I'm a phoenix in the water

Nadeszła ta wielka chwila, gdy i ja przybywam z opowiadaniem *werble*.  Zbetowałam sobie sama, bo nie mam fajnych znajomości ;-; Ogólnie nie wiem, czy się spodoba, ale jednak mam nadzieję, że tak, bo na rzecz tego opowiadania poświęciłam swoje jutrzejsze zaliczenie z polskiego. Cytat pochodzi z piosenki Gabrielle Aplin pt. "Home".

+16 (chyba)


PS Pozdrawiam autorkę Lysse <3

Człowiek jest niczym więcej niż zbiorem pojedynczych komórek ściśle współpracujących ze sobą. Są niczym koła zębate w zegarze, który raz stworzony, został pozostawiony samemu sobie. Dlatego jeśli któraś z części psuje się i przeszkadza reszcie, należy ją naprawić. Są jednak przypadki, gdy mechanizm nie jest w stanie się uleczyć — należy wtedy wezwać zegarmistrza. Problem w tym, że niekiedy zdarza się i tak, że nawet on nie może pomóc. Wtedy można sprzęt wyrzucić lub ewentualnie zostawić go sobie z sentymentu. Jestem jak ten niesprawny zegarek. Moja szybka jest zbita, a wskazówki poruszają się nie w rytmie, ograniczane przez jeden niedziałający trybik. Każdego dnia moje serce bije około stu ośmiu tysięcy razy, uporczywie starając się zachować mnie przy życiu i kontynuować marną egzystencję uszkodzonego narzędzia. Czasem czuję się, jakbym był bezsensowną stratą miejsca, skreśloną już przez los częścią systemu. Jakbym był poza kręgiem wyznaczającym ciąg czasu i wydarzeń. Stoję na jednej z dryfujących na ogromnym oceanie kier. Znajduję się na niej sam, coraz bardziej oddalając się od lądu. Jestem niczym ryba wyrzucona na brzeg, w panice szukająca wody, która dałaby jej życiodajny tlen. Wytrzeszczająca swoje ogromne oczy w niemym błaganiu o życie. Odbijająca się raz po raz od drewnianej powierzchni niewielkiego molo, uderzając swoim ciałem o nienaturalne dla niej podłoże. Wyrzucona ze swojego naturalnego środowiska, jeszcze nie jest świadoma tego, co ją czeka.
 Zerkam na ojca zajętego  nabijaniem kolejnego robaka na haczyk.
— Co z tą? — pytam, wskazując na wijącą się pod jego stopami rybę.
Mężczyzna odwraca się w moją stronę, przerywając czynność, i unosi jedną brew, jakbym zadał najgłupsze pytanie na świecie. Po chwili otwiera usta w celu dania mi odpowiedzi. Mówi powoli, niemalże jakby rozmawiał z człowiekiem niedorozwiniętym i nie do końca rozumiejącym angielski.
— Zjemy ją. — Gestykuluje przy tym, wskazując palcem na swoje usta. — Wrzuć ją do wiadra — dodaje z lekkim uśmiechem.
Wstaję z małego rozkładanego stołka. Kieruję niepewne kroki w stronę bezbronnego stworzenia. Wygląda, jakby zaraz miało umrzeć, pogłębiając się w agonii i spoglądając ostatni raz w stronę nieba rozpościerającego się nad naszymi głowami. Nie wiem, jak ojciec może to robić i dlaczego to mnie zawsze wysyłają z nim. Nie lubię wędkarstwa, głównie dlatego, że jest po prostu nudne. Drugim powodem jest jednak to, że na moich oczach odbywa się łapanka poprzedzająca wywózkę prosto na egzekucję. Łapię oślizgłe ciało zwierzęcia, które niemalże od razu zaczyna się znowu poruszać, panicznie próbując wyrwać się z moich rąk. Bez namysłu wrzucam rybę z powrotem do jeziora, napotykając zdziwione spojrzenie ojca. Następnie chwytam wiaderko, w której trzy pozostałe zdobycze niespokojnie pływają w kółko, ocierając się o metalowe ścianki sporego naczynia. Przechylam je nad powierzchnią wody, oddając zwierzętom wolność. Zaskoczenie na twarzy mężczyzny stojącego tuż obok mnie szybko przeistacza się w złość.
— Nathan! — unosi głos, choć nie jestem w stanie tego usłyszeć. Po prostu widać to po jego mimice.
Wzruszam ramionami i odwracam się od niego, nie chcąc mieć do czynienia z jego ubolewaniem nad jakże wspaniałym okazami ryb, które mogliśmy przecież zjeść na kolację. Mam dość. Idę w stronę domu letniskowego (przypominającego bardziej willę) położonego niedaleko jeziora. Dach budynku wyłania się nieśmiało zza wysokich drzew, zaburzając krajobraz praktycznie wyjęty z mugolskiego podręcznika do przyrody, który kiedyś wpadł mi w ręce w jednej z londyńskich bibliotek. Czasami jest mi nawet żal ojca. Jego syn żyje w zupełnie innym świecie niż on. W świecie, który zabrał mu słuch i zrobił z niego kalekę. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nienawidzi magii i Hogwartu. Za każdym razem, gdy patrzę mu w twarz, widzę zawód i współczucie przeplatane z żalem. Dlaczego coś tak cudownego, jak magia, pozbawiło jego potomka głosów najbliższych, cichych dźwięków pianina rozbrzmiewających w salonie oraz uśmiechu jego starszej siostry, gdy widziała, że brat delektuje się jej muzyką? Nie przyznaje się do tego tylko ze względu na mnie oraz mamę. Wiem, że nie chce nas stracić, a jednocześnie boi się naszej niezwykłości. Strach zżera go na myśl o tym, że za pomocą zaczarowanego patyka jesteśmy w stanie zabrać komuś fortunę, że możemy znikać i pojawiać się w innym miejscu w ułamku sekundy… Że jednym ruchem nadgarstka możemy pozbawiać takich, jak on, wszystkiego, co znają.
Coroczne rodzinne wakacje to dziwny zwyczaj, który ciągnie się za nami, odkąd tylko pamiętam. Zwykle z nikim nie dzielimy tego czasu, jednak w tym roku matka zdecydowała, iż musimy to w końcu zmienić, szczególnie, że Abigail wyjechała na ten czas do Francji na warsztaty muzyczne. Wiem o tym, że przyjaźni się z panią Rookwood, jednak, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, iż to właśnie ona i jej córka wybiorą się z nami. Czuję się obco w tym dziwnym towarzystwie. Mam wrażenie, że na każdym kroku wszyscy wlepiają we mnie zimne spojrzenia lodowatych oczu. Przeraża mnie to do tego stopnia, że gdy tylko wchodzę do domu, od razu uciekam do swojego pokoju w celu uspokojenia niepokojąco przyspieszonego oddechu. Wbiegam po schodach na górę, wyminąwszy mamę, która najwyraźniej zaczynała coś mówić, wyłaniając się z zacisza kuchni. Widzę jednak jedynie bezsensowny bełkot, ruchy warg nieniosące kompletnie żadnego przekazu. Robi mi się duszno i już wiem, że moja podświadomość szykuje dla mnie kolejny atak paniki. Czuję, jak serce zaczyna mi gwałtownie przyspieszać, obijając się o żebra. Nienawidzę takich sytuacji. Nie znoszę, gdy otaczający mnie świat zaczyna zlewać się w jedną wielką rozmazaną plamę, jakby chciał mi przekazać, że nie pasuję do miejsca, w którym się znalazłem. Przyspieszam kroku, aby nikt nie musiał mnie w takim stanie oglądać.
Zatrzaskuję za sobą drzwi, niemalże krztusząc się powietrzem. Opieram plecy o zimne drewno, po czym ześlizguję się po nim w dół, by w końcu usiąść na podłodze. Podkulam nogi pod brodę, unosząc na wysokość oczu rozedrgane dłonie. Jestem zepsuty. Pokaleczony obusiecznym mieczem w postaci magii.
— Spójrz na siebie, jesteś żałosny — słyszę gdzieś nad głową.
Zakrywam uszy dłońmi, jakby to miało mi pomóc. Doskonale zdaję sobie sprawę, że te już od dawna są martwe, a wszystko, co uda mi się usłyszeć, wydobywa się z odmętów mojego umysłu. Umysłu, który nie chce ze mną współpracować. Zaciskam powieki, nieudolnie próbując uspokoić przyspieszony oddech. Moja klatka piersiowa unosi się w górę i w dół w tempie karabinu maszynowego wypluwającego kolejne naboje. Nie umiem tego opanować. Nie wiem, kiedy do oczu zaczynają mi się cisnąć słone łzy, nieprzyjemnie piekące mnie pod skórą. Przełykam ślinę, dysząc ciężko. Gdzieś w głębi serca zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem beznadziejny. Gdzieś w środku mnie czai się świadomość, że rodzina jest zawiedziona tym Nathanem, który stoi przed nimi i wpatruje się w ich twarze błagalnym spojrzeniem niebieskich jak ocean oczu. Próbują dać mi nadzieję, nie zdając sobie sprawy, że ja wiem. Wiem, że skreślili mnie już dawno. Jestem skazą. Nic niewartym kawałkiem złomu nadającym się jedynie na wysypisko, gdzie wreszcie znajdzie się wśród innych śmieci podobnego pokroju. Kulę się w sobie niczym małe dziecko bojące się uderzenia. Boję się siebie samego. Boję się tego, kim jestem i nie ma dla mnie żadnej drogi ucieczki. Zamknięty w więzieniu zbudowanego z mojego własnego ciała, egzystuję i chwytam się każdej możliwej nadziei na przeżycie kolejnych dni. Moje wargi drżą niebezpiecznie, oznajmiając rzeczywistości, że znowu wygrała. Znowu udało jej się przygnieść mnie swoim ciężarem. Nie wiem, ile czasu to trwa. Chcę krzyczeć, ale wiem, że to na nic się nie zda. Nie mam ochoty widzieć przed sobą ani jednej ciekawskiej twarzy, ani jednej pary przerażonych oczu. Jestem przerażony na myśl, że znowu mógłbym patrzeć na rozżalenie na twarzy matki oraz na ruchy jej warg wypowiadających masę niezrozumiałych słów. Po prostu czekam, drżąc na całym ciele, próbując opanować zawroty głowy. Moje czoło pokryte jest zimnym potem, a po policzkach spływają powoli łzy rozczarowania i strachu. Trwam w jednej pozycji, szamocząc się gdzieś w centrum samego siebie, niemo błagając, by ktoś zabrał to ode mnie. Znajduję się w labiryncie, z którego nie ma wyjścia.
Resztę dnia spędzam samotnie. Zamykam pokój na klucz i bezczynnie leżę na łóżku, gapiąc się w sufit, jakby wcześniej kompletnie nic się nie stało. Uspokajam się w tej cudownej bierności, podczas której dryfuję gdzieś na pograniczu swoich własnych myśli. Wiem, że matka pewnie kilka razy dobijała się do drzwi, jednak dopóki tego nie słyszę, nie muszę czuć się winny, że jej nie odpowiadam. Wychodzę z mojej małej jamy dopiero wtedy, gdy na zegarku widnieje godzina dziewiętnasta — ot, kolejny rytuał mojej rodzicielki polegający na jedzeniu kolacji zawsze o tej samej porze. Nieposłuszeństwo niedozwolone. Nie do końca rozumiem tę dziwną manię na punkcie punktualności. Może każda czarodziejska rodzina ma tak sztywne zasady? A może jednak nie, biorąc pod uwagę fakt, że nikt nie wydziedziczył matki po tym, jak wyszła za mugola, jak to zwykle miało miejsce w innych czystokrwistych rodach… Chyba nigdy nie będzie mi dane się tego dowiedzieć.
Gdy schodzę na dół, wszyscy siedzą przy stole. Czasem zapominam o tym, jak wielki jest ten dom. Mieszczą się tu bez trudu dwie rodziny i zarówno ja, jak i córka pani Rookwood, mamy swoje własne pokoje. Posada mamy w Ministerstwie Magii oraz fakt, że ojciec prowadzi swoją własną, bardzo dobrze prosperującą firmę, sprzyja naszym dobrom materialnym. Szkoda tylko, że jestem chyba jedyną osobą, która nie odbiera tego jako formy szczęścia. Jasnowłosa kobieta patrzy na mnie ze ściągniętymi brwiami i pokazuje głową, że mam się dłużej nie gapić jak idiota oraz usiąść tak, jak inni. Wzdycham cicho, po czym ruszam ku stołowi i zajmuję miejsce obok czarnowłosej Ślizgonki dobrze mi znanej z Hogwarckich korytarzy.
— Jak połów? — pyta z charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem, biorąc do ust kawałek smażonego kurczaka (ojciec chyba zrezygnował, widząc, że jego praca poszła na marne). — Słyszałam, że jesteś beznadziejnym wędkarzem.
— Ryby jakoś nie brały — odpowiadam bez entuzjazmu, wzruszając ramionami i napotykając wściekłe spojrzenie ojca siedzącego naprzeciwko mnie. — Ale przynajmniej wyszedłem z pokoju, w przeciwieństwie do niektórych — dodaję półszeptem i posyłam jej zaczepny uśmiech.
Zarówno pani Rookwood, jak i moja matka zaczynają typowe dla siebie rozmowy o strasznej sytuacji w Hogwarcie oraz o demoralizacji współczesnej czarodziejskiej młodzieży. Jedynie ojciec siedzi i milczy, ze znudzeniem zabierając się za swoją porcję. Nawet mi go żal, jednak sam zdecydował się na wyjazd. Nikt mu przecież nie kazał, prawda? Odwracam się  z powrotem w stronę Lysse, na której talerzu zostało jedynie trochę sałatki (to człowiek czy odkurzacz?). Patrzy na mnie tym swoim złowieszczym spojrzeniem, wyszczerzając zęby w uśmiechu. Przechodzi mnie lekki dreszcz, jednak nie jestem pewny, czym jest on spowodowany — niemalże przeszywającym mnie na wskroś wzrokiem czy może samą postacią siedzącej obok mnie dziewczyny. Wargi brunetki nagle zaczynają się poruszać, wypowiadając (mogę się założyć o to, że bezgłośnie) kilka magicznych słów działających na mój zmęczony umysł niczym balsam.
— Mam w pokoju coś lepszego niż to wino. — Czuję się, jakby ktoś wyrył mi to zdanie na wewnętrznej stronie czaszki.
Ognista jest najlepszym przyjacielem dużej ilości uczniów w Hogwarcie i choć sam po nią zbyt często nie sięgam, czasami stanowi dla mnie jedyny sposób na wyrwanie się z okrutnej rzeczywistości. Zjadam swoją porcję najszybciej jak się da, nawet nie skupiając się na smaku. Chwalę jedzenie i odsuwam krzesło od stołu, wstając i ruszając w stronę schodów na górę, gdzie znajdują się dwie sypialnie i łazienka należące tymczasowo do mnie i Ślizgonki. Dziewczyna idzie przede mną, nie oglądając się za siebie. Jak zwykle mam wrażenie, że kombinuje coś, co wpędzi nas oboje w kłopoty. Z drugiej strony — czy picie Ognistej Whiskey podczas wakacyjnego pobytu z rodzicami świadczy o nas dobrze, z którejkolwiek strony by na to nie spojrzeć?
Pokój Lysse wygląda prawie identycznie, jak mój. Jedno łóżko, szafa, lustro oraz okno z widokiem na jezioro niknące za koronami drzew. Ściany oczywiście w kolorze ecru, na którego punkcie moja mama ma fioła i nie pozwoliła urządzić dwóch sypialni na górze w żaden inny sposób. Wchodzę tuż za dziewczyną, zamykając za nami drzwi. Zamykam je na klucz z przyzwyczajenia, nawet nie myśląc o wykonywanej czynności. Niektóre rzeczy robimy tak często, że wchodzą nam po prostu w krew. Brunetka siada na swoim łóżku, po czym z lekkim uśmiechem na ustach wyjmuje z kieszeni jeansów niewielki kluczyk. Otwiera nim szufladę szafki nocnej i wyjmuje z niej dwie butelki o dobrze mi znanym wyglądzie, kierując twarz w moją stronę. Ogląda mnie od stóp do głów, po czym unosi jedną brew.
— Długo zamierzasz tam tak stać, Calnin? — Dopiero po tych słowach przypominam sobie, że wciąż stoję przy drzwiach i gapię się na nią jak idiota.
Trzeźwieję w jednym momencie, podchodząc do niej i siadając tuż obok.
— Pieniądze oddasz mi potem — mówi i wciska mi butelkę do ręki.
Widzę, jak kącik jej ust unosi się delikatnie ku górze. Dlaczego? Moja podświadomość zadaje sobie to pytanie, odkąd tylko dziewczyna zaczęła ze mną rozmawiać i nie mówię tu o dzisiejszym dniu. Czemu ktoś taki, jak Lysse Rookwood, chciałby zadawać się ze mną? Z Nathanem Calninem, który w szkole kojarzony jest jedynie ze swojej głuchoty? Za każdym razem, gdy z nią przebywam, mam wrażenie, że ona czerpie z tego jakąś dziwną przyjemność. I choć cichy głosik podpowiada mi, że to tylko złudzenie spowodowane przez chęć bliskości, to za każdym razem postanawiam zaufać temu odczuciu. Ślepo chwytam się nadziei, że może jednak ktoś nie przebywa ze mną, bo jest mu mnie żal.
Nawet nie zauważam, kiedy zawartość mojej butelki znika. Przełyk pali mnie nieprzyjemnie, natomiast płyn znajdujący się teraz w moim żołądku rozgrzewa mnie od środka. Niemalże czuję, jak na moich policzkach pojawiają się zdradzieckie rumieńce. Nigdy nie miałem niesamowicie mocnej głowy — może dlatego, że jakoś nie bardzo uśmiecha się praktykowanie pijaństwa przynajmniej raz w tygodniu, jak co poniektórym. Lysse rozplątał się język i opowiada teraz o czymś kompletnie niezrozumiałym dla mojego nieco zamroczonego alkoholem umysłu. Nie potrafię wyczytać z ruchu jej warg ani jednego sensownego zdania, ale zdaję sobie sprawę, że na nią Ognista również zaczyna działać. Śmieje się z czegoś, ale nie mam pojęcia, z czego. Szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to teraz interesuje. Delektuję się błogością, w jaki wprowadza mnie czarodziejski napój alkoholowy, oraz widokiem Lysse. Jej czarnych włosów i bladej cery w kilku miejscach przyozdobionej uroczymi piegami. Jej szczupłymi rękoma oraz zgrabnymi dłońmi, z których jedna trzyma półprzeźroczystą butelkę, a druga żywo gestykuluje. Jej ustami poruszającymi się w tak szybko, że nie jestem w stanie rozróżnić słów… Nawet nie wiem, kiedy pochylam się nad nią i całuję jej wargi ośmielony procentami krążącymi teraz w moim krwiobiegu. Nie myślę trzeźwo, jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się cichy głos rozsądku, mówiący mi, że zaraz dostanę w twarz. Ignoruję go, obejmując dziewczynę w pasie. Nawet nie jestem w stanie określić zdziwienia, które mnie ogarnia, gdy czuję, że Lysse nie stawia oporu i, po krótkiej chwili zastanowienia, oddaje pocałunek. Nie myślę racjonalnie. Można śmiało powiedzieć, że w ogóle nie myślę, łapczywiej sięgając jej warg. Upuszczam pustą butelkę na podłogę. Czuję na swoim karku dłoń brunetki, jej palce wplatające mi się we włosy. Uśmiecham się w duchu, odsuwając się od ust dziewczyny i powoli zjeżdżając wargami ku jej szyi oraz odsłoniętym przez dekolt bluzki obojczykom. Kątem oka widzę, że Śizgonka odstawia butelkę na szafkę nocną, poddając się moim działaniom bez charakterystycznego dla siebie sprzeciwu. Moja podświadomość uporczywie powtarzająca mi, że to nie jest dobry pomysł, w końcu rezygnuje i wycisza się, oddając moje ciało pod panowanie rosnącego pożądania, przyjemnych dreszczy przechodzących przez mój kręgosłup oraz zamroczonego alkoholem umysłu. Nie rejestruję momentu, gdy moja koszulka ląduje gdzieś na podłodze razem z ubraniami Lysse. Poddaję się chwili, chłonąc zapach jej skóry, ciesząc się każdym głębszym wdechem, który ta czerpie pod ciężarem moich dłoni. Odrywam się od świata.
***
Leniwie uchylam powieki i od razu tego żałuję. Mam wrażenie, że głowa zaraz mi eksploduje od pulsującego w skroniach bólu. Z moich ust wydobywa się ledwie słyszalny jęk, gdy próbuję przyzwyczaić oczy do panującej wokół ciemności. Dopiero po chwili zauważam, że nie jestem w swoim pokoju — świadczy o tym inny układ mebli stojących w pomieszczeniu. Zerkam na bok i widzę leżącą obok mnie nagą brunetkę trwającą w głębokim śnie. To, co się stało, dociera do mnie w ułamku sekundy, przeszywając mój umysł na wskroś. Kurwa mać — to jedyna myśl przebiegająca mi teraz przez głowę. Przestaję zwracać uwagę na to, że mój żołądek fika koziołki i czuję się, jakby ktoś co dwie sekundy walił w moje czoło młotkiem. Wstaję bez zastanowienia, po drodze zbierając po omacku ubrania, które pospiesznie na siebie wciągam. Przedostaję się na palcach do drzwi i przekręcam klucz w zamku. Wychodzę pospiesznie, zaciskając zęby i oddychając głęboko przez nos. W całym domu panuje chłodna i nieprzyjemna dla oka ciemność. W tym momencie zaczynam się cieszyć, że moja głowa jest zbyt obciążona bólem, aby wytwarzać kolejne obrazy. Podświadomość milczy, dając mi chwilę wytchnienia i nie przepełniając mnie niczym niewyjaśnionym strachem. Jedyną moją obawą pozostaje Lysse, którą zostawiam w jej sypialni, ruszając po schodach w stronę wyjścia z domu. Staram się nie myśleć o tym, że za kilka godzin dziewczyna się obudzi i prawdopodobnie albo się do mnie już nie odezwie, albo wręcz przeciwnie, wpadnie do mojego pokoju i będzie się na mnie wydzierać dopóki nie straci głosu. Właściwie sam nie wiem, co jest gorsze.  Muszę się przewietrzyć. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym poszedł do łóżka, i tak bym nie zmrużył oka.
Chłodne powietrze jest niczym lekarstwo na pulsujący ból raz po raz ogarniający moją głowę. Wzdycham cicho i idę przed siebie, zagłębiając się coraz bardziej w las. Mam wrażenie, że coś za mną podąża, jednak, pierwszy raz od dawna, nie boję się tego. Przedzieram się przez chaszcze, nawet nie starając się odnaleźć wydeptanej ścieżki. Jest na to po prostu za ciemno. Widok jeziora nocą rekompensuje podrapane ręce i kostki. Księżyc odbija się w tafli wody, ukazując się w całej swej krasie, delikatnie falując po jego powierzchni. Trochę jakby stworzył sobie brata bliźniaka, aby strzegł właśnie tego miejsca. Unosi się delikatnie kilkanaście metrów przede mną. Siadam na skraju drewnianego molo, chłonąc każdą sekundę, w ciągu której mogę napawać się tym widokiem. Po raz pierwszy od dawna noc daje mi wyzwolenie, a cisza — spokój. Ta sama cisza, którą tak bardzo znienawidziłem, teraz próbuje pokazać mi swoją dobrą stronę. Ból w czaszce z upływem czasu zaczyna się redukować. Wszystko układa się w logiczną całość. Zardzewiałe wskazówki zegara leniwie przyspieszają, przez kilkadziesiąt minut ciesząc się zabraną im wcześniej świetnością. Cichutki głosik mojej podświadomości mówi mi, że to tylko chwilowe i że za chwilę zniknie, a zamiast tego znów pojawią się męczące demony zamieszkujące mój zabałaganiony umysł. Wiem, że znowu będą rozwierać swoje paszcze, chcąc połknąć wszystko, co dobre i ponownie mnie złamać. Jednak jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz…

Konkurs wielkanocny, ilość słów: 3039

10 komentarzy:

  1. Tak lekko, choć nie o lekkich sprawach, tak genialnie. Huh, całe życie powtarzam, że jestem beznadziejnym komentatorem, i że nie powinnam tego robić, ale pf walić to. Nie odzywam się w kwestii interpunkcji, bo sama mam z nią straszny problem i nawet jeśli coś było źle, to dla mnie i tak było dobrze! Wyłapałam chyba jedną literówkę, która mnie poraziła po oczach, ale poza tym nie zwróciłam na nic innego uwagi. Poza tym, co ja mogę powiedzieć? Hmm, czytało się szybko, lekko no i pomimo okazałych rozmiarów nie czułam się znudzona i nie chciałam odkładać lektury na później. Dla mnie genialnie :3
    No i chcę wątek z Nathanem, jak już ci się poluźni xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla takiego opowiadania warto było poświęcić to zaliczenie z polskiego :) Pierwsza myśl: biedny Nathan, chociaż osobiście podziwiam za tę umiejętność czytania z ruchu warg. Historia wyszła naprawdę bardzo ciekawa, w tym wypadku również ogromny plus za narrację (całość przypomina taką
    wyrwaną kartkę z pamiętnika), lekki styl, długość (jak dotąd jest to najdłuższe opowiadanie, ale czyta się je niesamowicie szybko) i opis emocji Calnina, to co siedzi w jego głowie zostało bardzo fajnie wyszczególnione. Co do błędów to pojawiło się jedno powtórzenie: Wchodzę tuż za dziewczyną, zamykając za nami drzwi. Zamykam je na klucz... i zwrot Lysse nie oporuje chyba nie jest poprawny, ale wiadomo że chodzi o nie stawianie oporu.
    Powodzenia!

    1/3 składu sędziowskiego

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę dobre opowiadanie, pierwszy raz od długiego czasu nie poczułam się znudzona w trakcie czytania, a to duże osiągnięcie. Nie będę się rozwijać, zauważyłam kilka błędów interpunkcyjnych, na które jestem uczulona, ale da się na nie przymknąć oko, więc generalnie wszystko na plus.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na początku byłam święcie przekonana, że opowiadanie napisane jest z perspektywy Albusa, jako że nie miałam pojęcia o drugiej postaci, niemniej jednak szybciutko się zorientowałam i mimo, że nie bardzo jestem w temacie, wciągnęło mnie tak, że przebrnęłam przez nie niezwykle lekko. Bardzo zgrabnie ujęty moment, w którym upojenie alkoholowe zlewa się z fascynacją. Całość podobała mi się niezmiernie!

    Amy

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś moją faworytką.
    Tak skupiłam się nad treścią, tym co niosą za sobą słowa złożone w całe zdania, że nie zwracałam uwagi na błędy, jeśli jakiekolwiek tam były. Nie miałam okazji prowadzić wątku z twoimi postaciami i co za tym idzie, zapoznać się z twoim stylem, ale po przeczytaniu tej notki mogę jedynie żałować :( Tym razem nie będę narzekać na brak akcji, podobało mi się w całości. Chce więcej, trzy tysiące słów od Ciebie to zdecydowanie za mało.
    Devon

    OdpowiedzUsuń
  6. Pozachwycam się i ja, bo notka jest warta każdej kropli miodu wylanej na nią. Musiałam najpierw zajrzeć w kartę postaci i jestem pod wrażeniem, że miałaś pomysł i siły by poprowadzić Nathana. Każdy zjedzony przecinek i drobne powtórzenie, to nic, tej notce wybacza się wszystko, ponieważ jest napisana style idealnym - nie jest prosty, ale też nie ma w nim patosu, ani też nie jest grandilokwentny, co często mi się zdarza. Skradłaś mi serce ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam to dzisiaj wcześnie rano, nim jeszcze wywlokłam się z łóżka, by zjeść śniadanie i poczłapać do szkoły i strasznie się wciągnęłam, że te 3000 słów pochłonęłam szybciej niż kilkaset jakiejś nudnawej lektury szkolnej.
    No i wiadomo, że mi się strasznie podoba, bo przecież chamstwem byłoby hejtować poniekąd własną postać, czyż nie? A tak naprawdę, to jestem pod wrażeniem.
    Po drodze nawinęła mi się jakaś literówka, powtórzenie i kilka błędów interpunkcyjnych, ale już nawet zapomniałam gdzie, więc nie będę wymieniać. Brakuje mi tu trochę tej wredoty i bezmyślności w zachowaniu Lysse, ale to chyba ten alkohol tak na nią podziałał, że nie przyłożyła mu od razu w twarz.
    Ciii, nic jej nie mów, ale jego urok osobisty mógł mieć w tym jakiś mały procencik zasługi. A teraz panna Rookwood zadziera swoją uroczą piegowatą twarzyczkę i strzela focha, a z nim rozliczy się później.
    Przecież to nie przystoi!

    Mówiłam już że Cię kocham? Nie? No bo tak jest, ucałuj ode mnie Nathana, no i od Lysse też, chociaż menda się nie przyzna.

    całuski :*
    P.S Oczywiście jesteś moją faworytką, bo jakże by inaczej.

    zezłoszczona Lysse, czerwona od soczystego rumieńca
    i jej autorka <3

    OdpowiedzUsuń
  8. 3000? Czytało mi się na tyle dobrze, że nie zauważyłam nawet kiedy przeczytałam twoje opowiadanie. Naprawdę strasznie mi się spodobało! Nawet pokochałam w pewnym sensie Nathana... Taki biedaczek z niego, ale kochany biedaczek. Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie mi pisać wątek z jego postacią!
    Pisz więcej, częściej i tak samo cudownie, bo długo nie wytrzymam bez kontynuacji!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawy pomysł z zegarem. Atak paniki... skąd ja to znam :( Chyba trochę zbyt wiele razy użyłaś słowa podświadomość (jakoś mi się to rzuciło w oczy). Opisy trochę mnie męczyły, czasem prawie usypiały, choć z drugiej strony nastrój bardzo na plus :D Delektuję się błogością, w jaki wprowadza mnie czarodziejski napój alkoholowy - jaką. Więcej błędów nie zauważyłam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pierwszy akapit tak mnie urzekł, że pochłonęłam całość tak szybko, że nawet nie zorientowałam się, że to już koniec. Porównanie człowieka do zegara pięknie zrobione. Opisy piękne, a całość czyta się płynnie, za co masz ode mnie wielki plus. Atak paniki też świetnie przedstawiony. Całość napisana tak, że miałam wrażenie, że płynę od zdania do zdania. Styl masz lekki i przyjemny, a chociaż nie jestem wielką fanką narracji pierwszoosobowej, to tutaj świetnie się sprawdziła.
    Nie mam do czego się przyczepić, o błędach się nie wypowiadam, bo sama żadnych nie wyłapałam, a sama pewnie popełniam gorsze, więc tym bardziej powinnam stulić pyszczek.

    OdpowiedzUsuń