Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Weasley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Weasley. Pokaż wszystkie posty

18 września 2017

Szatańska Pożoga


Fred Weasley II
absolwent | 17 kwietnia | krew czysta | były Gryfon | ścigający Strzał z Appleby 
łowca talentów w Hogwarcie | właściciel Ducha
Szatańska Pożoga - przybiera postać drapieżnych ognistych zwierząt, które palą wszystko, co napotkają na swojej drodze. Łatwo wymyka się spod kontroli.

Siedząc na trybunach, czujnym wzrokiem przeczesuje boisko, uważnie przyglądając się każdemu zawodnikowi. Nie podnosi się z miejsca, kiedy rozlega się dźwięk gwizdka. Nie wiwatuje w momencie, gdy kafel wzbija się w powietrze, a dzieciak z Hufflepuffu przechwytuje go w ułamku sekundy. Szybciej niż wydawałoby się to możliwe. Nie wydaje z siebie nawet westchnienia, gdy złoty znicz przelatuje mu tuż przed nosem, by za moment zniknąć wszystkim innym z pola widzenia. W połowie meczu pochyla się nad potężnym notesem z niebieską okładką i koślawym pismem kreśli jakiś szlaczek w zeszycie, który w założeniu ma wyglądać na czyjeś nazwisko. Po krótkim czasie wstaje, odwraca się tyłem do boiska i powoli zaczyna przeciskać się w stronę wyjścia. Nie reaguje, kiedy komentator przepełnionym emocjami głosem oznajmia zdobycie kolejnego punktu dla drużyny Gryffindoru. Nie obraca się, by zaszczycić graczy chociaż jednym dodatkowym spojrzeniem, mimo że wie, jak bardzo pragną, by zwrócił na nich uwagę. Na ten krótki jak mrugnięcie oka moment wszyscy zawieszają na nim wzrok. Gra toczy się dalej. On uśmiecha się pod nosem. W tym meczu jest tylko jeden zwycięzca.

Większość czasu spędza na błąkaniu się po zamku w poszukiwaniu szczęścia, które kilka miesięcy temu gdzieś posiał i do tej pory nie znalazł. Przy okazji wyszukuje coraz to nowe informacje o potencjalnych kandydatach do drużyny Strzał, co jakiś czas oferując niektórym z nich wspólny trening na hogwarckim boisku. Wieczorami sam rozbija się o murawę, udając, że nie widzi przyglądających mu się z zapałem pierwszaków i wianuszka dziewczyn ze starszych roczników, dokładnie ćwicząc wszystko, co przykazał mu trener, by kilka godzin później dla odstresowania zawitać na którejś z uczniowskich imprez - wcale nie tylko po to, by pilnować młodszej siostry. Szczeniacki pierwiastek jednak nie do końca zdążył z niego wyparować, a zapał do robienia głupich rzeczy wciąż nie wygasł, więc zdarza mu się od czasu do czasu wpaść w kłopoty z powodu  nocnego prowadzenia się z uczniami po okolicach Zakazanego Lasu. Uśmiecha się cały czas i tylko gdy nikt nie patrzy, wali pięścią w ścianę, w swoim prywatnym gabinecie tocząc bitwy z demonami przeszłości. Regularnie odwiedza Dowcipy Weasley’ów, żywiąc nadzieję, że właśnie tam odnajdzie radość po stracie matki. Ucieka przed problemami, godzinami przesiadując w niewielkim mieszkaniu na poddaszu sklepu, odnajdując tam swoje prywatne uzależnienie. Jedyne lekarstwo, które potrafi mu pomóc.

- Coś Ci podać, Freddie?
- Whisky. Whisky z lodem.
powiązania / dodatkowe
A tam jest fajna karta ->
___

Nie umiemy żyć bez Hogwartu jednak. Fajnie być tu znowu.
Faworyzujemy, bywamy bardzo leniwi i czasem trzeba się upominać o odpis.
A, lubimy też urlopy. Ale wątki piszemy raczej fajne.
Preferujemy skomplikowane powiązania. Zaskoczcie nas.
Wątki: Zabini / 3*
* limity można przesuwać
Kochamy wszystkich, gryziemy tylko trochę ♥
A. Buźkę sponsoruje Cameron Dallas.

8 lipca 2016

Szatańska Pożoga

Fred Weasley II

Absolwent
17 kwietnia
Krew czysta
Gryfon
Ścigający Strzał
Łowca talentów
Właściciel Ducha
* Klik! *
KRÓTKA BAJKA O ŻYCIU

Powiązania | Opowiadania - 1, 2, 3
____

Tak, ponownie przyszliśmy was dręczyć. (Znacie mnie lepiej niż ja sama.) Przyjmijcie nas ciepło!
Nie lubimy zaczynać. Kochamy wszystko, co zawiłe.
GG: 46650538 Buźka niby Cameron Dallas. Mistrzu Gry, chodź do nas.
Wątki: Zabini, Roxanne/ 3*
*limity są po to, by je przesuwać

1 listopada 2015

Be the man that gets them up on their feet


♫ Freddie Weasley II 
... and love me, yeah.
 Chaotycznie uporządkowany, niedoskonale perfekcyjny,
czarująco zuchwały. Chodzący oksymoron.
Ekstrawertyk od siedmiu boleści.

Chory na optymizm magnes na ludzi. Pułapka na czarownice z wmontowaną opcją 'umiem tańczyć i gotować, jak bardzo już mnie kochasz?'. Najlepszy towar na półkach Dowcipów Weasleyów. Uwaga! Promocja! W pakiecie dorzucamy wiecznie nieułożone włosy i czarujący uśmiech. Zniżka na dodatkowe bonusy (takie jak: ogromne ambicje, cieplutka posada ścigającego w domowej drużynie czy też nadmierne troszczenie się o młodszą siostrzyczkę) dotyczy TYLKO I WYŁĄCZNIE uczniów i uczennic Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, którzy posiadają aktualne zaświadczenie o pełnionym przez nich obowiązku kształcenia się [zgodnie z nowo wprowadzoną ustawą - sprawdź sam! Dziennik ustaw nr 54 928]. Dla pozostałych zainteresowanych oferta w pakiecie standardowym, obejmującym czynności podstawowe, tj. pranie, sprzątanie, rzucanie prostych zaklęć werbalnych. Nie zwlekaj z zakupem! Zamów w przedsprzedaży już dziś, a otrzymasz od nas aż 23% zniżki na kolejny produkt!

...żartuję. Fred chciał tylko zwrócić na siebie uwagę.
Nie będzie żadnej zniżki.
Fred. 
Znajomy wszystkich. Czasem dobry kolega, innym razem prawie przyjaciel. Wiecznie uśmiechnięty, zawsze wyspany, tryskający energią, poprawiający humor. Angażujący się w każdą konwersację, odpowiadający na wszystkie głupie i niegłupie pytania, potrafiący przytulić, gdy zauważy, że akurat jesteś smutny. Kochana duszyczka. Taka pocieszna, urocza, słodka, ułożona...
Weasley.
Kretyn, jakich na tej planecie mało. Miłośnik Ognistej Whisky Ogdena. Król imprez, zwolennik tańczenia na stole i przypadkowego tłuczenia wszystkiego, co akurat znajdzie się na jego drodze. Zadziorny, zaczepialski prowokator. Zakochany w mieszkańcach Domu Węża podrywacz, cwaniaczek i krętacz. Księżniczka Gryffindoru. Zwodnik...
Freddie.
Do rany przyłóż, ale nie za mocno. Najlepszy przyjaciel. Z rozgadanego dowcipnisia w sekundę lub dwie potrafiący zmienić się w troskliwego braciszka. Wewnętrznie rozbity, choć nadal uśmiecha się tak samo często. Traktowany jak klon wujka. To mój bliźniak zmarł czy Twój, tato? Goniący nieznane nikomu marzenia, dążący do niewyznaczonych jeszcze celów. Panicznie bojący się sów. Zlękniony obrońca najbardziej bezbronnych. Pragnący być najlepszym we wszystkim, chociaż sam do końca nie ma pojęcia czemu...
Fredziak.
Zakochany... Ale o tym nie ma co gadać.

• 17 kwietnia •
• Gryffindor • Rok VII • Ścigający •
• Klub pojedynków • Koło transmutacji •
• Bogin wieczną tajemnicą • Patronus nadal nieznany •

It's been a long day, without you my friend...
And I'll tell you all about it, when I see you again...
* * *
To chyba moja czwarta czy piąta karta we 'fredowej karierze' na tym blogu, ale jak zmieniam wizerunek, to zmieniam również i całość. Zaczynamy od nowa. Bierzemy najlepsze wącisze. Jeśli ktoś ze starych powiązań chciałby kontynuować relację, proszę pisać, macie pierwszeństwo <3 Nałożyłam sobie limit, mam nadzieję, że się go będę trzymać. [Ta, wcale nie]. Odpisuję różnie. Czasem hurtowo, czasem pojedynczo, czasem nieregularnie, ale kocham was wszystkich.
Więc tulcie Fredzia, ile wlezie. Ładnie proszę, potrzebuje miłości.
GG: 46650538
Buźka: Rory Torrens, w tytuleThe 1975, cytat na końcu Wiz Khalifa.
Wątki 3*/5: Christopher Zabini, Avalon Moore, Roxanne Weasley
Mistrzu Gry, witamy c;
Back.
* przez ograniczenie czasowe musiałam zredukować liczbę osób do minimum, przepraszam wszystkich, z którymi wątków z tego powodu już nie prowadzę

25 października 2015

To w tamtej chwili Fred poczuł, że umiera

Nie wiem czy powinnam dodać, że są brutalne sceny, ale tak mi pusto przed tekstem xD 
Więc w sumie to 16+, ale ogólnie, to nie jest źle. Chyba.
Enjoy!

Roześmiał się perliście, ostrożnie opierając o balustradę. Dźwięczny głos poniósł się echem po okolicy, odbijając radośnie od kamiennej konstrukcji i pieszcząc ich różowe od mrozu uszy, by ostatecznie zakończyć swoją wędrówkę na dnie rozciągającej się pod nimi przepaści. Było zimno. Wiatr chłostał jego policzki i wprawiał zmarznięte ciało w drżenie. Fred nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd wyszli z Wielkiej Sali na wiadukt, ale na otwartej przestrzeni zdecydowanie dotkliwiej dało się odczuć nagły spadek temperatury.
Jego śmiech ponownie rozluźnił atmosferę. Zabini stał obok, zginając się w pół i niemalże tuląc do siebie Samotnego Gargulca. Radosny nastrój nie opuszczał ich od momentu, kiedy się tego wieczoru spotkali. Weasleyowi aż ciężko było uwierzyć, że zaledwie w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy zdołała wytworzyć się między nimi tak gruba nić porozumienia. Tyle lat mijał go na korytarzu, naśmiewał z jego celności po wygranych meczach Quidditcha i olewał na wspólnych zajęciach, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak wiele rzeczy ich łączy. Lubił go. Tak po prostu. Jego obecność dodawała mu jakiejś dziwnej otuchy, sprawiała, że potrafił się rozluźnić i spojrzeć na wszystko od trochę jaśniejszej strony. W tamtej chwili była mu bardziej niż potrzebna.
Odchylił głowę do tyłu i wziął głęboki wdech, próbując okiełznać kolejną nadchodzącą salwę śmiechu. Powietrze wypuszczone z płuc zamieniło się w kłębek pary, po czym ulotniło, rozpływając w gęstniejącym mroku nocy. Chris roześmiał się po raz ostatni i przeczesał włosy palcami, odwracając się powoli w jego stronę. Na jego twarzy gościł promienny uśmiech.
— Jestem Ci potwornie wdzięczny, że mnie stamtąd wyciągnąłeś.
Fred zerknął na niego kątem oka, mimowolnie unosząc kąciki ust w górę. Szata wyjściowa plątała się między nogami Zabiniego szarpana niespokojnymi porywami wiatru. Jego włosy były rozczochrane, ale reszta prezentowała się nienagannie. Zupełnie jak na arystokratę przystało.
— Przyjemność po mojej stronie — odparł cicho, wzdychając i ponownie zwracając twarz w stronę otchłani. — Twoi rodzice nie będą źli, że wyszedłeś?
— Nie sądzę... chyba, że dowiedzą się, że wyszedłem z Tobą — mruknął, szczelniej opatulając się zielono-srebrnym szalikiem z godłem Slytherinu. — Nie wiem, jak zareagowałaby moja mama. Jest dość drażliwa na punkcie Gryfonów.
Weasley pokiwał ze zrozumieniem głową, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt gdzieś przed sobą. Głęboki wąwóz ciągnął się przez prawie całą długość wiaduktu. Mrok pochłaniał wystające ze szczeliny ostre wierzchołki skał, nadając temu miejscu jeszcze groźniejszego wyglądu. Z oddali dochodziły stłumione krzyki imprezowiczów, śmiechy, nawoływania i piski. Odgłos dudniącej muzyki niknął w ciężkim powietrzu i rozpadał się do postaci mgły. Gdzieś tam, na dole, w zamku trwało najhuczniejsze przyjęcie, o jakim czarodziejski świat kiedykolwiek słyszał. A oni siedzieli na starym moście, wsłuchując się w nocną ciszę, jakby nie mieli nic ciekawszego do roboty.
Z zamyślenia wyrwał go cichutki brzęk szkła. Zauważył, że Chris nieznacznie przysunął się do niego, machając na boki niewielkich rozmiarów buteleczką wypełnioną po brzegi brązowo-czerwonym płynem. Sherry. Weasley uniósł brwi, niedowierzając i z trudem maskując wkradający mu się na twarz wyraz zadowolenia.
— Jesteś głupi. Nie powinieneś mnie tak rozpieszczać.
— Przyjemność po mojej stronie — odparł ten żartobliwie, jednym ruchem nadgarstka otwierając trunek i delikatnie zaciągając się ulatniającym z butelki aromatem. — Chcesz troszkę?
Chciał. Przyjemne ciepło rozeszło się po jego ciele, sprawiając, że rumieńce na policzkach nabrały głębszych odcieni czerwieni. Uśmiechnął się radośnie, czując spływający po gardle płyn. Rozkoszne dreszcze przeszyły go na wskroś, stopniowo zalewając jego twarz, barki, plecy, nogi. Nawet pomost zdawał się drżeć razem z nim. Kilka malutkich kamyczków poturlało się po murze, stukając wesoło o popękaną posadzkę.
— Twoja kolej, mistrzu!
Ale mistrz się nie odezwał. Stał nieruchomo. Wpatrywał się z podejrzliwością w przepaść, jakby zauważył coś niepokojącego. Ściągnął brwi, bezskutecznie próbując dostrzec cokolwiek w nieprzeniknionej ciemności.
— Słyszysz?
Cisza. Małe, skaliste odłamki nadal toczyły się po balustradzie, by zaraz, jakby w odruchu samobójczym, rzucić się w głąb otchłani. I nadal cisza. Tylko nienaturalne pulsowanie ziemi przemieszane z niespokojnymi oddechami. I wrzask. Taki przerażony, bezbronny. Rozdzierający serce.
— UCIEKAJCIE! ONI NADCHODZĄ!
I nagle wszystko eksplodowało.

* * *

Ucho Samotnego Gargulca przeleciało nad głową Weasleya, muskając ostrą krawędzią końcówki jego włosów. Zaklęcia latały na wszystkie strony, uderzając w balustrady i naruszając niestabilną konstrukcję wiaduktu. Oddech rzęził mu w płucach, pot moczył czoło, kurz i pył oblepiały szatę. Zabini biegł do środka.
Wszystko gwałtownie ożyło, wybuchając kaskadą dźwięków, barw i rozbłysków. Odłamki kamieni raniły tłum ludzi, który nagle znalazł się na pomoście. Fred pędził w kierunku zamku, odpychając od siebie spanikowanych uczniów i gości, którzy chcieli tą drogą wydostać się z Hogwartu. Czyjeś zaklęcie śmignęło nad jego uchem, zmuszając do szybszego maratonu. Wpadł do szkoły, ślizgając się na mokrej posadzce i w ostatniej chwili unikając zderzenia z przedpotopową zbroją. Cała podłoga zalana była wodą. Drzwi pobliskiej toalety były otwarte, a delikatnie różowa ciecz płynęła po kafelkach, torując sobie drogę do komnaty obok. Weasley pognał przed siebie, bojąc się myśleć, co mógłby zastać w zniszczonej łazience. Dopadł schodów i skrył się za filarem, próbując złapać oddech.
Na dole rozpętało się piekło.
Huk następnych eksplozji rozchodził się echem po zamku. Ziemia się trzęsła, wszędzie słychać było płacz i krzyk. Rozpaczliwe nawoływania niknęły w bezliku wrzasków, postacie w czarnych szatach atakowały bezbronnych ludzi, przyciskały ich do murów, chwytały, krzywdziły, zabijały. Podłoga zasiana była ciałami poległych. Nieliczni stali pośród tego chaosu, próbując się wybronić, pokonać własnych oprawców. Nigdzie nie było widać żadnej znajomej osoby. Zabini zniknął z pola widzenia. Fredowi zaczynało kręcić się w głowie.
Osunął się na podłogę, próbując się uspokoić. Z miejsca, w którym się znajdował, doskonale widział toczące się dookoła pojedynki. Filar chronił go przed wzrokiem niepożądanych osób, ale nie odgradzał od tragicznych wizji i dźwięków. Ból uciskał mu czaszkę. Serce waliło jak opętane. Jego umysł plątał fakty, mieszał zdarzenia, sprawiał, że myśli pędziły w nieodpowiednim kierunku. Zderzył się z falą wspomnień i lęków. Zacisnął pięści, przygryzając jednocześnie kostki swoich palców. Tak umarł Fred Weasley. Tak umrze Fred Weasley. Jego powieki zaczęły drżeć, płuca ścisnęły się jakby związane łańcuchem. Zapomniał, jak się oddycha. Przeraźliwy strach kompletnie związał mu ręce i z pewnością zabiłby go na miejscu, gdyby nie jedna myśl, której się w tamtej chwili uczepił i która cudem wyciągnęła go na powierzchnię świadomości. Roxanne. Gdzie jest Roxanne?
Jak oparzony w jednej sekundzie poderwał się z podłogi i nerwowo zaczął rozglądać się na boki. Jego kłykcie pobielały. Szalone spojrzenie śmigało od jednej ściany do drugiej, od komnaty po zalaną łazienkę. Z trudem mógł poskładać myśli. Wyciągnął różdżkę z kieszeni szaty i  naładowany  nieznaną dotąd energią wypadł zza kolumny, szybkim tempem zbiegając po schodach w dół, w stronę Wielkiej Sali. Nie miał pojęcia, gdzie znajdowali się jego rodzice. Musiał ich znaleźć. Chciał im pomóc. Chciał ich chronić. Jego własne zdrowie i życie nie miało już w tamtej chwili żadnego znaczenia.
Wyminął gromadkę walczących i wpadł do Sali Wejściowej, skupionym spojrzeniem przeczesując okolicę. Coraz więcej ludzi brało udział w bitwie. Czarodzieje łączyli się w grupki i osaczali Mrocznych. Fred ruszył przed siebie energicznym krokiem. Biegł, właściwie nie wiedząc dokąd zmierza. Unikał klątw, wspomagał niedobitków. Dopiero mocne szarpnięcie za łokieć wyrwało go z tego transu. Instynktownie wyciągnął różdżkę, celując jej koniuszkiem w szyję napastnika.
— Skończysz się w końcu bawić w Supermana i ruszysz tyłek, żeby naprawdę nam pomóc?!
Weasley nigdy nie sądził, że kiedykolwiek tak bardzo ucieszy się na widok swojego „wroga”.
— Jesteś pełnoletni czy nie?! — warknął Cavendish, odtrącając wymierzoną w jego stronę dłoń i posyłając Gryfonowi zirytowane spojrzenie.
Fred pokiwał energicznie głową, wciąż nie wierząc w swoją radość z powodu spotkania prefekta naczelnego.
— Granica Zakazanego Lasu. Potrzebują wsparcia. Tylko spinaj to porcelanowe dupsko, laleczko. W przeciwnym wypadku osobiście dopilnuję, żeby nie wyszło z tej bitwy w jednym kawałku. Rozumiemy się?
— Tak jest!
— Do roboty.

* * *

Moment lotu był o wiele gorszy od samego uderzenia w lodowatą taflę wody. Gryfon nie miał możliwości rzucenia zaklęcia. Ułamki sekund dzieliły go od śmierci z rąk Mrocznego i stratowania przez wrogo nastawionego centaura. Oczyma wyobraźni widział swój koniec. Nie potrafił powstrzymać nowo powracających wizji. A potem wszystko się rozprysło.
Woda wtargnęła do jego nozdrzy i ust, blokując mu każdy możliwy sposób na zaczerpnięcie tchu. Otchłań jeziora pochłaniała go. Głębiny były niczym czarna dziura. Fred czuł na sobie spojrzenia istot skrytych w nieprzeniknionych odmętach. Coś ciągnęło go w dół, krępowało jego ruchy, ale nie był pewien czy to tylko jego wyobraźnia, czy potężne macki obejmują go naprawdę. Nie miał różdżki. Brakowało mu tlenu. Powieki niebezpiecznie zaczynały mu ciążyć, a on pomału gubił orientację, nie mogąc rozróżnić dna od powierzchni. Musiał wziąć się w garść. Resztkami sił wypuścił odrobinę powietrza z płuc, obserwując kierunek oddalania się bąbelków. Poruszył nogami, sprawdzając, czy w rzeczywistości nie są niczym spętane. Odgonił ponure wizje i zaczął płynąć za oddalającymi się, okrągłymi bańkami.
Na granicy wody z powietrzem, po raz ostatni machnął rękoma i wynurzył się, kaszląc głośno, krztusząc się i parskając. Gwiazdy lśniły wyraziście. Niebo było jasne - co jakiś czas rozbłyskało nierównomiernie wszelkimi kolorami świateł. Przez moment Fred tak zafascynował się tym widokiem, iż kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje. Przypomniały mu się Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Przypomniała mu się jego mama. Gdzie ona teraz była?
Nad jego twarzą niemalże znikąd pojawiła się dłoń. Sine palce zacisnęły się na jego włosach i szarpnęły go z całej siły, utrzymując jego głowę nad powierzchnią. Weasley wrzasnął, rękoma próbując odepchnąć napastnika. Zbyt osłabiony organizm niestety nie miał siły walczyć z oprawcą. Zanim Gryfon stracił przytomność, ujrzał jeszcze nad sobą twarz Mrocznego. Jego śmiech przeciął powietrze, elektryzując dzielącą ich przestrzeń. Napawając siedemnastolatka ponownym przerażeniem.
— Zgubiłeś coś, misiaczku? — mruknął napastnik, machając różdżką Freda tuż nad jego nosem.
Zaśmiał się raz jeszcze. Uniósł dłoń i uderzył go w twarz, w taki sposób, że jego głowa znów znalazła się pod powierzchnią wody. Chłopak zaczął tonąć.
— Hallaway! Przestań się bawić, zgarniaj dzieciaka i idziemy!
Przez twarz mężczyzny przebiegł cień gniewu. Westchnął. Schylił się, mamrocząc coś pod nosem, chwycił Freda za ramiona i jednym szybkim szarpnięciem wyciągnął go na brzeg jeziora. Spętał jego nadgarstki i zaczął ciągnąć go po ziemi w stronę Zakazanego Lasu. Kamyki wbijały się w plecy Weasleya, raniąc jego łopatki. Odgłosy walki stopniowo cichły. Powietrze stawało się chłodne, orzeźwiające. Niebo rozbłysło na zielono, a z chmur zaczął padać deszcz. Jego krople spływały po fredowej twarzy, zmywając z niej resztki brudu, których nie zdołało się pozbyć jezioro. I łzy. Zmywały również łzy.

* * *

— Dlaczego nie możemy się z nim po prostu rozprawić? Szczeniak za dużo widział.
— Jest nieprzytomny. Nie widział praktycznie nic, idioto. Poza tym doskonale znasz regułę. Musimy utrzymać go przy życiu, dopóki jego rodzice nie postanowią się tu po niego zjawić.
— Wtedy go zabijemy?
Drugi rozmówca uśmiechnął się.
— Wtedy będziesz mógł nawet zrobić sobie z niego kolację.
— … pysznie.
Chłód wżerał się w jego ciało, wprawiając je w niekontrolowane, spazmatyczne drżenie. Fred nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, ani ile czasu spędził, leżąc bez przytomności twarzą w brudnej ziemi. Rany na plecach paliły go żywym ogniem. Ręce i nogi miał skrępowane, na głowę luźno zarzucono mu worek. Albo oprawcy nie mieli wprawy w trzymaniu jeńców, albo wcale nie zależało im na tym, by Weasley nie dojrzał ich twarzy czy miejsca pobytu. Z pewnością zakładali, że jest niegroźny, nieszkodliwy, na tyle rozsądny, że nie postanowi nagle rzucić się w pojedynkę na grupę uzbrojonych czarodziei z nadzieją, że uda mu się wyswobodzić. I mieli rację. Nie zrobiłby tego ot tak. Takie działanie potrzebowało czasu i dokładnego planu.
Co chwila ktoś przychodził go doglądać. Barbarzyńcy szturchali go butem jak brudnego śmiecia, czasami kopali, by sprawdzić czy wywoła to u niego jakąkolwiek reakcję. Nic. Gryfon kulił się w sobie, zaciskał zęby lub przygryzał wargi aż do krwi, byle tylko nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie był gotowy na rozmowę. Nie był gotowy, by stawić czoła temu, co miało nadejść. A Mroczni zaczynali się niecierpliwić.
Po dłuższym czasie spędzonym na leżeniu bez ruchu, zaczął drętwieć. Ból stał się dokuczliwy. Chłopak czuł każdy patyk i każdą pojedynczą szyszkę wbijającą się w jego ciało. Wziął głęboki oddech, próbując się opanować, ale cichy jęk niekontrolowanie wydobył się z jego ust, na chwilę mrożąc krew w żyłach.
— Patrzcie, nasza Królewna się budzi.
Szelest liści i trzask gałązek uświadomił go, że czas jego odpoczynku dobiegł końca. Nim zdążył przygotować się na najgorsze, poczuł, jak potężne dłonie zaciskają się wokół jego ramion i mocno podrywają go do góry tak, by znalazł się w pozycji siedzącej. Nie musiał już udawać. Krzyknął, jak głośno tylko potrafił i wygiął całe ciało w tył w odruchu obronnym. Worek spadł na ziemię. Okolica spowita była prawie całkowitym mrokiem - nieopodal na niewielkiej polanie paliło się ognisko. Byli w lesie. W Zakazanym Lesie. W miejscu, do którego nie docierały odgłosy bitwy. A może już było po wszystkim?
Ktoś szarpnął go za włosy, odciągając głowę tak, by spojrzał w górę. Jego oprawca był o wiele wyższy i znacznie bardziej umięśniony od Mrocznego, który przedtem wyławiał go z jeziora. Bezceremonialnie splunął mu w twarz i roześmiał się, przecinając powietrze ostrym, szyderczym, nieco świńskim rechotem. Odchrząknął po chwili, kopiąc Freda w plecy i tym samym popychając go na drzewo. Weasley osunął się na ziemię.
— Czego się obijasz?! Wstawaj, powiedziałem!
Kolejne szarpnięcie poderwało go na nogi. Kolana miał jak z waty. Skrępowane ręce zwisały bezwładnie za jego plecami, niezdolne do podjęcia jakiejkolwiek aktywności obronnej. Włosy posklejane od brudu i potu opadły mu na twarz, przesłaniając pole widzenia. Nagle ponownie zobaczył gwiazdy przed oczami i chwiejnie zatoczył się w tył. Jego nos pulsował niebezpiecznie, jakby miał za chwilę eksplodować. Krew ściekła po jego wargach i skapnęła na upapraną, podartą szatę wyjściową. Weasley uniósł wzrok i rzucił Mrocznemu nienawistne spojrzenie.
— Księżniczka płacze? Złamała sobie paznokieć? — mężczyzna oblizał górną wargę, patrząc na Freda z dziwną, zwierzęcą rządzą w oku. — Ciesz się, że on kazał Cię oszczędzać. Inaczej już zwijałbyś się z bólu na ziemi, płacząc o litość. Cruciatus tak ładnie podziałałby na Twoje kruchutkie ciałko… mmm. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu to zobaczę.
Uśmiechnął się, odsłaniając rząd równych zębów. Jego twarz z jakiegoś powodu wydała się Fredowi znajoma. Otarł nos o ramię i przyjrzał się uważniej napastnikowi. Głębokie, wyraziste bruzdy znaczyły jego lewy policzek. Dzikie spojrzenie błądziło niespokojnie od jednego z drzew do Weasleya i z powrotem, jakby spodziewał się, że cały czas ktoś go obserwuje. No tak. Więźniowie z Azkabanu musieli przywyknąć do takiego trybu życia. Wiecznie pod kontrolą. Wiecznie pod czyjąś władzą. Wiecznie osaczeni.
Zza pobliskich drzew dotarł do nich szept czyjejś rozmowy. Strzępki słów dolatywały do ich uszu, stopniowo formując się w zdania. Mroczny skrzywił się i przewrócił oczami, jakby rozpoznawał głosy nadchodzących osób. Po raz ostatni zerknął łakomie na Weasleya, po czym westchnął, popychając go z powrotem na ziemię. Gryfon jęknął.
— O wilku mowa.
W kręgu światła na polanie pojawiły się dwie postaci. Jedna dość wysoka, dobrze zbudowana, z kapturem osuwającym się na czoło, widocznie górowała nad drugą - mniejszą, drobniejszą. Niższy osobnik trząsł się, stojąc obok zakapturzonej postaci i szeptał coś cicho, niepewnie wyciągając dłoń w kierunku, z którego przyszli.
— Nie interesuje mnie, ilu poległo — warknął w odpowiedzi mężczyzna, nerwowo zaciskając pięści. — Masz jakoś przekonać centaury do powrotu na pole bitwy. Nie bez powodu zgodziły się nas wesprzeć, a jeśli chcą odzyskać to, co im się rzekomo należy, muszą najpierw spełnić swoją powinność wobec Hectora. Dokładnie to masz im przekazać… ach i jeszcze jedno. Powiedz mojej siostrze, by stawiła się tu jak najszybciej.
Westchnął zirytowany i kopnął kawałek drewna, który wysunął się ze stosu czekającego na dołożenie do ognia.
— Damien! Rusz się! Zanim tu dotrzesz, Twoja Rybka zdąży już wyschnąć do reszty.
Mężczyzna odwrócił się w ich stronę. Serce Weasleya stanęło. Świat zawirował. Wiadomości uderzyły w niego ze zdwojoną siłą. Wszystko straciło sens.
Przed nim stał Damien. Damien Hallaway. Brat jego najlepszej przyjaciółki. Mężczyzna, o którym nasłuchał się tylu wspaniałych rzeczy. Człowiek, z którym zdarzało mu się jadać w dzieciństwie obiady przy jednym stole. Którego lubił. Którego podziwiał. Stał tam. Patrzył w jego stronę. I uśmiechał się. Uśmiechał się z zadowoleniem.
Powiedz mojej siostrze, by stawiła się tu jak najszybciej.
To zdecydowanie musiał być jakiś żart. Ktoś go wrabiał. Nie było innej możliwości - przecież cała ta sytuacja była kompletnie absurdalna. Addie… Jego Addie. Jej brat. Nic nie trzymało się kupy.
— Witaj, Freddie.
Gryfon poczuł jak balowe jedzenie powoli podchodzi mu do gardła. Damien ściągnął kaptur i zaczął kierować się w jego stronę. Szedł powoli, zupełnie jakby napawał się jego strachem i przerażeniem, jakby cieszył go widok Weasleya czołgającego się w przerażeniu po ziemi.
— Tak dawno się nie widzieliśmy, a Ty nawet nie raczysz się przywitać. No popatrz. Gdzie się podziały Twoje maniery, co? Gdzie Twój uśmiech? Z nim zawsze było Ci tak bardzo do twarzy… oj, jaka szkoda. Tak bardzo szkoda widzieć Cię w takim stanie. Zrobiłeś sobie kuku w nosek? Nieładnie to wygląda…
Chwycił go za poły podartej szaty i końcówką różdżki przesunął po jego policzku.
— Powiedz „dzień dobry”. Bądź grzecznym chłopcem — szepnął.
— Damien!
Z cienia nieopodal wyłoniła się drobna postać. Biegła szybko, jej włosy podskakiwały niespokojnie w rytm energicznie stawianych kroków. Oczy Freda niekontrolowanie zaszły łzami.
— Addie.
Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie wypowiedział ani jednego słowa, od kiedy się przebudził. Jej imię zabrzmiało w jego ustach boleśnie, niczym prośba, ciche błaganie umierającego. Starszy Hallaway widząc to, zaśmiał się serdecznie i wyprostował, puszczając go. Bez namysłu odwrócił się w stronę siostry, rozkładając ręce, by pochwycić dziewczynę i zamknąć ją w szczelnym, braterskim uścisku.
— Powiedzieli mi, że Cię tu znajdę… Powiedzieli, tak się bałam, nawet sobie nie wyobrażasz! — zwolniła kroku, omiatając niespokojnym spojrzeniem okolicę, zatrzymując się dosłownie kilka stóp przed zakapturzonym chłopakiem i trafiając wzrokiem na spętanego Gryfona. Nie wpadła bratu w ramiona. Zamarła. —Damien, co się dzieje…? Dlaczego on jest związany?
Mroczny skrzywił się, poprawiając czarną szatę i patrząc na siostrę wymownie. Oprawca, który wcześniej pilnował Freda ulotnił się, a Weasley nawet nie zauważył kiedy. Wpatrywał się w tę niepokojącą scenę z zapartym tchem, wędrując wzrokiem od siostry do brata, od blondyna do blondynki i drżąc, trzęsąc się z każdym wypowiadanym słowem. Szarpnął rękoma, próbując poluźnić choć odrobinę więzy. Na próżno.
— Czekamy na przybycie jego rodziców.
— Ale po co?
— Po to, żeby ich zabić — parsknął śmiechem Fred, mierząc Damiena rozbawionym spojrzeniem. — Tchórze już tak mają. Nie działają bezpośrednio. Robią zasadzki. Wyręczają się innymi. Nic więcej.
Addie zerknęła na Gryfona z przerażeniem, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co się faktycznie działo.
Jednak zanim zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób, Fred poczuł zaciskające się na jego szyi palce i został powalony na ziemię. Jego własne nadgarstki wbijały mu się w plecy, dłonie napastnika miażdżyły jego gardło, uniemożliwiając nabranie powietrza. Chłopak przyparł do niego całym ciężarem ciała, wysysając z niego życie, zupełnie jak dementor wysysa szczęście z niewinnych ofiar. Weasley odpływał. Oddalał się, odfruwał. Gwiazdy na niebie wydały mu się bliższe, coś ciągnęło go w górę, nie widział już niczego i nagle… nabrał powietrza.
Zaczął kaszleć, próbując nałykać się tlenu na zapas. Ktoś przeciął sznur krępujący ruchy jego rąk i nóg, i przewrócił go na plecy, dłońmi muskając posklejane włosy, poranioną twarz. Gorące łzy skapnęły na jego buzię. Kompletnie oszołomiona Addie klęczała nad nim, obok jej nóg leżała potężna gałąź, a kawałek dalej tymczasowo nieruchome ciało jej brata.
— Zawsze wiedziałem, że masz charakterek — mruknął ochryple, powoli podnosząc się z ziemi.
Nie mieli czasu. Chwycił dłoń Puchonki i próbując pobudzić do życia odrętwiałe kończyny, zaczął maszerować przed siebie. Po krótkim czasie oboje przeszli do biegu. Hallaway prowadziła go między drzewami. Z daleka zaczęły docierać do nich odgłosy bitwy. Gałęzie raniły ich ręce, biły po nogach, blokowały przejście. Gdzieniegdzie dało się słyszeć nawoływania Mrocznych skrytych w gęstwinach. Fred nigdy nie czuł się bardziej wolny.
Wypadli na błonia, pakując się w sam środek walki. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było widać centaurów. Gryfon nadal nie posiadał różdżki. Addie popchnęła go przed siebie i trafiła zaklęciem jednego z oprawców. Pędzili dalej, nie mając pojęcia, gdzie powinni się udać. Walczyć czy się chronić? Pomagać czy uciekać?
— FRED!
Chłopak zatrzymał się gwałtownie, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu źródła nawoływania. Ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się. Zabini.
— Widziałem Roxanne na stadionie.
 Bez większego namysłu ruszyli w stronę boiska do Quidditcha. Pędzili, ile sił w nogach. Weasley czuł na karku oddech upływającego czasu. Minęli kolejną grupę walczących i Freddie dostrzegł w tłumie czuprynę któregoś z Potterów. Serce zabiło mu mocniej. Oby żyli. Oby wszyscy żyli.
Skręcili za murami zamku i pognali przed siebie. Droga na stadion była już prosta. Od wystających ponad tłumy ludzi quidditchowych bramek dzieliły ich już tylko minuty biegu. I nagle niebo rozbłysło czerwienią.
Boisko stanęło w ogniu. Fred stracił grunt pod nogami.  Przejechał twarzą po ziemi. Nałykał się brudnego piasku.
Krzyk wydobył się z jego gardła, tłumiąc wszystkie odgłosy walki. Jego Roxanne. Jego mała siostrzyczka. Dwie pary rąk chwyciły go za ramiona i podniosły do góry. Szarpał się. Wyrywał. Chciał pędzić w tamtą stronę. Chciał ją znaleźć, upewnić się, że nic jej nie jest.
Trzymali go zbyt mocno. Zbyt mocno, by mógł biec. Zbyt mocno, by mógł ją uratować. Ale jego matki nie trzymał nikt. Angelina pędziła przed siebie, sprawnie wymijając tłumy walczących. Zwinnie przeskakując nad ciałami poległych, z gracją manewrując między ofiarami i oprawcami. Nie krzycząc w momencie upadku. Nie płacząc w chwili przegranej. Nie poruszając się w sekundzie potknięcia.
Nie zauważając lecącego w jej stronę zaklęcia.
Przewracając się. Zasypiając. Tracąc przytomność.



To w tamtej chwili Fred poczuł, że umiera. 


Konkurs: III wojna
Ilość słów: Word mi pokazuje 3 499, ale on liczy też "gwiazdki". Więc w sumie to 3 490.
Dziękuję Cup za bycie super betą oraz Gregowi, Roxanne, Addie i ponownie Cup za użyczenie mi ich postaci <3

Kochajmy się wszyscy, hej! 

26 kwietnia 2015

See heaven's got a plan for you...

Freddie Weasley II
~ VII klasa, Gryffindor, 17.04, Ścigający ~
~ Klub pojedynków i transmutacji ~
TELL ME NOW DID I GET YOUR ATTENTION?
P R E S J A. 
W ciągu siedemnastu lat doskonale opanował sztukę maskowania prawdziwych pragnień i z dumą przyjął przypisaną mu rolę niedoskonale doskonałego Gryfona, zgodnie z oczekiwaniami rodzinki.
HOLD BACK THE RIVER, LET ME LOOK IN YOUR EYES
U R O K.
Typowy Weasley z czarującym uśmiechem. Bez rudych włosów. Ze słabością do Ślizgonów. Czarujący cwaniaczek. Znakomity tancerz. Pewny siebie podrywacz. Ideał dla zakochujących się w spojrzeniu czarownic. 
THINK I CAN FLY, THINK I CAN FLY WHEN I'M WITH U
 P R A G N I E N I A.
Z przyjemnością zatraca się w ognistej whisky. Słynie z tego, że zapraszają go wszędzie i zawsze. Bywa uległy, zawsze króluje na parkiecie, a w torbie przemyca arsenał różnokolorowych butelek. Taka księżniczka Gryffindoru.
ANXIOUS AND BARELY BREATHING
S T R A C H.
W pakiecie ze szczęściem do pakowania się w kłopoty otrzymał lęk przed sowami, paraliżujący strach o młodszą siostrzyczkę i obawy, że nigdy w życiu nie dokona niczego, czym zdoła się wyróżnić z tłumu Weasleyów. Bogina nie ujawnia nikomu, a patronusem nie lubi się chwalić.  Bo niby po co.
DON'T YOU WORRY, DON'T YOU WORRY CHILD
R O D Z I N A. 

 There was a time, I used to look into my father's eyes
In a happy home, I was a king I had a golden throne
Those days are gone, now the memories on the wall
I hear the sounds from the places where I was born.

Upon the hill, across the blue lake,
That's where I had my first heart break
I still remember how it all changed
My father said

Don't you worry
Don't you worry, child.
See heaven's got a plan for you.

STARA KARTA | POWIĄZANIA

* * *
Im dziwniej, tym ciekawiej.
Wolimy wymyślać, nie lubimy zaczynać.
Odpisujemy albo bardzo szybko, albo bardzo długo.
Bywa, że faworyzujemy.
GG: 46650538 Mail: abyss.of.imagination@gmail.com
Victor Norlander, Swedish House Mafia, Olly Murs, James Bay, Galantis, Our Last Night.
P.S. Pewna natrętna osóbka napisała takie fajne opowiadanie z udziałem pana powyżej. O tu.

21 lutego 2015

Idealizm to tylko mgła złudzeń

W myślach jestem aniołem,
mam aureolę i skrzydła
unoszę się; spadam wpadając w sidła
jestem upadłym; palę się - płonę, jestem popiołem

* * *
When I wake up, I’m afraid somebody else might take my place…

Boi się. Cieni. Sów. Demonów. Być sobą. Być smutnym, być zastąpionym. I niezastąpionym. Spaść z miotły, być samotny i przewrotny. Ulotny. Boi się kraść, boi się kłamać, boi się zawieść, boi się złamać. Boi się wiedzieć, ale też nie wiedzieć, boi się spać, boi się kochać, boi się płakać, boi się szlochać. Boi się życia, za szybko się kręci. Boi się siebie. I boi się śmierci.

Keep on dreaming, don’t stop breathing, fight those demons…

Lecz żyje. I się uśmiecha. Przeczesuje włosy, patrzy kątem oka, zagryza wargę… Parska śmiechem, głośnym echem, jest legendą, tworzy sztukę. Jest historią, tworzy życie. Nie umiera. Stop. Kamera. Na ekranie, znów na planie, na językach wszystkich wokół. Jego życie to protokół. Jednolite. Monotonne. Troll na teście, whiskey w mieście i do przodu. I do tyłu. Dookoła. Wszystko jego. Wszystko o nim i dlatego. Mówi głośno. Jego imię. No i płynie.

If you leave me, then I’ll be afraid of everything…

Spokojnie i powoli. Wstydliwie mimo woli. Uroczo, bo po mamie. Subtelnie, delikatnie. Krucho… Głucho. Bo puste to serducho.

That makes me anxious, gives me patience, calms me down…

I jest ciężko. Bo nie lubi. Stać w reflektorze. Różowym policzków kolorze. I się gubi. Bo się boi. Ale mu to nie przystoi. Więc uśmiecha się. Zwyczajnie. Bo daje spokój. Pomaga. I już nie głodzi. I lęk, i strach, i to wszystko, co nagłe… I śmierć. I życie. Odchodzi.

Let me face this, let me sleep and when I wake up… Let me be.


Fred(die) Weasley II
VII rok | Gryffindor | 17.05.2004 | Patronus - nieznany | Bogin - utajniony | Ścigający | Klub Pojedynków | Koło Transmutacji
Wydaje mu się, że 100% hetero.
Wesołek | Nadopiekuńczy brat | Czasami wstydliwy | Czarujący | Nie przepada za rodzinnym biznesem | Otwarty | Śpiąca królewna | Tylko Ognista | Sowy są be | Chcę pluszaka tygrysa | Nie jestem sławny | Król parkietu... Czasem stołu.




Tyle o sobie wiesz, ile o Tobie mówią.


POWIĄZANIA/POWIKŁANIA


* * *
Kath i Freddie grzecznie się witają :)
Nie, nie wiem, co mi z tej karty wyszło. Jeśli ktoś coś z niej rozumie, to zapraszam do wątków xD
Wszelkie powiązania są bardzo mile widziane - im dziwniej tym lepiej <3
Nie przepadamy za zaczynaniem, ale ujdzie. 
Faworyzujemy, ale z reguły odpisujemy na wszystko :)
GG: 46650538
Mail: abyss.of.imagination@gmail.com
W tekst wplecione fragmenty The Neighbourhood "Afraid".
Przytoczony wiersz na początku autorstwa Ż. Bartczak
Buźka ukradziona Victorowi Norlanderowi :)

20 grudnia 2000

Galeria straconych

Roxanne Weasley
Wish we could turn back time.
x największa troska x paskuda x
- Dam sobie radę SAMA.

Christopher Zabini
x największe uzależnienie x niezrozumiany x
Czemu robisz mi taki zamęt w głowie...?

Avalon Moore
x największa słabość x źródło cierpienia x
- Nienawidzę cię, Freddie, tak bardzo cię nienawidzę.

Albus Potter
x największe wsparcie x ulubiony Potter x
- Nie zamierzasz odpuścić, prawda?

Abigail Lawrence
x największa radość x królowa x
- A teraz zanieś mnie... Tam!

Jemma Simmons
x największa konspiracja x aktoreczka x
- Często tu bywasz?

Zalinkowane piosenki.

26 kwietnia 2000

Potwory i spółka

Addison Hallaway 
Christopher 'Zab' Zabini
Albus Severus Potter


KOLEJNE STOPNIOWO UZUPEŁNIANE!

Widzę sens w tym bezsensie.

... No przecież mówię. Nie jest muzykiem, nie jest aktorem, nie jest kapitanem. Ba, nawet prefektem nie jest. Ot, taki mały celebryta znany z tego, że jest znany. Urodzona gwiazdeczka. No, no, a do tego wszystkiego jeszcze Narcyz. Nie żartuję! Mówię Ci, on z pewnością nigdy nie był zakochany. Chyba, że w sobie. Idealny Gryfon, aha. Raczej zadufana księżniczka. I do tego nie jest rudy. Powinni go za to wydziedziczyć. Lepiej, powinni go eksmitować z Hogwartu. Skończony frajer. Skończony, przystojny, arogancki frajer. Totalne beztalencie. Po kim to ma? Kolejny powód, żeby się go pozbyć. No, nie wierzę. A jemu nadal wydaje się, że wszyscy go lubią. Uśmiechnij się, idzie. Zobacz, patrz, jak przeczesuje te włosy. Armando się znalazł. Pomachaj mu. O kurczę, odmachał Ci! Chodź, zmywamy się. No już! Przełaź szybciej pod tym portretem i nie zachowuj się jak fanka z obsesją. Mówiłam Ci już, to skończony debil. Skończony debil z nazwiskiem i ładną buzią. Niewarty niczyjej uwagi. To tylko kopia, pamiętaj. Tylko cień zmarłej osoby. Cień, który się zbuntował. Nic więcej.
 ♦ VII rok & Ścigający & Klub Pojedynków & Koło Transmutacji ♦
♦ Słabość do whisky i mieszkańców domu węża♦
♦ Paraliżujący strach przed sowami ♦
♦ Król parkietu... czasem stołu ♦
♦ ur. 17 kwietnia ♦

Powiedziałem, że Roxanne nie chodzi na randki.

Diabeł w anielskiej skórze.
Something more.

* * *
Mamy problemy z regularnością, ale leczymy się z tego.
Wymyślamy! Nie cierpimy zaczynać.
Czasem faworyzujemy.
GG: 46650538 mail: abyss.of.imagination@gmail.com
Victor Norlander, zalinkowane Arctic Monkeys.
Wąteczki: Christopher Zabini, Gregorius Cavendish, Albus Potter, Dorian Finn, Rachel Morgan, Silas Mulciber, Abigail Lawrence, Rose Weasley, Roxanne Weasley

13 marca 2000

BOHATEROWIE


X X X


YFTGUIHJN
gdfchgv



...klikajcie we wszystko, w co kliknąć się da!

12 marca 2000

Galeria Straconych

W BUDOWIE!

Zdjęcia zmieniają się po najechaniu kursorem.


Roxanne Weasley
* oczko w głowie * młodsza siostrzyczka * skarb *
Paskuda kradnąca słodycze. 
Tekst alternatywny

Christopher Zabini
 * największa zagadka * ktoś * wilk w owczej skórze *
Rycerz raczący ognistą.
Tekst alternatywny

Avalon Moore
* komplikacja * była dziewczyna * niegdysiejsze uzależnienie *
Kruszyna łamiąca serce.
Tekst alternatywny