1 listopada 2016

You break – it's too late for you to fall apart

CONNOR  EVAN  GREYBACK
17 III 1982, Dublin ––– nauczyciel i opiekun koła ONMS ––– czterdzieści jeden lat
Zdaje się, że na dobre już przesiąknąłeś zapachem zwierząt, którymi z taką pieczołowitością każdego dnia się opiekujesz. Profesjonalnie, można powiedzieć, radzisz sobie ze sklątkami tylnowybuchowami i nieśmiałkami; wręcz zawodowo pacyfikujesz swój żarłoczny podręcznik do zajęć i popisowo gubisz prace pisemne tych uczniów, których wypocin zwyczajnie nie chce ci się czytać. Nie lubisz, kiedy ktoś gada na twoich zajęciach, okazuje ci brak szacunku ani generalnie tłumów, dlatego co z całego dnia pracy najbardziej cieszy cię perspektywa przerwy, a jeszcze bardziej – wymarzonego końca. Co prawda, jak się nie ma, co się lubi, to się ponoć lubi, co się ma, ale ty nawet z chwil, kiedy nie użerasz się z młodzieżą, jeszcze nie nauczyłeś się cieszyć, co tu więc w ogóle mówić o pozostałych.
Raczej ciężko cię nazwać typowym nauczycielem, bo ani nie jest ci po drodze do wyglądu takiego – ze swoimi długimi, spiętymi w kitkę bądź nie, w zależności od nastroju włosami, szeroką klatką piersiową i wyrobionymi mięśniami oraz strojami typowymi dla osoby, której obojętnym jest, co sobie o niej pomyślą ludzie; ty po prostu lubisz swoje luźne spodnie, lniane koszule, kamizelki i rozmaite podkoszulki – ani tym bardziej do mentalności. Nie pilnujesz nałogowo obecności, bo uważasz, że ci, którym zależy i tak przywloką swoje tyłki do twojej sali, a reszta egzamin i tak zdać u ciebie musi; nie wydaje ci się, że twój przedmiot jest najważniejszym na świecie, choć oczekujesz szacunku i podchodzenia do niego poważnie; nie przejmujesz się za bardzo bezpieczeństwem podczas zajęć, sprowadzając na nie coraz to ciekawsze stworzonka i generalnie: uznajesz, że nie musisz być jak wszyscy.
Na ogół niewiele więc mówisz, zdecydowanie bardziej woląc obserwować swoimi wręcz nienaturalnie jasnymi, księżycowymi oczami otoczenie i prawie nigdy nie czytujesz „Proroka Codziennego”, bo wychodzisz z założenia, że pewnych rzeczy lepiej jest nie wiedzieć. Wydaje ci się, że nie faworyzujesz żadnego z domów, ale prawda jest taka, że twoje serce pozostaje tam, gdzie twoja przeszłość – w Slytherinie – więc siłą rzeczy to dla uczniów Domu Węża jesteś życzliwszy. Im jakoś nie zdarza ci się wlepiać szlabanów, podczas gdy inni kandydaci na czarodziejów właściwie ciągle odwalają za ciebie brudną robotę. To także Gryfoni, Puchoni i Krukoni częściej mają okazję przekonać się, że w gruncie rzeczy niezłe z ciebie ziółko i charakter to masz mocno wybuchowy, a głos donośny i potrafiący przerazić aż do szpiku kości. Wystarczy, że raz a porządnie wrzaśniesz…
W tym wszystkim nikogo do siebie nie dopuszczasz, nikomu o sobie nie opowiadasz i z nikim nie zawiązałeś jeszcze bliskiej relacji, zwyczajnie się tego bojąc. Wiesz bowiem, jak łatwo zaufać nieodpowiedniej osobie, a tak się składa, że do stracenia masz dosłownie w s z y s t k o.
A co jeśli przegapisz swoją szansę na szczęście?

Cześć! Na zdjęciach cudowny Jason Momoa, którego podesłała i przerobiła niezastąpiona pirat w internetach; w tytule Bear's Den, a poniżej już wyłącznie moja radosna twórczość. Już tu bywałam, już mnie częściowo znacie, ale w razie czego: zasada handlu wymiennego mile widziana, jak również i wszelkie uwagi, zalecenia czy pospieszenia. Chodźcie! :3

198 komentarzy:

  1. [Dobry wieczór! Taki on smutny, co mnie bardzo zasmuciło, ale to dobrze. Znaczy, że potrafisz pisać tak, żeby coś w kimś wywołać. Kiedyś, z tego, co pamiętam była tu postać zajmująca to samo stanowisko, a i wizerunek był podobny, co sprawie, że Twoja mnie lekko niepokoi. Pewnie to przez te chłodne, niebieskie oczy. Witam i zapraszam do siebie, o ile masz chęci!]

    Allie i Clementine

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oh, Jason <3 Wybacz, musiałam, to silniejsze ode mnie.
    Witam serdecznie i życzę miłej zabawy na blogu, to tak na początek :) No i chciałabym wątek z tym panem, choć na razie pomysłów żadnych nie mam. Ale wierzę, że wspólnie coś wymyślimy :D]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  3. [A kto to przyszedł z takim super profesorskiem? :3 Już nie mam pod skrzydłami takiej sowiej tajemnicy jak Chantelle, ale może coś innego się znajdzie! Witaj ponownie na blogu!]

    Albo Lenard albo Laura albo Aaron

    OdpowiedzUsuń
  4. [Na razie wpadłam tak-o, bo rozpoczęcie się powoli tworzy i mam nadzieję, że je urodzę do końca tygodnia maksymalnie – nie dziw się, biorąc pod uwagę ilość wątków, lol. Dlatego też tymczasem sprzedam kilka oczywistości, które będą takimi banałami, że „to się w pale nie mieści”. Zacznę od typowo damskiego piszczenia – cholera jasna, Jason jest wspaniały (pięknie, pięknie, aż pała mięknie). Na tych zdjęciach (wiem, wiem, przerabiałam i u Ciebie, i u siebie oczy – ale wciąż nie mogę się pozbyć zachwytów) i na gifach w historii (ja bym dała wincyj, wincyj!). Ta zaś jest wspaniała – również, jak karta (zresztą Ty wiesz). Vera więc po prostu marzy – ja zresztą też, ale ciii… – żeby go kochać, żeby go całować, żeby na szlak jego blizn poprowadzić palec, by ich losy spleść gwiazdom na przekór, chociaż obecnie to ma ochotę go zabić: za to, że ją zostawił, kiedy go najbardziej potrzebowała, za tego maluszka, którego nie udało się jej urodzić i za to, że jest chorym psychicznie kutafonem, który znalazł sobie żonkę, psiajegomać, pojebany, albo obłudny, jak nic! Niemniej, na pewno finalnie mu wybaczy – no bo tez, jak nie wybaczyć łaszącemu się wilczkowi? Na pewno jednak najpierw będzie musiał się pokaźnie nagimnastykować i mam nadzieję, że to uczyni (i przy okazji nie zabije gorącego, hiszpańskiego kolegi), a później jakoś obroni przed niebezpieczeństwami i wbije do tego swojego szczeniackiego łba, że nie jest wcale zła za te blizny no i że ten… No. Jakby to jednak powiedział Hagrid: „najsampierw” dużo weny, dużo czasu, dużo wytrwałości (również ze mną, he he), dużo cierpliwości i będzie super, nie przejmuj się niczym. Ależ my zrobimy chore rzeczy! ♥ ♥ ♥]

    na razie bardzo samotna i smutna VERA THORNE oraz jej zachwycona autorka, które liczą, że pewna pani pielęgniarka szybko odzyska uśmiech na usta

    OdpowiedzUsuń
  5. [My się już chyba znamy. c:
    Karta jak zwykle cudowna. Nie mogę przeżyć, że niektórzy są w stanie stworzyć coś tak długiego i d o b r e g o jednocześnie, co nie nudzi i nie męczy ilością tekstu, a wręcz chciałoby się więcej i więcej.
    Życzę miłej zabawy, ja i moje panny kochamy go za te zwierzęta i w razie chęci serdecznie zaproszę do siebie.]

    U. DeVere | D. Rottley

    OdpowiedzUsuń
  6. [Owszem, pomysł dzięki piratowi się zmaterializował :D Hmm, Kalia nie jest żadną wariatką, więc pewnie prócz potajemnego wzdychania sobie do Connora i pisania jego inicjałów w swoim notesie, przy których dorysowuje milion serduszek, nie robi nic podejrzanego. Jak jest na jego zajęciach, zapewne tylko się na niego gapi, od czasu do czasu robiąc coś związanego z zajęciami, aby nikt nie zwrócił na nią uwagi. Będąc z nim jednak sam na sam, wyobrażam sobie, że zachowywałaby się jak nie ona - byłaby nieco roztrzepana, plątałby się jej język i pewnie wyszłaby na głupią idiotkę, toteż Connor zapewne zdziwiłby się jej zachowaniem i próbował dociec co się z nią dzieje :D Coby było zabawniej, może nawet podejrzewać, że zapadła na jakąś magiczną chorobę, której nie zna, więc zaprowadzi ją do Skrzydła Szpitalnego. A tam pracuje Vera, więc widząc jak mężczyzna się w nią wpatruje, może się zorientować, że coś się między tą dwójką dzieje. No a później jakoś poleci. Pytanie brzmi, jak my to zrobimy, że zostaną sam na sam?]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  7. [Mój Boże, już się zakochałam w twojej postaci! Uwielbiam skomplikowane historie, my bad. Jeśli są chęci, zapraszam pod kartę Thomasa, który notabene też jest wilkołakiem, więc myślę, że mogliby nawiązać nić porozumienia ;)]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  8. [A, dziękuję!
    Myślę jednak, że moja karta przeokropnie wymięka przy Twojej; serio mówię, dawno nie czytałam tak przyjemnego dla oka tekstu, również wizualnie.
    Kocham ONMS, gdybym uczęszczała do Hogwartu, byłyby to moje ulubione zajęcia, pewnie dlatego, że nade wszystko uwielbiam zwierzaki, a Lysander dostał tą cechę po mnie niejako w spadku.
    Myślę, że również ze zwierzętami wiąże swoją przyszłość, jakakolwiek by nie miała być, więc mógłby być jednym z lepszych uczniów. :3 Co powiesz na swego rodzaju relację Harry/Lupin?]

    Lysander Scamander

    OdpowiedzUsuń
  9. [Taaak, Connor pewnie będzie miał z nią nie lada wyzwanie :D I niech ci nie będzie jej szkoda, to twarda dziewczyna wbrew pozorom, nawet jeśli wygląda na delikatną :)
    A ja ci odpisałam i też się nie mogę doczekać wątku :D]

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ten tekst ma Ebolę. Serio. ♥]

    Babcia opowiadała jej wielokrotnie – bo też coś, bardzo trudnego do zdefiniowania, doprawdy w niej kochała; może dlatego, że było to skrzywione odbicie jej żałosnego życia, a może zwyczajnie lubiła się udręczać – historię o tym, jak kiedyś ze swoimi czterema braćmi bardzo chciała mieć psa. Ot, typowe proste, dziecięce pragnienie, większości osób w przedziale od dwóch do dwudziestu lat – niekiedy nawet dłużej, ale jak wiadomo: statystyki zawsze kłamią – którego zaspokojenie, lub jego brak, wiązał się z albo olbrzymim szczęściem, albo literalnym końcem świata. W ich malutkich, naiwnych, postrzegających świat czarnym i białym, główkach takie drobne marzenie wyrastało do rangi sprawy wagi państwowej – i chyba tego Vereena zawsze zazdrościła wszystkim wokół: owych prostych, malutkich zachcianek, o których szybko się zapominało, gdy nie zostały spełnione lub się nimi napawało, kiedy finalnie dopinało się przy swoim – kiedy owo spełnienie nadchodziło. Ona sama nigdy nie miała szansy na typowo infantylne prośby i na zwyczajne cieszenie ze stawiania babek w piaskownicy, czy wspinania się po drzewach, z których później mogła spadać ze świadomością, ze ktoś ją i tak podnoszenie, naklei plaster na zbite kolano, pocałuje w czoło i zapewni, że następnym nie tylko nie zsunie się z konara, ale i wespnie się wyżej.
    Niemniej, Roselyn mówiła, że było to niedługo przed drugą wojną światową i jej rodzice chyba zwyczajnie przeczuwali, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na zwierzę – jakiekolwiek – ani na jego utrzymanie, skoro i tak coś strasznego wisi w powietrzu. W końcu plotki krążyły po Europie już jakiś czas i docierały nawet do takiego miejsca, jak Boscastle w zapomnianym zakątku Kornwalii. Temat jednak wrócił – miała wówczas dwanaście lat, minął rok od podpisania pokoju, a ona okazała się być po raz pierwszy tak samotna. Jedna chwila wystarczyła, aby Rosie zrozumiała, że jest sama, jak palec, mimo że nie pojmowała, dlaczego żaden z jej czterech braci nie wrócił do domu; Vera znała to uczucie, bowiem towarzyszyło jej niemal cały czas, z drobną przerwą wypełnioną setkami listów i ulotnym poczuciem należenia do kogoś na zawsze i na wieczność, o czym wspomnienie pomagało jej przetrwać. Finalnie więc rodzina uległa – najprawdopodobniej widząc, jak bardzo dziewczynka wszystko przeżywa, jak bardzo nie jest w stanie poradzić sobie ze stratą i że zwyczajnie staje się coraz bardziej niemrawa, rachityczna i zamknięta w sobie. Pewnego dnia, w związku z tym, jej rodzice przyprowadzili do domu starego charta – psa wyścigowego, o bardzo długim, wyczesanym i zadbanym złoto-płowym futrze, gdzieniegdzie poprzetykanym siwizną.
    Czworonóg był jednak tak przyzwyczajony do biegania w koło po arenie za kawałkiem materiału przypominającym królika, że reagował na wszystko to, co przypominało jego „cel” – nie sposób było go utrzymać w domu. Starzy Parrowie powtarzali jej więc, że ma nigdy nie spuszczać go ze smyczy – nie robili tego złośliwie, aby jakoś skrzywdzić zwierzę: po prostu nie znieśliby, gdyby ich córeczka znowu cierpiała, bo jej przyjaciel zniknął – ale pewnego dnia, tchnięta dziecięcą ciekawością i niewinnością, puściła go wolno. Chart natychmiast zwietrzył kota i biegł za nim, jak szalony, myśląc, że to owy kawałek materiału przypominający królika – nie było chyba piękniejsze widoku, niż ta dostojna istotna, mknąca pomiędzy parkowymi alejkami, z pracującymi mięśniami, rozdziawionym długim pyskiem, które finalnie, ku przerażeniu wszystkich, dopadło kota. Zabiło go. Rozszarpało na kawałki, a później z zakrwawione siedziało zdezorientowane i smutne nad swoją zdobyczą – od małego przecież goniło owo „coś” i nagle je dogoniło. Nagle też jego życie straciło sens. Ból zaś musiał być tak wielki, że jeszcze tego samego wieczoru zmarło – weterynarz mówił, że stare serce nie wytrzymało, ale ona wiedziała: pies zmarł, bo już nie miał po co biec dalej. Roselyn zawsze powtarzała, że była to najsmutniejsza rzecz, jaką widziała w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Vereena zgadzała się i chyba już zawsze będzie się zgadzać z opinią swojej ukochanej babci – nie ma piękniejszej, ale i smutniejszej historii, oddającej jednocześnie beznadziejnie kruchą i żałosną budowę świata, niż ta dotycząca charta, którego, jako jeszcze panienka Parr, dostała od swoich rodziców. Jej wnuczka utożsamia się z tą opowiastką – kiedyś będąca jedynie dziecięcą przestrogą, z czasem zobaczyła w niej morał i odbicie samej siebie. W końcu i ona goni. Nie wie jeszcze za czym – może też nigdy się nie dowie, albo skończy, jak owy, biedny, stary pies – ale za c z y m ś biegnie na pewno: nieustannie podnosi wysoko nogi, odbija się stopami od niebezpiecznego, zdradliwego podłoża i mknie dalej. Musi mieć w końcu jakiś cel bo inaczej niechybnie zwariowałaby, prawda? Straciłaby cały sens, który sobie misternie próbuje odbudować i żałuje jedynie, że cele, które sobie wytacza, co chwilę znikają z drogi, okazują się być ułudą, albo zwykłym kłamstwem, którym karmi siebie i swoich bliskich. Boi się przy tym panicznie, że jeśli przestanie biec – straci tę nikłą chęć do dalszej egzystencji w próżni; tak bardzo popękanej, tak bardzo niepewnej i tak bardzo nietrwałej w swoich fundamentach, które z dnia na dzień coraz bardziej się szczerbią. Co gorsza jednak – wtedy pozwoli, aby pochłonęło ją życie przeszłością.
      Bo ona pamięta. Pamięta doskonale dosłownie w s z y s t k o . Pamiętała szlak jego blizn, po których prowadziła swoje pełne miłości palce, pamiętała ton jego głosu, który ciągle zdawał się jej szeptać słodkie „dobranoc” każdego wieczora, pamiętała jego tatuaże, których znacznie – każdego z osobna – również pamiętała. Pamiętała również, jak kochała jego wielkie łóżka, które tak strasznie skrzypiało – szczególnie w określonych sytuacjach – chyba głównie dlatego, że to właśnie w nim, mając piętnaście lat, w wakacje dwa tysiące siedemnastego dodała do serca, które już trzymał w garści, również swoje wątłe, drobne ciało, które on przyjął z wdzięcznością i namaszczeniem. Pamiętała, że zawsze kiedy razem spali, ona budziła się za każdym razem, gdy wychodził w nocy do szopy obok starego, kamiennego domku, sprawdzić, czy wszystko dobrze ze zwierzętami, którymi się opiekował – bez niego nie umiała być spokojna, nie czuła się bezpieczna i było jej zwyczajnie zimno. Pamiętała przy tym, że gdy w końcu wracał – przytulał ją do swojego szerokiego torsu, całował w czubek głowy i wplatał silne palce w jej jasne włosy. Pamiętała, że później, o poranku, budziła się pierwsza i zmuszała go siłą, aby poszli zaparzyć kawę – ciemną, mocną i bardzo słodką. Pamiętała, jak po śniadaniu często wciskał jej wiolonczelę, odpalał fajkę i słuchał jej. Długo.
      Vera za często do tego wracała, masochistycznie sprowadzając na siebie nieopisaną agonię – było to coś, co utraciła na dobre, przecież to było jasne, bo przecież pamiętała też ten jeden feralny, piątkowy wieczór dwudziestego ósmego sierpnia dwa tysiące dwudziestego roku: dzień, w którym ją zostawił – zabierając jej serce, jej dziecko, jej radość i w zamian dając jej ramię pełne blizn. Pamiętała, jak obudziła się w Świętym Mungu i nawet nie musiała pytać – ona po prostu wiedziała i to było nawet gorsze niż powrót do domu i zastanie tam masakry, jaką zgotował stary Thornton. Pamiętała jednak, mimo wszystko, jak wcześniej, spacerując po wrzosowiskach, śmiali się, że są trochę jak Romeo i Julia, ukrywający się przed jej ojcem, który nienawidził wybranka serca swojej córki – jak zresztą wszystkiego, co magiczne, po tym, jak zostawiła go ukochana kobieta – a jej macocha wraz z babcią ich kryły. Pamiętała też, jak pilnował, aby brała leki na cukrzycę i jak ją nosił na rękach, kiedy była słaba lub podawał okulary, gdy czegoś dobrze nie widziała. Pamiętała, jak po pełni schodziła niebezpiecznym szybem w głąb kopalni Wheal Hope i rozkuwała jego okowy, a później wydobywała na powierzchnię, bo jego wilkołactwo, o którym powiadomił już niemal na samym początku, chcąc ją przestraszyć, w ogóle jej nie przeszkadzało.

      Usuń
    2. Cóż jednak mogła poradzić na to, że nieważne, gdzie i kiedy – a mijał już trzeci rok, od dnia, kiedy opuścił ją w szpitalu, tym samym sprawiając, ze wbrew pierwotnym planom zostania wiejską guślarką, podjęła praktyki w magicznej placówce, a później, zamiast osiąść na stałe, ruszyła w poszukiwaniu matki, czym tylko się dobiła – wylądowała na świecie, zawsze robiła to samo – patrzyła tęsknie na fale, przypominając sobie te wielkie bałwany rozbijające się o majestatyczne klify Kornwalii i wspominała o tym, co przeszli, żałowała, że nic wówczas nie zbudowali, bo byli zbyt szczęśliwi oraz cierpiała, bo nie dostali wystarczająco dużo czasu, aby postawić podwaliny pod ich piękna, szaloną, dziką, ale i pełną oddania relację. W końcu, tak bardzo lubiła, kiedy stali na skałach, a on trzymał ją mocno w zależnym uścisku tak, aby nie przeziębił jej wiatr ani nie zmoczył ocean, a ona mimo to czuła mgiełkę na twarzy i wiatr smagający jej rumiane policzki. Lubiła, jak odbierał ją z peronu dziewięć i trzy czwarte, a ona mogła się nim chwalić. Lubiła, jak jego kotka, Zjawa, ocierała się o jej nogi w zimne wieczoru, gdy czytali przez długie godziny w jego chatce, gdzie ogrzewali się przy piecu będącym również kuchenką. Bardzo przecież lubiła spędzać z nim czas w niczym niemąconej ciszy – zdecydowanie, brakowało jej najmocniej jego milczenia.
      I po prostu, tak zwyczajnie i po ludzku: lubiła wracać do domu – nie do Boscastle, ale to jego ciepłych ramion. Oczywiście, lubiła z nim biegać po brukowych, wilgotnych uliczkach miasteczka i lubiła, kiedy nagle wyskakiwał z mrocznego, bocznego zaułka ze śmiechem, porywał ją w ramiona i całował tak, że czuła się, jak w niebie. Lubiła, kiedy patrzył i myślał, że nie widzi – bo wtedy miała wrażenie, że jest najpiękniejszą, najbardziej kochana kobietą na świecie. Lubiła także poranne zbliżenia, które inicjował z nagła i niespodziewanie, mówiąc, że to na dzień dobry, aby mogła cały dzień go czuć w sobie. Nic jednak nie równało się z tym, jak doskonale dogadywali się bez użycia słów i też dlatego, tak bardzo, bardzo, nieopisanie wręcz, Vereena cierpiała, że wtedy, kiedy chciała mu powiedzieć, że zostaną rodzicami, w s z y s t k o poszło nie tak. Nigdy jednak ani przez jedną, krótką chwilkę, nie oskarżała go, nie uważała, że to on był winny, nie widziała w nim złego, mimo że z definicji – był zły. Kochała go tak bardzo, że mogła tylko i wyłącznie denerwować się na niego – wściekać, złorzeczyć i kląć – za to, że już nigdy nie wrócił; za to, że uciekł; za to, że znowu była tak przejmująco samotna. Nie potrafiła mu także wybaczyć tego, że kiedy chowała ich synka, jego nie było obok – mimo że sama zgotowała sobie i jemu taki los…
      Musiała więc biec dalej, aby nie stracić zmysłów – zygzakiem, poraniona, potykając się na każdym kroku, ale ani na chwilę się nie zatrzymała. Ledwo podnosiła nogi, odbijała się od ziemi, czuła wiatr na bladych policzkach, szarpiący jej włosy oraz zapach cedru, soli i tytoniu. Biegła tak długo już, że nie pamiętała, jak to jest stać, tkwić i nic nie robić – zawieszenie bez próżni dawało czas, a czas rodził myślenie, myślenie zaś: prowadziło do pamiętania. Pamiętanie natomiast bolało – każde jedno, cholerne wspomnienie wypalało w niej dziurę i niszczyło, sączyło jad, który ją paraliżował, dlatego nigdy nie pozwoliła sobie na postój, w pewnym momencie rozumiejąc, że biegnie tylko po to, aby uciec, bo widma przeszłości ją gonią: nieważne, czy jest w Rosji, czy we Francji, czy Szkocji w poszukiwaniu matki; nieważne, czy zmienia nazwisko, nie wspomina o ojcu i w ogóle go nie odwiedza; nieważne, że próbuje się odciąć od Boscastle i robi wszystko, aby tam nie wracać, mimo że serce notorycznie się jej tam rwie. Zawsze wszystko kończy się tak samo: obrazy z dawnych lat atakują ją i wcale nie jest to przyjemne, ale Vereena jest zbyt dumna i zbyt ambitna, aby się poddać – nie ma zamiaru im ułatwiać sprawy i skoro będą ją prześladować, ona będzie biec jeszcze szybciej, jeszcze dalej, jeszcze bardziej zawzięcie, aż może w końcu ucieknie.

      Usuń
    3. Praca w Hogwarcie nie była więc może najlepszą decyzją jej życia – w zasadzie, nawet nie miała pojęcia, dlaczego tam aplikowała – ale na pewno całkiem bezpieczną, biorąc szczególnie pod uwagę inne kroki, jakie powzięła dotychczas, a które nierzadko kończyły się spektakularnymi, pełnymi bólu fiaskami. Co prawda, tym powstrzymywała ciągły pęd, jaki panna Thorne – bo też jako takowa chciała być zapamiętana – wprowadziła w swoją egzystencję w zawieszeniu pomiędzy prawdą, a ułudą – niemalże życiem, a śmiercią – ale stawała się swoistym spokojnym więzieniem, które pozwalało – a przynajmniej miała taka nadzieję – opanować samą siebie przez ciągłymi powrotami do domku z latarnią morską na kornwalijskim klifie. Oczywiście, miała tęsknić za babcią, ale ciągle lądowanie w swojej rodzinnej wsi zawsze kończyło się dla niej agonią i wywoływało jeszcze więcej wspomnień, których powinna się wyzbyć, aby zacząć względnie normalnie żyć: przez nie, jedynie istniała, od wschodu, do zachodu słońca. Rzecz jasna, posada w Szpitalu Świętego Munga, gdzie odbyła praktyki byłaby bardziej prestiżowa i całkiem kusząca, ale nie miała egzaminu na Uzdrowiciela, a ponadto – Londyn był z b y t blisko. Potrzebowała przestrzeni, bo podczas roku tułaczki po świecie, nauczyła się, że ona nie potrafi omijać, zapominać, nie wracać. Jej młode naiwne serduszko, gdy tylko miało okazję – pchało ją w paszczę lwa, pełną wizji o tym, co utraciła. Dlatego w lipcu dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku, niedługo po zakończeniu roku szkolnego, kiedy zamek – którego jakoś w ogóle nie wspominała z rozrzewnieniem; i może też dlatego tak chętnie postanowiła, że w nim zamieszka, bo mury te kojarzyły się jej jedynie z ciężką pracą i nauką – spotkała się z dyrektorem Longbottomem.
      — Zaraza – było to jednak wszystko, czym potrafiła skwitować to, co właśnie zrobiła: swój zamaszysty, elegancki podpis złożony na kontrakcie, który mianował ją pielęgniarką w Skrzydle Szpitalnym. Nie przeszkadzało jej, że będzie miała kogoś nad sobą ani że jej zajęcia będą mocno dyktowane tym, co starsza i wyższa stopień koleżanka będzie chciała. Pocieszała się, że dzięki temu będzie mogła poświęcić się czytaniu i może nawet wróci do gry na wiolonczeli, albo przygotuje się do przyszłorocznych testów, które mogłyby z niej uczynić wykwalifikowanego medyka. Szkoda tylko, że tak bardzo siebie oszukiwała. – Zaraza… – westchnęła więc raz jeszcze, mrużąc smutne, fiołkowe oczy przez mocnym, popołudniowym słońcem, które oblewało zielone błonia; pewnie wiele osób uśmiechnęłoby się na ich widok: Vera była całkowicie obojętna. Nie Hogwart był najlepszym okresem w jej życiu, a te trzy lata tułaczki po wrzosowiskach za rękę. Tak, to trzymania za ręce najbardziej jej brakowało. – Och, cholerna zaraza – już warczała, kiedy dziarsko, w kremowej sukience w czerwone róże, schodziła w dół zboczem, na skróty kierując się do Hogsmeade, gdzie wynajęła pokoik w moteliku „Lusterko”; wiatr rozwiewał jej długie, srebrne loki. Z zawziętością wymalowaną na anielskiej twarzy, mocno ściskała paseczek brązowej torebki.


      hm, pewna dziewczyna, która we wszystkim jest bardzo „pół”, nie licząc serduszka, która straciła dawno temu, czyli po prostu VERA THORNE, która tęskni, która kocha, która nie umie zapomnieć i która nigdy się nie pozbierała, bo wie, że on już zawsze będzie tym jedynym (oraz jej autorka, która przeprasza za powyższe gunwno, bo nie wie, co ją napadło

      Usuń
  11. [Dziękuję ogromnie za te wszystkie miłe słowa! Aż się prawie zarumieniłam. ;D
    Nie mam nic przeciwko wątkom uczennica-profesor. Nawet więcej - myślę, że Connor w przedbiegach wygrywa wszystkie konkurencje w zawodach o stanowisko ulubionego nauczyciela Trixie. To zamknięta w sobie i raczej wycofana dziewczyna, która ma trochę problemów z rówieśnikami, a że brakuje jej jakiejkolwiek duszy na świecie, pewnie będzie patrzyła w Connora jak w obrazek (bez miłosnych podtekstów, raczej zrobi z niego swojego idola).]

    Trixie

    OdpowiedzUsuń
  12. Vereena nie była pewna, skąd w niej tyle złości: w końcu dopiero co dostała nową pracę, a ze względu na wiek, nikłe doświadczenie i relatywnie dość długą przerwę w pełnieniu funkcji związanej z zawodem, jaki sobie obrała, nie powinna mieć ku temu szans. Ze Świętego Munga przywiozła jedynie przecież zaświadczenia o pełnieniu dwuletnich praktyk, nagle przerwanych i żadnego dokumentu świadczącego o jakimkolwiek egzaminie. Jakby to powiedziała jej babcia: chwyciła Boga za nogi, szkoda że w Boga już od trzech lat zupełnie nie wierzyła, wbrew naukom starej Rosie, bo gdyby ten istniał, na pewno nie pozwoliłby jej tak cierpieć, a dyrektor Neville Longbottom przyjął ją chyba tylko dlatego, że było mu jej szkoda; nie widziała innego logicznego wyjaśnienia. Dlatego też, naprawdę – nie miała zielonego pojęcia, dlaczego tak bardzo się denerwuje, idąc dziarsko w dół zielonego, hogwarckiego zbocza, kierując się wprost do Hogsmeade i zajazdu, gdzie wynajmowała pokoik od ekscentrycznego Olgierda Ereteina, ewidentnie kochającego lustra. Sama nigdy nie zdecydowałaby się na miejsce, gdzie mogłaby tak często oglądać swoje odbicie, bo szczerze go nienawidziła – nienawidziła pustych, fiołkowych oczu, nienawidziła smutnej, jasnej twarzy, nienawidziła gęstych, srebrnych loków, które już dawno straciła blask.
    Widząc siebie – widziała mordercę, dzieciobójczynię, zwyczajnie podłą kobietę, która w żadnym względzie nie zasługiwała na dalsza egzystencję, a jednocześnie żałosnego tchórza, który nawet nie miał na tyle odwagi, aby ze sobą skończyć i uczynić świat znacznie piękniejszym bez swojej beznadziejnej, niszczącej wszystko osoby. Czuła się podle w swoim ciele, które zawsze było dla niej przekleństwem, bo nie potrafiła – wzorem niepoznanej, acz poszukiwanej matki – wykorzystywać swoich fizycznych atutów do zdobycia czegokolwiek. Była zbyt skromna, zbyt niewinna i zdecydowanie za bardzo przejmowała się tym, że ludzie widzą w niej jedynie niebrzydką powłokę, a przecież pod nią miała też i duszę oraz serce: gotowe na miłość, wielkie i otwarte, które tak rozpaczliwie potrzebowało i pragnęło miłości, że wręczyła je mężczyźnie, który zranił ją najmocniej. Pewnie, gdyby tak bardzo go nie kochała – nigdy by tak nie cierpiała, ale właśnie przez fakt olbrzymiego uczucia, jakim go darzyła, nie umiała przejść obojętnie wobec jego zniknięcia. Po wszystkim zaś mogła sobie wyrzucać tylko, że nie podjęła odpowiednich kroków, aby się z nim skonfrontować – chociażby zmusić go do spojrzenia w jej tęczówki i zobaczyć, jak reaguje, a w konsekwencji: zdecydować, co dalej. Pogrążona jednak w swoim bólu – uznała, ze podjął decyzję za nią.
    Ta zaś kosztowała ją nie tylko długie tygodnie, paskudnego leczenia przez najlepszych Uzdrowicieli – w tym swojego przyszłego mentora oraz przyjaciela, Uxbala Saurasa – a więc nieopisanego wręcz cierpienia, ale także strachów. Jednego wynikającego z tego, ze może jej ręka nigdy już nie będzie sprawna, co wiązałoby się z kompletnym pogrzebaniem marzeń o tym, aby nieść pomoc innym – uczepiła się zaś tej wizji tak mocno, że tylko perspektywa rychłej pracy i możliwości dania porwać się w wir ciężkiej roboty szpitalnej, że za każdym razem badania, mówiące że jest duże prawdopodobieństwo, że zostanie z bezwładną kończyną były niczym wyrok śmierci. Drugi zaś dotyczył ewentualnego wilkołactwa – nikomu nie zdradziła szczegółów, a w formularz wpisała właśnie „atak” – bowiem zawsze podziwiała g o – nie potrafiła od prawie tysiąca i stu dni, nawet w myślach, wypowiadać jego imienia: był w związku z tym nim, mężczyzną lub wspomnieniem – że umiał z tym żyć, a ona była zbyt słaba, aby poradzić sobie z takim brzmieniem; cudem było, że jej nie zaraził, niemniej na zawsze pozostały jej blizny na lewym ramieniu. Trzecim natomiast powodem, dla którego zalewała ją panika było dziecko, które nosiła pod sercem: najpierw obawiała się, że je straci, a później – bała się je w ogóle urodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie z powodu ewentualnych genów likantropii, chociaż te owszem, nieco ją przerażały, ale nie w takim stopniu, jak inne życiowe problemy – z pełnią byłoby się jej łatwiej uporać, niż z maluszkiem; bała się w związku z tym sama siebie: tego, ze posiada tak bardzo podłe myśli. Zwyczajnie bowiem nie wyobrażała sobie, że mogłaby być swoim ojcem: kimś, kto pewnego dnia musi tłumaczyć swemu dziecku, że jednego rodzica nie ma i nie będzie, bo zniknął i nie chciał problemu; kimś, kto musi radzić sobie z problemami wychowawczymi samotnie, a jednocześnie zapewniać względnie dobry byt; kimś, kto finalnie niw wytrzymuje presji i morduje kobietę, która weszła do rodziny, gotowa się poświęcać i opiekować się małą, zagubioną dziewczynką, której ani dorosły mężczyzna, ani straszą, nieco już zniedołężniała, chociaż niewątpliwie ciepła, babcia, nie mogli zastąpić ciepłych, pachnących chlebem ramion matki. Co gorsza – znowu nie zmierzyła się ze swoimi demonami tylko poszła po linii najmniejszego oporu: jedno popołudnie, pełne histerii, wyczucie ruchów w swoim łonie i nieodpowiedni eliksir, później plama krwi, parę skrzepów, rwanie, parcie, cisza na sali i dwa dni w łóżku szpitalnym oraz poczucie winy wywoływane przez pogardliwe spojrzenia. To wszystko. Tyle właśnie kosztowała magiczna aborcja.
      Obraz ten, nadal zwalał ją z nóg swoją czernią, wylewającym się smutkiem, tymi ostrymi cieniami, których szpikulce nadal czuła w okolicach lewej piersi. Vera, już niemalże zbiegając w brązowych sandałkach po trawie, jakby pragnąc czym prędzej skryć się w zaciszu „Lusterka”, miała ochotę wyć, krzyczeć i wymiotować oraz płakać jednocześnie i doprawdy – wyrzucała sobie, że była na tyle lekkomyślna, aby zakończyć niewinne i w zasadzie kochane, bo j e g o , życie, a nie miała jaj, aby skończyć ze sobą, chociaż byłoby to z pożytkiem dla ogółu ludzkości. Wiedziała, że musi czym prędzej pozbyć się z tego z głowy, bo inaczej zakorzeni sobie w umyśle kolejne miejsce, które będzie ją nawiedzało pamiętaniem o tym, co było, a czego być nie powinno, a przecież Hogwart miał być jej zbroją. Miała więc wrażenie, ze kompletnie już wariuje – trzymała się za rękę z bliznami, przypominając sobie, że wcale jej nie zakryła, że zrobiła okropny błąd, że dała poznać swój sekret, talizman, coś tak intymnego, jak koronkowe majtki, które miała pod zwiewną sukienką. W oczach zaś miała łzy i dyszała ciężko, a w uszach jej szumiało – w pierwszej chwili uznała, że to wspomnienia wywołały ten cudowny głos, który odbijał się echem wokół niej, a kiedy poczuła i intensywny zapach, tak onegdaj uwielbiany, była już pewna, że zwariowała. Po chwili natomiast – że umarła.
      — Cholera – sapnęła. Stanęła jak wryta, mając wrażenie, że jest wisielcem, wokół którego szyi pętla stryczka zaciska się coraz mocniej i mocniej, dobierając dech oraz zdolności do racjonalnego myślenia. Odwróciła się: powolutku, sztywno, niepewnie. Jej pobladła twarz zrobiła się wręcz papierowa, malinowe usta się uchyliły, ale z nich słodko brzmiący dźwięk, zamiast wrzasku, jakiejś wiązanki przekleństw, czy w ogóle, jakiejkolwiek innej, odpowiedniej reakcji, która by go odstraszyła. Szepnęła z dziwną ulgą: – Connor… – miała wrażenie, że świat stanął na głowie. Przełknęła głośno ślinę. Nie wiedziała, co ma robić, jak się zachować: czy uciekać, czy czekać, czy rozmawiać, a on się zbliżał. Był już na wyciągnięcie jej chudego ramionka, tak wielki, ciepły, przystojny, jak nigdy, z tą samą brodą, w lnianej koszuli, skórzanych spodniach, w starych, wojskowych butach, którymi zawsze brudził miętowy parkiet w salonie jej domku w Boscastle. – Ech… taaak… kopę lat! – Wydusiła, czując się, jak kretynka, gdy przywdziewała sztuczny uśmiech: nie cierpiał, nie tęsknił, nie pamiętał. Boże, jakże ona mu zazdrościła. Wiedziała jednak już dlaczego tak bardzo się złościła: wyczuwała jego obecność i szczęście emanujące z jego sylwetki, które jasno świadczyło o tym, że był zwyczajnie szczęśliwy.

      Usuń
    2. – Aaa… wiesz… pracę zaczynam… tak. Pracę – kiwała energicznie głową, jakby przytakując swoim słowom. – Noo… – zmieszała się, nadal próbując utrzymać kontakt wzorkowy, mimo ze jego cudowne, księżycowe, niespotykane tęczówki, kompletnie ją wypalały. Dzielnie udawała, mając wrażenie, że umiera. – Ćwiczyłeś! – W głupim, kumpelskim geście pacnęła go w potężne ramię; to samo, które kiedyś zapewniało jej poczucie bezpieczeństwa, a po trzech latach stało się synonimem strachu i cierpienia. – Fajnie – wyszczerzyła się tak, jakby reklamowała mugolskiego protetyka zębowego i mimowolnie stanęła tak, aby ukryć swoje blizny; nad ruchem dłoni nie panowała: nie wiedziała, kiedy wylądowała ona na brzuchu. – A tyyyy… – przeciągnęła, nigdy nie będąc dobrą w „small talkach”. – Ty co tu robisz? – Cała mowa jej drobnego, pełnego bólu i tęsknoty, ciałka zdradzała, jak fałszywa i niespokojna była.

      na gacie Merlina, całkowicie przerażona, zaskoczona i rozbita VERA THORNE, która najchętniej teleportowałaby się; i zrobiłaby to, gdyby nie to, że pewnie po drodze straciłaby obie ręce i nogi, bo mózg i serce straciła dawno…

      Usuń
  13. Skłamała. Po prostu – wyssała z palca dosłownie wszystko, co powiedziała i nie mogła uwierzyć, ze upadła, aż tak nisko: że obecność Connora doprowadziła ją do stanu, w którym nie mówiła prawdy, a tym przecież się brzydziła całe swoje życie. Niemniej, przecież nikt nie mógł jej winić, czy mieć jej tego za złe – jego bliskość sprawiała, ze wariowała, traciła zmysły, wracały wszystkie, szczególnie te najboleśniejsze, bo i one były najsilniejsze, wspomnienia, związane z ich wspólnym życiem; jego ciepłem, jego zapachem, jego głębokim głosem. Ponadto, jego radość i fakt, że zdawał się całkowicie ułożyć sobie życie – które najwidoczniej było znacznie lepsze bez niej – tylko ją przytłaczał. Nie miała jednak zamiaru dawać mu satysfakcji – tak, niestety postrzegała to w tamtej chwili w kategorii zwykłego potwora, który zniszczył jej życie; również przez zazdrość, że jemu wyszła, a ona była beznadziejnie żałosna – i dzielnie grała rólkę, którą jej powierzył: rólkę nieco głupiutkiej, trochę roztargnionej, ale zupełnie niemającej najmniejszego żalu dziewczyny, która jest zadowolona z takiego obrotu spraw. Szkoda, ze to wszystko było okrutnym, wierutnym kłamstwem, przez które miała ochotę wymiotować. Co gorsza – on zdawał się tego w ogóle nie dostrzegać, tylko kontynuował swoje wywody, coraz mocniej ją krzywdząc i dobijając.
    — Ano, prace – i on więc ciągnęła, coraz słabsza; była pewna, że gdyby chociaż trochę ją pamiętał, gdyby ją chociaż trochę wtedy kochał, gdyby chociaż trochę tęsknił: wiedziałby, że wszystko, co robi, jest wymuszone i męczące. – No… trzeba samodzielnie stanąć na nogi, nie? Nie można wiecznie żyć na garnuszku babci – zaśmiała się sztucznie, kręcąc się w miejscu, jakby miała owsiki; to zdenerwowanie z niej wychodziło i dosłownie wykańczało psychicznie, a tym samym i fizycznie. – Bingo! – Wystawiła oba palce wskazujące ku niemu, jak prowadzący w mugolskich teleturniejach, których fanką była Rosie Thornton. – No, będę pielęgniarką – przytaknęła, zdecydowanie zbyt szybko i energicznie. Mogła oczywiście w tamtej chwili zakończyć tę męczącą dyskusję, ale zamiast tego: niepotrzebnie zapytała, co on robi w Hogwarcie. Zdecydowanie, jej dobroć i chęć bycia miłą na każdym kroku, miały ją niechybnie zgubić. – Ooo… – w jej głosie było zaskoczenie, ale również szczery podziw. – No tak – po raz pierwszy, odkąd zaczęli rozmawiać, jej słodki uśmiech był tylko j e j , jej piękne spojrzenie tylko j e j , a zaciekawienie również należało tylko do n i e j . Żadna z tych rzeczy nie było gierką. – Zjawa nadal się z tobą pałęta? – Zagaiła, mimowolnie postępując krok do przodu, jakby chcąc intensywniej czuć gorąco bijącą z jego wielkiego cielska oraz jego zachwycającą woń. – Gratuluję – gdy tym razem musnęła ramię z żelaznymi mięśniami, był to ten sam dotyk, którym obdarowywała go jeszcze przed trzema laty. Szybko jednak cofnęła, speszona, rękę do siebie. – No… eee… tego… – milczenie między nimi po raz pierwszy było niezręczne: nie za takim rodzajem ciszy tęskniła. – To ja może… miło było – zaczęła się wycofywać rakiem powoli i gestykulować mocno – to tego… do… tak? – Zaciekawiła się gwałtownie, kiedy nagle podjął. – Och. – Nie potrafiła bardziej inteligentnie skwitować jego szokującej propozycji. – Aj… pewnie masz zajęcia, pewnie… pewnie jakiś hipogryf, albo inny… coś… potrzebuje pomocy – naprawdę starła się nie brzmieć, jakby prawiła mu wyrzuty. – Może jednak kiedy indziej? – Jasnym było, że w jej słowach, w domyśle kryje się nigdy. – Z-znaczy… no… ja jeszcze zostaje do jutra w Hogsmeade – wyznała, nie wiedzieć czemu, co on szybko podchwycił i zasugerował, ze ją odprowadzi. Przełknęła głośno ślinę. – Nie trzeba, naprawdę – wciąż nie umiała wypowiedzieć jego imienia. – Spotkamy się – skłamała po raz kolejny, bo miała zamiar zrobić wszystko, aby na niego wpaść. Wilkołak miał jednak zgoła inne plany i naciskał tak długo i tak uroczo, że ona, głupia, uległa mu, wypalając: – Zatrzymałam się w „Lusterku”.

    spanikowana, rozbita VERA, która nie umie się opanować i mówi idiotyzmy

    OdpowiedzUsuń
  14. Naprawdę miała wrażenie, że całkowicie postradała rozum – do tego stopnia, ze on chyba w ogóle wyparował z jej czaszki, bo inaczej nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego powiedziała Connorowi Greybackowi, gdzie się zatrzymała i na ile tam zostaje. Owszem, gdyby ich ostatnie wspomnienie było miłe i przyjemne – najpewniej sama zaproponowałaby wspólne wyjście do pubu i wypicie za to, ze po latach i ścieżki się skrzyżowały. W sytuacji jednak, nawet gdyby był dawnym znajomym, którego ledwie kojarzyła – odznaczyłaby się skrajnym brakiem elegancji, bowiem ktoś mógłby to odczytać, jako wymowną sugestię na miły wieczór we dwoje. Kiedy natomiast wzięło się pod uwagę to, co ich spotkało – Vereena naprawdę nie lubiła wszystkiego zrzucać na wielkie braki mężczyzny, ale obiektywnie rzecz ujmując: gdyby nie on, nigdy by tak nie cierpiała; a jednocześnie, on pewnie nie byłby tak szczęśliwy, jak w tamtej chwili, bo nawet z nią nie wydawał się tak radosny, chociaż mogła się mylić, bo jej wspomnienia z dnia na dzień wypełniała coraz większa czerń i ból, a one same się zamazywały – wychodziła na skończoną kretynkę. Doprawdy, nie wiedziała – czy raczej: nie chciała się przyznać, że to jego widok, jego zapach i ciepło – co się z nią dzieje, a co gorsza: on to skutecznie potrafił wykorzystać przeciwko niej i wszystko zamotać.
    — Nie, naprawdę… będziemy mieli czas, j-ja… ja muszę wrócić… – urwała nagle: okazało się, że nawet nazwy ich wioski nie umie wymówić, bo ta zbyt mocno związana była z jego osobą. Po prawdzie jednak: nie miała za bardzo gdzie wracać, bo gdy tylko przekraczała prób domku na klifie, gdzie czekała jej ukochana babcia, zaraz przypominała sobie to, co zastała tam w lipcu dwa tysiące dwudziestego roku. Nie miała domu, nie licząc zimnego, wilgotnego szczytu latarni morskiej. – Zobaczymy się we wrześniu… – próbowała jeszcze protestować, bo zwyczajnie przerażała ją myśl, że jeszcze spędzą trochę czasu razem, a ona się kompletnie zbłaźni, co było bardzo mocno prawdopodobne. Nie potrafiła jednak walczyć ze swoim sercem i ciałem, które chociaż były ostrzegane przez jej umysł, że niedługo będą znowu cierpieć, zadrżały gwałtownie, kiedy jego potężna łapa dotknęła jej chudych pleców. Uniosła swoje wielkie, fiołkowe oczy na pooraną bliznami, niepomiernie przystojną twarz rozmówcy i westchnęła ciężko. Chwilę milczała, po czym odsunęła się, mając wrażenie, ze zaraz zemdleje. – Tak, niewątpliwie znalazłeś swoje miejsce na ziemi – stwierdziła, nie potrafiąc ukryć w swoim głosie oskarżenia i wyrzutu oraz wielkiego żalu. Nie dodała jednak nic więcej, tylko rzuciła chłodno, uciekając wzorkiem: – Chodźmy.
    Zdecydowanie, nieodwołalnie postradała rozum – gdyby było inaczej, po prostu uciekłaby już w chwili, w której go zobaczyła. Ponadto, czuła się paskudnie, że tak nieładnie skomentowała ewidentny fakt, że był po prostu szczęśliwy – niemniej, nie przemawiała przez nią zawiść, bowiem w całej swojej dobroci, niewinności i naiwności, pomimo wszelkich okropieństw, cieszyła się z tego, że udało mu się osiągnąć spokój ducha. W jej sercu – czy też w jego resztkach – jednak kotłowała się czysta zazdrość za to, że jemu, chociaż dopuścił się wielkiej zbrodni, wszystko jakoś wyszło; zazdrościła także wszystkim tym, którzy mogli być częścią jego życia, a ona nie. Milczała więc wyjątkowo mało subtelnie, od czasu do czasu uśmiechając się głupawo i przytakując – aby nie wyjść na aż takiego gbura – analizując to, co ją dotknęło w ostatnich minutach. Było to przy tym tak nieprzyjemne, że właściwie nawet jakby chciała zostać mistrzem konwersacji niezobowiązującej – jej cierpienie skutecznie blokowało jej krtań. Miała też wrażenie, że to ona go hamowała przez te trzy lata – że to ona była powodem, dla którego zajmował się zwierzątkami w Boscastle, zamiast rozpocząć taką karierę, jakiej pragnął i na jaką zasługiwał, właśnie chociażby jako profesor Opieki Nad Magicznym Stworzeniami w Hogwarcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, ileż ona by dała, aby posłuchać Uxbala przed wyjazdem, zostać w Szpitalu Świętego Munga i tam tyrać do końca swoich dni – zamek stał się bowiem jej więzieniem, ale nie w takim stopniu, w jakim by tego sobie życzyła; nie, kiedy obok znajdował się Connor Greyback. Dosłownie wpadła z deszczu pod rynnę i już nawet nie miała szansy się wycofać ani uciec – czekał ją przynajmniej jeden rok, chyba że faktycznie skoczy z wieży astronomicznej, syzyfowego wysiłku, aby nie zwariować do końca.
      — Hm, co? – Mruknęła oszołomiona, kiedy nagle zorientowała się, że ona idzie dalej, wciąż się uśmiecha nieprzytomnie, a jej towarzysz nic nie mówi; odpłynięcie w krainę swojej agonii pozwalało jej nieco odsunąć od siebie cudownie brzmiący głos wilkołaka, który próbował wzniecić w niej nadzieję, że może jeszcze się między nimi ułoży. – Och, wybacz, zamyśliłam się – tym razem w szczerym geście skruchy, uniosła do góry kąciki ust i wróciła do niego, roztaczając wokół słodko-cierpką woń bzu i agrestu, równie szaloną, zmienną i skrajną, jak ona sama. – Moje serce – nie powstrzymała się jednak od wściekłego prychnięcia, kręcąc z niedowierzaniem srebrną głową; przecież ona już go dawno nie miała: zostało rozszarpane przez wielkie szpony, a później jeszcze przydeptane wojskowym buciorem w szpitalu, a na koniec wyrzucone ze śmierdzącymi odpadkami przez okno, kiedy straciła swojego malutkiego chłopczyka. Myśl o nim sprawiła, że nagle zadrżała i zaschło jej w gardle, dlatego też ponownie nie panując nad sobą, wypaliła, chyba tylko po to, aby Connor przestał mówić: – Może faktycznie powinnam coś zjeść – nagle nie było odwrotu: weszła do Gospody „Pod Świńskim Łbem”, jak zwykle pustawej, jak zwykle brudnawej, jak zwykle przyciemnionej i jakby zadymionej. – Wiesz… nigdy nie byłam tu w czasie nauki… – zauważyła, kiedy zamówili coś do picia: on Ognistą Whisky, ona ciemne piwo; obracała butelkę z zgrabnych dłoniach o długich palcach i paznokciach. – Byłam jednym z tych nudziarzy, którzy trzymali się zasad… w głównej mierze – zaśmiała się krótko, drwiąca sama z siebie; referowała rzecz jasna do ich relacji, a jednocześnie mówiła tak, jakby widzieli się po raz pierwszy w życiu. Cisza zapadająca między nimi była bardzo krępująca.

      sztywna, skrępowana i niepewna oraz niemająca pojęcia, co ma robić dalej VERA THORNE, która zaraz naprawdę kompletnie zwariuje, bo mężczyzna, którego kocha jest jej największym koszmarem, ale także najpiękniejszą rzeczą, jaka się jej przytrafiła…

      Usuń
  15. — Prawdopodobnie dlatego moje życie było takie nudne. – Skwitowała chłodno, wbijając wzrok w swoje pomalowane na czerwono paznokcie; jakoś nie mogła znieść jego szerokiego uśmiechu, bowiem w jej odczuciu oznaczał on, jak bardzo Connor jest spokojny, szczęśliwy i spełniony w swoim nowym układzie bez niej. Upiła łyk zimnego piwa, odetchnęła ciężko i uśmiechnęła się bardzo gorzko. – Najwidoczniej jednak nie powinnam ich łamać – odparła, tym razem wyjątkowo, wręcz nienaturalnie obojętnie. – Nigdy – z hukiem odłożyła butelkę na blat i zerknęła na niego spod byka; jej delikatna, ale niewątpliwie ładna twarz pozostawała nieprzenikniona i tylko oczy ciskały gromy. W końcu pokręciła głową, bez i agrest znowu zawirowały w powietrzu, podobnie jak jej srebrne loki. Zaśmiała się nerwowo. – Boscastle – z trudem wypowiedziała nazwę wioseczki – to paskudna dziura.
    Jej słowa nie miały wiele zgodnego z prawdą, ale były bezpieczne – jak długo zakopywała głęboko przyjemne wspomnienia, tak długo nie odczuwała tego paskudnego bólu. Naprawdę więc zastanawiała się, co też najlepszego zrobiła, decydując się na wyjście z nim, skoro to była jakaś porażka – kompletny niewypał, który nie miał racji bytu. On gadał, ona milczała i między nimi stał wielki mur niemożliwy do przebicia ani podkopania, czy przeskoczenia. Wyrzucała sobie, że tak bardzo głupio i egoistycznie postanowiła spędzić z nim chociaż tę słodką odrobinkę czasu i móc na niego spoglądać, czuć ciepło bijące z jego wielkiego ciała, czy otulać się cudownym zapachem, jaki roztaczał wokół. Masochistycznie napawała się nim, wiedząc że kiedy zostanie sama będzie nie tylko na skraju wyczerpania, ale popełnienia samobójstwa – niemożliwym, ile miłość sprawiała jej cierpienia.
    — Nieźle – próbując zachować dystans, odgrodzić się od tego, co było i co będzie, odpowiadała zdawkowo, mimo wielkiej dziury, która raz po raz jątrzyła jad w miejscu, gdzie powinno się znajdować jej serce. – Niestety, wciąż nie ma magicznego sposobu na udzielenie jej pomocy – dodała nie bez smutku i zagryzła dolną wargę, wcześniej wzdychając ciężko i przejmująco. Chwilę milczała, kącikiem ust, w których kiedyś skryty był przeznaczony tylko dla niego pocałunek, uśmiechając się drwiąco, kiedy zapytał, co u niej. Naprawdę chciałaby powiedzieć prawdę, zamiast tego, skłamała lekko: – W porządku – pokiwała głową, jakby chcąc i siebie przekonać. – Miałam praktyki w Mungu, trochę podróżowałam… – ciężko opadła na niewygodne oparcie, nieoheblowanego krzesła. – Wiesz, takie tam pierdoły, które finalnie zaprowadziły mnie tutaj i… – urwała gwałtownie.
    — Connor? – Nad ich stolikiem zawisła wyższa od Vereeny i znacznie pulchniejsza, rudowłosa dziewczyna z dwoma cienkimi warkoczykami i nalaną, mało inteligentną oraz mocno piegowatą twarzą. Kelnerka, znana już Greybackowi przez „matkę swego dziecka”, jako koleżanka z pracy z Gospody „Pod Świńskim Łbem”, często zresztą odwiedzająca ją w domu, która całą swoją postawą mówiła, jak bardzo irytująca jest. Krzykliwa, głupiutka, wszędzie wściubiająca swój kartoflany nos, w którym lubiła grzebać, nigdy nie ukończyła Hogwartu, będąc na to zwyczajnie zbyt leniwą i mało ambitną, rozpoczęła karierę zawodową u swojego dalekiego wuja w Hogsmeade. – Chloe nic nie mówiła, że macie gości! – Zapiszczała egzaltowanie. – Jak fajnie… Bea jestem – wystawiła dość męską dłoń do panny Thorne. – Może wpadnę do was później, hm?
    — Vera – dwudziestojednolatka odparła sztywno i mocno zaskoczona uścisnęła palce obcej dziewczyny, mając wrażenie, że ta połamie jej własne. – J-ja… no… ja nie jestem gościem, ja tu tylko… – jej nieśmiałe słowa utonęły w monologu kelnerki, która swoimi wodnistymi, małymi oczkami latała to od wilkołaka, to od pół-wili, już planując wspólny wieczór z jakąś trzecią kobietą, o której pielęgniarka nigdy nie słyszała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie była pewna, czy chce słyszeć. – Chloe? – Nie wytrzymała jednak, podczas gdy Connor uwijał się jak w ukropie, aby pozbyć się czym prędzej Bei z ich pola widzenia. Nawet nie słuchała, jakim cudem to udało; była tylko pewna, że w końcu mężczyzna uderzył wielką pięścią w stół i coś wrzasnął tak, że aż brudne szyby się zatrzęsły. – Dziecko… – wychwyciła już wcześniej z trajkotania, które przyprawiało ją o migrenę; pewnie gdyby nie siedziała, niechybnie upadłaby, a gdyby butelka nie stała na stole, już dawno rozsypałaby się w drobny mak. Przełknęła po raz kolejny ślinę, ale tym razem nie pomogło: stryczek, który poczuła jeszcze na błoniach, mocniej zacisnął się wokół jej szczupłej szyi. – Och, widzę, że twoje życie… łał, jest naprawdę udane – powiedziała ledwo chwytając oddech; cała drżała na swoim drobnym ciałku. – Gratuluję, mam nadzieję, że… no. Mam nadzieję. – Warknęła kpiąco, wstając.

      rozdygotana, kompletnie zazdrosna i wściekła VERA, która udaje, że w ogóle nic jej nie rusza, chcąc jak najprędzej uciec i umrzeć, na czego rychłe spełnienie ma właśnie nadzieję; no i też na to, że Connor nie skrzywdzi kolejnej dziewczyny, ale tę szpilę zdąży mu jeszcze wbić, lol

      Usuń
  16. [Nie musisz zaczynać nam wątku, bowiem jednak rezygnuję z Kalii, jakoś mi nie podeszła. Zapraszam jednak do Gwen, może tam coś wymyślimy :)]

    OdpowiedzUsuń
  17. To, co powiedziała Bea, sprawiło, że Vereena pogrążyła się w jeszcze większym smutku i bólu. Nigdy chyba wcześniej nie cierpiała tak, jak po słowach kelnerki z Gospody „Pod Świńskim Łbem” – mógł się on jedynie równać z tym, co się z nią działo, kiedy dowiedziała się, że chwila słabości, nieopisana wręcz histeria i parę łyków nieodpowiedniego eliksiru, zrobiły z jej niewinny maluszkiem. Mimo wszystko jednak – i tak był to kompletnie inny rodzaj agonii: wywołany jej głupotą. Jeśli zaś chodziło o kwestię bycia zranioną przez kogoś, to dotychczas prym wiódł ten moment, kiedy zorientowała się, że Connor zostawił ją na dobre – nie to, ze ją zaatakował, nie to, ze wtedy na nią nakrzyczał, nie to, że niemal ją zabił, ale właśnie na przejmująca świadomość o poranku następnego dnia, która pojawiła się w niej natychmiast po przebudzeniu. Nie potrzebowała wtedy myślenia, analizowania i zastanawiania się – po prostu w i e d z i a ł a , że on nie wróci, mimo że wiele miłych pielęgniarek zapewniało, że jest zgoła inaczej i na pewno się pojawi. Tym razem ponownie pokazywał się ze swojej najgorszej strony, ale było znacznie jej ciężkiej, bowiem chodziło o coś jeszcze: o fakt, że obdarł ją dosłownie ze wszystkiego, od początku do końca – z miłości, z nadziei, z godności, z wiary w ludzi, z umiejętności uśmiechania się, a w końcu i z maluszka, którego przecież w pierwszym odruchu pokochała – a sam zdawał się wieść perfekcyjne, szczęśliwe i pełne uśmiechu życie, z kobietą, którą kochał i która miała mu dać potomka. Wszystko to więc złożyło się na taki rodzaj udręki, jakiego panna Thronton doświadczała po raz pierwszy kiedykolwiek – połączony był on z zazdrością, zawiścią i poczuciem niesprawiedliwości świata. Przestała się wtedy łudzić, ze kiedykolwiek ją kochał.
    — Chloe – powtórzyła, patrząc na niego intensywnie i przybierając taki wyraz pogardy na twarzy, że aż ją mdliło; nigdy wcześniej nie mógł widzieć takiej złości na jej anielskiej twarzy, która pozostawała ładna, nawet w chwili wzburzenia – to twoja kobieta, tak? Żona? Matka… p-przyszła matka twojego – podkreśliła, aż zgrzytając zębami – dziecka. – Nie była głupia, doskonale słyszała, co mówiła Bea i chociaż milczała, wyglądając jak ktoś, kto znajduje się w odległej, swojej własnej krainie, tak naprawdę rozumiała i przyswajała wszystko doskonale; lepiej, niżby sobie tego życzyła. – Nie kłam – warknęła gwałtownie, dysząc ciężko, kiedy próbował się wykpić. – Kpisz sobie ze mnie… kpisz… – pokręciła z niedowierzaniem głową, zaciskając dłonie w piąstki. Prychnęła, ale nie dodała nic więcej, tylko gwałtownie chwyciła swoją brązową torebkę. – Tak. Minęło tyle lat… i mogłoby minąć tyle samo i jeszcze więcej, razy tysiąc, a ja i tak nigdy, przenigdy bym tobie niw wybaczyła ani nie zapomniała – wysyczała, pochylając się nad nim. – Nie ma czego wyjaśniać, nie ma o czym mówić, nie ma do czego wracać. Nigdy nie istnieliśmy. Byliśmy jedynie ułudą głupiej, naiwnej i prostej dziewuchy z Boscastle, którą łatwo było oszukać i wykorzystać – deprecjonowała się całkowicie poważnie: jego zachowanie naprawdę całkowicie ją załamało. W końcu zaś nie wytrzymała i w przypływie wściekłości, gdy nadal starał się ją zatrzymać, chwyciła za butelkę z piwem i chlusnęła jego zawartością w jego twarz. – Mam nadzieję, że jej tak nie spierdolisz życia – warknęła jeszcze, dysząc ciężko i mając ochotę wyciągnąc różdżkę: nie żeby jego skrzywdzić, ale aby skończyć ze sobą. – Jesteś potworem, Greyback, zawsze byłeś – stwierdziła okrutnie i kiedy rudowłosa kelnerka, święcie oburzona, ze ktoś atakuje mężczyznę jej przyjaciółki, próbowała się wtrącić, Vera rzuciła jej jedno spojrzenie: chłodne, bazyliszkowate i obślizgłe, przenikające do szpiku kości i dosłownie zabijające oraz na szczęście całkowicie wystarczające, aby nikt jej nie zaczepił. – Nienawidzę cię – dodała dumnie i lodowato, po czym wyszła szybko z przybytku. Dopiero na uliczce Hogsmeade, gdy rzuciła się pędem do „Lusterka” w jej fiołkowe oczy zrobiły się mokre od łez.

    ponownie zraniona i kompletnie załamana VERA, która już nie ma na nic sił…

    OdpowiedzUsuń
  18. Zobaczywszy swoje odbicia, Vereena zawyła – zawyła tak głośno i tak rozdzierająco, że kilka ptaków z okolicznych dachów poderwało się do szaleńczego lotu, aby czym prędzej uciec od straszliwych wrzaskiem, jakie usłyszały. Nie potrafiła jednak inaczej dać ujścia swojej agonii, temu paskudnemu stanowi, w który wpadła – po raz pierwszy tak głęboko, w taki czarny odmęt, który gęstą mazią wnikał do jej oczu, do jej ust i nozdrzy, dusił ją i przenikał przez alabastrową skórę, aby nieść swoje spustoszenie wewnątrz jej słabiutkiego organizmu; tak bardzo już poharatanego i zaoranego przez beznadziejne życie, jakie przyszło jej wieść. Nie miała już sił zupełnie na nic, i nie było to stwierdzenie w żaden, najmniejszy nawet, sposób przesadzone, dlatego wpadłszy do zajazdu Olgierda Ereteina, zrzuciła kilka jego małych dzieł sztuki, nie mogąc zwyczajnie znieść swojej twarzy – tej ładnej buzi, która zawsze była jej przekleństwem, bowiem była też wszystkim, co inni w niej widzieli: nieważnym było, ze miała wielkie, gotowe na miłość serce albo olbrzymią ambicję, którą pożytkowała i wykorzystywała, pracując ciężko na jakąkolwiek pozycję w świecie, której i tak sobie w końcu nie wywalczyła. Była przecież tylko i wyłącznie prostą córką latarnika, z zapomnianej, zapadłej wsi, niepasująca dosłownie nigdzie, nieważne, jakby chciała.
    Czarodzieje czystej krwi nią gardzili, mimo tego, że jej matka była pół-wilą – dowiedziała się o tym oczywiście dopiero wtedy, kiedy trafiła do Hogwartu, bo jej ojciec nie mógł mieć, jako najbardziej mugolowaty z mugoli, pojęcia o tym, ze kobieta, której oddał na całe życie swoje serce, była istotną całkowicie magiczną, oniryczną, dosłownie niemalże nierealną, biorąc szczególnie pod uwagę proste, sztampowe i bardzo ograniczone myślenie większości ludzi zamieszkujących takie rybackie osady, jak Boscastle. Nie miała w końcu ani czystej krwi, ani dobrego nazwiska, ani do jedenastego roku życia nawet nie wiedziała, że coś takiego, jak czary istnieją naprawdę, ale dalece odbiegają od wizji przedstawianych jej w książeczkach dla dzieci czytanych przez babcię. Każdy inny zaś, zwykły człowiek, miał ją za dziwaczkę – o dziwnym koloru oczu, o dziwnym odcieniu włosów, o dziwnej urodzie. Po prostu dziwną w zły sposób dziewuchę wokół której dzieją się jeszcze dziwniejsze rzeczy i chyba najlepsze to byłoby wyegzorcyzmowanie jej; najlepiej na śmierć. Stanie w rozkroku pomiędzy tymi skrajnymi światami zaś całkowicie ją wykańczało – oto z jednej strony mogła zabić jednym zaklęciem, a z drugiej: musiała ciągle pamiętać, aby o odpowiedniej porze zażywać leki na cukrzycę i nosić okulary. Ni to silne, ni to do końca słabe. Takie n i c .
    Jakże więc mogła dziwić się Connorowi, że ją opuścił? Sam przecież pochodził ze znanej – co prawda, sława ciążąca nad Greybackami nie była zbyt pochlebna, ale jednak: nieprzerwanie od wielu pokoleń mogli szczycić się całkowitą czystością w swoich żyłach, pomimo klątwy likantropii, która nad nimi ciążyła – rodziny, w pewnych kręgach dość mocno szanownej. Vera zaś była zwyczajnie słaba, oderwana od rzeczywistości i po prostu zagubiona – dzieliło ich więc dosłownie wszystko: od różnicy wzrostu i przepaść wiekową, poprzez całkowite niepasujące do siebie charaktery i inne podejście do życia, aż właśnie na statusie społecznym skończywszy. W jej opinii natomiast – zasługiwał na więcej; a na pewno nie zasługiwał na słowa, jakimi go uraczyła w Gospodzie „Pod Świńskim Łbem”. Widmo jego pobladłej, tak przeraźliwej smutnej twarzy miało ją prześladować do koń a jej nędznego żywota, pomimo ciągłego wmawiania sobie, że to ona cierpiała bardziej przed trzema laty. Była jednak w nim – chociaż nie powinna i chociaż wiedziała o tym, i chociaż naprawdę chciała z tym walczyć, ale niestety: było to silniejsze od niej; musiała uznać porażkę słabego rozumu pokonanego przez naiwne serce – tak szaleńczo, bezbrzeżnie i nieodwołalnie zakochana, o czym przekonało ją tę parę chwil spędzonych w jego towarzystwie, że każdy przejaw jego bólu, był i jej bólem, odczuwanym po stokroć bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nienawidziła siebie w związku z tym, za każde podłe słowo, które rzuciła pod jego adresem i naprawdę była przekonana, że jemu jest lepiej bez niej – w końcu, odkąd ją opuścił rozwinął się, jeszcze bardziej zmężniał i założył rodzinę a ona zasługuje na śmierć. Z takim właśnie zamiarem pogruchotała sandałami resztki luster i wpadła do wynajmowanego pokoiku.
      — Zaraza… zaraza by to wzięła! – Krzyknęła, ciskając bluzką o ścianę, kiedy po raz kolejny jakiś przedmio