20 grudnia 2016

I'm a problem, I'm a cure, I guess

Olivia Greengrass
[ ur. 25.03.2006r. | Slytherin | VII rok ]
[ braterstwo | przebiegłość | ambicja | urok | obsesja | spryt ]
[ Londyn | czysta krew | Klub Ślimaka]
POWIĄZANIA

Kiedyś jej życie pełne było marzeń, spełnianych jeszcze zanim zdążyła o nich pomyśleć; uśmiechów, sztucznych i wyuczonych, bo niemal każdy z nich był wyłącznie elementem gry; przyjęć, na których z wiecznie uniesioną głową udawać należy, że nie jest to tylko teatrzyk; i przyjaźni, które niemal dało się wycenić i nadać im termin ważności.
Jej życie było bajką, ale taką, w której rozkosz w jednej sekundzie zmienia się w ból, przyjaciel zostaje wrogiem, uśmiech znika z twarzy, a krew tężeje w żyłach, stając się zimniejsza niż lód. Jednak wciąż było bajką, prawda?
I wtedy była inna. Niezdrowo ambitna, dążąca do celu nawet po trupach, przekonana, że wszystko jej się należy, a Ziemia będzie się obracać w wyznaczonym przez nią kierunku. Myślała, że nikogo nie potrzebuje, zawsze doskonale poradzi sobie sama i wygra niezależnie od okoliczności, bo przecież do tego została stworzona. Ma to w głowie, w genach i w każdej kropli swojej nieskazitelnie czystej krwi.
Jednak później wszystko zaczęło się zmieniać. Jej zimny i zamknięty świat zatrząsł się i popękał, kiedy pojawił się w nim on. Od razu wiedziała, że będzie jej, ale zupełnie nie spodziewała się, że ona kiedykolwiek będzie jego, bo do tej pory nikt jeszcze do jej serca nie dotarł, chociaż ona złamała nie jedno. Ale, mimo że był tym jedynym, wyjątkowym, to skończył jak każdy. Nie pozwoliła mu się kochać, więc musiał odejść, zniknąć, zamilknąć, a wspomnienie o nim miało zostać zakrzyczane przez szalenie przyjemną ucieczkę od rzeczywistości z kimś, z kim nigdy nie powinna uciekać w tak niebezpiecznym kierunku. I myślała głupia, że zakrzyczy miłość i przypomni sobie, jak to jest nie kochać nawet samej siebie, bo lepiej nie czuć nic, niż oddać komuś kontrolę nad własnym życiem, okazać słabość, wypaść z gry.

odautorsko

119 komentarzy:

  1. [No proszę, proszę. A jednak! W razie chęci wiesz gdzie mnie szukać :D]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry! Olivia to trochę tragiczna postać i zrobiło mi się jej żal, gdy czytałam kartę. Ach, czyżby duma nie pozwalała jej się przyznać do tych wszystkich rzeczy?
    Marcy zapewne szczerze jej nienawidziła za jej bardziej ślizgońskich czasów, zbyt były do siebie podobne pod pewnymi względami. Ale już sobie wyobrażam, jak jest zmuszona przełknąć dumę i poprosić Olivię o pomoc w znalezieniu jakiegoś skutecznego zielska na jej uczulenie. :D Także jeśli jesteś chętna, to zapraszam! :)]

    Marigold

    OdpowiedzUsuń
  3. TAKICH chłopaków? Tzn. jakich? Pytam z czystej ciekawości, bo zastanawia mnie, jak ich odbierasz. ;) No i dziękuję bardzo za tyle pochwał, muszę przyznać, że sama też jestem zainteresowana Twoimi postaciami, szczególnie Olivią, bo wydaje mi się bardziej złożona, nieuchwytna. Także jakbyś chciała popisać panną Greengrass, daj mi tylko znać z kim.

    Scorpius Malfoy & Alexei Krum

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jeśli tylko pojawia się w twojej głowie jakiś pomysł, to chętnie coś z Tobą naskrobię.]
    Charlie

    OdpowiedzUsuń
  5. [Podoba mi się sposób napisania karty. Tak jakby była owiana tajemnicą. Ślicznie. Powodzenia z drugą postacią!]

    Freddie Weasley, Leo Blueberry i Rozalka, która mam nadzieję dziś się jeszcze na blogu pojawi

    OdpowiedzUsuń
  6. [A jaka relacja by cię interesowała?]
    Lorcan

    OdpowiedzUsuń
  7. Tamtą noc pamiętał, jak przez mgłę. Wybielone wspomnienia, zatarte chwile słodkiego uniesienia. Nie pamiętał w jaki sposób do tego doszło, nie pamiętał które z nich zrobiło ten pierwszy krok. On, ona czy może ognista whisky, która bardzo intensywnie towarzyszyła im tamtego wieczoru. Nie zamierzał jednak zagłębiać się w to co minione, w to co się już wydarzyło i nie wróci. Tego bowiem Artair był pewien. Wydarzenia z przeszłości mogły jedynie wrócić poprzez pamięć, której w tym przypadku Avery nie miał zbyt dobrej, albo po prostu nie chciał. Kto normalny rozpamiętywałby tego typu chwile, skoro do tamtej osoby nie czuło się nic poza zwykłą, koleżeńską sympatia? A jednak… Wspominał czasami chwile, gdy wspólnie siadali na szczycie Wieży Astronomicznej i rozmawiali o wszystkim, i o niczym. Gdy wypijali kolejne mililitry Wina Skrzatów, lub Porzeczkowego Rumu. Zatracając się w czymś… Nieokreślonym. W jakiejś urojonej wizji, która ratowała ich od rzeczywistości, a przynajmniej Artaira. Chłopak najbardziej na świecie potrzebował spokoju. Chwili ciszy i wytchnienia. Olivia była w stanie mu to podarować, jednak w żadnym momencie nie czuł do niej niczego więcej. Ich relacja miała i powinna zatrzymać się na koleżeństwie. Ślizgon nie przepadał za związkami i próbami zaangażowania, przyjaźń również nie przychodziła mu łatwo, bo były to relacje, które potrzebowały pewnych darów. Podarunków, które druga osoba mogła sobie wziąć i nikt nie mógł mieć pretensji. W przyjaźni i miłości dawało się i brało, chociaż wielcy poeci zawsze wspominali tylko o tym pierwszym i o ile Artair bardzo dobrze potrafił brać, dawać od siebie więcej niż minimum nie umiał, zdarzało się, że nawet ten poziom osiągał z niesamowitym trudem. Na tym świecie, w jego otoczeniu była tylko jedna osoba, której potrafiłby podarować całego siebie, ale ten człowiek… On z kolei niczego od Artaira nie chciał. Nigdy. O nic nie prosił, niczego nie wymagał, a chłopak pogrążał się tylko bardziej, proponując mu coraz więcej. Gdyby spotkał diabła, z pewnością podpisałby z nim pakt, dla niego. Nigdy dla siebie, zawsze wszystko i tylko dla niego.
    Nie był w stanie całkowicie jej unikać, w końcu należeli do jednego domu, byli na tym samym roku nauki i na niektóre zajęcia uczęszczali wspólnie. Starał się jednak najmocniej, jak tylko mógł, szczególnie na początku. Na posiłki chodził ostatni, a na zajęcia się spóźniał, aby przypadkiem nie musieć czekać pod lub w sali lekcyjnej razem z nią nim pojawi się wykładowca. Od czasu, gdy wyszło mu to na złe, bo spóźnił się na zajęcia eliksirów i trafił do pary właśnie z Oliwią, nauczył się przychodzić prawie ostatni, ostatni opuszczał lekcyjne sale, a pokój wspólny opuszczał jako pierwszy. Obawiał się, że Olivia zacznie od niego wymagać zaangażowania, uwagi i czasu. Bał się, że nie będzie mógł być już tym samym Artairem Avery’m, który kumplował się z Olivią Greengrass, a będzie musiał stać się Avery’m, który nie lubi i nie kocha Greengrass. Chciał i nie chciał tego jednocześnie, ponieważ to wszystko było znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
    — Artair, jest też coś dla ciebie! — Młodszy o rok Ślizgon, spojrzał na swojego starszego kolegę, trzymając w dłoniach mały pakunek. Artair przepadał i nie przepadał za świętami. Świąteczna atmosfera skutecznie go zniechęcała, chociaż kiedyś były chwile, gdy nie mógł doczekać się Bożonarodzeniowego poranka, gdy wspólnie z rodziną zasiadali do dużego stołu w pokaźnej jadalni w Zimowym Domku pod lasem, gdzie zawsze spędzali święta. Siedział jednak w pokoju wspólnym Ślizgonów i przypatrywał się tym wszystkim radosnym ludziom, którzy z radością na twarzy biegli do dużej choinki postawionej w centrum pomieszczenia, by odebrać swoje podarunki od rodziców, bliskich i przyjaciół. Avery dawno już niczego nie dostał, więc gdy usłyszał informację od młodszego kolegi, uniósł zdziwiony brew i podniósł się leniwie z kanapy, która znajdowała się w pobliżu kominka, którego płomienie przyjemnie ogrzewały jego ciało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwycił paczkę z rąk chłopaka i spojrzał na karteczkę, na której widniało jego imię. Od razu rozpoznał dziewczęce pismo należące do Olivii Greengrass, a przez jego ciało przeszedł dziwny dreszcz. Zdenerwowanie zmieszane z dziwną ekscytacja. Dlaczego daje mu prezent na święta? Dlaczego po tak długiej ciszy, postanawia się odezwać? Chciał rozejrzeć się po pomieszczeniu i odnaleźć ją swoim spojrzeniem, by się przekonać, by zobaczyć jakąś jej reakcję, mieć pewność, że to faktycznie od niej. Duma mu jednak nie pozwalała. Trzymając mocno dłonie zaciśnięte na paczce, opuścił ręce w dół i bez słowa opuścił pokój wspólny Ślizgonów.
      W dormitorium usiadł na swoim łóżku i w spokoju, prawie w perfekcyjnej ciszy odwinął papier, starając się go nie rozedrzeć, a gdy po jego ściągnięciu ukazała mu się brązowa okładka ze złotymi literami, miał już pewność. Nikt inny nie wiedział, nikomu innemu nigdy nic na ten temat nie wspominał. Odłożył książkę na łóżko tuż obok siebie i zacisnął mocno pięści. Był zdenerwowany i zmieszany. Nie wiedział czy ma zejść do pokoju, odnaleźć ją i podziękować, czy może oddać księgę i zapytać po co tak właściwie to robi. Siedział chwilę w pokoju nim, zdecydował się cokolwiek zrobić.
      Wyszedł w końcu z dormitorium do pokoju wspólnego i rozejrzał się uważnie, uprzednio księgę chowając starannie na dnie swojego kufra, tak aby przypadkiem nikt nieodpowiedni jej nie odnalazł. Gdy dostrzegł Olivię, zagryzł nerwowo wargę i ruszył w jej stronę, nie odrywając nawet na chwilę od niej spojrzenia swoich ciemnych oczu.
      — Liv — wypowiedział miękko, prawie szeptem stojąc tuż przed nią. Cały czas się na nią patrzył, intensywnie obmyślając co takiego ma jej powiedzieć, co takiego ma zrobić. W jego głowie krążyło tysiące myśli, ale żadnej z nich nie potrafił się uchwycić wystarczająco mocno, by to właśnie na niej się skoncentrować i jej trzymać już do końca. — Ta książka… Dziękuję za nią, ale… — Wydusił w końcu z siebie. — Nie mam nic dla ciebie, bo byłem przekonany, że prezentów od jakiegoś czasu po prostu sobie nie robimy. Olivia, nie zrozum mnie źle… Jestem wdzięczny, ale po co to, tak właściwie? — Bał się, że dał jej kiedykolwiek jakiś powód lub pretekst, aby mogła uważać, że mu zależy, że chce jej w ten sposób. Nie chciał. Nigdy nie myślał o niej w taki sposób, nigdy nie krążył myślami wokół jej osoby, jako tej osoby. Liv była zawsze, po prostu Liv… Liv dobra kumpela i nic więcej.

      Artair

      Usuń
  8. A masz jakiś konkretny zamysł na to, co może się w tej podróży dziać, czy tak po prost pomyślałaś, że skoro są spowinowaceni to powinno się to ładnie wszystko zgrać? W zasadzie nie ma nic przeciwko wycieczkom. Może gdzieś do jakichś smoków, albo do Egiptu, bo Scorpius docenia tamtejszych łamaczy klątw.

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. [W takim razie nie będę naciskać, bo pisanie wątku na siłę nigdy nie jest dobrym pomysłem. Jakbyś jednak kiedyś wpadła na jakiś pomysł i miała chęć: zapraszam, jestem otwarta na propozycje. :)]

    Marigold

    OdpowiedzUsuń
  11. W momencie gdy wstała z kanapy, zmierzył krótkim acz surowym spojrzeniem jej sylwetkę, a następnie zatrzymał spojrzenie na odrobinę dłużej na skrzyżowanych na klatce piersiowej dłoniach, aby przenieść spojrzenie na jej oczy, które… Sam nie wiedział czy sprawiały, że krew w jego żyłach marzła czy może wręcz przeciwnie, rozgrzewała się do granic możliwości. W każdym razie, stojąc teraz przed dziewczyną coś czuł, nie wiedział jednak jeszcze co takiego i dlaczego, dlaczego skoro wcale nie chciał, nic czuć. Prychnął słysząc jej słowa, przewrócił dookoła oczami by ponownie utkwi spojrzenie w jej tęczówkach. Tęczówkach, które nie robiły mu krzywdy, ale spoglądanie w nie wcale nie było tak dobre jak kiedyś, jak wcześniej.
    — Trafiła się okazja. — Powtórzył za nią, prychając drwiąco. Oboje dobrze wiedzieli, że okazje na tę konkretną księgę się po prostu nie zdarzają, że jest to coś tak bardzo upragnionego przez niestworzoną liczbę czarodziejów i czarownic z całego świata, że okazja się nie trafia. Tak po prostu. To było zbyt cenne i dla niego, i dla wielu innych ludzi by dziewczyna mogła zdobyć to od tak po prostu. Cena, jaką posiadała książka nie należała ani do tanich, ani do tych ze średniej półki. Zdecydowanie był do produkt ekskluzywny, jednak nie jego cena była w tym wszystkim tak paskudna. Samo zdobycie książki graniczyło z cudem, a pierwsze wydanie… Należało do rodzin, które ceniły sobie sztuki opisane w książce, które były z reguły przekazywane z pokolenia na pokolenie i tylko głupiec, byłby w stanie odsprzedać tę księgę tak po prostu. Gdyby tak nie było, Artair już dawno mógłby się szczycić jej pozycją na swojej własnej, prywatnej biblioteczce, która składała się z zaledwie kilku książek, jednak jakże cennych. Bez problemu jego zasoby można było policzyć na palcach obu rąk, jednak ich wartość była większa niż niejednego bestsellera o magicznych stworzeniach i sposobach ich łapania. Wypuścił powoli powietrze przez delikatnie rozchylone, odrobinę spierzchnięte od mrozu wargi, które nieustannie przygryzał naprzemiennie je oblizując, zwłaszcza na zewnątrz. Zwłaszcza, gdy śnieżnymi kulkami celował w pierwszoklasistów, chcąc im pokazać, jak powinna wyglądać prawdziwa bitwa na śnieżki pomiędzy domami. Zawsze przodował w tej jednej zabawie, wyjątkowo integrując się z pierwszakami i pokazując im, jak prawidłowo celować w Puchonów i Gryfonów, którzy wierzyli, że to tylko zabawa… — Posłuchaj, oboje wiemy, że tej książki nie da się ot tak znaleźć. — Powiedział, stojąc wciąż naprzeciwko niej, nawet nie myśląc o cofnięciu się na krok. Miał dziwne przeświadczenie, że gdyby to zrobił pokazałby jej swoją słabość, a przecież takich nie miał, albo mieć nie chciał. Miał wrażenie, że oboje toczą właśnie małą, cichą i zimną wojnę na spojrzenia, a żadne z nich nie chciało pokazać, że jest słabsze. Kto pierwszy mrugnie ten przegrywa, a Artair przegrywać nie lubił i nie zamierzał.
    — Nie stawiajmy się wzajemnie w niewygodnych sytuacjach. — Nie zamierzał bawić się w niepotrzebne słowa, nie miał czasu owijać w bawełnę poza tym, rzadko kiedy to robił. Nieważne o kogo chodziło, zawsze było mu szkoda czasu, na pierdoły. To co właśnie się działo, w mniemaniu Avery’ego było pierdołą. Cokolwiek było wcześniej, cokolwiek wcześniej się wydarzyło, dzisiejszego poranka nie miało żadnego znaczenia, a powracanie do tego i nagłe wywlekanie spraw z przeszłości nie było sensowne. Poza ty, niczego by już nie zmieniło, więc i po co? — Nie mogę przyjąć twojego prezentu, nawet jeżeli pragnąłbym tego najbardziej na całym świecie. — Z trudem wydusił to z siebie. Nie chciał dawać jej nadziei, nie chciał sprawiać aby pomyślała, że może jeszcze kiedyś. Dla nich nie było kiedyś i kiedyś nie mogło się wydarzyć, nadzieje i obietnice były zbędne. W końcu mieli być tylko kumplami. A przekroczone granice, nigdy nie powinny się wydarzyć, a teraz, gdy było już po fakcie, wszystko było stracone. Cokolwiek miało się dziać, nie było już na to nadziei a tym bardziej szansy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czuł się tak, jakby stracił okazję życia, ale coś mu złośliwie szeptało do ucha, że jeszcze kiedyś pożałuje swoich decyzji, bo Artair nigdy nie kierował się sercem, nigdy nie kierował się logiką. Artair Avery zawsze kierował się strachem.
      Chciał krzyczeć, że nigdy jej nie dał powodu, by mogła wyobrażać sobie rzeczy niestworzone, że nigdy nie dostała do tego prawa, a mimo wszystko to zrobiła. Wyciągnęła dłoń po coś, co nie było przeznaczone dla niej i po prostu zrobiła to. To, co nie było zapisane w jej gwiazdach, przywłaszczyła sobie w tak bezczelny sposób. Zapomniał. Zapomniał, że też tam był, że też czerpał przyjemność z tego, z czego przyjemności czerpać nie miał i, że whisky też była obecna, bo z pewnością gdyby nie było trzecie czynnika, to nigdy by się nie wydarzyło. Nigdy też nie przyszło mu na myśl, że prędzej czy później to mogłoby się wydarzyć, bo nigdy nie myślał o nich w tych schematach. Nigdy też nie podejrzewał, że trzecim czynnikiem mogło być coś innego, coś co wcale nie śmierdziało alkoholem i czego nie dało się zmierzyć żadną ze znanych ludzkości miar.

      Artair Avery buc i idiota w jednym.

      Usuń
  12. — Nie chciałaś? — Spojrzał na nią, marszcząc delikatnie nos i czoło. Pomiędzy jego brwiami pojawiły się dwie małe zmarszczki. Spoglądał na nią i najzwyczajniej na świecie nie był w stanie uwierzyć w przed chwilą co usłyszane słowa. Skoro nie chciała stawiać go w trudniej i niezręcznej sytuacji, to po co całe te przedstawienie? Unikanie, uciekanie od pewnego rodzaju odpowiedzialności i po co ten prezent? Świdrował ją spojrzeniem swoich ciemnych oczu i nie zamierzał przestać, ani na chwilę nie chciał odwrócić spojrzenia od jej oczu, od jej twarzy pełnej delikatnych rys. Zacisnął pięść i wsunął ją do kieszeni szaty, prychając przy tym dostatecznie głośno, jednocześnie robiąc krok do przodu. — Skoro nie chciałaś, to po cholerę to wszystko? — Warknął, marszcząc mocniej czas. Oczywiście miał na myśli wszystko, co wydarzyło się do tej pory, nie ograniczając się jedynie do prezentu i dzisiejszego poranka. Kolejne wypowiadane przez dziewczynę słowa, były… Niby niegroźne, niby łagodne i bezbolesne, a jednak. Zaległy prezent pożegnalny wdarł się do jego głowy i odbijał od kości czaszki, wbijając się dostatecznie mocno w pamięć. Tak, jakby chciał wdrążyć się jak najgłębiej tylko się dało i nie dać o sobie już nigdy zapomnieć.
    Wystarczyło, aby porozmawiali. By spotkali się po wydarzeniach tamtej nocy i powiedzieli sobie co tak naprawdę czują, a raczej czego nie czują. Gdyby tylko dali się sobie wzajemnie wysłuchać i wygadać, w tym momencie prawdopodobnie, albo siedzieli razem przy świątecznym śniadaniu w Wielkiej Sali udając, że nic się nie stało lub unikaliby się dalej, jednak już nie za wszelką cenę i nie traktując tego tak poważnie, po prostu żyliby tak jak teraz, nie mając do siebie żadnych pretensji, żadnych, niewypowiedzianych żali. Chociaż niby mu jej nie brakowało, wciąż gdzieś krążyła w jego myślach, czasami dając o sobie znać. Wspomnienia. W nich była największa moc. Moc, której się bano lub którą się święciło. Artair zawsze wybierał pierwszą opcję, zawsze odsuwał od siebie, a przynajmniej starał się odsuwać od siebie wszystko, co było niezręczne, uciążliwe i ewidentnie nie na rękę. Niewyjaśniona relacja z Olivią zdecydowanie do takich należała, a on starannie ją odpychał. Starając się nie wracać, nie wspominać, nie myśleć, nie zagłębiać się, a jednak… Czasami siadał i analizował swoje zachowania, jakby próbując znaleźć ten jeden moment, w którym mogłaby sobie pomyśleć coś, co wcale nie było kierowane do niej.
    — Pożegnanie… — Mruknął niewyraźnie pod nosem, wciąż na nią patrząc, jednak w tym momencie jego wzrok się zmienił. Mogła odczytać w nim żal? Coś w tym rodzaju. Stratę na pewno. — Szkoda, że sam o tym nie pomyślałem. Pożegnanie… Musisz się ze mną żegnać? — Nie wiedział, jak ma odebrać jej słowa, jak je przyjąć, jak zinterpretować. Może powinien jej powiedzieć wprost, że przeprasza, ale nic do niej nie czuje i nie czuł? Czy dzięki temu, stałoby się to dla nich łatwiejsze?
    Nie myślał nad tym co robi. Nie zastanawiał się jakie przyniesie to skutki, zresztą to teraz nie było ważne. Najważniejsze było to, aby w końcu sobie wszystko wyjaśnić i mieć to w końcu raz na zawsze za sobą, by nie musieć myśleć więcej i zadręczać się różnymi wizjami i ciągłym gdybaniem. Zacisnął mocno wargi w wąski paseczek i chwycił mocno ją za nadgarstek, a następnie szarpnął delikatnie i ruszył w stronę wyjścia ze wspólnego pokoju. Czuł na sobie spojrzenia pozostałych uczniów i już słyszał te nagle, intensywnie wzmożone szepty, które rodziły właśnie najświeższe plotki dla zainteresowanych życiem pozostałych uczniów. Nie przejmował się tym teraz. Chciał wyprowadzić jak najszybciej z pomieszczenia dziewczynę i porozmawiać z nią gdzieś, gdzie będzie mógł zrobić to w spokoju. Bez świadków, bez upokarzania. Bał się tego cholernie mocno, ale musiał w końcu stawić czoła temu, co przed nim postawił los. Musiał nauczyć się pokonywać przeszkody, a nie ciągle je wymijać dłuższą drogą.
    — Zamknij się i po prostu chodź. — Syknął, nie puszczając jej nadgarstka i prowadząc ciemnym korytarzem szkolnych lochów, oświetlanym jedynie przez kilka świec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musiał zastanawiać się, dokąd tak właściwie ma ją zabrać, drogę do tego miejsca znał na pamięć i podejrzewał, że sama dziewczyna w pewnym momencie ją rozpozna. W końcu niejednokrotnie siadali w starej, opuszczonej sali od eliksirów i rozmawiali… To tam po raz pierwszy upili się wspólnie i rozmawiali na tematy, których z nikim innym nie poruszali. Gdy przemknęli przez stare, ciężkie i drewniane drzwi, a Artair miał pewność, że nikt zaraz nie wejdzie im do środka, wyswobodził w końcu dziewczynę z ucisku swojej dłoni i odsunął się na krok, czy dwa.
      — Mam wrażenie, że mamy sobie mnóstwo do wyjaśnienia, Greengrass. — Nie chciał brzmieć źle, ale nie potrafił mówić teraz spokojnie. Denerwował się, bo nigdy nie planował takiej rozmowy, nie myślał, że będzie z nią jeszcze kiedyś sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu, próbując wrócić wspomnieniami do końcówki zeszłego roku, do tamtej pijackiej przygody. Nigdy nie myślał, że będzie musiał poruszać taką rozmowę z jakąkolwiek dziewczyną, a już na pewno nie z Olivią.
      Westchnął i rozejrzał się powoli dookoła. Brudne ściany, zakurzone meble pokryte nie tylko grubą warstwą brudu ale i mnóstwem pajęczyn. Stare stoliki i walające się po ziemi dziurawe, miedziane kociołki. Patrząc na to wszystko, zastanawiał się co właściwie w tej szkole robi woźny, poza ganianiem, użeraniem się i ciągłym wlepianiem szlabanów pierwszorocznym. Sięgnął dłonią do kieszeni spodni, aby wyciągnąć z niej swoją różdżkę, za której pomocą i jednym, krótkim machnięciem rozpalił ogień w pobliskim kominku. Nie był pewny czy pomieszczenie dzięki temu zyskało na przytulności czy może wręcz przeciwnie, odgonił jednak szybko od siebie te myśli i spojrzał na stojącą naprzeciwko Liv, która wyglądała na równie zdezorientowaną co on sam. Co takiego właściwie robisz, Art? Czego tak właściwie chcesz i pragniesz? Klął na samego siebie, już wyrzucając sobie żale za tę beznadziejną rozmowę, chociaż w ogóle się jeszcze nie zaczęła.
      — Nie mam pojęcia co się stało. — Zaczął niepewnie, po raz pierwszy dzisiejszego dnia, unikając jej spojrzenia. Jakby bojąc się, że gdy ich wzrok ponownie się spotka, dostrzeże w oczach dziewczyny coś, czego dostrzec bardzo nie chciał. Miłość? Rozpacz? Nie był pewien, ale cokolwiek by to nie było, nie chciał tego widzieć, nie pragnął tego, bronił się właśnie przed tym. — Nie mam pojęcia dlaczego się stało, ale Liv… — Ponownie jej imię wypowiedział miękko i spokojnie, jakby za jego sprawą wszystko miało się zmienić i naprawić, ot tak… jak za jednym machnięciem różdżki. — Na brodę Merlina, Liv to wszystko nie ma sensu, najmniejszego. Nie łatwiej było po prostu nie wchodzić sobie w drogę? — Jęknął, dłońmi przecierając zmęczoną twarz. Jeszcze chwilę temu wiedział co chciał jej powiedzieć, ale teraz? Teraz stał przed nią i nie wiedział. Co zrobić, co powiedzieć, jak się zachować. Po prostu stał i się gapił, a myśli krążyły mu ponownie jak oszalałe. I znowu nie miał czego się złapać, a tym bardziej jak. Żałował. Cholernie mocno żałował, że ją tu przyprowadził i zaczął tę nędzną próbę rozwiązania konfliktu, który po prostu pomiędzy nimi był, albo raczej go nie było, bo oboje starali się udawać, że pomiędzy nimi nigdy nic nie było.

      Avery, you know.

      Usuń
  13. Stał przed dziewczyną i wpatrując się w nią, zastanawiał się czy aby na pewno powinien pozwolić jej odejść, czy może byłoby lepiej, gdyby zdecydował się ją zatrzymać. Wyjaśnić sobie w końcu wszystko, zamiast ciągle rzucać jedynie półsłówkami, które tak naprawdę prowadziły ich do nikąd. Avery tak właśnie się czuł, jakby szedł cały czas do przodu, a krajobraz go otaczający w ogóle się nie zmieniał, a każdy krok wykonany na przód, tak naprawdę nie prowadził do nikąd. Maszerując przez całe życie po bieżni mając wieczną nadzieję, że w końcu dotrze do swojego celu. Tylko, że sam nie wiedział jaki jest jego cel, nie miał pojęcia dokąd tak właściwie zmierza. Dokąd chciał iść? Co takiego chciał osiągnąć w życiu? Nigdy się nad tym nie zastanawiał, tak jak nie zastanawiał się nad Greengrass… Powinna być w jego życiu, czy nie powinna? Warto poświęcić odrobinę czasu, nerwów i stresu czy jednak lepiej, sobie odpuścić? Na pewno łatwiej. Tego był pewien, ale z drugiej strony czy był gotowy na jakiekolwiek zaangażowanie? Danie z siebie czegokolwiek, poza butelką alkoholu, do wspólnego wypicia? Zmarszczył nieznacznie brwi i zrobił krok w bok, przepuszczając ją. Odgradzając drogę, którą do tej pory tarasował swoim ciałem. Puszczał ją wolno, jednocześnie oznajmiając, że nie ma zamiaru się angażować, że nie ma zamiaru się starać. Że nigdy, pomiędzy nimi nie było wystarczająco dużo czegoś.
    Tylko, że gdy dziewczyna opuściła pomieszczeniu jemu zrobiło się jakoś dziwnie. Miał wrażenie, że nie panuje nad swoim życiem, z drugiej strony nigdy nad nim nie panował, nigdy nie umiał sprzeciwić się ojcu i zawsze robił to, czego pragnął tamten. Nawet gdy był przekonany, że robi wszystko całkowicie po swojemu, podświadomie i tak myślał o despotycznym ojcu, jakby na świecie nic, ani nikt inny nie liczył się tak bardzo jak mężczyzna w średnim wieku. Jakby nikogo innego, wystarczająco ważnego nie było. Stał jeszcze przez jakiś czas w pomieszczeniu, po tym, gdy opuściła je Olivia i zastanawiał się nad tym co zrobić. Rozważał wszystkie możliwe opcje na dzisiejszy wieczór, opcje w których nie było miejsca na pannę Olivię Greengrass. Opcje, w których nie było nawet szansy na jej spotkanie, bo chociaż niby mieli sobie coś wyjaśnić, Artair tak naprawdę wciąż nic nie wiedział. Nie zamierzał jednak się tym przejmować w świątecznym okresie. Pomimo niechęci do świąt, nie miał ochoty całkowicie psuć sobie humoru.
    Po powrocie do pokoju wspólnego, rozejrzał się po pomieszczeniu. Jak na złość nie było w nim żadnego z kolegów Ślizgona, którzy według chłopaka, zdecydowanie powinni za nim czekać w pokoju, by wspólnie ruszyć dalej, gdzieś… Porobić cokolwiek. Napotkał zamiast chłopaków Olivię, a jedyne co potrafił zrobić to ruszyć dalej prosto do swojego dormitorium, by nie musieć dłużej z nią siedzieć, by ponownie udawać, że nie istnieje, że nie jest mu do niczego potrzebna, nigdy nie była i nie będzie, bo przecież był już wystarczająco dużym chłopcem i potrafił radzić sobie sam. Całkowicie.
    Wyszedł z dormitorium wywołany przez jednego z kolegów, aby posiedzieć przy kominku i obmyślić plan na dalszy czas świątecznej przerwy. Nie zastanawiając się długi ponownie pojawił się w pokoju wspólnym i zajął miejsce wraz z kolegami na jednej z kanap, gdzieś w centrum pokoju. Nie mógł się jednak skupić na planach, ponieważ kątem oka wciąż zerkał na siedzącą pod kocem Olivię, która zdecydowanie nie wyglądała dobrze. Rozmawiał z kumplami jeszcze przez kilkanaście minut, po czym zasugerował im, że powinni skołować odrobinę alkoholu na wieczór. Gdy tylko opuścili pomieszczenie wstał i podszedł do sofy, na której siedziała Olivia.
    — Co się dzieje? — Zapytał niby od niechcenia, chociaż tak naprawdę bardzo chciał usłyszeć odpowiedź. Jej widok w takim stanie działał na niego niekoniecznie tak, jakby chciał. Nie pozwalał się skupić na niczym innym. Nie zamierzał stać się nagle jej najlepszym przyjacielem i powiernikiem wszystkich sekretów. Chciał po prostu mieć pewność, że… jest dobrze.

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  14. Miał wrażenie, że to jego wina. Przygryzł nerwowo wewnętrzną stronę policzka i spojrzał ponownie na Olivię. Nie zwracał wcześniej na nią uwagi, udawał, że nie istnieje. W końcu tak właśnie było, przestała istnieć w jego życiu, nie miała w nim już żadnego znaczenia, aż do dzisiaj. Do tego cholernego prezentu, który sprawił, że nie mógł dalej jej od tak ignorować. Nie mógł zerkać w jej stronę i udawać, że nikogo nie widzi. Poza tym, nie robił tego. Miał mnóstwo innych rzeczy na głowie, myśli krążyły wokół innych osób, którym najzwyczajniej w świecie nie potrafił się oprzeć, a Greengrass odeszła… Nie widział, że od początku nowego szkolnego roku zachowuje się zupełnie inaczej niż do tej pory, że nie jest tą samą osobą, jaką znał wcześniej. Od ich ostatniej rozmowy minęło naprawdę dużo czasu, aż do dziś. Dnia, w którym każdy powinien być dla siebie dobry, wyrozumiały i miły. Święta Bożego Narodzenia do czegoś zobowiązywały i chociaż wcześniej popełnił błąd, teraz nie potrafił od tak zignorować tego, co dostrzegł. Tego, co tak długo usilnie i starannie ignorował.
    — Wiesz, że gdyby coś się działo, możesz mi powiedzieć? — Kłamać umiała perfekcyjnie, ale Artair nie był ani ślepy, ani głupi. Widział, że zachowywała się inaczej niż zawsze, inaczej niż wtedy, gdy jeszcze śmiało mógł powiedzieć, że ją zna. Dzisiaj jej nie znał. Nie miał pewności, czy na pewno zachowuje się wciąż w ten sam sposób, czy nadal ma te same nawyki co wcześniej. Wiedział jednak, że rozmowa która miała miejsce rano nie należała do uroczych i przyjemnych, a Liv z pewnością, gdyby ona jej nie dotknęła, nie zaprzątałaby sobie tym myśli i nie siedziała w pokoju wspólnym, gdy był wolny czas i tak wiele do zrobienia, tak wiele możliwości, a wszystko przez święta. Święta, które zawsze sprawiały, że było jakoś tak… lepiej. Nawet, gdy było cholernie trudno. Chyba, że działo się coś naprawdę złego, coś, o czym Avery nie miał pojęcia. Rozejrzał się dookoła i podszedł do małej pufy, która stała przy niewielkim stoliku. Chwycił ją w swoje dłonie i ułożył przed sofą, na której leżała dziewczyna. Usiadł na niej i gapił się w nią, chociaż nie był pewien, czy ma do tego prawo. Szczególnie po poranku.
    — Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. — Powiedział po chwili, podpierając się łokciami o swoje kolana. Po wcześniejszej rozmowie, tak naprawdę niewiele zrozumiał. Może nie słuchał jej uważnie, a może nie chciał usłyszeć. W każdym razie ciągle miał wrażenie, że nic nie wie, że rozmowa nic nie wniosła, że… Ciągle stoją w tym samym miejscu i nie zrobili żadnego kroku na przód. — Mogę udawać, że to miało jakieś znaczenie, jeżeli będzie ci tak łatwiej. Mogę naopowiadać ci najpiękniejszych kłamstw, jeżeli chcesz, ale będziesz wiedziała, że to tylko puste, nic nie znaczące słowa. — Odezwał się, nie owijając w końcu w bawełnę. Musiał jej powiedzieć prosto z mostu, jak jest naprawdę. Może wówczas, przesuną się w którąś ze stron. — Mogę powiedzieć wszystko co chcesz, ale chyba najlepiej będzie jak powiem prawdę… Jesteś dobra Liv, było cholernie dobrze, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nic do ciebie nie czuję, nie będę czuć niczego i to się nie zmieni. — Czuł się głupio, mówiąc takie słowa. Pomimo, że potrafił mówić prawdę prosto z mostu, mówić najgorsze słowa patrząc w cudze oczy, obrażać i deptać, poniżać, siedząc teraz przed Olivią, powiedzenie prawy było cholernie trudne. Za trudne. — Ale, jeżeli potrzebujesz jakichś kłamstw, powiedz. Po prostu powiedz, a je dostaniesz.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  15. Słuchał uważnie słów siedzącej naprzeciwko dziewczyny. Pierwszy raz się chyba zdarzyło, gdy dziewczyna mówiła mu takie rzeczy, a żadne z wypowiedzianych słów nie niosło za sobą okrutnych ran, które z pewnością szybko by się nie zagoiły. Tym razem było wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że są one niczym okład, pomagający na szybkie zagojenie się czegoś, co od wielu miesięcy ponownie się otwierało i krwawiło, non stop. Nieustannie. Westchnął delikatnie i mimo wolnie uniósł odrobinę kącik warg w górę, nie był to uśmiech zadowolenia, a raczej coś na wzór odczucia ulgi. Kiedy w końcu dotarł do niego sens słów dziewczyny, wielki kamień spadł z jego serca. Fraza nie angażuj się była najważniejsza w ich relacji, chociaż w tym momencie miał dziwne wrażenie, że odczuwał coś na ten wzór. Chciał wiedzieć co się dzieje z Livią, nawet jeżeli ta nie jest skora do opowieści, a fragment wspominający o bałaganie, zamiast go zniechęcić tylko go zaciekawił, wzbudzając zainteresowanie o wiele bardziej, niż powinno.
    — Liv, nigdy nie uczestniczyłem w twoim życiu. — Powiedział spokojnie, uważnie lustrując wzrokiem jej twarz. Zatrzymując swoje spojrzenie na dłuższą chwilę, na ustach dziewczyny, które kilka miesięcy temu całował namiętnie, pieszcząc je delikatnymi przygryzieniami. Zagryzł wargę i odwrócił wzrok, próbując skupić się na czymś innym. Bo w chwili gdy zbyt długo przyglądał się ustom dziewczyny zaczynały dopadać go wyrzuty sumienia, że wpatruje się w inną niż powinien, że myśli o kimś, o kim myśleć nie powinien. Nie w ten sposób, w końcu zdeklarował się, chociaż nic nie było tak łatwe jak mogło się wydawać, on już podjął decyzję. Przynajmniej tak mu się wydawało. — Teraz też nie mam zamiaru wiedzieć więcej niż muszę, Greengrass. Ale gdybyś potrzebowała… Wina skrzatów, chwili bez tłumów dookoła czy chociażby, głupiego milczenia, wiesz gdzie mnie szukać. Wiesz, nie mam zamiaru ci się narzucać, nie mam zamiaru cię do niczego zmuszać. Gdyby cię po prostu naszła chwila… — Uśmiechnął się delikatnie, ciepło. Zupełnie nie tak, jak uśmiechał się Avery. Chociaż Olivia mogła pomyśleć sobie w tym momencie miliony różnych rzeczy, ten uśmiech tak naprawdę oznaczał tyle co jeszcze może być tak, jak kiedyś, bez większych znaczeń, bez drugiego dna, bez żadnej gry, w której żadne z nich nie chce brać udziału.
    Podniósł się gwałtownie z pufy i wzruszył jeszcze delikatnie ramionami, nim odstawił ją na swoje pierwotne miejsce. Spojrzał na Olivię i uśmiechnął się jeszcze raz, kierując się na kanapę, na której siedział wcześniej. Nie zamierzał się narzucać, nie chciał na niej niczego wymuszać. Wiedział, że powiedział jej to, co powinien. Usłyszał też to, co usłyszeć chciał. Mógł spokojnie teraz iść i zająć się swoimi sprawami, które również do najprostszych nie należały. I może właśnie dlatego chciał jej to wszystko powiedzieć, z nadzieją, że to ona przyjdzie i zaproponuje tę cholerne wino i tę ciszę, której to on tak bardzo w tym momencie potrzebował. Nie chciał przyznać się do słabości i czekał, wolał czekać.

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  16. Okres świąt wcale nie należał do łatwych, jak mogłoby się wydawać. Gdy jedni z niecierpliwością oczekiwali na świąteczny okres, drudzy jeszcze przed jego rozpoczęciem modlili się o jego szybkie i sprawne zakończenie. Jakby przez okres tych kilku dni, musieli być ciągle czujni. Wypatrując kata, który dostał rozkaz ich ścięcia. Czasami tak właśnie czuł się Artair. Jak gdyby w trakcie świątecznych dni miał umrzeć i musiał się pilnować by czmychnąć przed zbliżającą się katastrofą. Dzisiejszy dzień… Nie był wielce inny, ale nie był również identyczny. Coś się zmieniło, chociaż uczucie naprężenia i gotowości nigdzie nie odszedł, stało się coś, co śmiało można nazwać bożonarodzeniowym cudem. Pogodzili się? Nie umiał tego stwierdzić do momentu, gdy nie stanęła przed nim i kanapą, na której leżał krucha dziewczyna, która już po chwili kucała i szeptała mu o wspólnym posiłku. Nic jej nie odpowiedział, zamiast tego podniósł się z kanapy i bez słowa pociągnął ją delikatnie za sobą w stronę wyjścia z pokoju. Po opuszczeniu pomieszczenia puścił ją i zatrzymując się na chwilę, spojrzał na nią.
    — Naprawdę nic nie jadłaś cały dzień? To chore. — Powiedział, próbując sobie wyobrazić nie tkniecie niczego, od początku dnia. W ciągu tych godzin pochłonął tak wiele w siebie, że po zjedzeniu kolacji z pewnością będzie ubolewał nad bólem żołądka, ale z drugiej strony w ten świąteczny, paskudny czas mógł czerpać chociaż jedną, małą przyjemność jaką było jedzenie. Domowe skrzaty pracujące w zamku naprawdę się popisywały w trakcie Bożego Narodzenia, szykując niesamowite potrawy, o których w ciągu roku mogli po prostu zapomnieć. Oczywiście te podawane na co dzień również należały do smacznych, jednak to nie było to samo co teraz. I o ile opuszczając pokój wspólny myślał jedynie o smacznym jedzeniu i chwili z Olivią, w momencie gdy przekroczyli próg Wielkiej Sali, jakiś cichy głosik szepnął mu złośliwie, że wcale nie powinien tak ochoczo się zgadzać. Było jednak za późno na odwrót. Rozejrzał się po pomieszczeniu, a wzrok zatrzymał na dłużej przy stole Puchonów, uważnie przyglądając się siedzącym przy nim uczniom, w poszukiwaniu tej jednej uczennicy, jakby próbując odnaleźć zgodę na przebywanie w towarzystwie Olivii. Dziewczyna mogła to zauważyć, chociaż z pewnością nie mogła wiedzieć nic o Addison. Puchonka bowiem starannie ukrywała związek z Artairem, czego Ślizgon nie potrafił zrozumieć, ale nie potrafił również oprzeć się kruche blondynce.
    — Na co masz ochotę? — Zapytał, gdy zasiedli przy Ślizgońskim stole, chociaż znajdowało się przy nim sporo uczniów z innych domów. W czasie świąt było miejsce na pojednanie, nawet te pomiędzy walczącymi i rywalizującymi między sobą domami. — Dawno nie jadłem indyka. — Mruknął i wyciągnął dłoń przed siebie, chcąc nałożyć sobie kawałek. Od czasu do czasu zerkając na stół Hufflepuffu.
    — Tylko skoro nie jadłaś nic przez cały dzień, nie wpychaj w siebie teraz wszystkiego. — Powiedział, przyglądając się Liv i temu, co nakładała sobie na talerz.

    Artie

    OdpowiedzUsuń
  17. Duże miasta napawały go swojego rodzaju ekscytacją i zdumieniem. Mimo że Londyn odwiedzał systematycznie i odkrył już wiele jego zakątków, to otaczający go ludzie i budynki sprawiały, iż czuł się jak mrówka, która ucieka przed cieniem buta. Był tylko wychowanym na przedmieściach Edynburga szkockim chłopakiem, a świat nie kończył się na Anglii. Chęć poczucia czegoś zupełnie nowego bardzo go ekscytowała. Wyrwanie się z surowego domu mogło być przełomem w jego życiu. Jednakże w perspektywie miał jeszcze skończenie szkoły, a dwa miesiące nie gwarantowały całkowitego rozwinięcia skrzydeł. I tak ojciec sukcesywnie by mu je podcinał.
    Dzisiejszy wypad do Londynu nie był niczym specjalnym – jego matka zaproponowała mu towarzyszenie jej, gdy chciała załatwić coś u Gringotta. Joshuę nie interesowały gobliny oraz jeżdżenie wagonikiem po ciemnych jaskiniach, więc pod budynkiem banku rozstał się ze swoją rodzicielką i wyruszył na samotny spacer ulicą Pokątną. Znał ją na pamięć. Pierwszy raz był tutaj, gdy miał zaledwie półtora roku. Prawie zgubił się w tłumie, bo był to okres jego wzmożonej aktywności fizycznej i odkrywania świata. Teraz przewyższał tłum o prawie głowę i widział każdą z wad, które go otaczały. Tak naprawdę nie miał co tu odkrywać. Nuda zaczęła się piętrzyć.
    Skręcił w jedną z bocznych uliczek nie patrząc na jej nazwę (mając cichą nadzieję, że wybrał ulicę Śmiertelnego Nokturnu, niestety nieskutecznie). Te wąskie drogi miały najwięcej uroku, a i selekcja czarodziejów była jakby surowsza.
    Spacer Josha zakończył się w jednym z barów, gdzie bywał dosyć często z ojcem. Wcześniej dostawał tu tylko sok dyniowy, teraz mógł już połasić się na Ognistą i nikt z dorosłych nie miałby do niego pretensji. Usiadł na jednym ze stołków barowych i machnął ręką do znajomego barmana i zarazem swojego wuja, Hubertusa Fawleya, który przywitał go szerokim uśmiechem i od razu zabrał się za nalewanie alkoholu swojemu siostrzeńcowi. Joshua nie miał słabej głowy, więc zanim cokolwiek go ruszyło, wuj Hubertus musiał postawić przed nim dosyć sporo szklanek.
    Joshua stał się roześmiany po sześciu szklankach. Nie był pijany, bezproblemowo kontaktował i dało się z nim dogadać, nawet lepiej niż zwykle. Wtedy też zabrał się za stawianie drinków innym.
    - Jeszcze jeden dla, o! Tutaj! – zaśmiał się dźwięcznie, zauważając siedzącą obok siebie dziewczynę, którą znał ze szkoły i z którą nawet mógł pochwalić się koleżeństwem. – Dla Olivii! Zasługuje na to! Cześć, jak wakacje? – Oparł głowę o rękę i wlepił szare spojrzenie w koleżankę. Gdy wuj chciał mu nalać kolejną szklankę whisky, chwycił go za nadgarstek i pokręcił głową. Musiał przecież jakoś wrócić do domu i nie wydurnić się przed matką.

    Josh

    OdpowiedzUsuń
  18. [Witam na blogu kolejną z twoich postaci :) Jak zawsze ciekawa, choć rodzinka Astori do przyjemniaczków nie należała, wręcz przeciwnie. Gratuluję treści i świetnego zdjęcia, które od razu przykuło moją uwagę.
    Życzę udanej zabawy kolejną postaci i wielu ciekawych wątków! :)]

    Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  19. Joshua miał pewien problem z całkowitym rozwinięciem skrzydeł po ukończeniu siedemnastu lat. Mimo, że pełnoletność uzyskał w styczniu, to pod spojrzeniem autorytetów nadal czuł się jak mały chłopiec, który dopiero uczy się narzuconego życia w czarodziejskim świecie. Nie był głupi i umiał odnaleźć się w dorosłym otoczeniu, bo wiedział co powiedzieć i jak się zachować, przynajmniej wśród ludzi podobnych do tych, w których towarzystwie się wychowywał. Pewne ograniczenia tłumaczył sobie tęsknotą rodziców i niechęcią do wypuszczenia pociech z rodzinnego gniazda. U matki ta teoria rzeczywiście się sprawdzała, a ojca niestety jeszcze nie rozgryzł.
    Chciał zrobić coś, aby pokazać niezależność, lecz nie wiedział co i trochę się bał. Pochylona głowa i uciekanie wzrokiem przed własnym ojcem na pewno nie pomagały mu w osiągnięciu szczytu dorosłości. Uwiązanie było uciążliwe, ale i tak był wdzięczny losowi, że urodził się w takiej, a nie innej rodzinie. Mógł przecież trafić do jakiejś brudnym i zupełnie przeciętnym rodzie. Nawet ród to o wiele za mocne słowo.
    Jednak teraz czuł się dobrze. Przyjemnie szumiało mu w głowie, poczuł imitację szczęścia na kilka chwil i nawet nie myślał o tym, jak bardzo dostanie po głowie od matki, która nie lubiła alkoholu i potajemnie wylewała całe butelki Ognistej do krzaków jakichś szkockich mugoli.
    Joshua zatrzepotał kilka razy rzęsami i wyciągnął się na stołku, przez co kości w jego ciele niebezpiecznie zaskrzypiały. Kątem oka zauważył, jak jego wuj czai się z kolejną otwartą butelką whisky, na co pokręcił głową i odwrócił szklankę dnem do góry. To nie była odpowiednia pora na wielkie picie, chociaż podobno po dwunastej to już nie alkoholizm.
    - W porządku, jakoś leci, ale mogło być lepiej – odparł szczerze, cicho mówiąc sobie, że mimo lekkiego upojenia alkoholowego nie powinien zdradzać zbyt wiele. Nikt poza domownikami nie musiał wiedzieć, co działo się za zamkniętymi drzwiami posiadłości Yaxleyów. – Wujek, polej jeszcze Olivii, o, super, dziękuję. Nie, mi nie, matka mi łeb ukręci, przecież wiesz. Czyli u ciebie cudownie, hm? – Znów skupił swoją uwagę na dziewczynie. – Wydarzyło się coś specjalnego, że jest aż cudownie?

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  20. Perspektywa wlewania w siebie kolejnych szklanek alkoholu była kusząca, ale z każdą kolejną Joshua prawdopodobnie zachowywałby się jeszcze bardziej nieznośnie niż zwykle, a jego wuj od razu wysłałby patronusa do swojej siostry i dokładnie opisał, co wyprawia jej najstarszy syneczek. Dlatego też Josh postanowił wlepić bystre i przenikliwe spojrzenie w twarz Olivii, coby skupić się jedynie na tym jednym punkcie i nie interesować się niczym innym wokół niego. Nie wiedział, na kogo trafi i gdzie znajdzie się dzisiejszego wieczoru. Kiedyś jakaś mało urodziwa dziewczyna chciała zaciągnąć go do swojego mieszkania, a Josha uratował jakiś chłopak o orzechowych oczach i to w jego kawalerce spędził noc. Dzisiaj chciał tego uniknąć. Aktualnie jego planem jest powrót do Edynburga, a nie znalezienie się w obcym mieszkaniu.
    Miał nadzieję, że Olivia nie czuje się niekomfortowo, gdy tak usilnie na nią patrzył, ale kontrola nad samym sobą przychodziła mu w tym momencie dosyć trudno.
    - Okej, cieszę się – powiedział bez przekonania i wcześniej wspomniana uciecha na pewno nie była słyszalna w jego głosie. – Jakie masz plany na dzisiaj? Resztę wakacji?
    Wstawiony Joshua Yaxley był bardzo rozgadany, bardzo irytujący i bardzo przytulaśny. Do tego ostatniego punktu na szczęście jeszcze nie doszli i Josh nie chciał ryzykować dostaniem z otwartej dłoni w twarz.

    Josh

    OdpowiedzUsuń
  21. Impreza poprzedniego wieczoru była po prostu najlepsza. Dla Artaira pierwsza tak dobra od dłuższego czasu, a wszystko za sprawą Olivii, bo w końcu była. Tak zwyczajniej, najzwyczajniej na świecie po prostu była. Niczego nie chciała, niczego nie wymagała. Nawet nie musiał jej o niczym mówić, po prostu, mogli być razem ale oddzielnie. To było zdecydowanie skomplikowane dla wszystkich innych, ale dla ich dwójki było to coś najprostszego i najpiękniejszego, bo żadne z nich niczego nie chciało ani wziąć, ani zabrać, a obecność drugiej takiej osoby była ziszczeniem wszelkich marzeń. Bo jeżeli już czegoś chcieli, to mogli wymagać od kogoś innego.
    Faktycznie głowa go odrobinę bolała, a w ustach wciąż miał pustynię niezależnie od pochłoniętych hektolitrów napojów. Nie przejmował się tym jednak zbytnio, ponieważ sobotę mógł spędzić nawet z bólem głowy, leżąc na kanapie w Pokoju Wspólnym i nawet nie kiwnąć palcem, ot leniwy dzień. I taki był potrzebny od czasu do czasu. Szczególnie po intensywnym tygodniu. Profesorowie dawali im nieźle w kość, na każdym kroku przypominając, że znajdują się już na ostatnim, siódmym roku, a w czerwcu czekają ich egzaminy. Egzaminy, o których nikt nie pozwalał im zapomnieć, ani kadra pedagogiczna, ani rodzina a tym bardziej kujońscy znajomi siedzący non stop z nosem w książkach i mówiący z przerażeniem o tym, jak bardzo się boją, że zabraknie im jakiegoś punktu. Artair nigdy się nie przejmował, bo dobrze wiedział, że jeżeli samemu mu się nie uda zdać OWUTemów wystarczająco dobrze to któryś z rodziców i tak zapewni mu ciepłą i stabilną posadę. Dlatego nie uczył się specjalnie, a większość wolnego czasu poświęcał na odgadnięcie pewnej zagadki, która ostatnimi czasy dręczyła go szczególnie mocno. A książka, z jaką można było go spotkać to ta, którą dostał w prezencie od Liv.
    — Nie tak głośno, bo mi czaszka wybuchnie. — Uśmiechnął się krzywo, unosząc głowę w górę i zerkając na dziewczynę. Leżał oparty plecami o oparcie kanapy, a nogi wyciągnięte miał na stoliku, na którym dziewczyna położyła kubki wypełnione herbatą. — Mógłbym cię nazwać aniołem, a nie kobietą, ale jesteś ze Slytherinu, z pewnością jesteś ucieleśnieniem szatana. — Wyszczerzył szeroko zęby, pomimo bolącej głowy. Na kolanach trzymał książkę, której do przeczytania zostało mu już kilka ostatnich stron, jednak książka ta nie była tą, którą po przeczytaniu odkłada się zaraz na półkę. Wręcz przeciwnie, kartkuje się jeszcze jej strony zaznaczając ważniejsze fragmenty chcąc odnaleźć inne źródło informacyjne. Artair miał obsesję na punkcie leglimencji i oklumencji, o czym mało kto, a właściwie nikt poza Olivią nie wiedział.
    — Tylko mi nie mów, że tobie nic nie jest. — Nie spojrzał nawet na dziewczynę, a wychylił się delikatnie aby podnieść kubek i upić kilka łyków przygotowanej przez dziewczynę herbaty. — Całkiem dobra. — Dodał, patrząc już na nią i wracając plecami do oparcia kanapy, odziane w grube skarpety stopy dziewczyny, w ogóle mu nie przeszkadzały, a dość istotnym był fakt, że nikomu innemu nie pozwoliłby na grzanie stóp za pomocą, między innymi jego osoby.

    Artie

    OdpowiedzUsuń
  22. — Chyba sama nie wierzysz w to co mówisz. — Uśmiechnął się, kiedy dziewczyna odparła, że jest aniołem. Z dalszą częścią jej wypowiedzi zgadzał się w stu procentach, więc nie dorzucił już nic więcej od siebie. Pochylił się ponownie nad stolik, aby chwycić kubek i upić kolejnych kilka łyków. Nie odłożył już jednak powrotem naczynia na drewniany stolik kawowy. Chwycił go w jedną rękę, a drugą otworzył książkę i przekartkował kilka stron, szukając tej, na której ostatnio przerwał. Boląca głowa odrobinę go zniechęcała do czytania kolejnych fragmentów, ale ciekawość sprawiała, że nie mógł wytrzymać i własnowolnie urządzić sobie przerwy. Musiał dowiedzieć się jak najwięcej i najszybciej. Wierzył, że w końcu, któraś z ksiąg doprowadzi go do rozwiązania zagadki. Oczywiście widok Artaira z książkami należał raczej do tych rzadki, a kumple od razu zaczęli się z niego wyśmiewać, że stał się nagle kujonem, chociaż miało to mało wspólnego ze szkolną nauką.
    — Tak, całkiem dobre. Wybacz, ale jak wspominałem szybciej. Nie mogę cię rozpieszczać słowami, nie jesteś wystarczająco wyjątkowa, aby otrzymywać ode mnie takie komplementy. — Mruknął, szczerząc się wesoło jednak szybko pożałował, zbyt szybkiego poszerzenia szczęki i ruchu głową, która w tempie ekspresowym go zabolała, przypominając dosadnie o wczorajszej imprezie. Na jego twarzy pojawił się grymas, a on sam wzdrygnął się delikatnie, zaciskając wargi w cienki pasek, sycząc cicho przy tym. Westchnął ciężko i oparł się wygodnie plecami o kanapę i nogi dziewczyny. Faktycznie, niejednokrotnie mu mówiła o tym, by kłaść się w odpowiednim momencie, ale Artair nigdy nie znał umiaru w trakcie imprez. O ile wino potrafił odłożyć na bok bez żadnego słowa, tak gdy w pobliżu pojawiała się ognista whisky mógł ją pić i pić. Nie czuł od razu jej działania, a gdy orientował się, było zazwyczaj już za późno.
    — No już, już. Gdyby mi faktycznie wybuchła, płakałabyś z rozpaczy, Greengrass. — Uśmiechnął się i delikatnie pochylił w jej stronę. — Nikogo nie oszukasz, Liv. — Szepnął ciszej, a zaraz później odsunął się i zaśmiał wesoło. Jeżeli w przeciągu godziny głowa nie przestanie go boleć z pewnością przemieści się do Skrzydła Szpitalnego, błagając uzdrowicielkę o uratowanie jego żywotu. Westchnął ponownie, był wyczerpany wczorajszym świętowaniem, co było widać na pierwszy rzut oka. — Liv, dzięki za tę książkę. Jest świetna i bardzo pomocna. — Powiedział, korzystając z okazji i podziękował jej raz jeszcze. Szczerze i znacznie grzeczniej i przyzwoicie w porównaniu do samego Bożego Narodzenia.

    Artie

    OdpowiedzUsuń
  23. Nic więcej nie powiedział. Skupił się ponownie na książce i cieszył się obecnością Olivii, bo gdy ona znajdowała się obok, wszystko było nagle… Jakby przyjemniejsze. Siedzenie w Pokoju Wspólnym, spacery po mrozie i nawet znienawidzone przez Artaira paszteciki dyniowe, w towarzystwie Greengrass smakowały po prostu inaczej, lepiej.

    Na śniadanie się spóźnił, więc nie miał pojęcia czy Olivia się na nim pojawiła. Wcześniejszego wieczoru zasiedział się razem z Addison i wrócił do swojego dormitorium zdecydowanie za późno, nie znajdując już czasu dla nikogo więcej. Poza tym… Po spotkaniach z dziewczyną, nawet nie myślał o tym by siedzieć z kimś jeszcze. Wolał wrócić prosto do łóżka i rozkoszować się jeszcze ciepłym wspomnieniem minionej chwili, jakby uparcie uchwytując się jej i nie chcąc pozwolić jej przeminąć. Zatrzymać ją, chociażby na odrobinę dłużej, z utęsknieniem wyczekując kolejnego spotkania… Pierwsze zajęcia mieli oddzielne, ale kolejne miał z Olivią i o ile na pierwszych wspólnych nie zwrócił szczególnej uwagi na brak obecności Liv, na kolejnych już ją dostrzegł. Dostrzegł też na każdych kolejnych i o ile normalnie nie zaprzątałby sobie tym głowy, od jakiegoś czasu myślał o dziewczynie częściej niż normalnie.
    Gdy wieczorem w Pokoju Wspólnym zauważył, jak wchodzi do pomieszczenia, od razu zerwał się gwałtownie z kanapy i ruszył w jej stronę, nawet nie zastanawiając się nad tym, jak to może wyglądać do trzeciego obserwatora.
    — Liv. — Wypowiedział melodyjnie, zagradzając jej drogę. Nie mógł pozwolić, aby zniknęła za drzwiami swojego dormitorium. Nie, gdy nie widział jej cały dzień, a teraz, gdy w końcu ma tę okazję dziewczyna pospiesznie chce ukryć się za drzwiami dziewczęcej sypialni. Widział to. Widział, jak szybko zmierzała w tamtą stronę i chociaż pragnienia wymalowanego na jej twarzy ani w oczach dostrzec nie potrafił, czuł, że ma ochotę odejść, zniknąć, z nikim nie rozmawiać. Powinien pozwolić jej to zrobić. Powinien zrobić krok w bok i przepuścić ją. Bez zaangażowania, bez wymagań. Ale coś mu podpowiadało, że musi z nią porozmawiać jeszcze dzisiaj. — Cholernie zmarzłem w lochach, na eliksirach a ty…? Grzałaś się gdzieś i nawet nie zostawiłaś mi przepisu na herbatę. — Niby jęknął, przechylając odrobinę głowę na bok i przyglądając się jej twarzy. Widział ślady na policzkach, ale nie był na tyle bezczelny by pytać wprost co się chciało. Mogła mu powiedzieć i musiał sprawić, aby była tego świadoma. Jednocześnie nie odczuwając żadnej presji, bo jeżeliby tego nie chciała, w żaden sposób nie chciał naciskać. W końcu nie na tym polegał ich układ idealny.

    Avery

    OdpowiedzUsuń
  24. Dobrze, że jego mózg nie był na tyle zamglony co oczy. Powoli wszystko zaczęło się rozjaśniać, jakby krótka przerwa od picia pomogła mu w odzyskaniu wszystkich zmysłów i przywróceniu do życia nieco chłodnego i łatwo irytującego się Yaxleya. Nie odzyskał jeszcze co prawda stuprocentowej koordynacji ruchowej, więc nawet nie próbował wstawać ze stołka, ale już się na nim wyprostował i na blacie oparł tylko jeden łokieć, a nie całego siebie.
    - Mój wuj cię upije, zawsze wszystkich upija na zjazdach rodzinnych – powiedział, spoglądając chytrze na wujka Hubertusa, który oprócz polewania swoim klientom, sam również coś sobie na boku łyknął. – Wybitny plan na wakacje – powtórzył, przenosząc wzrok na Olivię.- Brzmi dobrze. Ja pewnie będę rozdarty pomiędzy Londynem a Edynburgiem. Ciągle to samo, nawet nas ojciec nigdzie nie zabierze, bo praca, praca, praca. Cholernie mnie to nudzi.
    W porę się złapał i ugryzł w język, aby nie zacząć litania, jak to mu nudno w tej Szkocji, jak szkoda mu młodszego rodzeństwa, bo prawie w ogóle nigdzie nie podróżują, jak bardzo jego ojciec jest zapatrzony w swoją pracę i pokazywanie się na czarodziejskich salonach. To było monotonne i nie wnosiło nic nowego do życia Josha. Był młody, chciałby poczuć tę młodość, ale na razie nie widział na horyzoncie żadnej okazji do złapania.

    Josh

    OdpowiedzUsuń
  25. Chciał i nie chciał wiedzieć co się stało. Sam nie wiedział, które z tych pragnień jest silniejsze. Wiedział, że w momencie, w którym zacząłby ją wypytywać o cokolwiek, lub usilnie próbując wydusić z niej informacje, przekroczyłby granicę. Granicę, której przekraczać nie wolno, granicę, która już raz przekroczona została i jak, oboje zdążyli się o tym przekonać, było trudno i dziwnie. Na początku, teraz… Teraz było dobrze, ale Artair nie miał zamiaru sprawdzać czy za drugim razem będzie dokładnie tak samo. Nie chciał ryzykować, bo miał za dużo do stracenia, chociaż teoretycznie nie miał nic do stracenia, bo nic między nimi nie było. Wpatrywał się przez chwilę w milczeniu w dziewczynę i zastanawiał się, co takiego ma zrobić. Gdy w końcu się odezwała skinął tylko głową i posłusznie ruszył za nią. Szedł w odległości jednego kroku i wpatrywał się w plecy, zastanawiając się co takiego zaraz się wydarzy. Był niby gotowy na wszystko, ale tak naprawdę nie był gotowy na nic. Nie miał pojęcia czego ma się spodziewać, czego ma oczekiwać, co takiego się wydarzy. Przyglądał się, jak dziewczyna przygotowuje napój, jednak nie odezwał się słowem.
    Gdy znaleźli się w ich salce, a Olivia powiedziała w końcu co takiego się stało, przełknął ślinę i gapił się w trzymany przez siebie termos. Nie miał pojęcia co ma powiedzieć, co ma zrobić. Nie spodziewał się tego. Nie chciał żadnych wyznań, nie chciał zwierzeń. Nie chciał czuć zobowiązań, nie zamierzał nosić na swoich barkach cudzego ciężaru, ale Liv… Miał ochotę ją przytulić. I tak też zrobił. Odłożył na bok termos, podszedł do niej, wyciągnął z jej dłoni kubki, które również odłożył na bok, a zaraz później ponownie do niej podszedł i bez słowa, po prostu objął ją swoimi ramionami, przyciągając ją do swojej klatki piersiowej, pozwalając jej schować się w jego objęciach, silnych, niegdyś umięśnionych przez grę w domowej drużynie Quidditcha, ramionach. Sam po sobie nie spodziewał się takiej reakcji. Przecież tego nie chciał. Nie chciał się angażować, nie mógł się angażować. Miał taki być dla kogoś zupełnie innego. Nie dla niej. Nie dla Greengrass, która po prostu miała być, gdzieś w pobliżu, niedaleko, po prostu być…
    — Wypłacz się. — Powiedział po chwili, cicho odchrząkając. Wiedział, że Livia swojego ojca nie znała, widział jednak, że to przeżywała. On sam, nie miał pojęcia jakby zareagował. Pomimo, że ojca znał, ciągle tylko się z nim kłócił i na ten moment, gdyby ktoś go o to zapytał, wściekły palnąłby, że byłby szczęśliwy, ale czy naprawdę? Nie mógł tego wiedzieć i… Nie chciał tego mimo wszystko sprawdzać. — I nie mów nic więcej. Nie mów niczego, czego mówić nie chcesz. — Mruknął, gładząc delikatnie dłonią jej głowę, wplątując palce w krótkie włosy dziewczyny. Drugą zaś, sunął ostrożnie po jej plecach, wciąż mocniej do siebie przyciskając. Chciał się nią teraz zająć, chciał się nią zaopiekować, ochronić ją, chociaż… Nie miał pojęcia dlaczego chce to zrobić. Nie powinien chcieć.

    Artair


    OdpowiedzUsuń
  26. [Hmm, z tym imieniem jest tak samo jak z "Harrym", "Bellamy, Bellamym, Bellamy'ego" itp. XD I dziękuję ślicznie, bardzo mi miło, że Bells przypadł do gustu :) Prawdę powiedziawszy wątki damsko-męskie rzadko mi wychodzą, dotychczas chyba tylko jeden udało mi się poprowadzić, ale może warto byłoby spróbować to zmienić! Tylko musisz mi powiedzieć, którą z pań wolałabyś wystawić na pożarcie krwiożerczemu wilkołakowi i jakie relacje by Cię interesowały, a ja obiecuję, że zajmę się resztą :)]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie wiedział, co takiego właściwie się dzieje. Dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Po co w ogóle wracał do tego, co było kiedyś? Ponieważ jej potrzebował, ponieważ mimo, że usilnie się przed tym bronił, nie wyobrażał sobie życia bez Olivii obok. Tak po prostu. Była mu potrzebna jako ten jeden, jedyny stały element, który niczego nie zmieniał w jego życiu. A jednak. Coś się zmieniło, coś sprawiło, że już nic nie było takie samo jak wcześniej.
    Uwolnił w końcu dziewczynę ze swoich objęć i spojrzał na nią z zaciekawieniem w oczach, chociaż starał się za wszelką cenę tego nie ukazywać. W końcu, oboje wiedzieli, jak miało być. Zaplótł dłonie na wysokości klatki piersiowej i zagryzł wargę.
    — Skoro chcesz to powiedz. — Odezwał się po chwili ciszy, zastanawiając się czy tak naprawdę, on sam chce to usłyszeć. Chciał, ale doskonale pamiętał, jak mówiła mu, że nie jest teraz taka sama jak wcześniej, że lepiej się w to nie angażować, że się nie mieszać. Rozumiał, że stoi na rozstaju dróg i musi podjąć decyzję. Zdecydować w którym chce iść kierunku i dlaczego… Na końcu każdej drogi coś się znajdowało, widział obie drogi ale nie miał pojęcia co jest na ich zakończeniu, ani co stanie się po drodze. Westchnął ponownie i skinął tylko delikatnie głową. — Ale wiesz ja jest Liv — mruknął, zaciskając dłonie w pięści, ukrywając je w zgięciach łokci, tak aby dziewczyna nie mogła dostrzec jego dłoni. — Jeżeli czujesz taką potrzebę to, to po prostu zrób, ale… To i tak niczego nie zmieni. Ani tego, co jest pomiędzy nami, ani… Niczego innego. — Chciał usłyszeć całą historię, całą opowieść, ale… Bał się konsekwencji, bał się ryzyka, które prędzej czy później i tak podejmie. Był świadom, że przyjdzie czas w którym będzie musiał zadecydować w stu procentach, zamiast wciąż przekładać ostateczną decyzję na później i później.

    Artie


    OdpowiedzUsuń
  28. [Cześć, przychodzę po wątek! <3 Olivia jest rok starsza, więc nie możemy ich wcisnąć razem na zajęciach, ale może wymyślimy coś innego?]
    Adam Lee
    (może na gg będzie łatwiej się dogadać?)

    OdpowiedzUsuń
  29. Joshowi nawet trudno było zliczyć ile butelek alkoholu wuj Hubertus stawiał na stole za każdym razem, gdy rodzina spotykała się w komplecie. Przynajmniej trochę rozluźniał atmosferę i zwykle spięci członkowie wyniosłych rodów czarodziejskich przestawali siedzieć wyprostowani na krzesłach. Nie wiedzieć czemu, tylko ojciec Josha nie dawał się ponieść luzowi. A szkoda, bo czasem by mu się przydało.
    Na słuch o arystokratycznych bankietach i urodzinach ministra magii wzdrygnął się i zawołał wuja, aby jednak nalał mu jeszcze jedną niewinną szklaneczkę whisky. Myślenie na trzeźwo o tego typu wydarzeniach przyprawiało go o zawroty głowy. Cóż, alkohol też je powodował, ale to było całkiem co innego.
    - Na tych bankietach są mądrzy ludzie, ale z czasem stają się nudni – mruknął, patrząc posępnie na pustą szklankę, jakby to w niej zawarta była odpowiedź na pytanie o sens życia. – Też chcę gdzieś pojechać, cholera, myślę, że na to zasługuję po takim braku jakiejkolwiek rozrywki. Naprawdę chcę.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  30. Joshua od razu spochmurniał, gdy zaczął myśleć o urodzinach ministra, na których znów będzie musiał ładnie się uśmiechać, stać ramię w ramię ze swoim ojcem i próbować go zadowolić swoim zachowaniem wśród czarodziejskiej elity. Nawet tak prosta czynność jak stanie w jednym miejscu z wyprostowanymi plecami wydawało się być w tym momencie bardzo trudnym wyzwaniem. Josh miał ochotę zakopać się gdzieś pod kocem z książką i zjeść pięć paczek herbatników matczynej roboty.
    Anty-ślizgońska spontaniczność… Problem w tym, że Josh był kwintesencją Ślizgona i jego przydział do tego domu nie zależał jedynie od jego pochodzenia. Jego zachowanie i podejście do życia aż śmierdziało Slytherinem. Zmuszenie się do czegoś innego było kuszące, ale za to jakie trudne.
    Chłopak spojrzał na Olivię, która zeskoczyła ze stołka barowego i spojrzał na nią z zagubieniem w oczach. Był rozdarty. Liv wyglądała na osobę, która doskonale wiedziała, czego chciała i uparcie dążyła do swojego celu. Joshua nadal był trochę zagubiony.
    - Poczekaj – powiedział w końcu, również wstając. Nie zatoczył się, więc ocenił swój stan na względnie przyzwoity.- Czyli ty gdzieś wyruszasz, tak? Mogę jechać z tobą? – zapytał, zupełnie nie myśląc o swoich rodzicach i o tym, jak bardzo zdenerwuje ojca.- Nie będę jak kula u nogi, obiecuję.
    Cóż, tylko tak powiedział, bo naprawdę nie wiedział, czy dotrzyma obietnicę. Jeśli w ogóle gdzieś pojedzie.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  31. Jaka część jego chciała, aby Olivia kategorycznie mu odmówiła i zostawiła go w tym barze. Trochę bał się reakcji ojca na ten nagły wypad, ale, jak to Liv w kółko mu powtarzała, był już dorosły i miał prawo decydować o sobie i swoich czynach. Najwyżej znów się nasłucha, jakim to nieodpowiedzialnym i rozpieszczonym jest człowiekiem, ale jedna kłótnia w tę czy we w tę nie zrobi mu żadnej różnicy.
    Naprawdę się zdziwił, gdy Olivia jednak się zgodziła i od razu przystąpiła do wcielania planu (a raczej jego braku) w życie. Poczuł mało przyjemne pociągnięcie w okolicach pępka i zanim się obejrzał, byli już w innym miejscu. Na chwilę przypomniał sobie o swojej matce u Gringotta, która prawdopodobnie nieźle go skrzyczy… A nie, zaraz. Nie skrzyczy go, bo Josha nie będzie już w domu. To brzmiało bardzo surrealistycznie.
    Patrzył, jak Olivia się pakuje i sam układał sobie w głowę listę rzeczy, których potrzebuje. Koniec końców nie było ich zbyt wiele, więc pakowanie również nie powinno zająć mu zbyt wiele czasu.
    - Okej, to teraz do mnie. – Skinął głową i chwycił Olivię za nadgarstek.
    Chwilę później znaleźli się pod okazałą pozłacaną bramą (Joshowi nigdy się nie podobała), za którą znajdowała się dwupiętrowa rezydencja Yaxleyów. Latem ogród mienił się wszystkimi kolorami, trawnik był idealnie przystrzyżony, a żywopłot przycięty z dokładnością do milimetra. Czasami czuł się tu aż za bogato.
    - Ojciec jest z moim rodzeństwem u dziadków, więc raczej nikt nam nie przeszkodzi – powiedział, idąc żwawym krokiem w stronę drzwi wejściowych do posiadłości. – Tak w ogóle to masz jakiś plan? Czy działamy zupełnie spontanicznie?
    Pchnął masywne drzwi i nieco się zdziwił, że były otwarte – spodziewał się spotkać opór. Zmarszczył brwi i wpuścił Olivię do dużego holu. Rozejrzał się wokół, szukając czegoś niepokojącego, ale niczego nie zauważył. Mimo to coś mu nie grało.
    - Chodź na górę, ale cicho. – Przyłożył palec wskazujący do ust. – Coś mi tu nie pasuje.
    Zaczął stawiać ostrożne kroki na ciemnych, marmurowych schodach. Nawet nie wiedział, czego ma się spodziewać.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  32. Bał się. A zawsze kierował się strachem. Dlatego nie chciał ponownie przekraczać pewnych granic. Z drugiej strony miał dość tych wszystkich, kompletnie nic nie znaczących znajomości. Ludzi, którzy pojawiali się i znikali, nie pozostawiając po sobie żadnego, nawet najmniejszego śladu. Olivia taki ślad zostawiła i chociaż zapierał się rękoma i nogami, zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie jest już takie samo, jakie było wcześniej. Właśnie dlatego nie chciał wiedzieć więcej niż musiał. Nie wiedział tylko, co ma z tym zrobić. Pozwolić, aby wszystko rozwijało się swoim tempem czy raczej przerwać to? Odciąć się jeszcze bezboleśnie, czy iść dalej, głębiej, bliżej? Wziął głęboki oddech i wypuścił powoli powietrze przez lekko rozchylone wargi i odwrócił spojrzenie od Greengrass, aby przyjrzeć się dokładnie pomieszczeniu, w którym się znajdowali, jakby chciał w nim znaleźć odpowiedź, na właśnie dręczące go pytania i problemy. Nie chciał się wycofywać, ale nie czuł też potrzeby, aby ciągnąć to na siłę.
    — Nie zrozum mnie źle. — Powiedział w końcu, robiąc powoli krok do tyłu i opierając się biodrem o drewniany, zakurzony stolik. — Jeżeli to ma sprawić, że poczujesz się lepiej. Powiedz. Ale błagam, nie wymagaj ode mnie wsparcia i słów otuchy. Ja się na tym nie znam i nawet nie chcę się znać. — Powiedział w końcu, uważając, że znalazł właśnie rozwiązanie idealne. Chciał, aby Olivia mu powiedziała, ale nie chciał się do tego przyznać, będąc świadomym, że to by coś oznaczało. A nie chciał takich rzeczy. Od znaczenia miał Addie. Addison, z którą ostatnio widywał się rzadziej, niż mógł i chciał. Chwycił kubek od dziewczyny i łapczywie upił łyk, zapominając, że napój jest gorący. Wypluł szybko odrobinę herbaty i syknął cicho, czując jak zmienia mu się faktura języka, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nienawidził tego uczucia, bo później nic już nie smakowało tak samo. Przyjemność płynąca z picia, przygotowanej przez Olivię herbaty uciekła mu właśnie w tym momencie, gdy zbyt łapczywie chciał jej spróbować.
    — Dobra powiedz mi. — Powiedział, przewracając oczyma. — Muszę się na czymś skupić. — Dodał cicho, bardziej do siebie niż do dziewczyny. Jakby będąc świadomym, że te słowa mogłyby przynieść ból.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  33. [Miłostki raczej odpadają, bo Bellek kopie do drugiej bramki i jeszcze nigdy nie miał dziewczyny :D Chętnie chwyciłabym się tej burzy mózgów, bo naprawdę jestem wyprana z pomysłów .-.]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  34. [Odpiszę tu, coby nie biegać po obu kartach! A propos robienia głupot z Liv - Bellek po ośmiomiesięcznej przerwie od szkoły stał się raczej zamknięty w sobie i nie w głowie mu rozpierducha. Jedyne łamanie prawa, na jakie się pisze to opróżnianie butelek Ognistej.
    A co do warzenia wywarów - Bells pogodził się w pełni z przemianami i już nawet nie szuka, a o jego przypadłości praktycznie nikt nie wie. Aczkolwiek! Jedno, co mi przyszło na myśl, to impreza w pokoju wspólnym Krukonów, po wygranym ze Slytherinem meczu Quidditcha. Bell jako, że przyjaźni się z jednym z uczniów stamtąd, mógłby wprosić się tam, z nadzieją, że łyknie sobie gdzieś dobrego trunku. Tam z Julią mogliby nawiązać jakiś kontakt, na zasadzie - Bell mógłby się schlać, albo na odwrót i ich relacja zaczęłaby powstawać od tamtego momentu, gdyby któryś postanowił, że zaopiekuje się drugim pijaczkiem, trzymanie włosów itp, a następnego dnia troskliwe i trochę prześmiewcze pytania o samopoczucie i w ogóle. Co ty na to? :) Jeśli do Julki to nie pasuje (wybrałam ją ze względu na przynależność do drużyny), to możemy spróbować dokładnie tego samego z Liv. :) ]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  35. [Przyszłam sobie do Olivii, bo to moje imię, więc z czystego sentymentu :) Jak najbardziej jestem chętna na wątek, a skoro są ślizgonkami, to można coś wykombinować :)
    Ps nigdy nie miałam tego zdjęcia przy żadnej postaci, więc pewnie mi nie mówiłaś, ale cieszę się, że przypadło do gustu :)]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  36. [Nieee, byłam tutaj ostatnio jakiś rok temu i nie pamiętam nawet, jaką miałam postać...
    lukrowane.ciastko@gmail.com jakby co odezwij się :)]

    Claire

    OdpowiedzUsuń
  37. [A dziękuję. Przyznam, że szukałam strasznie długo zdjęcia, które pasowałoby do Roslina. Faktycznie, z Amelią nic nam nie wyszło, ale tutaj z pewnością będzie łatwiej coś wymyślić. Są w końcu na tym samym roku i w tym samym domu, muszą się znać, to pewne!]

    Roslin Creswell

    OdpowiedzUsuń
  38. [Tylko mail. pomaranczovelove@gmail.com]

    Roslin Creswell

    OdpowiedzUsuń
  39. [Pewnie, że mam ochotę! Odezwiesz się na gg (podane w karcie) jeśli masz już może jakiś konspekt czy pomysł? :)]
    Hugo

    OdpowiedzUsuń
  40. Taki był właśnie Artair, a przynajmniej jako takiego znało go społeczeństwo na czele z zaślepionymi kumplami, którzy zrobiliby dla niego wszystko, i Olivia. Olivia również powinna pamiętać, jaki był. Zawsze, takie sam. Dbający jedynie o swój tyłek, o swoje interesy. Chłopak, który nie przejmował się niczym, ani nikim. Poza ojcem. Poza panem Avery’m, któremu szczerze chciał zaimponować, którego uwagę chciał zwrócić na dłużej i to czymś więcej, niżeli kolejnymi napadami swoich ataków, czymś wielkim. Na wymianie w Uagadou chciał odnaleźć prastary medalion, godząc się ze śmiercią świeżo poznanego chłopaka, chociaż jego przeraźliwy krzyk, nadal budził go czasami po nocach, ignorował to. Ignorował to wszystko na rzecz swojego imienia, na rzecz siebie samego. Mógłby komuś opowiedzieć o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Afryce, ale… po co? Po co miał skupiać się na kimś, kogo nie znał, kogo nawet poznać wystarczająco mocno nie mógł? Nigdy nie chciał. Odrzucał jedynie od siebie myśl o Arapmoimie, udając, że to tylko senny koszmar, który nigdy nie miał miejsce i o którym nigdy, nikt się nie dowie.
    — Skąd mam niby wiedzieć, czego chcesz? — Warknął ostro, odstawiając kubek na zakurzony blat stołu. Spojrzał na dziewczynę, oblizując nerwowo wargi. — Nigdy nie rozmawialiśmy na takie tematy, nigdy nie poruszaliśmy rzeczy, które nas nie dotyczyły. Skupialiśmy się tylko i wyłącznie na tym co po prostu było. A ty nagle wypalasz ze śmiercią ojca. — Dobrze wiedział, że jego słowa nie były łagodne ani potulne i pewnego dnia, będzie ich cholernie mocno żałował, jednak w tym momencie był po prostu zdenerwowany, a wtedy zazwyczaj nie zastanawiał się nad mocą wypowiadanych słów. Zawsze taki był. Gdy chciał komuś dowalić po prostu to robił, nie myśląc nad tym co było wcześniej, jaka była wcześniejsza znajomość. Dlatego z Avery’m lepiej było nie zadzierać. Gdy się na kogoś uwziął, wisiał nad nim już do końca, dopóki nie osiągnie swojego celu. Dokładnie tak było z tym chłopakiem z piątego roku, przez którego zrezygnował z Quidditcha. Dopóki sam nie zrezygnował z gry w swojej drużynie, Arta codziennie próbował zniechęcić go do życia.
    — Po prostu nie chcę niczego zmieniać. Dobrze jest tak, jak jest. Nie chcę, aby cokolwiek było inaczej niż teraz… Tak jest dobrze, najlepiej. — Powiedział, a po chwili na nią spojrzał, wsłuchując się w jej słowa. Wziął głęboki oddech i w myślach policzył do dziesięciu, próbując się uspokoić. Olivia wiedziała, że był porywczy, że łatwo dawał wyprowadzić się z równowagi, że czasami wystarczyło jedno, nieodpowiednie słowo, a Art. Potrafił wybuchnąć. Teraz było podobnie. Ponieważ obawiał się tego, co może się rozwinąć z tej znajomości. Niby wiedział czego oczekuje, a wciąż jednak czuł coś, czego czuć nie powinien. Wciąż coś go ciągnęło tam, gdzie nie powinno. — Będę, ale… Obiecaj mi coś, Liv, błagam. Obiecaj mi, że to co jest między nami, nigdy się nie zmieni.

    Artie

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie przepadał za wróżbiarstwem samym w sobie, jednak zdawał sobie sprawę, że po prostu musi na nie uczęszczać, aby nauczyć się tego w jaki sposób ma zapanować nad swoim darem i przekleństwem jednocześnie. Za to zielarstwo było tym, co lubił tak naprawdę, z całego serca. Jego stolik nocny obładowany był małymi doniczkami, w których znajdowały się najróżniejsze sadzonki. Począwszy od najzwyklejszego Fruwokwiatu, kończąc na Asfodelusie. Każdą ze swoich roślin traktował najczulej jak potrafił, często to właśnie dla nich był znacznie milszy niż dla ludzi, których z reguły starał się traktować dobrze, jednak nie zawsze mu to wychodziło. Szczególnie wtedy, gdy dłużej z kimś przebywał. Wbrew pozorom, zamiast zacieśniać więzy Creswell miał wrażenie, że się izoluje. Im więcej spędzał czasu z ludźmi, tym bardziej za nimi nie przepadał. Szczególnie tymi wszystkimi, prze chodnymi znajomościami które zaczynały się na składaniu zlecenia, a kończyły na odebraniu towaru. To przez nie nauczył się traktować ludzi jak klucz do pełnego portfela. Przez to też zawsze był niezwykle ostrożny, a przyjaciół dobierał powoli, robiąc wręcz selekcję, jakby upewniając się, że są oni mu potrzebni i faktycznie niezastąpieni.
    Poczuł, jak ktoś nagle uchwycił go silnie za nadgarstek i pociągnął mocno, tak, że Roslin nie był w stanie pozostać w miejscu. Zmarszczył brwi i odwrócił się, aby spojrzeć na człowieka, który odważył się mu w tak gwałtowny i nieprzyjemny sposób przerwać spokój. Uśmiechnął się krzywo, widząc jednego z Gryfonów, niejakiego Travisa Coelta.
    — Potrzebuję szalej jadowity. — Usłyszał cichy szept chłopaka.
    — Następnym razem, wystarczy mnie zawałować, na pewno się zatrzymam. — Burknął wyrywając dłoń z nadgarstek z uścisku chłopaka. Zmarszczył delikatnie brwi i zrobił krok do tyłu. Intensywnie zastanawiając się, ile zajmie mu zdobycie rośliny i jak dużo powinien sobie zażyczyć. — Tylko, że to nie będzie ani łatwe, szybkie a tym bardziej tanie, Coelt. To nie jest roślina, którą można ot tak zdobyć… — Wiedział, że kiedyś profesor od eliksirów trzymał ją w swoim schowku, ale po ostatniej jego i Olivi akcji na koniec szóstej klasy zapasy zostały przeniesione w bardziej zabezpieczone miejsce, co wcale nie było dziwne. W końcu roślina na ta była trująca i bardzo niebezpieczna. — Dwadzieścia galeonów i będzie twoja, potrzebuję dwóch tygodni. — Mruknął i bez słowa odszedł, kierując się w stronę lochów, gdzie znajdował się pokój wspólny Slytherinu. Musiał porozmawiać z Olivią.
    — Cześć, Olivka. — Uśmiechnął się widząc dziewczynę siedzącą na jednej ze skórzanych kanap. Usiadł obok niej i odwrócił się w jej stronę. — Musimy poważnie porozmawiać, jesteś mi szalenie potrzebna. — Nie chciał owijać w bawełnę, wiedział też, że nie może powiedzieć wprost o co chodzi bo ich działalność nie mogła wyjść na światło dzienne od tak. O ich interesie wiedzieć mogli tylko zainteresowani i nikt ponad to.

    Roslin Creswell

    OdpowiedzUsuń
  42. Przemierzał cały umorusany od śniegu i błota, ze swoją miotłą w dłoni, chociaż prawie dwa lata temu obiecywał, że nigdy więcej, nawet jej już nie chwyci na terenie Hogwartu, jednak dzisiejszego dnia nie był w stanie tego powstrzymać. Musiał się w jakiś sposób wyładować, a jedyne co było w stanie dać mu ukojenie tego mroźnego dnia był Quidditch, a raczej jego imitacja, bo wciąż nie był w stanie schować dumy do kieszeni i porozmawiać z kapitanem Ślizgońskiej drużyny o jego powrocie. Dzisiejszego dnia łamał dużo swoich obietnic. Dzisiejszego dnia, nie potrafił się na niczym skupić i musiał coś zrobić. Musiał oderwać wszystkie swoje myśli od jego byłej dziewczny. Musiał zaczerpnąć powietrza, poczuć szczypiący na twarzy wiatr, uderzający jego policzki w momencie, gdy uparcie leciał w przeciwnym dla niego kierunku. Gdy walczył z siłą żywiołu, by przebić się na drugą stronę. Po prostu musiał poczuć. Tylko, że to nie wystarczyło. To było za mało, bo tylko i wyłącznie dla niej wcześniej łamał swoje słowo i chodził z nią na te pieprzone boisko i pomagał jej w treningach, ćwiczył razem z nią, by była lepsza, by była godnym zawodnikiem.
    Widok Artaira Avery’ego kroczącego korytarzami Hogwartu, trzymającego miotłę w dłoni sprawił, że tłumy gapiów wpatrywały się w niego, a tuż po chwili, gdy tylko ich minął po pomieszczeniu rozniósł się szum szeptów, szczególnie wśród starszych roczników, które z pewnością pamiętały jego przedstawienie i chaos jaki wzbudził odchodząc ze swojej drużyny, wszystkie rzucone wówczas słowa, groźby i obietnice. A teraz? Można powiedzieć, że dobrowolnie ruszył na pożarcie.
    — Avery… Czyżby twój poziom gwałtownie spadł? — Usłyszał, gdzieś w tłumie krzyk jednego z chłopaków. Nawet się nie zatrzymał, szedł dalej przed siebie, a z pewnością. Gdyby był to jakikolwiek inny dzień, uciął by sobie krótki monolog lub pokazał mu, na co go stać. Tym razem nawet nie zaszczycił krzykacza swoim spojrzeniem. Nie był nawet pewien dokąd idzie.
    Dopiero gdy znalazł się w Pokoju Wspólnym Śłizgonów, wiedział kogo w tym momencie potrzebuje. Do kogo chce się odezwać, z kim chce porozmawiać. Nie myślał nawet o tym, aby zmienić ubranie, by przebrać się w czyste, a przede wszystkim suche ubrania. Ukochaną miotłę, rzucił gdzieś w kąt i podszedł do szczupłej, krótkowłosej dziewczyny.
    — Liv. — Odezwał się delikatnie zachrypniętym, jakby zduszonym głosem, który z trudem przechodził mu przez gardło, co w jego przypadku zdarzało się naprawdę rzadko. — Muszę się napić. — Poinformował, nie pytając jej nawet o zdanie.

    Art

    OdpowiedzUsuń
  43. Nawet na nią nie spojrzał, odwrócił się tylko na pięcie i ruszył w stronę wyjścia z Pokoju Wspólnego, ignorując wszystkie, wpatrujące się w niego oczy. Nie miał pojęcia co ma ze sobą zrobić, nie dość, że był po prostu wściekły przez zerwanie, którego w ogóle nie rozumiał, to jeszcze zaczął odczuwać rodzącą się w nim złość spowodowaną złamaniem własnego słowa. Przeklęta miotła, przeklęty qiodditch. Obiecywał sobie. A jednak, i tego nie był w stanie porządnie zrobić. Doszedł do takiego momentu, w którym szamotał się z samym sobą. Wszystko wydawało mu się nieodpowiednie, każdy krok, który o tej pory zrobił był beznadziejny, a cały dzisiejszy dzień w szczególności. Sprawiła, że zrobił coś, czego nigdy więcej nie miał zrobić, miał wytrzymać jeszcze jeden rok i później mógł już robić wszystko co tylko chciał, a jednak. Nie wytrwał. Nie dał rady, a wszystko przez nią.
    Nie spodziewał się, że Olivia poza alkoholem przyniesie mu suche ubranie. Uniósł głowę i chwycił w dłonie suche ubrania, wpatrując się w nie przez chwilę. W pierwszym odruchu chciał je po prostu wyrzucić. Miał ochotę krzyczeć i rzucać wszystkim, co tylko trafi w jego ręce. Był jednak jeszcze na tyle świadomy, że rozumiał, że to nic nie da, a Liv po prostu o niego dba. Zacisnął mocno wargi i wciąż w milczeniu podniósł się z kanapy by ściągnąć z siebie mokre, brudne ubranie, a w zamian niego, wsunąć na siebie suche spodnie, bluzkę i bluzę.
    — Dzięki — burknął cicho, odkładając przed chwilą ściągniętą odzież na jeden z zakurzonych stolików. Przeczesał dłońmi mokre włosy i przesunął nimi jeszcze po swojej twarzy. Chwycił butelkę alkoholu , okręcił ją i bez słowa upił kilka głębokich łyków. W tym momencie nie potrzebował nawet żadnego napoju do popicia. Gorzki, palący wręcz w gardło napój dawał mu teraz dziwne poczucie spokoju, chociaż wciąż nie czuł się dobrze. — Właśnie zerwała ze mną dziewczyna. — Ponownie burknął, upijając kilka kolejnych łyków. Wierzchem dłoni przetarł usta i podał butelkę Olivi. Nie sądził, że kiedykolwiek wypowie te zdanie. Zazwyczaj to on kończył znajomości, on wyznaczał początek i koniec. Sprawiał, że to dziewczęce serca pękały na pół a z ich oczu płynęły łzy. Tym razem było inaczej… I nie potrafił tego zrozumieć, nie potrafił zrozumieć, jakim cudem to wszystko się stało. Właśnie zerwała ze mną dziewczyna, które przed chwilą wypowiedział, wciąż huczało mu w głowie, sprawiając, że czuł się tylko gorzej. Czuł się, jakby nie był tym Avery’m. Jakby nie był tą samą osobą, którą do tej pory, usilnie starał się być.

    Art

    OdpowiedzUsuń
  44. Nie wiedział, czego chce. Nie był pewien czy może cokolwiek chcieć, po tym jak ostatnim razem, gdy to Liv chciała mu coś powiedzieć, zamknął jej usta. W tym momencie wiedział, że musi się napić. Dużo i szybko, aby oderwać myśli od wszystkiego co teraz je zaprzątało. Sam, nigdy się nie spodziewał, że poczuje do kogoś coś mocniejszego, silniejszego. Początkowo miał plan na tę relację, ale dopiero później dostrzegł, że to nie on kieruje, nie on ustala zasady zabawy. A to… Wbrew pozorom tylko bardziej go ciągnęło, sprawiało, że chciał więcej i więcej. Znacznie więcej niż, najwyraźniej dostać mógł.
    — Pijemy. — Mruknął i chwycił butelkę z rąk Olivi i upił odrobinę alkoholu. Każdy kolejny łyk przynosił mu zgubną ulgę, która z pewnością dnia następnego skończy się kacem mordercą, który w żaden sposób nie będzie się nad nim litował. Najważniejsze jednak było to, że dzień następnym był dniem wolnym co sprawiało, że Artair nie zamierzał się hamować. Chciał wypić najwięcej jak się dało, dosłownie tyle ile w stanie będzie zmieścić jego żołądek.
    — Nie wiem, co się stało. — Powiedział po dłuższej chwili, wlewając w siebie kolejną porcję ognistej whisky. Język jeszcze mu się nie plątał, jednak gołym okiem było widać, że Artair wypił już wystarczającą ilość trunku, która sprawiała, że mówił więcej niż powinien i być może chciał. — Nie wiem, jak to się mogło stać. Jestem idiotą, Liv. — Syknął, odstawiając odrobinę za mocno butelkę na stolik, trzaskając przy tym lekko szklaną butelką o jego blat, co wprawiło w ruch substancję, jednak ani kropelka nie rozlała się poza szklane naczynie. Podparł się łokciem o blat, a dłonią podparł czoło i zamknął na chwilę powieki, zastanawiając się czy byłby w stanie jeszcze cokolwiek zrobić, zmienić. Nie był pewien czego chce. Nie był pewien, bo w jego głowie ostatnio było za wiele, a w sercu jeszcze więcej. Więcej sprzecznych odczuć, więcej uczuć, niż mógł znieść, niż mógł przyswoić. I teraz siedział przed Olivią wypijając kolejne porcje alkoholu i nie mając pojęcia co ma zrobić ze swoim życiem.
    — Muszę do niej iść, Liv. — Jęknął przeciągle, podnosząc w końcu głowę i wpatrując się w oczy Ślizgonki.

    Artie

    OdpowiedzUsuń
  45. Wahał się. Sam nie wiedział, czy chce stanąć oko w oko z ojcem i powiedzieć mu o swoich planach, ale jakaś część szczypała go w ramię i w kółko powtarzała, że jeśli nie powie mu prawdy, to może pożegnać się z gładką i bladą twarzą. Nie chciał mu podpaść, bo go znał, więc najlepszym wyjściem będzie chyba wyjaśnienie wszystkiego pokrótce i po prostu opuszczenie domu. Wróci w sierpniu i wszyscy będą zadowoleni.
    Jednak nie rozumiał, dlaczego jego ojciec był w domu, skoro wyraźnie mówił, że wraz z rodzeństwem Josha postanawiają odwiedzić dziadków na drugim końcu Edynburga. Po jego siostrach i bracie nie było śladu, więc dzieciaki rzeczywiście mogły być u babci i dziadka, ale co robił tutaj ojciec?
    - Zajrzę, ale tylko na chwilę, żeby go pokrótce poinformować i tyle. – Wzruszył ramionami, po czym podszedł do drzwi prowadzących do gabinetu ojca i nacisnął klamkę.
    I stanął jak wryty. Przed jego oczami ukazała się scena, której nigdy nie spodziewał się zobaczyć. Przy mahoniowym biurku stał nikt inny jak Boyd Yaxley, to na pewno był on, bo przecież Joshua potrafi poznać własnego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na biurku, zaraz przed nim, siedziała kobieta, która nawet nie była podobna do jego matki. Para obdarowywała się namiętnymi pocałunkami, a ich dłonie były wszędzie. Dosłownie wszędzie, tylko nie przy sobie. I wszystko byłoby okej (cóż, nie byłoby), gdyby Josh nie znał tej kobiety, ale kojarzył ją bardzo dobrze i potrafił dołączyć do niej imię i nazwisko. Był to nikt inny jak matka Olivii, Dafne Greengrass.
    Josh stał z otwartymi ustami, patrząc, jak jego ojciec zdradza matkę i nie wiedział, co miał zrobić. Po prostu nie wiedział.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  46. Wzdrygnął się nieco, gdy Olivia dotknęła jego ramienia. Został sprowadzony na ziemię. Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem ojca, nadal twardym i bezuczuciowym. Nawet nie pofatygował się, aby zapiąć koszulę – zacisnął jedynie usta w cienką linię, która ukryła się w jego bujnym zaroście. Joshua znał tę postawę. Nie mów matce, albo pożałujesz.
    Gemma Yaxley byłaby zdruzgotana, gdyby się dowiedziała – miłość, jaką darzyła swojego męża była ogromna, czego Joshua trochę nie rozumiał, bo jego ojciec był człowiekiem specyficznym i trudnym do kochania. Ale nadal – on sam go kochał, więc kim jest, aby wypowiadać się na ten temat? Najwyraźniej miłość działała jednostronnie. Joshua wątpił, że w jego ojcu istniały jakiekolwiek jej szczątki.
    - Ja… - zaczął niepewnie, stawiając powolne kroki do tyłu, chcąc wycofać się z gabinetu i jak najszybciej opuścić rezydencję. – Jadę na wakacje z Olivią. I… Nie wiem, kiedy wrócę. Nawet nie próbuj mnie zatrzymywać, bo powiem o wszystkim matce.
    Ostatni raz spojrzał na ojca z zawodem w oczach i wyszedł z gabinetu. Skierował się do własnego pokoju, nie patrząc nawet, czy Olivia za nim idzie. Bez słowa zaczął pakować się do plecaka, a w jego głowie wirowało milion myśli. Był zły, oczywiście, ale bardziej przemawiał przez niego zawód niż złość. Jeszcze tylko brakowało zdrady to już napiętej sytuacji rodzinnej u Yaxleyów.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  47. Gdyby jego ojciec tu przyszedł i zaczął mówić o tym, co się przed chwilą wydarzyło, Joshua prawdopodobnie po prostu by wyszedł. Jednakże Boyd Yaxley nie był człowiekiem, który się tłumaczył, więc jego możliwe pojawienie się w drzwiach było mało prawdopodobne. Teraz Josh miał ochotę wyjść i po prostu odciąć się od wszystkiego co toksyczne. Należało mu się odetchnięcie, bo był po prostu zmęczony.
    Gdy skończył się pakować, założył plecak na jedno ramię i kiwnął głową w stronę Olivii.
    - Gotowe, możemy lecieć.
    Mogło się wydawać, że entuzjazm Josha nieco zmalał, ale chłopak nie chciał swoim zepsutym humorem zniszczyć ich wyprawy. Oboje potrzebowali wyrwania się z tej szopki. Dlatego też Josh wyszedł z pokoju i skierował się do wyjścia z rezydencji, jako że na jej terenie uniemożliwiona była teleportacja. Dopiero za tą cholerną złotą bramą mogli gdzieś się przenieść i długo nie wracać.
    Szkocja, Szkocja to jego miejsce na ziemi. Tu się urodził i wychował, widział wiele jej zakątków i poznał wielu ludzi. Zawsze uważał, że Szkoci są trochę lepsi od Anglików, a sama Szkocja o wiele piękniejsza, ale może było tak tylko dlatego, bo on stąd pochodził.
    - Skoro chciałaś w góry, to lecimy w góry.
    Chwycił Olivię za rękę i minęło zaledwie kilka sekund, gdy znaleźli się w malowniczej dolinie rzecznej. Wokół nich wznosiły się pokryte zielenią góry. Było tu tyle do odkrycia, Josh często bywał tu jako dziecko i kiedyś prawie spadł z urwiska. Wziął głęboki wdech i z lekkim uśmiechem wypuścił powietrze przez usta.
    - Zawsze uważałem, że Góry Kaledońskie są piękniejsze od Grampianów. Kocham Szkocję.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  48. [Hej! Dziękuję pięknie za powitanie. :) Chętnie bym skorzystała z wątkowej propozycji, tylko z naszymi paniami będzie dość ciężko. Chociaż, biorąc pod uwagę Julię i Olivię, to z Olivią dałoby się wymyślić coś ciekawszego. ;)]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  49. [Przyznam, że moje podejście do Szekspira jest dość sceptyczne, ale Makbet akurat bardzo mi się spodobał :D Ogólnie wolę czytać książki i sztuki w oryginalne, niemniej Szekspir przyprawia czasami o ból głowy po polsku, co dopiero w obcym języku ;) Wybrałam takie, a nie inne tłumaczenie, gdyż szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam, że jest jakieś bardziej znane lub, po prostu, ciekawsze x
    Dziękuję bardzo za miłe słowa - cieszę się, że kp i postać przypadły Ci do gustu oraz, że nie zanudziłaś się podczas ich czytania xD
    Nad wątkiem uparcie myślę, jak wiesz, a póki co, baw się nadal dobrze! xx]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  50. [Ach, takie buty! Dziękuję bardzo za wyjaśnienie sprawy :)
    Pomimo tego, że nie lubisz się z dramatami, polecam przeczytanie Makbeta do końca, nieważne w jakiej wersji językowej lub z jakim tłumaczeniem :] Moim skromnym zdaniem o niebo lepsza sztuka od Romeo i Julii, ale to pewnie bardzo subiektywna opinia, gdyż wyjątkowo jej nie lubię xD
    Ach, Ofelia i Hamlet; dawno tego nie czytałam :D Ale dla mnie Lady Makbet, jakkolwiek to nie zabrzmi, i tak jest górą :D]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  51. Otaczająca go natura skutecznie odciągała jego myśli od obrazu ojca w objęciach kobiety innej niż jego matka. Woń trawy i krzewów, szum rzeki oraz delikatne powiewy wiatru pozwalały mu na oddanie się błogiemu spokojowi, który nie był w żaden sposób zakłócany. Prawdopodobnie wieczorem, gdy już położy się spać i zostanie pozostawiony sam sobie, przypomni sobie wszystko, czy wydarzyło się dzisiejszego dnia, ale w tym momencie jego umysł był zajęty zupełnie czymś innym. Miło było oderwać się od apodyktyczności i uwiązania.
    - Wiem, że już o to pytałem i odpowiedziałaś, że nie masz planu, ale co będziemy robić później? – zapytał, poprawiając plecak na ramieniu i żwawo człapiąc za Olivią. – Chyba nie spędzimy miesiąca w Szkocji, bo nawet jeśli uwielbiam to miejsce, to szybko może zrobić się nudno.
    Chciał odwiedzić wiele miejsc na świecie i miał cichą nadzieję, że będzie miał okazję zwiedzenie ich z Olivią. Prawdopodobnie nie będzie miał już takiej szansy. Nie chciał jednak zbyt naciskać na dziewczynę – to w końcu był jej pomysł, ta cała wyprawa. On się tylko wprosił, grzecznie, ale wprosił.

    Joshua i autorka, która przeprasza za zwłokę, ale sesja zabija

    OdpowiedzUsuń
  52. Wracam z martwych. Jednak nie obiecuję systematyczności, bo magisterka i własne zobowiązania wyciskają ze mnie ostatnie poty.

    Wszystkie wzmożone ostatnimi czasy instynkty mówiły o tym, by w razie zagrożenia trzymać się tego, co zna się najlepiej, a skoro stanie w obliczu niebezpieczeństwa, jakim było jego szczenięce uczucie do dziewczyny, wcieliło się w życie, czuł się uprawomocniony do tego, by działać, a mianowicie: skontaktować się z Olivią. Nierozwiązana sprawa natury sercowej wydawała się dostatecznie ważnym powodem, dla którego postanowił wykorzystać swoje mocne strony.
    Oczywiście Alexei Krum, poza wybitnymi zdolnościami miotlarskimi, nie miał wiele do zaoferowania światu, tak samo jak i świat nie oferował wiele jemu, ale skoro już planował czymś się wykazać, postawił na szczerość. Prawda to najlepsza strategia na wygraną. Tak przynajmniej uważał, jako wierny reprezentant Domu Borsuka. Niektórzy mogli się z tym sprzeczać, uznać to za słabość i przywarę Puchonów, on jednak widział w tym siłę konsekwencji. Niezachwiana przez kłamstwa historia, ujęta w szczegółach, potrafiła zbić każdą, nawet najbardziej wirtuozyjną historyjkę. Tego się trzymał, gdy podszedł do Niej na korytarzu, strzelając prosto z mostu.
    — Jeszcze ze sobą rozmawiamy, czy fakt, że dzieliliśmy krótkie romantyczne chwile wykreśla Nas z listy przyjaciół? — to mówiąc, nieszczególnie zainteresował się tym, czy przypadkiem jej w czymś nie przeszkodził, po prostu poczuł silną potrzebę wypowiedzenia się, którą musiał natychmiastowo zaspokoić. — Bo wiesz... Nie chcę się narzucać, ale dla mnie pocałunki COŚ znaczą. Więc Twoje ignorowanie mnie też COŚ dla mnie znaczy. I trochę się gubię, bo to dwa sprzeczne sygnały. Wiesz o tym, prawda?
    Skrzyżował ręce na piersi, podświadomie wywierając na niej presję, sądząc po tym, że nie tylko stał przed nią w pozycji zamkniętej, ale również torował drogę do czegokolwiek innego, co nie było nim.

    Alexei Krum

    OdpowiedzUsuń
  53. [Z chęcią stworzyłbym z Tobą coś ciekawego. Masz nietuzinkową postać, bardzo tajemniczą. Na pierwszy rzut oka Narcissusa i Olivię łączy jedynie klub ślimaka, czystość krwi oraz dom. Przyznam szczerze, że nie posiadam aktualnie szczególnie oryginalnego pomysłu na przebieg ich historii, choć gdzieś na skraju świta mi moment, w którym Narcissus zostaje przez Ciebie przyłapany na kradzieży rzadkich ziół z Twojej prywatniej kolekcji. Co na to powiesz? :) ]

    Narcissus

    OdpowiedzUsuń
  54. [Wooo, ale podoba mi się ta postać, jest tak przemyślana (a przynajmniej na to wygląda po karcie), że aż zazdroszczę!]
    Jung Seolha

    OdpowiedzUsuń
  55. [Dobry wieczór! Nie mam nic do podglądaczy, bo sama nim jestemXDD Ale w sumie ciekawa jestem jak dotarłaś do karty, bo przecież niezwykle zwinnie się ukrywałam. Zresztą najważniejsze jest to, że postać Ci się spodobała i naprawdę bardzo się z tego powodu cieszę, a moje obawy odeszły w niepamięć ;) Bardzo miło usłyszeć takie słowa, niezwykle podbudowują i wynagradzają czas spędzony na tworzeniu swojego małego dzieła. Również u mnie brak na tę chwilę pomysłu, ale intensywnie nad czymś myślę, bo Olivia niezmiernie mi się podoba. Raz jeszcze dziękuje za miłe słowa i życzę udanego wieczoru! :)]

    Aurelia

    OdpowiedzUsuń
  56. Nie był innymi i nie zachowywał się jak wszyscy, co skutkowało tym, że wcale nie musiał godzić się na zupełnie bezpodstawne unikanie go. A jeśli jednak istniał jakiś powód, dla którego zakończyli tę znajomość, to chciał wiedzieć, skąd ta zmiana i na czym tak naprawdę stoi. Choć mogła odczytać jego działanie jako natręctwo, czy próba naprzykrzenia się jej, wcale tak nie było. Owszem, w jakimś stopniu interesowała go jako kobieta, inaczej nie wszedłby z nią w bliższy kontakt, ale nie miał w zwyczaju narzucać się ludziom, ani tym bardziej czekać, aż łaskawie go zaaprobują. Jeżeli chciała mu powiedzieć, że nie chce go więcej widzieć, odwaga i zwykła przyzwoitość nakazywały jej wyrazić te myśli wprost. Jeśli tego nie robiła, była zwykłym tchórzem. Przynajmniej w mniemaniu Alexeia. Nie ważne czy uparcie wmawiała sobie, że pozbywa się kłopotu, czy usprawiedliwiała swoje postępowanie zobojętnieniem. Obojętna na sytuację, czy nie, powinna była zamknąć pewien etap, by rozpocząć nowy. Skoro tego nie zrobiła, to coś tutaj nie grało. Właśnie tę kwestię Krum starał się naprostować. Wyjaśnić sobie istotę ich znajomości, by móc przejść z tym do porządku dziennego.
    — Naprawdę...? — zmarszczył w niedowierzeniu brwi, nie czując się ani trochę zadowolony z tej wymijającej, jego zdaniem, odpowiedzi. Wciąż nie dowiedział się, czy znajdują się teraz na stopie koleżeńskiej, pseudo-przyjacielskiej, czy na żadnej.
    — Naprawdę masz mnie za tak naiwnego? To cecha tylko NIEKTÓRYCH Puchonów.
    Ta rozmowa wymagała konkretnego dopowiedzenia, ale również odpowiedniego ukierunkowania, bo najwyraźniej Olivia nie robiła absolutnie nic, by pomóc im określić się w temacie charakteru ich wspólnej znajomości. — Nie interesują mnie Twoje sprawy. Nie mieszasz mnie w nie, dopóki ze mną o nich nie rozmawiasz. Ale nie rozmawiając ze mną wcale, wysyłasz inny sygnał, mówiący o tym, że w Twoim mniemaniu nie znamy się, lub nie powinniśmy znać się wcale. Więc odpowiedz mi konkretnie: Mam Ci mówić „cześć” czy iść za Twoim śladem i po ślizgońsku zignorować?
    W jego tonie słychać było wyraźny sprzeciw, ale nie wobec niej, jako kobiety, czy wobec niej, jako Ślizgonki. Sprzeciwiał się jej marnym próbom zmanipulowania sytuacji. Na jej nieszczęście miał na tyle bystry umysł i zapasy asertywności w sobie, by nie pozwolić sobą pokierować. Nie po to przyszedł, żeby opuścić ją bez odpowiedzi.

    Alexei Krum

    OdpowiedzUsuń
  57. Ze śmiechem wsadził jej na głowę rogi renifera, sam podzwaniając czapką elfa. Święta były tym rzadkim czasem, kiedy nawet arystokratyczne rodziny potrafiły nieco spuścić z tonu, przyozdobić swoje bogate rezydencje jemiołą i śmiać się z nietrafionych prezentów. Nad kominkiem wisiały czerwone skarpety, choinka stała w kącie salonu i rozświetlała pomieszczenie blaskiem lampek, a po domu Zabinich kręciło się zaledwie kilka rodzin – marnie, jak stwierdziła na wstępie jego matka – jednak dzięki temu wszyscy czuli się o wiele swobodniej. Chris nie pamiętał, kiedy ostatnio widział matkę swobodnie objętą przez ojca, nie przypominał sobie, by kiedykolwiek na stole znajdowały się tak mało wymyślne przekąski, by goście śmiali się jak normalni ludzie.
    Zabini dorzucił po plasterku pomarańczy do kufli i mrugnął do dziewczyny, biorąc dwa, by zanieść je do salonu, gdzie mieli zamiar spędzić resztę wieczoru. Dawno już nie miał okazji na spokojnie porozmawiać z Olivią, oboje mieli ostatnio mnóstwo na głowie, ale wyglądało na to, że tego dnia w końcu będą mieli dla siebie dużo czasu. Przyjaźnił się z nią odkąd tylko pamiętał i była jedną z niewielu arystokratek, o których jego babcia wypowiadała się bez większych złośliwości. A to właśnie tej starszej kobiecie ufał najbardziej na świecie.
    Wcześniej już zdążył dorwać się do radia i włączyć stację, na której płynęła klimatyczna świąteczna muzyka (z przewagą mugolskich piosenek – tym razem jednak nikt nie protestował). Wszyscy delikatnie bujali się w rytm, a sam Chris nucił pod nosem najbardziej znane hity. Nie przyznawał się do tego zbyt otwarcie, ale często zdarzało mu się słuchać niemagicznych stacji. Rozsiadł się wygodnie na kanapie, żartobliwie trącając przyjaciółkę w bok.
    – Chcę Cię po prostu dla siebie, bardziej niż możesz sobie wyobrazić – zanucił, nachylając się w stronę Olivii ze słodkim uśmieszkiem. – Nie będę prosić nawet o śnieg. Będę tylko czekać pod jemiołą. – Poruszył zabawnie brwiami, po czym wręczył dziewczynie kufel grzanego wina. – Wesołych świąt, Liv.

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  58. Zabini został wychowany na typowego arystokratę, kameleona potrafiącego dopasować się do każdej sytuacji i wykorzystać ją na własną korzyść. Większość ludzi miała go za zimnego dupka, jednak wewnątrz wcale nie był taki niewrażliwy. Mało kto znał go od tej strony, jeśli jednak miał wskazać kogoś, kto znał go na wylot, z pewnością bez wahania padłoby na Olivię. Ufał jej jak nikomu innemu, potrafił się otworzyć i odstawić cały zestaw wypracowanych masek. Cenił sobie jej towarzystwo, a możliwość schowania się wraz z nią i ucieczki przed arystokratyczną maskaradą zdawała się być najlepszym świątecznym prezentem.
    Powoli upił łyka grzanego wina i oblizał się z zadowoleniem, obserwując przyjaciółkę kątem oka. Jego kącik ust uparcie unosił się do góry w zadziornym uśmieszku, kiedy ta się śmiała. Lubił widzieć ją szczęśliwą i zupełnie swobodną. Przesunął powolnie językiem po dolnej wardze, odwracając się ku niej i starając się powstrzymać cisnący się na jego usta uśmiech.
    – A żebyś wiedziała – mruknął, wpatrując się dłuższą chwilę w jej oczy. – I nie tylko laski. No nie mów, że na ciebie by nie podziałało. – Uniósł brwi, przypatrując się jej badawczo. – Wszystko co chcę na święta to Ty, Kochanie… – Wyszczerzył się, lekko stukając swoim kuflem o jej. – Odpowiednio wypowiedziane słowa zawsze mają moc i nikt się im nie oprze, czyż nie? – rzucił z zamyślonym uśmiechem.
    Oparł głowę na kanapie i zerknął na nią spod przymkniętych powiek.
    – Jak dobrze, że mogę posiedzieć tu z tobą… – Uśmiechnął się delikatnie, trącając ją ramieniem.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  59. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Bywał łasy na komplementy, nawet jeśli chodziło o coś, czego był zupełnie świadomy – a to, że potrafi owinąć sobie wokół palca praktycznie każdego, było dla niego czystą oczywistością. Miał swoje sposoby, niewątpliwie potrafił wykorzystać swoje atuty.
    Zacisnął powieki i westchnął ciężko. Doskonale wiedział, o czym tam mówi. Jeszcze jakiś czas temu przecież odgrywał przed rodzicami szczęśliwy związek z Hallawayówną, póki nie okazało się, że ta jest jego siostrą. Od tamtego czasu co prawda odpuścili umawiania go z kimkolwiek, jednak wciąż musiał udawać przykładnego arystokratę.
    – Nie rozumiem, czemu tak uparcie próbują ułożyć nam życie. Myślą, że sami sobie z tym nie poradzimy? – Przekręcił głowę bardziej w stronę dziewczyny. – Dziwne, że jeszcze nie próbowali nas wyswatać. Wyobrażasz to sobie? – Uniósł brwi, kręcąc lekko głową. – Rozumiem, że tradycja i że znajomości są w życiu przydatne, ale jednak każdy z nas chciałby żyć po swojemu. Nie mam ochoty utknąć po szkole w Ministerstwie w papierkowej robocie. Wolałbym chociażby… pracować w Dowcipach Weasleyów! Tam czułbym się o niebo lepiej…
    Westchnął cicho i zmarszczył czoło, przenosząc spojrzenie na trzaskający w kominku ogień. Tak często czuł się w tym domu jak w klatce, jak robot wykonując wyznaczone zadania i uśmiechając się kiedy tylko matka tego chciała. Miał tego serdecznie dość, chciał z tym skończyć. Chciał w końcu być sobą. Póki co jednak zdejmować maski mógł tylko przy wybranych osobach.
    – Z kim tym razem chcą cię spiknąć? – mruknął, zerkając na nią kątem oka i upijając solidnego łyka grzanego wina. – Przystojny chociaż? – rzucił uszczypliwie, szczerząc się.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  60. Mimowolnie parsknął cicho śmiechem. Nie dało się tego ukryć, Dafne Greengrass z jakiś niezrozumiałych powodów potwornie nie lubiła Zabiniego. Był już do tego przyzwyczajony, a droczenie się z matką Liv weszło mu w krew. Przy każdym spotkaniu dochodziło między nimi do spięć, jeśli tylko przebywali w swoim pobliżu dłużej niż pięć minut. Chris rzeczywiście nie mógł być w jej oczach materiałem na męża córki.
    – Jakim cudem twoja matka opiera się mojemu urokowi? – Przechylił lekko głowę, wracając spojrzeniem do przyjaciółki. Zaraz cicho gwizdnął. – Avery? No to ładnie, Liv. To chyba najlepszy wybór, jaki dotąd padł, nie? – Wyszczerzył się, zaraz lekko odsuwając, by uniknąć ewentualnego ciosu. – Mogliby sobie odpuścić. Nie wyobrażam sobie, żebyś dała się wcisnąć w jakikolwiek aranżowany związek. – Zmarszczył brwi, lustrując przyjaciółkę wzrokiem.
    On sam może i nie zgadzał się z rodowymi poglądami czy tradycjami, jednak jeszcze kilka miesięcy temu tkwił w udawanym związku, ku uciesze rodziców. I ciągnąłby go pewnie po dziś dzień, a kto wie – może nawet doszłoby do zaręczyn. Tak głęboko utknął w graniu roli przykładnego arystokratycznego dupka, że nie potrafił ot tak z niej wyjść, odmówić. I wciąż było mu z tym źle.
    – Mi? Odpuścili po ostatnim niewypale – westchnął, splatając dłonie na karku. – Może to i lepiej. Chociaż i tak nie dają mi się wykręcać z bankietów. Jakby jedna nieobecność mogła zrujnować mi życie bardziej niż męczenie się w towarzystwie ich wszystkich – burknął wyraźnie niezadowolony. – Dlatego cieszę się, że mam ciebie. – Wyszczerzył się i zaraz trącił ją zaczepnie w bok. – Inaczej chyba umarłbym z nudów!

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  61. Pokręcił głową niezadowolony. Wciąż nie rozumiał, po co mają zjawiać się na kolejnym rozdmuchanym przyjęciu urodzinowym Ministra. Zeszłoroczne było totalną porażką, wynudził się jak mops, a w dodatku nie było zbyt wiele alkoholu. Wolałby tego uniknąć w tym roku, próbował wykręcać się z uczestniczenia w tej imprezie na tysiąc sposobów, jednak rodzice byli nieugięci.
    - Pocieszam się tym, że nie będę tam sam. Przemycę nam Ognistą, inaczej umrzemy z nudów. Wiem, że nie pogardzisz. - Obdarzył ją słodkim uśmieszkiem. Już zaczynał planowanie, jak sprytnie wnieść na bankiet jak najwięcej whisky. Na trzeźwo nie byłby w stanie znieść powtórki z zeszłego roku. - A na dodatek będę cię chronił od swatek, to chyba niezły deal, nie?
    Pokręcił głową z niedowierzaniem. Już kiedy byli mali, kolana Zabiniego stanowiły najlepszą poduszkę dla Olivii. Od kiedy pamiętał, często tak siedzieli. Sam nie wiedział, czemu od jakiegoś czasu zaczęli tego unikać... Uśmiech sam wypłynął na jego wargi. Potrzebował tego spokojnego popołudnia spędzonego przy kominku z grzanym winem i przyjaciółką.
    - Leż, ile chcesz, Liv. Wiesz, że mi to nie przeszkadza. - Uśmiechnął się delikatnie, wychylając się, by odstawić pusty już kufel po grzanym winie. Czuł krążące po ciele fale ciepła, ale zdecydowanie było mu za mało. W ostatnim czasie częściej niż zwykle topił smutki w whisky, praktycznie wcale nie chodził trzeźwy, a lekki poranny kac stał się jego nowym przyjacielem. - Opowiedz mi coś - rzucił nagle, czując, że jego myśli znów zaczynają odpływać w te nieprzyjemne zakamarki, które usilnie starał się zagłuszyć. - Ostatnio prawie się nie widzieliśmy...

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  62. Otworzył leniwie oczy, czując nieprzyjemny ból w karku i dodatkowy ciężar na swoim torsie. Zmarszczył delikatnie brwi, a następnie zamrugał kilkakrotnie, zdając sobie sprawę, że nadal znajduje się w starej, opuszczonej sali lekcyjnej, do której chodził zawsze z Olivią, gdy chcieli pobyć sami lub mieli ochotę porozmawiać. Całkiem możliwe, że suchość w ustach, z której dopiero teraz zdał sobie sprawę mogła wpłynąć na jego pobudkę, a również powiew chłodu, który poczuł na stopach. Chciał się delikatnie podnieść i usiąść, ale wtedy zdał sobie sprawę, że tuż obok, wtulona w jego bok śpi Greengrass. Zamknął i otworzył ponownie oczy, marszcząc po raz kolejny brwi.
    — Liv. — Mruknął, delikatnie ją szturchając. Miał złe przeczucia, nieprzyjemny ból głowy dał o sobie wyraźnie znać, a wtulona w niego, naga dziewczyna nie była zapowiedzią niczego dobrego i z pewnością łatwego do wyjaśnienia. Przez oparcie kanapy, którą kiedyś wspólnie wypożyczli sobie z pokoju wspólnego, przewieszone były jego spodnie, a raczej jedna nogawka, a reszta z pewnością zwisała swobodnie w dół. Nie był głupi, doskonale zdawał sobie sprawę co takiego się działo w nocy. Poza tym, nie wybił, aż tak dużo aby nie pamiętać o wszystkim. Martwił się jednak, bo dopiero teraz zdał sobie sprawę, że popełnili najgłupszą z możliwych pomyłek, błąd, który z pewnością zmieni wszystko. Wszystko to, co próbowali naprawić. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy nagle przestali się do siebie odzywać i udawać, że w ogóle się nie znają, pomimo dość mocnej zażyłości, jaka ich kiedyś łączyła. — Cholera, Liv obudź się. — Mruknął cicho, nieco zachrypniętym głosem, jak zawsze, zaraz po przebudzeniu. Nie miał pojęcia czy ma leżeć i czekać, aż dziewczyna się obudzi, gdy ona się obudzi udawać, że on sam śpi, czy może powinien zepchnąć ją z siebie, ubrać się i wrócić do swoich codziennych obowiązków? W końcu czekała na niego praca domowa z eliksirów… esej. Tak, esej to była bardzo, bardzo dobra, a wręcz cholernie dobra wymówka, aby po prostu zniknąć i udawać, dokładnie tak jak kiedyś, że się nie znają. Przecież to było idealne rozwiązanie, poza tym… już się na tym znali. Dobrze wiedzieli, jak się zachowywać.

    Takie to nie w kij, nie w dupę, ale jest!
    Avery

    OdpowiedzUsuń
  63. Liv wyglądała jak bezbronna kilkulatka, kiedy tak leżała z głową na jego kolanach. Mimowolnie uśmiechnął się, przypatrując przyjaciółce. Chociaż oboje już od dawna nie mieli po pięć lat, pod niektórymi względami zupełnie się nie zmieniali. Znali się jak łyse konie i mieli swoje drobne rytuały. Doskonale wiedział, jak odprężająco na Olivię działa jego obecność – a zwłaszcza jego kolana. Był też pewien, że dziewczyna wie o nim więcej niż ktokolwiek inny, zna większość jego słabości i silnych stron.
    – Też się stęskniłem – westchnął, przyglądając się jej uważnie.
    Kiedyś spędzali ze sobą o wiele więcej czasu. Jako dzieci byli prawie nierozłączni. Kiedy Zabini poszedł do Hogwartu wydawało się, że kontakt im się popsuje, ale była osobą, do której pisał prawie tak często jak do babci. W samej szkole mieli wiele okazji do spotkań, często przesiadywali razem w Pokoju Wspólnym z książkami na kolanach, narzekając na nadmiar nauki. Dopiero w ostatnim czasie żadne z nich nie potrafiło odnaleźć tyle czasu dla tego drugiego, ile potrafili wcześniej.
    – Masz w nas stanowczo za mało wiary. Skoro uwierzyli w to, że jestem z Hallaway, czemu mieliby nie uwierzyć w nasz związek? – Z zastanowieniem odsunął kilka kosmyków z jej czoła. – Potrafię być naprawdę przekonujący, skarbie – mruknął, nachylając się do niej. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w oczy przyjaciółki, w wyćwiczony sposób tworząc między nimi nutkę napięcia. Co by o nim nie mówić, miał swoje sposoby na praktycznie każdego. – Jak odpowiednio to odegramy, nawet twoja matka nam uwierzy – szepnął, wciąż będąc zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Zaraz uśmiechnął się do niej zawadiacko i musnął wargami jej czoło. – Grę mamy we krwi, czyż nie?

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  64. Poczuł się lekko zaskoczony tym, że wyraźnie i na Olivię działały jego sposoby. Co prawda nigdy wcześniej nie wykorzystywał ich na niej, jednak był pewien, że szybciej dostanie w prztyczka w nos niż pojawi się między nimi jakakolwiek chemia. Patrząc jak dziewczyna powoli zmienia pozycję, uśmiechnął się w charakterystyczny, nieco drapieżny sposób – jakby był drapieżnikiem, który właśnie dostrzegł idealną ofiarę.
    – Jestem pewien, że uwierzą – mruknął, nosem zaczepnie trącając jej nos.
    Nie spodziewał się, że kiedykolwiek znajdzie się w podobnej sytuacji z osobą, którą zna praktycznie od kołyski. Z osobą, z którą dzielił pierwsze kroki i kolejne wpadki przy nauce zaklęć. Z osobą, której zwierzał się od małego, która znała prawie wszystkie jego sekrety, bez której przeżycie nudnych bankietów wydawało mu się niemożliwe.
    Nie oddalając się od niej nawet o milimetr, delikatnym ruchem ściągnął z jej głowy rogi renifera, uśmiechając się przy tym delikatniej. Ciepły oddech na ustach poruszał jego wyobraźnię i sprawiał, że chłopak stawał się niecierpliwy. Dreszcz ciekawości przesunął się po jego kręgosłupie, zachęcając go do kolejnych kroków. Nigdy nie spodziewał się, że pocałuje Olivię Greengrass z własnej woli. Dłoń oparł swobodnie na jej udzie, kciukiem rysując na materiale jej spodni drobne kółeczka. Kiedy złączył ich usta w nieco niepewnym pocałunku, spodziewał się, że poczuje się źle z tym, co robi. Że będzie miał wrażenie, jakby całował się z członkiem rodziny. Było jednak inaczej.
    – Cholera, Liv – westchnął cicho, marszcząc lekko brwi i odrywając się od jej ust na moment. – Czemu nie próbowaliśmy wcześniej…? – rzucił półżartem, obdarzając ją pewnym siebie zawadiackim uśmieszkiem, po czym z zastanowieniem musnął znów jej wargi swoimi. – Myślę, że jeśli poćwiczymy, przekonamy każdego, że jesteśmy razem. – Zagryzł lekko dolną wargę, rzucając jej jednocześnie wyraźnie wyzywające spojrzenie.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  65. Drapieżny uśmiech wygiął jego wargi, kiedy ochoczo przyjął jej odważniejszy pocałunek. Kto by pomyślał, że całowanie przyjaciółki może być tak upajające? Odruchowo nieco mocniej zacisnął dłoń na jej udzie, smakując z zadowoleniem jej usta. W tamtej chwili miał gdzieś to, że Olivia była dla niego praktycznie jak siostra, liczyła się tylko przyjemność. Nie obchodziło go zupełnie to, co na to ich rodzice (na czele z jej matką). Nie myślał o tym, jak to wpłynie na ich relację. Pogłębił pocałunek, jednocześnie opuszkami sunąc powolnie po jej nodze. Rozkoszny dreszcz, którego już od jakiegoś czasu mu brakowało, przebiegł radośnie po jego kręgosłupie. Nie chciał tego przerywać.
    Kiedy oderwał się od jej ust, by zaczerpnąć powietrza, chwycił dziewczynę za biodra i jednym zdecydowanym ruchem przeniósł ją sobie na kolana. Uśmiechnął się do niej łobuzersko, palcami delikatnie błądząc po jej nogach. Nigdy wcześniej jakoś nie zwrócił uwagi na to, jaką jego najlepsza przyjaciółka ma zgrabną figurę. Zagryzł dolną wargę, nagle spoglądając na Liv jak na kobietę, a nie praktycznie siostrę. Przyjemne ciepło rozlało się w jego wnętrzu, kiedy ich spojrzenia znów się spotkały. Zaczepnie trącił nosem czubek jej nosa, po czym kolejny raz zatopił się w jej ustach, nie mogąc przestać się uśmiechać. Dłońmi powolnie piął się w górę jej ud, kciukami rysując na materiale spodni skomplikowane wzory z drobnych kółeczek.
    – Z chęcią przeniosę ćwiczenia do mojej sypialni – mruknął, praktycznie wprost w jej wargi. Wzrokiem wyraźnie rzucał jej wyzwanie. – Co ty na to, skarbie? – Językiem lekko musnął kącik jej ust, by zaraz przenieść chciwe pocałunki na linię jej szczęki.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  66. Powolnie zapinał guziki, przyglądając się Liv uważnie. Wiedział, że powinien odczuwać jakiekolwiek wyrzuty sumienia, żal do siebie czy chociażby strach, że to, co się wydarzyło, mogłoby popsuć ich wieloletnią przyjaźń. Nic jednak takiego nie czuł. Nie miał nawet najmniejszego poczucia winy. Nie wiedział, czy to zasługa dawno wyrzuconego na samo dno umysłu spaczonego sumienia, czy może jednak czegoś zupełnie innego. Przez jego ciało za to nadal przetaczały się przyjemnie odprężające fale rozluźniającej satysfakcji. Było naprawdę dobrze, tak jak dawno już mu nie było.
    Rozejrzał się szybko po pokoju, sprawdzając, czy nie zostawili zbyt oczywistych dowodów tego, co się między nimi zadziało. Pewnym ruchem przejechał dłonią po kołdrze, wyrównując zagniecenia, jednocześnie krytycznym wzrokiem ocenił wygląd poduszek. To było niesamowite, jak szybko miejsce, w którym parę chwil wcześniej było tak gorąco, potrafiło wrócić do stanu sprzed wszystkiego, jak gdyby zupełnie nic się tam nie wydarzyło. Do jakiej wprawy w urywaniu się doszedł Zabini. Sypialnia wyglądała nienagannie, tak jak zostawił ją przed całą imprezą.
    Ze swoim zwykłym zawadiackim uśmieszkiem zerknął na przyjaciółkę i podszedł do niej pewnym krokiem, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
    - Wolisz teraz kolana, usta czy może coś innego, skarbie? - rzucił żartobliwie, puszczając jej oczko. - Myślę, że do tych ćwiczeń będzie można kiedyś wrócić... Ale teraz chyba powinniśmy pokazać się jeszcze na dole. Chyba nie chcrmy, żeby twoja matka znienawidziła mnie jeszcze bardziej za bałamucenie córki? - Błysnął zębami w szerokim uśmiechu, by zaraz kurtuazyjnie otworzyć dziewczynie drzwi.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  67. Wakacje dla Edena były pewnego rodzaju odskocznią od szkolnego życia. Hogwart ubóstwiał - mimo tych wszystkich przewijających się przez niego twarzy, ale przerwa w nauce zawsze dobrze działała na uczniów. No, chyba, że mieli piekło w domu, ale to zupełnie inna sprawa. Podczas tych magicznych dwóch miesięcy, łaził po mieście, spotykał się z mugolskimi przyjaciółmi, czasem gdzieś wyjeżdżał, a przede wszystkim spędzał czas z matką. Uwielbiał tą żywiołową radosną kobietę. Nie przejmowała się głupotami, zawsze go wspierała i znajdywała rozwiązanie jego problemów. Na co jak na co, ale na stosunki z rodzicami nie mógł narzekać. Wakacje miał więc zwykle przyjemne - chyba, że akurat dostawał szlaban.

    Tego dnia się lenił. Tak po prostu. Poprzedniego wieczora szalał na niezłej imprezie (mugole serio potrafią się bawić, a ich alkohol jest niemal tak dobry jak ten czarodziejski), więc tym razem zamierzał po prostu się wyleżeć. Ledwo wypił kawę na śniadanie, a potem znowu poszedł spać. Jego mama pojechała do pracy, a potem miała odwiedzić jedną z tych wesołych, otyłych koleżanek co to obwieszają się perłami i wmawiają wszystkim, że są same z wyboru. I drzemał tak i drzemał aż do momentu w którym obudziło go dość namolne pukanie do drzwi.
    - Co jest...- burknął pod nosem, ledwo wychylając głowę zza kołdry. Nawet się nie ubrał, zerknął ledwie przelotnie na zegarek. Miał na sobie dresy, t-shirt bez ramiączek, a przez roztrzepane włosy sprawiał wrażenie, jakby się z kimś zabawiał albo przez cały dzień nie wychodził z łóżka.
    Zmęczony przetarł twarz dłonią, sięgając do klamki od drzwi, by je otworzyć. Jego brwi powędrowały ku górze, kiedy spojrzał na dziewczynę stojącą w progu. Coś w niego uderzyło. Niekoniecznie dobrego, ale też nie do końca złego, o ile tak proste określenia w ogóle istniały w jego słowniku. Cóż, w końcu ta laska która złamała mu serce. Dobiła go do reszty. Porzuciła go brutalnie, i tak dalej i tak dalej. To chyba nienajlepsza pora na rozmyślanie o takiej przeszłości. Westchnął, oparł się nonszalancko o framugę i założył ręce na piersi. On to miał życie pełne wrażeń.
    - Co panią sprowadza? - spytał cicho, niby to rozbawionym tonem, chociaż widać było, że jest cały spięty. Nie robił sobie nadziei. Już nie. Co prawda wysłał do niej list, by w jakiś sposób pokazać, że się z niej wyleczył, że wszystko było w porządku i nadal tak uważał. Mimo to pojawiła się w nim iskierka wątpliwości, a Liv pojawiająca się nagle przed jego domem wcale tego wszystkiego nie ułatwiała.

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  68. Nigdy nie przeszkadzała mu nadmierna ilość uwagi. Był do tego przyzwyczajony od dziecka, jako jedynak przez całe życie przyciągał całkowitą uwagę najbliższej rodziny, a podczas bankietów już od małego brylował. Kiedy weszli do jadalni, uśmiechnął się więc jedynie wyćwiczonym przez lata uśmiechem złotego arystokrackiego dziedzica, po czym swobodnie podążył za przyjaciółką na wolne miejsca. Czuł spojrzenia całego towarzystwa skupione właśnie na nich, jednak był pewien, że wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że ich dwójka, kiedy tylko mogła, znikała podczas bankietów na jakiś czas, kryjąc się po kątach, by swobodnie porozmawiać czy napić się przemyconej whisky, kiedy spotkanie było wyjątkowo nudne. Kulturalnie odsunął Liv krzesło, by zaraz zająć miejsce między nią i babcią. Posłał przyjaciółce łobuzerski uśmiech, po czym zerknął na starszą kobietę, która wyraźnie przyglądała mu się z uwagą. Tylko ona potrafiła przejrzeć go zupełnie na wylot w ciągu kilku sekund i był pewien, że już wie, co robili kilkanaście minut wcześniej w jego sypialni. Podziwiał ją. Pozornie wydawała się być wyrachowaną kobietą znającą swoje atuty i potrafiącą je bezlitośnie wykorzystać, on jednak doskonale wiedział, że to tylko pozór. Wszyscy mieli ją za pozbawioną uczuć głowę rodziny trzymającą wszystkich w garści, wielokrotnie słyszał jak ci bardzo zaprzyjaźnieni z jego rodem arystokraci po kątach jej złorzeczą, by później znów prawie że się przed nią płaszczyć. Była wpływowa, nie da się temu zaprzeczyć. Miała swoje sposoby na każdą sytuację, do tego rozległe znajomości i urok, który jak nic on sam odziedziczył. Mało kto potrafił jej się oprzeć i odmówić. Wydawała się być wzorem silnej i niezależnej kobiety, chociaż sam Chris doskonale wiedział, że pod tą kamienną twarzą kryje się złote serce. I możliwe, że był jedną z zaledwie garstki osób, zdających sobie z tego sprawę.
    – Christopherze, podaj mi proszę wina. Olivia z pewnością też chętnie się napije. – Chłodny, dostojny ton kobiety mógłby zmrozić niemałe jezioro, jednak Zabini wyczuł w nim również skrzętnie ukrytą nutkę rozbawienia, której nie mógł dosłyszeć nikt inny. Był pewien, że wiedziała, co stało się między nim a Liv, a jednocześnie wyraźnie ją to bawiło. – Olivio, nie odmówisz mi lampki wina, prawda?
    Wyćwiczonym od najmłodszych lat gestem chwycił butelkę i z wyraźną wprawą wypełnił trzy kieliszki czerwonym płynem. Wolałby whisky, ale na stole nie dostrzegł ani jednej butelki ukochanego trunku. Musiał jakoś to przeżyć. Upił łyk, zerkając z lekkim rozbawieniem na przyjaciółkę. Jeszcze kilka chwil wcześniej doskonale bawili się na jego łóżku, a teraz pili wino z jego babcią. Cała ta sytuacja była dość surrealistyczna, nigdy wcześniej nie pomyślałby, że do czegoś takiego mogłoby dojść. Uśmiechnął się sam do siebie, nagle zdając sobie sprawę z tego, że teraz już raczej w żadnym wypadku nie czeka ich nuda na kolejnych bankietach. W lewej dłoni wciąż trzymał kieliszek, podczas gdy drugą pewnie spuścił pod stół, by delikatnym ruchem przesunąć opuszkami po udzie Liv. Miał ochotę na powtórkę. Chociaż wiedział, że nie powinien myśleć o przyjaciółce w takich kategoriach – nawet on miał na tyle przyzwoitości, by to wiedzieć; inna sprawa z przejmowaniem się tym. Swobodnie ścisnął lekko jej nogę, zerkając na nią kątem oka i próbując powstrzymać wpływający na jego usta zawadiacki uśmieszek. Czuł, że babcia, popijając wino, przygląda im się równie rozbawiona. Był pewien, że jej prawy kącik ust drga tak delikatnie, że nikt inny by tego nie zauważył.

    niereformowalny Zab

    OdpowiedzUsuń
  69. Lubił przekraczać granice, potajemnie naginać reguły i prześlizgiwać się między zasadami. Nutka niebezpieczeństwa zawsze działała na niego pobudzająco, podkręcała atmosferę. Kiedy więc siedzieli z pozoru grzecznie pośród wszystkich wybitnych arystokratycznych osobistości, nie potrafił sobie odmówić drobnej zabawy. Błądził dłonią po udzie przyjaciółki powoli, napawając się świadomością tego, że większość towarzystwa jest zbyt skupiona na sobie, by dostrzec to, co zadziało się pomiędzy dwójką „dzieciaków”. Na twarzy uparcie trzymał niewzruszoną maskę perfekcyjnego czystokrwistego syna, podczas gdy jego myśli i ręka były skupione na zupełnie innych sprawach niż arystokratyczne problemy.
    Prawy kącik jego ust drgnął ledwie zauważalnie, gdy poczuł ciepły oddech na skórze. Delikatny zapach perfum dziewczyny mieszał się ze słodkawym aromatem wina i ciast. Mimowolnie przesunął czubkiem języka po dolnej wardze, jakby chciał posmakować jej szeptu, a nie tylko go usłyszeć. Delikatnie ścisnął jej udo, przesuwając jednocześnie ręką w górę i jak gdyby nigdy nic upił spokojnie łyk wina. Był mistrzem kamuflażu. Może i w świecie arystokratów każdy musiał być na swój sposób kameleonem, Zabini jednak wybijał się ponad przeciętną. Wychowany pod okiem przeżartej wyrafinowaniem matki, nauczony specjalnych trików babci, dobry obserwator, dyskretny manipulator – miał wszystkie cechy, jakie złote dziecko z czystokrwistych rodów powinno mieć. A tak bardzo nie chciał taki być…
    – Christopherze, dolej nam wina.
    Kiedy pierwszy z gości nie był w stanie utrzymać głowy pionowo, wszyscy zaczęli dochodzić do wniosku, że zaczyna robić się naprawdę późno. Niektórzy nieco się zataczając – oczywiście stale z wielkopańską gracją – zaczęli zbierać się do wyjścia. Chris był zupełnie świadomy, że żegnanie nawet tak małej jak na rezydencję Zabinich liczby gości może potrwać wieki, wstając więc od stołu chwycił Liv za nadgarstek i nachylił się do jej ucha, zachowując jednocześnie wymagany przez kulturę dystans.
    – Jak najszybciej złapmy twoją matkę, poinformujmy, że dzisiaj cię jej nie oddaję i uciekajmy z tej farsy. Na dzisiaj naprawdę mam dość tych cyrków, nie zniosę więcej.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  70. Dreszcz przebiegł zachłannie w górę jego ramienia. Cała ta świąteczna atmosfera, pompatyczna otoczka jedynie bardziej go nakręcały. W końcu to, co nie wypada smakuje najlepiej, czyż nie? Prawy kącik jego ust lekko zadrżał na słowa dziewczyny. Ta noc zapowiadała się naprawdę ciekawie, aż lżej szło mu się uczestniczyć w tej całej szopce i żegnać z towarzystwem. Nie przepadał za tymi wszelkimi ceregielami. Z przyzwyczajenia przywołał na usta specjalny uśmiech pewnego siebie arystokraty i z gracją zaczął kręcić się między ubierającymi się gośćmi. I oby skończyć tę farsę jak najszybciej. Obdarzony jednak urokiem po babci utykał o wiele za długo przy każdej kolejnej osobie, tego wieczoru czuł wyraźnie każdą przedłużającą się minutę.
    Kiedy podchwycił spojrzenie Liv, mimowolnie uśmiechnął się szerzej. Już wcześniej zastanawiał się, co robiłby podczas tych wszystkich bankietów, gdyby nie ona. Zapewne upijałby się jeszcze bardziej, zabawiając z kolejnymi pannami z wysoko postawionych rodów, a potem żałował. Przyjaciółka w pewnym sensie go stabilizowała, pomagała przetrwać te wszystkie maskarady i wyjść z nich wciąż będąc sobą.
    Wieki później, kiedy matka zamknęła wrota rezydencji, Chris oparł się o ścianę, wzdychając ciężko. Nim wszyscy goście wyszli, służba zdążyła doprowadzić cały dom do stanu sprzed całej imprezy. Zawsze go to zaskakiwało. Jak szybko można idealnie posprzątać tak wiele pomieszczeń?
    Uniósł głowę i uśmiechnął się, widząc zbliżającą się w jego kierunku dziewczynę. Sama jej obecność zawsze poprawiała mu humor, teraz jednak nie mógł się doczekać, kiedy zaszyją się w końcu w jego pokoju i nie będą musieli się nikim przejmować ani nawet patrzeć na czas. Zostaną sam na sam ze swoim drobnym brudnym sekretem.
    – Twoja matka nie protestowała? – rzucił z nieco zgryźliwym uśmieszkiem, lekko odpychając się od ściany. – To zaskakujące, że tak mnie nie lubi i zostawia swoją piękną córkę na pastwę tego okropnego złego chłopaka! – Pokręcił głową, siląc się na powagę.
    – Spokojnie, mi ufa. – Babcia wyjrzała z salonu, uśmiechając się nieco chłodno do wnuka i jego przyjaciółki. – Olivio, Christopherze, chyba powinniście kultywować tradycję? – Jej głos był zupełnie poważny, kiedy smukłym palcem wskazywała jemiołę zawieszoną tuż nad nimi. Zabini jednak bez wysiłku dostrzegł rozbawiony błysk w oczach babci i lekko drgający prawy kącik ust.
    – Mamy jakiś wybór…? – Zerknął na Liv z wyraźnym wyzwaniem. – Nie wiem jak ciebie, ale mnie zawsze uczyli, że arystokraci bardzo poważają obyczaje i robią wszystko, żeby postępować według nich?

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  71. Na jego usta momentalnie wpłynął nieco drwiący uśmieszek. Był jedną z tych niewielu osób, które miały okazję widzieć rumieńce na twarzy Liv – kiedyś spędzał z nią tak wiele czasu, że nie wydawało mu się możliwe, by jakikolwiek szczegół o życiu przyjaciółki był mu nieznany. Wiedział więc jak nikt inny, jak rzadko udawało się komukolwiek doprowadzić młodą Greengrass do takiego zawstydzenia. Pokręcił głową z niedowierzaniem, delikatnym ruchem przesuwając opuszkami po jej zaróżowionych policzkach. Zerknął na babcię ponad głową przyjaciółki, podchwytując jej zaciekawione spojrzenie. Czuł, że starsza kobieta w niecny sposób rzuciła mu wyzwanie. Przesunął językiem po dolnej wardze, próbując powstrzymać rozbawienie. Cała ta sytuacja wydawała mu się w tamtej chwili niezwykle śmieszna – jakby nie patrzeć, jak coś mieli alibi w postaci babci…
    Nachylił się lekko, muskając ledwie zauważalnie nosem czubek jej nosa i uśmiechnął się delikatnie, by zaraz musnąć wargami skórę tuż nad kącikiem jej ust. Kusiło go, by jednak przesunąć się z całusem dalej, jednak nawet jego w jakiś sposób peszyła bliskość babci i to, że jego rodzice kręcili się w pobliżu. Może drobna czuła scenka nie wywołałaby jakiegoś skandalu, jednak jakoś nie widziało mu się dzielenie się z rodzicami tym, co kilka godzin wcześniej zaszło w jego sypialni. I jak zamierzają spędzić noc. Zaraz odsunął się na krok, nie spuszczając z niej wzroku. Gdzieś z tyłu jego głowy kołatała się myśl, że zdecydowanie nie powinien znajdować się w takiej sytuacji ze swoją najlepszą przyjaciółką, że powinien odczuwać jakieś wyrzuty sumienia czy żal do siebie. Nic jednak takiego w rzeczywistości nie czuł. Tak jakby zabawianie się z Liv było czymś zupełnie naturalnym.
    – Całus pod jemiołą zaliczony. Też chcesz, babciu? – Wyszczerzył się w kierunku kobiety, która kręciła głową, starając się powstrzymać wyraźne rozbawienie.
    Kiedy staruszka zniknęła w salonie, zaśmiał się cicho pod nosem. Droczenie się z babcią, kiedy w pobliżu nie było matki, należało do jego ulubionych rozrywek. Mieli podobne poczucie humoru, nawet jeśli pani Zabini skrywała swoje rozbawienie pod chłodną maską, on potrafił poznać, że ją rozśmieszył.
    – Wiesz, co jeszcze powinniśmy zrobić, Liv? Ulepić bałwana, tak jak kiedyś! – Ze swobodą objął ją w pasie, już ciągnąc w stronę wyjścia. – I nawet nie próbuj się wykręcać, nie ma wymówek! A jak zmarzniemy, potem będziemy mieli okazję porządnie się rozgrzać – ostatnie mruknął jej wprost do ucha, po czym z szerokim uśmiechem naciągnął na jej głowę ciepłą czapkę.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  72. Przewrócił mimowolnie oczami, kiedy ściągnęła czapkę z głowy, po czym pomógł jej założyć płaszcz. Mimi wszystko nie mógł pozwolić, by się przeziębiła. Później mieli się porządnie rozgrzewać, jednak póki co czekało ich nocne szaleństwo w śniegu. Narzucił kurtkę, przyglądając się przyjaciółce. Potrafiła zmieniać maski równie szybko i sprawnie jak on. Zupełnie nic zdawało się nie pozostać w niej z tej uroczo zarumienionej zawstydzonej dziewczyny sprzed kilku minut. Znów była pociągającą, kuszącą arystokratką umiejącą idealnie wykorzystać swoje atuty i sprytnie owinąć sobie każdego wokół smukłego paluszka. Miał wrażenie, że nagle oboje stosowali wobec siebie podobne techniki. Nie protestował, gdy pociągnęła go za rękę. Dał się poprowadzić pod jemiołę, uśmiechając się nieco łobuzersko. Czuł, co się święci.
    - Tylko mi się tu nie zarumień - mruknął z rozbawieniem, ze swobodą obejmując ją w pasie.
    Nie dając jej czasu na jakąkolwiek reakcję czy protesty, przyciągnął ją bliżej i nachylił się, by ją pocałować. Tym razem naprawdę. Odsunął na samo dno świadomości myśl o tym, że gdzieś w pobliżu kręcą się jego rodzice. Lewą ręką powolnie przesunął w górę jej boku, prawą ułożył na dole jej pleców, przyciskając ją delikatnie do siebie. Mruknął z zadowoleniem wprost w jej usta, pogłębiając pocałunek.
    - Olivia? Christopher? - Zaskoczony głos ojca wdarł się brutalnie do umysłu Ślizgona, wyrywając go z rozkosznego uniesienia. - Wy, dzieciaki, nie śpicie dzisiaj razem. Nie ma mowy!
    Zabini westchnął z niezadowoleniem, przerywając pocałunek. Nie odsunął się jednak od przyjaciółki. Nie chciał tego kończyć, było zbyt przyjemnie. Z wahaniem przesunął czubkiem języka po górnej wardze, wpatrując się dłuższą chwilę w oczy Liv.
    - Ojcze, daj spokój - burknął. - Stoimy pod jemiołą i...
    - Właśnie, Blaise, dałbyś dzieciakom spokój. Ty też nie jesteś święty. - Babcia Zabini stanęła tuż za swoim synem, wpatrując się w niego z chłodną powagą.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  73. Nigdy wcześniej nie poczuł się w takim stopniu zażenowany zachowaniem rodziny. Był przyzwyczajony do chłodnego traktowania, ciągłych manipulacji i zakłamania, jednak wywlekanie potknięć i błędów sprzed lat raczej nie należało do standardowego zachowania arystokratów. Zazwyczaj woleli załatwiać wszystko za plecami, po cichu – a tutaj na korytarzu własnego domu miał okazję chyba po raz pierwszy obserwować otwartą kłótnię pomiędzy babcią i ojcem. Nigdy nie spodziewałby się po nich takiego zachowania.
    Usta wciąż delikatnie go mrowiły po pocałunku, kiedy z jednego z pokojów wyłoniła się jego matka. Wciągnął niepewnie powietrze, instynktownie cofając się o krok. Nie znał bardziej żmijowatej, przebiegłej osoby niż ta kobieta. Miał wrażenie, że jej jedynym celem jest knucie coraz bardziej skomplikowanych intryg. Była zupełnie zapatrzona w siebie, wszyscy musieli podporządkowywać się jej planom. Jedynie babcia Zabini wyłamywała się ze wszystkiego, trzymając w garści całą rodzinę. Pojęcie tych wszystkich dziwnych powiązań w jego otoczeniu nie należało do najprostszych zadań. Poruszanie się w siatce znajomości i intryg było przydatną umiejętnością, którą ćwiczyli od najmłodszych lat. W końcu grę mieli we krwi.
    Cisza aż zadzwoniła mu w uszach. Chciał jak najszybciej wyrwać się spod lustrującego wzroku rodzicielki, nie dać jej żadnych powodów do analizowania. Ona jednak nie powinna się dowiedzieć o tym, jak w ciągu tego wieczoru zmieniły się relacje jej syna z Olivią. To nie skończyłoby się dobrze dla nikogo. Matka Zabiniego była szaloną kobietą, Chris nie chciał dać się wciągnąć w kolejne jej gierki. Z wielką ulgą przyjął więc propozycję przyjaciółki i machnął wszystkim ręką, po czym pociągnął przyjaciółkę do wyjścia. Dusił się w tym domu. Każdego dnia coraz dotkliwiej odczuwał, że nie jest w stanie być taki jak wszyscy członkowie rodów. Nie potrafił. Ich interesy zupełnie mijały się z jego zainteresowaniami.
    Kiedy tylko znaleźli się na zewnątrz, na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech, jakby momentalnie zrzucił z barków niesamowity ciężar. Cała ta sytuacja, nawet z tak niewielkiego dystansu wydała mu się nagle niezwykle śmieszna. Zatrzasnął za nimi drzwi, po czym parsknął śmiechem, zerkając na przyjaciółkę.
    – Przepraszam za nich, chyba przypadkowo wywlekliśmy kilka drobnych rodzinnych brudów na wierzch. – Wzruszył ramionami, wciąż śmiejąc się pod nosem. – A oni nie dali nam dokończyć, nie uważasz? – Uniósł brew, delikatnie popychając przyjaciółkę w stronę ściany budynku. Oparł dłoń o cegły tuż ponad jej ramieniem, a na jego ustach znów pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmieszek. – Nie lubię, kiedy mi się przerywa – burknął, zerkając na jej wargi z zastanowieniem. – Lepienie bałwana poczeka kilka minut – szepnął, muskając jej usta swoimi i delikatnie przyciskając ją całym ciałem do ściany.
    Śnieg skrzypiał zachęcająco pod ich stopami, kiedy w końcu ruszyli ścieżką do ogrodu. Na ustach wciąż czuł ciepło jej pocałunków, a rozpalony kark delikatnie chłodziły wpadające za kołnierz jego kurtki płatki śniegu. Ciężko było mu uwierzyć w to, że mimo wydarzeń tego wieczoru, nie potrafił nazwać Olivii inaczej niż najlepszą przyjaciółką. Czuł, że chociaż teraz ciężko im było utrzymać ręce przy sobie, nie będzie z tego niczego innego. I wiedział, że ona czuje to samo. Po prostu czasem oboje potrzebowali odskoczni. Nigdy wcześniej nie myśleli, że mogą być taką dla siebie nawzajem.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  74. Poczuł się jak kiedyś, jakby znów mieli po cztery czy pięć lat i wymknęli się z rezydencji podczas przesadnie wystawnego bankietu. Pamiętał doskonale, jak wściekła była wtedy na niego pani Greengrass pewna, że pomysł wyszedł właśnie od Chrisa. Później dobry tydzień kurowali się z przeziębienia, siedząc razem pod grubym kocem, popijając herbatki na zmianę z kakao i słuchając babci Zabini, po raz tysiączny czytającej im Baśnie Barda Beedle’a. Czasem naprawdę chciał wrócić do czasu, w którym nikt nie wymagał od niego tak wiele, kiedy mógł być sobą i nie przejmować tym, co dzieje się wkoło.
    Biegali po ogrodzie, jakby naprawdę cofnęli się w czasie. Miał wrażenie, że śnieg dostał mu się dosłownie wszędzie. Jego kurtka była zupełnie przemoczona, tak samo jak i płaszcz Olivii. Ganiali się i taczali po białym puchu, nie przejmując tym zupełnie. Wizja późniejszego rozgrzewania się w sypialni Chrisa zdawała się nie pozwalać im odczuć mroźnej temperatury.
    – A nie jest ze mnie wystarczający bałwan już teraz? – Zaśmiał się, zdmuchując z jej nosa płatek śniegu.
    Dał jej się, pozwolił popchnąć w śnieg, śmiejąc się radośnie. Od dziecka był wychowywany na dżentelmena, do tego stopnia, że już małą tradycją było, że przy zabawach w śniegu to on pierwszy lądował w zaspie. Tym razem jednak Liv chyba po raz pierwszy nie stała nad nim, szczerząc się z dumą. Dłońmi leniwie przesunął po udach dziewczyny, uśmiechając się do niej szeroko. Tego wieczoru przełamali wiele barier. Nigdy wcześniej teoretycznie nie mieli problemu z dotykiem, jednak Chris miał wrażenie, że w ostatnim czasie nieco się od siebie odsunęli. Każde z nich zdawało się mieć swoje problemy na głowie, ciężej im było znaleźć dla siebie czas. Teraz jednak, po tym szalonym wieczorze był pewien, że wszystko będzie normalnie, nadal będą mogli powiedzieć sobie o wszystkim i odnaleźć wsparcie. W każdym tego słowa znaczeniu.
    – Nie zmarzłaś za bardzo? – mruknął, unosząc się na łokciach i muskając zmarzniętym nosem czubek jej noska. – Może pora wrócić na górę? Nie chcę, żebyś mi się przeziębiła, twoja matka mi nie daruje! – Zaśmiał się, lekko przebierając palcami po jej udzie.

    OdpowiedzUsuń
  75. Mimowolnie uśmiechnął się lekko, kiedy poczuł chłodne wargi na swojej skórze. Delikatne muśnięcia przynosiły ze sobą lekkie dreszcze – sam nie wiedział, czy bardziej spowodowane zimnem, napięciem, które pojawiło się między ich dwójką tego wieczoru, czy świadomością, że to nie powinno mieć miejsca. Nie miało to dla Chrisa jednak większego znaczenia, rozkoszował się bliskością, jakiej wcześniej nie zdarzyło im się doświadczać. Kiedy Olivia zaśmiała się cicho, jej ciepły oddech omiótł wargi chłopaka, posyłając kolejny przyjemny dreszcz wzdłuż jego kręgosłupa.
    – Ciężko mi nie przejmować się twoją matką, ona mnie wpędza w kompleksy – burknął, robiąc smutną minę. Nie dane mu było jednak kontynuować tematu niechęci rodzicielki przyjaciółki co do jego skromnej osoby. Miękkie usta dziewczyny momentalnie zmieniły bieg jego myśli, chociaż tym razem czuł je tylko przez moment. Jego instynkty jeszcze bardziej się rozbudziły. Lubił takie gierki, delikatne drażnienie, by w końcu móc całkowicie oddać się rozkoszy.
    Przesunął powolnie czubkiem języka po wargach, wzrokiem lustrując sylwetkę Liv. Nigdy niczego jej nie brakowało – czemu wcześniej nie pogłębili swojej znajomości? Zaraz stanął obok niej, chwytając zziębniętymi palcami jej dłoń. Zdecydowanie musieli się porządnie rozgrzać. Ganianie po ogrodzie przy tak niskiej temperaturze w porozpinanych okryciach nie było może zbyt dojrzałym pomysłem, ale przynajmniej bawili się tak dobrze jak zwykle.
    Cicho wślizgnęli się do domu, zrzucili przemoczone rzeczy i pomknęli na górę, nie chcąc przesadnie zwracać uwagi rodziny Zabinich. Cały budynek zdawał się być już pogrążony we śnie, jakby kilkadziesiąt minut wcześniej nie doszło tu do żadnego spięcia, jakby wszyscy grzecznie tuż po bankiecie udali się do łóżek. Chris uśmiechnął się do przyjaciółki łobuzersko, zamykając za nimi drzwi własnego pokoju. Nadeszła pora na porządne rozgrzewanie…

    Zab

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotąd naprawdę nie wyobrażał sobie, żeby całowanie się z osobą, którą zna się od tak dawna, jak on znał Liv, mogło sprawiać taką przyjemność. Był pewien, że zbliżenie się do niej w taki sposób zacznie napawać go w jakikolwiek sposób dyskomfortem czy wyrzutami sumienia – nie żeby kiedykolwiek wcześniej jakoś szczególnie się nad tym zastanawiał. Tymczasem… teraz miał problem z utrzymaniem rąk przy sobie. Zacisnął dłonie na biodrach dziewczyny, jednym ruchem kolejny raz tego dnia obracając ją i przyciskając do ściany. Czuł jej zziębnięte palce na swojej wciąż chłodnej skórze. Muskał zmarznięte wargi, starając się je rozgrzać gorącymi pocałunkami. A potem miało być jeszcze goręcej. Doskonale wiedział, na co stać ich oboje.
      Zsunął się powolnie z pocałunkami na linię jej szczęki, by zaraz zacząć chłodnymi ustami muskać skórę na szyi przyjaciółki. Dłońmi jednocześnie zataczał lekkie kółka, dyskretnie przemieszczając je z bioder na pośladki, przyciągając tym samym Liv jeszcze bliżej siebie.
      – Łóżko czy prysznic? – mruknął kusząco, lekko przygryzając jej obojczyk.

      Usuń

  76. Oczywiście, miał mieszane uczucia na jej widok i trudno było się mu dziwić. Ponieważ jednak zdystansował się na tyle, że nie znienawidził jej za złamane serce (i może po prostu nie do końca potrafił jej znienawidzić), nie zamknął jej drzwi przed nosem i starał się utrzymać z nią w miarę przyjazne stosunki. Po prostu...zapomniał o tym co się stało, schował te uczucia głęboko w sobie, zamknął je na klucz, którego pilnowała jego duma. Nie wiedział jednak, czy w pewnym momencie buzujący żal nie wybuchnie i nie zaleje wszystkiego, co zna żrącą, niszczącą wszystko falą.
    Mimo wszystko, mimo najlepszych chęci nadal traktował ją z pewnym dystansem. Bił od niego niejaki chłód, ale to chyba spowodowane było jego specyficzną osobowością. Zobaczył jej minę, a mięsień jego twarzy drgnął nieznacznie. Zdecydowanie nie miała dobrego humoru, a wizyta nie była czysto towarzyska. Cóż, powinien się tego spodziewać. Że wróci do niego tylko ostateczności, ewentualnej desperackiej potrzebie. Może i to głupie z jego strony, ale nawet się o to nie wściekł.
    - Czekaj - rzucił i złapał ją za rękę, zanim zdążyła odejść. Jego mina, w przeciwieństwie do słów, nie roztaczała ciepełka z tego maleńkiego ogniska rozpalonego w jego sercu.
    - Zastanowisz się nad tym w środku. Jest już późno, jeszcze ktoś cie napadnie. - Wyjaśnił od razu i wciągnął ją do domu, zatrzaskując za nimi drzwi. Puścił ją zaraz, jakby go oparzyła i ponownie założył ręce na piersi. Patrzył na nią, choć nie do końca. Jakby była przezroczysta, a dywan za nią wydawał się Edenowi niezwykle ciekawy.
    - Napijesz się czegoś? Jesteś głodna?
    [ Długość boli, sorka. ]

    OdpowiedzUsuń
  77. Patrzył z lekkim uśmiechem, jak przyjaciółka miękko opada na materac. Może nie było to nic specjalnego, jednak Zabini poczuł nagły gorący skurcz w podbrzuszu, zwiastujący rzeczywiście porządne rozgrzewanie. Zdarzało mu się prawić Liv komplementy, jednak były to zazwyczaj wymuszone sytuacje. Nigdy wcześniej nie patrzył na nią jak na kobietę, z którą mógłby być czy chociażby wylądować w łóżku. Miał ją za powierniczkę sekretów, przyjaciółkę i towarzystwo podczas najnudniejszych bankietów. Gdyby ktoś chociażby poprzedniego dnia zakomunikował mu, że znajdzie się z Olivią w podobnej sytuacji, z pewnością by go wyśmiał. Tymczasem jednak nachylał się nad smukłym ciałem dziewczyny, by z przemyślanym ociąganiem zająć się pozbawianiem jej koszuli. Kolejno rozpinane guziki stopniowo odsłaniały delikatną skórę, którą z wyczuciem muskał opuszkami. Wzrokiem cały czas śledził jej reakcje. Zaskakiwało go to, z jaką łatwością potrafi wyczuć momentalnie jej potrzeby. Owszem, znali się na wylot, ale mimo wszystko nie spodziewał się, że każdy kolejny jego ruch spotka się z tak wyraźną aprobatą arystokratki. Kiedy koszula wylądowała na podłodze, nachylił się nad nią, wciąż wyziębionymi dłońmi przesuwając po jej bokach, by muskając wargami jej usta, mruknąć:
    - I jak, cieplej?
    Momentalnie pozbył się swojej koszuli, nie bawiąc się tym razem w specjalnie ceregiele. Z łobuzerskim uśmieszkiem chwycił jej nadgarstki i przyłożył chłodne dłonie dziewczyny do swojego torsu, wzdychając cicho. Miał wrażenie, jakby w jego wnętrzu momentalnie wybuchł żar. Zimny dotyk działał na niego pobudzająco, ciepło kumulowało się w jego podbrzuszu, jakby chciało go pospieszyć. On jednak tym razem miał ochotę pobawić się nieco dłużej. Pochylił się, by musnąć nosem jej nos, po czym z uśmiechem błąkającym się w kąciku jego warg, złożył na jej zziębniętych ustach gorący pocałunek. Robiło mu się coraz cieplej i przyjemniej.

    gorący choć zziębnięty Zab

    OdpowiedzUsuń
  78. Mimowolnie cicho westchnął, gdy rozpięła jego spodnie. Chłodny dotyk dziewczyny podsycał ogień szalejący w jego ciele, pobudzał każdą najdrobniejszą komóreczkę do drżenia. Nie mógł znaleźć innego ujścia dla swoich pragnień, wpił się więc żarliwie w jej usta.
    Liv była dla niego prawie jak młodsza siostra, znali się od dziecka. Nie spodziewał się nigdy, że poczuje do niej jakiegokolwiek rodzaju pociąg. Teraz, gdy miał ją pod sobą, nie mógł uwierzyć, że cokolwiek zadziało się między nimi dopiero teraz. Była to czysto fizyczna fascynacja, podszyta ciekawością, znudzeniem bankietami, smakiem zakazanego owocu i potrzebą rozładowania napięcia. Wiedział to doskonale. Wiedział, że zupełnie niemożliwe jest, by cokolwiek do siebie poczuli. Wiedział, że żadne z nich nie zacznie sobie zbyt wiele wyobrażać i nie będzie tu mowy o miłości czy jakimkolwiek związku. Wiedział, że między nimi istnieje tylko przyjaźń - obecnie zakrapiona łóżkowym szaleństwem. I wydawało mu się, że im obojgu najbardziej będzie odpowiadać właśnie taki - dla wielu postronnych z pewnością chory - układ.
    Przesunął powoli językiem po jej wargach, uśmiechając się przy tym delikatnie. Wszystko, co robili, musiało pozostać tajemnicą, co jedynie nakręcało chłopaka. Wsunął dłonie pod jej plecy, by z wprawą rozprawić się z zapięciem stanika, który już po chwili wylądował gdzieś obok koszul. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyrzucał sobie po cichu swoją wieloletnią ślepotę. Z zadowolonym pomrukiem zacisnął dłonie na jej bokach, jednocześnie wargami sunął po delikatnej skórze jej szyi, stopniowo schodząc w dół.
    - Wciąż ci zimno? - mruknął z wyraźną chrypką, lekko przygryzając jej obojczyk.
    Gorącym oddechem witał miejsca, w których zaraz rozgaszczał się chłodnymi wargami, ciepłym językiem i delikatnymi kąśnięciami. Opuszkami wędrował po jej bokach, z wyczuciem muskając skórę, na jej żebrach grając niczym na pianinie. Pragnął przeżyć z nią kolejne satysfakcjonujące zbliżenie i widział, że i ona tego chce. Nie miał zamiaru jej zawieść.

    OdpowiedzUsuń
  79. Z fascynacją obserwował najdrobniejsze reakcje dziewczyny na pieszczoty. Poprzednio rzucili się na siebie jak wygłodniałe zwierzęta, teraz jednak starał się przeciągać wszystko tak długo, jak tylko było to możliwe. Gdzieś na granicy rozpalonej świadomości wciąż majaczyła pamięć o tym, że tym razem nie ma pod sobą przypadkowej osoby, a przyjaciółkę, która prawie dzieliła z nim pieluchy. Nawet tak zepsuta przez otoczenie osoba jak Zabini odczuwała szacunek wobec tak głębokiej, wieloletniej relacji. Nie chciał, by którakolwiek ze stron wyszła z tego szaleństwa poszkodowana. Jego usta błądziły po jej ciele z wyraźną przyjemnością i ewidentnym doświadczeniem. Wiedział doskonale, gdzie zatrzymać się na dłużej, by przez ciało Liv przeszedł kolejny rozkoszny dreszcz. Znał ją i mimo że sytuacja dla obojga była w pewien sposób nowa, błyskawicznie się w niej odnaleźli. I pragnęli jeszcze więcej.
    Westchnął, przygryzając nieco mocniej jej skórę, gdy do jego uszu dotarł pełen satysfakcji jęk. Był jak muzyka dla jego uszu. Uwielbiał dostawać dowody tego, jak doskonałym był kochankiem, a reakcje i dźwięki wydawane przez Olivię były dobitne. Uśmiechnął się lekko, przejeżdżając dłońmi po jej wygiętym z rozkoszy ciele, by zaraz zatopić wargi w jej słodkich ustach. Spijał jej zadowolenie w namiętnych pocałunkach, czując rosnące rozedrganie w podbrzuszu. Nie mógł się doczekać dalszej części.
    Jej szept wzmógł jego pożądanie. Nic go tak nie nakręcało jak świadomość, że partnerka (bądź partner) pragnie dokładnie tego samego, co on. Przyglądał jej się z zadowoleniem, równocześnie zrzucając zupełnie niepotrzebne już teraz ubrania. Cicho dysząc, oblizał wargi, wzrokiem powolnie wiodąc po nagim ciele kochanki. Przyjaciółki, która z pewnością wiedziała o nim więcej niż on sam. Przyjemność, jaką mu dawała była nieporównywalna z żadną sytuacją, w jakiej znalazł się do tej pory. Dzielili tyle chwil życia, że nawet w teraz bez problemu potrafili się uzupełnić, znaleźć wspólny rytm i brać z sytuacji wszystko, co najlepsze.
    Kiedy chłodne strumienie spływały po jego całym ciele, wciąż czuł się rozpalony. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wyszedł z łóżka z takim zadowoleniem. I by kiedykolwiek tak szybko pragnął powtórzyć to z tą samą osobą. Westchnął cicho, przeczesując mokre włosy palcami i zerkając przez półmatową szybkę na dziewczynę stojącą przy umywalce. Jego wzrok mimowolnie przesuwał się po jej zgrabnym ciele, budząc w jego organizmie kolejny raz ochocze dreszcze.
    – Chodź tu, Liv, nie daj się prosić – mruknął z zawadiackim uśmieszkiem, otwierając drzwiczki kabiny prysznicowej. – Czyż wspólny prysznic nie brzmi dobrze? – W jego głosie pobrzmiewały zachęcająco seksowne tony. Zdecydowanie nie miał dosyć.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  80. W momencie w którym przekroczył próg jego mieszkania, zaczął zastanawiać się, czy popełnił błąd. A co jak znowu da się omamić i wpadnie w jej pułapkę? A co jak wszystko ponownie się w nim rozbudzi? Wolałby nie przeżywać po raz drugi tego samego, złamane serce to niełatwa sprawa, a skoro poskładał je do kupy chyba nie powinien narażać go na niebezpieczeństwo? Nie. Był już innym człowiekiem. Dojrzał, choć oczywiście nie pokazywał tego zachowaniem. Nauczył się kontrolować emocje, choć te paradoksalnie często przejmowały nad nim władzę.
    Skinął głową, gdy poprosiła go o herbatę. Skierował kroki do kuchni i wstawił wodę, choć wolałby to zrobić za pomocą jednego machnięcia różdżki, ale wolał nie ryzykować. Czarowanie poza szkołą nadal jest przestępstwem, choć miał wrażenie, że podchodzą do tego tak restrykcyjnie jak za starych czasów. Mimo wszystko znajdował się w świecie mugoli. Znając życie ta namolna Pani Puckett, znana również jako osiedlowy monitoring, podgląda przez swoją lunetę co też ten podejrzany skośnooki typ robi w własnym mieszkaniu. Jeszcze tego by brakowało, żeby mugole zaczęli węszyć...Nie, już wolał 'przemęczyć się' i zrobić te cholerną herbatę własnoręcznie. Założył ręce na piersi i podszedł na próg . krzyżując ręce na piersi i opierając się o framugę łuku, oddzielającego salon od kuchni. Zmierzył ją spojrzeniem, z pozoru obojętnie choć kryła się w tym nutka ciekawości.
    - Więc...- zaczął i potarł czoło, jakby od tego wszystkiego rozbolała go głowa - Co się stało? - Zadał pytanie, które prawdopodobnie wisiało między nimi od chwili, kiedy Liv pojawiła się przed jego domem.

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  81. Kierowała nim pewnego rodzaju chaotyczność, niezdecydowanie pozornie typowe dla rozchwianej przez hormony nastolatki. Cóż, jego humorzastość nadal się go kurczowo trzymała, choć wmawiał sobie, że okres dojrzewania ma dawno za sobą. Tu jednak nie chodziło o głupie humorki. Prawda sięgała głębiej i oboje o tym wiedzieli, choć żadne z nich nie wydawało się w nastroju do wspominania przeszłości. Eden na pewno nie zacznie tego nieprzyjemnego tematu dobrowolnie, a kiedy zostanie postawiony przez brutalną prawdą, jak zwykle spróbuje się wywinąć.
    Chłopak może i wydawał się chłodny, ale w jego wnętrzu kotłowały się mieszane emocje. Tak naprawdę wiedział, ile ją to wszystko kosztowało: ucieczka z domu i samo przyjście tutaj; do osoby którą łączyły ją takie, a nie inne relacje. W pewien sposób podziwiał jej siłę emocjonalną. Podziwiał to, że potrafiła odzielić umysł od serca.
    Obserwował ją uważnie, nie zmieniając pozycji, jedynie podążając za nią spojrzeniem, a kiedy w końcu przemówiła, opuścił luźno ręce, które zawisły wzdłuż ciała niczym do niczego nieprzydatne chorągiewki. Coś w jego sercu drgnęło, coś zakuło nieprzyjemnie, odbijając się echem po jego wnętrzu. Jej mokre oczy, to jak bawiła się dłońmi, to jak patrzyła wszędzie byle nie na niego. Przez kilka sekund wokół nich panowała idealna, raniąca wręcz uszy cisza. Przerwało ją dopiero wycie syreny pędzącej gdzieś w oddali karetki. Eden wypuścił powietrze z płuc i zrobił kilka kroków w jej stronę. Zwykle rzuciłby zapewne jakimś niestosownym komentarzem, ale tym razem sobie darował - przy Liv skorupa chamstwa nieco się kruszyła. Poniekąd wyciągała z niego to co najlepsze. Poruszył zesztywniałą, lodowatą dłonią, którą zaraz ułożył na ramieniu dziewczyny. Nie chciał w żaden sposób jej się narzucać ani mamrotać jakieś plastikowe 'przykro mi' bo jego zdaniem była to najgorsza rzecz jaką można w takiej sytuacji powiedzieć.

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  82. Eden to w zasadzie nigdy w nastroju na poważne tematy nie był, ale oczywiście zgrabnie to ukrywał. Chociaż nie, wcale nie ukrywał - głośno wrzeszczał, by cały świat wiedział, że nie ma ochoty na bezsensowne paplanie. Ten to by się nawet na pogrzebie mógł śmiać. Nie potrafił zachować powagi w sytuacjach oficjalnych, do milczenia i kamiennej miny zmuszały go jedynie położenia osobiste, takie w których znał i rozumiał cały kontekst. Tak jak na przykład teraz.
    Dobre wiedział, że wszystko, co się dzieje w sekundzie może skończyć się jedną wielką katastrofą. Ktoś wyciągnie asa pik, a domek z kart runie pod własnymi fundamentami. Wystarczył gest, poruszenie aby oboje zostali skazani na cierpienie. Ale cóż, takie już było życie, prawda?
    Ciężka atmosfera wisiała na ramionach Edena, ale nie wydawał się tym przejęty. Westchnął głęboko, kiedy dziewczyna oparła się o jego tors. Gdyby zamknął oczy, mógłby wmówić sobie, że znajdują się hen, daleko, w przeszłości. Kiedy wszystko grało, a dzień pachniał ładniej niż maślane bułeczki jego mamy. Przesunął palcami po jej plecach, zatrzymując rękę na jej drugim ramieniu, zupełnie jakby chciał objąć jej pozornie drobne ciało. A potem...ona uciekła. Nogi Edena same wyrwały się do pogoni. Dzisiejszego wieczora okazały się sprawniejsze od umysłu i serca.
    Złapał ją za nadgarstek przy samych drzwiach - nie na tyle mocno, żeby ją to zabolało, ale nadal wyczuwalnie - w końcu chciał ją zatrzymać. Był też przygotowany na to, że Liv być może będzie chciała się wyrwać.
    - Tym razem nie uciekniesz. - Powiedział pod nosem i uśmiechnął się do niej delikatnie - Poza tym jest ciemno. A na tej ulicy kręcą się podejrzane typki. To byłoby nieuprzejme z mojej strony, gdybym pozwolił ci odejść - stwierdził rzeczowym tonem. Dopiero teraz zorientował się, że nadal uparcie ściska jej rękę. Puścił ją szybko. Odchrząknął i skinął głową w stronę znajdujących się po prawej stronie schodów.
    - Chodź, pościele ci łóżko w gościnnym. Powinnaś się przespać.
    Eden

    OdpowiedzUsuń
  83. Poszedł za nią i o dziwo...nie pożałował. To nie tak, że uważał, że tak będzie, ale ilekroć wykonywał jakiś mniej lub bardziej znaczący gest w stosunku do Liv, wychodziło na to, że popełniał błąd. Tym razem miał dziwne wrażenie, że jest inaczej. Nie byli ze sobą tak blisko jak kiedyś i pewnie nigdy nie będą, ale to nie znaczy, że zostawi ją w potrzebie. Wbrew ogólnej opinii, Eden ma serce i to wielkie. Okraszone jest one po prostu przemądrzałym nastawieniem do tych wszystkich idiotów i sarkastycznymi uwagami, które same spływały na język. Olivii jednak nie przeszkadzały wady Edena, a przynajmniej je akceptowała. Poza jedną. Poza uczuciem, które do niej żywił. I mimo, że owych uczuć się wyzbył, nie mógł nie odwzajemnić uśmiechu, jaki posłała mu dziewczyna. Nie sądził iż uda mu się jeszcze go zobaczyć w takim aspekcie, zarezerwowanego tylko dla niego. I mimo aluzji do ich przeszłości, niezręczność towarzysząca im na początku stopniowo zaczęła opadać. Dobry znak.
    - Aish, ta dziewczyna. Oj, Greengrass, nieładnie jest się tak wymądrzać - powiedział, imitując nieznacznie ton dziewczyny. Przekrzywił przy tym lekko głowę, a jego oczy zmrużyły się niemal niezauważalnie. Najgorsze minęło, teraz pozostawało tylko usiąść na dupie i czekać co los przyniesie.
    - No to leć. Herbata pewnie już za Tobą tęskni. Pościele łóżko i wrócę - mruknął na odchodnym, wspinając się już na pierwszy stopień. Gdy znalazł się na górze, otworzył drugie drzwi po prawo i omiótł wzrokiem sypialnie dla gości. Znajdowała się w idealnym stanie - jego dom był spory jak na trójkę mieszkających w nim osób, ale mama zawsze pilnowała by każde, nawet najrzadziej odwiedzane pomieszczenie lśniło czystością. Rzucił na łóżko dodatkowy koc i uchylił okno, by przewietrzyć trochę pokój. Podobno pozytywnie wpływa to na jakość snu. Skierował się do wyjścia, po drodze zatrzymując się na pare sekund aby przyjrzeć się od tylu lat znajomej twarzy. Odbicie w lustrze. Co ono właściwie wyraża?
    - Jesteś durniem, Eden. Jesteś durniem - wymamrotał do siebie zanim stąpając po lekko spranym już dywanie wylazł z powrotem na korytarz. Do salonu powrócił w idealnej ciszy - jego kroki były powolne, miękkie. Z niejaką gracją wyminął kanapę i usiadł na jednym z foteli.
    - Rozumiem, że herbata wybaczyła ci twoją niekompetencję, hm? - spytał, przyglądając jej się uważnie.

    Eden

    OdpowiedzUsuń
  84. Eden nie oczekiwał rzewnych łez, wzruszających wyznań, siedzenia na kanapie z pudłem lodów i rozmyślania nad istotą wszechświata czy sensem życia. Wystarczyło mu, że Liv do niego przyszła, żeby dostrzec jak bardzo jest zrozpaczona. Nawet jeśli wcześniej go zraniła, nawet jeśli długo nie mógł się po niej otrząsnąć, zostawienie jej w takiej sytuacji byłoby gorzkim błędem, nawet dla takiego dupka jak on. Nadal mu na niej zależało i choć nie w ten sam sposób co kiedyś, nadal nie miał zamiaru ukrywać troski wobec niej. Co gorszego może się stać? Odrzuciła jego miłość, a on to zaakceptował. Nie było sensu jęczeć i boczyć się o każdy drobny szczegół - na zawsze zapamięta to co mu zrobiła, ale w rozpamiętywaniu tego na głos nie widział sensu. I co z tego, że wywaliłby ją za drzwi jak za pięć sekund wyrzuty sumienia i strach złapałyby go za gardło i kazały wciągnąć Liv z powrotem do siebie i schować w swoich ramionach. Wolał oszczędzić sobie tego żałosnego upokorzenia.
    Mimo wszystko dobrze, że nie zdecydowała się mu pomóc. Potrzebował chwili dla siebie, potrzebował zerknąć w lustro i przyznać, że jest się totalnym idiotom. Jego umysł był niepojęty - z jednej strony wiedział iż postępuje słusznie i dojrzale, z drugiej zachowywał się jak dziecko gadając do siebie w lustrze i bawiąc się atmosferom niczym szczeniak piłeczką. Ironia? Cóż, całe jego życie jest ironią.
    Wzruszył ramionami na jej słowa, zastukał kilka razy palcami w miękki podłokietnik od fotela. Nie było tak jak kiedyś. Chwile nie zostały przesycone śmiechem i ciągłą paplaniną, ale cisza, która co jakiś czas pomiędzy nimi się rodziła nie wydawała się wcale niezręczna. Za dobrze się znali, żeby bawić się w drętwe przedstawienia. Przewrócił ciemnymi oczami na jej pytanie i nachylił się lekko, opierając łokcie na kolanach.
    - Oczywiście, że możesz. Wiesz, że ja się z nikim nie cackam, co nie? - uśmiechnął się sarkastycznie i wstał, by podejść do staromodnej wieży matki i wsunąć do niej odpowiednią płytę. Jak szaleć to szaleć, i tak skazani byli na własne towarzystwo. Z głośników wylały się charakterystyczne słowa Timona z Króla Lwa. Składanka Disneya, a jakże by inaczej. Jego uśmiech powiększył się, gdy podszedł do niej, nucąc pod nosem pierwsze wersy piosenki.
    - Dzisiaj zatańczysz. I to nie jest prośba.

    Hakuna Matataaaaaaaaa

    OdpowiedzUsuń
  85. [Cześć! Pięknie dziękuję za powitanie choć przyznam szczerze, że bardzo chętnie skleiłabym coś z Twoją Olivią. W sumie mam dwa pomysły, różniące się od siebie wszystkim.
    - W pierwszym zrobiłabym z naszych pań rywalki. Moja Rose nie przepada za Ślizgonami i jest do nich dość mocno uprzedzona co mogłabym wyraźnie dać po sobie znać. (:
    - Zaś w drugim zrobiłabym z nich bardzo dobre przyjaciółki. Liv mogłaby pokazać mojej Weasleyównie, że ślizgoni wcale nie są tacy źli!

    Jeśli coś Cię zainteresuje to wiesz gdzie nas szukać ;]

    ROSE WEASLEY

    OdpowiedzUsuń
  86. [Cześć! Pewnie, postać kanoniczna zawsze wiąże się z jakimiś ograniczeniami, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się nie istnieć. Wątek z Olivią rozumie się sam przez się i po zapoznaniu się z jej kartą, od razu przyszła mi na myśl pozytywna relacja. Oboje chyba nieco zakłamują rzeczywistość, więc między innymi w tym kontekście mogliby być niezłymi kompanami, co prawda jakiegoś konkretnego pomysłu na rozpoczęcie wątku nie mam, ale, tak jak wspomniałaś w odautorskim dopisku, możemy zrobić burzę mózgów.]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  87. [Co do zdjęcia zauważyłam dzisiaj rano i zmienię je na dniach, ewentualnie zaczekam na opublikowanie Pottera który się już tworzy w szkicach. Mam nadzieję że autorka Art'a mnie nie skrzyczy, bo to czysty przypadek. :< Właściwie skoro Olivia jest kuzynką Scorpiusa to może tutaj o coś zahaczymy? Rose była niegdyś przepełniona do niego niechęcią a teraz ich relacja wjeżdża na dość specyficzny tor.. I skoro sama Liv była kiedyś uprzedzona do Gryfonów i Weasleyów to mogłaby jakoś spróbować odepchnąć Rosie od niego, wymusić na niej aby dała mu spokój. c: Póki co tylko coś takiego ooo przychodzi mi na myśl!]

    ROSE

    OdpowiedzUsuń
  88. [ Dziękuję za miłe powitanie :) Przyznaję się bez bicia, że opierałam się o Przeklęte Dziecko, by Albus nie odbiegał zbyt bardzo od kanonu. Słyszałam już wiele opinii o tej książce, ale osobiście uważam, że nie była zła. Tym bardziej zapraszam na wątek, bo może jeszcze się do Ala przekonasz :D Zgłaszam się tu z oczywistego powodu - oboje są z tego samego roku i domu. Mogliby coś pokombinować z zielarstwem, z którym oboje mają więcej wspólnego ;)]

    Albus Potter

    OdpowiedzUsuń

  89. Przewracanie oczami było równie Edenowe jak sarkastyczne uwagi, przemądrzałość, cięte riposty, a także śpiewanie piosenek z bajek. Choć o tym ostatnim oczywiście wiedziały głównie osoby, które lepiej go znały, choć niewielu spotkało ten zaszczyt. Prawda była taka, że Eden tylko wydawał się być pozbawionym serca i jakichkolwiek morałów dupkiem, gotowym uprzykrzać życie innym i udowadniać ich im własną głupotą. Owszem, to ostatnie należało do nawyków, które uważał za przyjemne, ale nie mógł się powstrzymać, kiedy widział rozrastającą się, dominujący w większości społecznych grup idiotyzm. Liv miała okazję zobaczyć go od tej milszej, bardziej ludzkiej strony. Nie musiała sugerować się pozorami, bo wiedziała, że w głębi tej nieco porąbanej, otoczonej niejakim okrucieństwem skorupie kryje się naprawdę przyzwoity facet. Cóż, w końcu każdy miał swoje słabości.
    To był jeden z powodów dla których znowu nieco się otworzył - bo wiedział, że to co Olivia zobaczy w środku w żaden sposób jej nie zaskoczy. Maniakalna miłość do dziecinnego Disneya była zbyt niepokojąca, by od razu rzucać nią w obcą osobę. Chociaż jeżeli spojrzeć na to logicznie - Eden wszelkie opinie poważanych lub niepoważanych patrzących na nich z góry czarownic miał gdzieś. Bo lubił bawić się przy bajkach, bo uważał się mają one wartości i są ciekawsze od zabawy w kolekcjonowanie kurzu. Co z tego, że ktoś wziąłby go za dziwaka, świra lubującego się w tak trywialnej mugolskiej rozrywce, skoro składało się to na jego osobę? Nikt nie miał prawa się do tego wtrącać.
    Zaskoczyło go ustawienie Liv. Uwaga, jego coś zaskoczyło. Po raz kolejny tego wieczora. Owszem, znał podstawowe tańce 'szlachetne', ponieważ nie sądził, żeby były one w jakiś sposób gorsze od wywijasów, w które szedł zwykle. No i lubił wzywania. A walc do pieprzonego Hakuna Matata zdecydowanie był wyzwaniem. Jedną rękę ułożył na jej plecach, drugą ujął jej dłoń. Wreszcie zaczął się poruszać, nadal nucąc pod nosem szalone nuty Timona i Pumby. Ich kroki średnio pasowały do brzmiącej w głośnikach muzyki, ale chwilowo to zignorował.
    - Zawsze szłaś własnymi ścieżkami. - Odezwał się w przerwie pomiędzy kolejnymi zwrotkami i zaraz niespodziewanie zbliżył się, zmuszając Liv, by pochyliła się niczym w tych wszystkich tandetnych filmach.
    - To w tobie lubiłem. - Dodał patrząc jej w oczy zanim podniósł się, wracając do głupich standardowych tanecznych kroków. Chyba trochę się zapomniał.

    Edenowe Serce

    OdpowiedzUsuń
  90. Mimowolnie uniósł brew, powstrzymując się przed sugestywnym przewróceniem oczami. Wiedział, że wcale nie musiała się zastanawiać. Czytał z niej jak z otwartej księgi, często niepotrzebne były im żadne słowa. Rozumieli się bez słów, wystarczało jedno spojrzenie, jeden lekki gest i wszystko stawało się jasne. Powolnie oblizał wargi, obserwując, jak dziewczyna pochyla się nad umywalką, płucząc usta. Jego wzrok swobodnie przesuwał się po zarysach jej ciała skrytego pod koszulką. Nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi, jak dużą część zgrabnych nóg dziewczyny odkrywa jego stary T-Shirt. Teraz więc bez skrępowania przez ten krótki moment wodził spojrzeniem po krawędzi koszulki, rozkoszując się widokami, by zaraz z jeszcze większą przyjemnością obserwować jak przyjaciółka powolnie ją ściąga. Uniósł z zadowoleniem prawy kącik ust, sycąc się widokiem Olivii Greengrass stojącej zupełnie nago tuż przed nim w jego łazience. Nigdy nie spodziewałby się, że znajdą się w podobnej sytuacji, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało.
    Zamknął za nią drzwi kabiny, czując, jakby w tej małej przestrzeni nagle zrobiło się jeszcze goręcej, a w tej niepotrzebnej odległości między nimi następowały jakieś drobne wyładowania elektryczne. A jeszcze kilka chwil wcześniej miał plan ochłonąć i pójść grzecznie spać. Był jednak zbyt głodny własnej przyjaciółki, by skończyć atrakcje tego wieczoru tak wcześnie. Przez pełną szaleńczego napięcia i pożądania chwilę stali po prostu naprzeciwko siebie. Nie mógł oderwać od niej spojrzenia. Kiedy zauważył, że przenosi wzrok na jego usta, niespiesznie przesunął czubkiem języka po wargach. Na jego usta wpłynął niekontrolowanie delikatnie zawadiacki uśmiech, gdy powoli sunęła dłońmi po jego rękach. Ciepły dotyk wywoływał mimowolne dreszcze, które powolnie wibrowały w całym jego ciele, kumulując się w podbrzuszu. To zdecydowanie nie miał być szybki chłodny prysznic.
    Delikatny pomruk wyrwał mu się z gardła, gdy przybliżyła się i rozgrzanym ciałem przywarła do jego chłodnej skóry. Z przyjemnością oddawał jej pocałunki, dłońmi powoli sunąc w dół po jej bokach, zostawiając na nich wilgotne ślady. Opuszkami umiejętnie wyrysowywał skomplikowane ornamenty na jej skórze, by w końcu z wyraźnym zadowoleniem zacisnąć palce na jej kształtnych pośladkach. Wargami leniwie zsunął się na jej ucho, by z rozbawieniem wymruczeć:
    – Nie potrafię teraz przy tobie utrzymać rąk grzecznie przy sobie. W sumie nawet bym nie chciał. – Przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie, czując jak w każdym miejscu, gdzie stykały się ich głodne siebie ciała, przeskakują między nimi drobne iskierki. – Coś czuję, że podczas maratonu świątecznych imprez spędzimy więcej czasu po kątach niż na samych bankietach – wymruczał z obiecującą nutką w tonie.
    Prawda była taka, że Zabiniemu od dłuższego czasu brakowało porządnego rozluźnienia. To, co nagle wybuchło między nimi, wydawało się odpowiedzią na jego problemy. Od dawna nie czuł się tak rozluźniony, a jednocześnie nadal tak nienasycony czystą przyjemnością. Może gdzieś tu zaplątała się słodycz zakazanego owocu, może magia świąt, a może rzeczywiście oboje znaleźli się w takim momencie życia, że potrzebowali się o wiele bardziej niż kiedykolwiek. Nie zastanawiał się jednak nad tym specjalnie. Korzystał. Tak też oboje byli wychowani – zawsze korzystać z okazji, jakie podsuwa życie i wyciskać z nich jak najwięcej dla siebie.
    Powolnie pocałunkami przesunął się na delikatną skórę jej szyi, jednocześnie delikatnie popychając ją na ścianę, by zaraz przycisnąć ją do chłodnych kafelków, kontrastujących wyraźnie z ognistymi pieszczotami. Jedną dłonią chwycił jej udo i uniósł je, zarzucając sobie na biodro. Palcami czule muskał jej skórę, jednocześnie wargami zsuwając się stopniowo powolnie coraz niżej. Tym razem chciał, by to jego wspólniczka w zbrodni miała więcej przyjemności z zabawy. Chciał widzieć, jak na nią działa, jak jej dobrze, chciał słuchać jej jęków.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  91. Jej jęki były muzyką dla jego uszu. Zachłannie całował jej skórę, błądząc dłońmi po smukłych nogach dziewczyny. Wsłuchiwał się w rozkoszną kakofonię dźwięków, nakręcając się coraz bardziej. Czuł kumulujące się w podbrzuszu ciepło, każdy jej jęk czy westchnięcie odbijały się echem po łazience i miały wyraźne odbicie również w jego ciele. Widział wyraźnie, że jego usta i dłonie doprowadzają przyjaciółkę do szaleństwa i chciał cieszyć się tym jak najdłużej. Czuł drżenie jej mięśni pełne oczekiwania i niecierpliwości. Gdy pociągnęła go za włosy, nie mógł powstrzymać się przed rzuceniem jej nieco rozbawionego spojrzenia. Podniósł się, z cichym westchnieniem przyjmując chłodną wodę, która zaczęła lecieć z prysznica. Szybko jednak na widok pożądania w jej oczach powolnie oblizał wargi, czując na nich wyraźnie smak jej skóry i z ledwie powstrzymywanym zniecierpliwieniem uniósł ją, przyciskając do ściany. Trzymał ją pewnie, nie spuszczając wzroku z jej pełnych zachwytu oczu. Mógł z nich wyczytać wszystko.
    Lubił czuć, że to on ma kontrolę. Lubił czuć tak ciasno oplecione wokół bioder uda. Lubił chłodne krople prawie skwierczące w kontakcie z rozpaloną skórą. Lubił wsłuchiwać się w usilnie tłumione jęki zdradliwie wyrywające się z obu gardeł. Lubił patrzeć w oczy stopniowo zachodzące mgiełką spełnienia.
    Przez jego ciało przechodziły rozkoszne dreszcze, a urwany oddech zdawał się nadal przyspieszać. Z wdzięcznością przyjął delikatniejszy pocałunek i pozwolił jej stanąć o własnych siłach. Miał wrażenie, że wszelkie najdrobniejsze komórki jego organizmu drżą z odczuwanej przyjemności. Z uśmiechem leniwie błąkającym się po ustach obserwował swoją przyjaciółkę, kiedy ta nagle delikatnie się krzywiąc dotknęła swojej łopatki. Uniósł niepewnie brwi, widząc krew. Dopiero po chwili dotarło do niego, że kafelki z pewnością nie należały do najmiększych przedmiotów w domu.
    – Schlebiasz mi – roześmiał się cicho, zaraz zamykając ją w uścisku. Wtulił policzek w jej lekko wilgotne włosy, uśmiechając się delikatnie. – Twoja mama z pewnością by mnie za to zabiła, co? – mruknął, wciąż wyraźnie zadowolony i rozbawiony. – A mówiłem rodzicom, żeby wzięli inne kafelki, te są zbyt szorstkie. – Wyszczerzył się, odsuwając delikatnie. Ostrożnie obrócił ją plecami do siebie, by opuszkiem przesunąć po jednym z zadrapań. Na szczęście ranki nie były zbyt głębokie, ale Zabini doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że takie otarcia bywają najbardziej uciążliwe. – Zajmiemy się tym, ślicznotko. Nie zostanie nawet najmniejszy ślad. – Z uśmiechem musnął ledwie wyczuwalnie wargami jeden z dowodów ich małej prysznicowej zbrodni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz, wciąż się szczerząc, otworzył drzwi kabiny, by poprowadzić dziewczynę do pokoju, zupełnie nie przejmując się tym, że oboje byli zupełnie nadzy i mokrzy po prysznicu. Posadził ją na brzegu łóżka, a sam zaczął przeszukiwać szuflady. Zawsze miał gdzieś w zanadrzu maść babci na otarcia. Kiedy był młodszy często latał wokoło domu na miotle wraz z kilkorgiem innych dzieci arystokratów, co zazwyczaj kończyło się kłótniami o to, który ma udawać którego gracza z zawodowych drużyn quidditcha. Zazwyczaj wracał wtedy do domu cały ubłocony i podrapany, co zupełnie nie przystawało dziedzicowi fortuny Zabinich. Babcia jednak miała sposób na wszystko i potrafiła przemycić małego urwisa do pokoju, pomóc mu się ogarnąć i jak gdyby nigdy nic pozwolić mu w eleganckiej koszuli zejść na rodzinną kolację. Kiedy znalazł małą fiolkę, uśmiechnął się delikatnie do wspomnień, by zaraz rozsiąść się na łóżku tuż za Liv.
      – Może trochę piec, ale nie znam niczego, co szybciej pozwala pozbyć się takich brzydkich zadrapań. Będziesz mogła jutro wskoczyć w jakąś seksowną kieckę z odkrytymi plecami i nikt nie będzie miał najmniejszych powodów do podejrzeń – mruknął z delikatną chrypką, jednocześnie nakładając na opuszki odrobinę maści. – Albo nie, czekaj. Nie przesadzaj z tą sukienką, bo jeszcze ktoś się tam na ciebie rzuci. Tak w sumie, do kogo jutro idziecie…? Będą cię tam znowu z kimś swatać? – Delikatnymi ruchami wodził palcami po jej podrapanych plecach, jednocześnie nachylając się delikatnie i wargami muskając co i raz to skórę na jej ramionach. Nie potrafił się powstrzymać.

      Zab

      Usuń
  92. Sam nie do końca wiedział, czy martwi się o nią jak zawsze – jak przyjaciel, czy może do głosu dochodziła już zazdrość. Nie przywiązywał się specjalnie do ludzi, mało było osób, na których mu w jakikolwiek sposób zależało. Kolejne osoby przewijały się przez jego łóżko, a on nawet nie starał się zapamiętać ich imion. Bo i po co? W końcu pamięć ludzka nie śmietnik, a on wolał zachowywać ją dla naprawdę wartościowych osób, które wniosły do jego życia coś więcej niż kilka upojnych chwil. Wolał pozostawić miejsce dla tych, którzy zobaczą w nim coś więcej niż arystokratyczne nazwisko, etykietkę wybitnego kochanka, jego wygląd czy wyuczone gesty i opanowanie. W nieczułym środowisku czystokrwistych rodów pragnął jedynie, by ktoś przejrzał jego maski, przebił się przez skorupę i dojrzał w nim coś więcej. I o takie osoby pragnął się martwić. Z Liv łączyło go o wiele więcej niż jedynie uczestniczenie w uroczystych kolacjach i umiejętności kameleona. Znali się od każdej strony, umieli przejrzeć i dostrzec wszystkie skrywane emocje. Była chyba jedyną osobą, którą był w stanie nazwać przyjaciółką – i mógł być pewien, że się na niej nie zawiedzie.
    – Nigdy nie możesz być pewna – mruknął, uśmiechając się lekko.
    Wiedział doskonale, że większość bankietów kończyła się próbami umawiania dzieci między rodami. Nigdy nie rozumiał tego fenomenu, wszelkie zagrywki typu „to moja piękna córka, jest genialna z eliksirów” od zawsze go irytowały, a od kiedy okazało się, że usilnie swatano go z własną siostrą, zbywał wszystkie nowopoznane arystokratki chłodnym wyniosłym spojrzeniem, jeszcze mroźniejszym obdarzając nadopiekuńczych rodziców starannie układających pociechom życie. To wszystko zawsze było jednym wielkim kłamstwem.
    Mimowolnie uśmiechnął się łagodnie na delikatny pocałunek. Po tylu chwilach pełnych namiętności, ten drobny gest wydał mu się niesamowicie uroczy i niewinny. Westchnął lekko, niechętnie odmawiając sobie przyjemności zatopienia się kolejny raz w jej wargach. Miał już być grzeczny. Gdzieś z tyłu głowy wciąż pamiętał, że Liv miała rano wrócić do domu, nie powinien kolejny raz wciągać jej w wir rozkosznego uniesienia. Jednocześnie jednak… tak trudno było się powstrzymać. Przetarł palce z maści, odrzucił zakręconą fiolkę na bok i po chwili wahania przegrał walkę z samym sobą i przyciągnął Olivię bliżej, by obdarzyć ją zdecydowanie bardziej satysfakcjonującym pocałunkiem.
    – Nie pozwolisz Malfoyom podziwiać twoich pięknych pleców? – szepnął, odsuwając się od jej warg na zaledwie milimetry. – Dobra decyzja. – Wyszczerzył się, po czym wrócił do zajmowania się kuszącymi ustami przyjaciółki.
    Nie miał pojęcia, ile czasu zajęło im w końcu oderwanie się od siebie nawzajem, narzucenie czegokolwiek – na wszelki wypadek, gdyby ktoś rano wszedł do pokoju, zanim się obudzą – kolejne pocałunki na dobranoc, nim udało im się ułożyć i ostatecznie zasnąć. Wiedział jednak doskonale, że pani Greengrass zdecydowanie nie będzie zadowolona, kiedy jej córka zjawi się w domu później niż miała to w planach, a na to się zapowiadało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obudził się z nosem wtulonym w miękkie włosy przyjaciółki. Nigdy dotąd ich zapach nie wydawał mu się tak przyjemny, jak tego dnia. Delikatnie musnął wargami czubek jej głowy, jednocześnie opuszkami przebiegając lekko po jej bokach. Spała z głową wtuloną w jego pierś, wyraźnie nie mając zamiaru jeszcze wstawać. Wyglądała zupełnie niewinnie… I wtedy pojawiły się pierwsze wyrzuty sumienia. Nie miał do siebie żalu, że poprzedni wieczór potoczył się tymi torami. Nie odczuwał jakiegokolwiek obrzydzenia co do tego, że przespał się z najbliższą przyjaciółką. Nie bał się o ich relację… Wiedział jednak, że powinien jej coś powiedzieć. Wiedział, że gdyby nie wydarzenia ostatnich tygodni, prawdopodobnie nie skończyliby razem w łóżku. Wiedział, że teoretycznie nie powinno się tak stać, nie powinien pozwolić, by do tego doszło. Wiedział, że musi z nią poważnie porozmawiać i to jak najszybciej. Kiedy jednak zerknął na zegarek stojący naprzeciwko łóżka, zaklął pod nosem, czując, że tego dnia z rozmowy nici. A na dodatek matka Olivii go zabije.
      – Liv? Wstawaj, śpiochu, już południe!

      Zab

      Usuń
  93. Właściwie Eden nie miał na celu uspokajania Olivii. Właściwie to nie chciał osiągnąć niczego szczególnego. Zwykle patrzył, co jest najlepsze dla niego samego, nie zważając na uczucia innych. Był egoistą. Jak każda istota ludzkopodobna. Ale on miał w sobie na tyle dużo odwagi i szczerości, że tego nie ukrywał. Tym razem jednak coś się zmieniło. Nie wyparł się swoich poglądów na świat, nie zmienił się, a mimo to zachowywał się zupełnie jak nie on. Działał, nie myślał. Pozwolił sercu zasłonić niezachwiany obraz rozumu. Chwila słabości, jak nazywal takie momenty w sytuacjach kryzysowych, nigdy nie trwała zbyt długo. Zawsze, ale to zawsze szybko wracał do poprzedniego stanu rzeczy, szczególnie, gdy orientował się, co najlepszego wyprawia. I właśnie taki moment nadszedł, kiedy tańczył walca z panną Greengrass do cholernego Hakuna Matata.
    Sprawiał wrażenie, że nada jest tym samym człowiekiem, który był w stanie ją pokochać. Ale przecież to już dawno za nim prawda? Uczucie rozwiały niepewność, odrzucenie, złamane serce. Przestał się przejmować, a mimo to nadal czuł się źle z tym, że patrzy jej w oczy, że z nią tańczy i ponownie otwiera się przed nią, zupełnie jak w tamte wakacje.
    Podniósł wzrok na Liv, gdy zaczęła się nowa piosenka. Cholerna Piękna i Bestia. Cholerne romantyczne bzdety wypowiadane do rytmu wolnej melodii przez głupich bohaterów głupiej bajki. Westchnął i odsunął się od niej o mały kroczek.
    - Chyba powinniśmy skończyć na dzisiaj. - Odparł tak zimnym tonem, że sam poczuł chłód przemykający po jego plecach. Twarz Edena zamieniła się w maskę niewyrażającą najmniejszej emocji. Ile to razy przybierał ją, gdy patrzył w oczy obcym czarodziejom czy też mugolom?
    Odwrócił się i wyłączył wieżę. Zacisnął w pięść zmarzniętą dłoń, rozluźnił ją i z powrotem odwrócił się do Liv.
    - Muszę jutro wstać. A sąsiedzi nie lubią słuchać pieprzonego Disneya. - Wymamrotał, choć teoretycznie nie był jej winien wyjaśnień i skinął głową w stronę schodów.
    - Będę u siebie. W lodówce chyba jest ciasto z wiśniami. Wiesz gdzie jest łazienka. - Mówił, łapiąc swój kubek z herbatą i powoli skierował się na górę. Panie i Panowie, gnojek powrócił.

    Chujek Eden o Zimnym Sercu

    OdpowiedzUsuń
  94. [Próbowałem wymyślić coś porywającego, ale mam tylko strzępki pomysłów, bez konkretnego powiązania. A skoro ty wolisz jednak jakieś mieć, to musielibyśmy pomyśleć nad nim wspólnie.]

    OdpowiedzUsuń
  95. [Ja też damsko-damskie słabiej, ale zawsze warto spróbować wymyślić coś super! Może ogarniemy wszystko na gg? Śmiało pisz: 57748922!]
    Millie

    OdpowiedzUsuń
  96. Nigdy nie uważał się za typ faceta, którego łatwo jest wcisnąć pod pantofel. To raczej on był tym, który wyznaczał warunki, stawiał wymagania i podejmował decyzje. W jego życiu jednak były pewne osoby, którym od czasu do czasu pozwalał sobą kierować, bez najmniejszego wahania oddając im stery swojego życia. Olivia bezsprzecznie zaliczała się do tego grona, zwłaszcza gdy w grę wchodził gniew jej matki. Zabiniemu za bardzo zależało na przyjaciółce, by jeszcze mocniej podpadać pani Greengrass – chociaż tak naprawdę nigdy nie miał pewności, skąd wzięła się ta niesamowita niechęć rodzicielki Liv do jego skromnej osoby. Przecież nigdy by jej nie skrzywdził… A wręcz przeciwnie.
    Bez jakiegokolwiek sprzeciwu przyjął wręczoną mu koszulę i z lekkim uśmieszkiem, za pomocą doskonale sobie znanego zaklęcia, wyprasował ubranie przyjaciółki. Wciąż czując smak porannego pocałunku zaczął kręcić się po pokoju, błyskawicznie doprowadzając go do idealnego porządku. Nie był może przesadnym pedantem, jednak w arystokratycznej krwi musiało być gdzieś zakodowane dążenie do perfekcji nawet w tak przyziemnych sprawach jak zachowywanie pewnego ładu w pokoju. A poza tym wiedział doskonale, że każde odchylenie od normy zostałoby zauważone przez rodziców, a zdecydowanie oboje woleli zachować wydarzenia poprzedniego wieczoru i nocy przynajmniej póki co w tajemnicy. Nie chcieli robić z siebie sensacji, wiedząc, jak może się to odbić na plotkach krążących wokół ich osób, reputacji rodziny i sposobie, w jaki mieliby być postrzegani.
    Nie czekał na nią. Zbiegł na dół, wiedząc, że przyjaciółka już jest spóźniona i postanowił zająć się śniadaniem. Co prawda nieczęsto zabierał się za przygotowywanie posiłków, jednak kuchnia nie była mu zupełnie obca. Kiedy stawiał na stole szklanki soku dyniowego, babcia z szerokim uśmiechem na ustach wyciągnęła w jego stronę butelkę Ognistej i mrugnęła porozumiewawczo. Ta kobieta stale go zaskakiwała. Wydawała się wiedzieć wszystko o wszystkich i wszystkim, co by się nie działo pod jej – i nie tylko jej – dachem. Był pewien, że doskonale wiedziała, że poprzedniej nocy nie wszyscy w rezydencji Zabinich grzecznie udali się do spania, jednak nie zdradziła się przed jego rodzicami ani słowem.
    Rozmowy z babcią zawsze wyglądały zupełnie inaczej niż z pozostałymi członkami rodziny. Tylko przed nią mógł się otworzyć, tylko ona znała tę całkowicie drugą stronę wykreowanego przez Astrid Zabini arystokratycznego dupka. Tak naprawdę tylko dzięki tej z pozoru lodowatej, wyrachowanej kobiecie Chris miał tak bardzo różniące się od noszonych na co dzień masek wnętrze. Każda wymiana zdań z babcią sprawiała mu niewymowną przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Liv weszła do pomieszczenia, Zab mimowolnie zamarł na ułamki sekundy, przerywając wypowiedź w pół słowa. Dla postronnej osoby byłoby to wręcz niezauważalne, jednak był pewien, że babci nie umknął nawet ten drobny szczegół. Szybkim spojrzeniem zlustrował przyjaciółkę, pozwalając sobie na delikatne uniesienie prawego kącika ust, co nadało jego twarzy nieco zadziorny wyraz.
      – Już ty doskonale wiesz, czym – szepnął ledwie słyszalnie, gdy nachylił się w jej stronę, by sięgnąć po bułkę. – Jesteś przecież moją najlepszą przyjaciółką! – Wyszczerzył się, mówiąc już głośniej.
      Nie zdążyli w spokoju zjeść, gdy kuchnia w magiczny sposób zapełniła się wszystkimi członkami rodziny Zabinich, jakby w tym pomieszczeniu odbywał się właśnie jakieś niesamowity spektakl. Chris mimowolnie rzucał spojrzenia Olivii, próbując uciec tym samym od podejrzliwego wzroku rodziców. Czuł na sobie również wszystkowiedzące oczy babci, co tym razem w żaden sposób nie pomagało. Wzmagało jedynie jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się z rana. Musiał z nią porozmawiać. Nie mógł pozwolić, by ta sprawa nie została wyjaśniona, by pozostała niedopowiedziana. Nie lubił mieć sekretów przed Liv – odkąd tylko pamiętał, mówili sobie wszystko.
      Kiedy w końcu uciekli spod ostrzału spojrzeń, cicho westchnął. Oparł się ramieniem o ścianę, przyglądając się jak przyjaciółka nakłada kurtkę i próbował ułożyć sobie w głowie, jak ma zacząć tę rozmowę. Wiedział, że nie jest to najlepszy moment, jednak w jego myślach już zasiał się zamęt, a gdzieś na żołądku ciążyły mu wyrzuty sumienia. Nie miał sobie zupełnie za złe jednak wybryków, jakich wraz z Liv dopuścił się poprzedniego wieczora, a to, że nie o wszystkim wiedziała. A powinna. Zamyślony nawet nie zauważył, gdy ta ułożyła dłoń na jego policzku i lekko go pocałowała. Westchnął cicho czując, że ta się odsuwa i pokręcił głową, zaciskając powieki.
      – Nie żałuję, Liv. To… To nic takiego. Po prostu znów podpadam twojej matce. – Wzruszył ramionami, siląc się na żartobliwy ton. To zdecydowanie nie był dobry moment na rozmowy. Troskliwie zapiął jej kurtkę, przywołując na twarz ciepły uśmiech. – Nie chcę żebyś zmarzła. Jakby nie było, beze mnie nie będzie ci tak gorąco, co? – Mrugnął wesoło, odsuwając od siebie myśli o wydarzeniach ostatnich tygodni. – Grzecznie mi tam tylko u Malfoyów, dobra? Kiedy się widzimy?

      Usuń
    2. ***
      Może powinien był ją zatrzymać i jej powiedzieć? Kolejny wieczór spędzał z butelką whisky zakoszoną z barku ojca. Wiedział, że ten i tak się nie doliczy. Zapijał smutki, zapijał żale, zapijał wyrzuty sumienia. Przed oczami przesuwały mu się obrazy z ostatnich tygodni. Doskonale wiedział, że robiło mu się gorąco nie tylko od alkoholu w coraz większym stężeniu płynącego w jego żyłach. Idealnie okrągłe ślady na jego skórze dawno już zblakły, on jednak pamiętał dotyk warg, słodkie kąsanie i podniecające warknięcia. Pamiętał każdy ruch, każdy pocałunek, śmiechy i jęki, guziki toczące się po podłodze. Sam nie wiedział, czy nie wolałby zapomnieć. Kolejny łyk Ognistej przywiódł inne wspomnienia, inną twarz, inny dotyk. I wyrzuty sumienia, które pojawiły się ze zgoła inne powodu niż powinny. Powinien jej powiedzieć. Powinien powiedzieć jej o tym, co wydarzyło się w jego dormitorium i jak to się skończyło. I dlaczego unikał kogo tylko mógł przez ostatnie tygodnie.
      Kiedy pusta butelka sturlała się z biurka, on nawet nie podniósł głowy z blatu, pogrążony w kolejnym pijackim koszmarze.

      ***
      Przewrócił oczami, kiedy matka kolejny raz wygładziła kołnierz jego koszuli. Kręcił się wraz z nimi między innymi rodzinami, uśmiechając się uprzejmie. Znów nałożył maskę idealnie wychowanego arystokraty, przytakiwał w odpowiednich momentach, śmiał się z marnych żartów, witał się ze wszystkimi, jakby byli jego najlepszymi przyjaciółmi – oczywiście wszystko w dystyngowany sposób. Nie pokazywał po sobie kolejnej ciężkiej nocy silnie zakropionej whisky, ukrywał zmęczenie i ból głowy. Wyglądał nienagannie tak że nawet pani Greengrass nie miałaby do czego się przyczepić. To właśnie jej – a właściwie jej córki – wypatrywał cały czas kątem oka. Zdążył się za nią stęsknić o wiele bardziej niż zwykle. Sam nie wiedział, czy to przez wyrzuty sumienia, czy może jednak odzywały się po prostu jego instynkty. Kiedy pośród ludzi w końcu dostrzegł znajomo błyszczące radośnie oczy wpatrzone prosto w niego.
      – Mamo, tato, pani Selwyn, wybaczcie. – Posłał im grzeczny uśmiech, po czym obrócił się na pięcie i, lawirując pośród stołów oraz gości, ruszył w kierunku przyjaciółki.

      końcówka meh, ale się starałaaaam!
      mistrzyni spóźnionych odpisów i jej wierny giermek Zabini

      Usuń
  97. Słońce prażyło, jakby zapomniało, że powinno być łaskawsze dla dzieciaków, którzy wrócili już z domów z powrotem do Hogwartu i niespecjalnie mieli ochotę, by wdrażać się w napięty plan zajęć po tak długiej przerwie. Popołudnia spędzali więc w większości na błoniach przez szkołą, w małych lub większych grupach, jako że minęły tylko dwa tygodnie od rozpoczęcia roku.
    Yeonghwan czuł się w końcu jak w domu. Tak, jakby przebywanie blisko Hogwartu dawało mi siły, zapewniało bezpieczeństwo i powodowało, iż był pewniejszy siebie, niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Przemierzał korytarze, patrząc na rzeczy, które znał, pamiętał i lubił, zastanawiając się, co będzie dalej, gdy już skończy szkołę. Nie wiedział, czy ta wizja mu się podobała, czy też nie.
    Przysiadł na ławce na dziedzińcu transmutacji z kilkoma znajomymi z roku. Miał zamiar przejść się do Hogsmeade, jako że pogoda naprawdę dopisywała, ale wdał się w dyskusję z jednym z szóstoklasistów i plany automatycznie wyparowały mu z głowy. Pewnie siedziałby tam dłużej, gdyby nie dostrzegł dziewczyny, która przemykała obok, w stronę korytarza na pierwszym piętrze.
    — Greengrass! — krzyknął, a one momentalnie spojrzała w jego stronę. Poderwał się z miejsca i nawet nie żegnając z resztą towarzystwa, podbiegł do niej z uśmiechem na ustach. — Nawet nie wiesz, ile się ciebie naszukałem.
    W jego głosie przebrzmiewała ironia. Tak, szukał jej, ale przestał po tygodniu, gdy tylko stało się dla niego jasne, że dziewczyna z premedytacją go unika. Dał sobie spokój tylko dlatego, że miał pewność, iż prędzej czy później wpadną na siebie w zamku, a wbrew pozorom nie było to takie trudne, jakby się mogło wydawać. Oboje mieszkali w domu Slytherina — chłopak był nawet zaskoczony, że nie spotkali się pierwszy raz w Pokoju Wspólnym.
    — Jak biznes? — zapytał. — Grasz ze mną w kotka i myszkę?

    OdpowiedzUsuń
  98. Powoli ruszył za nią korytarzem, bez zbędnego pośpiechu, jakby wakacyjne lenistwo rzeczywiście jeszcze nie do końca go opuściło, ale gdy tylko dziewczyna się odezwała, przystanął. Przechylił głowę delikatnie w prawo.
    — Ty mi powiedz. Od początku roku zebrałem kilka zamówień, parę eliksirów, ale na szczęście część z nich miałem jeszcze wśród zapasów z zeszłego semestru. Ale przy paru musisz mi pomóc, nie mam składników.
    W tym momencie przeszkodziła im grupa uczniów z klasy Liv, którzy zupełnie nieświadomi zabrali im kilkanaście minut, by opowiedzieć dziewczynie o jakiejś pracy domowej, jaką zadał im profesor od OPCM. Chwilę postali, rozmawiając o niczym, aż w końcu dwójka wymigała się, mówiąc, że mają coś jeszcze do załatwienia. Ślizgoni, jako że byli przyzwyczajeni do tego, iż Yeonghwan i Olivia spędzali ze sobą zazwyczaj sporo czasu, po prostu odpuścili i ruszyli, jak zresztą większość, w kierunku dziedzińca.
    — Unikasz mnie — powiedział. Nie było to pytanie, nie dało się doszukać też w jego słowach nuty oskarżenia, po prostu stwierdził fakt, żądając wyjaśnień. Sprawy osobiste sprawami osobistymi, ale uważał, że jeżeli prowadzili oboje coś, za co w równej mierze byli odpowiedzialni, zasługiwał na wytłumaczenie. — Dlaczego?
    Przyjrzał jej się uważniej. Greengrass była ładną dziewczyną, ładniejszą od większości dziewczyn w Hogwarcie, z tą swoją piękną twarzą, ciemną karnacją, ciemnymi oczami i długimi włosami. Zawsze przyciągała spojrzenia męskiej części uczniów, zapewne też przez tę swoją niezachwianą pewność siebie. Ale teraz było inaczej — stała jakby bardziej przygarbiona, zamknięta, a mocne słowa, które wypowiadała, zdawały się być bardziej pozą, niż czymś naturalnym. Jasnym było, że czymś się martwi, ale Seo uważał, że gdyby chciała mu cokolwiek powiedzieć, sama by się na to zdecydowała. Tak przecież zawsze wyglądała ich relacja.

    OdpowiedzUsuń
  99. Gdy tylko dziewczyna odwróciła wzrok, na twarzy Yeonghwana na krótki moment zagościł wyraz gorącej wściekłości, jak zawsze zresztą, kiedy coś szło niezgodnie z jego planem. Spodziewał się takiej odpowiedzi, bo też nie znajdował innego powodu, przez którego Greengrass mogła go unikać, choć i tak w środu aż zagotował się z gniewu. Dałby radę poprowadzić ten interes sam, ale dobrze im się współpracowało — i na tę chwilę nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł zająć jej miejsce.
    Jego wzrok złagodniał momentalnie, gdy tylko ruszył w jej stronę. To był chyba pierwszy raz, gdy widział dziewczynę w takim stanie, bo nie przypominał sobie, by kiedyś został świadkiem jej słabości. Faktycznie, nie potrzebował blisko siebie ludzi, którzy nie mogli mu się do niczego przydać — potrzebował lojalnych sojuszników, a taką osobą Olivia dla niego się stała. Nie lubił jednak, gdy ktokolwiek go zawodził.
    — Prześlę przez kogoś listę z potrzebnymi składnikami do tych eliksirów — zaczął, dalej badając ją wzrokiem. — A jeśli mogę zapytać, skąd taka decyzja?
    Zmarszczył brwi w geście zatroskania, zbliżając się do niej na wyciągnięcie ręki. Był mistrzem w ukrywaniu prawdziwych uczuć, zasłaniając je wyuczonymi na pamięć gestami, mimiką, modulacją głosu. Tylko dobre oko mogło wychwycić drobną zmianę, a to też nie zawsze. I nie zawsze też Seo panował nad sobą do tego stopnia, by emocje zamaskować — czasem gniew przejmował nad nim władzę, a on dobrowolnie mu się poddawał.

    OdpowiedzUsuń
  100. Kiedy dziewczyna odwróciła się bez słowa, a potem ruszyła w stronę lochów, Yeonghwan przez moment miał nawet ochotę pójść w drugim kierunku i zapomnieć o wszystkim, zostawiając ich sprawę nierozwiązaną. Potem jednak, analizując, jakby to wszystko wyglądało — niezręczność w Pokoju Wspólnym, mijanie się na korytarzach bez słowa, tę dziurę nie do załatania — przystanął w półkroku i obejrzał się. Uśmiechnął się, widząc jej pewny siebie krok, gdy znikała za rogiem, myśląc też o tym, że chyba każda osoba, jaką znał, musiała coś przed wszystkimi udawać. Ukrywać.
    Poczekał więc. Stwierdził, że nie ma sensu naciskać na nią tamtego dnia, skoro miała zły humor i ewidentnie nie chciała z nim porozmawiać. A że człowiek był z niego wyjątkowo niecierpliwy, do następnego spotkania doszło już parę dni później, w piątek.
    Yeonghwan przystanął sobie za filarem, opierając się wygodnie o ścianę. Zerknął na zegarek, według którego dziewczyna miała kończyć swe ostatnie zajęcia za równe pięć minut, po czym westchnął głęboko i zaczął nucić po nosem. Czekanie uważał za kompletną stratę czasu, nienawidził tego, więc też unikał, jeśli tylko mógł się w jakiś sposób temu wywinąć. Podciągnął rękawy białej koszuli i delikatnie poluzował srebrno-zielony krawat, bo mimo że nie było już tak ciepło jak parę dni temu, powietrze zdawało się ciężkie i duszne. Większość osób nawet nie używała czarnych szat, a zapomniane, szkolne swetry leżały daleko na dnie ich kufrów.
    W końcu zajęcia się skończyły, a Olivia opuściła klasę z jedną ze Ślizgonek z siódmego roku. Rozmawiały o czymś przyciszonym głosem, także żadna z nich nie zauważyła chłopaka skrytego tuż obok, opierającego się o ścianę. Yeonghwan odchrząknął teatralnie, zwracając na siebie ich uwagę, ale nie minęła nawet sekunda, a kiwnął głową na drugą dziewczynę z lekkim uśmieszkiem, by ta sobie poszła.
    — Mogłabyś zostawić nas na chwilę samych? — zapytał sympatycznie, podchodząc bliżej, a kiedy tylko Ślizgonka zniknęła mu z oczu, odwrócił się z powrotem. — Liv, jest piątek. Napijesz się ze mną dzisiaj wina.
    Uniósł brwi, a gdzieś w kącikach jego ust zaczaił się uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  101. — Ale czy ja wspomniałem w ogóle o tym, żeby cię do czegoś przekonywać? — zapytał, przewracając teatralnie oczami, po czym ruszył korytarzem, by odprowadzić dziewczynę dokądkolwiek zmierzała. Sam musiał załatwić jeszcze kilka spraw, dokończyć wypracowanie na poniedziałek i skoczyć do przewodniczącego Klubu Pojedynków na krótkie zebranie.
    Cieszył się tym. Odkąd tylko sięgał pamięcią, zawsze miał dużo rzeczy do roboty i dbał o to, żeby mieć nieustanną liczbę spraw do załatwienia, żeby nigdy nie stać w miejscu. Gdy się nie uczył, czytał, a gdy nie czytał, rozwijał inne umiejętności. Przy czym nigdy nie odczuwał zmęczenia, bo rzeczy, które robił, wiązały się poniekąd z jego zainteresowaniami. Doliczając do tego różnorakie szemrane sprawki, jakby układał kandyzowaną wisienkę na piękne wypieczonym torcie — dozę emocji i adrenaliny, dodającą wszystkiemu słodyczy, smaku.
    — Spotkajmy się o dziewiątej na korytarzu na siódmym piętrze przy wejściu od strony Glanmore'a Peakes'a.
    ***
    Tym razem to Yeonghwan czekał. Mimo że był punktualnie, to już wychodząc z korytarza dojrzał zniecierpliwioną dziewczynę, która oglądała jeden z obrazów ściennych, wciąż zerkając ku wylotowi pomieszczenia. Minąwszy prefekta Krukonów, kiwnął mu głową na powitanie, a ten odpowiedział tym samym, dodając jeszcze uśmiech. To było jednym z dodatków utrzymywania z ludźmi dobrych relacji — nikt nigdy się go nie czepiał, nawet gdy został nakryty na łamaniu regulaminu.
    — Dobry wieczór — powiedział, przekładając stosik książek do lewej ręki. — Chodź.
    W piątek klasie odkrył jedną z niespodzianek, którą Hogwart oferował swoim uczniom, a o której niewielka ilość ludzi miała pojęcie. Pod koniec roku, właśnie na tym korytarzu, dostrzegł, jak jedna z Puchonek z siódmej klasy, Abigail Lawrence, znika za jedną z czerwonych kotar i... Rozpływa się w powietrzu. Jako że w tamtym czasie piastował stanowisko prefekta, poczekał spokojnie, aż dziewczyna stamtąd wyjdzie, po czym udając, że niczego nie dostrzegł, sam zbadał tę tajemniczą własność portiery.
    Odsunął ją i aż zrobił krok w tył ze zdziwienia — za kotarą znajdowało się zwyczajne okno, jakich w zamku było pełno. Nie spodziewał się jednak, by dziewczyna mogła sobie z niego wyskoczyć, a potem po prostu dostać się do środka. I gdyby nie to, że tak długi pobyt Abigail w tamtym miejscu tak go zafrasował, z pewnością poszedłby sobie stamtąd, przeklinając w myślach za głupotę. Ale otworzył to okno i wychylił się w przód.
    Pod nim, niżej, znajdowały się zakręcone, kamienne schodki, prowadzące na duży balkon. Rozciągał się stamtąd widok wprost na jezioro i Zakazany Las, także ktokolwiek przebywał w tym miejscu, był chroniony od wścibskich spojrzeń różnorakich gapiów. Również wrażenie estetycznie, nie ukrywając, było całkiem niezłe.
    Seo zerknął w obie strony, by sprawdzić, czy nie plątają się wokół nich niepożądani świadkowie, a potem odsunął kotarę i przepuścił dziewczynę pierwszą. Otworzył okno mocnym szarpnięciem, by następnie wziąć lekki rozbieg i wyskoczyć wprost na kamienny podest. Już na dole odłożył książki, wyciągnął różdżkę i machnął nią, rzucając zaklęcie cofające transmutację. Po chwili stały przed nim dwie butelki whisky, szklaneczki oraz paczka papierosów.
    Transmutację też lubił.

    OdpowiedzUsuń
  102. Seo sięgnął po kieliszek whisky i upił sporego łyka, krzywiąc się nieznacznie. Nie przepadał za tym alkoholem, dużo bardziej wolał dobre wino, którego w jego domu nigdy nie brakowało — rodzice dostawali wina nagminnie, głównie w ramach uroczystości związanych z zawodem. Lubił też zwykłe piwo, głównie wschodnioeuropejskie, bo fanem kremowego nigdy nie był, a zresztą niewiele go pijał. Organizm mu na to nie pozwalał, ponieważ jak u części Azjatów, i u niego zaburzenia związane z trawieniem alkoholu płatały różnorakie psikusy.
    A przede wszystkim lubił zachowywać trzeźwość umysłu.
    — Nie będę cię przekonywać do zmiany zdania, możesz być spokojna — powiedział cicho, patrząc na nią z delikatnym uśmiechem. — Byłem po prostu ciekaw, czy jesteśmy w stanie utrzymać jakąkolwiek relacje, która stricte nie wynika z interesu.
    Miał zamiar jeszcze coś powiedzieć, ale koniec końców zamilkł, choć gdzieś w kącikach jego ust czaił się jakiś diabelski uśmieszek. Nieczęsto się pojawiał, a znaczył on nic innego, jak chęć wywinięcia psikusa, zrobienia czegoś głupiego. Zamiast mówić cokolwiek, wyciągnął z kieszeni spodni małą buteleczkę, wypełnioną bezbarwną cieczą. Na etykiecie lekko pochyłym pismem wypisane zostało Veritaserum.
    — Albo lekko sobie pomóc — dodał przyciszonym tonem.
    Cóż, pierwszy raz od dawna Yeonghwan był naprawdę rozbawiony.

    OdpowiedzUsuń
  103. Kącik jego ust drgnął delikatnie, kiedy tylko stanęła tak blisko. Miał ochotę natychmiast wyrwać się stamtąd wraz z nią i zaszyć się gdzieś, gdzie mogliby być sami. Kiedy sunęła w tłumie w jego stronę, nie mógł oderwać wzroku. Czarny materiał subtelnie podkreślał kuszące krągłości. Zabini spojrzeniem lustrował każdy fragment ciała dziewczyny, ignorując wszystkich wokół, jakby znów byli sami w jego sypialni. Musiał jednak się powstrzymać. Wokoło kręciło się pełno znajomych, członków rodów i ich rodzin, nie mogli dać po sobie niczego poznać. Zależało im przecież na dyskrecji…
    – Witam piękną pannę. – Łagodnym ruchem objął przyjaciółkę w talii, nachylając się do jej ucha. Miał ochotę przyciągnąć ją do siebie o wiele bliżej, jednak świadomość miejsca, w którym się znajdowali, powstrzymała go. – Matka wypuściła cię tak z domu? Wyglądasz niesamowicie kusząco, Liv… – mruknął, wargami ledwie zauważalnie muskając płatek jej ucha.
    Zaraz jednak odsunął się lekko na bardziej odpowiednią odległość, nie chcąc wzbudzać zainteresowania. Niechętnie ją puścił, dyskretnie przesuwając dłonią po jej boku. Nie miał ochoty się od niej oddalać, jednak kątem oka dostrzegł uważne spojrzenie pani Greengrass i to dość szybko ostudziło jego emocje. Stali na samym środku pomieszczenia. Nie mogli przestać grać. Wygiął usta w wyćwiczonym uśmiechu i zaraz poprowadził przyjaciółkę w kierunku ustawionego nieco z boku stołu wręcz uginającego się od ilości przekąsek. Po drodze zgarnął dwa kieliszki wina i podał jeden swojej towarzyszce.
    – Na dobry początek wieczoru – westchnął, mrugając do niej porozumiewawczo i lekko uniósł szkło. – I za jak najlepszy koniec – dodał o wiele ciszej, łapiąc jej spojrzenie i unosząc sugestywnie brew. – Zdążyłem się stęsknić. – Wyszczerzył się, po czym uniósł kieliszek do ust i upił łyk wina. – Jak się stąd wyrwiemy, zmieniamy menu na whisky, co ty na to?
    Oparł się o ścianę, nie spuszczając wzroku z przyjaciółki. Nie mógł nacieszyć oczu widokiem zgrabnego ciała opiętego ciemnym materiałem. Nigdy wcześniej nie doceniał tego, jak piękną dziewczyną była Liv. Nie żeby nie zdawał sobie sprawy z jej urody, nie był zupełnie ślepy. Teraz jednak chłonął ją wzrokiem, jakby była jednym z największych cudów świata. Prawy kącik jego ust wyrywał się spod kontroli i delikatnie drżąc, nieco zaburzał zwykle nietkniętą maskę chłodnego gentelmana. Nie potrafił nad tym zapanować. Po prostu obecność Liv już tak na niego działała.

    Zab


    OdpowiedzUsuń
  104. Odległość między nimi nigdy nie wydawała mu się tak duża. Trzymanie dystansu dawniej nie sprawiało im większego problemu, teraz jednak wszystko było inaczej. Wciąż musieli grać, jak zawsze, jednak było trudniej, tym razem mieli coś do ukrycia. Mimo że o tym nie rozmawiali, oboje znali zasady. Nie mogli dać rodzicom powodów do fantazji. Wiedzieli doskonale, jak mogłoby się to rozwinąć. Musieli uniknąć wszelkich domysłów i plotek, jeśli nie chcieli wplątać się w planowanie własnego ślubu. A w arystokratycznym środowisku ciężko było ustrzec się jakichkolwiek pogłosek. Zwłaszcza gdy w grę wchodziły relacje damsko-męskie.
    Pokręcił głową, próbując powstrzymać cisnący mu się na usta szeroki uśmiech. Dawno już nie było mu tak ciężko utrzymać niewzruszonej fasady, której wymagała od niego matka. Wyuczone gesty wydawały mu się wyjątkowo silnie puste i bez wyrazu. Nigdy nie był wielkim fanem wina, a te zupełnie mu nie podchodziło. Wolałby już być gdzieś indziej z butelką Ognistej w dłoni i z Liv przy boku. Gdzieś, gdzie nie musieliby udawać, nie musieli się ukrywać.
    – A nawet do łóżka – mruknął, pozwalając sobie na szerszy uśmiech.
    Westchnął cicho, kiedy dziewczyna ruszyła w tłum, by odhaczyć jak zwykle wszelkie wymagane przez rodziców rozmowy i spotkania. Mimowolnie zawiesił wzrok na jej pośladkach wyraźnie eksponowanych dzięki obcisłej sukience. Pośród jego myśli już wkradły się drobne fantazje dotyczące późniejszej części wieczoru, nie mógł ich powstrzymać. Liv doskonale wiedziała jak działa jej widok na facetów. Zabini zawsze czuł się chroniony, mając u boku piękną kobietę, z którą jednak łączyła go po prostu przyjaźń. Nigdy wcześniej nie pomyślałby, że urok Olivii podziała na niego w taki sposób, że nie będzie mógł oderwać od niej wzroku, a jego myśli zaczną krążyć wokół jej ciała i tego, co chciałby z nią robić.
    Pokręcił głową, odrywając spojrzenie od sylwetki przyjaciółki i duszkiem dopił wino. Jeśli coś jest złe, weź to na raz. Jeśli dobre, smakuj jak najdłużej. Zawsze starał się postępować zgodnie z radami babci, interpretował je na różne sposoby i robił wszystko, by ta się na nim nie zawiodła. Brakowało mu jej tutaj. Sam jej widok był dla niego niesamowitym wsparciem. Tylko dzięki swojej babce potrafił utrzymać maskę, którą tak uparcie wciskała mu matka, jednocześnie wciąż będąc sobą.
    Odkąd sprawa z Addison wyszła na jaw, miał zdecydowanie więcej luzu. Jego rodzice częściowo zrozumieli, że nie zawsze mają absolutną rację, że są rzeczy, o których mogą nie wiedzieć. Oczywiście tylko częściowo. Dzięki temu na bankietach nie musiał już rozmawiać z dosłownie wszystkimi gośćmi ani znosić z uśmiechem prób swatania. Wszelkie takie sytuacje zbywał jedynie chłodnym uśmiechem, po czym bez słowa odchodził. Krążył po sali, popijając wino, wymieniając grzeczne uśmiechy i kątem oka obserwując Liv, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie był tego świadomy, jednak jego wszystkie mięśnie były napięte, był gotów skoczyć w stronę przyjaciółki, by jej pomóc.
    Miał wrażenie, że minęła wieczność nim z Olivią u boku wyszedł z bankietu, kierując się na zewnątrz. Po chwili wahania objął ją lekko ramieniem, zachowując jednak lekki dystans, którego tak naprawdę zupełnie nie chciał trzymać. Wiedział doskonale, że pani Greengrass mogła obserwować ich z któregoś okna, a nie chciał dać jej powodów do planowania ślubu czy znienawidzenia go jeszcze bardziej. Sam nie wiedział, co było gorsze.
    – Wiesz, że moi rodzice miewają chore pomysły, nie? Tak więc dzisiaj zabiorę cię do domu… karocą. Z dwoma białymi koniami i elegancko odstawionym woźnicą – roześmiał się, przewracając oczami i prowadząc ją w stronę ich pojazdu. – Zapraszam, królewno – mruknął, otwierając jej drzwiczki i podając dłoń, by pomóc jej wejść po środka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szybko podał woźnicy adres, po czym rozsiadł się na wygodnym siedzeniu tuż obok przyjaciółki, obejmując ją tym razem bez najmniejszego skrępowania. Miał ochotę od razu wciągnąć ją sobie na kolana i porządnie się z nią zabawić. Natychmiast. Wciąż jednak pamiętał, że powinien z nią porozmawiać i to nie pozwoliłoby mu ziścić natychmiast wszelkich planów. Nachylił się jednak w jej stronę i musnął wargami kącik jej ust, delektując się tą spokojną chwilą.
      – Jak myślisz, będę najlepszym lekarstwem na twój ból głowy? – mruknął, po czym pocałował ją namiętnie, przyciągając ją jeszcze bliżej siebie. Cały wieczór o tym marzył. – Musimy o czymś pogadać – westchnął po chwili, odsuwając się od niej zaledwie o kilka milimetrów.

      Zab

      Usuń
  105. Miał wrażenie, że jego usta płoną. Jej „Teraz?” rozeszło się wraz z ciepłym oddechem po jego ciele. Mimowolnie przymknął oczy, czując jej smukłe, chłodne palce przesuwające się po jego karku. Delikatny, przyjemny dreszcz rozszedł się powolnie po jego kręgosłupie. Miał z nią porozmawiać, ale szybko zrozumiał, że zaczęcie dyskusji w tym momencie nie było możliwe. Jego serce przyspieszyło, czuł pędzącą w żyłach rozgrzaną krew. Delikatnie odchylił głowę, cicho wzdychając. Doskonale wiedziała, w jaki sposób na niego działać.
    – Chyba nie mam wyjścia, muszę się tobą zająć – mruknął, czując ciepło kumulujące się w jego podbrzuszu. – Rozmowa poczeka…
    Oparł dłoń na jej udzie, ściskając je lekko. Czuł, że karoca już ruszyła i że nie mieli jakoś wybitnie dużo czasu, jednocześnie gesty Liv już zdążyły go rozpalić. Zaraz naparł na nią, łącząc ich usta w kolejnym pocałunku. Wiedział, że nie powinni. Wiedział, że miejsce było nieodpowiednie. Wiedział, że powinien być bardziej stanowczy i porozmawiać z dziewczyną zanim kolejny raz oddadzą się wspólnej rozkoszy. Jego matka kochała luksusy, kanapy były więc wyjątkowo miękkie jak na pojazd tego typu. Ułożył na niej przyjaciółkę, nawet na moment nie odrywając się od jej ust. Jego oddech stał się płytki i szybszy, w każdym miejscu, gdzie ich ciała się stykały, zdawały się przeskakiwać iskry.
    – Naprawdę cudownie dziś wyglądasz. Nie mogłem przestać się na ciebie patrzeć – wyszeptał wprost w jej usta, podwijając i tak krótką sukienkę, by móc się nią porządnie zająć. – Wiesz, że mamy tylko kilka minut? – mruknął z zadziornym uśmieszkiem, opierając jej udo o swoje biodro. – A ja mam na ciebie cholerną ochotę.

    Zab

    OdpowiedzUsuń
  106. Wciąż czuł przyjemne dreszcze, kiedy pomagał przyjaciółce wysiąść z karocy. Jej delikatnie zarumienione policzki i błyszczące oczy mówiły same za siebie. Byli swoimi wzajemnymi odskoczniami, lekiem na całe zło, samotność, pustkę i zszargane nerwy. Prawie zapomniał o wyrzutach sumienia i rozmowie, jaką miał przeprowadzić. Dał woźnicy znać, że może wracać, po czym objął przyjaciółkę, przyciągając ją jak najbliżej siebie. Kiedy weszli do środka i zamknęli za sobą drzwi, a dziewczyna pocałowała go kolejny raz, z jego głowy wyparowały wszelkie wątpliwości. Myśli o rozmowie, o kilku poprzednich tygodniach zdawały się nie mieć znaczenia. Miał ochotę kolejny raz się z nią zabawić, nie zastanawiając się nad jakimikolwiek konsekwencjami.
    – Masz rację – westchnął, przymykając oczy, gdy Liv przerwała błogą chwilę i przypomniała o rozmowie. Wiedział, że jeśli odłożyliby to jeszcze dłużej, jego wyrzuty sumienia urosłyby do kolosalnych rozmiarów. Musiał odciąć się od instynktu i skupić się na tym, co powinien zrobić już kilka tygodni wcześniej. Otworzyć się i wygadać.
    Kiedy ogień wesoło trzaskał w kominku, a szklaneczki były napełnione ich ulubioną whisky, poczuł, że tego właśnie było mu trzeba. Nie wystawnego przyjęcia, nie drogich przekąsek, nie rozmów o polityce, nie białego wina sprowadzonego wprost z jakiejś znanej winnicy, a spokojnego wieczoru zakrapianego Ognistą spędzonego z przyjaciółką. Tylko tyle i aż tyle. Siedzieli na dywanie obok siebie, wpatrując się w płomienie i milcząc. Nie miał pojęcia, jak zacząć rozmowę. Liv była jedyną osobą, z którą rozmawiał o wszystkim, tym razem jednak było mu o wiele trudniej. Sami skomplikowali sobie to wszystko. Czuł się winny całej sytuacji, chociaż jednocześnie trudno byłoby mu żałować tego, co między nimi zaszło. Westchnął cicho, po czym jednym zdecydowanym ruchem przyciągnął dziewczynę do siebie i usadził ją między swoimi nogami, obejmując ją w talii i opierając podbródek na jej ramieniu. Potrzebował jej.
    – Liv… Jest coś, o czym powinienem ci opowiedzieć – szepnął, próbując się przełamać i zmusić do mówienia. Nigdy nie było mu tak trudno. – To po części ma związek z nami i… wolałbym, żebyś o tym wiedziała. Inaczej wyrzuty sumienia mnie przygniotą… a wiesz, że nieczęsto je odczuwam. – Silił się na żartobliwy ton, próbując nadać rozmowie nieco mniej poważny wyraz. – Ale najpierw, co powiesz na jakiś toast…?

    Zab

    OdpowiedzUsuń