So I opened up my eyes to a new life





Hej, Zephir, czasem wydaje mi się, że jestem na ciebie zły za to, co zrobiłaś. Właściwie to jestem tego pewien. Wiesz, Rubens pyta, czemu przyjeżdżam z Hogwartu bez ciebie, i nie wiem, co mam mu odpowiedzieć. Rozumiem, że chciałaś odejść. Rozumiem, że nie byłem wystarczającym powodem, aby zostać i znieść to, z czym codziennie się borykałaś. Problem w tym, że młody wciąż nic nie załapał. Jest zbyt mały, by to pojąć, a jednocześnie wystarczająco duży, aby do końca życia powtarzać innym, że kiedyś miał siostrę. On nie zapomni i dobrze o tym wiesz.

Hej, Zephir, czy nie uważasz, że czas nie jest wystarczającym lekarstwem na rany? Papierosy nie smakują jak kiedyś. Jezioro już nie jest ładnym widoczkiem za oknem. Kojarzy mi się ze śmiercią. Czasem mam wrażenie, że jestem tak cholernie, cholernie normalny, Zephir. Płakałem przez miesiąc, zebrałem się w sobie i żyję dalej. Nie jak w książkach. Nie roztrząsam twojego odejścia, a przynajmniej się staram. Takie małe szczegóły jak to jezioro przypominają mi o twojej bladej twarzy, wtedy jest mi faktycznie przykro.

Hej, Zephir… Nie wiem, czy dobrze robię, pisząc do ciebie. Nie wiem, czy pasują ci te wszystkie notatki z twoim imieniem. Choć przecież i tak ich nie widzisz, prawda? Czy powinienem się w takim razie przejmować?
Sirius Romulus Ainsworth
Gryffindor, VII — 12 stycznia 2005 — 12 cali, dereń, kieł wilkołaka, sztywna — OPCM, Transmutacja, Zaklęcia, Eliksiry, Zielarstwo — przyszły auror — nałogowy palacz — martwa siostra — powiązaniaspisane

Ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem tak zwyczajny, że aż nudny. Uwierzyłem mu i faktycznie zacząłem ziać zwyczajnością na odległość. Nikomu to nie przeszkadzało. Zwyczajność jest neutralna, ulotna i niezauważalna. Podobnie jak dym papierosowy, który rozpłynął się już w powietrzu. Niby szkodliwy, niby cuchnący, niby kuszący niczym zakazany owoc, a jednak nikt nie wie o jego istnieniu. Możliwe, że ta osoba miała rację i stałem się chmurką dymu. Nie zauważył jednak, że wszyscy jesteśmy takimi chmurkami, ocieramy się o siebie i plączemy, nie będąc w stanie się uniknąć.
Jestem zwyczajny i, paradoksalnie, czyni mnie to kimś wyjątkowym. Zabawne, prawda?

Cytat od Mumford & Sons. Polecam zobaczyć sobie kartę Kendall Young :)
Wątki: 2/3: Kendall Young, June Millward.

14 komentarzy:

  1. [braciszku. <3
    świetny Ci wyszedł, naprawdę. wącimy? c:

    PS Kendall Young, nie Jones. :D]

    siostrunia <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Było wiele rzeczy, za którymi tęskniła, kiedy porzuciła Hogwart. Wiedziała, że tak było lepiej, lepiej dla wszystkich ― dla niej, bo nie musiała znosić innych uczniów, a dla braci, bo nie musieli znosić jej ― ale myśl ta ani trochę nie pomagała jej odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez poczucia dojmującego żalu i smutku.
    Wiedziała, że już nigdy tam nie wróci.
    Nawet pod fałszywym nazwiskiem nie skusi się, by ukończyć szkołę. Tamto życie zniknęło, zaczęło się inne ― życie włóczęgi, którego co chwilę gdzieś niesie, który tak naprawdę nigdy nie osiada na stałe w jednym miejscu. Parę razy przyszło jej do głowy, że być może nie przemyślała wszystkiego dostatecznie mocno... bo w końcu czym była taka egzystencja, kiedy wciąż i wciąż musisz uciekać? Nie zagrzejesz miejsca, nie założysz rodziny, nie poznasz przyjaciół. A jednak Zephir wiedziała, gdzieś w głębi serca była po prostu pewna, że nie mogła postąpić inaczej.
    Co wcale nie znaczyło, że nie było jej z tego powodu przykro. W chwilach najgłębszej depresji siadała na oknie i marzyła, że to wszystko potoczyło się inaczej.
    Mała, ruda dziewczynka. Idzie korytarzem. Na głowie ma szpiczastą tiarę, pod pachą książki. Do wszystkich się uśmiecha. Wszyscy odpowiadają. Nikt jej nie wyzywa. Nikt nie zaczepia.
    Przypominała sobie, że bywały momenty, w których planowała zabić się tak naprawdę, nie tylko pozornie i czasem przychodziło jej na myśl, że może to byłoby jednak najlepszym rozwiązaniem. Owszem, zawiodłaby braci, zawiodłaby rodziców ― ale czy teraz tego nie zrobiła? Prawdopodobnie nigdy więcej z nimi nie porozmawia. Sirius jej nie przytuli na pocieszenie, Rubens nie przybiegnie ucieszony, kiedy wróci do domu na wakacje. Tata nie powie jej, że jest jego najukochańszą córeczką. I nie pokłóci się z mamą o to, czy różowa sukienka jest brzydka czy nie, albo czy dżinsy z zaszytymi kieszeniami to naprawdę dzieło diabła.
    Powiedzcie mi, myślała czasem Zephir, wpatrując się swoimi zielonymi oczami w okno, powiedzcie, po co żyć, jeśli straciło się wszystko?
    Zastanawiało ją, jak zareagowałby jej brat, jej starszy braciszek, którego nie widziała już niemal od roku, gdyby wiedział, co się z nią dzieje i jak to wszystko wyglądało... i wygląda nadal. Zawsze był jej największym bohaterem, oparciem, wsparciem, wojownikiem. Podziwiała go od dzieciństwa; może dlatego, że nawet jako ośmioletni chłopiec, nigdy jej nie dokuczał, jak pozostałe dzieci z miasteczka swojemu młodszemu rodzeństwu.
    Wtedy, po upozorowaniu własnej śmierci, Zephir wyjechała do Nowego Jorku, gdzie zatrzymała się na parę miesięcy. Przyjęła tożsamość Kendall Young i poznała chłopaka, na którego wołali Chester. Był od niej trzy lata starszy, mieszkał ze swoim przyrodnim bratem w podniszczonym, małym mieszkanku, codziennie wypalał paczkę papierosów i zdarzało mu się zapalić trawkę; miał rude włosy, piegi i przypominał jej Siriego.
    Chester z zapałem zaplanował ich podróż po Skandynawii, gdzie wybyli na kolejne parę tygodni, śpiąc u gościnnych ludzi, a parę razy nawet u matki chłopaka i jej nowego męża, który okazał się niezbyt miły. Zephir zastanawiała się zawsze, dlaczego nagle po swojej niby śmierci zaczęła spotykać takich życzliwych, dobrych ludzi, podczas, gdy wcześniej było dokładnie odwrotnie. Nigdy przedtem nie pomyślałaby, że ludzie potrafią być tak wspaniali i bezinteresowni.
    Nasunęła kaptur głębiej na oczy i nachyliła się nad swoim piwem kremowym. W drzwiach mignęła jej sylwetka brata i serce dziewczyny zaczęło bić przyspieszonym rytmem.
    Merlinie, Merlinie, proszę, nie patrz w moją stronę i wyjdź, błagała go w myślach, starając się nie zwracać na siebie uwagi.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zwyczajność jest piękna! Każdy człowiek jest taki sam, tylko obleczony w inny papierek c: A te listy do Zephir złowiły moje serce *.* Witam gorąco i zapraszam do siebie :3]
    Off

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam Twoją kolejną postać:) Szkoda mi Siriusa, widać, jak okropnie działa na niego śmierć siostry. Ja do takich zwyczajnych postaci zawsze mam wielki sentyment, bo łatwiej jest się z nimi utożsamić.]

    Paris

    OdpowiedzUsuń
  5. [Nie miałam jeszcze okazji się przywitać, więc witam przy okazji kolejnej postaci na blogu :) Karta postaci cudna, zwięzła i na temat, wszystko wiadomo. W razie wolnego czasu zapraszam do siebie. Chaerin zna się z Zephir/Kendall, więc jakieś wspólne tematy powinny się znaleźć]

    Park Chaerin

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cześć ponownie. Powodzenia z kolejną postacią, która zresztą wyszła Ci, jak zawsze świetnie. Jeżeli chciałabyś kolejny wątek to tym razem zapraszam do Laveny, która jest powiązana z Kendall, przez co łatwiej możemy coś wymyślić ;)]

    Wiesz, gdzie mnie szukać :D

    OdpowiedzUsuń
  7. [No się zdziwiłam, że to Twoja postać :o Jakie to wszystko ładnie opisane!]

    zgadnij, kto to

    OdpowiedzUsuń
  8. Merlinie, nie.
    – Jasne – odparła nieśmiało, nie podnosząc w głowy. Miała nadzieję, że brat – brat, mój brat – nie zauważy, jak mocno zacisnęła nagle dłonie na blacie stolika. Gdyby tego nie zrobiła, z całą pewnością rzuciłoby mu się w oczy ich drżenie, była tego pewna; zawsze był taki, spostrzegawczy, zawsze ją chronił. Wspomnienia same wypychały jej się przed oczy, walcząc ze sobą o to, które pierwsze, które ważniejsze.
    Mam pięć lat, Kenny z domu obok, którego mama nigdy się o niego nie troszczyła, popchnął mnie tak, że rozbiłam kolano. Chciałabym się rozpłakać, tak sądzę, ale jestem już duża i głupio mi trochę, a poza tym on dalej stoi obok i śmieje się parszywie. Dzieciaki z podwórka patrzą tylko, niektórzy wtórują Kenny'emu, bo się go boją, inni milczą, przestraszeni, by i ich nie upatrzył sobie na kolejny cel. A potem spodnie Kenny'ego zjeżdżają na dół. To mój brat, mój starszy braciszek, zawsze potrafi mnie obronić. Dzieciarnia ryczy ze śmiechu, mój prześladowca ucieka, a Sirius podnosi mnie z ziemi i zabiera do domu.
    – Kocham cię, Siri – mówię mu.

    Pamiętasz?, ciśnie jej się na usta, ale wie, że nie może tego zrobić. Że nie powinna. Przecież specjalnie uciekła, nie mówiąc nic braciom ani rodzicom. Po to, by było im lepiej, by nie musieli się martwić, że córka ma w szkole problemy. Nie chciała, by wiedzieli o czymkolwiek.
    Kiedy tak siedziała obok Siriusa, jej bohatera z dzieciństwa, o którym zawsze myślała, że dzieli ich co najmniej pięć lat różnicy, choć w rzeczywistości to był rok, półtora roku, Zephir poczuła, że dłużej tak nie wytrzyma i znienacka poderwała się z krzesła, jakby nie do końca panując nad odruchami. Chłopak patrzył na nią zdziwiony i zdezorientowany.
    – Muszę, em, wyjść na papierosa – rzuciła wyjaśniająco, dziękując niebiosom, że nie potrafi się rumienić, gdyż była potwornie zawstydzona i zdradliwy róż na bladych policzkach na pewno by ją wydał. Uśmiechnęła się półgębkiem, niby przepraszająco i szybkim krokiem wyszła na zewnątrz, gdzie zaczerpnęła świeżego powietrza.
    Co mam robić? Co robić?, tłukło się jej po głowie. Wiedziała, że powinna jak najszybciej opuścić wioskę, wrócić do wujka, ale z drugiej strony pokusa popatrzenia, choćby z daleka, na brata, którego nie widziała już tyle miesięcy, była tak nieodparta...
    Zephir wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni płaszcza paczkę mugolskich, owocowych Lucky Strike'ów, szybko odpaliła jednego i zaciągnęła się, chcąc uspokoić skołatane nerwy. Nie wiedziała, jak się zachowywać w stosunku do chłopaka, który najwyraźniej jej nie poznał, co umożliwiłoby zbliżenie się... ale z drugiej strony co będzie, jak wszystko się wyda?
    Nie miała wątpliwości – Siri znienawidzi ją za to, że pozwoliła mu cierpieć. Że nie wtajemniczyła go w swoje plany. Że się tak narażała. Że nie poprosiła o pomoc.
    Czasem miała ochotę powiedzieć mu, że nie jest już małą dziewczynką i żeby trochę przystopował z tą troską wobec niej, ale zawsze robiło się jej przykro, bo dobrze wiedziała, że brat nie chce źle. A ona nie chciała go zranić.
    Otrząsnęła się z rozmyślań, kiedy chłopak nagle stanął tuż obok niej. Prawie wrzasnęła na całe gardło.
    – Boże, przestraszyłeś mnie – mruknęła.

    Kendall Young

    OdpowiedzUsuń
  9. [Och, Twój Sirius jest tak cudowny, że June pewnie nawet będzie żałować, że tej walentynki nie dostała na czas.
    Jestem jak najbardziej na tak. Co do siostry - musiałabym ustalić to dokładnie z jej autorką, ale myślę, że mogły być nawet całkiem blisko; na ile dwójka samotnych ludzi żyjących na uboczu może być blisko. Ale skoro dzieliły dormitorium.
    A jej śmierć, poza smutkiem, na pewno wywołuje u June myśli typu - czy i mnie byłoby stać na coś takiego? Dużo rozmyślań o śmierci.
    Co do Siriusa - jak on teraz traktuje June, po tym, jak go, cóż, wystawiła? Na początku pewnie było mu przykro, może nawet był zły, ale to było w lutym zeszłego roku, potem umarła jego siostrą i zapewne już o tym nie myślał zbyt wiele. Jak jest teraz?]

    June

    OdpowiedzUsuń
  10. [O, mnie to wszystko pasuje. Może podczas jakiejś imprezy albo wyjścia do Hogsmeade? June mogłaby pójść z drugą kuzynką, siostrą tamtej, z którą ma dużo lepszy kontakt. Tamta wredna dowiedziałaby się i chciałaby znów zrobić jej jakiś kawał. Sirius przypadkiem, albo i nie, mógłby to wywęszyć i zaatakować Ślizgonkę jej własną bronią. W pewnym sensie. June na pewno byłaby wdzięczna, wywiązałaby się rozmowa, może Sirius na początku nie chciałby jej powiedzieć, że to od niego była ta walentynka?]

    June

    OdpowiedzUsuń
  11. [Jak się dowie, na pewno pożałuje, że jej tam wtedy nie było. Taki fajny chłopak. I zapewne zacznie patrzeć na niego inaczej. Ale to dziwne stworzenie, więc się najpewniej spłoszy.
    Mogę liczyć, że zaczniesz? Już od tego udaremnionego żartu, myślę, że nawet lepiej to wyjdzie, jeśli zacznie się z perspektywy Siriusa.]

    June

    OdpowiedzUsuń
  12. [Z pewnym poślizgiem, ale w końcu witam twojego uroczego chłopaczka! Ten tekst po najechaniu na zdjęcie sprawił, że mi się serce teraz kraja. :c Powodzenia z kolejną postacią!]

    Jemma/Molly/Maxine/Fanney

    OdpowiedzUsuń
  13. – Tak? – spytała, czując przyspieszone bicie serca. Po prostu nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać, tak samo, jak nie mogła się zmusić, by unieść głowę i spojrzeć mu w oczy. Jakby wiedziała, że wtedy ją rozpozna, chociaż jej wzrok z roziskrzonego stał się szary i matowy. – A kogo? Dziewczynę? – zaśmiała się lekko, ale był to pusty śmiech, echo dawnej siebie.
    Dziwnie się poczuła na myśl, że braciszek, jej bohater, mógłby znaleźć sobie jakąś pannę, która byłaby dla niego ważna. Przywykła do tego, że zawsze miała brata tylko dla siebie, a teraz nie miała go wcale, na własne życzenie, tak potwornie wszystko schrzaniła i nie umiała pogodzić się z myślą, że Siri mógłby ją kimkolwiek zastąpić. Choć przecież to dlatego nie powiedziała mu, że wciąż żyje. Bo chciała, by zapomniał. Chciała, by żył dalej. By cieszył się, bawił tym życiem, korzystał z niego, czerpał garściami, zamiast zamartwiać się dramatem swojej młodszej siostry. Nie przewidziała tylko, że jest dla niego aż tak ważna. Że tak go zaboli jej śmierć.
    Cieszyła się, że wyjechała. Nie mogła tutaj zostać, nie mogła patrzeć, jak brat cierpi. Nie chciała. Czuła się jak egoistka, jak najgorsze na świecie zło, które skazuje wszystkich na ból. Powinna wykręcić się tanią wymówką i odejść, bez narażania ich oboje: siebie na zdemaskowanie, a jego na szok i kolejne rany. Ale tak bardzo za nim tęskniła. Tak strasznie chciała zatrzymać go przy sobie...
    – Wymienisz się? – ruchem podbródka wskazała na trzymanego przez niego w dłoni papierosa, po czym wydmuchała chmurę gęstego dymu. Pachniał jakby słodko, jakby owocowo. Bądź co bądź wolała mugolskie papierosy od tych czarodziejskich. Były znacznie normalniejsze, bez udziwnień w stylu zmiany kolorów czy kształtów. Być może dlatego, że mama nie paliła; ojca-mugola za to często widywała z papierosem w ustach, więc siłą rzeczy bardziej przyzwyczajona była do takich.
    Wiedziała już, że nie da rady, po prostu nie da rady odejść; i najgorsze, że nie da rady również pozwolić odejść jemu.

    [wybacz, że nieco krócej, ale średnio u mnie z weną, a nie chciałam na siłę przeciągać akcji ani dłużej zwlekać z odpisem. :c]

    siostrunia

    OdpowiedzUsuń
  14. Kilka osób, bliższych znajomych, pytało jej, skąd niechęć Adelaide do własnej kuzynki. June nie miała pojęcia. Zresztą, wątpiła, by była to niechęć. Wręcz przeciwnie, powodem zachowania Ślizgonki była chęć; chęć, by przypodobać się tym, którzy ją otaczają, czyli ślizgońskim znajomym, ale także rodzinie, która krzywa patrzyła na jedynaczkę Millwardów, odkąd ta odsunęła się od swoich rodziców, a większość czasu pozaszkolnego spędzała u kuzynki-charłaczki i jej mugolskiego męża. Adelaide podzielała ich zdanie, z June pogodziła się z brakiem akceptacji rodziny, tej bliższej i dalszej. Choć jej docinki i żarty czasami przebijały się przez jej kruchy pancerz.
    Kawał z walentynką był jednym z tych, które ją wyjątkowo ugodziły. Może dlatego, że gdyby otrzymała ja na czas, coś w jej życiu mogłoby się zmienić? June nie łudziła się, że czeka na nią wielka miłość, bo w taką raczej nie wierzyła, ale mógł to być pewnego rodzaju przełom, jeśli chodziło o jej relacje z otaczającym ją światem. Często myślała, że może dobrze się stało, bo nawet gdyby spotkała się z kimś, kto był jej przychylny, zapewne zaraz by to zepsuła, a wtedy bolałoby bardziej. Zastanawiała się też jednak, kim w ogóle był autor walentynki. Adelaide twierdziła, że to był na pewno głupi żart i tylko uratowała ją przed upokorzeniem. Może miała rację?
    Minęło jednak dużo czasu i, ktokolwiek jej to wysłał, nie miał już dla niej nawet resztek sympatii. Nie pojawiła się. Myślał zapewne, że mogła przyjść choćby podziękować i uciec. Albo go wyśmiać. Ale ona nie pojawiła się wcale. Czasami rozglądała się po szkolnym korytarzu, szukając jakiegoś nieprzychylnego spojrzenia, ale nie mogła nic wyłapać. Przyjaznych zresztą tez niewiele. Jeśli już, to ze strony kogoś, kto autorem walentynki nie był na pewno.
    Musiała więc puścić to w niepamięć. Ale Adelaide nie pozwalała; przypominała jej zarówno o tym, jak i wciąż dogryzała na wiele innych tematów. A June nie mogła być pewna niczego; nawet tego, co brała do ust. Ileż to razy zaczynała pluć dziwnymi rzeczami, lub rosło jej coś na głowie czy nosie.
    Marzyła, by skończyć szkołę i odciąć się od tego.
    O tym właśnie myślała, siedząc w Trzech Miotłach w towarzystwie współlokatorki i jej znajomych i sącząc smętnie kremowe piwo. Nie wiedziała, dlaczego zgodziła się na to wyjście. Mogła zostać w opustoszałym zamku i poczytać. Na pewno miałaby z tego więcej przyjemności.
    Odwróciła się na chwilę, zaczepiona przez jakiegoś Puchona, pytającego o zadanie związane z zajęciami dodatkowymi z opieki nad magicznymi stworzeniami. W tłumie mignęła jej kuzynka, więc odruchowo złapała swoje piwo, nie chcąc, by coś się w nim znalazło.
    I chyba miała rację. Znikąd znalazł się przy niej Sirius Ainsworth, miły rudowłosy chłopak, którego poznała przez jego siostrę, zmarłą współlokatorkę, o której wciąż myślała za każdym razem, gdy patrzyła na hogwarckie jezioro. Gryfon mrugnął do niej, kładąc palec na ustach i dyskretnie podał jej nowy kufel, zabrał jej niedopite piwo, które po chwili zamienił z tym, które piła zaabsorbowana czymś kuzynka June, po czym odsunął się na bezpieczną odległość.
    Nagle w lokalu wybuchło zamieszanie. Jej puchoński rozmówca odsunął się, a June dostrzegła Adelaide, która próbowała krzyczeć, prawdopodobnie wołać o pomoc, jednak nie mogła rozkleić warg. Och, jak musiała być zrozpaczona, nie mogąc się odezwać, nawet kiedy z jej uszu buchnęła para.
    June, chichocząc cicho, wstała od stołu i podeszła do stojącego z boku Siriusa. Nie spuszczała jednak wzroku z Adelaide, trochę napawając się tą chwilę.
    - Dziękuję.

    [Nie jest dobrze, ale chciałam, żeby coś na Ciebie czekało, jak wrócisz z matur!]

    June

    OdpowiedzUsuń