"Don't get too close, it's dark inside"

Dorian William Finn

VII rok / 16 lat / urodzony 21 kwietnia 2005 / Slytherin / drugie imię po dziadku / oczy bardziej niebieskie, niż woda na Lazurowym Wybrzeżu/ włosy czarne jak dusza Voldemorta/ krew czystsza niż talerze przed ucztą powitalną / różdżka czternastocalowa, cis, rdzeń z pióra z ogona feniksa /"Dziewczyna, chłopak, wszystko jedno!"/ animag & patronuslis /"Miłość? Co to? Lepiej chodźmy się zabawić!"/ bogin – nigdy się nie przyzna, przecież niczego się nie boi! Czemu jeszcze o to pytasz? Tlen marnujesz! (I nigdy nie powie, że najbardziej się boi ojca) / starszy brat – jak mu stale powtarzano, zakała rodziny / Skrycie chciałby być Mrocznym Jedi, tylko nikomu nie mów. /"Ja nie dam rady? JA?"/"Kaczki to zło wcielone!"/ Wróg Numer Jeden / OPCM / eliksiry / transmutacja / zielarstwo / zaklęcia / starożytne runy / astronomia



Przekonanie, że jest najlepszy narodziło się w nim jeszcze przed otrzymaniem różdżki. Nie, żeby rodzice jakoś specjalnie zajmowali się nim za dzieciaka ani w późniejszych latach, nigdy nie odczuwali potrzeby wykazywania inicjatywy, chyba, że akurat powtarzali mu jak ważna jest czystość krwi, że żadna magia nie jest tak naprawdę zła i wychwalali dom Salazara Slytherina. Ojciec nawet znajdował czas, żeby podszkolić go z dziedzin magii, które w Hogwarcie były (według niego) w sposób niewybaczalny pomijane. Mimo to nie posłali go do Durmstrangu, jak starszego brata, prawdopodobnie miało to związek z awansem ojca, a posłanie syna do szkoły o tak wątpliwej reputacji mogło budzić pewne podejrzenia. Tak samo uczono go, że powinien być dumny ze swojego pochodzenia, ale dla dobra własnego sukcesu, nie powinien wszystkim się chwalić, że dziadek siedzi w Azkabanie, za posiadanie Mrocznego Znaku na lewym przedramieniu. No cóż, przegryw, musiał sobie sam zadbać o szacunek wśród uczniów, ale się udało.Pojęcie takie jak miłość, w jego przekonaniu, było czymś abstrakcyjnym, niegodnym jego uwagi. Po co mieć czekoladkę, skoro na świecie jest tyle pełnych pudełek? No właśnie. Rodziny też się to tyczyło. Może trochę bardziej lubił dziadków, ale było to wynikiem przysyłania mu na święta ciasta wiśniowego i pokaźnego stosu prezentów. Rodzice od zawsze wymagali od niego szacunku, a brat... Tego upierdliwego uosobienia wszystkiego, czego Dorian nienawidził, nigdy nie tolerował. Był z siebie dumny, kiedy jeszcze w wieku trzech lat wybił mu kilka zębów. Oczywiście od tego czasu nauczył się o wiele lepszych metod krzywdzenia i sprawiania bólu. Żyje w przekonaniu, że jest naprawdę szczęśliwy. Zawsze dostawał to, czego chciał, a z czasem dawano mu coraz więcej wolności. Tak naprawdę, jeśli jego ojciec był pewien, że Dorian świetnie wykonuje jego polecenia, wszystko było mu wolno. Może właśnie dlatego tak bardzo bał się go zawieść? Oczywiście nigdy tego nie przyznał. Wolał otaczać się grubym murem, spychać uczucia gdzieś w ciemny kąt i zapominać o nich na tyle, na ile się dało. Nie chciał pozwolić, żeby ktokolwiek wiedział, że on też może się poddawać takim słabościom, a z czasem chyba sam o tym zapomniał. Łatwiejsze stało się wyładowywanie się na inne sposoby. Rzucenie uroku na jakiegoś irytującego ucznia, zrobienie komuś na złość, weekendowa przygoda i późniejsze odrzucanie dziewczyny bądź chłopaka zawsze wydawały się sprawdzać. Zapominanie z kim spał z czasem stawało się tak łatwe, jak oddychanie. Mimo to nadal znajdowały się kolejne osoby, które w jakiś podejrzany sposób do niego lgnęły i robią to nadal, chociaż on uparcie otaczał się murem chłodnego uśmiechu, sarkastycznych uwag, wrednego usposobienia, traktowania każdego z osobna jak idiotę i rzucania przekleństw na wszystkich, którzy próbowali dotrzeć do jego prywatności. Ewentualnie może jeszcze nakłamać. Szybko też nauczył się kreatywnego zmyślania. Nawet nie wyczujesz, że w tym, co mówi nie ma ani trochę prawdy.Nie próbuj wątpić w jego zdolności. Przyjmie każde wyzwanie i z zadowoleniem pokaże, że się mylisz, frajerze! Przecież jest Panem Idealnym, on nie da rady?I nigdy nikomu nie powie, że kiedyś udawał Lokiego z „Thora” czy Dartha Vadera ze „Star Wars”. Przecież on nie wie czym są mugolskie filmy! I lepiej go nie denerwuj, bo jakiś lis nocą przekradnie ci się do dormitorium i rozszarpie wszystkie ubrania.Może komuś uda się go oswoić? 

gg: 12509729 (całe życie na niewidocznym)
Ps. Różdżka całkowitym przypadkiem podobna do tej, którą dzielnie zabijała nasza ukochana księżniczka T. M. Riddle, starałam się jakoś dopasować do pana powyżej, a inne fajne połączenia miały zawsze jakieś "ale", łeh ;-;
Nie mam życia, co chwila tworzę jakieś dziwne "rzeczy", podobno nazywa się to pisanie. Mogę czasem nieogarniać, odpisuję, kiedy daję radę, ale w razie czego można się przypomnieć.

Tag, boję się nieznajomych. Mogę gadać rzeczy dziwne i niezrozumiałe. 

101 komentarzy:

  1. [No czeeeeeeść ^^
    Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że i Ciebie tu zwerbowałyśmy! Zobaczysz, będzie fajnie!
    Wątków, wytrwałości i nie ma się czego bać! ;*]

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  2. [AWHAHHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA]
    Sophie

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Cześć. Dla mnie Logan na zawsze pozostanie Percym. Chodź, wymyślimy cos im. ] Greg.

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Dlaczego on się tak boi uczuć? :< one nie są przecież takie złe! I rozbawiło mnie to, że boi się kaczek, przecież one są słodkie!]
    Ophelia Depollier

    OdpowiedzUsuń
  5. [CHCIAŁAM BYĆ PIERWSZA - ZNOWU NIE WYSZŁO. (głupie syrenowanie)
    HEHEHEHEHHEHE <3 KOCHAM KARTĘ <3
    KOCHAM CIĘ, KOCHASZ MNIE, WSZYSCY SIĘ KOCHAMY.
    NO TO KOCHAJMY SIĘ DALI.
    CHODŹ NA WĄTEK, WALIĆ KOLEJKĘ, MUSZĘ MIEĆ COŚ Z PANEM OD PTASICH LĘKÓW <3]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  6. [Lubię jego imię ;3 i witam w progach Slytherinu, chociaż Lerman zawsze pasował mi tylko na Puchasia]

    flynn

    OdpowiedzUsuń
  7. [Okej, to ja siódma (ponoć szczęśliwa cyfra) :) Dzień dobry wieczór, miłej zabawy życzę, szczególnie że to Ślizgon, nawet trochę podobny do Charlie.]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Cześć, fajny ten pan. Witam i jak masz ochotę, to zapraszam do siebie, może coś wymyślimy c: ]

    William/Clemence

    OdpowiedzUsuń
  9. [ jejku, Logan <3
    Cześć kochany psychopatyczny chłopcze, chodź do Lysse :)
    Teoś jakby tu był to by powiedział kaczki są fajne! ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tfuu, jaki psychopatyczny... nie wiem, co ja miałam na myśli

      Usuń
  10. [Hahah, magia działa ♥ uwielbiam takie cuda. Wąsy zawsze spoko, a już myślałam, że to tylko ja zarzucam innych takimi śmieszkami. Coś tam mają wspólnego, gdyby nie to, że czekam na pewną postać zaproponowałabym romans. ] Gregorius.

    OdpowiedzUsuń
  11. [LOGAN!!!!!!Kocham go i Veronica też go kocha!!]

    Veronica

    OdpowiedzUsuń
  12. [Logan to młody bóg, wiadomo! Ma coś w sobie, tak jak ten twój pan.
    Witam serdecznie i zapraszam na wątek. :3]

    Lizzie M

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Naprawdę? Nigdy nie sądziłam, że można ją z nim skojarzyć, ale w sumie... Cieszę się, pałałam do niego sympatią, choć tylko o nim tak naprawdę wspomniano. Hm.. A wolimy iść bardziej we wrogie relacje, czy może kombinujemy z czymś bardziej zaskakującym, niecodziennym? Może mój łeb zacznie pracować]
    Ophelia Depollier

    OdpowiedzUsuń
  14. [Kaczki są przecież fajne ;3 Witam :D]

    Louis

    OdpowiedzUsuń
  15. [Potwierdzam, że kaczki sa złe! Kury też x.x
    Fajna postać <3]

    Gabriel

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Nie chciałabym iść tutaj w jakąś typową nienawiść, bo taki wątek właśnie mi się szykuje z kim innym. Może właśnie coś w stylu "coś lubię w tej Gryfonce, więc będę dla niej niemiły". Nie mówię o jakimś głębszym uczuciu, nieee, raczej o jakiejś tam nici sympatii, której trzeba się wyzbyć bo przecież to Gryfonka, jej krew jest brudna więc nie jest warta uwagi i takie tam. Nie wiem czy mam brnąć w to dalej, hm?]
    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  17. [ A gdzie mu tam do Apolla, ale dziękuję, cieszę się, że Will się spodobał.
    Ja chętnie bym coś wymyślił, ale nie mam pomysłów ( u mnie to normalne, wolę zaczynać), więc zarzuć czymś, a ja postaram się to jakoś rozwinąć. Powiedz chociaż jaka relacja by Cię interesowała c: ]

    William

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Miłość do Logana przygnała mnie pod twoją kartę i nakazała sypnąć jakimś komplementem, więc wszem wobec ogłaszam, że fajnie jest widzieć na Hogwarcie takiego Doriana.]

    Luke

    OdpowiedzUsuń
  19. [Ja na urlopie, ale cii, podglądam nowe karty i mi wpadł w oko Dorian (kocham imię <3). Karen to też taka trochę panna idealna, a z Frankiem są w jednym domu, więc na pewno jakiś pomysł na wątek się znajdzie. C: Są chęci?]
    Karen/Franek

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Wierzę, czytałem Percy'ego <3 Ja mogę pisać każdy wątek i z każdą relacją, więc to już sobie ustalimy. Możemy pokombinować z jakimś romansem, ale mój pan nie za bardzo przepada za Ślizgonami, więc zarówno Dorian jak i Will będą musieli się oswajać (niby mam gorączkę, ale chyba rozumiem o co chodzi z tym oswajaniem) ;p. ]

    William

    OdpowiedzUsuń
  21. [Ach, moje dziecko Hufflepuffu - miałam tu Puchasia z wizerunkiem Logana. Chcę z nim wątek, bo Ondria jest bardziej idealne niż on, nie może jej zabrać tego miana ;) ]

    Karlie // Ondria

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Czyli kto się czubi ten się lubi. Mój pan i szlaban to trochę mało prawdopodobne, ale możemy zrobić tak, że nasi panowie byli w grupie na lekcji Eliksirów, no i Twój pan (bo to zUy Ślizgon jest), doda czegoś co nie powinno znaleźć się w kociołku i wylądują w Skrzydle Szpitalnym, a potem mogą się do siebie przekonywać, o. Początek wątku mamy. Pasuje Ci coś takiego? ]

    William

    OdpowiedzUsuń
  23. Pomimo tego, że Will był Krukonem, a teorię z eliksirów miał wyuczoną na pamięć, to i tak na tym przedmiocie nie radził sobie jakoś wybitnie. Był raczej przeciętny, co dla jego ambicji znaczyło tyle, że był beznadziejny. Wydawało mu się, że przynosi wstyd zarówno sobie jak i swojej rodzinie. Wszystko to było spowodowane jego nieuzasadnionym lękiem do niemal wszystkiego, co znajdowało się w sali. Na szczęście dzisiejszego dnia miało się to zmienić.
    Nie dało się ukryć, że McKenzie miał pewne zaburzenia i dziwactwa, o których wiedzieli niemal wszyscy. Jakoś nie przeszkadzało to chłopakowi, że ludzie mają go za dziwaka i świra, który boi się dotknąć lekko zakurzonej rzeczy, no ale nie każdy miał okazję przeżyć coś tak strasznego i odrażającego. Chłopak cały czas miał w głowie to wspomnienie, którym nie chciał się dzielić z nikim i o którym nie potrafił zapomnieć. Starał się wyprzeć to z pamięci albo zagłuszyć innymi, lepszymi wspomnieniami, ale jakoś mu się to nie udawało. No nic, starał się o tym nie myśleć zbyt często.
    Ostatnimi czasy sprawy z jego „problemami” znacznie się polepszyły. Stało się tak dzięki lekom, które zaczął brać. Od tamtej chwili już nie miał poczucia, że wszystko wokół jest brudne i trzeba to wyczyścić. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że znormalniał. Cieszyło go to i czuł się z tym bardzo dobrze. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że już do śmierci będzie skazany na te pigułki.
    Aktualnie był na zajęciach z Eliksirów. Lubił ten przedmiot, ale nie był on jego ulubionym. Dzisiaj zaskoczył siebie tym, że w spokoju poukładał sobie wszystkie składniki na stoliku i to sam z siebie. Pozytywnie się tym zaskoczył. Teraz mógł w pełni uczestniczyć w zajęciach i wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że profesor zapragnął połączyć uczniów w pary. W sumie nie przeszkadzało by mu to, gdyby nie to, że akurat do niego musiał trafić Ślizgon. Los chyba go nienawidził, że połączył go z mieszkańcem Domu Węża, za którym Will nie przepadał. Zawsze wydawało mu się, że te uczucia są odwzajemnione, ale jakoś specjalnie mu to nie przeszkadzało. Posłusznie przesunął swoje rzeczy na jedną połowę ławki, by zrobić miejsce dla partnera.

    [Teraz zauważyłem, że Dorian ma na drugie William <3]

    William

    OdpowiedzUsuń
  24. [Jasne, że wątek. :3 Mam nawet pewien pomysł - może Blake kiedyś uratował Doriana przed wrednym żartem Gryfonów. Zrobiłby to zupełnie przypadkowo, bo wściekłby wybiegłby zza zakrętu i uderzył w młodszego Ślizgona, dzięki czemu ten uniknął zderzenia z łajnobombą. Tutaj wykorzystałaby sławne Kiedyś mi się odwdzięczysz Blake'a. Chłopak mógłby mieć na pieńku z jakimś naprawdę potężnym Ślizgonem i dlatego zwróciłby się do twojego pana. Poprosiłby go o spłatę długo. Trochę by go zmanipulował, bo powiedział, że wystarczy tylko go postraszyć. Jacob (uznajmy, że tak będzie miał na imię) pomyśli, że to właśnie jest Blake i postanowi teraz załatwić z nim sprawę. Wymierzy mu kilka ciosów i chłopak skończy w Skrzydle Szpitalnym. Co ty na to? Dziś nie myślę. x.x]

    Blake

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Druga opcja, gdzie pojawia się zemsta, podoba mi się. :3 Kto zaczyna? Pewnie lepiej wyglądałoby, gdybym to ja była, ale zapewne zrobiłabym to dopiero jutro popołudniu.]

      Usuń
  25. [A to jak się Dorian nudzi, to my go zaraz rozruszamy. :D A wątek rozpoczniemy od jakiejś kolacji, może... nie wiem w Londynie? :D Rodzice ich zabiorą, czy coś. xD]

    Lizzie Madley

    OdpowiedzUsuń
  26. [Logan <3
    No ja nie wiem, nie wiem, wątek chętnie jak zwykle, ale jakoś tak... pomysłów mi brak i na Scorpa i na Doriana (uwielbiam to imię swoją drogą). Masz coś może w rękawie?]

    James

    OdpowiedzUsuń
  27. Zdecydowanie noc nie była odpowiednią porą na głębszą deliberację, szczególnie kiedy było się w stanie lekkiego upojenia alkoholowego a zegarek wskazywał drugą trzydzieści osiem. Jego myśli błądziły gdzieś pomiędzy właściwościami włosów jednorożców a dziwną fryzurą pewnej Gryfonki, przez którą wpadł na ścianę ze zdziwienia. Wiercił się i kręcił, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji umożliwiającej odprężenie a gardło nieprzyjemnie szczypało, domagając się czegoś do picia. Chciał wstać i udać się do kuchni po szklankę wody, mleka, soku dyniowego, czegokolwiek byle tylko ugasić pieczenie w przełyku, spowodowane spożyciem zbyt dużej dawki mocnego trunku. W końcu odrzucił kołdrę i wyciągnął rękę po różdżkę. Stolik był pusty, szafka nocna też, a pod łóżkiem niczego nie wymacał, w ubraniach nie miał czego szukać bo walnął się na łóżko nie przebrawszy się – nie miał siły szukać dresu czy czegokolwiek nadającego się do spania.
    Na złamaną różdżkę! dlaczego dał się namówić Flynnowi na butelkę kremowego piwa, doskonale wiedząc, że i tak nie skończy się na jednej i to w dodatku nie chmielu tylko ognistej. Nagle uświadomił sobie, że jego magiczny kawałek patyka wykonany z mahoniu zaginął, a raczej musiał zagubił się gdzieś pod drodze, kiedy wracał z Stewardem z nielegalnego wypadku do Wioski Czarodziejów. Wymykali się do Hogsmeade sporadycznie, by poprawić sobie humor i odgonić od siebie zmęczenie dnia wcześniejszego, całkiem też możliwe, że był to też rytuał podtrzymujący ich dziwną przyjaźń. Kiedy wracali podchmieleni do lochów, Gregorius czuł się bardzo dobrze i błogo, cały świat nagle zdawał się leżeć u jego stóp, włącznie z kotem, któremu nadepnął na ogon kiedy cichaczem czmychali do swoich łóżek, ale z minuty na minutę popadła w skrajne emocje uniemożliwiające mu zaśnięcie. Towarzysz butelki chrapał i za żadne skarby, słowa i szarpnięcia nie chciał się obudzić. Niech go Puchon kopnie, na umór więcej z nim pić już nie będzie.
    Plan był taki : wejść na paluszkach do dormitorium szóstoklasistów i najciszej jak się da, obudzić śpiącego Finna, bo tylko on mu teraz przyszedł do głowy. Z założenia bardzo proste zadanie, bez problemowo powinien sobie z tym poradzić. Prosta, na pierwszy rzut oka łatwa do przejścia droga między dormitoriami stała się torem przeszkód nie do pokonania. Najpierw sznurówki butów się na niego uwzięły, potem potknął się o stopień i wszedł w framugę drzwi, robiąc przy tym tyle hałasu co smok w składzie porcelany. Nawalony jak messerschmitt wkroczył do ciemnej sypialni chłopców z rocznika niżej. Ale która z tych owiniętych kołdrą mumii jest poszukiwanym kaczkofobem? Odnalazł go tylko cudem, Salazar jednak go nie opuścił.
    - Ej, wstawaj ślicznotko – mruknął pochylając się nad śpiącym chłopakiem, ledwo utrzymując się na nogach
    Dał mu trzy sekundy na obudzenie po czym złapał róg kołdry i pociągnął – nieco zbyt gwałtownie, bo kiedy ściągnął z niego pościel stracił równowagę i padł na ziemię niczym powalony mocnym zaklęciem. A miał to załatwić cicho.

    Pijany, Gregorius

    OdpowiedzUsuń
  28. Za Ślizgonami ciągnął się brzydki stereotyp, że wszyscy mieszkańcy lochów to podłe, dwulicowe żmije, które do szpiku kości przesiąknięte są złem. Dla niektórych była to obraza, ponieważ w szeregach uczniów w srebrno-zielonych szatach znajdowali się świecące przykładem osoby. Byli jednak też tacy, którzy traktowali to jako komplement i jawnie utożsamiali się z tym stereotypem. Wśród takich Ślizgonów był również Blake. Chłopak posiadał w sobie tyle negatywnych uczuć i cech ile tylko ludzkie ciało było w stanie pomieścić. W towarzystwie przybierał kamienną maskę i nie wyróżniał się niczym specjalnych, ale po Hogwarcie już od dawna krążyły plotki, że to psychopata. Walker nigdy nie zaprzeczył ani nie potwierdził ich domyśleń, ale on doskonale znał prawdę. Był tym, za którego uznawali go inni. Miał w sobie pęd do robienia innym krzywdy, niszczenia ich i powolnego wykańczania również samego siebie. W jego umyśle roiło się od złych myśli, które nigdy nie powinny się tam znaleźć. W tym wieku chłopak powinien czerpać z życia to co najlepsze, a nie zaprzątać sobie głowę chorymi wizjami. Czasem napady agresji nie były możliwe do powstrzymania i w ten sposób zbierał on niepotrzebne kłopoty. Ostatnio zalazł za skórę Ślizgonowi – wielkiemu, potężnemu i podobno złemu mieszkańcowi lochów. Na zajęciach z eliksirów przyjął on go do swojej grupy, a potem bezczelnie go z niej wyrzucił i dodatkowo po lekcjach wyrzucił mu, że jest tylko jednostką, która marnuje bezcenny tlen. Oczywiście wywiązała się z tego wielka kłótnia, podczas której Blake wybuchł i rzucił się na rówieśnika. Oboje skończyli z podbitymi oczami i przyczynili się do odjęcia swojemu domowi punktów. Od dobrego tygodnia ta dwójka toczy ze sobą zaciętą walkę. Walkerowi zaczęło brakować pomysł jak wymęczyć rywala, dlatego skorzystał ze strategii, którą obrał już podczas drugiego roku. Doskonale pamiętał swojego młodszego kolegę, którego uratował przed żartem bandy Gryfonów z trzeciej klasy. Cała sytuacja miała miejsce około dwóch/trzech tygodni temu, gdy wściekły wybiegł zza zakrętu i uderzył w Ślizgona, którego milimetry dzieliły od spotkania z łajnobombą. Blake kilka dni pluskał się w chwale swojego bohaterskiego czynu, ale najważniejsze było, że na jego liście pojawił się kolejny dłużnik. Wykorzystując swoje słynne Kiedyś mi się odwdzięczysz postanowił teraz bez skrupułów posłać młodą żmiję na walkę. Po śniadaniu zaczekał pod Wielką Salą. Od Doriana dzieliła go cała długość stołu, więc w środku nie było możliwości, aby spokojnie porozmawiać. Postanowił, że zaczeka za młodszym wężem na zewnątrz. Gdy Finn przekroczył próg, Blake chwycił go za rękach szaty i odciągnął na bok. Spojrzenia grupki jego kolegów mówiły, aby tamtej jak najszybciej się oddalił, ponieważ ma doświadczenia z psychopatą. Walker jednak postanowił, że postawi na swoim.
    - Pamiętasz mnie? – mruknął i skrzyżował ręce na piersiach. – Uratowałem twój tyłek, więc przyszedł czas na spłatę długu.

    [Wiem, że miałam zacząć wczoraj, ale nie udało mi się to i jest dzisiaj. Mam nadzieję, że jest tak źle jak myślę.]
    Blake

    OdpowiedzUsuń
  29. [ok, no to pomyślimy - niestety, w tej chwili uczelnia postanowiła zwalić mi się na głowę, więc myślę, że najwcześniej co mogę obiecać, to pojawić się w czwartek/piątek pod wieczór z zaczęciem lub jakimś genialnym pomysłem... ale zjawię się na pewno :)]

    James

    OdpowiedzUsuń
  30. To było oczywiste, że nie dałby spokoju Ślicznotce gdyby ta olałaby go ciepłym moczem, wypięła się dupą i poszła spać dalej. Pijany Gregorius w potrzebie = upierdliwa menda, niedająca za wygraną.
    - Ciii ... ciii... ciii ...– uciszał go jednocześnie walcząc chwilę z pościelą. Chciał wydostać się spod jego kołdry, ale zaplątał się w poszwę i przez chwilę wił się niczym obślizgły wąż, którym w przenośni sam był.
    W końcu wygrał to nierówną walkę i uniósł się na łokciach by po chwili stanąć na kolanach. Zdarł głowę do góry i spojrzał na rozczochranego chłopaka, który z różdżką w ręku i w piżamie wzbudzał rozbawienie w zachlanym starszym Ślizgonie, nie mógł powstrzymać się przed parsknięciem i jednoczesnym opluciem się przez przypadek. Gdyby wiedział, że odkrycie w nocy Finna było taką straszną zbrodnią pokusiłby się o to już z tysiąc razy do tego czasu, co rusz opracowując nową strategię kradzieży. Poczuł jak coś zaczyna ugniatać jego ciemne włosy, więc tylko zastygł i zmrużył oczy.
    - Dori, co mi siedzi na głowie?
    Sam już nie wiedział czy ma omamy pijackie, zmyślne i bardzo realistyczne fantasmagorię czy coś rzeczywiście próbowało mu wwiercić się do mózgu. Wstał ignorując cholerstwo, lekko się zatoczył i musiał podtrzymać się młodszego kolegi by nie zaliczyć kolejnego upadku.
    - Zgubiłeełełem ... Hik! ... różdżkę...Kumplowi nie pomoszesz w potszebie? hik!
    Nie dość, że ubzdryngolony w trzy gryfie dupy to jeszcze nabawił się czkawki.
    To będzie bardzo ciężka noc nie wspominając co będzie potem. Następnego dnia rano, a raczej popołudniu bo nie sądził, że wytrzeźwieje na pierwsze zajęcia z transmutacji, kiedy już będzie umierać na kaca giganta i obrzyga łóżko Flynna w akcie zemsty, wszystkiego się wyprze – będzie absolutnie zaprzeczać, wbrew wszelkim dowodom, że wczoraj wieczorem gdzieś wychodził i kompletnie nie pamięta, co było między trzecią a piątą rano, ale też za nic na świecie nie zgodzi się z tym, co będzie opowiadać Dorian na lewo i prawo.
    Chwiał się lekko do przodu, to do tyłu, co jakiś czas niebezpiecznie zbliżając się do Doriana więc dla lepszej równowagi położył obie ręce na jego ramionach.
    - Będę twoiiim ... hik! Dusznikiem,a tera chodź – powiedziawszy to poklepał go po policzku i ściągnął czekoladową żabę z głowy i najdelikatniej jak się dało, choć dziwnie jej oczy wyszły na wierzch, umieścił ją na lewym ramieniu Finna. Odwrócił się by odmaszerować i zapomniał o skotłowanej pościeli na posadzkę, o którą się potknął.
    - Chooreraaa jedna!

    Greguś

    OdpowiedzUsuń
  31. William nie przepadał za pracą w parach. Nienawidził gdy ktoś patrzał mu na ręce i na to jak przyrządza cokolwiek. Stresował się wtedy i wydawało mu się, że roi coś źle. A dzisiaj denerwował się jeszcze bardziej, bo musiał męczyć się ze Ślizgonem. Nie przeszkadzało mu to, że Dorian w ogóle nie zwraca na niego uwagi, właściwie to cieszył się że ten na niego nie patrzy. Czuł się swobodniej.
    Miał w głębokim poważaniu to, czy ktoś uważa go za dziwaka, głupka lub szaleńca. Wszyscy mogli sobie mówić co chcieli, najważniejsze, że jemu jego życie odpowiadało i nie odczuwał potrzeby zmieniania się dla kogoś. Był sobą, więc nikt nie mógł mieć pretensjo o to, że na przykład lubi układać składniki we właściwej kolejności, takiej w jakiej mają trafiać do kociołka, ot żeby mu się przypadkiem coś nie pomyliło. Z resztą dzisiaj nie chciał przejmować się tym co myślą o nim inni, bo chciał cieszyć się z tego, że jego leki działają i nie ma napadów lęku, dzięki czemu mógł w pełni korzystać z życia.
    Nauczycielka cały czas mówiła, co mają dodawać i jak odmierzać składniki aby przypadkiem nic nikomu się nie stało. Will ostrożnie i zgodnie z poleceniami dodawał wszystko po kolei. McKenzie nie był głupkiem i doskonale wiedział co musiał zrobić, nie potrzebował nawet instrukcji w postaci przepisu, zawartego na stronach podręcznika, gdyż jego treść znał niemal na pamięć. Od czasu do czasu rozglądał się po sali aby zobaczyć jak radzą sobie inni.
    Will również potrafił być niemiły i się z tym odnosić, nie robił tego często dlatego mało osób znało go od tej strony i większość uznawało go za spokojnego i opanowanego. Pasowała mu taka opinia. Teraz jednak postanowił pokazać Ślizgonowi, że i on ma na niego wyjebane. Zajął się swoim kociołkiem i jego wzrok bardzo rzadko wybiegał poza wyimaginowaną linią przebiegającą przez środek ławki.
    Po kilkunastu minutach pracy jego eliksir zaczął przybierać właściwy kolor. Z ciekawości zerknął na Ślizgona aby zobaczyć jego poczynania. Niby wszystko robił dobrze, ale coś w jego zachowaniu nie odpowiadało Krukonowi. Po chwili zauważył, że Dorian dorzucił do kociołka coś, co w ogóle nie powinno się w nim znaleźć. Niestety zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować, z kociołka wystrzeliła kleista maź i oblepiła wszystko dookoła. Nie obyło się również bez głośnego huku i kłębu śmierdzącego, zgniłozielonego dymu. Krukon pod wpływem hałasu ścisnął fiolkę, którą trzymał w dłoni, tak mocno, że ta pękła i kawałki szkła powbijały mu się w skórę.
    Spojrzał wściekle na Ślizgona, który zdziwiony spoglądał na ławkę, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło. Krukon nie wiedział czy chłopak zrobił to przypadkiem, czy całkowicie naumyślnie, ale to i tak nie przeszkodziło mu w wypowiedzeniu tego o czym w tej chwili myślał.
    – Jesteś idiotą – powiedział głośno, tak, że część uczniów, którzy znajdywali się obok, prychnęła ze śmiechu.
    Blondyn spojrzał na swoją dłoń, która nie wyglądała najlepiej. Jeszcze nigdy nie widział, żeby tyle szkła było powbijane w jego ciało. Krople krwi skapywały na ławkę tworząc na niej czerwoną plamę. Nauczycielka widząc to co zaszło, nie kryła swojego niezadowolenia i wysłała obu do Skrzydła Szpitalnego.

    Zły Will

    OdpowiedzUsuń
  32. Zazwyczaj Blake działał na własną rękę i nie starał się szukać pomocnej dłoni, ale zdarzyły się wyjątki. Niekiedy człowiek znajduje się w sytuacji bez wyjścia i w takich sytuacjach nie trudno o wielką porażkę. Chłopak nienawidził przegrywać, pragnął być najlepszych, dlatego postanowił znaleźć swój sposób, aby wygrać sprawę i upokorzyć przeciwnika. Nie codziennie był chodzącą żmiją, czasem potrafił być miłym i przykładnym arystokratą, od którego można brać przykład. Zdarzało się mu również, że wykona dobry uczynek. Dobry uczynek, który jest tylko przedsionek problemów. Walker przez większość uczniów Hogwartu był spiny na starty – uważali go za psychopatę i woleli trzymać się z daleka. Nie każdy miał tyle odwagi, aby odezwać się do niego brzydkim słowem, ale zdarzały się małe wyjątki. Uczepiały się Ślizgona jak rzepy i chodziły ślad w ślad, prześladując go. Brak nerwów ze stali okazał się wielkim przekleństwem. Wybuchowość i porywczość chłopaka przyciągała do siebie problemy jak magnez. On miał jednak asa w rękawie, o którym nikt nie wiedział. Dobre uczynki poprzedzają te złe. Blake postanowił, że to swoich dłużników obciąży odpowiedzialnością za swoje czyny. W ten sposób on sam uniknąłby nieprzyjemnych konfliktów, a o los innych postanowił się nie zamartwiać. Niczego nie pragnął bardziej niż patrzeć na krzywdę innych, ponieważ sprawiało mu to przyjemność. Łączył przyjemne z pożytecznym.
    Dorian miał być kolejnym jego pionkiem. Jego zadaniem było wyeliminować z gry Jacoba, który prędzej czy później zostałby spisany na starty. Wystarczyły tylko dobrze to wszystko rozegrać, a na najbliższy czas nic nie zaprzątałoby głowy Walkera. Niestety już na samym starcie spotkał się z opornością młodszego kolegi z Domu Węża. Na początku poczuł jak serce gwałtownie przyśpiesza, a chwilę potem mimowolnie zaciska się szczęka, żyły na szyi nabrzmiewają, a dłonie formują się w pięści. Później przyszła chwila ochłonięcia i poukładania wszystkie krok po kroku. Po krótkich chwilach swoje jadowite spojrzenie zastąpił wzrok typowy dla człowieka z wyobraźnią. Chłopak z ledwością powstrzymał śmiech, który cisnął się na jego usta. Bawił go fakt, że chłopak pouczał go jak ma się zachowywać. Nawet ktoś kto nie przynależał do Slytherinu powinien kojarzył nastolatka. Po korytarzach wciąż krążyła plotka o jego zapędach do krzywdy. Już nawet duchy zaczęły dyskutować na temat jego psychopatycznej duszy.
    - Blake Walker. – rzucił sarkastycznie i uniósł jeden kącik ust w górę. – Schowaj ten patyk zanim Ci go połamię.
    Opuszkiem palca dotknął czubek różdżki, który skierował ku podłodze. Szybko rozejrzał się dookoła, aby upewnić się, ze nikt nie zainteresował się ich dwójką. Jeśli ktoś nakryłby ich na potajemnych pogaduszkach, gdzie celuje się w siebie różdżkami, mogliby sprowadzić na siebie gniew grona pedagogicznej, który i tak już interesuje się siódmoklasistą.
    - Żaden twój znajomy nie ruszył palcem, gdy prosto na ciebie leciała łajnobomba. To ja zepchnąłem cię z linii strzału, dlatego nie sądzić, że należy mi się coś w zamian? – w pytającym geście uniósł jedną brew do góry. – Mam na głowie upierdliwego Ślizgona, więc chciałbym, abyś zrobił z nim porządek.

    Blake

    OdpowiedzUsuń
  33. Ślizogońska kampania licząca sobie aż dwa gady i czekoladowego płaza wpadła na pierwszą przeszkodę – pokój wspólny. Greg dałby sobie różdżkę złamać, że wcześniej nie było tu tyle porozwalanych rupieci i niebezpiecznych pułapek, jak na przykład tomy książek i poprzestawiane fotele. Nie wpadłby też na pokusę, żeby pomyśleć, że to właśnie Dorian (ten trzeźwy okaz, wzór ideału do naśladowania, sratatat) pierwszy zaliczy glebę – przynajmniej miał miękkie lądowanie. Lewdo w lochowych ciemnościach znalazł koc, którym okrył swojego ciamajdowatego kompana i nagle obudziła się nim patriotyczna natura, kiedy gdzieś tam w świadomości wyłapał, że był wyszyty wężykami Salazara.
    -Puchar dla Ślizgonów, Oho! Pucha...Hik!
    Zygzakiem czy nie, ważne że zataczał się do przodu aż w końcu stanął pod kamienną ścianą i zaczął mamrotać hasło.
    - Hookus-pokus ... Nee? Dopsze ... Abrakadabbr ... aaaw ... Dupa Gryfa, Hik! Ciary mary.Puchar dla Ślizgonów!
    Coś zgrzytnęło, huknęło i święcie przekonany, że właśnie przejście się otworzyło ruszył prosto przed siebie, ale pierwsze bolesne otrzeźwienie nastąpiło kiedy wszedł w chłodny mur a nie w dziurę – nieco nie wymierzył, ale tylko nieco, w końcu dwa metry nie robiły aż takiej różnicy jak się było w stanie krytycznym, jedną nogą zaliczając alkoholowy zgon. Gregorius był idealnym prefektem naczelnym, o ile jego umysł nie był zatopiony w kilku(nastu) szklankach ognistego trunku, bo przyznać musiał sam szczerze, że od czasu do czasu jak zamoczył mordę w kuflu zmieniał się w gumochłona, upierdliwego na dodatek.
    - Proszzz, niewiasty przodem – powiedział robiąc z pełną gracją alkoholika ukłon i teatralnym gestem przepuścił Doriana przodem, choć wcale nie był to gest pełny kurtuazji a cwane posunięcie, bo złapał go za róg materiału i dzięki temu wydostał się na chłodny korytarz. Okręcił się na pięcie nie bardzo wiedząc którędy do schodów, obił się po drodze o każdą ścianę i wdał się w potyczkę słowną z pustym obrazem, przegrywając już po chwili bo zabrakło mu argumentów. Co jakiś czas podśpiewując Puchar dla Ślizgonów, potykał się o niewidzialne stopnie i bredził coś o niebieskich migdałach, które teraz by zjadł.
    - E! Dori? Jak sze nabzywa tfój pszyjaciel? - zapytał kiedy znaleźli się na przeciwko drzwi wyjściowych. Zarzucił mu rękę na bark i może nieco zbyt blisko się dostawił, szczerząc się na jak ogłupiony maczugą Troll i palcem trącając czekoladową żabkę, która kumkała radośnie.

    Pijany w Trzy Gryfie dupy, Gregorius

    OdpowiedzUsuń
  34. [Och Dorianie, Dorianie, jakiś Ty zielony :o]

    Nathan

    OdpowiedzUsuń
  35. Spojrzał na Doriana i momentalnie zrobił się czerwony. Był wściekły, czego nie mógł i nie chciał ukryć. Cały był oblepiony kleistą substancją, która trochę piekła go w skórę. Nie dobrze. Na szczęście wziął swoje leki, inaczej zapewne zacząłby histeryzować i niewykluczone, że rozpłakałby się. Tyle mazi nie miał na sobie od czasu wypadku, przez który zaczął bać się wszelkiego brudu. Cały dygotał, nie tylko ze strachu, ale i ze złości na Ślizgona, który to wszystko spowodował. Gdyby chłopak nie był takim słabeuszem, to zapewne właśnie teraz doszłoby do rękoczynów.
    Warknął coś, co chyba tylko ona sam zrozumiał i zaczerwienił się jeszcze bardziej, gdy tylko usłyszał, co mówi Ślizgon. Przecież to nie była jego wina, ale i tak to on stał się pośmiewiskiem. Los chyba naprawdę go nienawidził. Nawet się nie zorientował, gdy cały bałagan zniknął z ich ławki. Pani profesor nie wyglądała na zachwyconą tym, co właśnie się wydarzyło. Potem posłała ich do Skrzydła Szpitalnego.
    Willie lubił tamto miejsce, głównie dlatego że było tam czysto i nie musiał przejmować się zarazkami i chorobami, bo wiedział, że w razie czego na miejscu jest opieka medyczna. Mógłby tam zamieszkać. Dzisiaj jednak miał iść tam z Dorianem, co nie bardzo mu odpowiadało. Przez tego chłopaka Krukon tracił wiarę w to, że w domu Salazara mogą znaleźć się porządni uczniowie. Westchnął głośno, gdy opuścił wnętrze sali. Z torbą w rękach zaczął powoli zmierzać w kierunku Skrzydła Szpitalnego. Z początku nawet nie miał ochoty rozmawiać ze Ślizgonem, ale po kilku chwilach zmienił zdanie i szybko go dogonił.
    – Jesteś żałosny – wygarnął. Domyślała się, że Ślizgon nie za bardzo się tym przejmie, no ale przynajmniej Willie powiedział to, co chciał.
    Następnie, przyciskając torbę do ciała pzyspieszył kroku i wyprzedził Doriana, nawet nie odwracając się. Chciał pokazać jak bardzo zły i obrażony jest na Finna, ale wiedział, że i tym Ślizgon się nie przejmie.
    Na miejscu był znacznie szybciej niż Ślizgon. Nic dziwnego, skoro chciał pozbyć się tego świństwa, które przepalało mu ubranie i piekło w ręce i twarz. Pielęgniarka z początku nie wiedziała od czego miała się zabrać, ale kazała McKenziemu rozebrać się i wejść pod nieskazitelnie białą kołdrę, aby się nie rozchorował.
    W momencie, w którym Willie chował się pod pierzyną, do pomieszczenia wszedł Dorian. William spiorunował go spojrzeniem.
    – O to on jest za to odpowiedzialny – powiedział – Niby Ślizgon, a eliksiru porządnie nie potrafi uwarzyć – prychnął. Owszem chciał dopiec chłopakowi i trochę go zdenerwować.

    William

    OdpowiedzUsuń
  36. Przyszedł.
    Sam nie wiedział czemu to zrobił, po prostu przyszedł. Było ciemno. Było zimno. Zamek wydawał się bardziej ponury niż zazwyczaj. Księżyc nie był tą samą, wielką, nieprzeniknioną plamą na niebie, co zawsze. Zdawał się wołać. Zdawał się szeptać, śmiać się, chichotać, znając sekrety, o których on sam nie miał pojęcia, że w ogóle istnieją. Ale chciał je odkryć. Sherlock. Dedukcja.
    Ale co można wyłonić z plątaniny liter? Co takiego kryje się w pochyłym piśmie, żeby wyciągać z niego jakiekolwiek wnioski. Żadnych odcisków palców. Żadnych ukrytych wiadomości. Tylko atrament wylany na pergamin, tworzący tak proste, a tak zawiłe wyrazy. Głębokie słowa. I tajemnicę. Coś, co odwiecznie łączy wszystkich nocnych uciekinierów. Sekret. Każdy zbieg z dormitorium, opuszczając Pokój Wspólny, bierze na swoje barki odpowiedzialność za krycie pozostałych nocnych Marków. Wymaga tego uczniowska solidarność. W środku nocy nie istnieją kolorowe krawaty i zawistne spojrzenia. Nie ma rywalizacji o punkty dla domu. Potajemne spotkania pozostają jedynie smugą na zaparowanej szybie. Są. Znikną. Pozostaną niezauważone. Utajnione. Niedostrzeżone. I wszyscy o nich zapomną. Staną się czymś normalnym, codziennym. Jak wieczorne schadzki w ciemnej komnacie pogrążonego we śnie mrocznego, wiekowego zamku.
    I przyszedł.
    Kiedy uchylił drzwi do Izby Pamięci, ciche skrzypnięcie przyprawiło go o gęsią skórkę. Miał ją poznać. Stał, niepewny co zrobić dalej. Potok słów, uczucie, które wylewało się z dostarczanych mu przez sowę sekretnych liścików było niewyobrażalne. Aż ciężko było uwierzyć, że ktoś może żywić do drugiej osoby tak silne emocje. A wszystko to skierowane było do niego. Przez długi czas zwyczajnie twierdził, że to żart. Ale ta mieszanina tekstu, tak silnie przepełnionego wyrazem zauroczenia, sprawiała, że jego wątpliwości, co do prawdziwości notatek, rozwiewały się jak za muśnięciem czarodziejskiej różdżki. I stał przed brązowymi drzwiami, opierając głowę o ich chłodną powierzchnię, nie wiedząc czy na pewno powinien wchodzić do wyznaczonej sali. Gdyby osoba w środku okazała się jego zmorą, jego koszmarem, jego prześladowcą, nigdy nie potrafiłby wybaczyć sobie własnej głupoty. Ale z drugiej strony nie umiał odpuścić. Ciekawość była silniejsza niż cały rozsądek, którego i tak posiadał niewiele.
    Izba Pamięci, pierwsza w nocy, weź zaopatrzenie. Będę na Ciebie czekać.
    Weasley sięgnął do wyświechtanej, brązowej torby, na której dnie dumnie spoczywała butelka Ognistej i wyciągnął złoty trunek z cichym westchnięciem, wpatrując się w błyszczącą zawartość. Alkohol nigdy nie był poważaną metodą na ucieczkę od problemów. Od zawsze twierdzono, że z każdym łykiem na człowieka spada ich coraz więcej i więcej. Ciążąca odpowiedzialność, która wydaje się wtedy znikoma, jest w rzeczywistości jeszcze większa i bardziej przytłaczająca. Ale daje wytchnienie. Daje wolność i pozwala na swobodę myślenia. Przynosi ulgę. Przynosi odwagę.
    Nacisnął klamkę, zanim zdążył się zastanowić, co właściwie robi i szybkim krokiem wszedł do pogrążonego w częściowym mroku pomieszczeniu. Panowała w nim cisza i spokój, kurz unosił się w powietrzu, błyszcząc niewielkimi drobinkami w blasku wpadającego przez okna, księżycowego światła. Cisza panująca wewnątrz zapierała dech w piersiach. Wiekowe puchary i pomniki nadawały tej tajemniczego wyrazu. Ktoś poruszył się w kącie.
    Fred wstrzymał oddech, nerwowo przeczesując włosy palcami. Odwrócił się powoli, w napięciu oczekując widoku delikatnie zarysowanej, dziewczęcej twarzy. Spodziewał się dojrzeć brązowe loki jakiejś młodszej Gryfonki. Rumiane policzki zauroczonej Puchonki. Uwodzicielskie, pełne wargi ponętnej Ślizgonki. A ujrzał…
    - CHOLERA JASNA!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Krzyk wydobył się z jego gardła automatycznie, kiedy jak spod ziemi, naprzeciwko jego twarzy wyrósł przed nim Ślizgon. Był to odruch bezwarunkowy. Nie spodziewał się chłopaka. Żadnego. Absolutnie. A już na pewno nie Ślizgona. I nawet w najgorszych koszmarach nigdy w życiu nie śnił, że stanie przed nim ten Ślizgon. Finn. Dorian Finn. William Dorian Finn, Finn William Dorian, Dorian William Finn. Finn. Jego mały koszmar. Jego mała zmora. Jego… Prywatne pośmiewisko.
      Pierwsze przerażenie ustąpiło miejsca szokowi, a następnie szyderczemu rozbawieniu. Weasley nie przejmując się absolutnie niczym, nagle zwyczajnie parsknął śmiechem, odsuwając się kilka kroków w tył i wymachując butelką ognistej w chaotycznej próbie złapania powietrza.
      Dorian, Dorian, Dorian… Jego dziki przyjaciel.
      Nie pamiętał dokładnie sytuacji, w której nakrył młodszego chłopaka na szlajaniu się w rudym futerku po lesie, ale dokładnie pamiętał jego minę, kiedy w morderczym pędzie rzucił się na niego z pięściami, tnąc nimi powietrze, chybiając w jego brzuch, ale za to bardzo celnie trafiając w szczękę. Oboje zaliczyli wtedy swoją pierwszą szkolną bójkę. Trzecia klasa. Środek nocy. Błonia Hogwartu. Dożywotni szlaban.
      A teraz stali naprzeciw siebie w Izbie Pamięci. Oboje odstawieni jak na wytworną randkę. Oboje przygotowani na spotkanie miłości z łobuzerskimi uśmieszkami wymalowanymi na twarzy. Niepokorni. Naiwni. Wrobieni. Chyba, że Weasley o czymś nie wiedział, a Finn miał fetysz na jego ciemne oczy.
      - Miło Cię widzieć, Rudzielcu. A Ty dzisiaj nie w lesie?
      Rzucił złośliwie, przyglądając mu się z rozbawieniem i obracając w palcach butelkę Ognistej.

      Twój Freddie, wielb mnie

      Usuń
  37. Nie ważne co robił i co mówił, jutro rano będzie zaprzeczał i nazywał Finna zmyślnym kłamczuchem i zasugeruje mu lecznie urojeń i chorej wyobraźni. Jako niezastąpiony moczymorda Slytherinu miał prawo do chwilowego zaniku inteligencji, wszak alkohol zabijał szare komórki. I właśnie się zaczęło narzekanie nocnego kompana, że śmiał pójść chlać bez niego. Dorianowi udzielił się chyba stan małżeństwa, bo objęciu go przez Gregoriusa zaczął lamentować, że poszedł pić jakby był jego starą, jędzowatą żoną, aż miał ochotę sam go zostawić i zabrać żabę ze sobą.
    - Oj tam, odbijemy to na balu – mruknął mu w ucho po czym znowu poklepał przyjacielsko po pysku.
    Czkawka nie dawała za wygraną, męcząc go i ściskając płuca. Puścił kompana, puszczając oczko do rechoczącej żaby na jego ramieniu po czym zygzakiem zbliżył się do drzwi, cudem je otwierając. Chłodny wiatr w tym momencie był zbawienny i orzeźwiający, od razu poczuł się lepiej. Załapał za wyszywany w węże koc i pociągnął Doriana za sobą – pech chciał, że właśnie zaczynały się kamienne schowy prowadzące na dół. Pijany Greg miał w sobie tyle gracji co skonfundowany Troll, nic więc dziwnego, że pisnął i stracił równowagę i w kilka sekund znalazł się upodnóża stopni. Żaba gdzieś czmychnęła na bok.
    - Dooooriii?! - zawołał szukając kompana i kiedy coś uderzyło go w żebra, zauważył, że Ślizgon leży pod nim , niezgrabnie się z niego zsunął na lewą stronę i chwilę walczył sam ze sobą by wstać– Chorera, Finn, nie cas na chowanego. Szukamy mo...Hik! Rószczki.
    Kiedy znowu znalazł się na nogach jego oczy zarejestrowały coś kształtnego na marmurowym postumencie przy schodach. Oczy zrobiły mu się wielkie jak galeony i otwartą buzią ruszył w tamtym kierunku. Zaginiona Butelka Ognistej! A już myślał, że kiedy wracali z Flynnem do Zamku, gdzieś zapodziała się ich ostatni butelka i na suchym pysku musieli czołgać się do lochów. Wziął ją ostrożnie w ręce i ucałował szkoło, jakby właśnie odnalazł zagubioną siostrę.
    - Uratowaaani.Hik! - powiedział mocując się z nakrętką po czym przysunął ją w stronę trzeźwego kumpla – Pijta, twoje zdrowie. Na pohybel kaczkom! Hik!

    Gregorius

    OdpowiedzUsuń
  38. Zabini był zapalonym imprezowiczem. Weekend mógłby trwać dla niego cały miesiąc, a i to byłoby za krótko. Potoki Ognistej, które w siebie wlewał, były zadziwiająco wartkie. Kochał uczucie charakterystycznego pieczenia w gardle i to przyjemne ciepełko rozlewające się przy kolejnym łyku cudownego trunku, który zwał swoim prywatnym lekarstwem. To zawieszenie między świadomością a magicznym momentem urwania filmu, kiedy ma się wrażenie, że można zrobić wszystko, że nic nie jest niemożliwe, a każda panienka sama z siebie opadnie przed tobą na kolana, a każdy facet sam z siebie ściągnie spodnie. Zabini to kochał.
    Nie potrafiłby zliczyć wszystkich imprez, które zaliczył, tym bardziej łóżek (i innych miejsc) przez które się przewinął. Nie to, że nie pamiętał. Miał na tyle mocną głowę, że zazwyczaj nie urywał mu się film. Ilość takich wypadków mógłby policzyć na palcach jednej ręki, a jak wiadomo jest ich jedynie pięć – czyli raczej niewiele. Zazwyczaj więc – gdy kac nieco złagodniał – rzucał uszczypliwe uwagi osobom, których przygody pamiętał.
    Tym razem jednak okazało się być inaczej.
    Obudził się z tym charakterystycznym zadowoleniem, z jakim budził się po każdej upojnej nocy. Między nogami wciąż czuł te niebiańskie dreszcze, które towarzyszyły mu długi czas po porządnej zabawie w łóżku. W głowie mu jednak niemiłosiernie dudniło, przez co nie mógł się swobodnie cieszyć radością własnego członka. Powolnie uniósł powieki pewien, że sprawczyni jego nocnych uniesień musi wciąż być na wyciągnięcie ręki. Nagle dotarło do niego, że z poprzedniego wieczoru pamięta zaledwie nic mu nie mówiące przebłyski zamglonych wspomnień. A pomyśleć, że miał się pilnie uczyć i nie dać się wyciągnąć kumplom na imprezę…
    Tuż przed nosem widział uroczo mieniącą się w półmroku panującym w lochach skórę. Nie przyglądał się zbytnio, kac morderca jakby nieco odsunął jego rozum od panowania nad ciałem. Przesunął po niej nosem, zaraz musnął ją wargami. Ziewnął głośno, po czym otworzył szerzej oczy i dokładniej przyjrzał się osobie pochrapującej przy jego boku. Ciemne włosy lekko wywijały się na karku. Próbował sobie przypomnieć, kogo to gości w łóżku, jednak nikt nie przychodził mu do głowy. Wyciągnął lekko dłoń i przesunął palcami po skórze na karku.
    – Cześć, człowieku – ziewnął, lekko podszczypując palcami ucho towarzysza. – Z kim to mam przyjemność?

    [Marne, krótkie, ble. Ja jeste beee.]
    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  39. I właśnie w takiej roli widział się Gregorius. Jako cholerny dominant, sprawujący władzę absolutną w związku pod każdym aspektem, bez żadnych wyjątków. Dopiero co, wolnym krokiem zagłębiał uroki bycia z drugim chłopakiem, ale był przekonany, że najlepiej by się sprawdził jako aktyw a nie bierny pasyw. Miło było się przekonać, że Dorianowi do twarzy w uległości. Gregory na samą myśl uśmiechnął się lubieżnie, ale zaraz potem szybko potrząsnął głową opamiętując się. To były chyba najgłupsze myśli jakie błąkały mu się po umyśle!
    - I co, zrzędo, lepiej? - zapytał klepiąc go lekko po wolnym ramieniu.
    Chłodne powietrze mroziło płuca, wywoływało gęsią skórkę i lekkie szczypało w policzki, ale było przyjemne i nieco wywietrzyło alkoholowe zamroczenia. Ślizgon poczuł się lepiej, choć i tak proste chodzenie sprawiło mu nieco problemu, wstyd było się przyznać, ale potrzebował pomocy młodszego kolegi.
    -Eww... Żabsona w to .. Hik! Nie mieszaj... - powiedział zabierając mu butelkę i pociągnął z niej łyk, czując przyjemnie pieczenie w przełyku, co w kontakcie z mroźnym powiewem dało niesamowite uczucie. Szybko jednak oddał mu szklane naczynie. Gregory miał już dosyć picia, pociągnął łyk tylko dla towarzystwa i by pozbyć się czkawki – przynajmniej tak to sobie teraz tłumaczył. Dorian za to musiał nadrobić nieco procentów we krwi, bo przecież nie może wrócić w lepszym stanie niż jego własny. Pociągnął go najpierw w lewo, potem się zatrzymał, szarpną za koc w prawo i znowu z rosnąca konsternacją przystanął nie wiedząc którędy droga.
    - Doriś? Kędy do Hogszmit? - zapytał bełkocząc nieco po czym zmrużył oczy.W tych ciemnościach naprawdę mało widział, ledwo rozpoznawał krzaczek rosnący nieopodal. Ruszył przed siebie nie patrząc czy kompan wyprawy ratunkowej idzie za nim, zaczął coś znowu bełkotać o patriotyzmie Ślizgoński, wspomniał coś o jakieś Krukonce, a potem pięknie i z gracją potknął się nie wiadomo o co (pewnie o własne kończyny dolne) i runął na trawę, czując jak coś mu się wbija w brzuch.
    - Dorrrriii! Ratunku! - zawołał próbując sturlać się na plecy a w końcu gdy mu się to udało złapał się za obolałe miejsce i jak na pijanego odkrywcę przystało, zorientował się, że jego ukochana różdżka spoczywa w kieszeni bluzy – tam przecież jej nie szukał, a pamięć nieco mu szwankowała. Zawył radośnie szybko się podnosząc w tym samym momencie co Finn zaczął się na jego truchłem pochylać i walnęli się w głowy. Padli. Gregorius był pewien, że odgłos wydobywający się przy zderzeniu, oznaczał to, że Dorian miał pusto w głowie – na bank Gringotta! Poczuł kolejny ból kiedy młodszy Ślizgon tym razem walnął na niego, przygniatając go do chłodnej ziemi.
    - Spadaj, zbereźniku ...!

    OdpowiedzUsuń
  40. [Nie pogardzę wątkiem z Dorim, pomysłem zresztą też nie <3]

    Skyler

    OdpowiedzUsuń
  41. [Się uśmiałam przez tę kaczkę :D
    Tak, racja, początek jest, więc, jak rozumiem, ja powinnam zacząć, skoro dałaś pomysł, nie? :D Najlepiej od tej lekcji zielarstwa, jak sądzę.]

    //Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  42. Może był nieco bardziej wstawiony niż powinien, może faktycznie powinien patrzeć pod nogi i świecić przykładem, ale każdy miewał chwile słabości, nawet tak cudowny mężczyzna jak Gregoruis Maximian Cavendish. Wyrzutów z tego powodu mieć raczej nie będzie : teraz był zajęty przygodą życia a jutro będzie umierać na potworny ból głowy. Przydałoby się zaklęcie na kaca, zmora alkoholowa już nie byłaby taka straszna.
    - Nie jestem pedałem, spieprzaj – powiedział próbując wysilić się na powagę, ale w momencie kiedy czknął ponownie, parsknął śmiechem wiercąc się pod spodem.
    Czuł na sobie ciężar chłopaka, mimo tego, że nie był jakieś imponującej budowy (zero mięśni i zapewne tłuszczyk chłopięcy na brzuchu), ważył swoje, i Cavendish odczuł to na swoim ciele. Nie miał siły samodzielnie wstać a co dopiero wstawać z chłopakiem. Już oczyma wyobraźni widział jak wstaje, unosząc na ramionach młodego Finna i idzie z nim w stronę jeziora by nieco ochłodzić jego gorący temperament, może przy okazji kilka kaczek by go podziobało w zadek – nie miałby nic przeciwko. Stałby na brzegu i bił brawo, jeszcze podpuszczając ptaszyska do kilku dodatkowych kłapnięć dziobami. Wizja naprawdę piękna, wręcz wzruszająca. W przypływie nagłej głupoty – bo jak inaczej nazwać to, co zrobił chwilę później – i zebraniu w sobie dość dużej siły, zrzucił z siebie natrętnego kompana, przewalając go na trawę obok po czym wykorzystując chwile zaskoczenie zamienił się rolami. Teraz to on siedział na nim okrakiem łapiąc za wierzgające dłonie i unieruchamiając je nad jego głową. Zaśmiał sę tryumfująco. To było jego miejsce, nie zamierzał leżeć biernie pod nim wysłuchiwać gejowskich gadek i prowokowania, był w takim stanie, że strach było pomyśleć do czego mógłby być zdolny gdyby to trwało nadal. Uśmiechał się, lekko kiwając głową i napawając się widokiem jaki miał pod sobą.
    - I co, ślicznotko? - zapytał cicho, mając nadzieje, że zabrzmi to prowokacyjnie, lecz znowu czknął. Tym razem zignorował ją i pochylił się bardziej nad chłopakiem, a dokładniej nad jego twarzą, tak że ich nosy się stykały.
    - To Ty chciałbyś mnie – dodał.
    Nie miał pojęcia co wyprawiał, ale obawiał się, że jak zaraz to się nie skończy to posuną się dalej, a jutro rano Gregory będzie żałował, że się obudził. Ognista jednak płynąca teraz w jego żyłach ochoczo popychała go do kolejnych absurdalnych czynów, i nawet mitygowanie się w głowie nic nie pomagało. To, że byli tak blisko siebie i się nie znosili dawało bardzo dziwną mieszankę, która powodowała przyjemne łaskotanie w podbrzuszu.

    Bardzo zaniepokojony sytuacją nad jeziorem Gregory Dominant

    OdpowiedzUsuń
  43. Tego się nie spodziewał. Prawie. W 99.99 % procentach, ten 0.01 pozostał głęboko zatuszowany przez jakieś pijackie, amoralne pragnienia do których nigdy w życiu się nie przyzna, nawet sam przed sobą, kiedy będzie podziwiać swoje doskonałe odbicie w lustrze. Skonsternowany patrzył na młodszego kolegę, który w alkoholowym amoku zaczął wygłaszać namiętną perorę, prawiącą o rzeczach tak sprośny, że lepiej nie powtarzać ich o przyzwoitych porach, śniadaniach i odświętnych spotkania, ba! W ogóle o nich nie wspominać, bo uszy więdły a buzia sama otwierała się ze zdziwienia na takie głupoty. Gregorius nigdy nie pomyślał o nim w ten sposób, dlatego jego zdziwienie było jeszcze większe, gdy ten zarzucił mu, że chce go rozebrać i zdominować. To drugie owszem, ale do tego pierwszego nawet w takim stanie nie byłby zdolny ... prawda? Chciał rozkazać mu się zamknąć (inaczej znajdzie sposób by go zatkać), ale nie zdążył. Nieoczekiwanie Dorian wyrwał się ręce z jego mocnego uścisku i złapał za przód bluzy- już wtedy mógł się spodziewać do czego zmierza, ale jego reakcje były sporo opóźnione, wstrzymał tylko oddech i poczuł jego usta na swoich, nieco brutalnie przyciśnięty został do nich. To było oszałamiające, przyjemne doznanie a jednocześnie obleśne. Trwało sekundę, może dwie a dostarczyło zbyt wiele sprzecznych informacji do jego zamroczonego umysłu. Już w pierwszym momencie chciał odskoczyć,porażony intensywnością doznać, jakby nagle otrzeźwiał ... a nie, tylko mu się wydawało ... jakby ktoś go kopnął, dosłownie. Ból w kroczu, które zdecydowanie bardziej przepadało za delikatniejszymi pieszczotami. Zawył prosto w usta Finna po czym w afekcie ugryzł go porządnie w dolną wargę po czym przetoczył się na trawę obok, lądując plecami na chłodnej ziemi. Zamknął oczy, łapiąc się dłońmi za obolałe miejsce – był to cios poniżej pasa, niespodziewany jak pocałunek i boleśniejszy niż walnięcie tłuczkiem w głowę. Wydawało mu się, że gwiazdki wirują mu pod powiekami, ale szybko zorientował się, że jak otwiera oczy też mu migają. SZLAG, Finn właśnie wykopał sobie grób.
    - Co Ci odpierdoliło?! - krzyknął zwijając się obok. I proszę, czkawka minęła.
    Hiacynt wystraszony całą sytuacją czmychnął gdzieś w krzaki, słychać było tylko jej kumkanie. Jak na jeden dzień miał wystarczająco dużo wrażeń, szczególnie sytuacja sprzed chwili wystarczająco namieszała mu w głowie. Czyżby Dorian miał tak słabą głowę, że po kilku łykach super-duper ognistej nachlał się jak ryba wody i teraz odprawia dziwne cyrki? A może stanowił dziką fantazję pana Zrzędliwego? Wolał nie myśleć o tym.
    - Jak tylko ... wstanę to dorwę Cię i nogi Ci z tej gejowskiej dupy powyrywam ...
    Jego groźbę przerwało żałosne kumknięcie, przerwane w połowie i zagłuszone przez kwoknięcie. Nagle zapanowała martwa cisza.

    Gregorius, niekwestionowany Pan i Władca, który nie będzie trzymać głowy Doriana, gdy ten będzie wymiotować, nie wspominając o podawaniu papieru toaletowego, gdy zatrucie będzie mocniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  44. [ Cześć. Proponuję na sam początek coś niewinnego, jak na przykład wspólna przed kominkiem ;) Potem się zobaczy.] Queensberry.

    OdpowiedzUsuń
  45. [Skyler w roli przylepy się nie sprawdzi, ale cała reszta podoba mi się bardzo. Zacznę, gdy ogarnę inne wątki, chyba, ale jeśli ty czujesz potrzebę zaczęcia, nie krępuj się. :3

    PS Wybacz, że dopiero teraz odpisuje, ale wcześniej byłam zalogowana na inne konto.]

    Skyler

    OdpowiedzUsuń
  46. [Mam trochę naciągany pomysł na przytrzymanie ich razem. Po obudzeniu się w klasie, szybkim zweryfikowaniu co się stało, któremu towarzyszyłoby „wiadro łez” Doriana (czyt. biadolenie, że szlam się nie tyka), nasi panowie zaczęliby celowo unikać się nawzajem, co skutkowałoby częstym wpadaniem na siebie, czy to na korytarzu, w lochach, w toalecie, gdziekolwiek. Dori mógłby tu Skylera oskarżyć o celowe prześladowanie jego nie-tak-skromnej osoby, wpaść w przekonanie, że mój Puchaś ubzdurał sobie coś w swoim łepku. Do akcji wkroczyłby listy z pogróżkami. I Dori znów by się rzucał, i Sky rzuciłby w nim podobnym listem w nadziei, że ten w końcu się odczepi, bo ten nie byłby przejęty dramatem Ślizgona. Doriana ogarnie panika, zwali wszystko na Akcera, wymusi na nim pomóc w zdemaskowaniu sprawcy i tu będziemy mieć śledztwo, z którego może wyniknąć, że nawet ich wspólnie spędzona noc była ukartowana przez kogoś, kto mści się na spadkobiercy czystej krwi. Za co? Nie wiem. Twoja w głowa w tym, aby wymyślić, dlaczego twój pan zalazł komuś za skórę :D]

    Skyler

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ale bełkot, ile powtórzeń. Mam nadzieję, że zrozumiałaś coś z tego. ;3]

      Usuń
  47. To, że znalazł Doriana Finna w sypialni starszych chłopców dało mu bardzo dużo do myślenia.
    Myśli te, chcąc nie chcąc, frywolnie lawirowały w głowie Norberta, podsuwając mu najprzeróżniejsze wytłumaczenia, dlaczego zastał go w jednym łóżku z chłopakiem. Nigdy, przenigdy, nawet w najśmielszych snach, nie mógłby przypuszczać, że obaj mają jakieś predyspozycje w tym kierunku, zwłaszcza, że często widywał ich w towarzystwie płci pięknej, a Finn uchodził za hogwarckiego Don Juana. W efekcie końcowym, zawsze dochodził do jednego wniosku: Przypadek? Nie sądzę. Nie miał zamiaru deliberować o tym cały deszczowy dzień, szybko wyrzucił owo wspomnienie ze swojej głowy i skupił się na teraźniejszości. Deszcz lał jak z cebra w zamkowe okna, ścinał prawie że poziomo, wystukując dziwną melodię o szyby. Po dłuższym czasie taki stukot bywał nużący, a pan Queensberry ożywił się dopiero na zajęciach z zaklęć, kiedy dobrani w pary ćwiczyli zaklęcia ochronne i mógł w końcu się czymś wykazać. Wykrzywiając usta w drobny uśmiech, pustym jak żarówka, ale szczerze promienny, stanął na przeciwko Ślizgona i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wprowadza go własną osobą w stan irytacji i złości. On, w przeciwieństwie do kolegi, nie rzucał się na lewo i prawo, wymachując różdżką na wszelkie możliwe sposoby, piekląc się, że nie może przedostać się przez tarczę. W tym wszystkim było tyle negatywnych emocji, wręcz wydawało się, że powietrze rozgrzało się do czerwoności i delikatnie zaczynało oddziaływać na skórę Norberta. Jednym płynnym ruchem pozbył się szaty i podwinąwszy rękawy ciemnozielonej koszuli i poluzowaniu krawatu, na którym widniał herb domu Slytherina, ustawił się ponownie do ćwiczeń i ze wszystkich sił, skupił się na zadaniu. Musiał być tym razem lepszy, ta ich cicha rywalizacja bardzo mocno go wewnątrz pobudzała, powodując aż wypieki na twarzy. Wygrał z nieukrywaną satysfakcją.
    Wieczorem spokojnie przyglądał się pustoszejącemu salonowi Ślizgonów, odprowadzając pojedynczych mieszkańców wzrokiem rzuconym znad książki, którą udawał, że czyta z żywym zainteresowaniem. Z wyjściem przedostatniego chłopaka, Norbert zamknął książkę i powędrował spojrzeniem w stronę leżącego na ziemi Doriana Finn. Z wolna zwlókł się z kanapy, zajął miejsce metr dalej od kolegi z dormitorium i bezczelnie wodził wzrokiem. Przyglądał mu się z nieukrywaną wnikliwością – patrzył na jego usta, który podgryzały pióro, jego dłonie wygładzające zwijającą się rolkę pergaminu, jak jego palce szybko wertowały stronę, jak marszczył brwi oraz wykrzywiał wargi w pełni oddając swoje niezadowolenie. Zastanawiał się ile czasu będzie musiał jeszcze go lustrować, zanim zwróci mu na to uwagę. Ledwo co taka myśl przebiegła mu po głowie, a brunet się odezwał, a raczej warknął. Wyciągnął usta w wystudiowanym, ironicznym uśmieszku.
    - Grzeczniej, Finn – mruknął aksamitnie – przyszedłem nieco cię porozpraszać. Nudzi mi się.
    Sam do końca nie wiedział dlaczego od jakiegoś czasu starał się celowo go irytować, oraz za wszelką cenę zwracać na siebie jego uwagę. Taka zabawa sprawiała mu frajdę, więc dlaczego teraz, kiedy zostali sami w pomieszczeniu, miałby sobie odpuścić? Biorąc pod uwagę, że nie za często pokój świecił pustkami. Westchnął teatralnie odsuwając bliżej kominka książki, które stanowiły mur między nimi. Małymi kroczkami do celu – strategia ta nigdy nie zawodziła, choć coś mu wewnątrz podpowiadało, że może nieco przyśpieszyć etapy.
    - Chyba nie gniewasz się za to, że byłem dzisiaj lepszy? - zapytał prowokacyjnie zmniejszając odległość jaka ich dzieliła o kilka cali.

    Queensberry

    OdpowiedzUsuń
  48. Gregorius najpierw przewrócił się na brzuch, jęcząc przeciągle. W drugim etapie uniósł się na dłoniach i kolanach po czym przeszedł kawałek na czworaka, by na samym końcu, tuż przed krzakiem, wstać. Ledwo się trzymał na nogach. Nie rejestrował za bardzo tego, jakie słowa Dorian wypuszczał spomiędzy rozwalonych warg, wpatrywał się tępym wzrokiem w tłustą kaczkę, która właśnie wzięła ich czekoladową żabę za swoją kolację. Wkurzył się jeszcze bardziej, choć miał wrażenie, że bardziej już się nie dało po fatalnym pocałunku – teraz nie dziwił się, że długo żadna z dziewczyn nie wytrzymała u boku hogwarckiego lovelasa, beztalencie totalne. Już miał rzucić się na pierzastego stwora kiedy poczuł jak coś rzuciło mu się na plecy. Gregory poczuł jak chłopak wczepia się w niego jak rasowy małpiszon i piszczy nad uchem niczym dziewczynką widząca pająka, choć to była najzwyczajniejsza kaczka krzyżówka. No, może nieco bardziej otyła. Zachwiał się niebezpiecznie, starając się nie wywrócić bo kolejnego upadku by nie zniósł, szczególnie gdyby poleciał do przodu, twarzą do ziemi z Dorianem Finnem na plecach. Znowu drań by wylądował na górze, a obawiał się, że tym razem by spróbował dorwać się nie tyle co do jego ust a zgrabnego tyłeczka. Starał się go zrzucić, ale za mocno go trzymał a kaczka skutecznie rozpraszała go kłapiąc dziobem. Sięgnął po różdżkę, chwilę siłując się by wyciągnąć ją z kieszeni bluzy. Wystawił koniuszek języka i przymknął jedno oko starając się równo wycelować w zwierzę, które dopuściło się bestialskiego mordu na ich pupilku.
    - Avvav Kedavr – mruknął wymachując różdżką to na lewo, to na prawo.
    Nic się nie działo. Gregorius szybko się zirytował i podniósł nogę by ją kopnąć w kuper. To było bardzo złe przedsięwzięcie. Nie dość, że kaczor się spłoszył i podleciał od razu w górę, waląc Doriana po twarzy skrzydłami, a w tym czasie grunt pod nogami starszego Ślizgona nagle się usunął, sam z siebie i tak jak się obawiał, poleciał na trawę a z nim już podpity młodszy kompan.
    - Kufa! - zaklął Greg czując ponownie ciężar na swoim ciele. Będzie miał jutro kolorową mozaikę siniaków na całym ciele. Zaczął się wierzgać i jęczeć, aż w końcu zrzucił z siebie pasożyta i szybko przekręcił się na plecy, waląc Finna z łokcia w żebra, od tak, dla zasady i frajdy. Dopiero po chwili doszło do niego całe zdarzenie. Ich Hiacynt został zabity. Pożarty. Zjedzony. Zabity na śmierć. A teraz trawiony w kaczym brzuchu.
    - Dori! Straciliśmy przyjaciela! - jęknął żałośnie odwracając się w jego stronę i dopiero po chwili uświadomił sobie, że jego głowa spoczywa na ramieniu Pana do Perfekcji Złośliwego.

    Kaczkopogromca, Gregorius Przenajwspanialszy

    OdpowiedzUsuń
  49. Gdyby nie to, że Melissa standardowo nie była w stanie zwlec się z łóżka na zajęcia, to Vinga najprawdopodobniej byłaby w parze właśnie z nią. Takie rozwiązanie byłoby całkiem logiczne, bo zostałyby we dwójkę, podczas gdy wszyscy inni, według polecenia profesorki, również podobierali się w pary. Panienka Anvelt całkiem zielarstwo lubiła. Właściwie lubiła wszystkie przedmioty, o ile tylko mogła pracować sama i robić wszystko po swojemu. Czasem jednak się nie dało i najwyraźniej to była jedna z tych lekcji, kiedy musiała rozglądać się gorączkowo, nie chcąc zostać sama, tak bez pary, jak jakaś idiotka.
    Ale się trafiło, niestety.
    - Panna Anvelt! – głos nauczycielki sprawił, że Vinga drgnęła. A jednak ją dojrzała. Już miała nadzieję, że uda jej się gdzieś ukryć albo chociaż stać sobie z boku i udawać, że coś robi, tak naprawdę nie robiąc nic. Ale się nie udało, profesorka ją zauważyła i nie było już szans na wymiganie się od pracy.- Pan Finn również jest wolny, zapraszam!
    Cooo? Mina Vingi mówiła chyba wszystko. Nie dość, że będzie musiała się wysilić i robić coś na zajęciach, to jeszcze dodatkowo w dosyć dziwnym towarzystwie. Dlaczego nie trafił jej się żaden kujon, która odwaliłby całą robotę sam? Hm, pewnie dlatego, że takowi byli w większości w Ravenclawie, a wśród Ślizgonów ze świecą można było szukać kogoś, Tosię jakoś wybitnie przykłada do nauki.
    No ale pan każe, sługa musi. Dostała polecenie, więc mimo niezadowolenia wypisanego na twarzy, ruszyła się z miejsca i podeszła do drugiej połówki swojego duetu. Jak on miał na imię…? Cóż, nie przykładała zbyt dużej wagi do takich rzeczy, może dlatego nie pamiętała. No i przecież nie miała obowiązku znać wszystkich Ślizgonów. Właściwie znała ich osobiście bardzo niewielu.
    - Cześć – mruknęła kwaśno.
    Żeby tylko nie okazało się, że na następnej lekcji będą musieli pracować w tych samych parach, ustalonych teraz, żeby kontynuować jakieś superważne zadanie. Ważne zadanie na zielarstwie? Wolne żarty.

    [Troszkę zwlekałam, wiem, ale to wina profesorów, że nas na sam koniec zawalili robotą. Dlatego przepraszam za niezbyt imponującą długość i za wszelkie błędy, jeśli się takowe znajdą.]

    //Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  50. Spojrzał wrogo na Doriana i gdyby nie zielonkawa maź na twarzy, to wszyscy zobaczyliby jak bardzo czerwony się stał. Jedyną oznaką jego złości były zaciśnięte tak mocno, że jego kosteczki pobielały. Na szczęście dłonie miał schowane pod kołdrą, więc nikt nie widział jego złości.
    Cieszył się, że pielęgniarka od razu się nim zajęła. Wiedziała doskonale o jego fobii i starała się jak najszybciej uwolnić chłopaka od brudu, który zalegał na jego ciele, a Ślizgonowi nie poświęciła ani jednej chwilki uwagi. Byłą skupiona tylko na Krukonie, tak jakby to on był najważniejszy. Z resztą on był bardziej poszkodowany, no przynajmniej do momentu, gdy oczom kobiety ukazała się poraniona ręka.
    – Nie przyznam się, bo nic nie zrobiłem idioto! – wykrzyknął w stronę kładącego się na łóżku chłopaka. Wywrócił oczami i spojrzał na pielęgniarkę – Niech on sobie stąd pójdzie – powiedział z maślanymi oczami – może wykrwawi się po drodze i wszyscy będą mieć spokój – dodał uśmiechając się uroczo. Och, ta wizja była bardzo kusząca. Z wielką chęcią przyspieszyłby proces wykrwawiania się ciemnowłosego.
    – Typowy Ślizgon, myśli że jest zajebisty, a pieprzy wszystko czego się dotknie – mruknął do siebie, ale postarał się aby było go słychać. Pielęgniarka uśmiechnęła się, ale zaraz potem posłała mu karcące spojrzenie, za to że użył niezbyt odpowiedniego języka, po czym potrząsnęła lekko głową i odeszła od chłopaka, by zając się ślizgońskim pacjentem.
    Willie nie miał zamiaru patrzeć na to, jak kobieta zajmuje się Dorianem. Odwrócił się na bok i wziął srebrną tackę, która leżała na stoliczku obok i przejrzał się w niej, aby upewnić się czy aby na pewno cała maź została ściągnięta z jego cudnej buźki. To co zobaczył sprawiło, że odebrało mu dech w piersiach.
    – Jestem zielony! – wykrzyknął z niedowierzaniem. Naprawdę był zielony. Jak widać maź zabarwiła jego cerę za brzydki odcień zielonego. Wyglądał teraz jak prawdziwa, stereotypowa wiedźma.
    – Williamie, uspokój się – powiedziała spokojnym głosem kobieta – za kilka dni powinno to zniknąć – dodała i wróciła do opatrywania chłopaka.
    – Za kilka dni? Powinno? No nie uspokoiła mnie pani – skrzyżował ręce na piersi – jak ja się ludziom pokarzę w takim stanie? – zapytał sam siebie. Nie wyobrażał sobie, żeby mógł siedzieć w dormitorium z takiego powodu i że ujdzie mu to płazem.


    Willie

    OdpowiedzUsuń
  51. Podparł brodę na splecionych dłoniach, uprzednio podpierając się łokciami o rozłożony dywan przed kominkiem i z ostentacyjną uwagą wsłuchiwał się w to, co miał do powiedzenia Dorian, co jakiś czas kiwając głową, dając aprobatę jego słowom, jakby w stu procentach sie z nim zgadzał, a nie nabijał się z wysnutej teorii i infantylnych insynuacji, które dziwnym trafem zaroiły się w głowie Ślizgona leżącego nieopodal. Uśmiechnął się, lekko rozchylając wargi. Zabawa emocjami innych ludzi była naprawdę pociągająca, a Finn zawsze dawał się wciągnąć w te jego gierki i jeszcze nigdy nie zawiódł się na nim. Teraz, kiedy byli sami w pomieszczaniu mógł nieco nagiąć granice i sprowokować go jeszcze bardziej, nęcić i kusi i zarazem czerpać niewytłumaczalną radość z każdego emocjonalnego uniesienia. Najpierw musiał wytrącić go z tej chłodnej obojętności.
    - Może powinienem dać Ci szlaban za obrażanie mojego stanowiska, tak dla pokory by Ci się to przydało.
    Lubił, kiedy jego groźby odnosiły pożądany skutek a w tym wypadku bardziej chodziło o delikatną prowokację niżeli wywołanie strachu czy chęć zmuszenia kolegi do podporządkowania się wedle jego woli, na to przyjdzie jeszcze niewątpliwie czas – Norbert był o tym święcie przekonany. Jak nie dzisiaj, to za tydzień, dwa, miesiąc a nawet może się poświęcić i poczekać do następnego roku szkolnego, bo nagroda naprawdę była warta zachodu. Mówił cicho, ale wyraźnie, jakby chciał po delektować się nie tylko całym zdaniem, ale każdym słowem, dobierając w myślach odpowiednie słowa. Obecnie miał czas na planowanie, wszystko szło po jego myśli, kiedy sytuacja nabierze tempa nie będą musieli odgrywać tego całego przedstawienia, pozwolą się ponieść swojej złości, gniewowi i pasji oraz Merlin wie czego jeszcze.
    - Daj spokój, nie musisz cały czas na siłę udowadniać innym, że jesteś najlepszy – powiedział ponownie zmniejszając między nimi odległość. W tych słowach było nieco prawdy, tym razem postawił na szczerą swoją opinie, bo właśnie to sam zaobserwował. Wieczny wyścig Doriana Finna o to, żeby być najlepszym we wszystkim, a przecież każdy wie, nawet najzwyklejszy mugol, że jak coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Widział, jak starał się błyszczeć w każdym temacie, jak musiał sam głośno sobie pochlebiać, rzucając kąśliwe uwagi w stronę potencjalnych adwersarzy. Queenberry, w przeciwieństwie do niego nie musiał szukać poklasku, sam znał swoją wartości i nie musiał afiszować się z swoimi dokonaniami na lewo i prawo, rozkładać pióra talentów niczym paw i dumnie przechadzać się po zamkowych korytarzach. Lubił rywalizację, ale zdroworozsądkową, Dorian już dawno przekroczył granice tej chorej i niszczącej, co teraz prefekt mógł wykorzystać. Przeciągnął się leniwie na podłodze by wprowadzić w chwilą nieświadomość swoich planów chłopaka, by po krótkiej chwili wyciągnąć mu spod nosa rolkę pergaminu zapisaną do połowy, zaczął ją zwijać jakby tym gestem chciał zaznaczyć, ze to już koniec kucia jak na dzisiaj.
    - Wiesz kim tak naprawdę jesteś? Adwersarzem godnym swojej własnej porażki.
    Jego głos zabrzmiał jak najczulszy szept, a słowa owiała ciepła słodycz mimo ich wydźwięku.
    Quennsberry

    OdpowiedzUsuń
  52. Nie mógł zdobyć się na nic innego. Słysząc docinki stojącego naprzeciw niego Ślizgona, zwyczajnie parsknął śmiechem, pozwalając na to, by maska złośliwości zniknęła na chwilę z jego twarzy i ustąpiła miejscu temu szczeremu uśmiechowi, za którego otrzymanie tak wiele osób było w stanie zabić.
    Przeczesał włosy swoim starym nawykiem i uniósł z niedowierzaniem brew, mierząc chłopaka przenikliwym, nieco kpiącym spojrzeniem. Jego słabość do Ślizgonów wynikała głównie z tego, że nikt nie traktował jego nazwiska poważnie. Jego nienawiść do Ślizgonów wynikała również głównie z tego, że nikt nie traktował jego nazwiska poważnie. Wobec czego całe jego zainteresowanie domem węża sprowadzało się ponownie do tego aspektu. Nie było tam określonych reguł. Mógł rozkochiwać w sobie kogo chce, mógł nienawidzić kogo chce, mógł lubić, mógł nie znosić, mógł się przyjaźnić, zakochiwać i kłócić, i jakoś nikogo szczególnie to nie dziwiło i nie obchodziło. W oczach mieszkańców Slytherinu był tak samo mało warty jak wszyscy inni uczniowie Hogwartu. Jak wszyscy inni Gryfoni.
    W takim położeniu mógł dowolnie manipulować ludźmi, nabierając ich na kochane oczka albo będąc totalnie przez kogoś ignorowanym. Finn nie zaliczał się jednak do żadnych z tych dwóch grup ludzi. Był jedną z nielicznych wielkich zagadek wężowatych marionetek władzy i w zasadzie głównie to sprawiało, że mieli ze sobą taki, a nie inny kontakt. Dorian był tajemnicą. Nie, nie, nie, poprawka. Próbował być tajemnicą, które to zadanie nie zawsze do końca wychodziło mu dobrze.
    Fred traktował go z dystansem. Lubił z niego kpić, bo miał na niego haka. Wiedział o nim coś, czego nie wiedział nikt inny. Z drugiej strony był narażony na poważniejsze obrażenia, jeśli tylko pisnąłby słówko na temat sekretu ciemnowłosego kolegi, więc z reguły jedynie podpuszczał chłopaka, opierając się na zasadach gry w kotka i myszkę. On był kotkiem. Dorian był myszką.
    Nierzadko niestety zdarzało się też, że ich role się odwracały. Działo się to głównie, kiedy Finn zdawał sobie sprawę z tego, że Weasley jedynie sobie pogrywa. Nie rudy rudzielec musiał się wtedy przestawiać na inne zasady przeprowadzania rozgrywki, z której to na zwycięskiej pozycji wychodził głównie jego przeciwnik.
    I tak bez końca.
    Czasem dzień dnia.
    Od trzeciej klasy.
    Nie miał pojęcia, kto mógłby wpaść na ten absurdalny pomysł wysłania ich na randkę i w którym przeokropnie nie genialnym mózgu mógłby narodzić się tak pokręcony plan swatania dwóch pozornie zagorzałych wrogów, ale ta okrutna wizja, perspektywa spędzenia choćby kilku minut w towarzystwie Ślizgona, którego twarz naznaczona byłaby romantycznym uśmiechem, sprawiła, że Fredowi przewróciło się w żołądku i automatycznie chęć na śmianie się do rozpuku minęła mu jak ręką odjął. Spojrzał na Doriana, unosząc brew. Szybko zreflektował się i poprawił koszulę, która nagle wydała mu się dziwnie wymięta przy tak jednocześnie wyzywającym i eleganckim outficie Finna, po czym uśmiechnął nieco bardziej zadziornie i odchrząknął, opierając się o ścianę, przerzucając butelkę ognistej z ręki do ręki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Rudzielcem jest ten, kto nosi rude kiteczki. Powiem Ci, że wyglądasz uroczo z tym pomarańczowym ogonkiem przy tyłku. Nie myślałeś kiedyś, żeby doczepić sobie taki sztuczny? Prezentowałbyś się dziesięć razy lepiej na szkolnym korytarzu. A jeśli ludzie stwierdziliby, że jesteś napuszony, mógłbyś zwalić to na ogon. Też się puszy, czyż nie? – Zagryzł lekko wargę, powstrzymując uśmiech. – Czy istnieje coś lepszego bardziej oddającego Twój charakter, przyjacielu?
      Nie zważając na jego zarozumiały wyraz twarzy, westchnął tylko cicho i odkręcił butelkę whiskey, szybko podnosząc ją do ust i pozbywając się w kilku łykach części jej zawartości. Otarł wargi wierzchem dłoni, odruchowo kręcąc głową, kiedy tylko usłyszał kolejne wypowiadane przez chłopaka słowa.
      - Naprawdę wydaje Ci się, że ja to zaplanowałem? Gdybym gustował w chłopcach, czego nie robię i chciałbym się z Tobą umówić lub w jakiś sposób Cię poderwać, kupiłbym Ci różową kokardkę do obroży. Wyglądałbyś uroczo. Myślałeś kiedyś, żeby sprawić sobie taką na święta? Mogę Cię wyręczyć.
      Ponownie uśmiechnął się szerzej i przechylił głowę na bok, mierząc go wzrokiem.
      - Smutno byłoby samemu kupować sobie prezenty, nie sądzisz?
      Westchnął, znowu przerzucając butelkę z rąk do rąk, jakby sprawdzając jak bardzo zmienił się jej ciężar po częściowym pozbyciu się jej wnętrza. Rozejrzał się dookoła siebie, przyglądając uważnie pomieszczeniu i marszcząc brwi. Cała ta sprawa nagle wydała mu się dziwna. Spojrzał na Doriana tym razem trochę poważniej i skrzyżował ręce na torsie, unosząc podejrzliwie brew.
      - Liścik. Ty też go dostałeś, rudzielcu?
      Spytał, zerkając na niego ciekawsko spod roztrzepanych włosów.

      Kochajmy się! <3

      Usuń
  53. [ Możemy coś wymyślić! Tylko jaką będą mieć relacje i takie tam? ]

    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  54. [Duet obojętności tak fajnie brzmi. Pomysł jak najbardziej mi się podoba. Mogłabym zacząć tylko czy od momentu poznania,czy późniejszego?

    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  55. Miał dziś zły dzień. Nie żeby coś okropnego się w nim stało. Tak po prostu. Już się jednak do tego przyzwyczaił, często w tym miejscu miewał złe dni. Musiał pomyśleć, odsapnąć a do tego idealnie nadawał się samotny spacer po ciemnych i długich Hogwarckich korytarzach.
    Po cichu, nikogo nie budząc wymknął się z lochów. Szczerze mógł powiedzieć, że dom nawet mu się podobał,mało powiedziane zamek mu się podobał. Oczywiście wolał swój dworek w Islandii ale ostatecznie nie narzekał. Mogło się trafić przecież gorzej? Nocą wszystko wydawało się mu takie inne, spokojne. Obrazy nie dyskutowały między sobą, tylko spokojnie spały w ramach. Można było zauważyć niewiele malunków, nie zatapiających się w snach (zakładając, że mogą śnić), Anakin jednak nie zwrócił na nie uwagi. Specjalnie go nie interesowały. Wszedł na wyższe piętro. Jego głowę zaprzątało wiele myśli. Usłyszał szmery i zatrzymał się gwałtownie. Przyległ do ściany sprawdzając czy to co usłyszał nie było czasem wywołane przez nauczyciela czy woźnego. Nie zauważył jednak nic podejrzanego. Korytarz był pusty. Odetchnął z ulgą. Nie widziało mu się dostanie szlabanu, zmarnowałby sobie tym tylko czas. Przesłyszało mi się- pomyślał. Zaczął iść dalej, lecz był bardziej uważny. Nie rozumiał tego czemu ucznią zakazywało się chodzić nocą po Hogwarcie, w ogóle nie rozumiał tych wszystkich zakazów i nakazów. Nie był do tego przyzwyczajony. Gdy zawitał do szkoły nie mógł się do tego przystosować, dlatego często łapał punkty ujemne oraz szlabany. Obecnie wielu rzeczy zaczął przestrzegać albo po prostu robić tak aby nikt nie zauważył. Czasem się zdarzyła kara ale już nie tak często jak kiedyś.
    Niespodziewanie, nie wiadomo skąd, jakby zmaterializował się przed nim Dorian Finn. Anakin popatrzył się na niego ze zdziwieniem oraz złością, że ktoś zakłócił mu spacer. Kojarzył chłopaka głównie z tego jakie zamieszanie zrobił gdy mu się przedstawił. Zaczął nawijać coś o Gwiezdnych Wojnach i Darth Vaderze.
    Od dawna nikogo nie spotkał na swoich wędrówkach. Zazwyczaj jak kogoś widział lub słyszał udało mu się czmychnąć do jakiejś klasy, kantorku lub wnęki. Tylko w tym problem on Doriana nie widział, a chyba ślepy jeszcze nie był. Nie odzywał się. Liczył, że drugi Ślizgon coś powie, ewentualnie odejdzie.


    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  56. Owszem, chciało mu się płakać, bo w końcu perspektywa tego, że wszyscy zobaczą jego zieloną mordę, nie sprawiała, że z radością witałby kolejny dzień. Jedynym rozwiązaniem na pozbycie się tego paskudztwa było chyba tylko zdrapanie całej skóry, czego też nie mógł zrobić, ponieważ nie chciał narażać się na niepotrzebny ból. Jeśli tylko będzie mógł opuścić kilka lekcji i siedzieć w dormitorium, dopóki zielona barwa sama nie zniknie, to będzie dobrze i jakoś wytrzyma. Może zasłonić okna, schować się pod kołdrą i trwać w takim półmroku, nawet jego współlokatorzy nie zauważyliby różnicy w jego wyglądzie.
    Spojrzał ukosem na Doriana. Oj, Willie był przekonany, że gdyby to Ślizgon skończył z zieloną facjatą, to zapewne histeryzowałby jeszcze bardziej. Domyślał się, że tylko udaje takiego niewzruszonego swoją zranioną ręką.
    – Jeszcze się przekonamy, noc jest długa – mruknął i położył się na boku, opierając głowę o miękką poduszkę. Był zmęczony i mógłby zasnąć w każdej chwili, ale pomimo chęci nie mógł tego zrobić, więc bezmyślnie wpatrywał się w ścianę naprzeciwko.
    Zignorował wypowiedzi chłopaka, raz za razem wywracając oczyma. Nie interesowało go to, co pielęgniarka robi z ręką Ślizgona, ważne, że nie uniknął on kary za to, co zrobił. Uśmiechnął się zwycięsko, gdy tylko usłyszał syk Finna.
    – Jakoś sobie poradzę – powiedział nie odwracając się w stronę Slizgona – Dziękuję za troskę – dodał po chwili.
    Nie minęło pięć minut, gdy Willie nieznacznie podniósł głowę i spojrzał na kobietę, która zakładała właśnie bandaż. Nie chciał jej przeszkadzać, więc przyglądał się jak pielęgniarka owija ślizgońska rękę białym kawałkiem materiału. Odezwał się dopiero, gdy ta skończyła.
    – Mogę poprosić o szklankę wody? – zapytał. Wiedział, że kobieta się zgodzi, bo zawsze przynosiła mu coś do picia.
    – Dobrze Williamie, zaraz ci przyniosę – usłyszał niemal natychmiast – Postarajcie się nie pozabijać – poprosiła i odeszła, a w sali zapanowała cisza. Krukon wrócił do swojej leżącej pozycji.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  57. [Wybacz mi zniknięcie. Potrzebowałam odpoczynku bez presji urlopowego terminu. Jak już wrócę z Vingą, to normalnie będę kontynuować od przerwanego momentu, okej? :)]

    //Vinga.

    OdpowiedzUsuń
  58. Kac w wypadku Zabiniego był zazwyczaj znośny. Dokuczał mu jakiś czas głównie poprzez dudnienie w głowie, mącenie myśli i tą uporczywą suchość w ustach. Tym razem jednak czuł, że poprzedniego wieczoru definitywnie przesadził z alkoholem, przez co świat zdawał się jeszcze bardziej niewyraźny, a w brzuchu kotłowało mu się jak nigdy. Widział jednak, że chłopak leżący u jego boku ma się jeszcze gorzej.
    - Jak będziesz rzygał to z łaski swojej nie na łóżko, co? Mam zamiar spędzić tu najbliższe godziny… – Przeciągnął się leniwie, przyglądając się mu kątem oka. – Podejrzewam, że wpadłeś w moje sidła najzwyczajniej w świecie cię przeleciałem. – Jego głos był przepełniony swego rodzaju dumą, promieniował spełnieniem i zadowoleniem ze swojej osoby.
    Sam mało pamiętał z poprzedniego wieczoru. Jednymi wskazówkami były te dreszcze między nogami oraz bezlitosny kac powodujący niesamowity ból głowy. Wspomienia wydawały się okropnie zatarte, pogmatwane. Między poplątanymi myślami wyłowił jednak hipnotyczne oczy oraz własną dłoń zaciśniętą na cudzym kroczu. Po chwili powolnie połączył fakty – umysł na kacu pracuje na naprawdę mocno spowolnionych obrotach, nie wymagajmy za wiele.
    - Któż to zagościł w moim łóżku, tego chyba jeszcze nie było. – Uśmiechnął się szeroko sam do siebie. – Kto by pomyślał, Dorian Finn uległym? – wyszeptał słodkim, irytująco piskliwym głosikiem. – Jak się ma twój tyłek…? Nie byłem zbyt brutalny jak na twój pierwszy raz, Finn?
    Irytowanie osobników, którzy wydawali się mieć wyjątkowo ślizgońskie i zawyżone mniemanie owłasnej osobie należało do typowych zachowań Zabiniego. Sam wychowany w arystokratycznym domu, od kilku już raz walczący ze ślizgońskim myśleniem, uwielbiał dopiekać i ucierać nos takim osobom jak Finn. Młodszy kolega z Domu Węża od dawna w jakiś sposób go irytował – może momentami za bardzo przypominał mu go samego? – nie mógł więc przecież przepuścić takiej okazji!
    - Wiesz, czuję się urażony, że nie pamiętasz, komu dałeś… . – zaśmiał się cicho, kpiąco.
    Wiedział, że szósto roczniak prawdopodobnie będzie go czuł jeszcze kilka długich dni… Bo Zabini lubił brutalne zabawy.

    Niezadowolona ja z siebie. Ale tak. Zabini pozdrawia.

    OdpowiedzUsuń
  59. Gregorius w chwili obecniej nie rozumiał i nie chciał nawet o tym rozmyślać, po prostu niekontrolowanie wybuchnąć panicznym śmiechem. Dziwnym trafem przetoczyli się w krzaki, które teraz całkowicie ich zasłoniły i zrobiło się niebezpiecznie, biorąc pod uwagę, że dwa nawalone Ślizgony właśnie przechodziły swój kryzys. Racjonalne myślenie zginęło w starszym chłopaku w chwili kiedy po raz pierwszy napił się Piekielnej Whisky, którą skombinował wraz z Flynnem, kilka godzin wcześniej. Groźby Doriana wywołały w nim jeszcze większe rozbawienie.
    - Pfffrrrw – prychnął pod nosem, czując jak ciepłe łzy lecą po jego twarzy z kącików oczu, kiedy atak śmiechu powoli słabł. I dzięki Merlinowi, bo powoli zaczynało brakować mu powietrza a brzuch skręcał się od każdego hahaha.
    - Najpieff musiałbyś mnie złapać – odpowiedział zaczepnie po czym odwrócił głowę w jego stronę.
    Wiedział, że i tak by do tego nie doszło. Co najwyżej znowu by się turlali po trawie i zatrzymaliby się na jakimś spróchniałym pniu czy też wlecieliby do jeziora w trzciny. Ich stan, który przekroczył granicę porządnego spicia, był w nowej, nieznanej nikomu fazie. Jeśli jakieś obawy pojawiły się u Grega, szybko wyparowały lub też zostały stłamszone przez złośliwe procenty, które organizowały w jego organizmie ekstra zabawę pod tytułem "Zróbmy z Cavendisha idiotę". Księżyc wyszedł zza chmur i łuna padła na nich, oświetlając ich twarz i dopiero teraz Gregory mógł podziwiać ranę jaką zrobił na dolnej wardze młodszego kolegi, kiedy ten w afekcie najpierw go pocałował a potem obdarzył równie zaskakującym kopem między nogi, powodując, że klejnoty prefekta mocno ucierpiały. Nie mógł się powstrzymać i wyciągnął dłoń by opuszką palca przejechać po jego rozdziawionych ustach, zapewne zaskakując go swoim gestem. Obrysował jego kształtne wargi, wpatrując się w nie niczym zaczarowany by po chwili uszczypnąć go mocno w ranę na wardze.
    - Czytałem twój pamiętnik – wymknęło mu się w pijackim widzie, a kiedy to mówił uśmiechał się głupkowato. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie powinien w ogóle o tym wspominać i zamknąć swoją niewyparzoną gębę na kłódkę, ale alkoholu skutecznie rozwiązywał mu język i gadał wszystko co mu ślina na język przyniosła, tak zwane mamrotanie po próżnicy. Odwrócił wzrok spoglądając na gwiazdy. Kurwa, jak romantycznie. On, Bohater od siedmiu boleści i Ślicznotka desperatka, oraz pusta butelka i całe niebo nad nimi, brakowało jeszcze świerszczyków cykający nieopodal, za to co jakiś czas dochodziło do nich kwakanie pieprzonych kaczek morderców.
    - Dobra ta whisky – mruknął zmieniając temat.

    Your Gregorius, Bohater od siedmiu boleści leżący upity w krzakach

    OdpowiedzUsuń
  60. Willie nie miał pojęcia jak na drugie imię może mieć Dorian. Szczerze powiedziawszy, to nigdy dotąd nie interesował się Ślizgonem w większym stopniu niż pozostałymi mieszkańcami tego domu. Mało go obchodził i odrzucało go od niego. McKenzie miał taki szczególny rodzaj intuicji, która odpychała go od ludzi, z którymi nigdy by się nie dogadał. Willie już na pierwszy rzut oka mógł jasno określić czy ktoś jest osobą odpowiednią czy też lepiej nie mieć z tym kimś nic do czynienia. Cieszył się z tego daru, bo wiele razy uchronił go przed wpakowaniem się w porządne kłopoty.
    – Oczywiście że mnie nauczyli, za to twoi jak widać nie zdążyli nauczyć ciebie jak rozróżniać składniki na eliksiry – odpowiedział spokojnie i spojrzał na chłopaka leżącego naprzeciwko. Że też pielęgniarka musiała położyć ich tak blisko siebie, chociaż w około były same wolne łóżka.
    Pielęgniarki były po to, żeby pomagać pacjentom, a skoro jedna z nich powiedziała, żeby McKenzie nie opuszczał łóżka przez kilka godzin, to musiała mu tą szklankę przynieść. Na wodę nie czekał zbyt długo, gdyż nie zdążył się nawet wygodnie położyć na łóżku, gdy zobaczył jak kobieta niesie mu szklankę wypełnioną przeźroczystym płynem. Wkrótce położyła to na stoliku obok łóżka i bez słowa odeszła. William upił kila łyków i odstawił szklankę, by po chwili położyć się na plecach. Wpatrywał się w sufit, na którym starał się dostrzec coś ciekawego. Niestety poszukiwanie przebarwień lub pęknięć szybko go znużyło i zasnął.
    Nie pamiętał, co mu się śniło, ale był pewny, że było to coś przyjemnego. Nie chciał się obudzić, ale zrobił to, gdyż usłyszał głośny dźwięk. Od zawsze miał bardzo lekki sen i nawet najmniejsze hałasy dawały radę postawić go na równe nogi, dlatego teraz również wstał. Ze zdziwieniem odkrył, że w całym Skrzydle Szpitalnym było ciemno, jakby ktoś narzucił na okna koc i uniemożliwił tym samym przedostanie się jakiegokolwiek światła do środka. Nawet w nocy nie było tutaj tak ciemno. Hałaa dochodzący zza zamkniętych drzwi nie cichł, więc coś musiało się tam dziać. William kila razy zawołał pielęgniarkę, ale żadna się nie pojawiła. Nie było innej rady jak tylko obudzić Ślizgona. We dwójkę, chcąc czy nie, będą mogli coś wymyślić. Niestety Dorian w przeciwieństwie do Krukona nie chciał wstać. Na nic zdały się okrzyki, więc trzeba było zrobić coś innego. William wziął jedną z poduszek i rzucił nią prosto na twarz śpiącego chłopaka. Jego gwałtowne drgnięcie na łóżku sprawiło Williemu olbrzymią przyjemność.
    – Słyszysz ten hałas? – wyszeptał i spojrzał w kierunku zamkniętych drzwi. Odkąd po raz pierwszy trafił do Skrzydła Szpitalnego, to jeszcze nigdy nie słyszał, żeby ktoś tak głośno krzątał się w pokoju obok. To było podejrzane, bo wiedział, że o tej porze dnia pielęgniarki wolą pracować w spokoju, więc niemożliwym było, żeby to któraś z nich pozwoliła sobie na takie zachowanie.


    William

    OdpowiedzUsuń
  61. Przez dłuższą chwile zastanawiał się czy odpowiedzieć. Nie miał ochoty nawiązywać rozmowy. Przecież nie po to spacerował nocą po korytarzach.Chciał samotności, a Ślizgon mu to zepsuł. Rzadko zdarzało się, że kogoś spotykał na nocnych schadzkach. Wiedział, iż trochę ludzi wędruję ciemnymi korytarzami, zawsze jednak udawało mu się ich unikać. Spacerował tymi najmniej popularnymi trasami, a jeśli już kogoś usłyszał to chował się w licznych wnękach. Wystarczyło mu znoszenie hogwartczyków w dzień. Nie segregował ich ze względu na domy, od wszystkich trzymał się jak najdalej i był wobec nich obojętny. Miał dość każdego z osobna, nawet jeśli darzył tę osobę choć odrobiną sympatii. Czasami oczywiście, chciał z kimś pogadać, nikomu jednak nie ufał. Wolał nie ryzykować. Finn zaliczał się do osób, których znosił bo musiał. Nawet nie wiedzieć dlaczego, ot tak.
    Dorian zawsze wydawał mu się odrobinę dziwny. Niby taki wielki pan arystokrata z czysto krwistej rodziny, a gada o mugolskich filmach. Teraz jeszcze to pojawianie się znikąd. Intrygowało to Anakina. Chciał poznać sekrety chłopaka stojącego na przeciw niego. Zwykle nie interesował się innymi, ale w nim coś było. -Spacerowałem, ale mi przeszkodzono.-powiedział, niebyt przyjemnie, ale przynajmniej się odezwał.
    -A ty czemu jesteś o tej porze poza dormitorium?- zapytał.

    [Możesz mnie za to to zabić, eh.]

    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  62. Poza murami zamku było tak pięknie, że grzechem niewybaczalnym byłoby chowanie się w zimnych ścianach. Nicolas był tym rodzajem osoby, która wychodzi na zewnątrz przy pierwszym polepszeniu się pogody, przy pierwszych podmuchach wiosny. On jego aparat mieli wtedy idealny czas na przypomnienie o sobie całemu światu i porobieniu wielu nietypowych zdjęć uczniom i naturze.
    Z lustrzanką zawieszoną na szyi wędrował przez szkolne błonia, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co przykułoby jego uwagę. Pączkujące drzewa, zielona trawa, latające dookoła owady. Nic z tego nie wydawało się być wystarczająco ciekawym, ani już tym bardziej fascynującym. Westchnął cicho i już chciał rezygnować, bo od ciągłego krążenia bolały go stopy upchane w niewygodne trampki, kiedy zauważył coś niesamowitego.
    Rudy lisek przemykał między krzewinkami, sprawnie omijając kłujące gałązki. Nie myśląc za wiele pochwycił aparat, aby uwieczniać ten moment. Pstrykał kolejne, niesamowite zdjęcia, zdecydowanie zbyt rozentuzjazmowany na widok małego, rudego stworzonka. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy przekręcał obiektyw, w celu odnalezienia idealnej ostrości. Kiedy stworzenie spojrzało na niego, mógł dojrzeć inteligencję w niebieskich oczach. Był taki piękny, tak niesamowity.
    Kilkanaście minut później, kiedy już był usatysfakcjonowany ilością, oraz oczywiście jakością swoich zdjęć, ruszył przed siebie i czując, że opada z sił, usiadł pod jednym z drzew, aby tam w spokoju pochłonąć znajdującą się w torbie kanapkę. Miał wrażenie, że to nie konie atrakcji na dzisiaj. Miał zamiar jeszcze trochę pokrążyć dookoła z aparatem. Chciał znaleźć coś, co sprawi, że na jego twarzy pojawi się jeszcze szerszy uśmiech, niż wtedy, gdy zauważył liska.
    Odłożył torbę po swojej lewicy i opierając się o kore, zabrał się za konsumpcję kanapki z jajkiem, cały czas rozglądając się dookoła i zastanawiając, co będzie jeszcze na tyle dobre, aby zapisać to w pamięci na dłużej? Miał nadzieję, że coś takiego zajdzie się w pobliżu i nie będzie musiał tracić kilku kolejnych godzin, aby znaleźć coś naprawdę dobrego.

    Nicolas Varn

    OdpowiedzUsuń
  63. Gregorius roześmiał się, widząc bardzo gwałtowną reakcję młodszego kolegi.
    Biorąc pod uwagę to, że był upity i jeszcze chwilę temu próbował go całować, oraz to, że nagle przypomniało się Gregowi, co takiego wyczytał w jego pamiętniczku, kiedy przylazł w czasie przerwy obiadowej do jego dormitorium w celach czysto obowiązkowych, (w końcu bycie prefektem nie tylko ograniczało się do kontrolowania na korytarzu, kto wie, gdzie Dorian Finn schował pod łóżkiem? Cavendish dobrze wiedział, co kitrał pod materacem.) cała zaistniała właśnie sytuacja, naprawdę była zabawna z punktu widzenia starszego Ślizgona. Ten jego żenujący moment słabości kiedyś i tak Gregory by mu wypomniał. Obecnie czuł się dziwnie połechtany tym wspomnieniem, bo przecież nikt, za żadne skarby świata, nawet sam Merlin jako osoba wszechwiedząca, nie przypuszczałby, że ten oto tutaj, Dorian, trzymający go mocno za nadgarstki, był w stanie zauroczenia, i to nie butelką ognistej, a drugą osobą. Gregoriusem Cavendishem.
    - Wszystko – odpowiedział, nawet nie próbując się wyswobodzić.
    Normalnie nigdy by nie nabijał sie z fatalnych miłostek innych ludzi, jednak to był Finn, upierdliwa menda, z którą zaprzyjaźnił się już lata temu i wzajemnie grali sobie na nerwach. I w tym wypadku nie mogło być ustępstw. Podniósł nieco głowę, na tyle ile pozwalała mu pozycja i siły, by móc spojrzeć na twarz młodego animaga. Chciał upajać się widokiem jego rozgoryczenia i złości na twarzy, jednak coś to mu nie wyszło. Kompletnie się nie spodziewał sam po sobie, że będzie zdolny do takich myśli, a co dopiero wprowadzić je w życie, nawet w najgorszych koszmarach, czy też w pokręconych wizjach na lekcji wróżbiarstwa. Merlin musiał po raz kolejny się zdziwić, kiedy zamroczony alkoholem i wyczerpany po całym dniu i nocy, Gregorius Cavendish skubnął górną wargę Doriana swoimi ustami! Nawet nie dolną, by potem wytłumaczyć się, że chciał sprawić mu nieco więcej bólu, godząc w zranione miejsce. I nie było to gwałtowne, zadziorne czy czyn prowokujący, a bardzo delikatne i subtelne. Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, próbując się ocucić z chwilowego omdlenia szarych komórek, ale chyba już przegrał tą nocą do reszty.
    Skorzystał z okazji zaskoczenia, tym razem wprawiając jego w osłupienie tym co się wydarzyło, i uwolnił swoje dłonie. I zamiast odepchnąć gadzinę, wytrzeć rękawem gębę i zwymiotować gdzieś obok, nieważne w jakiej kolejności, ale jednak nie dopuścić do następstw tego drobnego pocałunku. A jednak ktoś obcy w jego ciele, użył jego rąk do przyciągnięcia chłopaka jeszcze bliżej siebie, tak by poczuć jego szybko unoszącą się klatkę piersiową na sobie i mocniej wczepić się w jego usta w gorącym i namiętnym pocałunku. To było takie niekontrolowane, obleśnie, ale gdzieś w głębi czuł przyjemny dreszcz, pieszczący go od środka – a może to był język Finna? Pan Prefekt Nietrzeźwy pozwolił tymczasowo górować nad sobą chłopakowi, swoją dłonią błądząc gdzieś po jego plecach.

    Gregorius, Prefekt Napity oraz autorka, która trzęsie się z ataku śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  64. Kassidy miał serdecznie dość. Wszystkiego, znaczy się i wszystkich, w tym samego siebie. Mógł mieć z tym związek fakt, że pozwolił komuś tak bezczelnie zagrać na swoich uczuciach. I że poszedł z byle kim do łóżka. I że powyższe dwa wspomniane osobniki, były w rzeczywistości jednym. Nie, żeby do końca kojarzył jego imię czy nazwisko. To pierwsze zaczynało się bodajże na "D"... Drake? Dereck? Delroy czy Donovan? Nie, Dorian. Terazv przynajmniej wiedział, kogo przeklinać w myślach. Całe szczęście, Hogwart był dużą szkołą i Kasey mial szczere nadzieje, że nawet jeśli miną się gdzieś na korytarzu, to nie będą zmuszeni do żadnych bezpośrednich interakcji. Jak to powiedział ten wstrętny ślizgon? "Wracaj do swojego życia"? No, coś w ten deseń.
    Więc Atkins wraca do swojego życia (marnego żywota, w tym momencie), w którym poniedziałki są najpaskudniejszą rzeczą na świecie, w którym codziennie rano trzeba zmienić wodę złotej rybce i ją nakarmić, no i jeszcze spróbować zawiązać krawat (kto powiedział, że pięć lat praktyki to wystarczająco?). Krawat zawiązał trochę krzywo, jak zawsze, szata zwisała mu luźno z jednego ramienia i miał lekkie wory pod oczami, ale nie miało to żadnego związku z niedzielnym zawodem (miłosnym? nie, to za duże słowo), po prostu był to ten nieszczęsny dzień tygodnia, jasne? No a ta blada skóra i lekko zaczerwieniony nos, to nic takiego. Najwyraźniej siedzenie z mokrymi włosami przy otwartym oknie o drugiej w nocy nie stanowiło najlepszego pomysłu. Na śniadaniu ledwo co udało mu się zjeść niecałe dwa tosty i wypić szklankę soku dyniowego, a zazwyczaj jadł tak wiele, że jego sąsiedzi zastanawiali się, czy nie ma przypadkiem drugiego żołądka. Kasey nie miał drugiego żołądka, był natomiast "dorostającym, młodym mężczyzną", jak to mawiała jego siostrzyczka Adalyn, gdy tylko widywała go w przerwy świąteczne i wakacje, przekonana, że jego to tam te "świry" głodzą i dlatego jest takiej drobnej postury. Kassidy starał się jej wytłumaczyć, że jedząc tyle samo w swoim domu wśród swojej przybranej, bo przybranej, ale wciąż rodziny, wśród mugolów, nie byłoby żadnej różnicy w jego wadze i ogólnie wyglądzie, ale najwyraźniej do niej to nie trafiało. Jego druga siostra, Diana, zazwyczaj dodawała w takich sytuacjach, że jak będzie taki chudzielec to nikt go nie zechce. Teoretycznie, nie wiedziała ona o jego preferencjach, ale nawet w takiej sytuacji, Kassidy'emu przez krótką chwilę zachciało się śmiać. Gdyby tylko wiedziała, że ktoś chciał, ale na najwyżej jedną noc... I po pijanemu.
    Jego znajomi z domu kruka najwyraźniej zauważyli, że jest w beznadziejnym humorze, bo poza przywitaniem się rano, w ogóle się do niego nie odzywali, być może w obawie o własną skórę. Rzecz jasna, wcale nie był w najlepszych kontaktach ze swoimi kolegami, ale jedyną rzeczą, której brakowało, by popadł w jeszcze bardziej beznadziejny humor, był do tego wszystkiego jeszcze szlaban. Dlatego właśnie przyrzekł sobie, że nie będzie pakować się w żadne kłopoty i konflikty.
    Oczywiście, kiedy to sobie obiecał, nie wiedział, że gdy wciąż w grobowym nastroju, z torebką z Gryzeldą w ręce i niewyprasowanym, pogniecionym swetrze, wejdzie do klasy, okaże się, że dzisiejszą lekcję mają ze Ślizgonami. Szybko w głowie oszacował, jakie są możliwości, że Dorian jest na tym samym roku co on i odkrył, że jest są one niemożliwie prawdopodobne.
    Kasey nie miał w zwyczaju zachowywać spokoju, dlatego, kiedy doszedł do wniosku, że to się po prostu nie zdarzy, a gdy się odwrócił, już kładąc Gryzeldę na na ławce, a wtedy zobaczył nikogo innego jak pana Doriana Taką Mam Super Twarz i Przelecę Kogo Chcę a Potem Każę Mu Spieprzać Jakkolwiek Ma Na Nazwisko (w skórcie - pan DTMSTiPKCaPKMSJMNN), zerwał się błyskawicznie z ławki i wskazując na niego palcem, krzyknął oskarżycielsko:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - To ty!
      W sali zapadła dotkliwa cisza, a oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę. Kassidy'ego to nie obchodziło, bo w takich chwilach niewiele myślał, nawet, jeśli kolejne działania miały sprawić mu jeszcze więcej upokorzenia i negatywnych emocji.

      Emocjonalna ciota Kassidy i ałtorka, bro, która w ciągu pisania tej strony odkryła w nim tę szlachetną cechę

      Usuń
  65. Norbert wyciągnął usta w wystudiowanym drwiącym uśmieszku.
    Właśnie w tym momencie toczył walkę sam ze sobą by się nie roześmiać w głos, bo to co właśnie wyleciało z ust Doriana Finna rozbawiło go, doszczętnie burząc jego jego wcześniejszy plan prowokowania chłopaka do samego końca. Odchylił głowę do tyłu, zapierając się łokciami o dywan i przygryzł mocno wargi starając się opanować. Tak szybko udało mu się go wytrącić z tej chłodnej obojętności, a myśl, że mógłby rozniecić w nim jakieś cieplejsze uczucia i emocje, powodowała wypieki na jego policzkach. Tak, doprowadzenie do takiego stanu Doriana było na jego osobistej liście rzeczy, które chce zrobić i osiągnąć zanim skończy szkołę, a tak się składało, że za rok z hakiem opuści zamkowe mury. Pozwolił by chwila milczenia panująca między nimi, tym samym wprowadzając nieco nerwowego napięcia. Ciekawe czy Finn był równie niecierpliwy co kostyczny? Queensberry przechylił figlarnie głowę w bok i spojrzał na swojego towarzysza spod przymrużonych powiek.
    - A niby taki inteligenty jesteś, a nie możesz się domyślić ... - urwał, ostatnie słowa wypowiadając coraz ciszej.
    Pokręcił jeszcze głową w dezaprobującym geście po czym odłożył rulonik z pracą domową po swoje prawej stronie, jeśli będzie chciał odzyskać swoje zapiski będzie musiał przechylić się nad nim lub wstać i go okrążyć. Lustrował go uważnie, błądząc wzrokiem po jego twarzy, szyi, dekolcie bluzki, którą miał na sobie, zatrzymując się ostentacyjnie dłużej na jego ustach i oczach. Mógł tak grać cały wieczór, sygnalizować mu tylko subtelnie coś, by zaraz zburzyć jego przemyślenia jednym gestem, stopniować napięcie a potem jak gdyby nigdy nic zgasić ciekawość lub jeszcze bardziej ją rozniecać. Taka zabawa nakręcała go, powodowała w nim falę emocji, mieszaninę adrenaliny i podniecenia, a Dorian był jego własnym wyzwaniem, kolejnym szczytem do zdobycia w tej chorej zabawie.
    - Gapię się, bo mogę. Wpieprzam się, bo mogę. Łażę za tobą, bo to też mogę – odpowiedział po raz kolejny obdarzając go enigmatycznym uśmiechem.
    Po ilu słowach Dorian straci nad sobą kontrole? On sam po każdym zdaniu z wolna podnosił się do pozycji siedzącej, w końcu usiadł po turecku przodem do Ślizgona. Kiedy tak na niego patrzył, sam stał na granicy swojej wytrzymałości, chciał grać dalej, ale jednocześnie już chciał kończyć, chciał wygrać i dać się ponieść emocjom. Oblizał koniuszkiem języka usta i kiedy już postanowił wycofać się nim będzie później żałować, gwałtownie poruszył się do przodu. Musiał wykorzystać efekt zaskoczenia. Dłonią popchnął go stanowczo, tak że obrócił się i teraz leżąc na plecach, Norbert zawisł nad nim a tylko milimetry dzieliły ich od siebie. Czuł jego zapach i oddech na swojej twarzy i był pewien, że o tylko kwestia kilku, może kilkunastu sekund, nim Finn odepchnie go lub zrobi coś równie głupszego, w końcu był mistrzem psucia takich romantycznych sytuacji. Musiał coś powiedzieć, coś zrobić by dać sobie jeszcze nieco czasu. Serce łomotało mu w klatce piersiowej a gorąca fala zalała jego ciało.
    - Gdyby moje pragnienie bliskości podeszło do Ciebie i Cię kopnęło nawet tego byś nie zauważył, a wiesz dlaczego? - zapytał czując jak ich twarz ledwo się muska.

    Norbert Queensberry

    OdpowiedzUsuń
  66. P I E P R Z Y Ć T O.
    Dwa słowa, które przeleciały mu przez głowę, kiedy oddawał się pocałunkowi. Gregorius obecnie musiałby skłamać, mówiąc, że ani trochę nie podoba mu się to, jak Dorian Finn wprawnie posługuje się swoim językiem pieszcząc jego podniebienie. Nie przeszkadzało mu to, że chwilowo znajdował się pod nim, że młodszy Ślizgon miał tymczasowo więcej kontroli nad sytuacją. Wewnętrzny opór nagle ustąpił, rozpłynął się w powietrzu albo nawet rozpuścił w dużej dawce alkoholu, którą spożył tej nocy. Ich pocałunek, tak namiętny i zarazem chaotyczny miał posmak ognistego trunku zmieszanego z rdzawym smakiem krwi. Drgnął lekko kiedy usłyszał cichy pisk wydobywający się z ust Doriana, aż nie dowierzał własnym uszom. Kolejne kłamstwo, który jutro padnie musiało dotyczyć jego słodkich pisków i stękań, które jeszcze bardziej nakręcały Grega w tym porąbanym uniesieniu, a odpowiedzialność za własne czyny zrzuci na felerną butelkę i samego współwinowajcę, który po prostu wykorzystał chwilę słabości. Teraz jednak, było mu tak cholernie dobrze, leżąc w nocy w krzakach z młodszym o rok chłopakiem, aż do momentu kiedy poczuł jego lodowatą dłoń na swoim ciele. Jakimś cudem odnalazł drogę prowadzącą pod jego koszulę od piżamy i odwdzięczył się tym samym gestem, przejeżdżając dłońmi po jego rozgrzanym ciele, wywołując ciarki na jego skórze.
    Jeszcze chwile temu walczyli heroicznie z kaczką i opłakiwali stratę swojego przyjaciela, dzielnego kuma Hiacynta, który zginął dzielnie w walce z przebrzydłym kaczorem a jeszcze wcześniej Cavendish odgrażał się, kiedy Finn zaatakował jego klejnoty kolanem a usta nagłym pocałunkiem. Ta noc była dziwna, Gregory miał wrażenie, że wszystko mogło się zdarzyć i już sam nie był do końca pewien co nim kierowało. Gadające, różowe chrabąszcze wpierdzielające poziomki o północy to nic, w porównaniu z tym, że właśnie zainicjował pocałunek. Gdyby ktoś mu przepowiedział przyszłość i opisał owe zdarzenie, wyśmiałby go a nawet może pokusiłby się o jakiś urok na niego.
    Mogło by się nawet rozpadać i grzmieć a stado kaczek ich podglądać zza liści, a on i tak by nie przestał gładzić jego pleców , musiał w sobie zwalczyć przeogromną chęć zdjęcia tej cholernej góry od piżamy, która nagle wydała mu się zbędna i tylko przeszkadzała. Naprawdę coś musiało być nie tak z tym alkoholem, bo w pełni zamroczony umysł Prefekta oświadczył mu, że usta Doriana są idealne. Koniuszkiem języka obrysował linę jego warg po czym odchylił głowę nieco w bok by zaczerpnąć świeżego powietrza, uśmiechnął się pod nosem słysząc jego słowa, które wodziły na pokuszenie.
    - Zawsze jeszcze mogę poszukać.
    Jego głos zabrzmiał jak najczulszy szept.
    Był w przeraźliwie realistycznym koszmarze, a na domiar złego nie chciał go przerywać. Chciał być blisko tej mendy, który chodziła za nim jak cień i tylko czyhała na jakąś żenującą wpadkę, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Nagle to wszystko zaczęło mu się podobać, Dorian zaczynał mu się podobać, to że był na dole też mu się podobało, jego dłonie pod materiałem jego koszulki, jego ciepło i smak, słodki oddech i ten kuszący głos.
    Musnął ustami jego policzek, szczękę a potem zjechał z pocałunkami na jego szyję smakując jego ciała. Musiał kłamać, bo przecież nigdy by się nie przyznał, że chciałby obudzić się obok Finna, który wtula się w jego klatkę piersiową, a kiedy głaszcze go po włosach ten słodko mruczy. Nie, to było naprawdę chore i niedorzeczne, ale właśnie tego teraz pragnął pan Cavendish.
    C H O L E R A.
    Gdzieś nad wodą kaczki dawały o sobie znać, gwiazdy na niebie mrugały a szum wiatru kołysał.

    Kłamczuch Gregorius and jego fantazje

    OdpowiedzUsuń
  67. Anakin nie był osobą ciekawską (przynajmniej sam tak twierdził), wręcz irytowała go ta cecha. Sam nie wiedział więc dlaczego tak bardzo zależy mu na poznaniu sekretu Finna. Nie podlegało wątpliwości, że coś ukrywał. Może innych udało mu się zwieść, ale on nie da się tak łatwo. Czasami Islandczyk sam nie rozumiał tego, iż z łatwością przychodziło mu rozpoznawanie kłamstw. Wychował się ze znikomą ilością ludzi, a jednak jakoś to wyczuwał. Szósty zmysł, hmm?
    Był też osobą upartą i dążącą do celu, którym teraz stało się odkrycie tajemnicy Ślizgona. Już wiedział o nim jedną informacje więcej niż przeciętny uczeń, a na tym zaprzestać nie chciał. Dokładnie nie rozumiał po co mu ta wiedza. Zachowa ją dla siebie czy stanie się plotkarą roku, mówiąc o tym na prawo i lewo? Może gdyby Dorian wybitnie zezłościł Anakina, to mogłoby mu się wyrwać kilka słów, ale zazwyczaj wolał zachowywać wszystko dla siebie. Ta świadomość, że on wie a inni nie, napawała go szczęściem, był o kilka kroków dalej. Miał przewagę, którą tak bardzo lubił. Mógł tym też nieco szantażować kolegę, chociaż i bez tego, odrabia mu on zadania. Zauważył podczas tych trzech lat znajomości, że Finn bardzo troszczył się o swoją reputację. Bardziej niż inni.
    -Bardzo chciałbym wiedzieć, a jeśli mi tego nie powiesz sam się dowiem.- wzruszył obojętnie ramionami jakby wcale go to mimo wszystko nie obchodziło. Jeśli tak dalej pójdzie to w przyszłości stanie się detektywem. Może Dorian ulegnie i coś powie, przestraszony wizją Anakina doszukującego się różnych rzeczy. Byłoby to mu na rękę, lecz zapobiegłoby odrobinie zabawy, której teraz tak mało w jego życiu. Potrzebował jakiejś odskoczni od życia, a szperanie w innym zapewniło ją w jakimś stopniu. Ostatnio z nudów zaczął nawet odrabiać pracę, odrabiać ją tydzień wcześniej! Tak to przynajmniej miałby zajęcie, inne niż nauka i… nauka. Wiedział, że nie było to dobre, ale cóż poradzić, nie każdy będzie szczęśliwy. Ostatnio rozważał nawet zapisanie się do klubów, szybko z tego zrezygnował. Wolał spędzać całe dnie i noce włócząc się bez sensu po korytarzach, przesiadywać w lochach i poszerzać wiedzę w bibliotece.
    Chciał jeszcze coś dodać ale się powstrzymał. Jakieś dziwne przeczucie podpowiadało mu, iż ktoś jest niedaleko i coś się stanie. Zignorował je jednak, patrząc na Ślizgona i wyczekując na jego odzew. Poczuł nagłą potrzebę rozmowy, nie ważne czy to przyjemnej wymianie zdań, czy zażartej kłótni. Nawet on potrzebował czasem towarzystwa. Samotność chociaż ją lubił, potrafiła doskwierać i denerwować. Miał cichą nadzieje, że nocny towarzysz sobie nie pójdzie, a nawet jeśli nie będzie zbytnio rozpaczał, tylko pójdzie dalej przez ciemne, długie zamkowe korytarze. Nie zapomni jednak o nowej misji, odkryciu tajemnic Doriana Finna. Miał tyle lepiej- znał już jedną, a droga do poznania kolejnych, uda mu się choćby nie wie co.

    Anakin, Hogwarcki detektyw

    OdpowiedzUsuń
  68. BAL WIOSENNY, KTÓREGO AKCJA MAGICZNYM SPOSOBEM PRZENIOSŁA SIĘ Z MARCA NA MAJ

    Gregorius od razu skrzywił się i machnął rękoma, by odgonić natrętne łapska młodszego Ślizgona, który właśnie odwdzięczał się pięknym za nadobne, w końcu udało mu się odepchnąć go i prychnąć niczym rozjuszony kocur.
    - Nie podskakuj, ślicznotko, bo twój pamiętnik trafi do większego grona odbiorców – wycedził przez zęby.
    Starał się jakoś przygładzić dłońmi włosy, ale niezbyt mu to wychodziło, więc zrezygnowany postanowił mówić, że właśnie tak jest w porządku i docelowa fryzura miała tak wyglądać.
    - Poza tym, nie twoja spawa, z kim się umawiam – warknął, poprawiając jeszcze marynarkę na sobie.
    Tamta noc zdecydowanie należała do tych gregoriusowych momentów, o które za wszystkie skarby świata Pan Prefekt chciałby wymazać ze swojej pamięci, jednak to ciągle wracało do niego w koszmarach. Musiał pozbyć się na drugi dzień pościeli, ponieważ przesiąknęła dorianowym smrodkiem. Nie było dnia, w którym Greg mógłby stanąć spokojnie przed lustrem i z godnością spojrzeć sobie w oczy, żenujące doświadczenie trawiło go od środka. Podobnie jak teraz, co nie zmieniało faktu, że Dorian po prostu musiał nadal na niego lecieć – przecież inaczej nie skończyliby razem w jednych krzakach. Tak, cała wina po stronie Finn, tego trzymać się musiał.
    - Zaprzeczę każdemu słowu, nawet nie pamiętam połowy i całe szczęście – burknął.
    Musiał się napić, właśnie teraz, zanim doszczętnie skończy z depresją po incydencie feralnej nocy, kiedy kaczka ich zaatakowała. One naprawdę coś miały do Finna, może powinien z nimi jakoś się dogadać? Zawsze lepiej, kiedy ma się po swojej stronie pierzastą mafię. Skoro obleśny osobnik stojący na przeciwko niego nie miał zamiaru zająć się organizacją czegoś do osłodzenia sobie tej gorzkiej nocy, Gregory musiał sam skombinować trunek. Prychnął pod nosem po raz kolejny tego wieczoru i ruszył w stronę stolików, w celu skonfiskowania butelki dla siebie.
    Długo nie musiał szukać, ponieważ pewni Gryfoni wcale nie ukrywali swoich zamiarów, a każdy wie, że lepiej smakuje nie swój alkoholu. Od rau humor mu się poprawił, i kiedy nalał sobie do kubeczka, mógł wrócić do Doriana i nadal mu truć. Teraz on będzie za nim chodził i przypominał to i owo.
    - Wyglądasz jak rozdeptany gumochłon – skomplementował kompana, posyłając mu rozbrajający uśmiech, szturchnął go mocno w żebra. Tak, palące gardło zawsze przynosiło ulgę w chwilach strapienia i chandry.


    Gregorius Cavendish,
    Mafioso Kaczego Gangu
    Pif-Paf, dawaj ognistą

    OdpowiedzUsuń
  69. [No dobra, konflikt brzmi bardzo dobrze ^^ Dan będzie miał chociaż zajęcie, gdy stanie przed nim tak wredny Ślizgon ;) Poza tym tak myślę, że skoro lisek biega po szkole, może jakoś wyczaić, że auror i nowy nauczyciel w jednej osobie, jest wilkołakiem... co jeszcze może nikt z uczniów nie wie]

    OdpowiedzUsuń
  70. [Ziemniak też się wita! xD]

    Pegs

    OdpowiedzUsuń
  71. [ Długo, przepraszam, ale już jestem c: ]

    William już miał coś odpowiedzieć, gdy nagle przez pomieszczenie przemknęła jedna z pielęgniarek. Chłopak od razu uświadomił sobie, że to właśnie ona musiała tak hałasować. Może rzeczywiście był przewrażliwiony? Jednak nie raz to jego wyczulenie uratowało go od poważnych kłopotów. Spojrzał na Doriana, który najwyraźniej nie przejął się zbytnio jego atakiem i znów ułożył się do snu. McKenzie szybko pożałował decyzji o rzucie poduszką, bo teraz sam nie miał na czym spać, a jego powieki robiły się coraz cięższe. Bez namysłu i po cichu zszedł z łóżka i owinął się kocem. Nie chciał zrobić najmniejszego hałasu, więc boso i na palcach szedł w kierunku łóżka Ślizgona po zimnej podłodze. Podniósł poduszkę i zrobił szybki zwrot. Już miał stawiać pierwszy krok, gdy nagle upadł na twarz. Cóż, szczelne owijanie się kocem nie było najlepszym pomysłem. Ostatnio nie miał dobrych pomysłów.
    Leżąc na zimnej podłodze odwrócił twarz w kierunku łóżka, na którym leżał Dorian. W tamtej właśnie chwili spostrzegł karteczkę, która wystawała spod materaca. W mgnieniu oka zapomniał o zielonej twarzy i bólu, który pojawił się po upadku. Powoli wstał. Nadal starał się nie obudzić śpiącego chłopaka, bo nie chciał się już kłócić. Miał teraz inny obiekt zainteresowania.
    Próbował wyciągnąć kartkę, jednak udało mu się oderwać jeden kawałek. Odwrócił papier aby zobaczyć, co znajdowało się po drugiej stronie. Niestety dziwne wzorki nic mu nie mówiły, więc delikatnie wsunął rękę pod materac, obserwując jednocześnie czy Dorian się nie budzi i czy jakaś pielęgniarka akurat nie przechodziła. Nie chciał, żeby ktokolwiek zauważył jak Krukon grzebie komuś pod kołdrą. Wyglądało to dwuznacznie.
    William zaklął pod nosem, gdy uzmysłowił sobie, że papier jest przymocowany i nie obejdzie się bez podnoszenia materaca. Nie chciał tego, ale musiał obudzić Finna. Szturchnął go kilka razy, jednak to nie dało żadnego rezultatu. Bezmyślnie poszedł więc do swojego stolika i wziął z niego szklankę wody, której zawartość wylał prosto na śpiącego towarzysza.
    – Wstawaj – mruknął spychając zaspanego Doriana z łóżka. Dobrze że chłopak był zaspany i nie walczył, bo zapewne w innych okolicznościach Willie nie zdołałby zrzucić ciemnowłosego na ziemię. – Znalazłem coś – wyjaśnił szybko, zanim chłopak zdążył otworzyć buzię.
    Po chwili materac powędrował do góry i oczom Krukona ukazał się brakujący kawałek kartki. Skrawki papieru były stare. Widać było, że ktoś wiele razy je zginał, przez co w niektórych miejscach pojawiły się przetarcia a tusz był praktycznie niewidoczny. William z każdą sekundą przyglądania się znalezisku, stawał się coraz bardziej ciekawy tego czego ono dotyczy.
    – Wybacz za pobudkę – powiedział kładąc kawałki żółtej kartki na łóżku obok. Nawet nie spoglądał na Ślizgona. Był całkowicie pochłonięty dziwnemu czemuś.

    William

    OdpowiedzUsuń
  72. To musiał być jakiś pokręcony, erotyczny sen, w którym Morfeusz mścił się za każde złe słowo, które Cavendish wycelował w jego stronę. Przecież to nie możliwe, żeby naprawdę leżał w krzakach obściskując się z Dorianem. Noc była chłodna, ale póki pił i błądził po błoniach wcale to nie doskwierało, jednak teraz, kiedy leżał na trawie, czuł chłód który zionął mu po ciele, a chłodne ręce chłopaka sunące pod jego koszulką, wywoływały dreszcze.
    - Mhmm... - mruknął jedynie, subtelnie kiwając głową na znak aprobaty jego pomysłu, żeby przenieść się w wygodniejsze miejsce. Nim zaprzestał obsypywać jego szyję gorącymi, wpił się mocniej ustami i był pewien, że pozostanie mu po tym różowy ślad. Byli za bardzo ogłupiali, by zwrócić na to uwagę. Gregorius odniósł się dopiero po chwili, a i tak ociągał się z tym dostatecznie długo. Już teraz miał ochotę dobrać się do Finna i pozbawić go odzienia, nawet przemknęło mu przez tą spitą łepetynę, że chciały klepnąć go w tyłek! To naprawdę musiało mu się śnić, ktoś rzucił na niego zaklęcie Efialtesa, nie było innego wyjścia. Jak pomyślał, tak zrobił. Jego otwarta dłoń zacisnęła się poprzez materiał na lewym pośladku młodszego Ślizgona i wykorzystując ponownie zaskoczenie, jakie w nim wywołał, przyciągnął go do siebie i znowu połączył ich w chaotycznym pocałunku, ich wargi prześlizgiwały się i czasem uciekały gdzieś na policzek czy brodę. Zamroczony alkoholem zmieszanym z podnieceniem nawet nie zauważył kiedy znaleźli się w zamku – ich droga do pokoju wspólnego naznaczona była bardzo namiętnie, a Gregorius mógł naliczyć przynajmniej tuzin przystanków jakie robili by oddać się pieszczotom. Obraz wyrażały swoje obudzenie, racjonalne myślenie zginęło butelkę temu, a Gregoriusowi ani w głowie by przestać, tym bardziej, że robiło się coraz przyjemniej. Jakimś cudem przeszli w miarę cicho przez przejście w ścianie.
    - Pragnę Cię – mruknął w jego ucho, które muskał ustami.
    Zabawa dopiero się zaczynała, a salon Ślizgonów okazał się kolejnym etapem w ich wędrówce do rozkoszy. Ponownie jego dłonie odnalazły drogę pod koszulę Doriana, opuszkami muskał jego skórę, aż w końcu dotarł do jego sutków, które ścisnął mocniej, dłużej już nie potrafił wytrzymać i złapawszy dół materiału, pociągnął go w górę, ściągając niepotrzebne ubranie z ciała chłopaka po czym pchnął go na kanapę, a sam gest nie był delikatny. Teraz Gregorius miał zamiar przejąć kontrolę i chwilę pobyć na górze, oparł się kolanami o miękki mebel i zaczął skradać się w jego stronę niczym tygrys, który właśnie znalazł swój obiekt ataku. Znalazłszy się nad nim, unieruchomił jego dłonie i znowu zaczął od całowania jego szyi, by móc później zjechać niżej na jego klatkę piersiową.

    Gregorius Dziki Zwierz

    OdpowiedzUsuń
  73. [ Drogi Dorianie, bezdennych kieszeni panie. Chyba właśnie cud się wydarzył. ]

    Fred nigdy nie był typem intryganta. W ogóle, wcale. A jeśli ktokolwiek kiedykolwiek go za takowego uznał, definitywnie do tej pory tkwił w przeogromnym błędzie. Jak on, taka niewinna istota, uosobienie dobroci, wszelakiego uroku i pokorności mógłby prowokować, kpić i pakować się w sytuacje mogące odznaczyć się rysą na jego nienagannym wizerunku?
    Taki idealny Gryfon. Taki perfekcyjny gracz. Taki grzeczny, uroczy, najlepszy przemytnik Ognistej Whisky w Hogwarcie.
    Dlaczego więc znalazł się w takiej sytuacji? Dlaczego więc mierzył właśnie wzrokiem tego Doriana Finna, zastanawiając się, kto wpadł na tak absurdalny pomysł, by ich do siebie zbliżyć? Dlaczego nie mógł powstrzymać kpiącego uśmieszku, cisnącego mu się na usta, kiedy Ślizgon niemal łapczywie wyrwał mu z dłoni butelkę i po chwili wahania przysunął do niej wargi?
    - Posądzasz mnie o posiadanie lewego towaru?
    Prychnął, uśmiechając się szeroko i odsłaniając tym samym rząd równych, białych zębów.
    - Myślałem, że stać Cię, drogi Rudzielcu, na nieco lepsze obelgi. Od drugiej klasy znacząco uszczuplił Ci zasób obraźliwego słownictwa.
    Delikatnie oblizał górną wargę, jakby kosztował smaku przewagi nad przyjacielem i nonszalancko oparł się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
    - Nie wiedziałem, że Finnie jest zdolny do snucia o sobie takich fantazji – wyszczerzył się. – Zaproponowałem Ci tylko uroczą obróżkę. Możemy w pakieciku dorzucić kokardę albo ciasteczka na odświeżenie oddechu. Powiedz, nie przeszkadza Ci ten psi zapaszek? To w sumie nawet smutne. Kochany Dorian Finn, postrach lochów, królewicz nietoperzy szlaja się po nocach korytarzami, narzucając na siebie rude futerko i machając puszystą kitą.
    Uniósł brew, lustrując go uważnym spojrzeniem. Bawił się jego sekretem od niepamiętnych czasów. Potrafił z niego żartować, potrafił z niego kpić i potrafił szantażować. Nigdy jednak nie pisnął o tym nikomu nawet słówka. Mógłby go wydać. Byłoby jednego irytującego Ślizgona mniej. Ale co on mógł poradzić na tę swoją słabość? Co mógł zrobić, kiedy ta zabawa w kotka i myszkę, rzeczywiście sprawiała mu przyjemność? Patrzył więc. Za każdym razem, kiedy mógł, rzucał chłopakowi wyzwanie. A ten dumnie podnosił rękawicę, machając mu nią jeszcze przed twarzą. Mimo całej niechęci do ogółu osobnika stojącego przed nim, czerpał z tej dziwnej gry jakąś satysfakcję. I nigdy by się do tego nie przyznał, ale podziwiał upór szóstoklasisty. Nie dawał mu też poznać, że prawdopodobnie nie miałby serca wyjawić niczyjego sekretu - nawet swojego najgorszego wroga, chociaż przypuszczał, że Dorian mógł snuć już wcześniej podobne domysły. Fred sprawiał jednak wrażenie tak niepozornego, jak tylko to było możliwe. Grał na czas, uśmiechał się i drwił. A Dorian Finn udawał, że świetnie mu to wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Kiedy Ty w ogóle sypiasz?
      Rzucił nagle, przyglądając się, jak czarodziej wypakowuje zawartość swoich kieszeni na lśniący w blasku księżyca parapet. Weasley spotkał już wiele osób, które bez pamięci upychały wszystko w spodniach, nie patrząc na to, czy kiedyś owa rzecz się jeszcze do czegoś przyda, czy nie. Kolekcja Ślizgona przebiła jednak wszystkie dotychczasowe zbiorowiska niepotrzebnych świstków i pierdół, jakie kiedykolwiek widział. Było w niej dosłownie WSZYSTKO. Przez dłuższą chwilę stał więc po prostu, wpatrując się w kłębowisko przedmiotów zapomnianych, kompletnie nie pamiętając, dlaczego w ogóle chłopak postanowił to wyciągnąć. Przyglądając się tym rzeczom, miał wrażenie, że w pewnym stopniu poznaje chłopaka. To było… dziwne przede wszystkim. Patrzeć na skrawki niewiadomego pochodzenia i wyobrażać sobie skąd mogły się tam wziąć. W jaką intrygę wpakował się tym razem Finnie, że zebrał tyle łupów nocy? Co robił, kiedy od niechcenia upychał w środku kolejne skarby?
      Niemalże mechanicznie zabrał od chłopaka liścik, nadal błądząc myślami gdzieś daleko. To było dla niego niesamowite, jak wiele może powiedzieć o człowieku zawartość jego kieszeni. Szczególnie tak niechlujnie dobrana.
      Spuścił wzrok na zmięty kawałek pergaminu i skupił się na zamaszystych zawijasach. Miał okropne przeczucie, że gdzieś już kiedyś widział owy charakter pisma, ale za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
      - Treść ta sama.
      Odchrząknął, nadal jednak przesuwając opuszkami palców po wyświechtanym brzegu kartki. Jak obie wiadomości trafiły tak po prostu na stoliki nocne ich sypialni? Ktoś ich wrabiał. (Och, cóż za Sherlock.)
      - Nie wiem jak Tobie, ale mnie się to w ogóle nie podoba.
      Ponownie zmierzył go wzrokiem, zastanawiając się przez chwilę.
      - Jesteś pewien, że nie napisałeś tych dwóch kartek w jakimś alkoholowym uniesieniu i nie chcesz mi w tej chwili czegoś wyznać?
      Uśmiechnął się ponownie lekko kpiąco i wyciągnął rękę, zabierając mu swoją butelkę whisky. Musiał się odstresować, rozładować napięcie. Jeszcze nigdy nie znalazł się w tak dziwnej sytuacji.
      - Wiesz, może lunatykowałeś i Twój wewnętrzny pociąg do moich oczu nakazał Ci zaplanować to podejrzane spotkanie.
      Starał się nie roześmiać, jednak czuł, że zdradzają go ogniki rozbawienia skaczące w tęczówkach, kiedy obserwował zaskoczenie, zmieszanie i złość kolejno malujące się na tej lisiej, rudziałkowatej twarzy.
      Nie miał pojęcia, kto postanowił wykręcić im taki numer i wiedział, że muszą się tego dowiedzieć, ale mimo wszystko podziwiał autora tak perfekcyjnie dopracowanego dowcipu.
      To był kawał dobrze odwalonej roboty.
      Dobry kawał dobrej złej dobrze odwalonej dobrej złej roboty.
      Cwane.

      Twój Freddie, Sherlock, superszpieg, najlepszy detektyw Hogwartu, kochaj mnie.

      Usuń
  74. [Bry! Komuś już się udało tego pana oswoić czy nadal jest misja niewykonalna? :)]

    Cira Venom

    OdpowiedzUsuń
  75. [I co zrobiłaś?! Ja teraz sama nie wiem, który wątek mam wybrać. Czuję się rozdarta, bo oba pomysły są super. :c
    A co do kontaktu ze mną. Niestety nie posiadam już gg i to ładnych parę lat, ale możesz do mnie pisać na dontlookatthisnamebuddy@gmail.com :)]

    zdruzgotana autorka Ciry

    OdpowiedzUsuń
  76. - Ojojo… Kiciuś Dorianek? - zapytał zamroczonym głosem, kiedy usłyszał jak Finn po raz kolejny tej dzikiej nocy mruczy pod wpływem jego pocałunków i dotyku rozpalonych dłoni. Długo nie nacieszył się chwilowym topowaniem, ale prawdopodobnie właśnie tak będzie wyglądać ich resztka nocy: spojeni do granic możliwości lewym alkoholem oraz pożądaniem będą wzajemnie się zrzucać i przekręcać. Przecież Gregory i tak w końcu znajdzie się tam gdzie powinien i uświadomi tą zapitą mendę, że dominująca rola jemu należy się w udziale, jako że jest starszy, silniejszy, bardziej schlany i w ogóle, tak chciał i już. Na razie jednak pozwolił się zrzucić i sprowadzić do poziomu podłogi. Widząc jego radosną mordę, nie miał serca pozbawiać go tak od razu złudzeń, że to tylko tymczasowe, więc milcząc dał mu chwilową aprobatę tego, co robił. Oddawał pocałunki, sam wpijał się łapczywie w jego wargi a ręce w bardzo szybkim czasie pozbyły się z młodszego chłopaka góry piżamy, która minutę temu straciła guziki. Odrzucił ją gdzieś daleko, a co! Niech pierwszoroczni się zastanawiają, co to za zwierzę postanowiło tak się rozprawić z kawałkiem odzienia. Postanowił już nie użalać się nad popierdoloną sytuacją, w której się znaleźli, im szybciej znajdą się w łóżku tym lepiej dla nich, a jutrzejszym dniem pomartwi się jutro, najwyżej wymaże sobie pamięć o tym obrzydliwym incydencie, choć teraz zdecydowanie nazwał by go innym określeniem. Jemu samemu zaczynało być coraz ciaśniej w spodenkach, zakołysał więc biodrami na tyle ile pozwalał mu na to ciężar Doriana. Nie mógł się opanować – jego ręce zjechały z jego pleców na pośladki, feralnie okryte materiałem, które ścisnął by przekonać się, czy rzeczywiście są takie jędrne, nie żeby kiedyś się im przypatrywał, co to, to nie. Nie mógł też powstrzymać się przed złapaniem gumki jego bokserek i naciągnięcia ich, by po chwili je puścić i tym samym spowodować głośne klaśnięcie, zaśmiał mu się w usta, uwalniając się tymczasowo spod jego warg.
    - Iziemy, to pszystaneg gry wstępnej – odpowiedział.
    W przypływie nagłego impulsu i chwili wiercenia się, objął Finna i dość pokracznie podniósł się. Miał zamiar zanieść swoją pannę do łóżka, jak to robią prawdziwi faceci na tych wszystkich romantycznych filmach. Dziobnął go jeszcze w ucho i szczerze rozbawiony swoim pomysłem ruszył w stronę swojego dormitorium. Trzeba będzie rzucić jakieś wyciszające zaklęcie, a najlepiej uspać magicznie Ślizgonów, z którymi dzielił hogwarcką sypialnie.
    - Trzym się, kotek – mruknął skupiając się na drodze.
    Wyjście z pokoju to pikuś, w porównaniu z tym co miało miejsce właśnie teraz. Greg kilka razy o mało nie pierdolnął się z powrotem na podłogę, dwa razy zahaczył o jakiś mebel, ale najwidoczniej wielka chcica działa na pobudzenie jego sprawności, tylko kiedy przechodził przez drzwi, całkiem niechcący walnął głową młodszego kolegi do łóżka w futrynę. W końcu zmachany dotarł do łóżka I bezlitośnie rzucił chłopaka na materac I ponownie znalazł się nad nim, omiatając go pożądliwym spojrzeniem.


    Kombinator

    OdpowiedzUsuń
  77. [ cześć, przystojniaku <3 ej, ta bitwa na miecze świetlne byłaby świetna. trochę by się tam pokłócili no i Seth by go wyzwał na pojedynek na miecze. xddd ]
    Seth Lama Sorenson

    OdpowiedzUsuń
  78. [ okej okej, lepsza ta druga wersja, a poza tym to masz mój gg: 54958226 c;
    może ugadamy się dokładniej na gg? ]
    Lama Sorenson

    OdpowiedzUsuń
  79. [ Uroczy jesteście wszyscy. Jak to mówiono za czasów Onetu - KC Was [sic!].

    Chcę wątek, no tak, po to przyszłam, przejdźmy do rzeczy.
    Możemy jak najbardziej iść w ton męsko/męski. Pasuje mi relacja ironiczno-nieprzyjazna z podłożem "chętnie bym cię przeleciał, gdybyś nie był takim zadufanym w sobie idiotą". Możemy zacząć od akcji propagandowej któregoś ze stowarzyszeń, przy okazji której po raz pierwszy się ze sobą zetkną. Co ty na to? Rozumiem, że lecimy "od początku"?
    Zacząć?

    Bellamy się nie dowie. Obiecuję! ]

    W. Hartnett

    OdpowiedzUsuń
  80. Willie miewał czasem stany zachwiania pewności o domniemanej prawdziwości jego przekonań - mniejsze, większe, czasem maciupeńkie, zawsze jednak obecne z tyłu jego głowy, szepczące o tym, jakże to bardzo się myli, oraz iż wszystko, na czym zbudował swe małe królestwo opierało się na jednej (być może kilku!) mistyfikacjach.
    Tamtego wieczora również tak było. A należałoby wspomnieć, Że William Hartnett nie należał do osób zbytecznie trzymających negatywne emocje na wodzy, o ile takowe faktycznie się pojawiły. Przeważnie zgrywał ułożonego młodzieńca. Wtedy owszem, tańczyły w jego głowie. Równomiernie rozwarstwiały się między jego gałkami ocznymi, dostawały do nosa, trzykrotnie robiły obrót wokół uszu, by za moment powrócić do epicentrum zagłady, raniąc wszystkich tych, którzy wpadali mu pod nogi niczym nieświadome niczego kłody.
    - Przestań, nie będziemy uskuteczniać tego czegoś, prezentacje na korytarzach w zupełności wystarczają. Poza tym... Mam jeszcze ulotki!
    Willie spojrzał na rozmówczynię oszołomiony.
    - Nie! Oszalałaś. Nie po to biegałem jak sklątka tylnowybuchowa po wybiegu, by nie zasięgnąć zemsty na uczniach. Patricia, przygotuj się.
    Biedna Patricia jęknęła pod nosem i wyciągnęła różdżkę, spoglądając w dół ze wstydem. Lub niezdecydowanem. Być może oba.
    - Wiecie, jaki jest plan, czy żeście już zapomniały? - mruknął, stając na palcach i przyglądając się stołom w Wielkiej Sali przez uchylone drzwi, podniecony sytuacją. Minęło kilka dobrych sekund, nim spojrzał na nie przelotnie, ale niemal natychmiast zatrzymał wzrok, widząc strach bijący z ich twarzy. Przetarł oczy z zażenowaniem i odetchnął - Za pięć minut rozpocznie się śniadanie. Lepszej okazji nie było i nie będzie. Dyrektor przybędzie dopiero za godzinę. Nie wymiękajcie, błagam - dodał, trzepocząc rzęsami, i siląc się na minę topionego szczeniaczka.
    - Skopię ci dupsko, jeśli dostaniemy szlaban, Hartnett - mruknął niezadowolony Krukon stojący tuż za Willie'm.
    - Wchodzimy!
    Z ociąganiem, bo z ociąganiem, ale w końcu cała szóstka rzuciła się biegiem do przodu, docierając do bufetu nauczycielskiego po niecałych piętnastu sekundach. Wciąż pozostały trzy i trzy czwarte minuty. Patricia, jako osoba najlepsza z ich grupy z transmutacji, zamieniła dzban z sokiem dyniowym w pięknego, dojrzałego Lelka. Następnego, i jeszcze jednego. Trzy ogromne ptaki latały ponad stołami. Uczniowie wzdychali z zachwytem i zdziwieniem. Niektórzy klaskali. Na zaczarowanym suficie pojawiły się chmury zwiastujące deszcz. Spadła kropelka, może dwie. Uczniowie tak byli jednak zajęci obserwowaniem szyku pięknych ptaków, że nie spostrzegli, że zaczęło odrobinkę padać.
    - Teraz - Willie puknął w ramię Krukona, by ten zwieńczył dzieła.
    Okrągła liczba ptaków zleciała na ziemię jak zestrzelona Avadą. Dziewczęta zaczęły się niepokoić. W sali dało się słyszeć pomruk rozczarowania i oburzenia. Ni stąd, ni z owąd z wnętrz ptaków zaczęły wydobywać się setki, jeśli nie tysiące pająków. Małych i dużych, szczuplejszych i tych tłustszych.
    - Chrońcie Lelki! Chrońcie Lelki! - grupa sprawców zaczęła skandować, rozglądając się po sali. Ludzie zaczęli wspinać się na stoły i osłaniać się torbami, ale na nic się to zdało - pająki zdawały się być wszędzie.
    Tylko jeden człowiek stał oparty o parapet, jak gdyby nigdy nic. Wyglądał właściwie na rozbawionego sytuacją. Nie powziął jednak żadnej akcji odwetu.
    Ah, Finn.
    Mały, zabawny do granic Ślizgon. O ile ktokolwiek lubi słuchać o kaczkach na okrągło.
    Wyglądało na to, że spostrzegł Willie'go. Blondyn speszył się i upuścił różdżkę, co nie przeszkodziło rozwojowi dramatycznej sytuacji w Wielkiej Sali. Nauczycieli zatrzymywała eskorta. Dyrektora nie było, i miał nie pojawiać się przez następne kilkadziesiąt minut.
    Willie podniósł różdżkę z posadzki i wyprostował się. Ah, no tak. Największy cwaniaczek Slytherinu nadchodził. Willie pozwolił sobie na drobny uśmiech w kąciku ust. Złożył ręce i czekał.

    [ Z bólem serca publikuję to... Coś. Będzie lepiej. Niedziela mi nie służy. Czołem! ]

    OdpowiedzUsuń
  81. Zwykły dzień w niezwykłej odsłonie.
    Seth Sorenson, przez wielu wielbiony ( lub nienawidzony ), biegł właśnie w masce Yody przez korytarze Hogwartu, nie zawracając sobie głowy tym, że w każdej chwili mógł na kogoś wpaść. Otóż, jedna z jego ukochanych koleżanek z roku postanowiła zemścić się na biednym, jasnowłosym puchonie. A było to coś, czego Seth nigdy jej nie wybaczy. Ta wstrętna, mała flądra ukradła mu maskę Dartha Vadera! I właśnie biegała w niej po całym Hogwarcie, śmiejąc się beztrosko. Sorenson zastanawiał się nad jednym – za co, tak właściwie, ona się mści? Przecież podarcie jej wypracowania na eliksiry było przez przypadek, a wypuszczenie kilkudziesięciu karaluchów do ich dormitoriów też nie było specjalnie! Jakim prawem ta wiedźma osądzała o to, tego malutkiego, niewinnego i słodkiego puchonka? Przecież wszyscy wiedzą, że Seth Sorenson by jej tego nie zrobił.
    Zauważył mig ciemnorudych włosów.
    Mam ją – pomyślał Seth.
    Pobiegł za dziewczyną. Znalazł się już na tyle blisko, że bez namysłu skoczył, wyciągając lewą rękę. Przebiegł palcami po materiale maski, lecz niestety jej nie złapał. Przewalił się na brzuch. Jęknął cicho, wstał, i postarał się dogonić koleżankę. Gdy wreszcie to zrobił, ujrzał jej twarz, całą roześmianą.
    - Ha Ha Ha – powiedział sarkastycznie i wyrwał jej przedmiot.
    Włożył maskę do kieszeni i ruszył z powrotem do Pokoju Wspólnego. W połowie drogi natknął się na jakiegoś gościa. Z przerażeniem zauważył że to ślizgon.
    - UPS – szepnął.

    OdpowiedzUsuń
  82. [Raczej nie, widział już gorsze gady niż Dorian, a zawsze może go postraszyć kaczkami w ramach obrony :D]

    Newt

    OdpowiedzUsuń
  83. [Prędzej Newt stworzy koalicję z kaczkami przeciw ślizgońskim gadom, nie odwrotnie :D A tak na serio to nie wiem w co można by ich ewentualnie wplątać, bez udziału kaczek oczywiście]

    Newt, łowca Gadów

    OdpowiedzUsuń
  84. [Hej :)
    Ciągniemy dalej tamten wątek?]

    Anakin

    OdpowiedzUsuń
  85. [Dręczyciel zawsze się przyda, Dorian pewnie może go postraszyć jedynie nauczycielami czy kaczkami, ale spróbować nie zaszkodzi :D Teraz będę żebrać o pomysł *wymyślanie takie trudne*, co Finn miałby ochotę mu zrobić?]
    N.Ross

    OdpowiedzUsuń
  86. Obserwował go z niemałym rozbawieniem. Ewidentnie organizm Finna miał o wiele mniejszą tolerancję na alkohol niż jego własny. Przyglądał się, jak ten wstaje, prezentując w porannych promieniach młode nagie ciało, by zaraz opaść z powrotem na łóżko. Zagryzł wargę, żeby powstrzymać wybuch śmiechu, który prawdopodobnie spowodowałby u nich obu rozerwanie czaszek. W głowie strasznie mu dudniło, ale Dorian wydawał się tak uroczo zdenerwowany i zdezorientowany, że nie mógł się powstrzymać i w końcu zacząć się cichutko śmiać. Zaraz jednak przestał, czując, że głowa zaraz mu pęknie. Kac morderca jest bez serca, chociaż w jego wypadku naprawdę nie było tak strasznie… zazwyczaj.
    – Wiesz, że niepamiętanie mojego nazwiska, nazwiska kogoś, kto pierwszy zajął się porządnie twoją dupą, nie świadczy o tobie dobrze? I nie najlepiej wróży na przyszłość… Potem nie będziesz nawet zwracał uwagi, ilu w ciebie weszło, co? – Jak on uwielbiał się drażnić z typowymi Ślizgońskimi dupkami!
    Mimo wszystko zaraz sam wstał, przeciągając się. Przetarł oczy i chwilę stał bez ruchu, czekając aż lekkie zawroty głowy ustąpią, by zaraz uczynnie podejść i zaciągnąć dokładniej zasłony. Oparł się o ścianę tuż przy oknie i chwilę kontemplował tyłek młodszego kolegi. Półmrok, który zapanował po prowizorycznej wersji „zgaszenia słońca” w jakiś sposób wydobył ponętny kształt, od którego Zabini nagle w jakiś sposób nie mógł oderwać wzroku.
    – Zabini. Mówi ci to coś? Powinno. – Dłonią przeczesał włosy, w których poczuł drobne kleiste kropelki, które spowodowały mimowolny kusząco-kpiący uśmieszek na jego twarzy. – Masz niezły rozstrzał, Finn… Wygląda na to, że bycie uległym też potrafi cię nieźle podniecić… – mruknął z ewidentnym rozbawieniem, zerkając na niego z czymś dzikim czającym się w oczkach.
    Częściowo żałował, że nic nie pamięta z tej nocy. Sprowadzenie Finna, o którym krążyły przeróżne plotki, do roli uległego wydawało mu się w jakiś sposób utwierdzeniem jego panowania pod kątem przygód łóżkowych nad innymi uczniami Hogwartu. Czuł się tym bardziej ugruntowany na swoim piedestale bezsprzecznego króla hogwarckiego podrywu. Wciąż jednak nie miał czym się tak naprawdę chwalić, bo nic nie pamiętał. Doświadczenie jednak robiło swoje i bez trudu mógł dopisać historię do tych niewyraźnych wspomnień. Finn nie mógłby przecież być specjalnie inny niż cała ta rzesza, która już zdążyła się przez zabiniowe łóżko przewinąć, prawda?
    – Wiesz, Finn, normalnie pochwaliłbym się tym, jak pode mną jęczałeś… – Kącik ust drżał mu w rozbawieniu. – Ale uznajmy, że ślizgońska solidarność mnie przed tym powstrzymuje. Doceń ten gest, młody – ziewnął, przeciągając się. – A teraz z łaski swojej, opuść już moje łóżko, albo spróbuję wziąć cię na trzeźwo… Chciałbym się położyć i porozkoszować wspomnieniami twoich błagań o jeszcze – wymruczał słodko, podchodząc do łóżka.
    Jak on uwielbiał się drażnić z arystokratami… Co z tego, że w teorii sam nim był!

    [Czekałaś, to masz. Nwm co, nie dioba mi się, ale tag.
    I miałam poprawić więcej, ale leń. I chyba dead line’y już dawno mi się pokończyły xD]
    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  87. [A może by tak wątek z Mirą :> ? ]

    Mirabelle Rockwell

    OdpowiedzUsuń
  88. [Zależy właśnie w jakim kierunku chcielibyśmy pójść. Wojna, sojusz, czy lecimy spontanem?]

    Mira

    OdpowiedzUsuń
  89. [Jejkuś, ale milutko ♥ Z tego, co ja pamiętam, wątek miałam z Scorpiusem, a teraz drogą czystej eliminacji typuje i Doriana, i Scorpiusa, o, bo po co się ograniczać, jak Lou może mieć te dwie urocze gadziny ♥]

    blond włosy W.

    OdpowiedzUsuń
  90. [Hmmm, znaczy tak, Mira nic o Dorianie i Gregu w gruncie rzeczy nie wie, więc ona w sumie mogłaby się z Finnem dość dogadywać. Dogryzać mu, jak to ma w zwyczaju w kontaktach ze wszystkimi, a on mógłby mieć na nią cichy hejt od czasu Wrzeszczącej Chaty, może w ten sposób?]

    Mira

    OdpowiedzUsuń
  91. [Nie chce mi się, ale jak będzie trzeba to zacznę. Rozumiem, jest ta nieszczęśliwa potrzeba? xD]

    M.

    OdpowiedzUsuń
  92. [Czekam (nie)cierpliwie <3]

    Lou i jego słabość do węży

    OdpowiedzUsuń