Noc Duchów w Hogwarcie


Nadchodziła Noc Duchów. Ze ścian i sklepienia zwisało z tysiąc żywych nietoperzy, a drugie tysiąc śmigało ciemnymi chmarami nad stołami, powodując migotanie płomieni świec. Olbrzymie dynie Hagrida zamieniły się w wielkie latarnie i krążyły pogłoski, że Dumbledore wynajął trupę tańczących szkieletów, by uświetnić ucztę.
Jak co roku w Noc Duchów uczniowie zebrali się wspólnie w Wielkiej Sali, by razem uczestniczyć w wyczekiwanej przez wszystkich uczcie. Cztery stoły specjalnie na tę okazję poza zwyczajowymi potrawami zastawione zostały wyrobami prosto z Miodowego Królestwa, a samo pomieszczenie udekorowano zgodnie z halloweenową tradycją. Ponad głowami uczniów połyskiwały setki świec, olbrzymie dynie zdobiły poszczególne kąty i mało kto zwracał już uwagę na krążące wkoło duchy i chmary nietoperzy. W głowach zebranych była przede wszystkim wizja dobrej zabawy, która na dobre rozpoczęła się tuż po oficjalnym zakończeniu uczty, kiedy stoły zniknęły z zasięgu wzroku, tworząc wolną przestrzeń pod najlepszą halloweenową imprezę w historii całego Hogwartu...
KATEGORIE:
A. Król i Królowa Halloween, czyli plebiscyt na najoryginalniejsze przebranie;
B. Dyniowy władca, czyli twórca najlepszej dyni;
C. Pochód upiorów, czyli plebiscyt na najbardziej przerażający kostium;
D. Pocałunek śmierci, czyli najlepiej dobrana para wieczoru;
E. Więzień labiryntu, czyli osoba, która jako pierwsza pokona utworzony w nieuczęszczanej
części Lochów pełen niespodzianek tor przeszkód;
F. Laureat krwawych historii, czyli konkurs na wygłoszenie wywołujących gęsią skórkę
opowieści.
ZASADY ZADANIA DRUGIEGO:
Po zapadnięciu zmierzchu, na stadionie Quidditcha zorganizowana została jedyna tego rodzaju miotlarska sztafeta, w której udział brać mogą nie tylko zawodnicy Quidditcha, ale również i niezaznajomieni w tym temacie kompletni sportowi amatorzy. Zadanie rywalizujących między sobą dwóch drużyn jest proste: zdobyć jak największą ilość krążących wokół stadionu miniaturowych dyń, łudząco przypominających trudne do wychwycenia złote znicze. Tym razem tłuczki zostały wyeliminowane, jednak gracze nie mogą cieszyć się ich brakiem i spokojem podczas halloweenowej sztafety. Powiększone za pomocą zaklęcia engorgio ciężkie wydrążone dynie tylko czekają, by zrzucić zawodnika z miotły...
Zadanie wykonujemy w parach bądź większych grupach. Za opis przebiegu miotlarskiej sztafety do zgarnięcia 25pkt dla Domu.
ZASADY ZADANIA TRZECIEGO:
Halloween w Hogwarcie nie może obejść się bez widoku rzucanych wokół zaklęć i uroków. Wyczarowana przez Dyrektora niewielka scena już niebawem stanie się miejscem, gdzie chętni uczestnicy staną oko w oko z przeciwnikiem dotychczas widywanym wyłącznie w najgorszych koszmarach. Ożywione hordy szkieletów i gotowych do starcia zbroi to tylko jedne z atrakcji, z którymi będą musieli zmierzyć się zainteresowani śmiałkowie.
Zadanie wykonujemy w parach, większych grupach bądź pojedynczo. Za opis przebiegu halloweenowej walki na różdżki do zdobycia 25pkt dla Domu.
ROZPOCZĘCIE → 04 LISTOPADA 2016 → 19:15
Zachęcamy do brania udziału w wątku grupowym! Za każde wykonane zadanie 10pkt dla Domu!
Rzeczywista data wątku: 31 października 2023.

47 komentarzy:

  1. Lupin doprawdy nie rozumiał, dlaczego zgodził się na udział w tej całej... maskaradzie. Nie lubił obchodzenia jakichkolwiek świąt, także tych mających jakże stare i wyraźnie powiązane z czarodziejami, korzenie. No ale, ze swoim wyglądem nie musiał się nawet przebierać, czyż nie? Ba, mniej bystrzy uczniowie już parę tygodni temu brali jego blizny i niezdrowo bladą twarz za praktykowaną na Halloween stylizację.
    Wywróciwszy oczami, dzisiaj mającymi bardzo ciemnobrązową barwę, podrapał Huncwota za uszami, porywając po drodze nieużywaną od blisko roku miotłę i opuszczając chłodny gabinet. W krótkim czasie znalazł się na boisku Quidditcha, które niegdyś było mu naprawdę bliskie. To tutaj przychodził wyciszyć umysł, rozładować nadmiar emocji, poczuć się całkowicie wolnym. Fakt, że dzięki temu dodatkowo trenował, dając swojej drużynie większe szanse na wygraną, jedynie dodawał owej czynności przyjemnej atmosfery.
    Dzisiejszego wieczoru nie przyszedł tutaj jednak jako utalentowany obrońca, pragnący zdobyć Puchar Quidditcha dla Hufflepuffu, nie. Dziś był tutaj w charakterze nauczyciela, mającego prawić pieczę na nastoletnimi uczniami, których ostatnimi czasy, częściej niż nie, miał ochotę poczęstować jakimś nieprzyjemnym urokiem. No, niektórych.
    Chociaż była jeszcze dość młoda godzina, przez zbliżającą się wielkimi krokami zimę, zdążył już zapaść zmrok. Wskoczywszy na miotłę, obleciał w krótkim czasie boisko do Quidditcha, upewniając się, że wszystko jest w porządku, bezpiecznie, iże czarodziejskie dynie, przyszykowane przez paru członków personelu, działają jak należy. Za parę minut miała się tutaj zebrać większa grupa nastolatków, która podzieliwszy się na dwie drużyny, musiała zebrać jak największą ilość tylko pozornie lekkich dyń. Nie wiedzieć czemu, nie mógł się już doczekać rywalizacji.
    'Prawie jak za dawnych lat' - pomyślał w duchu, zlatując w dół, gdy zobaczył zbliżające się do boiska dwie postaci. - 'Prawie.

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy usłyszał, że podczas Nocy Duchów będą organizowane różne zadania, a jedne z nich będzie ściśle powiązane z Quidditchem, nie musiał się długo zastanawiać nad tym czy weźmie w nim udział. To było pewne od samego początku. W końcu, dlaczego kapitan krukońskiej drużyny, nie miałby uzbierać kilku dodatkowych punktów dla swojego domu? Przynajmniej w tym zadaniu miał pewność, że przyczyni się dla dobra swojego domu. Przy innych zadaniach… Cóż, nie był niezwykle kreatywny i z pewnością nie dostałby nagrody za najlepsze przebranie, ani za najbardziej przerażające. Nie wysilając się wiec za bardzo ze swoim upiornym kostiumem, głównie skupił się na jego funkcjonalności. W końcu miał latać na miotle i starać zebrać się, jak największą ilość, zaczarowanych dyni, dlatego właśnie przebrał się po prostu za znanego sobie z mugolskich filmów frankensteina. Za pomocą czarów transmutacyjnych sprawił, że jego głowa przybrała odrobinę bardziej kanciastych kształtów, przez co wyglądał, zupełnie inaczej niż w normalne dni. W swojej dłoni trzymał swój największy skarb. Miotłę, którą dostał od rodziców gdy wyszło na jaw, że będzie kapitanem drużyny. Była to jego pierwsza miotła, którą miał od nowości. Był świadom, jak wiele pieniędzy poświęcili jego rodzice na ten prezent, dlatego owy przedmiot był jego oczkiem w głowie. Jego największym skarbem, z którym najchętniej w ogóle by się nie rozstawał.
      — Dzień dobry profesorze. — Uśmiechnął się, wchodząc na boisko, które tak dobrze było mu znane. Był ciekaw, jakie utrudnienia wymyślili profesorowie. Był pewien, że złapanie dyni nie będzie wcale tak wielce łatwe, jak mogłoby się wydawać. — Kiedy zaczynamy? — Zapytał, szczerząc swoje zęby. Nie mógł już doczekać się rywalizacji. Chciał wygrać, przyszedł tu po to, aby wygrać.

      Vinay

      Usuń
    2. Nie dziwił się ani trochę chęci rywalizacji wśród swoich uczniów. W końcu też był kiedyś nastolatkiem i to takim, który nie cierpiał przegrywać. Nie w sprawach, które miały dla niego jakieś większe znaczenie. Nie było ich wiele, na szczęście, bowiem wówczas nawet najbardziej wytrwali i ambitni mieliby Teda po dziurki w nosie.
      Słysząc powitanie młodego ucznia, odpowiedział tym samym, spoglądając przez moment na jego stylizację na Halloween, by ostatecznie zatrzymać ciemne tęczówki na miotle. Krukon zdawał się o nią naprawdę dbać; znalezienie właściwych zaklęć na czyszczenie miotły wcale nie było takie łatwe. Sentyment do rzeczy martwych nie był bynajmniej w stylu Lupina, lecz gdyby to jemu rodzice podarowali miotłę lub gdyby było mu dane mieć te ich, z pewnością traktowałby ją w podobny sposób, co Vinay. Zresztą, było to koniec końców bardzo mądre posunięcie; im lepiej zadbana miotła, tym większe były szanse, że dobrze się spisze.
      - Gdy tylko zbierzemy większą ilość uczniów i drugiego opiekuna - poinformował chłopaka, rozglądając się wokół i wypuszczając w duchu z ulgą powietrze, gdy zobaczył, że stopniowo ich przybywa. - Potrzebujemy dwóch drużyn; pozycje i funkcje podobne do tych, co przy normalnym meczu Quidditcha. By wygrać, musicie zebrać jak największą ilość dyń. Pamiętajcie jednak, że wszystko jest takim, jakim się wydaje. W końcu, tłuczek wygląda dość niewinnie nieprawdaż? Ci z was, którzy mieli z nim bliższe spotkanie doskonale wiedzą, jak złudne jest to spostrzeżenie... - kontynuował swój monolog, w duchu nie mogąc się już doczekać gry. Działanie będzie przecież o wiele lepsze, niż gadanie, czyż nie?
      - Miejsca na boisku starczy dla każdego, bez obaw. Rezerwowi są mile widziani, a widzowie jak najbardziej potrzebni. Przyda się również sędzia, który zna się na Quidditchu. No, to kto jest chętny do gry? - próbował zachęcić swoich uczniów do współpracy, gdy ci, zamiast odpowiedzieć coś konkretnego, zaczęli się między sobą wygadywać kto i z kim powinien grać.

      Teddy

      Usuń
    3. Słuchał uważnie profesora, zapamiętując wszystkie wypowiedziane przez niego słowa, chociaż tak naprawdę nie musiał przykładać do tego stu procent swojego skupienia. W końcu był kapitanem, dobrze znał zasady Quidditcha i domyślał się, że w tym przypadku będą one dla niego bardzo pomocne. Uśmiechnął się więc delikatnie. Tak naprawdę było mu obojętne z kim będzie grał. Był pewien, że jego umiejętności wspomogą jego drużynę. A gdyby trafił do niej ktoś jeszcze grający na co dzień w szkolnej drużynie, to już w ogóle byłoby na plus.
      — Znam zasady, co jest oczywiste. — Wyszczerzył się szeroko, mrucząc cicho do swojej miotły, by ta zaczęła już lewitować nad ziemią. — Będzie profesor z nami grał, czy tylko obserwował wszystko z dołu? — Uniósł pytająco brew, uważnie przyglądając się Lupinowi. Słyszał, że za swoich szkolnych lat był całkiem dobry. Vinay z przyjemnością zagrałby z nim w jednej drużynie, aby sprawdzić, czy po minionych latach, nadal potrafi sprawnie się poruszać na miotle. — Jeżeli zasady tego nie zabraniają, z chęcią, zagrałbym z panem profesorem w drużynie. Myślę, że nawet moglibyśmy dać fory pozostałym drużyną i rozpocząć zbieranie dyń z pięciominutowym opóźnieniem. — Powiedział, prostując się i wypinając dumnie klatkę piersiową do przodu. Był pewien siebie, a jeżeli profesor Lupin faktycznie się zgodzi na zagranie z nim. Był pewien, że zwycięstwo mają w kieszeni. Chociaż, Vinay był na pozycji pałkarza, łapanie dyni niekoniecznie musiało mu sprawiać, aż tak wielką łatwość. Mimo wszystko, był siebie pewien, a to było najważniejsze podczas rywalizacji.

      Vinay

      Usuń
    4. To było coś, co od zawsze traktowała jako swoje. Może po części dlatego, że nazwisko siłą rzeczy nie umieściło jej w gronie najwybitniejszych uczniów, a w gronie sportowców, ale boisko było miejscem, gdzie rzeczywiście można było spojrzeć za horyzont. I rzeczywiście rozpłynąć się z powietrzem. Dlatego, z jakąś dziwaczną pieczołowitością przygotowywała się do tego meczu. I zanim wszyscy dobrze się zebrali, ona była już przebrana, z włosami spiętymi każdy w inną stronę.
      Rozejrzała się z ciekawością po boisku i poczuła przyjemny dreszcz w okolicy karku. Świecące dynie, latające nietoperze… będzie arcyciekawie. Skupiła swój wzrok i słuch, jakby automatycznie wytężała zmysły, jak przed meczem. Od razu zwróciła uwagę na rozmawiające dwie postacie, profesor Lupin, a obok… ach tak, kapitan Krukonów. Podeszła bliżej, właściwie pojawiając się ni z tego, nie z owego, z lekkim powątpiewaniem patrząc na jego wypiętą dumnie pierś.
      - Nie podlizuj się, Belzungovich – uniosła lekko jedną brew, ale gdzieś w mroku uśmiechnęła się ni to złośliwie, ni to z sympatią. Właściwie nie można było mówić o współpracy między kapitanami, to byłoby niepojęte, ale jednocześnie nie mogłaby powiedzieć, że chłopaka nie lubi. Wręcz przeciwnie, do pewnego stopnia ceniła ludzi pewnych siebie. Wyciągnęła rękę w powietrzu, a natychmiastowo znalazła się w niej miotła, niemalże znikąd.
      - Słyszałam, że ma być profesor Cortez? – rzuciła pytanie w przestrzeń, rozglądając się wokół siebie. Oparła nogę o miotłę, trzonek trzymała pod pachą i rozpoczęła leniwe dryfowanie kilka cali nad ziemią. Jednocześnie teoretycznie zainteresowana rozmową, obserwowała kątem oka układ i trajektorie lotów małych świecących cudeniek, a właściwie cudyniek. Ostatnio coraz częściej ćwiczyła podzielność uwagi.

      Lu

      Usuń
    5. Dziesięć lat temu, gdyby ktoś określił jego quidditchowe umiejętności jako 'całkiem dobre', z pewnością zostałby przez Teda wyzwany na pojedynek. Nie uważał siebie za niepokonanego, nie; w odróżnieniu do większości Domów, Hufflepuff nigdy nie lekceważył przeciwnika, choćby nie wiadomo jak niepozornego. Jednak w Klubie Pojedynków nigdy nikt nie chciał stanąć naprzeciw Lupina. Przegrał bowiem tylko raz; jeden, jedyny raz i to przez zaklęcie, które zostało wymyślone przez tamtą men.dę specjalnie dla niego. W Quidditchu z kolei, górował swoją iście kocią zwinnością i niemałą szybkością, o czym Lucy Wood, która właśnie do nich dołączyła, z pewnością słyszała. Puchoni nie chwalili się swoimi osiągnięciami na prawo i lewo, lecz dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami wśród swoich i z nimi.
      - Lenard dołączy do nas później - odpowiedział na słowa Lucy, następnie spoglądając z powrotem na młodego Krukona. Nie wątpił w jego umiejętności, widział go w końcu na boisku, lecz duma i pycha gubią. Szczególnie, gdy wcale nie zna się zasad tak dobrze, jak się komuś wydaje. - Z chęcią z wami zagram - odpowiedział w końcu na propozycję ucznia, unosząc jedną z brwi na kolejny, szczery uśmiech chłopaka. Cóż, skoro mają się dobrze zabawić, niech się uśmiecha.
      - Lucy, zakładam, że jesteś z nami - zwrócił się do Wood, którą znał od... dawna. James i on byli przecież kiedyś blisko. - Potrzebujemy jeszcze paru graczy, więc zmobilizujcie swoich rówieśników - dodał zaraz potem, by po chwili przypomnieć sobie jedno ze zdania ucznia Ravenclaw. - Gramy uczciwie; zapewniam cię, że w tej grze chodzi o coś więcej, niż czysto sportowe umiejętności.

      Teddy

      Usuń
    6. Powiedzieć, że Addison Hallaway lubiła Noc Duchów, to jak nie powiedzieć nic. Nigdy nie potrafiła usiedzieć w miejscu dłużej niż kilka minut, ale na dwa tygodnie przed trzydziestym pierwszym października właściwie biegała po ścianach i po suficie, nie potrafiąc opanować swojego entuzjazmu. Każdego dnia wyposażała swoją garderobę w inny akcent związany z Halloween – a to przypinka w kształcie błyszczącej dyni przy jej plecaku, a to obwiązywała nadgarstek czarną bandaną w białe nietoperze poruszające bezszelestnie miękkimi skrzydłami – odliczając dni do cudownej uczty, która miała miejsce co roku w Wielkiej Sali. Myśl, że to jej ostatnie święto w murach zamku napawała ją dziwną nostalgią, którą postanowiła zamaskować udziałem w miotlarskiej sztafecie na boisku do Quidditcha. Uwielbiała adrenalinę, mocne, nieregularne bicie własnego serca, ryk wiatru, gdy pędziła z zawrotną prędkością w kierunku pętli przeciwnika z kaflem w dłoni, obracając się w powietrzu, by uniknąć zderzenia z tłuczkiem. Nie mogło jej tu zabraknąć. Za bardzo kochała (nie)zdrową rywalizację i to uczucie po wygranej – jakby jej krew zamieniła się w Felix Felicis.
      Addie zawsze była spóźniona, więc i tym razem pojawiła się na boisku po czasie. Na szczęście wciąż wyglądało na to, że drużyny się nie uformowały. Zupełnie zignorowała Lupina, bo gdyby znowu się do niej bezpośrednio zwrócił, wybuchłaby na środku trawnika i pewnie nie mogłaby wziąć udziału w rozgrywkach. Skinęła chłodno głową Belzungovichowi, po czym uśmiechnęła się do Lucy i przybiła z nią żółwika. Zawsze dobrze się dogadywały, bo obie były maksymalnie skupione na wygraniu Pucharu Quidditcha i rozumiały się w powietrzu bez słów. Już miała zapowiedzieć, że razem z Wood skopią tyłki przeciwnikom, kiedy usłyszała propozycję nauczyciela, by dziewczyna dołączyła do jego drużyny.
      Za żadne skarby nie zagra w jednym składzie z Tedem Lupinem.
      – Wygląda na to, że jestem osamotniona na placu boju – stwierdziła kwaśno Addison, wzruszając ramionami. Kącik jej ust wygiął się w kpiącym uśmiechu. – Proszę mówić za siebie, profesorze. Każdy ma inną definicję słowa uczciwie i pańska nigdy nie pokrywała się z moją.

      Addison

      Usuń
    7. Spojrzał na Lucy, spojrzał na profesora i już chciał coś powiedzieć, gdy nagle obok nich pojawiła się Addison. Posłał jej tylko krótkie spojrzenie i całkowicie zignorował to co powiedziała. Jakoś szczególnie mu nie zależało na wdawaniu się w dyskusję z tą konkretną Puchonką, a informacja, że nie ma z kim zagrać w drużynie… Jakoś szczególnie go nie interesowała. Zdawał sobie jednak sprawę, że gdyby zaczęli współpracować, mogliby wygrać. Zdeklarował się jednak już profesorowi Lupinowi i nie miał zamiaru się z tego wycofywać.
      — Zawsze gram uczciwie. — Spojrzał na mężczyznę, odrobinę zbyt ostrym spojrzeniem, jednak słysząc zarzut potencjalnego oszustwa zmrużył delikatnie oczy. Spojrzał na Wood. Trochę zaczynał irytować go fakt, że będzie grał z wszystkimi swoimi przeciwnikami. Owszem, gra była dla zabawy i urozmaicenia Nocy Duchów, jednak obawiał się, że grając w drużynie wrogiej (w końcu znajdowali się tu sami Puchoni, jak na złość!) może nie wypaść tak dobrze, jakby chciał. Na szczęście, potrafił się względnie dogadać z panną Wood. Mimo wszystko nie mógł pozwolić, aby jego dumna postawa nagle się obniżyła. Nie chciał przecież pokazać, że zaczyna się nagle wahać.
      — Dobra, może skończmy tę rozmowy i po prostu zacznijmy, grać? — Spojrzał na wszystkich po kolei po czym zasiadł na miotle i odpychając się mocno nogami od ziemi, poszybował odrobinę w górę, zerkając za siebie przez ramię, czy pozostali również, w końcu się ruszyli.

      Vinay

      Usuń
    8. Przez jej twarz przemknął wyraz lekkiej konsternacji. Przeanalizowała słowa Addison i przygryzła lekko wargę. Spojrzała na profesora Lupina nieco zbyt zamyślona. Czyżby ta gra nabierała zupełnie innego wydźwięku niż zwykła zabawa halloweenowa? Zanotowała w pamięci napięcie na linii Lupin-Hallaway i skupiła swoje spojrzenie na Vinay’u, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i w duchu była mu za to wdzięczna.
      - Jestem za! – podłapała słowa Krukona i wsiadła na miotłę, posyłając Teddiemu krótkie spojrzenie. Nie była pewna, czy ta dwójka powinna zostać na dole, więc miała nadzieję, że ruszą za nimi. Zawisła w powietrzu, orientując się, że część dyń niebezpiecznie się powiększyła, co wywołało u niej dziwny ścisk w żołądku.
      - W takim razie jedziemy dwa na dwa. Ponieważ Vinay mnie uprzedził i pierwszy zaczął podlizywać się profesorowi – w tym miejscu wyszczerzyła się do chłopaka. – to nakopiemy wam z Addison! – zarządziła, chwytając pewnie trzonek miotły. Szybka decyzja, która mogła albo rozładować dziwne napięcie, które powstało na dole, albo spowodować wręcz jego zaognienie dzięki rywalizacji. Obstawiła najbezpieczniejszy układ, oczywiście nie omieszkując przy tym pomyśleć o sobie.
      - Hej, któryś tam z gapiów na dole! Odgwiżdżesz start! – wycelowała palcem w jakiegoś chłopaka, kolejnej osobie ustawiając życie. Może nie była to najlepsza wizytówka Lucy jako człowieka, ale za to całkiem niezła jako kapitana.

      Lu

      Usuń
    9. Wyszedł się przewietrzyć, jednak gdy usłyszał o tym, co dzieje się na boisku do Quidditcha, to nie mógł tego przegapić. Od razu razem z grupą swoich znajomych skierował kroki w miejsce, gdzie na co dzień miał okazję grać w najbardziej popularny magiczny sport. Dobrze było wyjść z dormitorium bez szaty, bo w końcu uważał, że takie szkolne wydarzenia miały łączyć uczniów z różnych domów, a paradowanie w domowej szacie, było zaprzeczeniem jednoczenia się z innymi.
      Gdy dotarł na boisko, to od razu zwrócił uwagę na zgromadzonych, którzy z chęciami wymalowanymi na twarzy, chcieli wziąć udział w zbieraniu dyń. Z ogromną chęcią chciał to wszystko zobaczyć, więc usiadł tak blisko boiska, jak tylko mógł.
      Spojrzał w górę, bo część zawodników już wbijała się w powietrze. Prychnął i uśmiechnął się ironicznie, gdy tylko zauważył znajomą Krukońską sylwetkę, która szybowała w powietrzu. Vinay Jak ten chłopak znowu spadnie z miotły, to tym razem Karo nie miał zamiaru go pilnować. Nie zdziwił się jednak, że zobaczył chłopaka właśnie w tutaj na tym wydarzeniu.

      Karolek

      Usuń
    10. Rozporządzenie Lucy w zasadzie bardzo mu odpowiadało, to sprawiało tylko, że miał jeszcze większą ochotę zebrać jak największą ilość dyni. Miał tylko nadzieję, że nie będzie żałował wcześniej podjętej przez siebie decyzji, co do wyboru profesora Lupina. Wierzył, że jednak skoro usłyszał o nim i o quidditchu to z jakichś specjalnych względów, i że mężczyzna nie zastygł po przerwie.
      — Nie czekajcie dłużej tylko dalej, wzbijać się w powietrze! — Krzyknął zerkając w dół na wciąż znajdujących się na trawie profesora i Addison, a później póki nie był jeszcze za wysoko zerknął na trybuny, próbując ocenić ile przyszło ludzi pooglądać co takiego tutaj się wyprawia. Nie był w stanie z odległości wypatrzeć kto się gdzie znajduje, jednak cieszył go widok kilku zainteresowanych osób. Zawsze gra jest ciekawsza, gdy na trybunie znajdują się kibice.
      Miał plan. Oczywiście również zamierzał łapać dynie, jednak mając doświadczenie jako pałkarz, pomimo swojej pałki, miał zamiar w większości uwagę skupić na odganianiu tych większych dyń, które z pewnością nie były tylko po to, aby sobie były. Spojrzał na profesora i wyczekiwał jego wzbicia się w wzwyż. Sam znajdując się już na odpowiedniej wysokości zrobił kilka, popisowych kółek, czując jak przyjemny wiatr rozbija się na jego twarzy. Gdy zajął pozycję, pozostało już tylko czekać na pozostałych i na gwizdek, oznajmiający rozpoczęcie gry.

      Vinay

      Usuń
    11. Obecność Addison wybiła go na moment z rytmu. Jego relacje z niegdyś bardzo dobrze znanym mu dzieckiem były od blisko roku burzliwe... Bardzo delikatnie rzecz ujmując. Nikt z tutaj zebranych nie musiał jednak o tym wiedzieć, nieprawdaż? Nawet jeśli podejrzewał ją o współpracę z kimś, na myśl o kimś otwierał mu się przysłowiowy nóż w kieszeni, pozostali uczniowie nie byli w to wtajemniczeni. Poza tym, młody Lupin może od zawsze był bardzo popularny, nigdy nie lubił jednak, gdy zbyt mocno się nim interesowano, nie zamierzał więc coraz większej publiczności, przybyłej, by podziwiać halloweenową grę, dawać ku temu dodatkowych powodów. Już wystarczy, że od jego niedawnego powrotu i tych nieszczęsnych artykułów w Proroku, krążyły po zamku najróżniejsze plotki na temat 'nagłej' i 'drastycznej' zmiany wyglądu Teda.
      - Jeśli masz coś do powiedzenia, Addison, nie krępuj się - powiedział chłodno do swojej uczennicy, mimowolnie czując pulsującą na skroni żyłę. Obecnie niewiele potrzebował, by dać się wyprowadzić z równowagi. Ba, zdawał się tylko czekać na okazję, by pozbyć się chociaż odrobiny tkwiącego gdzieś między apatią, a żałobą, napięcia. Nie czekając na odpowiedź Hallaway, usiadł sprawnie na miotłę, unosząc się nieco nad ziemią i spoglądając na pozostałych uczniów. - Kto chce grać, niech się rusza. Potrzebujemy jeszcze dziesięciu graczy; po pięciu na drużynę - poinformował, następnie dołączając do Vinaya i czekając na ruch ze stron studentów. - Będę cię osłaniał - postanowił, unosząc jedną z ciemnych krwi na gest pytania, zdając się jednak nie czekać na zgodę. Był w końcu obrońcą, któremu niestraszny był kafel, czy tłuczek. Jak ciężka do pokonania mogła być powiększona do nienaturalnych rozmiarów dynia? Z pewnością nie aż tak, prawda?
      Wciągu paru minut znalazło się przy nich jeszcze pięciu uczniów, lepiej lub gorzej mu znanych, zajmując pozycje odpowiednie dla danego gracza, zupełnie jak podczas normalnego meczu Quidditcha.
      - Będzie z Lucy kapitanami - powiedział jeszcze do Vinaya, po czym spojrzał w dół, dając lewą dłonią znać amatorskiemu sędziemu, że są gotowi do rozpoczęcia.

      Teddy

      Usuń
    12. Addie parsknęła, gdy Vinay stwierdził, że zawsze gra uczciwie, co nieudolnie próbowała zamaskować atakiem niezręcznego kaszlu. Ciężką atmosferę można było ciąć nożem, a dziewczyna sama już nie wiedziała, kogo powinna miażdżyć swoim popisowym, morderczym spojrzeniem: znienawidzonego mężczyznę, którego w dawnych czasach uważała za sojusznika i wzór do naśladowania czy chłopaka, który był jej bliskim przyjacielem, dopóki wzajemny żal nie zniszczył ich relacji.
      Wywróciła oczami, widząc Krukona popisującego się na miotle w powietrzu i słysząc rozkazujący głos Lucy. To było takie... typowe, wręcz normalne i Addison poczuła się jak podczas prawdziwego meczu między domami, choć tym razem nie miała łapać kafla, a głupie, świecące dynie. Pomysł, który do tej pory wydawał jej się być genialny i wywoływał szeroki uśmiech na jej twarzy, teraz stał się banalny oraz głupi. Addison nie była pewna, czy przez obecność Lupina i Belzungovicha była bardziej podekscytowana stojącym przed nią wyzwaniem, czy zniesmaczona, że ta dwójka odebrała jej czysto rozrywkowy element tej zabawy, zostawiajac jedynie żelazną determinację. Z zaciętą, ponurą miną potarła ciemny trzonek miotły trzy razy. Bez słowa wzbiła się w górę, zawisając w powietrzu w pobliżu Lucy i uważnie skanując wzrokiem pogrążone w półmroku boisko do Quidditcha. To powinna być bułka z masłem – była ściągającą, a Lucy szukającą, więc złapanie większej ilości miniaturowych dyń nie powinno stanowić dla nich takiego problemu jak dla obrońcy i pałkarza. Co prawda dołączyli do nich inni uczniowie, zajmując odpowiednie pozycje, jednak Addie nie miała wątpliwości, że prawdziwe starcie rozegra się między nią i Lucy a Tedem i Vinay'em.
      – Nie próbuj żadnych sztuczek, Belzungovich – warknęła Addie, podążając za jego spojrzeniem. Te ogromne, wydrążone dynie nieco ją przerażały, nietrudno było się domyślić ich przeznaczenia. Zaliczenie bliskiego spotkania z tłuczkiem nagle wydawało się być bardziej kuszącą propozycją.
      – Ostatnie wskazówki, kapitanie? – spytała kpiąco dziewczyna, mrugając do Lucy i pochylając się nisko nad trzonkiem miotły.

      Addie

      Usuń
    13. Lucy uważnym spojrzeniem oceniła drużyny. Zawodnicy ofensywni kontra defensywni. Obie drużyny miały szanse zrobić to na swój sposób. Choć jednocześnie czuła, i przez chwilę poszukała zrozumienia w oczach Teddiego, że to wszystko nabrało jakiegoś okropnego podtekstu. Nie żyła w świecie plotek, miała na głowie własne zmartwienia, choć może powinna częściej nadstawiać uszu. Spojrzała na Addie, uśmiechając się w pewny siebie sposób. Sposób, który niespecjalnie pasował do jej dziewczęcej postawy. Kiwnęła lekko głową i mruknęła w jej stronę:
      -To, co tygryski lubią najbardziej. Szybkość, zwinność i jeszcze raz szybkość – puściła jej oczko i przygotowała się do startu. Pochyliła się nieco, czując się jak zwierzę czające się do ataku. Wzrok skupiła na latających dyniach, choć jednocześnie zastanawiała się czy jest jakiś sposób na przechytrzenie dyń.
      Gwizdek rozpoczynający grę przeszył jej uszy. Ruszyła pędem przed siebie, natychmiast skupiając się na jak największej ilości dyniek, które mogły wylądować w jej kieszeniach. Szybko znalazła się na samym początku peletonu, można by rzec i wrzuciła jedną małą dyńkę do kieszeni. Z zaskoczeniem zaobserwowała gracza drużyny przeciwnej, który chyba wziął sobie za punkt honoru stoczyć z nią pojedynek o kolejną. Starcie się z kimś ramionami nie należało do najprzyjemniejszych przy takiej prędkości, ale nie dała się zepchnąć, tylko odważnie sięgnęła ręką dalej. Na ułamek sekundy spojrzała na przeciwnika, ale gdy dostrzegła grymas lęku na jego twarzy, zrozumiała, że ku nim zmierza wielka wydrążona dynia. Zanurkowała błyskawicznie, woląc stracić jedną dyńkę, niż nazbierać kilka potężnych siniaków, albo jeszcze gorzej, zlecieć z miotły.

      Lu

      Usuń
  2. Jakby się zastanowić to Julia nigdy nie lubiła Nocy Duchów. Ale to miała być jej ostatnia Noc Duchów w Hogwarcie i powinna może dostrzec w tym jakąś melancholię, łapać garściami to wszystko, co ostatnie, a jednak wciąż idea wielkiej uczty, na której każda potrawa albo była słodka, albo zawierała dynię, albo była słodka i zawierała dynię, a po niej hucznej imprezy z dziesiątkami gier i zabaw towarzyskich, sprawiała, że Julia miała ochotę schować się gdzieś i całą noc czytać podręcznik do zaawansowanej transmutacji. Jednak, jak co roku, znowu dała się przekupić za kremowe piwo i szeroki uśmiech, więc planowała być. Ale już w przebieranki wciągnąć się nie dała. Postawiła na czarne szpilki i długą, czarną sukienkę, z delikatną koronką na mocno wyciętym dekolcie (tak, wiem, że w szkole nie wypada, ale hej, ludzie przebierają się za chochliki kornwalijskie...).
    Uczta minęła bardzo miło, może dlatego, że Julia przyszła tylko na ostatnie pół godziny, wślizgnęła się niepostrzeżenie, zjadła trochę pieczonej dyni, dyniowego ciasta, całość popiła sokiem dyniowym i zaraz Wielka Sala zmieniła się nie do poznania. Stoły zniknęły, światło przygasło, a teraz jedynym jego źródłem były świece połyskujące nad tłumem uczniów, rozpoczynających dobrą zabawę. Julia rozejrzała się dookoła, ale zaraz uznała, że jednak najlepiej się sprawdzi w roli podpórki pod ściany, więc tam też udała się niezwłocznie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On nigdy nie był podpórką, chyba, że ewidentnie miał zły humor, a nad głową wisiała mu chmura burzowa. Wtedy lepiej było nie podchodzić, aczkolwiek z reguły z dużej chmury rzeczywiście był mały deszcz. Takie rzeczy jak noc duchów zdarzały się według niego na tyle rzadko, że trzeba było brać ile się dało. Jeszcze co prawda nie zastanowił się za bardzo w czym chciałby wziąć udział (poza faktem, że Quidditch odpadał), ale przynajmniej postarał się o jako taki kostium. W zakresie swoich umiejętności manualnych, rzecz jasna. Właściwie czarny strój, peleryna i kły wydłużone sprawnym zaklęciem transmutacyjnym w zupełności wystarczyło.
      - Brat pokazywał mi taki mugolski film, rodzina Addamsów. Przebrałaś się za Morticię! – uśmiechnął się, stając obok dziewczyny. Po chwili uniósł lekko jedną brew i spojrzał na nią. Zamierzała tak stać pod ścianą? Poczochrał się w głowię, jakby przez chwilę myślał, czy jakimś cudem uda się mu tak przy wszystkich ją rozruszać.
      - Chodź, powróży ci koło wróżbiarskie – oderwał się od ściany, wyciągając do niej rękę, ale w ułamku sekundy ją opuścił. W oczach błysnęło mu coś obcego, jakby nie do końca sam rozumiał swoje zachowanie. Przecież nie powinien musieć kontrolować tak prostych i normalnych odruchów, prawda? Przez jego twarz przeszedł bliżej nieokreślony cień, jakby zasnuwający zwyczajową, wesołą naturę.

      Julien

      Usuń
    2. Wzdrygnęła się lekko, kiedy Julien nagle znalazł się obok.
      - Nie mam pojęcia o czym mówisz. - odpowiedziała, dość zrezygnowanym tonem, przyglądając się chłopakowi uważnie. Pasowali do siebie, a on wyglądał...całkiem-całkiem. Całkiem super. Poza tym, że jego promienny uśmiech jakoś średnio się zgrywał z postacią groźnego wampira. Tak czy inaczej, nie przebrał się za chochlika, a to już coś!
      Ale jeżeli ten wampir chciał rozruszać Julię poprzez zniszczenie jej fryzury, którą układała całe pół minuty to raczej średnio mu się to udało. Szybko przeczesała włosy palcami i rzuciła mu mordercze spojrzenie, które zaraz złagodniało, kiedy zobaczyła jego, wyciągniętą w jej stronę, rękę. Momentalnie ją opuścił, a Julia poczuła, jakby atmosfera wokół stała się gęsta nie do zniesienia, a w jej serce wbiło się kilka małych, ale bolesnych igiełek. Sama tego chciała. To była jej decyzja. I tylko ona była odpowiedzialna za to, że ta idiotyczna sytuacja ciągnęła się już przez dwa tygodnie.
      Nie oderwała się od ściany i tylko przez dłuższą chwilę patrzyła na chłopaka smutnym wzrokiem.
      - Przepraszam. - powiedziała cicho, a pod tym jednym słowem kryło się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Odchrząknęła i dodała już głośniej: - Idź sam. Hmm... ściana mnie potrzebuje.
      Wskazała palcem na zimne kamienie za sobą, chociaż teraz niewiele się od nich różniła. Zachowywała się jak najzimniejszy kamień na świecie.

      Julia

      Usuń
    3. Cóż miał poradzić na to, że jego natura średnio zgrywała się ze strasznym przebraniem. Nie za bardzo miał czas i ochotę kombinować dłużej z przebraniem i po prostu improwizował, a że szeroki uśmiech i długie kły… także tego. Nie miał zamiaru przebierać się za skrzata domowego ani za wilkołaka, ani tym bardziej za trolla i zdecydowanie wolał pasować do Julii, choć to i tak w tym wypadku nie miało większego znaczenia.
      Dwa tygodnie zachowywali się jakby chowali się przed rodzicami by zapalić papierosa. I o ile pod pewnymi względami to rozumiał, w jakimś sensie nawet miało to swój urok, to w sytuacji takiej jak ta w ogóle się mu nie podobało. Patrzył teraz na Julię zupełnie poważnie i uważnie, wiedząc, że nie powinien nic mówić, a z drugiej strony musiał coś powiedzieć.
      Idź sam. Auć. To zdanie zdawało się zagłuszać w głowie Juliena poprzednie przepraszam. Spojrzał na ścianę, jakby przez ułamek sekundy rzeczywiście planował znaleźć tam coś interesującego.
      - Nie chcesz, żebym szedł sam. – powiedział cicho, głosem niższym niż zazwyczaj, jakby właśnie przypomniało mu się, że kiedyś poszedł sam. I nie odzywał się przez pół roku. Zrezygnowany odwrócił wzrok, doprowadzając swoje lekkie zgorzknienie z powrotem do neutralności. Westchnął cicho i znów oparł się o ścianę spoglądając na dziewczynę kątem oka. Czuł, jakby ktoś wykręcił mu żołądek na lewą stronę.
      - Nie chcesz iść w ogóle, czy nie chcesz iść, bo ja tu jestem? – zapytał w końcu, dochodząc do wniosku, że przynajmniej tyle musi wiedzieć, by chociaż zorientować się co ma dalej robić. Bo w tej chwili czuł się mocno zagubiony, choć spojrzenie miał irytująco twarde.

      Julien

      Usuń
    4. Spuściła głowę, zamykając oczy i zacisnęła zęby na dolnej wardze, zdecydowanie mocniej niż robiła to zazwyczaj. Bolało ją to, że jej decyzje go ranią. Sama też czuła się z tym nienajlepiej, chociaż ciągle miała wrażenie, że inaczej nie potrafi. A chciała wpleść palce w jego dłoń i pójść z nim nawet na koniec świata, mając gdzieś wszystko wokół.
      Podniosła głowę na jego słowa i oparła się ramieniem o ścianę, tak, że mogła patrzeć swobodnie na jego profil. Odetchnęła głęboko, próbując uspokoić samą siebie.
      - Nie chcę iść w ogóle. - odpowiedziała cicho. Chwilę przyglądała mu się uważnie. Każdy centymetr jej ciała zdawał się mieć w sobie magnes, który ciągnął ją w stronę Juliena, a jednocześnie jej mózg postawił przed nią szklaną ścianę, której nie mogła przekroczyć. I cichy głosik w jej głowie ciągle mówił jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz. To kiedy?
      - Tu w ogóle nie chodzi o wróżby. - wypaliła w końcu, a w jej głosie coraz bardziej słychać było zdenerwowanie i irytującą ją samą bezradność. - Nie lubię Nocy Duchów, nie kręcą mnie te wszystkie głupie atrakcje, nie chcę słyszeć przepowiedni, że umrę, bo jeśli nie powiedzą mi, że umrę w Twoich ramionach, co brzmi strasznie badziewnie, akurat w Twoim stylu, to ja serdecznie dziękuję i nie chcę tego słuchać. I wcale się za nikogo nie przebrałam, chociaż ten serial Patricka na pewno jest super. I nie mogę patrzeć na to jak Cię krzywdzę tym co mówię i robię, bo przecież właśnie tego najbardziej się bałam i boję nadal.
      Ostatnie zdanie wypowiedziała tak szybko, że zabrakło jej oddechu. Wciągnęła powietrze w drżące płuca i spuściła wzrok. Miała wrażenie, że zaraz pęknie, rozpadnie się na kawałki.
      - Przepraszam. - powiedziała z trudem, a gula w jej gardle zdawała się nie maleć z czasem nawet odrobinę. Palcami delikatnie musnęła jego dłoń, w nadziei, że nikt tego drobnego gestu nie dostrzegł i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Wszystko co robiła, robiła źle i powinna w końcu przestać, chociaż to też by było złe. Znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Takiej sytuacji, której w lutym się spodziewała i od której uciekła, zanim skoczyła w tę przepaść. Bo jeśli już się skoczy to nie ma liny, która sprowadzi nas z powrotem na górę. Albo spadamy, czasem nawet tak długo, że wydaje nam się, że umiemy już latać albo rozbijamy się o dno. Nigdy nie ma powrotów.
      Wyszła na dziedziniec, a zimne powietrze, które zawsze ją uspokajało, tym razem nie pomogło. Wokół było dość cicho, nikt nie biegał w dziwnym przebraniu, nie krzyczał, nie rzucał zaklęciami na prawo i lewo, tylko mocno przytłumiona muzyka przypływała z Wielkiej Sali. Julia oparła się o gruby filar i powoli zaczęła osuwać się po nim coraz niżej, aż w końcu kucnęła i ukryła twarz w dłoniach.

      Julia

      Usuń
    5. Owszem, był nieco samolubny, a już na pewno nie był człowiekiem cierpliwym, chociaż przecież się starał. I chyba właśnie dlatego, tak źle znosił to, że jego wysiłki szły na marne. Prawdopodobnie było to jego osobiste i totalnie subiektywne odczucie, ale czyż nie zachowywał się często jak niepochwalone dziecko, tak uparcie domagające się uwagi?
      I tak słuchał jej, nie bardzo wiedząc co powinien powiedzieć i czy cokolwiek powinien mówić. I o tym, że ona wcale nie lubi Halloween i, że nie chce słuchać tych badziewnych tekstów i, że robi coś, czego się boi. Zmarszczył lekko brwi, nie bardzo rozumiejąc. Z jednej strony sam się przecież bał, ale z drugiej strony robił pomału wszystko to, czego bał się najmniej. Jeżeli lęk przed utratą kogoś bliskiego był większy niż lęk przed własnymi słabościami to drobnymi krokami przeskakiwał sam siebie. I w tym całym lęku jego dłoń chyba drgnęła, odsuwając się nieznacznie. Jakby tego jej przepraszam i dotyku w tym właśnie momencie bał się najbardziej.
      W zebraniu myśli pomogła szklanka soku, wypita niezdrowo szybko. Znów stał jak idiota, sam ze sobą. Znów to przerażające przepraszam. Na litość grzyba, czy choć raz coś nie mogłoby pójść inaczej niż zwykle? Czy ludzie mają gdzieś w mózgu wypisane chodzenie w kółko i w kółko według tego samego schematu, popełnianie tych samych błędów, wracanie do czegoś, co niszczy? On miał odwagę postąpić inaczej. Tylko, że samą odwagą niczego się nie zmieni. Puste słowa powtarzane w kółko nie zmienią sytuacji, będzie tak, jak zawsze.
      A jednak wyszedł z Sali i poszedł za nią. Właściwie chyba chciał być w stosunku do siebie w porządku. Chciał udowodnić sobie, że schematy można złamać. I gdy jego wzrok padł na drobną dziewczynę w skulonej pozie, westchnął cicho. Chciałby wiedzieć, jak jej pomóc, a z drugiej strony wiedział, że to niemożliwe. Nikt za nas tego nie zrobi. Musimy przeskoczyć sami siebie. Dlatego, jedyne co zrobił, to osunął się po ścianie obok niej, a jego dłoń wylądowała na jej głowie. W geście, który mógł oznaczać zarówno jestem, jak i nie poddawaj się.

      Julek

      Usuń
    6. To było okropne. Wręcz okrutne. Jak ktoś może być jednocześnie spełnieniem marzeń i tym, co przeraża najmocniej? Miłością i lękiem? Pewnością i niepewnością? Jak? I jak cokolwiek dobrego może z tego wyjść? Wtedy Julia myślała, że nic i że lepiej jest odejść. Jeszcze nie wiedziała jak to jest, kiedy tęsknisz za kimś tak mocno, że serce pęka ci każdego dnia. A teraz... Może to była właśnie wina tej tęsknoty. Może to przez nią rzuciła się prawie bezmyślnie w ramiona Juliena, myśląc, że da radę się w nich utrzymać, a przede wszystkim na nie zasłużyć. Tyle że na razie chyba nie zasługiwała, bo psuła wszystko. Widziała, że on się stara, walczy, a nawet w chwilach swojej największej niepewności mogła dostrzec w jego oczach będzie dobrze. Dlatego tak trudno jej się było dogadać z samą sobą. Bo gdy była z nim, czuła się szczęśliwa, czuła ulgę i miała wrażenie, że wszystko powoli wraca na swoje miejsce. A potem znów pojawiały się wątpliwości i strach. To przez nie nie potrafiła w końcu przestać się ukrywać. Sama tego chciała, ale dla niej też to nie było fajne, ani łatwe. Jednak wciąż łatwiejsze niż powiedzenie wszystkim, jakby nie chciała, żeby to, w co ciągle ledwo wierzyła i co wydawało się balansować gdzieś na granicy snu, nagle zderzyło się z rzeczywistością. Miała wrażenie, że wtedy wszystko się spieprzy, będzie miliard razy trudniej i znowu wrócą do punktu wyjścia. Tak naprawdę w jakiś sposób wracali do punktu wyjścia już teraz. Przecież uciekła. Znowu. Po raz kolejny, nie do końca świadomie, powtórzyła ten sam schemat. Przeprosiła, odwróciła się i wyszła, udowadniając, że to, że nic się nie zmieniło było nie tylko cudem, a również przekleństwem.
      Myśli kłębiły się Julii głowie, ale czuła się przede wszystkim bezradna, zablokowana przez swoje własne bariery, nie dające jej nawet wziąć Juliena za rękę na szkolnym korytarzu albo imprezie w Noc Duchów. To było okrutne. A jednak on wciąż nie miał jej dość i tym razem nie dał jej uciec tak po prostu. Odetchnęła głęboko, gdy poczuła dotyk jego dłoni na swojej głowie. Wiedziała, że to on. Wtedy znów jej myśli trochę zwolniły i pojawił się wewnętrzny spokój, dziwnie kontrastujący z przyspieszonym biciem serca.
      Przesunęła palce z twarzy do tyłu, wplatając je we włosy. Uniosła powoli powieki, ale przez dłuższą chwilę patrzyła tylko na ziemię. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Nie po tym jak powiedziała mu, że boi się z nim być. W końcu wstała, odeszła na odległość kilku małych kroków i usiadła na murku, wciąż nie znajdując odpowiednich słów do wypowiedzenia w tym momencie. Znalazła za to resztkę odwagi. Wystarczająco, aby jej wzrok w końcu padł na Juliena, siedzącego przy ścianie, jednocześnie blisko i daleko od niej.
      - Kocham Cię. - szepnęła drżącym głosem, ale po krótkiej chwili przerwy zaczęła mówić już nieco głośniej. - Mam wrażenie, że teraz to wszystko jest takie... nasze. Tylko nasze. I boję się, że kiedy przestanie takie być... Nie wiem, Julien. To jest irracjonalne, co ja myślę, ale boję się, że wtedy wszystko zacznie się psuć.
      Przełknęła z trudem ślinę, patrząc na chłopaka z całą swoją bezsilnością wymalowaną na twarzy i nieświadomym błaganiem o pomoc. Potrzebowała, aby w końcu wyleczył ją w przekonania o tym, że to, kto o nich wie, ma jakieś większe znaczenie, bo przecież nie miało.

      Julia

      Usuń
    7. Cała ta walka przybrała teraz nawet nieco bardziej osobistego charakteru, ponieważ gdzieś podskórnie wziął sobie za punkt honoru pokonać to, co powoli zaczęło mu w nim samym przeszkadzać. Przeszkadzał mu strach, którego odbicie widział wiecznie w rozczarowanych spojrzeniach, w lustrze i w oknie, gdy na dworze ciemniało. Więc po raz kolejny zaciskał zęby, chociaż przecież tyle razy mógł znów się odwrócić, wrócić do dawnych nawyków. Zareagować obojętnością totalną na kolejną ucieczkę.
      To bolało, jasne, że bolało. Przez chwilę, jednak, czuł pewnego rodzaju satysfakcję, że zrobił coś, na co wcześniej by się nie odważył. Poczuł dziwacznie przyjemne uczucie bycia fair w stosunku do samego siebie. Jeszcze nie wiedział, czy to mu się podoba, ani czy będzie umiał być taki na dłuższą metę, ale chwilowo był zadowolony. Zadowolony, ale śmiertelnie poważny. Słuchał jej uważnie, patrząc na nią ze zmarszczonymi lekko brwiami, jakby analizował każde jej słowo.
      - A nie czujesz, że wszystko psuje się właśnie w takich momentach? Choćby teraz? – spytał, choć nie był wcale pewien czy chce znać odpowiedź. Strach robił z ludźmi straszliwe rzeczy. Jej zachowanie przypominało mu historię jego babci, która pewnego razu zgubiła złoty zegarek, bo pół roku czekała z naprawieniem do niego bransoletki tylko dlatego, że na Pokątnej naprawa kosztowała trzy razy więcej niż w Oxfordzie. To zachowanie, które doprowadza do tego, że tracimy coś wielkiego, chcąc oszczędzić sobie paru niedogodności.
      - Julia. – zaczął rzeczowo, choć wiedział, że taki ton nie jest przyjemny, szczególnie, gdy człowiek wyraźnie się załamuje. – Ludzie są w gruncie rzeczy samolubni. I o ile nie zabierzesz komuś dziewczyny, czy chłopaka sprzed nosa, wzniecając masę plotek, to będą mieli twój związek zupełnie gdzieś. Szczególnie, że nie jesteś typem osoby, która z upodobaniem nadeptuje innym na odcisk. – powiedział nie tyle oschle, co obojętnie. Już wiele razy przekonał się, że ludzie zwykle nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i wcale go to nie dziwiło. Tak było prościej. A, że akurat on uwidział sobie poszerzanie swojego światopoglądu i świadomości, było jednym z niewielu przypadków w całej masie ludzi. Ludzie zwykle tkwili w tym, co już mieli – albo skupienie na samym sobie, albo szeroką świadomość. Rzadko kto walczył z samym sobą z uporem maniaka.
      - Musisz tylko zdecydować, czy chcesz przekonać się jak bardzo ludzie mają to gdzieś – odparł na wpół poważny, na wpół rozbawiony i wzruszył ramionami, podnosząc się z posadzki. – A teraz chodź, bo zamarzniesz – dodał, choć wcale nie był pewien, czy Julia nie trzęsie się po prostu z nadmiaru emocji i masy trudnych słów, które dziś zarówno wypowiedziała, jak i usłyszała.

      Julien

      Usuń
    8. Słuchała go uważnie, a przez cały ten czas czuła się, jakby miała zaraz rozpłynąć się w powietrzu, niczym mgła, jakby była tylko cieniem samej siebie, czymś co tylko istnieje, a nie jest, jakby na nic nie miała wpływu, nie było w niej żadnej siły. Chciała być z Julienem, ale bała się tak, że to ją paraliżowało. Nie wiedziała jaką decyzję podjąć, każda wydawała się w jakiś sposób zła. Albo niewyobrażalnie trudna, a ona nie do końca była na nią gotowa. I z każdym dniem czuła coraz większe wyrzuty sumienia, sprawiające, że kolejnej nocy tylko trudniej było spokojnie zasnąć. Bo biła się z myślami, rozważała różne scenariusze, a nic z tego nie powodowało, że sytuacja stawała się jakkolwiek lepsza. Wszystko tylko się psuło. Z każdą chwilą bardziej. Wiedziała, że w takich momentach również, bo to wszystko było ze sobą połączone, a każde słowo, gest, decyzja albo jej brak, każda najmniejsza sytuacja, miała wpływ na kolejną. A to, o co przynajmniej starała się walczyć, mogło zawalić się jak domino. Kostka po kostce, aż w końcu z misternie ustawionej konstrukcji, nie zostanie nic. Tu nie chodziło o ludzi, o to, że będą plotkować albo interesować się zbytnio jej życiem. To miała gdzieś. Bała się czegoś innego.
      Zeskoczyła z murku, podeszła powoli i niepewnie do Juliena, jakby nie do końca pewna, czy jeszcze ma prawo, czy nie odebrała go sobie tą ucieczką. Nie było jej bardzo zimno. Zapomniała o tym. Drżała z emocji, a nieco lodowate powietrze trochę ją uspokajało. Przytuliła się jednak do chłopaka. Jej chłopaka. Jeszcze jej chłopaka. I chciała zatrzymać ten moment, przedłużyć go, zanim znowu go zniszczy.
      - Czuję się, jakbyśmy chodzili po polu minowym. Jakby każda nasza chwila razem miała być ostatnią, a zaraz wszystko miałoby się skończyć. - zaczęła, odsuwając się tylko odrobinę. Jakaś część niej nie chciała wypowiadać tych trudnych słów, ale obiecała mu. Obiecała, że będzie mówiła mu wszystko, co w niej siedzi. I chciała dotrzymać tej obietnicy. - Dlatego, kiedy się spotykamy, zazwyczaj nic po mnie nie widać, bo cieszę się tym jak tylko mogę, ale potem...
      Opuściła dłoń, którą wcześniej trzymała na plecach chłopaka i delikatnie splotła ją z jego dłonią. Mimo zimnego powietrza, chcącego chyba ich oboje zamrozić w tej pozycji, jej skóra wciąż była znacznie cieplejsza, a pod wpływem tego, w Julii głowie pojawiła się absurdalna, jak na taki moment myśl, że musi w końcu kupić Julienowi rękawiczki. Uśmiechnęła się słabo i delikatnie przesunęła kciukiem po wierzchu jego dłoni.
      - Potem znowu się boję. I może to z tego powodu nie chcę nikomu o nas mówić. Żeby w razie czego nie musieć mówić o tym, że nie wyszło. Nie wiem. Nie chcę tak myśleć. I to nie chodzi o to, że Ci nie ufam. Ja nie ufam sobie. Momentami myślę, że może powinnam po prostu dać Ci odejść, ale chyba nie umiem.
      Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy, niepewna tego, co w nich dostrzeże. Odetchnęła głęboko. Prawda była taka, że ufała mu bardziej niż sobie samej i wolała na razie się tego trzymać.
      - Jesteś pierwszą osobą, o której myślę rano, zaraz po przebudzeniu. I jedyną, obok której chciałabym każdego dnia się budzić. Jedyną, która może sprawić, że choć trochę przestanę się bać. Ale nie mogę Cię prosić, żebyś ciągle próbował i ciągle walczył. Nie mam prawa. Nie wiem ile to jeszcze potrwa, a widzę, że to trudne i że Cię boli. Chcę być z Tobą, ale nie za wszelką cenę. Nie wtedy, kiedy Cię przy tym ranię.
      Jej głos spadł w międzyczasie do szeptu. Drżącego szeptu, wypełnionego strachem o to, jakie konsekwencje każde kolejne słowo będzie za sobą niosło. Bezwiednie rozluźniła lekko uścisk jego dłoni, jakby chciała dać mu możliwość do wyswobodzenia jej. Pomimo, że nie chciała, aby odsunął się nawet na milimetr.

      Julia

      Usuń
    9. Musiał przyznać, że nieco nie mieściło się mu to w głowie. Nie potrafił sobie wyobrazić jak tak pieczołowicie wznoszona konstrukcja mogłaby ot tak runąć, tak po prostu, z niczego. To, że nie rozumiał, jeszcze bardziej go irytowało, bo nie uświadamiało mu, że nie nad wszystkim może mieć kontrolę. Tym bardziej zdziwił się, gdy się do niego przytuliła. Odruchowo rozejrzał się niemrawo wokół siebie, jakby chcąc skontrolować czy przypadkiem nie padł ofiarą jakiegoś żartu. Ale Julia była śmiertelnie poważna, więc w końcu objął ją ramieniem, jakby miało to jej dodać otuchy w czymkolwiek, co zamierzała powiedzieć.
      Słuchał jej z lekko zmarszczonymi brwiami i z każdym jej słowem czuł, jak dziwnie gorąco robiło się mu w okolicy mostka. Co to było? Nie była to złość, nie było to zdenerwowanie, ani lęk, bo przecież nadal trzymała go za rękę. Jak się nazywa to uczucie, gdy nagle znajdujesz się pośrodku sytuacji, z której nie rozumiesz absolutnie nic, a dotyczy cię bardziej niż cokolwiek innego na tym świecie? Jakie odejść, jakie pole minowe, jakie prawo i do czego? Ach tak, to palące uczucie to była niepewność. Wyswobodził swoją rękę z lekkiego uścisku ale wcale nie po to by sobie gdzieś pójść. Potarł nią oczy, jakby miało mu to pomóc w zrozumieniu kobiecego toku myślenia. Ale chyba nie pomogło. Spojrzał na nią, jakby nie spodobało się mu to, że to jemu pozostawiono tak koszmarną decyzję. Chyba nie chciał być tym złym, ale czy w takiej sytuacji można w ogóle mówić o tym, że ktoś jest zły?
      - Julia… - westchnął, ubierając w tym czasie jakoś swoje myśli w słowa, co chyba nie było najlepszym pomysłem, biorąc pod uwagę bajzel, jaki tam panował. I tak strasznie nie chciał być znów tym, słynącym z niedelikatności, ale chyba w emocjach nie potrafił. – Miałem wrażenie, że klocki pod tytułem przyjaźń jakoś pomału układamy, że pomału wracamy do tego, co mieliśmy. I, że akurat tego nikt nam nie zabierze. – spojrzał na nią wymownie, wiedząc, że dziewczyna nie ufa sama sobie.
      - Przynajmniej z mojej strony tak to wygląda. Że odzyskałem coś, czego nawet ty mi nie zabierzesz. Jestem gruboskórnym bucem, nie tak łatwo mnie zranić. – położył dłoń na jej głowie, uśmiechając się lekko, choć przez ten uśmiech przebijał się dziwny rodzaj smutku, który niespodziewanie zastąpił niepewność.
      - Jedyne, co mnie boli to to, że zupełnie nie wiem, jak miałbym cię przekonać, że w końcu jest po prostu dobrze, zwyczajnie, normalnie. Czy w ogóle dam radę kiedykolwiek to zrobić. I czy w ogóle powinienem, bo przecież to jakaś twoja strefa komfortu – spojrzał na nią z lekkim powątpiewaniem, bo Julia nie wyglądała wcale, jakby czuła się komfortowo. Rozłożył ręce w geście totalnej bezradności. Z jego strony to wyglądało prosto, a to, że miał z czymś problem to była jego fanaberia. To on podejmował walkę i ona nie musiała się o to obwiniać. Ale najwidoczniej nie miał wystarczającej siły przebicia by ją o tym uświadomić.

      Julien

      Usuń
    10. Każda konstrukcja mogła runąć, nieważne z jaką starannością byłaby wznoszona, a Julia przecież robiła to ze strachem. Układała klocki drżącymi dłońmi, przez co łatwo było o błąd, mogący wszystko zburzyć. Bała się i to ją paraliżowało, zamknęło ich oboje w układzie, który przecież zupełnie nie miał sensu, bo nie można się wiecznie chować. Coś co miało trwać kilka dni, przeciągnęło się do dwóch tygodni i stało się cierniem w boku. Ale w tamtej chwili było w niej zbyt wiele emocji, by o tym układzie myśleć, rozglądać się na boki i upewniać, czy na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Szalało w niej zbyt wiele myśli, wątpliwości, pytań i sprzeczności, bo tak naprawdę sama nie wiedziała już co czuje. Wszystko się w niej plątało i nawet obejmujące ją ramiona Juliena nie dodały jej wystarczająco dużo pewności.
      Kiedy rozluźniła uścisk jego dłoni, wyswobodził ją, a ona chcąc nie chcąc poczuła lekkie ukłucie w sercu. Zacisnęła zęby, obserwując każdy, nawet najmniejszy ruch chłopaka, starając się przy tym nie rozsypać zupełnie. W końcu spojrzał na nią, a ona uciekła wzrokiem na bok, ale tylko do momentu, kiedy wymówił jej imię. Wtedy powoli uniosła głowę i z całą swoją niepewnością, wymalowaną bardzo wyraźnie na twarzy, spojrzała w jego niemal czarne oczy. Czuła się winna, z każdą sekundą coraz bardziej, a to rozdzierało ją od środka. I po co jej to było? Może powinna trzymać się swojego życia, w którym nic nie jest na tyle istotne, by się tym przesadnie przejmować? Życia, którego, na dobrą sprawę, nie musiała z nikim dzielić?
      Słuchała go, starając się maksymalnie skupić na jego słowach. Chociaż prawdopodobnie skupiała się nie na tym co trzeba. Odzyskałem coś, czego nawet ty mi nie zabierzesz. Nawet ty. No właśnie. Tak jakby była niszczycielską siłą, tornadem i nawet on nie mógł temu zaprzeczyć. Wszystko, co złego działo się między nimi, było przecież jej 'zasługą'. Odwzajemniła jego uśmiech niemal automatycznie, ale dla niej nie było ani trochę zabawnie. A tak absolutnie szczerze, to znowu chciała uciec. Odwrócić się, odejść i dać Julienowi w końcu spokój. Powinien trafić na kogoś lepszego, kogoś, kto by na niego w pełni zasługiwał i nie bał się z nim być. Kogoś, kto powtarzając, że go kocha, nie będzie się zastanawiał, czy właśnie nie myli się najbardziej w życiu, bo może to wcale nie jest miłość. Ale jeśli to nie była miłość, to ona nie chciała tego wiedzieć. Nigdy się przecież tak nie czuła. Nigdy jej na nikim nie zależało w taki sposób. Nigdy nie tęskniła za nikim tak mocno i nie cieszyła się, kiedy był obok. Musiała, przynajmniej w tej kwestii, uwierzyć sobie samej, że może jednak ma rację.
      - Ja też nie wiem. - westchnęła i znów odwróciła wzrok. Skrzyżowała ręce na piersi, kuląc się lekko, bo już zaczęło jej być zimno. W końcu miała na sobie tylko cienką sukienkę przez którą z łatwością przedzierał się zimny, jesienny wiatr. I może normalnie nie zrobiłby na niej aż takiego wrażenia, ale teraz czuła, jakby odpłynęła z niej wszelka energia, sprawiając, że nawet jej dłonie stały się chłodne.
      No i co miała powiedzieć? Że już od początku jest poza granicą strefy komfortu i ciągle walczy jak może, żeby tę granicę przesunąć, chociaż ta zdaje się nawet nie drgnąć, a mimo to, to nie jest ich największy problem? Że jednocześnie chce i nie chce z nim być? Że związek jest chyba nie dla niej? Że to wszystko jest bez sensu, a on powinien przestać się męczyć i dać sobie z nią spokój? Że na świecie są miliony innych dziewczyn? A może, że nie wierzy w siłę ich przyjaźni i to, że tym razem już go nie straci, niezależnie od niczego? Że ma wrażenie, jakby to była jej jedyna szansa i może to dlatego czuje taką presję od siebie samej? Znów spojrzała na Juliena, tak smutna, jakby chciała mu powiedzieć, że to koniec. W jej oczach lśniły łzy, a ona już była gotowa się poddać. Skoro jego i tak to nie zrani... Skoro był gruboskórnym bucem...

      Usuń
    11. Brał udział w jakiejś żenującej zabawie z okazji Nocy Duchów, które miały miejsce w Wielkiej Sali. Sam w życiu by się na to nie zgodził, a tym bardziej nie zgłosił się na ochotnika, ale panna Hapsode skutecznie go zmanipulowała. Romantycznie brzmiałoby, gdyby okazało się, że chłopak nawet nie zorientował się kiedy chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w stronę sceny, na której odbywało się właśnie głosowanie na najlepiej przebraną parę nocy. Tak jednak nie było, to raczej dziewczyna ciągnęła Artaira, a on… On się nie zorientował, kiedy dał się namówić na takie przebranie. Przecież, gdyby tylko matka dowiedziała się, że poszedł z kimś innym niż Opal… Wystarczyłaby krótka chwila, aby przedstawienie dobiegło końca. Zaraz po zakończonej zabawie cudem udało mu się wyplątać z kolejnych wieczornych atrakcji jakie przygotowała dla nich Hapsode, chociaż nie był pewien czy robi dobrze. Istniała możliwość, że akurat te zabawy przypadłyby mu do gustu. Jednakże było już za późno na zmianę decyzji. Pewnym siebie krokiem ruszył w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, aby tuż po chwili skierować się ku wyjściu na dziedziniec, gdzie przy wielkich drzwiach miał na niego czekać Danny wraz z Valentinem i Casparem. W czwórkę mieli udać się do Świńskiego Łba w Hogsmeade, skąd dalej mieli ruszyć na podbój Londynu, co oczywiście było ściśle tajne i nikt, poza ich czwórką dowiedzieć się po prostu nie mógł. Nie był pewien co takiego w samym Londynie robić będą, jednak wierzył, że skoro Caspar coś zaproponował to z pewnością nie było to byle co, lecz pełna przygód, zacna podróż.
      Gdy dotarł w wyznaczone miejsce nie wiedział, że jeden z prefektów uczepił się Valentinowi na ogonie i uważnie śledził każdy jego ruch. Dlatego też nie widząc nikogo z zaproszonych na miejscu, westchnął tylko cicho, dając im pięć minut na spóźnienie. Uznał, że jeżeli po tym czasie się nie pojawią, Artair zabawi się sam, w końcu dla niego to nie był żaden problem. Gdy chłopaki nie pojawili się, Avery postanowił zerknąć czy może nie czekają na niego po drugiej stronie. W końcu łatwo można było się pomylić… Tym bardziej, gdy Hapsode wciąż mrugała na niego tymi swoimi, długimi rzęsami szczebiocąc coś słodko. Przeszedł na zewnętrzną część zamku i rozejrzał się dookoła. Nie widział nikogo znajomego, przez co postanowił się przejść, dla zabicia czasu.
      — No proszę, proszę… Problemy w raju? — Mruknął, gdy przechadzając się wzdłuż jednej ze ścian ujrzał dobrze znanych sobie: Juliena i Julię. Stał chwilę w bez ruchu i przysłuchiwał się ich rozmowie… Kiedyś się przyjaźnili, jednak jak można zobaczyć na ich przypadku przyjaźń wcale nie musi być trwała. Wręcz przeciwnie. Jest krucha i wystarczy jeden ruch, by rozleciała się na miliony kawałków. Schował ręce do kieszeni czarnych spodni i uważnie przyglądał się znajomym twarzą, a raczej jednej, znajomej sobie twarzy. Julia stała do niego tyłem, więc jedyne co mógł zobaczyć to jej włosy i sukienkę. W sumie… Jeżeli chłopacy się nie zjawią, będzie mógł zabić czas oczekiwania na wymianie komentarzy ze starymi, dobrymi znajomymi. — Wiecie, że jeżeli wasze spotkania was męczą, to można to łatwo skończyć? — Parsknął uśmiechając się ironicznie i robiąc mały krok w ich stronę. — Mogę pomóc, mam wprawę w paleniu mostów.

      Usuń
    12. Wzdrygnęła się, kiedy nagle usłyszała za sobą znajomy głos. Znajomy, a jednak zupełnie obcy, bo Artair był dla niej zamkniętą historią, człowiekiem, którego chyba nigdy nie znała, chociaż tak jej się wydawało, a teraz nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nie było to jednak takie łatwe, bo w każde wakacje, dzięki rodzicom, była na niego skazana w mniejszym lub większym stopniu. W szkole dość łatwo się było mijać, nie zwracać na siebie uwagi i udawać, że wszystko już się skończyło. Nie byli już przyjaciółmi, nie byli nawet bliskimi znajomymi. Byli ludźmi, którzy mijają się na korytarzu bez słowa i może tylko tłumią w sobie wzajemny żal. A może nawet już nie.
      Odwróciła się i cofnęła nieznacznie w stronę Juliena. Opuściła luźno ręce, a jej brwi zmarszczyły się, wyrażając zarówno zdziwienie, zaniepokojenie, jak i dyskomfort z powodu nowego towarzystwa. Albo nawet całej sytuacji, ale jakoś nie umiała się przejąć tym czym powinna. Że Art wie. Była zupełnie rozbita i miała to w tym momencie naprawdę gdzieś. Mógł wiedzieć o nich, mógł rozgadać komukolwiek, teraz to do niej nie docierało i może to nawet lepiej.
      - Wiem. - odpowiedziała szybko na ostatnie zdanie, które wypowiedział Ślizgon, patrząc mu uparcie w oczy. Taaak. On był mistrzem palenia mostów, zatrzaskiwania za sobą drzwi i może rzeczywiście, każde z nich miało w tej kwestii swoje za uszami, ale Artair... On robił to w taki sposób, że Julia nigdy nie chciałaby się od niego tego uczyć. Ranił, krzywdził, mścił się i sprawiał, że nikt nie chciałby tych spalonych mostów odbudowywać. Przynajmniej Julia nie chciała. Bo teraz Artair Avery nie wywoływał już uśmiechu na jej twarzy. Powodował mimowolne zmarszczenie brwi i w wielu przypadkach tylko obojętność. Zamknięty rozdział. Spalony most. I tylko mgiełka popiołu, unosząca się w powietrzu.

      Julia

      Usuń
  3. Zadanie trzecie

    Należał do Klubu Pojedynków, gdy tylko usłyszał o możliwości przeprowadzenia pojedynku przy publiczności szkoły, początkowo pojawiła się w nim dzika chęć wzięcia udziału w tej zabawie, jednak dopiero po chwili dotarło do niego, że większość par uczniowskich oczu, będzie skierowana na niego. Nie przejmował się, gdy ktoś na niego zerkał podczas zajęć Klubu Pojedynków, jednak wtedy, to było coś innego. Tam się uczył, doszkalał. A tutaj miał już zaprezentować swoje zdolności. Umiejętności, które zdobył. Hyun nigdy nie był człowiekiem, który uwielbiał się chwalić. Nie był tym, który czuł się pewnie, gdy ktoś na niego patrzył. Stresował się, denerwował, dłonie mu drżały przez co nie zawsze zaklęcia wychodziły tak, jak powinny. Co innego, gdy był na miotle, szybując w powietrzu za kaflem. Pewnie zrezygnowałby z tej zabawy, jednak widząc Fredericka Waylanda podnoszącego się gwałtownie i ogłaszającego swoją chęć wzięcia udziału… Nie zastanawiał się długo. Nie musiał. Wstał równie szybko co Gryfon i popędził w stronę sceny, na której miały odbywać się pokazy, pojedynki… Stanął za Frederickiem i z uśmiechem, szturchnął go delikatnie w ramię.
    — Chcesz się ze mną zmierzyć, czy wolisz nie ryzykować? — Zapytał niskim głosem, oblizując powoli wargi. Nie miał zamiaru z nim flirtować na oczach całej szkoły, jednak nie mógł powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów taki, a nie innym tonem głosu. Posłał mu szeroki, łobuzerski uśmiech i wpatrywał w jego twarz z wyraźną niecierpliwością czekając na odpowiedź. Miał nadzieje, że chłopak wybierze drugą opcję, bo inaczej… Hyun lubił rywalizacje i za każdym razem pragnął wygrywać, a to mogło się dla nich skończyć po prostu źle.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noc Duchów było dla Freddiego okresem dziwnym, nieco mrocznym, ale jednocześnie intrygującym. U mugolaków dzieci przebierają się za potwory i zbierają cukierki po okolicznych domach. W Hogwarcie uczniowie dostali stoły uginające się od słodyczy i żywe, budujące nastrój dekoracje, a dodatkowo serie 'zadań', mających za zadanie dostarczyć odrobinę rozrywki zabieganym czarodziejom. Nie miał nic przeciwko małej imprezie, szczególnie, że liczył na spotkania z niektórymi osobami, których widok z pewnością poprawiłby mu humor.
      Kiedy usłyszał o pojedynkach, od razu się nimi zainteresowal - pewnie nie przyznałby się do tego publicznie (nie to, że owa cecha nie była u niego widoczna), ale naprawdę lubił tłum, lubił przedstawienia i wszystkie dramaty, jakie się za nimi kryły. A poza tym, rywalizacja budziła w nim taką ekscytację, że nie potrafił ustać w jednym miejscu dłużej niż kilka sekund. Między innymi właśnie dlatego dumnie reprezentował swój dom w szkolnej drużynie Quidditcha. A fakt, że będzie obserwowany przez pół szkoły tylko jeszcza bardziej go nakręcał.
      Do zadania zgłosił się jako jeden z pierwszych, ale nie oczekiwał, że zaraz po tym ja stanie przy scenie zaszczyci go swoją obecnością jego dobry...k o l e g a. Odwrócił głowę z łobuzerskim błyskiem w oku, słysząc znajomy głos.
      - Han - uśmiechnął się szeroko na widok krukona - Chyba nie będe ryzykował. Jeszcze przestałbyś mnie lubić, gdybym skopał ci ten twój uroczy tyłeczek - odezwał sie, równie cicho co Hyun i puścił mu oczko. Szczerze ucierzył sie na sprzymierzenie z koreańczykiem - będąc w dwóch innych domach rzadko kiedy mieli okazję współpracować. Przekrzywił głowę, mimowolnie przesuwając spojrzeniem po jego ciele. Powinien bardziej nad sobą panować, w końcu wokół kręciło się mnóstwo gapiów, a wolałby nie narobić sobie kłopotów. Przynajmniej póki co.
      - Szykuj się, Hyunie, może być ostro - zaśmiał się głośno, wyciągając różdżkę i unosząc ją w gotowości do działania. Na początek z ciemnego gęstego dymu wyłoniło się pięć przerażających szkieletowatych postaci. Banda kościotrupów nie wywołała jednak u niego większego przerażenia niż to, co działo się w jego życiu.
      - Confringo - wymamrotał, wlepiając zdeterminowane spojrzenie w zmorę, która zaraz eksplodowała, rozrzucając naokoło resztki zmizerniałych kości. Jeden załatwiony, zostało czterech.

      Freddie

      Usuń
    2. Słysząc, że chłopak ma zamiar jednak z nim współpracować, uśmiechnął się szeroko i skinął głową na znak zrozumienia jego słów. Stojąc na scenie, nie myślał już o tym co było pomiędzy nim, a Frederickiem. Najważniejsze w tym momencie było to, aby nie ośmieszyć siebie, ani Freddiego przed wszystkimi gapiami. Przyjął więc postawę bojową i z uważnie obserwował to co się działo. W czasie, gdy Frederick zajął się jednym szkieletem on za pomocą drętwoty zajął się kolejnym. Posłał Freddiemu szybki, krótki uśmiech i spojrzał na kolejnego. Zostały już tylko trzy, z którymi z pewnością się bez problemu zajmą.
      — Jeżeli dobrze to rozegramy, zniszczymy wszystkie za jednym razem. — Mruknął do niego, uśmiechając się przy tym szeroko. — Bombarda. — Wypowiedział zaklęcie i wykonał odpowiedni ruch nadgarstkiem spoglądając na rozlatujące się poszczególne kości ze szkieletów. Pierwsze zadanie było łatwe… Do momentu, w którym nie zorientował się, że rozszczepione elementy, składają się w jedność. Spojrzał zaskoczony na Fredericka. — Jest jakieś konkretne zaklęcie, którego powinniśmy użyć? — Spojrzał na chłopaka, robiąc mały krok do tyłu. Oczywiście nie zamierzał się wycofać z rozgrywki. Miał zaraz przejść do kolejnego straszydła, jakie miało urozmaicić ten wieczór, więc nie. Krok do tyłu nie oznaczał wycofania, ani strachu. Zacisnął wargi i zmarszczył delikatnie brwi, a na jego czole pojawiła się delikatna zmarszczka.
      Ascendio! — Szkielet pod wpływem zaklęcia wyrzuciło w powietrze, a gdy upadł ciężko ponownie na scenę, po prostu zniknął. Jak gdyby rozpłynął się w powietrzu.

      Hyun

      Usuń
  4. Nigdy nie była szczególnie kreatywną osobą, więc kiedy nadeszło Halloween, a ona pojawiła się w Wielkiej Sali, najzwyczajniej w świecie ubrana była w swój strój miśka, w którym zazwyczaj spała. Włosy związane miała w kitkę, na głowę narzuciła kaptur z przyszytymi niedźwiedzimi uszami i brakowało jej tylko odpowiedniego makijażu, z którego jednak zrezygnowała z kilku powodów. Po pierwsze, kompletnie nie umiała się malować i nigdy tego nie robiła; po drugie, wiedziała, że szybko by go sobie rozmazała i wyglądała jak straszydło; po trzecie, w drugiej klasie odkryła, że prawdopodobnie jest uczulona na niektóre kosmetyki, gdy koleżanka postanowiła trochę ją upiększyć, a ona zrobiła się cała czerwona i spuchnięta. Nie miała pojęcia czy była to reakcja na ten jeden konkretny puder, czy na inne zareagowałaby tak samo, ale nie chciała próbować. Zresztą, nie czuła potrzeby nakładania na siebie takich świństw, nawet jeśli przez kilka lat męczyła się strasznie z wypryskami na twarzy. Te czasy, na szczęście, już minęły i kiedy jej koleżanki spędzały w łazience po kilka godzin dziennie, ona mogła sobie dłużej pospać.
    Kiedy wszystkie stoły zniknęły, aby mogła zacząć się prawdziwa zabawa, ona stanęła niczym sierotka Marysia pod jedną ze ścian, z ciekawością obserwując swoich kolegów i koleżanki. Nie była typem tancerki, więc nie wyszła na parkiet jak większość, a jako, że nie widziała nigdzie swoich przyjaciół, była skazana na samotność, przynajmniej na tę chwilę. Chwyciła więc kubek, nalała sobie do niego soku dyniowego, po czym przycupnęła na stojącej niedaleko pustej ławeczce. Najchętniej wróciłaby już do dormitorium i poszła spać (nawet nie musiałaby się przebierać), ale była pewna, że później wszyscy by jej jęczeli, że ominęła ją taka dobra zabawa. Tym razem chciała zostać do końca i przekonać się czy naprawdę będzie tak wspaniale, gdyż najczęściej wymykała się do łóżka już po dwóch godzinach i wszystkie ciekawe wydarzenia ją omijały. Zamierzała więc siedzieć na tej ławce i obserwować wszystko i wszystkich, mając jednocześnie nadzieję, że w międzyczasie coś ciekawego przydarzy się i jej, aby i ona miała nazajutrz co opowiadać.

    Gwen

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyjec prawie wypalił jej uszy, na pobliskiej ścianie zostawiając tlące się fragmenty białego pergaminu. Słowa wykrzykiwane przez matkę, a zgrabnie opisujące niezadowolenie rodzicielki z powodu nieodpowiedniego podejścia do życia jej dziecka, skupiły się przede wszystkim na niechęci młodej Withers do podejmowania się prac spod kategorii chałtury. Musisz z czegoś żyć, dziecko! Twoje szaty są w opłakanym stanie, nam przydałby się nowy kociołek, a i proszek fiuu powoli się kończy (...). Więc poszła, na siłę wbijając się w bardziej eleganckie ubranie, z piórem sunącym za jej głową i okularami opadającymi na czubek nosa. Czas zarobić, czas napisać zamówiony tekst.
    A tyczyć się miał Hogwartu, bo już dawno szkoła ta nie trafiła na główną stronę “Proroka Codziennego”. Wprawdzie główna pisarzyna, jak w zawężonych kręgach literatów ośmielano się nazywać córkę Rity Skeeter, poszła na urlop. Pamela o mysich włosach i ustach zawsze ułożonych w podkówkę, okazała się być zbyt wielką wielbicielką ognistej whisky. Z niejaką ulgą, ponieważ ostatni miesiąc nie przyniósł Virginii zbyt dużego zarobku, Withers wzięła na siebie napisanie nudnego, raczej informacyjnego reportażu o Nocy Duchów w Hogwarcie.
    Przywitana została nadzwyczaj poprawnie, uściskiem dłoni ze strony przedstawiciela grona pedagogicznego. Niestety, ale grubszy, flegmatyczny mężczyzna jakby zapomniał wypowiedzieć swojego imienia. Już kobieta powtórzyła dla pewności swoje, by usłyszeć krótkie:
    — Tak, tak, przecież już panienka mówiła!
    Szlag by cię, z tą panienką, pomyślała i odwróciła się nonszalancko, by wśród tłumu w spokoju wyszukać interesujące twarze. Zauważyła trochę młodych czarodziejek o roztrzepanych ruchach, wyniosłych, ale w tym uroczych Ślizgonów, a i wielu pierwszoroczniaków z wyrysowaną na czole błyskawicą. Jeden, odważny najwidoczniej, przywdział długą, czarną szatę, nos nieudolnie zaklejając plastrem i z nieopisanym szczęściem biegał za kopiami Pottera. Uśmiechnęła się na wpół ironicznie, by zaraz przywołać się do względnego porządku. Z nieukrywaną dumą poprawiła więc starą, prawie zapomnianą broszkę, która świadczyła o jej dawnej przynależności do domu Roweny Ravenclaw.
    Z wielką przyjemnością trafiła na rozpoczynające się Krwawe Historie (przy okazji podpisując egzemplarz książki o narglach, który pod nos podsunęło jej zabawne dziewczę o ciemniejszej karnacji), udało się jej przeprowadzić przyjemną, niezobowiązującą rozmowę z opiekunem Koła Transmutacji, a i natknęła się na samego Neville’a Longbottoma, który uraczył ją ciekawą, oczywiście całkiem niezwiązaną z Nocą Duchów, historią o Komnacie Tajemnic. Najwidoczniej na starość zapominamy o istotności zatajania niektórych faktów. W tym samym czasie pióro nad jej głową wariowało, zapisując urywki poszczególnych zdań, latając pomiędzy pojedynczymi osobami i z reguły włażąc w te miejsca, które nie powinno.
    — Niestety, zawsze było nadpobudliwe i nie za bardzo zważało na mój, znacznie spokojniejszy, tryb pracy — stwierdziła zrezygnowana, gdy rozdrażniona wykładowczyni mugoloznastwa wskazała na pióro, które utknęło w jej zbyt bujnej fryzurze.
    Odchodząc jednak, a wcześniej pozbywając się pasożyta, nie dosłyszała jak reporterka stwierdziła z przekąsem:
    — Nie przejmuj się, podobno nie odróżnia skrzata domowego od goblina.
    W końcu znalazła chwilę by usiąść w rogu Wielkiej Sali, pijąc poncz i z widocznym zmęczeniem przyglądając się uczniom Hogwartu. Poczuła nawet ukłucie nostalgii, kiedy przypomniała sobie o czasach, w których sama zasilała szeregi najzdolniejszych uczniów pod czujnym okiem Minerwy McGonagall. Virginia siedziała z nogą na nodze, z palcem wybijającym rytm na jej udzie i mętnym, skierowanym w przeszłość spojrzeniem, zanotowało pióro.


    Virginia Withers

    OdpowiedzUsuń
  6. Wpadła do dormitorium, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Co to w ogóle było, Rose? Miałaś nadzieję, że powie nie? Chciałaś, żeby tak zrobił? Przecież to by było… okrutne. Teraz natomiast to wszystko jest… dziwne. Ugh! Już dawno pogubiłaś się we własnych myślach. Po co w ogóle nad tym rozważać? Nie umiesz żyć i cieszyć się chwilą – bez większego planu, bez rozważań i przemyśleń nad jednym posunięciem?
    Tak, tylko… co teraz ze strojem? Była do końca przekonana, że nie pojawi się na przyjęciu – a dzień zakończy się tak, jak zaplanowała – pod kołdrą, z książką w ręku i przynajmniej następnego dnia jako jedyna byłaby wypoczęta.
    Natchnęło ją dopiero, gdy w Pokoju Wspólnym pojawiła się jej kuzynka – dopiero ona coś poradziła na niewielki problem młodej Weasley. Przecież zawsze mogła przebrać się za szyszymorę! Albo przynajmniej za jedno z jej wyobrażeń. Wystarczyło kilka zaklęć, parę przyborów do makijażu – i gotowe!
    Musiała odrobinę poszerzyć zaklęciem czerwoną, długą sukienkę, którą jej pożyczono. W dodatku zdjęła z niej ozdoby i poszerzyła rękawy, aby były długie, jak u średniowiecznej arystokracji. Gdy udało jej się już wcisnąć w sukienkę, zabrała się za włosy. Zaklęciem zmieniła ich kolor na jasny blond i roztrzepała je palcami. A później przyszedł największy problem – makijaż.
    Nie był w stanie przykryć całkowicie jej piegów, ale przynajmniej częściowo je przysłonił i dodatkowo rozjaśnił cerę. Oczy natomiast pomalowała ciemnymi cieniami do powiek, a usta musnęła błyszczykiem.
    Czuła się dziwnie. Nie pamiętała, kiedy ostatnio sięgała po kosmetyki i robiła sobie makijaż – uznawała to głównie za stratę czasu. Zastanawiała się przy tym jak jeszcze bardziej upodobnić się do ducha, za którego dzisiaj się przebierała. Szyszymory były w końcu przedstawiane jako mizerne kobiety o zielonkawym odcieniu skóry – ale mogły zmieniać się w jasnowłose dziewczęta w czerwonych sukniach – tak, jak Rose wyglądała właśnie dzisiaj. Postanowiła, że lewą rękę zabarwi lekko na zielono. Niby drobiazg, ale jednak…
    Odetchnęła głęboko, gdy wybiła dziewiętnasta. Po raz dwudziesty przeglądała się w długim do ziemi lustrze postawionym tego wieczoru w dormitorium. Gotowa była poprawić jeszcze ewentualne niedoskonałości, ale sukienka leżała na niej… zaskakująco dobrze. Pozbawiona więc wszelkich argumentów, aby pozostać w sypialni, zmuszona była wyjść.
    Jakże wielkie było zdumienie Gryfonów, gdy zobaczyli Rose Weasley – wystrojoną i wymalowaną, która postanowiła wyjść na bal. Ona? Zazwyczaj na czas takich uroczystości barykadowała się na górze. A jednak…
    Przeszła przez dziurę za portretem Grubej Damy, usiłując ukryć strach, który towarzyszył jej z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn. Może bała się, że nie przyjdzie? Poruszyła w końcu niebo i ziemię, aby dostać kostium i wyglądać przynajmniej… znośnie.
    Rozejrzała się, próbując wyłowić go z tłumu uczniów, który tego dnia akurat był jeszcze większy niż zazwyczaj o tej porze. Każdy szukał swojego partnera, przyjaciół – albo po prostu drogi do Wielkiej Sali.

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miał pojęcia, czemu zachowywał się przy niej w ten sposób. Zupełnie jakby miała jakąś tajemną moc, z pomocą której wyzwalała w nim potrzebę bycia lepszym. Malfoy nigdy się przecież tak nie starał, przy żadnej dziewczynie, a spotkał się już z kilkoma. Dla młodszej o rok Krukonki stracił głowę w zeszłym roku, a jedyne na co się wysilił przez cztery miesiące trwania ich związku to pare czekoladowych żab z Miodowego Królestwa i małe kremowe piwo. Ślicznej Elizabeth, Ślizgonce z tego samego roku na święta nie kupił zupełnie nic, bo jakoś nie czuł potrzeby obdarowywania własnej dziewczyny, a dla wiecznie naburmuszonej Abby z okazji drugiej miesięcznicy miał jedynie zepsute mugolskie czekoladki. Weasley zaś w ramach przeprosin zaserwował już bukiet polnych kwiatów (to nic, że ożywionych zaklęciem) i pokaz eliksirowych możliwości. No i zaprosił ją na bal z okazji Nocy Duchów, który chyba był randką, choć żadne z nich się do tego nie przyznawało.
      To wszystko wyszło jakoś tak niechcący. Kiedy proponował jej wspólne wyjście zupełnie tego nie przemyślał - chciał pomóc obalić krążące ostatnio po szkole plotki, ale nie przyszło mu do głowy, że w ten sposób przysporzy im nowych. Teraz, kiedy zakładał swoją szatę wyjściową, było już za późno, na odkręcenie tej całej sytuacji. Do dziewiętnastej zostało jeszcze trzydzieści minut, a on dalej nie miał pojęcia za co się przebrać. Rozejrzał się niespokojnie po pokoju i zauważył na kufrze chorego kolegi czarną pelerynę. Brant od kilku dni leżał w skrzydle szpitalnym ze złamaną nogą i nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić w ciągu kilku następnych godzin. Malfoy niewiele myśląc pożyczył sobie rzeczy innego Ślizgona, wpakował do kieszeni mugolską szczękę wampira i czym prędzej skierował się w stronę pokoju wspólnego Gryfonów. Miał piętnaście minut by z lochów dostać się na jedną z najwyższych wież Hogwartu i patrząc na tłumnie wylewających się z lochów Ślizgonów, zdecydowanie nie wróżył sobie punktualności.
      Na miejscu pojawił się kilka minut po czasie i w duchu modlił się, żeby Rose jeszcze na niego czekała. Swoją osobą wzbudził niemałe zainteresowanie wśród tłumnie zmierzających w kierunku Wielkiej Sali Gryfonów, ale zdawał się tego nie zauważać. Serce waliło mu jak oszalałe ze stresu i wysiłku (ostatnią prostą pokonał sprintem), przez co nie mógł za bardzo złapać tchu. Przystanął na chwilę przy kolumnie, oparł się o nią plecami i próbując się uspokoić, starał się wyłowić wzrokiem z ogromnego tłumu charakterystyczną płomiennorudą czuprynę Rose, ale bez powodzenia. Jego uwagę przykuła za to szczupła blondynka w czerwonej sukni, którą skądś ewidentnie kojarzył, ale nie mógł dopasować jej twarzy do odpowiedniego imienia... Przyglądał jej się na tyle intensywnie, że w końcu go zauważyła. Scorp zdumiony wpatrywał się w jej brązowe tęczówki i nie wierzył własnym oczom. Czy to była Weasley?
      - Rose? - spytał dosyć nieśmiało, gdy w końcu odważył się do niej podejść. Gryfoni dookoła nich przyglądali się całej sytuacji nie szczędząc swoich błyskotliwych komentarzy. Malfoy najchętniej przetarłby oczy, żeby sprawdzić czy to nie sen, ale nie miał sił podnieść rąk do góry. - Wyglądasz... Wow.... Znaczy... Inaczej.

      S. Malfoy

      Usuń
    2. Gdy tylko dostrzegła poszukiwaną przez siebie osobę, odetchnęła cicho z ulgą. Więc jednak – nie będzie musiała wracać do Pokoju Wspólnego z myślą, że ktoś ją wystawił albo padła ofiarą bardzo nieprzyjemnego żartu. Ale jednak stał obok kolumny i, jak zdążyła wywnioskować, trochę mu się spieszyło przez jakąś część drogi.
      Przeciskając się przez tłum uczniów, który co jakiś czas zerkał to na nią, to na niego dość jednoznacznie, dotarła w końcu przed oblicze Scorpisa Malfoya – wyglądającego jeszcze bardziej dostojnie niż dotychczas. Musiała przyznać, że jego blada skóra idealnie współgrała z jego dzisiejszym przebraniem.
      Wampir, co? Ciekawa była czy te wystające kiełki dorobił za pomocą magii czy znalazł w Hogsmeade jakąś zabawną szczękę. W zasadzie nie wiedziała co tam teraz się sprzedawało u Zonka.
      Jego reakcja wprawiła ją w lekkie zakłopotanie, ale… cholera, podobało jej się. Dlatego na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Weasley, która uśmiechała się przecież tak rzadko, jego obdarowała nim po raz drugi w przeciągu tygodnia. Jego, chociaż nawet do końca go za bardzo nie lubiła.
      - Myślałeś, że na Noc Duchów przebiorę się za Rose Weasley? – zapytała, unosząc brew. Zaraz jednak zaśmiała się krótko i cicho. – Pewnie byłby to naprawdę przerażający kostium. A z całą pewnością oryginalny. Tak czy inaczej, ty też wyglądasz dobrze.
      Na chwilę zamilkła, by za moment skinąć głową w stronę schodów. Przecież nie będą tutaj stali jak dwa słupy soli.
      - Idziemy? – spytała, po czym, nie czekając na odpowiedź, ruszyła wraz z innymi uczniami zmierzającymi do Wielkiej Sali. Kątem oka jedynie spoglądała czy Malfoy podąża za nią. Nie miała zamiaru zostawiać go w tyle. – Ciekawa jestem czy będą tam jakieś konkursy. Czy coś… to znaczy… wiesz, raczej nie jestem typem osoby, który… chadza na imprezy.
      Raczej nie przypuszczała, aby to go jakoś zdziwiło.

      Usuń
    3. Musiał przyznać, że Weasley wyglądała naprawdę dobrze, a z jego reakcji dało się wywnioskować, że zupełnie się tego nie spodziewał. Ze zdumieniem lustrował ją wzrokiem przed dłuższą chwilę, przesuwał spojrzeniem od blond włosów, przez dopasowaną sukienkę, aż po buty i dalej nie wierzył własnym oczom. Rose wyglądała naprawdę obłędnie, chyba jak nigdy. Makijaż podkreślał jej rysy twarzy jednocześnie skutecznie maskując piegi i Scorp, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, doszedł do wniosku, że ładniej wyglądała z naturalnymi, rudymi włosami i bez tych wszystkich mazidełek.
      Tak, ładniej.
      Wealsey wyglądała ładniej.
      Skoro wyglądała ładniej to czy była ładna? Czy można sądzić, że ktoś wygląda w czymś ładniej albo brzydziej jeśli nie sądzi się, że jest ładny? Czy to znaczy, że Rose w jego mniemaniu była ładna?
      Weasley?
      Ładna?
      Zakręciło mu się w głowie od tych wszystkich myśli, wniosków i przypuszczeń, a otaczających ich tłum i te niezbyt dyskretne szepty nie pomagały mu w powrocie do względnej równowagi. Był tak skupiony na swoim wewnętrznym monologu, że nie za bardzo słuchał Rose i gdy ruszyła z miejsca, dopiero po chwili do niej dołączył. Szli jakimiś nieznanymi mu korytarzami przez dłuższą chwilę w otoczeniu innych Gryfonów, ale z każdym krokiem ludzi robiło się coraz mniej, a Scorpowi zaczęła wracać władza nad ciałem i umysłem. Po upływie kilku sekund i wyminięciu kolejnej grupy rozchichotanych Gryfonek, Malfoy zaczął wreszcie zwracać uwagę na wypowiedzi swojej towarzyszki.
      - Doprawdy? - spytał, udając zaskoczenie. Był nieco rozbawiony całą to sytuacją i nieśmiały uśmiech zaczął wkradać się na jego usta. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że kąciki warg Rose też się nieznacznie unoszą. Niezwykłe. - Wiem z zaufanego źródła, że budowali scenę do pojedynków. I wiem też, że w pojedynku nie miała być ze mną szans - dodał po chwili z szelmowskim uśmiechem. Skręcili w lewo i znaleźli się na wprost wejścia do Wielkiej Sali. - Jeśli chcesz, możemy się o tym za chwilę przekonać...

      Usuń
    4. W zasadzie ona nie była radosną osobą, ale gdy kątem oka zobaczyła uśmiech wkradający się na twarz Malfoya, zrozumiała, że sama nie widziała go szczęśliwego. Nie tak… prawdziwie zadowolonego. W zasadzie to zadziwiające, po przebrnięciu przez stereotypy i uprzedzenia, jak bardzo w niektórych aspektach są do siebie podobni. A przecież znali się tak naprawdę dopiero… no, niedługo.
      Zerknęła na niego raz jeszcze, idącego obok niej. Starała się nie słuchać szeptów, które czasami pojawiały się wśród wyprzedzających ich Gryfonów czy Krukonów. Dzisiaj, po raz pierwszy od sześciu lat, wyszła się bawić. I, miała nadzieję, w dobrym towarzystwie. Raczej nie pozwoli, aby ktoś jej to popsuł.
      - Och, doprawdy? – zapytała, a na jej twarz wkradł się nieco wredny uśmieszek. Nie sądziła, naprawdę, że Malfoy by tego chciał. – Jestem wręcz przekonana, że nie dasz rady mi dorównać. I oczywiście, że chętnie się o tym przekonam!
      Nawet nie zdążyła zauważyć, jak szybko znaleźli się w Wielkiej Sali – przystrojonej dzisiaj zawieszonymi w powietrzu dyniami, a Rose nawet zauważyła, że pod sufitem latają nietoperze. Ciekawe, co z osobami, które bały się tych niezbyt przyjemnych istot.
      Stoły były poodsuwane w kąty sali, odsłaniając tym samym ogromną przestrzeń – zarówno do rozmów, jak i do jedzenia. Przy stole dla nauczycieli gromadziło się grono pedagogiczne, a przy nim wystawiona była wielka tablica z informacjami o atrakcjach, dla spóźnialskich takich jak Rose i Scorpius.
      Przeciskali się przez tłum w tamtą stronę, aż dotarli – a wzrok Weasley skupił się na konkurencji ostatniej. Wskazała na nią i spojrzała na Scorpiusa.
      - Wychodzi na to, że nasza zabawa przenosi się do mniejszej sali – dodała z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach. – Chyba że… - skrzyżowała ramiona pod biustem i podeszła do niego, uśmiechając się szelmowsko. – Twierdzisz, że nie dasz rady i poddajesz się walkowerem. Hm?

      Usuń
    5. Śledząc szybko w głowie ich ostatnie perypetie Scorp musiał przyznać, że Gryfonka z okazji dzisiejszego wieczoru zmieniła nie tylko swój wygląd, ale i nastawienie. Wydawała się jakaś taka bardziej wesoła, żywa, może nawet szczęśliwa i Malfoy odczuwał z tego względu niemałą satysfakcję. W porównaniu do swojego ojca sprawianie innym bólu nie dawało mu żadnej przyjemności - nie był wybitnie mściwy, czy złośliwy - i to właśnie stanowiło główną przyczynę ich dzisiejszej randki. Tydzień temu w sali od eliksirów, umazany zieloną mazią obiecał sobie, że odwdzięczy się jej za wzięcie na swoje barki całej winy. I teraz, widząc na ustach Rose uśmiech, a w brązowych tęczówkach diabelskie chochliki stwierdził, że doskonale wywiązał się z danego sobie słowa.
      - Nigdy w życiu - odparł, przeciskają się przez tłum uczniów od razu w stronę wskazanej salki. Szedł pierwszy, torując własnym ciałem drogę dla Rose i co jakiś czas zerkał przez ramię sprawdzając, czy za nim nadąża. Ścisk było niemiłosierny nawet jak na Noc Duchów. Scorp nie brał w niej udziału po raz pierwszy, ale zdecydowanie nigdy nie widział by tylu uczniów na raz zdecydowało się wziąć udział akurat w tej zabawie. Oczywiście większość z nich wlepiała spojrzenia właśnie w nich. Malfoy nie czuł się z tym zbyt komfortowo, nie z powodu towarzystwa Rose, a ze względu na swoje durne przebranie, w którym nie czuł się najlepiej. Miał wrażenie, że stali się właśnie czymś na wzór wymarłego zwierzęcia paradującego przed zdębiałą na ich widok hordą naukowców. Scorp dałby słowo, że jeszcze chwila i zaczną robić im zdjęcia. Na szczęście z każdym krokiem salka była coraz bliżej i gdy tylko dopadł do drzwi, od razu złapał za klamkę, poczekał aż Rose wejdzie do środka, a potem szybko zrobił to samo i zamknął drzwi.
      Komnata przeznaczona na to zadanie nie była zbyt duża - wielkością przypominała standardową salę zajęciową. Malfoy rozejrzał się po niej uważnie.
      Tak jak w Wielkiej Sali wszędzie otaczały ich dynie, pajęczyny i nietoperze z tą różnicą, że tutaj na samym środku komnaty znajdowało się coś w stylu labiryntu i toru przeszkód w jednym. Jak głosiła tablica informacyjna, którą przestudiowali parę minut temu, podium skrywało najstraszliwsze atrakcje dzisiejszego wieczoru. Malfoy widział kilku uczniów tłoczących się przy wejściu do labiryntu w oczekiwaniu na swoją kolej. Po ich lewej stronie znajdowała się kolejna tablica, tym razem służąca do zapisów. Scorp podszedł do niej, machnął różdżką i wyrzeźbił w gładkiej powierzchni ich nazwiska obok których bardzo szybko pojawiły się kolejne litery. Tablica przydzieliła im opiekuna.
      - Lupin? - spytał zdziwiony, odwracając się w stronę Rose. Jeśli dobrze kojarzył, to rodziny Potter, Weasley i Lupin były ze sobą całkiem mocno związane. - Czy to przypadkiem nie jest faworyzowanie?

      Usuń
    6. Naprawdę, jeszcze gdy wychodziła z Pokoju Wspólnego nie sądziła, że będzie się czuła tak dobrze dzisiaj – w towarzystwie Scorpiusa, ignorując wszystkich wokół, nawet ten swój strój. Nie przywykła w końcu do noszenia takiego typu ubrań – głównie pojawiała się w szacie, mundurku albo jakimś innym luźnym sweterku od babci Molly, która przeznaczyła dla niej, nie wiedząc czemu, kolor morski. Który nijak do niej pasował.
      Szła tuż za nim, nie chcąc pozwolić sobie na zbytnie zostanie w tyle z tego choćby względu, że później mogą się już nie odnaleźć. Dzisiejsza noc widocznie bardzo spodobała się uczniom, bo pojawili się na niej bardzo licznie. Albo po prostu dyrektor przyciągnął uwagę swoich podopiecznych nadzwyczajnymi rozrywkami. Tak też mogło być.
      Obserwowała, jak Ślizgon wypisuje zaklęciem ich nazwiska, a następnie tablica wyznaczyła im opiekuna na dzisiejszą przygodę. Sama aż była zdumiona, że na tablicy pojawiło się tak znajome i bliskie jej nazwisko – Teddy Lupin. Uśmiechnęła się na samą myśl o nim. Był w końcu dla niej jak starszy brat. Może ostatnio trochę ją denerwował, ale… nie zmieniało to faktu, że był dla niej osobą bardzo cenną.
      Zaraz jednak spojrzała na jasnowłosego wampira i uniosła brew, przywołując na twarz wyzywający uśmiech.
      - Co jest, Malfoy? – spytała zaczepnie, chociaż nie miała zamiaru go urazić swoim tonem głosu. – Boisz się, że nie dasz rady? – Po czym zaśmiała się złapała go za nadgarstek i pociągnęła w stronę labiryntu. – Nie bój się. Dam ci fory – dodała szeptem, po czym, po odmeldowaniu się u profesora Lupina, zniknęli w torze przeszkód.
      Niespodziewanie ogarnęła ich ciemność, a Rose odszukała z trudem swoją różdżkę, którą dzisiaj wyjątkowo nie wiedziała, gdzie wetknąć, aby mieć ją – tak na wszelkie wypadek.
      - Lumos – szepnęła, a z końca jej różdżki wystrzeliły iskry. Nikogo nie było. Niczego nie było. Przesunęła się więc powoli do przodu. I tak minął zakręt jeden, drugi, trzeci, a niepokojąca cisza działała tylko na nią stresująco. Stres natomiast wywoływał u niej powagę i skupienie, co pomagało zachować zimną krew. W razie czego.
      Zupełnie nagle, znienacka, wyskoczyła na nich cała horda ożywionych kościotrupów.
      - Reducto! – krzyknęła, a jeden z nich rozsypał się na kości. Jeden. Jeden to za mało!

      Usuń
    7. Malfoy nie miał nawet czasu na skomentowanie zaczepek Gryfonki, bo właściwie od razu po ich usłyszeniu znalazł się w labiryncie. Po omacku próbował wyciągnąć różdżkę z kieszeni swojej szaty, ale ręce co chwilę wplątywały mu się w wampirzą pelerynę, a to szybko doprowadziło Scorpiusa do lekkiej irytacji. Cicho szeptał pod nosem losowe przekleństwa, jednocześnie tocząc zażartą walkę z materiałem, gdy nagle mrok rozjaśniło małe światełko wydobywające się z różdżki Rose. Teraz dużo łatwej było mu namierzyć odpowiednią kieszeń i po chwili mrok rozjaśniało już nie jedna, ale dwie różdżki.
      Scorp próbował wypatrywać dookoła nich potencjalne zagrożenie, ale wszędzie było tak ciemno, że widoczność ograniczała się zaledwie do metra. Przesuwał się więc powoli do przodu tuż obok Rose, co chwilę na nią zerkając. Nie miał żadnego pojęcia, czego mogą spodziewać się w labiryncie, więc przeszukiwał pamięć pod względem przydatnych zaklęć, ale obecnie oprócz prostego Lumos nic nie przychodziło mu do głowy. Malfoy czuł się bezbronny, a otaczająca ich ciemność i cisza tylko potęgowały tę emocję.
      - Wiesz… - zaczął, próbując przerwać niezręczne milczenie, ale Rose zupełnie go nie słuchała. Scorp spojrzał na nią kątem oka w momencie, gdy zza kolejnego zakrętu zaczęły zbliżać się w ich stronę ożywione kościotrupy. Nie miał czasu na myślenie, po prostu wycelował różdżką w najbliższą kupę kości i rzucił to samo zaklęcie, co Gryfonka. Truposz rozsypał się na części, odsłaniając tym samym kolejne dwa zbliżające się w ich stronę z jeszcze większą prędkością. Malfoy złapał Rose za nadgarstek i siłą schował za siebie.
      - Bombarda! – krzyknął, zamachując się różdżką. Trafiony zaklęciem przeciwnik dosłownie wybuchnął w powietrze, a razem z nim kilku następnych. Ich kości zamieniły się w odłamki, trafiały w kolejne kościotrupy i natychmiast posyłały je na ziemię. Po chwili dookoła nich leżały już tylko rozczłonkowane ciała będące pierwszą pokonaną przeszkodą. Malfoy odetchnął z ulgą. Teraz już wiedział, czego mniej więcej mogą się spodziewać w dalszych etapach zadania, a to ułatwiało sprawę.
      - Truposze, co? – rzucił do Rose już rozluźniony. To małe zwycięstwo spowodowało, że jego poziom pewności siebie nagle poszybował do góry. Adrenalina zrobiła swoje i Scorp już nie czuł się bezradny w obliczu kolejnych zagrożeń. Ba, on wręcz nie mógł się ich doczekać!

      Usuń
    8. Rose zauważyła, że nie tylko biegające kościotrupy właśnie rozleciały się pod wpływem zaklęcia Scorpiusa, ale również i część ściany jakby odrobinę… przechyliło się na zewnątrz? Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła dalej, ciekawa dalszych niespodzianek, chociaż nadal czujna.
      - Brakuje jeszcze szyldu „witamy w miasteczku Halloween” – odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem nadal błąkającym się na ustach.
      Przemknęła jej myśl, gdzieś w zakamarkach podświadomości, że dzisiaj, razem, mogą się naprawdę dobrze bawić. A kto by pomyślał! Panna Weasley i pan Malfoy razem! W jednym zespole, walczący ramię w ramię z kolejnymi przeszkodami, które napotkają na swojej drodze.
      Chociaż… bardziej niesamowite byłoby, gdyby wygrali konkurs na najlepiej dobraną parę – a taki przemknął jej gdzieś na tablicy w Wielkiej Sali. Ledwie powstrzymała się od śmiechu, a już usłyszała złowrogi chichot gdzieś… za nimi?
      Przystanęła w miejscu, z różdżką podniesioną w gotowości i rozglądała się czujnie, wytężając wzrok jak tylko potrafiła. Przez trzy lata prefektowania zdążyła już przyzwyczaić się do oglądania rzeczywistości bez pomocy jakiegoś większego światła…
      Coś błysnęło nad uchem Scorpiusa. Odwróciła się w tamtą stronę, po czym, bez większego zastanowienia, pociągnęła go za szatę w swoją stronę. Jak się okazało – odrobinę za bardzo poniosły ją nerwy, bo oboje wylądowali na podłodze. A tuż obok nich rozbiła się… świecąca, chichocząca dynia?
      Podniosła wzrok z niej na Malfoya, wciąż pochylonego nad nią, chcąc już go od siebie odrzucić – tak odruchowo, gdy…
      - Uważaj! – krzyknęła i od razu, nim zdążył jeszcze odpowiednio zareagować a nim latająca dynia zdążyła go trafić, przesunęła się wraz z nim w bok.
      On zdążył uniknąć ciosu. Ona za to skrzywiła się, gdy dynia musnęła jej ramię. Może nie był to jakiś niemiłosierny ból, ale z całą pewnością nie było to przyjemne uczucie.

      Usuń
    9. Halloweenowa zabawa w Hogwarcie zdawała się nie mieć końca. Po udanym, acz nietypowym meczu Qudditcha, czym prędzej udał się w stronę stworzonego przez personel pedagogiczny labiryntu, pełnego najróżniejszych przeszkód. Przy niektórych miał osobisty udział, był aczkolwiek zdania, że jego uczniowie - ci chętni na tę konkretną konkurencję - powinni sobie bez trudu poradzić. No, o ile słuchali i udzielali się na lekcjach Obrony przed Czarną Magią lub w Klubie Pojedynków. Ted daleki był od mistrzów OPCM, wierząc, że człowiek zawsze może się w czymś poprawić i podszkolić swoje umiejętności. Z pewnością miał jednak większe doświadczenie w walczeniu z nią, niż większość znanych mu starszych czarodziei, co dopiero uczniów. Z czarną magią samą w sobie też to i owo przerobił, acz w zupełnie inny sposób, niż co poniektórzy zdawali się wciąż wierzyć. Zupełnie, jak gdyby po tym, co straciła jego rodzina, ta przybrana i ta nieżyjąca już, biologiczna, naprawdę mógłby dać się temu cholerstwu omotać. Mimo wszystkich swoich wad, nie był aż tak emocjonalnie i psychicznie słaby. Nie był, i już.
      Gdy przybył na miejsce, tak, jak się spodziewał, została mu przydzielona para śmiałków do sprawowania nad nimi pieczy. Och, nie zamierzał im w żadnym stopniu ułatwiać czekających ich zadań, nawet jeśli jednym z nich była Rose Weasley. Gryffonka, traktowana przez niego od dłuższego już czasu jak młodsza, często grająca mu nerwach, lecz niezaprzeczalnie bliska jego osobie, siostra. O Malfoya ani trochę się nie martwił, jednak bynajmniej nie przez wiarę w umiejętności ucznia. Nie, niestety względem Scorpiusa, przynajmniej w tym konkretnym momencie, poza ścianami klasy OPCM, nie zamierzał się mieć najmniejszych, pedagogicznych skrupułów. Ten, jeśli chciał wygrać, musiał się samemu postarać, choć jakaś mała, szczeniacka część Teda, nie miałaby nic przeciwko temu, by nastolatkowi się nie powiodło. Nie cierpiał faktu, jak blisko był spokrewniony z tą konkretną rodziną. O ile ojciec chłopaka był mu zupełnie obojętny, zapewne głównie przez niepoznanie jego osoby; o tyle jego dziadkowie ze strony Draco byli ludźmi, których otwarcie nie lubił i poniekąd zdawał się nimi gardzić równie mocno, co oni nimi. Może i nie miał najlepszych kontaktów z Andromedą, może praktycznie ze sobą nie rozmawiali, ta jednak wciąż była najważniejszą osobą w jego życiu. Zapewne dlatego tak trudno było mu uwierzyć, że mogła mieć cokolwiek wspólnego z Narcyzą Malfoy; co dopiero, że ta była jej młodszą siostrą.
      - Będziecie tak leżeć cały wieczór, czy dokończycie zadanie? - rzucił sarkastycznie w stronę swoich koniec końców uczniów, gdy ci po udanym pokonaniu zaczarowanych 'kościotrupów', spotkali na swojej drodze halloweenową dynię. Dynię, którą mógł lub nie, niezauważalnym ruchem lewej dłoni unieruchomić chwilowo w powietrzu. Nie chciał jednak, by ta po raz kolejny uderzyła Rose. Gdyby leżeli w odwrotnej pozycji, zapewne nawet nie próbowałby jej powstrzymać przed powtórnym trafieniem Scorpiusa. Przynajmniej przestałby się patrzeć na Rose w taki sposób. Zresztą, Halloween naprawdę robiło z ludźmi dziwne rzeczy, skoro Weasley i Malfoy grali dobrowolnie w jednej drużynie. - I radziłbym się wam zająć ową dynią. Jest równie uparta, co quidditchowy tłuczek - dodał, ponownie usuwając się w cień i przyglądając się w milczeniu ich poczynaniom.

      Teddy

      Usuń
    10. Nagły zastrzyk entuzjazmu, który Scorpius dostał po rozprawieniu się z hordą kościotrupów, nie wystarczył na zbyt długo. Jasne, przez kilka sekund nieustraszony parł na przód zupełnie nie zważając na czyhające tuż za zakrętem niebezpieczeństwo. Na chwilę zapomniał, że jest uwięziony w tym dziwnym, haloweenowym labiryncie z Rose Weasley, i że musi jakoś się z niego wydostać. Liczyło się tylko to małe zwycięstwo (już dawno nic mu się tak nie udało, jak utarcie nosa Gryfonce) i kolejne, ku któremu właśnie zmierzał. Niestety spodziewał się czegoś bardziej w stylu ożywionych kupek kości aniżeli latających dyń-tłuczków, które wyglądały, jakby chciały ich zabić. Nim zorientował się, w jakie właśnie wkroczył bagno, nagle wylądował na ziemi. Zupełnie nie słyszał latającej koło ucha dyni i jej okropnego chichotu, ani nie dostrzegał chowającego się gdzieś niedaleko Lupina; widział tylko leżącą pod nim Rose i już miał coś powiedzieć, gdy nagle został odrzucony w bok. Wszystko działo się bardzo szybko i Malfoy nie do końca był tego świadomy. Kątem oka zauważył, że wielka dynia musnęła ramię Weasley i odruchowo skrzywił się, wyobrażając sobie jej ból. Już miał się podnieść, wyciągnąć różdżkę i jakoś jej pomóc, gdy nagle dynia samoistnie zawisłą w powietrzu. Zdezorientowany rozglądał się dookoła, ale w mroku nie dostrzegał nawet własnej dłoni. Po chwili usłyszał jednak głos ich dzisiejszego opiekuna i szybko poskładał sobie wszystko do kupy. Był stuprocentowo pewien, że Lupin zaczarował dyniowy tłuczek tak, by ten nie skrzywdził już jego kuzynki, ale nie zmieniało to faktu, że sam nie czuł się teraz bezpiecznie.
      - Wszystko w porządku? – spytał Rose, podnosząc się w końcu z podłogi. Nie miał zamiaru komentować słów Teddy’ego, bo nie chciał ryzykować oberwania tłuczkiem, który teraz znowu swobodnie latał po całym korytarzu. Scorp wytężał wzrok tak mocno jak tylko potrafił, by zawczasu zauważyć dynię. Gdy w końcu zaczęła się do niego zbliżać uniósł wysoko różdżkę i załatwił ją jednym szybkim reducto. Tłuczek, a raczej jego pozostałości, bezwładnie upadły na ziemię. Malfoy jeszcze przez chwilę w skupieniu obserwował otoczenie, ale z ciemności już nic się nie wyłoniło. Teraz, gdy sytuacja była opanowana, w spokoju przyjrzał się Rose i upewniwszy się, że nie odniosła żadnych poważnych ran, kontynuował ich spacer w nieznane. Początkowo sądził, że przeszkody będą od siebie oddalone o całe kilometry, ale teraz po spotkaniu z kościotrupami i zaczarowaną dynią doszedł do wniosku, że musi mieć oczy dookoła głowy, bo w każdej chwili na horyzoncie może pojawić się nowe zagrożenie…
      Na potwierdzenie tej tezy nie musiał czekać zbyt długo. Bardzo szybko do jego uszu dotarł dziwny, metaliczny dźwięk. Scorp zatrzymał Rose łapiąc ją za nadgarstek i w ciszy nasłuchiwał. Zupełnie nie mógł dopasować dźwięku do żadnego znanego mu zjawiska, dopiero widząc wyłaniającą się z mroku sylwetkę opancerzonego rycerza doszedł do wniosku, że jest to jedna ze stojących na korytarzu zbroi…

      Usuń
    11. Rose skrzywila się bardzo, gdy dostała dyniowym tłuczkiem w ramię. Była przekonana, ze następnego dnia odkryje na ramieniu piękną pamiątkę w postaci soczystego siniaka. Chociaż... z drugiej strony, mogło się to skończyć o wiele gorzej. Na przykład złamana ręka.
      Słysząc słowa Teda, które zdawały się wyplywac jakby znikąd, starała się przezwyciężyć pulsujacy ból. Nie chciała, żeby widział ją w tym stanie - mimo że kochała go jak rodzonego brata, wolała, aby wciąż myślał, że jest idealnym wcieleniem swojej matki. Ze nie przezwycięży jej nic.
      Jednak na kolejne słowa zaczerwienila się i wstała z ziemi, otrzepujac swoją czerwoną sukienkę z niewidzialnego pyłku.
      - W porządku - mruknela dość niemrawo i spojrzała przed siebie. Gra podobała jej się coraz mniej. Skoro oberwala już przy drugim zadaniu, co będzie dalej?
      Ruszyła bez słowa za Malfoyem, wytezajac wzrok do granic możliwości. Jednak jako pierwszy zareagował słuch. Coś jakby odgłosy brzeczacej stali poruszały się w ich kierunku.
      Coś jakby...
      Zbroje?
      Drgnela lekko, gdy złapał ją za nadgarstek i spojrzała na niego miepewnie. Od kiedy to tak mu zależy, aby nic się jej nie stało?
      Z uniesiona gotowości różdżka czekała. Czekała aż... zza rogu wyłoniła się zbroja - żywa, chodzaca zbroja najwidoczniej gotowa stanąć do walki.
      - Reducto! - krzyknęła bez większego zastanowienia. Zaklęcie zdawało się po prostu przeslizgnac po zbroi.
      Jak...?
      - Immobilus! - pomyślała, że chociaż zatrzyma zbroję. Ale w tym wypadku było tak samo. - Levicorpus!
      I tym razem nie zareagowała, a jedynie brnela coraz dalej, widocznie chętna do stracenia komuś głowy z ramion swoim mieczem.
      Cholera... musi być jakiś inny sposób, aby ją pokonać!
      I wtedy kątem oka dostrzegła coś błyszczącego.
      - Scorpius - tym razem to ona szarpnela go za ramię i wskazała na stojący w ślepej uliczce miecz, widocznie czekający właśnie na nich.
      Lecz był tylko jeden.
      Profesor Longbottom musial mieć naprawdę dobry humor, gdy wymyslal zadania do tej gry.

      Usuń
    12. Malfoy nie miał bladego pojęcia, który z profesorów wpadł na tak genialny pomysł, którym było wykorzystanie do walki uzbrojonych w prawdzie miecze szkolnych zbroi, ale musiał przyznać, że naprawdę odznaczał się niezłą kreatywnością. Co prawda dotychczasowe konkurencje zupełnie nie przypadły mu do gustu, bo po pierwsze były naprawdę niebezpieczne, a po drugie nikt ich na to nie przygotował, ale potrafił docenić ich nieprzewidywalność. Inna sprawa, że gdyby na ich miejscu była para trzynastolatków, którzy jeszcze nie znają większości pomocnych w tych sytuacjach zaklęć, prawdopodobnie polegliby już za pierwszym podejściem. Scorpius nie miał jednak czasu na zastanawianie się nad konsekwencjami wpuszczenia do labiryntu niedoświadczonych czarodziejów, bo właśnie w jego stronę pędziła jedna ze stalowych zbroi. Nim jednak zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, Rose zaatakowała ją zaklęciem.
      Najpierw jednym, potem drugim…
      I nic.
      Scorpius nie wierzył własnym oczom. Wszystkie rzucone w zbroję zaklęcia po prostu się od niej odbijały, choć przecież nie powinny… W tej sytuacji nie miał zupełnie pojęcia co robić. Przeczesywał pamięć w poszukiwaniu jakiegoś magicznego sposoby na uratowanie własnej dupy, gdy nagle Rose pociągnęła go za rękaw. Już miał jej mówić, że to nie jest dobry moment na kolejną porcję przekomarzania, ale zobaczył kątem oka dokładnie to co ona.
      - Miecz? – rzucił bardziej do siebie niż do niej, patrząc na błyszczące w ciemności ostrze. Kogoś naprawdę poniosła fantazja, gdy wymyślał zadania do tej gry skoro myślał, że któreś z nich wcieli się w rolę rycerza. – Co oni do jasnej…. – nie dokończył, bo tuż nad jego głową przeleciała nagle olbrzymia kula przyczepiona do łańcucha. Władająca ją zbroja uderzała ślepo we wszystko co się rusza. Malfoy popchnął Rose do tyłu i nie mając wyboru, złapał za stojący w cieniu miecz. Nie miał bladego pojęcia jak się nim posługiwać, a fakt, że ważył chyba z dziesięć kilo wcale nie ułatwiał sprawy.
      Scorpius zamachnął się najmocniej jak umiał i uderzył ostrzem w jedną z ożywionych zbroi. Ta, pod naporem stalowego miecza nieco się ugięła dając mu czas na wymierzenie ciosu po raz drugi. Tym razem, trafiona jeszcze mocniej, rozpadła się na kilkanaście kawałków, a na jej miejsce od razu przybiegła następna. Malfoy uderzył w nią, a potem w kilkanaście innych. Nie zwracał uwagi na stojącą w pobliżu Gryfonkę, po prostu na oślep zadawał ciosy zbrojom, aż wszystkie rozpadły się na części. Nie miał pojęcia ile trwała ta nierówna walka, ani jak wiele było przeciwników, ale w końcu po upływie – dla niego całej wieczności – wyczerpany, ledwo łapiąc oddech, uklęknął wspierając się na mieczu.
      - Bardzo zabawne – bąknął pod nosem, przyglądając się porysowanemu ostrzu. Nawet w najśmielszych snach nigdy nie sądził, że będzie bawił się w rycerza, a tym bardziej, że będzie niósł ratunek samej Rose Weasley. No i że przy tym ucierpi.
      Po ramieniu Scorpiusa spływała mała stróżka krwi. Najwidoczniej został ranny podczas ostatniej walki, ale chyba nie zdawał sobie z tego za bardzo sprawy. Rana nie była głęboka, ani bardzo bolesna, dlatego dostrzegł ją dopiero w momencie, gdy krew zaczęła spływać mu po dłoni.
      - Poradzę sobie z tym – rzucił do Rose, widząc jej spojrzenie. Urwał kawałek materiału od peleryny notując jednocześnie w myślach, że później będzie musiał ją naprawić, a potem przewiązał sobie ramię nowopowstałym bandażem i machnął ręką w stronę Gryfonki. – Idź pierwsza, zaraz cię dogonię.

      Usuń
    13. Rose czuła się cholernie bezużyteczna, tak stojąc w kącie i patrząc, jak Malfoy uderza mieczem w każdą zbroję po kolei. W ogóle, obraz Malfoya z mieczem jej się po prostu kłócił. Zawsze widziała w końcu Ślizgonów jako tchórzliwe szczury, które uciekając z piskiem w kąt pokoju, gdy tylko zaczyna robić się gorąco.
      Dlaczego nie stało się tak tym razem?
      Uderzył w ostatnią zbroję, która rozpadła się na kawałeczki. Zdawałoby się, że to już koniec. Scorpius upadł. Rose zagryzła dolną wargę i ruszyła czym prędzej do niego. Przykucnęła, dotykając delikatnie jego ramienia i patrząc na niego troskliwie.
      W tym momencie nieważne było czy jest Scorpiusem Malfoyem i Ślizgonem. Teraz dla niej był kimś, kto nie boi się stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem, nawet kosztem własnej… krwi? Gdy zauważyła strużkę krwi cieknącą po ramieniu, zaczęła wyrzucać sobie, że niepotrzebnie w ogóle tutaj przyszli. Może rana nie wyglądała poważnie, ale na takiej zabawie nie powinno być takich przypadków. To nie miał być pojedynek na śmierć i życie, tylko zwykła zabawa.
      Nie chciała go zostawiać. Miała zamiar chwycić za różdżkę i za moment mu jakoś pomóc, ale kazał jej iść dalej. Chciała z nim zostać, zobaczyć czy wszystko jest w porządku. Ale… chyba mówił prawdę, nie? Znał siebie, znał swoją wytrzymałość, a wyglądało na to, że wszystkie zbroje już zostały pokonane.
      Po prostu potrzebował chwili odpoczynku. Tak. Poza tym, on zmierzył się ze zbrojami. Czas, żeby spłaciła swój dług i pokonała następne zadanie. Bez słowa więc wstała i poszła dalej, błądząc jeszcze po drodze dwa razy, aż dotarła.
      Tylko dokąd? Było to puste, ale jakże przestrzenne pomieszczenie. W dodatku powietrze było tutaj tak gęste, że można było zacząć kroić je nożem – mgły było co nie miara. Mimo to ruszyła przed siebie, z zapaloną różdżką. Gdzieś tutaj w końcu muszą być jakieś gry. Może nagroda? Czy to mógł być naprawdę koniec?
      W pewnym momencie dostrzegła ciemnowłosego chłopaka, który wyszedł z naprzeciwka. Rose zatrzymała i patrzyła się na niego ze zdumieniem. To był… duch? Jakaś inna zjawa…? Chłopak ubrany był w czarną szatę, zupełnie jakby był uczniem, a na piersi nosił herb Kruka. Stanął i podniósł na nią oczy.
      Już zrozumiała. To nie była zjawa. To był…
      - Julien – powiedziała cicho. Ten ani drgnął, po prostu na nią się patrzył. – Co ty tutaj robisz? Jesteś w następnej drużynie? – zrobiła nieśmiały krok do przodu. – Nie widziałam cię… o matko, sześć lat! Dlaczego? Mam tyle pytań!
      Julien przechylił lekko głowę, ale ani drgnął.
      - Co ty robisz, Rose Weasley?
      - Co…? – Gryfonka zastygła w bezruchu, wpatrując się w niego, nie rozumiejąc. Mógł być na nią zły, ale… nie sądziła, że będzie się zachowywał…
      Julien zrobił krok do przodu. Potem następny. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła się cofać.
      - Co ty robisz? – powtórzył, a ton jego głosu zmroził jej serce. – Ach… bawisz się, prawda? Masz teraz nowego przyjaciela. A co z twoimi starymi przyjaciółmi, Rose? Przestali istnieć, prawda? Odtrąciłaś ich. Pięć lat temu. Pamiętasz?
      Pamiętała…
      - To nie tak, mówiłam ci przecież…
      - Zostawiłaś chłopca, który tylko potrzebował przyjaciółki. Wsparcia. Mówiłem ci, że moi rodzice się rozwodzą. Co mi wtedy odpowiedziałaś? Co mi wtedy odpowiedziałaś, Rose? – powtórzył pytanie ostrzej. Dziewczyna milczała. – Nic – wyszeptał. – Siedziałaś wtedy nad książkami, pracując na chwalebną reputację. Podczas gdy ja, kogo nazywałaś przyjacielem, potrzebowałem pomocy, ty podlizywałaś się na lekcjach nauczycielom! Kiedy przestałaś mnie zauważać? Kiedy przestaliśmy rozmawiać? A przede wszystkim, zawsze byłaś taką wyrachowaną, zimną suką?
      Słowa odbiły się echem od ścian. Rose wpatrywała się w niego, z mieszanką przerażenia i smutku kotłującego się wewnątrz niej. Jej wargi drgały, chciała coś odpowiedzieć, chciała wytłumaczyć, że to wszystko nie tak, ale…

      Usuń
    14. - Ach, nie. Nie byłaś – dodał, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Cofnął się i zamknął oczy z głośnym westchnięciem. – Słyszałem o tej rudej, która zamykała się w łazience Jęczącej Marty, żeby ryczeć. Więc nie tego chciałaś. Ale brnęłaś w to dalej. Dlaczego, Rose? – odwrócił znów głowę w jej stronę. – Bo jesteś tchórzem, cholernym kłamcą. Oszukujesz wszystkich. Oszukujesz nawet siebie i boisz się przyznać do tego. Myślisz, że jesteś silna? Myślisz, że wiele potrafisz? Jesteś zerem, Rose Weasley. Ktoś taki jak ty, nie zasługuje nawet, żeby na niego splunąć.
      Z dłoni dziewczyny wypadła różdżka, która natychmiastowo zgasła. Z jej oczu wypłynęły łzy. Ale on nie zniknął. On nadal tam był. Widziała jego jasne oczy, którymi mierzył ją z taką pogardą. Z pogardą, na jaką sobie zasłużyła.
      - A on? – roześmiał się głośno. – Z nim będzie tak samo. Polubi cię. Zaufa ci. A ty go zostawisz wtedy, kiedy będzie cię najbardziej potrzebował. Wystawisz go i będziesz patrzyła, jak ginie pod ciężarem własnych trudów, samemu zatracając się w swojej pieprzonej szopce, którą rozgrywasz.
      - Przestań… - wyszeptała tylko. Nie próbowała nawet już pohamować łez wypływających z jej oczu.
      - Taka jesteś, Rose Weasley – wyszeptał, robiąc kolejny krok do przodu, w jej stronę.

      Usuń