14 sierpnia 2016

I'll never get to heaven 'cause I don't know how


Julia Jones
[ ur. 20.08.2006r. | Ravenclaw | VII rok ]
[ obrońca w drużynie Qudditcha | Klub Eliksirów]
[ Londyn | czysta krew ]
POWIĄZANIA

            Siedzi po nocach i ćwiczy zaklęcia, a wciąż nie potrafi wyczarować nawet jednej dodatkowej godziny czasu. Gdyby jej się udało, być może i tak znalazłbyś ją w bibliotece, między regałami, uginającymi się od książek, zbyt wielu, aby kiedykolwiek przeczytać je wszystkie. Być może biegłaby wokół jeziora, bo w końcu miałaby na to chwilę. Być może szukałaby kolejnego spokojnego miejsca w zamku, dokąd można uciec od ludzi. Być może siedziałaby na zimnej posadzce Wieży Astronomicznej albo gdzieś na szkolnych błoniach. Patrzyłaby w gwiazdy, myśląc o tym jak wykorzysta następne godziny, których już nie dostała prawie za darmo. A może myślałaby o Tobie. Może porzuciłaby widok idealnego nieba, po to, aby znów zobaczyć Ciebie i szczerze się uśmiechnąć, bo to właśnie Ty dajesz jej szczęście. Wślizgnęłaby się w Twoje ramiona i być może zasnęła w nich, czując się w końcu całkowicie bezpiecznie. Bo jesteś  dla niej fundamentem, jesteś najważniejszy i zawsze będziesz, jeśli tego nie zepsujecie. Przyjacielu.

Cześć! Zapraszam serdecznie do wątków!
To jest nowa karta. Jakby ktoś miał ochotę zerknąć do starej to tutaj
A jakby ktoś wolał zajrzeć do mojej drugiej postaci to tu
Wizerunek: Alicia Vikander. Tytuł: LP. Kontakt: kpberry04@gmail.com, 60844599

200 komentarzy:


  1. [Przeskoczę :) Wybacz, nie wiem co ja tam popisałam, nie wiem czy Ci się spodoba, ale moja wena na Hogwarcie umarła i nie wiem kiedy wróci bo odchodzić stąd nie mam zamiaru ;c]

    Wiktor ostatnio przeżył zdecydowanie zbyt wiele. Świadomość utraty dachu nad głową oraz wszelakich kontaktów z rodziną, nie była niczym miłym, jednak gdyby głębiej się zastanowić, sam doprowadził do takiej sytuacji. Był świadom tego co robi i tego jakie mogą wystąpić konsekwencje, a mimo to nie zaprzestał miziania się z jedynym z uczniów w bibliotece, na czym jak na złość przyłapała ich stara raszpla, zwana również bibliotekarką. Narobiła im niezłego dymu, za który niestety obaj musieli wziąć odpowiedzialność. Dodatkowo dobry tydzień po powrocie do Hogwartu, spędził w Skrzydle Szpitalnym po wygranym meczu z Gryffonami, gdy po złapaniu złotego znicza oberwał nadal szalejącym tłuczkiem.
    Miał wiele do nadrabiania, wszyscy go denerwowali, dosłownie wszyscy. Zachowywał się jakby chciał wszystkich pozabijać, a jednak w tym wszystkim znalazł się ktoś kto sprawiał, że Wiktor czuł się rozumiany oraz nieosaczany przez masę pytań, tylko po to, by potwierdzić krążące po szkole plotki na jego temat, a było ich naprawdę wiele. Ponad wszystko stawiał sobie prywatność, a Julia nigdy nie przekraczała wyznaczonych przez chłopaka granic. Choć znali się naprawdę mało czasu, to od momentu ostatniego spotkania na wieży, ich znajomość stała się nieco bliższa oraz pojawił się cień zaufania. Wiktor momentami czuł się przy niej nieswojo. Dźwięk jej głosu sprawiał, że serce mocniej było, a jakakolwiek bliskość wzmagała rytm serca. To było coś cholernie dziwnego, coś czego Iwanow dotychczas nie znał i nieco się obawiał. Podchodził do niej z wyraźnym dystansem, który stale się zacierał, a owa dwójka stała się dobrymi kompanami do nocnych pogaduszek oraz zawodów w piciu kremowego piwa. Wiktor często bał się tego jak bardzo dał się poznać Julce, martwił się, że to się na nim kiedyś odbije, jednak wierzył, uparcie wierzył, że ona nie jest tak jak reszta rozpuszczonych lasek. Gdy po powrocie do Hogwartu po pięciodniowej nieobecności, gdy ojciec zabrał go do domu, gdzie przeżył piekło, tylko ona odważyła się z nim porozmawiać.
    Ciche westchnienie wyrwało się z ust chłopaka, gdy siedząc w Wielkiej Sali trzymał w dłoniach kubek z herbatą. Był dzień wolny od nauki, jednak nie dla niego. Nadrabiał zaległości, których nawarstwiła się zatrważająca liczba. Nie wiedział czy uda mu się wyrobić, jednak nie mógł próżnować.


    Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chciał jej w żaden sposób urazić, nigdy nie zdradził żadnego jej sekretu i wierzył, że dziewczyna również zabierze jego wyznania do grobu. Po prostu to, o czym opowiadał jej teraz było znacznie bardziej skomplikowane, zahaczało o sferę uczuć, spychało ich w odrębny, nowy dla niego temat. Owszem, wcześniej miał swoje fazy, ale wtedy chyba oboje wiedzieli, że to długo nie potrwa. Teraz...nie miał takiej pewności.
    Otworzył usta, żeby powiedzieć więcej, ale Julia powiedziała, co powiedziała na co Freddie tylko lekko zmarszczył brwi. Znała go, znała go tak dobrze, czasem miał wrażenie, że lepiej niż on sam. Czuł się jednak dziwnie z myślą, że i tym razem miała racje. Bo miała, nieważne jak długo by z tym walczył. Teraz nie było odwrotu. Na pocałunek w czółko, przypominającym mu te, co dostawał od matki za dzieciaka, kiedy życie wydawało się mniej skomplikowane, znacznie się rozluźnił i nawet udało mu się pokręcić z niedowierzeniem głową. Był facetem, nic nie mógł poradzić na to, że nie rozumiał kłębiących się w nim uczuć, nawet jeśli zwykle odruchowo na nich polegał.
    - Nie ma za bardzo co opowiadać - spróbował się wykręcić i przygryzł wargę, usiłując ukryć szeroki uśmiech. Owszem, mógłby zacząć gadać, że to skomplikowane, bla bla bla, ple ple i tak dalej, ale Julia pewnie od razu by się zorientowała, że to tylko taka podpucha.
    - Jest z Ravenclawu, nazywa się Hyun - zaczął powoli, uważnie ją obserwując - I pochodzi z Korei. Nie wiem, to dziwne, bo nigdy się tak nie czułem, wiesz? Nigdy...- podrapał się po głowie i zachichotał nerwowo, przeczesując palcami włosy. Miał wrażenie, że się zaczerwienił, kiedy tak mówił o chłopaku na Wielkiej Sali, gdzie każdy mógł ich podsłuchać.
    - Julls, ratuuuj - jęknął i pochylił głowę, opierając się o jej ramie. Niczym dziecko, doprawdy, nierozwinięte dziecko.

    Freddie
    [Piękne zdjęcie *O*]

    OdpowiedzUsuń
  3. — Wiem, że to nic nie da… — Jęknął. Doskonale zdawał sobie sprawę, gdzie dokładnie tkwi problem. Dlaczego ostatnio przegrywali wszystkie mecze, nawet te towarzyskie. Dlaczego na treningach za każdym razem ktoś dawał dupy. Dobrze o tym wszystkim wiedział, jednak nie miał pojęcia jak powinien ten problem rozwiązać. Ostatnio przecież dwóch, z trójki ścigających zaczęło okładać się pięściami. Dobrze wiedział, że problemem jest brak porozumienia. Współgry. Wspólnego działania na rzecz ogółu. Do doprowadzało go do szału, bo sam nie był w stanie z nimi grać. Jeszcze chwilę temu nie mógł polegać nawet na Julii, co na szczęście się zmieniło. Istniała jakaś mała szansa, że w końcu zaczną działać, zaczną traktować się chociaż jak koleżeństwo, a nie, ciągle najeżeni na siebie wrogowie. Bo tak właśnie ostatnio wyglądała wielka drużyna Ravenclawu. Każdy, na każdego był obrażony. Każdy miał do kogoś żal. — Nie wiem jednak co zrobić, żeby to wszystko naprawić. Jestem dobrym kapitanem jeżeli chodzi o grę. Nie miałem pojęcia, że wszystko się tak posypie. Tutaj każdy patrzy na każdego spode łba. Każdy ma jakiś problem… — jęknął. Zdając sobie sprawę, że on sam ma kilka takich problemów. Karol i Hyun w chwili obecnej byli tymi największymi. Brakowało im dobre pałkarza, który byłby w stanie bronić wciąż walczących ze sobą ścigających. Ci najlepsi, którzy współpracując byliby w stanie wygrać, wciąż się prześcigali, pragnąc udowodnić, który jest lepszy. Gdyby tylko dostali pałki, pewnie z przyjemnością jeden wyeliminowałby drugiego, aby udowodnić, że to ten właśnie jest najlepszym. — Julio, czy chociaż ty żyjesz z wszystkimi z drużyny w miarę dobrych stosunkach? — Naprawdę zaczynał wierzyć, że to niewykonalne. Bo na jakąkolwiek relację nie spojrzał, wszędzie rodziły się problemy.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  4. — On… On był wszystkim. — Szepnął cicho, pociągając nosem. Minęło już trochę czasu i o ile byli ludzie, przy których po prostu musiał być silny, gdy tylko się od nich oddalał pękał. Nie wytrzymywał. Za dużo miał na swoich barkach i nie potrafił sobie z wszystkim poradzić. — Był też największym idiotą tego świata. — Zawsze tak o nim mówił, zawsze gdy był na niego wściekły rzucał tym tekstem w jego stronę, a później dodawał pytanie, czy przypadkiem nie chce zginąć. Miał żal do siebie i swoich słów. Miał żal do całego świata. Miał żal do matki, że nie zorientowała się w niczym, że pozwalała mu wciąż w to brnąć, że zapraszała go do domu i karmiła swoimi potrawami. Sadzała ich koło siebie i kazała im zjadać te pieprzone obiady. Wypuścił powoli powietrze przez rozchylone wargi i odsunął się na chwilę od Julii, uważnie jej się przypatrując załzawionymi i zaczerwienionymi od łez oczyma. Nie umiał się jeszcze przyznać, nie umiał. — Ale… To ja byłem idiotą. — Mruknął w końcu, przecierając dłońmi twarz. Musiał wziąć się w końcu w garść, musiał znów zebrać się do kupy i unieść wysoko głowę, chociaż nikt mu nie kazał, sam tego od siebie wymagał. Nienawidził mówić o tym wszystkim, chociaż po zeszłorocznych zwierzeniach z Ethel, zdawał sobie sprawę, że rozmowy potrafią przynieść naprawdę dużą ulgę. To jednak wciąż było za świeże. — Nie chciałem wracać już do szkoły… — Powiedział po chwili, jakby to było największym problemem, a wcale tak nie było. Problemem był Chang i wszystko co było z nim związane. Przychodziły takie momenty, w których Hyun wstawał o poranku normalnie i potrafił już całkiem dobrze funkcjonować, aż do momentu, w którym nie spojrzał w lustro i nie zdał sobie sprawy, jak bardzo był naiwny. — Nie wiem, który z nas był głupszy… — Zagryzł wargę, przenosząc zmęczone spojrzenia na widok zza oknem. Wpatrując się w falujące na wietrze korony drzew, zastanawiał się nad tym, czy drugi raz dałby się namówić na to wszystko, czy byłby w stanie drugi raz zaufać komuś do tego stopnia, czy gdyby teraz obok niego pojawiła się odpowiednia osoba… Czy umiałby wyczuć, że to właśnie ta osoba? — Miałaś kiedyś tak, że bardzo się bałaś jutra? Ja się boję, Julio. Cholernie mocno boję się każdego, kolejnego dnia… Boję się, że wydarzy się coś co sprawi, że wrócę do miejsca, z którego ruszałem… Nie chcę tam wracać… — Ostatnie cztery słowa wyszeptał prawie niesłyszalnie, a głos delikatnie mu się załamał.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  5. W zasadzie życie Freddiego nie było tragiczne, krwawe i bolesne, tak jak to bywało w wielu dzisiejszych przypadkach. Mimo chłodnych relacji z rodzicami, t e g o i kilku przykrych zdarzeń, jakie miały miejsce te lata temu, swój żywot uważał za udany. Miał cudownych przyjaciół za których oddałby wszystko, miał szkołę, która w zasadzie nie była aż taka zła, miał swoją magie, miał zabawne, choć nielegalne wyprawy, rozsądne plany na przyszłość i tak dalej i tak dalej. Może właśnie dlatego zauroczenia, wyznania, rozmowa o uczuciach przychodziła mu z takim trudem. Bo w obliczu tego, co przeżywał na codzień to było coś przerażającego i nieznanego. Nie musiał walczyć na wojnie, nie cierpiał każdego dnia i to sprawiło, że rzecz tak trywialną jak nieobliczalne popędy serca uważał za odskocznię.
    Posłał jej nieco zawstydzony uśmiech.
    - Tylko proszę, nie podchodź do niego i nie mów dziwnych rzeczy, błagam, oszczędź mi tego - zaśmiał się cicho, wyobrażając sobie podekscytowaną Julię, doskakującą do biednego Hyuna i próbującą ich zeswatać. Oczywiście żartował, ale wiedział, że jego kochana przyjaciółka jest zdolna do wielu rzeczy, więc wolał ją od razu uprzedzić.
    Westchnnął ciężko, cierpiętniczo. Czuł się bezbronny, obnażony.
    Podniósł głowę, kiedy krukonka znowu się odezwała i przekrzywił ją nieznacznie. Uważaj. Jasne. Wyznał jej prawdę, ale nie całą i troche go to uwierało, ale przecież sam chciał o tym zapomnieć, tak? Był dupkiem i popełnił błąd, a teraz miał zamiar całkowicie go wymazać. Uśmiechnął się do niej zaraz, delikatnie, w podziękowaniu.
    - Przepaść? Niebezpieczeństwo? Wizja rychłej śmierci? To coś dla mnie, zdecydowanie - zaśmiał się i trącił ją ramieniem.
    - A jak tam twoje serduszko? Nikt go nie poruszył? Nie żeby ktokolwiek był godzien, oczywiście...

    Freddie <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miał pojęcia, jak dokładnie wyglądała sytuacja Julii, jeżeli chodziło o kontakty towarzyskie z pozostałymi zawodnikami z drużyny, wiedział jednak dobrze, jak jeszcze chwilę temu wyglądała ich relacja. Schrzanił to po całości i teraz, już po szkodzie był mądry. Wiedział jednak jedno: od dziś koniec z numerami. Będzie zachowywał się tak, jak przystało na kapitana drużyny i dobrego kumpla. Nie będzie szukał konfliktów tam gdzie ich nie ma, a tam, gdzie faktycznie występują… Będzie przymykał oko, udając, że nic nie widzi. Przynajmniej tak właśnie będzie się starał, bo wiele więcej obiecać na ten moment nie mógł.
    — Sama mówiłaś, że żaden rysunek tu nie pomoże… — Mruknął, jednak skinął potwierdzająco głową i złapał za pióro. Jeżeli chodziło o samo rozrysowanie strategii na boisku, dobrze wiedział czego oczekuje od graczy, miał pełno różnych pomysłów, wciąż jednak problemem była drużyna jako ludzie. Gdy dziewczyna wróciła z rumem porzeczkowym, Vinay uśmiechnął się delikatnie. — I nie kłócę się z nimi bez powodu…— Burknął cicho, bo swoje powody miał, nie zamierzał jednak się nimi dzielić z dziewczyną. Wziął głęboki wdech i przeniósł spojrzenie na twarz Julii. Uśmiechnął się delikatnie. — Tak wiem, nie będę się nakręcał. Będę dobrym kapitanem, będę dobry dla mojej drużyny… — Westchnął, przewracając teatralnie oczyma dookoła głowy. — Musisz mi pomóc, Julio. Musisz pomóc mi odbudować w drużynie to, co straciliśmy. Chyba… ducha walki, czy jakoś tak. — Oznajmił, przystawiając pod nos dziewczyny pergamin i pióro. — Ja się nie znam na relacjach. Zapisz mi największe konflikty o jakich wiesz, które są w drużynie. Musimy popracować nad ich rozwiązaniem. — Zarządził, zacierając ręce do roboty. Chciał zdobyć puchar, chciał udowodnić, że nie bez powodu jest kapitanem. Nawet, jeżeli miałby zacząć się przyjaźnić z Hyunem czy Karolkiem. Dla wygranej, dla pucharu jest w stanie się poświęcić.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  7. — Jeszcze nie wiem co zrobię, ale… — Faktycznie, rozpisywanie konfliktów pomiędzy graczami nie miało najmniejszego sensu, bo on sam nie chciałby być zamknięty ani z Karolkiem, ani też z Hyunem. Dobrze też wiedział, że jeżeli Faradyne zostałby zamknięty z Hyunem, to z pewnością ponownie doszłoby do rękoczynów. Chyba tylko Laura nie miała żadnych konfliktów z drużyną, pomijając te związane z Karolem, jej bratem, ale to było zupełnie coś innego. — Masz rację, to nie ma najmniejszego sensu. — Mruknął i spojrzał na dziewczynę, by już po chwili zabrać z jej rąk porzeczkowy rum i upić kilka łyków. — Połowa drużyny zostałaby wyeliminowana przez tę drugą połowę. — Jęknął, rozumiejąc, że faktycznie pewnie niektórzy byliby bez oczy, a inni po prostu skończyliby martwi. Westchnął głośno, opierając się ponownie plecami o kanapę i wygiął mocno głowę do tyłu, opierając się o podłoże sofy. Ponownie, głośno westchnął i utkwił spojrzenie w suficie.
    — Julka, nie mam pojęcia czy to cokolwiek da. Chyba wyszłaś wcześniej z szatni, ale po ostatnim meczu Deucent i Hyun się po prostu pobili. Ci idioci zamiast współpracować ze sobą, ciągle jeden chce udowodnić drugiemu, że jest lepszy, a Hyun… Ostatnio zdecydowanie nie jest tym lepszym. — Mruknął, wyginając usta w smutną podkówkę. — Naszą jedyną szansą wśród ścigających jest Karol… — Mruknął, a na jego twarzy pojawił się grymas. — Ty, Laura i ja. Oto część drużyny, która jest się w stanie… Ehkm, względnie dogadać. Musimy znowu przeprowadzić rekrutację, nie możemy grać bez drugiego pałkarza. — Jęknął. Przez chwilę nawet myślał, aby Delmare ściągnąć na tę pozycję, ich rezerwowego ścigającego. Kto wie, czy tak nie byłoby lepiej, lub… Ściągnąć Hyuna z boiska na jakiś czas. Zagryzł wargi, a na jego czole pojawiły się dwie zmarszczki, oznaczające, że chłopak intensywnie nad czymś rozmyśla.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Niestety, byłam zmuszona wprowadzić mały limit, gdzieś w duchu uparłam się na drugą postać, wiec ów limit będzie się pewnie powiększał <3 Tymczasem można ustalić jakieś powiązanie, co :D ? Julia pewnie nie miałaby najlepszych stosunków z Archie'm, bo ten wcześniej, kłamiąc na temat czystości krwi, zachowywał się jak bezmózgi ślizgon, a potem, jak się wydało to sporo osób się od niego odwróciło. Nie wiem, w jaki sposób zareagowała by Julcia, ale zawsze można coś wykombinować, prawda? ;>

    PS: Odpis na Fredzia pójdzie najpóźniej wieczorkiem ]

    Archie

    OdpowiedzUsuń
  9. [ XDD Ej, ale to dobrze! Bo aktualnie osoby, które mają go gdzieś są dla niego najprzyjemniejsze. Archie jest raczej średni w Qudditcha, ale widziałabym jak on jakimś cudem daje się im namówić, idzie na 'rekrutacje', a potem robi cyrk na boisku, dostaje pałką czy coś w tym stylu :D Jak tylko do mojego jakże napiętego grafiku dojdzie trochę wolnego czasu to zgłoszę się po wątek, może do tego czasu uda wymyślić się coś sensownego ;>
    Miłego seansu ♥ ]

    Sama-wiesz-kto

    OdpowiedzUsuń
  10. [Niby są rodzeństwem, ale sami nawet o tym nie wiedzą :D Za to Julcia może im mówić, że są do siebie bardzo podobni, bo taki ma być zamysł, że są do siebie podobni, ale nie mają pojęcia, że są rodzeństwem (na razie) :) Hmm, pomysł. Julia mogłaby być jedną z niewielu osób, które Sonyi nie wykorzystują, a może nawet mogłaby zostać jedną z jej prawdziwych, dobrych przyjaciół c: Ale na ciekawy wątek pomysłu nie mam :(]

    Sonya

    OdpowiedzUsuń
  11. [Adama rodzice porzucili go tuż po narodzinach i wyjechali nie wiadomo gdzie. Osiedli w Anglii i tam urodziła się Sonya, której nie zostawili, a którą wychowali i później wysłali do Hogwartu. Sonya nie wie, że ma brata, Adam nie wie, że ma siostrę i uważają, że to jedynie zbieżność nazwisk, choć dużo osób mówi im, że są do siebie bardzo podobni, no i też bardzo dobrze się dogadują. Tak to mniej więcej wygląda :)
    Może być w takim razie neutralna relacja, ale wciąż nie mam pomysłu na wątek xD Dzisiaj ledwo myślę :c]

    Sonya

    OdpowiedzUsuń
  12. Również nie wyobrażał sobie Julii, wyprawiającej takie rzeczy, ale ostatnio zbyt dużo osób go zaskoczyło, niekoniecznie pozytywnie. Oboje wpływali na siebie w ten zabawny, nietuzinkowy sposób. Z mało kim potrafił się tak dobrze bawić jak z nią. Zdarzało się przecież, że siedzieli na błoniach, w Wieży czy gdziekolwiek indziej i śmiali się z każdej najmniejsze głupoty na przykład z nieco dziwacznego ptaka, siadajacego na gałęzi drzewa czy nienaturalnej miny tej ślizgonki co zawsze chodzi z wysoko podniesioną głową. To właśnie kochał, te głupaki, dopadające ich często, choć niespodziewanie połączone ze szczerymi wyznaniami i poradami płynącymi prosto z serca. Do dlatego chciał o tym porozmawiać z krukonką - bardzo cenił sobie jej zdanie.
    - Poza mną - puścił jej oczko, a potem uniósł palec do góry niczym przemawiający filozof - 'Gdybym był hetero...' oczywiście - trącił jej łokciem i zaśmiał się na całą sale. Aż siedząca w kącie para spojrzała się na nich jak na wariatów. Zaraz jednak ucichł, przyglądając się uważnie przyjaciółce. Ta chwila ciszy, spojrzenie, które na chwile skupiło sie na czymś innym niż twarz Freddiego. To wydawało mu się nieco podejrzane. Ale co on mógł wiedzieć? Był kompletną łajzą, jeśli chodziło o zauroczenia, zakochania i inne takie.
    - Julls - odezwał się i posłał jej delikatny uśmiech - Powiesz mi, jak coś złego czy nietypowego się wydarzy, prawda? Jestem tu dla ciebie, przecież wiesz - posmyrał ją po dłoni, aby odsunąć się odrobinę od ciężkich tematów. Nie chodziło o to, że chciał znać wszystkie szczegóły z jej życia osobistego. Po prostu się troszczył, traktował ją jak siostrę, pragnął jej pomóc, jak najlepiej umiał. Ale naciskać też nie chciał, dlatego zaraz trącił ją jeszcze łokciem i puścił jej oczko.
    - Zawsze możemy znaleźć ci jakiegoś przyzwoitego jegomościa. No chyba, że wolisz laskę to mów śmiało!

    Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  13. Westchnął cicho na pytanie Julii. Zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna może być zmieszana, że może po prostu nie rozumieć. On sam w życiu by nie zrozumiał, gdyby nagle ktoś zaczął do niego mówić w ten sposób i to jeszcze nie wspominając nigdy nic o swojej przeszłości. Zagryzł wargę.
    — On… To znaczy, Chan. Hyung Chang. — Mruknął jakby nagle to miało dziewczynie wyjaśnić całą sytuację — On, był… Nie wiem czy był, moim chłopakiem, ale. Bardzo mocno go kochałem, Julio. — Powiedział to w końcu. W końcu przyznał się na głos. — Chociaż nie, z pewnością nie był moim chłopakiem. — Prychnął nosem, cały czas zerkając zza okno. Nie umiał jej teraz spojrzeć w oczy. — Byłem jego zabawką… Rozrywką na nudne wieczory. — Wzruszył lekko ramionami. — A ja… Ja nie umiałem tego przerwać, nie umiałem mu powiedzieć nie.
    Zagryzł ponownie wargę, tym razem zdecydowanie za mocno. Czując metaliczny posmak krwi w ustach, wysunął język spomiędzy warg tym samym pozbywając się krwi z ust. Przetarł buzię wierzchem dłoni i zaśmiał się cicho.
    — Ciągle pakowaliśmy się w kłopoty. Ciągle obrywałem. Ciągle chodziłem posiniaczony, ale dopóki Chang był w pobliżu… Myślałem, że mogę wszystko. Tylko, że on później zniknął. Zostawił mnie zostawiając krótki list, a raczej notatkę, w której napisał… „Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz, Hyun-ah” — Przerwał na chwilę, oblizując spierzchnięte wargi. — Dopiero po jego odejściu dowiedziałem się, że mogę wszystko: mogłem wylecieć ze szkoły, mogłem brać udział w bójkach, mogłem wpakować się w jeszcze gorsze towarzystwo, mogłem kraść, upijać się do nieprzytomności, a później mogłem zostać wysłany do Anglii do kuzynki, żeby… Żeby to ona mogła mnie naprawić. — Spuścił głowę w dół, czując ponownie napływające łzy. Tym razem jednak były to łzy zdenerwowania. Był na siebie wściekły, że pozwolił sobie na to wszystko, że zachowywał się jak w taki, a nie inny sposób, że stał się… Małym bandytą, przez chłopaka, który się nim bawił. — Kuzynka pomogła dostać mi się do Hogwartu. To dzięki niej tutaj jestem, a nie na ulicy… Ale, ale Chang się nagle pojawił. Po tak długim czasie pojawił się i oznajmił, że był chory, że przeprasza i… Że obiecuje, że teraz będzie dobrze. Obiecał, że wszystko będzie dobrze, a ten gnojek. Nawet mi nie powiedział, że nadal choruje, że nikt nie jest w stanie nic zrobić, aby go uratować. Poza tym… Wyszło na jaw parę innych spraw, ale… W skrócie, okazało się, że po prostu znowu się bawi, że znowu stałem się zabawką. — Mruknął, podnosząc głowę i zerkając w końcu na Julię. — Jesteś pierwszą osobą, która… Której to mówię. — Szepnął, mając nadzieję, że dziewczyna zrozumiała, aby nikomu nic nie mówiła. — Boję się, że znowu… Że znowu stanę się zabawką w cudzych dłoniach, że znowu wpakuje się w te same bagno. Dlatego… — Zagryzł wargę, zerkając na swoje buty. — Dlatego nie zależy mi na integracji, nie zależy mi na przyjaźniach. Po prostu wiem, jak to się prędzej czy później kończy. — Dodał cicho na sam koniec, zdecydowanie był pesymistą.


    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  14. Jemu rozmowy o uczuciach też przychodziły z trudem, jak każdemu facetowi. Ich mózgi działały inaczej, nastawione były na coś innego, choc Freddie i tak często dawał porywac się emocjom. Szkoda, że ich nie rozumiał.
    Czasem jednak nie mógł się powstrzymac, musiał wyrzucic z siebie wszystkie te kłębiące się w nim odczucia. Nie mówiąc o tym, że był kompletną ofiarą losu, jeśli chodziło o serce. Julka chyba zresztą nie była lepsza, ale przynajmniej miała doświadczenie. Bardzo chiałby, żeby znalazła sobie jakiegoś miłego chłopaka, który byłby normalny i traktowałby ją z należytym szacunkiem. Szczerze wątpił czy znalazłby się ktoś godny jej serca, nie powiedział tego tylko i wyłącznie dla żartów. Julia była niesamowita i powinna zdawac sobie z tego sprawę, a to czy będzie mu się zwierzała z miłosnych uniesien to tylko i wyłącznie jej sprawa.
    Freddie mógł czuc niedoyt, smutek, pewnego rodzaju zawód, ale przecież chodziło o to, żeby jej było dobrze. W końcu nie można komuś pomóc na siłę.
    Czasem karcił się myślach za zdecydowaną nadopiekuńczośc, kierowaną w jej stronę, ale trudno mu było nad tym zapanowac i tyle.
    - Jasne, że nie, musi byc wyjątkowy - powiedział nieco nieobecnym głosem, wyrywając się z rozmyślań. Zauważył, że nie odpowiedziała na pytanie, ale nie zareagował na to w żaden sposób. Poderwał się dopiero, gdy do jego uszu doszedł ten ledwie słyszalny szept...Dobrze, że siedział blisko niej, inaczej by to przegapił.
    - Jednen? Co to znaczy? Czy to metafora, której nie rozumiem? Julia... - wziął ją pod brodę, spojrzał jej w oczy. Cholera, kobiety to naprawde cholernie skomplikowane istoty...

    Fredzio

    OdpowiedzUsuń
  15. Julien uwielbiał bywać. Rzadko kiedy można było go zatrzymać na dłużej, żeby był na stałe, ale w bywaniu był znakomity. Bywał w wielu miejscach, u wielu znajomych, na meczach, na piwie kremowym, na zajęciach też bywał, bo zdarzało się mu urwać raz czy dwa. Bywał również na imprezach, bo czasem zdarzało się mu z nich zniknąć z koleżanką. Nie był typowym podrywaczem, nie chodziło o to, by zamknąć się z kimś w schowku na miotły, to zdecydowanie nie było w jego typie. Jemu, szalonemu romantykowi, takie wybryki nie były w głowie, ale nie zmieniało to faktu, że wprost uwielbiał przesiadywać, opowiadać, czarować, dzielić zainteresowania, budować wspomnienia. Z niebywałą uprzejmością, graniczącą z flirtem, gapił się w gwiazdy i tworzył rzeczy niestworzone. Dopóki nie znalazł się ktoś, kto nieświadomie zmusił go to tego, by został na dłużej. Chciał, naprawdę tego chciał, wbrew temu, co podpowiadał mu szpetny głosik w głowie, straszący wszystkimi wyrzeczeniami, z którymi musiałby zmierzyć się decydując się na związek.
    Ale ona uciekła. Doskonale pamiętał to dziwne ukłucie, którego nie doznał nigdy wcześniej. Było to jednocześnie bardziej i mniej bolesne niż gdyby dała mu w twarz za głupie pomysły. Ale jemu wydawało się wtedy, że wszystko było na dobrej drodze. Że wszystko było tak, jak być powinno i, że jest tam, gdzie być powinien. W pierwszej chwili zastanawiał się, co zrobił źle, później wystąpiła naturalna w tym przypadku złość. Chciał sobie odbić to, że go zraniła, nie myśląc o tym, czy przypadkiem nie rani również jej, zupełnie zrywając z nią kontakt i znajdując sobie nowe koleżanki, z którymi jednak nić porozumienia nie była tak jasna i prosta jak z Julią. Zanim się zdążył sobie przetłumaczyć, że przecież tak dobrze znał Julię, że powinien się tego spodziewać, że to niczyja wina, a już na pewno nie jej, minęło trochę czasu. Chyba aż za dużo.
    W jednej z opuszczonych klas ławki poprzesuwane były pod ściany, na stolikach ustawiono butelki, pokój wyciszono i puszczono muzykę. Było to terytorium neutralne, pojawić na tej imprezie mógł się każdy, kto tylko miał cynk. Julien oczywiście wiedział zawczasu, ale postanowił się gustownie spóźnić. W torbie przewieszonej przez ramię schował dwie butelki – rumu porzeczkowego i Ognistej. Na wejściu omiótł wzrokiem gromadę uczniów z różnych domów. Kilkanaście osób skakało w rytm muzyki, niektórzy siedzieli na ławkach i stołach popijając to, co w szkole nielegalne, część stała w grupkach i przy drinku rozprawiała na różne tematy. Na usta Juliena wpłynął szeroki uśmiech, gdy omijając wzrokiem Julię, podszedł do znajomych Gryfonów i przywitał się przy dźwięku stawianego na stole szkła.
    Udawał, że gorąco, które czuł w okolicach mostka, spowodowane było alkoholem. Tak bardzo starał się patrzeć na nią, jednocześnie jej nie zauważając. Kłamał nawet przed samym sobą, że nie tęsknił. Przecież się przyjaźnili, rozumieli, przy niej czuł się po prostu jak w domu. Pamiętał, że wtedy wydawała się mu idealna. Zadziwiające, jak ucieczka może zerwać wszystkie nici porozumienia, które wydawały się nierozerwalne. Rozmawiał z jakąś Ślizgonką, którą obdarzał po części wyuczonym uśmiechem, a która zdawała się nie zwracać na to uwagi, jego kolega poprosił jedną z Puchonek do tańca. Po chwili owa Ślizgonka sama wyciągnęła go na parkiet, przed czym początkowo się bronił. Nie wypił aż tyle, by nie wiedzieć, że niemal dwumetrowy chłopak z tańcu z niziutką dziewczyną będzie wyglądał przezabawnie. Po chwili jednak postanowił nie zwracać na to uwagi, gdy w przerwach między wyskokami na parkiet koledzy wołali go na kilka łyków najgorszego i najlepszego doradcy świata. Nie wiedział co czuje i myśli Julia, nie wiedział czy w ogóle zwraca na niego uwagę. Nie wiedział też, że jeszcze kilka chwil, a szum Ognistej i wolniejsza muzyka zmuszą go do odmówienia Ślizgonce i wyciągnięcia ręki do Julii.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  16. Kto by pomyślał, że złość może sprawić, że człowiek zaplącze się w coś, z czego nie będzie potrafił później znaleźć wyjścia. Że rozczarowanie popchnie go w coś, co istniało i nie istniało jednocześnie. Że zacznie spotykać się z Addison na oczach przyjaciółki, którą jeszcze niedawno zapewniał, że kocha. W całej tej złości zapewnił sobie terapię kojącą ból i leczącą rany, choćby powierzchownie. I rzeczywiście przez pierwszy okres czasu czuł się paskudnie. Na tyle paskudnie, że pokłócił się z Hallaway o pobudki, które sprawiły, że byli parą. Choć parą to zdecydowanie nie było określenie, które pasowało do tej dwójki. Kłótnia sprawiła, że wykrzyczeli sobie prawdę, ukrywaną do tej pory pod płaszczykiem bycia razem. On szukał lekarstwa, ona potrzebowała tylko i aż nie czuć się samotną wśród ludzi. Sprowadzili związek do okrutnego pragmatyzmu i, choć teraz oficjalnie nie istnieli, choć życie toczyło się innym torem, oni nadal mieli w zwyczaju wpadać do siebie nawzajem tylko po to, by zrobić tam jeszcze większy bałagan. Julien wiedział doskonale, że Addie pozwoli mu na zdecydowanie zbyt dużo i było mu to na rękę, z kolei wystarczyło jedne kiwnięcie jej głowy, by zniknęli tam, gdzie ona chciała. To nie było dobre, oboje o tym wiedzieli.
    I pomyśleć, że to wszystko wzięło się z tego, że jego romantyczne wyobrażenie miłości wzięło w łeb. Nie oznaczało to, że zmienił się nie do poznania, choć tak mogło się w pierwszej chwili wydawać. Oznaczało to jedynie tyle, że zupełnie nowe doświadczenia sprawiały, iż w zły sposób poznawał jaskrawość odczuć, które do tej pory wydawały się idealne w swojej prostocie. Zakochanie – tak nagłe i jednocześnie oczywiste w tym przypadku uderzyło w niego tak mocno, że niemal ścięło go z nóg. Nie pamiętał już od czego się to zaczęło, kiedy uścisk dłoni nabrał innego wymiaru, kiedy spojrzenie błysnęło czymś innym niż dziecięce przywiązanie, kiedy ramiona otulające drobną istotę zrozumiały, że nie chcą jej puścić. Pamiętał, że tamto uczucie było piękne w swojej prostocie. I wcale nie uważał, żeby tracił na cokolwiek czas. Julien nie robił rzeczy, które wydawały się mu bez sensu, więc i decyzje podejmował szybko. Może nawet zbyt szybko? Wiele razy zadawał sobie pytanie, czy gdyby wyczekał, dał Julii więcej czasu to ta historia skończyłaby się inaczej.
    Po burzliwym zakończeniu przyjaźni zdecydował się na coś, co nie obiecywało mu że będzie dobrze. Hallaway tylko otworzyła drzwi, które Julia zamknęła pocałunkiem w czubek głowy palącym jak rozżarzony węgiel. I choćby huragan emocji, jakim była Addie przejmował go niczym przeciąg, to i tak było to coś, co wtedy koiło ból. A teraz? Teraz przyciągali się i odpychali jednocześnie. Spędzali krótkie chwile fascynacji, gniewu, nieszczerych uczuć i namiastki więzi niezależnie od tego, co działo się w szalejącym wokół świecie. I żadne z nich nie potrafiło sobie z tym poradzić.
    Nie zamierzał teraz poruszać tego tematu. Nie chciał wiedzieć dlaczego nie był wystarczająco idealny. Jeszcze przez chwilę obracał się na parkiecie z… Amandą? Chyba z Amandą, po czym podziękował jej, kłaniając się teatralnym gestem z szerokim uśmiechem i dołączył do grupki znajomych. Spojrzał nieco zaskoczony na Wood i poczuł jak serce podchodzi mu do gardła. Jeśli była tu Wood, to była i Julia. Wiedział, że przez te miesiące sprawiał jej ból nie zwracając na nią większej uwagi, a przynajmniej starając się, by nie zauważyła, że na nią patrzył. Nie chodziło o to, by czuła się jak powietrze, chodziło o to, by jemu było prościej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Serce zabiło mu zdecydowanie zbyt szybko. Chyba nie potrafił dłużej się kontrolować, walka z samym sobą stała się nieznośna, a przypływ gryfońskiej odwagi spowodował, że chłopak wziął kilka łyków Ognistej i nagle ni stąd ni z owąd popatrzył wprost na Julię. Ułamki sekundy wydawały się mu wiecznością i chyba nie do końca wiedząc co robi, przeszedł obok niej, jakby miał zamiar odejść, ale zamiast tego płynnym ruchem złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Delikatnie, jakby się bał, że dziewczyna wyrwie się i ucieknie, objął ją jedną ręką, a drugą chwycił jej dłoń. Cicha muzyka pozwalała na lekkie kołysanie się, a on uśmiechał się lekko, jakby chciał sprawiać wrażenie, że nagłe skrócenie dystansu wcale nie jest dla niego niekomfortowe.
      - Wybacz, nie mogłem się powstrzymać - mruknął cicho nad jej uchem, nie bardzo wiedząc co innego mógłby powiedzieć. Przez chwilę patrzył gdzieś ponad jej głową, jakby samo przeżycie tego, że Julia jest blisko wystarczyło żeby na chwilę uspokoić rozlatane serce.

      Julek

      Usuń

  17. Wiktor miał dość ciężką noc podczas której również tonął w notatkach, przez co teraz był zupełnie wykończony i dosłownie zasypiał na siedząco. Miał ochotę tym wszystkim pieprznąć, iść spać i mieć na wszystko wyrąbane, tak samo jak miał wyrąbane na otaczających go ludzi zaliczając wyjątki, maleńkie wyjątki, które w swoim życiu tolerował, jednak nie mógł zostawić braków, nie mógł tego olać. Nauka była dla niego zbyt wielkim priorytetem, by od tak mógł o tym zapomnieć. Wierzył w to, że się z tego wykaraska zdobywając parę nowych punktów wiedzy, ale niestety potrzebował cierpliwości i herbaty, dużo ukochanej herbaty. Drgnął nieco, gdy nagle usłyszał tak dobrze znany sobie głos. Uniósł głowę i spojrzał na Julkę. To znowu ona. Poczuł dziwny dreszcz przechodzący przez jego ciało, które wręcz błagało o to, by się do niej przysunąć czy cokolwiek innego, aby tylko być bliżej, znacznie bliżej. Wiktor nie umiał się na to zdobyć, bał się aż tak dużego przywiązania, poza tym nie potrzebował nikogo bardzo bliskiego, nie potrzebował i już, a przynajmniej tak sobie wmawiał. Choć od pewnego momentu w jego głowie pojawiały się całkiem zupełnie inne myśli od tych, które przywołał właśnie teraz. Zacisnął usta w wąski paseczek i pokręcił głową.
    - Nie, nie. Sam to napiszę. Rathmann dał mi dłuższy termin, spokojnie dam radę – wydukał zmuszając się na delikatny uśmiech. W zasadzie to nie musiał pisać tej pracy bo Mathias mu ją odpuścił ze względu na dobre wyniki Wiktora w nauce oraz zaangażowanie w koło Transmutacji, jednak Iwanow nie chciał taryfy ulgowej i postanowił donieść pracę, jak nie dziś to jutro, ewentualnie pojutrze.
    Chwyciwszy kupek z herbatą upił parę łyków, a następnie odstawił puste naczynie na stół. Przetarł twarz chłodnymi dońmi uważając na pozostałości po siniaku zaserwowanym ze strony ojca, co przypomniało mu o kłopotach, które go czekały po ukończeniu Hogwartu. Iwanow westchnął cicho, potrzebował przerwy. Chwycił gwałtownie notatki i wrzucił je do torby. Czuł się przemęczony, dosłownie. Chciał poświęcić chwilę samemu sobie. Posłał Julii spojrzenie, które wyraźnie mówiło, by z nim poszła, a następnie wstał puszczając ją pierwszą w drzwiach.
    Ostatecznie wylądowali na dziedzińcu, gdzie również napatoczyła się ukochana sowa Wiktora, Azja.
    - Gdzie się podziewałaś maleńka? – mruknął cicho sunąc powoli bladą dłonią po jej mięciutkich, śnieżnobiałych piórach. Dawno jej nie widział i musiał przyznać, że zaczynał się martwić.


    Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  18. Bogu ducha winna Wood, która zawsze najpierw myśli, a dopiero później robi, zdawała się albo nie rozumieć morderczych spojrzeń, albo po prostu stwierdziła, że wie, co dla przyjaciółki najlepsze. Julien byłby jej wdzięczny, gdyby nie fakt, że nogi miał jak z waty i czuł, jakby jego mózg był mocno niedotleniony od nadmiaru emocji. Wydawać by się mogło zwykły dotyk, a był dla niego tak nierealistyczny, że przez chwilę miał wrażenie, jakby obejmował ducha. Chciał się zmusić do tego, by popatrzeć wprost na nią, jak jeszcze przed chwilę, zanim znalazł się tak dziwnie blisko. Ale chyba właśnie przez tą odległość nie potrafił.
    Jego spojrzenia, gesty i uśmiechy nie były dla niej nie dlatego, że zamierzał ją ukarać (choć podświadomie pewien zły głosik mógł mu tak podszeptywać), ale dlatego, że był zbyt mocno skupiony na tym, że go boli. Był tak skupiony na tym, by znów czuć się komfortowo, by jemu było dobrze, by jemu było wygodnie, że płacząca dziewczyna zniknęła gdzieś za drzwiami, a on zdawał się nie dostrzegać jej bólu. Nie chciał tego widzieć, choć ostatnie czego chciał to sprawić jej przykrość. Problem polegał na tym, że gdy zbyt dużo myśli się o sobie, przestaje się dostrzegać i nie chce się widzieć czyjegoś cierpienia. Nie walczył, bo było mu tak wygodnie. Dużo prościej było leżeć na trawie z Hallaway i wieczorem patrzeć w gwiazdy, i udawać, że taka jest sielankowa rzeczywistość. Nie walczył, bo nie czuł się na siłach. Wolał kłamać, że wszystko jest w porządku, bo gry raz zdobył się na powiedzenie prawdy, wszystko się skończyło. Z drugiej jednak strony bardzo nie chciał, by Julia go wtedy okłamała i zmuszała się do czegokolwiek.
    Tak bardzo chciał jej to wszystko powiedzieć, wyprowadzić ją z błędnego myślenia, ale nie potrafił znaleźć słów. Nie potrafił spojrzeć na tą otępiałą w tym momencie dziewczynę, która wyglądała jakby właśnie coś w niej umarło. I chciałby jej powiedzieć, że teraz jest dla niej. I głos, i spojrzenie, i uśmiech. Teraz. W jednej chwili uderzyła do świadomość, że żadne z nich nie miało w sobie siły, by zawalczyć. Jednak nie miał teraz głowy do roztrząsania w świetle tego odkrycia prawdziwości ich uczucia. Gdy poczuł nikły ruch, wystraszył się. Było to niemal wstrząsające, jak łatwo można było wytrącić Juliena z równowagi, nad którą pieczołowicie pracował. Drżała. Mała Julia drżała, a on nie miał już tej cudownej mocy, która kiedyś pozwalała na usunięcie wszelkich lęków i niepewności. Było mu z tym źle, tak cholernie źle.
    Zdziwienie, które błysnęło w jego oczach, w momencie gdy ich spojrzenia znowu się spotkały w połączeniu z faktem, że nieświadomie przestał przebierać nogami i gapił się bezmyślnie na dziewczynę, było czymś, nad czym nie potrafił odzyskać kontroli. Patrzył z lekkim niepokojem w zaszklone oczy i poczuł przejmujący ból w okolicy mostka. Przez tyle miesięcy nie chciał widzieć jej łez, więc odwracał wzrok, a teraz ona patrzyła na niego wzrokiem, który nie wyrażał nic. I było to jak kopniak w brzuch, który blokuje dopływ powietrza. To było dużo gorsze niż złość, dużo gorsze niż nienawiść i chyba już wolałby gdyby wyrwała się, wrzasnęła, by zostawił ją w spokoju. Poczuł się niewymownie winny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Wybacz – zachrypniętym, ledwo słyszalnym głosem powtórzył jedyne słowo, które były w stanie wyartykułować jego usta, które jakimś dziwnym trafem koszmarnie zaschły. Prosił o wybaczenie. Tylko tyle i aż tyle. Mogła się od niego odwrócić, mogła więcej się do niego nie odezwać, ale musiał ją o to poprosić, bo nigdy by sobie nie darował. Nie prosił by zapomniała, czegoś takiego się nie zapomina, ale poprzez to piekące słowo chciał chyba oczyścić źle zabliźnione rany. Ręka, którą ją obejmował drgnęła lekko, jakby przez ułamek sekundy chciał jak kiedyś pogłaskać ją po policzku, ale zaraz porzucił tą myśl. Zamiast tego nachylił się lekko i dokładnie tak, jak ona kiedyś jego, pocałował ją w czubek głowy, czując jakby boleśnie otwierały się mu wszystkie rany na raz, a oczy robiły wszystko, byleby tylko nie dopuścić do uronienia choćby jednej łzy. Ten pocałunek mogła odczytać jako koniec lub początek.

      Julek

      Usuń
  19. To fakt, ostatnio bardzo oszczędnie gospodarował tym, co miał w sobie najlepsze. Ciepłym, niskim głosem, spojrzeniami skrzącymi się radością, stanowczym, ale delikatnym dotykiem. Oszczędnie rozdawał te prawdziwe uśmiechy, na które jego zdaniem nie było teraz zbyt wiele miejsca w jego życiu. Szedł przez rzeczywistość niczym po linie, i zdecydowanie zbyt często wykonywał niebezpieczne manewry, by zaraz próbować odzyskać równowagę poprzez sztuczną prawdziwość w codziennym życiu. Tak trudną do rozszyfrowania. Nic więc dziwnego, że na lekcjach posyłał koleżankom śmieszne liściki, chodził ze znajomymi na zajęcia dodatkowe, ćwiczył grę na gitarze, chadzał do Hogsmeade, a gdy tylko okazywało się, że jest zupełnie sam, zagryzał wargi i miał ochotę walić pięściami w ściany.
    Dla niego była to jedyna prawdziwa rzecz od dawna. Oddał jej pocałunek, którym ona go pożegnała, a przynajmniej tak to wtedy odczytał. I choć nie pobiegł za nią, choć nie potrafił zawalczyć to gdzieś w jego głowie pojawiła się myśl, że skoro nie on to najpewniej nikt inny się z życiu Julii nie pojawi. I chyba po prostu chciał tak myśleć. Jeśli nie on, to kto miałby prawo chociaż prosić o to, by Julia spojrzała na niego inaczej? Jeszcze nie bardzo rozumiał, że to prawo o bezprawie, każdemu rozdawane według dziwnego, nierozwiązywalnego algorytmu. Nie wiedział dokładnie co znaczą łzy płynące po policzkach dziewczyny, ale postanowił zrobić dokładnie to, co robił w każdych wcześniejszych trudnych chwilach. Z tym, że teraz było to trudniejsze.
    - Chodź, odprowadzę cię do pokoju – mruknął cicho, obejmując ją ramieniem i po cichu wyprowadzając z sali. To nie było miejsce, którego teraz potrzebowali. Zza wyciszonych drzwi nie dobiegał już żaden dźwięk, ani nie sięgało go pytające spojrzenie Ślizgonki, której wizja wieczoru zapewne kłóciła się z tym, co się stało. Było cicho. Tak koszmarnie cicho, że tylko drżąca lekko dziewczyna przy jego boku dawała mu znać, że nie jest zawieszony w jakiejś przerażającej próżni. Teraz był jej milczącym wsparciem. Nie wiedział co jeszcze mógłby powiedzieć, jak wyjaśnić to wszystko, czy powiedzieć o tym co czuł i co czuje teraz. Jak się do tego zabrać, dać Julii trochę czasu? Bał się, że jeśli ona zniknie dziś za drzwiami pokoju Krukonów, to jutro wszystko wróci do chorej normy. Nie wiedział jednak jak inaczej mógłby postąpić z załamaną dziewczyną, która przynajmniej na chwilę obecną pozwalała się prowadzić. Dopadły go straszliwe wątpliwości. Chyba nie powinien robić tego, co zrobił, choć pęknięte serce biło nadal w szaleńczym tempie, boleśnie dając znać o przygaszonych uczuciach.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  20. Był tam, żeby jej wysłuchać i chyba tylko to się liczyło. Miał jak najbardziej dobre zamiary, chciał jej pomóc i wiedział, a przynajmniej miał nadzieję, że Julia całkowicie go rozumiała. Zawsze zdawało mu się, że oboje mają podobne podejście do tego typu spraw.
    Kiedy ta wymamrotała te ciche słowa, które wszystko obracały do góry nogami miał ochotę złapać ją za ramiona i spytac wprost, co jest grane. Zamiast tego rzucił tym śmiesznym, typowym dla siebie tekstem. Patrzył na nią, uważnie, ale nie nachalnie, usiłując wyczytać z jej twarzy wszelkie emocje i odpowiednio je zinterpretować. Widział ją już w różnym stanie, więc nie szło mu to najgorszej. Chciał ją przytulić, gdy zobaczył te mokre oczyska, ale ostatecznie się powstrzymał, w zamian uśmiechając się delikatnie.
    - Oh - odezwał się, na wieść o 'tym jednym', zaraz jednak dodając ciche 'Okay'. Zacisnął usta, by potem je otworzyć i wypuścić drżące powietrze z płuc. Nieco osłupiał, ale szok zaraz zastąpiło rosnące wspołczucie.
    - Oh - powtórzył z tępą miną, a potem zakrył jej dłoń swoją.
    - Ale to pewne? Wiesz, tyle jest osób na świecie. Widziałaś go w dwuznacznej sytuacji? Powiedział ci coś? - nie mógł zapanować nad potokiem słów, nad pytaniami, które aż same cisnęły mu się na usta. Ogarnął się, odetchnął, ścisnął jej ręke.
    - Przepraszam, pytań nie było - odezwał się, a potem skinął głową, wstał i ruszył za dziewczyną, nadal trzymając ją za ręke. Zastanawiał się, kim on jest, do jakiego domu należy, ile ma lat i jaki ma charakter. Potem pomyślał, że w jakikolwiek sposób skrzywdzi Julkę to go spali. Ale najpierw podda bolesnym, okrutnym torturom szalonego gryfona i nieważne, kto zawini.
    - Wiesz, zawsze możesz mi go pokazać, włącze swój gay-radar i może ci pomogę - odezwał się, kierując się z nią w stronę Pokoju Wspólnego Gryfonów. Gdzieś pod jego łóżkiem na pewno zakitrowane były dwie butelki ognistej, rum i trochę kremowego piwa. Idealna dawna na odstresowanie, smutki, żale i rozmowy o miłości.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń

  21. Westchnął cicho i zajął miejsce obok Julii, po czym zdjął z siebie czarny, rozpinany sweter, którym okrył ramiona dziewczyny, by nie zmarzła. On sam da radę poza tym nie był zmarzluchem i nawet lubił posiedzieć na zewnątrz bez zbędnych warstw ciuchów, co przynosiło mu pewnego rodzaje orzeźwienie, którego teraz potrzebował coraz częściej. Zacisnął usta w wąski paseczek i skinął delikatnie głową. Nie był pewien czy sobie poradzi, ale dla chcącego nic trudnego, więc był pewien, że przynajmniej ponad połowę uda mu się zapiąć na ostatni guzik i uniknąć niedomówień na lekcjach, co zdarzało mu się niezwykle rzadko.
    - Dam radę – odpowiedział i delikatnie się do niej uśmiechnął, po czym skrzyżował ręce na piersi. To było dziwne, cholernie dziwne. Wszystko przy niej przychodziło mu z taką łatwością, lekkością. Stawał się wyluzowany i zdecydowanie bardziej otwarty niż zwykle. Nowe, zdecydowanie bardzo niepokojące uczucie, od którego zawsze tak bardzo uciekał. Nie chciał się do nikogo przywiązywać na dłuższą metę, a chyba tak właśnie się stało. Słysząc jej kolejne wyraźnie się zamyślił. W zasadzie nie miał nic do roboty wieczorem poza ogromem nauki, ale chwila przerwy, chwila ucieczki z murów zamku dobrze mu zrobi, więc czemu miałby się nie zgodzić? Nie obchodziło go również, co ludzie mogliby sobie pomyśleć na temat, tego że pojawił się tam u boku Julii. Zawsze miał gdzieś to co mówili inni. Nie słuchał plotek, sam również ich nie szerzył. Miał zdecydowanie ważniejsze rzeczy do roboty.
    - Pójdę – odparł krótko ponownie obdarzając ją delikatnym uśmiechem. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy usłyszał swoje imię, a następnie wzmiankę o spontanicznym treningu. Westchnął ciężko, cóż musiał iść.
    - O 19 w tym samym miejscu co teraz – rzucił w stronę dziewczyny nim rzucił się pędem w stronę boiska pozostawiając na jej ramionach własny sweter, o którym kompletnie zapomniał, jednak teraz to Julii bardziej się przyda niż jemu.

    OdpowiedzUsuń
  22. Zwykle cisza wydawała mu się krępująca, to był ten moment, kiedy dwójka bądź większa grupka ludzi nie wiedziała co powiedzieć. Atmosfera robiła się nieprzyjemnie gęsta, wymieniane spojrzenia raczej spanikowane, a uśmiechy ozdabiające twarze, nieszczere i skrępowane. Tak miał w większości przypadków, jednak Julka była tą osóbą, obok której mógł leżeć w całkowitym milczeniu przez kilka godzin (hipotetycznie, raczej nie wytrzymał by takiego szmatu czasu z zamkniętymi ustami) i nadal czułby się komfortowo. Szczęście dopisało mu kilka lat temu, że na nią wpadł, że dane było mu ją poznać, bo w rezultacie zyskał niesamowitą, niezastąpioną przyjaciółkę.
    Kiwał co jakiś czas głową, kiedy dziewczyna mu wszystko tłumaczyła. Wyjątkowo jej nie przerywał, choć, jak wiadomo lubił wtrącić swoje trzy grosze. Musiał chwilkę zastanowić się nad odpowiedzią, w końcu jego rada mogła w jakiś sposób wpłynąć na życie uczuciowe krukonki. Nie wybaczyłby sobie, gdyby przez niego coś się popsuło, szczególnie, że Julia brzmiała, jakby mówiła o czymś naprawdę wyjatkowym.
    - Skarbie - szepnął i pogłaskał ją po włosach, zamykając ją w swoim uścisku. Starał się zrozumieć jej położenie, jej punkt widzenia, choć nie było to dla niego najprostrze zadanie.
    - Serce jest głupie i nie współgra z rozumiem. Do tej pory myślałaś racjonalnie, ale czasami dobrze jest się ponieść emocjom, wiesz? To nie zawsze jest dobra droga, ale myślę, że warto ryzykować. Ja bym zaryzykował i właśnie w tym rzecz, Julls. Ja bym zaryzykował, decydując o swoim życiu, a ty musisz zadecydować o swoim. Pomyśleć o tym, na spokojnie, wsłuchać się w siebie czy jak tam się mówi - przerwał, nagle, marszcząc brwi - Merlinie, gadam jak popieprzony romantyk - dodał nieco innym tonem, ale zaraz powrócił do tego ciepłego, skupiając uwagę na Julce - Ale to prawda. I wiesz. W razie czego będe cię łapał - ujął je brodę i posłał jej swój firmowy uśmieszek.
    - To co ognista czy rum? - mruknął po chwili, przekrzywiając pytająco głowe.

    F ♥

    OdpowiedzUsuń
  23. Jeśli ona była hipokrytką, to Julien nie był w stanie znaleźć słowa dla określenia własnej osoby. Chłopak, który na siłę starał się być lepszy niż był. Nie potrafił być chłopakiem, nie potrafił być nawet dobrym przyjacielem. Zawsze wychodził z założenia, że to, co bierze, się mu należy. Nie przywykł do odmowy i teraz uczył się stawiać czoła temu, że nie może wziąć tego, czego chce, że nie zawsze dostajemy to, po co wyciągamy ręce. Najbardziej bolesne było to, że uczył się tego na Julii. Czuł wewnętrzną presję, że prędzej czy później będzie musiał naprawić to, co zepsuł, a z obecnego układu jednocześnie chciał i nie chciał wychodzić.
    Nie wiedział co powinien powiedzieć, czy zrobić i czy w ogóle powinien drgnąć. Gdy ją puścił poczuł dobrze znajome ukłucie. Była daleko. Za daleko, choć przecież siedziała ledwie parę kroków przed nim. A on stał, nerwowym odruchem przeczesując sobie włosy, które śmiesznie sterczały w jedną stronę, jakby nie wiedział, czy ma prawo do choć jednego kroku. Przecież i on miał swoje za uszami, niezamknięte sprawy, których zamknąć nie potrafił, być może nie chciał. Jednocześnie się ich bał i potrzebował. Było mu wygodnie, gdy nie musiał myśleć o tym, że kogoś rani i jest raniony. Jedyne, co potrafił teraz zrobić, to lekkie kiwnięcie głowy.
    Wiedział, że nie umiała inaczej, już zdążył sobie to przetłumaczyć, zdążył to pojąć. Julia w jego wyobrażeniu stała się dziewczyną idealną, która unosiła się nad ziemią, nie chcąc nikomu pozwolić się choćby dotknąć. Nie mówiąc już o sprowadzeniu na ziemię. Nie była jego, nie mogła być. Najwidoczniej miała być niczyja, dokładnie tak, jak on jest zupełnie niczyj. Lekkie zakłopotanie zaistniałą sytuacją postanowił przykryć potężną dawką pewności siebie, jakby mu miało być wtedy łatwiej. Uniósł więc lekko kąciki ust i osuwając się po ścianie przysiadł się do dziewczyny. Przez chwilę gapił się w ścianę przed nimi, jakby przyjmował do wiadomości, że właśnie go przeprosiła.
    - Byłem zły, Julia. Nie rozumiałem. – mówił, jakby urywane zdania były jedynym, co może wyjaśnić to, co wtedy czuł. Goniący potok myśli, wyrzuty sumienia, złość, rozczarowanie. Jakby kocham usunęło mu wtedy jakikolwiek grunt spod nóg. – Zrobiłem mnóstwo głupstw. – przyznał, podciągając kolana i opierając na nich łokcie. Dzięki temu mógł swoją uwagę skupić na swoich dłoniach, którymi bawił się nerwowo. Gdy na ułamek sekundy spojrzał w jej stronę, widząc dziewczynę w stanie, w którym nie widział jej chyba nigdy, prawdopodobnie podjął już wtedy nieświadomą decyzję. Kochał. I to Julia zawsze będzie dziewczyną, o którą będzie zazdrosny, o której będzie myślał, o którą będzie dbał. Choćby miał patrzeć na nią jak przez szybę, uszanuje to, że ona nie chce być czyjaś. Nigdy, nikogo.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  24. [A owszem!
    Dziękuję, to bardzo miłe. Zwłaszcza, że W. to mój pierwszy pan. c:]

    Wyatt Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  25. Zaśmiał się i pokręcił na boki głową w totalnym rozbawieniu. Julia chyba nie była świadoma tego, że gdy była pod wpływem zmęczenia, robiła się naprawdę uroczo marudna, co Mathias dzielnie znosił. Sam również umiał umęczyć człowieka swoim wiecznym niezadowoleniem. Zacisnął usta w wąski paseczek, cierpliwie czekając aż ta wróci. Gdy tak się stało zrobił jej miejsce na łóżku, a następnie objął ramieniem.
    - Śpij - szepnął i ucałował ją czule w skroń, a następnie ułożył wygodnie głowę do snu i nawet nie opierał się wszechogarniającemu go zmęczeniu.
    Rano wstał dość wcześnie, ale czuł się wyspany i cholernie głodny, więc nim przyjdzie pora na śniadanie, zagłuszył głód maślaną bułeczką oraz sokiem dyniowym, następnie napalił w kominku, by pokój się ogrzał. Odwrócił się na moment, by upewnić się, że nie obudził Julii. Mogła pospać jeszcze z dobrą godzinkę, więc nie chciał, by jego małe krzątano ją zbudziło, poza tym potrzebowała dużej ilości snu. Nie wiedząc już co ma ze sobą zrobić, usiadł do biurka i zabrał się za sprawdzanie zaległych prac domowych, niektóre nawet nieźle go rozbawiły zaś inne pozytywnie zaskoczyły. Cóż pierwszoroczni mieli dziś niezwykłe szczęście i obyło się bez oblanych prac, wszystkie zostały zaliczone pozytywnymi i zdecydowanie zadowalającymi ocenami. Mathias nigdy nie oceniał po nazwiskach. Oceniał wiedzę danego ucznia i nawet jeśli owy uczeń zniszczyłby sobie reputację w oczach Rathmanna, to jednak nie zniszczył wiedzy, na której profesorowi najbardziej zależało.
    Uniósł głowę i uśmiechnął się na widok wpatrujących się w niego parę błyszczących oczu.
    - Wyspałaś się? – zapytał odkładając prace na niewielki stosik, a następnie nieco się przeciągnął.


    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  26. Wiktor musiał przyznać, że trening do łatwych nie należał, ale właśnie takie ukochał sobie najbardziej. Był wtedy wolny od codziennych problemów, męczących go myśli, był tylko on i złoty znicz, nic więcej się nie liczyło. Po zejściu z miotły czul się taki wolny i zdecydowanie bardziej orzeźwiony. Spojrzał na zegarek i dotarło do niego, że ma niewiele czasu do spotkania z Julią, więc nie czekając ani chwili dłużej pobiegł pod prysznic, który pozwolił spiętym mięśniom rozluźnić się i odprężyć. Z nieco jeszcze wilgotnymi włosami udał się na miejsce spotkania chowając ręce w kieszeni. Jego spojrzenie jak zwykle pozostało tajemnicze, nie zdradzało niczego, żadnej postawy, myśli. Niektórzy uważali, to za znak, by Wiktorowi nie ufać, a sam Bułgar traktował to jako swoistą linię obrony do własnej, prywatnej sfery, którą jak dotąd nikomu nie pozwolił przekroczyć, jednak na widok Julii jego spojrzenie od razu stało się łagodniejsze. Uśmiechnął się nieco.
    - Chodźmy – rzucił przepuszczając ją przodem, by prowadziła, gdyż sam nadal nie wiedział, gdzie dokładnie miała się odbyć owa impreza, z której za pewnie zwinie się po paru godzinach, znudzony większym gronem ludzi, za którym zbytnio nie przepadał. Musieli szybko się uwinąć, aby zostać niezauważonym, w końcu żadne z nich nie chciało oberwać szlabanu.
    - Imprezka – zaśmiał się Wiktor, gdy po przekroczeniu progu miejsca całego zgromadzenia, okazało się, że nie jest to taka sobie impreza, a ogromna impreza z mnóstwem alkoholu i nowych twarzy. Iwanow uważnie rozejrzał się dookoła, a następnie chwyciwszy dłoń Julii, by mu nigdzie nie zginęła w tłumie pociągnął ją za sobą w mniej zatłoczone miejsce.
    - Widzisz kogoś znajomego? – zapytał rozglądając się, jednak on sam nikogo takiego nie dostrzegł. Delikatnie skinął głową, gdy ktoś w jego dłoń wcisnął dwie butelki z kremowy piwem, a jedno z nich podał swojej towarzyszce. Wolał, by się nigdzie nie oddalała. Choć był to początek imprezy, to kręciło się tutaj już kilku jak nie kilkunastu dobrze wstawionych ludzi, więc lepiej, by nie obeszło się bez problemów. Upił łyk piwa, a następnie objął Julię ramieniem, tak dla bezpieczeństwa, by dać niektórym do zrozumienia, że nie przyszła sama. Skoro zgodził się z nią iść, to musiał o nią zadbać? No chyba coś w ten deseń. Nie była małą dziewczynką, umiała sobie poradzić w takich sytuacjach, ale jednak wolał dmuchać na zimne. Zabrał jednak dłoń po paru minutach nie chcąc jej denerwować lub krępować, sam również czuł się niezręcznie.
    - Chcesz zatańczyć?


    Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  27. Freddie za to miał zupełnie inny problem niż ona. Emocje wylewały się z niego w wręcz nadmiernym stopniu, rzadko kiedy potrafił je powstrzymać, by nie zapanowały nad jego działaniami. Rozumu słuchał na meczu, na sprawdzianach, podczas warzenia eliksirów...ale nie w prawdziwym życiu. Poczas codziennych sytuacjach to serce mówiło mu co ma robić, to jego głosem się kierował. Nie musiał tego rozpatrywać, nie musiał tego rozważać, taki po prostu był i tyle. Nie powstrzymywał się i potem musiał liczyć się z konsekwencjami, ale przynajmniej był sobą.
    Uśmiechnął się do niej olśniewająco, jego oczy zabłyszczały w ten charakterystyczny łobuzerski sposób. Dzisiaj żadne z nich nie musiało martwić się swoimi problemami. Dzisiaj byli razem, mieli zamiar się napić i najpewniej odwalić coś głupiego. Tylko to się liczyło, zmartwienia mogli przecież odlożyć na później.
    - Mnie nie da się nie kochać - zażartował, zaśmiał się i lekko dźgnął ją w brzuch - Ja ciebie też, Julls - dodał zaraz, kiedy już się uspokoił, a potem zdecydowanie pociągnął ją w stronę swojego dormitorium.
    - Do mnie. Chłopcy z pewnością pójdą na obiad, z którego nieprędko wrócą. A poza tym pod swoim łóżkiem zachomikowane mam dwie butelki rumu - oznajmił prawie że szeptem, jakby zdradzał jej największą tajemnicę. Kiedy zatrzymali się przez portretem Grubej Damy, rzucił krukonce tylko szybkie spojrzenie, zanim rzucił 'zasłoń uszy, zabiliby mnie, gdybyś poznała hasło'.
    Tak jak przypuszczał, w Pokoju Wspólnym kręciły się tylko dwie pierwszoklasistki, za to w jego dormitorium było całkiem pusto. Głodomory poszły jeść. Usiadł na łóżku, uprzednio wyciągając spod niego wielką, ozdobioną srebrnymi nalepkami butelkę rumu z miodem.
    - Powinnaś przyjechać do mnie w wakacje. Moja mama cie lubi i ciągle gada, że powinienem zabrać cię na randkę - zachichotał, mocując się z nakrętką. Nie lubił przebywać w swoim rodzinnym domu, ale z Julką u boku nie było wcale tak źle - Zaprosiłbym cię podczas przerwy świątecznej...ale w tym roku zostaje w Hogwarce. Matka jedzie do Szkocji w sprawach 'zawodowych' - skrzywił się, wyraźnie akcentując ostatnie słowo. W końcu Julia wiedziała o jego wiecznych problemach rodzinnych, więc mógł podzielić się z nią także i tą informacją.

    Fredziak

    OdpowiedzUsuń
  28. Czemu nie potrafił jedynie zaakceptować faktu, że ktoś go zna na wylot i akceptuje takiego, jakim jest? Czemu wyciągał ręce po więcej? Przecież to, że Julia chciała go przy sobie właśnie takiego, ze wszystkimi wadami i zaletami, było czymś najpiękniejszym, co mogło go w życiu spotkać. Ale Julien wyciągał łapy po więcej, zawsze chciał więcej, jakby wiszące nad nim gwiazdy wcale nie były czymś nieosiągalnym. Możliwe, że problemem była nie ona, a on sam. Przy nim spokój był bardzo względny, a pewność chwiejna. Może rzeczywiście nie można było na nim polegać? Ta myśl dobijała go jak nic innego.
    I on miał wtedy tą iluzję szczęścia, gdy skupiał się nie na długich rozmowach, w których odnajdywali wspólne tematy, punkty widzenia, nie na patrzeniu w gwiazdy, nie na budowaniu przyjaźni, relacji na długie lata, ale na tym wszystkim, co było płytkie. Na powtarzanych z pamięci opowieściach, na sztucznych uśmiechach, imprezach, oglądanych meczach, wycieczkach do Hogsmeade. Te wszystkie uczniowskie rozrywki były barwne, niejednemu dawały szczęście, ale o ile bardziej byłyby szczęśliwe gdyby ona była przy nim. Gdyby on umiał trzymać język za zębami. Ale czy gdyby nic wtedy nie powiedział, potrafiłby cieszyć się z radosnych oczu dziewczyny, w której był tak idealistycznie i prostu zakochany?
    Widział jak się zmaga. Za dobrze ją znał. Nawet na niego nie patrzyła, oddychała z trudem, ale nie winił jej. On zrobił pierwszy krok, ona kolejny. Czyżby teraz była jego kolej? Skojarzyło się to mu z beznadziejnie trudną nauką chodzenia. Zmarszczył lekko brwi patrząc na tą drobną postać kulącą się pod ścianą. Tak rozpaczliwie chciał przygarnąć ją do siebie, ale się bał. Spojrzał w dół na opuszczoną bezwładnie na posadzkę dłoń Julii.
    - Odpuść. Przede wszystkim sobie. – powiedział rzeczowo, choć niebywale delikatnie. Chłopak bywał do bólu pragmatyczny i choć sam sobie nie mógł wybaczyć, to nie chciał by ona cierpiała. Niemalże nieświadomie zawędrował ręką do jej dłoni. Chciał chociaż na chwilę poczuć, że coś jest na swoim miejscu. Nie wiedział jak zareaguje, ale nie wybaczyłby sobie, gdyby nie spróbował. Czuł jakby serce miało wyskoczyć mu z piersi, gdy dotykiem tak niepewnym, że niemal niewyczuwalnym, zamknął w swojej dłoni jej dłoń.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  29. Oczywiście, że widział. Nie był ślepy, choć doskonale pamiętał jak w pierwszej chwili wydawało się mu, że ma zwidy. Pamiętał, jak błyszczały jej oczy, jak dziwne wydawało się mu, że przyjaciółka się rumieni, gdy pozornie zachowywał się tak, jak zwykle. Jak ekscytujące i niepokojące zarazem były momenty, gdy wyciągał rękę, by poczochrać jej włosy, gdy obejmował ramieniem, gdy całował w czoło, a gesty te nabierały zupełnie innego wydźwięku, choć jednocześnie pozostały takie same. I w pewnym momencie, gdy spojrzał jej w oczy, w jego spojrzeniu odbiło się to, co było skierowane do niego, personalnie. Nie wiedział dokładnie kiedy to było, przegapił moment, w którym wszystko zmieniło się o 180 stopni. A może po prostu ta zmiana nie była tak nagła jak się mu z początku wydawało?
    Pamiętał, że nie mógł wytrzymać, aż znów ją zobaczy. Pamiętał, jak ze zdziwieniem obserwował, że zaczynają się mu trząść ręce, jak łapie się na momentach zakłopotania, odwraca speszony wzrok, w rzadkich momentach, gdy brakowało mu pewności siebie, nawet rumienił się. Zachowywał się jak zupełne przeciwieństwo chłopaka, który zamierzał zwojować pół świata. Bo nagle jego światem stał się ktoś inny niż on sam. I ta sama dziewczyna siedziała teraz obok niego, zupełnie załamana. A gdyby tak pomalutku udało się to jakoś posklejać? Trzeba tylko było wiedzieć gdzie zacząć.
    -Hej, mała, czy możesz polubić swojego faceta? To porządny gość… - ściskając delikatnie jej dłoń, zanucił jedną ze znanych sobie piosenek, którą zasłyszał kiedyś w radiu. Pamiętał jak uczył się przy niej grać to na gitarze, ale wtedy jeszcze dość kiepsko mu szło. Widząc, że skupił na sobie trochę jej uwagi, zerknął na nią kątem oka, zawadiacko unosząc jedną brew, jakby znów zapraszał ją na kremowe piwo i uniósł lekko kąciki ust.
    - Spróbujesz? – odwrócił się w jej stronę, usiłując złapać jej spojrzenie. Jak dla niego właśnie zmieniało się wszystko. Każda zmiana była na swój sposób dobra, miała coś na celu, choćby wydawało się nam inaczej. Jeszcze o tym nie wiedział, ale niedługo uczucie, dzięki któremu wydawało się mu, że może latać, wróci z podwojoną siłą. Gdy tylko Julia na niego spojrzy, gdy popatrzy mu w jego niedoskonałą duszę, dokładnie tak, jak robiła to kiedyś. Wstał więc z posadzki i z łobuzerskim, niemal chłopięcym uśmiechem, wyciągnął do niej dłoń. Zamierzał ją porwać. Teraz.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  30. Często słyszał, że dziewczyny naprawdę nie przepadają za tego typu 'tykaniem', ale nie oznaczało to, że nie mógł podroczyć się trochę ze swoją drogą Julls. W końcu przekomarzenie się to jeden z jak najbardziej normalnych elementów codziennej przyjacielskiej relacji, prawda? Nawet jeśli nie używa się do tego słów. Przewrócił oczami na jej sarkastyczną uwagę, choć uśmiech nie znikał z jego twarzy. Położył sobie ręke na piersi, by w teatralnym geście ukłonić się przed nią niczym panicz, ratujący damę swego serca. Brakowało mu tylko przeraźliwie ciężkiej zbroi albo śmiesznego mugolskiego stroju w zestawie z kapeluszem z piórami, którym mógłby wymachiwać w każdą stronę, prezentując swoje męstwo. Słowa jednak nie oddały tego jakże dostojnego gestu.
    - Powiedziałem 'rumu', o innych alkoholach nie wspomniałem - zaznaczył, unosząc palec ku górze. Co prawda jego zapasy odrobinę się wyczerpały po ostatniej imprezie, ale o tym nie miał zamiaru wspominać. Może uda mu się w weekend wyciągnąć Julię na małe, acz nielegalne zakupy? Przydałoby mu się uzupełnienie zbiorów, a poza tym potrzebował też kilku paru innych cennych przedmiotów. Wyszczerzył się na jej 'groźbę', jakby Julia była małą dziewcznką i pokręcił głową na boki, rzucając jakieś 'Woaah, aż trzęse portkami ze strachu'.
    Pośpiech Julii nie wydawał mu się niczym dziwnym oraz całkowicie mu nie przeszkadzał. Co prawda, Pokój Wspólny był niemal pusty, ale rozumiał, że czuła się źle po akcji z Julienem, nawet jeśli usłyszał o niej poźniej niż właściwie powinien. W dormitorium zamknał za nimi drzwi i prawie, że przy wejściu zrzucił z siebie krawat. Po co oni je w ogóle dali do mundurków? Okey, ułatwał dumną prezentację barw domu, ale poza tym był tandetną i zdecydowanie niewygodną obrożą dla uczniów. Paskudztwo.
    Na łożko opadł więc z pełnym ulgi westchnięciem, a sam zapach rumu wywołał w nim miłe wspomnienia. Może powoli sie uzależniał?
    Jego matka była okropną kobietą, przynajmniej z punktu widzenia jego i Julii. Nie dostarczała mu miłosci macierzyńskiej ani nie okazywała wsparcia. Cały czas tylko wymagała więcej i więcej, nigdy nie była zadowolona, nieważne jak bardzo Freddie się starał. Dlatego po pewnym czasie przestał, wtedy ich relacja jeszcze bardziej się oziębiły.
    - Przepraszam, skarbie. Obiecuję, że niedługo wykombiuje coś specjalnego, szykuj się - zażartował, puszczając jej oczko, po czym, podobnie jak Julia w dość szybkim tempie opróżnił swoją szklankę. Alkohol spłynął po jego gardle, pozostawiając przy sobie niekoniecznie przyjemne, ale dające dziwną ulgę palące odczucie. Uśmiechnął się, wlepiając wzrok w dno szklanki.
    - Na Ciebie zawszę mogę liczyć - mruknął pod nosem, rzecz tak oczywistą, że aż poczul się przez to głupio - Ciekawe czemu? - zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu. Państwo Jones zawsze byli dla niego bardzo mili, dlatego przebywanie w domu jego przyjaciółki zawsze wspominał z szerokim uśmiechem na twarzy. Rodzice Julii dali mu coś, czego najprawdopodobniej nigdy nie zazna w rodzinnym domu - akceptację. Na wspomnienie o wakacjach wzruszył ramionami, posyłając dziewczynie ciepłe spojrzenie.
    - Nie, rozumiem, Julls. Poza tym, dwanaście miesięcy ze mną to jednak doprowadziłoby cie do obłębu - dodał, zaciskając usta, żeby się nie zaśmiać i ponownie uzupełnił ich szklanki rumem. Picie bez podjadania...chyba oboje będą mieli udany dzień.
    - To nie moja sowa, tylko naszej 'rodziny' - pokazał cudzysłów w powietrzu - Matka spędza z nią większość czasu, nie dziw się, że jest wredna - trącił ją łokciem i podniósł szklankę z radosnym błyskiem w oku.
    - Za wspólne święta i za naszą wspaniałą, romantyczną randkę - wzniósł toast tym swoim przesadnie patetycznym głosem.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  31. Do tamtego dnia nie znał strachu. Była niepewność, było zakłopotanie, wstyd, lekki stres, ale nigdy lęk. Nie bał się chyba niczego, poza wysokością. Po tamtej rozmowie odebrał lekcję, tak ważną dla życia młodego człowieka, że czasem lęk wiąże się z relacjami międzyludzkimi. Wydawało mu się, że będzie królem własnego życia, ale nie wiedział, że nawet i król czasem się boi. Teraz musiał tylko nauczyć się porządnie gospodarować zarówno odwagą, jak i lękiem. Musiał się tego nauczyć, gdy minął pierwszy dzień bez niej, gdy musiał zorganizować sobie bez niej pierwszy weekend, pierwsze wyjście do Hogsmeade, naukę w bibliotece i każdą inną czynność, która do tej pory niezmiennie naznaczona była jej obecnością.
    Teraz szło mu znacznie lepiej, choć zaczął ćwiczyć wyłącznie, gdy był sam. To był chyba jedyny element jego życia, którego nie rozdał światu. Wszystkie aspekty jego płytkiego życia były do tej pory tak publiczne, że właściwie nie miał i nie potrzebował prywatności. Poza muzyką, która przypominała mu o tamtym spokojnym wieczorze, kiedy jeszcze wszystko było piękne i proste. I znów przyszedł czas na gospodarowanie lękiem. Przyszedł czas na powrót do tego, co utracone, a co tak rozpaczliwie chciał odzyskać. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że gdy wrócą do choćby cienia tego, co było… być może spróbuje raz jeszcze? Zmarszczył nikle brwi, jakby sam siebie w myślach nazywał głupcem.
    Gdy przyciągnął ją do siebie, nie zamierzał puścić jej ręki. Skierowali swoje kroki w stronę wieży astronomicznej, a on starał się nie myśleć o tym, że wspinają się coraz wyżej. Pamiętał jak lubili tam przesiadywać, ale on nigdy nie podchodził bliżej barierek niż było to konieczne. Patrzył w gwiazdy, jakby chciał po nie sięgnąć i patrzył na Julię, jakby była jednocześnie tak daleko jak gwiazdy i tak blisko, że mógł objąć ją ramieniem. Gdy już stanęli na wieży, wziął głęboki wdech i zdał sobie sprawę, że przychodzenie tu samemu nie było już takie ekscytujące.
    W gratach leżących w kącie, wśród przyrządów i innych dziwnych rzeczy, których przynależności określić nie potrafił, znalazł harfę. Prawdopodobnie nie miał bladego pojęcia, że ta sama harfa, kilkanaście lat temu usypiać miała trzygłowego, wielkiego psa, który wabił się Puszek. Machnął różdżką, a instrument rozpoczął znów samodzielnie szarpać struny, wydobywając delikatną melodię. Podszedł do dziewczyny stanowczo bliżej niż na początku zakładał i wyciągnął do niej dłoń.
    - Mogę prosić? – tym razem poprosił. Nie zabrał, nie zgarnął jak swoje, nie pociągnął jej za nadgarstek jak jeszcze kilka chwil temu. Poprosił, uśmiechając się pewnie, jakby tą pewnością siebie miał przykryć ledwo zauważalny rumieniec, który wpłynął na jego policzki nie wiadomo czy ze strachu, czy z faktu, że znów stawiał czoła swojej niepewności. Że dziewczyna, na widok której serce biło szybciej, jest tu teraz przed nim. A jej obecność świadczy o tym, że jeszcze nie wszystko stracone.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  32. Dobrze, że był weekend. Gdyby dzisiejszy dzień okazał by się jednym z dni pracujących, Vinay z pewnością wpakowałby się w tarapaty, przysypiając na zajęciach i brakiem wszelkich zadań, ponieważ poprzedniego wieczoru nie zdołał się na nic przygotować. Zaraz po przeprowadzeniu treningu Quidditcha udał się do swojego dormitorium, by uszykować wszystkie potrzebne rzeczy do swojej małej wyprawy, która skutkowała nieprzespaną nocą, podpuchniętymi oczami i powrotem do zamku nad ranem. Sama wycieczka miała być ściśle tajna, a jej przyczyny nikt nie miał poznać. Jak na złość w nocy doszło do niezaplanowanego spotkania dwóch braci, gdzie żaden nie spodziewał się natknięcia na tego drugiego.
    Westchnął cicho, podpierając dłońmi głowę. Spoglądał na leżącą przed nim gazetę , całkowicie przy tym ignorując swój talerz. Nagłówek na pierwszej stronie gazety, był jednoznaczny Śmierć w Hogsmeade, podtytuł opowiadał o świadka, który widział dwójkę młodych chłopców przemieszczających się z miejsca, w którym znaleziono ciało. Vinay przełknął ślinę, wpatrując się w stół ślizgonów, przy którym siedział Wyatt, brat Belzungovicha. Czytał pospiesznie artykuł prychając cicho, czytając kolejne brednie. W momencie gdy dotarł do fragmentu, w którym świadek opowiada o tym, że zauważył, jak jednemu z uciekinierów wypada mały przedmiot z kieszeni i podszedł zerknąć co to takiego, Vinay sięgnął do kieszeni spodni i gdy nie wyczuł twardego przedmiotu momentalnie pobladł. Mugolski brelok, który dostał na piętnaste urodziny od byłego pałkarza. Drużyna wiedziała, że taki ma, ale... Przecież każdy mógł go mieć. Zacisnął wargi II odłożył spokojnie gazetę, obok talerza i chwycił widelec nabierając na niego odrobinę ziemniaków.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  33. Byłby głupcem, gdyby wyrzucił to wszystko do kosza. Ten weekend zmienił wiele, jednocześnie nie zmieniając prawie nic. Julia mogła przekonać się o innej wersji Josha, zbudowali pewną więź, którą szkoda by było zrywać. Joshua również mógł przekonać się o zaletach Krukonki, porzucając błędne wyobrażenie o osobach nienależących do Slytherinu. Inni też nie są tacy źli. Przynajmniej Julia była osobą wartą uwagi.
    Jednakże co zmieniło się oprócz poglądu na świat Yaxleya (chociaż i tak niecałkowicie) i zbudowania jednej pozytywnej relacji? Praktycznie nic. Joshua nadal pozostanie zimnym Ślizgonem, który uśmiech od czasu do czasu wyśle w kierunku pojedynczych jednostek. Nadal będzie spalał niezdrowe ilości papierosów, nadal będzie uważał się za kogoś lepszego. Nadal pozostanie samotny, chociaż znalezienie drugiej połówki nie było jego głównym priorytetem. Miał całe życie przed sobą. Może kiedyś odmieni je całe. Teraz jednak nadal pozostawał w swoim małym światku, którego nawet Julia dla niego nie zmieni. Nikt tego nie zrobi. Nikt nie jest w stanie.
    Wargi Josha wykrzywiły się w lekkim i zmęczonym jednocześnie uśmiechu. Nie chciał zawieść dziewczyny, nie miał zamiaru jej zranić. Tymi dwoma spotkaniami zrobiła dla niego więcej niż większość jego dotychczasowych znajomych. Dlaczego miał skazać się na odrzucenie, sam odrzucając innych? Popełnienie tego błędu nie wchodziło w grę.
    - Oczywiście, że wszystko jest okej – szepnął, odgarniając niesforny kosmyk włosów z twarzy dziewczyny.- Dobranoc, Jones.
    Wysłał Julii przyjacielskie (już zdał sobie sprawę, że był skazany na friendzone) mrugnięcie, po czym żwawym krokiem udał się do lochów. To był początek czegoś nowego. Czas pokaże, czy Joshua powinien bać się tej przyszłości, czy może wręcz przeciwnie.

    [Co dalej z nimi robimy?
    PS Super ta nowa karta!]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  34. Otworzył szeroko oczy widząc dłoń zabierającą gazetę, a gdy poczuł ją na swoim ramieniu wzdrygnął się i szybko odwrócił głowę. Poczuł pewną ulgę, gdy zobaczył Julię, ale zaraz zdał sobie sprawę, że dziewczyna wie, że ten posiada taki brelok. Dokładnie taki, o jakim była mowa w Proroku Codziennym i jakże wyszukanym artykule. Wcale z nią nie chciał iść, bo już wiedział że zacznie się wypytywanie o szczegóły wczorajszej nocy, a on pisnąć nawet słówka na ten temat nie mógł, bo obiecał, a Vinay zawsze dotrzymywał swoich obietnic. Nie puszczał słów na wiatr. Wyszedł zgodnie z prośbą, a raczej żądaniem starszej o rok Krukonki i westchnął cicho, miał wrażenie, że jego nogi zaraz ugną się pod ciężarem jego ciała.
    — To, to jest gazeta, Julio. Uściślając jest to Prorok Codzienny. — Odpowiedział szybko na jej pytanie, chociaż dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie o to jej chodziło, a konkretnie o artykuł, o treść artykułu. Wziął głęboki oddech i starał się utrzymać na ustach ten głupkowaty uśmieszek. Wczorajszej nocy zdecydowanie znajdował się w pobliżu tamtego miejsca i owszem, nie był sam. Towarzyszył mu drugi Belzungovich, które spotkał zupełnie przez przypadek. Ich relacja ostatnio również nie należała do najłatwiejszych, a spotkanie podczas nocnych wymknięć z zamku było ostatnim, czego oboje pragnęli. Nie miał nic wspólnego z tą tajemniczą śmiercią, która miała miejsce zeszłej nocy. Owszem uciekli wraz z Wyattem gdy tylko usłyszeli cichy odgłos czyichś kroków i szelest liści, ale tylko dlatego aby nie wpaść w tarapaty. W końcu, gdyby ktoś złapałby ich poza zamkiem, mieliby naprawdę nie lada problem, chociaż patrząc na sytuację z obecnej perspektywy, teraz był w znacznie większych kłopot i w ogóle nie miał pojęcia jak powinien z tego wyjść. Koniecznie musiał porozmawiać ze swoim przyrodnim bratem, jednak niechęć, którą czuł do jego osoby ciągle go przed tym powstrzymywała. Poza tym. Musiał się teraz zając sytuacją z Julią, musiał się po prostu nią zająć i upewnić ją, że on nie ma z tym nic wspólnego. Nie był jednak pewien, co takiego ma zrobić aby mu uwierzyła. — Nie wiem o co ci chodzi, naprawdę. — Dodał po chwili, czując na sobie jej spojrzenie. Bał się teraz spojrzeć na jej twarz, nie próbował nawet utrzymać kontaktu wzrokowego, bo od razu wiedziałaby, że ma coś jednak do ukrycia.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  35. Wiedział, że dziewczyna ma siłę, jednak zdecydowanie nie spodziewał się, że kiedyś użyje jej względem niego samego. Gdy chwyciła go i zaciągnęła w najbardziej oddalone od pozostałych uczniów miejsce, wciąż wpatrywał się w swoje stopy. Dopiero po wypowiedzeniu kolejnych słów, podniósł głowę i odważył się w końcu na nią spojrzeć.
    — To nie tak, jak myślisz. — Mruknął, nie zamierzał nawet kłamać, że ma ten breloczek przy sobie, bo z pewnością poprosiłaby go zaraz, aby go jej pokazał, a przecież go nie miał, nie byłby w stanie go od tak wyczarować. — owszem nie było mnie w nocy w zamku, ale nie mam nic wspólnego z żadną śmiercią. — Syknął cicho, nieco podirytowany. Nie wierzył, że Julia mogłaby tak szybko w niego zwątpić, bo czy poza artykułem miała jakiekolwiek powody aby myśleć o nim w ten konkretny sposób? Przecież on nigdy nie był agresywny, no… Może z wyjątkiem meczy Quidditcha, jednak to nie była tego typu agresja. — Naprawdę uwierzyłaś od tak w ten artykuł? Poza tym… Nigdzie nie ma napisane, że to byłem ja. Tylko brelok. Każdy może mieć taki brelok. — Zdawał sobie jednak sprawę, że nie znowu każdy. W końcu w pobliżu było znacznie więcej czarodziejów aniżeli mugolaków, chociaż z drugiej strony każdy uczący się w hogwarcie półkrwi, mógł mieć taki albo podobny. Westchnął cicho. — To po prostu niefortunny zbieg okoliczności. — Wydusił w końcu z siebie, nie bardzo wiedząc co niby miałby jej więcej powiedzieć. O powodzie swojego wyjścia z zamku powiedzieć po prostu nie mógł, a tym bardziej o wspólnej nocy z Wayttem, w to chyba nawet by nie uwierzyła. W końcu wiedziała mniej więcej w jakich są stosunkach. A poza tym, pisali o dwójce młodych chłopaków, w ten sposób może tylko bardziej by sobie zaszkodził, przyznając się przed kimkolwiek, że był w wiosce z kimś jeszcze.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  36. — Też sobie nie wyobrażałem życia bez niego… — Powiedział po chwili ciszy. — I ufałem mu najmocniej na świecie, Julio. — Westchnął ciężko, opierając się plecami o zimne, szkolne mury. Oparł o niego głowę, przechylając ją do tyłu i zagryzł mocno wargi. Naprawdę wierzył, że on i Chang będą razem już zawsze. Wcześniej miał już delikatne podejrzenia co do tego, iż chłopak… Po prostu go wykorzystuje, ale wierzył, że pewnego dnia to się zmieni, że dostrzeże, że naprawdę go kocha i po prostu chce z nim być. Oszukiwał dla niego wszystkich. Rodzinę, znajomych i bliskich kolegów. Oszukiwał samego siebie, chcąc zaznać odrobiny spokoju. Chang odwiedzał go we wszystkich snach, pojawiał się w jego głowie codziennie, a teraz… Nie umiał sobie z tym wszystkim poradzić. Nie potrafił. Otaczało go tak wiele ludzi, ale wszyscy, na których mu najbardziej zależało, okazywali się kłamcami. Została mu już tylko jego mama. Kobieta, którą tym razem on okłamywał, której kosztem w pewien sposób się bawił, tylko po to, aby nie poznała jego tajemnicy.
    — Zazdroszczę ci, że potrafisz im zaufać. — Szepnął cicho. On już chyba nie potrafił. Nie umiał pozwolić nikomu na zbliżenie, na poznanie całej prawdy. Umiał rozmawiać z ludźmi na poważne tematy, ale nigdy nie wspominał o swoich problemach. Dopiero teraz, dopiero jej. Zagryzł wargę, wzruszając delikatnie ramionami. — Ciesz się każdą wspólnie spędzoną chwilą, nie chcę brzmieć jak pesymista, ale nigdy nie wiesz, kiedy coś się zmieni. — Zdecydowanie brzmiał jak pesymista, ale nie potrafił tego w żaden sposób zmienić. Taki już był, tak ukształtowało go życie, po prostu.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie traktował tego jako typowego flirtu i podejrzewał, że ona też nie. Julia była dla niego jak siostra i to kochał w ich relacji - prostotę, wsparcie i wspólnie spędzanie czasu. Żadne z nich nie musiało martwic się, co z tego wyniknie, bo najprościej w świecie wyniknąc nic nie mogło. Dziewczynę traktował jak siostrę, której nigdy nie miał.
    - Mm z pewnością. Kwiaty, wino, kolacja w świetle księżyca... - wymamrotał niby to zmysłowo, wywijając rzęsami, ale zaraz dormitorium znowu wypełnił jego głośny śmiech. Powstrzymanie rechotu przy tak niedorzecznej rozmowie było niemal niemożliwe. Zmrużyl oczy, patrząc na nią niby to groźnie, gdy potwierdziła jego sugestię.
    - No wiesz! A myślałem, że zaprzeczysz, skrzacie! - wymierzył w nią 'oskarżycielsko' palcem, ale na jego ustach czaił się cień uśmiechu, świadczący o tym, że nie bierze tego na poważnie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego obecność może być bardzo męcząca - był wulkanem nieskończonej energii i czasem jego towarzysz po prostu nie miał ochoty jej chłonąć.
    - Nie wytrzymałbym z tym zakazem zbliżania się do ciebie...Zresztą znasz mnie, znalazłbym sposób - mrugnął do niej porozumiewawczo, wyobrażając sobie, jak przebiera się za kogoś zupełnie innego na przykład ułożonego, zimnego ślizgona...Brr, koszmarna, masochistyczna wizja. Musiałby przez cały czas z rozmarzonym wzrokiem siedzieć na parapecie i gapić się w przestrzeń, pozorując ludzką skorupę wypełnioną powietrzem. Naprawde nie potrafił pojąć, jak można tak żyć, jak można widzieć same wady, burczeć pod nosem jak nadąsany buc czy podddawać się w ważnych chwilach...Nie, z pewnością nie mógłby być kimś takim.
    Upił kilka łyków rumu, oblizał usta i odstawił szklaneczkę na stoliczek obok, mrucząc coś, że przeprasza na chwilę, ale musi się przebrać. Krawat krawatem, ale reszta jego mundurku również nie była zbyt wygodna. Koszulę zastąpił zwykłym t-shirtem, a spodnie rozcięgniętymi szarymi dresami. Wyglądał teraz jak stereotypowy menel, ale przynajmniej nie czuł się obwiązany z każdej strony. Mundurek ułożył na pufie obok i właśnie podnosił wzrok, kiedy jego przyjaciółka znowu się odezwała.
    - Och - zareagował odruchowo i uniósł brwi, uśmiechając się lekko - Nie mam pojęcia jak bez ciebie wytrzymam - rzucił zaraz na wpół żarując, na wpół mówiąc poważnie. Z powrotem zabrał się za swój alkohol, pochłonął połowe swojej porcji, by zaraz rozłożyć się na połowie łóżka z błogim wyszczerzem na twarzy.
    - Pozdrów ich ode mnie czy coś. No i nie poderwij tam jakiegoś amerykanina bez mojej wiedzy. Czułbym sie zdradzony! - trącił ją łokciem, a potem założył ręce za głową. Jak dobrze, ze nie miał już dziś żadnych zajęć, bo chyba by zwariował.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  38. [Może, hmm... Przez jakiś czas by się unikali, w sensie, może to Joshua unikałby Julii, żeby znaleźć czas, aby uporządkować sobie wszystko w głowie (taka emocjonalna wersja Josha, niespotykana, ale jednak się pojawiła). Może wrzucę tu też jakieś problemy rodzinne. I może zróbmy tak, że w końcu się ze sobą skonfrontowali, tak po jakimś tygodniu, może dwóch? Josh by się jej wygadał, co mu leży na sercu itp.]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  39. Dla Freddiego za to flirt był czymś zupełnie naturalnym, ale tylko w obliczu osoby, która naprawdę mu się podobała. No dobra, może nie zawsze, ale na pewno nie w przypadku dziewczyny, jego przyjaciółki, przybranej siostry. Ostatnio jednak nie korzystał z tej miłej formy urozmaicenia zwykłej nudnej rozmowy, głównym powodem był pewien koreańczyk. Naprawdę zastanawiał się, co z tego wyjdzie i czy będzie w stanie to wszystko utrzymać. W tamtym momencie poczuł też ukłucie w żołądku, spowodowane zapewne wyrzutami sumienia. W końcu nie opowiedział Julii wszystkiego...Wstydził się za takie zachowanie, wiedział, że by się na nim zawiodła, a do tego dopuścić nie chciał. W końcu sam zrozumiał, że zachowywał się jak imbecyl, w porę to naprawił, by nikogo nie zranić...To chyba go jakoś usprawiedliwiało, prawda? To dlaczego nadal czuł się tak paskudnie, jakby krzywdził wszystkich naokoło?
    Z drugiej strony była jego przyjaciółką, może by go w tym jakoś wsparła. Może by mu powiedziała, że nie jest złym człowiekiem? Nie. Nie mogłaby, bo zachował się jak naprawdę zły człowiek. Paradoksalnie, chciał postąpić jak paskudny ślizgon, którym gardził praktycznie od urodzenia. Westchnął ciężko, nieco zdołowany. Był naprawdę dziwną, pełną wątpliwości osobą...
    Ale dzisiejszy dzień miał być tym dobrym dniem, miał sprawić, że im będzie lepiej, nie mógł tego teraz popsuć. Skupił się na słowach, wypowiadanych przez jego przyjaciółkę, wszystkie przytłaczające problemy odsunął na bok.
    - Z trudem - dorzucił, marszcząc nieco nos. Tak, wytrzyma, tylko jakim kosztem?
    - Ooo, bajgla możesz przywieźć, ale... Fuj, nie, tylko nie te przeklęte pseudo-fasolki. Chcesz mnie otruć, kobieto? - zaśmiał się krótko, gapiąc się tak w sufit, który nagle wydał mu się niezwykle interesujący. Poglaskał ją po brązowych włosach, westchnął krótko, przymknął powieki. Przyjemną cisze przerwało dziwny dźwięk, przypominający zawalający się budynek. Na szczęśie to nie to, tylko żolądek Freddiego. Wyszczerzył się jak głupi.
    - Sorki, jest ostatnio kapryśny - oznajmił, trochę niedowierzając, że serio mówi teraz o swoim żołądku. Cóż, róźne dziwactwa chodziły po tym świecie, naprawdę różne. Nawet nie był specjalnie głodny, a przynajmniej tego nie odczuwał.
    - Słyszałem, że szykuje się jakaś impreza z okazji Święta Duchów, wybierasz się, prawda? - zapytał nagle, jakby właśnie sobie o tym przypomniał.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  40. [Cześć! Miło mi być tutaj z Wami c:
    Wchłonęłam kartę, czując smak tajemnicy na języku. Wyszła tak zgrabnie, taj intrygująco... Naprawdę mi się podoba. W maleńkości tkwi prawdziwe piękno. I nawet słuchana przeze mnie aktualnie piosenka ( choć nie znam angielskiego i nie mam pojęcia, o czym jest) wpasowała się idealnie. Czy masz nadmiar wątków? Marzy mi się pisanie.]

    Romy

    OdpowiedzUsuń
  41. Mógł prosić. Zawsze. Zapamiętał to dokładnie, jakby zapisywał to na kartce tym przeklętym piórem, które wydrapuje pisane słowa również na dłoni. Tylko, że jemu to zawsze wydrapane zostało w pamięci i w sercu. Niby nic wielkiego, to przecież żadna ogromna obietnica, ale świadomość, że zawsze może poprosić była w pewien sposób budująca. Jakby właśnie narodziła się nadzieja, że zawsze przynajmniej zostanie wysłuchany. A to, dla jego chłopięcej, zagubionej nieco duszy było naprawdę dużo.
    Jej uśmiech, jej oczy, jej ręka na jego ramieniu były tak niesamowite i zwykłe zarazem, że ledwo wierzył w to, co się teraz dzieje. I choć wyglądał spokojnie, jego mięśnie drgały dziwnie pod każdym jej dotykiem. Zupełnie tak, jak… Uśmiechem wyrwał się z obszaru wspomnień. Ledwo wyciągnął do niej rękę na zgodę, a to, co czuł kilka miesięcy temu, już wdzierało się do jego mózgu, jakby było wypychane w myślach za drzwi, a gdy tylko poczuło, że rozsądek słabnie postanowiło wrócić.
    Choć tęsknota za nią była tak okrutna, że aż bolesna, to ostatnie czego chciał, było ponowne wystraszenie jej. Objął wzrokiem każdy element jej twarzy, która była tak spokojnie blisko, a jednak jego serce biło mu w piersi zdecydowanie zbyt mocno. Uniósł delikatne kąciki ust, jakby chciał tym zamaskować spokojną niepewność i niepewny spokój, jakby coś wskoczyło na swoje miejsce, a jednak pasowało tak idealnie, że aż nierealnie. Patrzył jej w oczy i po raz pierwszy w życiu nie czuł, że patrzy na swoje odbicie w czyichś oczach. Nawet nie poczuł kiedy dzielący ich dystans zmniejszył się tak, że był niemal pewien iż Julia czuje jak łomoce mu serce.
    Przymknął oczy, opierając się czołem o jej czoło. Jedną ręką obejmował ją w pasie, a drugą, jakby intuicyjnie odnalazł właściwy kierunek i przyłożył jej delikatnie do policzka, tak delikatnie, jakby była kruchym wyobrażeniem, mogącym rozsypać się pod wpływem dotyku. Mógłby tak trwać i spełniony podziwiać fakt, że wszystkie puzzle znów do siebie pasują, gdyby nie natrętna myśl. Gdyby nie wspomnienia, które pchały się do jego głowy drzwiami i oknami. Gdyby nie wspomnienie błysku w jej oczach, który sprawiał, że Julien czuł się jak w domu, rumieńców, początkowo niejasnych, później oczywistych, uśmiechu, dotyku, obecności, rozmów, drżenia serca. To wszystko wydawało się odległe, ale tak jasne i oczywiste, że otworzył oczy. I dopiero dotarło do niego, jak blisko jest i dotarła do niego jedna, ale niewymownie ważna rzecz.
    - Nic się nie zmieniło – szepnął, jakby tym jednym zdaniem miał wyjaśnić jej co teraz czuje. Nie potrafił znaleźć innych słów niż te, które zdawały się wyrażać jednocześnie tęsknotę i to, że przy niej czuje się jak przy nikim innym, i to, że kochał, i to, że wcale nie przestał. Ta myśl uderzyła go tak, że niemal zabolało. Przesunął delikatnie kciukiem po jej policzku, czując jak robi się mu gorąco. Delikatnie, niemal niewidocznie przygryzł dolną wargę, nie bardzo kontrolując fakt, że jego wzrok przesuwa się z jej oczu na usta.

    Julien

    OdpowiedzUsuń
  42. [Bardzo dziękuje za powitanie.
    Twoja Julia na pierwszy rzut oka tak różni się od Jonnego, ale jednak widać ze i w niej drzemie nutka marzyciela i romantyzmu, dokładnie ukryta za księgami. ale cóż się dziwić, krukoni rządzą się swoimi prawami :D.
    Jeszcze raz dziękuje i zapraszam na burzę mózgów jeśli będzie chęć na wątek, bo mój pan zapewne z chęcią wyrwie Julię z biblioteki by pokazać jej jak pięknie odbijają się gwiazdy w tafli jeziora.]

    Jonathan Carroll

    OdpowiedzUsuń
  43. Był niepewny. Niepewny każdego ruchu, każdego dotyku, który był tak surrealistyczny, że przez chwilę naprawdę pomyślał, że gdy otworzy oczy, ujrzy czerwony baldachim swojego łóżka w dormitorium, jak to miało miejsce podczas długich nocy, pełnych wyrzutów sumienia. Przez chwilę czuł, że słowami zrobił kolejne głupstwo, że Julia zaraz rozpłynie się w powietrzu. Choć jednocześnie czuł, że w postawie dziewczyny coś się zmieniło. Drżenie. Ledwie wyczuwalne, a jednak tak sugestywne. I byłby sam sparaliżowany własnymi słowami, gdyby nie ciepła dłoń układająca się tak nierealnie, a jednak tak naturalnie na jego karku. Gdyby nie spojrzenie tych ciepłych oczu, które znał aż za dobrze, które mówiło mu, jak zwykle, że wszystko będzie dobrze.
    I choć jemu samemu wydawało się, że w tamtej chwili było mu niewyobrażalnie gorąco, to dopiero gdy poczuł różnicę temperatur, zdał sobie sprawę, że chyba cała krew w jego organizmie przepompowana została w okolice mostka. W końcu jakoś trzeba było napędzać łomoczące w piersi serce. I choćby tysiąc razy myślał o tym, jak mogłoby się stać właśnie to, co działo się w tej chwili, to nie spodziewał się, że może zadziałać tak bezwiednie, tak normalnie, tak intuicyjnie, jak teraz. Gdy unosiła głowę, nachylił się odrobinę, jakby podświadomie chciał zmniejszyć nieznośny dystans. Nie panikował, gdzieś w głowie, pomimo jednej wielkiej pustki od nadmiaru emocji, czuł coś na kształt spokoju.
    Muśnięcie ust, na które czekał tak niewymownie długo, choć tak delikatne i ulotne niemal zwaliło go z nóg. Przez chwilę wydawało mu się, że zemdleje, dlatego przymknął lekko oczy, by widzieć ją właściwie spod czarnych jak smoła rzęs. To było jak nieśmiałe, delikatne uchylenie drzwi, jakby zapraszała go zmarzniętego do ciepłego pokoju, gdzie w kominku płonie ogień. I nie mógł, nie chciał uchylonych drzwi otwierać na oścież brutalną siłą. Nie chciał, by do środka wdarł się obcy chłód, ujawniający wszystkie negatywne emocje. Nie czuł teraz niecierpliwości, nie był zachłanny, ani wymagający. I dlatego, właśnie dlatego, nie odsunął się nawet na milimetr, a kąciki jego ust drgnęły lekko w uśmiechu, gdy w końcu skorzystał z zaproszenia i pocałował ją z całą miłością, którą w sobie nosił. Z tęsknotą, która teraz znajdowała ujście w obejmujących ją ramionach, z czułością, która dotykiem przyciągnęła Julię bliżej niż kiedykolwiek wcześniej i delikatnością dla ust, które przed chwilą tak niepewnie musnęły jego usta.
    I nie wiedział, czy to na miejscu, ale w sercu poczuł tak obezwładniającą radość, gdy jego serce obijało się jak opętane o żebra. Radość z faktu, że jego ręka przyciskała ją do niego w pasie, że jego dłoń tak tęsknie wędrowała gdzieś w jej włosach, że składał na jej ustach pocałunki tak nieśmiałe, ale bynajmniej nie niewinne, jak jeszcze nigdy w życiu. One niosły za sobą bardzo poważny przekaz, który chyba wyszeptał gdzieś między jednym, a drugim. Kocham cię.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  44. [A może to Julia jest za stara? Hmmm :D
    Nie no, zmieniłem już o rok klasę, mam nadzieję że dyrekcja mnie nie wyrzuci, w końcu jeszcze żadnych wątków nie ma.
    A poza tym Jonny może być młodszy, bo ja nie mówię tu o romansach rodem z harlekina, a raczej żeby był dobrym duchem , takim co będzie dziewczynie wpychał garść karmelków w kieszeń by nie siedziała o głodzie w bibliotece.
    ... a sam początek, hmmm to uczucie gdy już cos wymyśliłeś, napisałeś, prawie opublikowałeś i nagle Ci sie przypomina że nie sa na jednym roku :D...
    Może jakieś powiązanie, cuś?]

    Jonny

    OdpowiedzUsuń
  45. [Bo pomysł był, by Carroll dostał bure na zajęciach jakiś z krukonami, przy wszystkich, taka ostra reprymenda od psora, dodatkowe praca zadana itd, a potem Julia spotkała by go słodko leniącego sie nad jeziorem z książka od danego przedmiotu pod głową i już jakiś początek by był, le zapominałem że nie sa na jednym roku...
    Co innego? Chłopak może lecieć spóźniony na zajęcia, przewrócić się o niezawiązane sznurówki i rozwalić se nos, rękę, cokolwiek i może Julia okaże sie na tyle miła by mu pomóc. Idąc do skrzydła szpitalnego mogą zabłądzić i wylądować w ... no właśnie gdzie?]

    Jonny

    OdpowiedzUsuń
  46. Wypad do miasteczka był teraz naprawdę dobrym pomysłem, gdyż Adam czuł jakby dusił się przebywając w ciasnych murach Hogwartu, które widywał dzień w dzień, a one i tak nigdy się nie zmienią, przez co otaczająca go melancholia, przyprawiała go o naprawdę beznadziejny stan. Poprawiwszy gruby, czarny szalik, owinięty wokół szyi, cierpliwie czekał na pojawienie się Julii. Gdy tak się stało objął ją opiekuńczo ramieniem, a następnie ruszyli w stronę obranego przez nich celu. Adam nie był zbyt rozmowny, wydawał się być pochłonięty przez masę myśli i w zasadzie tak też było, dlatego, gdy usłyszał pytanie na temat Addison, zacisnął usta w wąski paseczek i cicho westchnął.
    - Nie chce o tym rozmawiać – wydukał posyłając jej przepraszające spojrzenie. Sam do końca nie rozumiał tej całej popieprzonej sytuacji i nim podejmie jakąkolwiek rozmowę, z kimkolwiek musiał to sobie poukładać. Pocałował Julię czule w czubek głowy, a następnie złapawszy ją z niemałą łatwością usadził ją sobie na swoich silnych ramionach, a następnie złapał ją za dłonie, których wierzch głaskał lekko kciukiem. Postawił ją dopiero, gdy dotarli do miejsce. Julia była naprawdę leciutka, dlatego też nie odczuł tego, że w ogóle dźwigał jakiś ciężar.
    Po wejściu do lokalu, okazało się, że nie było w nim zbyt wielu ludzi, co działało na ich korzyść. Adam naprawdę nie lubił zatłoczonych miejsc.
    - Czego się napijesz? – zapytał, gdy tylko usiedli przy najdalej oddalonym od wszystkich stoliku, a następnie objął ją ramieniem, nieco wtulając w swój tors.


    Adam

    OdpowiedzUsuń
  47. Był tak różny od tego wszystkiego, co znał, co poznał do tej pory. I choć przez chwilę wydawało się mu, że zrobił błąd, że zrobił coś, co na zawsze zniszczy to, co chociaż na chwilę udało się im odbudować, to równie szybko zdał sobie sprawę, że nie wybaczyłby sobie, gdyby nie spróbował. Nie wiedział jak możliwe było to, że nie zmieniło się nic i jednocześnie zmieniło się wszystko. Jakby jednocześnie elementy jakiejś dziwnej układanki pasowały do siebie leżąc jednocześnie w dziwnie harmonijnym bałaganie.
    Nie był w stanie myśleć, nie mógł się ruszyć, choć jednocześnie ruchu w jego ciele było aż nadto. To była chwila tylko dla nich. Chwila, w której wszystko zdawało się smakować tysiąc razy mocniej, niż normalnie. I każdy oddany mu pocałunek był jak pierwsza nagroda za to, że odważył się poprosić. Spróbować jeszcze raz. Był zbyt szczęśliwy, by zwracać uwagę na słowa, które wypłynęły od niego tak naturalnie, że wydawały się stopić z jednym pocałunkiem, a drugim. I pewnie myślałby tak dalej, gdyby nie jej reakcja. Już wiedział. Zrobił o jeden krok za dużo. Jakby nigdy nie nauczył się, gdzie powinien się do cholery zatrzymać.
    I jedyne, co mógł teraz zrobić, to patrzeć w jej ciemne oczy tak uważnie, jak chyba jeszcze nigdy. Z lekko zmarszczonymi brwiami, nie w złości, nie w lęku, a w pewności właśnie, patrzył na nią całą swoją duszą. Pewność była w nim całym – w oczach, w rozchylonych lekko ustach, w gorącym powietrzu zmienionym w parę, w ramionach wcale nie rozluźniających uścisku. A jednak Julia jednym spojrzeniem, jednym gestem potrafiła sprawić, że po jego kręgosłupie przechodził dreszcz, a on sam, jakby niepewny wyroku, przełykał ślinę. Był pewny swojego, nie był pewny tego, co zrobi ona. Ale zaufał. Ten jeden raz. I już chciał pogłaskać ją po miękkich włosach, chciał uśmiechnąć się przez lęk, chciał przełknąć po raz kolejny to, co było najtrudniejsze. Chciał uspokajająco szepnąć, że mają czas. Że z niczym nie muszą się śpieszyć. Nie wiedział co znaczy uśmiech w połączeniu z przerażeniem, dopóki tego nie usłyszał.
    Jej słowa dudniły mu w głowie, jakby krzyknęła, choć powiedziała to cicho. Choć gorąco na to liczył, wcale się tego nie spodziewał. I cieszył się, że Julia była znów tak blisko, bo przynajmniej nie widziała rumieńców na jego policzkach. Nie widziała w jakie osłupienie wprawiły go te trzy słowa, a gdyby go teraz nie pocałowała, nieśmiałość, której normalnie starał się nie pokazywać, chyba sprawiłaby, że zapadłby się pod ziemię. I znów przycisnął ją do siebie, jakby uparcie pchał się tam, gdzie nikogo nigdy nie chciała widzieć. Ale tym razem czuł, że ma pozwolenie, że nie stąpa po kruchym lodzie, który może zawalić się pod nim w każdej chwili.
    Gdy podzieliła się z nim tym wszystkim, co siedziało wewnątrz niej przez ten czas, wcale nie poczuł się czymkolwiek obciążony. Jakby współdzielenie tęsknoty było paradoksalnie lżejsze niż niesienie jej w samotności. Całował jej miękkie usta tak, jakby całe życie czekał tylko i wyłącznie na to, a ramiona oplecione wokół jego szyi były lekkim ciężarem, przypominającym mu o tym, że ona kocha. Ona go kocha. Jego dłonie powędrowały do jej policzków, jakby delikatnym dotykiem chciał skontrastować tęskny pocałunek. Teraz on przestał wierzyć. To było tak nierealne, że powstrzymywał się, by się nie uszczypnąć. Pogłębił pocałunek, jakby fakt, że ich gorące oddechy splecione razem miały odwlec moment przebudzenia się ze snu. Choć nogi miał jak z waty, nie przerywając pocałunku, zrobił kilka kroków przed siebie, po chwili opierając Julię o ścianę i zamykając ją między swoimi dłońmi opartymi o chłodny mur koło jej głowy. Myśl, że chyba naprawdę polubiła swojego faceta sprawiła, że na jego usta wpłynął lekki uśmiech. Bo tym właśnie teraz był. Był cały jej. I wcale nie krępował go fakt, że Julia ma nad nim całkowitą władzę. Bo we wszystkich swoich wadach i zaletach była dobra była spokojna.

    Julien

    OdpowiedzUsuń
  48. Minął dzień odkąd wyszedł ze szpitala. Czuł się w miarę dobrze - jeszcze troszkę pobolewała go głowa i musiał się cieplej ubierać, ale przynajmniej wrócił na lekcje. Nie to, że tęsknił za profesorami i ich jakże fascynującymi wykładami, jednak wolał, żeby jego zaległości nie urosły do rozmiaru góry. Jego stan psychiczny również mocno się poprawił, choć większość pewnie nie dostrzegłaby różnicy - jedynie osoby, spędzające z nim całe dnie potrafiły wyłapać tę subtelną różnicę. Freddie nie udawał już, że było z nim w porządku, bo nie musiał - rzeczy, które chciał zostawić daleko za sobą powoli usuwały się w cień. Wszystko wracało do normy.
    Kiedy jeden z jego najmłodszych kolegów, podszedł do niego z wiadomością, że ktoś czeka na niego na zewnątrz, akurat śmiał się z jakiegoś durnego dowcipu opowiedzianego przez Lincolna. Usłyszawszy jednak skromny opis swojego gościa, uśmiechnął się szeroko, wychodząc na korytarz w wręcz szampańskim humorze.
    Mina mu jednak szybko zrzędła. Otworzył nieznacznie usta, nie wiedząc co powiedzieć, bo jego przyjaciółka, zwykle wesoła, wydawała się dziś wściekła.
    - Julls...- zacząl nieco zmęczomym tonem i westchnął ciężko. Miał szczerą nadzieję, że dziewczyna nie dowie się o tym małym incydencie, ponieważ wolał, by jego powody zostały tajemnicą.
    - Nie mów tak - zmarszczył lekko brwi, robiąc maleńki krok w jej strone. Trudno było mu wyjaśnić cale to zajście - Nie chciałem, żebyś się niepotrzebnie martwiła. To nic takiego, widzisz, jestem cały - rozłożył ręce, jakby prezentował jej swoje 'końskie' zdrowie. Położył jej ręke na ramieniu
    - Dobrze wiesz, że...- zaczął, ale gdy omiótł wzrokiem korytarz, dostrzegł, że wszyscy się w nich wpatrują. Tym razem wolał uniknąć publiczności. Złapał ją za łokieć i pociągnął jej do jakiejś pustej, małej salki, a kiedy zamykał drzwi rzucił zirytowane spojrzenie wszystkim gapiom.
    - Dobrze wiesz, że jesteś dla mnie ważna - odezwał się w końcu na spokojnie i zerknął jej w oczy - Oberwałem trochę na szlabanie w Zakazanym Lesie. To wszystko. - mruknął, wzruszając ramionami. Pominął szczegóły takie jak to, że prawie umarł i że w tamtym momencie cierpienie fizyczne nie było aż tak dokuczliwe. Psychika okazała się bardziej nadszarpnięta.

    Freddie ;n;

    OdpowiedzUsuń
  49. [szalone pomysły na pewno przyjdą z rozwijaniem wątku, a w tym świecie jest raczej spore pole do popisu (w praktyce nie wiem, gdyż pierwszy raz jestem na blogu hp).
    Kto zaczyna? Wisze dwa odpisy, ale jak nadrobię to mogę zacząć skrobać :D
    A i jak chcesz proszę, w ogóle z głowy mi wyleciało że Nathan jest od Jonathan :D]

    Jonathan

    OdpowiedzUsuń
  50. Rozumiał, że dziewczynę zabolało to, że nie powiedział jej o Skrzydle, ale naprawdę nie chciał zamęczać ją swoimi problemami, a wkopywanie kolejnej osoby w to całe bagno nie miało najmniejszego sensu. A poza tym bądź co bądź, kiedy leżał u Uzdrowicieli, większość czasu spał albo przyjmował paskudne leki. Uważał jednak, że Julka odrobinę przesadza, ale to może przez jego obsesyjną próbę wyparcia wyrzutów sumienia.
    Zdążył się przyzwyczaić, że krukona nie zawsze mu o wszystkim opowiadała, ale on wręcz przeciwnie - zdecydowanie za często paplał jej osobie. Mogłoby się wydawać, że ta znała wszystkie jego sekrety, co było oczywiście głupim kłamstwem. Są rzeczy, o których nawet Julii nie potrafił powiedzieć.
    Zabolało go odrobinę to, jak ta wyszarpnęła od niego dłoń. I te wcześniejsze słowa o nie-byciu przyjaciółmi...Złagodniał jednak, gdy poczuł jej dotyk na twarzy. Uśmiechnął się delikatnie, patrząc na nią ciepło. Nie. Nie potrafił jej w tym momencie okłamać, nie kiedy stała obok niego, nie kiedy patrzył w jej twarz.
    - Teraz...-zaczął, odkrząknął i skinął głową - Teraz tak. - Oznajmił szczerze, wyraźnie wahając się przy pierwszym słowie. Jasne, czuł się dobrze, ale nie mógłby tego powiedzieć jeszcze kilka dni temu. O tym jednak rozmawiać chyba nie musieli, przynajmniej dopóki Julia nie pytała.
    - Jadowita roślina. Tentakula. - odpowiedział trochę za szybko, usiłując zmienić temat - Szlaban miałem z *tu wstaw nazwisko profesora od wróżbiarstwa*, ale trochę sie zgubiłem - zaśmiał się nerwowo i podrapał się po głowie, usiłując ukryć zakłopotanie. Zawsze był roztrzepany i pewnie jeszcze nie raz sprowadzi to na niego kłopoty.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  51. Ostatnie tygodnie były ciężkie. Swojego rodzaju odrzucenie przez Julię trochę zbiło go z pantałyku, chociaż nie był to główny czynnik powodujący jego przygnębienie. Rozmyślanie o byciu nieodpowiednim czy niewystarczającym nie niosło ze sobą pozytywnych spostrzeżeń, a jedynie nieco osłabiły pewność siebie Josha. Joshua Yaxley nie mógł być niewystarczający. Nie mógł być niedoskonały. Wjechanie na jego ambicję było jak ugodzenie go nożem prosto w serce. Był na to zbyt dumny. Ślizgońskie cechy emanowały od jego osoby w momentach właśnie takich jak ten. Joshua Yaxley nie mógł być niewystarczający. Musiał być wszystkim.
    Oliwy do ognia dolał również ojciec chłopaka, który wysłał mu groźny list (na szczęście nie wyjca) zapowiadający, że pan Yaxley niedługo pojawi się w Hogwarcie. Podobno miał kilka spraw do załatwienia z dyrekcją, jak i również ze swoim pierworodnym. Miało to związek z wyciekiem niezbyt legalnych działań Josha, które nie miały prawa ujrzeć światła dziennego. Oczywiście, Boyd Yaxley był dumny z zainteresowań syna. Nie tolerował jednak jego porażek i ewentualnego narażenia całej rodziny na nalot aurorów.
    Spotkanie z ojcem miał zaplanowane na dłuższej przerwie między lekcjami, pół godziny po zajęciach z eliksirów, na dziedzińcu. Bał się tej konfrontacji – kolejne uświadomienie sobie, że mógłby być kimś lepszym, mogło wypalić go od środka. Ojciec często powtarzał mu, że jest z niego dumny, lecz pozytywne słowa ginęły między wyrazami pogardy i pouczeń. To nie była zdrowa relacja ojciec-syn.
    Powoli pakował książki po eliksirach, odwlekając udanie się na dziedziniec. Ten dzień nie należał do najlepszych, jako że Julia również postanowiła się z nim skonfrontować. Dlaczego akurat dzisiaj?
    Joshua spojrzał na nią zmęczonym i wygaszonym wzrokiem. Zdawał sobie sprawę, że wyglądał źle, ale nie potrafił się tym przejmować, gdy miał inne rzeczy na głowie.
    - Nie, nie jest okej – szepnął.- Przepraszam. Zły tydzień. Okropny dzień.
    Nie miał siły nic mówić. Oszczędzał je na konfrontację z ojcem, która będzie należeć do tych bardzo, bardzo męczących.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  52. Żaden drobny gest, czy mina nie umknęła jego uważnemu spojrzeniu, które zdawało się wyostrzyć, gdy pocałunki przestały tak mamić jego zmysły. Jednocześnie czuł je nadal, więc lekko zwilżył usta, ale teraz przed jego oczami była cała ona. Każdy uśmiech, spojrzenie i gest zdawały się uspokajać jego oddech, sprawiały, że oprzytomniał nieco i mógł już zupełnie świadomie przyjąć jej słowa. Poczuł coś, czego nie czuł już dawno, a czego ewidentnie mu w ostatnim czasie brakowało – skromność. Po raz pierwszy poczuł, że nie dostał jej miłości dlatego, że mu się należała, tylko dlatego, że ona tego chciała. Słysząc jej słowa uśmiechnął się ni to z zakłopotaniem, ni to z niedowierzaniem.
    - Myślałem, że to będą moje słowa – przyznał najzupełniej szczerze. Przecież jeszcze przed chwilą był gotów przepraszać, że w ogóle się z tym wyrwał, uspokajać, że mają czas i, że wszystko będzie dobrze. A tym czasem to Julia mówiła mu, że dadzą sobie radę. Gdzieś podskórnie czuł, że gdy obudzi się jutro rano, nadal nie będzie wierzył w swoje własne szczęście. Odruchowo przeczesał sobie włosy, w geście który znaczył tak wiele, a jednak za każdym razem był nieco inny. Inaczej robił to gdy się cieszył, inaczej, gdy się wstydził, jeszcze inaczej, gdy był zły. Teraz w połączeniu z szerokim uśmiechem i jedną dłonią przytkniętą do ust, które zdawały się jeszcze przyjemnie go piec, mogły znaczyć tylko i wyłącznie bezgraniczne szczęście.
    - Merlinie, mam więcej szczęścia niż rozumu – jęknął, gdy dotarło do niego, co tak właściwie się stało, ale to załamanie własną postawą podszyte było porządną dawką humoru. Ani się obejrzał, a trzymał Julię za dłoń, splatając ich palce razem. Spojrzał na nią, czując dziwne drżenie w żołądku, jakby coś go łaskotało od środka. Chłopcy oczywiście znają określenie motylki w brzuchu, ale najczęściej nie mają pojęcia, że to właśnie to.
    - Bez ciebie Hogwart to nie był dom. – dodał, tym razem najzupełniej poważnie, obrysowując delikatnie kciukiem zarys jej ust. Bez jej pomocy, bez opieki, bez przyjaźni, bez jej ciepłego serca zrobił tyle głupich rzeczy, że aż wstyd się było przyznać. Teraz musiał, nie, chciał to wszystko naprawić, poukładać i chyba jeszcze nie wiedział, że za kocham cię będzie kryła się konieczność poprawy własnego ja. Będzie musiał stać się chłopakiem, na którym można polegać. I choć zawsze przerażała go ta wizja, to teraz był o to spokojny. Jakby żadne wyzwanie nie było zbyt trudne, gdy ona była obok.
    - Chcesz tam wrócić, czy jednak za dużo wrażeń jak na jeden wieczór? – spojrzał na nią unosząc lekko brwi w nieco sugestywnym i pewnie odrobinę onieśmielającym geście, co w połączeniu z łobuzerskim uśmiechem wskazywało na tą dobrze znajomą Julii chłopięcość, podszytą jednak teraz czymś zupełnie nowym. Czymś, czego sam nie był w stanie dokładnie określić. Nie miał zamiaru jej zawstydzać, choć jednocześnie rumieńce na jej policzkach były tak szalenie pociągające, że nie mógł się powstrzymać.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  53. Wiele razy zastanawiał się jak to właściwie się stało, że dwie osoby odnalazły się w ten konkretny sposób pośród tłumu ludzi. A jednocześnie pamiętał doskonale, jak nie chciał pożyczyć jej wiaderka w piaskownicy, jak wchodziła na drzewa, a on udawał, że wcale go to nie kręci i że wcale się tego nie boi, jak chował się przed nią za szafą i nigdy nie mogła go tam znaleźć, jak otworzyli razem listy z zaproszeniem do szkoły, jak podmienił jej podręczniki na pierwszych zakupach na pokątnej i jak okazało się, że jednak nie będą dzielili tych samych barw na szatach. Utożsamiał z nią wszystkie wspomnienia, które gdzieś w jego głowie miały ciepły, złoty kolor, w których było słońce, nawet jeśli nie były do końca szczęśliwe.
    Pod jednym względem był stuprocentowym Gryfonem – jego działaniami zawsze rządziło serce. A, że nie zawsze rozumiał co czuje, często też nie potrafił wyjaśnić swojego zachowania. Oczywiście, teraz było już nieco lepiej, a gdy jego uczucia względem Julii nabrały ostrego wyrazu i nie były już rozmytą niewiadomą, było wręcz znośnie. I można było mieć wrażenie, że gdzieś w ten chłopięcy urok bardzo powoli wkradało się coś, co powszechnie było opisywane dość enigmatycznym rzeczownikiem męskości. Być może za jakiś czas Julien wykaże się tym wszystkim, czego mężczyzna powinien się nauczyć – jak w łobuzerskim uśmiechu skryć powagę uczuć, jak delikatnie kontrolować czułością i nie czuć słabości w byciu kontrolowanym, jak w głębokim, niezbyt niewinnym spojrzeniu, jednocześnie skryć pewność i spokój.
    I słuchał jej słów z lekko rozbawionym uśmiechem, błąkającym się po twarzy. Patrzył na błyszczące oczy, delikatne usta i gesty, które pomagały Julii wyrazić myśli. Uniósł lekko brwi, nie mogąc powstrzymywać dłużej tego uśmiechu. Zachęcony poprzednią czułością, pozwolił sobie unieść delikatnie jej podbródek i zakończyć ten złożony ciąg słów, jakby ciągle i wciąż było mu mało. Pozwolił sobie nawet na delikatne, ledwo wyczuwalne dotknięcie językiem jej górnej wargi, ale jednocześnie jakby odezwało się w nim zamiłowanie do droczenia się, odsunął się od niej na kilka cali, uśmiechając się zadziornie. Tak, bywał bezczelny, jednak chwilowo mu to zupełnie nie przeszkadzało, a nawet znajdował w tym dziwną, nieznaną mu za dobrze, satysfakcję.
    - Nie dam ci się przeziębić – spojrzał na nią rozbawiony, choć mogło się wydawać, że w jego oczach błysnęła troska. – Ale przyznam, że wizja donoszenia ci ciepłej herbaty jest miłą perspektywą – dodał, obejmując ją ramieniem i kierując się z nią w stronę schodów, jakby chciał osłonić ją od zimna, które mogło wedrzeć się wszędzie, odkąd ich serca nie znajdowały się tuż przy sobie. Zadziwiające że, nawet nie poczuł ulgi związanej ze schodzeniem z wieży. Jego myśli nie krążyły wokół rzeczy tak przyziemnych jak lęk wysokości, jakby to, co się działo, miało miejsce poza czasem i przestrzenią. Liczył tylko na to, że wraz z wejściem do ciepłego zamku, nie okaże się, że wcale nigdzie nie był, tylko zasnął pijany przy stole. Dla pewności, schodząc po schodach, przycisnął Julię nieco mocniej do siebie.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  54. Podczas gdy starsi bracia traktują swoje młodsze siostry z reguły jak księżniczki, to starszy brat Juliena traktował go jak małego szkodnika. Po czasie Julien właściwie przestał się dziwić, że tak było, bo posiadanie młodszego brata takiego jak on było absolutnie koszmarne, chociaż im był starszy tym więcej wspólnych tematów się pojawiało i ostatecznie nie było tak źle jak mogłoby być. Chociaż z drugiej strony zdaniem Gryfona, jego starszy brat, Patrick, przejawiał wręcz niezdrowe zainteresowanie wszystkim, co mugolskie. Julien szczerze mówiąc nie miał bladego pojęcia do czego służy większość sprzętów, które znajdują się w niemagicznych domach, ale nieco podziwiał ich umiejętność radzenia sobie bez magii.
    W szkole udało się mu poznać mnóstwo ludzi, choć o dziwo, do żadnego Gryfona ani Gryfonki się nie przywiązał. Pewnego razu poznał Avalon, która w dziwny oschło-przyjazny sposób tłukła mu do głowy różne mądre rzeczy, do których w pierwszej chwili nie bardzo chciał się dostosować, ale była wytrwała. Julien, nie wypada. Nie możesz. Przestań. Weź się w garść. Nie kłam. Ucz się na błędach. Bądź milszy. Krótko mówiąc, Avie wzięła się za jego wychowanie w momentach, gdy nikt inny nie mówił mu, że coś źle robi. Z początku nie było to zbyt wygodne, ale z zadziwieniem obserwował zmiany zachodzące po wprowadzeniu jej rad w życie. Oczywiście, miał wielu kolegów i koleżanki, dzięki którym znów robił kolejne głupstwa, ale Moore chyba stała się kimś na kształt jego sumienia. Szkoda tylko, że nie mógł tej przyjaźni oddać należycie i zaaferowany sobą nie zwracał uwagi na to, że jej perfekcyjna postawa się podłamuje.
    On był dzisiaj jak zdeterminowany alpinista, który choćby nie wiem co musiał wleźć na szczyt góry, do kaprysów której był jednak w stanie się dostosować. Wiedział, że choć pierwszy krok był najtrudniejszy to przed nim jeszcze mnóstwo pracy. Jeszcze nie do końca wiedział, jak ma stawiać kroki, i gdzieś w postawnej sylwetce Juliena, w jego pewnym siebie spojrzeniu i zadziornym uśmiechu pozostawało dla wprawnego obserwatora wciąż sporo miejsca na brwi zmarszczone lekko w natłoku myśli, niepewny uśmiech, czy nikle zarumienione policzki i w zakłopotaniu odwrócony wzrok. I choć momentami odzywał się w nim siedmiolatek, to gdzieś w głowie miał zachowaną informację, że właśnie rodzi się w nim odpowiedzialność.
    Uśmiechnął się lekko, oczami wyobraźni widząc jej uśmiech i lekkie zdziwienie, gdy chłopak rzeczywiście pojawi się w bibliotece z kubkiem parującej herbaty. Lekko zdezorientowany spojrzał na dziewczynę, która uciekła mu z powrotem na górę, a przez jego twarz przemknął uśmiech podziwu. On, z głową wiecznie w chmurach pewnie zorientowałby się przed następną lekcją astronomii. Pokręcił lekko głową z rozbawieniem, jednocześnie patrząc na nią z wdzięcznością i z lekkim zaskoczeniem przyjął ten rodzaj uśmiechu i, czując jak coś ściska go w okolicy serca, pozwolił pociągnąć się w dół, jakby w odpowiedzi zaciskając mocniej swoją dłoń na jej dłoni.
    Chciał być wyjątkowy i to bardzo. Szczególnie w jej oczach, więc w duchu obiecał sobie, że zastosuje się do tego, co powiedziała przed chwilą. On właściwie żadnej innej dziewczyny nie trzymał za rękę. No, może poza jedną koleżanką w trzeciej klasie, gdy chodzenie za rękę było wyznacznikiem wielkiej miłości, która i tak kończyła się liścikiem-zerwaniem przesłanym na lekcji. Tak więc uścisk dłoni był czymś dość nowym, choć przecież wydawało się to takie normalne. Spojrzał na nią kątem oka, lekko rozbawiony, widząc ile Julia ma w sobie energii. Nie bardzo chciał to gasić, szczególnie, że zupełnie nie wiedział, jak będzie wyglądał kolejny dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Spać – odpowiedział ze śmiechem prosto z mostu, z zaciekawieniem obserwując jej reakcję. – Odprowadzam moją damę do dormitorium – choć jego ton głosu wskazywał na śmiertelną powagę, to usta wykrzywiały się w z trudem skrywanym uśmiechu. Żartobliwość tej sytuacji sprawiła, że w ogóle nie zwrócił uwagi na słowo moją, gdyż nie niosło ono za sobą tego negatywnego wydźwięku. Doskonale wiedział, że musi się jeszcze wiele zmienić, kilka rzeczy trzeba będzie naprawić, zanim Julia będzie jego, duszą, sercem i wszystkim co się z tym wiąże.

      Julek

      Usuń
  55. Odkąd pamiętał jego rodzice nieco z rezerwą podchodzili do nowych rzeczy, ale nie byli zupełnie zamknięci na mugolskie nowinki. W zachowaniu przypominali raczej starsze osoby, które nie do końca odnajdują się w zbyt szybko zmieniającej się rzeczywistości, gdy ich dzieci pędzą za coraz to nowym wynalazkiem. Julien pamiętał, jak Patrick pokazał mu telewizję, która nie spotkała się ze spodziewanym entuzjazmem. Gryfon siedział ze zmarszczonymi brwiami przed czarnym pudełkiem i oczywiście, oglądał, ale jednocześnie jego wzrok mówił ale właściwie to po co? Przekonał się dopiero, gdy brat przełączył na filmy dokumentalne o przyrodzie. Gadające głowy jakoś go nie przekonywały, ale wizja dowiedzenia się czegoś ciekawego zmieniała jego nastawienie.
    Z drugiej strony nie był pewien jak może skończyć się takie przenikanie światów. W końcu zdecydowana większość mugoli reaguje alergicznie na wszystko, czego sami nie potrafią wyjaśnić. Wielu z nich boi się magii, łączy ją z przerażającymi skojarzeniami. Niektórzy nawet zostawiają swoich małżonków, gdy okazuje się, że dziecko odziedziczyło po ojcu lub matce coś dziwnego. Wizja ta przerażała trochę Juliena i na wszelki wypadek dziewczyny nie szukał wśród mugolek, co nie było takie trudne, odkąd jedyną dziewczyną, która poważnie zawróciła mu w głowie była Julia.
    Z dziwną radością odebrał szepczące pocałunki, które wyraźnie miały go nieco rozdrażnić. Do tego stopnia był zaaferowany delikatnymi pocałunkami, że nie chcąc ich przerywać, podążył ustami jeszcze kawałek za oddalającą się od niego obietnicą, ale ostatecznie przygryzł wargi w uśmiechu, gdy Julia zadowolona odsunęła się na dobre i ruszyła przed siebie. Z przechyloną lekko głową przyglądał się jej, odprowadzając ją wzrokiem. Gdy ostatecznie zniknęła mu z pola widzenia, poczuł jakby zeszło z niego gorące powietrze. Oparł się o chłodną ścianę, zwilżając wargi i westchnął, uparcie pilnując się, by nie wybuchnąć radosnym śmiechem. Nawet nie zauważył, że jego krok w stronę wieży Gryfonów był zdecydowanie bardziej taneczny, niż na imprezie, z której porwał swoją dziewczynę. Wiedział, że jeszcze długo nie zaśnie, wiercąc się w łóżku z ekscytacji.
    ***
    Mimo, że rzeczywiście przed zaśnięciem z uśmiechem na ustach minęło sporo czasu, wstał jednocześnie jakby dostał skrzydeł, ale i nie wiedział co się dzieje. Przetarł oczy, poczochrał sobie grzywkę i chwilę siedział ze zmarszczonymi brwiami, zastanawiając się, czy to wszystko przypadkiem mu się nie śniło. Dotknął lekko swoich ust, dochodząc do wniosku, że to nie mogło się u przyśnić. Jego uwagę odwrócił kumpel wchodzący do dormitorium.
    - Gdzie cię wczoraj wywiało? Hannah była niepocieszona. – wspomniał Ślizgonkę ze złośliwym uśmiechem, na co Julien jedynie uśmiechnął się pod nosem, jakby z politowaniem. Wzruszył ramionami, zbierając się żeby jako-tako się ogarnąć i wrócić do rzeczywistości. Zanim wyszedł ostatecznie z dormitorium, dostał w głowę papierową kulką.
    - A Jones? Może przynajmniej ona była pocieszona? – mruknął wścibski Gryfon z przyjaznym uśmiechem. Julien odpowiedział szerokim uśmiechem, bo oto zdał sobie sprawę, że miał za sobą prawdziwe przeżycia, że to, co się stało nie było tylko jakimś dziwnym przywidzeniem. Zgarniając torbę na ramię, poleciał na śniadanie, czując jak jednocześnie cieszy się i koszmarnie denerwuje, jakby żołądek odmawiał mu posłuszeństwa. Po drodze zobaczył znajomą sylwetkę. W głowie się mu nie mieściło, że jeszcze kilka godzin temu trzymał ją tak blisko siebie, jak jeszcze nigdy wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemalże zakradł się do dziewczyny. Gdzieś w głowie nadal miał wizję, że odezwie się do niej, a ona spojrzy na niego jak na wariata, bo przecież nie odzywali się do siebie miesiącami. A jednak zaufał swojej własnej głowie. Stanął za nią i nachylił się lekko nad jej uchem.
      - Dzień dobry – powiedział cicho, jakoś dziwnie miękko, jakby w głosie znalazła odbicie kondycja jego nóg, ale posłał jej szeroki uśmiech, koniecznie chcąc objąć wzrokiem całą jej osobę. Tą, za którą tęsknił, bo przecież parę chwil nie zrekompensowało całej gamy uczuć, kłębiących się od miesięcy.

      Julek

      Usuń
  56. Westchnął cicho, to życie nauczyło go takiego nastawienia i nic nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie cokolwiek miało się zmienić. Do wszystkiego podchodził z dystansem, do każdego miał nastawienie i dam nie robił kompletnie nic, aby to zmienić. W pewnym względzie mu to odpowiadało, nie musiał się przed nikim otwierać, nie musiał mówić o rzeczach, które były trudne do wypowiedzenia. Z drugiej strony, wciąż czuł te nieprzyjemne skurcze w żołądku, a serce wydawało się obciążone kamieniem. Podniósł głowę i spojrzał na Julię.
    - Wolę nie ryzykować, nie mam ochoty przechodzić przez to samo drugi raz, ani przez coś podobnego. Po prostu... Nie potrzebuję j nikogo. – Ostatnie słowa powiedział cicho i z pełną świadomością, że jest to kłamstwo. Potrzebował, tak jak każdy, kogoś do kogo mógłby się odezwać w chwilach słabości i w tym momencie, gdy po prostu czuje potrzebę doręczenia z kimś kilku krótkich chwil. – W takim razie zazdroszczę ci. Jesteś cholernie odważna. – Jego myśli krążyły pomiędzy Changiem, a Freddim, którego niedawno poznał. Za każdym razem, gdy myślał o Gryfonie dopadały go wyrzuty sumienia. – To wszystko jest za bardzo skomplikowane – mruknął bardziej do siebie niż koleżanki. Zgubił się we własnych uczuciach, pogubił się w całym swoim życiu.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  57. Odruchowo podążył wzrokiem za jej spojrzeniem, jakby zastanawiał się kogo lub czego szuka dziewczyna, ale zanim zdążył sobie to jakoś w głowie poukładać i cokolwiek powiedzieć, dziewczyna zamknęła mu usta pocałunkiem. To, co czuł w głowie, w żołądku i w sercu, wróciło do niego tak nagle, że niemal ścięło go z nóg. Spojrzał na nią, lekko zdezorientowany w pierwszej chwili, jakby nie do końca rozumiał co się dzieje, ale po chwili na jego usta wpłynął szeroki uśmiech. Zakłopotanie Julii wywołało u niego przyjemne ciepło w okolicy serca. I o ile się nie mylił – była szczęśliwa.
    Uśmiechnął się, nie bardzo wiedząc czemu czuje teraz delikatne wzruszenie. Jakby wspomnienie czegoś tak banalnego jak tost z miodem, ostatecznie przypieczętowało to, że wszystko zmierza do normalności. Kątem oka zauważył jak drzwi do wielkiej sali się otwierają, uczniowie pomału zaczynają swój dzień, a on? On stał jeszcze chwilę, bez skrępowania patrząc jej w oczy i kiwnął głową.
    - Ja też – odparł ostatecznie, jakby cały czas było mu mało słodyczy w życiu. Uśmiechnął się przy tym do dziewczyny pokrzepiająco, chcąc jej tym samym pokazać, że nie ma się czego wstydzić. Wczoraj ta myśl wydała się mu niepokojąca, ale teraz z dużo większym spokojem podszedł do tego, że przecież mają czas. Opuścił nieco wzrok, który spoczął na jej wolnej dłoni. Niemalże usłyszał w głowie jej dźwięczny głos chcesz być wyjątkowy, to bądź. Zamierzał być. Dla niej. Z tą myślą chwycił ją delikatnie za rękę.
    - Chodź, ciepłe tosty są najlepsze – ściskając jej dłoń, przysunął ją leciutko do siebie, by móc ucałować jej skroń. Przed nimi drzwi wielkiej sali, a oni musieli zrobić kolejny, odważny krok. Na przekór wszystkim zaciekawionym spojrzeniom, na przekór własnemu lękowi, na przekór temu, co wydawało się w tym wszystkim niepewne.
    Choć wydawał się spokojny, serce biło mu jak oszalałe. Jednocześnie czuł, że odnalazł swoje miejsce, które było przy tej roześmianej, uczuciowej i pięknej (spojrzał na nią kątem oka), tak, przepięknej dziewczynie. Nie bardzo wiedział, czy powinien coś z tym robić, w końcu niedawno obiecał sobie, że przeskoczy sam siebie. Że decyzja o pokonywaniu własnych słabości będzie decyzją świadomą. Że stawienie czoła własnym lękom będzie być może jego najdłuższą, ale na pewno zwycięską walką.
    - Wszystko w porządku? – spytał, gdy energia w powietrzu wydała mu się inna, obca. To nie było nic wielkiego, nie poczuł jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł zimnej wody, a jednak coś dało o sobie znać. Gdzieś podskórnie poczuł strach, ale nie zamierzał dać się mu zdominować. To na pewno nic wielkiego, ale wolał się upewnić.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  58. Doskonale wiedział, że problemem mogą być nigdy nie wypowiedziane słowa. Albo słowa wypowiedziane za wcześnie lub za późno. Ogólnie słowa wydawały się mu teraz czymś tak skomplikowanym, jakby żyjącym swoim życiem, czego nie potrafił w żaden sposób skontrolować. A przecież on chciał odzyskać kontrolę, nad całym swoim życiem. I nie spodziewał się cudów, choć cud się stał. A jednak, jak się okazywało, nawet za cud trzeba brać odpowiedzialność. Za każdy kolejny krok. Trzeba wszystko przemyśleć, bo nie można wiecznie płynąć z prądem wydarzeń, które prędzej czy później rozbijają statek o skały. Trzeba tym statkiem sterować i głupio mu się zrobiło, że nagle okazało się iż wcale nie jest na to tak gotowy jak mu się wydawało. Nie chciał popełnić błędu, a tymczasem wychodziło na to, że namówił ją na wycieczkę w pełne morze, nie będąc na to przygotowanym.
    Poczuł jak serce wali mu w piersi i choć wczoraj działo się dokładnie to samo, to czuł w okolicy mostka przejmujący strach. Zmarszczył brwi w ledwie widocznym geście, ale nie oznaczało to złości. Prędzej konsternację. Bo znalazł się w sytuacji, której zupełnie się nie spodziewał. Powinien był jednak połączyć fakt ukradkowych spojrzeń Julii z dyskomfortem, który okazywała chcąc nie chcąc. Puścił więc dłoń luźno, ale poczuł się, jakby na ułamek sekundy ktoś go podtopił. Nie bardzo wiedział co z tym faktem powinien zrobić, więc po prostu kiwnął głową.
    - Pewnie nie tylko o tym, mamy trochę do narobienia, nie? – spojrzał na nią, maskując natłok myśli chłopięcym uśmiechem. Musiał sobie to wszystko uporządkować i jak się okazało, miał na to cały dzień. Do jego głowy zaczęły dobijać się jego własne myśli z wczoraj. Mamy czas.
    - Przyjdę… Mogę przyjść po ciebie po treningu? – zdanie twierdzące w ułamku sekundy zmienił w pytanie. Nie chciał układać jej życia, zaraz po tym jak wpadł do niego jak tornado. Nie zamierzał robić jeszcze większego bajzlu niż zostawił. Uśmiechnął się pokrzepiająco, widząc jej słaby uśmiech. Nie bardzo wiedział, gdzie leży granica. Wiedział, że ani uścisk dłoni, ani nic ponad nie może ujrzeć światła pochodni szkolnego korytarza. Nie wiedział natomiast wielu innych rzeczy, więc decyzję postanowił podjąć sam. Pójdzie do swojego stołu, zje tosta, popije sokiem, a następnie skoczy na lekcje. Oczywiście nie będzie udawał, że Julia nie istnieje, ten straszny okres już za nim, ale szczerze mówiąc wolał, by na coś mu pomału pozwalała, niż kręciła przecząco głową, jak przed chwilą.
    - Czas wsunąć tosty z miodem – puścił jej oczko i przez ułamek sekundy wykonał ruch, jakby chciał jeszcze raz ją pocałować, ale w jego oczach błysnęła refleksja, zastępująca odruch. Jego wzrok napotkał jej oczy, chłopak zmarszczył lekko brwi, a do jego uszu dotarły rozmowy uczniów z korytarza, więc cofnął się w jednej chwili. Ta sytuacja nieco kuła w serce, ale Julien zamierzał wreszcie stawić czemuś czoła z wysoko zadartym nosem, odpowiedzialnie i stanowczo, a jednocześnie łagodnie i posłusznie.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  59. To nie było tak, że robiła źle. Owszem, poczuł dziwne ukłucie w okolicy serca, ale było to o wiele bardziej ukłucie niezrozumienia, niż bólu. Gdzieś podskórnie wierzył, że był jakiś powód i był gotów go poznać. Julien nie do końca odnajdywał się w sytuacjach, w których nie wiedział na czym stoi. Julia robiła to, co podpowiadało jej w danej chwili serce i nie czuł się w żaden sposób uprawniony żeby to oceniać. Mógł jedynie okazywać swoją reakcję, którą była lekka dezorientacja. Ale wiedział, że to się wyjaśni, nie wiedział jak, ale ufał jej, choć niezbyt umiał to okazać.
    Brwi zmarszczone lekko w konsternacji wyrażały to wszystko, czego nie potrafił wyrazić spojrzeniem. W oczach siłą rzeczy błysnęła mieszanka niepewności z zaskoczeniem, choć bardzo starał się to zamaskować swoim zwyczajowym wyrazem twarzy. Nie chciał, żeby odwracała wzrok,. Wtedy docierało do niego, że w tej niepewności nie jest osamotniony. Z drugiej strony, patrząc na nią nie mógł zaprzeczyć cichemu, ciepłemu głosikowi w swojej głowie, który mówił, że wszystkiego się nauczą. Że nauczą się siebie. Nie tylko emocji, ale myśli, gestów, słów i bliskości.
    Przeciągnięty przez nią w spokojniejsze miejsce, uśmiechnął się pod nosem, lekko rozbawiony, ale gdy objął wzrokiem jej sylwetkę, gdy zauważył przyśpieszony oddech, znajome iskierki błyszczące w jej oczach, które tak kontrastowały z nieruchomą postawą, spoważniał nieco w duchu. Jakby patrząc na nią uważnie, mimo uśmiechu na ustach, dokładnie uczył się wszystkiego, co Julia jest w stanie przekazać mu całą sobą. Patrzył na nią tak, jakby chciał się dowiedzieć się co kryje się pomiędzy pojedynczymi, szybkimi uderzeniami serca. Na jej słowa uśmiechnął się lekko, czując, że zaczyna rozumieć zdecydowanie więcej niż przed paroma chwilami. Co więcej, w ukryciu się przed wścibskimi spojrzeniami było coś ekscytującego, co sprawiło, że i jemu mocniej zabiło serce.
    - To do zobaczenia – powiedział cicho, głosem dużo niższym, jakby cieplejszym niż zazwyczaj, nachylając się nad nią i opierając się jedną dłonią o chłodną ścianę. Dziwna satysfakcja towarzysząca pozornemu dyskomfortowi związanemu z bliskością była dla niego zagadką, ale zamierzał się jej poddać. Drugą dłonią ujął delikatnie jej podbródek, jakby chciał ułatwić sobie patrzenie jej prosto w oczy, które z takiej odległości wydawały się jednocześnie tak dobrze znane, jak i zupełnie inne niż zazwyczaj. Znów kilka cali dzieliło ich od siebie i, choć Julien poczuł przemożną chęć wykorzystania tego, że Julia jest jego chociaż przez chwilę, postanowił jedynie podsycić niecierpliwość czekania na popołudnie. Dlatego też zamiast przelać całą swoją czułość w jej usta, odwrócił nieco jej głowę i złożył delikatny, jednocześnie tęskniący i obiecujący pocałunek na jej policzku.
    Choć serce waliło mu jak oszalałe, postanowił swoim zachowaniem jednocześnie obiecać jej, że należy do niej oraz, że nie muszą się śpieszyć. Że najważniejszy jest ich wspólny komfort i nauka drugiej osoby. W takim tempie, jakie jej będzie odpowiadać. Zanim się od niej odsunął, puścił jej łobuzersko oczko i uśmiechnął się pod nosem, próbując zamaskować to, jak mocno bije mu serce.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  60. Może to i lepiej, że nie mógł posyłać jej ukradkowych spojrzeń przez salę, bo zobaczyłby jeszcze w jej oczach cień czegoś, co zupełnie wytrąciłoby go z równowagi. Kierując się głosem rozsądku podjął taką, a nie inną decyzję. Jeżeli zamierzała za to go rozszarpać to może i lepiej, że cały dzień chodził z głową w chmurach, myślami szybując gdzieś ponad tłumem uczniów. Niespecjalnie słuchał tego, co kto miał mu tego dnia do powiedzenia, za to cały czas międlił w dłoni to pergamin, to pióro. Jak dziecko, które nie może się doczekać aż będzie mogło otrzymać upragniony prezent.
    Choć sam nie latał, to był wielkim fanem gry i z uwagą obserwował trening Krukonów, stojąc na trybunach oparty ramieniem o drewnianą belkę. Gdy tylko przyuważył, że trening się kończy, zszedł, a właściwie zleciał po schodach na dół, przeskakując co cztery stopnie. Wyszedł na boisko, witając się przelotnie ze znanymi z widzenia graczami, po czym obejrzał się za siebie, kontrolując czy na pewno są sami. Chyba nie chciał, by sytuacja z rana się powtórzyła. Odwrócił się w stronę Julii i uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy, gdy ich oczy się spotkały. Jej pozbawiona emocji twarz wydała się mu niepokojąca. Znów nie wiedział, na czym stoi.
    Julia mogła dostać wszystko. Wszystko czego chciała. Julien, choć bał się tego jak diabli, był gotów oddać jej cały swój świat, bo jednocześnie był pewny. Wszystko, co musiała zrobić, to mu pokazać, czego chce. Spojrzał na nią uważnie, jakby jej złość wyostrzyła mu automatycznie wszystkie zmysły. Nie potrafił opisać, jaką ulgę odczuł, gdy w końcu zobaczył jej uśmiech. Gdy jednak zauważył, jak Julia zbliża się do niego, będąc przed chwilą w tak zwyczajnej odległości, poczuł, jak robi się mu gorąco. Z każdym jej krokiem jego serce biło mocniej, niemalże boleśnie. Jej szept, choć cichy i delikatny niemalże zmiótł go z nóg. Odchrząknął, czując, że chyba się rumieni. No proszę, właśnie Julien nauczył się, że nie jest jedyną osobą na świecie, która umie kontrolować sytuację. Zakłopotanie okazało się jednak dziwnie przyjemne.
    - Zawsze dostaniesz to, czego chcesz. – spojrzał na nią, już nieco odważniej, ale jednocześnie jakby bał się, że zostanie zupełnie zbity z tropu. Uśmiechnął się lekko, a jednak gdzieś w oczach pozostał poważny. – Musisz mi tylko na to pozwolić. – również szepnął. Nie wiedział, co może, a czego nie i z jednej strony nie wiedział, że będzie potrzebował w tej kwestii pomocy od swojej dziewczyny, a z drugiej zdawał sobie sprawę, że po to mają siebie, by sobie pomóc.
    - Obiecuję poprawę. – mruknął do niej cicho i uniósł lekko prawy kącik ust, jakby oczami wyobraźni wrócił do wydarzeń z rana, co wywołało u niego ten rodzaj uśmiechu. Gdy wracał myślami do dzisiejszego poranka i wczorajszego wieczora, gdy mógł bez żadnego lęku o gapiów patrzeć jej w oczy, to wyobraźnia płatał mu figle, choć dopiero uczył się stawiać kroki obok niej, nie wyprzedzając Julii, ani nie zostając za nią. Teraz wystarczyłoby, gdyby się uśmiechnęła i w końcu pozwoliła złapać się za rękę, która była jednocześnie nieznośnie blisko i daleko jego dłoni, dokładnie tak, jak szepczące do siebie usta.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  61. Gdyby Julien znał się trochę na legilimencji i znał myśli Julii, w jego głowie zapewne ruszyłyby wszystkie trybiki, odpowiedzialne za analizowanie rzeczywistości. Nie znalazłby jakiegokolwiek logicznego wyjaśnienia dla faktu, że wtedy dziewczyna wiedziała, czego chce i skończyło się tak, jak się skończyło, a teraz nie wie i wszystko zmierza ku dobremu. Zmarszczyłby brwi, przygryzłby usta, jak zawsze, gdy nad czymś mocno się zastanawia. Ale na szczęście dla jego biednego misiowego rozumku nie potrafił czytać w myślach. I pod słowem wszystko nie kryło się rozpieszczenie, wybredność i złośliwość. Dla niego wszystko oznaczało czułość, bliskość, pocałunki, zaufanie i to, co jeszcze potrafił samym sobą zaoferować (co jeszcze nie było zbyt spektakularnym spektrum możliwych do zaoferowania rzeczy, ale przynajmniej się starał).
    Na jego usta wpłynął szeroki uśmiech, gdy poczuł przyjemnie miękki pocałunek na policzku. Dobrze, że jesteś wywołało u niego przyjemne ciepło w okolicy mostka. Dłoń jednak miał jak zwykle lodowatą, jakby całe ciepło, które w sobie nosił, było schowane gdzieś głęboko, a dłonie były na tyle mało ważne, by ich nie ogrzewać. W końcu jego matka mówiła zawsze, że Julien ma gorącą głowę i coś w tym musiało być. Roześmiał się cicho pod nosem, kręcąc lekko głową i chyba tylko on wiedział, czy dotyczyło to tego, że wiedział o tym, że Julia kłamie, czy tego, że puściła jego dłoń z wiadomych przyczyn. W momencie wchodzenia do szatni nie było widać, czy jest rozbawiony, czy też lekko zdezorientowany.
    Zazwyczaj wchodził do pomieszczeń i rozsiadał się jak u siebie, ale teraz jego twarz wyrażała dziwną dla niego niepewność. Czuł, że wkroczył na krukońskie terytorium, więc jego instynkt samozachowawczy podpowiadał mu żeby być po prostu grzeczny. Nie rozglądał się zbytnio, nie zamierzał uchodzić za dziwnego rodzaju gościa. Wolałby się wtopić w ścianę, gdyby to było możliwe. Na szczęście obok pojawiła się Julia. Po jej słowach spojrzał na nią z lekką konsternacją. Tylko to, czego on chce? W pierwszej chwili nie mieściło się mu to w głowie. Jeszcze dziś rano nie mógł zrobić tego, co chciał.
    - Nie wiem, czy wiesz, ale to działa w dwie strony. – szepnął konspiracyjnie, nachylając się w jej stronę, jakby wyjawiał jej tajemnicę wszechświata, po czym uśmiechnął się głupkowato. Po chwili stwierdził jednak, że to nie temat do żartów i wyraźnie spoważniał, patrząc jej spokojnie w oczy, jakby chciał z nich wyczytać znacznie więcej niż to, co powiedziała. Julien nie miał większych problemów z podejmowaniem decyzji, często robił to za kogoś i szczerze mówiąc zaczynał widzieć, że to nie było do końca dobre. Odchrząknął.
    - A tak poważnie, masz przed sobą największego samoluba w historii Hogwartu. – powiedział, patrząc na nią uważnie. Chyba po raz pierwszy w życiu tak otwarcie przyznał się do jednej ze swoich licznych wad. – I ten samolub owszem, będzie robił to, czego chce. Ale wiesz co? – spytał, unosząc lekko jedną brew. – Tak się składa, że on chce słuchać tego, co masz do powiedzenia. I o wiele bardziej podoba się mu, gdy na coś mu pozwolisz, niż gdy mu czegoś zakazujesz. – uśmiechnął się lekko, będąc jednocześnie delikatny i poważny. Nie wiedział, czy dobrze dobiera słowa, ale jego postawa była tak samo rzeczowa jak i empatyczna.
    Nie miał problemu z decyzyjnością. O wiele bardziej obawiał się, że decyzyjność zmieni się w poczucie władzy, dominację, a to już była przesada. Choć nie powiedział jeszcze tego głośno, straszliwie bał się tego, że przegra walkę z własnymi słabościami. Jednocześnie chciał mieć Julię blisko siebie i bał się o nią, gdy była coraz bliżej. Był chodzącym paradoksem, a Julia właśnie podjęła próbę oswojenia tego, co w jego duszy było tak samo złe, jak i dobre. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem na twarzy i odsunął z jej twarzy zabłąkany kosmyk włosów, przy okazji delikatnie muskając dłonią jej policzek. I jedynie wprawny obserwator zauważyłby, że przy tym geście w jego oczach odbija się coś więcej niż przyjaźń.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  62. Ostatnim, czego chciał, było atakowanie jej w jakikolwiek sposób, choć być może nie zawsze potrafił ubrać w słowa to, co myślał. Nikt z tu obecnych nie zasługiwał na atak, ale były rzeczy które z jakiegoś powodu działy się same i nikt nie miał na to wpływu. Powiedział to najdelikatniej, jak potrafił, słowa przecięły powietrze i dotarły do Julii, która odebrała to tak, a nie inaczej. Nie okazała jednak by to, co powiedział jakoś ją zabolało, choć cała sytuacja do najłatwiejszych nie należała. Wydawało mu się, że to on siebie zna najlepiej na świecie i trochę nie dopuszczał myśli, że ktoś mógłby widzieć w nim więcej dobrego niż złego, a akceptowanie jego wad w ogóle nie mieściło się mu w głowie. Chciał zmienić się przede wszystkim po to, by pewnego dnia spojrzeć na siebie w lustrze bez jakichś dziwnych wyrzutów sumienia, które tak często zaprzątały mu myśli.
    Słuchał jej słów w nienaturalnej dla tego głośnego, roześmianego łobuza, ciszy. Wydawał się teraz nieco starszy niż był w rzeczywistości, jakby same słowa uruchomiły jakąś dziwną maszynę w jego głowie. I choć siedział poważny i skupiony, to nie wyglądał na złego, czy zmęczonego. Wyglądał po prostu inaczej, niż pokazywał się wszystkim na co dzień. Nie mówił nic, pozwalając by wypłynęło z niej to, co chciała powiedzieć, albo przynajmniej by uporządkowała sobie to wszystko sama. Reagował tylko delikatnie na jej słowa, to poważniejąc, uśmiechając się to delikatnie, to smutno. Dotykając jej dłoni, lekko przesuwając po niej kciukiem i czując jak serce bije mu boleśnie na widok łez w jej oczach, zaciskając mocniej palce, jakby chciał powiedzieć Jestem, ale jednak cały czas milcząc.
    Słuchając, przyjmował wszystko do siebie, wiedząc, że będzie musiał to za chwilę przemyśleć, jakoś się do tego ustosunkować, coś odpowiedzieć. W jednym zgodził się z nią stuprocentowo – jedynym, co było w jakikolwiek sposób proste, było powiedzenie kocham, choć jeszcze niedawno wydawało się to najtrudniejsze. Popatrzył jej w oczy, również uśmiechając się lekko i czując jak w jego sercu miesza się dziwny rodzaj bólu, z jeszcze dziwniejszym rodzajem ciepła. Jakby rozmowa przed chwilą była jednocześnie gorzka i słodka. Ostatecznie kiwnął krótko głową i odprowadził ją wzrokiem. Gdy zniknęła za drzwiami, chłopak przeczesał sobie włosy, wzdychając ciężko. Oparł głowę o ścianę za sobą i przymknął na chwilę oczy.
    Oczywiście, że miał wrażenie, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Ale jednocześnie nie bardzo przekazać jej, że jest w stanie zrobić coś wbrew sobie nie dlatego, że Julia mu tak rozkazuje (bo jak księżniczka nigdy się nie zachowywała), ale dlatego, że on wewnętrznie i z całą mocą czuje, że powinien coś zmienić. Coś drobnego, ale coś, co podniesie go nieco na duchu. Musiał wygrać w pewnych rzeczach sam ze sobą, nie dlatego, że ktoś mu tak kazał. Dlatego, że on chciał by było lepiej. Przetarł twarz chłodną dłonią, co w takich momentach było ogromną zaletą i wstał z ławki. Podszedł do drzwi prowadzących na boisko i uchylił je lekko, jakby czuł, że potrzebuje więcej powietrza. Oparł się ramieniem o framugę i założył ręce na klatce piersiowej. Nie był pewien ile dokładnie patrzył jak wiatr trącał delikatnie kolorowe baldachimy trybun, ale gdy szczęknął zamek otwieranych drzwi, od razu spojrzał przez ramię. Wyglądał i zachowywał się dziwnie nostalgicznie, ale też dużo dojrzalej niż zazwyczaj, jakby ta przemiana była obca i naturalna jednocześnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Niektóre rzeczy robię tylko i wyłącznie dla siebie. – oznajmił, starając się nie brzmieć samolubnie, ani oschle. Chłodne powietrze przyjemnie wdzierało się w jego płuca, przypominając mu, że ma w nich jeszcze sporo miejsca. Głęboki wdech pomógł zebrać myśli. – I nie czuję, bym cokolwiek robił wbrew sobie. Mówiąc szczerze… - zawiesił się na chwilę, zaciskając pięść, jakby mówienie szczerze kopnęło go w brzuch. - …jestem po prostu przerażony. – szepnął, nie bardzo wiedząc, czy w ogóle to usłyszała, więc odwrócił się do niej i powtórzył, tym razem zbierając całą swoją odwagę. – Jestem przerażony. Chciałbym dać ci wszystko, czego tylko możesz potrzebować; zaufanie, pewność, spokój, cokolwiek, a boję się… siebie. – mówiąc to, z każdym krokiem podchodził bliżej dziewczyny, ale zatrzymał się kilka kroków przed nią.
      - Nikt nie musi wiedzieć, rozumiem twój punkt widzenia. – wyjaśnił uspokajająco, patrząc jej prosto w oczy i unosząc delikatnie kąciki ust. Jeszcze przed chwilą to ona wydawała się mu tak delikatna i krucha, więc czy nie powinien po prostu utwierdzać jej w przekonaniu, że będzie dobrze? – Ale jeśli w jakikolwiek sposób znów zawiodę, to nigdy sobie tego nie wybaczę. – powiedział, przełykając ślinę i uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Serce waliło mu tak, jakby właśnie przyznawał się do największego kłamstwa w dziejach. Kłamstwem było wszystko to, co pojawiało się wraz z pozorami.
      - Powiedziałaś, że mogę prosić. Więc proszę… - podszedł w końcu bliżej, wreszcie przestając sprawiać wrażenie, jakby bał się że jakimkolwiek ruchem ją spłoszy. Właśnie odsłonił przed nią większą część swoich słabości, lęków i wad. Zdawały się gdzieś ulatywać, jakby odciążały jego duszę, ustępując miejsca zwyczajowemu ciepłu i czułości. - … mów mi to wszystko, co chcesz powiedzieć. – szepnął z uśmiechem już personalnie do niej, delikatnie dotykając jej policzka i przyglądając się jej jednocześnie uważnie i ze zmienionym nieco wyrazem twarzy. Początkowo bał się, że im bliżej będą, tym bardziej będą zagubieni. A teraz, zbliżając się do niej, wbrew jego lękom, czuł się znacznie lepiej.
      - Nie stracisz mnie, teraz już nie. – powiedział jednocześnie poważnie i delikatnie, kierując spojrzenie w jej oczy i odważniej przykładając dłoń do jej policzka. Miał tę pewność. Teraz, on już zawsze będzie dla niej, niezależnie od tego, co się stanie. Nawet gdyby założył najgorsze, nawet gdyby Julia nie wygrała z własną niepewnością i strachem, on zawsze będzie miał ją w sercu.

      Julek

      Usuń
  63. Strach brał się z tego, że nagle docierało do człowieka jak wiele może mieć do stracenia w potencjalnie trudnej sytuacji. Ale rzeczywiście, gdyby spojrzeć na to z tej przyjemnie uspokajającej strony, mówiącej, że przyjaźń tak naprawdę rządzi się podobnymi prawami co miłość, do stracenia było jakby mniej. Bo w gruncie rzeczy przyjaźń się nie zmienia. I choćby z czasem brakowało w niej czułości, czy odległość rozdzieliłaby przyjaciół, to tak naprawdę więź, która się nawiązała, była w pewien sposób niezniszczalna. A jeśli na tak silnym fundamencie postawi się jeszcze miłość, to to wszystko nie może tak po prostu runąć w jednej chwili.
    Wydawałoby się, że przecież runęło. W lutym zawaliło się wszystko, w co wierzyli, o czym marzyli. A jednak Julien nie mógł się wyzbyć wrażenia, że jednak do czegoś to prowadziło. Wystarczyło spojrzeć jak bardzo oboje się zmienili. Być może zmiany, które zachodziły w nich podczas tej bolesnej rozłąki były czymś co musiało się stać, by to, co teraz w ogóle miało prawo zaistnieć. Przecież doskonale wiedział, jak olśniło go, gdy trzymając ją teraz w ramionach, przytulał ją, przesuwając delikatnie dłonią po mokrych włosach Julii. Olśniło go, bo wreszcie zrozumiał, jak to się stało, że jednocześnie nie zmieniło się nic i zmieniło się wszystko. Spojrzał na nią, słuchając uważnie i mimo słów, które powinny kłuć nieco w serce, uśmiechał się lekko. On już wskoczył i wyskakiwać nie zamierzał. To, co powiedziała wydało się mu w jakiś sposób oczywiste, w końcu znał ją aż za dobrze, ale jednocześnie czuł się w obowiązku wyjaśnić jej swoje potencjalne zachowanie.
    - Jestem okropnie wybrednym, irracjonalnym zazdrośnikiem, znanym z niedelikatności – przyznał prosto z mostu, tonem jakby mówił nie o sobie, a o kimś trzecim, patrząc na z rozbawieniem i spokojem w oczach. Choć słowa nie wiem, czy będziesz najważniejszy zdecydowanie powinny go przerazić, to sprawiał wrażenie, jakby szczerość go uspokoiła. Nie znał tego uczucia, zwykle nie czuł się zbyt komfortowo w momentach koniecznej szczerości, ale może właśnie to się w nim zmieniło? Zacisnął na chwilę usta, jakby się nad czymś zastanawiał.
    - I nie mogę obiecać, że zawsze będzie łatwo – spoważniał nieco, patrząc na nią spod uniesionych lekko brwi, ale łagodność nadal odbijała się gdzieś na jego twarzy. – Ale jestem niemal pewien, że nawet, gdy sytuacja będzie trudna do opanowania, więcej nie powiem nic się nie zmieniło. – teraz mówił już zupełnie poważnie, ale że nie chciał Julii wystraszyć, zamierzał szybko sprostować swoje myśli. – Ty wysłuchasz mnie, ja wysłucham ciebie. I nawet jeśli w czymś się nie zgodzimy, to gdy cię mocno przytulę po tak trudnej sytuacji, to powiem, że zmieniło się właśnie to, co trzeba. To, co musiało się zmienić, by w końcu było dobrze.
    Być może patrzył na to zbyt optymistycznie, ale jednocześnie nie potrafił znaleźć lepszego wytłumaczenia dla zwrotu w ich życiu który nastąpił wczoraj. Być może była to idealistyczna wizja, myślenie, że zmieniamy się po to by ostatecznie wszystko było dobrze. Nie potrafił inaczej ubrać w słowa tego, że jednocześnie wszystko i nic może znaczyć może właśnie to, co było konieczne. Może Julien musiał zrobić milion głupstw, by poznać, że kłamstwo kiedyś odbije się na nim boleśnie, że lawirowanie między rzeczywistością i kłamstwem jest niebezpieczne, by teraz mógł Julii powiedzieć właśnie to, co miał na myśli. I by mógł z sumieniem czystym, jak jeszcze nigdy dotąd w życiu, patrzeć w jej zagubione nieco oczy, kruchą i delikatną sylwetkę oraz nachylić się, by złożyć delikatny pocałunek na jej czole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - I ja cię kocham – odparł, gdy zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział jej na to, gdy wychodziła do łazienki. Jakby wtedy ta rozmowa przytłaczała go na tyle, że nie mógł myśleć o słowach. Tym razem nie były to słowa bezwiednie, choć szczerze, wyszeptane między jednym pocałunkiem a drugim, jak to miało miejsce wczoraj. Powiedział to, patrząc jej tym razem prosto w oczy, świadomie, z czułym uśmiechem na ustach. I nie mógł zaprzeczyć, że czuł się z tym faktem dziwnie lekko.

      Julek

      Usuń
  64. Wyjazd do Nowego Yorku był naprawdę przyjemną wizją. Adam stęsknił się za Mattem i był niezwykle ciekaw, jak młody mężczyzna zagnieździł się w tak dużym mieście oraz jak mu się tam żyje, jednak Rosjanin również martwił się nieco o to jak Julka zniesie teleportację, więc, że się tego bała i gdyby tylko mógł, to oszczędziłby jej tego, jednak teraz tylko teleportacja była najodpowiedniejszą formą transportu. Adam nie zabierał ze sobą zbyt wielu rzeczy. Nigdy nie potrzebował zbyt dużej ilości rzeczy. Zmieścił się w jednym plecaku. O dziwo wszystkie lekcje minęły mu niezwykle szybko, najadł się po uszy, a na ostatniej godzinie nauczycielka OPCM pozwoliła mu iść do siebie, twierdząc, że nie będzie jej potrzebny na ostatniej lekcji, co w zasadzie dla Rosjanina było nawet na rękę, więc wykorzystując dodatkowy czas upewnił się, że zabrał wszystko, to co jest mu potrzebne, a następnie udał się pod prysznic, który postawił go na nogi. Coraz bardziej do niego docierało, że niedługo wreszcie zobaczy się z przyjacielem. Ta wizja stała się jeszcze bardziej realna, gdy w jego pokoju pojawiła się Julka. Uśmiechnął się na jej widok i zaśmiał cicho.
    Oczywiście, że zrobił, to o co go prosiła, a następnie cierpliwie na nią zaczekał. Gdy pojawiła się ponownie u jego boku, ucałował ją czule w czoło, by dodać jej otuchy i jak zawsze nieco do siebie przytulił.
    - Gotów – potwierdził przesuwając powoli dłonią po jej plecach. – Będzie dobrze – dodał, chcąc, by naprawdę niczego się nie obawiała. Nic nie mogło się zepsuć, Adam już o to zadba. Teleportacja była wyczerpująca i przyniosła dla wielu osób niemały dyskomfort, jednak Lebiediew robił to tak wiele razy, że nie było nawet mowy o tym, by coś wymsknęło im się spod kontroli.
    - Już niedługo zobaczymy tego mieszczucha – zaśmiał się i tym razem pocałował ją w czubek głowy. – Komu w drogę temu czas!


    Adam

    OdpowiedzUsuń

  65. Mathias nie rozumiał zachowania Julki, a nawet nie miał zamiaru rozumieć. Czekał jedynie aż przejdzie jej ten dziwny foch, a spodziewał się, że nie nastąpi to szybko, jednak Niemiec należał do dość cierpliwych osób. Nie miał zamiaru traktować uczniów łagodnie czy też negatywnie ze względu na jakieś wzajemne koligacje. Wszystkich traktował równo, dlatego też nie miał nawet zamiaru przepraszać kuzynki, za to, że odebrał im klucze od sali. Freddie zwalił sprawę i musiał ponieść tego konsekwencje, a Mathias nie miał zamiaru być dla niego ugodowy.
    Gdy pewnego dnia, tak zupełnie znienacka pojawiła się u jego boku, uniósł zdumiony brew ku górze i spojrzał na nią uważnie, skupiając się na jej słowach.
    - Nie licz i pogódź się z tym, że nie będę nikogo traktować ugodowo tylko ze względu, że zadaje się z tobą czy z kimkolwiek innym, rozumiesz? – wydukał poważnym siebie tonem głosu. Naprawdę mówił poważnie i swojego stanowiska raczej nie zmieni. Nachylił się delikatnie nad swoją kuzynką, a następnie ucałował ją w czoło. – Nie gniewam się - dodał zaraz i objął ją lekko ramieniem, a następnie udał się się do Wielkiej Sali, gdzie usiadł przy stole uczniowskim podczas obiadu. Uczniowie nieco się zdziwili, jednak byli tacy, którzy odważyli wdać się w rozmowę, jednak Mathias bardziej skupiał się na Julce, niż pozostałych. W końcu, jednak w pełni najedzony musiał udać się na zajęcia. Pierwszaki napsuły mu wiele nerwów, jednak starał się być cierpliwy, naprawdę, ale było ciężko. Nie obeszło się bez szlabanów oraz ujemnych punktów.
    Po zajęciach korzystając z lekkiego słoneczka, udał się na trybuny boiska, razem z książką oraz kocem, gdzie uwił sobie małe gniazdko, chcąc odpocząć i zagłębić się w ulubionej lekturze.


    Mathias

    OdpowiedzUsuń

  66. Zaśmiał się i kiwnął głową, po czy upił łyk soku. Nie miał zamiaru zmuszać jej do tańca, w zasadzie to sam się rozmyślił. Tłum, jedynie się powiększał i zaczęło brakować powoli miejsca nawet do swobodniej rozmowy, co nieco zaczęło Wiktora irytować. Zacisnął usta w wąski paseczek i nieco zaskoczony bez żadnych protestów udał się za dziewczyną, gdy ta pociągnęła go za sobą.
    Musiał przyznać, że ucieczka od całego imprezowego zgromadzenia przyniosła mu naprawdę sporą ulgę. Przestał czuć się obserwowany czy osaczony. Naprawdę nie lubił przebywać w zbyt dużym gronie ludzi. Załączyła mu się wtedy nieprzyjemna faza, obrony własnej przestrzeni, co często kończyło się kłótnią, więc zmycie się z lokalu, było cholernie dobrym pomysłem. Ponownie okręcił szalik wokół własnej szyi, a następnie otworzył butelkę, którą zwędziła Julka. Upił dość spory łyk i zamruczał cicho, czując jak alkohol przyjemnie rozgrzewa go od środka. Oddał dziewczynie butelkę, by również mogła się napić, a następnie uważnie jej się przyjrzał.
    - Nie jest Ci zimno? – zapytał przypatrując się jej jakby chciał upewnić się, że rzeczywiście jej ubiór nie przesusza zbyt wiele ciepłoty ciała przez co jest jej ciepło. Choć miał wiele wątpliwości.
    - Napij się więcej, to zobaczysz jak Cię rozgrzeje – zaśmiał się chowając dłonie do kieszeni. Przestąpił z nogi na nogę, zastawiając się, co by robił właśnie w tej chwili, gdyby Julia nie wyciągnęła go na imprezę, jednak nic wielkiego nie wymyślił. Zacisnął usta w wąski paseczek wpatrując się w niebo.


    Wiktor

    OdpowiedzUsuń
  67. Eksperymentowali, licząc na to, że ewentualne reakcje wybuchowe uda się jakoś zneutralizować. Owszem, był może niepoprawnym optymistą, ale dawało mu to wiarę i siłę, o jaką sam siebie jeszcze jakiś czas temu by nie podejrzewał. Wiedział, że akurat w tym jednym miejscu ich charaktery się gryzły i to mocno. Ale tak po prawdzie, gdyby nie zgryzły się w tej kwestii na pewno zgryzłyby się w innej. A przynajmniej w tej sytuacji nawzajem siebie lojalnie ostrzegli i w razie czego mogli coś na to zaradzić. Pożary można było gasić na wiele sposobów.
    Przez chwilę patrzył na nią nieco rozczulonym, jakby rozmytym spojrzeniem, które wyostrzyło się, gdy usłyszał jej pytanie. Na jej uśmiech zareagował jednocześnie zabawnie i uroczo, bo nagle poczuł, że zimne powietrze wcale nie ochładza gorąca, które uderzyło mu do głowy, wywołując rumieniec zakłopotania na jego policzkach. Rzadko kiedy komuś udawało się go tak wytrącić z równowagi, w końcu zazwyczaj to on był osobą kontrolującą sytuację i wygodnie mu z tym było. Tak bezpośrednie pytanie uderzyło po prostu w czułą strunę wspomnienia o zawieszonym w powietrzu, porannym pocałunku, który z powodu jego widzimisię nie doszedł do skutku.
    Spojrzał w stronę zamkniętych drzwi, by upewnić się, że nikt im nie przeszkodzi i patrząc na nią zakłopotany i jednocześnie zachęcony pytaniem, sięgnął do drugich drzwi, by je zamknąć. Tak dla pewności. Pojawił się przy tym na jego ustach bliżej nieokreślony uśmiech, prawdopodobnie będący efektem dziwnej ekscytacji z bycia z Julią zupełnie samemu, lekkiego łaskotania w brzuchu i bijącego mocniej serca. Choć już poznał te objawy, za każdym razem było dla niego w nich coś zupełnie nowego. I fakt, że Julia zapytała o to w ten sposób, patrząc na niego i uśmiechając się, było szalenie ekscytujące.
    - Wreszcie tak. – niemalże mruknął do niej cicho, znajdując się znów tak blisko, że mógł dostrzec jak delikatnie zmieniają się odcienie w jej oczach. Jego dłoń wędrowała delikatnie po jej szyi, co raz to muskając obojczyk, raz wplatając się lekko w wilgotne włosy. Przygryzł delikatnie dolną wargę nachylając się nad nią. Nie mógł i nie chciał dłużej tego trzymać, bo zawieszając rano pocałunek, w pewien sposób i siebie skazał na całodzienne myślenie o powrocie do tego, co sprawiało, że serce niemalże wyskakiwało mu z piersi. Ostatecznie jego usta pokonały dzielący ich niewielki dystans i obejmując ją mocno w pasie, drugą dłonią wodząc po szyi, przelał w pocałunek całą swoją pewność, optymizm, radość, czułość i wszystko to, co zostało po odsunięciu strachu na dalszy plan.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  68. Miała znicz w ręku. Był już w jej palcach, gdy nagle coś twardego uderzyło z impetem w jej lewy bok. Siła była tak duża, że dłoń dziewczyny, którą ściskała na rękojeści miotły dosłownie została wyszarpnięta z miejsca, tym samym pozwalając Laurze runąć prosto na ziemię. Nie widziała w trakcie swobodnego spadania, jak daleko pozostało jej do zielonej trawy. Szczerze, nie pamięta z tamtej chwili praktycznie nic. Po prostu poczuła przeszywający ból w całym ciele, a następnie zapanowała ciemność.
    Kiedy otworzyła oczy, również było ciemno, ale już nie otaczała ją pochłaniająca wszystko czerń. Po kilku sekundach była w stanie dojrzeć specyficzny sufit Skrzydła Szpitalnego, jak gdyby został specjalnie tak wybudowany, aby po przebudzeniu ranni zdawali sobie sprawę ze swojej lokalizacji. Laura stęknęła, bo wraz z ogólną świadomością do mózgu dotarły bodźce oznaczające ból każdej kończyny. Jednak najbardziej z tego wszystkiego bolało ją prawe biodro, na którym najprawdopodobniej wylądowała.
    - Ał, ał, ał – jęknęła kilka razy do momentu, gdy już przestała opierać się o prawą ręką, próbując się podciągnąć. Spojrzała na ramię owinięte szczelnie bandażem, co sugerowało, że musiała ją złamać podczas upadku. – Hej – rzuciła w stronę Julii, którą ujrzała na krańcu łóżka. Znowu postanowiła usiąść, tym razem z lepszym skutkiem, bo po kilku jęknięciach siedziała już oparta o poduszkę za sobą. – Cholerny quiddtch – stęknęła Laura, kiedy głowa opadła jej w tył, przez co ponownie mogła podziwiać sufit za sobą. Dalej się krzywiła, ponieważ ból, który odczuwała był dosyć spory. Przyznajmy się, upadek z jakiejkolwiek wysokości jest bolesny.
    - Przegraliśmy, prawda? – popatrzyła na Krukonkę z lekkim rozczarowaniem w oczach. Ten mecz miał wyglądać zupełnie inaczej. Po tych kilkudziesięciu minutach miała trzymać znicz w ręku z dumą podnosząc go w zaciśniętej dłoni. Właśnie taki był plan. Plan, który runął wraz z nią i rozsypał się na kawałki po spotkaniu z ziemią.

    [Żyję.]

    Laura

    OdpowiedzUsuń
  69. Na jego okropny wygląd i beznadziejne samopoczucie złożyło się wiele czynników, które wyjaśnić można prościej jak i trudniej. Julia mogła pomyśleć, że to przez nią, i w jakimś stopniu mieć rację, jednakże Joshua miał na głowie o wiele więcej spraw i zmartwień, aby całkowicie oddać się problemom sercowym. Tego nie można nawet było określić w ten sposób – Joshua nie kochał Julii, ba, praktycznie jej nie znał, więc serce nie miało tu nic do gadania. Nastolatkom podobały się inne osoby, miłość przychodziła o wiele, wiele później. Joshowi podobała się Julia, lecz nie miał zamiaru zatracać się w rozpaczy z powodu odrzucenia. Jedynie jego duma i męskie ego zostały nieco pokiereszowane, ale i one w najbliższym czasie staną na nogi.
    Większym problemem naprawdę była jego rodzina. To, co się w niej działo, przechodziło najśmielsze oczekiwania i z punktu widzenia osoby z zewnątrz mogło się wydawać, iż był to istny cyrk i konkurs talentów. Cholerny wyścig szczurów, chęć zaimponowania sobie nawzajem, pokazanie, jak potężnym czarodziejem się jest i jaką pozycję w społeczności się osiągnęło. To nie była zdrowa relacja.
    - Jeśli chcesz pogadać o moim ojcu, który jest głównym sprawcą tego bagna, to nie wiem, czy znajdę na to jakąkolwiek siłę – westchnął, zamykając torbę i zawieszając ją na ramię.- Oprócz mnie możesz pogadać również z nim samym, bo właśnie idę na dziedziniec się z nim spotkać. Dostanę trzy razy po głowie i będzie po krzyku. Chcesz popatrzeć? – zapytał posępnie, doskonale wiedząc, że tę szopkę będzie obserwować zapewne kilkunastu lub kilkudziesięciu uczniów, którzy następnie wyruszą w zamek i rozsieją podkoloryzowane plotki. Zawsze tak było, a Joshua nie miał siły na użeranie się z takimi delikwentami.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  70. Nie był pewny, co z tego, co podpowiadała mu głowa, było prawdą, a co tylko ciepłym snem, ale leżąc z półprzymkniętymi jeszcze oczami, przypominał sobie wieczór i oczami wyobraźni widział ogień trzaskający w kominku, słyszał ciche słowa dwojga ludzi, widział ich przytulonych do siebie i rozmawiających, jakby widywali się codziennie przez ostatni rok. Widział swoje ramiona oplecione wokół Julii, gdy siedząc za nią, przytulał ją i wtulał twarz w zagłębienie jej szyi. Słyszał jej śmiech, widział ogień odbijające się w jej oczach i czuł ciepło, którym dzieliła się z nim, leżąc u jego boku. I tak straszliwie nie chciał dopuścić do swoich uszu deszczu bębniącego na zewnątrz.
    Dopiero delikatny dotyk sprawił, że chłopak otworzył w końcu oczy. Dotyk, który niejako zapraszał z powrotem do rzeczywistości i obiecywał, że nie jest ona taka zimna, jakby się wydawało. Poruszył nieco ramieniem, jakby sprawdzał, czy mu się tylko nie wydaje. Spojrzał w jej ciemne oczy, uśmiechając się leniwie. Nachylił się nieznacznie, całując ją w skroń.
    - Dzień dobry, kochanie – szepnął, jakby nie chciał by ktokolwiek ich usłyszał, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że o tej porze nikt nie ma prawa tu być. Uśmiechnął się, czując przyjemne muśnięcie na obojczyku. Kiwnął lekko głową, wolną dłonią przecierając leniwie oczy, a zaraz potem przesuwając nią po włosach, jakby po całej nocy były niewystarczająco rozczochrane. Zmarszczył lekko brwi, jakby usiłował przypomnieć sobie co ma do zrobienia. A był pewny, że coś ma. Tylko oczywiście wyleciało mu z głowy. A tak, po śniadaniu miał pojawić się przy chatce gajowego. Była jego kolej, by rzucić gnomom coś do jedzenia. Jeśli się tego nie zrobiło, atakowały szklarnie.
    - Jeszcze chwilkę… - jęknął, niby to zaspany, ale po chwili uśmiechnął się łobuzersko i zgarnął Julię w swoje ramiona bliżej siebie i obkręcił się z nią tak, że jego żyjąca swoim życiem grzywka łaskotała ją teraz w czoło. Mógł przynajmniej jeszcze przez chwilę bezczelnie na nią popatrzeć, zanim za drzwiami wrócą do swoich codziennych zajęć. Zanim codzienność znów mu ją na chwilę zabierze. Nie bał się tego, nie myślał o tym z niepokojem. Nie zastanawiał się ile w gruncie rzeczy taki stan będzie trwał. Może i żył chwilą, może w przyszłości będzie musiał stawić czoła różnicom ich dzielącym, ale na razie była to chwila tak ekscytująca, że nie myślał o niczym innym.
    - … cię tu przytrzymam – dokończył, nachylając się nad nią z uśmiechem malującym się na twarzy. Po odkryciu przed nią właściwie wszystkich swoich lęków, wad i pierwszej od dawna chwili zupełnej szczerości, taka bliskość niespecjalnie go krępowała. Ciekawe, nie czuł skrępowania, gdy wydawało mu się, że to on kontroluje sytuację, a wystarczyło coś tak prozaicznego jak bezpośrednie pytanie czy zamierza ją w końcu pocałować i chłopak nie potrafił się nie zarumienić. Ale teraz, gdy patrzył na nią z tak bliska, to w jego rozbawionym uśmiechu, kryło się jeszcze głębokie przekonanie, że jeszcze tą krótką chwilę może mieć ją tylko dla siebie.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  71. Freddie mówił Julii prawie wszystko, ale to...wyjście tej tajemnicy na światło dzienne mogło mieć opłakane skutki nie tylko dla ich przyjaźni. Nie mógł pociągnąć na dno swojej rodziny, mimo, że traktowała go jak go traktowała. To było o wiele bardziej skomplikowane niżby się mogło wydawać, a im więcej osób wiedziało tym gorzej. Wcześniejsze wciąganie Julii w to bagno naprawdę nie miało sensu.
    Spojrzał prosto w jej ciepłe oczy, uśmiechając się słabo. Właściwie zgadzał się z jej opinią, mimo iż szlabany z Zakazanym Lesie zawsze wydawały mu się najbardziej ekscytujące to istniała możliwość, że sprowadzą na uczniów zagrożenie - i Freddie był tego żywym dowodem. Cóż, naiwni pewnie teraz pomyśleliby sobie, że ten incydent choć w pewnym stopniu odwiedzie Waylanda od wpakowania się w kłopoty. Nic z tego. Nie byłby sobą, gdy przestał ryzykować.
    Również ją objął, nawet zaśmiał się krótko, kiedy nazwała go idiotą. A potem ich spojrzenia się spotkały, zapadła chwila milczenia, a słowa same wypłynęły z ust gryfona.
    - Szantażowano mnie. Jeden ślizgoński typ przez przypadek doswiedział się o pewnej rzeczy i postanowił się trochę zabawić. Ale już jest dobrze. Został złapany. - mruknął pod nosem, czując się, jakby opowiadał właśnie, że niedawno wymordował pół Londynu. Zwiesił nawet głowę ze wstydu, gapiąc się w swoje buty. Spieprzył, tak bardzo spieprzył.
    - Ja...Nie mogłem ci powiedzieć. Zrobiłem straszną rzecz, Julls...- wyszeptał i z tych wszystkich emocji usiadł na starej ławeczce, przecierając twarz w dłonią. Jak już się w to zagłębił, musiał powiedzieć jej całą prawdę. Nie tylko dlatego, że dziewczyna by tego od niego oczekiwała, ale po prostu nie zniósłby dalszego skrywania przed nią tak wielkiej tajemnicy. A może i jemu to pomoże? Może ciężar, który od lat wisiał na jego sercu, odrobinę odpuści?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  72. Nie kontrolował swoich słów, gdy czuł się jak najmniej ważny człowiek na świecie, na którego co kilka minut wysypywano tonę cegieł, będących jednocześnie jego zmartwieniami i problemami. Nie chciał się tak czuć, lecz nie potrafił pomóc sam sobie. Nie mógł odwrócić się od ojca, nie chciał go zawieść. Nie mógł mu pokazać, że przestał być lojalny tradycjom i nazwisku. Nie chciał tego zrobić, ale z każdym kolejnym dniem brzemię bycia pierworodnym Yaxleyem i ogrom obowiązków na jego barkach po prostu go przytłaczały. On nie był wolny. Uśmiech nie pojawiał się na jego twarzy tak łatwo. Chciał poczuć chociaż chwilę wolności, uciec od bystrego spojrzenia ojca. Uciec od wszystkiego.
    Doceniał zainteresowanie Julii i to utrzymało go w przekonaniu, że tak naprawdę nie było między nimi źle. Mógł się jej wygadać, pytanie brzmiało, czy uzbiera w sobie wystarczająco dużo siły, aby to zrobić. Sama go zachęcała do otwarcia się. Wystarczyło kilka kroków, aby się przemóc i dać sobie ulżyć.
    - Dziękuję. – Uśmiechnął się lekko, patrząc na odchodzącą Krukonkę.
    Chciałby nie dostać po głowie, próbował się przed tym uchronić od siedemnastu lat. Za każdym razem górą był jego ojciec, z pojedynczymi przypadkami, gdzie to Joshowi udawało się wygrać. Nie zdarzało się to często, lecz skutecznie podbudowywało i popychało do przodu.
    Czas stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym. Joshua wyszedł z klasy i prawie wpadł na wysoką, jeszcze wyższą od niego postać, która okazała się jego ojcem. Najwyraźniej Boyd Yaxley nie zamierzał już dłużej czekać na swojego syna i postanowił skonfrontować się z nim w bardziej ustronnym miejscu niż dziedziniec. Może to i lepiej. Tańczące płomienie w oczach pana Yaxleya nie mogły oznaczać niczego pozytywnego.

    Jeśli wcześniej było źle, to teraz było jeszcze gorzej. Po wiązance przekleństw wypadających z ust ojca, po wachlarzu epitetów i słów uderzających prosto w ego i ambicję Josha, młody Ślizgon czuł się jak najgorszy syn świata i kompromitacja rodu Yaxleyów. Kto by pomyślał, że wystarczyło jedynie kilka zdań i soczysty policzek, aby doprowadzić do takiego stanu.
    - Kurwa – syknął, oglądając swoje odbicie w jednym z luster w męskiej łazience i „podziwiając” długie przecięcie skóry pod okiem. Sygnet ojca nie tylko wyglądał dostojnie na palcu – powodował też skuteczne szkody.
    Joshua obmył twarz i szybkim krokiem wyszedł z łazienki, kierując się w stronę biblioteki. Nie mógł być teraz sam. Oszalałby, pogrążyłby się w bardzo pesymistycznych myślach i nie mógł do tego dopuścić. Potrzebował Julii, przynajmniej jej obecności. Pochylił głowę, gdy wszedł do biblioteki, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Ukradkiem rozglądał się po komnacie, szukając dziewczyny. Gdy jego wzrok w końcu stanął na Krukonce, Joshua odetchnął.
    - Chodź, dalej – wyszeptał, stając przy stoliku i nie zamierzając spędzić tu ani chwili dłużej.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  73. [Cześć! :)
    Świetne zdjęcie w karcie, gratuluję! :P
    Dziękuję za miłe słowa dotyczące Jamesa... Wiem, że jest nieco inny od poprzednich odsłon, ale może się jakoś przyjmie ;) Za powodzenia nie dziękuję i mam nadzieję, że dam radę :D A jeśli chodzi o dopracowanie postaci; szczegóły i tak zawsze wychodzą u mnie w wątkach, muszę mieć jednak konkretny zarys, zanim się na postać zdecyduję... Pewnie temu nigdy krótkiej KP napisać nie potrafię, lol]

    Jamie Potter

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie miał zamiaru się nad sobą użalać, bo tego nie lubił. Nie był osobą słabą, rozpaczającą po każdym niepowodzeniu. Jego duma została urażona wiele razy, a ego poruszone jeszcze więcej, wiec gdyby za każdym razem miał się tym przejmować, już dawno sam wpędziłby się do głowa. Słowa raniły jeszcze bardziej niż czyny, tym bardziej, gdy ich źródłem był rodzic, któremu powinno się bezgranicznie ufać i powierzać największe sekrety. Co z tego, że dostał w twarz? To nie był pierwszy raz, gdy oberwał. Mógł nie pyskować, a właśnie to robił. Gdyby schylił głowę i wszystko na siebie przyjął, to skończyłoby się na kilku słowach dezaprobaty, poklepaniu po ramieniu i pożegnalnym, lecz niekomfortowym uścisku. Jednak ostatnimi czasy Josh postanowił zmienić coś w swoim podejściu do surowego wychowania Yaxleyów. Nie zaciskał już pięści z bezradności, nie bał się nimi działać. Nie gryzł się w język, nie bał się odpowiadać ojcu zgodnie ze swoimi własnymi przekonaniami. Skutki nie należały do najprzyjemniejszych, ale Joshua przynajmniej szedł do przodu i próbował kreować własnego siebie, a nie idealnego synka Boyda Yaxleya. Może mężczyzna bał się tego, że coś nie pójdzie po jego myśli i dlatego reagował tak gwałtownie. Wczoraj krzyk, dzisiaj policzek, a co będzie jutro?
    Był wdzięczny Julii za to, że nie naciskała i po prostu się nim zajęła. Właśnie tego potrzebował – względnego spokoju, zrozumienia i może kilka kropelek alkoholu. Teraz wystarczyło się otworzyć, co nie było rzeczą łatwą. Joshua Yaxley nie umiał być otwarty. Może powinien spróbować? Chyba za długo z tym zwlekał, a zbierające się w nim emocje czekały na uwolnienie. Zbyt długo składowane w środku prowadziły do samodestrukcji.
    Przez dłuższą chwilę siedzieli tak bez słowa. Josh patrzył w martwy punkt gdzieś na podłodze, zbierając rozbiegane myśli. To nie miało większego sensu, jako że po chwilowym uporządkowaniu znów tworzył się bałagan.
    - Dziękuję – odezwał się w końcu, mając dość ciszy.- Mało przyjemny dzień.
    Ostatnimi czasy nic nie było przyjemne. Czuł na sobie taką presję, jakiej nie czuł nigdy wcześniej. W duchu błagał, aby nie doprowadziła go do zguby.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  75. [Nie będzie znowu, aż tak bardzo demoniczny. Wiesz, że ja na wątek zawsze chętnie, ale niestety jakoś nie mam pomysłu na wątek tym razem. Musiałabym trochę dłużej pomyśleć coby coś sensownego zaproponować :)]

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  76. [Gdy coś wymyślę, to na pewno pojawię się z propozycją tu lub na mailu ;)]

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  77. Oplótł palcami szyjkę butelki i przystawił ją do ust. Wziął dwa głębokie łyki. Alkohol rozpalił jego gardło, a gorycz połaskotała kubki smakowe w ten nieprzyjemny sposób. Joshua skrzywił się na pierwszy kontakt języka z alkoholem, tak jak zawsze miał to w zwyczaju. Nie lubił tego smaku, nie lubił tego, co działo się z nim nazajutrz po wcześniejszym przyjemnym wieczorem, lecz nigdy nie odmawiał sobie kilku drinków czy dużych łyków prosto z butelki. Bo przecież alkohol nie miał smakować. Miał pomagać zapomnieć.
    Chciałby zapomnieć o wszystkich swoich problemach. Ognista może mu w tym pomóc, podobnie jak Julia, która już dała mu do zrozumienia, że będzie obok niego siedzieć i nigdzie się nie wybiera. Takich ludzi szuka się ze świecą. Większość jest zbyt zaabsorbowana sobą, aby zająć się innymi. Joshua zaliczał się do tej gorszej grupy. Był zbyt arogancki, by przejmować się bólem obcych mu osób. Był skłonny przymknąć oko na najbliższych, ale na innych? Marne szanse.
    Oddał butelkę dziewczynie, jednocześnie przenosząc na nią wzrok. Musiał to z siebie wyrzucić. Musiał powiedzieć wszystko, aby sobie ulżyć. Więc dlaczego, do cholery jasnej, żadne słowa nie opuszczały jego ust?
    - Mów do mnie, nie zniosę takiego milczenia – wyszeptał, patrząc na nią błagalnie.- Po prostu do mnie mów.
    Cisza doprowadzała go do powolnej utraty zmysłów. Nie mógł zwariować i zatracić się w samoutrapieniu. Był na to zbyt młody, zbyt wiele miał jeszcze przed sobą. Wołał o pomoc.
    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  78. Musiał się przemóc i w końcu podjąć ten temat. Niewiele osób znało prawdę o wszystkim, co działo się w posiadłości Yaxleyów. Nie można było mówić o patologii, gdyż byłoby to przerysowaniem prawdziwej sytuacji, lecz surowa ręka rodzicielska stale pozostawiała po sobie ślady. Nie były to znamiona cielesne. Psychika cierpiała o wiele bardziej. Dziecko wyniszczające się przez apodyktyczność rodzica; czyż to nie brzmiało przerażająco? W mniemaniu Josha właśnie tak było. Gdyby patrzył na to wszystko z punktu widzenia osoby trzeciej, stwierdziłby, że tak surowe wychowanie było po prostu straszne. Teraz już się do tego przyzwyczaił, aby określać teraźniejszość jakimkolwiek przymiotnikiem.
    Wyciągnął butelkę z dłoni Julii, pociągnął długi łyk i oddał trunek z powrotem. Zeskoczył z ławki i położył się na tę naprzeciwko; wygodnie, na plecach, uginając jedną nogę w kolanie i obracając głowę w stronę Krukonki. Jeśli miał mówić, to musiał czuć jak największą wygodę, aby przyćmić dyskomfort umysłu. Będzie mówił.
    - Gdy miałem pięć lat, poszedłem z rodzicami na spacer po Edynburgu – zaczął, doskonale pamiętając tamten dzień, jakby to było wczoraj.- Moja siostra miała trzy lata lata, mama znów była w ciąży. Wyglądaliśmy jak idealny obrazek brytyjskiej rodziny.
    Zaśmiał się sucho i fałszywie, tym samym negując swoje poprzednie zdanie. Ten obrazek nie istniał.
    - Mój ojciec uśmiechał się raz na dziesięć minut, gdy patrzył na matkę. On ją naprawdę kocha – westchnął.- Usiedliśmy na ławce przy stawie St. Mary’s, ja pobiegłem na plac zabaw nieopodal. Zacząłem bawić się z jakimś chłopczykiem, nie mam pojęcia, kto to był. Nie znałem pojęcia człowieka gorszego i lepszego. Ten chłopiec był mugolem. Ojciec uświadomił mi wtedy, gdy za kark dosłownie wyciągnął mnie z piaskownicy, że mam przestać bawić się z gorszymi. Miałem wtedy okropnego siniaka na szyi i już nigdy nie bawiłem się w piaskownicy.
    Odruchowo chwycił się za kark, jakby czuł mocny uścisk ojcowskiej dłoni. Jego dzieciństwo nie było tragiczne, ale nie potrafił pamiętać go w wielu kolorach. Po prostu było, przeplatane śmiechem i płaczem. Wydarzyło się i skończyło, a jemu pozostały wspomnienia.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  79. Zmarszczył brwi, myśląc nad swoimi kolejnymi słowami. Miał w głowie wiele wspomnień, które mógł w tym momencie przytoczyć, lepszych i gorszych, radosnych i smutnych. Czasem żałował, że nie posiadał myślodsiewni, którą mógłby sobie ulżyć. Może ktoś sprezentuje mu ją na osiemnaste urodziny, cieszyłby się wtedy jak dziecko, które dostało wielkiego lizaka.
    Kumulacja niepotrzebnych wspomnień i omamienie umysłu przez widma przeszłości nie wpływały dobrze na psychikę przeciętnego człowieka. Joshua sprawiać wrażenie osoby silnej i obojętnej na wszystkie czynniki zewnętrzne jak i wewnętrzne, ale gołe oko nie potrafiło dostrzec skrytej, wrażliwszej strony Josha. Była ona tak skrzętnie ukryta, zasłonięta przez tysiące warstw kotar, że trudno było się do niej dostać. Julia dostała niespotykaną szansę odsunięcia wszystkich warstw osobowości Yaxleya. Alkohol też mógł pomóc.
    - W naszej posiadłości widziałem tyle twarzy, tyle ludzi. Teoretycznie byli obcy, a jednocześnie znałem ich wszystkich – mówił dalej, mając wrażenie, że nie kontroluje swojego języka.- Bawiłem się ciągle z tymi samymi dziećmi, w tych samych miejscach, w ten sam sposób. Kiedyś uciekliśmy z Georgem Carrowem do piwnicy, rodzice szukali nas przez godzinę, a my uśmialiśmy się jak nigdy. I to było miłe.- Uśmiechnął się na samą myśl o beztroskiej zabawie w chowanego, którą zakończył mocny, matczyny uścisk, jakby wrócił do niej największy skarb.- Byliśmy tylko dziećmi, z łatwością chłonęliśmy kolejne informacje i doktryny. I wieku jedenastu lat szedłem do Hogwartu z poczuciem wyższości, wiedząc, z kim powinienem się zadawać, a komu napluć na głowę. Czy ja nadal się tak zachowuję? – zapytał, mając nadzieję na szczerą odpowiedź.
    Zdawał sobie sprawę, że nie był człowiekiem, do którego pałało się największą sympatią, ale tak wykreowana została jego osobowość. Trudno było mu się w jakikolwiek sposób zmienić, bo jego charakter osiadł w nim już na stałe i nie potrafił go z siebie wygonić. Nie chciał tego zrobić. To wykreowało Joshuę Yaxleya. Te wszystkie wady i kilka zalet stworzyło jego. Czy jakakolwiek zmiana wyszłaby mu na dobre?

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  80. [Och, Alicia. <3 Czeeeść, dziękuję za powitanie, ale za życzenia nie dziękuję, co by nie zapeszyć. : D Ja natomiast jest pod wrażeniem – niezmiennie, od zawsze – wszystkich tych, którym udaje się w niewielkiej ilości tekstu zawrzeć wszystko, co ważne i duszę. Gratuluję! To co? Julia, pewnie czasem obrywa w czasie meczu Quddicha – może w końcu wpaść na nową pielęgniarkę. : D]

    VERA THORNE

    OdpowiedzUsuń
  81. Przyjął najszczerszą prawdę na klatę. Skoro ludzie postrzegali go w ten sposób, to nie miał wyboru jak tylko im uwierzyć. Oczekiwał takiej odpowiedzi. Ludzie nazywali go zapatrzonym w siebie bucem, trzymali się od niego z daleka przez wylewające się ślizgońskie i niezbyt pozytywne cechy. Osoba Yaxleya przeciętnemu uczniowi Hogwartu nie kojarzyła się z czymkolwiek pozytywnym, może oprócz głosu rozbrzmiewających na meczach Quidditcha, bo ten rzeczywiście był jak miód dla uszu. To było przyjemne, usłyszenie, że jednak nie jest z nim tak źle. Chęć zmiany zbierała się gdzieś głęboko i nawet Josh nie był pewny, czego tak naprawdę chce. Został wychowany w ten sposób i pasowało mu takie podejście do świata. Czuł się lepszy od innych, patrzył na większość z góry i osiągnięta pozycja pomagała mu utrzymanie etykietki kogoś bezwzględnego. Coś krzyczało mu do ucha, że to nie tak powinno być, że powinien coś zmienić, ale on walczył z tą pokusą. W głębi duszy naprawdę nie chciał się zmieniać.
    Rozchylił nieco wargi, myśląc nad tym, co powiedziała mu Julia. Praktycznie się nie znali, lecz czuł, że mógł powiedzieć jej prawie wszystko. Kilka ostatnich tygodni pokazało, że Joshua był w stanie w pewnym stopniu zaufać przypadkowej osobie, z którą wcześniej nie miał zbyt dobrych kontaktów. Los płatał mu figle i grał na nosie.
    - Nie wiem, czy chcę się zmieniać – mruknął ponuro. – Dobrze mi jest być lepszym od innych.
    Zabrzmiał tak arogancko, że aż sam skrzywił się na swoje słowa. Był do nich przyzwyczajony, bo w swoim mniemaniu mówił prawdę, ale wypowiadanie ich w stronę Julii, którą uważał za równą sobie, nie było wygodne. Mógł ugryźć się w język, ale nie był do tego przyzwyczajony, więc i teraz tego nie zrobił.
    - To zabrzmiało źle, przepraszam – sprostował. – Ale tak się czuję, tak zostałem wychowany. Jednocześnie nie chcę stać się taki jak mój ojciec. Czasem naprawdę się go boję, nie powinno tak być.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  82. Ranił zupełnie nieświadomie. Nie wbijał noży w plecy innych ludzi, bo miał taką zachciankę. Nie czuł potrzeby dolania oliwy do ognia, nie kopał leżącego. Jego wybujałe ego i chęć imponowania nie wymagały od niego celowego ranienia innych osób, aby poczuć się lepiej. Gdyby tylko chciał, mógł stanąć na nogi, wyciągnąć pomocną dłoń w stronę potrzebującego i zrobić wszystko co w swojej mocy, aby wszystkim żyło się lepiej. Wiedział jednak, że nie warto, a jego duma miała zbyt wysoko uniesioną głowę, aby przejmować się jakimiś robakami wijącymi się pod stopami. Skoro inni nie potrafili mu pomóc, to dlaczego on miałby się wysilać? Zajmował się sobą. To sobie powinien pomóc. Jak miał pomagać innym, skoro nadal nie rozgryzł samego siebie?
    Skrzywił się nieco, gdy Julia dotknęła jego rany, lecz po chwili poczuł kojącą ulgę. Pieczenie całkowicie ustało, teraz pozostała kwestia szybkiego zagojenia przeciętej skóry. Ojciec nie miał zwyczaju katowania swojego syna, nie robił tego. Czasami po prostu tracił cierpliwość, gdy najstarsza pociecha stawiała na swoim i wygłaszała przemowy wbrew poglądom starszych osób w rodzinie. Joshua był przyzwyczajony do dostania w twarz od czasu do czasu i nie uważał tego za coś nadzwyczajnego i okropnego. Tłumaczył to sobie bardzo stresującym wychowaniem. Podobno każdy rodzic miał swój sposób na uchowanie potomstwa.
    - Nie czułem się wtedy lepszy, bo nie miałem do tego podstaw – odparł, po czym gwałtownie usiadł na ławce i spojrzał na Julię. - Ale ojciec ma w pewnym sensie rację, nie warto zadawać się z kimś z gorszego sortu. Takie jest życie, prawda? Albo masz szczęście i rodzisz się w tej lepszej rodzinie, jest ci prościej i masz wypracowaną pozycję, albo masz pecha i musisz sobie jakoś radzić, mimo że twoje pochodzenie jest z pokroju myszy kościelnej.
    Pewne poglądy miał wyryte w głowie i nie dało się ich zmienić. Uważał, że selekcja była dobrą rzeczą, że powinna być surowsza. Tak bardzo się dziwił, gdy ktoś traktował czarodziejów i mugoli jak równych sobie ludzi. To była głupota, największa głupota na świecie.
    - A bunty zdarzają się w każdej rodzinie – westchnął, pochylając głowę. - Szanuję mojego ojca i dziadka jak nikogo innego na tym świecie. I trochę ich rozumiem, że się wściekają, gdy ja lub któreś z mojego rodzeństwa mówimy coś, co nie gra z ich przekonaniami. To są naprawdę inteligentni ludzie.
    Mógł brzmieć głupio, jak fanatyk pielęgnowania rodzinnych tradycji, ale jeśli takie przekonania czyniły z niego wariata, to czy wszyscy w jego rodzinie nimi byli?

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  83. [Dziękuję. Za przywitanie, za miłe słowa i za obietnicę niezjedzenia.]

    Theodora Harth

    OdpowiedzUsuń
  84. Na początku patrzył na nią marszcząc brwi, jakby nie rozumiejąc, co takiego powiedział, że to wywołało taką, a nie inną reakcję Julii. Mówił to, co myślał. Taki miał pogląd na świat, większość osób w jego rodzinie taki miała. Przekazywane z pokolenia na pokolenie tradycje były staroświeckie, lecz nikt nie kwapił się, aby w jakikolwiek sposób je zmodyfikować. Joshua nie był nowatorskim rewolucjonistą. Pasował mu układ panujący u Yaxleyów. I mimo że czasem wiele zarzuciłby swojemu ojcu i dziadkowi, to z innego punktu widzenia przyznawał im rację. Nikt nie miał prawa mówić mu, że powinien zmienić swoje poglądy. Nie podpalał mugoli i mugolaków, nie ranił ich fizycznie, a cierpienie psychiczne występowało dopiero wtedy, gdy w pierwszej kolejności zaatakowano jego. A teraz Julia, w mniemaniu Josha, nie zachowała się wcale lepiej od niego samego. Skreśla go przez jego sposób postrzegania świata i wyobrażenie odpowiedniej hierarchii społeczeństwa.
    Chwycił butelkę, którą dziewczyna wcisnęła mu w dłonie i twardym spojrzeniem wpatrywał się w jej osobę. Zacisnął wargi w cienką linię, walcząc z samym sobą, aby nie pozwolić bezsensownym słowom opuścić jego ust. Jak miał jej logicznie wyjaśnić, że nie istnieje coś takiego jak równość? Że świat jest niesprawiedliwy i trzeba mieć szczęście do stanięcia po odpowiedniej stronie konfliktu? Nie potrafił ubrać w słowa swoich przemyśleć, aby trafić do rozmówcy. Był przez nie od razu skreślany.
    - Nic nie było skierowane w twoją stronę jako obelga – powiedział ostro, może trochę za ostro, gdyż nie chciał, aby ta rozmowa przeobraziła się w niepotrzebną kłótnię. Grunt to opanowanie; nie mógł pozwolić sobie na wypuszczenie z siebie gotującej się w nim wściekłości.
    Wiedział, że w tym momencie Julia nim gardziła. Słyszał to w sposobie, w jakim wymówiła jego nazwisko, jakby to one przesądzało o wszystkim. Joshua chyba nigdy nie czuł się dumniej.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  85. [Och, rozumiem – absolutnie n i c na siłę. Jeśli nie czujesz się dobrze w wątkach damsko-damskich, to nie mam zamiaru naciskać. Jeśli jednak zdanie Ci się odmieni – zapraszam. ;]

    VERA THORNE

    OdpowiedzUsuń
  86. [Dobry wieczór! I dziękuję :) A Kalia nie jest w żaden sposób powiązania z tym Ogdenem, niestety, bo zupełnie o nim zapomniałam!]

    Kalia

    OdpowiedzUsuń
  87. Być może było zbyt poważnie, być może było zbyt wyczekane, być może zbyt wychuchane, dopieszczone, wytęsknione. I nie wiedział czy dobrze robi, nie dając Julii miejsca na ucieczkę. Być może niedługo zacznie ją to męczyć, być może będzie chciała więcej powietrza, ale na razie delikatną stanowczością stał przy wyjściu, czując, że nie może pozwolić, by uciekła mu drugi raz. Jeżeli coś ją przerazi, jeżeli będzie chciała coś zrobić inaczej – wystarczy, że powie, a on się odsunie. Ale uciec jej nie da, nie tak, jak wtedy.
    Zmiana uśmiechu na delikatną powagę, sprawiła, że i on nieco spoważniał, błądząc wzrokiem po jej twarzy, jakby chciał wyryć sobie ten moment w pamięci. Nie chciał przekroczyć tej subtelnej granicy, która czyni oczekiwanie nieznośnym. Sprawiał wrażenie, jakby przez ułamek sekundy nie do końca wiedział, co zrobił, jakby dopiero po chwili dotarło do niego co się dzieje. Nie zamierzał jednak popełniać kolejny raz tego samego błędu, poprzez składanie pocałunków na jej policzku, tym razem czując, jak serce niemalże boleśnie bije mu w piersi. I nie pytała, czy w końcu to zrobi, bo zrobił to jednocześnie szybciej i wolniej, niż oboje się spodziewali.
    Szybciej, bo sam nie spodziewał się, że dłużej wyczekać nie może i nie chce. Wolniej, bo sprawiał wrażenie, że z nową delikatnością musnął jej usta, by dopiero po chwili utonąć w nich, jakby zdążył się już za nimi stęsknić. Nie myślał w tej chwili za wiele i jedyne, co wiedział, to fakt, że w pierwszej chwili postąpił, jakby bał się o tą kruchą dziewczynę. Jakby nie chciał zostawić żadnej rysy, choć przecież niemalże piekące usta były wyrazem tego, że za delikatnością może kryć się jeszcze dużo więcej.
    - Nasza chwila się kończy – mruknął cicho, odsuwając się od niej dosłownie na kilka milimetrów. Przesunął lekko kciukiem po jej dolnej wardze i spojrzał jej w oczy, czując się w tej chwili jednocześnie nieprzyzwoicie dobrze i tęsknie źle. Zmiana perspektywy, zmieniała jednocześnie w jego odczuciu każdy gest, jakby nawet jego dłoń ułożona na jej boku nabrała innego wydźwięku. Nie bardzo wiedział jak na to zareagować, czuł, że z jakiegoś powodu jego serce bije szybciej, choć chwila była ujmująco spokojna. Przygryzł delikatnie dolną wargę i spojrzał na zegarek. Westchnął cicho, ostatecznie się od niej odsuwając, siadając i wyciągając ręce, by pomóc jej pokonać przyciąganie, jakie zwyczajowo wykazywała kanapa, czy łóżko.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  88. [Już się bałam, że tylko nie lubisz! Dziękuję za miłe słowa i również życzę dobrej zabawy, zresztą jak widzę po ilości wątków i komentarzy, udanej! :) ]

    Clementine

    OdpowiedzUsuń
  89. [Dziękuję za słowa przywitania! Podziwiam za tak dopracowane relacje. Moje wrodzone lenistwo nie pozwala mi nigdy na wybitne określenie się w karcie postaci, a co dopiero w takich detalach.
    Również cudnych wątków!]

    Francis

    OdpowiedzUsuń
  90. Spojrzał na nią rozbawiony, sam chyba woląc w lustro nie patrzeć. Macnął się po włosach – grzywka sterczała w swoją zwyczajową stronę, więc nie było źle. A przynajmniej jemu się tak wydawało. Uśmiechnął się delikatnie, jakby przed oczami stanęły mu dziecięce biwaki, nocowanie w namiotach ułożonych z poduszek i wszystkie te wydarzenia, z którymi kojarzyć się mógł zwyczajnie dobry, poranny nieład. W tym czasie sam ubrał kurtkę, ale w swojej pokrętnej logice nie nosił ani szalika, ani czapki, wychodząc z założenia, że gdyby stwórca chciał by ludzie nosili szaliki, to dałby im coś na szyję. Pomacał się po kieszeniach, by sprawdzić, czy niczego nie zapomniał, a później przewiesił sobie torbę przez ramię.
    Zimne powietrze przyjemnie bolało w płuca. Doskonale pamiętał to uczucie z jego prób pokonania strachu przed wysokością, poprzez próby latania na miotle. I dopóki mógł w innych graczy odbijać tłuczki to było dobrze. W pewnym momencie strach jednak się pogłębił i Julien zupełnie tak, jak działo się gdy był dzieckiem, nie chciał wejść nawet na drzewo. Lekko zaskoczony chwilę podążał wzrokiem za dziewczyną, ale po sekundzie zerwał się do biegu, czując jak torba obija się mu o udo. Swoją przegraną wytłumaczył oczywiście przeklętą torbą.
    Kolejne dni były jak dobry, ciepły sen, skrzący się momentami spędzanymi w ukryciu po to, by nie musieć przed nikim nikogo udawać. Przelotne spojrzenia na korytarzu, nikłe, jakby skrywane uśmiechy, zaciskana nagle dłoń, znikanie w pustych salach, za ścianami, w wnękach murów i wieczory, które rozlewały ciepło w okolicach serca. Jakby każdy brakujący puzzel powoli się odnajdywał i wskakiwał na swoje miejsce, a właściwie, jakby oboje umieszczali go w odpowiednim miejscu. I gdy mijał ją na korytarzu, mając pewność, że nie zostanie to dostrzeżone przez wścibskie oczy, nachylił się i wyjawił jej swój niecny plan.
    - Stawiam dziś piwo – mruknął, wsuwając jej w dłoń niewielki skrawek pergaminu z napisem Kuchnia, 19:00. Zdążył jedynie mrugnąć jej bezczelnie, ale natychmiast wrócił do swojej książki, opierając się ramieniem o ścianę, gdy usłyszał głosy z korytarza obok. Resztę dnia postanowił potrzymać Julię w niepewności, która i dla niego była wręcz nieznośnie ekscytująca.
    Wybłagał sceptyczne skrzaty domowe do pozostawienia mu swojego królestwa. Obiecał nie zniszczyć, nie nabałaganić, nie zgubić, nie ruszać i w ogóle jakby go tu nie było. Rozejrzał się z ciekawością, bo rzadko zakradał się do kuchni, by nie przeszkadzać skrzatom. Piece, blaty, sprzęty niespecjalnie go dziwiły, ale szybko przekonał się, że to, co o kuchni opowiadała Wood, było najprawdziwszą prawdą. Stół, krzesła, jak w jadalni, ale też kącik, z kominkiem, kanapą, otoczony regałami, z których prawie wysypywały się książki kucharskie. Dotarło do niego, że przesiadywanie tutaj mogło być przyjemne.
    Dlatego z torby wyciągnął kilka butelek ciemnego piwa, które przytargał poprzedniego dnia z Hogsmeade i zajrzał z ciekawości do szafek. Część sprzętów była mu obca, ale nie był totalnym beztalenciem jeśli chodzi o kuchnię. Z zamkniętymi oczami robił babeczki czekoladowe. Wiedziony dalej ciekawością, podszedł do regałów i zajrzał do pierwszej książki z brzegu. Nie spojrzał na zegarek, więc dźwięk otwieranej kuchni sprawił, że niemal rozsypał luźne kartki na podłodze. Obdarował Julię nieco zakłopotanym, ale szczęśliwym uśmiechem.
    - Uwierzyłabyś, że tak wygląda kuchnia? – spytał rozbawiony, próbując odstawić książkę na półkę, ale gdy gapił się na dziewczynę, nie potrafił zlokalizować półki, więc chwilę machał ręką za sobą, by ostatecznie położyć ją w zupełnie innym miejscu.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  91. On jakoś bez problemu odnajdywał się w chaosie, który sam sobie stworzył. Co z tego, że połowę rzeczy robił na ostatnią chwilę, ale limit szczęścia na ten rok szkolny się jeszcze nie wyczerpał, więc wszystko póki co mieściło się w czasie. Jego doba jakimś magicznym sposobem potrafiła wydłużyć się o kilka godzin i, co ciekawe, nie była to zasługa zmieniacza czasu. Być może sam Julien tak rozpychał się rękoma i łokciami, że doba automatycznie się wydłużała? Tego nie wiedział, ale jakoś niespecjalnie się nad tym zastanawiał, gdy leciał przez błonia rzucić coś gnomom na śniadanie, w ostatniej chwili, zanim trzeci rok zaczynał zajęcia. Inaczej niechybnie zostaliby pogryzieni przez szczerbate gnomy, a profesor urwałby mu łeb. Warto przy tym zaznaczyć, że Julien bez łba nie byłby już aż tak ciekawą osobistością.
    Nie byłby sobą, gdyby wokół siebie tegoż zamieszania nie robił. Owszem, potrafił być nad wyraz poważny, momentami aż niepasująco poważny, gdy sytuacja tego wymagała, ale… najczęściej nie wymagała. Słowem – można się było zdziwić, gdy w jakimś arcyważnym momencie prostolinijność Juliena ustępowała i odsłaniała kolejne warstwy osobowości. Ogry są jak cebula, ale Julien jest jak tort – bo wszyscy lubią tort. Oparł się bokiem o blat i uśmiechnął do Julii, kiwając głową, jakby znajomość Lucy była jakimś dziwacznym wyznacznikiem niezwykłości codziennego życia. On tylko czasem kładł przy niej po sobie uszy, bo w jego pamięci wciąż tkwił moment, gdy przywaliła chłopakowi jego postury. Do tej pory miał ciarki.
    - Ukraść łódki to nie pozwoliłaś, ale opijanie zwycięstwa jest akceptowalne? – spytał, unosząc łobuzersko jedną brew i biorąc kilka łyków ciemnego, irlandzkiego piwa. Uśmiechał się w sposób, który ewidentnie wskazywał na to, że się z nią droczy. Przez chwilę patrzył na nią, ale po chwili poczuł jak chłód wdzierający się przez najwidoczniej nieszczelne okna przyprawia go o gęsią skórkę na przedramionach. Zmarszczył lekko brwi, odwracając się do kominka i jednym machnięciem różdżką, podsycił płomień. Przypominało to lekkość z jaką u samego siebie wywoływał szybsze bicie serca.
    - Nie możesz być tak niesprawiedliwa. Następnym razem kradniemy łódkę. – oświadczył, stając w końcu przed Julią siedzącą na blacie. I uśmiechając się w ten sposób, który świadczył o tym, że zamierza postawić na swoim, a jednocześnie był tak dziwnie rozczulający, że można było iść kraść tą cholerną łódkę teraz. Położył ręce na blacie po obu stronach dziewczyny, z zaciekawieniem obserwując jej spojrzenie i łapiąc się na tym, że dość rzadko zdarza się, by ich oczy były na idealnie równym poziomie. Cóż, Julien wyskoczył w zeszłym roku w górę dość mocno i szczerze mówiąc miał nadzieję, że to już koniec, bo nie za bardzo miał wizję być kiedyś dwumetrowym facetem.
    Ale podobało mu się to, co teraz widział przed sobą. Nawet bardzo. I choć przecież nie był jeszcze nie wiadomo jak blisko, to stopniowo zmniejszający się dystans był tym, na co czekał godzinami. Uśmiechnął się szeroko, biorąc do ręki butelkę i stukając delikatnie o butelkę w rękach Julii.
    - To za twoje kolejne zwycięstwo – mrugnął do niej, bo choć nie wiedział jaka kolejna konkurencja przypadnie im w udziale to mógł się założyć, że w kolejnej również przegra. I znów okaże się, że Julia jest lepsza, a on będzie tłumaczył się wszystkimi złośliwościami tego świata, które złożyły się akurat gdy Julien podjął wyzwanie. Choć tak po prawdzie, czego Julii jeszcze nie powiedział, to on już wygrał wszystko, czego chciał. W tym właśnie momencie czuł, że ma absolutnie wszystko.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  92. Przez moment nawet nie potrafił na nią zerknąć. Bo jakże by mógł, po tym wszystkim co się stało? Przełknął ślinę, kiedy w końcu zmusił się, by choć na chwilę zlustrować jej twarz spojrzeniem. Była inteligenta, a do tego znała go dobrze niż jego właśni rodzice. Bo tak naprawdę to Julia była dla niego członkiem jego prawdziwej rodziny. Jej mógł zaufać, ona go wspierała we wszystkich szalonych rzeczach, jakie robił. Może i nie zawsze potrafiła naprawić jego głupie problemy, ale nigdy, ale to nigdy nie pozwoliła mu stawiać im czoła samotnie. Udowodniła nie raz, że jest jego przyjaciółką. Zasługiwała na to, żeby wiedzieć z kim sie zadaje.
    Podniósł wzrok, gdy o to poprosila i uśmiechnął się smutno. W jego oczach zabłysnęły łzy, kącik ust zadrżał nieznacznie. Jej ciepłe spojrzenie odrobinę go uspokoiło.
    - Zabiłem czarodzieja - usłyszał swój własny głos i sam zamarł na te słowa. Jak zwykle nie pomyślał, rzucił dobitnym zakończeniem, zamiast zacząć od logicznego początku. Nie potrafił nawet składnie opowiedzieć o tym co sie stało. Wziął głęboki oddech i pospiesznie zaczął się wiec tłumaczyć.
    - Niespecjalnie. We własnej obronie i w obronie mojej matki. To było trzy lata temu, kiedy podczas powrotu do domu zaatakowała nad trójka zakapturzonych czarodziejów. Byłem dzieciakiem i nie wiedziałem co robic. Moja matka...utalentowana czarownica sobie radziła, ale w końcu ja przewalili. Czułem się jak tchórz, obserwując wszystko z ukrycia, ale kiedy jej życie było zagrożone, zainterweniowałem. Odepchnąłem jednego z nich zaklęciem, ale koleś miał pecha i poleciał na skały - ostatnie słowa wymamrotał cicho, łza spłynęła po jego policzku, ale wysunął ręce z jej uścisku, ale natychmiast ja starł.
    Nie patrząć na dziewczynę, wstał i pocierając skroń podszedł do zakurzonego okna, stając do niej bokiem.
    - Tamci w końcu zwiali, a moja matka wszystko zatuszowała - dokończył i odchrząknął, bo naprawdę nie był w stanie powiedzieć nic więcej na ten temat. Nie teraz, kiedy emocje po raz kolejny wzięły nad nim górę.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  93. Gdyby tak na to rzeczowo spojrzeć, to Julien rzeczywiście jeszcze niewiele wiedział, a z drugiej strony zdawał się nad wyraz mocno stąpać po ziemi. Kolejny paradoks łączący chłopięcą pogoń za wyśnionymi ideałami z realizmem, choć nie pesymizmem. W lot pojął zatem lekką uszczypliwość i despotyczną naturę kompromisu, ale najwidoczniej nie miał nic przeciwko, by Julia dzisiaj stawiała na swoim.
    Nawet nie potrafił złapać momentu, ani przywołać go w pamięci, kiedy właściwie bliskość stała się na tyle komfortowa, by ustąpić miejsca samej obecności, która dziwnym trafem stała się właśnie tym, za czym się tęskniło. Ale było to w pewien sposób uspokajające, jakby z każdym dniem chybotliwa żarliwość nieco pokorniała i znajdowało się też miejsce na spokojną, dobrą równowagę. W tym wszystkim starał się jednocześnie dać sto dziesięć procent siebie, choć nie ukrywał wcale, że próbuje ugrać rzeczy tak absurdalne jak kradzież łódki. Dojrzałość i dziecięcość w tej samej chwili. Ale odnajdywał się i w tej spokojnej bliskości, jakby gdzieś podświadomie budował jakąś pokrętną podstawę z sobie tylko znanych klocków. Z klocków takich jak zaufanie, spokój, przyjaźń, bliskość układał coś, co miało stanowić jakiś fundament. Fundament, który nie zawali się, choćby runęło wszystko ponad nim. Wierzył, że ma czas. I dlatego, nawet będąc tak blisko, uczył się tej ciepłej zwykłości, której nie miał okazji poznać wcześniej.
    Spojrzał na nią z lekkim błyskiem zaskoczenia w oku. Przez chwilę przez głowę przemknęło mu jakieś dziwne, ciekawe dość w swoim wydźwięku oczywiście, że chcę, ale po chwili pokręcił przecząco głową z całą gorliwością.
    - Gdzieżbym śmiał! – uśmiechnął się lekko, ale w tym uśmiechu tkwił mimo wszystko jakiś chochlik, mówiący, że Julien na pewno by śmiał. Gdyby nie fakt, że serio nie chciał zostawiać jej głodnej. Rozbawiony trącił nosem jej nos i odstawiając piwo, zanurkował do szafki obok w poszukiwaniu jakichś mądrych składników, z których można coś wymyślić.
    - Polecam babeczki mamy Skehan, skusisz się? – spytał, wystawiając głowę ponad blat. Jego mama robiła różne dziwne rzeczy w kuchni, a potem zmuszała swoich synów i męża do jedzenia pizzy z kalafiora albo czegoś takiego. Obstawiał, że odkąd się między nimi posypało, Julia nie miała okazji jeść kakaowych babeczek mamy Skehan, a to była strata niepowetowana.
    - A może ciasto dyniowe? – dodał, łapiąc w ręce średniej wielkości dynię, na które był przecież teraz sezon i postawił ją niczym trofeum koło Julii. Spojrzał na nią lekko rozbawiony, bo do głowy przyszedł mu iście chłopięco głupi pomysł. Wrócił na swoje miejsce, przysuwając się dużo bliżej niż był przed paroma chwilami. – Ewentualnie może być moja bezkresna miłość. – mruknął rozbawiony, i wiedząc, że zaraz oberwie się mu za gadanie głupot, postanowił wykorzystać moment zaskoczenia i pocałować dziewczynę z tęsknotą, która rodziła się gdzieś z tyłu głowy, gdy pośpieszne pocałunki w ukryciu przestały ją odsuwać. Jego ręce powędrowały na jej talię, przysuwając ją do siebie, jakby chciał oddalić moment autentycznego zarobienia w makówkę.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  94. [Cześć, pana od myszy chyba mamy już znalezionego, ale dziękuję! :)]

    Finley Campbell

    OdpowiedzUsuń
  95. Jeśli o niego chodzi to nie widział absolutnie nic złego w braniu tego, co sobie nawzajem dają, pełnymi garściami. W końcu, skoro odsłonili przed sobą wszystkie swoje lęki, dotknęli niemalże tych wszystkich mrocznych spraw, które siedziały im głęboko w duszach, to teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby się zatracić. Skoro już skoczyli to nie było sensu patrzeć ciągle pod nogi. Lecieli razem i to było jednocześnie piękne i przerażające. A jeśli towarzyszył temu kolejny odcinek badziewnych tekstów, którymi sypał jak z rękawa, to przynajmniej było wesoło w całym tym pięknym lęku.
    Jedynie wyczuwalnym uśmiechem mógł skomentować idiotę. Mógł być i idiotą, ale dopóki jego ramiona dbały o to, by nie zleciała, dopóki z każdym spotkaniem pokonywali centymetry, które, wydawało się, wcześniej nie istniały, dopóki jej dłonie wplecione były w jego włosy dopóki nie brakło im oddechu, to mu to nie przeszkadzało. Więcej, jeśli taka była nagroda za bycie jej idiotą, to nawet mu to pasowało. A jej uśmiech tylko utwierdzał go w przekonaniu, że dobrze robił, sięgając czasem po to, na co ma ochotę. Gdzieś z tyłu głowy jeszcze nie do końca był pewien takich odruchów, ale powoli uczył się odczytywać delikatne, niemalże podprogowe sygnały, mówiące mu, że może.
    - Mówisz, masz! – uśmiechnął się do niej szeroko i odsuwając się podświadomie nieco niechętnie, zaczął wyciągać wszystkie ważne składniki babeczek mamy Skehan. Zlustrował wzrokiem wszystkie rzeczy leżące na blacie, po czym postanowił jeszcze wyciągnąć wiśnie w słoiczku. Z wiśniami była edycja specjalna, mama robiła takie zawsze na wyjątkowe okazje. Wziął kilka miseczek i rozpoczął przygotowania, uprzednio podwinąwszy rękawy koszuli. Komentował przy tym swoje poczynania, jakby z zawzięciem opisywał przygotowanie babeczek. W tak zwanym międzyczasie nie omieszkał smyrnąć policzka Julii dłonią oprószoną mąką. I kiedy w końcu kleista masa wylądowała w odpowiednich foremkach, umieścił w każdej jedną słodko-kwaśną wiśnię. Oczywiście nie omieszkał po drodze zjeść jednej czy dwóch wiśni ukradkiem. Ale zreflektował się po wstawieniu niemalże gotowych babeczek do pieca. Wrócił do Julii ze słoiczkiem w dłoniach.
    - Aaam… - otworzył usta, jakby pokazywał małemu dziecku, że ma w dłoniach coś smacznego i warto otworzyć buzię. Generalnie jego mama robiła tak swoim siostrzeńcom, z tym, że wtedy najczęściej próbowała wcisnąć im brokuły. Julien nie był tak okrutny i oferował dziewczynie fantastyczne wiśnie w słodkim syropie. Uśmiechnął się przy tym nieco sugestywnie, choć łobuzerskie iskierki zaczęły dopiero błyszczeć w jego oczach. Gdzieś w okolicy serca poczuł znajome, palące uczucie, które niemalże kazało jego organizmowi wykazać się serią drobnych, ale widocznych objawów szybciej bijącego serca. Wyciągnął w jej stronę słodką wiśnię, łapiąc się na nieprzyzwoitej myśli, że jeszcze chwila i jej usta będą smakowały jeszcze inną słodyczą.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  96. Powoli uczył się tego, że może. Ale najpierw chyba potrzebował poukładać właśnie te swoje wszystkie małe klocki, które będą podstawą do tego wszystkiego. Nie chciał wyciągnąć ręki i odbić się od ściany tylko dlatego, że zbudował niewystarczająco solidną podstawę, zarówno dla Julii, jak i dla siebie. I choć może jeszcze nie wiedział dokładnie, jak ułożyć klocek z napisem mów mi co u Ciebie, to starał się go gdzieś umieścić. I ta układanka cały czas w jego głowie rozwijała się, sprawiając, że Julien miał niemałą zagwozdkę. Ale na tym polegał proces uczenia się i chyba gdzieś podświadomie był dumny z postępów.
    O tym jednak nie był w stanie myśleć, szczególnie, gdy widząc jak Julia zsuwa się z blatu, przełknął cicho ślinę, jakby w jednej chwili zaschło mu w ustach. Jednocześnie chciał takich reakcji swojego organizmu i wydawały się mu szalenie niepraktyczne. Delikatność, jaką w sobie miała, była jednocześnie silna i łagodna, jakby tą łagodnością sprawiła, że niemalże ugięły się mu kolana. I chyba w tym pocałunku utonął zupełnie, chyba zakręciło się mu w głowie, chyba w tym wszystkim przygryzł leciutko jej dolną wargę. I gdyby go ktoś kiedyś zapytał jak smakuje miłość, to powiedziałby bez chwili zastanowienia, że miłość smakuje wiśniami i czekoladą. Odsunął się od niej delikatnie, na cal, nie więcej, jakby rzeczywiście utonął i nie potrzebował z powrotem powietrza, jakby wolał się utopić.
    - Chcesz, żebym oszalał? – szepnął niemalże bezgłośnie, jakby błagalnie, jednocześnie chcąc by dała mu więcej i nie zupełnie zgubić własnej głowy. Niechętnie oderwał wzrok od dziewczyny, przenosząc wzrok na gorący piec. Przesunął dłonią po jej talii, niechętnie się od niej odsuwając, by sprawdzić co u tych czekoladowych cudeniek. Zgodnie z jego przewidywaniami, wszystko było już gotowe i po chwili babeczki stały ułożone niezbyt finezyjnie na talerzu, ale przynajmniej były gorące i cudownie pachniały. Postawił je na stoliku wraz z piwem w książkowym kąciku i wrócił do Julii i ni z tego, ni z owego nagle podnosząc ją tak, by znów mieć jej oczy na wysokości swoich.
    - Wreszcie mogę cię porwać! – oznajmił rozbawiony, wpatrując się w nią i obracając się z nią raz wokół własnej osi. Był to według niego szalenie dobry pomysł na luźne opadnięcie na kanapę i wreszcie skupienie się w całości na Julii. No i ewentualnie na babeczkach, ale w chwili, w której miał przed sobą te oczy, które patrzyły na niego z mieszanką lekkiego politowania z rozbawieniem, nie za bardzo był w stanie myśleć o czymkolwiek innym. Trzymał ją tak, jak jeszcze nigdy wcześniej, bo jeśli ją kiedyś nosił to z reguły na plecach albo na barana, więc spoważniał nieco, reflektując nieco swoje wariackie zachowanie. Nie przeszkadzało mu to jednak w tym, żeby usiąść z nią na kanapie właśnie w ten sposób. Jakby podświadomie nie chciał jej puścić, tęskniąc za tym co pocałunkiem obiecała mu przed paroma chwilami.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  97. Nosząc ją na rękach jakoś niespecjalnie miał na celu przekazanie jakiejkolwiek podprogowej informacji, raczej robił po prostu to, na co miał ochotę. A miał ochotę na to, żeby znowu była blisko i miał zupełnie gdzieś jej podejście do noszenia na rękach. I jednocześnie chciał i nie chciał oszaleć, więc kiedy gorące babeczki parowały spokojnie na stoliku (a mama Skehan zawsze zabraniała z jakichś powodów jeść gorących babeczek), mógł spokojnie się Julii przyglądać z lekkim uśmiechem na ustach. I gdy delikatnie dłońmi dotykała jego twarzy, nie potrafił opanować dreszczy przechodzących mu po kręgosłupie. Ten pocałunek wydawał się być kolejny i pierwszy jednocześnie. Żadne nie musiało dominować, nikt nie miał tej dziwnej kontroli, zarówno on, jak i ona, mogli jednocześnie dać całych siebie, jak i wziąć wszystko. Równo. Razem.
    Spojrzał na nią ze spokojem, którego nie było w jego oczach już dawno. Jakby dotarło do niego coś naprawdę ważnego, tylko nie potrafił nazwać tego słowami. A może nazwał to już dawno, ale dopiero teraz zdawał się rozumieć to w całości? I chociaż wewnątrz czuł spokój, to gdy jej dłonie zatrzymały się na guzikach jego koszuli, oddech wskazywał na coś zupełnie innego. Spojrzał na nią jednocześnie w pewien sposób poważny oraz mocno sugestywny. W pocałunku zamknął całą pewność jaką w sobie nosił, jakby w odpowiedzi na jej pewność. Pod jej dotykiem pojawiła się gęsia skórka, jakby nowość takiego doświadczenia była jednocześnie ekscytująca i przejmująca. W odpowiedzi jego dłonie wsunęły się delikatnie po jej bluzkę, drżeniem zaciskając się delikatnie w miejscu, gdzie talia przechodzi w biodro. I mógłby tak zginąć choćby i na całą noc, gdyby nie nieproszeni wieczorni goście. Spojrzał uważnie w stronę drzwi, zrywając się równie szybko. Zapiął co drugi guzik, chwycił od Julii torbę i poleciał za nią w nieznanym sobie kierunku.
    Ze swoim wzrostem musiał rzeczywiście nieźle się nakombinować żeby się przecisnąć i w głowę zachodził skąd Julia zna takie przejścia, ale jednocześnie w głowie wciąż miał wspomnienie tego, co działo się przed chwilą oraz niemalże czuł jeszcze tak samo spokojny, jak i rozpalający go od środka dotyk. Dlatego lekko nieobecnym wzrokiem obdarował babeczkę i uśmiechnął się, jakby dopiero wracał do rzeczywistości. Wziął od niej babeczkę i niemalże od razu wziął sporego gryza, jakby teraz zorientował się jaki był głodny. Ale tam, na kanapie nie myślał o czymś tak prozaicznym jak głód. Kiwnął głową, zgadzając się z dziewczyną, chwycił różdżkę i zapalił jej koniec bladoniebieskim płomieniem. Spojrzał na siebie nieco rozbawiony, po czym przeniósł nieco zadziorne spojrzenie na Julię. Ale, że chwilowo w rękach miał i babeczkę, i różdżkę, nie bardzo miał jak doprowadzić się do porządku.
    - Tak właściwie, to gdzie ten tunel prowadzi? – zapytał, z ciekawością patrząc w ciemny koniec i ruszając powoli w stronę potencjalnego wyjścia. – I niech zgadnę. Wood? – zapytał, uśmiechając się pod nosem i kręcąc lekko głową z udawaną dezaprobatą. Poprawił koślawo wiszącą mu na ramieniu torbę, dojadając słodką babeczkę, która była jak nagroda pocieszenia dzisiejszego wieczoru.
    Ponieważ miał już wolną rękę, to mógł chwycić Julię za dłoń, jakby podświadomie nie chciał oddzielać kreską tego, co miało miejsce w kuchni, od tego, co czeka ich po wyjściu z tunelu. Gdzieś w jego głowie zawitała gorzka myśl, że przecież i tak będzie musiał tak zrobić. Jeszcze tego nie wiedział, ale właśnie wtedy po raz pierwszy poczuł, że nieco przeszkadza mu obecny stan rzeczy. Nie chodziło to obściskiwanie się na korytarzu przy wszystkich, nawet nie musiał przybiegać do niej i przy wszystkich jej całować. Chyba po prostu nie chciał, by ta spokojna prywatność była tak brutalnie oddzielana drzwiami od rzeczywistości.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  98. Nie miał pojęcia, jak sam zachował się w takiej sytuacji, nie potrafił się w to w czuć, a mimo to wciągał w nią Julkę. Cóż, bynajmniej nie zachował się zbyt szlachetnie. Reakcję dziewczyny po prostu przemilczał, ze wzrokiem latającym po pomieszczeniu, bądź utkwionym we własnych dłoniach. Nie miałby pretensji, gdyby krukonka zaczęła się drzeć, gdyby go walnęła, opieprzyła, czy poszła powiedzieć o tym komuś dorosłemu. Ufał jej, że tego nie zrobi, a mimo to zbytnio by się nie zdziwił - w końcu jego wyznanie z pewnością można zaliczyć do tych 'ekstremalnych.
    Patrzył za okno, patrzył na zieleń, mury zamku, jeziorko połyskujące gdzieś w tle i zastanawiał się nad sobą. Bał się, to wszystko go po prostu dobijało, wyżerało od środka. Strach balansował na krawędzi razem z poczuciem winy, a Freddie naprawdę nie był gotów na skok. Jeszcze nie. Dotyk przyjaciółki w pewnym sensie przyniósł mu nieco ulgi. Była tu dla niego, nie zostawiła go, nie żeby kiedykolwiek wątpił w jej oddanie, ale jednak, kiedy tyle emocji kłębi się w umyśle, zapalając coraz to więcej czujników miewa się przebłyski z najczarniejszymi ze wszystkich scenariuszy.
    Objął Julię, a jako, że był wyższy, oparł policzek o bok jej głowy. To nie jego wina. Nie jego? Przecież to on odepchnął tamtego mężczyzne, który spadł na cholerne skały. A więc jakiś udział w tym miał, mimo, że zrobił to w obronie własnej i dla swojej matki.
    - Dziękuje - wymamrotal cichutko i nawet zdołał wykrzesać z siebie mały uśmieszek. A potem wziął głęboki wdech i odsunął się odrobinę, by spojrzeć jej w oczy. Już po wszystkim, Julia wiedziła i nie zamierzała go za to potępiać.
    - Nie wiem, ile pomarańczy musiałbym ci kupić, żeby ci się odwdzięczyć za to, co dla mnie robisz - odezwał się cichym, nadal trochę przygnębionym, ale zdecydowanie lżejszym tonem niż ten, którego używał przed chwilą. A potem objął ją ramieniem, potarł je i zaprowadził ją z powrotem na ławkę.
    - No cóż, skoro już jesteśmy w takiej pięknej sali, to możemy spędzić w niej więcej czasu, co, skrzacie?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  99. Jako dzieciaki mogli robić wiele niekulturalnych rzeczy i jakimś cudem wszystko uchodziło im na sucho. Mogli zakradać się w różne dziwne miejsca, chować się w szafach, podkradać słodycze, siadać na stole i robić to wszystko, na co ludzie patrzyliby się dziwacznie, gdyby robili to samo mając po siedemnaście lat. Ale tak to już było z dorastaniem, gdyby na to spojrzeć to pod pozorem wolności tylko więcej ograniczeń, o których na co dzień się nie myślało.
    Z to, z dorastaniem wiązało się całe mnóstwo innych rzeczy, które były zupełnie inne, ale ekscytujące w sposób zupełnie inny niż chowanie się w szafie. I dlatego właśnie Julien uśmiechnął się, gdy jej palec delikatnie przesuwał się po jego dłoni. Spojrzał na nią z lekko zadziornym uśmiechem, ale w gruncie rzeczy uspokoił go ten gest.
    - Dziś jeszcze nie – odparł, mrużąc wesoło oczy. Chyba nie chciał, żeby to wszystko było tak dziwacznie oderwane od rzeczywistości. Nie chciał by świat ujrzał to, co między nimi było tylko ich, ale po tym, co było tylko ich chciał wiedzieć, że jego dłoń nie pozostanie pusta. Możliwe, że gdzieś w środku miał w sobie małego chłopca, który nie tyle potrzebował uwagi, ile poczucia bezpieczeństwa.
    Gdy wyszedł za nią z tunelu, rozejrzał się mimowolnie. Zrobiło się późno, dlatego spojrzał na Julię po porozumiewawczym zerknięciu na zegarek. Nie obstawiał, by zechciała pozwolić się odprowadzić. W jego głowie brzmiały jej słowa, że dama odprowadzi się sama, dlatego nawet nie proponował. Ruszył z nią ku wyjściu z lochów, by następnie, upewniwszy się, że nikt nie patrzy, nachylił się uchwycił jej policzki delikatnie w obie dłonie i pocałował tak, by przypadkiem nie zapomniała.

    ***

    Zazwyczaj lekcje dłużyły się mu niemiłosiernie. Z eliksirów był całkiem niezły i akurat nie miał większych problemów z przypadkowym wysadzaniem kociołka. Jeżeli takie ekscesy się zdarzały, zazwyczaj były zupełnie nieprzypadkowe. Tym razem jednak zgłupiał zupełnie. Ważenie niektórych eliksirów ciągnęło się niemiłosiernie i jedynym ratunkiem była teraz siedząca nieopodal Julia, która mimowolnie rozpraszała jego uwagę. Na szczęście przez całe zajęcia nie zrobił żadnego głupstwa.
    Gdy tylko usłyszał, że warzyć będą eliksir miłosny, poczuł dziwny ucisk w żołądku. Właśnie zorientował się dlaczego w listopadzie tylu jego starszych kolegów i koleżanek padało ofiarami takich wybryków. Wiedza była na świeżo i można było wywołać u kogoś chore zakochanie. Kątem oka spojrzał na Julię i uśmiechnął się pod nosem, jakby w jego głowie odruchowo zrodził się jakiś podtekst. Jak się okazało, zostali podzieleni w pary. Można wyobrazić sobie jego wewnętrzną radość, ujawnioną tylko przez błysk w oku, gdy Julia stanęła koło niego.
    Przeznaczenie? z łobuzerskim uśmiechem napisał na kartce, którą wsunął jej w dłoń i jak gdyby nigdy nic, zajął się przygotowywaniem składników, świetnie udając, że absolutnie nie wpływa na niego obecność jego dziewczyny.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  100. Nie można było powiedzieć, aby nagle na jego twarzy codziennie gościł szeroki uśmiech, by jego oczy świeciły radośnie. Miał wciąż dużo na głowie, jednak chwile gdy siedział przed kominkiem z subtelnym uśmiechem na ustach, pojawiały się znacznie częściej. Zazwyczaj po każdym spotkaniu z Frederickiem siadał właśnie na jednej z sof lub foteli w pobliżu kominka i z uśmiechem na ustach obserwował tańczące płomyki. Tym razem było dokładnie tak samo. Gdy usłyszał więc nad sobą głos Julii uniósł delikatnie głowę i skinął nią lekko, zezwalając jej tym samym na dołączenie do niego. Od ich ostatniej poważnej rozmowy minęło trochę czasu. Musiał przyznać, że sama ta rozmowa wiele dla niego znaczyła. Mógł się w końcu wygadać. Powiedzieć wszystko to co go bolało. Podzielił się z kimś swoim ciężarem, czując, jak ten spada z jego serca. Nie całkowicie, jednak odrobinę. Było mu lżej. Było mu łatwiej. Chociaż powoli wkradały się inne problemy, inne zmartwienia, te mimo wszystko nie były tak uciążliwe.
    — O Freddim? — Uniósł pytająco brew, a jego mina odrobinę zrzedła. Nie przypominał sobie o tym, aby jej coś na ten temat wspominał. Był świadom, że ostatnio spędzali ze sobą całkiem sporą ilość wolnego czasu, jednak zawsze zachowywali się jak koledzy. Czasem tylko niewinnie ze sobą flirtując, jednak żaden z nich nie wykonał jeszcze żadnego, konkretnego kroku. Owszem. Widział to w oczach Fredericka i w swoich własnych, gdy te odbijały się w jasnych tęczówkach Gryfona. Czuł, że coś jest na rzeczy i chociaż pragnął zaryzykować, wciąż się bał. Wciąż, próbował zachować bezpieczny dystans. Badał ostrożnie grunt, po którym stąpał jakby chcąc się upewnić, że tym razem nie popełni żadnego błędu, że tym razem nie stanie się nic nieodpowiedniego. Słysząc jej kolejne słowa, zdał sobie sprawę, że Wayland musiał jej coś powiedzieć. Wiedział dobrze, że ta dwójka się przyjaźni jednak nie spodziewał się, że Gryfon powie jej coś o nim samym. Zagryzł wargi, wpatrując się w kominek.
    — Nie jestem pewien czy jest o czym konkretnie rozmawiać. — Powiedział powoli, ostrożnie dobierając słowa. — Znaczy… — Zacisnął wargi, zastanawiając się co tak właściwie miałby jej powiedzieć? Że gdy widzi Fredericka to w jego brzuchu pojawiają się motylki, które radośnie trzepoczą swoimi skrzydełkami, łaskocząc go i doprowadzając do tego błogiego stanu, w którym uśmiech nie schodzi z jego twarzy? Że gdy spogląda w jego jasne tęczówki, to nie widzi nic innego poza nimi? Że jego głos brzmi tak przyjemnie, a widok jego ust… wciąż go rozprasza? Nie był człowiekiem, który mówił o takich rzeczach. Nie, gdy bał się przyznać do swoich własnych myśli na głos. Jakby bojąc się, że gdy te słowa wypłyną staną się rzeczywistością, a jego rzeczywistość nigdy nie była wystarczająco przyjemna. A nawet jeżeli, przyjemność nigdy nie trwała długo. Podniósł głowę, spoglądając w końcu na Julię. Widział na jej twarzy zmieszanie, ale i troskę. Był świadomy, że znając jego historię z pewnością martwiła się o swojego przyjaciela, którym był Wayland. Pewnie bała się, że Han może zachować się w nieodpowiedni sposób, przez skrzywdzenie jakiego doznał w przeszłości. A może wiedziała o czymś, o czym Hyun nie wiedział o Fredericku i chciała dla nich obojga jak najlepiej? Wpatrywał się w jej oczy i zastanawiał się, o czym takim dokładnie myśli dziewczyna. Wiedział, że oczekuje na jakieś jego słowa, i wiedział, że musi w końcu coś powiedzieć, jednak nie był pewien, co powiedzieć powinien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jesteśmy kolegami. — Powiedział w końcu, jakby to miało wszystko wyjaśnić. — Rozmawiamy, czasem wypijemy wspólnie kremowe piwo. Poznajmy się dopiero. Nie chcę… nie mogę, nie, nie umiem… — Plątał się we własnych słowach i emocjach, próbując odnaleźć odpowiednie słowa, jakby bojąc się, że Julia może coś przekazać chłopakowi. Nie chciał, by zrozumiała coś opacznie. — Lubię go. — Szepnął w końcu, czując nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej. — Lubię go, ale nie wiem… Nie jestem pewny czy mogę coś zrobić. Czy, aby na pewno mogę coś zrobić. — Westchnął cicho, zaciskając dłoń na swoim kolanie. Nie chciał jej mówić, że czasami jeszcze czuje obecność Changa, że czasami, gdy spędza zbyt długo i nazbyt miło czas z Freddiem ma poczucie winy czy wyrzuty sumienia. Nie chciał jej opowiadać, że czasami ma wrażenie, jakby Seo stał nad nim i karcił go za to, że próbuje znaleźć swoje szczęście.

      Hyun

      Usuń
  101. Książka okazała się być tak bardzo interesująca oraz wciągająca, że Mathias zupełnie przestał zwracać uwagę na panujący chłód, który stale łechtał materiał koca oraz szalika, którym był okryty. Zawzięcie przewracał kolejne strony lektury, a na jego twarzy malowało się wyraźne skupienie. Dopiero pierwsze płatki śniegu, wymieszane z deszczem sprawiły iż ostatnie strony ukochanej Książki musiały zostać odłożone na później. Nieco odrętwiały podniósł się ze swojego miejsca i czym prędzej schronił się w zamku, a dokładniej w swoim pokoju, tuż przy przyjemnie ciepłym kominku wraz ze szklaneczką cudownego rumu w dłoni.
    Poranek następnego dnia okazał się być niezwykle burzliwy. Siódma klasa Krukonów od tak postanowiła sobie nie przyjść na zajęcia. Rathmann z początku sądził, że zaszły planowe zmiany, jednak po konsultacji z dyrektorem nic takiego nie miało miejsca. Chcąc utrzeć im nosa i udowodnić, że nie tak łatwo się wywiną, pozamieniał dzisiejsze zajęcia, tak, że OPCM, Zielarstwo oraz Mugoloznawsto przechodziło na jutrzejszy dzień w zamian za Transmutację. Mathias chciał wręcz parsknąć śmiechem, gdy po wejściu do klasy widział zdziwione, niektóre wręcz zniesmaczone miny uczniów. Trzy godziny totalnej męczarni, zapowiadało się bardzo ciekawie. Pierwszą lekcję Rathmann poprowadził dość lekko, omawiając nowy temat, dopiero w połowie drugiej godziny zabrał się za swój wet w postaci szczegółowego odpytania każdego z uczniów, zabierając im przy tym przerwę. Nie oszczędził nawet nikogo, wręcz wiercił im dziury w brzuchach zadając coraz bardziej wymyślne pytania z różnych klas, ale i również napisanych przez nich dotychczas prac, dzięki czemu mógł wychwycić wyraźnie, kto nie napisał jej samodzielnie. Opierał się o biurko, a gdy ostatni uczeń został wymęczony, zadał im napisanie dwóch prac w terminie natychmiastowym, a każda niesubordynacja zostanie nagrodzona ujemnymi punktami i możliwym niezaliczeniem przedmiotu. Wzruszywszy ramionami, pożegnał ich z wesołym uśmiechem na twarzy, a następnie zasiadł wygodnie za biurkiem, by zająć się sprawdzaniem prac pierwszaków.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  102. — Przyjaźnicie się… Jasne, rozumiem, że się o niego martwisz. — Wzruszył delikatnie ramionami. Gdyby usłyszał o kimś historię, jaką opowiedział Julii, a później widział jak jego przyjaciel próbuje… Czegokolwiek z ową osobą, też by się martwił. Bał się jeszcze zaangażowania. Nie potrafił do końca też rozpoznać się samemu w sytuacji. Julia, mówiąc mu teraz, że Frederickowi zależy, trochę rozjaśniła go w tym, jednak. Jednak wciąż mu czegoś brakowało. Może po prostu za krótko go znał? Z drugiej strony, czy dla miłości czas był potrzebny, czy miał jakiekolwiek znaczenie? Prawdopodobnie tak. Bo to co widzimy na pierwszy rzut oka może nam się podobać, ale po bliższym zaznajomieniu się z charakterem drugiej osoby, całość obrazu może nabrać zupełnie innych barw. Barw, które niekoniecznie muszą nam wciąż odpowiadać. Oblizał powoli wargi, szukając odpowiedniej odpowiedzi na kolejne pytanie dziewczyny. Co cię powstrzymuje?, słyszał jej słowa, rozmyślając nad nimi. Wypuścił powoli powietrze przez rozchylone wargi i ponownie utkwił swoje spojrzenie w radosnych płomieniach.
    — Chang. — Powiedział w końcu. — Wspomnienie, Changa. — Dodał, wyjaśniająco. Wiedział jednak, że to może być dla Julii wciąż za mało. Ale co miał zrobić? Nie chciał jej powiedzieć, ze boi się iż Wayland okaże się taki sam jak on. Z pewnością by go zapewniła, ze tak nie jest, albo poczułaby się urażona, że porównuje ich dwójkę. W końcu byli zupełnie inni. I na pewno zaprzeczyłaby, aby Freddie kiedykolwiek, kogokolwiek wykorzystywał. Sam nie wiedział co ma w tym momencie o tym wszystkim myśleć. Chciał ruszyć na przód, ale czuł się jeszcze momentami tak, jak gdyby ktoś przyczepił mu do nogi ogromną kulę, która sprawia, że nie może oderwać nogi od ziemi. A bardzo, bardzo, ale to bardzo mocno chciał ją unieść i posunąć się na przód, bo sterczenie w jednym punkcie zaczynało jego samego, powoli doprowadzać do szału. — Mimo wszystko, nie wiem, czy nie minęło za mało czasu. Nie chcę nikogo z nikim porównywać, Julio, ale… Momentami, gdy jestem z Freddiem do mojej głowy wdzierają się bolesne wspomnienia, które sprawiają, że dobre chwile, wcale nie są już tak dobrze i przyjemne. — Dodał, zastanawiając się nad tym czy w ogóle powinien to mówić. Czy na pewno, powinien mówić to jej. A co, jeżeli zaraz pójdzie do Fredericka i wszystko mu powtórzy? Co będzie wtedy? — Nie miałaś tak nigdy? Że po prostu… Czułaś, że gdy wypowiesz niektóre słowa, wszystko co do tej pory udało się stworzyć, po prostu się zepsuje? — Spojrzał na nią, wyczekując odpowiedzi. Julia była od niego młodsza, jednak wydawało się, że odrobinę o życiu wiedziała co sprawiało, że Hyunowi rozmowa z Julią od pewnego momentu przychodziła znacznie łatwiej niż zaraz, od razu po wakacjach, gdy chodził naburmuszony na cały świat obwiniając wszystkich i wszystko o to, co wydarzyło się podczas wakacji.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  103. Lubił dni, kiedy rozgrywano mecze Quidditcha. Mimo, że sam był sportowym beztalenciem i gdy miał siedem lat złamał nogę, gdy spadł z miotły, to lubił ten sport, śledził rozgrywki i odczuwał naprawdę dużą frajdę, gdy przychodziło mu komentowanie szkolnych meczów. Wiedział, że ludziom też miło się go słucha, nawet jeśli czasem się zapominał i rzucał bardzo nieprzyjemne dogryzki zawodnikom z drużyn innych niż Slytherin. Ślizgońska duma nie pozwalała mu postępować inaczej, no i na jego komentarz składały się również umiejętności domowego teamu. Slytherin miał naprawdę dobrą drużynę.
    Dzisiaj jednak przyszło mu komentować rozgrywki Krukonów i Gryfonów. Dobre drużyny, wyczuwał sporo zwrotów akcji i na wszelki wypadek przyniósł ze sobą dwie butelki wody, gdyby zaschło mu w gardle. Idealne głosy też czasem mogły wysiąść.
    Zasiadł w loży komentatorskiej wraz z kilkoma nauczycielami, którzy zdążyli mu już pięć razy przypomnieć, żeby tym razem nie dał się ponieść emocjom i własnej dumie. Przecież go znali – Joshua Yaxley po prostu wykonywał swoją pracę i robił to dobrze.
    - Pogoda nas dzisiaj nie rozpieszcza, szósty listopada, ach, czego chcieliśmy się spodziewać? – wypowiedział pierwsze słowa do mikrofonu. – Nie zazdroszczę Gryfonom i Krukonom, może któreś z nich trafi błyskawica?
    Poczuł trzepnięcie w tył głowy i obejrzał się przez ramię, widząc profesora od zaklęć, któremu najwyraźniej nie spodobała się ta uwaga. Ech, a to dopiero początek.
    - I oto Krukoni! Zaraz za nimi Gryfoni! To będzie zacięty mecz, obie drużyny są w tym roku bardzo dobrze przygotowane, oczywiście nie tak dobrze jak Ślizgoni, ale zaraz znów dostanę w głowę, więc nawet nie będę się rozkręcał na ten temat.
    Mecz rzeczywiście był dobry, chociaż trudny, zważając na panujące warunki pogodowe. Tłuczki latały jak pomylone, kafel często wypadał z rąk ścigających, a znicz jakby rozpłynął się w powietrzu, nie było sposób go zauważyć. Jeśli ktoś dzisiaj nie ucierpi, niewątpliwie będzie to sukcesem.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  104. [Zapraszasz, więc jestem :D Powiedz mi jakich powiązań/wątków ci brakuje to coś postaram się wymyślić. Bo nie chcę czymś rzucić, żeby zaraz okazało się, że już podobnego coś masz :D]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  105. [Hmm, drugi pomysł jest zdecydowanie lepszy, a co do tego dobudowania historii... Może zrobimy z nich znajomych, którzy jakiś czas temu próbowali być razem (nie wiem od kiedy Julka ma chłopaka), ale im nie wyszło. Nie wiem też jak to wyszło, że Julka i jego kolega z dormitorium (który to?) są razem, ale mogło być tak, że to Daniel podsunął mu w pewnym sensie Julkę, ewentualnie nie miał o nich pojęcia i dopiero po pewnym czasie dziewczyna wzięła go na bok i mu o tym powiedziała, nie chcąc, aby dowiedział się o tym od kogoś innego przez przypadek. A teraz właśnie mogą być takimi przyjaciółmi jak coś to jestem :)]

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  106. [Niestety nie, tylko mail: lubie.cieple.swetry@gmail.com :)]

    OdpowiedzUsuń
  107. On za to czuł, jakby odjęto mu z serca wielki ciężar. Mało kto mógłby pochwalić się tak cudowną przyjaciółką jak Julia, która była przy nim i na dobre i na złe. Potrafiła się z nim weselić, ale też smucić i to, że tak naprawdę dzieli się swoimi uczuciami, to, że gdy jedno z nich zabolało to cierpieli oboje, wydawało mu się troszkę dziwne, ale jednocześnie...dobre. Po prostu.
    Pokręcił z rozbawieniem głową, gdy podała mu liczbę pomarańczy, wyraźnie się ożywił, nie był już tak przygnębiony jak kilka minut temu.
    Od tamtego dnia minęło trochę czasu. Wszystko się unormowało, Freddie wrócił do swojej szalonej, wesołej natury, która wywijała numery i irytowała innych osobników sarkastycznymi komentarzami. Akurat siedział przy stole na kolacji, pochłaniajac sporą ilość spaghetti z sosem pomidorowym, kiedy podbiegła do niego krukonka. Usta miał pełne makaronu, więc wyglądał zapewne jak chomik, a że nie chciał się odzywać, mając coś w buzi, skinął tylko głową. To jak szybko do niego podszedła, jej mina i ton głosu odrobinę go zaniepokoiły. Wstał za dziewczyną, przełykając resztki kolacji i otarł wolną ręką usta.
    - Julia - rzucił pytającym tonem, kiedy znajdowali się już w pobliżu Pokoju Wspólnego gryfonów, ale zaraz po prostu sie zamknął. To jasne, że dziewczyna chciała porozmawiać na osobności, w bardziej prywatnym miejscu niż szkolny korytarz. Mruknął hasło, a kiedy Gruba Dama im otworzyła, skierował się w stronę swojego dormitorium.
    Kiedy wreszcie znaleźli się w środku, a Freddie dopadł do butelki wody, jaką zostawił na nocnym stolizku, Julia powiedziała to co powiedziała, w efekcie czego, Wayland zakrztusił się wodą, którą właśnie pił. Całe szczęście niewiele poleciało na dywan. Zaczął za to kaszleć, uniósł jedną dłoń, jakby chciał powiedzieć 'daj mi chwilę na przetrawienie informacji'. Kiedy w końcu, po dłuższej chwili się uspokoił, spojrzał na nią, układając jej dłonie na ramionach.
    - Powtórz - wymamrotał, ale nie dał jej dojsć do słowa, bo zaraz znowu się odezwał - Razem. Razem. RAZEM?! WOW - zaśmiał się i przyciągnął ją do uścisku. Cóż, skoro z nim była, to pewnie tego chciała, choć Freddie już zaczął obmyślać plan zemsty na Julienie, na wypaek, gdyby ten zranił jego ukochaną Julkę.
    - Jak? Kiedy? Gdzie? No, mów!

    Freddie ♥

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Wątek chętnie i zawsze.
    Dobra myśl. Moglibyśmy się umówić tak, że twoja panna, dowiedziałaby się od kogoś co Dante robi albo przyłapała go na kradzieży i postanowiła coś zdobyć dla siebie. Zawsze przecież może poszukiwać jakiegoś eliksiru, prawda? ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  109. [ Z jednej strony można by zacząć od początku, to można by mieć więcej pomysłów, ale z drugiej jakby się już znali można by powprowadzać jakieś ciekawe akcje...
    To może spotkamy się w połowie? Znaczy, że już się znajdą, całkiem dobrze i dostaliby wspólny projekt do opracowania z eliksirów właśnie, albo pojawiłaby się jakaś sprawa, gdzie mysieliby uważyć jakiś ciekawy eliksir na przykład wielosokowy, mój ulubiony. I mogliby się udać gdzieś na przeszpiegi ... ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  110. [ Czasem jest tak że relacja budowana od początku jest taka najtrwalsza a innym razem w ogóle gubi się tok myślenia. Jeśli chcesz, możemy spróbować od początku ale jeśli nie czujesz się z tym dobrze, możemy zacząć gdzieś w środku.
    Może się zdarzyć tak, że twoją panią ktoś oskarży o na przykład kradzież albo coś tego typu. Ona będzie podejrzewać że ktoś ją wrabia i aby się tego dowiedzieć będą chcieli poszpiegować trochę głównych podejrzanych ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  111. O dziwo, miał dzisiaj wyjątkowo dobry humor, choć ostatniej nocy nie spał zbyt dobrze, zaś dzisiejszego wieczora musiał odbyć patrol. Nie przepadał za tymi nocnymi obchodami, ale był to jego obowiązek jako prefekta i nie miał nic do powiedzenia w tej kwestii. Tym razem jednak nawet się cieszył na ten dyżur, choć domyślał się, że pod koniec będzie już ledwo żywy. Z drugiej strony, potrzebował chwili ciszy i spokoju, potrzebował spaceru, a noc była najpiękniejszą i najodpowiedniejszą do tego porą. Posada prefekta zaś mu to umożliwiała, inaczej łamałby regulamin, gdyby postanowił wyjść z dormitorium o tak późnej godzinie. Problem był taki, że on regulaminu raczej nie łamał, więc pewnie koniec końców na taki spacer by się nie wybrał, gdyby nie miał odznaki prefekta. Nie wszyscy jednak mieli takie problemy i zasady czy nie, wymykali się ze swoich pokoi, aby pospacerować szkolnymi korytarzami lub schować się w jakiś pusty kąt. Często były to puste dale, czasami Wieża Astronomiczna, innym razem kuchnia, a bywało tak, że ktoś zajmował Pokój Życzeń, choć niewiele osób o nim słyszało, a jeszcze mniej wiedziało gdzie się on znajduje. On niestety nigdy go nie odnalazł i nikt nie poinformował go gdzie się znajduje, choć na początku pobytu w szkole bardzo się tym pokojem interesował.
    Był właśnie na piętrze trzecim, gdy na jednym z korytarzy zauważył ciemną postać stojącą przy oknie. Nie od razu jednak do niej podszedł, rzez chwilę obserwował osobę z daleka, a gdy w końcu ją rozpoznał, podkradł się do niej po cichu. Już dawno nie rozmawiał z Julią i miał wrażenie, że ta go ostatnio unika. Była to więc idealna okazja do rozmowy sam na sam. Był nawet w stanie przymknąć oko na to, że w zasadzie dziewczyna łamie regulamin przebywając poza dormitorium o tak późnej godzinie.
    — Chyba szykuje się minut dziesięć punktów dla Krukonów — powiedział, stając tuż za nią z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach. Zazwyczaj był sumiennym prefektem, ale czasami każdy odpuszczał niektórym swoim znajomym jakieś niewielkie wybryki. Teraz i on miał zamiar to zrobić, szczególnie, że Julia była raczej grzeczną i dobrą uczennicą, a zasady łamała naprawdę rzadko, a wiadomo, że każdemu mogło się to zdarzyć. Nawet i on nie zawsze przestrzegał regulaminu, choć robił to jedynie w wyjątkowych sytuacjach, gdyż nie lubił robić tego tylko dlatego, że miał na to ochotę. Poza tym, jako prefekt musiał dawać dobry przykład innym uczniom, przede wszystkim tym najmłodszym, bowiem starsi zazwyczaj robili to, co chcieli i nikogo się nie słuchali.

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  112. [Jejku, dziękuję bardzo! Planuję napisać o nim parę notek, które stopniowo będą zdradzać coraz więcej, więc będzie szansa dowiedzieć się o nim więcej. :D Poza wątkami, oczywiście.
    Ale apropo tego, niestety nie mam specjalnie pola do popisu na fabuły z uczniami Hogwartu, bo Axel się raczej z nimi nie trzyma, nawet jeśli mogli się z różnych powodów kojarzyć. Ale dziękuję jeszcze raz, i wzajemnie, bo bardzo lubię takie karty jak Twoja.]

    Axel

    OdpowiedzUsuń
  113. [Dziękuję! A Gabryś jest całkiem fajny, a przynajmniej wydaje mi się, że taki będzie :D]

    Gabriel

    OdpowiedzUsuń
  114. [Dziękuję Ci bardzo :) Nad wątkami się bardzo zastanawiałam, bo w alternatywnym świecie Iris pracuje w Miodowym Królestwie i pokazuje wybranym sobie uczniom, że Hogwart ma wiele tajemnic, o których nie wiedzą. Oczywiście mowa tu o sekretnych korytarzach. Tymczasem ratuje ona tyłki zapominalskich i głodnych wiedzy. Jak na coś wpadnę, to z chęcią przyjdę :) Dziękuję raz jeszcze i powodzenia :) ]

    Iris

    OdpowiedzUsuń
  115. Nic nie mógł poradzić na to, że po niedojedzonej kolacji go zapchało, a taka nagła informacja go zaskoczyła, co prawie że odbiło się na jego zdrowiu. Na szczęście, zmarnowało się tylko trochę wody. Dokładnie to pojawiło się w nim, kiedy Julia wyskoczyła z takimi wieściami: szok. Ten jednak zaraz zniknął, ustępując szczęściu wymieszanym z niepokojem. Cieszył się, że Julia w końcu sobie kogoś znalazła, ale z drugiej strony obawiał sobie, co przyniesie jej związek. Czy zostanie zraniona? Cze bedą mieć kłopoty? Co się stanie, jeśli im się nie uda? Freddie nie nazwałby siebie pesymistą, ale w takich sytuacjach powstrzymanie takich myśli graniczyło z niemożliwym. Zresztą, często zamartwiał się problemami innych bardziej niż tymi własnymi.
    Zmrużył lekko oczy na jej słowa. 'Jakoś tak wyszło'. Taka wypowiedź nie wydawała mu się zbyt obiecująca, ale nie przerwywał jej. Wolał usłyszeć wszystko, zanim wyskoczy ze swoimi durnymi uwagami. Zmarszczył brwi i pokręcił głową, gdy dziewczyna przestała mówić.
    - Gadasz głupoty, Julls. Jesteś wspaniała, troskliwa, inteligentna i piękna, oczywiście, że na niego zasługujesz. Gdybym był hetero, to bym na ciebie poleciał, przecież wiesz - zaśmiał się ciepło i lekko pociągnął ją za kosmyk włosów. Z całą pewnością mógłby powiedzieć, że Jones jest najcudowniejszą dziewczyną, z jaką miał do czynienia. To, że nie interesował się jej płcią to nie znaczy, że tego nie zauważał.
    - Poza tym, jest dobrze. Nie uciekłaś, otworzyłaś się i nawet sobie nie wyobrażasz, jaki jestem z ciebie dumny. No i jestem tu, pamiętasz? Jak coś bedę cie łapać, w przepaść nie spadniesz, obiecuje. No i wiesz, nie będe wykładał ci przesłodonych frazesów, bo zawsze może się coś zepsuć, ale w większości przypadków to właśnie ty możesz to naprawić albo w ogóle do tego nie dopuścić, rozumiesz - cmoknął ją w czoło i przytulił do siebie, brodę układając na jej ramieniu. Odsunął się dopiero po chwili, odsłaniając zęby w sztańskim uśmiechu.
    - Więc, Wieża Astronimiczna, huh? Jak romantycznieee - zaśmiał się, poruszajac sugestywnie brwiami.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  116. [ Hej, to piszemy coś w ogóle? :) ]

    Dante

    OdpowiedzUsuń
  117. [Dokładnie tak. Julcia!
    A więc nowy wątek czy kontynuujemy stary? :)]
    "Wieczny Przyjaciel"

    OdpowiedzUsuń
  118. [A więc proponuję tak, mój krukon mógł kiedyś być bardzo mocno związany z Julią, mieszkali obok siebie, gdy jeszcze był małym chłopczykiem. Bardzo często spacerowali razem i spędzali czas w każdej wolnej chwili, jednak coś zaczęło się psuć, gdy tylko mój pan zaczął mieć kontakt z czarną magią, a poznał tą magię w trzeciej klasie w Hogwarcie. Julia mogłaby się o niego bardzo zamartwiać, jednak jeszcze nie reagowała. Wkoncu w czwartej klasie przestanie przymykać na to oko i wprost wykrzyczy mu, że ma skonczyć z czarną magią. On będzie miał to całkowicie gdzieś, ale jakaś część jego się zmartwi. Dziewczyna będzie mogła go w jakiś sposób bardzo skrzywdzić słowem, jakoś delikatnie, powie o jedno słowo za dużo. No i wtedy Krukon zaatakuje ją zaklęciem "Crucio" albo innym okrutnym, no dobra Crucio to przegięcie xd Jeszcze coś wymyślę.
    Wątek będziemy musiały pisać z wcześniejszych lat, ale to chyba żaden problem.:)]

    OdpowiedzUsuń
  119. [Spoko, może być teraźniejszość, tylko, że to będzie dziwne, gdy Romèo będzie ją tolerować po śmierci matki. On odsunie się od wszystkich, ale w porządku, może od Juli nie potrafił. :D
    Teraz pasuje? c:]

    OdpowiedzUsuń
  120. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Mogła myśleć o nim właściwie co chciała, mogła unosić brwi, przewracać oczami, a on i tak robił swoje. Mógł się i wydrzeć na całe gardło, ale tego raczej by mu nie darowała, a nawet więcej, sam by sobie nie darował, bo robił z siebie głupka tylko do pewnego stopnia. Choć miał ewidentne problemy ze skupieniem się na przydzielonych zadaniach, robił co mógł, żeby niczego nie sknocić. W końcu z eliksirów nie był tak znowu słaby i raczej nie zamierzał wysadzać kociołka przy Julii dla zabawy – takie rzeczy tylko z kolegami.
    Usilne pragnienie zrobienia wszystkiego jak należy uparcie łączyło się z ukradkowym zerkaniem w stronę dziewczyny. Z jednej strony odczuwał pewien dyskomfort, wiedząc, że nie może jej traktować jak swojej dziewczyny, a z drugiej przemawiał sobie do rozsądku, że przecież i tak na zajęciach nie zachowywałby się jakoś specjalnie inaczej niż teraz. Chodziło chyba tylko o jego komfort psychiczny i nagle poczuł się jak straszny egoista. Nawet nie zauważył, jak prawie przeciął sobie palec, kończąc siekać miętę. Ale nie mógł powstrzymać się od krótkich spojrzeń, które pozwalały mu na ułamki sekundy oderwać się od kociołkowej rzeczywistości. Które przypominały mu jego dość odważne postępowanie, które z jednej strony były szalenie przyjemne, a z drugiej strony dziwnie bolesne.
    Zerknął na bulgoczący powoli eliksir, marszcząc brwi w skupieniu i palcem wędrując po długiej liście składników i recepturze w podręczniku. Spojrzał na Julię niepewnie, jakby potrzebował potwierdzenia, że dotąd wszystko idzie dobrze. Miał zamiar po chwili dodać perłowy pył, ale nie był do końca pewien czasu gotowania eliksiru.
    -To ma się zagotować, czy tylko podgrzać? – spytał, czochrając się po włosach, w geście lekkiego zagubienia. I tak tyle dobrze, że rozumiał pojęcie zagotowania eliksiru, bo większość osób jedynie go podgrzewała, albo gotowała stanowczo za długo.
    -Macie jeszcze pół godziny! -usłyszał gdzieś z końca Sali, gdzie profesor wędrował pomiędzy stolikami, wtykając nos w postępy uczniów bądź ich brak. Gdzieś jakaś dziewczyna zapiszczała przerażona, gdy jej eliksir zaczął zdecydowanie za mocno bulgotać i zaczął wypływać z kociołka, przybierając wściekle pomarańczową barwę. Julien zmarszczył brwi, dokonując błyskawicznej oceny sytuacji.
    -Tylko podgrzać – stwierdził, uśmiechając się do Julii szeroko. Po chwili odwrócił się, by z szafy wyciągnąć małą fiolkę do oceny dla nauczyciela. Julien co prawda nie był do końca pewien dlaczego zwykle profesor sprawdza eliksiry w małych fiolkach, ale pewnie był milion czynników, które podlegały ocenie, a o których on nie miał bladego pojęcia.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  121. [Dziękuję za miłe słowa, Twoja karta jest naprawdę przyjemna jak i zdjęcie świetnie dobrane ;) Skoro koleżanka z dormitorium, to może jakiś wspólny wątek?]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  122. [Amelia jest osobą, która raczej nie zawiera wielu przyjaźni. Po karcie sądzę, że z Julią jest podobnie. Dziewczyny więc z pewnością by się nie przyjaźniły, ale myślę, że kolegować mogą się jak najbardziej. Może nawet odrobinę na zasadzie rywalizacji? Nie wiem czy dobrze sobie interpretuję Twoją postać, ale sądzę, że grając w Quidditcha pewnie lubi rywalizację. Mogłyby próbować wzajemnie się ścigać na jakimś przedmiocie, aż do momentu, gdy pech chciał, że trafiły do jednej grupy? Lub po prostu tylko we dwie, grupę by tworzyły. Każda z nich przekonana o swojej racji mogłaby za wszelką cenę próbować przekonać tę drugą do swojego pomysłu na realizację projektu. Nie wiem akurat czy to u Julii przejdzie, ale może nawet mogłyby się delikatnie posprzeczać podczas prezentacji? Wówczas mogłyby trafić na wspólny szlaban, profesor byłby przekonany, że wspólne spędzenie czasu dobrze im zrobi... Ale czy rzeczywiście, to już kwestia do ustalenia :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  123. [Cześć raz jeszcze i dziękuję za miłe słowa! :3]

    Victor

    OdpowiedzUsuń
  124. [Myślę, że jednak powinnyśmy zastanowić się nad czymś innym. Amelia owszem lubi rywalizację, ale tylko w momencie gdy jej przeciwnik jest tym równie mocno zainteresowany. W przypadku jaki podajesz, Amelka raczej nie marnowałaby swojego czasu na Julię, mogąc znaleźć kogoś, kto faktycznie wkręci się we wspólne ściganie się. W takim razie pomyślę jeszcze nad czymś innym :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  125. [Rozumiem, ale to jednak nie do końca pasuje do kreacji, jaką wymyśliłam dla Amelii. :) Jasne, możemy chwilę się wstrzymać i w tym czasie po prostu nad czymś konkretnym pomyśleć. Nie mam pojęcia z kim prowadzisz wątki, ale jeżeli z Romeo, Julienem, Victorem, Lysem lub z Polly to coś faktycznie może się wydarzyć o ile wątki z wyżej wymienionymi mi ruszą. :)]

    Amelia Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  126. [No to okej, a więc oni może się właśnie nie lubili przez tą czarną magię, hmm? Juli to przeszkadzało więc chciała skonczyć znajomość, potem zaczęła się nim przejmować więc na początku wątku może go spotkać i o to zapytać, on się wkurzy, ona go obrazi i zaczną walczyć. Co ty na to?
    Pomysł mój, więc zaczynasz? :)]

    OdpowiedzUsuń
  127. Miał głęboko gdzieś czy uczniowie znienawidzą go jeszcze bardziej czy też nie. Miał własne wymogi, których powinni się trzymać, a każda niesubordynacja kończyła się wyciągniętymi konsekwencjami. Choćby mieli pozdychać nad pracą jaką im zadał i tak im tego nie odpuści. Nie zdobędą przydatnej wiedzy za pomocą krętactwa i innych kombinacji. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, a u Rathmanna nigdy nie będzie. Nie obchodziło go to, czy ucieczkę wymyśliła cała klasa, czy też tylko jej część, wkopując w to resztę. Istniało coś takiego, jak odpowiedzialność zbiorowa. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Następnym razem wszyscy trafia do dyrektora, choć sądził, że po tak dostanej karze, wątpił, by komukolwiek zachciało się uciekać z zajęć, zwłaszcza z jego zajęć. Niektóre prace trafiły do niego nawet późnym wieczorem. Nie odkładał sprawdzania na ostatni moment, od razu zabrał się za czytanie uczniowskich wypocin. Reszta dotarła do niego dopiero rano, podczas śniadania, albo tak jak w wypadku Julii po śniadaniu. Uważnie się jej przyjrzał, orientując się, że musiała siedzieć nad wypracowaniem całą noc. Zacisnął usta w wąski paseczek, biorąc w dłoń kawałek pergaminu. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy zawołał go dyrektor. Zdążył jedynie ucałować kuzynkę czule w czoło i chcąc nie chcąc pognał w stronę dyrektora.
    Mathias niespodziewanie zniknął na dwa tygodnie, dosłownie z dnia na dzień, wyparował. Po szkole chodziło wiele plotek. Niektórzy mówili, że już nie wróci, a jeszcze inni, że widziano go w Ministerstwie u samego Ministra Magii. Opcji było naprawdę wiele, jednak prawdę znał jedynie dyrektor i sam Mathias.
    W końcu podczas ponurego poranka, zaraz po śniadaniu uczniowie siedzący w ławkach w klasie od Transmutacji, nie spodziewali się powrotu swojego ukochanego nauczyciela. Rathmann jak zawsze przywitał się chłodnym powitaniem dzień dobry i zasiadł za biurkiem. Na pierwszy rzut oka był cholernie zmęczony, o czym świadczyły mocne sińce pod oczami. Poprosił Julię o rozdanie kart, które dla nich przygotował w formie kolejnej powtórki, a przez następne dwie godziny siedział za biurkiem czekając aż ci skończą. Gdy wreszcie klasa była wolna, zwrócił się w stronę Julii z prośba, by została jeszcze w klasie. No co? Nieco się stęsknił.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  128. Freddie związek postrzegał jako niezwykle skomplikowaną procedurę. Takie powiązenie dawało poczucie bezpieczeństwa, wsparcie i choć dziwnie to brzmiało uczyło jak kochać, jak bezinteresowanie o kogoś dbać. Nie mówiąc o tym, ze łączyło się z wieloma innymi przyjemnościami, których przyjaciel czy rodzic po prostu podarować nie mógł. Z drugiej strony wiązał się z miłością, a miłość - problemami. Nawet w szczęśliwych związkach zdarzały się upadki. Prawda jest taka, że najpierw trzeba nauczyć się szanować siebie samego, żeby móc kochać innych.
    - Nie - pokręcił głową, jakby w ten sposób chciał podkreślić znaczenie tego krótkiego słowa - No właśnie. Ty skoczyłaś. Z własnej woli. I zabrałaś ze sobą spadochron. Jak nawali, będe na dole z wielkim puchatym materacem, żebyś wylądowała bezpiecznie - uśmiechnął się pod nosem na te ich filozoficzne rozmowy. Czasem zdarzało mu się wpadać w te dziwaczne tony. Współczuł osobom, które musialy słuchać jego bezsensownego biadolenia, ale Julia chyba już była na to odpowiednio uodporniona.
    Przytulenia zawsze były dobrym lekarstwem dla duszy, także nie wahał sie nawet chwili. Dziewczyna siedziała przy nim, kiedy dowiedziala sie o jego mrocznym sekrecie i wysłuchiwała jego beznadziejnych monologów na temat pewnego uroczego krukona, więc teraz on miał obowiązek, by przyswoić wszelkie informacje o Julienie. Poza tym, ciekawość go zżerała, więc misję tego typu można będzie jak najbardziej zaliczyć do tych przyjemnych.
    - Oczywiście! - zaśmiał się i trącił ją w ramie. Droczył się, nie ujmował niczego nowej sympatii Julii. Sam cierpiał na klaustrofobię, więc dobrze wiedział, jak to jest zmierzyć się ze swoim lękiem. Nie wiedział, czy potrafiłby wyznać komuś uczucia w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu...Brr. Aż ciarki go przeszły na taką ponurą myśl.
    - Czyy naa pewnoo byłoo too tylkoo ' w y z n a n i e u c z u ć '? - zapytał, przeciągając samogłoski i dając wyraźny nacisk na ostatnie słowa. Freddie już tym się cechował - zawsze robił pełno dziewcznych aluzji i uwielbiał zawstydzać innych.

    <3

    OdpowiedzUsuń
  129. [No tak, nie chodziło mi o to, że w wieku 11 lat, jakoś w trzeciej klasie, czyli bmiałby wtedy 15 14 lat a więc spoko. xd]

    OdpowiedzUsuń
  130. Lu nie bardzo znała odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące lęku i miłości. Aktualnie było jej na rękę, że nikt nie przykuł jej uwagi na tyle mocno, by musiała decydować o swoich uczuciach. Ba, była przekonana, że bez problemu będzie w stanie odmówić komuś ewentualnej randki, będzie potrafiła cofnąć się i powiedzieć Lubię cię, ale… Była przekonana, że umie odsunąć się od ludzi, stworzyć sobie niewidzialną bańkę, którą każdy zobaczy, a nikt nie będzie w stanie jej dotknąć. I było jej wygodnie z Julią, bo nie pytała. Większy, znacznie większy problem miała z Freddiem. Gryfon nie odpuszczał, a ona czuła, że gubi się coraz bardziej, że wcale nie będzie potrafiła spojrzeć mu chłodno w oczy i powiedzieć Wayland, mam cię gdzieś.
    Gdy jej oczom ukazała się ciemna plama, oznaczająca, że oto przed nimi korytarz zmienia się w większą salę, Lucy poczuła dziwny ciężar w okolicy mostka, albo żołądka. Nie była w stanie tego stwierdzić, bo albo serce było tak ciężkie, że spadło jej do brzucha, albo żołądek tak spięty, że podszedł jej do gardła. Dla pewności zacisnęła palce na różdżce. Już chciała wspomóc się zaklęciem Lumos, ale gdy tylko przestąpiły próg komnaty, wokół zapłonęły pochodnie, rozświetlając wszelkie zakamarki. To nie zakamarki jednak przykuły uwagę dziewcząt. Lucy stała przez chwilę, wlepiając oczy w zwierciadło, które stało w pewnej odległości od wejścia, na samym środku sali.
    - O kurczaki… - mruknęła, marszcząc lekko brwi i rozdziawiając usta. Gdyby wiedziała, że kilkanaście lat temu dokładnie w tej sali młody Harry Potter ściskał w dłoniach kamień filozoficzny, a Voldemort ukrywał się pod postacią nauczyciela, prawdopodobnie szczęka opadłaby jej do samej ziemi. Wprawdzie ojciec opowiadał jej to i owo, ale nie byli na tyle bliskimi znajomymi, by znał aż takie szczegóły. Wzięła głęboki wdech, jakby miało dodać jej to odwagi i zwilżyła zaschnięte usta.
    - Julia, a jeśli okaże się, że to, co muszę nie jest zgodne z tym, czego chcę? – zapytała, patrząc na zwierciadło lekko przerażona. Nie zrobiła ani jednego kroku. Bała się. Teraz nie była wcale taka pewna tego, czy chce poznać swoje własne pragnienia. Może rzeczywiście lepiej było nie wiedzieć?

    Lu

    OdpowiedzUsuń
  131. [Dzieeń dobry! Dziękuje serdecznie za powitanie c;
    Geraldine chyba nie jest AŻ taka zła, no ale na pewno jest kompletnym przeciwieństwem Julii, ona wydaje się być taką delikatną kobietką. :)]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  132. Freddie był facetem i rozmowy o uczuciach z innymi facetami przyprawiały go o mdłosci. Od tak, to taka prosta męska cecha. Jedyny raz, kiedy dyskutował z Lincolnem na temat miłostek, zdarzył się w piątej klasie, kiedy upili sie po halloweenowym balu. Leżeli wtedy na dywanie w swoim dormitorium, sącząc resztki Ognistej i wyobrażając sobie, że wylegują się na łące w ciepłą, letnią noc, kiedy to czarne niebo przyozdabia chmara migocących niczym brokat gwiazd. Jego przyjaciel wyznał mu wtedy, że zakochał się w jednej z krukonek. Co prawda wiedział już wtedy, że Freddie raczej nie interesuje się płcią przeciwną, ale przecież wysłuchanie i obiektywne ocenienie nie było dla niego sztuką. Ileż on się o niej nasłuchał! Piękne włosy, olśniewający uśmiech, te oczy, ten śmiech, to wszystko... Powiedział mu wtedy, żeby ruszył dupę i coś zrobił z tym swoim fatalnym zauroczeniem. Dopiero teraz zorientował się, iż nie zachował się do końca fair wobec blondyna. To wszystko, te uczucia, które wtedy wydawały mu się takie proste i nieskomplikowane, teraz go przytłaczały. Zrozumiał to dopiero, jak sam znalazł się w takiej sytuacji. Teraz, po tych wszystkich mini wzlotach i upadkach, stanął przed wyborem, być może mającym wpływ na jego dalsze życie.
    Gdzieś w tle, pomiędzy tymi wszystkimi myślami, przemykajacymi przez jego umysł niczym torpedy zapaliła mu się czerwona lampka. Będzie musiał poważnie porozmawiać z Julienem na temat Julii. Chyba nie omieszka nawet wspomnieć, co mu zrobi, jeśli jego kochana przyjaciółka zostanie zraniona.
    - Jak nie ma jak są! Osobiście je przyszykowałem - zaśmiał się pod nosem, pokazując jej język niczym krnąbrny dziecior. Sięgnął pod łóżko po butelkę, nie do końca pewny czy dziewczyna mówi poważnie. Z drugiej strony teksty typu 'dawaj alkohol' bądź 'jak nie podzielisz się żelkami to się obrażam' były u nich na porządku dziennym.
    - Niestety musimy pić z gwinta - wyszczerzył się, odkręcając korek i podając Julce rum.
    - Uuuu - zanucił, niemal podskakując na materacu - Widzę te rumieńce, Jones! Przede mną nic się nie ukryje! - zażartował, wyciągając rękę i poruszajac znacząco wskazującym palcem. Nie zamęczał jej jednak na razie rozmowami tego typu, zamiast tego zaczął zastanawiać się, w jaki sposób powinien odpowiedzieć jej na pytanie.
    - Na razie żadnego nie ma - stwierdził po kilku sekundach ciszy. Uśmiech nadal nie schodził z jego ust - No wiesz. To znaczy...nadal...czuję. Czuję, to, o czym opowiadałem. I chyba to się nawet spotęgowało. Muszę mu to w końcu wyznać, nie?

    Fredziaak ♥

    OdpowiedzUsuń
  133. Dziękuję serdecznie za powitanie, Juluś cudowna istotka <3

    C.R

    OdpowiedzUsuń
  134. Julien nie był złym człowiekiem. Avalon postrzegała go raczej jak duże dziecko, nad którym wciąż trzeba sprawować opiekę i właśnie siebie uważała za kogoś, kto powinien go pilnować. Pokazywać świat, wytykając mu przy tym palcem gdy robi źle i co powinien poprawić, aby przyszłość była lepsza. Chłopak był jednak na tyle specyficznym człowiekiem, że pomimo ciągłych jej prób pokazania odpowiedniego zachowania, pomimo tak wielu udzielonych porad… On wciąż był głuchy na jej słowa, chociaż dobrze wiedział, do kogo powinien przyjść z każdym swoim problemem. Avalon Moore zawsze dla niego była. Gdyby w środku nocy dostała od niego sowią wiadomość, prosząc o spotkanie, ponieważ stało się coś wyjątkowego i jest to pilne, byłaby dla niego gotowa w przeciągu dwóch minut. Nie miała jednak pewności, czy Julien byłby gotowy dla niej zrobić to samo. Czuła, a przynajmniej takie miewała odczucia, że nie znaczyła dla niego tyle co on dla niej. Dlatego też nigdy sama nie zawracała mu głowy swoimi problemami, nie prosiła o wysłuchanie problemów. Może dlatego, że wiedziała iż Julien wcale jej nie pomoże? W końcu to wciąż ona pokazywała mu jak powinno się żyć, próbując utrzymać go w pewnych ramach moralnych, bojąc się, że gdyby puściła go wolno dawno przekroczyłby wszystkie, możliwe granice. Może właśnie dlatego, wolała nie mówić zbyt wiele? Poza tym… On nigdy nie pytał. Nigdy nie dostrzegał jej zaszklonych oczu, a pociągnięcia nosem zawsze traktował jako te spowodowane przez panujące na dworze zimno. Avie należała do osób, które lubiły pomagać, jednak nigdy same o pomoc nie prosiły. Wolała męczyć się sama ze swoimi zmartwieniami, zamiast pokazać komuś, że jej perfekcyjne życie wcale nie jest tak idealne, jak mogłoby się wydawać.
    Gdy jednego z popołudni zaproponował jej wspólne wyjście wraz z Julią, nie miała żadnej sensownej wymówki, by wykręcić się ze spotkania. Nie chodziło o to, że coś przeszkadzało jej w towarzystwie zakochanych w sobie osób, które w końcu mogły cieszyć się swoją obecnością. Była z tego powodu zadowolona, jednak wewnętrznie cierpiała, ponieważ ostatnio jej sytuacja miała się… Bardzo średnio. Wraz ze swoim ukochanym, stali po przeciwnych stronach barykady i nie potrafili znaleźć żadnego sensownego kompromisu, a ona sama czuła, że popełnia błąd kryjąc go. W końcu była panią prefekt, w końcu miała pilnować porządku i… W tym momencie nie potrafiła jednak nic zrobić, nie w tej sytuacji. Ciągle jednak zadręczała się myślami, próbując odnaleźć odpowiednie wyjście z sytuacji, chociaż już jakiś czas temu straciła sens, że uda jej się wymyślić coś sensownego, coś przez co żadne z nich nie wpadnie w tarapaty, takie, w którym żadne z nich nie będzie musiało rezygnować z tego, co dla nich ważne. Z drugiej jednak strony, nie mogła pojąć dlaczego chłopak robił to co robił. Nie umiała zrozumieć jego motywów i ambicji. Zdecydowanie to przekraczało sposób jej myślenia i jej własną moralność.
    — Co? — Mruknęła, potrząsając delikatnie głową, gdy dotarło do niej, iż Julien coś mówił. Nie była tylko pewna czy mówi na pewno do niej i czy na pewno, ktokolwiek oczekuje jakiejś odpowiedzi. Dopiero po chwili zrozumiała sens jego słów i uśmiechnęła się delikatnie pojmując, że chłopak proponował jej kremowe piwo. Skinęła tylko delikatnie głową i ponownie się uśmiechnęła. — Nie, dzięki, mam jeszcze. — Dodała po chwili, wskazując delikatnie głową na trzymaną w dłoni szklankę pełną… samej, kremowej piany.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  135. [Hejka, hej. Jasne, w takim razie napiszmy ten wątek. Zacząć od momentu, kiedy Julia wpada do Cedara z tajemniczym przedmiotem? :)]

    Cedar Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  136. Cały czas siedziała przy stoliku, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w scenę, jednak ciężko było określić punkt, który tak bardzo przykuł uwagę dziewczyny. Może dlatego, że wcale go nie było? Avalon była tak bardzo pogrążona we własnych myślach, że nawet nie dostrzegała uroczego klimatu, panującego w Trzech Miotłach podczas jazzowego koncertu. Niby przysłuchiwała się muzyce, jednak ta wlatywała jednym uchem, by zaraz drugim wylecieć, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Melodia była chwytliwa, ale panna Moore w ogóle nie zwracała na niej uwagi, dokładnie tak, jak na wszystko pozostałe. Westchnęła cicho, spoglądając jak kolejne pary wstają z zamiarem wspólnego tańca. Krukonka chwyciła swój kufel z kremową pianą i przystawiła go powoli do ust, zatapiając wargi w puszystej piance, która pozostawiła na nich swój ślad. Zlizała delikatnie piankę i spojrzała na Juliena tańczącego z Julią. Była zadowolona, że jej przyjaciel w końcu w pewien sposób się ustatkował. Miała poczucie, że przyczyniła się delikatnie do tego, jednocześnie czuła żal w sercu, że sama nie potrafiła sobie ze wszystkim tak dobrze poradzić, gdy próbowała pomóc innym. Zawsze widziała plusy i minusy, potrafiła chłodnym okiem eksperta ocenić sytuację i nie zastanawiając się długo zasugerować zawsze dwie, możliwe do zrealizowania opcje. Potrafiła to tylko w momentach, gdy chodziło o kogoś innego. Ironia. Nie umiała poradzić sobie ze swoimi własnymi kłopotami, a może po prostu zebrały się one wszystkie z zbyt krótką przerwą, przez co narosły na delikatnych i kruchych ramionach dziewczyny jednocześnie łamiąc je swoim ciężarem, wręcz przygniatając.
    Zawsze wydawało się, że Avalon nie ma swoich problemów. Chodziła z uśmiechem na ustach i pogodnym spojrzeniem. To zniknęło, wraz z obcięciem srebrzystych włosów odeszła radość z jej twarzy, a ona sama chyba nie umiała już dłużej udawać, albo po prostu nie chciała? Zgubiła się. Nie wiedziała kim jest i nie umiała nic zrobić, aby w końcu odgadnąć prawdę. Zbyt dużo informacji docierało do niej ze zbyt wielu stron. Za dużo ludzi miało coś do powiedzenia w danym temacie, przez co Avalon Moore nie potrafiła skupić się na informacjach i porządnie ich zebrać by móc dalej działać. Zamiast tego wciąż analizowała fragmenty, które nie musiały mieć wielkiego znaczenia. Z powodu panującego wokół niej chaosu, nie umiała się skupić na tym co właściwie. Zajmowała się błahostkami, zamiast spojrzeć na główny problem. Z rozmyślań ponownie wyrwał ją, tym razem głos Julii. Spojrzała na dziewczynę i skinęła jeszcze raz głową.
    — Jasne, możemy iść. — Chyba nawet tego chciała. Nie tyle zakupów, co po prostu wyrwania się z tego pomieszczenie. Potrzebowała przestrzeni, by oczyścić umysł. Wziąć kilka głębokich wdechów by ze spokojem móc być ponownie sobą, skupiać się na tym co mówią do niej ludzie i uważnie się im przysłuchiwać. — Chodźmy w takim razie, cześć! — Pomachała siedzącym jeszcze przy stoliku znajomym i biorąc swój płaszcz ruszyła w stronę wyjścia.
    — Co takiego więc potrzebujesz? — Zapytała, gdy Julia już do niej dołączyła. Avie w tym czasie zdążyła opuścić pomieszczenie i szczelnie owinąć się wełnianym szalem w kolorach Ravenclawu. — Jakieś przybory na zajęcia, składniki do eliksirów czy potrzebujesz dziewczęcej pomocy bo chcesz kupić jakieś ubranie? Tam za rogiem jest sklep Madame Malkin, ma przepiękne szaty i nie tylko. — Powiedziała, wracając wspomnieniami do zeszłego roku, gdy wraz z Elody poszły do nowo otwartego salonu Modnej Czarownicy i przymierzyły najdroższe sukienki, śmiejąc się przy tym i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Brakowało jej strasznie przyjaciółki i żałowała, że ta ukończyła już Hogwart i ruszyła dalej swoją ścieżką. Pisywały ze sobą listy, jednak z miesiąca na miesiąc były one coraz rzadsze, a Av miała wrażenie, że zostaje w szkolnym zamku całkowicie sama… Miała co prawda Arsellusa, ale ich relacje były ostatnio zdecydowanie skomplikowane.

    Avalon

    OdpowiedzUsuń
  137. Zegary wybiły godzinę dwudziestą trzecią. Cedar siedział w swoim biurze, parząc świeże zioła ostrokrzewu paragwajskiego – ich zapach wypełnił pomieszczenie, mieszając się ze stale egzystującym wewnątrz bukietem truflowego aromatu. Na orzechowym stoliku spoczywały rozłożone kartki, wypełnione po części szkicami, które stale tworzył w chwili wolnego czasu; odkąd podjął się straży u stóp Hogwartu, miał go zdecydowanie mniej, acz obowiązki woźnego traktował z przymrużeniem oka – poza nimi, miał jeszcze stertę spraw do wykonania z samego Ministerstwa, w którym pracy zazwyczaj nie brakowało. Na szczęście – był piątek. Weekendy traktował jak wersję demo wakacji, i prawda jest taka, że poza cyklicznym obchodem tutejszych korytarzy, większą część dnia spędzał przy własnych widzimisię.
    Jednak, jeżeli chodziło o stołek woźnego, Cedar nie był przesadnie srogi w wymierzaniu kar, czy ganianiu tutejszych uczniów. Kilkakrotnie zdarzyło się, że darzył któregoś z uczniów chorobliwą niechęcią, ale była to garstka osób, którym woda sodowa w parze z egoizmem uderzyła do głowy. Cedar nie lubił tracić czasu, dlatego nie wchodził z nimi nawet w krótką polemikę, a od razu wskazywał miejsce do odkupienia win, którym najczęściej były toalety. W tej całej sielance czarodziei, byli również tacy, których zwyczajnie w świecie lubił, i tacy, którym odpuszczał. Od zawsze cenił sobie osoby z nutą autentyczności, toteż tego typu charaktery mogły liczyć na wsparcie z rąk Grindelwalda i wyciągniętą w akcie pomocy dłoń. Mimo, że na pierwszy rzut oka, woźny emanował aurą typu bez kija nie podchodź, tworzył także wyzwanie podejdź, jeśli się nie boisz, i każdy, kto ów wyzwanie przyjął, mógł liczyć na wielokrotnie miłą rozmowę, a po części także na sympatię.
    Zalewając naczynko z tykwy wrzątkiem, zamieszał parzące się zioła i przykrył je, następnie odstawiając na stolik. Ostrokrzew był dużo korzystniejszym zamiennikiem kawy, dlatego często spożywano go w Libanie i to właśnie stamtąd Cedar przyniósł tą mini-tradycję. Zresztą, razem z nalewką z piołunu, łagodził jego kaszel, który od końca smoczej osoby nadal uprzykrzał mu życie; już dawno powinien był przejść się do któregoś z uzdrowicieli, by wyeliminować skutki choroby.
    Nim zdążył usiąść, echem rozległo się pukanie do drzwi. Grindelwald mimowolnie zerknął na wskazówki zegara i zmarszczył czoło, zastanawiając się, kto postanowił go o tej porze odwiedzić. Szczerze mówiąc, uczeń był ostatnią osobą, którą Ced spodziewał się zobaczyć u progu własnych drzwi – dla ucznia to byłby strzał w kolano, zważywszy na to, którą godzinę wskazują wszystkie zegary.
    Poczłapał do drzwi, początkowo uchylając je niechętnie. Jednak, zobaczywszy pannę Jones, automatycznie otworzył je tak, by ukazać w progu całą swą posturę.
    — Coś się stało, panno Jones? — Zapytał na wstępnie, lustrując dziewczynę krótkim spojrzeniem. Otóż, Krukonka była dobrym przykładem, jeżeli chodzi o szufladkowanie osób – należała do tych, które lubił, oraz do tych, którym odpuszczał. Może dlatego, że tak jak niegdyś on, dzieliła ławę Ravenclawu, bądź dlatego, że nigdy nie próbowała grać kogoś, kim nie jest. Pamiętał, jak po raz pierwszy wpadli na siebie przy nocnych spacerach – tamtej nocy, Julia nie próbowała ukryć powodu opuszczenia dormitorium – ba! – tak się złożyło, że Grindelwald dał jej nawet wskazówkę. Ale tylko dlatego, że podjęła się rzeczy, którą była w stanie osiągnąć, i której osiągnięcie było dla niej korzystne. Przecież skutkiem złamania pewnych punktów regulaminu, nie musi być nic złego – Cedar zwykł się tego trzymać, bo kiedy się tutaj uczył, również łamał regulamin. Aczkolwiek tylko po to, by zagłębić wiedzę.

    Cedar Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  138. Przetarł wyraźnie zmęczoną twarz dłońmi i cicho westchnął, a następnie upił parę łyków, soku z butelki, którą ze sobą przyniósł. Marzył o ciepły łóżku i masie dobrego snu. Będąc poza Hogwartem, nie miał zbyt wiele czasu, aby pomyśleć o sobie. Nie było czasu na odpoczynek. Miał zdecydowanie zbyt wiele na głowie. Podniósł z nad biurka, zmęczone spojrzenie na twarzyczkę Julii i poklepał krzesełko stojące obok niego, by ta nie musiała sterczeć, a dosłownie chwilę później obejmował ją mocno ramionami.
    - Załatwiałem sporo spraw, których nie mogę za bardzo rozmawiać. Polecenie Dyrektora – wyjaśnił i cicho westchnął. Wypuścił ją ze swoich ramion, dopiero po dłuższej chwili i ucałował czule w czubek głowy. Nie chcąc już dłużej myśleć o zmęczeniu, wstał ze swojego miejsca w oczekiwaniu na kolejną klasę. – Ale już nigdzie się nie wybieram – dodał posyłając kuzynce wesołe spojrzenie.
    - Leć na zajęcia, a dziś wieczorem wpadnij do mnie – poprosił i pozwalając sobie ponownie ucałować ją w czubek głowy, odprowadził ją spojrzeniem aż do samych drzwi.
    Ten dzień okazał się być jeszcze bardziej wymagający, niż Mathias mógł się tego spodziewać. Po zajęciach czekała go długa rozmowa z dyrektorem, co spowodowało, że ominęła go kolacja. Cóż i tak zbytnio nie miał apetytu.
    - Wybacz, rozmawiałem z dyrektorem dość długi czas – mruknął widząc przy swoich drzwiach Julię, która musiała czekać aż te zostaną otworzone. Przepuścił ją w progu zaś sam po wejściu do komnaty, zdjął z siebie szatę, zostając przy tym w zwykłych dresowych spodniach i białej bluzce.
    - Jak mi tego brakowało – rzucił padając na mięciutkie łóżko. Poklepał miejsce obok siebie, by dziewczyna spoczęła obok niego. Szybko przytulił policzek do jej pleców. Kto, by pomyślał, że Rathmann będąc tak bardzo zaspanym, zmęczonym i z totalnym nieładem na głowie, może wyglądać tak uroczo i spokojnie?

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  139. Wmawiał sobie, że mierzy się ze swoimi własnymi słabościami, jednak tak naprawdę było zupełnie inaczej. Spychał je na bok i ignorował. Dokładnie tak samo jak wszystkie swoje wyrzuty sumienia, które od czasu do czasu pojawiały się, by cichym szeptem gwałtownie wpychanym do wnętrza jego ucha sprawić, by w końcu coś zrobił. Cokolwiek. Zazwyczaj wtedy, zamiast przemyśleć swoje zachowanie i spróbować naprawić to, co wcześniej udało mu się tak popisowo zepsuć, stwarzał sobie tylko trudne sytuacje, które ponownie doprowadzał do nędzy. Ponieważ tak było łatwiej. Ponieważ wmawiał sobie, że został zaprogramowany do tego, by czynić zło. Jak gdyby cała magia tkwiła w nazwisku i genach, które odziedziczył, chociaż tak naprawdę całe tkwiące w nim zło spowodowane było ojcem, a raczej brakiem jego akceptacji, złością, którą do niego przez to żywił. Nie zamierzał nic z tym robić, bo wmówił już sobie, że tak jest dobrze, podświadomie wciąż jednak próbował ojcu zaimponować, wciąż kroczył po granicy dobra i zła, nieustannie sprawdzając jak zareaguje starszy Avery, który nie potrafił dostrzec, jak bardzo jego syn pragnie akceptacji swojego ojca. Jak bardzo zależy mu na tym, by w końcu poczuć się jak członek rodziny, tak zwyczajnie.
    Chwila słabości? Nie wiedział, jak miał to wytłumaczyć sobie i innym. Nie miał pojęcia co nim kierowało w momencie, gdy na korytarzu minął Julię Jones i nagle do głowy wpadła mu myśl, by może to wszystko naprawić. Przeprosić za wszystkie swoje błędy i spróbować raz jeszcze, na nowo. Jak gdyby dało się zapomnieć o całej przeszłości. Zdawał sobie sprawę, że tak się nie da i, że z Julią na pewno nie będzie łatwo. Może to właśnie go motywowało? Nowe wyzwanie. Kolejna poprzeczka, którą z pewnością uda mu się pokonać, bo w końcu zawsze działo się tak, jak on chciał. A przynajmniej takie starał się sprawiać wrażenie, przecież nie chciał, by ktokolwiek widział, jak wiele odniósł w swoim życiu porażek.
    Nie wiedział jednak od czego powinien zacząć. Jakich słów powinien użyć jako pierwszych. Czy powinien zawrócić i rozemocjonowany złapać ją na korytarzu czy poczekać, na lepszą sposobność? Wiedział, wiedział, że nadejdzie czas w którym będzie tego żałować. Jednak nie zastanawiając się długo, zawrócił na pięcie i szybkim krokiem ruszył za dziewczyną.
    — Julia, zaczekaj. — Powiedział, by ta zwolniła i pozwoliła mu się dogonić. Nie zamierzał za nią biec i z trudnością łapiąc dech, próbować coś jej powiedzieć czy też wytłumaczyć. — Zaczekaj. — Uniósł odrobinę ton, by dziewczyna go na pewno usłyszała. Spodziewał się, że po wydarzeniach z Nocy Duchów Julia nie będzie skora do rozmowy z nim, ale przecież… Minęło już trochę czasu, a on sam od tamtego wieczoru nie powiedział jej nic, ani nie zrobił jej nic złego.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  140. Idąc za dziewczyną od razu zauważył ten moment zawahania, podczas którego prawdopodobnie zastanawiała się nad swoim zatrzymaniem, a może i odwróceniem się w jego stronę. Był świadom wszystkich swoich win. Wiedział dobrze, że za wszystkimi konfliktami pomiędzy nimi stoi nikt inny, jak on sam. W tym momencie mógł wyjść na psychicznie chorego, ale pomimo swojej wiedzy, nie uważał, by uznać coś z jego czynów za złe i niegodne. Każde swoje postępowanie czymś usprawiedliwiał i uważał, że pomimo tego, że nie były to dobre rzeczy, jednocześnie nie były one złe. W końcu to ona poświęcała więcej czasu Julienowi niż jemu, a i sam Julien między innymi rezygnował z niego, na rzecz Juli. Dla Artaira wszystko było biało czarne, na obrazie jego rzeczywistości nie było odcieni szarości, nie było czegoś pomiędzy dobrem, a złem tak samo jak nie było czegoś pomiędzy lubię cię i nie lubię. Właśnie z tych powodów Artair był mistrzem spalania wszystkich mostów. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, a co gdyby… Nie brał żadnych innych możliwości pod uwagę. Zawsze wszystko było jasne, pozbawione cieni.
    — Chciałem po prostu pogadać. — Mruknął pod nosem, mijając kolejnych uczniów, pokonując dystans dzielących go z Krukonką. Słowa wypowiedziane z jego ust były na tyle ciche, że dziewczyna mogła go nie usłyszeć, szczególnie biorąc pod uwagę dzielącą ich odległość. Gdy tylko stanął przed nią, wykrzywił pełne wargi w delikatnym uśmiechu, siląc się z całych sił by nie był on w żaden sposób ironiczny, bo tym razem nie o to chodziło. Nie chciał jej powiedzieć niczego uszczypliwego, nie miał nic do skomentowania. Był jednak świadomy, że Julia może się po nim spodziewać właśnie tego, chociaż znał ją kiedyś i wiedział, że dziewczyna nie stosuje zasady ataku w ramach obrony, spodziewał się wszystkiego.
    — Chciałem po prostu pogadać, Jones. — Powiedział, unosząc delikatnie klatkę piersiową wraz z ramionami przez lekkie westchnięcie. Wyjął ręce z kieszeni czarnej szaty, która co jakiś czas była wprowadzana w ruch, przez mijających ich uczniów, a jego ramiona, pomimo ciągłego napięcia pod wpływem szturchnięć, bujały się na boki. Nie miał żadnych ukrytych intencji, nie miał żadnych niecnych planów. — Może, przejdziemy na bok? Stanie na środku korytarza nie jest najlepszym z pomysłów. — Mówiąc to, wyciągnął przed siebie dłoń i delikatnie ułożył ją na ramieniu dziewczyny by ostrożnie przesunąć ją w bok. Sam wykonał jeden większy krok w prawą stronę, by zejść z drogi idącego z naprzeciwka dryblasa z szóstego roku Slytherinu.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  141. Artair nigdy nie tracił swojej pewności siebie, już od najmłodszych lat wiedział czego chce i śmiało po to sięgał, nie myśląc o czymś takim jak sprzeciw. Nie dopuszczał do swoich myśli, już jako dziecko, że coś może mu się po prostu nie należeć. Pech chciał, że los ostatnio postawił go w sytuacji, w której nie umiał się odnaleźć, a jego wyprostowane plecy i spięte łopatki zniknęły gdzieś, a sam chłopak czuł jak robi się coraz mniejszy.
    — Chciałem — zaczął, jednak szybko przerwał swoją wypowiedź czując, że tym razem dzieje się dokładnie to samo, co ostatnio w Pijanym Hipogryfie, gdzie spotkał Ronnie. Dokładnie tą samą, z którą kiedyś się spotykał i która zniknęła. Początkowo się przejmował, szybko jednak zapominając o problemie. Z czasem stwierdził, że nawet dobrze, bo większość ludzi po prostu bywało w jego życiu, a nie zostawało. W taki sposób było mu nawet wygodniej funkcjonować, jednak wtedy musiał stawić czoło przeszłości niekoniecznie z własnej woli i teraz, było prawie tak samo. Z tą różnicą, że to on postanowił po raz pierwszy wykonać krok do tyłu. Zawrócić i spróbować naprawić coś, co kiedyś zepsuł. Nie był pewien czy robi dobrze i czy jest to w jakikolwiek sposób opłacalne. Nie zastanawiał się nad tym teraz, a jakiś cichy głosik w głowie podpowiadał mu, że powinien zaryzykować.
    — Pomyślałem, że… Moglibyśmy od czasu do czasu pogadać. Tak po prostu. — Schował prędko dłonie do kieszeni, rozluźniając ramiona i delikatnie opuszczając je w dół. — Wyjść na kremowe piwo czy coś. W końcu niedługo święta… Matka coś wspominała, że chciałaby się spotkać z twoimi rodzicami. — Szukał wytłumaczenia dla swojej nagłej zmiany nastawienia, ale po prostu nie umiał i nie był jeszcze gotowy by powiedzieć, te jedne magiczne słowo, jakim było przepraszam. Wolał wykręcać się jeszcze rodzicami i chęcią ich zadowolenia, co w sumie było prawdą. W końcu Avery zawsze starał się dobrze wypaść. — Pomyślałem, że jeżeli nasze rodziny miałyby się spotkać w święta dobrze byłoby pogadać. Żeby przypadkiem nie palnąć czegoś nieodpowiedniego przy rodzicach… Chociażby o Julienie. Nie wiem czy mogę mówić o nim głośno. — Zdawał sobie sprawę, że ostatnie zdanie wypowiedział bezsensownie i niepotrzebnie. Dopiero po chwili dotarło do niego, że może zostać ono odebrane przez Julię nie tak, jak zamierzał. Tym bardziej, że na jego ustach pojawił się odrobinę szerszy uśmiech, nieco ironiczny. Taki jak zawsze, gdy zamierzał za chwilę komuś dogryźć.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  142. — Tylko, że to może mi się całkowicie przypadkowo wymsknąć, wiesz… Tak po prostu. — Powiedział uśmiechając się delikatnie, unosząc kącik ust w górę i odsłaniając górny rząd białych zębów. Przeklął jednak w myślach, bo przecież nie o to mu chodziło. Nie chciał Julii do siebie po raz kolejny zniechęcać. Wręcz przeciwnie, jednak wychodziło na to, że nie potrafił po prostu być miły i grzeczny. Zapomniał, jak to się robi. Szczególnie jeżeli chodziło o relację z Julią. Gdy w pobliżu nie znajdował się nikt z ich rodziny, Artair za każdym razem mówił lub robił coś nieodpowiedniego. Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy gdy tak naprawdę nie chciał. W końcu zaczepił ją na korytarzu z myślą o pojednaniu, a nie rzucaniu kolejnych zgryźliwości. Wypuścił powietrze przez lekko rozchylone wargi i potrząsnął delikatnie głową, unosząc odrobinę dłonie na wysokość klatki piersiowej, w geście obwieszczającym poddanie i rezygnację.
    — Słuchaj, źle zacząłem. — Powiedział, poprawiając czarną szatę i ponownie chowając dłonie do jej kieszeni. Spoglądał na Julię i zastanawiał się co ma niby takiego zrobić, aby zatrzeć złe wrażenie. Rozejrzał się dookoła, na korytarz, którym zmierzało coraz więcej uczniów. — To po prostu nie jest dobre miejsce. — Mruknął, jakby nie chcąc, by jakiś z jego kumpli zobaczył, jak próbuje dobrze wypaść przed Julią. W końcu znajomi wiedzieli, a zresztą dobrze widzieli co się działo między nim, a ludźmi, z którymi kiedyś się trzymał. A Julia i Julien nie byli jedynymi, których ten unikał. Zacisnął w kieszeniach dłonie w pięści i zrobił pół kroku do przodu, przybliżając się do dziewczyny. Dzieliło ich od siebie kilkadziesiąt centymetrów, Artair nie chcąc przekraczać za bardzo granicy przestrzeni osobistej całą swoją postacią, nachylił się delikatnie do przodu i patrząc w oczy Julii, wykrzywił usta w delikatny łuk.
    — Próbuję naprawić to co zepsułem, Julia. — Mruknął i zaraz po chwili odsunął się od dziewczyny, prostując plecy. Nawet nie mogła sobie wyobrazić, jak trudne było dla niego wypowiedzenie tych słów. To prawie tak, jakby przyznał się to porażki. Nie miała co liczyć na padające z jego ust przepraszam jednak w tym momencie było do tego znacznie bliżej, niż tydzień temu. — Jeżeli naprawdę nie chcesz to powiedz. Oboje zaoszczędzimy wówczas na tym czasu. — Dodał, robiąc krok do tyłu. Chcąc jak najszybciej znaleźć się w swojej poprzedniej pozycji.
    Kiedyś wszystko było łatwe. Wspólne zabawy na świeżym powietrzu, wolne chwile spędzane w Hogwarcie pomiędzy zajęciami… I nagle wszystko się skończyło, odeszło w zapomnienie. A raczej, Avery starał się wyrzucić przeszłość ze swojej pamięci.

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  143. [Oj, tak bardzo dziękuję!
    A poszukujesz jakiegoś powiązania? Czy mam myśleć "na czysto"? :D]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  144. [Nie lubię romansów. :D No, chyba, że to ja jestem postacią żeńską, wtedy mogę romansować ze wszystkimi. Przyjaźń z dzieciństwa też chyba odpada, tak sądzę. A jakieś powiązanie delikatnie rodzinne? C: Tutaj prędzej od strony matki, niż ojca, ale wybór pozostawiam Tobie!]

    Sweeney Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  145. [O, albo w ogóle bez tego rodzinnego powiązania - Julia, jako obrońca (Sween jest szukającym, więc nie bardzo chyba miałby jak), na którymś meczu, odbiła kafla, który trafił Lestrange'a. Mogłaby się trochę wystraszyć, że dostanie od niego ogromny ochrzan, a miałaby za zadanie odprowadzić go do skrzydła szpitalnego, a zaskoczyłby ją, nie wściekając się, tylko bagatelizując sprawę. Po tym wszystkim mogliby zacząć się kumplować/przyjaźnić. Chyba, że chcesz coś negatywnego. c:]

    Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  146. [Nie, nie, tylko tak kombinuję. c: W sumie jestem bardzo niewyspana, może dlatego mi się tak kiepsko myśli. :<]

    Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  147. Sam nie wiedział kim jest i czego tak właściwie chce. Zdawał sobie sprawę, że jego jedynym celem w życiu nie może być próba przypodobania się ojcu, że powinien w końcu znaleźć sobie coś, co będzie umiało mu pomóc w oderwaniu myśli od wszystkiego, co je nieustannie zaprzątało. Wcześniej miał od tego Quidditch, ale przez ojca i Juliena stracił i to. Nie umiał dostrzec, że relacja jaka była pomiędzy nim, a jego ojcem była dla niego destrukcyjna. Niszczyła ich obojga i każdego, kto próbował w jakikolwiek sposób wpłynąć na ich dwójkę. W dodatku wszystko odbijało się od Artaira niczym od lustra i sprawiało, że każdego dnia miał wokół siebie coraz mniej ludzi, którym mógłby naprawdę ufać. Avery był mistrzem toksycznych relacji, jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Brnął we wszystko, oddając siebie w stu procentach, angażując się by zadowolić w końcu tę drugą osobę. Osobę, której tak naprawdę nie zależało na nim. A on się starał, dawał z siebie wszystko i jeszcze trochę, więcej niż sto procent… Więcej, niż ktokolwiek inny byłby w stanie zrobić dla drugiego człowieka. Nie zawsze okazywał to w odpowiedni sposób, nie potrafił wybrać odpowiedniej ścieżki, którą powinien kroczyć. Wciąż próbował jednego i drugiego. Za każdym razem myśląc tylko o tym, by ojciec w końcu podszedł do niego i z uśmiechem na twarzy (choćby najmniejszym!) poklepał go dłonią po ramieniu mówiąc, że jest dumny, że jest zadowolony, że jest szczęśliwy mając takiego, a nie innego syna, że w końcu stał się tym, który może z uniesioną głową reprezentować nazwisko Avery w czarodziejskim świecie. Zdawał sobie sprawę, że taki moment nie nadejdzie nazbyt szybko. Wierzył jednak, że to się w końcu stanie, że będzie mógł odpowiedzieć sobie na te proste, a zaraz tak cholernie pytanie jakim było: kim jesteś i czego chcesz.
    Nie wiedział dlaczego uznał nagle, że pojednanie z Julią może być jakimś rozwiązaniem. Może ojciec dostrzegł, że od długiego czasu prowadzą jedynie dobrą, aktorską grę, opowiadającą o ich przyjaźni? Może strach, że i tym razem zawiedzie ojca był motywacją do zmian? Może Avery ponownie próbuje wkroczyć na dobrą ścieżkę¸ sprawdzając czy tym razem uda mu się osiągnąć swój cel? Chłopak gubił się sam ze sobą, starając się jedynie zrobić dwie rzeczy w swojej najbliższej przyszłości. Uporządkować jako-tako relację z ojcem i znaleźć w końcu odpowiedź na zagadkę, która narodziła się kilka lat temu, gdy doszło po raz pierwszy do jednego z epizodów. W tym samym momencie również jego relacja z ojcem nagle się pogorszyła… Z ojcem i z pozostałymi ludźmi, których Artair powolnie wykańczał. Miał w sobie te coś, co sprawiało, że za każdym razem obwiniał siebie, chociaż przed społeczeństwem udawał, że jest silną i twardą jednostką, której wszystko jest obojętne, która poradzi sobie z każdym problemem.
    — W takim razie musisz się dowiedzieć. — Odpowiedział spokojnie na słowa dziewczyny. Nie miał pojęcia w jaki sposób powinien z nią rozmawiać, by przekonać ją do siebie. — Nic w życiu nie jest łatwe, dobrze o tym wiesz. — Wymusił z siebie uśmiech i wzruszył delikatnie ramionami, robiąc krok do tyłu. Spojrzał, jak dziewczyna chowa książkę do torby i ponownie uniósł delikatnie i zaraz po chwili opuścił ramiona, oddychając przy tym ciężko.
    — Nie chcę dla ciebie źle. Nikomu nic nie powiem, ale… Zastanów się, dobrze? Nad tym kremowym piwem czy czymś… — Nie zamierzał jej na siłę zatrzymywać, blokować drogi ani niczego w tym stylu. Usunął się więc jej z drogi i przepuścił ją, zerkając za dziewczyną przez ramię.
    Był już spóźniony na swoje ostatnie zajęcia, a po rozmowie z Julią nie miał ochoty na wdawanie się w słowną potyczkę z profesorem zaklęć, dlatego od razu skierował się w stronę lochów, gdzie znajdował się pokój wspólny Slytherinu. Gdy tylko znalazł się w swoim dormitorium, padł na łóżko i wpatrując się w murowane sklepienie zastanawiał się, co powinien zrobić, aby wszystko w końcu jakoś się ułożyło.
    Pomimo względnie nieciekawego humoru nie mógł nie uczestniczyć w urodzinowej imprezie Clementa, która odbywała się w pokoju wspólnym Ślizgonów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie był nastawiony na wielkie zabawy i całonocne imprezowanie, ale z przyjemnością napiłby się kremowego piwa, a może i nawet czegoś mocniejszego. Próbując oderwać się od dręczących myśli.
      — Nie spodziewałem się, że tak szybko się pojawisz. — Powiedział powoli do Julii, cały czas wpatrując się przed siebie. Delikatnie jednak przechylił się na bok, by szturchnąć ją ostrożnie ramieniem. Wcześniej, chwytając butelkę kremowego piwa, którym go częstowała. — I to z kremowym piwem, przecież parę godzin temu mówiłaś, że nie wiesz i, że to skomplikowane. — Mruknął, upijając odrobinę napoju, uśmiechając się przy tym ironicznie. — Jesteś sama? — Zapytał, rozglądając się uważnie po pomieszczeniu, próbując odnaleźć gdzieś wśród tłumu Juliena.

      Avery

      Usuń
  148. Nachylił się, by pocałować ją czule w czoło, a następnie wziął od niej talerzyk. Nie był głody, nawet na widok jedzenia robiło mu się nieco niedobrze, ale zabrał się za jedzenie kawałka ciasta, bardziej z rozsądku nie z głodu. Po paru minutach odstawił pusty talerzyk na stolik, a następnie opadł na poduszki. - Nic mi nie będzie – zapewnił kuzynkę zgodnie z prawdą. Okrył się kocem, by chwilę później oprzeć się na poduszkach i pochwycić w dłonie swój kubek z herbatą. Upił kilka łyków. Tęsknił za takimi chwilami lenistwa, zdecydowanie mu tego brakowało.
    - Muszę jutro iść z pierwszakami do Hogsemade, chcesz iść ze mną? – zapytał uważnie przyglądając się kuzynce. – Dogadam się z nauczycielami, także nie będzie problemu – dodał na zachętę, uśmiechając się przy tym lekko. Zacisnął usta w wąski paseczek, poprawiając koc, którym był okryty. Odwrócił na moment głowę, by spojrzeć w stronę okna. Padał śnieg i to dość intensywnie. Rathmann, nie przepadał za zimą, jednak ukochał sobie jazdę na sankach, czy rzucanie się śnieżkami, po czym jak najszybciej uciekał w ciepłe miejsce, by porządnie się wygrzać.
    - Wracasz do domu na święta? – zapytał przerywając narastającą ciszę

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  149. Miesięczna przerwa od Hogwartu, sprawiła iż Adam kompletnie wypadł z rytmu. Poranne wstawianie, sprawiało mu wiele trudności, a śniadanie wzbudzało w nim odruchy wymiotne. Musiał ponownie zorientować się jak uczniowie stoją z tematami czy pogodzić się z nocnymi obchodami po zamku, zaraz po ciszy nocnej, by upewnić się, że żaden z uczniów nie wymknął się ze swojego dormitorium. Czuł się niewyspany i dosłownie wszystko działało mu na nerwy, a w Hogwarcie był już przecież od prawie dwóch tygodni. Niegdyś czuł się tutaj jak w domu, a teraz, teraz czuł się dziwnie obco, tak nieswojo. Gdyby nie garstka osób, które wspierają go na co dzień, zacząłby się zastanawiać czy nadal chce spełniać się w roli stażysty, a w przyszłości jako jeden z nauczycieli. Chwile wahania zdarzają się niezwykle często, jednak od momentu pierwszego spotkania z rodzicami, co spowodowało nagły wyjazd, zastanawiał się kim tak właściwie jest. Stracił wiarę we własne możliwości. Nie uśmiechał się tak jak kiedyś, stał się nawet nieco opryskliwy. Zauważyli to nie tylko nauczyciele, ale i również sami uczniowie, którzy starali się nie nadepnąć Rosjaninowi na odcisk. Rodzice wyraźnie dali mu do zrozumienia, że dla nich nie istnieje. Nauczył się, że ludzie tak, czy siak z niego zrezygnują. Zaczęło się od rodziców, czas dalej pociągnął za sobą brata, ciotkę, ukochaną dziewczynę, a nawet wujka. Nie wiedział, czy sam w istocie był głównym powodem, utraty bliskich, czy tylko los, chce zrzucić na jego barki miażdżącą samotność. Można było nazwać go głupcem, gdyż mimo tak bolesnych przeżyć i tak się angażował, za każdym razem spotykając się z rozczarowaniem. Kogo chciał oszukać? Sam z siebie robił kompletnego głupka. Dobrze wiedział, jak to się może skończyć, a i tak zawsze wierzy, że tym razem będzie zupełnie inaczej.
    Po skończonej lekcji został jeszcze w klasie, układając oddane mu wypracowania, które miał zamiar sprawdzić jeszcze dziś. Miał okienko, więc nie chcąc dalej przebywać w ciasnej klasie udał się do Wielkiej Sali, gdzie przy talerzu, gorącej zupy dyniowej zabrał się za czytanie wypocin szóstoklasistów. Odłożył na moment łyżkę, by poprawić gryzący w szyję sweter, gdy kątem oka dostrzegł dobrze znaną sobie osóbkę.
    - Nie masz lekcji? – zapytał posyłając jej lekki uśmiech. Stęsknił się za Julią, nie mógł powiedzieć, że nie.

    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  150. — Naprawdę podejrzewasz, że byłbym w stanie kogoś skrzywdzić? — Spojrzał na nią z wyrzutem wymalowanym na twarzy. Zdawał sobie sprawę, że pomiędzy nimi nie zawsze było dobrze, ale… Przecież nie był takim draniem. Zdarzało mu się popełniać błędy, ale nigdy tak wielkie. Był świadom, że przeklęty breloczek wypadł z jego kieszeni i jednoznacznie wskazywał trop na niego.
    — Julia, gdybym czarował poza murami szkoły od razu dostałbym list z Ministerstwa. Wciąż mam radar nie skończyłem siedemnastu lat. Myślisz, że gdybym to ja kogoś… Zabił, to stałbym tu? Julka, już dawno by mnie zgarnęli ludzie Ministra i pewnie zamknęli w Azkabanie. — Powiedział, marszcząc brwi i spoglądając na nią. Był odrobinę zawiedziony jej reakcją. Wiedział, że pomiędzy nimi nie zawsze było dobrze, ale nigdy do takiego stopnia.
    — Co mam ci jeszcze powiedzieć, lub zrobić abyś mi uwierzyła, że nie mam z tym nic wspólnego? — Spojrzał na nią ponownie i westchnął, cicho. — Mam ci pokazać gdzie dokładnie byłem, z kim i po co? — Nie miał pomysłu, co jeszcze mógłby zrobić. Sam czuł się cholernie niekomfortowo w tej sytuacji bo wiedział, że niektórzy uczniowie Hogwartu, a szczególnie ci z domu Roweny Ravenclaw od razu zaczną go podejrzewać dokładnie tak samo jak Julia ze względu na brelok, który dostał kiedyś na urodziny. Cholernie żałował, że go wziął tamtej nocy ze sobą. Z drugiej strony, nigdy się z nim nie rozstawał. Nie mógł przewidzieć, co takiego się stanie tej nocy.

    V. Belzungovich, bleh. Coś się muszę na nowo wczuć w Vinaya ;x

    OdpowiedzUsuń
  151. Uśmiechnął się tylko, odrobinę ironicznie na jej słowa, jednak nie skomentował ich już w żaden sposób. Nie zamierzał zagłębiać się w ten temat, bo może wówczas dziewczyna doszłaby do wniosku, że nie powinna się jednak pojawiać i dawać mu kolejnej szansy. Coś sprawiało, że chciał naprawić relację z Julią i podświadomie czuł, że w tej chwili potrzebuje właśnie jej. Nie wiedział jeszcze do czego i po co, ale… Intuicja mu coś podpowiadała, a nie mógł jej zignorować, wiedząc, że ta faktycznie mogła mu w jakiś sposób pomóc.
    Nie miał pojęcia jak wygląda obecna sytuacja pomiędzy Julienem i Julią, szczerze mówiąc nie był w tym momencie też tego, aż tak bardzo ciekawy. Sądząc jednak po spotkaniu podczas Nocy duchów, w którym im przerwał, domyślał się, że mogą mieć jakieś problemy. Nie zamierzał jednak o to pytać. Wolał utrzymać rozmowę na poziomie neutralnym. Na razie, później… Kto wie, może postanowi dowiedzieć się czegoś więcej. W końcu był tylko człowiekiem.
    — Aha. — Odparł tylko na jej odpowiedź i przysunął butelkę z kremowym piwem do ust, upijając kilka głębszych łyków napoju. Kremowa pianka została nad jego górną wargą, jednak w ogóle tego nie poczuł. Spojrzał tylko na Julię i słysząc jej kolejne słowa, spojrzał przed siebie. Rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu i owszem… Dostrzegł osobę, z którą tak bardzo chciałby tutaj być w tym momencie, ale. Nie, na urodziny Celemnta przyszedł sam. Zawsze pojawiał się sam, nawet jeżeli byli gdzieś razem, zawsze byli oddzielnie.
    — Sam. — Uśmiechnął się blado, podążając wzrokiem za Hallaway, szybko jednak przeniósł spojrzenie na kogoś innego, jakby bał się, że Julia mogłaby coś sobie przypadkiem o nich pomyśleć. Wiedział, że gdyby coś poszło nie tak, jak chce tego dziewczyna byłaby na niego cholernie zła. Nie chciał ryzykować, nie teraz, gdy wierzył, że znalazł w końcu wokół siebie osobę, która w pełni go akceptuje. Nie mógł przecież z tego zrezygnować. — Chyba nie myślisz, że ktoś chciałby ze mną przyjść? — Powiedział żartobliwie, chociaż był pewien, że Julia może myśleć właśnie w taki sposób. Wziął głęboki oddech i odwrócił jeszcze na chwilę wzrok od dziewczyny, spoglądając na bawiących się w pomieszczeniu pozostałych zebranych uczniów. W tym momencie odrobinę im zazdrościł, ponieważ nie wiedział jeszcze jak ma postępować z

    Artair

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * W tym momencie odrobinę im zazdrościł, ponieważ nie wiedział jeszcze jak ma postępować z Julią. Co takiego mu wolno powiedzieć, a w którym momencie powinien ugryźć się w język i najzwyczajniej w świecie przymknąć, aby ponownie jej od siebie nie odepchnąć. Naprawdę nie zależało mu na tym, by powodować kolejne kłótnie i ostre wymiany zdań, które zawsze kończyły się wzajemnym ranieniem, nawet gdy każde z nich udawało, że nic takiego się nie stało. Słowa, chociaż nie pozostawiały blizn, zawsze bolały najmocniej i zapomnieć o nich nie było łatwo.