A ty? Czy Ty już poczułeś też, że wciąż wybór masz – czy poddać się, czy nie?

17 III 1982, Dublin ––– nauczyciel i opiekun koła ONMS ––– czterdzieści jeden lat
Zdaje się, że na dobre już przesiąknąłeś zapachem zwierząt, którymi z taką pieczołowitością każdego dnia się opiekujesz. Profesjonalnie, można powiedzieć, radzisz sobie ze sklątkami tylnowybuchowami i nieśmiałkami; wręcz zawodowo pacyfikujesz swój żarłoczny podręcznik do zajęć i popisowo gubisz prace pisemne tych uczniów, których wypocin zwyczajnie nie chce ci się czytać. Nie lubisz, kiedy ktoś gada na twoich zajęciach, okazuje ci brak szacunku ani generalnie tłumów, dlatego co z całego dnia pracy najbardziej cieszy cię perspektywa przerwy, a jeszcze bardziej – wymarzonego końca. Co prawda, jak się nie ma, co się lubi, to się ponoć lubi, co się ma, ale ty nawet z chwil, kiedy nie użerasz się z młodzieżą, jeszcze nie nauczyłeś się cieszyć, co tu więc w ogóle mówić o pozostałych.
Raczej ciężko cię nazwać typowym nauczycielem, bo ani nie jest ci po drodze do wyglądu takiego – ze swoimi długimi, spiętymi w kitkę bądź nie, w zależności od nastroju włosami, szeroką klatką piersiową i wyrobionymi mięśniami oraz strojami typowymi dla osoby, której obojętnym jest, co sobie o niej pomyślą ludzie; ty po prostu lubisz swoje luźne spodnie, lniane koszule, kamizelki i rozmaite podkoszulki – ani tym bardziej do mentalności. Nie pilnujesz nałogowo obecności, bo uważasz, że ci, którym zależy i tak przywloką swoje tyłki do twojej sali, a reszta egzamin i tak zdać u ciebie musi; nie wydaje ci się, że twój przedmiot jest najważniejszym na świecie, choć oczekujesz szacunku i podchodzenia do niego poważnie; nie przejmujesz się za bardzo bezpieczeństwem podczas zajęć, sprowadzając na nie coraz to ciekawsze stworzonka i generalnie: uznajesz, że nie musisz być jak wszyscy.
Na ogół niewiele więc mówisz, zdecydowanie bardziej woląc obserwować swoimi wręcz nienaturalnie jasnymi, księżycowymi oczami otoczenie i prawie nigdy nie czytujesz „Proroka Codziennego”, bo wychodzisz z założenia, że pewnych rzeczy lepiej jest nie wiedzieć. Wydaje ci się, że nie faworyzujesz żadnego z domów, ale prawda jest taka, że twoje serce pozostaje tam, gdzie twoja przeszłość – w Slytherinie – więc siłą rzeczy to dla uczniów Domu Węża jesteś życzliwszy. Im jakoś nie zdarza ci się wlepiać szlabanów, podczas gdy inni kandydaci na czarodziejów właściwie ciągle odwalają za ciebie brudną robotę. To także Gryfoni, Puchoni i Krukoni częściej mają okazję przekonać się, że w gruncie rzeczy niezłe z ciebie ziółko i charakter to masz mocno wybuchowy, a głos donośny i potrafiący przerazić aż do szpiku kości. Wystarczy, że raz a porządnie wrzaśniesz…
W tym wszystkim nikogo do siebie nie dopuszczasz, nikomu o sobie nie opowiadasz i z nikim nie zawiązałeś jeszcze bliskiej relacji, zwyczajnie się tego bojąc. Wiesz bowiem, jak łatwo zaufać nieodpowiedniej osobie, a tak się składa, że do stracenia masz dosłownie w s z y s t k o.
A co jeśli przegapisz swoją szansę na szczęście?
––– II ––– III ––– IV 

Cześć! Na zdjęciach cudowny Jason Momoa, którego podesłała i przerobiła (już po raz trzeci, za co należą jej się ogromne brawa i morze miłości <3) niezastąpiona pirat w internetach; w tytule Bear's Den, a poniżej już wyłącznie moja radosna twórczość. Już tu bywałam, już mnie częściowo znacie, ale w razie czego: zasada handlu wymiennego mile widziana, jak również i wszelkie uwagi, zalecenia czy pospieszenia. Ponadto: pod rzymską jedynką oraz dwójką na końcu karty kryje się link do jej pierwszej i drugiej odsłony. Chodźcie! :3

200 komentarzy:

  1. [Omójpaniejedyny, jakie to jest piękne wszystko! ♥]

    — Muszę cię przepraszać, bo źle się zachowałam – wyszeptała ze szczerą skruchą Vereena, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Connorem, bowiem chciała, aby zobaczył pełnię jej szczerości w tym temacie: naprawdę uważała, ze nie powinna mówić tych wszystkich rzeczy, mimo że miała całkiem dobre usprawiedliwienie na swoje zachowanie: w końcu była roztrzęsioną matką, która nadal nie doszła do siebie po tym, co się wydarzyło z Roselyn Irisbeth. Odetchnęła ciężko i podjęła: – Żałuję tylko tego, że może… nie wiem… naprawdę… skarbie, nie wiem, co powinniśmy byli zrobić, jak się zachować, j-ja… ja po prostu chciałam ją uchronić od wszelkiego złego i trochę przesadzam – uśmiechnęła się leciutko, niemalże błagając tym samym o wybaczenie swoich niechybnych czynów. Zerknęła czule na dziewczynkę, która akurat westchnęła przez sen. – Ojej… – nie powstrzymała jęku zachwytu i chwyciła ją za malutką łapkę, której opuszki były leciutko poparzone; nie wiedziała od czego, ale domyślała się, że od czegoś paskudnego. W zasadzie też nie była pewna, czy lepiej było być świadomym wszystkiego, co robiono małej w Ministerstwie Magii, czy lepiej nie. Wciągnęła głośno powietrze w płuca. – Naprawdę się cieszę, że jest z nami – dodała jeszcze, odciągając niesforny loczek z czółka dziecka i chichocząc pod nosem, gdy czterolatka skrzywiła się lekko, marszcząc nosek, w obawie, że ktoś zaraz przerwie jej odpoczynek. – Jest taka sama jak ty, gdy ktoś próbuje ją obudzić – skwitowała, znacznie spokojniej i radośniej, aby następnie zamilknąć na tę chwilę, w której jej mąż postanowił wyrzucić wszystko to, co w nim tkwiło, w związku z jej stwierdzeniem o powiększaniu rodziny: uważała, całą sobą, ze tak będzie lepiej. Wciąż, nie oznaczało to, że nie boli jej to stwierdzenie, bo bolało bardzo: uświadomiła to sobie jednak to dopiero w tamtej chwili, bowiem dotychczas ewentualna ciąża pozostawała jej i jego decyzją, kwestią do przegadania i przemyślenia, pomimo jej wcześniejszych, sierpniowych zapewnień. W listopadzie już jednak uderzyła w nią świadomość, że w zasadzie zostało jej to odebrane na dobre, co bolało bezdennie wręcz. Słuchała ukochanego uważnie. – Jak może mi logiczne myślenie o bezpieczeństwie, zdrowiu i szczęściu własnego potomka nie przysłaniać tego, czy powinniśmy powiększać naszą rodzinę, czy nie? – Zapytała, wiedząc, jaka jest odpowiedź: na pewno nie przeszliby wobec takiego moralnego niepokoju obojętnie, bo jednak, mimo wszystko, byli dorosłymi, rozsądnymi ludźmi, którzy kochali swoich bliskich i dla nich byli gotowi zrobić dosłownie wszystko. – Connor – jęknęła, gdy nie ustępował – na mocy tego dokumentu tylko – podkreśliła z mocą – Rosie jest, jak to ująłeś, normalnym obywatelem. Nie jej bracia, czy siostry… nie wiem zresztą… nie wiem – wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca. – Może masz rację – szepnęła w końcu, gotowa nawet zrezygnować z dalszej dyskusji na ten temat, chociaż to wcale nie oznaczało, że nie jest przerażona wizjami tego, że inne ich dzieci mogłyby mieć te same problemy, co ich księżniczka. Wolała dmuchać na zimne: jak każda rodzicielka przecież. – No to jest akurat oczywiste – sarknęła z pełnym przekonaniem, kiedy wspomniał o tym, że niewątpliwie rodzeństwo czterolatki byłoby takie jak ona: może ze zbyt dużą, jak na takie szkraba, miłością do mięsa, ale generalnie całkowicie zwyczajnie, piękne i mądre, mimo że nienaturalnie mocno darzące miłością florę oraz faunę. Ponownie westchnęła. – Nie wiem, czy potrafiłabym tak zaryzykować ze świadomością, że dwa razy… straciliśmy dziecko – uważnie dobierała słowa – i mając na karku zimny oddech Ministerstwa, bo, Connor – chwyciła jego wielką łapę – oni nie odpuszczają. Jasne, na razie Doyle jest spacyfikowany, ale niedługo może przyjść ktoś inny, znacznie gorszy – aż się wzdrygnęła; wiedziała, że straszniejsi ludzie niż John istnieją, to obecnie wydawało się jej to całkowicie niemożliwe – i znowu… nie wiem, skarbie… ja już nic nie wiem – jęknęła.

    zagubiona VERA

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubiła słuchać, jak ten cudowny wielkolud, który sprawiał wrażenie niemałego rozrabiaki i zawadiaki, ze swoimi tatuażami, bliznami i bezczelnie uroczym, chłopięcym błyskiem w księżycowych oczach – co w zasadzie nie mijało się do końca z prawdą – mówił o ich słodkiej i malutkiej, kompletnie niewinnej córeczce, która przecież przyszła na świat mieściła mu się – dosłownie!; i nie było to żadną przesadą – w jednej dłoni. Vereena kochała to, bowiem owy fakt pokazywał, jak wielkie serce posiadał Connor – jak wspaniałym ojcem dla Roselyn Irisbeth był, jak cudownie i troskliwie się nią zajmował i jak perfekcyjnym małżonkiem, a przede wszystkim partnerem: przyjacielem i wsparciem dla pół-wilii był, która niewątpliwie bez niego nigdy by sobie nie poradziła; po prostu zginęłaby na tym nędznym świecie, gdyby nie było obok. Naprawdę – był sensem je istnienia, wraz z ich uroczą dziewczynką, która zmieniła nieco pozycję i główkę ułożyła na tatusiowych udach, natomiast nóżki wyciągnęła na nogach mamy. Pielęgniarka wówczas okryła jej stópki i na moment pogrążyła się – po raz kolejny zresztą, tego wieczoru – we własnych myślach: w głębi serca przecież bardzo chciałaby mieć jeszcze jeden, a może nawet kilka?, taki skarb, niezależnie od płci, ale jednocześnie dosłownie panicznie obawiała się, iż sytuacja, w jakiej postawili pracownicy Ministerstwa Magii ich dziecko, mogłaby się powtórzyć z jej rodzeństwem. Wszystko więc to, co się działo wokół nich wprowadzało do jej głowy niemały mętlik, bo oto walczyły w niej dwie natury: natura kobiety, która, jako jedynaczka, zawsze pragnęła mieć dużą rodzinę i natura kobiety, która wiedząc, jak wiele zła czeka na jej pociechy, wolała zachować się rozsądnie i zrezygnować ze swoich marzeń. Bez dwóch zdań – było patowo.
    — Chciałabym aby było łatwiej – skonstatowała ze smutkiem więc, na chwilę milcząc i ponownie dając szansę wypowiedzenia się w pełni ukochanemu: na tym przecież właśnie polegało małżeństwo, aby obie strony przedstawiły swoje racje, na eleganckiej dyskusji nad nimi, wymienianiu się argumentami, niezależnie, czy logicznymi, czy nie, ale płynącymi prosto z serca i podlegającymi dyskursowi na wielu płaszczyznach. Wysłuchała go uważnie, nie przerywając mu ani razu, uznając iż najlepiej będzie odnieść się do całości jego wypowiedzi, a nie do pojedynczych zdań i obserwacji. – Może masz rację, jeśli chodzi o Ministerstwo – przyznała w końcu. – Może – podkreśliła jednak wymownie – bo po nich można spodziewać się wszystkiego – westchnęła rozdzierająco, chociaż faktycznie argumenty wilkołaka były naprawdę trafne i silne: niewątpliwie w kwestii przyznawania się do winy, czy błędu, pracownicy londyńskiego gmachu raczej nie byli mistrzami. Jednak kwestia nie dawała jej jednak spokoju. – Jakby… jakby jestem w stanie przyjąć twój punkt widzenia odnośnie Rosie – patrzyła mu głęboko w oczy; uśmiechnęła się nawet czule – i ewentualnego, potencjalnego zagrożenia dla jej hipotetycznego rodzeństwa – dodała – ale jeśli chodzi o Gerladine, czy Fitza… to nie wiem. Bertram natomiast coś na pewno wie – szepnęła nagle. – Nie przyznał tego głośno, ale ma nas w kieszeni, bardziej niż my jego. Była jeszcze ta… ta trzecia, pamiętasz? Fyga? Freya? – Zastanowiła się chwilę. – Dodając do tego Geraldine, to naprawdę jest zbyt wiele przypadków. Pamiętaj, że ten dokument zapewnia naszej córce bezpieczeństwo, stanowiąc ją pełnoprawnym czarodziejem i, heh, człowiekiem – zakpiła, bo dla niej to była abstrakcja, iż potrzebowali na ten fakt skrawka pergaminu. – Jeśli chodzi zaś o całą resztę… pamiętaj, że takie śledztwa mogą ciągnąć się całymi dekadami. Ministerstwo odpuszcza wówczas, gdy ma pewność, że przegra, a u nas… w zasadzie nie ma większego ryzyka. Gdyby Doyle bardziej się skupił na kwestii Gerladine, a nie Rosie, dodał do tego Fitza już bylibyśmy w Azkabanie – szczerze tak uważała i niejako miała sporo racji. Ponownie odetchnęła ciężko. – Też cię kocham – szepnęła czule, celem uspokojenia się.

    nadal pogrążona w mrocznym myślach VERA, która zaczyna nieco świrować, o

    OdpowiedzUsuń
  3. Według cały czas rozdygotanej Vereeny, sytuacja była doprawdy ciężka i nieprzyjemna, co nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, bo chociaż udało im się jakoś względnie opanować emocje – Connor miał przecież rację, że to, co ostatecznie stało się w Ministerstwie Magii, mogli uznać za niemały sukces, bowiem jednak Roselyn Irisbeth była z nimi w domu – to wszystko to, czego doświadczyli, miało poważnie odbić się na ich rodzinie oraz planach z nią związanych. Jakby bowiem nie patrzeć, okazywało się, że ich bliscy cały czas powinni się mieć na baczności – przynajmniej z perspektywy pół-wilii, która jednak mogła być nieco zakrzywiona przez zmęczenie i panikę – gdyż na każdym rogu czyhało jakieś niebezpieczeństwo. Co gorsza, w tamtej chwili nie mogli już nikogo oskarżać o złe zamiary, tylko siebie o to, że zwyczajnie w przeszłości nieodpowiednio się zachowali.
    — Mówiłam ci już to wielokrotnie, kochanie – podjęła więc ze smutkiem, ale nadzwyczaj łagodnie, nie chcąc prowadzić do awantury, bo ta najpewniej całkowicie wykończyłaby ich i pozostawiła tak wielkie spustoszenie, że nigdy nie pozbieraliby się już po tym, czego w ostatnich dniach doświadczyli; w końcu już wówczas było im bardzo ciężko – że wcale nie ma znaczenia, czy mnie skrzywdził, czy nie – zerknęła na niego wymownie; nadal nie pochwalała tego, co zrobił z aurorem oraz tego, że próbował to przed nią całkowicie ukryć i pewnie gdyby nie wyrwała mu siłą „Proroka Codziennego” z ręki, to nigdy nie poznałaby prawdy, co bolało jeszcze bardziej, niż świadomość, że zamordował człowieka; cóż, Fitz nie należał do osób godnych pożałowania. Odetchnęła ciężko. – Jeszcze nie wróciło – skwitowała jękliwie, przymykając powieki. – Mam jednak złe przeczucie, że wróci… tak samo, jak Geraldine… – westchnęła rozdzierająco, zastanawiając się w głębi duszy, czy Nottowie zbierają twarde dowody, czy już zmierzają ku Trenwith, bo w to, że odpuścili zwyczajnie nie wierzyła. – Och… chciałabym podzielać twój optymizm – szepnęła w końcu, chwytając jego wielką dłoń i całując kłykcie – ale jakoś nie potrafię… może mi przejdzie, a może już zawsze będę się bała, że moje grzechy odbiją się na Rosie – wydusiła z siebie.
    Żal w jej głosie był bardzo dobrze słyszalny, podobnie jak wyraźna sugestia, aby na tamten moment zakończyli tę dyskusję, bowiem nie prowadziła ona do niczego dobrego: nie mogła, skoro nadal byli w stanie potężnej egzaltacji, a wspomnienia były zbyt świeże oraz bolesne. Zamilkli więc obydwoje i poświęcili się tuleniu do siebie i ich słodkiej córeczki, która niestety w niedługim czasie obudzona została przez jakiś straszny koszmar – swoim krzykiem zaś dosłownie rozdarła rodzicielskie serca. Kołysali ją długo, tak jak kiedyś, gdy była niemowlęciem – ojciec gładził ją po ciemnych włoskach, a mama jej śpiewała tak długo, aż ponownie dziewczynka przymknęła smutne, pełne łez księżycowe oczka, obawiając się tego, co czyha w ciemnościach. Niestety, pomimo swoich najszczerszych chęci i tego, ze wzięli czterolatkę do swojego lóżka, Greybackowie jeszcze dwa razy budzili się wraz z nią.
    Oznaczało to mniej więcej tyle, że Vera dosłownie chodziła po ścianach i miała ochotę wyć z rozpaczy – nie mogła znieść cierpienia jej największego skarbu, szczególnie, że kilka pierwszych dni nie było widać najmniejszej poprawy, czego owocem był jej kolejny urlop w klinice doktora Cartera oraz zamknięcie przychodni byłego profesora Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu. W pełni musieli się poświęcić swojej latorośli – co opiewało także na zerwane noce, gdy odkładali ją do własnego łóżeczka, a później zmieniali przemoczoną pościel – aby dopiero po tygodniu dostrzec pewne, nieco większe przełomy w jej zachowaniu i podejściu. To natomiast dodało im sił do dalszej walki, której owoce mogli zacząć spokojnie zbierać w ostatnim tygodniu – wciąż niestety deszczowego – listopada; zimna aura w żaden sposób nie pomagała im wrócić do normy, ale ani myśleli się poddawać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skutecznie zajmowali Roselyn Irisbeth czas, poświęcając go głównie na zabawy – także, oczywiście, te edukacyjne, dzięki którym świeciła swoją wiedzą i wysokim poziomem rozwoju – aby ostatecznie przekonać ją nawet do powrotu do przedszkola, co pewnie nie udałoby się, gdyby nie to, że opiekunek grupy był Felix, a więc ktoś, kogo znała bardzo dobrze. W związku z tym, pomimo mgły, wiatru, ciągłych mżawek i chłodu, w końcu na jej słodkich usteczkach znowu zaczęły pojawiać się radosne uśmiechy, co mocno podnosiło na duchu jej rodziców. Oznaczało to natomiast, iż zbliżający się wielkimi krokami szósty grudnia, a więc Mikołajki – które przepowiadały pierwsze mrozy oraz prószący śnieg – miały być pełnym powrotem do normalności; nie liczyli na cud i że dziewczynka całkowicie zapomni o wydarzeniach z Ministerstwa Magii, ale niewątpliwie byli na dobrej drodze.
      Nie spodziewali się także, że ten dzień przyniesie poważne zmiany w ich – i ich bliskich, przede wszystkim – życiu; co było o tyle bardziej zaskakujące, iż był to poniedziałek. Greybackowie zaczęli go jednak standardowo – kochając się, czego jednak nie robili tylko od święta, ale w takie dni bardzo lubili to podkreślać, następnie obdarowywali się słodkimi upominkami, bo taka była ich zasada, jeśli chodziło właśnie o Dzień Świętego Mikołaja, czy Walentynki, a później udali się do córeczki, która otrzymała książeczkę i kolorowankę. Natomiast po południu czekał ich obiad – ulubiona pieczeń pana domu i ich pociechy – w trakcie którego usłyszeli huk silnika, a później niemalże rozpaczliwie pukanie do drzwi, w których stanął dziwnie rozkojarzony, jakby przerażony i przemarznięty, a przynajmniej tak się zdawało, pan Rochefort, który trząsł się niczym osika i jąkał się.
      — Och, dzień dobry… dzień dobry, wybaczcie… dobry wieczór, witaj Connor, cześć… – dukał starszy pan, wyglądając jak ktoś na skraju załamania nerwowego. Rozglądał się przerażony, rozkojarzony po domu Vereeny, kłaniając się jej w pas i trzymając w wyciągniętych przed siebie dłoniach, nie bardzo mając pojęcie, co powinien ze sobą zrobić, duży pakunek i olbrzymi bukiet kwiatów; fioletowych storczyków. – Ja tak wpadłem… przejeżdżałem… n-nie… j-ja… to dla Rosie… och, Rosie, cześć kochanie! – Zawołał radośnie na widok szczęśliwej dziewczynki, która krzycząc „dziadzia!”, na co jej pozwalali również dlatego, że sam Thomas był tym faktem poruszony dogłębnie. – Cześć malutka – pochylił się, aby mogła go wycałować. – Tak… tak, święty Mikołaj i do mnie wpadł… zgubił drogę do ciebie – odparł, nadal roztrzęsiony, wręczając czterolatce prezent, która grzecznie i samodzielnie podziękowania i uzyskawszy pozwolenie na zabawę w salonie, szybko się do niego skierowała, aby następnie wychylić ciemną główkę w uroczy sposób i zapytać, czy kwiaty są dla jej mamusi. – Nie, kochanie… n-nie… z-z-znaczy… znaczy… t-tak… tak… Boże… nie wiem – zaśmiał się nerwowo, histerycznie, a pudełeczko ze skromnym, acz eleganckim, złotym pierścionkiem zaręczynowym z diamentem, dziwnie mu zaciążyło.
      — P-pan Rochefort? – Dukała zaś w tym czasie całkowicie oszołomiona Vera, która również nie potrafiła skleić żadnego sensownego zdania, co u niej jednak było całkowicie wyjaśnione nagłym, chociaż przyjemnym, mimo że niezapowiedzianym przyjazdem przyjaciela jej babci. – Kochanie! – Względnie prędko jednak odzyskała rezon. – Hej, wielkoludzie, mamy gościa – zapowiedziała, jak zawsze ciesząc się na widok mężczyzny i pomagając mu zdjąć płaszcz, a przy okazji natychmiast wyczuwając, że jego mięśnie napięte były niczym postronki. – Wszystko dobrze? – Zagaiła, mocno zaniepokojona tym, jak i jego niespotykanym zachowaniem; należał bowiem do osób zawsze stosowanych, subtelnych i ułożonych, toteż nagła egzaltacja i trudności z wysławianiem się były całkowitym novum. – Proszę, niech pan wejdzie… napije się pan czegoś? Blado pan wygląda… – kontynuowała.

      rozkojarzony przyjaciel rodziny i zaskoczona VERA (Greyback) THORNE, która nieco się zgubiła

      Usuń
  4. [Miałam pięć opisów Millie zanim wybrałam ten, który widnieje w karcie! Zdecydowanie prościej było mi napisać Wspomnienia. Connora już na przestrzeni miesięcy kojarzę, bo byłam tutaj jakiś czas temu, więc byłabym baardzo chętna na wątek z nim, chociaż wolałabym kwestie wątku obgadać na mailu/gadu :D Podaj mi jakiś kontakt do siebie, to napiszę :)]
    Millie

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy Thomas w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych przypadkiem trafił do Boscastle, najpierw myślał, że całkowicie przegrał – że życie już bardziej nie może dać mu w kość i w tamtej chwili pokazywało, że wypięło się do niego tą częścią, gdzie plecy traciły swą chlubną nazwę. Ostatecznie jednak okazało się, iż owa miejscowość nie tylko uratowała mu życie – literalnie: gdyby nie ten port i latarnia morska Thorntonów, najpewniej jego kuter zostałby zmiażdżony przez falę Atlantyku – ale obudził w nim całkowicie nową i, na pierwszy rzut oka, całkowicie do niego niepasującą pasję: malowanie. Zaczął oczywiście od kornwalijskich klifów, porośniętych ostrymi trawami, wrzosami i płożącymi się irgami, kwitnącymi białymi kwiatkami i wydającymi czerwone owoce; później, parę lat, tworzył serie pocztówek z okolicznych pól, łąk i zagajników oraz kilka małych formatów przedstawiających bezkres Oceanu, ale od tego szybko uciekł – nie chciał opowiadać o swojej pracy, a nowym życiu, które rozpoczął, opuszczając walijskie Cardiff. Od pewnego czasu tworzył jedynie portrety – nierzadko, co prawda, mocno abstrakcyjne, niekiedy nawet demoniczne, ale w jakiś magnetyzujące sposób piękne – przedstawiające w znakomitej większości Rose; kobietę, która obdarowała go wsparciem i ciepłem już od pierwszego dnia. Zakochał się w niej już wtedy, trzydzieści trzy lata temu, pomimo tego, że była mężatką, na dodatek dekadę starszą i kolejne pięć lat nie odważył się do niej zbliżyć, ba!, nawet gdy została wdową, a on ją wspierał po utracie męża: wciąż nie miał śmiałości. Dopiero niedawno obudził się z przerażającym przeświadczeniem, że przecież czas mu umyka przez palce i całe życie kawalerem był tylko po to, aby tej konkretnej kobiecie dać swoje nazwisko.
    — Panie Rochefort, może chce pan usiąść? – Głos zaniepokojonej Vereeny wyrwał go gwałtownie z zamyślenia; kwiaty ścisnął tak mocno, że niemalże je połamał. Pół-wila natomiast zerknęła całkowicie oszołomiona na Connora, który również nie wyglądał na kogoś, kto wiedział, co się dzieje i jak powinien się zachować, bo Thomas nigdy nie odmawiał pieczeni jego żony i raczej nie pojawiał się bez pani Thornton u boku.
    — J-ja… ja… n-nie mogę… – dukał, rozglądając się z przerażeniem; ostatecznie nabrał gwałtownie powietrza w płuca i wybąkał: – Nie mogę jeść – dosłownie jęknął i kiedy został przetransportowany do salonu Greybacków i ugoszczony, ni z tego ni z owego wstał i zaczął krążyć niespokojnie i nie potrafią ułożyć sobie w głowie formułki, której uczył się już kilka dni na pamięć: kompletnie wszystko wyparowało mu z głowy i miał ochotę rwać resztki swoich siwych włosów. Co chwilę otwierał usta, aby zaczerpnąć powietrza, jednocześnie wyglądając jak ktoś, kto rozpaczliwie chce coś powiedzieć, a nie może; jego przyszywana wnuczka spoglądała na niego zaniepokojona, zabawnie, jak swoje mama, marszcząc nosek. Vera natomiast ponownie poszukiwała wsparcia u męża, ale jego przystojna twarz pozostawała nieprzenikniona; oddała jedynie mocny uścisk jego dłoni, w tej samej chwili, w której pan Rochefort, jakby głuchy i ślepy na wszystko wokół, podjął: – J-ja… ja… – padł na kolana przed pielęgniarką. – Wyjdziesz na mnie? – Wystawił do niej róże, oczywiście pąkami do dołu, aby jeszcze bardziej się ośmieszyć i dopiero po chwili zorientował się, jaki kretynizm wypowiedział. – Cholera – syknął. – N-nie ty… n-nie… z-znaczy jesteś piękna i wspaniała… i-i… i mądra, a-ale… ale… czy… chcę, żeby twoja babcia została moją żoną, bo kocham ją trzydzieści lat i nigdy jakoś się nie złożyło, żeby… kocham ją, Verka – spojrzał w jej fiołkowe tęczówki – i nigdy bym jej nie skrzywdził – zapewnił i biła z niego taka szczerość, że gospodyni domu aż się zapowietrzyła; chociaż najpewniej wpływ na to miał także olbrzymi szok, w jaki została wprowadzona przez starszego pana. W całym oszołomieniu więc milczała, podobnie jak przed chwilą jej gość, mając pustkę w umyśle.

    całkowicie przerażony i rozkojarzony, ale pewny swych uczuć malarz oraz zagubiona VERA

    OdpowiedzUsuń
  6. — J-ja… t-tak… tak… – zaplątanie pana Rocheforta było niebywale urocze, zważywszy także na jego, jakby nie patrzeć, dość podeszły wiek. Niewątpliwie świadczyło jednak o tym, że naprawdę mocno zależy mu na pani Thornton i gotów jest na naprawdę wiele, byleby jej wnuczka go zaakceptowała; co prawda, czuł się trochę dziwnie, bo nigdy nie był w podobnej sytuacji, a kiedy za szczeniaka jeszcze sobie wyobrażał, jakby to było, gdyby się oświadczył Grace z trzeciej „ce”, to klękał, prosząc o rękę dziewczynki, przed jej matką, a nie przed dużą młodszą dziewczyną, którą dosłownie gotów był błagać o błogosławieństwo związku jej babci z nim. Sytuacja więc była niebywale wręcz skomplikowana, ale wcale nie zrażała Thomasa do dalszych działań. – Tak, dziękuję – szepnął do weterynarza speszony i zagubiony, gdy ten pomógł mu ustalić, jak powinien trzymać kwiaty. – Przepraszam… j-ja… n-no… – dukał dalej, jednocześnie wyrzucając z siebie całe pokłady miłości wobec seniorki rodu Greybacków i nie pozwalając w zasadzie długi czas młodemu małżeństwu dojść do słowa. Co gorsza, Vereena kompletnie zdawała się nie pojmować, co się dzieje wokół niej i pewnie gdyby nie wsparcie Connora, starszy pan niechybnie zszedłby na bolesny zawał. – Będę ją dobrze traktował, przysięgam na swój honor, a nawet życie – dodał uroczyście.
    Nie żartował ani nie przesadzał – pół-wila nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. W zasadzie – co jednak miało przyjść do niej dopiero wówczas, kiedy szok związany z tym szaleńczym wydarzeniem miał nieco chociaż minąć – była przeszczęśliwa, że w końcu przyjaciel najbliższej jej sercu kobiety, zdecydował się na tak odważny krok: na wzniesienie ich relacji na wyższy poziom. Oczywiście, zanim w pełni dotrzeć miało do niej to, co się stało – musiało trochę czasu upłynąć i absolutnie nie można było się jej dziwić, że tkwiła w bezruchu i bezdechu, w zaskoczeniu: w końcu nieczęsto dorośli mężczyźni przychodzili do niej, aby prosić o rękę jej babci, co było równie abstrakcyjne, co piękne. Umysł pielęgniarki więc dość długo to przetwarzał, ale z każdą sekundą jej twarz coraz bardziej jaśniała, a na jej pełnych ustach pojawiał się szerszy, pełen zachwytu, uśmiech.
    — Panie Rochefort… p-panie… proszę pana… panie Rochefort… Thomas, zamilcz, proszę – próbowała przebić się przez jego monolog, co jednak absolutnie nie było łatwe, toteż ostatecznie musiała się posunąć do dość ostrego przerwania jego wywodu. – Thomasie, pozwól, że tak będę do ciebie mówiła – sprostowała, z fiołkowymi tęczówkami wypełnionymi po brzegi radością – czy mógłbyś wstać z kolan? – Zasugerowała i chwyciła go za ręce, nie przerywając kontaktu wzrokowego. – Będę zaszczycona mogąc cię nazywać swoim dziadkiem, bo mam nadzieję, że będzie to transakcja wiązana – puściła mu perskie oczko, szczerząc się dosłownie od ucha do ucha. Moment zamilkła i chwilę pozwoliła byłemu marynarzowi przyswoić informacje, którymi go zarzucała. – Nie ma lepszej partii dla mojej babci, niż ty i nie mówię tego z kurtuazji: naprawdę tak uważam – wyjaśniła jeszcze, spokojnie i łagodnie,