go nie pocałuje. Już nigdy nie będzie miała okazji powiedzieć mu, jak bardzo go kocha. Jej serce z każdym krokiem coraz bardziej zamieniało się w kamień, który w środku nadal skrywał coś niespotykanego. Był to Felix, którego na zawsze chciała zatrzymać w swoim skostniałym sercu. Tylko dla siebie.
    Idąc chodnikiem, cały czas wydawało jej się, że wszyscy na nich patrzą. Niepokoiła się każdym spojrzeniem, samochodem hamującym obok nich, świszczącym powietrzem. Cholernie bała się, że coś pójdzie nie tak. Kiedy Albus powiedział o pelerynie i miotle uśmiechnęła się szelmowsko. Znała chłopaka jak własną kieszeń, ale najmniej od tej strony. Dla niej i tak na zawsze pozostanie tym kochanym Alem, który pomagał jej jeździć na łyżwach w Pokoju Życzeń. Spokojnym, wrażliwym Ślizgonem, który potrzebował trochę więcej uwagi, niż myśleli jego rodzice. Nie był dzieckiem Wybrańca. Przynajmniej nie dla niej.
    - Kim jesteś i co zrobiłeś z Albusem Potterem!? – zaśmiała się i przybiła mu piątkę. Kradzieży wprawdzie nie powinno się chwalić, jednak wiele to dla niej znaczyło. On naprawdę chciał z nią pojechać do Indii i doceniała to. – No dobra, bez urazy, ale to ja złapię nam stopa. Krew wili w żyłach jednak rzeczywiście czasami pomaga!
    Martine rzadko używała swoich sztuczek na przyjaciołach. Może zdarzyło się raz czy dwa, że starała się zauroczyć Ala, żeby w czymś jej pomógł, ale to tylko na początku. Potem przekonała się, że i tak zawsze byłby skłonny ją wesprzeć.
    Podeszła bliżej ulicy, wyciągnęła rękę z kieszeni i wystawiła bliżej jezdni. Nie czekali zbyt długo, bo już po dwóch minutach na pobocze zjechał duży jeep terenowy. Martine i Albus ruszyli w stronę auta. Okazało się, że w środku było przemiłe starsze małżeństwo, które właśnie jechało na wakacje. Dziwnym trafem okazało się, że zmierzali do Weymouth, skąd mieli wyruszyć promem do Europy. Nie mogli trafić lepiej. Wsiedli do środka, nie zastanawiając się zbyt długo. Po kilkunastu minutach jazdy, blondynka zauważyła, że Albus już praktycznie śpi. Potrząsnęła go lekko za ramię, żeby się na chwilę rozbudził.
    - Może się prześpij? Możesz się na mnie oprzeć. – zaproponowała.
    Bardzo zła, bo nie odpisywała, Martynka!

    OdpowiedzUsuń
  79. [ Albus jest pro. Już go lubię. I dzięki za takie miłe powitanie. <3 ]

    Alatheia

    OdpowiedzUsuń
  80. [Cześć z ciekawości zajrzałam do Wolnych Postaci i tam natknęłam się na niejaką Amy McNair, ale nie wiem czy jej przejęcie jest jeszcze możliwe, dlatego zostawiam mail do siebie: nothing.more.v@gmail.com. Z góry dziękuję za odpowiedź nawet jeśli to już nieaktualne.]

    OdpowiedzUsuń
  81. [Och, no dobrze. Szkoda, bo mogłoby być fajnie, ale dzięki, że mnie uprzedziłaś. :)]

    Amelia

    OdpowiedzUsuń
  82. [Myślałam trochę o naszej relacji brat-brat. Oni na pierwszy rzut oka są naprawdę podobni, dwaj Potterowie, którzy trafili nie tam, gdzie ich widziano. Ale po głębszej analizie doszłam do wniosku, że tak naprawdę są bardzo różni. W ciągu dnia uśmiecha się do innych.... A James tego nie robi. James jest jakby... obojętny. Na cały świat.
    Tak w ogóle, kiedy pisałam kartę Jamesa, miałam zamiar wrzucić go do Gryffindoru. Bo wiesz, tak jest w kanonie. Ale potem zrozumiałam, że zarówno Albus (którego zazwyczaj widzi się w Slytherinie, może przez tą scenę w epilogu), jak i James, są w jakiś sposób naznaczeni przez nazwisko. Niemożliwym jest, żeby choć jeden z nich był w stu procentach taki, jak Harry. Bo Harry, chociaż jest postacią trochę mdłą i nijaką, jest jakby jedyny w swoim rodzaju. Bohaterski i w ogóle, ale jednak... Nie wierzę, żeby którykolwiek z jego synów pod ciężarem tych wszystkich oczekiwań, był normalnym i szczęśliwym dzieciakiem. Tego jest po prostu za dużo, świat oczekuje od nich bohaterstwa i nie wiadomo jakich czynów, a oni (przynajmniej do tej pory tak było xd) żyją w czasach względnego spokoju, kiedy nie ma żadnego Czarnego Pana do zgładzenia. Poza tym, żaden z nich nie jest Wybrańcem. Są synami Wybrańca. Myślę, że to negatywnie wpływa na psychikę kogoś, kto jednak nie jest snobem, myślącym tylko o sławie. No, wracając, dopiero gdy napisałam kartę, zrozumiałam, że James nie pasuje do Gryffindoru. Chciałam go w takim razie wrzucić do Ravenclawu, ale on po prostu tak idealnie pasuje do Slytherinu.
    No i dalej w temacie Albusa - jak napisałaś w karcie, ma tę ambicję, by przypodobać się wszystkim dookoła. James z kolei ma to głęboko gdzieś, delikatnie mówiąc. Więc, podsumowując, oni są kompletnie inni.
    Teraz pytanie: jak się sprawa ma, jeśli chodzi o Harry'ego? Z tego, co zrozumiałam, Albus uważa, że ojciec jest nim zawiedziony. James może w takim razie rzeczywiście być tym synem, którego (w mniemaniu Albusa), rodzice bardziej kochają. Albus może być czarną owcą. Twoja koncepcja na niego wciąż może żyć :D Głupio mi, że Ci ją zepsułam, więc naprawiam. Dalej, wydaje mi się, że ich relacja powinna być taka, jaka byłaby, gdyby James był w Gryffindorze.
    Wiesz w ogóle, o co mi chodzi? Bo się bardzo rozgadałam, ale trochę nieskładnie. Także powiedz mi, co o tym myślisz.]

    braciszek

    OdpowiedzUsuń
  83. [No to miodzio, tak podsumuję. Taka relacja będzie świetna, myślę nawet, że bardziej skomplikowana niż gdyby James był złotym dzieckiem. Podoba mi się pomysł bójki lub kłótni. Mogę nawet coś zacząć, jeśli chcesz, ale to już jutro, bo padam ze zmęczenia.]

    wciąż braciszek

    OdpowiedzUsuń
  84. James wiedział, że pokładane są w nim wielkie nadzieje. Gdy pierwszy raz wsiadał do Ekspresu Hogwart, żegnany przez wzruszoną mamę i ojca z wielką nadzieją w oczach... Już zdawał sobie sprawę z tego, że ich zawiódł. Bo przecież nigdy nie pasował do Gryffindoru, a Tiara Przydziału podobno się nie myli. Skoro była na tyle mądra, by przydzielić Harry'ego Pottera do Gryfonów, i tym razem nie mogła się pomylić. James Syriusz Potter od samego początku pasował do innego domu. Od samego początku coś w nim było nie tak, bo nie był dokładnie taki sam, jak jego ojciec. Ale ten moment, kiedy Tiara Przydziału wykrzyknęła ,,Slytherin", a cała Wielka Sala zamarła, by po chwili wybuchnąć wiwatami ze strony Ślizgonów - ten moment przesądził o wszystkim. Ludzie już wiedzieli. James już nie mógł dłużej ukrywać faktu, iż nie jest Harry'm Potterem, ale jego marną kopią. Dostał tylko te wiecznie rozczochrane włosy, rysy twarzy, no i nazwisko. Nic więcej.
    A teraz proste pytanie: co się stało, gdy James Syriusz Potter nie sprostał oczekiwaniom? Cały świat przeniósł spojrzenie na młodszego syna Wybrańca, Albusa. To takie dobre dziecko. Miły, uczynny, mądry. W ogóle nie pasuje do Slytherinu. Nie tak, jak James. Bracia oddalili się od siebie, nie tylko przez to, że James spędzał w domu tylko wakacje. Coś sprawiło, że zobaczyli różnice, które ich dzieliły. Do tej pory się wspierali, chociaż James uwielbiał dokuczać młodszemu bratu. Ale ich relacja była zdrowa - dokładnie taka, jaka powinna być. Przynajmniej z tego Harry i Ginny mogli być dumni. Ich dwaj synowie rozumieli się doskonale.
    No cóż, nic nie trwa wiecznie. Wszyscy mówili: To przez to, że James się tak zmienił, a Albus jest po prostu chłopcem, tak podobnym do Harry'ego... Mylili się. James wcale się nie zmienił. Po prostu wreszcie mógł być sobą, w stu procentach. Przydzielenie go do Slytherinu otworzyło światu oczy. Nikt już nawet nie myślał o tym, że James mógłby przypominać ojca. Ale mylili się jeszcze w jednej kwestii - bo Albus nie był ani trochę podobny do Harry'ego.
    James także tego nie wiedział. Aż do Ceremonii Przydziału, kiedy to Albus również został przydzielony do Slytherinu. Kolejna okazja zmarnowana. Kolejny syn Potterów zrobił coś nie tak, jak powinien. Chociaż w przypadku Albusa nie było to takie proste - w nim pokładane były ostatnie nadzieje. Zaprzepaścił je, i nie było już innych okazji. O ,,wybryku" Jamesa jakby zapomniano. On był obojętny na świat, całkowicie pogodzony ze swoją naturą, więc nie można było nazwać go czarną owcą. Z kolei Albus...
    Z nim było zupełnie inaczej.
    Ale chyba tylko James podejrzewał, jak głęboko sięga ta czarna strona Albusa Pottera. Obserwował brata, codziennie. Widywał go czasami w bibliotece, pochylonego nad stosami jakichś książek. Widział cienie pod jego oczami, zagubioną minę. Coś było z nim nie tak, coś gorszego niż tylko to, że nie sprostał oczekiwaniom czarodziejskiej społeczności.
    - Musimy porozmawiać. - James usiadł naprzeciwko Albusa, zamykając książkę, nad którą ten był pochylony.

    [Mam nadzieję, że jest okej <3]

    James, ten lepszy? brat

    OdpowiedzUsuń
  85. [dziękuję, dziękuję! my już mamy wąteczek, Izzy. :3]

    Midnight&kochająca Olivcia.

    OdpowiedzUsuń
  86. Niewinna mina, która zagościła na twarzy Albusa, jeszcze bardziej sfrustrowała Jamesa. O nie, nie miał zamiaru dać się na to nabrać. Zbyt długo obserwował, jak jego brat zamienia się w kogoś, kogo już trudno poznać. Trudno było mu to znieść, bo mimo wszystko Albus był dla niego ważny.
    Przyjrzał mu się dokładnie, starając się wyczytać coś z jego twarzy. Ale zobaczył tylko zmęczenie - podkrążone oczy i rozczochrane włosy, blada cera. Czuł jednak w jego zachowaniu tajemnicę. Albus coś ukrywał. Już kiedyś to przechodzili - gdy podczas wakacji jego brat uciekł ze swoją przyjaciółką do Indii. James do tej pory nie rozumiał, co mu wtedy strzeliło do głowy. Ucieczka do Indii? Nie spodziewał się, że Albus mógłby wpaść na plan tak szalony, i na dodatek go zrealizować. On ciągle go zaskakiwał, i to wcale nie pozytywnie. Trudno było przewidzieć, co tym razem wymyśli. A coś na pewno było na rzeczy.
    Najgorsze było to, że rodzice naprawdę się o Albusa martwili. James nigdy nie przywiązywał większej wagi do uczuć innych, ale rodzina - chociaż tego nie okazywał - od zawsze była dla niego ważna. Nie chciał już więcej widzieć tej rozczarowanej miny na twarzy matki. Nie chciał poklepywać ojca po ramieniu, udając tego lepszego brata. Nie był lepszy. Oboje z Albusem byli zepsuci, zgnili w środku. James jednak się z tym pogodził, i starał się żyć jak najlepiej ze swoją naturą. Po prostu olewał to, co nie miało znaczenia. Z Albusem było zupełnie odwrotnie, i to najwyraźniej skłaniało go do robienia tych wszystkich głupot.
    - Coś jest z tobą nie tak. - James zerknął na książkę leżącą naprzeciw Albusa. - Nie mówię o tym, że jesteś palantem, bo to żadna nowość. Ale coś knujesz. Mógłbyś wtajemniczyć kochanego braciszka.

    kochany braciszek

    OdpowiedzUsuń
  87. [Nie mam pojęcia, na czym stanęło. To było dawno i nieaktualne. c: Teraz się możemy wziąć za coś nowego. Potrzebny jest brat, który stanie w obronie swojej jedynej siostry! Po głębokim wyszaleniu się, wielu dowcipach, spontanicznych wyprawach i niezliczonych zadrapaniach... nadchodzi kryzys. Coś się w Lily poruszyło. Może zaczęła dojrzewać? Może się zakochała? A może nie potrafi znieść tych okrutnych plotek, jakie krążą po Hogwarcie? Bo jedyni faceci, jacy dotkną kiedykolwiek Lily Potter to jej równie popaprani bracia. A może wspólnie tworzą kółko chorej adoracji? Może gnębiony w dzieciństwie Harry wyżywa się na własnych dzieciach, którym odbija?
    Wiem, jestem okropna, ale strasznie mnie ciekawi, jak coś takiego by na nich wpłynęło. Po Lily z reguły wszystko spływa, ale nie tym razem... I przydałoby się wsparcie ze strony rodzeństwa. Zwłaszcza że nie o jedną jedyną Lily tu chodzi

    Wykorzystuj, jak tylko chcesz c: ]

    Potterówna

    OdpowiedzUsuń
  88. Spacer po błoniach w środku nocy nie mógł być pomysłem panny McNair. Jasnowłosa zazwyczaj godziła się z zasadami panującymi w szkole i wyjątkowymi wyznaczeniami ze względu na nadchodzącą wojnę. To chyba oczywiste, że wyszło to ze strony Albusa, ale wina nie leżała jedynie po jego stronie, bo przecież Amy zgodziła się mu wtedy towarzyszyć. Przyłapano ich na gorącym uczynku zupełnie niespodziewanie. Jeśli usłyszeliby skradanie się czy choćby szelest to mieliby szansę gdzieś się schować. Całkiem możliwe, że nie wywołałoby to takiego oburzenia, gdyby byli z jednego domu. Trudniej byłoby jednak przypadkowo połączyć w celu nocnej eskapady zwykłego Ślizgona i typową Gryfonkę. Albus i Amy stanowili ten wyjątek od reguły. Nie wzbudziło to żadnego zaskoczenia. To w żadnym razie nie była randka, tylko spotkanie towarzyskie dwójki przyjaciół. Tak przynajmniej niezmiennie utrzymywała Amy. Niemniej jednak odbiło się to echem podczas obrad nauczycieli w Hogwarcie. W pełni rozumiała odjęcie punktów i Ślizgonom i Gryfonom, ale kara, którą mieli odbyć w Zakazanym Lesie była w jej opinii zdecydowanie zbyt surowa.
    Amy nie była zadowolona z tego powodu, ale nie miała żadnego wpływu na decyzję nauczycieli. W zakresie ich nocnych obowiązków znalazło się posprzątanie po dwóch walczących hipogryfach, które zniszczyły wieloletnie drzewa i wyprowadziły z równowagi same nieśmiałki, które nie mogły pozwolić sobie na tego typu bezkarne niszczenie przyrody. Tak przynajmniej nakreślił im sytuację gajowy podczas prowadzenia ich w stronę Zakazanego Lasu. Na ten czas wcielał się w rolę ich opiekuna. Na zewnątrz nie było już zbyt ciepło. Kiedy zatrzymali się na moment przed wysokimi drzewami, których korony przybierały coraz ciemniejszego koloru. Amy rozejrzała się niespokojnie dokoła, zatrzymując spojrzenie na dłużej w nieprzeniknionym lesie. Towarzyszyło jej wrażenie, że coś się dzisiaj wydarzy. Nie do końca wiedziała w jakiej kategorii to umieścić, ale zdecydowanie była to kobieca intuicja. W pełni rozumiała dlaczego czarodzieje trzymali się od tego pełnego tajemnic i dzikich istot miejsca, szczególnie o tej porze wydawał się znacznie większy, nieprzenikniony i budził całkiem naturalny lęk.
    To gajowy pierwszy wszedł do lasu niosąc wyżej źródło światła, żeby oświetlić jakoś drogę. Amy skrzyżowała ramiona i od czasu do czasu patrzyła pod nogi, żeby się przypadkiem o coś nie potknąć. Świadomość tego, że nie będzie tutaj sama, a z przewodnikiem i opiekunem oraz samym Albusem utrzymywała jej samopoczucie na względnym poziomie.
    – Potter, więcej nie dam się namówić na te twoje nocne wyjścia i przysięgam, że szybciej odeślę cię do twojego dormitorium. – stwierdziła jasnowłosa z przekąsem, posyłając mu znaczące spojrzenie. Niedługo trzeba było czekać na to aż w kącikach jej ust pojawi się rozbawiony uśmieszek. Tak, tak już widziała jak udaje jej się przekonać Albusa, aby grzecznie wrócił do pokoju wspólnego Ślizgonów. Marzenia... – Jedno dodatkowe do Zakazanego Lasu i to we trójkę jest wystarczającym powodem, prawda?

    [Jakość musisz mi wybaczyć, ale wychodzi tu jeszcze wczuwanie się w bohaterkę. Teraz może być już tylko lepiej, obiecuję! c:]

    Amy

    OdpowiedzUsuń
  89. James potrafił być uparty, jeśli tylko mu się chciało. A tym razem mu się chciało aż za bardzo, więc gdy tylko Albus wstał, obudziła się w nim wściekłość. Rzadko się złościł, bo zwykle się po prostu nie przejmował, ale to tylko spotęgowało to uczucie. Albus się zmieniał, knuł coś za plecami innych i ranił swoją rodzinę. Szczególnie rodziców, którzy zawsze pokładali w swoich dzieciach wielkie nadzieje. James nie oczekiwał od niego, że nagle uśmiechnie się i rozpocznie kolorowe życie hipisa czy coś w ten deseń, nie chciał nawet, żeby Albus udawał idealnego Pottera. W końcu sam wyparł się bohaterskiej natury swojego rodu, więc jak mógłby wymagać czegoś takiego od innych. Chciał tylko, żeby jego brat przestał być tak... mroczny. Może i brzmi to tandetnie, ale taki właśnie ostatnimi czasy był Albus - coś dziwnego czaiło się w jego oczach, i nie był to tylko bunt.
    - Nie uciekniesz mi, Al! - wrzasnął za nim. - Możesz sobie próbować!
    Bardzo dobrze znał brata, co teraz miało zadziałać na niekorzyść Albusa. Nie musiał go gonić, by domyślić się, dokąd pójdzie. Nie do Pokoju Wspólnego, nie do dormitorium - nie jest przecież głupi. Wyjdzie z Zamku, najprawdopodobniej, gdzieś na świeże powietrze. Pewnie po drodze wtopi się w tłum wychodzący z Wielkiej Sali i kierujący się do Pokojów Wspólnych. Jakże przewidywalne.
    James pokręcił głową i wyszedł z Biblioteki. W Sali Wejściowej zaczepił jakiegoś pierwszoroczniaka. Oni najczęściej wszędzie wypatrywali Potterów albo Weasleyów, szukając sensacji i potwierdzenia opowiadanych im do snu legend.
    - Ty. Widziałeś mojego brata?
    - T-tak. Wyszedł. - chłopczyk skulił się ze strachu.
    Tak, wielki James Potter właśnie poczuł się głupio, warcząc na pierwszoroczniaka. Żałosne.
    - Dzięki, młody. - rzucił na odchodnym.
    Nie musiał długo szukać, by znaleźć Albusa. Jego brat chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak James dobrze go zna. Cóż, jego strata.
    - Bu! - zaśmiał się krótko, gdy Albus podskoczył na dźwięk jego głosu; nawet trochę złagodziło to jego złość. - Nie umiesz się chować. Zacznijmy od początku. Powiesz mi, co knujesz? Nie wygadam się. Najprawdopodobniej. Bo wiesz, jak po prostu hodujesz marchewki na Błoniach czy coś, to żyj jak chcesz, hulaj dusza, ale... No cóż, ciemne sprawki czasami potrzebują trochę światła.

    James

    OdpowiedzUsuń
  90. James westchnął i usiadł obok brata, próbując zajrzeć do książki, którą ten tak namiętnie czytał. Albus jednak zaraz ją zatrzasnął i spojrzał na niego rozeźlonym wzrokiem. Ale o co on był zły? No dobrze, może i James trochę na niego naciskał (tylko troszeczkę) i zachowywał się jak upierdliwy braciszek, ale tu chodziło o coś ważniejszego niż fakt, iż Albus się wkurzał. James musiał się dowiedzieć, co tak gnębiło jego młodszego brata. Co było aż tak ważne, by spędzać mu sen z powiek? Dlaczego nagle zamienił się w kogoś zupełnie innego? Przed tą ucieczką do Indii nie było tak źle. Nawet czasami można było zauważyć na jego twarzy cień uśmiechu. James nie odzywał się do niego, ale oczywiście go obserwował. Zawsze zwracał na niego uwagę, czuł się za niego w pewien sposób odpowiedzialny. Bo rodziców w Hogwarcie nie było, zresztą oni i tak niezbyt sobie z Albusem radzili. Nie to, żeby byli złymi rodzicami - bo nie byli, ale... Albus był po prostu trudny. Nie olewał całego świata, tak jak James, i nie był wiecznie roześmiany, jak Lily. Najwyraźniej powoli tonął we własnych lękach. James znał te lęki. Wiedział wszystko, w końcu też był synem Wybrańca. Ale nie tylko o to chodziło, czuł to w kościach.
    James wpatrywał się w niebo, czekając na jakiś inny ruch ze strony Albusa niż tylko głupie: ,,A co cię to interesuje". Miał wielką ochotę przywalić bratu w twarz, ale wiedział, że niczego by to nie załatwiło. Będzie musiał siedzieć tutaj, dopóki Albus czegoś mu nie powie lub znów nie ucieknie. James wolał jednak zostać w miejscu, niezbyt palił się na zabawę w chowanego.
    Uniósł brwi, słysząc słowa Albusa, i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
    - Naprawdę? Czyli chodzi tylko o poprawne zredagowanie pytania? - zapytał głosem ociekającym sarkazmem. - Och, przepraszam jaśnie pana, już się poprawiam. Powiedz mi, co tak ostatnio bez przerwy czytasz. Prawie ci oczy z orbit wychodzą, jak się wgapiasz w to tomiszcze.
    Szturchnął kolanem grubą księgę, którą Albus przed chwilą zatrzasnął.

    OdpowiedzUsuń
  91. Ostatnimi czasy wiadomości ze świata magicznego nie były zbyt optymistyczne, a niedawne, choć głośne wydarzenia zmusiły nauczycieli o wprowadzenie nowych zakazów, które miały przyczynić się do zapewnienia bezpieczeństwa na terenie zamku. Amy ich nie lekceważyła, ale po otrzymaniu wiadomości nie mogłaby sobie pozwolić, żeby tak po prostu zostawić Albusa samemu sobie i jak gdyby nigdy nic położyć się spać. Nie była aż taką egoistką, a ich znajomość traktowała bardzo poważnie. Zapewne gdyby Ślizgon poprzez zaczarowane monety się z nią skontaktował i chodziło nawet o największą błahostkę na świecie to i tak, by jej nie zignorowała. Jej najlepszy przyjaciel miał w głowie mnóstwo pomysłów, w dodatku niepoważnych w jej osobistej opinii, jednak nie wystarczyłoby jej argumentów, aby sprawnie odciągnąć od nich jego uwagę. Zresztą panna McNair nie zamierzała nikogo zmieniać, a już tym bardziej samego Albusa.
    Nie miała mu za złe tego nocnego spaceru po błoniach, wręcz przeciwnie możliwość przysłuchiwania się śpiewającym trytonom była niezwykle interesująca i przyprawiła jasnowłosą o szeroki uśmiech. Może i nikomu nie przeszkadzali swoją obecnością, ale mimo wszystko złamali surowy zakaz nieopuszczania Hogwartu po ciszy nocnej. Kara w Zakazanym Lesie przyprawiła Amy o mieszanie uczucia.
    W pewnym momencie przez umysł panny McNair przebiegła pewna myśl – dlaczego jej bogin nie przybierał nigdy podobnej formy? W końcu wszystkie lasy, masywne drzewa i ciemność ciągnąca się tuż za nimi budziła lęk przed nieznanym. Teraz Amy nie czuła się pewnie, stojąc przed Zakazanym Lasem. Nie miała jak dotąd przyjemności, aby się tutaj zapuszczać. Nie widziała jak dotąd takiej potrzeby. Teraz nie mogła się wycofać, schować się za Potterem czy prosić gajowego o lżejszy wymiar kary. Nie, nie było takiej możliwości. Panna McNair miała jeszcze swoją godność i godziła się z karą jaka ją spotkała. Amy z dumą nosiła godło Godryka Gryffindora naszyte na szkolnej szacie i starała się słynną odwagą Gryfonów wykazywać, mimo niezbyt dobrych przeczuć.
    Poruszanie się za gajowym, który trzymał wysoko jedyne źródło światła miało to do siebie, że widzieli tylko to co rozciągało się przed nimi. Mieli również szanse widzieć siebie. Gorzej jeśli pracownik Hogwartu umknąłby im gdzieś wśród tych wielkich drzew. Amy nie widziała niczego ani po lewej ani po prawej. Żeby coś wypatrzyć musiała wytężyć powoli przyzwyczajający się do panującej dokoła ciemności wzrok. Niedługo po krótkim rozejrzeniu się po okolicy musiała się skupić na tym co rozciągało się pod jej nogami. Korzenie drzew niekiedy wynurzały się spod ciemnej trawy, tworząc niemałe przeszkody. Mogła przynajmniej poćwiczyć zręczne omijanie ich, ale z każdym kolejnym metrem nie stawało się to łatwiejsze, szczególnie ze względu na pędzącego do przodu gajowego.
    Choć w pierwszej chwili chciała odpowiedzieć trochę inaczej i zabrzmieć o wiele poważniej, jak to wypadało pannie z porządnego rodu czarodziejów, to widząc jego reakcję roześmiała się mimowolnie, a wówczas cały jej plan spalił na panewce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Dokładnie, nie musiałam, Potter. Zgodziłam się na to wyjście, tylko dlatego, abyś nie wpadł w większe tarapaty i dzięki temu nie odbywasz kary sam. – odpowiedziała pewnym siebie głosem i uśmiechnęła się lekko. Westchnęła cicho, jakby z trudem musiała przyznać mu rację. – Tu masz rację. Nie powiem. To było świetne i możemy to powtórzyć, jak będziesz znowu miał problemy ze snem, a sytuacja w związku z ostatnimi wydarzeniami trochę się uspokoi. – mruknęła konspiracyjnym szeptem i puściła mu perskie oczko. Pełne skupienie, by móc wsłuchiwać się w melodię, a poczucie na ramieniu silnego uścisku przeraziło pannę McNair nie na żarty. – Wybacz, ale nic nie przebije tego niebanalnego spaceru po Zakazanym Lesie, gdzie nawet światło księżyca nie ma szans na przebicie się przez gęste korony drzew. To w naszym przypadku wyjątkowo legalne i bardzo romantyczne. – dodała trochę z ironią i trochę z rozbawieniem, wlepiając na moment wzrok w plecy gajowego. Wiedziała, że to nienajlepszy moment na tego typu żarty, ale w ten sposób mogła jakoś rozłożyć tę napiętą atmosferę, żeby jakoś szybciej minął im czas, zanim spokojnie wrócą do zamku. Tak, tak, niedoczekanie.


      Amy, której zebrało się na żarciki

      Usuń
  92. Na dźwięk śmiechu brata zamarł na chwilę. Chociaż w śmiechu tym brzmiała ukryta rozpacz, zmęczenie i irytacja, i wcale nie przypominało to śmiechu - James przeniósł się nagle do czasów dzieciństwa. Albus kiedyś śmiał się bardzo często. Gdy byli jeszcze zbyt mali, by zrozumieć, kim są i jaka odpowiedzialność została zrzucona na ich barki. Bawili się w ogrodzie, a ojciec obserwował ich, najprawdopodobniej przypominając sobie swoje dzieciństwo. Które nie było zbyt miłe, to James wiedział na pewno. Jeszcze przed pójściem do Hogwartu często czuł wyrzuty sumienia przez to, że nie był dokładnie taki, jak ojciec. Nie był idealnym Potterem, a przecież rodzice tak się starali zapewnić swoim dzieciom wszystko, czego im kiedyś brakowało. W przypadku Harry'ego była to po prostu miłość, i akceptacja, w przypadku Ginny - pieniądze. Dzieci Potterów miały więc to wszystko, ale zabrakło czegoś innego. Zrozumienia. Nigdy nie mogli pojąć, jak to jest być kimś, komu cały świat zaplanował już życie. Od początku do końca. Będziesz Gryfonem. Będziesz miał wzorowe oceny. Zostaniesz aurorem, tak jak tata. I będziesz szczęśliwy. Cóż, coś po drodze nie wyszło.
    Popatrzył na brata, już bez cienia ironii na twarzy. Miał nadzieję, że uda mu się przekazać to, czego nie umiał wyrazić słowami. Tak, owszem, martwię się o ciebie. I o rodziców. O Lily. O siebie. Bo przecież był Jamesem Potterem, i nie powinien się niczym przejmować.
    Sfrustrowany przeciągnął dłonią po włosach i westchnął, szukając odpowiednich słów. Nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby powiedzieć, by Albus przestał zapierać się rękami i nogami. Od dłuższego czasu tańczyli wokół siebie, racząc się nawzajem kompletnie bezsensownymi słowami. To było więcej niż tylko strata czasu - tracili cenny czas, którego niedługo mogło zabraknąć.
    - Słuchaj... - zająknął się, co było kompletnie do niego niepodobne. - Na pewno widzisz, co się dzieje. Mrok wisi w powietrzu, jak to mawia tata, gdy myśli, że go nie słyszymy. Ja po prostu chciałbym mieć pewność, że nie uczysz się po nocach jakichś zakazanych zaklęć, żeby pewnego dnia... Przejść na drugą stronę.
    Wpatrzył się w niebo. Nie miał odwagi spojrzeć na Albusa.

    James

    OdpowiedzUsuń
  93. Lekko zmarszczył brwi próbując przypomnieć sobie wymienione przez Albusa nazwisko. Znał w ogóle taką? Była szansa, że kiedyś na siebie wpadli, ale on najczęściej nie zapamiętywał nazwisk swoich byłych, było ich zbyt wiele! Może taka była, może nie. Ale Potter chyba by go nie pytał, gdyby Scorp żadnej takiej nie zaliczył.
    – Puchonka... Powiem ci, że nie mam pojęcia, musiałem być pijany – odparł wzruszając lekko ramionami, zaliczył taką, to zaliczył i po co drążyć temat? Jak na zawołanie wszyscy w dormitorium Albusa ryknęli śmiechem. No cóż, chyba był to bardziej poważny temat, niż sądził Malfoy, ale miał to w głębokim poważaniu. – Ruszaj dupsko, księżniczko, mam dla ciebie plany na wieczór! – dodał jeszcze wypychając Albusa z dormitorium. Oj on już miał plany. Nie bez powodu załatwił kilka butelek wypalającej mózg Ognistej Gregoriusa (oj temu to już do reszty wypaliła wszelkie narządy, poza wątrobą!) i schował je tak dokładnie, że sam Merlin nie dałby rady ich odszukać! Życie okazywało się zbyt ciężkie, imprez ostatnio było zbyt mało, a on i tak nie mógłby tego wieczoru spać. Jakby tego było mało, wszyscy byli czymś zajęci! A kto by się przejmował esejami na ileś tam stóp?! Pf, machnie się coś dzień przed zajęciami i będzie jak znalazł. Teraz liczyło się to, że musiał się napić, ale nie chciał sprawdzać działania swojej wątroby w samotności! O nie, potrzebował towarzystwa, a kto lepiej by się nadał, jak nie Potter? Mogli sobie poplotkować jak stare psiapsiółki, mogli zburzyć zamek... Mogli wszystko, ale nie przekraczając pewnych magicznych granic. Nie chciał znów odnajdywać cudzych krawatów w swoich bokserkach albo bielizny w kieszeniach. Na Merlina, Scorpius zwariował!
    – Mam nadzieję, że nie padniesz mi po kilku głębszych, liczę na ciebie, panie profesorze! – rzucił z uśmiechem zdemoralizowanego do granic możliwości elfa. Czasami droczył się z Albusem i nazywał go „panem profesorem” po jego siwobrodym imienniku, który tak często patrzył na niego z obrazu w gabinecie dyrektora. Oj, podobizna Albusa Dumbledore'a słyszała już tyle cudownych, legendarnych i niesamowitych historii o Scorpiusie, że mogłaby napisać na ich podstawie książkę... No gdyby portrety mogły pisać.
    Potrząsnął lekko głową, bo akurat zobrazował sobie portret byłego dyrektora próbującego naskrobać coś na płótnie własnego obrazu. Koniec, musiał przestać myśleć, potrzebował Ognistej! Zatrzasnął za nimi drzwi do dormitorium i wyszczerzył się do Albusa niczym Szatan namawiający do grzechu. To będzie interesujący wieczór.

    [Zapraszamy do piekła! ♥]
    Scorpie

    OdpowiedzUsuń
  94. [Mam tę przyjemność wstawiać setny komentarz pod Twoją kartą! :D Skoro już tu zawitałam, popatrzyłam sobie na piękną twarz Stymesta, to może zaproponuję w końcu jakiś wątek... Co powiesz na to, by Albus spacerował sobie ciemną nocą po hogwarckich błoniach i tam przyuważył leżącą Abigail, taką odrobinę poszarpaną przez jakieś dzikie zwierze, które spotkała w Zakazanym Lesie? ;)]

    OdpowiedzUsuń
  95. [Coś tam ustalałyśmy wcześniej z kłótnią, także jestem jak najbardziej za! Też w sumie nie mam pojęcia, co mogłybyśmy jeszcze w tym wątku zrobić, oprócz tego, że Albus prawdopodobnie przed Jamesem zwiał. Co do opowiadania, przeczytałam już, jest świetne, czekaj na komentarz <3 To jak, zaczniesz nam coś z tą kłótnią, czy zmusisz mnie? :D]
    również stęskniony James

    OdpowiedzUsuń
  96. [Miło jest widzieć znajomą autorkę, co prawda odkryłam to dopiero przez reasearch zamkniętego sierocińca, ale jednak. Dzięki za powitanie i życzenia. Owocnych i niezapomnianych wątków! ;)]

    Arsellus Langhorne

    OdpowiedzUsuń
  97. James od dłuższego czasu podejrzewał, że z Albusem coś się dzieje. Zaczął dokładniej go obserwować, przyglądać się jego twarzy. Odważył się nawet na to, by go zapytać o dziwne zachowanie i księgi, które tak namiętnie czytał, ale Albus go zbył. Uciekł przed Jamesem, utwierdzając go tylko w przekonaniu, że coś jest rzeczywiście nie tak, jak powinno.
    Atak na Hogwart nie zaskoczył Jamesa. Wiedział, że coś nadchodzi, i że najprawdopodobniej zacznie się to właśnie w Hogwarcie. Tak dobrze strzeżonym, ale jednak... Z jakiegoś powodu to właśnie Hogwart zawsze wybierano na miejsce bitwy. Druga Bitwa o Hogwart, w której zginęło tak wielu młodych ludzi, przyjaciół jego rodziców, chodziła Jamesowi po głowie bez ustanku. Napastnicy na pewno chcieli zrobić wielkie wrażenie - a jakież jest bardziej efektowne miejsce do walki niż zamek pełen bezbronnych uczniów? Miejsce, w którym zakończono poprzednią wojnę. Miejsce, w którym przebywa cała trójka dzieci Wybrańca. Zdawał sobie sprawę z tego, że wraz z Albusem i Lily staną się celami. Każdy będzie chciał ich dostać w swoje ręce, bo strach zmienia ludzi. Chęć przeżycia zatruwa organizm. A więc, nie, James ani trochę nie zdziwił się, że wielki bal stał się pretekstem i idealną okazją do ataku. Tylko ten wybuch trochę go zaskoczył - bo wybuchy jednak z reguły są niespodziewane.
    Odrzuciło go do tyłu, coś trafiło go w głowę, ale zaraz się pozbierał. Jako jeden z pierwszych wydostał się z Wielkiej Sali w chmurze pyłu i od razu skierował się do Pokoju Wspólnego Gryfonów, żeby odnaleźć Lily. Później wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie zauważył, kiedy wychodził z Wieży Astronomicznej wraz z całą swoją rodziną, zostawiając za sobą związanego Hectora Septimusa. Po jego głowie kołatało się pełno myśli, przez co miał ochotę krzyczeć. Wiele się zdarzyło, ale jeden obraz przesłaniał wszystko - obraz Albusa używającego zaklęcia niewybaczalnego. Ginny nie zauważyła wściekłości w jego oczach, i tego tonu, którym wypowiedział zaklęcie. Harry jednak to zauważył, i tak samo James.
    Gdy wrócili do domu, Albus natychmiast zamknął się w swoim pokoju. James chciał z nim porozmawiać, ale nie miał pojęcia, co mógłby mu powiedzieć. Był jednocześnie zmartwiony i wściekły na Albusa. Bo ten nie miał na tyle odwagi, by to wszystko jakoś wyjaśnić; Jamesowi, rodzicom, Lily, im wszystkim, chociaż tak się o niego martwili.
    Pewnego wieczoru James zapytał ojca, jak to możliwe, że Albus jest wężousty. Ginny jednak od razu rzuciła mu tak ostre spojrzenie, że zamilkł i już się nie odzywał. Poszedł pod drzwi pokoju Albusa i stał tam przez chwilę, aż dosłyszał jakieś syki. Wmówił sobie, że to tylko jego wyobraźnia, i wrócił do siebie. Starał się myśleć o przyziemnych sprawach, jak prace domowe i trening quidditcha, który miał się odbyć po jego powrocie do szkoły. Ale po głowie ciągle chodziły mu pytania. Chciał je zadać ojcu, Albusowi. Chciał wiedzieć więcej o wojnie i związku Harry'ego z Voldemortem, więcej o tym, dlaczego czarna magia nie jest obca jego bratu. Dlaczego Albus potrafi używać zaklęć niewybaczalnych? Czy byłby w stanie zabić?
    W pokoju rozległ się głuchy łoskot, gdy James rzucił książką o ścianę. Był sfrustrowany atmosferą panującą w domu. Nie mógł wytrzymać tej chorej ciszy. Chciał się czegoś wreszcie dowiedzieć, chciał, żeby ktoś zaczął krzyczeć. Podejrzewał, że będzie pierwszym, który wybuchnie. Zawsze był najmniej cierpliwy z całej rodziny.
    Wstał z łóżka i otworzył gwałtownie drzwi. Nie próbował zachowywać się cicho, zbyt wielka wściekłość go wypełniała. Wyszedł z domu prosto w zacinający deszcz i zobaczył oddalającą się ciemną sylwetkę. Wiedział, że to Albus.
    - ALBUS! - wrzasnął, dając wreszcie ujście złości, która się w nim kumulowała. - Nie uciekaj, ty pieprzony tchórzu!

    OdpowiedzUsuń
  98. Całą noc czuwała. Nie mogła zmrużyć nawet oczu. Kiedy je zamykała wyobrażała sobie Felixa, którego zostawia. Nie zostawiła dla niego żadnego listu. Nie dowie się gdzie się udała, co nią powodowało, ani kiedy wróci. Była świadoma, że na wiele pytań sam znajdzie odpowiedź. Był zaradnym Ślizgonem, który jak chce to potrafi. Wiedział jak strasznie chciała się odseparować od rodziców. W końcu to właśnie zagmatwana relacja z rodzicami ich połączyła. Oboje mieli całe życie pod górkę. Martine po kilku godzinach jazdy zauważyła, że jej wszyscy przyjaciele mają nieciekawe relacje z rodziną. Za kolejny przykład mogła dać chociażby Albusa, który teraz w najlepsze spał na jej ramieniu. Nie mogła nadziwić się ile tak młody człowiek już przeszedł w życiu. Całe jego życie stało teraz pod znakiem zapytania. Odważył się uciec. Zostawił rodzinę, znajomych i przyjaciół. Teraz mieli tylko siebie nawzajem. Ryzykował tak wiele… Życie stało przed nim otworem a ich wypad do Indii mógł utrudnić mu znalezienie w nim swojego miejsca. Ona nie miała zbyt wiele do stracenia. I tak skończyła już szkołę. Miała przynajmniej zdane Owutemy, a on? Jedynie SUMy. W najlepszym razie zostałby przyjęty do pracy w barze. Jego pozycja społeczna nagle zaczęła się niebezpiecznie zmieniać. Podobnie było z nią, jednak nie zamierzała martwić się o siebie. Może i była Ślizgonką, ale na pewno nie egoistką.
    Jechali prawie cztery godziny. Martine przez cały ten czas trzymała różdżkę, którą ukrywała w kieszeni. Nie chciała ryzykować swoją nieuwagą. Nie wdawała się w rozmowę ze staruszkami. Im mniej wiedzieli tym lepiej. Kiedy zapytali gdzie zmierzają, odpowiedziała jedynie, że nikt tego nie wie. Bała się im zaufać. Wydawali się strasznie mili, ale z tyłu głowy chodziła za nią cały czas myśl, że ich rodzice prawdopodobnie za kilka godzin zaczną ich szukać i z pewnością dotarliby jakoś do tej dwójki.
    Kiedy nad ranem dojechali na miejsce, podziękowali staruszkom serdecznie, a Albus wymazał im pamięć. Ostrożności nigdy za wiele. Para odjechała w bliżej im nieznanym kierunku i od tej pory zdani byli tylko na siebie. Martine rozejrzała się dookoła. Znajdowali się tuż przy porcie, a statek którym mieli odpłynąć wyruszał za zaledwie półtorej godziny. Martine oczywiście nie zamierzała kupować biletów. Nie mieli przecież mugolskich pieniędzy, a nawet jeśli, to musiałaby podać swoje dane. Musieli poradzić sobie jakoś inaczej. Dziewczyna miała w końcu trochę czasu w samochodzie, żeby przemyśleć jak to zrobią.
    - No dobra, to teraz będziemy potrzebować twojej peleryny… Ale to może lepiej chodźmy do tamtej uliczki… - powiedziała i od razu skierowała się w tamtym kierunku. Kiedy chłopak wyjął niewidkę, wzięła ją do ręki i dokładnie powiedziała mu którędy pójdą. – Wejdziemy przez garaż promowy. Rampa będzie opuszczona jeszcze przez pół godziny… Na pewno nie będzie problemu z wejściem do środka… Gorzej z pozostaniem niezauważonym… Nawet z peleryną, bo to w końcu prawie dziesięć godzin promem zanim dopłyniemy do St Malo. Najbezpieczniej chyba będzie jak ukryjemy się w kantorku dla sprzątaczy. Pewnie zaglądają tam tylko na początku i końcu rejsu… - Kiedy skończyła mówić rozłożyła pelerynę i narzuciła na ich dwoje. – No to idziemy… - szepnęła i zaczęli zbliżać się do rampy, po której wjeżdżały samochody osobowe na prom.
    Wejść rzeczywiście było strasznie prosto. W środku jednak roiło się od ludzi, którzy spisywali i sprawdzali czy żadne auto nie znalazło się tam przypadkowo i czy spełnia wymogi. Kilka razy prawie wpadli na pracownika statku, jednak całe szczęście zawsze jakimś cudem udało im się wyjść z opresji. Kantorek znajdował się prawie na samym końcu garażu, gdzie nikogo już nie było. W końcu po kilku minutach znaleźli się owym pomieszczeniu, które o dziwo nie było aż takie ciasne. Dopiero po kilku minutach zdjęli z siebie pelerynę. – Jesteśmy Al! Udało nam się! – zaszczebiotała i przytuliła go jak najmocniej.
    Martynka!

    OdpowiedzUsuń
  99. James roześmiał się, słysząc słowa brata, ale nie był ani trochę rozbawiony. Był sfrustrowany, i próbował jakoś to ukryć przed Albusem, czuł także, że wściekłość rozrywa go od środka. I wcale nie chodziło o fakt, iż Albus okazał się być wężoustym. Owszem, James się tego nie spodziewał, chociaż podejrzewał już brata o różne rzeczy, ale bycie wężoustym wcale nie czyniło z Albusa złego człowieka. Ojciec też kiedyś posiadał tę umięjętność, a przecież Harry Potter to uosobienie dobra i bohaterstwa. W słownikach pod hasłem bohater powinni wymieniać jego imię, żeby dzieci lepiej rozumiały to słowo. A jednak kiedyś rozmawiał z wężami, i nie wydawało się, by się tego wstydził. James po tych wszystkich latach wiedział już, że Harry Potter wstydzi się wielu rzeczy - przede wszystkim powiązań z Voldemortem - ale na pewno nie umiejętności rozmowy z wężami. Podobno raz uratowało mu to życie. Przynajmniej tak mówili. James nigdy nie miał odwagi pytać go o szczegóły.
    Zaklęcie, którego Albus był w stanie użyć, również nie czyniło go złym człowiekiem. James nie wiedział, co by zrobił na jego miejscu. Ale jednak widok torturującego kogoś brata zachwiał pewnością Jamesa. Nie był już pewien, kim tak naprawdę jest Albus, do czego jest zdolny, dlaczego zaklęcie niewybaczalne sprawiło mu taką przyjemność i łatwość.
    - Nic mnie nie obchodzi, czy rozmawiasz z wężami, z koniami czy z Merlin wie czym jeszcze - warknął James, wpatrując się intensywnie w ociekającego wodą brata. - Mam to gdzieś. Chciałbym wiedzieć, dlaczego babrasz się w czarnej magii. Dlaczego wyglądałeś jak psychopata, kiedy torturowałeś tego faceta! Powiedz mi, KIM JESTEŚ, ALBUS!
    Zdawał sobie sprawę z tego, że jego głos nie brzmi pewnie, a trzęsie się jak osika. Ale zbyt wiele emocji szalało w jego sercu. I nie dbał już o to, czy przypadkiem nie powiedział za dużo. Czy nie straci przez to Albusa na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  100. James cofnął się o krok. Nie wiedział, przed czym próbuje uciec. Przed tą osobą, którą stał się jego brat? A może tylko przed jego słowami, które nie miały dla niego żadnego sensu. Czarna magia daje siłę... Co za stek bzdur. James nie był aniołkiem, co to, to nie, ale nigdy nie miał zamiaru choćby zbliżać się do najczarniejszej magii, która przecież wcale nie daje siły. Daje władzę, daje poczucie potęgi, ale nie siłę. Uzależnia. Robi z człowieka psychopatę, którego bawi torturowanie ludzi. Sprawia, że twarz zamienia się w tą obrzydliwą maskę, którą założył Albus.
    - Jaką siłę? Co ty pieprzysz? - James przeciągnął dłonią po mokrych włosach, kompletnie zdezorientowany. - Niech zgadnę, czujesz się potężny, prawda? Torturując kogoś? Nie mam ci tego za złe, uratowałeś nam tyłki. Ale tobie się to podobało, Albus, widziałem to. Naprawdę chcesz być kimś takim? Chcesz być kimś, kogo cieszy cudza krzywda?
    Powinien się wycofać, wrócić do pokoju i nie prowadzić tej bezsensownej kłótni. Ale nie mógł dłużej dusić w sobie tego wszystkiego. Nie podobała mu się rola tego lepszego syna. Chciał, żeby Albus był znowu taki, jak kiedyś. Od dłuższego czasu nie mieli ze sobą dobrego kontaktu, ale... Przynajmniej kiedyś James nie musiał martwić się o to, że kolejnego dnia Albus postanowi uciec do innego kraju i zgłębiać tajniki czarnej magii. Teraz ta perspektywa była realna. Albus się zmienił. W kogoś, kim James nie chciał się nigdy stać. Przez jakiś czas bał się, że właśnie kimś takim jest - gdy trafił do Slytherinu, zawodząc rodziców i całą rodzinę. Myślał, że wbrew jego woli odezwie się natura i popchnie ku złym czynom, które przecież od wieków przypisuje się Ślizgonom. Ale jakoś przetrwał siedem lat, nie przejmując się niczym, będąc Ślizgonem, ale nie tym z najgorszych koszmarów. Był zadowolony z siebie, bo przezwyciężył swoją naturę. Dopiero na szóstym roku zrozumiał, że nic nie przezwyciężył - jego natura nigdy nie była zła. Nie był po prostu taki, jak ojciec. Świat nie dzieli się na bohaterów i morderców, ludzie są różni. James okazał się być po prostu obojętny na rzeczy nieistotne. Czasami okazywało się to być nawet cechą pozytywną.
    James wiedział, że Albus nie jest taki, jak on, ale nie jest również taki, jak ojciec. Jest nie tylko inny - jest tajemnicą. Coś ukrywa. Do czegoś go ciągnie. Tym czymś okazała się być czarna magia. James miał ochotę krzyczeć. Jego koszmar się ziszczał - ale dotknął nie jego, ale Albusa.
    - Odpowiedz mi! - nie stali tak daleko od domu, by nikt ich nie usłyszał, szczególnie, że krzyczeli, ale James o to nie dbał.

    [Ja ciebie też, to niezdrowe <3]
    troszkę wkurzony James

    OdpowiedzUsuń
  101. [ Taaaak, już kończę ten wątek. Dostaniesz go. Wybacz że tak z tym zwlekam, ale studia nieoczekiwanie mnie przerosły. ]

    Skruszony Bufon i Marie

    OdpowiedzUsuń
  102. Pomyślała dosłownie o wszystkim, ale nie o ich potrzebach fizjologicznych. Jak niedawno się dowiedziała, Albus zdecydowanie nie miał stalowego pęcherza, co oczywiście dało się dać we znaki po kilkunastu minutach w kantorka. Kiedy chłopak wymownie na nią spojrzał, wywróciła tylko oczami, machnęła ręką w stronę drzwi i cicho dodała, żeby uważał na siebie. A to niby kobiety tak często chodzą do toalety!
    Nie było go zaledwie kwadrans. Dziewięćset sekund. Zaczęła się martwić w ciągu pięciu minut, a po ośmiu była skłonna wybiec z kantorka i go szukać. Usiadła naprzeciwko drzwi, podkuliła kolana do klatki piersiowej, oplotła je rękoma i zaczęła gapiła się na jedyne możliwe wejście do pomieszczenia. Mugole może i nie byli dla nich zbyt dużym zagrożeniem, jednak mimo to zamartwiała się nieobecnością chłopaka. Mogli przecież go sprawdzić i zrozumieć, że mają pasażera na gapę. Tacy na pewno nie byli mile widziani. Po kolejnej minucie nie wytrzymała i sięgnęła do plecaka po książkę od eliksirów, którą zwinęła z szafki nocnej poprzedniego dnia. Przekartkowała ją szybko i znalazła przepis na veritaserum. Starała się odbiec myślami od Albusa i jego długiej nieobecności, więc zaczęła czytać przepis jeden po drugim, a każdy trudniejszy od poprzedniego.
    Jej książki zawsze były niezwykle zadbane. Żadne kartki nie były powyrywane, pomazane czy pozaginane. Toteż zdziwiła się, kiedy natknęła się na pergamin Nie przypominała sobie, żeby wkładała coś do podręcznika. Wzięła zwitek papieru do ręki, zamknęła książkę i rozwinęła, jak się okazało, list. Serce zabiło jej szybciej, kiedy na samym dole ujrzała, kto był nadawcą. Jej Felix.
    Niemo wypowiedziała jego imię nie wierząc własnym oczom. Nigdy nie napisał do niej. Nie dostała od niego żadnego listu, nawet w wakacje, kiedy jakimś cudem udawało im się utrzymywać kontakt na inne sposoby. Sama nie wiedziała, czemu nie zaczyna go czytać. Gapiła się tylko w to jedno słowo na samym końcu. Felix. Po kilku sekundach poczuła jak na wspomnienie o nim do oczu zaczynają napływać jej łzy. Przymknęła oczy, złożyła pergamin z powrotem i włożyła go do podręcznika. Nie była gotowa. Nie czuła się na siłach, żeby przeczytać chociażby jedno słowo, które napisał specjalnie dla niej… Bała się, co było treścią listu. Nie wiedziała czego może się spodziewać. Nie była też pewna, kiedy napisał ten list. Przed ich ponownym zjednoczeniem, czy może po balu wiosennym, na którym pocałował ją a następnie zniknął na kilka tygodni?
    Przez list kompletnie zapomniała o Albusie, którego nie było już piętnaście minut. Teraz rozmyślała nad tym, kiedy będzie gotowa go przeczytać. Zamykając podręcznik, postanowiła, że zrobi to na spokojnie, kiedy znowu zapadnie noc, a Al będzie spokojnie spał. Po policzku spłynęła jej jedna łza, którą od razu wytarła drżącą dłonią. Jeszcze będzie czas na płacz…
    Kiedy Albus wszedł do kantorka, Martine westchnęła pod nosem.
    - Nikt mi już nigdy nie zarzuci, że dziewczyny spędzają więcej czasu w toalecie niż mężczyźni! – Uśmiechnęła się na swój własny, specyficzny sposób i poklepała miejsce obok siebie, dając Albusowi do zrozumienia, że ma obok niej usiąść. – Co my będziemy robić przez tyle godzin? – zapytała i zaczęła grzebać w plecaku. Po kolei zaczęła wyciągać Gargulki, karty do gry w Wybuchającego Durnia, które od razu schowała z powrotem, zdając sobie sprawę, że mogliby narobić niepotrzebnego hałasu, oraz szachy czarodziejów. – Możemy zagrać w jedną z nich, albo… - uśmiechnęła się i spojrzała wymownie na Ala – Pograć w to, co grają mugole! Wiesz… Mają jakieś tam swoje gry typu, prawda a wyzwanie, czy jakoś tak… To jak?
    Martynka!

    OdpowiedzUsuń
  103. [ Kajam się, ale obiecuję, że będzie się działo :) ]


    Marie od zawsze była wabikiem na najróżniejszego rodzaju kłopoty, których nigdy nie chciała i nie potrzebowała. Swoją ciekawość uważała za zaletę do czasu, dopóki nie zaczęła jej się wymykać spod kontroli. Krukonka była przekonana, że któregoś dnia jej chęć poznania wszystkich tajemnic sprowadzi na nią coś gorszego niż szorowanie kociołków po zajęciach z eliksirów, na których dodała jakiś dodatkowy składnik, który nie powinien się tam znaleźć. Jakoś to jednak przełknęła, przynajmniej miła okazję do pomyszkowania po sali i zajrzenia w miejsca, w które zwykły uczeń nie może spojrzeć. Dodatkowo porozmawiała sobie troszkę z profesorem i okazało się, że nie jest on taki straszny na jakiego z początku wygląda. Tym razem ciekawość przekroczyła granicę.
    Biegła. Jeszcze nigdy w życiu nie przemieszczała się tak szybko. Wydawało jej się, że nawet gepard nie byłby w stanie jej dogonić. W innym wypadku zapewne ucieszyłaby się z tego faktu i byłaby dumna, że odkryła w sobie taki talent, chociaż zawsze uważała się fizyczną miernotę. Biegła ile sił w nogach. Już czuła ból, gdy obudzi się jutrzejszego dnia w pokoju, o ile zdąży bezpiecznie dotrzeć do Hogwartu. A dzień zaczął się całkiem normalnie...
    Nie pamiętała dokładnie dlaczego znalazła się w Hogsmeade. Zapewne chodziło o zrobienie jakichś zakupów, zwłaszcza słodyczy, których ostatnimi czasy zaczynało jej brakować. Zbliżała się zima, więc trzeba było nieco przybrać na wadze, że miało co ogrzewać ciało w zimne wieczory. Planowała duże zakupy, bo dnie nie stawały się cieplejsze i wychodzenie w zimno było największą głupotą na jaką można się było pokusić. No chyba że ktoś bardzo chciał być chory.
    Wychodziła ze sklepu mając w ustach jakiegoś lizaka a w dłoni reklamóweczkę ze słodyczami. Była zadowolona z zakupów i z uśmiechem opuściła sklep tylko po to, by wpaść na jakiegoś mężczyznę. Wszystko co miała spadło na ziemie, zresztą tak samo stało się z rzeczami mężczyzny, który dziwnym wzrokiem spojrzał na Krukonkę i szybko pozbierał swoje rzeczy. Tak się przynajmniej z początku wydawało. Ashton dopiero w połowie drogi do Hogwartu zauważyła, że w reklamówce którą trzyma nie było słodyczy a jakieś dziwne zawiniątko. Nie spodobało jej się to i od razu skojarzyła, że musi to należeć do mężczyzny na którego wpadła. Wizja spotkania z nieprzyjemnym typem nie przypadła jej do gustu i w sumie nie chciało jej się go szukać, ale chyba będzie musiała.
    Nie przeszła więcej niż kilka kroków, gdy wyczuła czyjąś obecność. Zawsze miała tak, że potrafiła określić, czy ktoś jej się przygląda lub ją śledzi. Czuła wtedy większy niepokój niż przed niezapowiedzianą kartkówką na szkolnych zajęciach. Przyspieszyła kroku, ale nadal nie wyzbyła się dziwnego uczucia. Z chwilą gdy usłyszała trzask łamanej gałęzi, odwróciła się, jednak nikogo za sobą nie widziała. W pierwszej chwili pomyślała, że jest to tajemniczy mężczyzna, na którego wpadła przed sklepem. Od szkoły było daleko a ona znajdowała się w środku lasu i nie chciała wpaść teraz w kłopoty. Kątem oka zauważyła ciemną postać po swojej lewej stronie i dosłownie ją zamurowało, nie wiedziała, w którą stronę ma pójść. Stała w miejscu i czuła się, że zaraz tajemniczy ktoś ją znajdzie, ale nie mogła się schować. Odwróciła się i wzdrygnęła się, gdy na jej drodze pojawił się Potter.
    – Na Merlina – wrzasnęła i uderzyła lekko ślizgona w ramię – nie skradaj się tak. Wystraszyłeś mnie – mruknęła i schyliła się po reklamówkę, którą wypuściła z rąk.

    Marie Ashton

    OdpowiedzUsuń
  104. James mógłby spróbować zrozumieć swojego brata. Nigdy nie był zbyt empatyczny, nie umiał postawić się na miejscu drugiej osoby, ale dla brata... Może by się postarał. Kilka tygodni temu. Przed wydarzeniami z Wieży Astronomicznej, zanim jeszcze dotarło do niego, co dzieje się z Albusem. Wtedy wszystko było inne. Nawet jeśli gdzieś w czeluściach jego świadomości rodziła się myśl, że coś się zmienia, że jego brat się zmienia, nic nie było tak oczywiste. A w tym momencie, stojąc przed Albusem w strugach deszczu, słuchając tego maniakalnego gadania o czarnej magii... Wszystko rysowało się przed oczami Jamesa bardzo wyraźnie. Czarna magia pochłonęła Albusa bez reszty.
    A więc zamiast zrozumienia, otrzymał cios w twarz. To było jedyne, co przyszło Jamesowi do głowy. Zrobić coś, co otrzeźwi brata, bo zimny deszcz jakoś sobie nie radził z tym zadaniem. Albus ciągle myślał, że może to wszystko mówić, a jedyną reakcją Jamesa będą puste słowa? Nie, James nigdy nie był dobrym rozmówcą.
    - Posłuchaj sam siebie, Albus! - wrzasnął, ochrypłym z emocji głosem, odpychając brata od siebie. - Tom Riddle też na pewno uważał, że to ciekawe, a spójrz, gdzie skończył!
    Czy szesnastoletni Voldemort mógł mieć w głowie te wszystkie zbrodnie, które popełnił? Czy szesnastolatek może mieć w sobie tyle nienawiści, by pragnąć tak wielkiego zła? Może jego też czarna magia ciekawiła. Może chciał dokonywać niesamowitych rzeczy, wielkich rzeczy, a po drodze stał się mordercą, potworem, i skończył, nie będąc już nawet człowiekiem. Ilu ludzi musiało ponieść śmierć, by znaleźli się wreszcie tacy, którzy potrafili walczyć i zakończyć koszmar? Setki tysięcy ludzi. Nikt nie przejdzie obojętnie obok tak wielu śmierci. Nikt, nawet morderca.
    Ale James nie bił się z własnym bratem przez tych wszystkich martwych ludzi. Nie, to nie było powodem tej bójki. James był wściekły, bo jego brat wybierał łatwiejszą drogę. Czarna magia jest ciekawa, owszem - i tylko słabi jej ulegają. Sztuką jest całe życie trzymać się na dystans. Zdawać sobie sprawę z potęgi i ogromu wiedzy, ale nigdy się nie zbliżać. Nie bliżej niż na dwa kroki. Czuć, ale nie doświadczać. To jest ta trudniejsza droga. A Albus Potter wybrał tą drugą, niewymagającą zbyt wielkiej siły.
    Kolejne światło zapaliło się w domu Potterów. Ale ani Albus, ani James tego nie zauważyli.
    - Co byś zrobił, gdybyś miał teraz ze sobą różdżkę, Albus? - James potrząsnął bratem. - Jak myślisz, leżałbym tutaj martwy?

    [Nie obrażę się, i tak zaraz by mu przyłożył :D]

    OdpowiedzUsuń
  105. Przymknął powieki, wziął głęboki oddech i zaczął liczyć do dziesięciu.
    Musiał się uspokoić , poukładać wszystkie myśli. Znalazł się w pułapce. Miał ogromne szczęście, iż nikt nie zajmował miejsca w ławce, pod którą w ostatniej chwili postanowił poszukać schronienia. Donośny głos jego własnej wersji niósł się po sali, plącząc mu w głowie. Szepty i szmery doprowadzały go do istnego szału. Miał wrażenie, że szybko bijące serce zaraz wyskoczy mu z piersi i żeby temu zapobiec nerwowym gestem oparł swoją dłoń na torsie. Przez cienki materiał szkolnej szaty wyczuł niewielkie, chłodne zgrubienie łańcuszka. Zmieniacz bezpiecznie zwisał z jego szyi, przywracając mu zdolność trzeźwego myślenia, uświadamiając mu po co właściwie znalazł się w tamtym miejscu i jaki był cel wywoływania całego tego zamieszania.
    Miał pomóc Albusowi, a tymczasem go zgubił.
    Musiał się stamtąd wydostać. Jedynym jego problemem było to, że kompletnie nie wiedział jak. Zacisnął dłonie w pięści, niepewnie poprawiając swoją pozycję na podłodze. Tamtego dnia podczas zajęć transmutacji siedział z Addison, rozprawiając na temat zbliżających się zawodów. Profesorka spokojnym, lecz donośnym głosem uciszała uczniów, chcąc poprowadzić już rozpoczynającą się lekcję. Mógł wykorzystać moment zamieszania, by jakimś cudem wyślizgnąć się z klasy, ale wątpił, by nikt podczas tej brawurowej akcji go nie zauważył. Torba obijała się z cichym brzękiem o jego nogi, kiedy kulił się coraz bardziej, próbując się obmyślić jakiś plan. Przecież nie może przeczekać tutaj całej lekcji, w dodatku ta torba… Torba.
    Starając się nie robić zbyt wielkiego hałasu, schylił się w jej stronę i jednym szybkim ruchem pociągnął ją na swoje kolana. Zajrzał do środka, szukając w niej czegoś użytecznego. Na samym dnie brązowego, wyświechtanego materiału znajdowała się niewielka fiolka z resztką szarawego płynu. Eliksir niewidzialności. Kompletnie zapomniał o swoim ostatnim wypadzie do Zakazanego Lasu. Zostawił wtedy resztkę wywaru z wiśni tak „na wszelki wypadek”, w razie gdyby w późniejszych okolicznościach umiejętność pozostania niewidocznym mogła mu się przydać. Z szerokim uśmiechem satysfakcji otworzył buteleczkę i jednym haustem wypił całą pozostałą w fiolce zawartość. Po jego ciele rozeszły się rozkoszne dreszcze. W jednej chwili zaczęło piec go w gardle, nagle cały jego organizm jakby stanął w ogniu. Fred całą siłą woli musiał powstrzymać się od tego, żeby nie krzyknąć. Przygryzł wargę i niepewnie otworzył oczy, zerkając w dół na swoje dłonie. Nie znalazł niczego.
    Z zadowoleniem uniósł kąciki ust w górę i sięgnął dłonią po swoją torbę. Nie przewidział tylko tego, że ona pozostanie nadal widoczna. Zaklął w myślach, spinając wszystkie mięśnie i podnosząc się do pozycji kucającej. Miał tylko jedną szansę na wydostanie się z klasy. Latające przedmioty i trzaskające drzwi raczej nie powinny na nikim zrobić wrażenia. W jednej sekundzie poderwał się z podłogi, z głośnym piskiem odsuwając stojące przy biurku krzesło i rzucając się do ucieczki. Czuł na sobie pojedyncze zaskoczone spojrzenia, kiedy przemierzał klasę energicznie wymachując na boki odpiętą torbą. Dopadł do klamki i popchnął wielką, drewnianą strukturę, wypadając na zewnątrz. Przeciął korytarz i dobiegł do schodów, żwawo wspinając się po nich na górę. Jego oddech stał się ciężki. Zatrzymał się na półpiętrze, rozglądając na boki i jednym pewnym ruchem wrzucił swoją teczkę za stojącą w kącie zbroję – kiedy pozostawał niewidzialny, widoczny materiał mógł mu przysporzyć bardzo wielu kłopotów. Odetchnął, opierając się o ścianę. Jak długo pozostanie jeszcze niedostrzegalny? Rozejrzał się niepewnie dookoła. Ostatnim razem trwało to jakieś dwie godziny, ale wypił wtedy znacznie więcej magicznego płynu. Musiał uważać. I liczyć się z tym, że w każdej chwili może zostać dostrzeżony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miał właśnie zamiar pomyśleć, dokąd powinien się teraz udać, kiedy w górze schodów zamajaczyła mu niepewnie truchtająca sylwetka pewnego ciemnowłosego Ślizgona. Fred uśmiechnął się sam do siebie. Albus nie miał pojęcia, że kuzyn go obserwował. Weasley wspiął się na piętro i poruszając się cichutko, niczym czający się tygrys ruszył w ślad za Potterem.
      Skoro młodszy chłopak tak bardzo nie chciał mu zdradzić swych planów, to czy grzechem było podglądanie go? Przecież nie chciał go nastraszyć, łapiąc go znienacka za ramię. Głupotą byłoby również nawoływanie – nie miał zamiaru ściągać na nich kłopotów. Postanowił zatem szpiegować go do czasu aż nie będzie mu nagle potrzebny. Chciał go przecież tylko pilnować i uważać, by nie stało mu się nic złego. W razie potrzeby mógł zmylić świadków, którzy widzieli Albusa, chociaż nie powinni. Zatarł ręce, ledwo powstrzymując śmiech zadowolenia. Robił za jego malutki ogonek. Nie miał w zamyśle niczego złego. Był zatem niemalże pewien, że kuzyn szybko wybaczy mu jego przewinienie, a jeśli nie dowie się o jego obecności w trakcie drogi, możliwe że nigdy nie zorientuje się, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Musiał powstrzymać się od ostrzegającego okrzyku, kiedy w drugim końcu korytarza pojawiła się nagle jakaś postać. Al zareagował na to niemalże błyskawicznie, rzucając się za pobliską ścianę. Fred zmarszczył brwi, wpatrując się w podejrzanie wyglądającą sylwetkę i nagle poczuł, jak coś chwyta go mocno za serce. Gdzieś po Hogwarcie grasował przecież morderca.
      W jednej chwili doszedł do wniosku, że cała ta wyprawa wcale nie była tak genialnym pomysłem, jak mu się z początku wydawało. Miał na głowie teraz nie tylko fakt, że muszą jakoś wrócić i problem, iż ktoś może ich zobaczyć. Całkiem przypadkowo mogli stać się ofiarami zabójstwa. A to już nie wyglądało w jego oczach tak kolorowo.

      Nie wiem co, nie bij za to, nie podoba mi się, dlaczego tak marnie? ;-;
      Niegrzeczny szpiegujący Freddie.

      Usuń
  106. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  107. [Pamiętam kochana, pamiętam <3 Tylko trochę muszę się ogarnąć, bo sprawdzam wątki, które miałam, kto zniknął, a kto jest. Przy trzech postaciach troszeczkę to zajmuje, a sama mam niezbyt wiele czasu :( ]

    Solene, u której w słowniku Albus zawsze będzie kamieniem <3

    OdpowiedzUsuń
  108. Na jedno jedyne słowo oczy Solene błysnęły wraz z rządkiem białych, jak perełki zębów. Zalśniły kryształkami radości i podekscytowania, którego dziewczynie ostatnimi czasy tak brakowało. Albus był osobą niezwykle jej potrzebną, a to do zwykłego upewnienia się, że nie jest sama, i że jeszcze jej nie odbiło. Dlatego właśnie blondynka zerwała się na nogi, łapiąc w ręce jedną z ksiąg. Szybciutko wspięła się na drabinkę, by odłożyć rzecz na miejsce. Nie lubiła zostawiać po sobie bałaganu, a i nie chciała, by ktokolwiek spostrzegł, że ktoś tu w ogóle przebywał. Machnęła jeszcze na Pottera, aby podał drugą książkę, tym sposobem oszczędzając im obojgu trochę czasu. Mulciber, zaraz po usuwaniu śladów ich bytności, zeskoczyła lekko na posadzkę, po czym ciągnąc towarzysza za rękaw kierowała się w stronę wyjścia z biblioteki. Nie mogła być z niego bardziej dumna. Co raz to patrzyła na ciemnowłosego z radością widzialną w oczach. Jakoś przemknęli się przez wszystkie korytarze, unikając woźnego i Irytka, który ostatnio zaczął bawić się także w nocy. Oczywiście wrabiając wszystkich uciekinierów łóżkowych w szlaban. Dosyć ciężki. Dwójce udało się jednak dotrzeć do głównego wyjścia, z którymi poradzić musiał sobie Albus, bo Sol była na to zbyt drobna. Na zewnątrz jej szczupła sylwetka dała się we znaki, kiedy chłodny wiatr otulił obojga swoimi wstęgami podmuchów. Blondynka owinęła się cieplej rozpiętym swetrem, który jak zawsze nieprzyjemne drapał w szyję. Sznurowane buty powoli zatapiały się w lekko przerośniętej trawie, czasami zahaczając o splątane listki.
    - Powiedz mi proszę, Albusie. Dlaczego to robisz? – zapytała nagle, po uprzednich ożywionych rozmowach na temat inferiusów. – Masz imiona po dwóch dyrektorach Hogwartu, powinieneś być uosobieniem regulaminu.

    //daj się Solene trochę rozkręcić z tym opisywaniem, bo wie, że to na górze jest krótkie

    OdpowiedzUsuń
  109. Zafascynował mnie Albus i opis jego wahań oraz zła, które się w nim czai. Zdjęcie jest super dobrane, przyciąga uwagę same w sobie. Jestem bardzo zainteresowana tą postacią, dlatego, jeśli chcesz, zapraszam do siebie. ;)]
    Neil Waterston

    OdpowiedzUsuń
  110. Kiedy Albus się zgodził na grę, od razu się rozpogodziła. Zawsze wydawało jej się, że właśnie takie małe rzeczy, niby nic nieznaczące, zbliżały ludzi. Chciała poznać go jeszcze lepiej, bo mimo że spędzali ze sobą mnóstwo czasu, wciąż miała wiele pytań. Wiedziała prawie wszystko o jego rodzinie, z resztą jak połowa społeczeństwa magicznego, ale nigdy nie rozmawiała z nim na temat tego, czy ktoś mu się podoba, a chciała to wiedzieć, chociażby po to, żeby ewentualnie pomóc mu podbić serce wybranki. Chciała troszczyć się o niego jak o brata, którego nigdy nie miała, ale do tego potrzebowała więcej informacji.
    - Dobrze, ale pamiętaj, że karą za rezygnację jest fant! – powiedziała sztucznie unosząc brwi do góry i w dół. Uśmiechała się już praktycznie cały czas.
    Usiadła po turecku na ziemi i zaczęła myśleć nad pytaniem. Zmarszczyła lekko brwi i starała się pomyśleć nad tym najodpowiedniejszym na początek. Nie chciała odstraszyć go, przechodząc od razu do intymniejszych pytań. Kiedy była gotowa, wyprostowała się i starała się przybrać poważny wyraz twarzy.
    - Jako jeden z niewielu, wiesz co działo się między mną i Felixem. Troszczyłeś się o mnie i naprawdę strasznie ci za to dziękuję, ale… Nigdy nie rozmawialiśmy o twojej miłości… Znaczy… No wiesz o co mi chodzi! – dopowiedziała, mając nadzieję, że dobrze zaczęła. – Tak, więc Albusie Potterze, do kogo należy do serce – powiedziała, pokazując palcem na lewą stronę klatki piersiowej Ala.
    Pamiętała jakby to było wczoraj jak zwierzyła się po raz pierwszy Albusowi ze swoich uczuć. Oczywiście długo się z tym nosiła, bo w końcu był od niej młodszy o całe dwa lata i nie była pewna, czy ich znajomość przetrwa dłużej niż pół roku. Pamięta jak stresowała się, że nie jest odpowiednią osobą. Jak się okazało, był pierwszym człowiekiem na ziemi zaraz po Felixie, który ją zrozumiał. Chyba właśnie z tamtym dniem, pokochała tego cudownego Ślizgona na swój dziwny sposób. Do dzisiaj jednak nie zdobyła się na powiedzenie mu, że swego czasu jej uwaga nie kręciła się dookoła Felixa, tylko jego brata… Była pewna, że tego by nie zniósł.
    [Łoho, wracam! Dokończmy w końcu tą ich wyprawę przez morze i przejdźmy do pocałunków :D A właśnie, mówiłam ci, że Martine pierwszym obiektem westchnień, był pierwszy James na blogu? C:]
    Martynka

    OdpowiedzUsuń
  111. [hej, hej... tak tu cicho i przerażająco... braciszku, żyjesz?
    .
    .
    .
    .
    .
    masz ochotę na wątek?]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  112. [hm, hm. tak sobie myślę, że ta ich rodzinka to dość specyficzna jest i chętnie poszłabym w jakąś dramę, ale nie wiem, jak się na to zapatrujesz. w ogóle jaki w Twoim odczuciu jest stosunek Albusa do Lily? c:

    PS wiesz, że pod Twoją poprzednią kartą jest mój komentarz z maja zeszłego roku, kiedy podjęłam się prowadzenia Lilki po raz pierwszy? ot, taka ciekawostka. ale do niczego nie doszło wtedy, żadnych ustaleń nie zrobiłyśmy. :D]

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  113. [ale, że... aha! bo Ty mnie mylisz z Włóczykijem! XD
    no to nie, ja to nie ona, tylko sobie wizerunek przywłaszczyłam ten sam, bo jakoś mi tak do Rudej pasował. wybacz, chyba wprowadziłam Cię w błąd. :c
    więc wątek trzeba ustalić od podstaw. tylko do czego by się tu przyczepić... a jakie relacje ma Albus z Jamesem?]

    siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  114. [Cześć braciszku, kontynuujemy nasz wątek?]
    ten dobry brat, James

    OdpowiedzUsuń
  115. [JA TEŻ SIĘ STĘSKNIŁAM <3
    Cóż, szczerze, chętnie kontynuowałabym tamten, bo mi się go świetnie pisało, ale jeśli chcesz, możemy zacząć coś nowego. Albo ewentualnie zakończyć szybko ten poprzedni, coby go nie zostawiać bez jakiegokolwiek rozwiązania sytuacji, i szybciutko przejść do nowego :D Twój wybór.]
    brat

    OdpowiedzUsuń

  116. James nie był zaskoczony tym, że brat mu oddał. W sumie nawet tego oczekiwał. Był wściekły, i potrzebował się wyżyć. Fizyczne ciosy były nawet lepsze niż rzucanie zaklęciami, i najwyraźniej Albus podzielał zdanie brata, bo rzucił się na niego w ułamku sekundy. James nie dałby się powalić na ziemię, gdyby nie słowa, które padły z ust młodszego Pottera. Chciał wysłuchać wszystkiego, co ten miał do powiedzenia, nawet jeśli oznaczało to kilka dodatkowych ciosów.
    - Żaden z nas nie jest bohaterem, i dobrze o tym wiesz! - odepchnął brata i przetarł mokrą i obolałą twarz. - Ja leżałem nieprzytomny, a ty co robiłeś? Bohater się znalazł! Mamy w domu jednego pieprzonego bohatera, i na pewno nie jesteś to ty, Al.
    James podniósł się i złapał brata za koszulkę, zbliżając swoją twarz do jego twarzy. Nie poznawał tego Albusa. Owszem, od dłuższego czasu nie byli blisko i tylko rzucali sobie mordercze spojrzenia, nie potrafiąc odnaleźć wspólnego języka. Ale ostatnio spięcie osiągnęło moment kulminacyjny, i James nie był pewien, kim jest ten człowiek, którym stał się jego brat. Słowa Albusa brzmiały maniakalnie, albo po prostu James miał obsesję. Zawsze z całych sił bronił się przed czarną magią i jej pięknem - tym, które tak przyciąga. Bał się, że skoro jego ojciec został bohaterem, tym stojącym po stronie światłości, to on - jego pierworodny - będzie musiał pójść przeciwną drogą.
    A gdy James chował się po kątach, uciekając przed czarną magią, ona dopadła Albusa. Cóż, może po prostu kogoś musiała złapać?
    - Pomyśl przez chwilę o rodzicach, Al. Pomyślałeś, jak oni muszą się czuć? Jesteś wężousty, okej. Pieprzyć to, sam się nie prosiłeś. Ale gdzie się nauczyłeś używać Cruciatusa? Chodzisz na jakieś kursy z zabijania?
    Potrząsnął bratem, mając głupią nadzieję, że może to go otrzeźwi. Chociaż prędzej spodziewałby się kolejnej wymiany ciosów.

    również (prawie) kochający brat

    OdpowiedzUsuń
  117. [To ja poratuję (może?) pomysłem. Nie ma szans, aby się nie znali, zwłaszcza że ich ojcowie pełnią ważne funkcje w ministerstwie, a sami Georgina i Al uczęszczają do jednak klasy oraz na podobne lekcje. Wolałabyś skupić się na jakiejś sztywniackiej kolacji dla ważniaków w ministerstwa organizowanej w jakiejś równie sztywniackiej miejscówce, czy na przykład Potter i Stewart byliby ze sobą na tyle blisko, by nocą uciekać na Wieżę Astronomiczną, gadać o wszystkim i prześcigać się w wiedzy na temat kosmosu? Wiem, że to drugie brzmi tak sobie, ale wszystko można urozmaicić. :D]

    Georgina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [*"Do jednej klasy"... Zignoruj te błędy. ;-;]

      Usuń
  118. [Właśnie dlatego tak sceptycznie podeszłam do tej Wieży, bo jest ona dość oklepanym miejscem na akcję wątku, ale chodziło mi głównie o zarys relacji.
    Pomysł z Komnatą jest świetny, zwłaszcza że chyba wciąż jest tam szkielet bazyliszka i mogliby bliżej mu się przyjrzeć, ewentualnie odkryć tam coś ciekawego... i niebezpiecznego. :D
    Co do relacji, to myślę, że Stewart mogłaby przyciągać do Albusa jego aura łobuza i jednocześnie wiedziałaby, że brat nie pochwalałby tej znajomości z różnych, znanych tylko jemu względów. Myślę, że mogliby przyjaźnić się (?) również ze względu na fakt, że mogą dużo sobie zaoferować - Georgina przymykałaby oko, gdyby coś przeskrobał, a on zapewniałby jej rozrywkę. Tacy przyjaciele z korzyściami, dosłownie. XD]

    OdpowiedzUsuń
  119. [Myślę, że dziewczyny czują buntowników swym wewnętrznym nosem. :D
    Zacznę, jak skończę powiązania. Tak dla uściślenia, zaczynamy podczas spotkania na korytarzu, czy już przy Komnacie?]

    OdpowiedzUsuń
  120. Jeżeli nie miało się zbyt rozrywkowej natury, korzystanie z wolnych od pracy czy nauki dni przychodziło człowiekowi niezmiernie trudno ─ w tym wypadku pomoc innych, bardziej zabawowych uczniów okazywała się niemalże zbawienna. Georgie nie stroniła od towarzystwa żywszych od siebie kolegów, uważając, że mogą wzajemnie nauczyć się wielu rzeczy. Zwykle jednak kończyło się na tym, że Stewart zwijała się ze śmiechu, by następnie, zupełnie nagle, stracić chęć do dalszych żartów, uważając takie zachowanie za niepoważne.

    Gdy podczas jednego z takich wieczorów pokój wspólny Slytherinu okazał się nadzwyczaj nieinteresujący, Stewart opuściła go i skierowała się w bliżej nieznanym sobie kierunku, by pod pretekstem rozprostowania kości poszukać sobie jakiegoś zajęcia. Do godziny policyjnej zostało jeszcze prawie trzydzieści minut, więc czasu miała aż nad to, zwłaszcza że nie zamierzała za bardzo oddalać się od lochów.

    Chyba że coś ─ ktoś ─ ją do tego zmusi.

    Plany pokrzyżował jej poltergeist, który zjawił się znikąd na pierwszym piętrze i z wulgarną piosenką na ustach nie chciał się odczepić aż przez dwie kondygnacje. Próbując pozbyć się Irytka, nadłożyła drogi poprzez chodzenie naokoło i grożąc mu zaklęciami, jednak jej irytacja tylko wywoływała u ducha coraz głośniejsze rechotanie. Wreszcie, gdy wyciągnęła różdżkę i wycelowała w niego, pokazał jej język i odleciał w przeciwnym kierunku, nieco zmieniając wersję przyśpiewki tak, by obrażała Stewart ad personam.

    Wzburzona i nieświadoma upływu czasu, przeszła jeszcze kawałek i dosłownie w ostatniej chwili zatrzymała się tuż za plecami Albusa. Nie miała pojęcia, co chłopak robił tu o tej porze, ale nie wyglądał na przypadkowego przechodnia.

    Chrząknęła głośno, chcąc zwrócić jego uwagę.

    ─ Gdybym była tu służbowo, straciłbyś punkty, a wiesz, jak nie lubię odbierać ich swoim ─ rzekła, z nieco zbyt wielką pretensją w głosie. ─ Co tu robisz, Al? Czekasz na kogoś? ─ Spojrzała nań z uniesionymi brwiami, gdy ten raczył się odwrócić w jej stronę.


    [Mam nadzieję, że nie pokierowałam nim za bardzo w ostatnim akapicie. :v]

    Georgie

    OdpowiedzUsuń
  121. Cruciatus jest bardzo prostym zaklęciem.
    Kilka uderzeń serca. Narastająca wściekłość.
    James.
    Miał ochotę przywalić bratu, tak mocno, żeby przestał wreszcie pieprzyć głupoty. Ale usłyszał chlupot kroków. Ktoś wyszedł z domu.
    Wystarczy chcieć kogoś skrzywdzić.
    Zbyt wielka wściekłość. Dźwięk tych słów, ledwo słyszalnych pośród strug deszczu i głośnego bicia serc, zagłuszył kroki. James zapomniał nagle o tym, że ktoś się zbliża i najpewniej zobaczy, jak Albus od niego obrywa. Zamachnął się, jego pięść wylądowała na twarzy Albusa. Znowu. Poczuł się trochę lepiej. Ścisnął w dłoniach koszulkę Albusa i potrząsnął nim gwałtownie.
    - Wiesz, kogo mi jest żal, Albus?! CIEBIE! Bo nie potrafisz pojąć, że nie masz żadnego wpływu na to wszystko, co tak cię wkurza. Chciałbyś być bohaterem? Chciałbyś wyjść z cienia?!
    Zamachnął się jeszcze raz.
    I wtedy ktoś gwałtownie odciągnął go w tył. Zatoczył się, na chwilę zakręciło mu się w głowie, ale zaraz odzyskał ostrość widzenia. Spojrzał w bok, na ojca, który przyglądał mu się z rozczarowaniem w oczach. Och, jak nienawidził tego spojrzenia.
    - Słychać was w domu. - odezwał się Harry ledwo słyszalnym głosem. - Obudziliście Lily.
    James przetarł mokrą i ubłoconą twarz, rzucając wściekłe spojrzenie Albusowi. Brat nie wyglądał wcale lepiej, również był posiniaczony, a poprzedni cios zostawił duży ślad na jego policzku.

    OdpowiedzUsuń

  122. James dawno przestał się przejmować tym, co tej nocy wykrzyczał mu w twarz Albus. Wielki bohaer, Wybraniec Harry Potter... Przez jakiś czas James czuł się przytłoczony tym, że nigdy, przenigdy nie wyjdzie z cienia największej legendy minionego wieku. Sława jego ojca, i matki, i całej rodziny, zrzucała na jego barki zbyt wiele obowiązków. W końcu zorientował się, że wcale nie musi ich wypełniać. To były tylko głupie oczekiwania, które mógł olać. Więc przestał być tym, kim powinien być według całej reszty świata, i pozostał sobą. Czasami nawet nie był taki zły. Poza tym, nie chciał wychodzić z cienia ojca - zauważył, że o wiele lepiej można się bawić w ukryciu. Światła reflektorów wszystko psuły.
    Nawet przestał go obchodzić fakt, że Albus jest wężoustym. Nie było to przecież coś, co jego brat mógł sobie wybrać, kiedy się urodził. Najbardziej bolało Jamesa to, że Albus wybierał łatwą drogę i nawet nie chciał się wytłumaczyć. A jak wreszcie ze sobą porozmawiali, doszło do rękoczynów. Na dodatek ojciec się wpieprzył, jakby kiedykolwiek obchodziło go to, co z nimi związane. W tym jednym Albus miał rację - Harry nigdy im nic nie mówił. Spokrewnieni z Tomem Riddle? O tym James w życiu nie słyszał. I szczerze wątpił, by było to prawdą. Ale jednak nie dawało mu to spokoju.
    Ojciec zaczekał w drzwiach, aż bracia wejdą do domu, i gestem pokazał im, żeby poszli do kuchni. Oboje chyba nie mieli siły na sprzeczki, bo wypełnili rozkaz. Usiedli wszyscy trzej przy stole i zapadła cisza. James patrzył na ojca, czekając na jego ruch.
    - Co to znaczy, że jesteśmy spokrewnieni z Tomem Riddlem? - zapytał w końcu, nie mogąc znieść panującej w pomieszczeniu niezdrowej ciszy.
    Harry uniósł gwałtownie głowę, a jego oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy.
    - Co?
    - Albus tak powiedział. Albus powiedział, że jesteśmy z nim spokrewnieni. Chcę wiedzieć, o co chodzi. Czy to prawda? To dlatego on jest wężousty? - wskazał ruchem głowy na brata. - Dlatego? Odpowiedz mi!
    Uderzył pięścią w blat stołu. Zdecydowanie ujawniało się teraz, kto jest najmniej cierpliwy z całej trójki. James nie lubił czekać. Nienawidził czekać.

    niecierpliwy James

    OdpowiedzUsuń
  123. Georgina starała się nie myśleć o bitwie, nawet jeśli zbytnio podczas niej nie ucierpiała ─ o wiele bardziej bolał ją widok ciężko rannych lub umierających znajomych, niż rozcięte ramię i krwawiąca warga. Można by pomyśleć, że jako córka sekretarza ministra magii powinna znaleźć się w gronie uczniów będących na tym samym celowniku, co potomkowie członków Zakonu, ale jednak z jakiegoś powodu ona i jej brat Dylan nie okazali się tak Mrocznym potrzebni. I bardzo dobrze. Jeśli był jakiś sposób, w który szczególnie nie chciałaby umrzeć, z pewnością było to zamordowanie przez bandę idiotów, którzy uważali, że dzieci winne są zbrodni rodziców.

    ─ Nic dziwnego, za kilka dni Walentynki, więc wszyscy dostają szaleju ─ zakpiła, drapiąc się po nosie.

    To było naprawdę żałosne, że wystarczyło święto pełne czekolady i serduszek, aby nie tylko dziewczęta, ale również chłopcy, zupełnie tracili zmysły. Prawda, że miło byłoby spędzić czternastego lutego z kimś ukochanym, ale takie liczenie na nagłe pojawienie się cichego wielbiciela było co najmniej... smutne.

    Na pytanie o godzinę jakby nieco się spięła, ponieważ szybko wyciągnęła z szaty staromodny, kieszonkowy zegarek, który dostała od ojca na piętnaste urodziny. Wskazywał trzydzieści minut po dwudziestej drugiej.

    ─ Od pół godziny powinniśmy być w lochach! ─ Chwyciła go za rękaw i szarpnęła lekko. ─ Albusie, wracajmy, nie zamierzam dostać szlabanu za złamanie tak idiotycznej zasady.

    To wcale, wcale nie była sugestia, że jak już ma łamać regulamin, to porządnie...

    OdpowiedzUsuń
  124. [To chyba musimy w takim razie nad czymś pomyśleć :)]
    Aris

    OdpowiedzUsuń
  125. Sama nie wiedziała, jakiej odpowiedzi się spodziewała. Coś cały czas jej podpowiadało, że jakaś dziwna siła włada jego sercem, że się zmienił odkąd go poznała po raz pierwszy. Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego myślała, że jest inaczej. Kiedy dopowiedział, że Clemence gdzieś zniknęła, wrócił do niej obraz Felixa. Pustego, nieswojego, ale przede wszystkim niespokojnego. Takiego go właśnie widziała ostatnim razem. Zaraz po tym zniknął bez śladu, nie zostawiając nic, oprócz wspomnień. Martine potrafiła godzinami myśleć nad tym, czy gdyby udało jej się wtedy z nim porozmawiać, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Od tygodni myśl, że przyczyniła się do jego zniknięcia, nawiedzała ją praktycznie w każdej sekundzie. Teraz znowu wróciła wraz z wyznaniem Albusa. Co musiał teraz czuć? Czy zadawał sobie miliony pytań? Czy próbował wmówić sobie, że to wszystko jego wina? Czy każdą wolną sekundę przeznaczał na znalezienie potrzebnych odpowiedzi? Jeśli tak, to nic ich nie różniło. Byli do siebie bardziej podobni, niż mogliby przypuszczać.
    Martine pozwoliła sobie na lekki uśmiech. Złapała dłoń Albusa, tak jakby chciała go wesprzeć. Ścisnęła lekko, próbując mu przekazać, że wie jak to jest. Kiedy nadszedł moment na jej pytanie, cofnęła dłoń i zbiła w pięść. Była zła na świat. Na to, że tyle przykrości spotyka ludzi, którzy nie są ich warci. Kiedy Al zadał swoje pytanie, westchnęła pod nosem i przybrała pozę myśliciela w najśmieszniejszy sposób, na jaki było ją stać. Po chwili zastanowienia uśmiechnęła się i zaczęła mówić:
    — Zacznę od najlepszej. Oczywiście było wiele cudownych chwil w moim życiu, ale wiele z nich przy okazji były smutne. — Miała między innymi na myśli tajemniczy pocałunek Felixa, tuż po tym jak dowiedziała się, że chłopak jest animagiem. Pokłócili się wtedy i straciła kontakt z Felixem na kilka tygodni. — Tak więc… Najlepszą chwilą była ta, kiedy ojciec zabrał mnie na koncert Fatalnych Jędz. Nigdy ich nie lubiłam i chociaż miałam tylko osiem lat, to było to coś cudownego. Bawiliśmy się najlepiej na świecie, przedrzeźniając wokalistę. Wtedy jeszcze dogadywałam się z rodzicami. Mama przyjechała po nas po zakończeniu i poszliśmy na lody o trzeciej rano. Dałabym wszystko, żeby znowu było tak jak wtedy… — Dokończyła i uśmiechnęła się na dłużej. Nie chciała tak szybko psuć tej chwili, mówiąc o najgorszej chwili. — No dobrze, a najgorszą… — Miała zamiar powiedzieć o rozstaniu z Felixem. Ale momentalnie zmieniła zdanie, przypominając sobie dzień, w którym runął jej świat. — Pierwszy wyjazd do Hogwartu. Pożegnanie z rodzicami na dworcu. Dałabym wszystko, żeby o tym zapomnieć, albo żeby nic takiego się kiedyś nie wydarzyło. Wtedy wszystko zaczęło się psuć. — Kiwała głową, jakby chciała jeszcze bardziej utwierdzić się w swoich słowach. — Moja kolej… Rzecz, której wstydzisz się najbardziej na świecie – powiedziała, próbując przywołać uśmiech na twarz.
    Wiedziała, że to jak się zachowuje, co czuje i jak się wypowiada wpływa na humor Ala. Zauważyła to podczas jednego z pierwszych spotkań, na których rozmawiali ze sobą jak prawdziwi przyjaciele. Bolało ją to, że tak się przejmuje, ale nie potrafiła reagować inaczej. Nie umiała powściągnąć emocji, zamknąć buzi na kłódkę i udawać, że wszystko w porządku. Mierziło ją tylko to, że przy tym wszystkim cierpiał też Albus, a była to ostatnia rzecz jakiej chciała.
    Martynka!

    OdpowiedzUsuń
  126. Chociaż James zawsze miał Harry'emu bardzo wiele za złe i nie potrafił wybaczyć mu niektórych rzeczy, nie uważał swojego ojca za złego człowieka. Wiedział, co magiczny świat mu zawdzięczał, i w sumie gdzieś głęboko go nawet podziwiał. Bo Harry rzeczywiście był bohaterem, nie dało się temu zaprzeczyć. Nawet jeśli według Jamesa bohaterstwo było nudne i przereklamowane, nie można było odmówić Harry'emu tego tytułu.
    Jednak w tym momencie Harry stracił dużo w oczach Jamesa. Cały świat miał go za tak odważnego... A on stchórzył. Może i umiał znaleźć w sobie na tyle odwagi, by stawić czoło najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi ostatnich czasów, ale nie potrafił powiedzieć prawdy. A to czasami największa odwaga, na jaką człowiek może się zdobyć.
    - Uznałeś, że ten fakt nie jest aż tak ważny, żeby nam o nim powiedzieć? - James zmrużył oczy, wpatrując się intensywnie w ojca. - Kto by pomyślał. Bohater stchórzył.
    Zerknął na brata, i przez chwilę poczuł coś na rodzaj braterskiej solidarności, ale zaraz przypomniał sobie, co Albus wyprawia z czarną magią. Zaskoczyło go, że w tym pomieszczeniu nie było ani jednej osoby, której ufałby w stu procentach. A przecież to była jego rodzina.
    - Jesteście siebie warci. Wielki bohater i jego mroczny synek. Tylko kim ja jestem? Tym palantem, który siedzi z boku i ciągle jest okłamywany? - zaśmiał się bez cienia wesołości, wstając gwałtownie od stołu.
    Dopiero teraz był naprawdę wściekły. Wściekłość rozsadzała go od środka. Ale już nie miał ochoty na bójkę. Teraz pragnął jedynie odpowiedzi, i chciał zranić ojca tak bardzo, jak on zranił jego. Bo nawet jeśli pokrewieństwo z Voldemortem nie oznaczało nic wielkiego dla Jamesa, była to jednak dość ważna kwestia, a jednak nikt mu nigdy tego nie powiedział. Co jeszcze ukrywał jego ojciec? Co jeszcze ukrywał Albus?

    [przepraszam, że dopiero teraz! wybacz <3]
    James

    OdpowiedzUsuń
  127. [Powiem tak – kto pierwszy, ten lepszy, więc Cressida może być zauroczeniem dla Albusa – nie widzę żadnych przeszkód. To będzie ciekawe połączenie. Może po części na kontrast ze względu na historię ich rodzin w wojnach czarodziejów. Co do samej ich znajomości... Powiedz mi czy Albus jest takim bardziej samotnikiem czy jednak mógłby śmiało znajdować się w tej niepokornej grupie uczniów, którzy wyskakują na te nieoficjalne ogniska (w tym przypadku łatwiej byłoby mi ich połączyć, ale niczego nie narzucam – kwestia wolna)? I prawie bym zapomniała – Cressida ma wiedzieć o zauroczeniu Ala czy nie? Jeśli miałabyś już gotowy zamysł na wątek to mogłabym zacząć, żeby się trochę pannę Rosier wczuć i pewnie z wymyślaniem w początkowej fazie prowadzenia postaci może być u mnie nie najlepiej.
    Mój faworyt w The 100 to akurat Bell, ale jeśli chodzi o Raven to jest badassem i to się chwali ;>]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  128. [Tak mi się właśnie wydawało, więc czekałam tylko na odpowiedź, bo właśnie wypiłam kawę i już tak mniej więcej wskakuję w tryb kreatywnego myślenia. Mam dwie propozycje jak można ich połączyć i będą różne, ale poprawiaj w nich co chcesz, łącz lub dodawaj do nich co, by Ci najbardziej odpowiadało:
    1. Zacznijmy od tego, że znają się niemalże od zawsze. Przypuszczalnie Cressida wiedziałaby o istnieniu Albusa jeszcze zanim on wiedziałby o jej. Chodzi mi tutaj o to, że przyjmuję, że ród Rosierów pielęgnuje swoją historię i przekazuje z pokolenia na pokolenie, więc od najmłodszych lat młoda potomkini wiedziałaby i o wojnach i o przegranych i o zwycięzcach. Oczywiście nie miało to wpływów na zmianę poglądów o czystości krwi i mugolakach. W związku z tym Cressida podchodziłaby do pana Potter ze sporym dystansem. Nie wiem jaki miałby do niej stosunek i to zostawiam w Twoich rękach. Czasami mogłaby bywać wredna albo niemiła – od najmłodszych lat nie ma zbyt wyparzonego języka, ale przy profesorach zachować się potrafi. Mogli się do siebie zbliżyć dość nieoczekiwanie, bo w rzeczy samej – zainteresowałaby ją czarna magia i może natknęłaby się kiedyś na Ala, który używa mowy węży. Po tym czasie mogłaby zacząć się nim interesować i zakończyć ten etap zdystansowania. Nagle znaleźliby gdzieś tę nić porozumienia i od którejś tam klasy (może być to etap tuż po oddaniu przez nią odznaki prefekta, wtedy zdecydowanie mniej interesowałoby ją zdanie ojca i tego, że zwycięzcy są gorsi niż Rosierowie) mogliby się rzeczywiście ze sobą zaprzyjaźnić, ale od czasu do czasu mogą się przekomarzać, żeby nie było nudno. Tutaj zauroczenie wyszłoby raczej naturalnie i możliwe, że Averyll nie byłaby tego w ogóle świadoma. Chyba że Albus kiedyś zrobiłby coś co, by go zdradziło, a ją po prostu uświadomiło.
    2. Tutaj będzie inaczej. W dalszym ciągu się znają, bo i motyw z rodem zostaje niezmienny. Byliby znajomymi z klasy, którzy jakoś nigdy wcześniej nie mieli ze sobą nic wspólnego, chyba że wypadłoby na wspólną pracę domową. W tym momencie te ogniska byłyby organizowane na V roku, kiedy oddała odznaczenie prefekta i zaczęła robić śmiało na złość własnemu ojcu. Wcześniej też się to pojawiało w postaci delikatnego mugoloznawstwa, ale zdecydowanie nabrało to na mocy tuż po powrocie z ówczesnej przerwy świątecznej. Możemy dorzucić do tego to, że raz czy dwa wlepiła mu szlaban, będąc jeszcze prefektem. Później Albus zostałby zaproszony na jedno z takich ognisk w taki zupełnie przypadkowy sposób i bliżej poznałby się z Cressidą, dodając do tego zakrapienie takiej imprezy, byłaby bardzo wesoła i otwarta. Tutaj mogło dojść do jakiegoś zbliżenia lub nie. Niemniej od tamtej pory sama Rosier zaczęłaby się normalnie kolegować się z Alem, potem przeszłoby to w solidną przyjaźń, która niby początkowo zostałaby zawiązana z jej strony na złość staruszkowi, ale to byłoby całkiem ulotne, bo Cressida/Averyll ceni sobie ponad wszystko silniejsze relacje (innymi słowy – nie będzie w tym po takim czasie drugiego dna). W tym przypadku mogłaby się domyślać albo mieć świadomość, że Al czuje do niej przysłowiową miętę.
    3. Trójeczka, jeśli Ty wymyśliłaś coś o wiele lepszego c:]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  129. [Okay, wszystko mi pasuje. Co do wężoustwa to wolisz, aby Al jej o tym powiedział czy ewentualnie miałaby być świadkiem tego podczas bitwy o Hogwart z Mrocznymi?
    Wpisuję to na początku, bo nigdzie indziej mi nie pasuje – chciałabyś zacząć czy ten zaszczyt przypadnie mnie? Dla mnie to bez różnicy, bo i tak podrzucam punkty Ślizgonom, z tym, że zaczęłabym gdzieś w nocy. Chyba że wcisnę Cię w kolejkę. Teraz przechodząc do wątku – w obu przypadkach będzie na pewno niezręcznie. Kwestię tego czy Albus wygada się z uczuciami do Cressidy czy po prostu spróbuje ją pocałować – zostawiam w Twoich rękach. Co do samej imprezy mogę zaproponować następujące miejsce i okoliczności na akcję:
    1. Wygrana Ślizgonów w meczu Quidditcha to odpowiedni moment na świętowanie. Akcja najpewniej ulokowana w lochach, niekoniecznie zamknięta tylko na Pokoju Wspólnym Slytherinu. Co więcej wszędzie panowałaby taka pełna radości i podekscytowania atmosfera, a w ruch na pewno poszłaby ognista czy chociażby ślizgoński bimber Griffina.
    2. Możemy również cofnąć się trochę wstecz, kiedy to Cressida urządziła największą domówkę jaką widziała posiadłość Rosierów, gdzie zaprosiła połowę szkoły co najmniej. Ona również byłaby ładnie zakrapiana i prawie wszędzie kręciłyby się, więc nie trudno byłoby znaleźć jakieś miejsce z dala od, bawiących się ludzi.
    3. Nie wiem czy Al dałby się namówić jej na kolejny wypad na takie zakrapiane ognisko, ale to już zostawiam do ewentualnego odrzucenia lub zatwierdzenia.]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  130. [To nam coś zacznę dzisiaj w nocy lub nad ranem. Akcja będzie toczyć się w posiadłości Rosierów. Biedny ten Albus rzucony na głęboką wodę, kiedy to nie czuje się w takich klimatach zbyt wygodnie :D
    Z wężoustwem możemy zrobić tak, że była świadkiem takiego zajścia podczas bitwy i tak, by to wyglądało, ale mogłaby uznać, że to tylko jej się wydawało, a utwierdziłoby się tym, że to jednak prawda przy tym wędrownym wężu na błoniach, kiedy szukałaby Albusa.]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  131. Wojna z panem Rosierem zaczynała się bardzo niewinnie – od pierwszych odmów, przewracania oczami czy zapisania na mugoloznawstwo. Nie miała ojcu za złe tego jaki był. Szkopuł leżał w jego postępowaniu, który samej Cressidzie nie odpowiadał ani trochę. Dopiero z czasem zaczęła mu się naturalnie przeciwstawiać. To nie tak, że gardziła wartościami rodzinnymi, wręcz przeciwnie – ceniła je. Narastający konflikt z rodzicami wpływał jedynie na oziębienie relacji na linii córka-rodzic. W tej wojnie ktoś musiałby ustąpić, żeby została zażegnana. Nie było za to złotego środka ani realnego pola do wywalczenia kompromisu. Dla pozostałej części rodziny Cressida wciąż prezentowała się niczym wzór, chociaż sama informacja o oddaniu odznaki prefekta było pierwszą znaczną rysą, która została przyjęta z ogromnym zdumieniem, niezadowoleniem i rozczarowaniem. Nie musiała przynajmniej znosić karcących i krytycznych spojrzeń kiedy znajdowała się z daleka od domu – w Hogwarcie. I tak pewnie nazwałaby nastrój w posiadłości państwa Rosier jako konduktem pogrzebowym, któremu towarzyszyłoby grobowe milczenie, mające wzbudzić w niej poczucie winy i wyrzuty sumienia.
    Oddanie odznaki było dopiero początkiem... Wstępem do nielegalnych wycieczek do Zakazanego Lasu, zakrapianych ognisk i zaprzestaniu spełniania oczekiwań innych w takim stopniu jak, by tego oczekiwano. Nie miało to jednak większego wpływu na jej stopnie. Nie można również zapomnieć o tym, że wyegzekwowała w przypadku najbliższych znajomych i przyjaciół, by zwracali się do niej drugim imieniem.
    V rok dobiegł końca i rozpoczęły się wakacje, których Cressida nie zamierzała spędzić w zamkniętych ścianach. Większość czasu pochłonęły rozjazdy. Kiedy po tym czasie wróciła do posiadłości, która wydawała jej się nadzwyczaj cicha i posępna. W jej głowie nagle pojawił się pomysł, który pan Rosier zabiłby w zarodku, gdyby tylko się o tym dowiedział. Wraz z małżonką był w delegacji, a im mniej wiedział, tym lepiej spał.
    Urządzenie głośnej imprezy w posiadłości Rosierów było istnym szaleństwem. Rozesłanie wiadomości z dopiskiem o przynoszeniu wszystkiego czego dusza zapragnie do niemalże połowy szkoły nie było niczym trudnym. O wyznaczonej porze – a i nawet po – pojawiali się uczniowie i tegoroczni absolwenci Szkoły i Czarodziejstwa w Hogwarcie. To czego na domówkach zabraknąć nie może to dobre jedzenie, głośna muzyka i rzeka alkoholu. Nikt nie doliczyłby się tych Ognistych, które szły w ruch przy polewaniu kolejnych kolejek. To samo tyczyłoby się dostarczonych przez grupę kolegów Cress tych wszystkich butelek Starych Towarzyskich Gampów. Gdzieniegdzie można było doszukać się rumu porzeczkowego, a nawet wino skrzatów produkowane w piwnicy posiadłości przez skrzata domowego Rosierów. Nie pamiętała właściwie kiedy impreza rozwinęła się w najlepsze. W środku sporego salonu w rytm muzyki tańczyły i pary i grupy złożone z pojedynczych osób. Gdzieś w kącie grano w Esplodującego Durnia. Dwójka Ślizgonów wykłócała się o to, że Fatalne Jędze są zespołem wszechczasów, a nie Hobogoliny, których wokalista zmarł po trafieniu rzepą w ucho w trakcie koncertu. Podążyła jednak śladem osób, które masowo wybywały na zewnątrz. Cress zobaczyła, że w trakcie totalnego rozluźnienia i upojenia alkoholowego, bawili się niczym paroletnie dzieci w berka lub chowanego. Czasem trudno było pojąć umysłem co i gdzie się tak właściwie działo.
    Po dłuższej chwili przyglądania się śmiejących się wesoło i krzyczącym od czasu do czasu, bawiącym się na zewnątrz cofnęła się do środka. Solidne drzwi nadal zostały otwarte, a Cress doszła do wniosku, że to chyba odpowiedni moment na to, aby upewnić się gdzie znajduje się jej najlepszy przyjaciel – Albus. Nie spodziewała się, że się pojawi, a jednak mile ją zaskoczył. Nieoczekiwanie jednak na kogoś wpadła. Cressida odruchowo cofnęła się w tył.
    – Hej Al, właśnie cię szukałam. – przywitała się z lekkim uśmiechem.


    [Może najlepszej jakości ten początek nie jest, ale będzie lepiej.]

    Cressida

    OdpowiedzUsuń
  132. - Głupie pytanie, Albusie – skwitowała Solene. – Ty znasz historię swoich imienników i inni ją znają, a ludzie zawsze będą gadać. Dla mnie po prostu jesteś świetnym kompanem – blondynka wzruszyła ramionami, jakby powiedziała najzwyklejszą rzecz pod słońcem. Pytanie nie odzwierciedlało jej zdania, a raczej zdanie całego świata magicznego. Ona widziała w Albusie Potterze ucznia Hogwartu i własnego przyjaciela, z którym mogła podzielić się własnymi przemyśleniami i odkryciami. Imiona nie miały dla niej większego znaczenia, bo najzwyczajniej był zupełnie inną osobą, niż jego imiennicy. W dodatku rozmawiała z nim, a nie z jego sławnymi rodzicami. Był zupełnie osobną jednostką - racjonalnie i samodzielnie myślącą. – Tak, jestem Krukonką i wykazuje nieskończone pokłady mądrości. Dlatego musimy skręcić w lewo, a nie iść prosto, bo trafimy na akromatule, a tego chyba nie chcemy – uśmiechnęła się dumnie. Trochę znała Zakazany Las, a wolała uczyć się na błędach swoich poprzedników, niżeli w panice uciekać przed wielkimi pająkami. Fu! – I świecę przykładem, Albusie. W końcu jestem prefektem – ciągnęła dalej, gdy przechodzili przez opadły konar, który jeszcze tydzień temu stał po prawej stronie, sprawiając wrażenie mocnego i stabilnego drzewa. – Ale lampy nie świecą bez przerwy, prawda? Im też trzeba dać odpocząć – dodała wesolutka, by w końcu zaświecić własną różdżkę, bo zaczynało robić się prawie zupełnie czarno przed jej własnymi oczami. Atmosfera, chociaż między dwójką była dosyć luźna, to jednak wokół zaczęło robić się dosyć nieprzyjemnie. Drzewa zaczynały niepokojąco gapić się na nich, a sama ziemia, jakby drżała z każdym ich krokiem, dając do zrozumienia, że to najwyższy moment, by zawrócić. – O! A tu, w tym miejscu możesz pomóc mi zejść, bo sama nie dam rady – wskazała na sporych rozmiarów ścięty kawałek górki, który kończył się tuż przed ich stopami.

    el Sol

    OdpowiedzUsuń
  133. [właśnie ja też myślę i myślę. przeczytałam Twoją notkę z III wojny i tak mnie naszło, żeby może przenieść wątek w tamte okolice? z pewnością będzie łatwiej wpleść i akcję i dramat. :D co o tym sądzisz?]

    siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  134. [Mnie sypanie pomysłami niestety też nigdy nie wychodziło :v Może łatwiej byłoby zacząć od jakiegoś powiązania, ewentualnie poczekać na przypływ weny :)]
    aris

    OdpowiedzUsuń
  135. [Osoby jego płci bardziej go interesują c;]
    aris

    OdpowiedzUsuń
  136. [Pewnie, że byłby chętny :D A ja za to chętnie poznam szczegóły tego wprowadzania c:]

    OdpowiedzUsuń
  137. [Tylko nie wiem co zrobić z tym zakochaniem, bo aktualnie stanowisko arisowej miłości jest zaklepane, a nie chce za bardzo komplikować :v Dramy też lubię, więc możemy w związku z tym trochę zmodyfikować początek, może cofając się na chwilę do Hogwartu, kiedy A. był wolny i nic nie stało na przeszkodzie, by trochę pokręcił się wokół Pottera. W sumie to chodzi mi po głowie coś w rodzaju prowokacji; Jeśli Al żałowałby tego pocałunku z chłopakiem, a Aris jakimś sposobem się o nim dowiedział, mógłby ot tak, w ramach rozrywki postanowić udowodnić mu, że to musiało coś znaczyć etc, może Ty masz jakiś pomysł na mały dramacik, jakby to ciekawie poprowadzić :D]

    OdpowiedzUsuń
  138. [Dobra, także ten.. stwierdziłam, że z męskimi postaciami zawsze jakoś łatwiej mi wychodzi wątkowanie, świta mi w głowie pomysł relacji, którą w sumie Bellamy miał mieć z jedną z postaci, ale zwinęła się ona z bloga i teraz mi kogoś takiego tutaj bardzo brakuje. Myślałam o zrobieniu z nich przyjaciół, partnerów w zbrodni. W karcie Bella jest wspomniany pewien ślizgon, jedyna osobą, z którą skontaktował się po zniknięciu. Może by Albus był tą osóbką? W sensie - byli przyjaciółmi, Albus traktowałby go troszeczkę jak osobę, którą trzeba chronić, pomimo tego, że Bell był od niego starszy. Wiedziałby o jego tajemnicy, bo Bell mógł poczuć, że może mu zaufać. Po jego zniknięciu wszystko się posypało i teraz, kiedy wrócił jest kimś zupełnie innym, Al czuje się urażony przez jego zachowanie i udawanie, że nic się nie stało, ocierające się o ignorowanie młodego Pottera. Co do samej fabuły, mogę jeszcze pokminić, ale najpierw musiałabym wiedzieć, czy masz w ogóle ochotę pójść w taką relację ;D]

    Bellek

    OdpowiedzUsuń
  139. [Właściwie to wolałabym na czymś innym, bo temat wyrzucenia ze szkoły już mi się ciągnie przez kilka wątków i na dłuższą metę to może stać się mało interesujące. Ale: skoro są z tego samego rocznika, dzieli ich jedynie jedna klasa, to może jeśli nie masz konkretnie ustalone kto był tym chłopakiem, z którym Al się całował, to dałoby radę wrzucić Arisa w to miejsce? Po tym on próbowałby wzbudzać w Potterze te wątpliwości, pewnie głównie go przy tym denerwując, ale wszystko urwałoby się w chwili, w której opuścił Hogwart. Al mógby rozpocząć jakieś małe śledztwo w tej sprawie, jeśli założymy, że ten pocałunek dalej siedzi mu w głowie ale nie chciał tego przed nim przyznać, i koniec końców wpadliby na siebie w wiosce, kiedy Aris kompletnie stracił już zainteresowanie Potterem - i tu role się mogą odwrócić, jeśli ma być drama]

    aris

    OdpowiedzUsuń
  140. [Przepraszam, że dopiero teraz, ale jak tylko wróciłam do domu, to praktycznie od razu zasnęłam. Przybywam nadrobić! Co do samej fabułki, mam kilka luźnych pomysłów, które można jakoś połączyć, albo potraktować jako osobne.
    1. Odwrócenie ról i drama time. Cofamy się trochę w czasie do powrotu Bellamy'ego. Piękny dzień, ptaszki ćwierkają, chociaż nie... bo to zima. Łatewa. W oczach Albusa tak jak pisałam w poprzednim komentarzu Bellamy mógłby być ciamajdą i osobą, którą trzeba chronić, którą trzeba łapać, kiedy traci równowagę. Od powrotu Bell ignoruje Albusa przez własne widzimisię i ich pierwsze, prawdziwe spotkanie oko w oko mogłoby polegać na tym, że Bellamy, złapie upadającego Pottera i trochę z niego poszydzi. Albus zirytowany całą sytuacją, bezczelnością i ośmiomiesięcznym milczeniem Bellamy'ego, za wyjątkiem jednego listu z prośbą o sprawowanie opieki nad liskiem, może przyłożyć mu w twarz, a później... później się zobaczy jak się rozwinie.
    2. Księżniczka w opresjach. Bellamy lub Albus, to akurat do wyboru, mogą wdać się w nieprzyjemną sytuację w którymś z pubów w Hogsmeade. Patrząc na to od strony Bellamy'ego w roli supermana - Bell może sobie siedzieć przy jednym z mało widocznych stolików, z kapturem na głowie a'la Obieżyświat i obserwować spode łba cały pub. Niczego nieświadomy Albus mógłby wpaść w kłopoty, jakaś dyskusja, groźby, a Bell stanąłby w jego obronie i skopał dupy napastnikom Pottera. XD
    3. List. Albus może dostać pewnego dnia anonimową wiadomość z prośbą o spotkanie o jakiejś niebotycznej porze, w nieprzyjemnym miejscu. Na samo rozwinięcie jest zbyt wiele opcji, żeby je tu teraz wypisywać. Wszystko zależy od tego, jak by się potoczyło.
    Równie dobrze, można połączyć wszystko - list, kłótnię w gospodzie, ratunek przy upadku i oberwanie w mordę, ale wybieraj! XD Jeśli żadne z tych Ci nie podejdzie - pisz, będę myśleć dalej.
    Mam jednak nadzieję, że troszeczkę Ci zrekompensowałam to czekanie! :)]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  141. [E tam głupoty gadasz, jest okay! :3
    Imię w karcie już podmienione, Albusa pewnie niedługo wrzucę też do powiązań :3]

    Pomimo ujemnej temperatury i okropnie śliskich dróg, czarny jednoślad mknął po szosie, z minuty na minutę zbliżając się do obranego kilka godzin wstecz celu. Schylony nad kierownicą chłopak nie odczuwał zimna, dzięki pełnemu kombinezonowi i grubym rękawicom, które otrzymał w prezencie. Żaden czarodziej, patrząc na niego nie uznałby go za swojego. Osiem miesięcy podczas których pozbawiony był swojej różdżki odcisnęły na niego swojego rodzaju piętno i nawet jeśli przebywał w towarzystwie innych czarodziei, można było zauważyć, że do magii nabrał dziwnego dystansu, imając się jej tylko w wymagających tego sytuacjach.
    Motocykl zatrzymał się pod jedną z podejrzanych gospód, na obrzeżach Hogsmeade. Podtrzymując na jednej nodze ogromny ciężar jednośladu, Bellamy zgasił silnik i zdjął czarny kask. Wciskając go pod pachę, drugą nogą, opuścił boczną nóżkę motoru i wyciągając kluczyki ze stacyjki, zszedł z niego. Zdrętwiałe od długiej jazdy nogi cudem utrzymały jego ciężar. Sztywno pokonał drogę do drzwi Spalonej Wiedźmy. Widok wioski, w której spędzał sporo czasu, zanim jego nauka nie została przerwana, wywoływał ucisk w okolicach mostka. Ignorując to uczucie wszedł do środka i nie zwracając większej uwagi na barmankę, odnalazł spojrzeniem idealny stolik, znajdujący się w najbardziej zacienionej części pubu. Opadł na siedzenie, zupełnie nie przejmując się tym, że nie wygląda na zbyt stabilne. Jego myśli krążyły wokół zamku, a raczej wokół jednego z uczniów.
    Do siego czasu młody Potter był jedną z dwóch osób w Zamku, którym ufał. Na przekór przekonaniom, że Ślizgonów i Gryfonów nie ma prawa połączyć nic poza nienawiścią, dopuścił go na tyle blisko, że mógł nazywać go przyjacielem. Dlatego to właśnie do niego napisał, kiedy uświadomił sobie, że nie tak prędko wróci z Irlandii, to jego poprosił o opiekę nad Azylem. Widział, że Abigail zaczęłaby histeryzować, Albus z kolei, cóż, Albus miał nieco mocniejsze nerwy niż niesforna Puchonka.
    Był pewien, że kiedy tylko go zobaczy, poczuje wszechogarniającą go radość. Myślał, że coś w nim drgnie, jakby odnalazł dawno zagubiony element układanki. I faktycznie, kiedy znajoma postać wkroczyła do pubu, coś w nim drgnęło, ale ani troszkę nie przypominało tego, czego się spodziewał. Nerwy szarpnęły jego wnętrznościami, zupełnie wybijając jego myśli z rytmu, serce załomotało mu w piersi, a płuca jakby skurczyły się nagle tak, że przy każdym wdechu czuł ból. Bał się konfrontacji z Albusem Potterem. Bał się tego bardziej niż czegokolwiek, jednak wiedział, że nie może dać tego po sobie poznać.
    Z bezpiecznej odległości obserwował poczynania wysokiego bruneta, zastanawiając się, czy po rozmowie, która ich czeka będzie mógł jeszcze nazywać go przyjacielem. Nie był pewien nawet tego, czy między nimi dojdzie do jakiejkolwiek rozmowy.
    — Kochaniutki, będziesz siedział tak o suchym pysku? — usłyszał nad swoim ramieniem kobiecy głos. Niechętnie odrywając wzrok od Albusa, zadarł podbródek, napotkał spojrzenie młodej kobiety, najprawdopodobniej kelnerki.
    — Jestem na to skazany — rzucił beznamiętnie, wskazując dłonią kask i kluczyki. — Prowadzę. — Dodał i zacisnął zęby, próbując nie roześmiać się na widok miny kelnerki. No tak, przecież jeżdżenie motocyklem było tak bardzo niemagiczne.
    Kiedy odeszła odetchnął z ulgą, przenosząc spojrzenie na Albusa. Nie do końca wiedział, co powinien zrobić. Podejść i poklepać go po plecach z miną mówiącą „Dobrze cię widzieć, stary, kopę lat!”? Nie. To zdecydowanie nie powinno tak wyglądać. Musiał wymyślić coś lepszego.

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  142. Układał sobie w głowie scenariusz rozmowy z Albusem, zastanawiając się dokładnie nad tym, jakie słowa w tej sytuacji zabrzmiałyby najlepiej. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Al może nie potraktować go poważnie, a już na pewno nie przyjaźnie. Mimo wszystko, chciał w końcu porozumieć się z nim, może nie koniecznie wyjaśniać wszystko, ale na pewno porozmawiać i spróbować zamknąć rozdział zatytułowany „nagłe zniknięcie Bellamy'ego”. Zasługiwał na potężny cios w szczękę za ignorowanie swojego przyjaciela przez ostatnie dni od powrotu do Zamku, miał jednak nadzieję, że nie skończy się to tragicznie i w miejscu, w którym w tej chwili bezustannie był na językach, znajdzie chociaż jedną przyjazną duszyczkę, która będzie miała ochotę przechylić z nim butelkę ognistej, albo pośle karcące spojrzenie, gdy oświadczy, że ma zupełne gdzieś naukę.
    Od kiedy wrócił, często uciekał, by kilka wieczornych godzin spędzić na szosie, maksymalnie przekręcając manetkę gazu. Tylko prędkość dawała mu poczucie wolności, z którego zrezygnował, wracając do Hogwartu, by kontynuować naukę. Będąc poza Zamkiem mógł na chwilę zapomnieć o wszystkich plotkach, które tam krążą i w większości dotyczą jego. Przez kilka dni zdążył usłyszeć wiele teorii spiskowych związanych z jego zniknięciem i prawda była taka, że każda kolejna była bardziej idiotyczna.
    Wiedział, że Albus go zauważył, aczkolwiek nawet to nie skłoniło go to ruszenia się z miejsca i doprowadzenia do rozmowy, na której mu zależało. Tchórzył. Nadal nie wiedział, co powinien mu powiedzieć i to właśnie to było głównym czynnikiem pozbawiającym go jakiejkolwiek motywacji. W jakimś stopniu bał się też tego, że Al nie będzie nawet chciał go wysłuchać. Skupiony na swoich myślach, z opóźnieniem zarejestrował huk, który przeszedł przez pub. W pierwszym odruchu spojrzał na Albusa, mając nadzieję, że nie wplątał się w żadne kłopoty i zamarł, jakby na moment zatrzymując się w czasie, gdy uświadomił sobie, że młodszy chłopak wylądował na brudnej, drewnianej podłodze, ściągnięty przez rudowłosego osiłka.
    Scena rozgrywająca się przed jego oczami była idealną motywacją, do zerwania się ze swojego miejsca. W pośpiechu wrzucił kluczyki do kieszeni, pochwycił kask, a z kieszonki na piersi znajdującej się po wewnętrznej stronie kombinezonu, wyjął różdżkę, uznając tę sytuację za wymagającą środków specjalnych. Naprędce ocenił w jak beznadziejnym położeniu się znajduje, zliczając, że ma przed sobą dziewięciu przeciwników, w tym jednego, przykładającego różdżkę w dość wymownym geście, do twarzy Albusa.
    — Kurwa — mruknął, zaciskając długie palce na swojej różdżce z drzewa różanego i spokojnym krokiem zbliżył się do centrum zamieszania. Na początek musiał rozegrać to spokojnie, aby uniknąć pojedynku na prędkość rzucanych zaklęć. Poza tym, nawet jeśli Spalona Wiedźma nie była najpiękniejszym pubem, ktoś pewnie liczył na zysk z jej prowadzenia, nie chciał więc niszczyć nikomu miejsca pracy i szansy na zarobek.
    — Dziewięcioro osiłków, na jednego dzieciaka. — Odezwał się spokojnym, poważnym tonem, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. — Nie wydaje wam się, panowie, że to lekka przesada? — zagadnął, unosząc brew w pytającym geście. Rozejrzał się po twarzach zgromadzonych mężczyzn, usiłując wymyślić plan awaryjny, gdyby nie udało mu się na spokojnie tego rozegrać.
    Nie mógł zaatakować zaklęciem najbliżej stojącego oprawcy swojego przyjaciela, próba rozbrojenia go mogła źle się skończyć dla samego Albusa, ale gdyby… gdyby tylko udało mu się podejść na tyle blisko, by potraktować go kopnięciem i w międzyczasie spowodować jednym zaklęciem spięcie, na pewno dałby radę wyciągnąć z tego Albusa żywego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeden z mężczyzn prychnął, słysząc słowa Bellamy'ego. — Odezwał się dorosły. Nazywasz tego szczyla dzieciakiem, a sam wyglądasz, jakbyś dopiero skończył szesnaście lat.
      W takich sytuacjach Bell naprawdę przeklinał swój dziecinny wygląd. Pokonał kilka kolejnych kroków, by zbliżyć się do Albusa i tym samym do typka, trzymającego przy jego twarzy różdżkę. Coraz bardziej przekonywał się, że ten wieczór nie obędzie się bez przemocy, a adrenalina wezbrała podwójnie w jego żyłach, na samą myśl o uderzeniu rudzielca.

      Bellamy

      Usuń
    2. [Kiedy to pisałam, myśli wyprzedzały zapisywane słowa i ze "spięciem", chodziło o spowodowanie zwarcia, żeby wszystkie światła nagle zgasły XD]

      Usuń
  143. Zaciskając palce na różdżce, Bellamy szykował się do rozegrania akcji po swojemu. Myśli w jego głowie kotłowały się w zawrotnym tempie, adrenalina polepszyła działanie już i tak sprawnych zmysłów na tyle, że bez problemu ogarniał wzrokiem sytuację. Pragnął zapobiec najgorszemu, nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby Albusowi stało się coś, przez to, że poprosił go, aby tutaj przyszedł. Nie zdążył nawet odpowiedzieć opryszkowi, ponieważ Albus odezwał się głośno, zupełnie zbijając go z pantałyku. Przez chwilę nie miał pojęcia, o co mu chodzi, nie wiedział, co ten może knuć, postanowił jednak zaufać młodszemu koledze i potraktował jego słowa dosłownie. Pomimo, że tak długi czas nie miał swojej różdżki, nie zapomniał niczego, zapewne dzięki swojemu ojcu, który nie pozwolił mu siedzieć z założonymi rękoma podczas pobytu w Irlandii i zamiast tego, dostarczył mu księgi z zaklęciami.
    Serpensortia! — rzucił, machając w odpowiedni sposób różdżką, a węże, jeden za drugim pojawiały się na drewnianej, brudnej podłodze pubu.
    Wszystko działo się jakby w przyspieszonym tempie, mimo tego Bellamy nadążał za rozwojem wydarzeń na tyle, żeby zauważyć na początku prześmiewcze miny otaczających ich mężczyzn. W końcu jakim przeciwnikiem dla czarodziejów mogły być węże, nawet jeśli były duże, grube i… nieco przerażające?
    Prawda uderzyła w niego niczym piorun, powodując, że zastygł w bezruchu, wsłuchując się w niezrozumiałe dla niego syki, dobiegające z gardła Albusa. Wmurowało go w podłogę, kiedy zdał sobie sprawę, że jego przyjaciel prowadził właśnie pogawędkę z dziewięcioma, gigantycznymi pytonami, które jak jeden mąż rzuciły się na ich wroga. Wymierzając sobie mentalny policzek, sprowadził się z powrotem na ziemię, na chwilę zupełnie zapominając o umiejętności, jaką przejawiał Albus. Naprędce rzucił w stojącego niedaleko mężczyznę Rictusemprą, z nadzieją, że Potter poradzi sobie z rozproszonym rudym typkiem. Kolejnego potraktował zaklęciem Immobilus, a następnego, który pomimo trzymanej w dłoni różdżki, zbliżył się zbytnio do niego, co było idiotycznym pomysłem, uderzył w szczękę, na chwilę go oszałamiając. Przez kostki w jego dłoni przebiegł impuls bólu, nie przejął się tym nazbyt, wymierzając leżącemu na podłodze potężnego kopniaka w brzuch.
    Walka w pubie rozgorzała na dobre, Bellamy rzucał kolejne zaklęcia, błagając w duchu wszystkich istniejących bogów, aby udało im się wyjść z tego cało. Rozejrzał się dookoła, obliczając ich szansę. W jego umyśle pojawiał się kolejny plan, który tym razem miał zamiar zrealizować. Musiał tylko… zbliżyć się do Albusa, podejść najbliżej jak to możliwe, jednak dwóch osiłków, w tym jeden, któremu ofiarował kopniaka w brzuch, zagrodzili mu drogę do walczącego Pottera. Cyniczny uśmiech wykwitł na ustach Bellamy'ego, na widok stróżki krwi spływającej z wargi faceta.
    — Ktoś ładnie pokiereszował Ci twarzyczkę — rzucił, podjudzając przeciwnika. Nawet z tej odległości mógł zauważyć rozszerzające się nozdrza mężczyzny. — Kto to był? Ach, no tak, to byłem ja! Wybacz, twoja morda jest tak obleśna, że wyparłem ją z pamięci.
    Te słowa wystarczyły, by wysoki osiłek, zdenerwował się na tyle, aby unieść różdżkę i rzucić w Bella zaklęciem. Ten jednak poradził sobie, odbijając je bez najmniejszego problemu, niestety odsłonił się, a drugi posłał w jego kierunku kolejne, zdecydowanie gorsze.
    Ostatnie, co usłyszał, to słowa, których zawsze się bał, a później wszystko zlało się w jedno, mroczki pojawiły się przed jego oczami, w uszach zaczęło szumieć. Nigdy nie doświadczył na sobie Cruciatusa, teraz jednak rozumiał dlaczego należało do trzech zaklęć niewybaczalnych. Opadł na kolana, zaciskając z całej siły zęby. Nie pozwolił sobie na krzyk, jedynie głośny jęk wydobył się z jego gardła. Cały czas zaciskał palce na różdżce. Ból emanował z każdego nerwu, sprawiając wrażenie, jakby jego ciało płonęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy ból zelżał, wystarczyła zaledwie chwila, by pozbierał się choć odrobinę i rzucił w mężczyzn zaklęciem Expulso, które odepchnęło ich na kilka metrów, jednym z nich ciskając o ścianę, drugim o bar. Dysząc głośno wstał i starając się utrzymać równowagę na drżących nogach, w kilku krokach pokonał odległość dzielącą go od Albusa, uprzednio zgarniając z podłogi swój kask. Pochwycił jego nadgarstek i skupił się, a coś szarpnęło jego żołądkiem, gdy teleportował się na zewnątrz pubu. Nie mógł w końcu zostawić tutaj swojego motoru.
      — Wsiadaj, szybko — odezwał się tylko, wciskając kask w ręce Pottera i przerzucając nogę przez siodełko czarnego ścigacza. — Zanim się zorientują, że jesteśmy tak blisko — Włożył kluczyki w stacyjkę, czekając na reakcję Albusa.

      Bellamy

      Usuń
  144. Nie miał pojęcia, co działo się z Albusem, jednak w tej chwili martwienie się o niego nie było dla Bellamy'ego priorytetem. Najpierw musieli uciec najdalej od nieszczęsnego pubu, w którym nadal znajdowali się ich oprawcy. Przechylił się lekko w bok, nogą zwalniając nóżkę i odpalił silnik motoru. Wrzucając pierwszy bieg, przekręcił manetkę z gazem, przez co tylna opona zmłóciła nierówne, błotniste podłoże, zakopując się w nim, w ułamku sekundy przednie koło poderwało się, a czarna maszyna wyprysnęła do przodu. Silny podmuch wiatru uderzył w twarz Bellamy'ego, na chwilę zamraczając mu widok. Zmrużył oczy, aby uchronić je przed nieprzyjemnym działaniem wiatru i skręcił w najbliższą ulicę. Nim się obejrzał, opuścili wioskę i kierowali się w bliżej nieokreślonym kierunku. Gdy tylko opony dotknęły szosy, Bellamy przyspieszył, skupiając się na drodze i silnym uścisku rąk Albusa na swoim brzuchu. Po jakimś czasie przypomniał sobie o istnieniu pewnego porzuconego domku i to właśnie tam się skierował.
    Nie wiedział jak długo jechali, jednak gdy tylko się zatrzymał, jego dłonie były skostniałe z zimna, ponieważ w ogólnym zamieszaniu i pośpiechu nie zdążył nawet założyć rękawiczek. Zaparkował pojazd obok starego, opuszczonego domku i zgasił silnik.
    — Zsiadaj, Albus — rzucił tylko, odchylając się do tyłu, by uświadomić młodszemu chłopakowi, że ich podróż się skończyła, przynajmniej na tę chwilę. Opuścił nogi na ziemię, utrzymując ciężar motoru własnym ciałem. Uniósł dłonie do twarz i złączając je, chuchnął, z zamiarem rozgrzania ich i przywrócenia palcom czucia. — Potter, jesteśmy na miejscu, zejdź proszę. — Odezwał się ponownie, bardziej ponaglająco. Sięgnął po kierownicę i przechylił delikatnie ciało, by wysunąć nóżkę, po czym sam, wyplątując się z uścisku przyjaciela, zszedł z motoru.
    Jego nogi były jak z waty, podszedł jednak do ganku starego domku i dobywając różdżki, otworzył drzwi zaklęciem. Nie oglądając się na przyjaciela, wszedł do środka, uprzednio nakazując końcówce swojej różdżki zapłonąć bladym światłem. Poza ogromną ilością kurzu i pajęczyn, domek nie był w najgorszym stanie i Bellamy doszedł do wniosku, że idealnie nadaje się do spędzenia w nim kilku godzin, ewentualnie całej nocy, by się rozgrzać i doprowadzić do stanu względnego funkcjonowania. Kilkoma zaklęciami oczyścił jedno z pomieszczeń, w którym stała stara, wyświechtana kanapa i kominek. Podłogi pokryte były warstwą kurzu, którego pozbył się naprędce, odkrywając obdrapane panele. Budynek wyglądał, jakby jego poprzedni właściciele porzucili nagle swoje życie w tym miejscu i uciekli, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jak ubrania. Na podłodze nadal leżało narąbane drewno, nad którym Sangster pochylił się, z zamiarem rozpalenia w kominku.
    Do jego umysłu bezustannie powracały wspomnienia sprzed kilkudziesięciu minut, czuł się beznadziejnie ze świadomością, że nie poradził sobie z przeciwnikiem i musiał uciekać niczym pies z podkulonym ogonem. Jego godność ucierpiała w pewien sposób, jednak w tej chwili bardziej liczyło się dla niego to, że wraz z Albusem wyszli z tego bez poważniejszych uszkodzeń. Na samą myśl o cruciatusie, po ciele Bellamy'ego biegły nieprzyjemne dreszcze, wywołując gęsią skórkę i powodując, że wszystkie włosy na jego ciele stawały dęba. Nadal czuł fale bólu przepływające przez swoje ciało. Z całych sił starał się pozbyć tych myśli i zająć się jak najlepszą organizacją miejsca odpoczynku. W skupieniu rozpalał ogień w kominku, a jedyną rzeczą, która wytrąciła go z owego stanu, był dźwięk kroków na skrzypiących panelach.

    Bell

    [Wybacz, Vee, że musiałaś tyle czekać i, że to u góry jest okropnie beznadziejne!]

    OdpowiedzUsuń
  145. Dla zwieńczenia pracy nad paleniskiem, posłał z końca różdżki w sam środek pojedynczy płomyk, który na moment zniknął wśród ułożonego drewna, po czym znienacka buchnął, ogarniając cały opał. Zadowolony z siebie, wyprostował się i odwrócił twarzą, do zbliżającego się w jego kierunku Albusa. Młodszy z Potterów był od niego odrobinę wyższy, ale Bellamy nigdy nie zwracał na to uwagi, a teraz, wyobrażając sobie Tristana, jednego z członków Benevolens Lupus, który przewyższał go o ponad głowę, różnica między nim, a Albusem zdawała się w ogóle nie istnieć. Przez chwilę chciał coś powiedzieć, zapytać o samopoczucie młodszego chłopaka, jednak nie zdążył nawet otworzyć ust, kiedy Albus wymierzył mu cios w twarz. Sangster zatoczył się do tyłu, unosząc jedną z dłoni do twarzy. Utrzymał jednak równowagę, drugą ręką chwytając wystającego gzymsu kominka.
    Ciśnienie jego krwi podniosło się, a żyły wypełniła czysta furia, pompując ją wprost do mózgu. Miał ochotę wydrzeć się na Albusa, zacisnął dłoń na gzymsie, zastanawiając się, czy powinien mu oddać. Wystarczyła zaledwie chwila, aby doszedł do wniosku, że to, iż uratował mu życie w Spalonej Wiedźmie, nie wymazywało wszystkich złych czynów, których się dopuścił. Zasłużył jeszcze na poprawkę z drugiej strony szczęki. Mimo wszystkich zmian, jakie w nim zaszły, był świadomy krzywdy, jaką wyrządził swoim przyjaciołom i rodzinie, wiedział, że wszyscy zamartwiali się o niego, podczas gdy on sam żył pełnią życia w Irlandzkich lasach.
    — Ulżyło Ci już? — warknął, odpychając się od gzymsu, dłonie wciskając do kieszeni, w swojego rodzaju poddańczym geście. — Zeszło Ci ciśnienie, Albus? — zapytał, pokonując dzielącą ich odległość i zadzierając delikatnie brodę, w wyzywającym geście. Nie mógł powstrzymać odruchów, które nabył, przebywając z młodymi członkami watahy ojca. — Jeśli wyżycie się na mnie potraktowałeś jako wyrażenie złości, bo nie poradziłeś sobie z tamtymi typkami, to gratuluję inteligencji, mały tchórzu. — Dodał, zanim ugryzł się w język, ale już po wypowiedzeniu ostatniego słowa zaczął tego żałować. — Gah, Albus, przepraszam, nie powinienem był tego mówić.
    Zrobiło mu się niesamowicie głupio. Wszystko było jego winą, to on poprosił Albusa o spotkanie, to on tchórzył, kiedy miał do niego podejść i to on pozwolił rzucić na siebie Cruciatusa, zamiast od razu uciec z obskurnego pubu. Uniósł dłonie do twarzy i na moment schował się za nimi, zastanawiając się nad tym, co do jasnej cholery robi ze swoim życiem? Kim się stał i dlaczego uważa się za lepszego, chociaż to on był prowodyrem wszystkich kłopotów, które ściągnął nie tylko na Albusa, ale na wszystkich swoich bliskich. Bojąc się spojrzeć na Pottera, zanurzył jedną z dłoni w czuprynie swoich jasnych włosów.
    — Przepraszam, że Cię w to wciągnąłem — powiedział, niepewnie przenosząc wzrok na twarz swojego towarzysza. — Przepraszam za wszystko, Al, za to, za zostawienie Cię na osiem miesięcy, za brak odzewu, za wszystko.
    W Hogwarcie Bellamy nie miał zbyt wielu przyjaciół i w zasadzie poza trzema relacjami, zapomniał o wszystkich, które łączyły go z innymi uczniami. Postanawiając ograniczyć się tylko do najbliższych, zignorował to, że ktoś mógł za nim tęsknić i pragnąć jego towarzystwa. A Albus należał do tej niewielkiej grupy, która była dla niego wszystkim i i ostatnim, czego pragnął, było wykreślenie go z tworzonej latami krótkiej listy przyjaciół.

    Bells

    OdpowiedzUsuń
  146. Stojąc przed Albusem, przez cały czas oczekiwał kolejnego ciosu, był niemalże święcie przekonany, że to nie było ostatnie uderzenie, które miał przyjąć tej nocy. Nie miał zamiaru ich unikać, nie czuł się pokrzywdzony, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na nie zasłużył. Czuł się jak laleczka wypruta z całej waty. Nie chciał wyjaśniać Albusowi wszystkiego. Ba! Nie mógł mu powiedzieć połowy rzeczy, które powinien. Równocześnie Potter był jedną z nielicznych osób, które zasługiwały na wyjaśnienia. W geście zdenerwowania przygryzł wewnętrzną stronę policzka. Wyminął Albusa i wciskając ręce w kieszenie kurtki przemaszerował przez pokój. Ostatnimi czasy głównie ruch sprawiał, że mógł myśleć trzeźwo. Nie odpowiedział na żadne pytanie Albusa, nie odniósł się do jego słów, starając się zebrać myśli.
    — Myślisz, że gdybym tylko mógł poświęcić choć trochę czasu na napisanie listu i odezwanie się do Ciebie, to bym tego nie zrobił? — odezwał się urażonym tonem. — Myślisz, że chciałem milczeć? — zadał kolejne pytanie, zatrzymując się na środku pomieszczenia i spoglądając na siedzącego w fotelu Albusa. — Gówno mogłem zrobić. — Warknął, rozkładając ręce w geście bezsilności. — Nie miałem różdżki, nie miałem sowy, a nawet jeśli bym je miał, nie mógłbym się z Tobą skontaktować. W Be… — Zamilkł, uświadamiając sobie, jak bliski był wypowiedzenia nazwy stowarzyszenia jego ojca. — W miejscu, w którym byłem nie ma możliwości komunikacji. Czary ochronne uniemożliwiały teleportację, nie było żadnych kominków, udało mi się tylko raz wykraść sowę i wysłać list, a raczej jego marną imitację. I do kogo go wysłałem, Al? Byłeś jedyną osobą, o której wtedy pomyślałem.
    O III Wojnie Czarodziejów dowiedział się zupełnym przypadkiem, jednak przez brak możliwości skontaktowania się z kimkolwiek nie był w stanie napisać do swoich bliskich. Wtedy spróbował uciec po raz pierwszy. Jednak próba ta spaliła na panewce, ponieważ członkowie watahy wcale nie byli głupi. Wyłącznie dzięki jednemu z wilkołaków, który pojawiał się w siedzibie Benevolens Lupus, udało mu się dowiedzieć, czy najważniejsze dla niego osoby są całe i zdrowe. Bellamy nie mógł sobie wybaczyć tego, że nie było go przy jego przyjaciołach, że nie było go przy Albusie, przy Abigail.
    — Ale ty żyjesz, twoje rodzeństwo też, Abigail i Milliesant są całe i zdrowe, a tylko to dla mnie się liczy. — W pewnym momencie zapragnął dodać do tej grupy jeszcze Scorpiusa, powstrzymał się jednak, doskonale wiedząc, że jego romans z młodym Malfoyem nie skończył się za dobrze i nie był miło wspominany. — Wiedziałem, że żyjecie, myślisz, że nie stanąłem na głowie, aby się tego dowiedzieć? A w czasie gdy ty walczyłeś o swoje życie tutaj, ja walczyłem o swoje gdzie indziej. Wojna dotarła nie tylko do Hogwartu, ja również widziałem jak umierają niewinni ludzie, ja również walczyłem z Mrocznymi.
    Nie miał pojęcia dlaczego mu to mówił. Bitwa w siedzibie Benevolens Lupus została zupełnie wymazana, jak gdyby nigdy jej nie było. Niewielki zastęp Mrocznych przedarł się przez czary ochronne watahy i wybił połowę jej członków.
    — Byłem w… — zamilkł ponownie, łapiąc się na tym, że chce powiedzieć „dom”. — Byłem z ojcem. — Powiedział tylko, wzruszając ramionami.
    Nieraz mówił Albusowi o nienawiści, jaką darzy własnego ojca. Winił tego mężczyznę o całe zło tego świata, przez niego nienawidził siebie, nienawidził tego, jak bardzo skrzywdził Camille, nienawidził tego, że spłodził kogoś takiego jak on sam. A teraz musiał wyznać Albusowi, że spędził osiem miesięcy ze swoim ojcem, mężczyzną, którego śmierć wyobrażał sobie na milion sposobów, w której główne skrzypce grał on sam, rzucając zaklęciem prosto w jego pierś.

    Bells

    OdpowiedzUsuń
  147. - Taa, najmądrzejszy i najcudowniejszy Potter się znalazł! - Warknęła na brata, jednocześnie obrzucając nienawistnym spojrzeniem Ala, który wystawił nos z pokoju. - Jesteś kretynem, James. Obaj jesteście do dupy. Dajcie mi spokój!
    Popchnęła chłopaka na ścianę, w biegu złapała czarny, długi płaszcz i wyszła, trzaskając drzwiami. Okrążyła dom dookoła. W pobliżu rosły wysokie krzaki; niewiele myśląc wślizgnęła się między nie i przykucnęła, by nie było jej widać. Domyślała się, że wkrótce ktoś zacznie jej szukać - rodzice i bracia nigdy nie pozwalali na chwilę wytchnienia, nie dawali odpocząć, odreagować. Cała rodzina, z racji tego, iż była najmłodsza z nich wszystkich, traktowała ją tak, jakby miała pięć czy sześć lat i nie była zdolna do podejmowania własnych decyzji. A ona chciałaby czasami tylko móc się wyciszyć. Nie rozmawiać z nikim i nie mieć na karku żadnego szpicla, kontrolującego jej poczynania.
    Odkąd wrócili do domu po bitwie, wszystko było inaczej.
    Prawdę powiedziawszy, dziwiło ją, że słońce nadal wschodzi tak, jak przedtem; że księżyc wciąż rozświetla mrok nocy; że drzewa zaczynają wypuszczać pierwsze pączki. Zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło, choć przecież zmieniło się wszystko.
    Czas jakby zwolnił.
    Wszystko się zatrzymało.
    Mój mózg się zatrzymał.
    Może to świat się skończył?
    A przynajmniej mój świat.

    Bracia w kółko na siebie warczeli. James zachowywał się, jakby pozjadał wszystkie rozumy, ciągle strofował młodsze rodzeństwo (zwłaszcza Ala) i w ogólnym zarysie był tak koszmarnie wyniosły, że Lily nieraz miała ochotę porządnie zdzielić go pięścią i przetrącić nos. Albus... Albus był nieobecny. Kiedy już spotykali się na korytarzu lub wspólnym posiłku, na które wciąż naiwnie nalegała matka, dziewczynka odnosiła wrażenie, iż tkwi w swoim świecie, którego fasady nie można naruszyć, gdyż wyszłaby z niego ukryta bestia. Gdy miewał przebłyski człowieczeństwa, próbował z nią porozmawiać, pukał do drzwi jej pokoju, ale nie dawała się zwieść. Wiedziała, że to chwilowe, że minie i że znów będzie tak samo. Więc milczała, udając, że pokornie znosi całą tą sytuację.
    Wsunęła dłoń do kieszeni i wyczuła pod palcami chłodny, sztywny karton. Przed bitwą, w jednym z ostatnich spokojnych dni, Shane namówił ją, by poszła z nim nieopodal Zakazanego Lasu, gdzie z bezczelnym uśmieszkiem zapalił papierosa i poczęstował dziewczynkę. Odmówiła, ale piętnastolatek wcisnął jej kilka na zapas, w razie sytuacji awaryjnej. Nadszedł odpowiedni moment; to z pewnością była stresująca, męcząca sytuacja awaryjna. Lily wyciągnęła paczkę z kieszeni i przyjrzała się jej uważnie w świetle księżyca. Z przodu opakowania widniał ozdobny napis MODERN WIZARD. Panienka Potter otworzyła kartonik, wyciągnęła jednego papierosa i przysunęła do nosa, mocno wciągając powietrze. Pachniał słodko, jakby czekoladą i był czarny, o matowym połysku. Lily wsunęła fajkę do ust, przypaliła jego koniec mugolską zapalniczką Shane'a i spróbowała się zaciągnąć. Niemal od razu złapał ją duszący kaszel. Zgięła się wpół i objęła ramionami, kiedy nagle zauważyła stojącego obok Albusa.
    - Czego?! - warknęła na brata, obrzucając go groźnym spojrzeniem. - Idź stąd, chcę być sama.
    Zebrała się w sobie, godnie prostując swoje półtora metra wzrostu i na oczach młodszego Pottera, prowokująco wsadziła papierosa w usta, po raz kolejny próbując się zaciągnąć. Jak im wolno się tak zachowywać, to mi też!

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  148. Wojna odcisnęła na Bellamym swoje piętno równie mocno, co na uczniach Hogwartu. Może on był zdecydowanie mniej zżyty z członkami Benevolens, niż wychowankowie magicznej szkoły ze sobą nawzajem , jednak patrzenie na watahę, walczącą na śmierć i życie stało się dla niego bolesnym wspomnieniem, które pragnął wymazać z pamięci. Chciał, żeby na samą myśl o siedzibie nie pojawiał się w jego oczach obraz płonących domków, oraz ziemi zasłanej zwłokami. Zacisnął powieki, próbując wyrzucić z głowy obraz, który mimowolnie się pojawił. Nienawidził tego wspomnienia, nienawidził tego, jak wielkie ofiary niosła za sobą wojna, nienawidził tego, że za każdym razem, gdy stawał przed lustrem nagi od pasa w górę, widział sporych rozmiarów bliznę na boku – jedną z pamiątek, które pozostawiła mu po sobie wojna.
    — Owszem, wróciłem i jest mi okropnie głupio, że nie przyszedłem do ciebie od razu, Al. — Powiedział gładko, patrząc w oczy swojego przyjaciela. Chciał, aby ten mu uwierzył, aby wyczuł swojego rodzaju wyrzuty sumienia, które go ogarniały. — Powinienem z tobą porozmawiać wcześniej, ale nie potrafiłem. Byłem tchórzem, bałem się, że nie będziesz chciał mieć ze mną nic do czynienia — wzruszył ramionami. — Może to idiotyczne, że omijałem cię szerokim łukiem z obawy przed odrzuceniem, ale wtedy w mojej głowie to miało sens. Teraz go tam nie widzę. — Nigdy nie miał problemów z przyznawaniem się do winy, pod warunkiem, że faktycznie czuł, że zawinił. W tym wypadku Albus nie zrobił nic złego, a stwierdzenie, że każda różdżka ma dwa końce, nie była trafna. — Gdybym mógł cofnąć czas, poszedłbym do Ciebie najszybciej jak to możliwe.
    Czując, że robi mu się gorąco, rozpiął zamek kombinezonu, zatrzymując suwak na wysokości pępka i zdjął z ramion materiał, pozwalając by zwisał z jego bioder. Przeszedł przez pokój, by usiąść na stojącej pod ścianą starej kanapie. Sprężyny ugięły się pod jego ciężarem, a mebel jęknął nieprzyjemnie. Niezrażony protestami wypoczynku, oparł się plecami o obite bordowym materiałem oparcie. Spomiędzy jego warg uleciało ciche westchnienie, spojrzeniem bezustannie wodził po twarzy Albusa. Wystarczyło, by dotarło do niego znaczenie wypowiedzianych przez Pottera słów, by poczuł ucisk w okolicach mostka. Wyrzuty sumienia uderzyły w niego z podwojoną siłą, zostały przytłumione gdy Al wspomniał o Indiach.
    — Cieszę się — odparł, a blady uśmiech wkradł się na jego szczupłą twarz. — To musiało być coś. — Miał wrażenie, że jego wypowiedź brzmi sztywno, między nimi istniała dziwna bariera, która nadal stała między nim a siedzącym nieopodal chłopakiem. To było jak ściana ze szkła, widzieli się, ale w zniekształcony sposób, mogli rozmawiać, ale wydźwięk odbieranych słów różnił się od tego zamierzanego. Nie wiedział w jaki sposób to pokonać, nie chciał, aby jego kontakt z Albusem wyglądał tak przez cały czas.
    Zamilkł na moment, pozwalając swoim myślom odpłynąć. Chciał wymyślić sposób na rozbicie szklanej ściany, jednak wszystko, na co wpadł, wydawało się być idiotycznym rozwiązaniem. Dochodząc do bardzo ciekawych wniosków i nie czekając nawet chwili zerwał się ze swojego miejsca, by podejść do Albusa. Mógł załatwić to tylko w jeden sposób. Stanął naprzeciwko przyjaciela, nie kontrolując swoich odruchów, które wydostawały się na powierzchnię w chwili, gdy czuł się zdenerwowany.
    — I Albus, cholera, przepraszam.


    Bells, oraz skruszona Lexie

    [Vee! Zabij mnie, pobij, pogryź, poćwiartuj, zakop, cokolwiek! Przepraszam za opóźnienie z tym odpisem, nie chciałam, żeby to tak długo trwało. :c Obiecuję, że już będę bardziej systematyczna!]

    OdpowiedzUsuń
  149. Ze zdumienia otworzyła szeroko oczy, a szczęka opadła jej nieomal do ziemi. Spodziewała się czegoś na kształt upomnienia - mniej lub bardziej ostrego - i właściwie nawet przez chwilę odczuła jakby zawód, że brat przyjął to tak spokojnie. Ale cóż, musiała uczciwie przyznać, jeśli tak miałyby wyglądać ich relacje, Albus miałby sporą przewagę nad Jamesem, który z pewnością w takiej sytuacji nie tylko by na nią nawrzeszczał, ale też doniósł rodzicom. Traktował ją jak małą dziewczynkę, płoszył każdego chłopaka, z którym rozmawiała i nieustannie miała wrażenie, że wisi jej nad głową, co było niesamowicie irytujące i nakręcało ją do buntowania się. Jeśli komuś chciała zrobić na złość, to właśnie jemu, za to przesadne podkreślanie własnego starszeństwa; zupełnie, jakby dzieliło ich co najmniej dziesięć lat różnicy, a nie trzy. Pomyliła się, przyjmując Albusa tak, jakby był mniejszą kopią Jamesa - było jej niesłychanie głupio, bo postąpiła tak, jak reszta ludzkości, traktując całą ich trójkę jako młodsze wydania Harry'ego, ale, oczywiście, nie miała zamiaru się do tego przyznać. W końcu on też działał jej na nerwy przez ostatnie dni, chociaż w całkowicie inny sposób, z czego dopiero teraz zdała sobie sprawę.
    - Hm, dzięki - mruknęła zmieszana, zastanawiając się, co powinna teraz zrobić. Czuła się dziwnie głupio, kiedy myślała, że miałaby spróbować powtórzyć to, co pokazywał jej Albus; z drugiej strony niesłychanie ją korciło, by tego właśnie spróbować. Wsunęła papierosa do ust i zaciągnęła się głęboko, przymykając oczy. Tym razem poszło jej o wiele lepiej - po kilku sekundach wypuściła dym z płuc, czekając na atak kaszlu, który nie nadchodził, po czym zerknęła na brata, jakby spodziewając się aprobaty. Lub nagany. Może to jakiś test? Papieros miał dziwny posmak; Lily widziała kiedyś starszych Gryfonów, jak palili na tyłach Zamku jakieś fantazyjne, ruszające się fajki z kolorowym dymem i domyśliła się, że te Shane'a były zwyczajne, mugolskie. Zastanawiało ją, po co w ogóle czarodzieje tak komplikowali sobie życie - jakby to była jakaś różnica. Raz jeszcze spróbowała zapalić i oblizała usta, czując słodki smak. Potem wyciągnęła papierosa w stronę brata.
    - Dlaczego w ogóle za mną poszedłeś? - spytała w końcu, czubkiem buta robiąc niewielki dołek w rozmokniętej ziemi. Nie patrzyła na chłopaka, nie miała śmiałości. Uparcie wbijała wzrok w trawę i wyrastające z niej roślinki. Ciekawa była, co takiego się stało, że Al wystawił nos z pokoju - poza jej i Jamesa kłótnią - i co go skłoniło, by ją wyśledzić. Czyżby podejrzewali ją o próbę ucieczki z domu?
    Uczciwie musiała przyznać, że chodziło jej coś takiego po głowie. Miała serdecznie dość panującej tam atmosfery i członków rodziny, powtarzających do znudzenia "Jesteś za mała, by to zrozumieć", albo "Przecież nic się nie dzieje, kochanie" i tych sztucznych, wymuszonych uśmiechów, wypływających na ich twarze w takich chwilach. Zastanawiała się, czy oni naprawdę sądzą, że jest tak głupia, że nie odczuwa zmian w otoczeniu. Albo czy wszyscy, tak jak James, mają ją za małą, głupiutką dziewczynkę. Nie musieli chcieć, żeby dorastała, jasne. Ale, chcąc nie chcąc, musieli się z tym pogodzić. Czas przemijał.
    Gdzieś z domu dobiegł ją głos ojca. Szukał jej. Nie miała zamiaru wracać, jeszcze nie teraz. Przeklinała w myślach brata, który na nią doniósł. Ciekawa była, czy opowiedział, że wyszła, a za nią poszedł śmiertelnie niebezpieczny młodszy brat. Miała ochotę parsknąć śmiechem, kiedy wyobraziła sobie podenerwowanego Jamesa, tłumaczącego ojcu, że się pokłócili i że teraz Albus na pewno robi jej jakąś krzywdę. Spojrzała na swojego brata nieco bardziej przychylnie, a w jej oczach zapalił się delikatny blask sympatii. On był inny, nie starał się jej kontrolować, a to niesamowicie się dziewczynce podobało.

    kochająca siostrzyczka. <3

    OdpowiedzUsuń
  150. Mimowolnie zrobiło jej się trochę głupio. Głównym problemem, jaki miała w złoszczeniu się na innych, było to, iż niesłychanie łatwo budziły się w niej wyrzuty sumienia, choć dobrze wiedziała, że na pierwszy rzut oka wcale tego nie widać. Z drugiej strony nie było również widać jej rogów, zdradziecko wystających spod aureolki z etykietką "grzeczna córeczka", a mimo to, kiedy pierwszy raz zrobiła głupi wybryk, każdy to dokładnie zapamiętał, i od tamtej pory etykietkę z aureolką traktowano jako prześmiewczy, pełen ironii żart. Szybko załapała, że jeśli raz, świadomie, pokażesz innym kawałek swojego prawdziwego charakteru, nigdy więcej nie będziesz w stanie założyć ochronnej maski.
    - M-myślałam, że nie chcesz ze mną gadać - mruknęła, nadal patrząc w ziemię i po raz kolejny, chociaż nie wiedziała dlaczego, zaciągając się papierosem. Czuła się dziwacznie dojrzała, dorosła, choć zdawała sobie sprawę, że jest to dojrzałość w idiotyczny, dziecinny sposób. Mimo wszystko - takie rzeczy robią przecież zdemoralizowane wariatki, a nie dziewczynki z dobrych domów. A to oznaczało, że albo nie była grzeczną dziewczynką, albo nie miała dobrego domu.
    - Nigdy nic nie mówią - potwierdziła, a w jej głosie zabrzmiała nuta goryczy. Jakby niewiedza w ogóle miała jej w czymś pomóc! Mogła wiedzieć, że jest nie tak, mogła wiedzieć jak bardzo jest nie tak, ale jeśli to, że nie mówili jej o niczym wprost, miałoby sprawić, iż będzie szczęśliwsza - jasne, już dawno by się na nią zdecydowała. Problem w tym, że niewiedza nie czyniła jej wcale bardziej zadowolonej z życia, przeciwnie: stała się poirytowana, sfrustrowana, niepewna. Łatwo wybuchała gniewem. A gdyby naprawdę w dalszym ciągu groziło jej niebezpieczeństwo? Czy wówczas również wszystko by ukrywali, naiwnie licząc, że skoro nic nie wie, to nie wystawi się na zagrożenie?
    Jeśli tak, to byli nienaturalnie głupi. Głupsi, niż do tej pory sądziła.
    Głos ojca był coraz bliżej. Lily posłusznie poszła za bratem, kucając przy ogrodzeniu i zastanawiając się, jakim cudem nikt jeszcze nie załatał tej ich dziury. Gdyby ona miała taką w swoim domu, na pewno by się jej pozbyła. No, ale ich sąsiad nie słynął z nadzwyczajnej troski o dobro innych, poza tym uchodził za dość leniwego...
    Zachichotała, oglądając się za siebie. Światło zbliżało się powoli; przyszło jej do głowy, że ślady, choć widoczne, mogły się już trochę zatrzeć. W końcu zaczynało padać.
    Przeszła przez dziurę w płocie, trzymając papierosa w ustach i wyobrażając sobie reakcję Harry'ego, gdyby ją zobaczył w tej sytuacji. Nieomal wybuchnęła głośnym śmiechem; powstrzymała się jednak, nie chcąc zdradzić ich bardziej, niż to było konieczne. Wylądowała miękko na błotnistej powierzchni, z obrzydzeniem marszcząc nos, kiedy stanęła ciężkim butem na trawie, a potem z chlupnięciem wyciągnęła nogę z błota.
    - Fuuuj - mruknęła cicho, ale na jej ustach czaił się szeroki uśmiech. Uwielbiała tego typu przygody, a pikanterii dodawał jej fakt, że ojciec siedzi im na karku. No, a poza tym już dawno planowała ucieczkę z domu - może towarzystwo brata zadziała tutaj tylko na korzyść?
    - Dokąd idziemy? - spytała szeptem, odruchowo biorąc go za rękę. W drugiej trzymała papierosa, a właściwie jego końcówkę. Zerknęła na niego z mieszanką żalu i ulgi. Reszta tkwiła bezpiecznie w paczuszce w jej kieszeni, którą zdążyła podnieść z ziemi i schować, zanim zaskoczył ich ojciec.
    Na dworze panowały ciemności, a Lily rzadko kiedy, jako dziecko, chodziła z braćmi tutaj, do sąsiada. Przede wszystkim dlatego, że kiedy miała pięć czy sześć lat zabawy z chłopcami nie wydawały się jej zbytnio atrakcyjne. Dopiero, gdy poszła do szkoły, zrozumiała, że towarzystwo dziewczyn odpowiada jej jeszcze mniej. Zwyczajnie nie była typem, który uwielbia pogadanki o makijażach czy chłopakach jako obiekt westchnień.
    Głos Harry'ego jakby się oddalił, chociaż Lily nie mogła jeszcze odetchnąć z ulgą. Wiedziała bowiem, że jeśli się nie pospieszą, to najpewniej kwestia czasu, kiedy rodzice ich odnajdą. A wcale nie chciała, by to nastąpiło.

    zachwycona siostrunia.

    OdpowiedzUsuń
  151. Mrok, który panował dookoła sprawiał, że czuła się trochę jak w nierzeczywistej bajce, jednej z tych, co to mama opowiadała jej na dobranoc, gdy była dzieckiem. Już dawno zauważyła, że w nocy wszystko wyglądało inaczej; każdy dźwięk był głośniejszy, najcichszy szmer przerażał echem, z jakim rozchodził się po świecie. W nocy ludzie stawali się sobą, pozwalali, by ich maski opadły bezwładnie na ziemię. Noc była cicha, magiczna. Słowa puszyste i bezgranicznie prawdziwe. Nocą łatwiej było prowadzić szczere rozmowy.
    - Haha, bardzo zabawne - spojrzała na niego z ukosa, dość szybko wyłapując, że nie mówi do końca poważnie, tylko zwyczajnie się z nią droczy. Westchnęła ciężko. - Wiesz, to raczej ty masz znajomych, którzy lubią znikać z domu - odcięła się dobitnie, ale jej oczy zabarwił cień uśmiechu.
    Pamiętała, jak to było, kiedy Albus wraz z tą swoją przyjaciółką - Lily nigdy nie miała pamięci do imion, chociaż bez wahania potrafiłaby wskazać dziewczynę w tłumie - zwiał bez pożegnania. Rodzice niemal osiwieli ze strachu, James wiecznie chodził podminowany, już nawet nie wiedziała, czy tym, że Al zrzucił im na kark zmartwienie, czy że go nie wtajemniczył. Wówczas ciągle się wściekał i wyładowywał złość na kim popadło, więc ona sama spędzała czas głównie na dworze lub we własnym pokoju. Raz nawet udało jej się ściągnąć do siebie Shane'a - wyszli wtedy z domu nocą, a chłopak pokazał jej, jak rozbijać namiot po mugolsku. Dużo rozmawiali tamtej nocy, co pozwoliło jej zapomnieć o problemach życia codziennego i oderwać się na jakiś czas od rzeczywistości.
    Jasne, że martwiła się o brata i to wcale nie mniej, niż oni wszyscy. Aczkolwiek, w przeciwieństwie do nich, nie uznawała za stosowne przewracanie jego życia do góry nogami. Miał swój rozum. Chociaż zapewne gdyby kiedykolwiek planowała mieć dzieci - ta myśl wciąż napawała ją bezbrzeżnym obrzydzeniem - zmieniłaby podejście o sto osiemdziesiąt stopni. Na razie była wciąż jednak tylko niedużą, rudowłosą dziewczynką, która nie potrafiła pojąć zawiłości niektórych ludzkich zachowań. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy tyle myślą, tak dogłębnie starają się analizować. Kiedy ktoś mówi "kocham", to chyba oznacza, że nawet, jeśli znika bez słowa - w końcu powróci, prawda?
    - Z Vol... C o? - spytała, otwierając szeroko oczy i zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszała. Przez powagę sytuacji nie zdołała się nawet roześmiać, mając w głowie obraz Albusa, nerwowo grzebiącego w staranie poukładanych rzeczach ojca. Zerknęła na niego spod długich rzęs. - Serio mówisz, czy sobie ze mnie stroisz żarty, jak w dzieciństwie?
    Kiedy miała pięć lat, bracia przekonali ją, że jest adoptowana, a jej prawdziwą matką jest panna Dolores Whitby, okropnie gruba i śmierdząca czarownica, mieszkająca dwie ulice dalej. Twierdzili, że ona i córka Dolores zostały zamienione w szpitalu. Cassie była mniej więcej w jej wieku, miała rude włosy i zielone oczy - dokładnie jak Lily, więc dziewczynka nie miała podstaw, by nie wierzyć chłopakom. Spędziła wtedy popołudnie zapłakana, wtulając twarz w poduszkę i zastanawiając się, co powinna zrobić z wiedzą, której nie chciała posiadać.
    - Jeśli znów sobie ze mnie żartujesz, dam ci w twarz - ostrzegła, próbując wyczytać z jego twarzy jakąś podpowiedź, wskazówkę. Wystarczyło jej jedno szybkie spojrzenie, by upewniła się, że Al mówi całkowitą, nieodwołalną prawdę. - Ożesz... - westchnęła ciężko, zastanawiając się, dlaczego ojciec nigdy im o tym nie powiedział. Poczuła do niego niechęć. Do niego i do jego tajemnic.

    najsłodsza siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  152. - Chronić! - prychnęła pogardliwie, jednocześnie pociągając nosem. Chłodne powietrze sprawiało, że miała katar, który wpędził ją w dodatkową irytację. - Co on sobie w ogóle myśli? Że nie znając ogromu zagrożenia, słodko nieświadomi, nie będziemy się pakować w żadne kłopoty? Że nie wiedząc o tym, żadnemu z nas nie przyjdzie do głowy bawić się w czarnoksiężnika?
    Nie zdołała ugryźć się w język, kiedy to powiedziała, więc zerknęła na Albusa z przestrachem. Nie była pewna, czy brat odbierze to jako osobisty atak na siebie - ona pewnie by tak zrobiła. Doskonale zdawała sobie sprawę, co go fascynuje, a kłótnie między nim i Jamesem tylko ją w tym utwierdziły. Czy miała mu to w jakiś sposób za złe? Zamyśliła się na chwilę nad niewypowiedzianym, zawisłym w powietrzu pytaniem i pokręciła głową. Nie wiedziała, czy zaprzeczenie skierowane było do niej samej, czy może do brata.
    Skrzywiła się nieco, kiedy Al zapytał o kłótnię, która zapoczątkowała ich dzisiejszą przygodę. Właściwie nie przypuszczała, że wyniknie z niej cokolwiek dobrego, a jednak... Całkiem miło było iść ramię w ramię - co za ironia... - z kimś na kształt sprzymierzeńca. Już zdążyła zapomnieć, jak bardzo kiedyś pragnęła uwagi ich obojga, a oni przeganiali ją z miejsca na miejsce, niczym natrętną muchę, bo zabawy z dziewczynami to prawdziwy obciach. Nawet nie zauważyła, w którym momencie wszyscy oddalili się od siebie tak bardzo, że stali się planetami, krążącymi po sąsiednich orbitach - potrafili się dostrzec, ale nie mogli dotknąć.
    - Bo zachowuje się jak ojciec - wygadała się nagle, zanim zdążyła pomyśleć, co dokładnie powinna powiedzieć. - Traktuje mnie jak smarkulę. "Niczego nie rozumiesz, Lily, jesteś na to za mała" - sparodiowała głos brata, nadymając się i wyciągając szyję w górę, by uchodzić za wyższą. - "Zrozumiesz, gdy będziesz w moim wieku". - Wypuściła powietrze z płuc, stając się znów niedużym elfem i spojrzała na Albusa. W jej spojrzeniu malowało się coś na kształt żalu; była to nuta, która wybija się zawsze w najmniej spodziewanym momencie.
    - Dlaczego wszyscy tak się wobec mnie zachowują?
    Kiedy zadawała to pytanie, przez maskę jej zwyczajowego "nic mnie to nie obchodzi" zajrzała mała dziewczynka o spojrzeniu dojrzałej kobiety; dziewczynka, która nie pojmowała reguł gry w otaczającym ją świecie. Wszelka niesprawiedliwość od zawsze działała na nią jak płachta na byka, ale problem polegał na tym, że nie zawsze to, co sprawiedliwe było tym, co słuszne.
    Rozejrzała się po pogrążonym w ciemnościach miasteczku. Nie wiedziała, dokąd powinni teraz pójść - przedtem po prostu dreptali przed siebie, ale tutaj drogi rozchodziły się na prawo i lewo.
    - Jak myślisz... - urwała, wbijając wzrok w niedużą alejkę, skręcającą koło jednego z budynków. Nie była pewna, czy dobrze widzi, ale wydawało jej się, że dostrzega tam jakiś ruch. Wytężyła wzrok tak mocno, jak tylko umiała - czarna, zakapturzona postać zrobiła krok w ich stronę. Nie wiedziała czym owa postać była, ale miała dobrze ponad dwa metry wzrostu i ciemną pelerynę. Skryta przed światłem latarni, obserwowała ich od dłuższego czasu. Teraz powoli, powolutku zaczęła się zbliżać.
    - Al... - pociągnęła brata za rękę, chcąc zwrócić jego uwagę, ale nie zdjęła spojrzenia z tajemniczego osobnika w alejce. Bała się, że jeśli odwróci wzrok, to coś, czymkolwiek było, rzuci się na nich z pazurami - tudzież z różdżką, jeżeli takową posiadało. Istota uparcie kojarzyła jej się z Mrocznymi. Ale to przecież było niemożliwe: bitwa się zakończyła, już było po wszystkim...
    - Al, co robimy? - spytała ponaglającym szeptem, mając nadzieję, że w jej głosie nie pobrzmiewa histeryczny ton.

    Lilcia.

    OdpowiedzUsuń
  153. Od zawsze wiedziała, że nie jest dość odważna, by znaleźć się w Gryffindorze. Że tak naprawdę tkwiła tam głównie dlatego, iż poprosiła o to Tiarę w przypływie emocji. Potem było jej głupio, bo czuła się tak, jakby połasiła się na pochwały i dumę ojca... kiedy w rzeczywistości była chcącym oszczędzić mu niejakich zmartwień dzieckiem. Nigdy nie ciągnęło jej do bycia w centrum uwagi, nie pragnęła pławić się w blasku chwały jako ta jedyna Gryfonka u Potterów. Nie dało się jednak ukryć, iż jeśli posiadała jakieś cechy prawdziwego Lwa, nie wybijały się one na powierzchnię. Niejednokrotnie zastanawiało ją, gdzie by wylądowała, gdyby nie Gryffindor, chociaż w gruncie rzeczy cichy głosik z tyłu głowy za każdym razem podpowiadał jej to samo. O to chciała spytać brata, zanim pytanie zupełnie wyleciało jej z głowy na widok czającego się nieopodal... czegoś.
    Także i teraz, zamiast odważnie stawić czoła przygodzie, strach wziął nad nią górę i pozwoliła Albusowi ciągnąć się za rękę, nie wiedząc dokąd, nie wiedząc po co. Nie myślała racjonalnie, nie myślała jak Gryfon - chciała przede wszystkim ujść z życiem i żeby bratu też nic nie groziło. W jej głowie wszystkie trybiki pobudziły się do intensywnego rozmyślania nad jakąś drogą ucieczki. Jakimś inteligentnym, sensownym rozwiązaniem.
    Drugą rękę wsunęła do kieszeni i delikatnie objęła prawie puste opakowanie papierosów. Musiała tak zrobić, by ukryć drżenie dłoni, które bezlitośnie zdradzało, że wcale nie jest odważną, dojrzałą dziewczyną, a jedynie czternastoletnim dzieckiem. Fakt pozostawał faktem - bała się choćby obejrzeć za siebie. Nie chciała widzieć, co tam się rozgrywało. Chciała uciec. Chciała być w bezpiecznym miejscu.
    Pisnęła cicho, kiedy jak spod ziemi wyrosła przed nimi owa zakapturzona postać. Mężczyzna - teraz już nie ulegało wątpliwości, iż był to człowiek - patrzył na nich z góry, uśmiechając się szyderczo. W jego spojrzeniu widać było blask triumfu, czegoś, co przypominało Lily wydarzenia, które niedawno rozgrywały się w Hogwarcie. Zadrżała na wspomnienie zimnych, bezdusznych oczu Septimusa. Nie chciała o tym myśleć. Wolałaby w ogóle tego nie pamiętać.
    Mocniej ścisnęła dłoń brata. Wydawało jej się, że jest sparaliżowana od pasa w dół; nogi miała jak z kamienia, jakby zamieniła się w pomnik i nie mogła ruszyć z miejsca. Czuła się tak, jakby tkwiła we śnie, koszmarze, z którego nie potrafiła się obudzić.
    Czasem, kiedy była dzieckiem, miewała okropne sny, w których szła za wzywającym ją z ciemnego lasu głosem. Szła i szła, nie oglądając się wstecz, ignorując przestraszone głosy rodziców i braci, a kiedy wydawało się, że dotarła do celu, nagle widziała cały świat za sobą - stos zwęglonych kości najbliższych jej osób, które zginęły tylko dlatego, że nie zawróciła, by im pomóc. W takie noce budziła się z krzykiem, śmiertelnie przerażona, ale z czasem nauczyła się bardzo szybko kręcić głową, gdy chciała odegnać senne koszmary.
    To była jednak okrutna, realna rzeczywistość i nie istniał sposób, który pozwoliłby się z niej wynurzyć.
    - Proszę, proszę - odezwał się nieznajomy. Mówił cicho, ale jego głos sprawiał, że dreszcz przeszedł Lily po plecach. - Kogo my tu mamy? - Powiódł wzrokiem po ich twarzach; gotowa była się założyć, że szuka podobieństwa do Harry'ego. Ciekawiło ją poniekąd, skąd ci wszyscy pieprzeni czarnomagicy wiedzą, kogo i gdzie szukać. W porządku - jej brat naprawdę przypominał ojca, a ona sama miała jego zielone oczy i drobną budowę ciała, ale nic poza tym.
    - Sławni Potterowie - zamruczał, robiąc krok w ich stronę. Lily odruchowo cofnęła się do tyłu, nie puszczając ręki Albusa. Na pewno czuł drżenie jej dłoni, ale w tym momencie była zbyt przestraszona, by się tym zamartwiać. Wydarzenia z bitwy o Hogwart tkwiły w jej umyśle, zbyt świeże, by ta sytuacja nie odcisnęła na niej piętna strachu.

    jeszcze bardziej przestraszona siostra.

    OdpowiedzUsuń
  154. Głos mężczyzny miał w sobie coś, co powodowało, że Lily czuła się trochę tak, jakby była muchą, złapaną przez pająka w jego sieć. Słowa oblepiały powoli całe jej ciało, nie pozwalając się ruszyć nawet o krok. Szyderczy uśmieszek majaczył na twarzy nieznajomego, powodując nienawiść przemieszaną z paraliżującym strachem. Miała ochotę podejść do niego i zwyczajnie, po mugolsku, uderzyć z całej siły pięścią w twarz. Z drugiej strony nogi jakby odmówiły jej posłuszeństwa; mogła tylko stać i patrzeć, a po głowie tłukło jej się boleśnie, że jest zbyt młoda choćby na to, by wyciągnąć różdżkę z kieszeni... Och, gdyby w ogóle miała przy sobie różdżkę! Jednak wobec tego, że nawet nie mogła z niej skorzystać, na ogół zostawiała ją w domu. Przypomniała sobie, że ostatnio leżała gdzieś na biurku... a może spadła...
    Kiedy Mroczny zagroził jej bratu, biorąc sobie ją samą za kartę przetargową, miała ochotę jednocześnie się rozpłakać i wrzeszczeć, ile tylko sił w płucach: z bezsilnej złości, z naiwnej nadziei, że może ktoś będzie przechodził obok. Że może komuś uda się im pomóc. Bardzo nie chciała o tym myśleć, ale przed oczami przesuwały jej się niepokojące obrazy, wszystkie dotyczące dalszego rozwoju sytuacji i wszystkie kończące się w ten sam sposób. A mimo wszystko, mimo tego, że niejednokrotnie toczyła w głowie przydługie monologi, podczas których wyklinała wszystko i wszystkich ― mimo to nie chciała umierać. Miała dopiero czternaście lat; Merlinie, ona nie była na to gotowa!
    Cały świat wydał jej się nagle zamazany, jakby patrzyła na bardzo niewyraźną fotografię. Coś działo się dookoła, bo kątem oka wychwyciła ruch obok, ale nie była w stanie dojrzeć, o co właściwie chodzi. Ktoś krzyczał przeraźliwie.
    Dopiero w momencie, kiedy wszystkie kontury wróciły na swoje miejsce i zobaczyła obok siebie, na chodniku, leżącego brata, wrzask urwał się, jak ucięty nożem i dotarło do niej, że to ona krzyczała.
    ― Albus! O boże, Al... ― urwała, widząc ostrzegawcze spojrzenie Mrocznego. Chciała się schylić, sprawdzić, czy jej bratu nic się nie stało, ale zwyczajnie nie mogła zrobić najmniejszego ruchu. Nienawidziła siebie za to, że nie umiała się przeciwstawić. Zapiekły ją oczy i poczuła gorące łzy na policzkach. Nie lubiła płakać, ale nie dała rady się powstrzymać. Strach o Albusa ścisnął jej gardło tak mocno, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Czuła się tak, jakby ktoś uszkodził jej struny głosowe.
    Zacisnęła pięści, jak gdyby szykowała się do uderzenia Mrocznego prosto w twarz i opuściła głowę w dół. Jedyny protest, na jaki potrafiła się zdobyć.
    Nie chciała patrzeć na to wszystko.
    ― Proszę... ! - wyrwało jej się, kiedy mężczyzna, z rozanielonym uśmiechem, po raz kolejny uniósł różdżkę. Jego wzrok, skierowany na chłopaka na chodniku, teraz przesunął się gładko na nią i zamarł, jakby w oczekiwaniu. ― Proszę... - powtórzyła, splatając dłonie. ― Zostaw go.
    ― Ajajaj ― zacmokał niecierpliwie Mroczny, posyłając w jej stronę iście ojcowski uśmiech. ― Taka duża dziewczynka, myślałem, że rozumiesz choć troszkę zasady tej zabawy. Nigdy nie ma litości dla przegranych.
    Jego głos był ironiczny, ton nie pozostawiał wątpliwości, co przez to rozumie. Lily zadrżała, otulając się ramionami. Kątem oka dostrzegła różdżkę brata, leżącą tuż obok niego. Gdyby tylko mogła... gdyby zdołała...
    Mroczny, najwyraźniej upewniwszy się, że zrozumiała, z powrotem przeniósł uwagę na Albusa. Jego oczy wyrażały chorą satysfakcję z faktu, iż mógł kontynuować swoje chore gierki. Lily przesunęła się odrobinę, nie spuszczając wzroku z nieznajomego. Nie za bardzo interesował się tym, co robi. Jeszcze tylko kilka kroków...

    zdeterminowana siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  155. Zadrżała, kiedy Mroczny po raz kolejny uniósł różdżkę. Wiedziała, co się stanie; wcale nie chciała tego wiedzieć. Nie chciała widzieć. Marzyła, by zamknąć oczy, uszy i odciąć się od rozgrywających się tuż pod jej nosem scen. Ale nie mogła tego zrobić. Niemal fizycznie czuła ciążącą na niej presję. Al na nią liczył. Musiała się postarać ― dla niego. Dla nich. Być może była w tym momencie ich jedyną nadzieją.
    Tylko co ja mam zrobić? Jakie zaklęcie...? ― myślała gorączkowo, przeszukując swój umysł w nadziei, że ktoś podszepnie jej gotowe rozwiązanie. Miała wrażenie, jakby wszystkie szufladki w mózgu zatrzasnęły się na dobre, a ona zgubiła klucz. Biała, gęsta pustka, jak dym przesłaniająca to, co istotne.
    Lily zacisnęła pięści i zęby, zmuszając się do szybszego analizowania całej sytuacji. Myśl jak wąż, nakazała sobie twardo. Przecież wiesz, że jesteś wężem.
    Wiedziała, ale dopiero teraz, w obliczu śmiertelnego zagrożenia, potrafiła przyznać się do tego sama przed sobą.
    Tak naprawdę, w głębi serca, doskonale zdawała sobie sprawę, przy którym stole zasiadałaby, gdyby pozwoliła sprawom toczyć się swoim własnym rytmem, zamiast rozgrzebywać i ingerować. Często chodziło jej po głowie, czy nie powinna była tak zrobić; dotąd gryzło ją poczucie, że nigdzie nie może być tak naprawdę sobą; zastanawiało, czy wówczas gdzieś poczułaby się jak w domu.
    Powoli, acz stanowczo przesuwała się w stronę upuszczonej przez brata różdżki. Jej oczy, utkwione w twarzy Mrocznego, były nieruchome i czujne, rejestrowały każdą zmianę w otoczeniu, na wypadek, gdyby mężczyzna nagle zechciał przenieść uwagę na nią. Na razie jednak nic na to nie wskazywało ― i choć nie sprawiło to, że była spokojna, mimo wszystko dało jej posmak nadziei, koło ratunkowe. Nie mogła teraz zrezygnować.
    Kto nie wie, co traci, temu tego nie brak.
    Gdyby się teraz schylić... Nie spuszczając wzroku z sylwetki mężczyzny ― puste, lalkowe oczy ― Lily lekko ugięła kolana, chcąc sprawdzić, czy zareaguje. Czuła się przy tym tak, jak w dzieciństwie, kiedy stawiała pierwsze kroki na zamarzniętym jeziorze. Jeden, drugi, trzeci... Ostrożnie, na wypadek, gdyby lód nagle miał się załamać. A potem, kiedy docierała na głębiej zamrożone warstwy wody, szło już bardzo gładko i mogła wreszcie pojeździć na upragnionych łyżwach.
    Dam radę ― przekazała bratu bezgłośnie, nie otwierając ust. Słów było jakby zbyt mało; oczyma wyrażała uczucia. Żołądek ze strachu podjechał jej do gardła, a jednocześnie doświadczyła bardzo dziwnego uczucia: jakby otępienia, jak gdyby ktoś brutalnie wyrwał ją z otaczającej rzeczywistości i wsadził do innej, zapominając podłączyć odpowiednich kabelków. Nie odczuwała otoczenia, nie odbierała ani jednego sygnału. Nawet głos Mrocznego, głos brata ― żaden z nich nie był słyszalny. Może ktoś je wyłączył?
    Przykucnęła jeszcze odrobinę, wciąż wpatrując się intensywnie w stojącego nad Albusem mężczyznę. Nieznajomy wydawał się bardzo zadowolony z siebie. Jego uśmiech działał Lily na nerwy; wprost miała ochotę udusić Mrocznego. Cokolwiek, byle zetrzeć mu z twarzy ten obrzydliwy, krzywy uśmieszek...
    ― Nie! ― wrzasnęła, zanim zdołał rzucić kolejne zaklęcie Niewybaczalne. Jednym ruchem porwała z ziemi upuszczoną różdżkę, celując w zakapturzoną postać. ― Sectumsempra!
    Jedyne, co przyszło jej do głowy, to tamta strona z książki brata, którą kiedyś udało jej się podejrzeć. Nie myślała o niczym. Osunęła się na ziemię, zamykając oczy.
    Świat zwolnił.

    skruszona Lilka, która przeprasza, że podglądnęła Alowi książkę.

    OdpowiedzUsuń
  156. [Dziękuję za miłe słowa! <3 Jak najbardziej musimy zrobić, bo wszystkie Twoje postacie są turboświetne — aż nie mogłam się zdecydować, pod którą napisać. W jakim kierunku chcemy pójść? Relacja pozytywna, dobrzy znajomi, przyjaciele, jakieś zauroczenia? Czy może coś negatywnego? Zdaje się na Ciebie :)]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  157. [Haha, ja też do takich należę, bo co to za historia, gdzie nie ma żadnego dramatu? Bez sensu przecież! :D
    Ale jak tak teraz się zastanawiałam...bo w sumie już na wstępie pomyślałam, by może zauroczyć małą Annę w Neliusie? Sama ma takie dobre serducho i każdemu chciałaby pomóc, zwłaszcza nowemu i zagubionemu chłopaczynie. A w dodatku tajemniczemu jak diabli — od razu zaintrygowałby moją małą panienkę!
    Ale to już w sumie, jak wolisz, bo relacja z Albusem też mi odpowiada :)]
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  158. Co ja zrobiłam?
    To było zaraz po bitwie, wtedy, kiedy jej bracia pobili się przed domem, a ona, wściekła i zraniona jednocześnie, tak bardzo chciała się zemścić na nich obojgu, że... Z impetem wpadła do pokoju Jamesa, rozrzucając po podłodze co się tylko dało, rozwalając i tłukąc jego najcenniejsze przedmioty; przewaliła pomieszczenie do góry nogami, a gdy się z tym uporała, dysząc ciężko i drżąc na całym ciele, targana emocjami, pobiegła do sypialni Albusa. Miała zamiar zrobić to samo ― chciała ich w pewien sposób, być może dziecinny, ukarać za okropną, lepką atmosferę panującą w domu ― ale nie zdążyła. Jej uwagę przyciągnęła książka.
    Leżała sobie tak spokojnie, taka niewinna, taka kusząca. Dziewczynka ostrożnie podeszła i wzięła ją do ręki, otwierając na pierwszej lepszej przypadkowej stronie. Przed oczy wypychała się linijka zapisana czyimś odręcznym pismem, nie wydrukowana, jako jedyna na całej stronie.
    ― Sectumsempra ― szepnęła cicho, sprawdzając, jak smakuje nieznane słowo. Było jakby śliskie, spływało z języka i wydawało się, że usiłuje uciec. Czy to Albus zapisał je w książce? Wpatrywała się intensywnie w charakter pisma i doszła do wniosku, że nie. Więc kto?
    Jej brat nadal leżał na chodniku. Spanikowana Lily oderwała wzrok od zakrwawionego Mrocznego i złapała Albusa za ramię, ciągnąc w górę. Nie była zbyt silna, ale liczyła, że może usłyszy, poczuje...
    ― Al, wstawaj, proszę ― błagała cicho, szarpiąc jego kurtkę. ― Musimy stąd uciekać.
    Nieznajomy krwawił. Ilekroć dziewczyna na niego spoglądała, miała ochotę wymiotować ze stresu. Nie wiedziała, mogła przysiąc, nie wiedziała jak zadziała tamto zaklęcie, wyczytane pewnej nocy w książce brata. Było po prostu pierwszym ― jedynym ― które przyszło jej do głowy... poza Niewybaczalnymi, ale tych nie miała zamiaru używać, chociaż jej cząstka podszeptywała cicho, że Mroczny by sobie na to zasłużył.
    Pierwsze, ciężkie krople deszczu uderzyły o płyty chodnikowe. Bała się, że mają zbyt mało czasu na ucieczkę. Że zrobiła za mało. W końcu nigdy nie była swoim ojcem: nie była bohaterskim Potterem, nikogo nie ratowała i zazwyczaj ogólnie nie oglądała się na innych ludzi. Ale teraz... Nie darowałaby sobie, gdyby przez jej własną słabość coś się stało Alowi.
    ― Proszę, chodźmy ― jęknęła cicho. Chłopak powoli podniósł się na nogi i Lily odetchnęła z ulgą, wsuwając dłoń w jego rękę. Chciała pobiec, ale wydawało jej się, że mięśnie nadal ma sparaliżowane strachem. Dopiero teraz, kiedy już zrobiła to, co mogła, poczuła, że mokre ślady na jej policzkach to nie tylko deszcz, a deszcz przemieszany z łzami. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła płakać. Czy to było przed tym, jak rzuciła zaklęcie, czy już później? Nie miała pojęcia. Nie chciała wiedzieć. Chciała tylko znaleźć się w bezpiecznym miejscu i nie musieć o nic martwić.
    Skąd znałaś to zaklęcie?
    ― Em, ja... ― urwała, nie wiedząc, czy teraz, skoro ledwie o włos uniknęli śmierci, Albus będzie miał ochotę zamordować ją osobiście za grzebanie w jego rzeczach. Może powinna skłamać?
    Nie, usłyszała w głowie cichy głos. Dość już kłamstw.
    ― Pamiętasz tą noc, kiedy ty i James... ― zerknęła na niego spod swoich rudych rzęs, upewniając się, że wie, którą noc ma na myśli. ― No. Wkurzyłam się, wpadłam do twojego pokoju i... ona tam... leżała. Ta książka.
    Serce nieznośnie tłukło się jej w piersi, a w żołądku czuła nieprzyjemny ucisk. Zastanawiała się, jak Albus na to zareaguje i czy Mroczny zdołał już się uleczyć ― czy teraz ich ściga, czy dał sobie spokój i zniknął. W głowie miała natłok myśli, czuła się piekielnie zmęczona i najchętniej położyłaby się gdzieś, gdziekolwiek, nawet na środku chodnika ― i zasnęła.
    ― Przepraszam ― dodała cicho, wbijając wzrok w ziemię. ― Byłam wściekła.

    Lilcia.

    OdpowiedzUsuń
  159. Potrząsnęła głową, odgarniając z twarzy mokre kosmyki, które poprzylepiały się jej do skóry. Nie wiedziała, skąd i dlaczego te łzy, ten wszechogarniający strach, kiedy powinna czuć ulgę. Przyszło jej na myśl, że James miał rację ― może faktycznie nie rozumiała, może była za mała, by zrozumieć. Podświadomie jednak wiedziała, że bratu nigdy nie przyszłoby na myśl, że jego malutka siostrzyczka byłaby w stanie użyć zaklęcia, którym można zrobić komukolwiek krzywdę. I na pewno mówiąc "nie rozumiesz" nie miał na myśli nerwów na wierzchu ani natłoku myśli, kiedy dociera do ciebie, że dysponujesz niebezpieczną bronią. Co z tego, że Mroczny zasłużył, skoro nigdy przedtem nie podejrzewała siebie samej o tego typu skłonności? Owszem, kiedy była małym dzieckiem i nie kontrolowała w pełni swoich umiejętności, czasami zdarzało jej się podpalić obrus albo przypadkiem spowodować, że nowa zabawka sąsiadki-chwalipięty rozpadła się na kawałeczki, ale... Dobrze wiedziała, że to było co innego.
    Miała czternaście lat. Miała czternaście lat i przeczucie, że nie powinna była tego zrobić.
    ― Al?
    O tyle rzeczy chciała go spytać. Tyle się dowiedzieć. Czy w momencie, kiedy podczas bitwy użył Niewybaczalnego czuł się tak samo, jak ona teraz. Czy to kiedykolwiek mija. Czy to źle.
    ― Co się ze mną stanie? ― zapytała cicho, błądząc wzrokiem po ruinach domu Potterów: dziadków, których nigdy nie miała sposobności poznać. Zawsze ciekawiło ją czy to prawda, co mówią, że ludzie o tych samych imionach posiadają pewien określony zbiór cech, charakterystycznych tylko dla tego jednego imienia. A jeśli tak, to czy bardzo zawiedli rodziców, okazując się nie tak doskonali, jak mieli być w założeniu.
    Wiele chciałaby powiedzieć, ale nie miała pojęcia jak zacząć, od czego, w którym punkcie. Wydawało jej się, że nagle cały świat zwalił się jej na głowę; było tak ciężko, tak trudno ― czuła się taka zmęczona, przytłoczona minionymi wydarzeniami. Na dodatek użyła zaklęcia, a nie skończyła jeszcze siedemnastu lat. Czy fakt, że było to takie zaklęcie, mógł ją bardziej pogrążyć... ?
    ― Czy... Czy oni mnie wywalą?
    Najchętniej poprosiłaby Albusa, żeby o niczym nie mówił rodzicom, ale wiedziała, że cała sprawa wyda się i tak, kiedy przyślą jej list z Ministerstwa. Zadrżała na myśl o reakcji ojca i matki na wieść o tym, że ich mała córeczka właśnie została wyrzucona z Hogwartu za czarowanie poza szkołą. Zwłaszcza, że od małego wpajali jej, by tego nie robiła, bo konsekwencje są niesamowicie nieprzyjemne i zjadają sporo nerwów. Harry opowiedział jej raz o własnym przesłuchaniu w Ministerstwie, co tak ją przestraszyło, że nakazała sobie zawsze się pilnować, by nie zrobić czegoś głupiego.
    Ale co ja miałam zrobić? On by nas zabił, przecież on by nas...
    ― Nie chciałam, ja... Ja w ogóle nie wiedziałam co ono robi ― mruknęła, intensywnie wycierając oczy. Nie lubiła płakać i zdarzało jej się to nader rzadko nawet wtedy, kiedy była dzieckiem. Uważała to za rodzaj słabości, a ona sama nie chciała mieć żadnych słabości. Chciała być twarda, twardsza niż ktokolwiek, kogo znała.
    Skrzywiła się, dojrzawszy w oknach swojego domu światła. Wolałaby, by rodzice już spali ― przynajmniej do rana mogliby się wstrzymać z wyjaśnieniami i być może udałoby im się coś wymyślić. Zachwiała się, kiedy nagle kolana jej zmiękły, dając do zrozumienia, że na dziś już dość, już wystarczy wrażeń i emocji. Zastanawiała się przez moment, czy nie lepiej byłoby nie wracać na noc do domu. Niespokojnie spojrzała na brata.
    ― Jak się czujesz?

    Lily.

    OdpowiedzUsuń
  160. Mimo, że nie do końca potrafiła zaufać ― w końcu wiedziała, że brat nie może mieć takiej pewności ― słowa Albusa odrobinę ją uspokoiły. Był starszy, wiedział więcej i więcej widział, więc usiłowała sobie wmówić, że i tym razem wie. Że faktycznie jej nie wyrzucą. Z drugiej strony... jeśli nie to, to jakie poniesie konsekwencje? Bo że je poniesie ― w to nigdy nie wątpiła. Czuła się trochę tak, jakby dopiero teraz w pełni dotarło do niej, co zaszło w mieście. Uczucie bezbrzeżnej ulgi mieszało się z niepewnością, co do reakcji otoczenia na jej wybryk i... jakby nutką dumy z siebie samej. Dała radę. Pokonała Mrocznego! Ona pokonała Mrocznego!
    Odetchnęła głęboko, chcąc się uspokoić i niepewnie zerknęła w stronę domu. Nie była pewna, czy chce wracać. Wręcz prędzej skłaniałaby się ku stwierdzeniu, że nie chce. Ale dokąd mogła pójść? Wizyta u kogokolwiek z rodziny nie wchodziła w grę. Shane... Shane mieszkał w mugolskim miasteczku. Lily nie wiedziała, gdzie to jest.
    Zaśmiała się cicho, słysząc propozycję i ochoczo skinęła głową. Nie faworyzowała, ale są takie sytuacje, po których po prostu nie można nie odczuć wzmocnienia więzi z niektórymi osobami. Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że nie musi ― po raz pierwszy ― sama tłumaczyć się rodzicom z czegoś, czego nie powinna była zrobić.
    ― A jak będzie chciał... ― urwała nagle i zatrzymała się wpół kroku, spoglądając na Albusa nieśmiało. ― A jeśli on przestanie się teraz do mnie odzywać?
    Nie chciała, żeby którykolwiek z jej braci odczuł to, co ona czuła przez większość dzieciństwa ― że nie należy do grupy. Wiedziała, że byli wtedy mali i nie robili tego specjalnie, ale pamiętała do dzisiaj, jak przeklinała siebie samą za bycie tylko dziewczyną: bo gdyby mogła stać się chłopakiem, brałaby udział w większości zabaw i przygód. Może i nie obchodziło jej zdanie innych ludzi, ale Albusa i Jamesa akurat chciała mieć po swojej stronie... po równo. Problem polegał na tym, że wydawało jej się, jakby trzymała za ogon dwa ptaki próbujące odlecieć, każdy w inną stronę.
    Wyjrzała zza pleców brata, obawiając się reakcji rodziców. Wyglądali okropnie ― mokrzy, z przylepionymi do twarzy kosmykami włosów, ubłoceni i z krwią Mrocznego na butach ― to nie mogło skończyć się dobrze. Serce biło jej tak mocno, jakby chciało się wyrwać i rzucić do ucieczki, zwłaszcza, kiedy przypomniała sobie o groźbie listu z Ministerstwa, wiszącego nad jej głową. A może już przyszedł? Może zdążyli go odczytać? Co teraz zrobią?
    Matka płakała, to było widać na pierwszy rzut oka. Ojciec stał i patrzył. James miał tak mocno zaciśnięte zęby, jakby chciał je połamać. I wszyscy milczeli. Patrzyli i milczeli.
    ― Em... Cześć?
    Zabrzmiało to jak pytanie. W gruncie rzeczy sporo miało tutaj paść pytań, wiedziała, że tego nie uniknie. Jednak patrząc na ich twarze, milczące i pełne czegoś na kształt zaciętości odczuła złość. Stoją tu sobie, tacy zgrani, udając perfekcyjną rodzinkę. Stoją jak jedna drużyna, prześwietlając wzrokiem ich ― tych po drugiej stronie barykady. Miała ochotę wrzeszczeć, kopać i gryźć, żeby tylko zburzyć idealną fasadę spokoju.
    Wolałaby, żeby ojciec zaczął już robić swoje wyrzuty; mogłaby wtedy się odgryźć, coś odwarknąć i uciec do pokoju, zamiast tkwić w miejscu, niczym ktoś oskarżony o poważne przestępstwo. Pewnie tak będzie w Ministerstwie, przemknęło jej przez myśl i zadrżała, wyobrażając sobie siebie ― samą, bez Albusa przy boku ― w sali wraz z sądzącymi ją czarodziejami.
    Wbrew temu, że za plecami nie miała już zbierającego się z chodnika Mrocznego, wcale nie poczuła się bezpieczniej. Wzrok rodziny był tak niepokojący, tak świdrujący, że wydawało jej się, iż zaraz padnie trupem. Nie wiedziała, jak powinna się zachować. Chciałaby zrobić tak wiele, a nie mogła zrobić nic.
    ― Och, zacznijcie wreszcie swoją gadkę o dobrym zachowaniu ― mruknęła w stronę rodziców i brata, zerkając na nich buntowniczo, nieprzychylnie spod długich rzęs. ― Miejmy to już za sobą.

    [spokospoko. zostawiam Ci rolę Harry'ego, bo ja chyba nie czuję się zbyt pewnie w tym. XD]
    siostra.

    OdpowiedzUsuń
  161. Kolana się pod nią ugięły, kiedy zobaczyła list. Cała wściekłość gdzieś się ulotniła. Miała wrażenie, jakby niewidzialne ręce pociągnęły ją do góry, tak, że została wyciągnięta z realnego świata. Czuła się trochę jak we śnie, stąpając niepewnie po nieznanym gruncie; wszystko wokół było zamazane, zamglone. Nic nie widziała.
    Zamrugała parę razy, odzyskując ostrość wzroku i stabilność w stawach. Rozczarowanie. Pomyślała sobie, że równie dobrze mogła od początku pokazać swoją prawdziwą twarz, zamiast prosić Tiarę o umieszczenie jej w Gryffindorze. Koniec końców ojciec i tak był rozczarowany, a ona być może znalazłaby swoje miejsce w życiu.
    Czuła ogromną ulgę. Nie wyrzucili jej. Nie wyrzucili. Wobec tego nawet wspomniane przesłuchanie nie wydawało się jej czymś tak strasznym, że miałaby nie dać sobie z nim rady. Zresztą i tak była zbyt zmęczona, by zawracać sobie teraz głowę odległym o parę dni przesłuchaniem.
    Kiedy Albus wyjawił rodzicom prawdę, Lily zobaczyła, że James wstał i wyszedł. Nie wiedziała, czy to z wściekłości ― na brata? Na nią? ― czy może z żalu; czy odczuł to, przed czym chciała go ochronić. Jak powinna się wobec niego zachować? Co zrobić?
    Uśmiechnęła się krzywo, pod nosem, w duchu dziękując matce z całego serca za przerwanie Albusowi odpowiedzi na pytanie ojca. Nie była pewna czy chce, aby wiedzieli, jakiego zaklęcia użyła, choć nie ulegało wątpliwości, że wcześniej czy później cała sprawa wyjdzie na jaw. W końcu skoro była taką wielką bohaterką, na pewno będą pytać. A ona będzie musiała odpowiadać, chociaż miała wrażenie, jakby nagle zapomniała wszystkich słów, których uczyła się przez całe życie.
    ― Nic nam nie jest, mamo ― zaprotestowała, splatając dłonie i wbijając wzrok w podłogę. ― To ja chciałam... To moja wina.
    Wiedziała, że ojciec jej nie uwierzy. Chociaż nieraz robiła głupoty i sprawiała Potterom więcej problemów niż Al i James w jej wieku, to jednak czuła, podświadomie, że Harry nie przyjmie do wiadomości, iż mogłaby wymyślić ucieczkę. Mimo jej charakteru, mimo kłopotów, jakie na siebie ściągała, w głębi serca uważał ją za małą dziewczynkę, jego małą córeczkę ― a, jak wiadomo, to chłopcy wpadają na idiotyczne pomysły ucieczek z domu, nie rudowłose elfy.
    Cały świat jakby spadł jej z serca, kiedy zobaczyła uśmiech matki. Zdjęła płaszcz i niedbale rzuciła go na podłogę ― i tak był cały ubłocony ― po czym zabrała się do gotowania wody na herbatę. Dotarło do niej, że prawie cały dzień nic nie jadła; najpierw nie miała ochoty schodzić na dół, gdzie atmosferę można było kroić nożem, potem wywołała kłótnię z Jamesem, aż w końcu zwiała z domu, by stanąć oko w oko z Mrocznym... Pokręciła głową z niedowierzaniem. Cała sytuacja, w której aktywnie brała udział, wydawała jej się teraz jeszcze bardziej nierzeczywista, jak gdyby to był film, który obejrzała u koleżanki. I tylko ślady krwi na butach i potworne, wszechogarniające zmęczenie świadczyły o tym, że działo się naprawdę.
    ― Przepraszam, że uciekłam ― mruknęła jeszcze niechętnie, wpatrując się uporczywie w czubki butów. Nie lubiła ― i nie umiała ― przepraszać. Zawsze czuła się trochę głupio, chociaż wiedziała, że robi to, co do niej należy. Tyle rzeczy chciałaby wiedzieć, o tyle zapytać... A jednocześnie każda myśl przepływała jej przez głowę w zwolnionym tempie, jak na filmie. Chciałaby odłożyć tę rozmowę do rana i pójść do swojego pokoju, gdzie mogłaby zwinąć się na łóżku i zasnąć. Ale wiedziała, że rodzice nie odpuszczą... i że poniekąd jest im winna jakieś wytłumaczenie.

    [róbmy dramę dalej. mogą się pokłócić z Jamesem! XD]
    zmęczona siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  162. Korytarz był tak wąski, że idąc co i rusz ocierała się ramieniem o jedną lub drugą ścianę. Na kurtce zostawał jej kurz; najwyraźniej pogłoski, jakoby to przejście znało może dwa procent uczniów nie były kolejnym kłamstwem Shane'a, który przejawiał wyraźną tendencję do mijania się z prawdą.
    ― Shane, a tak w ogóle, to mógłbyś mi powiedzieć, dokąd idziemy? ― spytała w końcu, po raz kolejny otrzepując rękaw płaszcza z szarego pyłu. Od kurzu zawsze chciało jej się kichać; także i teraz nerwowo pocierała nos, nie chcąc dopuścić do tego, by pyłek dostał się do środka w większych ilościach.
    ― Zobaczysz na miejscu. ― Chłopak przystanął, odwrócił się i posłał jej tajemniczy uśmiech. ― Nie zdradzam sekretów.
    Lily przewróciła oczami, ale nie naciskała. Wiedziała, że Williams jest na tyle uparty, że koniec końców postawi na swoim, a jej zostaną tylko postrzępione nerwy.
    Złapał ją za ramię i skręcił gwałtownie, zanim zdążyła choćby pisnąć z zaskoczenia. Z dumą popchnął stare, drewniane drzwi, otwierając przed nią całkiem inny świat.
    Było głośno i brudno. Przede wszystkim głośno. Tłum dzieciaków przelewał się z jednego końca pomieszczenia na drugi. Jakaś para przeprowadzała sobie wzajemnie intensywne badanie migdałków, na co Lily zareagowała wyraźnym obrzydzeniem. W ciemnościach błysnęły jej czyjeś jasne włosy i ze zdumieniem zauważyła czającą się w kącie Nebraskę Lestrange, trzynastoletnią smarkulę, dyskutującą zawzięcie o czymś z dwa razy od niej większym chłopakiem. Lily zmarszczyła brwi, notując w pamięci, by podać ten przykład któremuś z braci, jeśli ją tutaj przyłapią. W końcu była starsza od tego półdiablęcia.
    Shane wziął ją za rękę i zaprowadził do prowizorycznego barku. Zachęcająco machnął dłonią.
    ― Wybierz coś sobie, to ci zrobię drinka ― posłał jej szeroki, krzywy uśmieszek, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów i zapalając jednego mugolską zapalniczką. Niepewnym wzrokiem powiodła po rozstawionych na stoliku butelkach, potem skierowała spojrzenie na Shane'a i znów na butelki. Po chwili krótkiego zawahania wskazała jedną z nich.
    ― Jak sobie pani życzy. ― Williams, z papierosem w ustach, sięgnął przez stół po szklankę i wlał odrobinę alkoholu, dolewając do pełna soku. Podał jej, jednocześnie zaciągając się dymem. ― Tylko ci, kurwa, parasolki brakuje ― zaśmiał się ochryple, przyglądając się, jak upija niewielki łyk. Czuła się dziwnie; pierwszy raz poszła na typową imprezę z typowymi ludźmi ― dotąd zawsze unikała przeludnionych, głośnych miejsc, bo tego typu towarzystwo nieodmiennie działało jej na nerwy. Tym razem jednak Shane przekupił ją obietnicą wypracowania na historię magii, więc niechętnie zgodziła się iść.
    Drink był słodki, kojarzył jej się z najlepszą czekoladą z Miodowego Królestwa. Zdecydowała, że jej smakuje i napiła się jeszcze trochę.
    ― Daj mi fajkę ― zażądała, wyciągając rękę. Shane prychnął cichym śmiechem, ale posłusznie wyciągnął w jej stronę prawie pełną paczkę. Lily wsunęła papierosa między wargi i warknęła na chłopaka przez zęby: ― No odpalisz mi, czy nie?

    [się rozkręcę. wybacz. nie umiem zaczynać. ;_;]
    zdemoralizowana siostrunia.

    OdpowiedzUsuń
  163. Cierpliwie czekała na odpowiedź Albusa, zdając sobie sprawę, że pytanie nie należało do prostych. Sama czułaby się głupio musieć opowiedzieć o jednej z wielu żenujących sytuacji. Nigdy nie należała do osób, które dzielą się z innymi swoimi porażkami. Nie była idealna i wcale tak nie uważała. Po prostu nie lubiła przyznawać się do błędu. Czekając na odpowiedź Ala, zaczęła rozglądać się po kanciapie. Gdyby nie cuchnące morską wodą szczotki i mopy, to mogłaby spokojnie tam zamieszczać. Nie lubiła dużych, przestrzennych pomieszczeń. Czuła się wtedy dziwnie mała i samotna. Będąc w schowku razem z Albusem czuła się w końcu kimś. Kimś, kto ma do kogo się odezwać, komu się wyżalić czy wypłakać w ramię. Dlatego kochała Pottera całym swoim sercem.
    Uśmiechnęła się lekko, słysząc pierwsze słowa Albusa. Jeśli ktoś zaczynał od wspomnienia, że coś stało się na imprezie, to znaczy, że jest to ciekawa historia. Sama miała takich kilka, chociaż wolała nie dzielić się swoimi doświadczeniami. W końcu większość należała do porażek. Kiedy doszedł do kolejnej części swojego sekretu, sama nie wiedziała jak ma zareagować. Znała Albusa dobrze i przenigdy nie podejrzewałaby go o coś takiego. Jednak nie miała z tym żadnego problemu. Chciała od razu odpowiedzieć coś, jednak od razu zaczął się tłumaczyć, więc tylko uśmiechnęła się mocniej. Kiedy w końcu miała okazję, żeby cokolwiek powiedzieć, ktoś wszedł do schowka.
    Martine zbladła i od razu zrobiło jej się gorąco. Instynktownie wyjęła różdżkę z kieszeni, zerwała się na równe nogi i wciągnęła do środka mężczyznę, który ze zdziwieniem patrzył na dwójkę nastolatków. Zatrzasnęła szybko drzwi jedną ręką, a drugą już wykonywała charakterystyczny ruch ręki dla zaklęcia Drętwota. Używała magii niewerbalnej od zakończenia szkoły. Dopiero wtedy tak naprawdę nauczyła się co to znaczy. Mężczyzna padł jak długi na szczotki i mopy, robiąc niezwykły hałas przy tym. Martine pisnęła i odskoczyła od jego ciała. Cała drżała. Teraz na pewno ich zdemaskują. Co gorsza ich rodzice będą mogli łatwiej dowiedzieć się gdzie są.
    - Albus. Musimy się stąd zmywać. I to teraz. Nawet jeśli wymarzę pamięć temu tutaj, to na pewno ktoś słyszał ten raban. Nie mamy innego wyboru. – Była przerażona i zesztywniała. Próbowała przypomnieć sobie czy kiedykolwiek była gdzieś za granicą. Wtedy przypomniała sobie jedyne wakacje, które spędziła z rodzicami poza domem. Było to wprawdzie dawno temu, ale wciąż pamiętała tamte okolice. Może Polska nie wydawała się najlepszym miejscem pobytu, jednak była to jedyna deska ratunku. Al nawet jakby był gdzieś za granicą, to nie dałby rady ich aportować. Martine była jedną z nielicznych uczennic, którym udawała się teleportacja łączna na pierwszych zajęciach z niej. – Ufasz mi? – zapytała tylko, nawet nie wspominając, co zamierza. Założyła plecak na ramiona, wymazała pamięć mężczyźnie i wyciągnęła rękę do Ślizgona starając się lekko uśmiechnąć.

    OdpowiedzUsuń
  164. [szczerze, to ja też ją kocham i jest moją dumą, jakkolwiek to nie brzmi. :D nie odpuszczaj, chcę tego wątku!
    hm... jak myślisz: jakie Al miałby do niej podejście? c:]

    Scabior.

    OdpowiedzUsuń
  165. [mam taką luźną koncepcję... może Albus był kiedyś przypadkowym świadkiem jednego z destrukcyjnych zachowań chłopaczka Sally, o których już Ci wspominałam na mailu? od tamtej pory mógłby jakoś, bo ja wiem, po cichu obserwować dziewczynę, czy na pewno wszystko jest okej, a któregoś razu wpadłby na Scabior, maskującą siniaki zaklęciem? co o tym sądzisz?]

    Scabior.

    OdpowiedzUsuń
  166. Och, przecież James od początku wiedział, co siedzi w głowie ojcu. Czekał sześć lat na to, aż w końcu wielki bohater znajdzie w sobie na tyle odwagi, by powiedzieć prawdę. Tak, James, mam wam za złe to, że trafiliście do Slytherinu. Nienawidzę tego, że jesteście tacy podobni do moich wrogów, do tych, z którymi kiedyś walczyłem. Sześć lat zajęło Harry'emu Potterowi znalezienie w sobie wystarczających pokładów złości, żalu i odwagi, by wykrzyczeć swoim synom w twarz, że zawiedli, bo nie stali się tacy, jak on. Bo nie umieli ratować ludzkości, bo nie zgrywali pieprzonych bohaterów za każdym razem, gdy pojawiało się jakieś niebezpieczeństwo.
    Wygląda na to, że czasami nawet Harry'emu Potterowi brakuje odwagi.
    - Myślisz, że tego nie wiedziałem? Myślisz, że nie zauważyłem, jak na mnie patrzysz? Przypominam ci tych Ślizgonów, których kiedyś znałeś, i nienawidzisz mnie za to. Mnie i jego - wskazał na brata niedbałym gestem. - Nienawidzisz nas, bo nie jesteśmy tacy, jak ty. Czego się po nas spodziewałeś? Czym jest ta twoja inicjatywa? Co mam zrobić? Uratować pieprzony świat?! Myślałem, że już to odwaliłeś za nas!
    Dopiero po chwili zauważył mamę, która stała w progu ze łzami w oczach. Ginny Potter rzadko płakała, ale w tym momencie najwyraźniej ziszczał się jej najgorszy koszmar. Na pewno miała nadzieję, że Harry nigdy tego nie powie. Że nigdy nie przyzna, jak bardzo jest zawiedziony. Cóz, stało się. I gdzieś w głębi duszy, pod całą tą wściekłością na ojca i brata, frustracją i żalem, James czuł lekką ulgę. Bo czekał naprawdę długo na te kilka słów, które utwierdziły go w przekonaniu, że on i Albus stali się największym przekleństwem Harry'ego Pottera.
    James przeciągnął dłonią po włosach i opadł na krzesło, zmęczony wcześniejszą bójką i krzykiem. Widok Ginny trochę go uspokoił i sprawił, że postanowił spuścić z tonu. Nie chciał doprowadzać matki do płaczu.

    James

    OdpowiedzUsuń
  167. [To ja chyba wybieram jednak Albusa. Raz nie mam wątków z żadnym kanonem, dwa słabo idą mi wątki męsko-damskie, trzy tak, zdecydowanie chcę wątek z Albusem <3]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  168. James rzadko opuszczał imprezy organizowane przez Ślizgonów, bo zawsze były one świetną zabawą. Uczniowie ze Slytherinu mieli smykałkę do zdobywania alkoholu w dużych ilościach i ukrywania coraz to lepszych wybryków przed nauczycielami, którzy najpewniej nie żyli w błogiej nieświadomości, ale nie chciało im się przerywać każdej hulanki zielonych, bo - cóż... Ślizgoni lubili świętować i czasami nawet nie potrzebowali jakiegoś wielkiego i waznego wydarzenia, by coś opić.
    Ta konkretna impreza została na przykład nazwana na cześć omletów podawanych na śniadanie przez hogwarckie skrzaty. Hulanka Na Cześć Dobrych Omletów okazała się być zbawieniem dla Jamesa, który przez cały dzień miał ochotę rozwalić komuś czaszkę. Zdecydowanie za dużo problemów zwaliło mu się na głowę w jednym momencie. Zazwyczaj był obojętny na świat, i to tak obojętny, że niektórych nawet to przerażało, a ostatnimi czasy nie mógł przestać myśleć. O rodzicach, o tym, co powiedział mu Harry, o Albusie i Lily, o całym tym szajsie związanym z byciem cholernym Potterem. Na dodatek była taka jedna dziewczyna, z którą najpierw kłócił się na każdym kroku, a jakiś tydzień temu go pocałowała, jak gdyby nigdy nic, i teraz nie miał zielonego pojęcia, co ma o tym myśleć. I co ma zrobić, przede wszystkim, bo jako rasowy podrywacz nie znał się za bardzo na zakochiwaniu się i całym tym gównie.
    Życie naprawdę było ostatnio trudne dla Jamesa Pottera, a Ognista Whisky potrafiła zadziwiająco szybko wszystko ułatwić. Nie minęło dużo czasu, a już nie do końca rozróżniał twarze kolegów. Coś tam mu migało ciągle przed oczami, ale były to tylko zamazane kształty, niezbyt znaczące w wirze pijanej nocy. Wydawało mu się, że z kimś tańczył, że jakaś dziewczyna go całowała i siedziała mu na kolanach, ale za chwilę Scorpius zaczął tańczyć na stole, chyba bez spodni, i James dostał ataku śmiechu. Zaraz potem dziewczyny nie bylo, Malfoy leżał na podłodze, a butelka Ognistej Whisky zmaterializowała się na stoliku obok. Wyglądała smutno, tak bez właściciela, więc James ją przygarnął. I zasnął na fotelu, w błogiej nieświadomości, zapominając o wszystkich idiotycznych problemach.
    Jakieś trzy godziny później James obudził się, z przeraźliwą suchością w gardle i znajomym bólem głowy. Gdyby nie był wciąż pijany, wstałby i poszedł po jakąś wodę czy coś, ale jeszcze ani trochę nie wytrzeźwiał. Świat był mniej zamazany, jednak taniec na stole nadal wydawał się być świetnym pomysłem. A to na pewno nie była opinia osoby trzeźwej.
    Uniósł głowę, chcąc rozejrzeć się po pobojowisku pozostawionym przez imprezowiczów. Niektórzy mieli na tyle przyzwoitości, by wrócić do swoich dormitoriów, ale większość postanowiła przespać się na podłodze. Cóż za elegancja. James przynajmniej znalazł sobie fotel. I to się nazywa klasa, pojawiło się w jego pijanym umyśle, i natychmiast zaczął się śmiać. Chłopak leżący pod ,,jego" fotelem również parsknął śmiechem, jakby wiedział, co w ogóle mogło być tak zabawne. Spojrzał zamglonym wzrokiem na Jamesa.
    - Namalowałem twojemu bratu penisa na czole - zachichotał, wskazując palcem Albusa, który właśnie się obudził.
    James wlepił niezbyt jeszcze przytomny wzrok w brata i zaśmiał się ponownie. Albus śmiesznie wyglądał z genitaliami wymalowanymi na czole.
    - Cóż, adekwatny rysunek - wymamrotał James, klepiąc kolegę po plecach. - Ostatnio zrobił się z niego straszny kutas.
    Ups. Możliwe, że powiedział to odrobinę za głośno. Jego pijany umysł nie widział jednak jeszcze awantury, której groźba zawisła nad Pokojem Wspólnym.
    - Ej, Al! Ładna buźka - zawołał ktoś, wywołując tym protesty wśród skacowanych towarzyszy.
    James zaśmiał się głośno. Cała ta sytuacja była naprawdę zabawna, gdy alkohol ciągle krążył w jego żyłach.

    również (nie)kochający brat <3

    OdpowiedzUsuń
  169. [To powiedzmy, jaka Ci się relacja marzy, a resztę postaram się dograć ;D]

    Johan

    OdpowiedzUsuń
  170. [Myślałam jeszcze nad Neliusem, ale wydaje mi się, że Albusa będzie jej łatwiej poznać, skoro są w jednym domu, na tym samym roku. Nie wiem tylko, co mogę konkretniejszego zaproponować, bo do głowy przychodzą mi chyba tylko nocne rozmowy w Pokoju Wspólnym i partnerstwo na którymś z przedmiotów, trzeba mi pomóc. :<]

    Bernie Rochester

    OdpowiedzUsuń
  171. Martine teleportacji łącznej użyła w życiu zaledwie kilka razy, jednak nigdy nie miała z nią problemu. Kiedy uczyła się aportacji, zależało jej na tym, żeby ludzie zaufali jej pod tym względem. Chciała być też spokojna o to, że nic jej się nie stanie. Nocami powtarzała zasady, których uczył ich instruktor. Cel, wola, namysł, cel, wola, namysł… Zarwała kilka nocek tuż przed końcowym egzaminem, właśnie na powtarzaniu tej formułki. Dopiero kiedy wróciła do domu mogła na dobre nauczyć się tej sztuki. Próbowała teleportacji łącznej zazwyczaj biorąc pod pachę swojego kota, lub zmuszając do tego sąsiada, który w żaden sposób nie mógł oprzeć się jej urokowi. Po wielu próbach udawało jej się to perfekcyjnie.
    Kiedy Albus spojrzał na nią, widziała przerażenie na jego twarzy. Nie dziwiła mu się. Wiedziała, że w żaden sposób nie załagodzi dziwnego uczucia w okolicy pępka, które sprawiało, że chciało się wymiotować, ale mogła sprawić, że będzie czuł się lepiej tuż po wylądowaniu na miejscu. Złapali się za ręce, Martine uśmiechnęła się jeszcze, przymknęła oczy i skupiła się na miejscu, w które musieli się aportować. Miała nadzieję tylko, że dobrze je zapamiętała, bo w innym wypadku trafiliby… Prawdopodobnie nigdzie. Z całych sił próbowała zapomnieć o tajemniczych zniknięciach czarodziei, którzy już nigdy więcej się nie pojawili. Po kilku sekundach poczuła lekki powiew wiatru, który oznaczał, że aportowali się już. Uchyliła lekko powieki i od razu odetchnęła i uśmiechnęła się szerzej. Trafili.
    Stała tak przez chwilę, czując jak powoli się rozluźnia. Udało jej się. Jej pamięć nie zawiodła tym razem. Miała ochotę skakać z radości, jednak świadomość, że są w Polsce, zamiast w bardziej cywilizowanym miejscu sprawiła, że powściągnęła swoje emocje. Kiedy Albus stanął już na nogi, od razu przytuliła się do niego, ciesząc się, że po raz kolejny nie zawiodła chłopaka. Zaufał jej. Właśnie tego potrzebowała. Rodzice nigdy nie posunęliby się do tak drastycznego kroku.
    - Dziękuję, że mi zaufałeś – powiedziała i rozejrzała się dookoła. Wprawdzie było tu trochę więcej krzaków niż kiedyś, ale poza tym wszystko było takie samo. – Byłam tutaj kilka lat temu z rodzicami. Moje jedyne wakacje za granicą, a trafiłam do POLSKI. To koło Niemiec. Gobliny z Grodziska to ich drużyna quidditcha. Dwa lata temu zajęli drugie miejsce. –
    Nie interesował jej quidditch, ale akurat to pamiętała, bo jej ojciec zabrał ją wtedy na mecz. Dostała nawet autograf od jednego z graczy, ale nie potrafiła przeczytać nawet jak miał na imię.
    – Tak czy inaczej oznacza to, że mamy problem. Wprawdzie jesteśmy coraz bliżej naszego celu, ale z Polski nie tak łatwo się wydostać przez granicę. Pilnują jej, żeby jakoś szczególnie dużo osób nie wyjeżdżało, a my nie mamy dokumentów. Nie przepuszczą nas. Możemy przejść przez granicę ze Słowacją, górami, ale tam ponoć mieszkają Trolle. – Martine przygryzła wargę, bo kompletnie nie pomyślała o tym fakcie. – Możemy spróbować pojechać pociągiem. Stacja kolejowa powinna być w Kłodawie… Boże Albus, nie sądziłam, że to wszystko będzie aż takie trudne… - powiedziała i westchnęła pod nosem. Myślała, że będzie to kwestia popłynięciem promem, a teraz? Wszystko się skomplikowało. – Co robimy?
    Ta co wydłuża im podróż

    OdpowiedzUsuń
  172. [Och, kiedy Bernie Eliksiry bardzo lubi — z Zielarstwem jest kłopot. Skoro do zeszłego roku był w drużynie, to może całkiem nieźle się dogadywali? Żadna wielka przyjaźń, ale teraz może mieć do niego pretensje, że zrezygnował; nie powie mu tego wprost, bo przecież nie będzie robić afery przez takie bzdety, ale może wyraźnie być na niego zła. Albo, no nie wiem, skoro oboje lubią Eliksiry, może na jednej z lekcji szli łeb w łeb i nie mogą zdecydować, kto był lepszy od kogo?]

    Bernie Rochester

    OdpowiedzUsuń

  173. Nie oczekiwał, że Albus powie coś, co mogłoby chwycić go za serce. Nie spodziewał się efektownych pojednań, wyznawania sobie uczuć i uścisków. Znał Albusa zbyt długo, by wiedzieć, że takie odruchy nie znajdywały się w jego słowniku fizycznym, dlatego też wypowiedź młodszego Pottera przyjął jako swojego rodzaju połączenie przeprosin za sieknięcie go w twarz i przyjęcie tych, które skierował ku niemu Bellamy. Blondyn uśmiechnął się pod nosem i nie myśląc za wiele ruszył za Albusem, który zaczął już grzebać w szafkach.
    — Al, wiesz, że ja mam tutaj motor, prawda? — zagadnął, nie spuszczając spojrzenia lśniących oczu z butelek, które znalazł jego przyjaciel. Wyciągnął rękę po ciekawiącą go flaszkę zapełnioną do połowy różowym płynem i bez pytania wyjął ją z uchwytu Albusa. Podstawił ją pod nos, a cierpki zapach alkoholu podrażnił jego zatoki. — Okay, możemy wracać po południu — stwierdził niemalże od razu, uśmiechając się jak głupi. — To musi dawać kopa. — Dodał, po raz kolejny zaciągając się zapachem ulatującym z butelki.
    Oddał Albusowi flaszkę, żeby przejść przez pokój i dorzucić do komina drwa. Jeśli mieli opróżnić tą Ognistą i coś, co Bell w myślach określał mianem bimbru, było pewne, że nie będą w stanie się później podnieść. Po wielu maratonach picia, Bell nauczył się, że musi myśleć naprzód, bo po pijaku nie byłby w stanie nawet pościelić łóżka. Ba! Nawet rozebranie się mu nie wychodziło, no chyba, że striptiz. Tak, w tym pijany Sangster był najlepszy i część hogwarckiego społeczeństwa zdążyła się o tym przekonać.
    — Od czego zaczynamy? — zapytał, kucając przy kominku i spoglądając przez ramię na Albusa. Na oślep sięgał po drewno i wrzucał je do ognia. Płomienie buchały ciepłem na jego twarz, sprawiając, że prawy profil, wystawiony na działanie gorąca, piekł go niemiłosiernie. W pośpiechu załatwił całą sprawę z dokładaniem do kominka i podniósł się, wycierając dłonie o materiał kombinezonu na swoim tyłku. — Bo ja proponowałbym ten niedokończony, na pewno jest dużo mocniejszy i jestem niemal pewien, że wystarczy nam do doprowadzenia się do naprawdę złego stanu. — Uśmiechnął się niczym szaleniec i uniósł dłoń, by długimi, szczupłymi palcami przeczesać sterczące włosy, którym najwyraźniej przydałoby się strzyżenie.
    Usiadł wygodnie na kanapie, uprzednio zrzucając ze stóp motocyklowe buty. Podwinął pod siebie swoje chude nóżki, a dłonie ułożył na kolanach. Nie spodziewał się, że ten wieczór może się tak skończyć, miał po prostu odebrać Azyla, porozmawiać chwilę z Albusem i wyjaśnić mu wszystko, a potem pojechać gdzieś samotnie, może odwiedzić Arisa, byle tylko odreagować tę trudną konfrontację. Jednak los najwyraźniej przewidział dla niego inne metody odreagowywania , ale nie narzekał. W gruncie rzeczy cieszył się, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż planował i oczekiwał. Można by rzec, że odzyskał przyjaciela i zyskał okazję, by udowodnić mu, że znaczy dla niego o wiele więcej niż zeszłoroczny śnieg.
    — Wiesz, Al — zaczął cicho — ty pojechałeś z Martine do Indii, a ja poznałem wielu takich jak ja — powiedział niepewnie. Miał wrażenie, że to może wywołać kolejną falę pytań, jednakże nie mógł powstrzymać się, przed powiedzeniem o tym Albusowi. — I zrobiłem tatuaż. — Dodał, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. — I mam przyrodniego brata. — Przygryzł wargę, zastanawiając się, jak Al na to wszystko zareaguje. Zaledwie na chwilę stał się tym samym Bellamym, którym był kiedyś. Niepewnym, nieco nerwowym i nieśmiałym.

    Bellek kartofelek

    OdpowiedzUsuń
  174. Cóż, pijany umysł Jamesa zdecydowanie się tego nie spodziewał. Bądźmy szczerzy, gdyby ktokolwiek w tym pomieszczeniu był trzeźwy, już od kilku minut wszyscy robiliby zdjęcia - ślicznej ozdoby na czole Albusa i rekwizytu, który trafił prosto w Jamesa. Tymczasem nieliczne osoby, które już zdążyły się obudzić, tylko ryczały ze śmiechu. Niektórzy najprawdopodobniej nawet nie wiedzieli, z czego dokładnie się śmieją - z dyndających na czole młodszego Pottera genitaliów, czy może z tego, co starszy właśnie wypluł z ust z obrzydzeniem wypisanym na twarzy.
    - Cóż za dojrzałe zagranie - wymamrotał zdegustowany James.
    Z jednej strony były to tylko żarty, więc pewnie powinien olać sytuację, bo głowa nadal bolała go po szalonej nocy. Ale z drugiej strony nawet jego otumaniony alkoholem umysł wciąż pamiętał urazę, jaką odczuwał w stosunku do młodszego brata. O nie, to się nie mogło tak skończyć.
    James miał ochotę użyć różdżki, ale wiedział, że jest to dość kapryśna przyjaciółka, a poza tym nie był zbyt trzeźwy, dlatego zrezygnował z tego pomysłu. Zdecydowanie mógł sobie na razie poradzić bez magii. Uśmiechnął się pod nosem i podniósł wyczarowany przez Albusa rekwizyt.
    - Hej, Al, dużo ich w życiu widziałeś? - uniósł znacząco brew i spojrzał z ironicznym uśmieszkiem na brata, starając się ignorować zawroty głowy. - Nie chcę nic sugerować, ale...
    Chłopak, który spał wcześniej obok fotela Jamesa podniósł się nieznacznie, by przyjrzeć się bliżej dziełu Albusa. Po chwili zaczął chichotać.
    - Ja pierdziele, no wygląda jak prawdziwy! - wybełkotał, ciągle się śmiejąc. - Właśnie odkryłeś swój talent, Potti!
    James zaśmiał się, słysząc ten komentarz. Rzucił sztucznym penisem przez pokój, a ten wylądował z plaśnięciem na kolanach Albusa.
    - Jestem pewien, że ojciec byłby zaaaaachwycony, że wreszcie odnalazłeś swoje powołanie, Al - dodał jeszcze James, odwołując się do wcześniejszej wzmianki Albusa o ojcu. - Nareszcie coś, w czym jesteś dobry.
    Wspominanie o sprawach rodzinnych w tej sytuacji nie było raczej wskazane, bo na sto procent prowadziło to do większej kłótni, ale w końcu... To Albus zaczął. Jako pierwszy wspomniał o ojcu. Poza tym, James był nadal na tyle pijany, by robić głupie rzeczy. Alkohol wciąż krążył w jego żyłach, a teraz dołączyła do tego złość na brata i lekka irytacja. Dlaczego Albus w ogóle pojawił się na tej imprezie? Nie powinien zaszyć się gdzieś w bibliotece i czytać jakichś idiotycznych ksiąg o czarnej magii? Czy nie powinien knuć w samotności, jak przejąć władzę nad światem? Och, co za pieprzony idiota - pomyślał James z obrzydzeniem. - Po co się w ogóle przypałętał na tę imprezę?

    sassy queen, James

    OdpowiedzUsuń
  175. [Bernie raczej do kochliwych nie należy, a jak już jej się ktoś podoba, to obiekt westchnień prędzej na twarzy poczuje jej pięść, nie całusa. Nie zmienia to jednak faktu, że mogła na jakiejś imprezie faktycznie przelizać się z Jamesem, bo tak, a on mógł potraktować to wręcz jako zaproszenie do składzika na miotły, więc dostał po łapach. Tak czy inaczej, Rochester lubi mieć wszystko pod kontrolą, więc może obstawili, kto poradzi sobie lepiej na Eliksirach? Rochester czuje się pewnie na tym gruncie, więc taka opcja wchodzi w grę; to kara będzie tą gorszą częścią zakładu, więc niech Albus jej coś paskudnego wymyśli. Albo nie wiem, możemy też po prostu postawić na nocną rozmowę w Pokoju Wspólnym i zobaczyć, co nam z tego wyjdzie?]

    Bernie Rochester

    OdpowiedzUsuń
  176. [To ja się przyszłam pozachwycać gifem w karcie, który jest prześliczny! Nigdy nie sądziłam, że aż tak polubię Asha Stymesta. <3
    Ciastka zamoczone w Earl Grey są pycha!]

    ARIELKA

    OdpowiedzUsuń
  177. [Obiecywałam na shoucie, że jak się zwolni miejsce, to się pojawię, więc się pojawiam. Arielka chce znowu spotkać się z Alem, może tym razem zamach na jego życie się uda i przypadkiem wepchnie go do jeziora (tak sobie przypomniałam ten wątek :D). Także tego, teraz się nie wykręcisz, będę cię dręczyć. I tak żeby nie było, że przychodzę bez pomysłu, to przyszłam z pomysłem: wyprawa do Zakazanego Lasu. Wiem, motyw oklepany, ale daje mnóstwo możliwości na jakieś pełne akcji i przygód wątki. Poza tym Arielka, z jej miłością do zwierzątek, na pewno nie mogłaby się powstrzymać przed wyruszeniem na taką wyprawę, gdyby po zamku rozeszła się plotka, że w lesie widziano spore stado jednorożców czy innych fascynujących istot. A Albusa by tam zaciągnęła siłą, gdyby się pojawił w zasięgu jej wzroku. :)]

    OdpowiedzUsuń
  178. [Chodź, Potter, napsocimy coś.]

    Sebastian

    OdpowiedzUsuń
  179. [Dobrze, że proponujesz to zakochanie, bo mnie coś takiego chodziło po głowie, bo to takie arielkowe. <3 Ale w Jamesie pewnie była kiedyś zakochana, ale to dawno i nieprawda, Al jest fajniejszy. A podczas ucieczki przed rozwścieczonymi centaurami można wpaść do wielkiego dołu bez wyjścia, taki mix też brzmi ciekawie. Zacznę, skoro to moja pani ma knuć spiski zdobycia tru loffa. Mogę założyć, że się znają od roku, kiedy to Arielka wpadła na Ala i wywaliła go na lód, i że jakiś tam kontakt utrzymywali przez ten czas? :)]

    OdpowiedzUsuń
  180. Arielka jeszcze nigdy w swoim czternastoletnim życiu nie doświadczyła tak mocnego uczucia, jakie towarzyszyło jej od dłuższego czasu. W całym Hogwarcie była znana ze swojej słabości do przystojnych chłopców i tendencji do zakochiwania się we wszystkich kolegach, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by zainteresowanie którymś trwało dłużej niż tydzień, w porywach do dwóch. Tym razem było inaczej i to najbardziej ją martwiło, bo kompletnie nie miała pojęcia, co zrobić ze swoim nowym obiektem westchnień.
    Zazwyczaj jej proces zakochiwania się w kimś wyglądał tak, że idąc po korytarzu, dostrzegała go w tłumie i od razu wiedziała, że to jest ten chłopak, z którym chciałaby się umówić. Tak jakby jakaś postać stała obok niego z tabliczką w kształcie strzałki z napisem na niej głoszącym: MIŁOŚĆ!!! Dotychczas uczucie pojawiało się nagle i równie nagle znikało, zastąpione kolejnym. Arielka była zadowolona z takiego stano rzeczy, bo dzięki temu nawet jeśli jej obiekt westchnień ją ignorował i, dosłownie to ujmując, miał ją w dupie, to wierzyła, że za chwilę znajdzie na jego miejsce kogoś innego. Tym razem Arielki nie trafił grom z jasnego nieba, ani nie zakochała się nagle, tylko i wyłącznie dlatego że spodobała jej się czyjaś twarz. Czuła się bardziej jak jeden z bohaterów mugolskich bajek dla dzieci: biegła i nawet nie zorientowała się, że minęła już granicę zbocza i szła w powietrzu. Dopiero gdy dostrzegła, że straciła grunt pod nogami, zaczynała spadać w zastraszającym tempie. Właśnie tego doświadczyła; po tym, gdy zorientowała się, że czuła do pewnej osoby coś więcej niż tylko sympatię, wpadła. I to po uszy.
    Z Albusem Potterem poznała się w dość nietypowy sposób, ponieważ popisała się przed nim koordynacją godną pijanego słonia. Mogła jedynie się cieszyć, że nie ważyła tyle, co słoń, bo wtedy lód pod nimi na pewno by się zawalił i wpadliby do lodowatej wody hogwarckiego jeziora. Mimo tej drobnej wpadki, spotkanie przerodziło się w dobrą znajomość; Arielka świetnie dogadywała się z Albusem, choć na pierwszy rzut oka różnili się we wszystkim. Lubiła spędzać czas w jego towarzystwie i dopiero niedawno zorientowała się, że coś, co w myślach nazywała przyjaźnią, przestało jej wystarczać. I wtedy zakochała się jeszcze bardziej, chociaż zdawała sobie sprawę, że jej szanse na zainteresowanie Ala były jeszcze mniejsze, niż przy jego bracie, Jamesie, w którym kochała się równo dwa dni.
    Arielka nie była głupia, ale nade wszystko uwielbiała ryzyko i właśnie dlatego jej plan zdobycia serca Albusa nie należał do bezpiecznych. Zamierzała grać damę w opałach i on miał być rycerzem na białym koniu, który wyratuje ją z opresji, a potem razem pocwałują wprost do zachodzącego słońca. Zakazany Las wydawał jej się miejscem idealnym, by wpaść w te opały, zwłaszcza, że od dawna pragnęła się tam wybrać i zobaczyć na własne oczy, czy faktycznie był on tak przerażający, jak opowiadali niektórzy uczniowie. Właśnie dlatego wykorzystała cały swój urok osobisty, by dowiedzieć się, kiedy mogła spotkać Albusa w pobliżu lasu i właśnie tam ruszyła, by wprowadzić swój plan w życie. Już gdy zbiegała ze zbocza, dostrzegła Ala; nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu na jego widok. Odgarnęła włosy za uszy i sprawdziła, czy różdżka wciąż znajdowała się w jej kieszeni. I tak wyposażona — w różdżkę i uśmiech — ruszyła prosto w stronę Albusa, by jak najnormalniej w świecie wyminąć go i pewnym krokiem ruszyć do Zakazanego Lasu.

    ARIELKA

    OdpowiedzUsuń
  181. [Ależ, Skarbeńku, nie opłakuj jej w żadnym razie, bo ona nigdzie się nie wybiera. Ja po prostu po trzech tygodniach wracam dopiero do gry – powoli, ślimaczym tempem, na jaki pozwala mi uczelnia i moje przestawianie się do kreatywnego pisania c:]

    Cressie

    OdpowiedzUsuń
  182. [Zero stresu i nic mu się tutaj nie bój – nie znikam bez pożegnania i nie porzucam postaci, tylko czasem gdzieś mnie wetnie <3 Powinnam powoli ruszyć sobie z odpisami w piątek/sobotę, ale jeśli chcesz to wepchnę Cię z Alem i z Sullem na sam szczyt kolejki c:]

    Cress

    OdpowiedzUsuń
  183. Panna Rosier nigdy nie wątpiła w to, że trudno było jasno zrozumieć motywy jej działania, a tym samym ocenić co ma na to na celu. Jak każda nastolatka weszła w etap dorastania, w którym podważa się system wartości rodziców i tego co od dziecka było wpajane do młodego umysłu. To całkiem naturalne i dzieje się tam samoistnie. Z tą stosowną różnicą, że u innych przybiera to znacznie gwałtowniejszego rozpędu, a u innych mniejszy i wydaje się przez to mniej inwazyjny. Gdyby ktoś uznałby, że Averyll gładko wskoczyła w któryś z nich to i dawałoby to jakieś podłoże do oceny jej postępowania, a co jeśli to się ze sobą nie wiąże, a postępowanie samej Cress wynika z czegoś zupełnie innego? Wówczas sprawa nie wydaje się taka prosta. Co więcej ściśle łączy się to ze świadomym wyborem mugoloznawstwa, oddaniem odznaki prefekta i odejściem od skreślania innych na podstawie tego co „być powinno” według jej rodu. Nie opuściła się jednak w nauce. Zaczęła za to bawić się, a zakumplowanie się z chłopakami wyszło samoistnie i tak oto przy jednym z ognisk na skraju Zakazanego Lasu miała szansę poznać Albusa Pottera, którego wcześniej miała wyraźny nakaz unikać. Tatuś na pewno nie byłby z niej dumny. Zresztą – już zapewne nie jest.
    Organizując jedną z największych domówek w posiadłości Rosierów pod nieobecność rodziców, Cress porywała się na istne szaleństwo, zapraszając prawie całą szkołę i nie bacząc jakoś szczególnie na status ich krwi czy barwy domu. To co działo się później, tuż po zjawieniu się gości – było trudne do objęcia umysłem, gdyż zdecydowanie zbyt wiele się działo, aby móc obserwować wszystko na raz. Może lepiej dla niej, że nie znajdowała się w salonie, gdzie runęła wiekowa lampa, bo może to zadziałoby na nią jak coś na wzór zimnego prysznica. Miała jednak za sobą kilka kolejek wymieszanych alkoholi, które rozluźniły ją znacząco, odsuwały na bok żelazną logikę, rozwiązywały język i sprawiały, że wszystko wydawało się takie mało znaczące, jakby lekkie. Istniałoby zatem duże prawdopodobieństwo, że zlekceważyłaby to zdarzenie i odebrałaby je jako coś zabawnego.
    Zapraszając Albusa – Cressida brała pod uwagę, że może się najzwyczajniej w świecie nie zjawić. Cóż, przez ten czas podczas, którego znaleźli wspólny język i wyjątkowo dobrze się ze sobą dogadywali, a co za tym idzie miała na uwadze, że chłopak nie przepada zbytnio za miejscami, w których jest mnóstwo tłumu. Kiedy jednak ponownie się nad tym zastanawiając – wpadła na niego niechcący prawie, że od razu na jej twarzy wymalował się pogodny uśmiech.
    – Martwiłam się, że nie przyjdziesz, dlatego cieszę się, że cię widzę. – stwierdziła wesołym tonem, nie dając się na szczęście złapać w jakiś dziwny słowotok – aż tak rozluźniona to nie była. Oj, Cressie, jeszcze możesz pożałować tej procentowej beztroski i delikatnego zwolnienia zahamowani. – I przepraszam za to, że na ciebie wpadłam. – zreflektowała się chwilę później, wzruszając lekko ramionami i śmiejąc się cicho. Z jej twarzy nie schodził ten sam uśmiech, który nieco się poszerzył. – Chciałeś… um, pójść na zewnątrz? – zapytała, stając na moment bokiem, żeby wskazać na widok za drzwiami, których ostatecznie za sobą nie zamknęła, bo właśnie włączyła jej się żywsza gestykulacja. Uff, jednak miała na uwadze, że bawiąca się na dworze młodzież może zechcieć wrócić do środka w razie gdyby zrobiło im się zimno. – Chyba że wolałbyś, abym oprowadziła cię po upornym domu Rosierów, Al. – powiedziała z przejęciem i w dodatku takim tonem, jakby wpadła właśnie na genialny pomysł. Następnie ciemnowłosa utkwiła względnie uważne spojrzenie w młodym Potterze. – Wiesz, nigdy nie wiadomo, kiedy taka okazja może się powtórzyć. – dodała, udając powagę i kiwając, powiedzmy przekonująco głową. Oczywiście zachowała ją tylko na moment, by chwilę później ponownie się roześmiać się wesoło i perliście.

    Cressie

    OdpowiedzUsuń
  184. [Koniec świata - Martine odposuje!]
    Zastanawiając się nad ewentualnym alternatywnym środkiem transportu, cały czas przyglądała się temu, co robił Albus. Nie zdziwiła się jakoś szczególnie, kiedy jego plecak urósł, ale gdy wyciągnął z niego swoją miotłę, uniosła do góry brwi. Co jeszcze ma w tym plecaku? Domyślała się, że chce na niej polecieć. Nie bała się latania na miotle. Wolała jednak unikać tego środka transportu pamiętając, że nawet rozszczepienie jest lepsze od upadku z dużej wysokości.
    Albus podszedł do najbliższego drzewa i próbował złamać najdłuższą gałąź. Nie szło mu to najlepiej, więc Martine jednym ruchem różdżki sprawiła, że gałąź sama się oderwała. Uśmiechnęła się do przyjaciela i dalej uważnie śledziła jego ruchy. Nie była pewna, w jaki sposób gałąź będzie mu potrzebna. Dopiero kiedy chłopak zwrócił się bezpośrednio do niej, podniosła się z ziemi, przypominając sobie zaklęcie łączące. To eliksiry były jej mocną stroną. Nie oznaczało to jednak, że nie była dobrą uczennicą na transmutacji. Oceny miała całkiem przyzwoite, chociaż nigdy nie czuła tego czegoś na lekcjach. Teraz jednak musiała zapomnieć o tym i przypomnieć sobie tą durną formułkę zaklęcia. Podeszła bliżej miotły i gałęzi, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała Epoximise. Sposób, w jaki wymawiała zaklęcia zawsze zachwycał nauczycieli. Robiła to z gracją, jakby zwracała się do ukochanego. Mówiono jej to wiele razy, jednak nie potrafiła wytłumaczyć, jakim cudem się tak dzieje.
    - Niech Merlin ma nas w swojej opiece! – powiedziała i podniosła ich nowy transport. Nie była pewna czy to dobry pomysł, żeby lecieli na tym pomiocie szatana. Nie mieli jednak zbyt dużego wyboru. Spojrzała na Albusa i podała mu ich dwuosobową miotłę. – Ty prowadzisz kochany! – Wzięła z ziemi swoją torbę, spojrzała jeszcze raz czy wszystko zabrali i zwróciła się ponownie do Pottera – Najbliższy przystanek w Turcji. Nawet jakbyśmy mieli lecieć godzinami. Musimy nadgonić trochę. – Kiedy Albus usadowił się na swoim miejscu, usiadła tuż obok niego i mocno złapała się gałęzi. Chciała jak najszybciej znaleźć się w Indiach i zapomnieć o wszystkim, co za sobą zostawia. – Mam nadzieję, że dolecimy w jednym kawałku! – powiedziała w momencie kiedy odepchnęli się stopami od ziemi i zaczęli lecieć przed siebie.
    Martynka

    OdpowiedzUsuń
  185. [demoralizujący brat jest bardzo potrzebny. <3 ktoś musi kryć chudy tyłek swojej siostry!]

    siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  186. [ Honey I'm hooome <3 Chce coś super ! Only you <3 Nie wiem jakie już masz wątki więc cięzko mi coś proponować, myślmy! ]

    Casilda twa ukochana

    OdpowiedzUsuń
  187. [ Oh zdecydowanie nasze romanse nie mają prawa być utoczo mdląco piękne, musimy rozwalić ten system! Mojej pannicy ktoś okrutnie złamał kiedyś serduszko, więc teraz bidulka trochę zgorzkniała i do uczuć się nie przynaje, więc to mogłoby być tak toksycznie piękne, jeśli wbrew sobie coś by się tam w niej działo do Albusika, przecież tak nie można! Oh moze jakieś uczucie które powstało wbrew ich woli? ]

    OdpowiedzUsuń
  188. Oh i to mogłoby być takie urocze jeśli eliminowali by nawzajem swoich adoratorów, gryźli się, ale czuli taką cholerną chemię?

    OdpowiedzUsuń
  189. OOoo <3 Taka nienawiść, a tu nagle Albusik znajduję blondwłosą wredote w totalnej rozsypce i coś w nim zaczełoby chciec by tego bólu w dziewczynie nie było. Oh toż to idealne xD A przecież nazywanie kogoś wścibskim chujem jest takie urocze ;3

    OdpowiedzUsuń