Nie wiem czy powinnam dodać, że są brutalne sceny, ale tak mi pusto przed tekstem xD
Więc w sumie to 16+, ale ogólnie, to nie jest źle. Chyba.
Enjoy!
Roześmiał się
perliście, ostrożnie opierając o balustradę. Dźwięczny głos poniósł się echem
po okolicy, odbijając radośnie od kamiennej konstrukcji i pieszcząc ich różowe
od mrozu uszy, by ostatecznie zakończyć swoją wędrówkę na dnie rozciągającej
się pod nimi przepaści. Było zimno. Wiatr chłostał jego policzki i wprawiał
zmarznięte ciało w drżenie. Fred nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd
wyszli z Wielkiej Sali na wiadukt, ale na otwartej przestrzeni zdecydowanie
dotkliwiej dało się odczuć nagły spadek temperatury.
Jego śmiech ponownie
rozluźnił atmosferę. Zabini stał obok, zginając się w pół i niemalże tuląc do
siebie Samotnego Gargulca. Radosny nastrój nie opuszczał ich od momentu, kiedy
się tego wieczoru spotkali. Weasleyowi aż ciężko było uwierzyć, że zaledwie w
ciągu tych ostatnich kilku miesięcy zdołała wytworzyć się między nimi tak gruba
nić porozumienia. Tyle lat mijał go na korytarzu, naśmiewał z jego celności po
wygranych meczach Quidditcha i olewał na wspólnych zajęciach, nie zdając sobie
nawet sprawy z tego, jak wiele rzeczy ich łączy. Lubił go. Tak po prostu. Jego
obecność dodawała mu jakiejś dziwnej otuchy, sprawiała, że potrafił się
rozluźnić i spojrzeć na wszystko od trochę jaśniejszej strony. W tamtej chwili
była mu bardziej niż potrzebna.
Odchylił głowę
do tyłu i wziął głęboki wdech, próbując okiełznać kolejną nadchodzącą salwę
śmiechu. Powietrze wypuszczone z płuc zamieniło się w kłębek pary, po czym
ulotniło, rozpływając w gęstniejącym mroku nocy. Chris roześmiał się po raz
ostatni i przeczesał włosy palcami, odwracając się powoli w jego stronę. Na jego
twarzy gościł promienny uśmiech.
— Jestem Ci
potwornie wdzięczny, że mnie stamtąd wyciągnąłeś.
Fred zerknął na
niego kątem oka, mimowolnie unosząc kąciki ust w górę. Szata wyjściowa plątała
się między nogami Zabiniego szarpana niespokojnymi porywami wiatru. Jego włosy
były rozczochrane, ale reszta prezentowała się nienagannie. Zupełnie jak na
arystokratę przystało.
— Przyjemność
po mojej stronie — odparł cicho, wzdychając i ponownie zwracając twarz w stronę
otchłani. — Twoi rodzice nie będą źli, że wyszedłeś?
— Nie sądzę...
chyba, że dowiedzą się, że wyszedłem z Tobą — mruknął, szczelniej opatulając
się zielono-srebrnym szalikiem z godłem Slytherinu. — Nie wiem, jak
zareagowałaby moja mama. Jest dość drażliwa na punkcie Gryfonów.
Weasley pokiwał
ze zrozumieniem głową, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt gdzieś przed
sobą. Głęboki wąwóz ciągnął się przez prawie całą długość wiaduktu. Mrok
pochłaniał wystające ze szczeliny ostre wierzchołki skał, nadając temu miejscu
jeszcze groźniejszego wyglądu. Z oddali dochodziły stłumione krzyki imprezowiczów,
śmiechy, nawoływania i piski. Odgłos dudniącej muzyki niknął w ciężkim
powietrzu i rozpadał się do postaci mgły. Gdzieś tam, na dole, w zamku trwało
najhuczniejsze przyjęcie, o jakim czarodziejski świat kiedykolwiek słyszał. A
oni siedzieli na starym moście, wsłuchując się w nocną ciszę, jakby nie mieli
nic ciekawszego do roboty.
Z zamyślenia
wyrwał go cichutki brzęk szkła. Zauważył, że Chris nieznacznie przysunął się do
niego, machając na boki niewielkich rozmiarów buteleczką wypełnioną po brzegi
brązowo-czerwonym płynem. Sherry. Weasley
uniósł brwi, niedowierzając i z trudem maskując wkradający mu się na twarz
wyraz zadowolenia.
— Jesteś głupi.
Nie powinieneś mnie tak rozpieszczać.
— Przyjemność
po mojej stronie — odparł ten żartobliwie, jednym ruchem nadgarstka otwierając
trunek i delikatnie zaciągając się ulatniającym z butelki aromatem. — Chcesz
troszkę?
Chciał. Przyjemne ciepło rozeszło się po
jego ciele, sprawiając, że rumieńce na policzkach nabrały głębszych odcieni
czerwieni. Uśmiechnął się radośnie, czując spływający po gardle płyn. Rozkoszne
dreszcze przeszyły go na wskroś, stopniowo zalewając jego twarz, barki, plecy,
nogi. Nawet pomost zdawał się drżeć razem z nim. Kilka malutkich kamyczków
poturlało się po murze, stukając wesoło o popękaną posadzkę.
— Twoja kolej,
mistrzu!
Ale mistrz się
nie odezwał. Stał nieruchomo. Wpatrywał się z podejrzliwością w przepaść, jakby
zauważył coś niepokojącego. Ściągnął brwi, bezskutecznie próbując dostrzec
cokolwiek w nieprzeniknionej ciemności.
— Słyszysz?
Cisza. Małe,
skaliste odłamki nadal toczyły się po balustradzie, by zaraz, jakby w odruchu
samobójczym, rzucić się w głąb otchłani. I nadal cisza. Tylko nienaturalne
pulsowanie ziemi przemieszane z niespokojnymi oddechami. I wrzask. Taki
przerażony, bezbronny. Rozdzierający serce.
— UCIEKAJCIE!
ONI NADCHODZĄ!
I nagle
wszystko eksplodowało.
* *
*
Ucho Samotnego
Gargulca przeleciało nad głową Weasleya, muskając ostrą krawędzią końcówki jego
włosów. Zaklęcia latały na wszystkie strony, uderzając w balustrady i
naruszając niestabilną konstrukcję wiaduktu. Oddech rzęził mu w płucach, pot
moczył czoło, kurz i pył oblepiały szatę. Zabini biegł do środka.
Wszystko
gwałtownie ożyło, wybuchając kaskadą dźwięków, barw i rozbłysków. Odłamki
kamieni raniły tłum ludzi, który nagle znalazł się na pomoście. Fred pędził w
kierunku zamku, odpychając od siebie spanikowanych uczniów i gości, którzy
chcieli tą drogą wydostać się z Hogwartu. Czyjeś zaklęcie śmignęło nad jego
uchem, zmuszając do szybszego maratonu. Wpadł do szkoły, ślizgając się na mokrej
posadzce i w ostatniej chwili unikając zderzenia z przedpotopową zbroją. Cała
podłoga zalana była wodą. Drzwi pobliskiej toalety były otwarte, a delikatnie
różowa ciecz płynęła po kafelkach, torując sobie drogę do komnaty obok. Weasley
pognał przed siebie, bojąc się myśleć, co mógłby zastać w zniszczonej łazience.
Dopadł schodów i skrył się za filarem, próbując złapać oddech.
Na dole
rozpętało się piekło.
Huk następnych
eksplozji rozchodził się echem po zamku. Ziemia się trzęsła, wszędzie słychać
było płacz i krzyk. Rozpaczliwe nawoływania niknęły w bezliku wrzasków,
postacie w czarnych szatach atakowały bezbronnych ludzi, przyciskały ich do
murów, chwytały, krzywdziły, zabijały. Podłoga zasiana była ciałami poległych.
Nieliczni stali pośród tego chaosu, próbując się wybronić, pokonać własnych
oprawców. Nigdzie nie było widać żadnej znajomej osoby. Zabini zniknął z pola
widzenia. Fredowi zaczynało kręcić się w głowie.
Osunął się na
podłogę, próbując się uspokoić. Z miejsca, w którym się znajdował, doskonale
widział toczące się dookoła pojedynki. Filar chronił go przed wzrokiem
niepożądanych osób, ale nie odgradzał od tragicznych wizji i dźwięków. Ból
uciskał mu czaszkę. Serce waliło jak opętane. Jego umysł plątał fakty, mieszał
zdarzenia, sprawiał, że myśli pędziły w nieodpowiednim kierunku. Zderzył się z
falą wspomnień i lęków. Zacisnął pięści, przygryzając jednocześnie kostki
swoich palców. Tak umarł Fred Weasley.
Tak umrze Fred Weasley. Jego powieki zaczęły drżeć, płuca ścisnęły się
jakby związane łańcuchem. Zapomniał, jak się oddycha. Przeraźliwy strach
kompletnie związał mu ręce i z pewnością zabiłby go na miejscu, gdyby nie jedna
myśl, której się w tamtej chwili uczepił i która cudem wyciągnęła go na
powierzchnię świadomości. Roxanne. Gdzie
jest Roxanne?
Jak oparzony w
jednej sekundzie poderwał się z podłogi i nerwowo zaczął rozglądać się na boki.
Jego kłykcie pobielały. Szalone spojrzenie śmigało od jednej ściany do drugiej,
od komnaty po zalaną łazienkę. Z trudem mógł poskładać myśli. Wyciągnął różdżkę
z kieszeni szaty i naładowany nieznaną dotąd energią wypadł zza kolumny,
szybkim tempem zbiegając po schodach w dół, w stronę Wielkiej Sali. Nie miał
pojęcia, gdzie znajdowali się jego rodzice. Musiał ich znaleźć. Chciał im
pomóc. Chciał ich chronić. Jego własne zdrowie i życie nie miało już w tamtej
chwili żadnego znaczenia.
Wyminął
gromadkę walczących i wpadł do Sali Wejściowej, skupionym spojrzeniem
przeczesując okolicę. Coraz więcej ludzi brało udział w bitwie. Czarodzieje
łączyli się w grupki i osaczali Mrocznych. Fred ruszył przed siebie energicznym
krokiem. Biegł, właściwie nie wiedząc dokąd zmierza. Unikał klątw, wspomagał
niedobitków. Dopiero mocne szarpnięcie za łokieć wyrwało go z tego transu.
Instynktownie wyciągnął różdżkę, celując jej koniuszkiem w szyję napastnika.
— Skończysz się
w końcu bawić w Supermana i ruszysz tyłek, żeby naprawdę nam pomóc?!
Weasley nigdy
nie sądził, że kiedykolwiek tak bardzo ucieszy się na widok swojego „wroga”.
— Jesteś
pełnoletni czy nie?! — warknął Cavendish, odtrącając wymierzoną w jego stronę
dłoń i posyłając Gryfonowi zirytowane spojrzenie.
Fred pokiwał
energicznie głową, wciąż nie wierząc w swoją radość z powodu spotkania prefekta
naczelnego.
— Granica Zakazanego
Lasu. Potrzebują wsparcia. Tylko spinaj to porcelanowe dupsko, laleczko. W
przeciwnym wypadku osobiście dopilnuję, żeby nie wyszło z tej bitwy w jednym
kawałku. Rozumiemy się?
— Tak jest!
— Do roboty.
* *
*
Moment lotu był
o wiele gorszy od samego uderzenia w lodowatą taflę wody. Gryfon nie miał
możliwości rzucenia zaklęcia. Ułamki sekund dzieliły go od śmierci z rąk
Mrocznego i stratowania przez wrogo nastawionego centaura. Oczyma wyobraźni
widział swój koniec. Nie potrafił powstrzymać nowo powracających wizji. A potem
wszystko się rozprysło.
Woda wtargnęła
do jego nozdrzy i ust, blokując mu każdy możliwy sposób na zaczerpnięcie tchu.
Otchłań jeziora pochłaniała go. Głębiny były niczym czarna dziura. Fred czuł na
sobie spojrzenia istot skrytych w nieprzeniknionych odmętach. Coś ciągnęło go w
dół, krępowało jego ruchy, ale nie był pewien czy to tylko jego wyobraźnia, czy
potężne macki obejmują go naprawdę. Nie miał różdżki. Brakowało mu tlenu.
Powieki niebezpiecznie zaczynały mu ciążyć, a on pomału gubił orientację, nie
mogąc rozróżnić dna od powierzchni. Musiał wziąć się w garść. Resztkami sił
wypuścił odrobinę powietrza z płuc, obserwując kierunek oddalania się bąbelków.
Poruszył nogami, sprawdzając, czy w rzeczywistości nie są niczym spętane.
Odgonił ponure wizje i zaczął płynąć za oddalającymi się, okrągłymi bańkami.
Na granicy wody
z powietrzem, po raz ostatni machnął rękoma i wynurzył się, kaszląc głośno,
krztusząc się i parskając. Gwiazdy lśniły wyraziście. Niebo było jasne - co
jakiś czas rozbłyskało nierównomiernie wszelkimi kolorami świateł. Przez moment
Fred tak zafascynował się tym widokiem, iż kompletnie zapomniał, gdzie się
znajduje. Przypomniały mu się Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Przypomniała mu
się jego mama. Gdzie ona teraz była?
Nad jego twarzą
niemalże znikąd pojawiła się dłoń. Sine palce zacisnęły się na jego włosach i
szarpnęły go z całej siły, utrzymując jego głowę nad powierzchnią. Weasley
wrzasnął, rękoma próbując odepchnąć napastnika. Zbyt osłabiony organizm niestety
nie miał siły walczyć z oprawcą. Zanim Gryfon stracił przytomność, ujrzał jeszcze
nad sobą twarz Mrocznego. Jego śmiech przeciął powietrze, elektryzując dzielącą
ich przestrzeń. Napawając siedemnastolatka ponownym przerażeniem.
— Zgubiłeś coś,
misiaczku? — mruknął napastnik, machając różdżką Freda tuż nad jego nosem.
Zaśmiał się raz
jeszcze. Uniósł dłoń i uderzył go w twarz, w taki sposób, że jego głowa znów znalazła
się pod powierzchnią wody. Chłopak zaczął tonąć.
— Hallaway!
Przestań się bawić, zgarniaj dzieciaka i idziemy!
Przez twarz mężczyzny
przebiegł cień gniewu. Westchnął. Schylił się, mamrocząc coś pod nosem, chwycił
Freda za ramiona i jednym szybkim szarpnięciem wyciągnął go na brzeg jeziora.
Spętał jego nadgarstki i zaczął ciągnąć go po ziemi w stronę Zakazanego Lasu. Kamyki
wbijały się w plecy Weasleya, raniąc jego łopatki. Odgłosy walki stopniowo
cichły. Powietrze stawało się chłodne, orzeźwiające. Niebo rozbłysło na
zielono, a z chmur zaczął padać deszcz. Jego krople spływały po fredowej
twarzy, zmywając z niej resztki brudu, których nie zdołało się pozbyć jezioro.
I łzy. Zmywały również łzy.
* * *
— Dlaczego nie
możemy się z nim po prostu rozprawić? Szczeniak za dużo widział.
— Jest
nieprzytomny. Nie widział praktycznie nic, idioto. Poza tym doskonale znasz
regułę. Musimy utrzymać go przy życiu, dopóki jego rodzice nie postanowią się
tu po niego zjawić.
— Wtedy go
zabijemy?
Drugi rozmówca
uśmiechnął się.
— Wtedy
będziesz mógł nawet zrobić sobie z niego kolację.
— … pysznie.
Chłód wżerał
się w jego ciało, wprawiając je w niekontrolowane, spazmatyczne drżenie. Fred
nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, ani ile czasu spędził, leżąc bez
przytomności twarzą w brudnej ziemi. Rany na plecach paliły go żywym ogniem.
Ręce i nogi miał skrępowane, na głowę luźno zarzucono mu worek. Albo oprawcy
nie mieli wprawy w trzymaniu jeńców, albo wcale nie zależało im na tym, by
Weasley nie dojrzał ich twarzy czy miejsca pobytu. Z pewnością zakładali, że
jest niegroźny, nieszkodliwy, na tyle rozsądny, że nie postanowi nagle rzucić
się w pojedynkę na grupę uzbrojonych czarodziei z nadzieją, że uda mu się
wyswobodzić. I mieli rację. Nie zrobiłby tego ot tak. Takie działanie potrzebowało
czasu i dokładnego planu.
Co chwila ktoś
przychodził go doglądać. Barbarzyńcy szturchali go butem jak brudnego śmiecia,
czasami kopali, by sprawdzić czy wywoła to u niego jakąkolwiek reakcję. Nic.
Gryfon kulił się w sobie, zaciskał zęby lub przygryzał wargi aż do krwi, byle tylko
nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie był gotowy na rozmowę. Nie był gotowy,
by stawić czoła temu, co miało nadejść. A Mroczni zaczynali się niecierpliwić.
Po dłuższym
czasie spędzonym na leżeniu bez ruchu, zaczął drętwieć. Ból stał się
dokuczliwy. Chłopak czuł każdy patyk i każdą pojedynczą szyszkę wbijającą się w
jego ciało. Wziął głęboki oddech, próbując się opanować, ale cichy jęk
niekontrolowanie wydobył się z jego ust, na chwilę mrożąc krew w żyłach.
— Patrzcie, nasza
Królewna się budzi.
Szelest liści i
trzask gałązek uświadomił go, że czas jego odpoczynku dobiegł końca. Nim zdążył
przygotować się na najgorsze, poczuł, jak potężne dłonie zaciskają się wokół
jego ramion i mocno podrywają go do góry tak, by znalazł się w pozycji
siedzącej. Nie musiał już udawać. Krzyknął, jak głośno tylko potrafił i wygiął całe
ciało w tył w odruchu obronnym. Worek spadł na ziemię. Okolica spowita była
prawie całkowitym mrokiem - nieopodal na niewielkiej polanie paliło się
ognisko. Byli w lesie. W Zakazanym Lesie. W miejscu, do którego nie docierały
odgłosy bitwy. A może już było po
wszystkim?
Ktoś szarpnął
go za włosy, odciągając głowę tak, by spojrzał w górę. Jego oprawca był o wiele
wyższy i znacznie bardziej umięśniony od Mrocznego, który przedtem wyławiał go
z jeziora. Bezceremonialnie splunął mu w twarz i roześmiał się, przecinając
powietrze ostrym, szyderczym, nieco świńskim rechotem. Odchrząknął po chwili,
kopiąc Freda w plecy i tym samym popychając go na drzewo. Weasley osunął się na
ziemię.
— Czego się
obijasz?! Wstawaj, powiedziałem!
Kolejne
szarpnięcie poderwało go na nogi. Kolana miał jak z waty. Skrępowane ręce
zwisały bezwładnie za jego plecami, niezdolne do podjęcia jakiejkolwiek
aktywności obronnej. Włosy posklejane od brudu i potu opadły mu na twarz,
przesłaniając pole widzenia. Nagle ponownie zobaczył gwiazdy przed oczami i chwiejnie
zatoczył się w tył. Jego nos pulsował niebezpiecznie, jakby miał za chwilę
eksplodować. Krew ściekła po jego wargach i skapnęła na upapraną, podartą szatę
wyjściową. Weasley uniósł wzrok i rzucił Mrocznemu nienawistne spojrzenie.
— Księżniczka płacze?
Złamała sobie paznokieć? — mężczyzna oblizał górną wargę, patrząc na Freda z
dziwną, zwierzęcą rządzą w oku. — Ciesz się, że on kazał Cię oszczędzać. Inaczej już zwijałbyś się z bólu na ziemi,
płacząc o litość. Cruciatus tak ładnie
podziałałby na Twoje kruchutkie ciałko… mmm. Nie mogę się doczekać, kiedy w
końcu to zobaczę.
Uśmiechnął się,
odsłaniając rząd równych zębów. Jego twarz z jakiegoś powodu wydała się Fredowi
znajoma. Otarł nos o ramię i przyjrzał się uważniej napastnikowi. Głębokie, wyraziste
bruzdy znaczyły jego lewy policzek. Dzikie spojrzenie błądziło niespokojnie od
jednego z drzew do Weasleya i z powrotem, jakby spodziewał się, że cały czas
ktoś go obserwuje. No tak. Więźniowie
z Azkabanu musieli przywyknąć do takiego trybu życia. Wiecznie pod kontrolą.
Wiecznie pod czyjąś władzą. Wiecznie osaczeni.
Zza pobliskich
drzew dotarł do nich szept czyjejś rozmowy. Strzępki słów dolatywały do ich
uszu, stopniowo formując się w zdania. Mroczny skrzywił się i przewrócił
oczami, jakby rozpoznawał głosy nadchodzących osób. Po raz ostatni zerknął
łakomie na Weasleya, po czym westchnął, popychając go z powrotem na ziemię.
Gryfon jęknął.
— O wilku mowa.
W kręgu światła
na polanie pojawiły się dwie postaci. Jedna dość wysoka, dobrze zbudowana, z
kapturem osuwającym się na czoło, widocznie górowała nad drugą - mniejszą,
drobniejszą. Niższy osobnik trząsł się, stojąc obok zakapturzonej postaci i
szeptał coś cicho, niepewnie wyciągając dłoń w kierunku, z którego przyszli.
— Nie
interesuje mnie, ilu poległo — warknął w odpowiedzi mężczyzna, nerwowo
zaciskając pięści. — Masz jakoś przekonać centaury do powrotu na pole bitwy.
Nie bez powodu zgodziły się nas wesprzeć, a jeśli chcą odzyskać to, co im się rzekomo
należy, muszą najpierw spełnić swoją powinność wobec Hectora. Dokładnie to masz
im przekazać… ach i jeszcze jedno. Powiedz mojej siostrze, by stawiła się tu
jak najszybciej.
Westchnął
zirytowany i kopnął kawałek drewna, który wysunął się ze stosu czekającego na
dołożenie do ognia.
— Damien! Rusz
się! Zanim tu dotrzesz, Twoja Rybka
zdąży już wyschnąć do reszty.
Mężczyzna odwrócił
się w ich stronę. Serce Weasleya stanęło. Świat zawirował. Wiadomości uderzyły
w niego ze zdwojoną siłą. Wszystko straciło sens.
Przed nim stał
Damien. Damien Hallaway. Brat jego najlepszej przyjaciółki. Mężczyzna, o którym
nasłuchał się tylu wspaniałych rzeczy. Człowiek, z którym zdarzało mu się jadać
w dzieciństwie obiady przy jednym stole. Którego lubił. Którego podziwiał. Stał
tam. Patrzył w jego stronę. I uśmiechał się. Uśmiechał się z zadowoleniem.
Powiedz mojej siostrze, by stawiła się tu
jak najszybciej.
To zdecydowanie
musiał być jakiś żart. Ktoś go wrabiał. Nie było innej możliwości - przecież
cała ta sytuacja była kompletnie absurdalna. Addie… Jego Addie. Jej brat. Nic
nie trzymało się kupy.
— Witaj,
Freddie.
Gryfon poczuł
jak balowe jedzenie powoli podchodzi mu do gardła. Damien ściągnął kaptur i
zaczął kierować się w jego stronę. Szedł powoli, zupełnie jakby napawał się
jego strachem i przerażeniem, jakby cieszył go widok Weasleya czołgającego się
w przerażeniu po ziemi.
— Tak dawno się
nie widzieliśmy, a Ty nawet nie raczysz się przywitać. No popatrz. Gdzie się
podziały Twoje maniery, co? Gdzie Twój uśmiech? Z nim zawsze było Ci tak bardzo
do twarzy… oj, jaka szkoda. Tak bardzo szkoda
widzieć Cię w takim stanie. Zrobiłeś sobie kuku w nosek? Nieładnie to wygląda…
Chwycił go za
poły podartej szaty i końcówką różdżki przesunął po jego policzku.
— Powiedz
„dzień dobry”. Bądź grzecznym chłopcem — szepnął.
— Damien!
Z cienia nieopodal
wyłoniła się drobna postać. Biegła szybko, jej włosy podskakiwały niespokojnie
w rytm energicznie stawianych kroków. Oczy Freda niekontrolowanie zaszły łzami.
— Addie.
Do tej pory nie
zdawał sobie sprawy z tego, że nie wypowiedział ani jednego słowa, od kiedy się
przebudził. Jej imię zabrzmiało w jego ustach boleśnie, niczym prośba, ciche
błaganie umierającego. Starszy Hallaway widząc to, zaśmiał się serdecznie i
wyprostował, puszczając go. Bez namysłu odwrócił się w stronę siostry,
rozkładając ręce, by pochwycić dziewczynę i zamknąć ją w szczelnym, braterskim
uścisku.
— Powiedzieli
mi, że Cię tu znajdę… Powiedzieli, tak się bałam, nawet sobie nie wyobrażasz! —
zwolniła kroku, omiatając niespokojnym spojrzeniem okolicę, zatrzymując się
dosłownie kilka stóp przed zakapturzonym chłopakiem i trafiając wzrokiem na
spętanego Gryfona. Nie wpadła bratu w ramiona. Zamarła. —Damien, co się dzieje…?
Dlaczego on jest związany?
Mroczny
skrzywił się, poprawiając czarną szatę i patrząc na siostrę wymownie. Oprawca,
który wcześniej pilnował Freda ulotnił się, a Weasley nawet nie zauważył kiedy.
Wpatrywał się w tę niepokojącą scenę z zapartym tchem, wędrując wzrokiem od
siostry do brata, od blondyna do blondynki i drżąc, trzęsąc się z każdym
wypowiadanym słowem. Szarpnął rękoma, próbując poluźnić choć odrobinę więzy. Na
próżno.
— Czekamy na
przybycie jego rodziców.
— Ale po co?
— Po to, żeby
ich zabić — parsknął śmiechem Fred, mierząc Damiena rozbawionym spojrzeniem. — Tchórze
już tak mają. Nie działają bezpośrednio. Robią zasadzki. Wyręczają się innymi.
Nic więcej.
Addie zerknęła
na Gryfona z przerażeniem, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co
się faktycznie działo.
Jednak zanim zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób, Fred
poczuł zaciskające się na jego szyi palce i został powalony na ziemię. Jego
własne nadgarstki wbijały mu się w plecy, dłonie napastnika miażdżyły jego
gardło, uniemożliwiając nabranie powietrza. Chłopak przyparł do niego całym
ciężarem ciała, wysysając z niego życie, zupełnie jak dementor wysysa szczęście
z niewinnych ofiar. Weasley odpływał. Oddalał się, odfruwał. Gwiazdy na niebie
wydały mu się bliższe, coś ciągnęło go w górę, nie widział już niczego i nagle…
nabrał powietrza.
Zaczął kaszleć,
próbując nałykać się tlenu na zapas. Ktoś przeciął sznur krępujący ruchy jego
rąk i nóg, i przewrócił go na plecy, dłońmi muskając posklejane włosy, poranioną
twarz. Gorące łzy skapnęły na jego buzię. Kompletnie oszołomiona Addie klęczała
nad nim, obok jej nóg leżała potężna gałąź, a kawałek dalej tymczasowo
nieruchome ciało jej brata.
— Zawsze
wiedziałem, że masz charakterek — mruknął ochryple, powoli podnosząc się z
ziemi.
Nie mieli
czasu. Chwycił dłoń Puchonki i próbując pobudzić do życia odrętwiałe kończyny,
zaczął maszerować przed siebie. Po krótkim czasie oboje przeszli do biegu.
Hallaway prowadziła go między drzewami. Z daleka zaczęły docierać do nich
odgłosy bitwy. Gałęzie raniły ich ręce, biły po nogach, blokowały przejście.
Gdzieniegdzie dało się słyszeć nawoływania Mrocznych skrytych w gęstwinach. Fred nigdy nie czuł się bardziej wolny.
Wypadli na
błonia, pakując się w sam środek walki. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać
centaurów. Gryfon nadal nie posiadał różdżki. Addie popchnęła go przed siebie i
trafiła zaklęciem jednego z oprawców. Pędzili dalej, nie mając pojęcia, gdzie powinni
się udać. Walczyć czy się chronić? Pomagać czy uciekać?
— FRED!
Chłopak
zatrzymał się gwałtownie, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu źródła
nawoływania. Ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się. Zabini.
— Widziałem Roxanne
na stadionie.
Bez większego namysłu ruszyli w stronę boiska
do Quidditcha. Pędzili, ile sił w nogach. Weasley czuł na karku oddech
upływającego czasu. Minęli kolejną grupę walczących i Freddie dostrzegł w
tłumie czuprynę któregoś z Potterów. Serce zabiło mu mocniej. Oby żyli. Oby wszyscy żyli.
Skręcili za
murami zamku i pognali przed siebie. Droga na stadion była już prosta. Od
wystających ponad tłumy ludzi quidditchowych bramek dzieliły ich już tylko
minuty biegu. I nagle niebo rozbłysło czerwienią.
Boisko stanęło
w ogniu. Fred stracił grunt pod nogami.
Przejechał twarzą po ziemi. Nałykał się brudnego piasku.
Krzyk wydobył
się z jego gardła, tłumiąc wszystkie odgłosy walki. Jego Roxanne. Jego mała siostrzyczka. Dwie pary rąk chwyciły go za
ramiona i podniosły do góry. Szarpał się. Wyrywał. Chciał pędzić w tamtą
stronę. Chciał ją znaleźć, upewnić się, że nic jej nie jest.
Trzymali go
zbyt mocno. Zbyt mocno, by mógł biec. Zbyt mocno, by mógł ją uratować. Ale jego
matki nie trzymał nikt. Angelina pędziła przed siebie, sprawnie wymijając tłumy
walczących. Zwinnie przeskakując nad ciałami poległych, z gracją manewrując
między ofiarami i oprawcami. Nie krzycząc w momencie upadku. Nie płacząc w
chwili przegranej. Nie poruszając się w sekundzie potknięcia.
Nie zauważając
lecącego w jej stronę zaklęcia.
Przewracając
się. Zasypiając. Tracąc przytomność.
To w tamtej
chwili Fred poczuł, że umiera.
Konkurs: III wojna
Ilość słów: Word mi pokazuje 3 499, ale on liczy też "gwiazdki". Więc w sumie to 3 490.
Dziękuję Cup za bycie super betą oraz Gregowi, Roxanne, Addie i ponownie Cup za użyczenie mi ich postaci <3
Kochajmy się wszyscy, hej!