8 grudnia 2010

A ty? Czy Ty już poczułeś też, że wciąż wybór masz – czy poddać się, czy nie?

17 III 1982, Dublin ––– nauczyciel i opiekun koła ONMS ––– czterdzieści jeden lat
Zdaje się, że na dobre już przesiąknąłeś zapachem zwierząt, którymi z taką pieczołowitością każdego dnia się opiekujesz. Profesjonalnie, można powiedzieć, radzisz sobie ze sklątkami tylnowybuchowami i nieśmiałkami; wręcz zawodowo pacyfikujesz swój żarłoczny podręcznik do zajęć i popisowo gubisz prace pisemne tych uczniów, których wypocin zwyczajnie nie chce ci się czytać. Nie lubisz, kiedy ktoś gada na twoich zajęciach, okazuje ci brak szacunku ani generalnie tłumów, dlatego co z całego dnia pracy najbardziej cieszy cię perspektywa przerwy, a jeszcze bardziej – wymarzonego końca. Co prawda, jak się nie ma, co się lubi, to się ponoć lubi, co się ma, ale ty nawet z chwil, kiedy nie użerasz się z młodzieżą, jeszcze nie nauczyłeś się cieszyć, co tu więc w ogóle mówić o pozostałych.
Raczej ciężko cię nazwać typowym nauczycielem, bo ani nie jest ci po drodze do wyglądu takiego – ze swoimi długimi, spiętymi w kitkę bądź nie, w zależności od nastroju włosami, szeroką klatką piersiową i wyrobionymi mięśniami oraz strojami typowymi dla osoby, której obojętnym jest, co sobie o niej pomyślą ludzie; ty po prostu lubisz swoje luźne spodnie, lniane koszule, kamizelki i rozmaite podkoszulki – ani tym bardziej do mentalności. Nie pilnujesz nałogowo obecności, bo uważasz, że ci, którym zależy i tak przywloką swoje tyłki do twojej sali, a reszta egzamin i tak zdać u ciebie musi; nie wydaje ci się, że twój przedmiot jest najważniejszym na świecie, choć oczekujesz szacunku i podchodzenia do niego poważnie; nie przejmujesz się za bardzo bezpieczeństwem podczas zajęć, sprowadzając na nie coraz to ciekawsze stworzonka i generalnie: uznajesz, że nie musisz być jak wszyscy.
Na ogół niewiele więc mówisz, zdecydowanie bardziej woląc obserwować swoimi wręcz nienaturalnie jasnymi, księżycowymi oczami otoczenie i prawie nigdy nie czytujesz „Proroka Codziennego”, bo wychodzisz z założenia, że pewnych rzeczy lepiej jest nie wiedzieć. Wydaje ci się, że nie faworyzujesz żadnego z domów, ale prawda jest taka, że twoje serce pozostaje tam, gdzie twoja przeszłość – w Slytherinie – więc siłą rzeczy to dla uczniów Domu Węża jesteś życzliwszy. Im jakoś nie zdarza ci się wlepiać szlabanów, podczas gdy inni kandydaci na czarodziejów właściwie ciągle odwalają za ciebie brudną robotę. To także Gryfoni, Puchoni i Krukoni częściej mają okazję przekonać się, że w gruncie rzeczy niezłe z ciebie ziółko i charakter to masz mocno wybuchowy, a głos donośny i potrafiący przerazić aż do szpiku kości. Wystarczy, że raz a porządnie wrzaśniesz…
W tym wszystkim nikogo do siebie nie dopuszczasz, nikomu o sobie nie opowiadasz i z nikim nie zawiązałeś jeszcze bliskiej relacji, zwyczajnie się tego bojąc. Wiesz bowiem, jak łatwo zaufać nieodpowiedniej osobie, a tak się składa, że do stracenia masz dosłownie w s z y s t k o.
A co jeśli przegapisz swoją szansę na szczęście?
––– II ––– III ––– IV 

Cześć! Na zdjęciach cudowny Jason Momoa, którego podesłała i przerobiła (już po raz trzeci, za co należą jej się ogromne brawa i morze miłości <3) niezastąpiona pirat w internetach; w tytule Bear's Den, a poniżej już wyłącznie moja radosna twórczość. Już tu bywałam, już mnie częściowo znacie, ale w razie czego: zasada handlu wymiennego mile widziana, jak również i wszelkie uwagi, zalecenia czy pospieszenia. Ponadto: pod rzymską jedynką oraz dwójką na końcu karty kryje się link do jej pierwszej i drugiej odsłony. Chodźcie! :3

78 komentarzy:

  1. [Omójpaniejedyny, jakie to jest piękne wszystko! ♥]

    — Muszę cię przepraszać, bo źle się zachowałam – wyszeptała ze szczerą skruchą Vereena, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Connorem, bowiem chciała, aby zobaczył pełnię jej szczerości w tym temacie: naprawdę uważała, ze nie powinna mówić tych wszystkich rzeczy, mimo że miała całkiem dobre usprawiedliwienie na swoje zachowanie: w końcu była roztrzęsioną matką, która nadal nie doszła do siebie po tym, co się wydarzyło z Roselyn Irisbeth. Odetchnęła ciężko i podjęła: – Żałuję tylko tego, że może… nie wiem… naprawdę… skarbie, nie wiem, co powinniśmy byli zrobić, jak się zachować, j-ja… ja po prostu chciałam ją uchronić od wszelkiego złego i trochę przesadzam – uśmiechnęła się leciutko, niemalże błagając tym samym o wybaczenie swoich niechybnych czynów. Zerknęła czule na dziewczynkę, która akurat westchnęła przez sen. – Ojej… – nie powstrzymała jęku zachwytu i chwyciła ją za malutką łapkę, której opuszki były leciutko poparzone; nie wiedziała od czego, ale domyślała się, że od czegoś paskudnego. W zasadzie też nie była pewna, czy lepiej było być świadomym wszystkiego, co robiono małej w Ministerstwie Magii, czy lepiej nie. Wciągnęła głośno powietrze w płuca. – Naprawdę się cieszę, że jest z nami – dodała jeszcze, odciągając niesforny loczek z czółka dziecka i chichocząc pod nosem, gdy czterolatka skrzywiła się lekko, marszcząc nosek, w obawie, że ktoś zaraz przerwie jej odpoczynek. – Jest taka sama jak ty, gdy ktoś próbuje ją obudzić – skwitowała, znacznie spokojniej i radośniej, aby następnie zamilknąć na tę chwilę, w której jej mąż postanowił wyrzucić wszystko to, co w nim tkwiło, w związku z jej stwierdzeniem o powiększaniu rodziny: uważała, całą sobą, ze tak będzie lepiej. Wciąż, nie oznaczało to, że nie boli jej to stwierdzenie, bo bolało bardzo: uświadomiła to sobie jednak to dopiero w tamtej chwili, bowiem dotychczas ewentualna ciąża pozostawała jej i jego decyzją, kwestią do przegadania i przemyślenia, pomimo jej wcześniejszych, sierpniowych zapewnień. W listopadzie już jednak uderzyła w nią świadomość, że w zasadzie zostało jej to odebrane na dobre, co bolało bezdennie wręcz. Słuchała ukochanego uważnie. – Jak może mi logiczne myślenie o bezpieczeństwie, zdrowiu i szczęściu własnego potomka nie przysłaniać tego, czy powinniśmy powiększać naszą rodzinę, czy nie? – Zapytała, wiedząc, jaka jest odpowiedź: na pewno nie przeszliby wobec takiego moralnego niepokoju obojętnie, bo jednak, mimo wszystko, byli dorosłymi, rozsądnymi ludźmi, którzy kochali swoich bliskich i dla nich byli gotowi zrobić dosłownie wszystko. – Connor – jęknęła, gdy nie ustępował – na mocy tego dokumentu tylko – podkreśliła z mocą – Rosie jest, jak to ująłeś, normalnym obywatelem. Nie jej bracia, czy siostry… nie wiem zresztą… nie wiem – wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca. – Może masz rację – szepnęła w końcu, gotowa nawet zrezygnować z dalszej dyskusji na ten temat, chociaż to wcale nie oznaczało, że nie jest przerażona wizjami tego, że inne ich dzieci mogłyby mieć te same problemy, co ich księżniczka. Wolała dmuchać na zimne: jak każda rodzicielka przecież. – No to jest akurat oczywiste – sarknęła z pełnym przekonaniem, kiedy wspomniał o tym, że niewątpliwie rodzeństwo czterolatki byłoby takie jak ona: może ze zbyt dużą, jak na takie szkraba, miłością do mięsa, ale generalnie całkowicie zwyczajnie, piękne i mądre, mimo że nienaturalnie mocno darzące miłością florę oraz faunę. Ponownie westchnęła. – Nie wiem, czy potrafiłabym tak zaryzykować ze świadomością, że dwa razy… straciliśmy dziecko – uważnie dobierała słowa – i mając na karku zimny oddech Ministerstwa, bo, Connor – chwyciła jego wielką łapę – oni nie odpuszczają. Jasne, na razie Doyle jest spacyfikowany, ale niedługo może przyjść ktoś inny, znacznie gorszy – aż się wzdrygnęła; wiedziała, że straszniejsi ludzie niż John istnieją, to obecnie wydawało się jej to całkowicie niemożliwe – i znowu… nie wiem, skarbie… ja już nic nie wiem – jęknęła.

    zagubiona VERA

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubiła słuchać, jak ten cudowny wielkolud, który sprawiał wrażenie niemałego rozrabiaki i zawadiaki, ze swoimi tatuażami, bliznami i bezczelnie uroczym, chłopięcym błyskiem w księżycowych oczach – co w zasadzie nie mijało się do końca z prawdą – mówił o ich słodkiej i malutkiej, kompletnie niewinnej córeczce, która przecież przyszła na świat mieściła mu się – dosłownie!; i nie było to żadną przesadą – w jednej dłoni. Vereena kochała to, bowiem owy fakt pokazywał, jak wielkie serce posiadał Connor – jak wspaniałym ojcem dla Roselyn Irisbeth był, jak cudownie i troskliwie się nią zajmował i jak perfekcyjnym małżonkiem, a przede wszystkim partnerem: przyjacielem i wsparciem dla pół-wilii był, która niewątpliwie bez niego nigdy by sobie nie poradziła; po prostu zginęłaby na tym nędznym świecie, gdyby nie było obok. Naprawdę – był sensem je istnienia, wraz z ich uroczą dziewczynką, która zmieniła nieco pozycję i główkę ułożyła na tatusiowych udach, natomiast nóżki wyciągnęła na nogach mamy. Pielęgniarka wówczas okryła jej stópki i na moment pogrążyła się – po raz kolejny zresztą, tego wieczoru – we własnych myślach: w głębi serca przecież bardzo chciałaby mieć jeszcze jeden, a może nawet kilka?, taki skarb, niezależnie od płci, ale jednocześnie dosłownie panicznie obawiała się, iż sytuacja, w jakiej postawili pracownicy Ministerstwa Magii ich dziecko, mogłaby się powtórzyć z jej rodzeństwem. Wszystko więc to, co się działo wokół nich wprowadzało do jej głowy niemały mętlik, bo oto walczyły w niej dwie natury: natura kobiety, która, jako jedynaczka, zawsze pragnęła mieć dużą rodzinę i natura kobiety, która wiedząc, jak wiele zła czeka na jej pociechy, wolała zachować się rozsądnie i zrezygnować ze swoich marzeń. Bez dwóch zdań – było patowo.
    — Chciałabym aby było łatwiej – skonstatowała ze smutkiem więc, na chwilę milcząc i ponownie dając szansę wypowiedzenia się w pełni ukochanemu: na tym przecież właśnie polegało małżeństwo, aby obie strony przedstawiły swoje racje, na eleganckiej dyskusji nad nimi, wymienianiu się argumentami, niezależnie, czy logicznymi, czy nie, ale płynącymi prosto z serca i podlegającymi dyskursowi na wielu płaszczyznach. Wysłuchała go uważnie, nie przerywając mu ani razu, uznając iż najlepiej będzie odnieść się do całości jego wypowiedzi, a nie do pojedynczych zdań i obserwacji. – Może masz rację, jeśli chodzi o Ministerstwo – przyznała w końcu. – Może – podkreśliła jednak wymownie – bo po nich można spodziewać się wszystkiego – westchnęła rozdzierająco, chociaż faktycznie argumenty wilkołaka były naprawdę trafne i silne: niewątpliwie w kwestii przyznawania się do winy, czy błędu, pracownicy londyńskiego gmachu raczej nie byli mistrzami. Jednak kwestia nie dawała jej jednak spokoju. – Jakby… jakby jestem w stanie przyjąć twój punkt widzenia odnośnie Rosie – patrzyła mu głęboko w oczy; uśmiechnęła się nawet czule – i ewentualnego, potencjalnego zagrożenia dla jej hipotetycznego rodzeństwa – dodała – ale jeśli chodzi o Gerladine, czy Fitza… to nie wiem. Bertram natomiast coś na pewno wie – szepnęła nagle. – Nie przyznał tego głośno, ale ma nas w kieszeni, bardziej niż my jego. Była jeszcze ta… ta trzecia, pamiętasz? Fyga? Freya? – Zastanowiła się chwilę. – Dodając do tego Geraldine, to naprawdę jest zbyt wiele przypadków. Pamiętaj, że ten dokument zapewnia naszej córce bezpieczeństwo, stanowiąc ją pełnoprawnym czarodziejem i, heh, człowiekiem – zakpiła, bo dla niej to była abstrakcja, iż potrzebowali na ten fakt skrawka pergaminu. – Jeśli chodzi zaś o całą resztę… pamiętaj, że takie śledztwa mogą ciągnąć się całymi dekadami. Ministerstwo odpuszcza wówczas, gdy ma pewność, że przegra, a u nas… w zasadzie nie ma większego ryzyka. Gdyby Doyle bardziej się skupił na kwestii Gerladine, a nie Rosie, dodał do tego Fitza już bylibyśmy w Azkabanie – szczerze tak uważała i niejako miała sporo racji. Ponownie odetchnęła ciężko. – Też cię kocham – szepnęła czule, celem uspokojenia się.

    nadal pogrążona w mrocznym myślach VERA, która zaczyna nieco świrować, o

    OdpowiedzUsuń
  3. Według cały czas rozdygotanej Vereeny, sytuacja była doprawdy ciężka i nieprzyjemna, co nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, bo chociaż udało im się jakoś względnie opanować emocje – Connor miał przecież rację, że to, co ostatecznie stało się w Ministerstwie Magii, mogli uznać za niemały sukces, bowiem jednak Roselyn Irisbeth była z nimi w domu – to wszystko to, czego doświadczyli, miało poważnie odbić się na ich rodzinie oraz planach z nią związanych. Jakby bowiem nie patrzeć, okazywało się, że ich bliscy cały czas powinni się mieć na baczności – przynajmniej z perspektywy pół-wilii, która jednak mogła być nieco zakrzywiona przez zmęczenie i panikę – gdyż na każdym rogu czyhało jakieś niebezpieczeństwo. Co gorsza, w tamtej chwili nie mogli już nikogo oskarżać o złe zamiary, tylko siebie o to, że zwyczajnie w przeszłości nieodpowiednio się zachowali.
    — Mówiłam ci już to wielokrotnie, kochanie – podjęła więc ze smutkiem, ale nadzwyczaj łagodnie, nie chcąc prowadzić do awantury, bo ta najpewniej całkowicie wykończyłaby ich i pozostawiła tak wielkie spustoszenie, że nigdy nie pozbieraliby się już po tym, czego w ostatnich dniach doświadczyli; w końcu już wówczas było im bardzo ciężko – że wcale nie ma znaczenia, czy mnie skrzywdził, czy nie – zerknęła na niego wymownie; nadal nie pochwalała tego, co zrobił z aurorem oraz tego, że próbował to przed nią całkowicie ukryć i pewnie gdyby nie wyrwała mu siłą „Proroka Codziennego” z ręki, to nigdy nie poznałaby prawdy, co bolało jeszcze bardziej, niż świadomość, że zamordował człowieka; cóż, Fitz nie należał do osób godnych pożałowania. Odetchnęła ciężko. – Jeszcze nie wróciło – skwitowała jękliwie, przymykając powieki. – Mam jednak złe przeczucie, że wróci… tak samo, jak Geraldine… – westchnęła rozdzierająco, zastanawiając się w głębi duszy, czy Nottowie zbierają twarde dowody, czy już zmierzają ku Trenwith, bo w to, że odpuścili zwyczajnie nie wierzyła. – Och… chciałabym podzielać twój optymizm – szepnęła w końcu, chwytając jego wielką dłoń i całując kłykcie – ale jakoś nie potrafię… może mi przejdzie, a może już zawsze będę się bała, że moje grzechy odbiją się na Rosie – wydusiła z siebie.
    Żal w jej głosie był bardzo dobrze słyszalny, podobnie jak wyraźna sugestia, aby na tamten moment zakończyli tę dyskusję, bowiem nie prowadziła ona do niczego dobrego: nie mogła, skoro nadal byli w stanie potężnej egzaltacji, a wspomnienia były zbyt świeże oraz bolesne. Zamilkli więc obydwoje i poświęcili się tuleniu do siebie i ich słodkiej córeczki, która niestety w niedługim czasie obudzona została przez jakiś straszny koszmar – swoim krzykiem zaś dosłownie rozdarła rodzicielskie serca. Kołysali ją długo, tak jak kiedyś, gdy była niemowlęciem – ojciec gładził ją po ciemnych włoskach, a mama jej śpiewała tak długo, aż ponownie dziewczynka przymknęła smutne, pełne łez księżycowe oczka, obawiając się tego, co czyha w ciemnościach. Niestety, pomimo swoich najszczerszych chęci i tego, ze wzięli czterolatkę do swojego lóżka, Greybackowie jeszcze dwa razy budzili się wraz z nią.
    Oznaczało to mniej więcej tyle, że Vera dosłownie chodziła po ścianach i miała ochotę wyć z rozpaczy – nie mogła znieść cierpienia jej największego skarbu, szczególnie, że kilka pierwszych dni nie było widać najmniejszej poprawy, czego owocem był jej kolejny urlop w klinice doktora Cartera oraz zamknięcie przychodni byłego profesora Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu. W pełni musieli się poświęcić swojej latorośli – co opiewało także na zerwane noce, gdy odkładali ją do własnego łóżeczka, a później zmieniali przemoczoną pościel – aby dopiero po tygodniu dostrzec pewne, nieco większe przełomy w jej zachowaniu i podejściu. To natomiast dodało im sił do dalszej walki, której owoce mogli zacząć spokojnie zbierać w ostatnim tygodniu – wciąż niestety deszczowego – listopada; zimna aura w żaden sposób nie pomagała im wrócić do normy, ale ani myśleli się poddawać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skutecznie zajmowali Roselyn Irisbeth czas, poświęcając go głównie na zabawy – także, oczywiście, te edukacyjne, dzięki którym świeciła swoją wiedzą i wysokim poziomem rozwoju – aby ostatecznie przekonać ją nawet do powrotu do przedszkola, co pewnie nie udałoby się, gdyby nie to, że opiekunek grupy był Felix, a więc ktoś, kogo znała bardzo dobrze. W związku z tym, pomimo mgły, wiatru, ciągłych mżawek i chłodu, w końcu na jej słodkich usteczkach znowu zaczęły pojawiać się radosne uśmiechy, co mocno podnosiło na duchu jej rodziców. Oznaczało to natomiast, iż zbliżający się wielkimi krokami szósty grudnia, a więc Mikołajki – które przepowiadały pierwsze mrozy oraz prószący śnieg – miały być pełnym powrotem do normalności; nie liczyli na cud i że dziewczynka całkowicie zapomni o wydarzeniach z Ministerstwa Magii, ale niewątpliwie byli na dobrej drodze.
      Nie spodziewali się także, że ten dzień przyniesie poważne zmiany w ich – i ich bliskich, przede wszystkim – życiu; co było o tyle bardziej zaskakujące, iż był to poniedziałek. Greybackowie zaczęli go jednak standardowo – kochając się, czego jednak nie robili tylko od święta, ale w takie dni bardzo lubili to podkreślać, następnie obdarowywali się słodkimi upominkami, bo taka była ich zasada, jeśli chodziło właśnie o Dzień Świętego Mikołaja, czy Walentynki, a później udali się do córeczki, która otrzymała książeczkę i kolorowankę. Natomiast po południu czekał ich obiad – ulubiona pieczeń pana domu i ich pociechy – w trakcie którego usłyszeli huk silnika, a później niemalże rozpaczliwie pukanie do drzwi, w których stanął dziwnie rozkojarzony, jakby przerażony i przemarznięty, a przynajmniej tak się zdawało, pan Rochefort, który trząsł się niczym osika i jąkał się.
      — Och, dzień dobry… dzień dobry, wybaczcie… dobry wieczór, witaj Connor, cześć… – dukał starszy pan, wyglądając jak ktoś na skraju załamania nerwowego. Rozglądał się przerażony, rozkojarzony po domu Vereeny, kłaniając się jej w pas i trzymając w wyciągniętych przed siebie dłoniach, nie bardzo mając pojęcie, co powinien ze sobą zrobić, duży pakunek i olbrzymi bukiet kwiatów; fioletowych storczyków. – Ja tak wpadłem… przejeżdżałem… n-nie… j-ja… to dla Rosie… och, Rosie, cześć kochanie! – Zawołał radośnie na widok szczęśliwej dziewczynki, która krzycząc „dziadzia!”, na co jej pozwalali również dlatego, że sam Thomas był tym faktem poruszony dogłębnie. – Cześć malutka – pochylił się, aby mogła go wycałować. – Tak… tak, święty Mikołaj i do mnie wpadł… zgubił drogę do ciebie – odparł, nadal roztrzęsiony, wręczając czterolatce prezent, która grzecznie i samodzielnie podziękowania i uzyskawszy pozwolenie na zabawę w salonie, szybko się do niego skierowała, aby następnie wychylić ciemną główkę w uroczy sposób i zapytać, czy kwiaty są dla jej mamusi. – Nie, kochanie… n-nie… z-z-znaczy… znaczy… t-tak… tak… Boże… nie wiem – zaśmiał się nerwowo, histerycznie, a pudełeczko ze skromnym, acz eleganckim, złotym pierścionkiem zaręczynowym z diamentem, dziwnie mu zaciążyło.
      — P-pan Rochefort? – Dukała zaś w tym czasie całkowicie oszołomiona Vera, która również nie potrafiła skleić żadnego sensownego zdania, co u niej jednak było całkowicie wyjaśnione nagłym, chociaż przyjemnym, mimo że niezapowiedzianym przyjazdem przyjaciela jej babci. – Kochanie! – Względnie prędko jednak odzyskała rezon. – Hej, wielkoludzie, mamy gościa – zapowiedziała, jak zawsze ciesząc się na widok mężczyzny i pomagając mu zdjąć płaszcz, a przy okazji natychmiast wyczuwając, że jego mięśnie napięte były niczym postronki. – Wszystko dobrze? – Zagaiła, mocno zaniepokojona tym, jak i jego niespotykanym zachowaniem; należał bowiem do osób zawsze stosowanych, subtelnych i ułożonych, toteż nagła egzaltacja i trudności z wysławianiem się były całkowitym novum. – Proszę, niech pan wejdzie… napije się pan czegoś? Blado pan wygląda… – kontynuowała.

      rozkojarzony przyjaciel rodziny i zaskoczona VERA (Greyback) THORNE, która nieco się zgubiła

      Usuń
  4. [Miałam pięć opisów Millie zanim wybrałam ten, który widnieje w karcie! Zdecydowanie prościej było mi napisać Wspomnienia. Connora już na przestrzeni miesięcy kojarzę, bo byłam tutaj jakiś czas temu, więc byłabym baardzo chętna na wątek z nim, chociaż wolałabym kwestie wątku obgadać na mailu/gadu :D Podaj mi jakiś kontakt do siebie, to napiszę :)]
    Millie

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy Thomas w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych przypadkiem trafił do Boscastle, najpierw myślał, że całkowicie przegrał – że życie już bardziej nie może dać mu w kość i w tamtej chwili pokazywało, że wypięło się do niego tą częścią, gdzie plecy traciły swą chlubną nazwę. Ostatecznie jednak okazało się, iż owa miejscowość nie tylko uratowała mu życie – literalnie: gdyby nie ten port i latarnia morska Thorntonów, najpewniej jego kuter zostałby zmiażdżony przez falę Atlantyku – ale obudził w nim całkowicie nową i, na pierwszy rzut oka, całkowicie do niego niepasującą pasję: malowanie. Zaczął oczywiście od kornwalijskich klifów, porośniętych ostrymi trawami, wrzosami i płożącymi się irgami, kwitnącymi białymi kwiatkami i wydającymi czerwone owoce; później, parę lat, tworzył serie pocztówek z okolicznych pól, łąk i zagajników oraz kilka małych formatów przedstawiających bezkres Oceanu, ale od tego szybko uciekł – nie chciał opowiadać o swojej pracy, a nowym życiu, które rozpoczął, opuszczając walijskie Cardiff. Od pewnego czasu tworzył jedynie portrety – nierzadko, co prawda, mocno abstrakcyjne, niekiedy nawet demoniczne, ale w jakiś magnetyzujące sposób piękne – przedstawiające w znakomitej większości Rose; kobietę, która obdarowała go wsparciem i ciepłem już od pierwszego dnia. Zakochał się w niej już wtedy, trzydzieści trzy lata temu, pomimo tego, że była mężatką, na dodatek dekadę starszą i kolejne pięć lat nie odważył się do niej zbliżyć, ba!, nawet gdy została wdową, a on ją wspierał po utracie męża: wciąż nie miał śmiałości. Dopiero niedawno obudził się z przerażającym przeświadczeniem, że przecież czas mu umyka przez palce i całe życie kawalerem był tylko po to, aby tej konkretnej kobiecie dać swoje nazwisko.
    — Panie Rochefort, może chce pan usiąść? – Głos zaniepokojonej Vereeny wyrwał go gwałtownie z zamyślenia; kwiaty ścisnął tak mocno, że niemalże je połamał. Pół-wila natomiast zerknęła całkowicie oszołomiona na Connora, który również nie wyglądał na kogoś, kto wiedział, co się dzieje i jak powinien się zachować, bo Thomas nigdy nie odmawiał pieczeni jego żony i raczej nie pojawiał się bez pani Thornton u boku.
    — J-ja… ja… n-nie mogę… – dukał, rozglądając się z przerażeniem; ostatecznie nabrał gwałtownie powietrza w płuca i wybąkał: – Nie mogę jeść – dosłownie jęknął i kiedy został przetransportowany do salonu Greybacków i ugoszczony, ni z tego ni z owego wstał i zaczął krążyć niespokojnie i nie potrafią ułożyć sobie w głowie formułki, której uczył się już kilka dni na pamięć: kompletnie wszystko wyparowało mu z głowy i miał ochotę rwać resztki swoich siwych włosów. Co chwilę otwierał usta, aby zaczerpnąć powietrza, jednocześnie wyglądając jak ktoś, kto rozpaczliwie chce coś powiedzieć, a nie może; jego przyszywana wnuczka spoglądała na niego zaniepokojona, zabawnie, jak swoje mama, marszcząc nosek. Vera natomiast ponownie poszukiwała wsparcia u męża, ale jego przystojna twarz pozostawała nieprzenikniona; oddała jedynie mocny uścisk jego dłoni, w tej samej chwili, w której pan Rochefort, jakby głuchy i ślepy na wszystko wokół, podjął: – J-ja… ja… – padł na kolana przed pielęgniarką. – Wyjdziesz na mnie? – Wystawił do niej róże, oczywiście pąkami do dołu, aby jeszcze bardziej się ośmieszyć i dopiero po chwili zorientował się, jaki kretynizm wypowiedział. – Cholera – syknął. – N-nie ty… n-nie… z-znaczy jesteś piękna i wspaniała… i-i… i mądra, a-ale… ale… czy… chcę, żeby twoja babcia została moją żoną, bo kocham ją trzydzieści lat i nigdy jakoś się nie złożyło, żeby… kocham ją, Verka – spojrzał w jej fiołkowe tęczówki – i nigdy bym jej nie skrzywdził – zapewnił i biła z niego taka szczerość, że gospodyni domu aż się zapowietrzyła; chociaż najpewniej wpływ na to miał także olbrzymi szok, w jaki została wprowadzona przez starszego pana. W całym oszołomieniu więc milczała, podobnie jak przed chwilą jej gość, mając pustkę w umyśle.

    całkowicie przerażony i rozkojarzony, ale pewny swych uczuć malarz oraz zagubiona VERA

    OdpowiedzUsuń
  6. — J-ja… t-tak… tak… – zaplątanie pana Rocheforta było niebywale urocze, zważywszy także na jego, jakby nie patrzeć, dość podeszły wiek. Niewątpliwie świadczyło jednak o tym, że naprawdę mocno zależy mu na pani Thornton i gotów jest na naprawdę wiele, byleby jej wnuczka go zaakceptowała; co prawda, czuł się trochę dziwnie, bo nigdy nie był w podobnej sytuacji, a kiedy za szczeniaka jeszcze sobie wyobrażał, jakby to było, gdyby się oświadczył Grace z trzeciej „ce”, to klękał, prosząc o rękę dziewczynki, przed jej matką, a nie przed dużą młodszą dziewczyną, którą dosłownie gotów był błagać o błogosławieństwo związku jej babci z nim. Sytuacja więc była niebywale wręcz skomplikowana, ale wcale nie zrażała Thomasa do dalszych działań. – Tak, dziękuję – szepnął do weterynarza speszony i zagubiony, gdy ten pomógł mu ustalić, jak powinien trzymać kwiaty. – Przepraszam… j-ja… n-no… – dukał dalej, jednocześnie wyrzucając z siebie całe pokłady miłości wobec seniorki rodu Greybacków i nie pozwalając w zasadzie długi czas młodemu małżeństwu dojść do słowa. Co gorsza, Vereena kompletnie zdawała się nie pojmować, co się dzieje wokół niej i pewnie gdyby nie wsparcie Connora, starszy pan niechybnie zszedłby na bolesny zawał. – Będę ją dobrze traktował, przysięgam na swój honor, a nawet życie – dodał uroczyście.
    Nie żartował ani nie przesadzał – pół-wila nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. W zasadzie – co jednak miało przyjść do niej dopiero wówczas, kiedy szok związany z tym szaleńczym wydarzeniem miał nieco chociaż minąć – była przeszczęśliwa, że w końcu przyjaciel najbliższej jej sercu kobiety, zdecydował się na tak odważny krok: na wzniesienie ich relacji na wyższy poziom. Oczywiście, zanim w pełni dotrzeć miało do niej to, co się stało – musiało trochę czasu upłynąć i absolutnie nie można było się jej dziwić, że tkwiła w bezruchu i bezdechu, w zaskoczeniu: w końcu nieczęsto dorośli mężczyźni przychodzili do niej, aby prosić o rękę jej babci, co było równie abstrakcyjne, co piękne. Umysł pielęgniarki więc dość długo to przetwarzał, ale z każdą sekundą jej twarz coraz bardziej jaśniała, a na jej pełnych ustach pojawiał się szerszy, pełen zachwytu, uśmiech.
    — Panie Rochefort… p-panie… proszę pana… panie Rochefort… Thomas, zamilcz, proszę – próbowała przebić się przez jego monolog, co jednak absolutnie nie było łatwe, toteż ostatecznie musiała się posunąć do dość ostrego przerwania jego wywodu. – Thomasie, pozwól, że tak będę do ciebie mówiła – sprostowała, z fiołkowymi tęczówkami wypełnionymi po brzegi radością – czy mógłbyś wstać z kolan? – Zasugerowała i chwyciła go za ręce, nie przerywając kontaktu wzrokowego. – Będę zaszczycona mogąc cię nazywać swoim dziadkiem, bo mam nadzieję, że będzie to transakcja wiązana – puściła mu perskie oczko, szczerząc się dosłownie od ucha do ucha. Moment zamilkła i chwilę pozwoliła byłemu marynarzowi przyswoić informacje, którymi go zarzucała. – Nie ma lepszej partii dla mojej babci, niż ty i nie mówię tego z kurtuazji: naprawdę tak uważam – wyjaśniła jeszcze, spokojnie i łagodnie, tym tonem, który zawsze pomagał jej ukochanemu wrócić do normy po ciężkiej przemianie. Następnie wycofała się właśnie do swojego męża, gdy ich gość zaczął dosłownie bić pokłony z wdzięczności i ronić łzy wzruszenia. – Nie mnie dziękuj, a Connorowi: bez niego bym się nie opanowała – puściła perskie oczko, obejmując swojego wilkołaka w pasie i czując, jak jej serce rośnie ze szczęścia i miłości kilka razy. Była zwyczajnie oczarowana tym, czego była akurat świadkiem. – Ty byłeś zdenerwowany? – Zakpiła jednak nagle, szturchając go łokciem w bok. – Rosie załatwiła za ciebie całą sprawę przecież! – Przypomniała mu, akurat w tej samej chwili, kiedy Roselyn Irisbeth się odezwała. – Pan Rochefort już – podkreśliła – jest twoim dziadkiem, bo przecież więzy krwi się nie liczą – przypomniała – ale faktycznie, teraz będzie im trochę bardziej – zaśmiała się perliście.

    bardzo podekscytowana i szczęśliwa VERA oraz pełen ulgi prawie-dziadek

    OdpowiedzUsuń
  7. — Nieprawda! – Sarknęła, bawiąc się w najlepsze Vereena, kiedy Connor uznał, że podkreślenie, iż w dniu zaręczyn, a więc swoich własnych urodzin i narodzin ich uroczej oraz słodkiej Roselyn Irisbeth, denerwował się za ich oboje i spokojnie wyrabiał przez to normę. – Miałeś to wszystko bezczelnie ukartowane i ułożone, więc mi nie mów, że się stresowałeś – pokazała mu język i dała się mocno objąć; wówczas ten pan Rochefort nabrał pewności, iż podejmuje wyjątkowo słuszną decyzję, chcąc się niejako wżenić na stałe w tę cudowną, wspaniale dogadującą się rodzinę. – Absolutnie jednak nie umniejszam faktu, że wrzucenie pierścionka zaręczynowego w pieluszki naszej kilkugodzinnej córeczki było całkiem niegłupim, a wręcz powiedziałabym – nie ulegało wątpliwościom, że kpiła i doskonale się z tym czuła, przy okazji – niespotykanie romantycznym, pomysłem, który zapadł mi w pamięć na stałe, podobnie jak wizja naszej księżniczki połykającej błyskotkę – zironizowała, pokazując język; jasnym było, że nie mówiła poważnie, pamiętając, iż jej „oświadczalny” skarb z białego złota, z fioletowym diamentem, był schowany w pudełku. – Już, już… nie denerwuj się na mnie, cudowny wielkoludzie – dodała znacznie łagodniej i spokojniej, posyłając mu powalający na kolana uśmiech i wtulając się w niego mocno.
    Co prawda, na ten moment zapomnieli o Thomasie, który wciąż stał nieco oniemiały w ich salonie, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście – zorientowawszy się zaś o tym, szybko postanowili naprawić swój błąd: pół-wila przejęła kwiaty, podniecając się na myśl o babci w sukience równie mocno, co jej córeczka, natomiast wilkołak zabrał starszego pana na taras, gdzie pomagał mu dojść do siebie, pykając swoją długą fajkę. Następnie obydwaj wrócili już do zastawionego słodkościami i gorącą czekoladą stołu, gdzie rodzinnie zaczęli planować oświadczany – były marynarz chętnie chłonął sugestie, bowiem nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji i wszystko było dla niego całkowicie nowe. Świeże umysły zaś młodego małżeństwa oraz ich doświadczania – aż wstyd przyznać – na większej ilości płaszczyzn, niźli jego, były wyjątkowo pomocne. Ostatecznie zaś udało im się ustalić – zaraz po tym, jak przekonali najmłodszego członka rodziny, że będzie musiała zachować tajemnicę; później ojciec jej tłumaczył, że to jest niemal tak ważny sekret, jak ten dotyczący ulicy Pokątnej w Londynie – iż całe przedsięwzięcie będzie miało miejsce na Trenwith, w najbliższą sobotę, kiedy to Greybackowie mieli wyprawiać dwudzieste piąte urodziny pani domu. Miało być idealnie, bo i pierścionek wybrany przez pana Rocheforta był perfekcyjny.
    — Jejku-jej… nie mogę w to uwierzyć… – szeptała zaś parę godzin później podekscytowana Vera, sprzątając po kolacji, która przedłużyła się na tyle, aż mieli pewność, iż starszy pan jest gotów wsiąść za kółko; weterynarz zaś zajął się ich szkrabem, która już spokojnie spała, wykończona emocjami. – Pasują do siebie idealnie, prawda? – Zagaiła ukochanego, gdy ten wszedł do kuchni. – Będą wspaniali… ojej, ale babcia będzie szczęśliwa! – Dosłownie krzyknęła, oczarowana. – Znaczy… jestem pewna, że najpewniej najpierw powie, że nie, że jest stara, że nie chce, ale… ale cholera, jasna, Connor, oni powinni się pobrać dawno temu – spojrzała mu głęboko w oczu. – Co się gapisz? – Zmarszczyła zabawnie brwi, kiedy spostrzegła na jego ustach chytry uśmieszek. – Co nic nie mówisz? – Dodała, jeszcze bardziej skonfundowana, gdy po prostu stało oparty o framugę i wgapiał się w nią bez słowa. – Hejże, mówię do ciebie, czy mój głos dochodzi tam na górę? – Zaśmiała się, a kiedy się do niej zbliżył, otarła mokre dłonie o fartuszek i najpewniej zarzuciła mu je na szyję, a później ściągnęła gumkę z jego gęstych, ciemnych włosów. – Powinnam cię przystrzyc… – zauważyła wesoło, kochając wykonywać tę czynność – brodę zresztą też… – dodała z chichotem, gdy pochylił się do niej, ułożywszy dłonie w jej talii. – Cieszę się, wiesz?

    totalnie zachwycona i zakochana VERA, która nie może się doczekać najbliższej soboty!

    OdpowiedzUsuń
  8. Niesamowitym było to, iż Greybackowie byli tak szczęśliwi i odczuwali tak silną ekscytację z powodu czyjeś radości, przeżywając ją zupełnie w taki sposób, jakby dotyczyła tylko ich – jakby to oni właśnie zadecydowali, że się pobierają i planowali swój ślub oraz wesele. Cóż, nie można było się im jednocześnie dziwić, bowiem po tak wielu wspaniałych i pełnych dobroci gestach pan Rochefort i pani Thornton zasługiwali na wszystko, co najlepsze, co opiewało między innymi na spędzenie wspólnie reszty życia, bo niewątpliwym było, iż pasowali do siebie idealnie i mieli się wspierać na każdej płaszczyźnie, niezależnie od wszystkiego. Vereena uważała zresztą, że nawet zbyt długo z tym zwlekali – swoje zdanie wyraziła także głośno i ucieszyło ją, iż znalazło ono poparcie w Connorze; zawsze mocno jej zależało na tym, aby się zgadzali i dogadywali, co jednak w ostatecznym rozrachunku nie było trudne, ponieważ pasowali do siebie perfekcyjnie, zupełnie jak jej babcia i Thomas. Dlatego też doszła do wniosku, iż ślub i wesele – a do tego na pewno miało dojść, pomimo początkowego marudzenia starszej pani, co do czego była całkowicie przekonana, bo jakby nie patrzeć znała ją już niemal ćwierć wieku – które nadejdą, liczyła w niedługim czasie, powinny być całkowicie szalone: duże, jaskrawe i głośne; dosłownie jak z bajki, bo przecież młodzi-starzy państwo musieli nadrobić te długie lata samotności i życiowych porażek. Ona zaś miała im w tym pomóc całą sobą i aż drżała z ekscytacji na nadchodzące planowania ceremonii, co byłoby cudowną odskocznią od sezonu grypowego, który zawitał do Boscastle oraz wypełniania papierów związanych z przychodnią doktora Cartera i kliniką weterynaryjną. W związku z tym, krzątając się po kuchni i sprzątając, prawie skakała wesoło.
    — Bedzie cudownie! – Piszczała więc, kiedy w końcu stanęła blisko ukochanego, aby w ciągu sekundy zmienić temat ich dyskusji i skierować go na tory jego miękkich, ciemnych loków, które faktycznie były przydługawe; było w nich coś dzikiego, nieokiełznanego, coś co w pewien sposób odzwierciedlało jego charakter i dlatego tak bardzo je kochała: zresztą nie było milimetra jego ciała, duszy, czy serca oraz umysłu, za którym pół-wila nie szalałaby dosłownie do utraty zmysłów. – No wiesz, co! – Mruknęła, udając mocno zranioną, ale jej oczy pozostawały dziwnie poważne, kiedy wyszeptała: – Wiesz, że nigdy bym ciebie nie skrzywdziła, prawda? – Upewniła się, troszkę jak małe dziecko i dopiero uzyskawszy odpowiedzieć, kontynuowała w radosnym, śpiewnym tonie: – Nie przystrzygę cię mocno, ale tak trochę… mogę dzisiaj? Proooszę! – Była gotowa go błagać; uwielbiała te momenty, gdy zajmowała się jego brodą i puklami, bo były nie tylko oznaką ich wielkiego oddania i zaufania wobec siebie, ale wprowadzały w ich iście mistyczny, głęboko intymny stan, niemalże równie prywatny, co seks. – Tak troszkę tylko – dodała i zachichotała, kiedy kradnąc jej pocałunek, raz jeszcze ją połaskotał w delikatny policzek. Następnie zaś, ponownie jak w kalejdoskopie, skierowała ich rozmowę ponownie na tory pani Thornton i pana Rocheforta. – No wiem, że jesteśmy podobne… masakra jakaś, powiem ci… dlatego tak się zawzięcie kłócimy – zachichotała i mocniej do niego przylgnęła, przyciskając piersi do jego szerokiego torsu. – Doskonale wiesz, że zawsze dla nie jestem, Connor – prychnęła, ale nie była na niego zła. Przesunęła dłonie po jego wielkich ramionach, aż do pasa, gdzie je ułożyła i nieco ścisnęła jego koszulkę. – Kocham cię mocniej – odparła wtedy, z chytrym uśmieszkiem, po chwili milczenia. – Pomożesz mi? – Wskazała srebrną głową na stertę naczyń do wytarcia i tych jeszcze do umycia, aby następnie rozdzielić się z mężem obowiązkami: ona myła, on wycierał. Po wszystkim natomiast przylgnęła do jego silnych pleców. – Cieszę się, że ciebie mam – szepnęła wzruszona i przesunęła opuszkami placów po mięśniach jego brzucha. – Zabierz mnie do sypialni – poprosiła nagle, kokieteryjnie.

    zakochana i zachwycona VERA, która ma niecne plany ♥

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak naprawdę Vereena była bardzo wdzięczna Connorowi, że nawet przez moment nie wątpił w to, że gdy pani Thornton zobaczy potężne wsparcie wnuczki, to na pewno się złamie w kwestii ślubu i nie będzie widziała żadnych przeciwwskazań, co do całego przedsięwzięcia. Co prawda, miało ich czekać pewnie nie lada wyzwanie, bowiem doskonale wiedzieli, jak bardzo zamknięte na nowości i jakiekolwiek odchyły od skostniałej tradycji, potrafi być ksenofobiczne i zaściankowe – a na dodatek nierzadko zwyczajne okrutne, podłe i czekające na cudzą krzywdę, co całkowicie gryzło się przecież z doktrynami chrześcijaństwa, na które tak często, znakomita cześć osób, na czele z irytującymi, acz już raczej nieszkodliwymi Hawkingami, się powoływała – społeczeństwo Boscastle, ale jak długo mieli mieć siebie, tak długo nic nie miało ich złamać. Tego była bardziej niż pewna, a zapewnienia wilkołaka tylko podnosiły bardziej pół-wilę na duchu, dzięki czemu ten wieczór miał być jednym z najbardziej udanych w ich życiu – mieli takowych we wspomnieniach od groma, ale ten jednak szczególnie miał im zapaść w pamięć, właśnie dzięki uroczemu panu Rochefortowi, jego zdeterminowaniu w swoich postanowieniach i pełnych wzruszenia słowach, którymi kompletnie zachwycił Greybacków. Dlatego też niczym dziwnym nie było, iż pielęgniarka poczuła nagłą i silną chęć przeciągnięcia tych kilku godzin radości w wieczność – nie, żeby codziennie nie była szczęśliwa, ale takie niespodzianki pobudzały w niej jeszcze silniejszą wesołością, która rozlewała się na wszelkie płaszczyzny jej jestestwa i wprowadzała jej drobne ciałko w drżenie; nie było mowy o demonach i smutkach ani o zimnej aurze poza domem na Trenwith. Liczyła się tylko i wyłącznie ich wielka miłość.
    — Oczywiście, że się nie odmawia – skwitowała więc całkowicie rozanielona Vera, nadal mocno obejmując swojego ukochanego i składając kilka pocałunków wzdłuż jego kręgosłupa, zanim w ciągu sekundy dosłownie wylądowała w jego silnych objęciach, śmiejąc się radośnie. – Mój potężny, dzielny mąż – musnęła go w zarośnięty policzek, jak zawsze zachwycając się jego żelaznymi mięśniami, które nie tylko bez trudu ją chwytały, ale i przenosiły w różne, nawet odległe, wymagające pokonywania schodów rejony. Szczególnie lubiła to, kiedy wszystko wieńczył długim, zapierającym dech w piersiach pocałunkiem; jego smak i zapach mąciły jej w głowie i sprawiały, iż drżała z ekscytacji. – Ej… ejże, nie! Nie, hej, gdzie idziesz? Halo! – Bunt kobiety nie był dlatego też absolutnie niczym zaskakującym: nie chciała się z nim rozstawać chociażby na sekundę. – Nie kochasz mnie! – Zawołała do jego wielkich pleców i przybrała teatralnie naburmuszoną minę i próbując ją utrzymać, co jednak zakończyło się całkowitym fiaskiem, kiedy zobaczyła, że jej wspaniały partner właśnie niósł do niej nożyczki do przycinania włosów. – Och… ojej… ojej, mój kochany! – Wyszeptała oczarowana. – Oho, jaki domagający się pieszczot wilczek – zachichotała, musnęła go w czubek głowy i długimi paznokciami przeczesała jego pukle. – Już mogę? – Pytała podniecona tym, co miała nastąpić; niestety, musiała wstać, bo była za malutka, aby dobrze i równo go przystrzyc w pozycji siedzącej. Zaczęła od głowy, bo tam to była kwestia przycięcia końcówek, co nie zajmowało dużo czasu i też nie musiało być zrobione wyjątkowo idealnie, biorąc pod uwagę gęstość jego czupryny. Prawdziwe rzeźbienie rozpoczynało się dopiero przy brodzie. – Nie ruszaj się kochany – poprosiła, stając pomiędzy jego nogami i rumieniąc się od jego intensywnego spojrzenia: tego spojrzenia, które dawało jej znać, że należy do niego. – Czekaj… – uklękła nagle i robiła to z niemałą pasją oraz oddaniem; nie widziała w tym akcie niczego zdrożnego, a zwyczajny dowód jej potężnego uczucia wobec niego. – Nie jestem w stanie się zdecydować, jak długa powinna być – stwierdziła, lekko ciągnąć go za włoski i natychmiast kradnąc mu pocałunek. – Zawsze mi się podobasz…

    totalnie i na maksa oczarowana swoim wilczkiem i łączącym ich uczuciem VERA

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli kiedykolwiek Vereena zostałaby zapytana, czym jest prawdziwa magia, wcale nie opowiedziałaby o tym, czego doświadczała od jedenastego roku życia. Nie przytoczyłaby historii o wielkim Zamku Hogwart, znajdującym się gdzieś w Szkocji, do którego osoby do osiemnastego roku życia, obdarzone czarodziejskimi zdolnościami mogły się dostać tylko poprzez podróż specjalnym pociągiem, który odjeżdżał z peronu dziewięć i trzy czwarte, gdzie trafiało się dopiero wtedy, kiedy wjechało się z impetem w ścianę pomiędzy peronami dziewięć i dziesięć. Nie snułaby długich przekazów ustnych o tym, czego się nauczyła podczas siedmioletniej nauki – jak walczyła z wrzeszczącymi korzeniami mandragory, jak ujarzmiała hipogryfy, jak warzyła amortencje, która pachniała dla niej cedrem i imbirem, jak rzucała zaklęcia przywołujące oraz wytrącające przedmioty z ręki. Nie przyznałaby się do tego, że nocami wymykała się do biblioteki – a konkretniej do Działu Ksiąg Zakazany – jak studiowała arkany magicznych nauk leczniczych i potajemnie ćwiczyła inkantacje uzdrawiające oraz eliksiry na zrost kości, zasklepianie ran, zatamowanie krwawienia. Nie mówiłaby także o latających miotłach, zasadach Quidditcha – którego przecież bardzo lubiła – ani gadających obrazach, czy ruchomych schodach, które lubiły zmieniać swe położenie w najmniej odpowiednim momencie. Ona opowiedziałaby o wielkiej miłości, którą doświadczyła – o tym wspaniałym, zapierających dech w piersiach i niesamowicie silnym uczuciu, które połączyło ją i Connora: dwie istotny skrajne różne na większości płaszczyzn, które jakimś cudem nie tylko świetnie się dogadywały, ale i przepadły dla siebie całkowicie, toteż pokonywały wszelkie, najgorsze nawet, przeciwności losu.
    — Pomiziam dalej, jak mi pozwolisz się obciąć – szeptała więc z oddaniem i czułością. W końcu przecież prawdziwą magią było bowiem to, że się kochali: na zabój, na zawsze i na wieczność. Dlatego też z taką ochotą zabrała się do wcześniej ustalonego zadania, które naprawdę tylko mocniej, chociaż zdawało się to być już całkowicie niemożliwym, zbliżało ich do siebie i sprawiało, że dosłownie nie mogli bez siebie egzystować. Co prawda, cały proces nie był łatwy, bowiem wilkołak nie należał do osób wyjątkowo statycznych, a jego ruchliwość mogła wybić z rytmu: a przynajmniej mocno zirytować, jak w przypadku Very; nie jednak dlatego, że tego nie lubiła, ale zwyczajnie w tamtym momencie obawiała się o jego piękną twarz, a konkretniej: o ewentualne uszkodzenie jej ostrymi nożyczkami. – To jest fair, bo chcę, żebyś wyglądał, jak człowiek… jak stateczny mąż oraz ojciec, odpowiedzialny właściciel kliniki weterynaryjnej, a nie jak, jakkolwiek podoba mi się wizja ciebie odzianego w nędzne skrawki skór z upolowanych tygrysów szablo-zębnych, człowiek pierwotny który dopiero co opuścił jaskinię – skwitowała mentorskim tonem, na koniec pokazując mu język. Niemniej, to absolutnie jej nie ułatwiło jej kwestii doboru odpowiedniej długości jego brody, bowiem faktycznie: ubóstwiała do wręcz w każdym wydaniu. Ostatecznie jednak jego argumenty, które notabene spotkały się z radosną salwą jej śmiechu, przemówiły do jej umysłu. – Dobrze więc: będzie długa – obiecała, kręcąc z niedowierzaniem głową, wpatrując się w niego maślanym wzorkiem i szczerząc się zachwycona. – Hym… – nagle przestała podcinania, zamarła, szczęknęła parę razy, groźnie nożyczkami. – Wszystko, taaak? – Upewniła się. – Chce szampana i lód w kostkach – zakomunikowała poważnie.

    naprawdę o tym marząca VERA, która ma w sumie niecne planiszcza

    OdpowiedzUsuń
  11. — Nie mój drogi – odparła spokojnie i łagodnie, całkiem poważnie, jak na zaistniałą sytuację, Vereena, patrząc głęboko w księżycowe tęczówki Connora, która niezmiennie ją zachwycały i odbierały dech w piersiach; nie mogła pojąć, jak ktokolwiek mógłby je uznać za nieprzyjemne, skoro przecież były wprost przepiękne, cóż z tego, że dość nierealne. – Swojego męża lubię w każdej postaci: i w tej nieokrzesanego celta w skórzanych spodniach i rozchełstanej, lnianej koszuli, z wieńcem bukszpanu na głowie – zarumieniła się lekko na wspomnienie tego, co wyczyniali po Samhain, pobudzeni przez mistyczną, oniryczną muzykę i nieco dzikie tańce, które odprawiali z tą mniej konserwatywną i znającą się na dobrej zabawie częścią Boscastle w czasie Nocy Duchów – ale i wtedy, kiedy ubiera dla mnie elegancki garnitur, srebrną muszkę i spina włosy, robiąc sobie rumuński prysznic z diabelnie drogich perfum – ponownie jej policzki przybrały kolor szkarłatu, na wspomnienie szalonego Sylwestra sprzed kilku laty, kiedy bawili się na iście burżuazyjnej kolacji. – Problem w tym, że dzisiaj muszę zadowolić się tobą – zachichotała, szczypiąc go w bok i natychmiast całując czule, aby nie miał wątpliwości, że żartuje – bo mojego męża nie ma w pobliżu – pokazała mu język i posłała mu mordercze spojrzenie; tym razem już na poważnie.
    Cóż, nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, iż faktycznie wilkołak potrafił z pół-wilą wyczyniać takie rzeczy, po których rzeczywiście kilka dni nie mogła chodzić i głupio śmiała się na pytania, czy właśnie kręgosłup jej siadł – co biorąc pod uwagę jej pozorną, ogólną kruchość oraz niewielki wzrost było całkiem wygodną wymówką, której jednak nie mogła nadużywać; szczególnie jeśli chodziło o Hawthorne’ów i panią Thornton, bo ci najpewniej wpadliby w panikę o jej zdrowie – i szukała kolejnych usprawiedliwień. Niestety, czasem wykazywał, wspominając o takowych kwestiach, zerowym instynktem samozachowawczym i rzucał uwagi, oczywiście nierzadko mocno zawoalowane, w tym jakże delikatnym temacie w momentach, w których nie powinien – na przykład, kiedy byli w towarzystwie lub gdy jego małżonka była mocno podniecona, albo musiała się skupić na czymś niebywale delikatnym i wymagającym precyzji: takim, jak chociażby przystrzyganie jego brody. Niczym dziwnym, w związku z tym, nie było, że na moment odsunęła się od niego i musiała wziąć parę głębokich wdechów – gdyby w tamtym momencie użyła nożyczek, skrzywdziłaby go, a tego nie chciała, a przynajmniej nie w taki sposób, bo w jej głowie już malował się pomysł na adekwatną karę. Wymagał tylko jego posłuszeństwa.
    — Szampan i lód w kostkach, na teraz – powiedziała więc, raz jeszcze złowieszczo demonstrując dźwięk denerwujący jej ukochanego dźwięk, jaki wydawało owo straszne „narzędzie zbrodni”. – No, Greyback, raz, raz: samo się nie zrobi – zakpiła jeszcze, siadając wygodnie na łóżku i próbując zignorować wcześniejszy wybuch radości męża, z powodu pozostawienia jego brody długiej; zrobiła to, rzecz jasna, również z egoistycznych pobudek. Nie spodziewała się tylko, że pomimo ponaglania, wilkołakowi zejdzie tak długo, ale nawet gdyby bardzo chciała: nie mogła się na niego boczyć, dostrzegając w jego wielkich łapach odpowiednią butelkę oraz srebrny kubełek termiczny. – Wolniej się nie dało? – Zakpiła więc w odpowiedzi. – Już zdążyłam ostygnąć… – dodała niezadowolona, po czym na jego pełne nadziei pytanie odpowiedziała prosto, krótko i chłodno: – Nie. – Było jednak coś dostojnego w całej jej postawie oraz głosie, ale także jakiś mocno podniecający pierwiastek, który wysunął się na pierwszy plan, gdy nagle się odchyliła nieco do tyłu. – Ty pomiziasz mnie – wyjaśniła nieśpiesznie. – Rozbierzesz mnie… weźmiesz kostkę lodu i… i uwiedziesz mnie, bo to twoje zadanie na dzisiaj wilczku – zalotnie szturchnęła go stopą w kolano. – Chyba pamiętasz, jak się uwodzi kobiety, co, Greyback? – Dodała zmysłowo, gardłowo.

    bardzo niegrzeczna VERA, która jednak doskonale wie, czego chce

    OdpowiedzUsuń
  12. Czuła się doskonale. Może była nieco okrutna w tym wszystkim – ale bawiła się naprawdę wspaniale. Vereena bowiem, chociaż na co dzień bardzo ułożona i raczej stroniąca od jakichkolwiek wyskoków na wszystkich płaszczyznach, preferująca statyczny – acz nie nudny, bo tutaj należało rozdzielić kwestie spontaniczności i planowania, które wcale nie było monotonne ani nie przynosiła zaskoczeń, czy radości, ba!, dla niej było wspaniałą rozrywką i biorąc pod uwagę chociażby udane wakacje podczas których zwiedzała Europę z Connorem i ich słodką Roselyn Irisbeth: jej bliscy także na takowy stan rzeczy nie narzekali – tryb życia, to od czasu do czasu zdecydowanie lubiła szaleć. Wówczas naprawdę puszczały jej wszystkie hamulce – toteż w całym swym rozsądku dobierała takie momenty, w których miała pewność, że wszystko co związane z pracą, domem, czy rodziną ma dopięte na ostatni guzik, nie pozostały jej żadne niezałatwione sprawy, czy obowiązki do wykonania, a tym samym ma moment wolnego – i przeobrażała się w prawdziwą femme fatale, która żądała, wymagała, bywała wyniosła; i tylko jej fiołkowe tęczówki zawsze zdradzały, że jest to jedynie gra, maska, która ma podsycić ognistą atmosferę między nią, a mężem, bo oczy pielęgniarki zawsze pokazywały wielką miłość, oddanie i czułość, mimo że po jej pełnych, malinowych ustach błąkały się chytre i kokieteryjne uśmieszki. Dlatego też doskonale wiedziała, że wilkołak pojmie jej zamiary i zabierze się do pracy, wiedząc, jakie będą wspaniałe następstwa, kiedy się już porwą tej scence – ona ledwo na przykład powstrzymywała ekstatyczne drżenie na samą myśl o tym. Naprawdę lubiła takie chwile, kiedy w pełni mogli się sobie poświęcić, mimo że równie mocno uwielbiała, gdy byli w otoczeniu bliskich.
    — Wiem, że starość nie radość, śmierć nie wesele i już zapomniałeś o kilku kwestiach, ale jednak liczę, że się postarasz i sobie przypomnisz – kpiła więc z ukochanego w najlepsze, wyczekując i domagając się pieszczot, które niewątpliwie miały doprowadzić ją na skraj szaleństwa. Nie dodała jednak nic więcej, po prostu wpatrując się w niego nieco ponaglająco, aby ostatecznie uśmiechnąć się z satysfakcją, kiedy w końcu sięgnął do guziczków jej bluzki i zaczął ją powoli, niemalże z namaszczeniem rozbierać, co skwitowała pełnym zadowolenia pomrukiem. – Na pana zawsze – doparła w związku z tym gardłowo, pozwalając się przewrócić na plecy, ale wciąż czując, że to ona ma pełnię władzy nad sytuacją. – Mniej gadania, więcej robienia – upomniała go radośnie, mimo że próbowała brzmieć ostro i chłodno. Następnie zaś dała się ponieść przyjemności, jaką niosły jej jego usta, wędrujące po jej jasnej skórze. – Och… twoja długa broda to wspaniały pomysł… – wybąkała z trudem, kiedy drażnił włoskami jej brzuch. Zamknęła jednak grzecznie oczy i chwilę później zasyczała z rozkoszą: lód pobudzał jej ciało. Po kilku minutach naprawdę czuła się tak, jakby zwariowała. – C-całkiem… całkiem… Boże… nieźle… – dukała więc z trudem odpowiedzi. – Connor – jęknęła jednak nagle, niemalże płaczliwie – a m-może… może dość tego uwodzenia, co? – Zasugerowała nieśmiało, rumieniąc się uroczo. – J-ja to bym chyba w-wolała… t-teraz… no wiesz… mogę cię rozebrać? – Uśmiechnęła się niepewnie, naprawdę tego pragnąć; marzyła, aby i jego obdarzyć odpowiednią atencją, bo nic nie podniecało jej tak, jak jego przyjemność. – Proszę, mój kochany wielkoludzie… proszę, kocham cię bardzo! – Przekupywała go, siadając i wpatrując się w niego intensywnie.

    mocno podniecona i bardzo szczęśliwa VERA, która jest na maksa zakochana

    OdpowiedzUsuń
  13. Oczywistym przecież było – Vereena miała nadzieję, ze nie tylko dla niej – że Connor spisuje się znacznie lepiej, niż „nieźle”: był mistrzem totalnym w tym fachu; w tych mistycznych arkanach pożycia seksualnego, które w ich wypadku wchodziło na takie niesamowite poziomy, że dosłownie i na długo zapierało im dech w piersiach, kiedy ostatecznie sięgali tego wspaniałego, silnego spełnienia, do którego dążyli: raz powolnie, raz szybko, raz czule, a raz namiętnie, w zależności od tego, czego akurat pragnęli, a mogli pragnąć czego tylko chcieli, bowiem zawsze perfekcyjnie się zgrywali. Nie inaczej było i w tamtej chwili, kiedy to wilkołak pieścił pół-wilę w taki sposób, że podniecenie w jej buzowało – jednocześnie, próbowała je jakoś ukryć, aby zgrywać dalej kobietę wyniosłą i chłodną, co jednak w ostatecznym rozrachunku nie bardzo jej wyszło: za mocno go pragnęła, aby wkładać w siły w udawanie kogoś, kim nie była; zresztą, nie widziała takiej potrzeby, bo przecież niezależnie od wszystkiego, on i tak miał ją kochać i adorować; i tak ostatecznie ich ciała miały się odnaleźć i spleść w cudownym tańcu, niosącym ich ku wspaniałemu szczytowi. Absolutnie więc niezaskakującym było to, że w pewnej chwili zapragnęła się odwdzięczyć swojemu partnerowi – że dla zakochanej po uszy kobiety, największą przyjemnością, była rozkosz jej mężczyzny; rozkosz, którą zresztą ten konkretny mężczyzna wyrażał w doprawdy wspaniały sposób. Nieważne, że pewnie z punktu widzenia innych osób mogłoby być to dość dziwne oraz zaskakujące – dla niej naprawdę było ważne, dlatego pozwoliła swoim maskom opaść: znowu była słodką i niewinna pielęgniarką, która niekoniecznie potrafiła mówić o seksie, pomimo dość dużej, długo zdobywanej, wiedzy praktycznej w tymże właśnie temacie.
    — M-mówię… mówię, że… n-no… – dukała więc i jąkała się, nie umiejąc się w porządny sposób wysłowić. Co gorsza, jej małżonek wcale nie ułatwiał jej sprawy i naigrywał się z niej oraz kpił, zabijając ją jej własną bronią, co tylko mocniej ją pogrążało. Nie skomentowała tego jednak, tylko wbiła w niego pełne smutku i niemego błagania spojrzenie, które jednak na nic się zdało. Nie poddała się jednak, tylko nabrała głośno powietrza w płuca, celem opanowania się i podjęła, próbując nieco okiełznać swój drżący głos oraz ciało, które domagało się czegoś więcej, niźli tylko pieszczot wargami wilkołaka i kotkami lodu: – A gdyby tak… ta piękna żona powiedziała, że okej, spoko, już ją uwiodłeś, to… t-to pozwoliłbyś jej? – Zerknęła na niego z nadzieją, mimowolnie uśmiechając się kusząco. – Nie, Connor, to nie był rozkaz – dodała po chwili, mając wrażenie, że właśnie całkowicie postardała zmysły; nawet nie zdawał sobie sprawy jak to, że zawisł nad nią i mówił te wszystkie pobudzające rzeczy, mocno na nią zadziałało i że naprawdę nie mogła już w tamtej chwili chwycić oddechu, a przecież tak naprawdę jeszcze do niczego nie doszło. – Wiesz, że ja nie lubię ci rozkazywać… ja tylko proszę, bo mój wspaniały mąż, który naprawdę mnie całkowicie uwiódł – rumieniec na jej jasnych policzkach poświadczał jej słowa – również zasługuje na odrobinę przyjemności, którą uwielbiam mu dawać… uwielbiam się nim zajmować, bo kocham – pogładziła go czule po policzku – i bardziej podnieca mnie myśl, że sprawię mu przyjemność, niż to, że on mi takową daje – uśmiechnęła się z oddaniem, aby później zapiszczeć z radości, kiedy oddał jej siebie. Natychmiast zabrała się do roboty, zaczynając od ściągnięcia z niego resztek stroju, a następnie pchnięcia do na łóżko na wznak. Chwilę nad nim stała, wlepiając w niego maślane spojrzenie i po prostu rozkoszując się z tym, co otrzymała od losu: jej sens istnienia. – Kocham cię – szepnęła wówczas wzruszona, zanim uklękła i pocałowawszy go najpierw w usta, zsunęła się niżej: od szyi, poprzez tors i brzuch, aż do podbrzusza, gdzie oscylowała wokół krawędzi jego spodni. – Chyba zapomniałam, co trzeba zrobić… – mruknęła nagle, chytrze, acz wesoło, podejmując kolejną, perfidną gierkę.

    bardzo okrutna VERA, która jednak robi to z miłości ♥

    OdpowiedzUsuń
  14. — Tak, kochanie, to nazywam miłością – bawiąca się w najlepsze Vereena, odpowiadała Connorowi spokojnie i bez napięcia, dzielnie udając, że absolutnie nic jej nie rusza i że sama cała się nie rwie do tego, aby przynieść mu przyjemność swoimi ustami i dłońmi, ba!, można było ją w tamtej chwili posądzić o skrajne wręcz okrucieństwo względem swojego partnera, któremu najpierw wyznawała miłość, kusiła i drażniła, a by na koniec odgrywać wielką zapominalską, która nie miała pojęcia, co powinna zrobić, gdy już znalazła się przy linii jego spodni, pod którymi ewidentnie odznaczała się nabrzmiała męskość, rozpaczliwie wręcz domagająca się atencji. Było w tym widoku dla niej coś równie mocno podniecającego, co w jękach swojego małżonka: lubiła tę świadomość, że to ona tak silnie na nie działa i sprawia, że nie jest w stanie zachowywać się jak stateczny partner i ojciec oraz odpowiedzialny weterynarz, który najpewniej tego dnia uratował parę szczeniaczków, a obecnie leżał całkowicie spacyfikowany na łóżku, błagający o wytchnienie. – Miłością nazywam też to – ustami musnęła linię włosków prowadzącą od jego pępka do męskości – i to – tym razem pocałowała go nieco wyżej – oraz to – na koniec ponownie znalazła się tuż przy jego bokserkach, z satysfakcją przyjmującą jego drżenie z rozkoszy i gwałtowne reakcje.
    Nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, że była nieco – a nawet bardzo – okrutna – i naprawdę pragnęła doprowadzić swojego ukochanego na skraj szaleństwa, co zresztą całkiem nieźle jej wychodziło, szczególnie kiedy cały czas powtarzała, że kompletnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Co gorsza – przymierzała się, przystawiała i już wydawało się, że zabierze się konkretnie do pracy, aby w ostatniej chwili perfidnie się wycofać i chichotem kwitować jęki niezadowolenia wilkołaka. Zdawała sobie, rzecz jasna, przy tym sprawę, że kiedy role się odwrócą – ona najpewniej będzie miała cierpieć jeszcze większe katusze; niemniej dźwięki, jakie z siebie wydawał oraz jego rozpaczliwe błagania były tego warte. Zresztą, doskonale wiedziała, że chociaż najpewniej będzie on intensywniejszy i bezwzględniejszy w swych poczynaniach, to uginał się szybciej pod wpływem jej próśb.
    — No ale o jakich grzechach ty mówisz, ha? – Zakpiła radośnie, spoglądając na niego zalotnie znad jego rozporka, wokół którego wędrował jej paznokieć. – Przecież… przecież ja za nic cię nie każę, kochanie… ale jeśli uważasz, że zasługujesz na reprymendę, to mogę się dopiero za nią wziąć – skwitowała wesoło, rzucając mu wzrok pełen wyzwania; oczywiście, nie miała zamiaru tego robić, bowiem już wystarczająco mocno na próbę wystawiała jego cierpliwość. Nagle podsunęła się tak, że padła na jego umięśniony brzuch. – Wiesz, że cię kocham? – Upewniła się radośnie, zataczając kręgi po jego wspaniale wyrzeźbionych mięśniach, zdobytych ciężką pracą, którą niezmiennie podziwiała; jak zresztą jego całego. – Wiesz, że robię to wszystko z miłości? – Wyszczerzyła się, po czym musnąwszy go w tors zniżyła się do jego spodni. – Oho, a jednak potrafisz mi przypomnieć, bardzo grzeczny wilczek – zachichotała uklękła i udała że podkasuje rękawy. – No dobrze… rozpinam! – Zapowiedziała. – Ściągam… – każdą czynność wykonywała diabelnie wolno, aby ostatecznie, kiedy uwolniła jego męskość, uśmiechnąć się z zadowoleniem i zarumienić. – Daj mi buzi, to może sobie przypomnę – pochyliła się nad nim i dopiero kiedy dostała to, co chciała, zamknęła wokół niego swoje usta, drażniąc go zwinnym językiem i pomagając sobie chłodnymi dłońmi, nagle jakby doznając olśnienia w kwestii niesienia mu przyjemności. Na moment jednak nagle przerwała. – Ale kochasz mnie? – Musnęła główkę jego penisa i dopiero kiedy parokrotnie ją o tym zapewnił i podkreślił, jak bardzo mocno, wróciła do czynności, która wywoływała w nim spazmy rozkoszy. – Jak chcesz dojść? – Zapytała, wyczuwając, że jest blisko, ale najwidoczniej nie był w tamtej chwili wydusić z siebie słowa.

    już naprawdę bardzo grzeczna i służalcza wręcz VERA, która kocha

    OdpowiedzUsuń
  15. Chociaż drobniutka Vereena doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że potężny Connor dosłownie szaleje za nią z miłości, ale naprawdę lubiła słuchać jego zapewnień o tym, że ją kocha – po prostu taka już była. Nie było w tym żadnej większej filozofii, czy poczucia, że jest niedoceniona, ale zwyczajnie: tembr jego głosu, gdy to jej przekazywał był cudowny, a ona miała werbalny dowód na to, że do kogoś należy, co przecież było jedną z najważniejszych rzeczy na świecie dla każdego człowieka – oni zaś mieli to szczęście, że byli po prostu „swoi”, czyli on jej, a ona jego i dzięki temu połączeni byli nierozerwalnie na wieczność. Niemniej, w tamtej akurat chwili, chciała, aby na głos powiedział, co do niej czuje również dlatego, aby mogła go później perfidnie tym szantażować – zapewniać, że skoro się kochają, to nie ma mowy o jakimkolwiek bólu i cierpieniu; co oczywiście miało wynikać z jej wprawnych pieszczot i oddania, a więc rozkoszy, którą sprawnie mu niosła swoimi palcami oraz ustami i zwinnym językiem. Bawiła się, rzecz jasna, przy tym wprost doskonale i ani myślała przestawać – przynajmniej do czasu, w którym poczuła, że jej ukochany znalazł się na skraju; niesamowitym było, jak idealnie to potrafiła wyczuć, co, oczywiście, działało w obie strony. Oto był kolejny dowód, że dobrali się perfekcyjnie na każdej płaszczyźnie.
    — Czekaj… czekaj, czekaj – nagle się odsunęła, spoglądając na niego nieco spod byka, nieco zaskoczona. – Co mówiłeś? – Wyszczerzyła się, okrutnie z nim igrając i przeciągając moment, w którym miał zaznać przyjemności wewnątrz jej ciała w nieskończoność; owszem, cierpiał katusze, ale wiedziała, iż w ostatecznym rozrachunku, kiedy sięgnie szczytu, dosłownie postrada zmysły. Uznała, że coś takiego było warte odrobiny bólu i zniecierpliwienia z jego strony. – Mógłbyś powtórzyć, kochany? – Jej fiołkowe tęczówki lśniły chytrze, a cała jej postawa emanowała dumą i pewnością siebie, która wynikała z niczego innego, jak z cudownej pewność, iż to właśnie ona, nikt inny!, doprowadziła tego przystojnego wilczka na kompletny skraj, w którym ledwo chwytał oddech i nie mógł artykułować słów. – Czyli, że co… że jak… a-ale… to ja w końcu nie wiem… – przybrała minę słodkiej, niewinnej kokietki, bezradnie, acz wyjątkowo teatralnie, rozkładając ręce, jakby naprawdę nie miała pojęcia, co robić, co było jednak wierutnym kłamstwem. Nie mogła sobie jednak odmówić przyjemności jeszcze odrobiny podroczenia się z nim. – No kochanie… wyjaśnij mi – zachichotała słodko, po czym, aby nieco zniwelować to, że zachowywała się bardzo nieładnie, pocałowała go czule w usta. – O, a teraz błagasz, cudownie – skwitowała wesoło i ściągnęła z siebie resztkę stroju, który łaskawie na niej wcześniej pozostawił i usiadła na nim okrakiem, jednocześnie wsuwając go w siebie. Westchnęła, jęknęła, a jej oczy zaszły mgłą. – Och Boże… – sapnęła: biorąc pod uwagę różnicę ich wzrostów, nie dziwnym było, że tak intensywnie odczuwała wszelkie pieszczoty; sam akt połączenia się bywał nawet dla niej bolesny, ale był to ten rodzaj rwania w biodrach i w ciele, który naprawdę lubiła, bowiem zwiastował wspaniałe fale rozkoszy, które miały nadejść w niedługim czasie. – Ojej… – dorzuciła jeszcze, poruszając się: najpierw powolutku, a później, z każdą sekundą, nabierają tempa i odnajdując z ukochanym wspólny rytm, w którym ostatecznie się zatracili. Niczym dziwnym nie było więc, że nie minęła chwila, a oni nie mogli chwycić powietrza w płuca, aby następnie wykrzyczeć swoje imiona w ekstazie: ona wbiła paznokcie w jego tors, on ścisnął jej piersi, a po tym, jak zalał ją swoim nasieniem, ściśnięty gwałtownie przez jej mięśnie, paść w pielesze, turlając się. Vera leżała na wznak, on zaś wtulił się w nią mocno, nieco ją przygniatając. – Jak mi dobrze – szepnęła mu do ucha, a następnie nadgryzła jego płatek. Zachichotała, niczym podlotek. – Rozumiem jednak, że nie skończyliśmy jeszcze, hym? – Zasugerowała zmysłowo, gładząc go po silnych plecach.

    rozanielona i szczęśliwa oraz spełniona VERA

    OdpowiedzUsuń
  16. — Oho, jaki mój wilczek rozmowny! – Skwitowała radośnie Vereena zachowanie Connora, który nie potrafił wydusić z siebie chociażby słowa; czemu absolutnie mu się nie dziwiła, bo sama przecież była skrajnie wyczerpana po ich krótkim, acz wyjątkowo intensywnym zbliżeniu, które przyniosło gwałtowne, cudowne spełnienie, odbierające im czucie w członkach. – Jaki elokwentny, jaki inteligentny… – kpiła z niego dalej całkiem okrutnie, jednocześnie jednak czule przesuwając palcami i pełną dłonią po jego plecach i drżących mięśniach, tylko od czasu do czasu zostawiając mu delikatne szramy na skórze; na te głębokie jeszcze miał przyjść czas, gdyby zdecydowali się jeszcze raz kochać, bowiem wówczas pół-wila nie potrafiła się w żaden sposób powstrzymać przed takimi reakcjami, jasno pokazującymi, iż jej małżonek wiedzie ją ku szaleństwu. Nie chcąc jednak zwlekać, sama przejęła pałeczkę i wyszła z inicjatywą wykorzystania reszty wieczoru, który swoją drogą był jeszcze całkiem młody; w końcu Roselyn Irisbeth, mocno podekscytowana, ale i zmęczona emocjami związanymi z perspektywą oświadczyn pana Rocheforta pani Thornton, zasnęła bardzo szybko. – Mmm… podoba mi się twoja odpowiedź – szepnęła więc zachwycona i musnęła go czule w usta, a następnie zamilkła, głęboko poruszona.
    Niewątpliwie były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu umiał pięknie mówić – tak pięknie, że czasem Verze aż kręciło się w srebrnej głowie od całego piękna, jakie jej przekazywał. Nie inaczej też było w tamtej chwili – również dlatego, że do swojego monologu dołożył wspaniałe pieszczoty, które kompletnie ją rozpływały w jego silnych objęciach – przez co dłuższą chwilę mogła patrzeć w jego twarz wzruszona: nie robiła nic więcej, chyba nie oddychała nawet, a tylko patrzyła na niego i uśmiechała się rozmarzona, podczas gdy w jej fiołkowych tęczówkach malował się czysty zachwyt i wielka, niepokonana miłość. Wargi przyjemnie mrowiły ją od jego pocałunków, a ona zwyczajnie przypominała kogoś na dużej dawce narkotyków rozweselających – naprawdę była niesamowicie szczęśliwa, ale i zakochana, co pokazywała całą sobą, od placów stóp po końcówki włosów.
    — A będziesz się nade mną teraz znęcał? – Zapytała więc tylko, w podtekście błagając go, aby sobie darował, bowiem ewidentnie nie miała sobie dać z tym faktem rady: była już za mocno rozgrzana i podniecona, aby być w stanie poradzić sobie z jakimkolwiek przejawem jego odwetu na niej za to, co mu zrobiła; chociaż było to logiczne i wcześniej sądziła nawet, że jest na to przygotowana. – Connor, hm? Nie będziesz, prawda? – Przesunęła łydką po jego boku, aby następnie zapiszczeć w radości, kiedy przewalił ja tak, że jej drobne ciałko dosłownie zniknęło pod jego wielkim. Objęła go za szyję i wyszczerzyła się radośnie, czując, jak jego twarda męskość wbija się w jej brzuch. – No, no, panie Greyback… ładnie to tak… takie bezeceństwa… co by powiedzieli państwo Hawkingowie… – szeptała, rozchylając nieco uda, aby mógł poczuć gorąco buchające z jej kobiecości. – Co by powiedzieli, jakby zobaczyli mojego starego, potężnego męża, który zachowuje się jak nastolatek, ha? – Zaśmiała się radośnie i wplotła palce w jego miękkie włosy. Chwilę milczała, po prostu podziwiając go. – Hm, a teraz co? – Zapytała nagle. – Zostajemy w łóżku, czy może… łazienka… może jakaś kąpiel… ej, Connor, wiesz, jak długo nie kąpaliśmy się wspólnie? – Odkryła z przerażeniem; nie liczyła wspólnych, szybkich prysznicy przed snem.

    mocno zaskoczona oraz całkiem zaniepokojona swoim odkryciem VERA, która uważa, ze zdecydowanie szybko powinni owo niedopatrzenie nadrobić

    OdpowiedzUsuń
  17. — O panie, nauczyć? – Zachichotała całkowicie rozanielona Vereena, kiedy Connor odniósł się do jej niewybrednych dowcipów dotyczących Hawkingów, którzy najpewniej dostaliby całkowitego szału i spazmów, a może nawet zawału serca, gdyby tylko potrafili sobie wyobrazić, co też Greybackowie wyczyniają w swojej alkowie. – Wiesz… nie przepadam za nimi, ale na sumieniu to też bym ich nie chciała mieć – wyjaśniła wesoło, gładząc wciąż swojego ukochanego po wielkich, silnych ramionach, w których niezmiennie odnajdywała spokój oraz bezpieczeństwo, które było jej tak bardzo potrzebne, zwłaszcza po wszystkich paskudnych przeżyciach, jakich byli uczestnikami; czasem to szczęście, które tam znajdywała nieco ją przytaczało: przerażał ją jego ogrom, bowiem czasem zdawał się być całkowicie nierealny w swym pięknie. Zamruczała jednak wówczas z zadowoleniem, otulając się szczelnie jego zapachem i rozkoszując się ich bliskością, która nagle uświadomiła jej pewną, dość w ich wypadku, zatrważającą rzecz: naprawdę od dawien dawna nie mieli sposobności, aby poleżeć sobie w ich wielkiej wannie, marszcząc się w ciepłej wodzie, wśród olejków zapachowych i świec. Cieszyła się więc, że wilkołak podjął owy temat i zgodził się z jej tokiem rozumowania. – Bardzo dobrze być tobą: zobacz, jaką masz super-żonę!
    Oczywiście, pół-wila doskonale wiedziała, do czego referował, ale nie miała zamiaru pozwolić mu poddać się złym myślom, bo to przecież nie o to chodziło w ich cudownym wieczorze – zdecydowanie wolała się skupić na przyjemnościach związanych z kąpielą, a nie na czarnych wizjach. Pogratulowała mu więc przygotowania wszystkiego w łazience, a następnie uważnie obserwowała jego kolejne poczynania, wodząc na nim wzorkiem i podziwiając każdy, najmniejszy nawet ruch jego mięśnia, który niezmiennie ją zachwycał i sprawiał, że jej drobne ciało przechodziły dreszcze, aby na koniec dosłownie zapiszczeć z radości, kiedy wziął ją na ręce – niby nic, bo robił to wyjątkowo często, ale i tak za każdym razem Vera dosłownie szalała z radości; nie wiedziała czemu, ale chyba na tym właśnie polegała prawdziwa miłość. Miłość, która czasem odbierała całkowicie rozum.
    — Idealna… – szepnęła zaś już chwilkę później, kiedy to mogła sprawdzić, co też dla niej zrobił: naprawdę było w jej mniemaniu perfekcyjnie i za nic w świecie nie oddałaby tego. – Kocham cię, wilczku – szepnęła i pocałowała go w czoło; chociaż nawet stojąc w wannie musiała wspiąć się na palce i zmusić go nieco do pochylenia się, bowiem różnica ich wzrostów była jednak dość spora. – Dziękuję – dodała jeszcze, zanim obydwoje zanurzyli się w ciepłej, pachnącej bzem i agrestem wodzie; wokół migotały świeczki, które przypominały swoją wonią cedrowy las po deszczu. – Mmm… jak mi dobrze… – dodała jeszcze, gdy ją objął i przymknęła rozmarzona i rozanielona powieki; rzeczywiście, bardzo mocno tęskniła za takimi pełnymi relaksu chwilami, jak ta właśnie. – Ano! Zapomniałeś! – Podjęła jednak ochoczo, kiedy rzucił, że nie opiekował się nią ostatnimi czasy odpowiednio, po czym przekręciła i lekko odchyliła głowę, aby pocałować go w szyję. – Niedopatrzenie straszne, ale liczę, że szybko zmyjesz z siebie tę hańbę – wyszczerzyła się radośnie, nie przypuszczając, że owo zadośćuczynienie przyjdzie tak prędko. – Och, ojej, Connor – wyjęczała z przyjemnością, gdy ścisnął jej jędrne, pełne piersi, aby nagle, nim się obejrzała, dostrzec do jej kobiecości. – Niechybnie mnie zabijesz… niechybnie… – wyjęczała, poddając się mu.

    zakochana i podniecona VERA THORNE, która się cieszy

    OdpowiedzUsuń
  18. — Ewidentnie chcesz mnie zabić – podkreśliła całkowicie o tym akcie przekonana Vereena, zamykając fiołkowe, schowane już za mgłą przyjemności, tęczówki, aby jeszcze bardziej zintensyfikować doznania, jakie serował jej Connor, już i tak zdecydowanie mocniej odczuwalne, dzięki atmosferze, jaką wprowadzili: gorącej kąpieli w jej wielkiej wannie, znajdującej się w cudownej łazience ich wspaniałego, białego domu na farmie Trenwith, otoczonej zewsząd zapachem olejków eterycznych i migotliwym światłem wonnych świec, które były jedynym źródłem światła, co tylko dodawało romantyzmu temu wszystkiemu. – Mówisz o kochaniu, a jednak mnie dręczysz, chociaż obiecałeś, że nigdy więcej tego nie zrobisz – zauważyła, niby to oburzona, ale w rzeczywistości: była po prostu szczęśliwa i naprawdę bardzo podniecona; owszem, przemawiała przez nią niecierpliwość, ale nie można było się jej absolutnie dziwić, zważywszy na fakt, że naprawdę jej ukochany rozpalał ją do czerwoności. – Och – sapnęła więc, kiedy pozostawił na jej jasnej szyi malinkę, którą najpewniej następnego poranka będzie musiała dość długo pudrować, aby ukryć już przed wścibskimi spojrzeniami starszych pacjentek. – Teraz cierpię mocno, bo wszystko wydłużasz – skwitowała, w związku z tym, udając naburmuszoną i świecie obrażoną.
    Nie trwało to jednak długo, bowiem były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu postanowił ostatecznie posunąć do przodu całą akcję, jaką zapoczątkowali oblani ciepłą wodą i wydał jej takie polecenie, z którym nie miała najmniejszego prawa polemizować – posłusznie sięgnęła po jego męskość, podczas gdy jego zwinne, aż duże palce, penetrowały jej wnętrze, sprawiając że raz po raz z jej gardła dobywały się długie, pełne zachwytu, jęki, do których po chwili dołączyły i jego dźwięki rozkoszy, dzięki którym ostatecznie byli tak gotowi, że dosłownie rzucili się na siebie. Vera nagle została chwycona za biodra, a jej mąż znalazł się za nią i wbił się w nią jednym, szybkim i dogłębnym ruchem, który doprowadził ją do głośnego wrzasku – z trudem się opanowała, wyrzucając sobie, że rzucili zaklęcia wyciszającego na ich łazienkę i że jakoś od tylu lat, pomimo śpiącej nie tak daleko Roselyn Irisbeth, ciągle o tym fakcie zapominali. Było to jednak równie nierozsądne, co pobudzające w ich żyłach adrenalinę – to natomiast sprowadziło się do tego, że ich spełnienie było mocne i gwałtowne. Niemalże swoimi oddechami zgasili świeczki i prawie zalali kafelki, ale kompletnie się tym nie przejęli – liczyło się tylko to, że ponownie odnaleźli w bliskości ze sobą taką wspaniałą satysfakcję.
    Ta natomiast nie zamykała się tylko na fizyczność i erotyczne zaspakajanie swoich pierwotnych rządz, ale także – i chyba przede wszystkim, w ich wypadku – na to, co kotłowało się w ich sercach: na ich nierozerwalną, silną więź, która już przed ponad dekadą tak naprawdę połączyła ich na dobre i – dzięki Bogu!, bo przecież tylko u swych boków odnajdywali prawdziwe szczęście – nie chciała puścić. Dlatego tez niczym dziwnym nie było, iż czule się obmyli i dopiero później skierowali się do łóżka, gdzie jednak nie zakończyli tak od razu swoich igraszek – świadczyły o tym szramy na plecach wilkołaka i pełno śladów po ząbkach jego żony, sińce na skórze pół-wili oraz fakt, że następnego dnia jakoś tak dziwnie sztywno chodziła. Niemniej, ostatecznie, zasnęli mocno w siebie wtuleni, aby ledwo przed obudzeniem się ich słodkiej córeczki narzucić na siebie ubrania, a później wspólnie przygotować rozpoczęcie kolejnego, cudownego dnia – pomimo dość dużego wyczerpania – podczas którego uświadomili sobie, że ich największy skarb po raz pierwszy od dość dawna, finalnie wypoczął. To zaś dodało im jeszcze więcej sił do kolejnych działań, a tych wcale nie mieli tak mało, skoro już w najbliższą sobotę mieli zorganizować nie tylko urodziny pielęgniarki, ale i zaręczyny pana Rocheforta – namolnego, acz uroczego w swych telefonach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Geybackowie mogli zaś być z siebie niebywale dumnymi, bowiem udało się im nawet przekonać Rosie, aby nie latała od człowieka do człowieka w Boscastle i nie mówiła wszystkim, że jej prababcia niedługo będzie prawdziwą księżniczką, tak jak jej mama na zdjęciach, kiedy ona była malutka – cóż, nietrudno było się nawet z takiego sposobu wypowiedzi domyślić, iż referowała do ślubu. Jednocześnie, nie dziwili się jej absolutnie – sami byli mocno całym tym przedsięwzięciem podekscytowani i marzyli, aby wypadało ono doskonale pod każdym względem. Jako że jednak nie mieli w zasadzie zbyt wiele czasu – od razu rozpoczęli swoje małe-wielkie przygotowania, oczywiście nie wtajemniczając w nic Hawthorne’ów, w obawie, że im więcej osób będzie wiedziało o planowanej niespodziance dla pani Thornton – tym większa będzie możliwość, że ktoś puści parę z ust. Niemniej, wszystko to intensyfikowało celebrowanie ćwierćwiecza Very – co dla niej absolutnie nie było żadnym problemem, mimo iż popularna opinia głosiła, ze właśnie po dwudziestym piątym roku życia kobiety zaczynają się starzeć – oraz fakt, że za trzynastym grudnia to już w zasadzie żabi skok do Świąt Bożego Narodzenia, które mieli nadzieję celebrować z przyszłym państwem Rochefort. Co prawda, wcale nie było pielęgniarce łatwo zbywać babcię za każdym razem, gdy się widziały – a robiły to względnie regularnie, tworząc niejako swoje własne rytuały spotkań – a ta pytała się, dlaczego jej wnuczka dosłownie szczerzy się jak głupia i emanuje dziwnym, acz cudownym, blaskiem; omal raz nawet nie poruszyła kwestii ciąży. Ostatecznie jednak jakoś udało się im przetrwać dzielący ich od „dnia zero” tydzień i w piątkowy wieczór, dopięli każdą kwestię na ostatni guzik, natomiast w sobotę się wyspali.
      — Jeszcze pięć minut… – generalnie Vereena była dość specyficznym stworzonkiem: mogła na pełnych obrotach pracować wiele godzin, nie odpoczywać odpowiednio, a i tak mieć pełno energii, czy nawet zarywać noce, kiedy ktoś lub coś tego od niej wymagało. Jednak czasem, kiedy tylko położyła się do łóżka, z myślą i perspektywą, iż następnego dnia wcale nie musi się zrywać rano ani z niczym śpieszyć, bo naprawdę wyrobiła trzystuprocentową normę, gotowa była mordować za każda chęć przerwania jej snu. Nie inaczej było jedenastego dnia dwunastego miesiąca roku dwa tysiące dwudziestego siódmego, kiedy to Connor czule postanowił ją przywitać. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że była dosłownie cale od tego, aby go zdzielić w ten przystojny łeb. Nieistotnym wówczas było, że budził ją słodkimi pieszczotami swoich warg. – Zabiję cię – odparła jedynie i przykryła głowę kołdrą, co jednak i tak nie pomogło. – Nie wstaje… e-e… – wyburczała, kuląc się w pozycję embrionalną. – Matko bosko… och… ojej… – urwała nagle i spłonęła rumieńcem: nim się zaś obejrzała, nagle byli spleceni i w powolnym rytmie prowadzili siebie na szczyt. – Napalony, jak nastolatek mąż został zamordowany przez swoją niedospaną żonę – powiedziała nagle. – To mógłby być nagłówek jutrzejszego wydania gazety, gdyby nie to, że cię kocham, wilczku – ostrzegła wspaniałomyślnie, ale żartobliwie i przeciągnęła się rozkosznie, wciąż czując w sobie jego nasienie. Następnie zaśmiała się na jego słowa i pokręciła głową. – Jesteś szalony – skwitowała i musnęła go w czoło, dopiero wówczas dostrzegając wszystko to, co dla niej przygotował. – Dziękuję – szepnęła, z gardłem ściśniętym przez wzruszenie, które spotęgował widok bukiety soczystych róż. – Słyszałam, że psy mają duszę romantyków, ale żeby aż tak – zaśmiała się zachwycona i pocałowała go czule. – Jesteś najlepszy, wiesz? – Uśmiechnęła się z miłością, po czym wymownie odchrząknęła. – Trzy dni, Connor, trzy dni, także się postaraj – pokazała mu język i napchała buzię pankejkiem. – Dzięki, skarbie – wygulgała i popiła kawą. – Pychota – dodała z wdzięcznością. – Możesz tak zostać? – Zasugerowała nagle. – Lubię na ciebie patrzeć…

      uwielbiająca podziwiać swojego nagiego małżonka VERA (Greyback) THORNE, która jest całkowicie wszystkim zauroczona

      Usuń
  19. — Ach no tak… samiec alfa… – zakpiła radośnie Vereena, spoglądając na nagiego Connora, jak na swój ósmy cud świata. Cóż, jak zawsze, kiedy sprowadzało się do tej kwestii, odpowiedź nie mogła być inna niż: niewątpliwie był dla niej ósmym cudem świata, początkiem i końcem, wszystkimi gwiazdami, księżycem, mimo że ten nie zawsze mu sprzyjał, oraz słońcem, które rozdmuchiwało burzowe chmury w najzimniejsze dni. – Przewodnik stada, najważniejszy wilk – kontynuowała, świetnie się bawiąc, kiedy z niego kpiła, bo też jej kpienie było czysto żartobliwe. – Dobrze, że to mi się taki trafił w udziale – dodała jeszcze z zadowoleniem, oblizując czekoladę z palca i uśmiechając się do niego czule oraz z oddaniem, mając wrażenie, że dosłownie oszaleje w niedługim czasie ze szczęścia. – Kocham cię – dodała więc jeszcze, nie pierwszy i nie ostatni raz tego ranka.– No, no, tylko się nie rozpływaj – zachichotała wesoła Vera, kiedy się droczyli z ukochanym, aby następnie zaśmiać się w głos. – Och, skarbie, ja nigdy w ciebie nie wątpię, ale czasem… hm, czasem muszę ci przypominać o niektórych kwestiach, bo przecież stary mózg funkcjonuje znacznie gorzej, niźli ten młody – pokazała mu język, rozwalając się wygodnie na poduszkach; również nie przejmowała się swoją nagością. – Ej, ej… chciałeś żonę: masz żonę, kochanie!
    Tym sposobem skwitowała jego komentarz, że ma z jej urodzinami same problemy, aby następnie po prostu chwilę się na niego patrzeć – rozkoszując się chwilą spokoju i swoją bliskością – wyjątkowo mogli, bo faktycznie piątkowego wieczoru stanęli na wysokości zadania i przygotowali dosłownie wszystko tak, aby niczym się nie martwić w sobotę, a jedynie celebrować zbliżającą się zabawę i wielką niespodziankę dla seniorki rodu. Nie mogliby się zaś cieszyć tymi chwilami, gdyby byli zestresowani myślą, że czegoś nie dopilnowali – woleli, w związku z tym, wcześniej poświęcić nieco więcej czasu na sprawdzenie każdej kwestii, aby następnie dać się po prostu porwać radości, która rozpoczęła się salwą szczęścia i pyszności już w ich łóżku, co niewątpliwie jeszcze bardziej podnosiło ich na duchu – ten dzień miał być przecież perfekcyjny pod każdym względem i nikt absolutnie nie miał prawa z tym polemizować: Greybackom zbyt mocno na tym zależało. Niczym więc dziwnym nie było, iż ostatecznie pół-wila, z radosnym śmiechem, kiedy wilkołak zaczął prężyć przed nią swoje muskuły – rzuciła się na niego i zrobiła sobie z jego brzucha i torsu stolik, dosiadając go okrakiem i przypominając, że naprawdę nie lubi być o niego zazdrosna; również dlatego, że jest to niebezpieczne w stosunku do innych kobiet.
    Rzecz jasna, nie było w tym ani odrobiny złości, czy wyrzutów – ot zwyczajnie jeszcze w taki sposób podkreśliła, jak bardzo za nim szaleje i nie może bez niego żyć, aby następnie dokończyć pyszny posiłek, który dla niej przygotował; przy czym nie omieszkała go podniecać, wymownym oblizywaniem palców, aby ostatecznie czmychnąć do łazienki, gdzie bezczelnie zignorowała jego potrzeby erotyczne. Oczywiście, wiedziała, że wieczorem jego zemsta będzie słodka i długa – ale było warto. Nie mieli jednak szans tego przedyskutować, bowiem tak jak przewidywali – chwilę po tym, jak były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu opuścił wannę, do ich sypialni wpadła podniecona Roselyn Irisbeth – prawie zapominając o laurce dla mamy – którą z trudem opanowali na tyle, aby ją umyć, a następnie ubrać odpowiednio na uroczystość. Ta natomiast miała się zacząć już o czternastej i miała być prawdziwą próbą sił dla rodziny zamieszkującej Trenwith, bo na farmie pojawiła się pani Thronton z panem Rochefortem, który nie potrafił ukryć swoich uczuć, aby pomóc wnuczce z przygotowaniami – wówczas weterynarz ulotnił się wraz z Thomasem, a panie zaszyły się w kuchni, gdzie po czasie dołączyła do nich Josephine. W białym domu porobiły się więc dwa obozy, które okazały się być dobrym rozwiązaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie bowiem, kiedy przyszło co, do czego – już po wręczeniu prezentów Verze i po tym, jak zdmuchnęła świeczki na torcie – wszystko okazało się być rzeczywiście perfekcyjne. Pielęgniarka na chwilę wzięła babcię na piętro pod pretekstem pokazania jej kilku rzeczy do przerobienia, a Connor pomógł przyszłemu, młodemu-staremu panu młodemu wszystko przygotować: wokół więc pojawiły się wielkie bukiety orchidei, która uwielbiała seniorka rodu, a z głośnika starego gramofonu poleciał romantyczny głos Edith Piaf. Nie było więc niczym dziwnym, że Roselyn, kiedy ponownie pojawiła się w salonie była całkowicie skonfundowana – nie można było się jej dziwić, że na klęknięcie byłego marynarza przed nią i otworzenie pudełka zareagowała histerycznym śmiechem. Niemniej wilkołak miał rację – wystarczyło jedno fiołkowe, ponaglająco-wspierające spojrzenie pół-wili, aby reakcja stała się odpowiednia. Cudowne „tak”, które rozbrzmiało po pomieszczeniu – i obudziło Hawthorne’ów z równie wielkiego szoku, co była główna zainteresowana – dosłownie otuliło ich swoim pięknem oraz wspaniałymi wizjami przyszłości. Wtedy też mała Rosie rozbawiła wszystkich głośnym westchnieniem i stwierdzeniem, że w końcu nie musi udawać – nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, iż atmosfera sprzyjała pełnej wesołości i szczęściu.
      Już wtedy Vereena miała pewność, że czas, który nastąpi po jedenastym grudnia dwa tysiące dwudziestego siódmego roku, będzie najlepszym, jaki im się trafi w życiu, mimo że takowych odcinków mieli już doprawdy wiele – ten jednak miał przejść wszelkie ich najśmielsze oczekiwania. Nikt jednak, nawet w najbardziej odważnych wizjach oraz marzeniach nie przypuszczał, iż owa sielanka będzie trwała niemalże dwa, cudowne lata, rozpoczęte przyjęciem zaręczyn pana Rocheforta przez panią Thornton – noszącej bardzo dumnie przepiękny pierścionek i w końcu czującej, że może się pogodzić ze śmiercią swojego Alexandra – zwieńczonych szampanem i uroczystą kolacją. Wówczas też wokół zapanowało cudowne podniecenie, które utrzymywało się cały czas – szczególnie u pielęgniarki, bo chociaż ta swój ślub preferowała raczej skromny, to w wypadku swej babcia pragnęła zaszaleć; w granicach rozsądku, rzecz jasna. Nie naciskała jednak – tylko zalewała starszą panią całymi tonami różnych poradników ślubnych, miejsc i katalogów z sukniami – również dlatego, że jeszcze parę dni wśród wszystkich bliskich utrzymywał się poważny szok, a niestety po Boscastle poniosły się plotki – te miały zmniejszać swe natężenie, ale wciąż miały być. Nikt jednak się tym nie przejmował, bo wszyscy skupieni byli po prostu na radości.
      Tę natomiast czerpali z każdego, kolejnego dnia, a wpływ na to, co było niewątpliwym, miało również to, że tuż po tych wydarzeniach – i po kolejnych prezentach i upominkach trzynastego dnia ostatniego miesiąca roku dla pielęgniarki – miały zbliżające się święta Bożego Narodzenia, z których Wigilia, tradycyjnie już, odbywała się na Trenwith i pachniały pierogami, pomarańczami, goździkami i eklektycznie ozdobioną przez królewnę rodu i jej ojca – wespół z Pigletem i Zjawą – choinką. Pierwszego dnia celebracji udali się zaś do przyszłych państwa Rochefort – ci ustalili, że Thomas wprowadzi się, co prawda dopiero po ślubie, do Roselyn, bo jednakowoż warunki miała lepsze dla osób w ich wieku – a drugiego: do Felixa i jego bliskich. Nim jednak pożądanie odetchnęli – musieli już pakować się, aby zrealizować prezent, który dwudziestego czwartego otrzymał Connor od żony, a więc voucher na Sylwestra – ku zaskoczeniu wszystkich – w Nowym Jorku we dwoje. Niemniej, zapakowali się w samolot – wilkołak po raz pierwszy, toteż ukochana cały czas trzymała go mocno za rękę – i rok dwa tysiące dwudziesty ósmy rozpoczęli pocałunkiem na Times Square. Nie mieli jednak ani sekundy odpoczynku i później, bowiem styczeń oznaczał natłok roboty w klinice weterynaryjnej i przychodni doktora Cartera oraz rozliczenia podatkowe.

      Usuń
    2. Pracowali bez ustanku, dzieląc czas pomiędzy swoją rodzinę i przyjaciół, niezmiennie poświęcając dużo czasu na gry i zabawy, a także edukację coraz bardziej roztropnej i piękniejącej córeczki, której niestety nie ominął sezon grypowy w przedszkolu. Notabene, jej rodziców również nie, tyle że nie złapali wirusa w przybytku pana Hawathorne’a, a w swoich pracach – ona próbując pomóc innym chorym, on pewnie kiedy wyjaśniał dobitnie kolejnej pustej babie, że oddawanie psów i kotów, które dzieci otrzymały w prezencie, do schroniska, to szczyt chamstwa i okrucieństwa. Niemniej, tydzień byli wyjęci z obiegu, a potem nagle obudzili się, że oto nastały Walentynki – podczas których obsypali się słodkościami i wykorzystując dobro Hawthorne’ów, którzy zaopiekowali się na noc ich słodkich skarbem, zorganizowali sobie maraton seksu na wszystkich płaskich i krzywych powierzchniach i domu – a po nich dwudziesty czwarty luty, czyli dziewięćdziesiąte czwarte urodziny pani Thornton, świętowane jeszcze huczniej; wówczas też gremialnie ustalili, że ślub młodych-starych państwa odbędzie na farmie Trenwith – Josephine obiecała ściągnąć stosownego urzędnika, a Vera miała porozmawiać z młodym i otwartym księdzem z miasteczka – podobnie jak wesele. Miało być idealnie i ponownie – mieli o to zadbać sami.
      Niestety, zawsze, kiedy jest wspaniale – czas zdaje się biec niczym szalony, umykając wszystkim, którzy ową radością są obdarowani i ponownie: ledwo odetchnęli po zabawie z okazji święta seniorki rodu, a już nadeszły czterdzieste szóste urodziny Connora – który od swojej żony otrzymał pełno drobniejszych upominków, które porozstawiała mu po całym domu, a które mógł znaleźć tylko wtedy, kiedy odgadł jej zagadki i zdjął odpowiednią część garderoby – i czwarte Roselyn Irisbeth, po których dosłownie co chwilę kotłowały się im jakieś sprawunki. A to kwietniowy wyjazd na spotkanie z Robertem do Bodmin – którego oczywiście starali się odwiedzać jak najbardziej regularnie, a nie tylko od, tak zwanego, „święta” – z okazji jego sześćdziesiątej pierwszej rocznicy urodzin i już do wakacji to w ogóle nie mieli pojęcia, gdzie uleciały im dni. Nie liczyli przy tym Wielkanocy, która odbywała się w domu Felixa, gdzie Rosie i Jake mogli po ogrodzie szukać prezentów ukrytych przez zajączka, którym, rzecz jasna, byli ich rodzice – i „May Day Celebrations”, które jak co roku – ustalili to także taką ich własną, wspaniałą tradycją, której się trzymali kurczowo, bo przecież każdy powód był dobry, aby się spotkać i wypić zimne piwo z biskimi w cieniu, prawda? – obchodzili wspólnie, korzystając moc przyjezdnych z atrakcji.
      Lipiec natomiast był czasem, kiedy musieli przygotować domek górnika nieopodal opuszczonej kopalni Wheal Hope, która nadal służyła Connorowi za miejsce przemian, aby móc dać ogłoszenie o wynajem – spotkali się, ku swojemu bezdennemu zaskoczeniu, z jeszcze większym zainteresowaniem. Tak naprawdę jednak, mogli się tym cieszyć tylko w przerwach między konserwacją Muzeum Magii i Czarodziejstwa w Boscastle – którym świetnie zajmowały się panny Cavendish – i poszerzeniu jego zbiorów, a odsypianiem w ich czwartą rocznicę ślubu. Nie mieli jednak sobie tego za złe, bo to był symbol, a ich miłość, oddanie i szaleństwo za sobą miały być wieczne – nie było to niczym zaskakującym, zwłaszcza, że trzynasty dzień siódmego miesiąca roku wypadał akurat w czwartek, czyli jeden z najbardziej wyczerpujących dni w tygodniu, bo przecież był przed piątkiem. Następnie musieli wesprzeć panią Thornton i pana Rocheforta w organizacji ślubu i przygotowaniach – dopiero wtedy udało im się ustalić konkretną datę, która wypadała na dziewiątego września i to pod nią musieli wszystko ustalać. Ponownie – wskazówka zegara ich nagliła, ale ani musieli się poddawać: chociaż zmęczeni, walczyli z uśmiechem na ustach o swoje szczęście, co było jedną z najbardziej wartościowych kwestii w ich życiu.

      Usuń
    3. W ostatecznym rozrachunku jednak, cała ciężka praca miała im popłacić, bowiem udało im się w czasie szronu zarobić tak wiele, że pod koniec sierpnia – po urodzinach ich przyjaciela, wypadających na dziesiątego i po pełni księżyca – pozwolili sobie na dwutygodniowy urlop. Tym jednak razem zdecydowali się pokazać córce Kornwalie, toteż zapakowali się w „Ogórka” i zrobili sobie rajd po i c h kraju: od plaż, takich jak Lizard, poprzez takie niesamowite miejsca, jak Zaginione Ogrody Heliganu, aż po park rozrywki The Flambards Experience – nigdzie się nie śpieszyli, spokojnym tempem przemieszczali się z miejsca na miejsce i rzeczywiście odpoczywali. Przydało im się to bardzo, bo gdy tylko wrócili, zabrali się ponownie za pilnowanie kwestii związanych ze ślubem Roselyn i Thomasa, który – o czym świadczyła radość młodych-starych państwa i fotografie pełne roześmianych buź – udał się znakomicie: ona była piękną przyszłą żoną w kremowym kostiumie i ze skromny bukietem orchidei, ona natomiast był przystojnym panem młodym w ciemnogranatowym garniturze z żółtym stroczkiem wpiętym w butonierkę. Prezentowali się wprost znakomicie – podobnie zresztą, jak ogród na farmie Greybacków, udekorowany w odpowiednich kolorach oraz stylu; Vereena z udawanym smutkiem zrezygnowała z kapeli.
      Zabawa była bowiem elegancka, acz swobodna, a po niej nie było nikogo, kto nie byłby szczęśliwy, syty i rozradowany, zwłaszcza, że już miesiąc później Hawthorne’owie mieli swoje dwie imprezy: urodziny Josephine i Jacoba Ivana, które były ostatnimi, ciepłymi dniami jesieni. Gdy więc dwudziestego trzeciego października udali się do Londynu na grub ich synka, Lieva Erika – aby jak co roku po prostu z nim pobyć – chowali się po parasolkami, okutani grubymi płaszczami. Listopad dwa tysiące dwudziestego ósmego roku natomiast tylko pogorszył aurę na klifach: znowu przyniósł deszcze, mgły i wiatry, a także nieprzyjemne wspominki – oczywiście, dziękowali w myślach, że Ministerstwo Magii dało im jednak święty spokój. To natomiast podniosło ich na duchu na tyle, aby ponownie zorganizować Samhian – i ponownie spotkać się ze wspaniałym, ciepłym odbiorem: i tym razem ludzi tańczyli, śpiewali i pili ciemne piwo w celtyckich strojach do białego rana. Później zaś nadszedł grudzień i w poniedziałek jedenastego, dwa dni przed dwudziestymi szóstymi urodzinami Very, kiedy leżeli z Connorem w salonie stwierdzili, że oto zatoczyli więc wspaniałe – chociaż na pewno szalone – obfitujące w znakomitej mierze w same dobre doznania, koło. Co było wspanialsze – ten dobry dla nich okres jeszcze się nie kończył.
      Ponownie więc minęły święta, ponownie minął Sylwester – tym razem rodzinny, spędzany na Trenwith w towarzystwie małżeństw Hawthorne’ów oraz Rochefortów – i znowu obyły się urodziny Roselyn, już dziewięćdziesiąte piąte, które były prawdziwą fetą w z koleżankami i kolegami jej oraz Thomasa w restauracji w Tintagel, z widokiem na ruiny słynnego zamku. Później natomiast już był żabi skok do czterdziestych siódmych urodzin Connora i piątych Rosie, które także musiały się odbić echem – tematyczna impreza została zorganizowana dla kolegów i koleżanek dziewczynki z przedszkola w Muzeum Magii i Czarodziejstwa; tym razem pani Greyback uległa namowom małżonka, i skorzystała z cateringu i dobrze zrobiła, bo inaczej zabiłaby się z taką ilością małych kanapeczek dla całej zgrai rozwydrzonych dzieciaków i ich rodziców, którzy napychali sobie usta, bo było „za darmo”. Nie to jednak było ważne, a szczęście ich córeczki zasypanej prezentami oraz noc, podczas której jej rodzice kochali się wielokrotnie, w różnych pozycjach i bardzo długo; szczególnie od tyłu, gdzie weterynarz mógł podziwiać tatuaż swej żony, w postaci głowy wilka, który zrobiła właśnie z okazji rocznicy jego przyjścia na świat – uznała, że taki upominek będzie lepszy, niż cokolwiek innego materialnego i chyba się nie pomyliła.

      Usuń
    4. Niemniej, wykorzystując właśnie fakt, że siedemnasty marca wypadał w sobotę, poświęcili wiele godzin na zaspakajanie swoich rząd i dziękowaniu sobie nawzajem, że mają siebie. Było jednak coś, co nie dawało jej spokoju – nie miała pojęcia, co to konkretnie było, ale gdy ukochany raz po raz w niej dochodził: ona czuła się po postu i n a c z e j , intensywniej, wspanialej. Kompletnie nie skojarzyła, iż w natłoku zajęć i zadań zapomniała wykupić receptę na tabletki antykoncepcyjne i nie brała ich już bardzo długi czas – w zasadzie, gdyby ktoś zapytał, nie byłaby w stanie określić, kiedy wzięła ostatnią. Nie skojarzyła jednak faktów i do ostatniego tygodnia kwietnia zdążyła zapomnieć o dziwnym, obezwładniającym uczucia, które ją ogarnęło; też dlatego, że kochali się później wielokrotnie. Wtedy jednak, dwudziestego ósmego dnia czwartego miesiąca roku, kiedy to mieli wybrać się z córką do Bodmin, do Roberta, aby świętować jego, spóźnione, sześćdziesiąte drugie – pół-wila nie mogła się ruszyć. Już jakiś czas czuła się podle: zmęczona, przygaszona i miewała zawroty głowy, ale w tę nieszczęsną sobotę jej fatalne samopoczucie przeszło wszelkie granice i dosłownie przykleiła do muszli klozetowej; wtedy jeszcze nie dodała dwa do dwóch i nie miała pojęcia, że to wina moreli, które jej partner obierał córce do śniadania.
      — Nic mi nie jest, Connor – warczała, kiedy on próbował trzymać jej włosy, gdy co chwilę jej drobnym ciałem, które się zmieniało, zaokrągliło tu i ówdzie, sprawiając także, że jej piersi były tak wrażliwe na pieszczoty, iż wystarczyło, aby ukochany chwycił ją za sutek, aby miała silny orgazm. – Och… przestań mi marudzić – burknęła na niego, kiedy co chwilę próbował ją przekonać, że powinna się położyć, a on zadzwoni do więzienia i przekaże jej ojcu, że nie spotkają się teraz, tylko przy najbliższej okazji, bo z jego córką naprawdę nie jest dobrze. W ogóle nie chciała o tym słuchać, zwłaszcza, że Roselyn Irisbeth cieszyła się na spotkanie z dziadkiem, mieli wszystko umówione i przygotowane: nie mogli sobie ot tak rezygnować, bo przecież wizytacje w placówce resocjalizacyjnej były w zasadzie losowe; były jakąś wypadkową różnych czynników, których Vereena nadal w pełni nie rozumiała, co było zdecydowanie dziwne, biorąc pod uwagę jej zawód i jej intuicję w ogóle: potrafiła po wielu kobietach, zanim te nawet wiedziały, powiedzieć, że są w ciąży lub nie; po prostu tak działał jej szósty zmysły, który widocznie zawodził w stosunku do niej samej. – Daj mi wody – wysapała znad muszli – i zaraz się pozbieram, słowo honoru… – wybąkała, aby w tej samej chwili, jak na cholerną złość, ponownie zwrócić nikłą treść żołądkową.

      czująca się naprawdę fatalnie, ale próbująca zgrywać silną, VERA (Greyback) THORNE, która w niedługim czasie przeżyje poważny szok, ale na razie się irytuje, bo czemu nie, pzdr

      Usuń
  20. Ostatnie półtora roku było dla Vereeny jednym z najcudowniejszych okresów. Owszem, wielokrotnie przeżywała wspaniałe chwile i była po prostu szczęśliwa, ale te siedemnaście miesięcy niemalże całkowitej radości sprawiły, że w ogóle nie brała pod uwagę żadnych niebezpieczeństw – zapomniała o tym, że gdzieś po świecie tyła się jej paskudna matka; zapomniała o tym, że Nottowie pewnie wciąż szukają Geraldine, a Saurasowie nadal bez wątpienia pielęgnują swoją nienawiść do niej i szukają zemsty; zapomniała także Ministerstwie Magii, które dało im już wielokrotnie się we znaki; zapomniała o swojej chorobie i pewnie nawet zapomniałaby o lekach na cukrzyce, gdyby nie Connor, który ciągle za nią latał i jej o tym przypominał; kwestia antykoncepcji była jej prywatną oraz własną decyzją, także w nią nie mieszała ukochanego. Było wprost idealnie i każdy dosłownie do potwierdzał – najjaskrawiej zaś odznaczało się to w Roselyn Irisbeth, która rosła jak na drożdżach i z każdym dniem stawała się coraz piękniejsza i bardziej rezolutna, wprost idealna, niezmiennie zachwycając swoich rodziców i dziadków, a także wujostwo, które również mogło się szczycić wspaniałym synem, Jacobem Ivanem; niestety, kwestia Daniela wciąż pozostawała tą bolesną i niemożliwą do rozwiązania niezależnie od chęci Josephine.
    Do tego wszystkiego zaś dochodzili państwo Rochefort – co prawda, pół-wila nadal nie do końca się przyzwyczaiła, kiedy ktoś tak mówił o jej babci i dziadków; Thomasa w końcu traktowała, jak rodzinę i tak też się do niego zwracała od dnia ich ślubu – emanujący spokojem i szczęściem, nadal nieco przeżywający swoją podróż poślubną do Europy. Byli żywym przykładem na to, że miłość zdarza się w różnym wieku i czasem nie wybucha fajerwerkiem, ale nadchodzi powoli i jest wówczas równie silna oraz zwyczajnie piękna – zresztą, młodzi-starzy państwo wszystkich zarażali dobrą energią, nie przejmując się niczym, nawet mało przychylnymi plotkami, które niestety od czasu do czasu przetaczały się po zaściankowym, mimo wszystko, Boscastle. Czasem nawet, kiedy Roselyn seniorka wybierała się ze swoją wnuczką i jej przyjaciółką na babskie pogaduchy nie potrafiła przestać mówić o swoim partnerze – głównie wyrzucając, co prawda, że tak późno zdecydował się na oświadczyny. Niemniej, niewątpliwie było cudownie i pielęgniarka naprawdę to doceniała, chociaż faktycznie – mocno opuściła gardę, uznając naiwnie, że los w końcu się do nich uśmiechnął i pozwoli im już tak trwać do końca świata w spokoju, dając im możliwość zachwycania się sobą; przy czym ona szczególnie mocno zachwycała się swoim ukochanym, w którym sukcesywnie, acz subtelnie, aby go nie spłoszyć, bowiem wiedziała, jak delikatna była to dla niego sprawa, próbowała pomóc mu rozwijać swoje pasje: głównie rozbierając się przed nim i każąc mu siebie rysować, toteż ich jedna szuflada wypełniona była jej aktami. Zdecydowanie więc było jej dobrze tak, jak b y ł o i nie potrzebowała do szczęścia drugiego dziecka – zresztą, w ogóle tego nie brała pod uwagę, uważając owy temat za zamknięty.
    — Czymś się musiałam struć… – uznawała więc, święcie przekonana, że to musi być tego typu powód. – Ciebie albo Rosie nie boli brzuch… pytałeś się jej… Boże! – Warknęła, ponownie wylewając z siebie żółć, bowiem już nic nie miała w żołądku. Splunęła i otarła wierzchem dłoni usta, dysząc ciężko; wymioty trwały tak długo, że zwyczajnie już ją wyczerpywały, a była dopiero dziewiąta rano, co zakrawało o jakiś ponury absurd. – Zaraza… co ja mogłam zjeść… – zastanawiała się na głos, w ogóle jednak nie chcąc słyszeć, aby mieli zrezygnować z wyjazdu do Bodmin: jej ojcu za bardzo zależało na wspólnych spotkaniach, szczególnie właśnie w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, czy jego urodzin; wtedy najmocniej cierpiał i tęsknił. Nie miała w związku z tym zamiaru odbierać mu tak nikłego, a bardzo potrzebnego, kontaktu ze światem zewnętrznym. –

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – P-potrzebuję… p-pot… ch-chwili… – wydukała słabo, nagle dostając dreszczy i zaraz po tym, gdy poprosiła o wodę, znowu pochyliła się nad muszlą. Tym razem nie pomagał jej nawet czuły dotyk wilkołaka i jego pełne pociechy słowa: była już skrajnie zmęczona. – Dzięki – sapnęła jednak, gdy w końcu mogła oprzeć się plecami o ścianę i napić wody. – Tak lepiej – przyznała, gdy przesunął po jej twarzy chłodnym, mokrym ręcznikiem. Odetchnęła ciężko i łapczywie wzięła łyk zimnego płynu. – Matko, to może jakaś grypa… Connor, kochanie? – Spojrzała mu w oczy; jej fiołkowe tęczówki wyglądały tak, jakby trawiła ją wysoka gorączka, a na dodatek chwilę wcześniej dostała obuchem w łeb. W zasadzie to też tak się czuła. – A może weźmiesz Rose i raz pojedziecie do taty, co? – Zaproponowała nagle, spoglądając na niego z nadzieją. – Nie chciałabym go zostawiać samego, a ja się boję, że mnie w trasie znowu przyciśnie, wiesz? – Wybąkała zawstydzona i zażenowana swoją słabością, aby następnie zmarszczyć brwi, gdy dotarły do niej jego słowa. – N-nie… nie słucham? Co… nawet nie wiem, o czym mówisz… – skwitowała kompletnie skonfundowana. – Connor – chwyciła go za rękę. – O czym mówisz? – Gwałtownie zadrżała: chyba wiedziała, o czym właściwie mówił, ale odrzucała to od siebie w przerażeniu, iż mogłoby być to prawdą. Przełknęła głośno ślinę. – Nie musimy jechać do Cartera, nie musimy nic robić, to tylko… Connor, podaj mi opakowanie tamponów – powiedziała nagle, wystawiając do niego dygocąca dłoń, a kiedy to zrobił, miała wrażenie, że właśnie miała zawał; chyba nawet tak wyglądała: jak ktoś na skraju śmierci. – Nie. – Powiedziała, najpewniej wbrew nadziejom byłego profesora ONMS z Hogwartu. Zaśmiała się histerycznie, nerwowo. – Nie… nie, nie… nie… to niemożliwe…

      całkowicie przerażona swoim prawie-odkryciem VERA, która w ogóle nie jest gotowa na takie rewelacje i jeszcze w tamtej chwili ich nie chce, ale to się po czasie zmieni, obiecujemy

      Usuń
  21. Tak po prawdzie, to Vereena nie miała pojęcia, czy była bardziej przerażona, czy może wściekła. Niewątpliwie jej strach byłby całkiem uzasadniony, mając dość duże podłoże, które nie powinno nikogo dziwić – w końcu dwukrotnie, w bardzo dramatycznych okolicznościach poroniła, tracąc swoje dwa słodkie skarby i jak każda matka nie była gotowa na pożegnanie swojego dziecka, niezależnie, czy je poznała i mogła utulić, czy może. Jeśli jednak chodziło o jej złość – w tym wypadku dla osoby postronnej mogłaby być, i najpewniej byłaby, kompletnie niezrozumiała. Dla niej jednak była to kwestia jasna jak słońce: gdyby bowiem okazało się, że jest w ciąży, to czułaby się niesamowicie skrzywdzona tym faktem – zwyczajnie zła, bowiem okazałoby się, iż w rzeczywistości nie ma najmniejszego wpływu na to, co się z nią dzieje i los, a przy okazji nasienie Connora, decydują o tym, jak powinno wyglądać jej życie. Owszem, absurdem i zwyczajnie niepotrzebnym okrucieństwem było jakkolwiek, najmniejsze nawet oskarżanie swojego męża o zaistniałą – acz prawdopodobną coraz bardziej niestety, z każdą sekundą; w końcu miesiączkowała aż nienaturalnie regularnie, szczególnie od czasu kiedy zaczęła brać tabletki antykoncepcyjne, za porozumieniem stron – sytuację. Niemniej, przez moment spojrzała na niego z wyrzutem, uświadamiając sobie, ile razy i jak intensywnie w niej dochodził, co oczywiście wręcz ubóstwiała, ale w tamtej chwili zwyczajnie była spanikowana tym, że nie tylko w jej ciele może rozwijać się nowe życie, które – co było wielce prawdopodobne, biorąc pod uwagę statystki – mogła stracić, ale także faktem, iż nie może de facto decydować o tym, czego chce, a czego nie: jakoś nie potrafiła znieść myśli, iż pomimo rozmów z partnerem, jej organizm postanowił wywinąć taki numer.
    — Ja pierdole – wyrwało się jej nawet, gdy liczyła po raz setny chyba już, ile miała tamponów w opakowaniu, co zawsze dawało taki sam wynik: nie dostała okresu w kwietniu, a powinna była na samym jego początku. Nie słuchała jednak przy tym tak do końca byłego profesora Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu, dając się pochłonąć przez żal i nienawiść do świata. – Nie… nie zgadzam się… nie… – powtarzała więc jedynie, kręcąc energicznie srebrną głową, co tylko pogorszyło jej stan: ponownie musiała się pochylić na muszlą i zwrócić żółć, jednocześnie odrzucając wodę, którą próbował podetknąć jej pod nos wilkołak. – Jezus Mario… – wybąkała, kiedy skończyła wymiotować i padła na kafelki, niczym szmaciana lalka i pewnie gdyby nie ściana za jej plecami: niechybnie przewróciłaby się. – Nic nie ma znaczenia… c-co… co ty mówisz?! Jak nie ma znaczenia?! – Dosłownie na niego krzyknęła, chociaż brzmiało to raczej żałośnie, biorąc pod uwagę to, jak bardzo słabiutka była; przez to nawet go nie powstrzymała, gdy zbiegł po herbatę i sucharki, chociaż wcale to nie oznaczało, że miała ochotę cokolwiek pić, a tym bardziej jeść. Ciągle ściskała w dłoniach kartonowe pudełko, którego zawartość brutalnie przypominała jej, że będą mieli dziecko, na które nie była w ogóle gotowa; chyba go w ogóle nie chciała. Mimo wszystko dała się jednak przytulić. Zaszlochała gwałtownie. – Nie chcę – szeptała, niczym mantrę i odnosiła do jej potencjalnej ciąży, jak i do tego, co jej dostarczył, aby się posiliła. – Nie, Connor – odparła po długiej chwili ciszy i próbach zmuszenia siebie do napicia się ciepłego płynu i wciśnięcia w siebie chociaż czegoś tak paskudnego, acz niewątpliwie pomagającego, jak sucharki. Odetchnęła ciężko i podjęła żałośnie: – Nie jest i już nie będzie… nie będzie – z jej fiołkowych oczu, po bladych, zapadniętych gwałtownie policzkach, popłynęły strumienie łez. – Nie chcę tego! – W przypływie dziwnej histerii uderzyła się piąstką w brzuch i pewnie okładałaby się dalej, gdyby weterynarz. Dopiero po czasie miało do niej trafić, jak paskudnie się zachowała. – Nie chcę! Nie! – Wyła zrozpaczona, ciskając się i cały czas robiąc sobie krzywdę. Płakała, jakby ktoś ją mordował.

    załamana i przerażona VERA, do której nie dociera, jak wielkie błogosławieństwo otrzymali

    OdpowiedzUsuń
  22. Naprawdę nie wiedziała, skąd się jej to wzięła – nie miała pojęcia, w żadnym z możliwych kolorów i chociaż pragnęła poznać podłoże swojego zachowania, tego okropnego konfliktu, który nastał w jej sercu: nie potrafiła. Vereena zwyczajnie dała się porwać przerażeniu – bo to tak naprawdę ono było powodem tego wszystkiego, co się z nią działo – które kompletnie ją wyniszczało: tak panicznie bała się utraty dziecka, ze w ogóle wolała zrezygnować z jego posiadania, pomimo tego, że Roselyn Irisbeth była chodzącym ideałem, a Connor zawsze pragnął mieć dużą rodzinę; zresztą tak jak i ona, bowiem obydwoje byli smutnymi jedynakami, którzy mogli tak naprawdę liczyć tylko na siebie, dopóki na drodze nie stanęła im ta ukochana osoba. Niestety, to przez co przeszła odcisnęło na niej doprawdy wielkie piętno, z którym nie umiała sobie poradzić – niewątpliwie wpływ na to wszystko miało również podjęcie przez nią konkretnej decyzji: „nie” w jej świeci znaczyło „nie”, a los znowu z niej z niej kpił, podobnie jak ciało, które ją zawiodło; co prawda, nie bez jej własnej pomocy, ale to dochodziło do niej z doprawdy dużym opóźnieniem. Niemniej, później miała dojść do wniosku, że krzycząc, płacząc nerwowo i bijąc się – jakby chciała wyrwać tę niewinną kruszynę ze swego łona, co przecież było kompletnym absurdem! – tylko pogorszyła sprawę, zamiast ją rozwiązać. Co gorsza, zraniła w tym wszystkim niemiłosiernie swojego męża, który w ogóle na to nie zasługiwał – zanim jednak rozsądek miał wziąć górę nad negatywnymi emocjami, które zawładnęły jej sercem, miało minąć jeszcze trochę czasu. Najpewniej zaś gdyby nie szybka i stanowcza reakcja wilkołaka – zdenerwowana i rozżalona pół-wila w skrajnej histerii zrobiła coś bardzo głupiego, czego później bardzo by żałowała.
    — Z-zostaw… zostaw… zostaw mnie! – Dosłownie dusiła się swoich własnym szlochem, wyrywając się byłemu profesorowi Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu. Podświadomie zdawała sobie sprawę, ze chciał dla niej jak najlepiej, ale w tamtej chwili nie potrafiła jeszcze tego docenić: uznawała go nawet za zagrożenie, z którym musi walczyć, przynajmniej do czasu, w którym otulił ją jego zachwycający zapach lasu cedrowego po deszczu, świeżo przekopanej na wiosnę ziemi oraz świeżego imbiru. – Z-zostaw… – dodała znacznie ciszej i spokojniej, z trudem chwytając oddech. Przylgnęła jednak przy tym do niego gwałtownie, potrzebując rozpaczliwie jego ciepła i bliskości. Odetchnęła ciężko i nieco się opanowała; dopiero też w tedy w pełni dotarło do niej, co mówił. Tak naprawdę to dopiero jego wrzask postawił ją do pionu i ocucił. – Nie chciałam zrobić nikomu krzywdy – wydukała żałośnie, wciąż z trudem chwytając oddech i drżąc gwałtownie w jego objęciach. Uniosła czerwone oczy na jego przystojną twarz i żałośnie jęknęła, spostrzegając ślady po łzach na jego policzkach. Zamilkła, łapczywie, acz żałośnie, chwilę chwytała oddech, niczym ryba wyrzucona na brzeg, po czym wyszeptała: – N-nie wiem, czy… cz-czy ja je chce – poskarżyła się, ale nie była zła na swojego partnera, a na siebie: na to, że nie jest pewna swoich uczuć do niewinnego maleństwa, które z miejsca powinna była pokochać, a nie chcieć się go pozbyć. – N-nie wiem… wybacz mi, Connor… wybacz mi! – Zawyła raz jeszcze i ukryła twarz w połach jego koszuli na torsie. Chwilę tak trwała, zanim podniosła na niego błagalny wzrok. – Co my zrobimy… Boże… co t-teraz… Jezu… Connor, pomóż mi… pomóż – wyjęczała, wciąż nie wiedząc, co powinna robić.

    rozdygotana i rozżalona VERA, do której jeszcze w pełni nie doszło, że naprawdę trafiło im się wielkie szczęście

    OdpowiedzUsuń
  23. Nie radziła sobie tak bardzo, że dosłownie rozsypywała się w wielkich ramionach kochanego – gdyby nie jego bliskość, ciepło bijące od jego potężnego ciała, szczelnie owijające ją szerokie ramiona oraz jego zachwycający zapach: niechybnie po prostu stałaby się kupką gruzu; dosłownie obróciłaby się w proch. Vereena bowiem absolutnie nie dawała sobie rady z informacją – chociaż jeszcze niepotwierdzoną lekarsko, chociaż chyba jej podświadomość i serce przyjęły ową wiadomość prędzej niźli mózg, łącząc ze sobą odpowiednie kropki w całość: tworząc pełen obraz różnych wypadków i zdarzeń, które ostatnimi czasy jej dotknęły, a które były tożsame z tym, co czuła przy poprzednich trzech ciążach; szkoda, że tylko przy jednej donoszonej – którą właśnie otrzymała: absolutnie nie była gotowa, aby podjąć tak wielkie ryzyko, jak posiadanie kolejnego dziecka, bo przecież jednak nie udało się jej aż dwukrotnie pokonać swych słabości i jej ciało zawiodło; o czym była święcie przekonana, wbrew solennym, i oczywiście podnoszącym na duchu, zapewnieniom, że to nie była jej wina. Ona uznawała zgoła inaczej. Nakręcała się więc i doszła do takiego stanu, że w ogóle nad sobą nie panowała, co faktycznie mogłoby skończyć się całkowicie tragicznie, gdyby nie zima krew wilkołaka, który powstrzymał ją przed robieniem głupot – jeszcze jednak nie potrafiła być mu wdzięczna: musiała minąć chwila, aby się opanowała tak do końca, bo jak na razie przeszła z fazy agresji do samej siebie i chęci wyrządzenia swej osobie poważnej krzywdy, do całkowitego załamania; pochłonięcia przez czerń, mrok i demony, a więc bezdenny wręcz smutek, który po czasie również miała sobie wyrzucać. W końcu chodziło o i c h maluszka – o owoc i c h olbrzymiej wręcz miłości.
    — Przepraszam – szepnęła więc raz jeszcze, gdy w końcu dochodziło do niej bardzo, bardzo powoli, co się stało, jak się zachowała oraz fakt, iż w ogóle nie miała co do tego najmniejszych podstaw. Odetchnęła ciężko. – Naprawdę… przepraszam – zerknęła na niego błagalnie, ale ze smutkiem i strachem we fiołkowych tęczówkach, tym razem wynikającym nie tylko z podejrzeń, że jest w ciąży, ale również z tego, że najpewniej bardzo mocno skrzywdziła swojego ukochanego. Wciągnęła głośno powietrze w płuca i podjęła niepewnie oraz nieśmiało: – T-tak… tak, teraz, Connor… – tym razem jej wzrok stał się pełen nadziei; liczyła, że ma jakieś rozwiązanie w zanadrzu: cokolwiek, co pomoże się jej do końca opanować i jakoś poukładać sobie to, co się stało. Niestety nie miał. Jęknęła żałośnie, ale wysłuchała go do końca, aby skonstatować nieprzyjemnym warknięciem i nieładnym wykrzywieniem ładnej buzi w grymasie bólu i niechęci: – Nie mam już żadnych testów. Nie chcę jechać do Cartera. Chcę zobaczyć mojego tatę. – Mówiła mechanicznie, trochę jak pozbawiony uczuć robot i tak tez się nieco czuła: jak ktoś całkowicie wyprany z jakichkolwiek emocji, których wyzbyła się w zadziwiająco szybkim tempie, chowając się za bezpiecznym murem, gdzie n i c , nawet dobro, jej nie dosięgało. Tylko wobec jednej kwestii nie mogła przejść obojętnie: miłości swojego wilkołaka, na którego wyznanie mimo wszystko nie potrafiła dłuższy moment odpowiedzieć. – Też cię kocham i tak, poradzimy sobie i tak, jesteśmy w tym razem, ale… ale Connor, ja go nie chcę – sama siebie zaskoczyła mocą tego, co powiedziała; co jednak nie było prawdą, a gadką zszokowanej kobiety, której potrzeba było jeszcze paru godzin na przetrawienie rewelacji, jakie zgotował im chichot losu. – Nie, to nie jest martwienie się – wpadła mu ostro w słowo – to jest… nie. Ja po prostu nie mogę być w ciąży. Nie mogę ryzykować… nie, Connor, nie dam rady – mówiła już niczym szaleniec w gorączce. – Nie chcę, żeby Rosie była starszą siostrą – zarzekała się, coraz mniej pewnie, ale chyba najlepszym rozwiązaniem w tamtej chwili byłoby ucięcie tego tematu i pozwolenie jej go przetrawić: danie jej jeść, pić i zabranie do Bodmin, gdyby przestała wymiotować.

    rozkojarzona, rozdygotana i nadal rozżalona VERA, której niedługo przejdzie…

    OdpowiedzUsuń
  24. — Prosisz mnie… – wyszeptała przeraźliwie smutna Vereena, unikając nagle wzorku Connora, który ją zwyczajnie swoim wzorkiem ją zabijał. Nie jednak jemu miała cokolwiek za złe, a sobie: swojemu beznadziejnemu podejściu, o którym doskonale wiedziała, ale z którym absolutnie nie potrafiła w żaden sposób walczyć, co było zwyczajnie okrutne i paskudne. Nie mogła więc mu spojrzeć w oczy, bo nie czuła się tego godna: była zbyt słaba i zbyt beznadziejna, aby to zrobić. Zdawała sobie przecież doskonale sprawę z faktu, iż powinna była zgoła inaczej zareagować; zrobić coś, aby pokazać, że się cieszy, bo w głębi serca przecież była mocno uradowana: wyszło jednak jak wyszło i niewątpliwie skrzywdziła kogoś, kto na to zupełnie nie zasługiwał, a więc męża, na którego mogła zawsze liczyć. Było jej tym bardziej źle, bowiem wyglądało to tak, jakby on nie mógł na nią i jedyne, co ona mu niosła, to samo cierpienie i zawód. To natomiast było zdecydowanie ponad jej siły. – Prosisz mnie o naprawdę dużo – dodała jednak, pomimo wszelkiej swej wiedzy, niemalże z wyrzutem: faktycznie czuła, że nie chciałby stracić tego malucha w jej łonie, o ile ten w ogóle istniał. Znowu chwilę milczała, ale ostatecznie szepnęła szczerze: – Nic sobie nie zrobię – brzmiała mało przekonywująco, może dlatego, że bardzo chciała siebie skrzywdzić.
    Nie jednak z powodu ewentualnej ciąży, ale dlatego, że tak bardzo mocno – dogłębnie wręcz i jakkolwiek próbował to ukryć: ona wiedziała swoje – go załamała. Niewątpliwie, zadała mu paskudne rany, których oczywiście później miała mocno żałować, ale zanim to w ogóle miało nastąpić, to czekała ich naprawdę ciężka przeprawa, przez kolejną część jej godzenia się zaistniałą sytuacją: faza marazmu w najczystszej postaci, która miała ją na dość długi czas odciąć od najbliższych sobie osób; nawet, o dziwo, Roselyn Irisbeth miała traktować z niezasłużonym dystansem i pogarszać tym tylko swój już beznadziejny stan. Niemniej, finalnie i tak zdecydowała się przyjąć od ukochanego pomoc fizyczną, bardzo zresztą przydatną – napary z imbiru i kilka innych ziół, które jej zaparzył zgodnie z jej dyktandem podniosły ją nieco do pionu – a ostatecznie pojechali z córeczką do Bodmin, gdzie czekał Robert – nie mogli go zawieść, a przynamniej pół-wila sobie tego nie wyobrażała: w końcu niedawno miał urodziny, których nie mogli z nim świętować. Nie mogła powiedzieć, aby było przyjemnie, czy nawet względnie dobrze i tak ostatecznie nie wyszło tak, jakby sobie marzyła – całe spotkanie z jej ojcem było mocno sztywne i pełne napiętej atmosfery, która absolutnie nie sprzyjała żadnemu członkowi rodziny i była zwyczajnie wyczerpująca.
    Milczała całą drogę do więzienia, później również raczej unikała rozmów – pomimo wielkiej radości starego latarnika i jego przeuroczej, gadatliwej wnuczki – a kiedy wracali – wydawała się jeszcze mniejsza i jakoś nienaturalnie zapadnięta, co absolutnie nie wróżyło dobrze. Tak naprawdę jednak, czas jaki minął od porannego odkrycia-nie odkrycia – bo przecież żadne z nich nie miało jeszcze pewności, czy ich przypuszczenia okażą się prawdą – spędziła na swoich przemyśleniach. Analizowała wszelkie za i przeciw, plusy i minusy, tworzyła w srebrnej, umęczonej głowie najbardziej radosne, jak i te najczarniejsze scenariusze, aby ostatecznie pojąć, że przecież nie na tym polega rodzicielstwo, małżeństwo i szczęście w ogóle. Przecież, jakby nie patrzeć, przy drugiej ciąży była w znacznie bardziej żałosnym położeniu: jej ukochany miał wówczas ciężarną żonę, a ona była całkowicie sama, nie licząc Uxbala, który ostatecznie także nie nadawałby się na ojca. Obecnie zaś miała wspaniałego, troskliwego i cierpliwego – naprawdę, nie miała pojęcia, jak mu się za to wszystko odwdzięczy – męża, idealną królewną, która zasługiwała na rodzeństwo, wspaniały dom, bliskich i satysfakcjonującą pracę, której nie podjęła w odległym zamku. Nie miała więc prawa narzekać, ale dotarło to niej dopiero późnym wieczorem, gdy zasiadła sama w salonie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Cieszę się, że względnie odnajduje się w tej sytuacji – szepnęła więc, kiedy jej partner wrócił od Rosie, którą przygotował do snu; szczerze tak uważała, bo jednak akceptacja małej była bardzo ważna. Nawet nie zorientowała się w tym wszystkim, że siedząc na kanapie, trzymała mimowolnie dłoń na swoim płaskim brzuchu. Odetchnęła ciężko i spojrzała na ukochanego; uśmiechnęła się leciutko, a jej fiołkowe oczy wyznawały skruchę oraz żal, ale do samej siebie. Pozwoliła mu jednak wszystko powiedzieć, aby na koniec wystawić do niego rękę. – Chodź do mnie, proszę – namówiła go swoim łagodnym, perlistym głosem. Kiedy natomiast się zbliżył, namówiła go gestami, aby usiadł obok niej; sama zmieniła pozycję na nieco boczną, aby móc patrzeć głęboko w jego oczy. Moment milczała, po prostu przyglądając się mu: sunąc uważnym, lustrującym wzrokiem po jego przystojnej twarzy i księżycowych tęczówkach, a tym samym jak zwykle całkowicie się nad nim zachwycając. – Przepraszam – powiedziała w końcu, całkowicie szczerze. – Przepraszam, bo nieważne, jak bardzo się boję, a boję się strasznie, Connor – nadmieniła, chcąc nic już przed nim nie ukrywać – to jeśli naprawdę jestem w ciąży to… to jest nasze dziecko. – Zapewniła poważnie. – To malec, który powstał dzięki naszej miłości, którego… którego nie powinnam odrzucać, to… t-to… to jest coś pięknego, ale również przerażającego – dodała, splatając ich palce i potrzebując jego bliskości; jednocześnie miała nadzieję, że wybaczy jej, że go tyle czasu odrzucała bezpodstawnie. – Przerażającego – westchnęła ciężko i rozdzierająco – bo nie chcę każdego dnia myśleć „czy to już”, a wiesz… wiesz, że też nie będę w stanie leżeć… to straszne… – zakończyła żałośnie, jednak nic w niej nie sugerowała ewentualnej aborcji.

      coraz bardziej przekonywująca się do wizji powiększenia rodziny VERA (Greyback) THORNE, która jednak nosi w sercu panikę o utratę swego maluszka

      Usuń
  25. Nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, iż niekiedy podejście Vereeny było bardzo mocno krzywdzące, szczególnie dla Connora właśnie. W chwilach bowiem, kiedy pojawiały się jakieś większe – większe, czyli rozumiane w wypadku pół-wilii, jako katastrofalne i zdawałoby się: niemożliwe do pokonania – problemy, nierzadko wycofywała się. Owszem, pomagało jej to ułożyć sobie wszystko w głowie, przemyśleć i przeanalizować, aby ostatecznie nie prowadzić do niepotrzebnych płomiennych wymian zdań i wielkich awantur, które zazwyczaj dzieliły bardziej, niźli łączyło. Nie oznaczało to jednak, że wówczas jej wycofanie się – schowanie się za murem milczenia i całkowitego odcięcia się od emocji, aby te jej nie dotykały i nie zdawały bólu; co było naprawdę przydatne w chwili, w której ogarniała ją bezdenna, lodowata i czarne panika, której nie potrafiła z siebie wyplenić – wychodziło wszystkim wokół na dobre. W końcu przecież w takich sytuacjach bardzo mocno odsuwała się od najbliższych sobie osób – również od Bogu ducha winnej, przesłodkiej i uroczej Roselyn Irisbeth, która na dodatek nie rozumiała, dlaczego jest karana obojętnością i ciszą ze strony matki – co już samo w sobie było skrajnym okrucieństwem. Niemniej, rzecz jasna, finalnie opanowywała się i widziała swoje błędy; dochodziła do odpowiednich wniosków, bez niepotrzebnych wrzasków, wyzwisk, czy ciągnięcia tego w nieskończoność, chociaż rzeczywiście – bardzo dużym kosztem. Tym sposobem więc, siedząc chwilę sama w salonie na pięknej farmie Trenwith, była już pewna dwóch rzeczy: tego, że była tego dnia całkowicie beznadziejna oraz że tak naprawdę bardzo chciałaby urodzić to dziecko, które w sobie nosiła, ale zdecydowanie nie przeżyłaby, gdyby sytuacja z poronieniem się powtórzyła.
    — Nie chcę już więcej takich sytuacji – wyszeptała więc jeszcze, ale nie mogła mu zupełnie niczego obiecać, bo zwyczajnie taka już dziwna i spaczona była. Niemniej, następnie kontynuowała, wyrażając wszystkie swoje lęki i bolączki, bo wiedziała doskonale, że kto, jak kto, ale były profesor ONMS z Hogwartu na pewno ją zrozumie, nawet jeśli będzie miał zgoła inne zdanie w wielu kwestiach, co zresztą później wyraził. – Dlaczego? – W pierwszej chwili jednak nie do końca pojęła, jak w ogóle mógł zapytać o to, jakim cudem mogłaby tak myśleć. – Dlatego – powstrzymała się od kąśliwej uwagi i podjęła całkiem spokojnie – że już dwa razy przez to przechodziłam – tłumaczyła cicho i spokojnie – pilnując się i nie pilnując, dbając o siebie obsesyjnie i nie dbając, uznając, że wszystko co najgorsze mi się przytrafi, ale także idąc przez świat z optymizmem. Dlatego, Connor… dlatego – powtórzyła cichutko, wzdychając ciężko i rozdzierająco. Niemniej, uśmiechnęła się wzruszona na wspomnienie badania stetoskopem, czy też wystukiwania rytmu serca malucha na jej skórze przez męża. Chciała tego, ale jednocześnie mocno się bała, ale na jego pytanie miała jedną prostą odpowiedź: – Boję się, bo jestem matką – wyznała uśmiechając się smutno i mocniej ściskając jego dłoń. Na moment zamilkła. – Nie wiem, co będzie, jak się okaże, że jestem w ciąży – wyznała szczerze, bowiem znowu: zupełnie nic nie mogła mu przysiąść w żadnym aspekcie – ale… ale na pewno się postaram, żeby było dobrze. Musi być dobrze, bo jeśli stracę kolejne dziecko, Connor: umrę – powiedziała to tak poważnie i z takim przekonaniem, że w salonie zdawało się, iż zapanowała prawdziwa Syberia. Patrzyła mu w oczy. – Bałeś się kiedyś kochać, skarbie? – Zagaiła nagle. – Ja mam tak teraz, wiesz?

    wyrażająca mocno typowe dla matek, które straciły dzieci obawy VERA, która wkrótce się ogarnie

    OdpowiedzUsuń
  26. Cóż, na pewno w całej tej sytuacji Vereena nieco przesadzała w swych ocenach – na pewno za uprawiała zbyt dalece posunięte czarnowidztwo, niewątpliwie patrzyła na wszystko przez pryzmat myśli, iż jej przytrafiają się najgorsze rzeczy i nie zasługuje na szczęście oraz zwyczajnie odrzucała od siebie nadzieję i promyki radości, które tak bardzo usilnie próbował jej dać. Bała się jednak i to było coś całkowicie niemożliwego do podważenia, również dlatego, że zwyczajnie miała ku temu całkiem poważne powody – w jej życiu wydarzyło się doprawdy wiele złego, a w tym właśnie najgorsza rzecz, jaka mogłaby się przytrafić matce, czyli poronienie i urodzenie martwego dziecka, jak w przypadku Lieva Erika. Dlatego też panika, jaka się kotłowała w jej sercu była całkiem uzasadniona, chociaż zdecydowanie skierowana w taki sposób, że odmawiała jej w zasadzie możliwości normalnego funkcjonowania, przynajmniej na płaszczyźnie potencjalnego rodzicielstwa – mniej lub bardziej potencjalnego, bo jeszcze przecież nie byli niczego pewni, chociaż tak naprawdę wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadały im, jaka była prawda. Niemniej, pół-wila nie umiała przyjąć w tym wszystkim logicznej argumentacji wilkołaka, podkreślającej – słusznie, notabene – że nic, co się stało z ich potomkami, nie było jej winą.
    — Właśnie kochanie, właśnie – przytaknęła zamiast tego ochoczo ukochanemu, gdy ten przyznał, że i on się bał kiedyś kochać; wiedziała, ze może użyć właśnie takiego porównania, bo on ją doskonale zrozumie i nie wyśmieje, jakkolwiek to mogło brzmieć dziwnie, bo jednak chodziło o najpiękniejsze uczucie świata: miłość. Wysłuchała go więc uważnie, nie przerywając ani na moment, chociaż to, w którym kierunku poszedł, nieco ją zaskoczyło. Odetchnęła ciężko. – Connor, ale zobacz – jęknęła w związku z tym w odpowiedzi żałośnie – przecież to jest… to trochę inaczej… myślisz, że jak ja przestanę się bać kochać, to sytuacja nie okaże się być beznadziejna? Że to… hm… coś w rodzaju magicznej inkantacji, która pozwoli mojemu ciało zatrzymać to maleństwo – mówiła o niczym czule i z oddaniem, ba!, w pełnym zachwytu geście ułożyła dłoń na płaskim brzuchu, toteż jasnym było, jakie żywi uczucia wobec tej kruszynki – i nie pozwoli mu zrobić krzywdy? – Jednocześnie, niewątpliwym było, iż zwyczajnie nieco kpi z tego wszystkiego. – Jak było z Toddlerem, Connor? – Głos się jej załamał, a w jej fiołkowych tęczówkach stanęły łzy. – Szaleliśmy za nim od początku, od razu obdarzyliśmy miłością, bez stresu, bez strachu… bez… tylko my i nasze szczęście i… i co? Skończyło się fatalnie – wyszeptała.
    Pewnie gdyby nie to, że dosłownie w tej samej chwili Roselyn Irisbeth zawołała tatę, długo pielęgniarka nie potrafiłaby się opanować. W zaistniałej sytuacji jednak zdecydowała, że musi się wziąć w garść i na razie o niczym nie dyskutować – ani w formie złych, ani dobrych scenariuszy – dopóki nie będą mieli całkowitej pewności, jak maluje się kwestia ich przyszłości. W tamtym bowiem momencie wolała też – po krótkiej, acz bardzo zwięzłej i przynoszącej porozumienie w wymianie zdań z mężem – udała się na górę, aby zająć się córeczką; ustalili bowiem, że po tym, jak cały dzień odsuwała się od dziewczynki, jej matczynym obowiązkiem jest jakoś naprawienie swoich błędów oraz niejako zadośćuczynienie chłodowi, jaki wprowadziła na cały dzień, który przecież miał być ostatecznie całkiem przyjemny, pomimo spotkania w więzieniu, i do ich rodziny. Dlatego też wtedy weterynarz mógł się skupić na ogarnięciu domu przed snem i nie musiał się martwić o księżniczkę – bardzo zresztą zadowolonej, że j e j mamusia wróciła – bo ta była w dobrych rękach. Ostatecznie więc przed samym skoczeniem w pielesze – jej ulubione, pełne chmurek, słoneczek i księżyców – pognała w swojej panterkowej piżamce jeszcze do ojca, aby się z nim czule pożegnać. Nie było widać, aby cokolwiek nieodpowiedniego się na niej odbiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Greybackami było nieco gorzej, ale też w ostatecznym rozrachunku nie mogli narzekać, bo wziąwszy wspólny prysznic – żadne z nich nie miało sił na wanny i długie leżenie w wodzie – i zakopawszy się w łóżku, jeszcze długo rozmawiali i, ku ich niebywałe uldze, doszli do całkiem dobrych konkluzji. Po pierwsze, uznali że najlepiej będzie, jeśli na razie z nikim – ani z Rochefortami, chociaż wciąż raczej mówili o nich per pani Thornton i pan Rochefort i tylko przy nich zwracali się do nich „babciu” i „dziadku”, ani z Hawthorne’ami, ani tym bardziej z małą Rosie – nie poruszą tematu ewentualnej ciąży Very. Nie było sensu nikomu dawać nadziei, czy pozornego szczęścia, bo przecież mogło się okazać, że tak naprawdę dopadła ją grypa, albo jakaś inna, o wiele gorsza choroba, co biorąc jej kłopoty ze zdrowiem, również było mocno prawdopodobne – zwłaszcza, że brała tabletki antykoncepcyjne i silne leki na cukrzyce. Tu oczywiście pojawił się kolejny problem, który również jakimś cudem przepracowali: istniało niebezpieczeństwo, że nawet jeśli długo nie łykała zabezpieczeń, to cała kuracja hormonalna mogła się odbić na ich dziecku, które mogło okazać się w jakiś sposób fizyczny lub psychiczny tym dotknięte, aczkolwiek skoro żadne z nich nie mogło dokładnie wyliczyć, ile czasu minęło, to nie było warto się martwić na zapas.
      W końcu mieli już wystarczająco dużo złych rzeczy na głowach, chociaż rzecz jasna, to nie tak, że pół-wila od razu o tym zapomniała – przerażało ją to, bo przecież sama wielokrotnie była świadkiem nieodpowiedniego stosowania prewencyjnych, ale i represyjnych, środków przeciwko niechcianym dzieciom, które jednak się pojawiały. Niemniej, mocno pocieszającym był fakt silnym, mocnych i nieskażonych słabością – nie licząc tej księżycowej – genów byłego profesora ONMS z Hogwartu. Wyjątkowo też mocno podnoszącym dla niej na duchu był fakt, iż pomimo tego, że ewidentnie jej partner cieszył się z perspektywy posiadania dużej rodziny, kolejnego potomka i uczynienia ich słodkiej królewny straszą siostrą – potrafił uszanować jej decyzje. Nie miał pojęcia, jak wielką przyjemność jej tym sprawiał oraz jak potężną dumą ją napełnił. Pół nocy więc spędziła po prostu patrząc na niego w całkowitym, niezaprzeczalnym zachwycie, którego nic nie mogło zedrzeć z jej twarzy, bo chociaż widziała po jego księżycowych oczach, iż wyjątkowo silne się raduje i chciałby swą euforię pokazywać, chociażby na tle ciągłego dotykania jej brzucha, co przecież stracił – owe pierwsze dni, tygodnie i miesiące rozwoju dziecka w łonie matki – gdy nosiła pod sercem Roselyn Irisbeth, to widząc jej chęć zdystansowania się, zrozumiał.
      Chyba właśnie też na tym polegało małżeństwo: na tym, że po tym, jak już doszli do wniosku, że w poniedziałek po pracy ona zostanie trochę dłużej w klinice doktora Cartera – którego również nie chcieli w nic wtajemniczać, bo jednak plotki w Boscastle, nieważne, czy dobre, czy nie, nie były przez nich mile widziane, zwłaszcza, jeśli dotyczyły ich samych – on pojmował, iż dla matki, która przeszła przez dwa poronienia, przyzwyczajanie się do szczęśliwej, acz niepotwierdzonej myśli i wizji o kolejnym rodzicielstwie, byłoby skrajną głupotą. Przecież gdyby okazały się być nieprawdziwe – nie poradziłaby sobie z tym niechybnie. W związku z tym, aż do trzydziestego kwietnia trzymali języki za zębami, chociaż to wcale nie było łatwe, bo nie tylko o poranku wpadli do nich Hawthorne’owie przed wycieczką na kawę – podobno ta, którą robił pan na farmie Trenwith była najlepszą na świecie, nawet podobno te włoskie się do nich nie umywały; co jednak Anglicy i ich słynne „five o’clock” mogło wiedzieć o dobrej kawie, prawda? – a później młode małżeństwo, udało się na obiad do tego starszego, gdzie seniorka rodu od razu dostrzegła, że coś jest nie tak z jej wnuczką, ale dosłownie niczego od niej nie wyciągnęła. Ostatecznie więc jakoś przetrwali niedzielę, a w poniedziałek pożegnali się przypomnieniem o umówionym spotkaniu.

      Usuń
    2. — Jesteśmy sami – zapowiedziała zaś Vereena kilka godzin później, kiedy Connor odwiózł już Rosleyn Irisbeth do jej prababci i przybył na miejsce; nie wiedzieć czemu, jego żona zachowywała się bardzo podejrzliwie, rozglądała się niespokojnie i mówiła konspiracyjnym szeptem. – Ten sprzęt pamięta epokę przedlodowcową, ale… ale no może dać nam jakiś obraz… czegokolwiek… – wybąkała, kiedy zaprowadziła męża do odpowiedniego pomieszczenia, gdzie stała stara aparatura USG; nie tak bardzo jak ta, na której badali ich córeczkę, ale i tak przedpotopowa, którą przybytek, w którym pracowała, dostał w spadku ze szpitala w Truro. Musieli jednak spróbować i przy dobrych wiatrach i założeniach, że zaszła w ciążę ponad miesiąc wcześniej, była znakomita szansa, że ich przypuszczenia się potwierdzą lub zostaną rozwiane na dobre. – Wiem, jak to się robi – zapewniła, nie pozwalając mu jeszcze długi czas dojść do słowa. – N-nie wiem… nie wiem tylko, co pokaże, zaraza no, działaj sprzęcie! – Trzeba było go kopnąć, aby obraz przestał skakać. – No dobrze… – wsunęła się na kozetkę, podwinęła bluzkę. – Podaj mi żel – ręce jej trzęsły niczym liście osiki poruszane przez lodowaty wiatr. Odetchnęła ciężko i spróbowała się skupić na swoim zadaniu. – Dobrze… dobrze… – szeptała pod nosem, coraz mocniej rozdygotana, aż w końcu złapała odpowiednie miejsce i przełknęła głośno ślinę. Milczała nieznośnie wręcz długo, po prostu wgapiając się w punkcik na ekranie. – Jestem w ciąży – powiedziała w końcu, cicho, nie do końca chyba jeszcze mogąc w to uwierzyć, mimo ze punkcik na wyświetlaczu jasno wskazywał na to, iż rzeczywiście ich rodzina się powiększy.

      kompletnie oszołomiona i mimo wszystko bardzo mocno zaskoczona VERA (Geyback) THORNE, do której chyba jeszcze w pełni nie dotarło to, co się stało, ale jest w sumie szczęśliwa, bo będzie kolejny wilczek ♥

      Usuń
  27. Spodziewała się czegoś innego po sobie, jak i po swoim partnerze. Po pierwsze: Vereena absolutnie nie spodziewała się, iż chęć ukrycia przed kimkolwiek tego, że może być w ciąży, stanie się jej priorytetem życiowym – było to tym bardziej zaskakujące, iż w ogóle nie była przesądna, ba!, śmiała się z tych wszystkich idiotycznych, kretyńskich wierszyków serwowanych przyszłym matkom, które dotyczyły mądrości od załatwiania potrzeb fizjologicznych, które powinny odbywać się zgodnie z różnymi rytuałami, poprzez godzinę porodu, bo ta miała wpływ na formowanie się egzystencji istotki, jaką wydawało się na świat, aż na seksie z parterem skończywszy; ten według niektórych legend i podań zatrzymywał laktację, a dziecko przecież trzeba była karmić piersią aż do ostatniej kropli mleka, niezależnie od wszystkiego, bo inaczej było się wyrodną rodzicielką. Chociaż więc normalnie kpiła i drwiła, robiąc niemalże wszystko tak, jak chciała, to w tym jednym wypadku wolała nie zapeszać. Do tego stopnia, że uznała, iż nawet doktor Carter mógłby złamać przysięgę lekarską. Po drugie: pół-wila spodziewała się, iż cały proces badania USG przebiegnie znacznie prościej, ale nie wzięła pod uwagę jednej, zasadniczej kwestii – przeprowadzała takowe na pacjentkach, nie na samej sobie, toteż wszystko było znacznie bardziej skomplikowane, niż przypuszczała, ale zaparła się, że wszystko zrobi sama. Po trzecie i ostatnie zaś: młoda pielęgniarka była kompletnie zaskoczona pierwszą reakcją Connora, po którym spodziewała się chyba czegoś zgoła odwrotnego – może euforii, śmiechu, wybuchu radości, jak wtedy, kiedy powiedziała o ciąży z Toddlerem. Oczywiście, sama nie była mistrzem, jeśli chodziło o tę kwestię i pewnie mogła okazać znacznie więcej emocji, ale w jej wypadku w grę wchodził szok – w pierwszej natomiast chwili nie miała pojęcia, co się właściwie stało. Spoglądała w związku z tym to na niego, to na ekran aparatury, gdzie widniał ten jeden najważniejszy dla nich punkt.
    — Jestem – powtórzyła więc jeszcze bardziej głucho, acz jakoś pewniej, ale wcale nie wynikało to z niechęci do owego odkrycia, ale z wielkiego szoku, który nią zawładnął, bo faktycznie wszystko to, co działo się wokół było czymś kompletnie dla niej niepojętym, dlatego że chyba mimo wszystko coś zgoła innego sobie wyobrażała. Co gorsza, zerknięcie na ukochanego niewiele jej pomogło, a jego cofnięcie się zaś o krok przelało czarę goryczy i Vera zagubiła się niczym małe dziecko w wielkiej mgle, zupełnie już nie wiedząc, co powinna powiedzieć, zrobić i jak się zachować: miała prawo przecież pomyśleć, że zmienił zdanie i kiedy jej ciąża okazała się czymś realnym, stwierdził, że jednak nie chce drugiego dziecka. Panicznie bała się, że tak jest, bowiem wówczas i ona straciłaby i tak już bardzo chwiejne resztki chęci do powiększania rodziny. Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca. – T-tak… j-jestem… w-w c-cią… ciąży… – wybąkała raz jeszcze, całkowicie skonfundowana, co wcale nie zmienił nagły, euforyczny wybuch jej małżonka, do którego jakby dopiero po czasie dotarła pełna informacja, co się właśnie wydarzyło. Nim się zaś obejrzała: już była skryta w jego silnych, bezpiecznych ramionach. – Kochanie? Connor… Connor, skarbie… – szeptała, klepiąc go czule po plecach, bo przecież słyszała jego łkanie; śmiech przez łzy, miała nadzieję, wzruszenia. Nawet nie zorientowałaby się, gdyby nie on, że coś się stało z aparaturą: w zasadzie w ogóle ze sobą tego nie powiązała, bo zmiana jego podejścia, o sto osiemdziesiąt stopni, kompletnie wytrąciła ją z równowagi. – Connor? – Sapnęła, już całkowicie wybita z rytmu, nawet wtedy, gdy wyłożył jej, o co chodzi. – Nie wiem – przyznała jednak bez ogródek. Zerknęła na czarny monitor i pozwoliła sobie na nieładne skrzywienie, gdy dotarł do niej żałosny pisk sprzętu. Milczała znowu dość długo, starając się opanować, bowiem ogrom zmieniających się jak w kalejdoskopie emocji zdecydowanie mocno ją przytłoczył. – N-naprawdę… hm… może masz rację, nie powinniśmy się jeszcze cieszyć… – wybąkała.

    VERA

    OdpowiedzUsuń
  28. Vereena kochała Connora najmocniej na świecie – był to w końcu zgoła inny rodzaj miłości, niż tak, którą darzyła Roselyn Irisbeth: dziewczynka bowiem była kimś z porządku natury ważnym i uczucie, jakie wobec niej czuła wynikała także, ale nie tylko!, z faktu, iż była matką pięciolatki, natomiast z jej ojcem kwestia była nieco inna, bo w tym wypadku to, co ich łączyło musiało być pielęgnowane i ciągle pogłębiane, nie było to coś „przyrodzonego”, a niejako „nabytego” – i ostatnim czego pragnęła było zranienie go. Niestety, najwidoczniej nic nie poszło po jej myśli, toteż ostatecznie, wciąż skryta w jego objęciach w gabinecie doktora Cartera w przychodni w Boscastle, kiedy przeprowadziła na sobie samodzielne badanie USG, kompletnie nie miała pojęcia, co powinna robić i mówić – po prostu tkwiła mocno przez niego przytulona, wciąż z wysmarowanym żelem brzuchem i niedziałającą już aparaturą, która miała jakąś wadę, i drżała tak, jakby wokół panował syberyjski chłód. Niestety, niekiedy wielkie zagubienie było gorsze niż cokolwiek innego – niepewność każdego kolejnego kroku, każdego kolejnego słowa, każdej kolejnej decyzji, która niewiadomo do czego prowadziła, niezależnie, jak skrajna by nie była: po prostu ten nieokreślony niepokój zwyczajnie ją wyniszczał. Nienawidziła być w sytuacji, w której zupełnie się nie orientowała, co ją czeka i właśnie tamta, kiedy potwierdziły się ich przypuszczenia – bo w jej wypadku obawy zniknęły, a to tylko dlatego, że miała oparcie w swoim partnerze – była takową: sytuacją od początku do końca, zdawało się jej patową. Patrzyła w związku z tym na męża, poszukując w nim ponownie wsparcia, ale chyb im dłużej to robiła – tym bardziej go nie dostrzegała. Doszło więc nawet do tego, ze zapragnęła uciec.
    — Jak nie… – powtórzyła po wilkołaku, zerkając na niego spod byka i rozumiejąc jeszcze mniej, co sprowadzało się do tego, ze tylko mocniej się nakręcała. Znalazła się w takim stanie, że z trudem chwytała oddech i jedyne, co mogła robić, to pozwalać, aby smutek wypełniał coraz szczelniej jej drobne ciało i wylewał się fiołkowym spojrzeniem pełnym żalu, skierowanym na weterynarza. Przełknęła głośno ślinę. – P-przecież… przecież jestem pielęgniarką… wiem, jak się robi USG… – wybąkała, stojąc w takim punkcie beznadziejności i konfuzji, że uznała, iż jej najlepszy przyjaciel, kochanek i ojciec, jak się okazywało już dwójki, dzieci, wątpi w jej zdolności na tle lekarskim. Owszem, nie przeprowadziłaby trepanacji czaszki, chociaż kto wie, gdyby zaszła takowa potrzeba, ale na pewno w takich czynnościach była dobrze wykwalifikowana. – Nikt by nas nie przyjął tak z dnia na dzień… to była sobota… p-przecież… ja nie wiem… – próbowała się jakoś usprawiedliwić, ale ostatecznie musiała się od niego odsunąć: jego dotyk nieprzyjemnie ją patrzył i coraz bardziej rozbijał emocjonalnie, zamiast pomagać, co było wyjątkowo rzadkie i niespotykane w ich relacji; ostatni raz czuła się tak, kiedy nie radziła sobie z jego małżeństwem z Chloe i z jej ciążą. Wytarła się, ubrała i zsunęła się z kozetki. – Mam tu jakieś testy… mogę je zrobić… – wyszeptała z bólem, unikając spojrzenia byłego profesora ONMS z Hogwartu. Zacisnęła usta w wąską linię, zachowując się tak, jakby nie trafiały do niej jego całkiem logiczne argumenty, że jako matka nie powinna się przejmować jakością wykonywanego badania i działaniem sprzętu do tego wykorzystywanym, tylko skupiać się na maluszku w swym łonie i radości z jego posiadania płynącej. – Och… no dobrze… dobrze, rozumiem… – wybąkała cichutko, ale test wrzuciła do torebki. – Postaram się umówić u kogoś… gdzieś… – zmarszczyła czoło: w zasadzie nie wiedziała od czego zacząć, bo też nie chciała Jospehine prosić o pomoc, aby nic nie sugerować oraz w nic nie wtajemniczać, skoro tak de facto nie mieli pewności; cóż, ona miała, ale nie mogła tego narzucić Connorowi, bo chociaż zapewniał, że wierzy w jej błogosławiony stan, to tak się wcale nie zachowywał.

    skonfundowana oraz nieco spanikowana VERA, która nie wie, co robić…

    OdpowiedzUsuń
  29. Od bardzo dawna Vereena nie była w stanie takiego całkowitego zagubienia i niemożności zdecydowania, jakie powinny być jej kolejne kroki – słowa oraz zachowania – bowiem wszelkie możliwe decyzje przelatujące jej przez głowę zdawały się być tymi najgorszymi: tymi, które i tak pociągną ją jeszcze bladziej na dno; oto bowiem jeszcze nieco unosiła głowę nad gęstą, ciemną mazią smutku, ostatkami sił rozpaczliwie chwytając powietrze, ale czuła, słusznie zresztą, że jeszcze chwila i to wszystko się skończy i zostanie wówczas kompletnie zmiażdżona przez ten wyjątkowo paskudny, smolisty płyn, obrazujący jej strach, żal i ból. Chyba ostatni raz, kiedy było z nią tak źle był wtedy, kiedy próbowała sobie radzić z faktem iż Connor jest żonaty – w dniu, kiedy się dowiedziała o tym, że wziął pod swoje skrzydła Chloe i się nią zajął; wówczas, gdy ona już nosiła pod sercem ich słodką Roselyn Irisbeth i nie mogła liczyć na nic, oprócz siebie. W tamtej chwili też nie miała zielonego – ani w żadnym innym kolorze – pojęcia, jak się zachować: wiedziała, że chce, ale nie może być z wilkołakiem i wiedziała, że chce, ale nie może odebrać ciężarnej charłaczce ojca jej dziecka. Sytuacje były równie patowe i tak jak w sierpniu dwa tysiące dwudziestego trzeciego, tak i w kwietniu dwa tysiące dwudziestego dziewiątego roku chodzi chodziło o dziecko: przed laty o postanowienie, jak ma wyglądać przyszłość samotnej matki z maluszkiem, a obecnie – o to, czy jako matka powinna się cieszyć z posiadania maluszka, czy też nie, bo już w zasadzie nie wiedziała. Emocje w gabinecie doktora Cartera w przychodni w kornwalijskim Boscastle zmieniały się przecież jak w kalejdoskopie i dosłownie skrajnie ją wyczerpały – dlatego też dała się porwać głupim, niepotrzebnym zupełnie, myślom i wizjom.
    — Przestań mi ciągle mówić, co mam robić! – Niczym zaskakującym więc nie był fakt, iż nagle po prostu wybuchła, nie panując pod żadnych kątem nad sobą; będąc zbyt mocno rozbitą. Od razu oczywiście zrobiło się jej niepomiernie głupio, bo faktycznie nie powinna była się tak zachowywać, ale już nie miała po prostu sił: chciałaby móc odetchnąć, cieszyć się, albo smucić na dobre, ale musiała wiedzieć, co robić, a nie trwać w takim beznadziejnym zawieszeniu, które ją dosłownie zabijało. Nie sądziła jednak, że nagle jej małżonek postanowi ją objąć, a tym samym całkowicie spacyfikować; zawisła w jego silnych, bezpiecznych ramionach, niczym szmaciana lalka. – Chcę już teraz wrócić do domu – zapowiedziała cichutko, wtulając twarz w jego tors i otulając się jego zapachem; niesamowitym było, jak łatwo ją uspokoić i nieco rozjaśnił umysł: przynajmniej na takiej płaszczyźnie, że już się nie bała, bo wiedziała, że ma go obok i zawsze może na niego liczyć, co przecież było najważniejsze. – Chcę wrócić do domu i się położyć… chcę odetchnąć… chcę… żebyś we mnie wierzył, ufał mi i nie zapominał, że naprawdę są rzeczy, na których się znam – wydukała z lekkim żalem, bo chociaż przyjęła jego przeprosiny, to pierwsze podejście, jakie jej sprezentował bardzo mocno i nieprzyjemnie ją zraniło, do tego stopnia, że sama przestała sobie zawierzać, co chyba było najgorszą z możliwych rzeczy. – Chciałabym móc się już cieszyć – dodała jeszcze cichutko; nie odsunęła się od niego egoistycznie, ale jasnym było, że bardzo mocno ją skrzywdził, bo nie tego się spodziewała po tej sytuacji. – Chciałabym, żebyś mi tego nie odbierała – rzuciła niemalże niedosłyszalnie i nabrała głośno, rozdzierająco powietrza w płuca. – Wróćmy do domu – już w zasadzie nakazywała.

    bardzo mocno zraniona i głęboko zraniona VERA, która zgubiła się gdzieś po drodze

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, że nie tak powinien wyglądać dzień, w którym młode małżeństwo, zakochane w sobie zresztą po uszy, dowiaduje się o tym, że będzie miało kolejne dziecko, które chociaż pojawiło się niespodziewanie – i nie do końca świadomie, co można byłoby uznać za niechcenie go – to od razu obdarzone miłością, z racji chociażby tego, że było owocem i c h szaleńczego uczucia. Vereena zaś doskonale o tym wiedziała i nie oskarżała o taki przebieg wydarzeń tylko Connora – sama przecież już w sobotę zachowała się wyjątkowo bardzo paskudnie, jakby była gotowa do poddania się aborcji, tylko dlatego, że ten niewinny maluch pod jej sercem w jakiś sposób pokrzyżował jej ustalenia, które wcale nie do końca były wiążące. Owszem, kwestia Ministerstwa Magii pozostawała niezmienna i cały czas się bała, że to tylko Roselyn Irisbeth jest tą, która posiadania udokumentowane zabezpieczenie, zapewniające jej przynależność do gatunku ludzkiego, a nie jej rodzeństwo. Cała reszta zaś była idiotycznym podejściem skrajnie zszokowanej, ale kochające swe dzieci niezależnie od wszystkiego, dziewczyny, która idiotycznie poczuła się zraniona – rzecz jasna, trochę miała prawo się denerwować, bo faktycznie świat zawsze zdawał się robić wszystko na opak wbrew temu, czego pragnęła.
    — Nie ma o czym mówić – urwała jednak, ponownie nieco przeciwko samej sobie, temat, nie chcąc go drążyć, bo i tak wydawało się, iż nie dojdą w tamtym konkretnym momencie do żadnego porozumienia, za bardzo rozemocjonowani i zbyt przytłoczeni oraz tak po prostu zmęczeni tym, co działo się wokół nich w ostatnim czasie, czego było naprawdę dużo, przynajmniej jeśli chodziło o całkowicie skrajnie emocje. Niemniej, prawdą całkowitą było to, że pół-wila wcale nie była zła na wilkołaka: ona po prostu się zagubiła i chociaż liczyła, że ten jej pomoże wyjść z tej gęstej niczym mleko mgły, wskaże drogę z lampionem w dłoni, a na koniec po prostu ją obejmie, co zrobił, ale w nieco odwrotnej kolejności i co chociaż całkiem podnoszące na duchu, to nie miało tej siły, której potrzebowała, to wcale nie była ostatecznie obrażana, ba!, rozumiała, że z nim nie musiało być wiele lepiej niż z nią, toteż w zaistniałej sytuacji nie było żadnych winnych. – Wracajmy do domu – ponowiła więc tylko, gotowa go dosłownie błagać, aby zabrał ją na Trenwith; miała dość przychodni i tego wszystkiego: dość tego, że nie mogła i chyba nie potrafiła się cieszyć; on notabene również, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał. – Proszę – niemalże załkała i nieco odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, kiedy znaleźli się w pomarańczowym pickupie, który miał ich wieść.
    Niestety, sytuacja była na tyle beznadziejna, że Vera postanowiła zamilknąć – naiwnie uznała, iż cisza ich oczyści, da im szansę na zastanowienie się nad swoimi błędami i decyzjami oraz nad tym, co powinni zrobić w kolejności. Nie przypuszczała tylko jeszcze wówczas, że owe ciche, paskudne dni, zamieszkają na farmie znacznie dłużej, niźli sobie tego życzyli, a brak rozmowy doprowadzi do tego, że zacznie każdy ruch byłego profesora Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu interpretować w nieodpowiedni sposób – uznawać, iż ten ma na celu jej ciągłe deprecjonowanie i doprowadzanie do szaleństwa ze smutku. Nie liczyło się nawet to, że próbował podjąć z nią rozmowę, przepraszał ją ponownie i zapewniał, iż nie przestał jej ufać i nigdy w nią nie zwątpił – ona już wyrobiła sobie opinię i oceniła, co wcale jednak ani sprawiedliwe, ani przyjemne nie było, zwłaszcza, że nawet wmawiała sobie, iż mąż poszedł zajął się zajmować ich córeczką, bowiem uznał, iż ona się do tego nie nadaje. Było to rzecz jasna kompletną bzdurą, ale będąc w stanie tak wielkiego rozbicia emocjonalnego, w którym nie potrafiła w żaden sposób ocenić, co było dobre, a co złe – pozwoliła sobie na tak kretyńskie wizje, niemające dosłownie nic z rzeczywistością. Niestety, wokół niej zapanowała całkowita szarość, która dusiła ją i wyniszczała zupełnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co gorsza, stan ten utrzymywał się cały czas – nie były to nagłe spadki energii i radości, całkiem normalne, kiedy się pracuje i ma się małe dziecko, a do tego trzeba się zająć obiadem, praniem i sprzątaniem oraz pracowaniem. Permanentnie było zwyczajnie beznadziejnie – i faktycznie, słowo to idealnie obrazowało sytuację, w jakiej się znaleźli Greybackowie, żyjąc obok siebie, a nie ze sobą. Doszło już nawet do tego, że faktycznie, młoda pielęgniarka nie wykonała testu ciążowego, ba!, udawała, że wcale nic się nie stało – że nie ma prawdopodobieństwa, że ich rodzina się powiększy – i kiedy weterynarz wspomniał jej o tym, że udało mu się załatwić wizytę u – jak wyczytał z internetowych opinii – wspaniałej i wykwalifikowanej ginekolog-położonej, doktor Seymour w St Austell oddalony o godzinę drogi w Boscastle: nie potrafiła zareagować. Poddać się badaniu miała w piątek o siedemnastej trzydzieści, co przyjęła, zdawałoby się, całkowicie obojętnie – po prostu kiwnęła głową i zgodziła się tym samym zawieść, ciągle czując się zdeprecjonowaną pod względem rodzicielstwa, jak i swoich kwalifikacji, na które przecież bardzo długo i usilnie pracowała. Na kłótnie jednak tym bardziej nie miała siły, toteż przyjęła wszystko tak, jak było jej dane – z pokorą i wciąż w milczeniu, pozwalając swojemu partnerowi decydować.
      — Dziękuję, nie potrzebuję – sytuacji nie zmienił nawet wyjazd do miasteczka i zobaczenie nowoczesnej przyjaznej kliniki ani to, że pani Hawthorne’owie nie podejrzewali żadnego powodu, dla którego Roselyn Irisbeth była im podrzucona w to majowe już popołudnie. Dlatego kiedy on pytał, czy czegoś potrzebuje, ona odpowiadała zawsze przecząco, nie potrafią utrzymać, czy kontynuować rozmowy, nieważne, jakby bardzo tego potrzebowali i pragnęli. Ewidentnie było patowo i czuli to obydwoje, ale jakoś też żadne z nich nie potrafiło się tak do końca przemóc, chociaż to faktycznie: ona wycofała się bardziej; niemniej to on zranił ją, podważając jej wszelkie kompetencje na kilku płaszczyznach, co wyjątkowo mocno ją ubodło. – Tak? – Nie znaczyło to jednak, że ignorowała go: po prostu zachowywała się tak, jakby zatraciła umiejętność zagajenia i dyskusji. Nie spodziewała się jednak, że wystosuje do niej taką prośbę: równie zaskakująca, co bolesną. Przełknęła głośno ślinę. – Nie sądziłam, że to będzie taki problem – odparła najpierw smutno, w mocno zawoalowany sposób. – J-ja… ja m-myślałam… że z-zawsze będzie – wybąkała i dla niej to naprawdę było całkowicie logiczne: nieważne, co się działa, to potrzebowała swojego ukochanego przy sobie, aby ją wspierał i trzymał za rękę, nawet jeśli był, faktycznie, durniem.
      — Pani… Vereena Greyback – niestety, nie zdołała dodać nic więcej, bowiem dosłownie w tej samej chwili gabinet opuściło małżeństwo umówione przed nią i została wywołana przez szczupłą, poczciwie wyglądając kobietę po pięćdziesiątce. – A co pan taki blady? – Poklepała Connor po wielkim ramieniu w podbudowującym geście, po czym przepuściła ich w drzwiach; cały czas uśmiechała się przyjemnie, nawet wówczas gdy zapraszała ich do zajęcia miejsc w wygodnych fotelach po przeciwnej stronie biurka, gdzie siedziała ona. Wyjęła czystą kartę pacjentki, absolutnie ich nie oceniając, co już im się zdarzało, ze względu na różnicę ich wieku, dość zresztą widoczną. – To z panem miałam przyjemność? – Doktor Seymour miała przyjazny głos i wspaniałą aurę, która z niej emanowała. – Rzadko się zdarza, że to ojciec dzwoni do ginekologa, a więc czapki z głów, panie Greyback – komplementowała szczerze, bez fałszu. – To państwa pierwsze dziecko? – Zapytała, z zaskoczeniem przyjmując, iż nie. – No to skąd te nerwy mili państwo? – Zaśmiała się serdecznie, chwytając pół-wilę za rękę, aby ją uspokoić. – Proszę się zrelaksować i zapraszam na kozetkę, zaraz zobaczymy, cos tam siedzi – dodała radośnie i pierwsza podeszła do nowoczesnej, niedużej aparatury i eleganckiego łóżka przeznaczonego do badania.

      z przejęcia milcząca, trochę spanikowana VERA THORNE oraz wspaniała lekarka, która we wszystkim im pomoże

      Usuń
  31. Nie wiedziała, dlaczego była tak nagle zestresowana – na Bogów, badania USG miała przeprowadzane wielokrotnie, ba! sama przeprowadzała badania USG wielokrotnie, nawet raz na sobie, więc fakt, że wchodząc do gabinetu doktor Seymour dosłownie trzęsła się z przerażenia był niepojęty. Gdyby jednak ktokolwiek zapytał Vereenę, czemu jest tak, a nie inaczej – nie umiałaby odpowiedzieć: lub po prostu wstydziłaby się przyznać, że to kwestia braku wiary w siebie, w swój organizm oraz w Connora, który najpierw nie miał wątpliwości co do tego, że oczekiwali narodzin kolejnego dziecka, a następnie wszystko zdawał się podważyć. W tamtej więc konkretnej chwili mogła jedynie siedzieć blada, milczeć i zupełnie nie mieć pojęcia, co należy, a co ona chce zrobić – była kompletnie rozdygotana i dość machinalnie wykonywała wszystkie gesty i odpowiadała na pytania dziwnie chłodno oraz jakby zza ściany; jej głos nie brzmiał jak jej własny głos i strasznie ją to przerażało. Niemniej, ginekolog zdawała się być tym w ogóle niezrażona – uznała po prostu, że widocznie Greybackowie to jedno z tych małżeństw, które jeszcze przechodzi przez fazę szoku, ale nie mogła się bardziej mylić: oni się po prostu od siebie oddali – i tłumaczyła wszystko spokojnie i radośnie, zapewniając jednocześnie – głównie głowę rodziny – że nic złego nie zrobi.
    — Wiem, że pewnie się pan martwi, ale naprawdę: nie ma czym – przekonywała bardzo łagodnie i ciepło, prowadząc małżonkę tego wielkoluda na kozetkę. – Żadnemu z pana skarbów nie stanie krzywda w moich rękach… no, a pani się zrelaksuje, bo może zaboleć, jak będzie pani napinać mięśnie – upomniała pół-wilę, która próbowała pamiętać o oddychaniu, podczas badania. Ułożyła wówczas ręce wzdłuż siebie i nieśmiało szturchnęła palcem wskazującym wielką dłoń ukochanego, który oparł się o skórę łóżka przy aparaturze; zdecydowanie nawet wyglądającej na pewniejszą niż ta, która znajdowała się w Boscastle. – Oj, mówiłam – przypomniała, ale niekarcąca, kiedy pacjentka stęknęła, gdy do jej pochwy została wprowadzona sonda. – No dobrze, kilka głębokich wdechów i się zabieramy za sprawdzanie, tak? – Uśmiechnęła się przyjaźnie, co pielęgniarka próbowała oddać, ale wyszło jej to raczej miernie; lekarka była jednak na tyle subtelna, że udała, że w ogóle tego nie widzi, po czym w pełni oddała się tym, co było dla małżeństwa najważniejsze. – Wszystko u pani dobrze… – mruczała pod nosem, od czasu do czasu coś notując. – Żadnych zmian… ooo… a tutaj co mamy? Co to za maluszek… no, no, jaki duży… gdzieś siedem tygodni i… już mówię centymetr i dwa milimetry, toż to mocarz, pewnie po tatusiu! – Oświadczyła wesoło.
    — I-ile? – Jak długo pani Seymour sprawdzała, czy z nią nic nie jest i jednocześnie długo nie odpowiadając na pytania Connora, za bardzo skupiona na tym, aby odpowiednio ustawić sondę w ciele dwudziestosiedmiolatki. – S-siedem… Boże święty… – również mocno ścisnęła dłoń ukochanego i pozwoliła łzom wzruszenia popłynąć po jej jasnych policzkach: dopiero wtedy poczuła się spokojna, po raz pierwszy od niema tygodnia i pewna tego, co się właśnie stało. Lekarka zaś dała wówczas małżeństwu spokój, dodają jedynie tylko, że przecież to logiczne i bez badania, że maluszek jest w łonie Very, bo przecież ta emanowała tym niesamowitym blaskiem, które posiadało tylko parę, wybranych ciężarnych na świecie, a jej ciało, a więc okrągłe biodra i pełne piersi, jasno wskazywało, że przygotowuje się na dziewięciomiesięczne noszenie w sobie słodkiego intruza. – Boże… nasze maleństwo… – szeptała oczarowana, wbijając maślany wzrok w monitor, aby następnie zaśmiać się w głos. – Znaczy nie maleństwo, ale no – zerknęła pełna miłości na wilkołaka, zachowując się tak, jakby zupełnie nic złego między nimi się nie wydarzyło: jakby od początku tego oczekiwali i zabiegali o powiększenie rodziny. – Słyszałeś? – Zachwycała się, ale nagle przerwała jej najpiękniejsza muzyka świata: miarowy, acz szybki, stukot serduszka.

    zakochana i oczarowana VERA

    OdpowiedzUsuń
  32. — Będziemy mieli dziecko! – Wykrzyknęła nagle Vereena, uradowana tak bardzo, jak od dawna nie była. Owszem, cieszyła się ze wszystkich rzeczy na świecie, których doświadczała wraz z Connorem: podziwiania coraz to inteligentniejszej i bardziej uroczej Roselyn Irisbeth, spędzania czasu ze wspaniałymi i zawsze mającymi dobra radę w zanadrzu Rochefortami oraz przebywania z wiecznie gotowymi nieść pomoc Hawthorne’ami. Chwil pełnych szczęścia miała więc wiele, ale ta jedna, kiedy doktor Seymour powiedziała, po tygodniu niepewności, milczenia i stawiania wokół siebie muru z emocji, była zwyczajnie wypełniona radością i spokojem, którego tak rozpaczliwie potrzebowała i owa wiadomość nie mogła się równać z niczym innym; no chyba że z ich ślubem lub narodzinami ich perfekcyjnej córeczki. Niczym dziwnym w związku z tym nie było, iż pół-wila płakała wzruszona i zachwycana, nie potrafią się opanować, co pewnie w jej wieku i z jej pozycją społeczną oraz w połączeniu z wykonywanym zawodem, zwyczajnie nie wypadało. Doprawdy jednak, była to ostatnia rzecz, jaką się przejmowała. Nie dane jej jednak było się skupić na zupełnie niczym, bo skutecznie, acz wspaniale, rozproszyło ją bicie serduszka jej maluszka. – Och… ojej… och… – wybąkała oszołomiona i jeszcze bardziej wzruszona.
    — Śliczne, prawda? – Zagaiła lekarka, gdy po pomieszczeniu roznosił się miarowy stukot, nieco marszcząc brwi i pozwalając panu Greybackowi na niemalże wszystko. – Niech pan wytrze sobie brodę, został panu żel – zaśmiała się nawet, nie mając nic przeciwko takiemu zachowaniu i okazywaniu czułości, które naprawdę było przeurocze, szczególnie zważywszy na fakt, że swoją miłość i oddanie półtorametrowej, filigranowej kobiecie przypominającej anioła okazywał niemalże dwumetrowy, wytatuowany facet przypominający zbira. – Dokładnie siedem tygodni i muszę przyznać… och, proszę się nie martwić – niewątpliwie byłemu profesorowi ONMS z Hogawrtu nie umknął jej lekki grymas – po prostu… ma niesłychanie silne serce, jak na siedem tygodni – przyznała nieco zaskoczona swoim odkryciem, ale nadal spokojna i roztaczająca przyjacielską energię.
    — I ja za niego przepraszam – dorzuciła szybko rozanielona Vera, gładząc wilkołaka po policzku i uśmiechając się nieprzytomnie ze szczęścia – mój wielki wariat czasem nad sobą nie panuje – zachichotała i również nie odbierała mu niczego, co aktualnie chciał zrobić, chociaż na moment zbladła, gdy wspomniał o Rosie; jednakowoż wolałaby, aby pani Seymour nie podejrzewała ich o choroby psychiczne, bo raczej w magię nie wierzyła, a to właśnie dzięki swoim nietypowym genom, weterynarz mógł sam słuchać bicia serca ich potomków, z tym że oczywiście na późniejszej fazie rozwoju. – Widzę właśnie… hm, pani doktor, a da się przypisać dla niesfornego ojca dziecka jakieś sanatorium, żeby dał żyć matce dziecka? – Wyszczerzyła się i nagle wrócili do cudownego punktu, w którym idealnie się dogadywali i nie było żadnych problemów. Sama jednak nie do końca słuchała tego, co działo się wokół, co dostrzeżone zostało również przez lekarkę: ta w swej wspaniałomyślności wypisała pokaźną litanię co wolno jej robić, a czego nie, co jeść, a czego lepiej unikać i jakie witaminy brać, aby cukrzyca i leki na nią brane, co wyczytała z dokumentacji medycznej pacjentki, nie miały wpływu na rozwój płodu. Dodatkowo dała jej oddzielny świstek z datą następnego badania, które wypadało na pierwszą połowę lipca, a więc okolice piętnastego tygodnia ciąży, a później z uśmiechem pożegnała to zachwycające małżeństwo, zostawiając im w prezencie parę zdjęć USG. – Będziemy mieli dziecko… – powtórzyła zachwycona, ale jakby trochę niedowierzając, raz jeszcze, kiedy zasiadła na miejscu pasażera w pomarańczowym pickupie. – Hm… Connor, myślisz – zagaiła nagle, na poły oczarowana, na poły nieco przerażona – że jego wielkość i serduszko to… to kwestia twoi genów, hm?

    oszołomiona i zachwycona oraz pełna miłości VERA wraz z super-lekarką

    OdpowiedzUsuń
  33. — Nie… tylko wiesz… tak mówię – wybąkała nieco speszona Vereena, bo wcale nie chodziło jej o to, że to źle, iż ich drugie dziecko wprowadziło się w Connora: w końcu i Roselyn Irisbeth była pod wieloma względami wierną kopią ojca i żadne z nich nie narzekało z powodu tego faktu. Jej podejście więc było zgoła przeciwne, ale w pierwszej chwili zwyczajnie nieco się przestraszyła tym, że jej ukochany mógł ją opacznie zrozumieć, a to była ostatnia rzecz, jakiej pragnęła, zwłaszcza po tym, jak w końcu udało im się dojść do porozumienia. Owszem, nie bardzo jeszcze przepracowali całą sytuację z ostatniego tygodnia, co jednak w tamtej chwili nie było najważniejsze: była bowiem pewna, że jeszcze to zrobią, właśnie ogarnięci przez pozytywne myśli i dobre emocje, zdecydowanie spokojniejszy i naładowani pozytywną energią, również dzięki pani Seymour. – Chodzi o to, że… że no ja się cieszę, wiesz? – Uśmiechnęła się z zachwytem, nieco głupkowato, ale nie można było się jej dziwić: naprawdę była w doskonałym wręcz nastroju i wyjątkowo mocno podbudowana tym, co usłyszeli u lekarki. – To znaczy, że nasz maluszek jest bezpieczny i kochany… i za osiem miesięcy go poznamy – zapowiedziała wesoło, naprawdę skupiając się jedynie na pozytywnych aspektach, tych negatywnych scenariuszy zaś w ogóle nie biorąc pod uwagę.
    Oczywiście, nie uciekła przed kilkoma groźbami skierowanymi do jej brzuszka przez męża, które niezmiennie ją zachwycały – wplotła wówczas palce w jego miękkie włosy, pocałowała go, a później zapewniła ich dziecko, że mamusia zawsze je obroni, niezależnie od wszystkiego, czym nie co podważyła rolę ojca. Rzecz jasna, robiła to dopóki malec nie mógł tego w pełni zrozumieć, bo nigdy – jak w przypadku ich córeczki – nie sprzeczali się przy niej w kwestiach wychowawczych. Niewątpliwie jednak wszystko było lepiej, niż dobrze – co było także potężną zasługą słow byłego profesora ONMS z Hogwartu – i godzinna trasa powrotu z St Austell do Boscastle minęła im na ciągłych przekomarzaniach się i na mało wymagających intelektualnie, acz wykonywanych w akompaniamencie szczerego śmiechu, gierkach typu: on próbuje dotknąć jej brzuszka, ona mu zabrania. Było więc cudownie.
    — No wiem, kochanie, że nie chcesz jeszcze wracać i ciocia Jo dała ci ciasto, mimo że nie powinna – dlatego też kiedy odbierali swoją królewną od Hawthorne’ów, nawet nie silili się na ukrywanie swoich pozytywnych emocji i ekscytacji, która się w nich kłębiła; udało się im jednak ustalić, że wielką nowinę przekażą dopiero, jak sami się z owym faktem oswoją, przy czym uznali, że najbliższy weekend poświęcą na to, aby Rosie wyłożyć to, co się zmieni w ich życiu, a dopiero kolejny na dzielnie się cudownymi nowinami z bliskimi – i tak świetnie bawiłaś się z Jake’m i wujkiem, ale czas wracać do domku, kochanie – przekonywała łagodnie Vera, biorąc małą na ręce, co oczywiście natychmiast zostało jej przerwane przez Connora; nie nadawali się zdecydowanie do konspiracji i tylko fakt, że było dość późno, uratował ich od tłumaczeń i mogli wrócić na Trenwith. – Myślisz, że zrozumie? – Zagaiła nagle szeptem, spoglądając na śpiącą na w foteliku na tylnim siedzeniu pięciolatkę; mimowolnie trzymała dłoń w czułym geście w okolicach swojego pępka. – Wiesz… ona może pamiętać, co było ostatnio… może się bać, a-albo… albo nie wiem. Dzieci czasem mówią głupie rzeczy – mruknęła poddenerwowana, mając na myśli, oczywiście głupie przeświadczenie o niektórych, że gdy pojawia się nowe dziecko, starsze idzie w odstawkę.

    troszkę niezdrowo przejęta, ale naprawdę szczęśliwa i kochająca!, VERA, która chce dla swoich dzieci jak najlepiej, o

    OdpowiedzUsuń
  34. Naprawdę, nie ulegało wątpliwościom, iż to majowe, piątkowe popołudnie przyniosło Greybackom nie tylko same dobre wieści, ale i pomogło się uporać ze wszystkim złym, czego – czasem na swoje własne życzenie – doświadczali w ostatnim czasie, a przynajmniej Vereena miała taką nadzieję; jak również na to, że kiedy wieczorem poruszą z Connorem kwestię tego, co wydarzyło się przed tygodniem, kiedy wyszło na jaw, że oczekują drugiego dziecko. Wówczas przecież zdecydowanie nie zachowali się jak należy – a na pewno nie zrobiła tego pół-wila, która przecież wpadła w niepotrzebną, skrajną histerię, która przez następne dni tylko mocniej ją dobijała. Ty sposobem przecież strasznie się od siebie oddalili i wszystko to doprowadziło so stanu, w którym zdawali się nie znać – o czym świadczyło pytanie wilkołaka, czy może wejść z żoną do gabinetu ginekologicznego. Na szczęście jednak dobre wieści od doktor Seymour skutecznie poprawiły im nastrój i sprawiły, że w ich życiu ponownie zagościło słońce – dwudziestosiedmiolatka aż bała się myśleć, co by było, gdyby się okazało, iż jednak nie nosi pod sercem maluszka, którego umieścił w niej jej ukochany, a jest zwyczajnie chora. Miała bowiem wrażenie, że dawno nie byli tak krusi i delikatni, jak w tamtej chwili – takowa zaś informacja kompletne zaś zniszczyłaby ich bez wątpienia. Niemniej, nie musiała też przecież się nad tym zastnawiać, bo w ostatecznym rozrachunku wszystko było cudownie i dopiero kiedy odebrali radosną, acz bardzo zmęczoną zabawami, Roselyn Irisbeth od jak zawsze pomocnych Hawthorne’ów, dotarło do niej, że w zasadzie nie wie, jak na całą sytuację zapatruje się ich córka – w końcu odkąd ustalili, że nie powiększą swojej rodziny, w ogóle nie wspominali tej kwestii przy pięciolatce. Niesłusznie.
    — Myślę, że ona nie jest świadoma tak do końca, co znaczy mieć rodzeństwo – odpowiedziała więc ukochanemu, zerkając na niego z ukosa i nieco tym faktem się martwiąc, bo jednak faktycznie, ich dziewczynka nie była w ogóle gotowa na pojawienia się dodatkowej osoby na Trenwith, szczególnie maluszka, którym trzeba było się ciągle opiekować. – M-myślę… ona albo pamięta, jak to było strasznie ostatnim razem, a-albo… albo nic nie pamięta i nie jest na to gotowa, a ja się czuję trochę jak egoistka, że jej do tego nie przygotowaliśmy – wyjaśniła. – Connor, ja wiem – dodała szybko, aby nie miał najmniejszych wątpliwości, iż zdaje sobie sprawę, iż siedząca z tyłu pięciolatka jest znacznie inteligentniejsza, rozgarnięta i w ogóle lepsza niż większość dzieci na całym świecie, toteż przyswaja znakomitą większość rzeczy, które działy się wokół – ale pamiętaj, że to wciąż – podkreśliła wymownie – tylko dziecko – odetchnęła ciężko, ale uśmiechnęła się czule. – Poradzimy sobie, to oczywiste, ale… ale ja bardzo chciałabym to rozegrać tak, aby nie czuła się z niczym źle – powiedziała całkiem spokojnie i łagodnie, po czym na moment zamilkła. – Pewnie masz rację… pewnie zdecydowanie martwię się na zapas – przyznała, kładąc dłoń na jego wielkim udzie – ale znasz mnie: taka już jestem i nic na to nie poradzimy – wyszczerzyła się, po czym przechyliła się w fotelu pasażera tak, aby poprawić ich słodkiej latorośli kocyk, który zsunął się z jej nóżek. – Będzie wspaniałą starszą siostrą – stwierdziła nagle, z pełnym przekonaniem, przypominając sobie, jak Rosie zawsze opiekowała się słabszymi w przedszkolu oraz małymi zwierzątkami. – Obyś tylko miał rację z tym, że uda nam się jej pomóc – wyszeptała i jasnym było, że napadły ją nieprzyjemne wspomnienia chwil, kiedy nie byli w stanie tego zrobić.

    w sumie to bardzo mocno szczęśliwa, ale trochę zbyt pragnąca, aby było perfekcyjnie i pod linijkę, VERA, której nieco musi minąć podekscytowanie

    OdpowiedzUsuń
  35. — Oj wiem kochanie… wiem – wyszeptała z lekkim smutkiem Vereena, bowiem ostatnim, czego pragnęła, to sprawianie przykrości swojemu wspaniałemu i oddanemu Connorowi oraz idealnej i uroczej Roselyn Irisbeth, ale doskonale jednocześnie wiedziała, że jej ukochany miał całkowitą rację i rzeczywiście: czasem, kiedy się za kimś szalało z miłości, raniło się go bardziej niż największego wroga, niezależnie od tego, jak bardzo chciało się tego uniknąć. Tak po prostu dość okrutnie skonstruowany był ten świat, który przecież jednocześnie dawał tak wiele radości: jak chociażby właśnie odkrycie tego, że pod sercem pani Greyback rozwijało się nowe i kochane, chociaż niewyczekiwane, będące niespodzianką jedyną w swoim rodzaju, życie. – Ej… wilczku? – Zagaiła nagle, ściskając jego udo po raz kolejny, pomimo tego, iż wiedziała, że w czasem wyprowadzała go tak bardzo mocno z równowagi, a w tamtej chwili nie bardzo mogła, bowiem prowadził po rozmytej drodze starego, pomarańczowego pickupa z ciężarną i pięcioletnią dziewczynką na pokładzie. Chciała mu jednak tak okazać swoją miłość. – Nie poradziłabym sobie bez ciebie – wyznała całkowicie szczerze i poważnie, bez odrobiny przesady. Fiołkowe spojrzenie jej oczu, które na nim spoczęło, wypełnione po brzegi lojalnością i ciepłem, tylko to poświadczało.
    Całą sobą manifestowała wręcz swoją wdzięczność do niego – jej uroczy uśmiech natomiast dopełniał tego obrazka szczęścia, który reprezentowała, a którym nie był absolutnie niczym zaskakującym: w końcu faktycznie miała najlepszego partnera na świecie, który nie zostawił jej bez względu na wszystko i zawsze gotów był ją wspierać, chociażby właśnie słowem i cudownym, roztaczanymi wizjami ich córeczki jako starszej siostry opiekującej się maleństwem, które miało za osiem miesięcy pojawić się w ich domu. Dlatego też w doskonałych wręcz humorach wysiedli z samochodu – Trenwith w końcu nie mogło czekać – i zadbali o ich wymęczoną, ale radosną córeczkę, której nie mieli serca budzić. We dwoje po prostu – bo też tak przecież szli przez życie: r a z e m – zadbali o nią w pełni i wykorzystując fakt piątku, skierowali się do salonu, w którym wilkołak zadbał o piękną atmosferę.
    — Wiedziałam, ze tak będzie – skomentowała więc rozluźniona i wesoła Vera, kiedy spostrzegła, jak jej małżonek pada na kanapę obok niej ze zdjęciem USG w dłoni i szerokim uśmiechem, który jak zawsze zapierał jej dech w piersiach. – Wiedziałam, że jak już jedno dostaniesz, to już go nie wypuścisz z tej swojej wielkiej łapy – wyjaśniła, kręcąc z niedowierzaniem srebrną głową, której pukle spięła w chaotyczny kok, który pasował do wizerunku rozanielonej i spokojnej oraz szczęśliwej matki, żony, przyjaciółki oraz kochanki, która rozwaliła się bezczelnie na poduszkach. – Tak, to bardzo źle! – Zaśmiała się natomiast w odpowiedzi na jego pytanie, szturchając go stopą w bok. – Będę gruba i będę się toczyć… a ty nie będziesz mógł mnie nawet objąć – wymieniła żartobliwie – i będę cię zrzucała z łóżka, bo będę potrzebowała więcej miejsca – kontynuowała w najlepsze, a jej dłoń nadal spoczywała na jej płaskim brzuchu. Na moment zamilkła, zbierając myśli. Odetchnęła ciężko i podjęła: – Przepraszam – powiedziała głośno, dobitnie i bardzo poważnie. – Przepraszam za zeszły tydzień… za wszystko, co zrobiłam i za… za tę ciszę. Nienawidzę tej ciszy – wyznała i zmieniwszy pozycję, wczołgała się na jego kolana, siadając na nich okrakiem. – Ale teraz już będzie dobrze, nie? – Zagaiła z pełnym nadziei, ciepłym uśmiechem, gładząc go po karku.

    bardzo mocno zachwycona i zakochana VERA

    OdpowiedzUsuń
  36. Jeśli istniała jakakolwiek definicja męskości dla Vereeny, to był to właśnie Connor pod każdym możliwym względem. Począwszy od jego wyglądu – głębokiego, wzbudzającego w niej dreszcze głosu, niemalże dwóch metrów wzrostu, gęstej ciemnej brody, długich, brązowych włosów, poskręcanych w serpentyny, kilkunastu tatuaży i jeszcze większej ilości blizn oraz tych cudownych, żelaznych mięśni, dzięki którym czuła się bezpieczna, chociaż niesamowicie malutka w jego szerokich objęciach – poprzez jego umysł ogólnie rzecz ujmując – niesamowity intelekt i oczytanie, trochę niepasujące do aparycji typa spod ciemnej gwiazdy; wielką wrażliwość i zdolności manualne, które zresztą od kilkunastu miesięcy sukcesywnie pogłębiał, coraz piękniej i więcej szkicując oraz olbrzymią spostrzegawczość we wszystkich niemalże tematach: tych filmowych, tych książkowych, tych muzycznych, ale także tych dotyczących architektury, czy po prostu otaczającego ich świata – na jego sercu skończywszy – na tym, jak bardzo emocjonalny był, na tym, że się przed nią nie wstydził, na tym, że śmiał się z nią, cierpiał z nią i płakał z nią; na tym, że kiedy widział ich maluszka, tę jeszcze nieuformowaną ektoplazmę w jej brzuchu, ze szczęścia i wzruszenia ronił łzy, nie wstydząc się okazywać tego, jak bardzo ich kochał. To właśnie była męskość w pełnym wydaniu: silny chłop, jak dąb, który potrafił mówić tak, że można było oszaleć z zachwytu, potrafiący jednocześnie chronić swoją rodzinę, ale i okazywać jej miłość. Niczym więc dziwnym nie było, że właśnie jego wybrała na swego męża, przyjaciela, kochanka i ojca swoich dzieci – niezmiennie, od piętnastu lat, cieszyła się, że jest obok i nie żałowała swojej decyzji. Miała też nadzieję, że okazuje mu to w każdym jej geście, spojrzeniu i uśmiechu.
    — Wielki, a nie duży! – Poprawiła go, w związku z tym, nieopisanie wręcz radośnie. – No, no, panie Greyback, ja widzę, że masz pan odpowiedź na każde moje słowo… każdy mój argument zbijasz – zaśmiała się wesoło, kiedy faktycznie, tłumaczył, że dla niego jej wielkość, czy fakt, że będzie musiał robić za jej materac, nie były najmniejszym problemem. Dla Very i to było oznaką prawdziwej męskości, a nie tej sztucznej, znanej z rozkładówek głupich pisemek. – Oj, Conno, Connor… – pokręciła ze szczęściem srebrną głową, wpatrując się w niego maślanym wzorkiem i uśmiechając się rozmarzona; dobry Boże, jakże mocno ona go kochała. Dlatego też zdecydowała, że jest mu przynajmniej winna rozmowę za ostatni tydzień, skoro dokumentnie go spieprzyła; niestety, nie mogła cofnąć czasu i było to jedyne zadośćuczynienie, którym mogła go obdarować. – Przepraszam – szepnęła dlatego też szczerze i musnęła go w czoło. – Nie, kochanie, to nie była twoja wina. Obydwoje… obydwoje zawaliliśmy, ale jak mówiłam: już będzie dobrze – była całkowicie o tym przekonana, a zapewnienie wilkołaka, tylko bardziej ją uspokoiło, co jego pocałunek tylko zintensyfikował: ujęła jego przystojną twarz w swoje dłonie. Chwilę milczała. – Kocham cię bardziej, niż umiem to ubrać w słowa, wilczku – wyszeptała całkowicie poważnie, patrząc mu głęboko w oczy. – Och, a więc o dzieci się rozchodzi! – Zaśmiała się perliście i wbiła palec pomiędzy jego żebra, udając święte oburzenie. – Przyznaj szczerze… – podjęła nagle i od początku było wiadomo, że będzie ciężko – jak jestem w ciąży to twardniejesz na samą myśl o bzie albo agreście, hm? – Zaatakowała zalotnie, kokieteryjnie mrużąc oczy. – No… podnieca cię myśl, że zrobiłeś mi duże, silne dziecko, hm? – Naciskała.

    nieładnie kusząca swojego wielkiego małżonka, malutka VERA, której przecież nie wypada, nie? XD

    OdpowiedzUsuń
  37. Cóż, niewątpliwie Greybackowie byli mocno nietypowym małżeństwem w wielu aspektach – co prawda, w wielu byli całkowicie zwyczajni, ale zdecydowanie, relatywnie nie można było ich do takowych zaliczyć. Kłócili się namiętnie, krótko i bardzo głośno, rzucając przedmiotami i przekleństwami – nigdy oczywiście nie wyzywali siebie, nawet w chwilach największego wzburzenia, bowiem siebie naprawdę szanowali, niezależnie od tego, jak ostro między nimi nie było – co ostatecznie kończyło się namiętnym, gwałtownym – i niekiedy brutalnym i agresywnym, ale wciąż takim, w którym okazywali sobie oddanie – albo długo, cicho, tak przejmująco nieprzyjemnie, bowiem to oznaczało naprawdę wiele dni w milczeniu – jak chociażby te, które ostatnio przetrwali – kiedy dogadywali się po czasie, dzięki rozmowie. Niezależnie jednak od wszystkiego – ich miłość była największa i najlepsza oraz najsilniejsza. Kochali się przecież najmocniej na świecie i w tym właśnie aspekcie pokazywali swoje cudowne niedopasowanie wobec reszty społeczeństwa – to, co ich łączyło było potężne, duszące, acz przepiękne: zwyczajnie trudno było opisać ich więź i dlatego chyba nigdy nie próbowali ani przed sobą, ani tym bardziej przed innymi, bo nikt by tego nie zrozumiał, a oni nie mieli ochoty się tłumaczyć i zdradzać jakichkolwiek tajemnic alkowy. Było im dobrze tak, jak było – mieli siebie i to im wystarczało, co zresztą okazali już chwilę później, padając sobie w ramiona i kusząc się wzajemnie. Może trochę perfidnie, może trochę okrutnie wystawiając na próbę swą cierpliwość, ale wciąż z nieopisaną wręcz dawką ciepła, które w sobie wzbudzali – Vereena doskonale wiedziała, że bez Connora nigdy nie byłaby wykwalifikowaną pielęgniarką, to on ją takową ukształtował i definiował, jako dobrą osobę.
    — Nie, skarbie, nie muszę – wyszeptała więc z chytrym uśmieszkiem i również pozwalając, aby płomień zabłysł w jej fiołkowych oczach; ten sam płomień, który przeznaczony był tylko i wyłącznie dla męża. Mówiła zresztą prawdę: ona bardziej go prowokowała do kolejnych działań, niźli naprawdę o cokolwiek dopytywała, bo przecież wiedziała, jaka była prawda i jak bardzo mocno go podniecała samym tym, ze była obok. – Lubię jednak – przyznała bez ogródek i bawiła się przy tym doskonale, absolutnie tego nie ukrywając, bo nie o to chodziło w odpowiedniej relacji małżeńskiej. Uśmiechnęła się przy tym perfidnie, ale jednocześnie bardzo zalotnie. Następnie zamilkła i bardzo uważnie słuchała tego, co jej ukochany opowiadał, a co bardzo mocno ją rozgrzewało; pewnie też dlatego, że buzowały w niej hormony, którym pozwoliła w końcu szaleć, kiedy dowiedziała się, jaka jest prawda. Dosłownie drżała z podniecenia, szczególnie kiedy zaczął pieścić ją wargami; rozpalać jej jasną skórę rozpalał idealnie wykrojonymi wargami. – Lubię, jak mi tak mówisz… – wydyszała, odchylając głowę do tyłu, aby ułatwić mu dostęp do swojej szyi. – Jesteś niesamowity, wiesz, Connor? – Zagaiła nagle, obejmując go za szyję i podciągając się leciutko tak, aby poczuć, jak jego męskość już stwardniała. Zamruczała z zadowoleniem. – To ty mnie wybrałeś, jako żonę, jako przyjaciółkę… jako matkę swoich dzieci za co jestem ci niesamowicie wdzięczna – wyszeptała i musnęła go w usta. – Myślę, że podnieca się to mocno – stwierdziła – i mam zamiar to wykorzystać, wiesz? – Wsunęła dłonie pod jego koszulę. – Rozbieraj się, kochanie… wykorzystamy czas, dopóki jeszcze się nie toczę – zapowiedziała, pozwalając się rozbierać powolutku. – Uważaj tylko na nas! – Zachichotała.

    kompletnie podniecona i zachwycona VERA, którą bardzo cieszy odpowiedź wilczka!

    OdpowiedzUsuń
  38. Faktycznie, ten wieczór był perfekcyjną wręcz wisienką na torcie, która doskonale dopełniała tego wspaniałego dnia, obfitującego w same doskonałe wydarzenia oraz wiadomości – co prawda tylko jedną, która rozrosła się przez pączkowanie, ale przecież było cudownie. W końcu potwierdziły się ich przypuszczenia o ciąży Vereeny, jak najbardziej bezpiecznej i zdrowej – jak zapewniła doktor Seymour dokładnie badając swoją drobną pacjentkę – opiewającej już na siedem tygodni cudownego życia, które nosiła pod sercem i którego serduszko było silne, niczym dzwon i swoim dźwiękiem nieopisanie wręcz wzruszyło swoich rodziców. Dlatego też niczym dziwnym nie było, iż z Connorem postanowili jeszcze bardziej celebrować te chwile, zwłaszcza, że pomogły im się pogodzić – dojść do porozumienia i zapomnieć o tygodniu strasznej ciszy, która powoli ich wyniszczała oraz zwyczajnie zabijała: oni naprawdę krzywdzili siebie najmocniej właśnie odcinaniem się od siebie, tym że nie rozmawiali i tulili, bo przecież nie mogli bez siebie żyć – odbierali sobie swoje własne powietrze, którym on był dla niej, a ona dla niego. Celem więc tych kilku godzin spokoju po położeniu słodkiej Roselyn Irisbeth spać, było także umocnienie ich rozejmu oraz celebrowanie miłości, jaka ich łączyła – postanowili zaś zrobić to w typowy dla siebie sposób, podniecając się do granic możliwości, grając półsłówkami i zwyczajnie doskonale się bawiąc podczas prowokowania siebie. Ostatecznie, w związku z tym, padli na kanapę w salonie, a ogień dosłownie z nich buchał – iskrzyło między nimi tak, ze ledwo chwytali oddech, a jeszcze byli w ubraniach i przecież nie dotykali się w tych najbardziej newralgicznych miejscach. Widocznie jednak ich napięcie erotyczne było zbyt silne.
    — Bardziej, niż niesamowity, wielkoludzie – wyszeptała, poprawiając się i uśmiechając czule oraz ciepło. – Nie wiem, czy trafiliśmy, czy się sobie zdarzyliśmy… czasem myślę, Connor, że to, co nas połączyło nie było przypadkiem… jest prawdziwą magią i… i za to ci dziękuję, bo magia to nie jest machanie różdżką, a my – ułożyła drobną dłoń na jego szerokiej piersi, czując pod palcami cudowne bicie jego serca, chociaż to wcale nie znaczyło, że zrezygnowała z pobudzających pieszczot. Wręcz przeciwnie, czego owocem było ich kolejne żarty. – Tak, kochanie, zamknę się w wieży i nie wyjdę aż do końca połogu, co myślisz? – Zachichotała uroczo i musnęła go w idealnie wykrojone wargi, aby nie miał wątpliwości, że wcale to nie jest planem. – O no, no, no… nieładnie tak wykorzystywać ciężarne, wilczku! – Śmiała się do rozpuku, rumieniąc się słodko, kiedy wspomniał o jej szybkich orgazmach, pobudzonych właśnie jej odmiennym stanem. Jednocześnie jednak pozwoliła mu zejść z kanapy i rozpocząć rozbieranie jej; uwielbiała to, w takich chwilach jeszcze silniej, niż zazwyczaj czując, iż w pełni do niego należy. Poddawała się więc z radością wszelkim jego zabiegom, na każdy dotyk reagując intensywnie i z westchnieniem rozkoszy. – Drapiesz mnie – zapiszczała wesoło, kiedy jego broda zaczęła drażnić jej delikatną, jasną skórę, chociaż w momencie, w który zatrzymał się na jej brzuszku, wplotła palce w jego miękkie, gęste włosy. Westchnęła z zachwytem. – Kochamy cię bardziej – skwitowała oczarowana zachowaniem męża. – Nie wiem, Connor, jak chcę… nie wiem, bo mi z tobą zawsze jest dobrze… możemy nawet tkwić w takiej pozycji, a ja będę najszczęśliwszą kobietą na świecie, tylko… – ponownie jej policzki spłonęły szkarłatem – daj mi się rozebrać, co? – Zasugerowała zmysłowo. – Stań przede mną – gestem namówiła go, aby wstał – i daj mi się rozebrać – uśmiechnęła się zalotnie. Kiedy natomiast wykonał jej prośbę, ona powoli, obdarowując go czułostkami i zasypując czułostkami, zsunęła z niego koszulę, spodnie i bieliznę, a kiedy stanął przed nią nagi i bezbronny: wtuliła się w niego mocno, przyciskając ucho do jego torsu i owijając go chudymi ramionkami w pasie. Milczała.

    niepotrafiąca z nadmiaru tej miłości powiedzieć czegokolwiek, VERA

    OdpowiedzUsuń
  39. Naprawdę niesamowitym był fakt, jak bardzo Connor i Vereena, pomimo jasnych różnic w wyglądzie – niekiedy irytujących bardziej, szczególnie kiedy to ona chciała go pocałować i nawet nie mogła doskoczyć do jego ust, a czasem irytujących mniej, szczególnie kiedy trzymał ją podczas leniwych wieczorów zamkniętą w swoich silnych objęciach na jego szerokim torsie i zapewniał jej bezpieczeństwo – czy w ogóle w historii, która ich ukształtowała – w tym pochodzeniu, czy nawet właśnie w genach: on był potężnym, groźnym wilkołakiem, a ona malutką, drobną pół-wilą; były to jednak ledwie pozory, bo przecież zdarzały się sytuacje, kiedy ich role i podejście zmieniało się o sto osiemdziesiąt stopni, bo ostatecznie byli tylko ludźmi, a jak powszechnie wiadomo, tylko krowa nie zmienia zdania, prawda? – oraz w opiniach na wiele spraw – które jednak umieli przedstawiać sobie spokojnie, bez krzyków, nierzadko przekonując siebie wzajemnie do zmienienia spojrzenia na dany problem, czy zagadnienie – dogadywali się znakomicie. Byli wzorowym przykładem małżeństwa, chociaż absolutnie nie podręcznikowym – kłócili się, denerwowali się na siebie, czasem krytykowali zbyt ostro, ale ostatecznie i tak łączyła ich miłość: uczucie tak wielkie i silne, że pozwoliło im powołać na świat idealną Roselyn Irisbeth, będącą chodzącym dowodem na potęgę ich więzi oraz tego maluszka w łonie pielęgniarki, który miał za parę miesięcy dołączyć do swej siostry. Nie tylko jednak tym sobie udowodniali, ze są sobie przeznaczeni, pomimo wszelkich możliwych przeciwności losu, na jakie trafili w swoim życiu – to był każdy gest, każdy uśmiech i każde słowo oraz każde spojrzenie, które tylko pogłębiało to, co między sobą zbudowali. Niewątpliwie było to piękne i wspaniałe.
    — A ty moim wielkoludzie – wyszeptała więc poważnie Vera, kiedy wyznał, że jest jego wszystkim. Oczywiście, takie niemalże narkotyczne uzależnienie od siebie nie było dobre ani zdrowe, zwłaszcza gdyby jedna ze stron boleśnie to wykorzystywała, ale o tym nie mogło być mowy w ich relacji: szanowali się i kochali, nie umieli, rzecz jasna, bez siebie funkcjonować, ale nie było to też coś, co opierałoby się na jakiś chorych założeniach. – Nieprawda – zaśmiała się jednak moment później, będąc w doskonałym, acz romantycznym nastroju, który wynikał właśnie z tej cudownej chwili bliskości, którą sobie zafundowali, stojąc nago po środku ich jasnego salonu. – Ja kocham ciebie mocniej – stwierdziła, niczym mała, urocza dziewczynka i jeszcze mocniej go objęła, przyciskając piersi do jego brzucha i opierając brodę o jego pierś, aby móc patrzeć w jego przystojną twarz, która nagle się do niej zbliżyła i skradła jej pocałunek. On objął dłońmi jej policzki, ona splotła ręce na jego silnym karku, będąc jednocześnie delikatnie układaną na kanapie; od razu wiedziała, co ma zrobić z nogami i swoim niedużym ciałkiem, aby było im wygodnie. Nie podlegało najmniejszej dyskusji, iż postąpiła słusznie, bowiem już chwilę później, po tym jak się upewnił, że jest na niego gotowa, wsunął się w nią. Ich biodra tańczyły powoli, acz namiętnie; mając świadomość, że umieścił w jej łonie dziecko, wszystko odczuwała znacznie intensywniej i wspanialej. Westchnęła z rozkoszą, wyginając się w lekki łuk, dociskając się do niego mocno; jej długie paznokcie znaczyły jego umięśnione plecy; byli powolni i subtelni, pamiętając ciągle, że jest z nimi ich niewinna kruszynka, o którą trzeba dbać. – Cudownie – sapnęła oczarowana, spoglądając na niego zachwyconym, maślanym wzorkiem. – Och… Connor, kochanie? – Nagle się spięła, unosząc się na łokciu i w zaniepokojeniu przyglądała się łzie sunącej po jego karmelowej skórze. – Connor, najmilszy… – zmarszczyła czoło, kompletnie nie pojmując, co się stało. – Co się dzieje, hm? – Zagaiła łagodnie, scałowując słoną kroplę i gładząc go po szyi i ramieniu. – Przecież jest idealnie – zapewniła szczerze, z oddaniem, uśmiechając się całkowicie nim zachwycona. – Kochamy cię – zapewniła jeszcze, czule.

    w zasadzie to tutaj jest tyle miłości, że jednorożce pierdzą tęczą ♥

    OdpowiedzUsuń
  40. — Płaczesz, bo jest idealnie, kochanie? – Upewniła się łagodnie Vereena, absolutnie, pod żadnym pozorem nie oceniając Connora i nie mając zamiaru tego robić, bowiem doskonale rozumiała, dlaczego to się stało: fakt zaś, że ona jakimś cudem się opanowała od okazywania w pełni swojego wzruszenia, nie oznaczał przecież, że miała zamiar w jakikolwiek sposób ukrócać, czy deprecjonować swojego ukochanego. – Nie, skarbie, żadne twoje uczucia nie są głupie: są najważniejsze i ja chcę o nich słuchać, dobrze? – Namawiała go, aby się otworzył; zawsze niestety potrzebował lekkiej zachęty, jakby uważając, że taki wielkolud, jak on, nie ma prawa do okazywania różnych, nawet skrajnych we wszystkich aspektach, emocji. Niemniej, na szczęście ostatecznie względnie szybko dawał się opanować i wyznawał wszystko, co leżało mu sercu oraz duszy: trochę chaotycznie, dość mocno nieskładnie, odrobinę nieśmiało, ale z olbrzymią miłością. Słuchała go więc uważnie, tak długo, jak tego potrzebował, jednocześnie nie przerywała mu, nie ponaglała go ani nic nie podpowiadała: wiedziała, że potrzebował to powiedzieć tak, jak czuł, a nie tak, jak powinien. To natomiast było dla niej bardzo ważne. – Jesteś wspaniałym romantykiem – skwitowała go, mając pewność, że skończył. Podkurczyła wówczas nogi, zmieniając kąt, pod którym w nią się wbijał i pogładziła go po plecach, chwilę milczała zapatrzona w niego, jak w obrazek; jak w swój cud nad cudami, nie chcąc go wypuszczać, nie chcąc się od niego oddalać i pragnąc tkwić w nim w tej miłosnej bańce, którą stworzyli i na która zasługiwali. – Coś ci powiem, skarbie – zaczęła nagle, powoli i cichutko, jakby w obawie, ze zburzy atmosferę pomiędzy nimi. - Nie byłoby mnie tutaj bez ciebie, nasza rodzina nie powiększyłaby się bez twojego niewątpliwie… eghm… dużego – zarumieniła się leciutko, referując do jego męskości, która właśnie ją dogłębnie penetrowała – wkładu. Te farmy też nie byłoby bez ciebie… tego życia, naszej córeczki także, no bo wiesz… – wymownie, acz zalotnie, spojrzała w dół ich splecionych ciał. Chwilę milczała, zanim podjęła: – Pracy u Cartera, czy twojej kliniki weterynaryjne, też nie byłoby bez ciebie, marzeń również nie, bo… Connor, ty byłeś i jesteś moim największym marzeniem, które każdego dnia, sukcesywnie i całą sobą pragnę realizować na wszystkich płaszczyznach, tych złych i tych dobrych, tych smutnych i tych wesołych, ciągle jednak walcząc, aby było lepiej, lepiej i lepiej – wyjaśniła. – Cóż, swoje ciała nie skomentuję, ale dziękuję za cudowny komplement, który na pewno jeszcze przeciwko tobie wykorzystam – zaśmiała się słodko, przesuwając łydką po jego udzie. Spojrzała mu głęboko w oczy, jakby wywierając drogę do jego duszy. – Też jestem szczęśliwa, Connor i mam nadzieję, że to widzisz i że widzisz też to, że bez ciebie nigdy bym nie była: że bez ciebie byłabym smutna, samotna i beznadziejna. Ty zrobiłeś ze mnie kobietę, przyjaciółkę, żonę i kochankę, a także matkę, pielęgniarkę i dobrą osobę… noszenie więc twojego dziecka w sobie… mój Boże – zadrżała gwałtownie i tym razem z jej oczu popłynęły łzy wzruszenia i zachwytu. – To największy zaszczyt – wydusiła niemalże bezgłośnie. – Dziękuję, że jesteś obok, wilczku – objęła go i jęknęła, gdy się poruszył. – Och… ojej… oj… – wydukała, przymykając powieki. – Szybciej troszkę – poprosiła zmysłowo, mocniej ściskając uda, bo chociaż wówczas jej mąż miał mniejsze pole manewru, to zdecydowanie było im znacznie lepiej: ona była ciaśniejsza, toteż ich doznania stawały się intensywniejsze.

    bezdennie szczęśliwa, bezbrzeżnie wzruszona i bezsprzecznie zakochana, VERA

    OdpowiedzUsuń
  41. — Nie masz mi za co dziękować – wyszeptała całkowicie poruszona Vereena, patrząc na Connora z miłością i oddaniem, aby następnie z przyjemnością przyjąć jego pocałunek na swoich stęsknionych za nim wargach; aby dać się porwać tej cudownej euforii, którą sobie fundowali, a która nie znała granic, kiedy już puścili maszynerię ich ciał w ruch, pozwalając, aby te tańczyły ze sobą namiętnie. On wspierał się na swoich wielkich, silnych ramionach, ona obejmowała go swoimi chudymi, delikatnymi rączkami za kark; on pochylał się tak, aby jej twarde sutki sunęły po jego szerokim torsie, a ona ciasno oplotła go łydkami w pasie, dzięki czemu byli siebie blisko; dosłownie nie wiedzieli, gdzie zaczynało się jedno ciało i gdzie kończyło się drugie: było cudownie. Świadczyły o tym chociażby ich westchnięcia, zgrywające się z szaleńczym, wspólnym i rytmicznym biciem ich serc, które zdawały się być jednym sercem, które jednakowoż nie były zbyt głośne: ot słabe pojękiwania, których nie mogli wydusić z gardeł ściśniętych rozkoszą. – Kocham cię wilczku… – to było zaś ostatnie, co pół-wila szepnęła do swojego męża: włożyła w to tyle energii, że później mogła jedynie doświadczać przyjemności, którą jej niósł ruchami swych bioder: miarowym wsuwaniem i wysuwaniem się z niej. Ich spełnienie więc było równie ciche, co gwałtowne.
    Dyszeli długo i ciężko, patrząc sobie głęboko w oczy, a następnie całując się dosłownie do utraty tchu, zanim były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu zdecydował się podjąć rozmowę, którą przerwała im paląca potrzeba zaspokojenia swoich potrzeb erotycznych – oczywiście, gdyby sytuacja i temat faktycznie wymagały pełni skupienia i oddania dyskusji, wówczas na pewno nie doprowadziliby do seksu. W tamtym jednak wypadku zbliżenie było niejako przypieczętowaniem wszystkich słów, jakie wobec siebie rzucili. Zresztą, kolejne minuty tylko potwierdziły ową tezę: po krótkiej wymianie zdań oraz czułości, wstali z zamiarem wzięcia prysznica, gdzie Vera oddała się swojemu partnerowi na pralce i szafce, w której trzymali proszki, zapasowe ręczniki i papier toaletowy, więc w rzeczywistości nie bardzo to sprzyjało romantyzmowi – po raz kolejny jednak Greybackowie udowodnili, iż romantyzm tkwi w sercu, a nie tylko w świeczka i eleganckich strojach oraz jedwabnej pościeli. Następnie zaś skierowali się wprost do sypialni, gdzie na początku naprawdę mieli zamiar od razu się położyć i odpocząć – ich ciała jednak zareagowały za nim i pan domu wziął swoją drobną, ciężarną żonę od tyłu, zostawiając jej kilka siniaków na udach i biodrach. Była tym faktem niebywale usatysfakcjonowana.
    — Mmm… daj żyć… – niczym więc dziwnym nie było, że w majowy, sobotni poranek miała plan się wyspać po takich nocnych ekscesach, wyczerpującym piątku i dużej ilości emocji; na szczęście głównie pozytywnych. – N-nie… nie chcę wstawiać… nie – burczała, czując, jak wielka, ciepła łapa jej ukochanego sunie po jej drobny ciałku, adorując każdy milimetr kwadratowy jej skóry, ale jako że była nadal skrajnie wręcz wyczerpana; w nocy także odczuwała na sobie jego wzrok, ale nie przejmowała się tym: zdawała sobie świetne sprawę z tego, jak bardzo potrzebował tych kilku godzin patrzenia się na nią, a niestety nie miała sił, aby namawiać go do odpoczynku. – Jezus Mario! – Nie powstrzymała pełnego zaskoczenia uniesienia głosu, kiedy nagle została ściągnięta z niej kołdra. – Connor! – Sarknęła, ale jej złość szybko minęła, kiedy spostrzegła, jak całuje jej brzuszek, gładząc go i śmiejąc się radośnie jednocześnie. – Co ty robisz? – Padła w poduszki, przetarła dłońmi zmęczona twarz i ziewnęła przeciągle. – Halo, mówię do ciebie, Connor – burknęła, kiedy nie zareagował. Uniosła się lekko, a on cofnął rękę i wtedy to spostrzegła. – Co do… co… – ni z tego ni z owego wyskoczyła z łóżka i stanęła przed lustrem bokiem. – Co… – szturchnęła palcem malutki wzgórek pod jej pępkiem. – A-ale… ale tego nie było… n-nie było wczoraj – powtarzała zszokowana.

    kompletnie oczarowana i totalnie zachwycona VERKA, która musi dojść do siebie

    OdpowiedzUsuń
  42. Szok, jaki malował się na zazwyczaj spokojnej – niemalże anielskiej, co czasem podkreślał sam Connor – twarzy Vereeny był tak wielki, że kiedy spojrzała w swoje odbicie w lustrze, w pierwszej chwili zupełnie siebie nie poznała i nie można było się jej do końca dziwić: ani z powodu zaskoczenia, ani z powodu zdumienia na swój widok; przecież właśnie się obudziła i okazało się, że nagle, pomimo tylu tygodni, jej ciąża zaczęła być widoczna. Gwałtowne wyskoczenie z łóżka także nie było zupełnie niczym nietypowym – musiała się upewnić, że wciąż nie śni. Musiała przecież sprawdzić, czy to wszystko jest rzeczywistością. Po pierwsze, fakt że nagle jej brzuch się uwypuklił – ot, leciutko, jakby zjadła z samego rana jajecznicę z pięciu jaj na boczku, ze szczypiorkiem i pieczarkami, zagryzaną kilkoma, grubo pokrojonymi kromkami chleba z zatrważająca warstwą domowej roboty masła, i musiała po prostu przeczekać proces trawienia, dysząc gdzieś z bezczelnego, acz cudownego, przeżarcia; nie było toteż możliwości, aby ktoś obcy dostrzegł w niej zmiany, szczególnie że przed nikim obcym nie paradowałaby nago – był dla niej kompletnie niepojęty, ale w taki przyjemny sposób. Jasne, jej zdębienie było wyjątkowo silne, ale wynikało raczej z pozytywnych uczuć oraz cudownej myśli, iż malec pod jej sercem jest duży i silny, co znaczy, że po raz kolejny udało im się stworzyć idealnego maluszka. Druga kwestia natomiast na moment po prostu odrzuciła ją od mebla, ale na szczęście dość szybko się opanowała i ponownie podeszła do tafli – tym razem ustawiając się bokiem i delikatnie dźgając wzgórek palcem, jakby się upewniając, czy to na pewno prawda: był drobny, był wspaniały i był lekko twardy: idealny. Zwyczajnie nie potrafiła oderwać od niego wzroku ani dłoni, jednak nie zignorowała ukochanego, który nagle zjawił się obok niej – uniosła na niego pełne zachwytu spojrzenie fiołkowych oczu, uśmiechając się nieprzytomnie, pełna rozmarzenia i z bezdennym oczarowaniem; takim, jakiego faktycznie długo nie można było u niej uświadczyć, szczególnie biorąc pod uwagę ostatni, wyjątkowo ciężki i nieprzyjemny tydzień, pełen milczenia oraz niepewności. Wszystkie dobre chwile przyjmowała więc znacznie bardziej intensywnie.
    — Jestem w ciąży – szepnęła tak, jakby dopiero w tamtej chwili to niej dotarło. Zaśmiała się perliście i ponownie zerknęła w swoje odbicie; jej mąż natomiast objął ją od tyłu, a ona wcisnęła swoje chude plecy w jego umięśniony brzuch. Była bezbrzeżnie szczęśliwa. – Ha!, olbrzymia! – Zaśmiała się radośnie, kiedy wilkołak obrócił jej przekleństwo we wspaniałą ripostę; chyba wszystko, co z nim związane zawsze już miało dla Very pozostawać całkowicie idealne. Uśmiechali się do swoich odbić, trochę jak skończeni szaleńcy, zapadając się w tej pięknej chwili na dobre i budując wokół siebie pełną radości bańkę, którą mieli zamiar utrzymać już na dobre. – O Boże, Connor… – jęknęła jednak chwilę później, bardzo teatralnie, aby nie miał wątpliwości, że chociaż drwi z jego komentarza na temat mierzenia, to w sumie zawsze podobało się jej to, jak mocno o nią dbał i jak silną więź pragnął budować z ich dziećmi, nawet jeśli te wciąż znajdowały się poza ich zasięgiem. – Ja spalę wszystkie centymetry, jakie mamy w domu i wyrzucę ten cholerny stetoskop, bo przecież ty mi żyć nie dasz, wielkoludzie! – Zachichotała uroczo, nie będąc jednak absolutnie złą i wcale nie mając w planach tego robić: ot, po prostu się z nim droczyła na swój własny, dziwny, ale pełen miłości, sposób. Nim się jednak obejrzała, były profesor ONMS z Hogwartu już wrócił z miarą krawiecką. – Jezus Maria – zaśmiała się raz jeszcze, ale pozwoliła mu czynić honory. – No, jest… zrobiłeś mi dziecko – odszepnęła mu wzruszona, układając dłonie w jego pasie. – Pfff… myślisz, że tak łatwo ciężarówki wybaczając wczesne pobudki? O nie, nie, mój drogi! Na to trzeba zapracować! – Zapowiedziała, z chytrym błyskiem w oczach. – Zrobisz mi śniadanie – wyjaśniła wesoło.

    wykorzystująca sytuację VERKA, która dopiero rozpoczyna mszczenie się :D

    OdpowiedzUsuń
  43. — Mój drogi – podjęła mentorskim tonem Vereena, chociaż jasnym było, iż zwyczajnie rozbawiona do granic możliwości; naprawdę, takie zachowanie, jakie prezentowała, wymagało nie lada talentów aktorskich i samozaparcia – to chyba logiczne, że kiedy zrywasz bladym świtem ciężarną, mała żonkę musisz jej jakoś to wynagrodzić, prawda? Czegoś równie okrutnego nieprzemyślanego – uśmiechnęła się zadziornie; chytrze, ale wciąż niepomiernie wręcz uroczo: jasnym było, iż w rzeczywistości jest całkowicie oczarowana jego podejściem i całkowicie zachwycona tym, co zrobił, tym właśnie, jak bardzo kochał ją i to maleństwo w jej łonie – nie można puścić płazem – uniosła nawet palec do góry, jakby dawała małemu chłopcu reprymendę, a nie dyskutowała ze swoim dwie dekady starszym małżonkiem, z którym dzieliła tak wiele lat wspólnego, całkiem, jakby nie patrzeć udanego, życia. – Nie, nie, nie – dodała szybko, kiedy zaczął się tłumaczyć; we wspaniały sposób podjął jej grę i udał wielce pokrzywdzonego i zatrwożonego myślą, iż żona wymyśli mu jakąś szaloną karę – żadnych wymówek: zachowałeś się skrajnie źle i ja ci tego nie wybaczę, dopóki nie zobaczę tutaj pysznego, pożywnego śniadania, dzięki któremu nie utyję – niewątpliwie kazała mu stworzyć niemożliwe i doskonale się z tym czuła. – No, raz-raz!
    Nie spodziewała się jednak, że wilkołak ma inny pomysł na życie i postanowi ją wziąć ze sobą na dół, do kuchni – był przy tym tak szybki, że Vera nawet nie zorientowała się, kiedy narzucił na jej szczupłe ramiona jedwabny szlafrok z motywem bzu i agrestu, który otrzymała od niego ot tak, bez najmniejszej okazji, i dokładnie w którym momencie pokonali odległość dzielącą ich z sypialni do odpowiedniego pomieszczenia. Była mu wdzięczna za zakrycie ich nagości i chronienie umysłu Roselyn Irisbeth przed ewentualnymi uszczerbkami, gdyby wpadła na swoich rodziców, stojących nad garami tak, jak ich pan Bóg stworzył – co prawda, ostatecznie okazało się, iż to były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu stał nad owymi garami, a ona siedziała wygodnie na krzesełku, ze szklanką soku w dłoni, drugą, wolną, gładząc się po brzuszku, jakby domagając się jego jeszcze większej widoczności. W związku z tym, nie bardzo skupiała się na tym, czy jej ukochany już niszczy jej małe królestwo rozkoszy podniebieniowej, czy jeszcze nie – oddała mu je w pełnię posiadania, samej odpływając do krainy marzeń. Nie wiedziała więc nawet, ile czasu minęło, ale była pewna, że dawno nie czuła tak wspaniałego zapachu, jak ten, który nagle rozniósł się wokół niej. Uśmiechnęła się błogo i wówczas postanowiła wrócić do rzeczywistości.
    — No, no, no… – wyszeptała oczarowana, kiedy jej oczy w końcu objęły wszystko to, co znajdowało się przed nią na stoliku kuchennym. – Wilczek się postarał – wyszczerzyła się zachwycona, zacierając dłonie i dosłownie nie mając pojęcia, od czego powinna była zacząć: wszystko wyglądało cudownie i sprawiało, że miała ochotę każdej rzeczy napchać sobie do buzi, niczym chomik. – Smacznego, skarbie – odpowiedziała jednak i posłała mu pełne miłości spojrzenie; chwilę tak trwali, po prostu mierząc się wzorkiem: on księżycowych tęczówek, ona fiołkowych, czyli dwóch kolorów tworzących jedną, nieopisanie piękną i niepowtarzalną barwę ich miłości. Następnie jednak w pełni skupiła się na posiłku, po raz kolejny będąc wspaniale zaskoczoną przez swojego małżonka, który nagle wstał i stwierdził, że nie jest w stanie funkcjonować w oddaleniu od niej. Parsknęła śmiechem. – Na Boga i Ojca, Connor – pokręciła z niedowierzaniem srebrną głową, zerkając na niego z politowaniem, kiedy zaczął gładzić jej brzuszek. – Ty wiesz, że my mamy obowiązki, musimy pracować i w ogóle? – Zadarła jedną brew, kpiąc z niego okrutnie i dość brutalnie przypominając mu, że niestety nie czeka go wieczność w takiej pozycji; niezależnie jednak od wszystkiego, niezmiernie i niezmiennie uwielbiała ten jego stan upojenia dobrymi wieściami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, dyskusja na temat rozłąk na – o zgrozo! – połowy każdego dnia w tygodniu roboczym, wcale nie była łatwa i w pewnym momencie pół-wila nie mogła być już pewna, kiedy jej partner żartuje, a kiedy mówi na poważnie. Na szczęście, z pomocą przyszła ich córeczka, która skutecznie urwała ojcowskie utyskiwania – zwabiona wspaniałymi zapachami, postanowiła sprawdzić, co jej rodziciele robią w kuchni. Nie zawiodła się, bo dostała ulubione naleśniczki, a Greybackowie wówczas poczuli, że to właśnie był ten odpowiedni moment do rozmowy – nie wiedzieli, skąd im się to wzięło, ba!, nawet nie zamienili ze sobą słowa, tyko wymienili pełne pewności spojrzenia, na które weterynarz wziął pięciolatką na kolana, a jej mama ustawiła się tak, aby móc ją gładzić po policzku i włoskach oraz wyjaśnić, jakie zmiany czekają ich na Trenwith w nadchodzących tygodniach. Ku ich niemałej uldze – ale też lekkiemu zaskoczeniu, bo chociaż wiedzieli, że ich królewna to mądra, roztropna i uważna dziewczynka, to nie spodziewali, że aż tak bardzo – Rosie nie tylko zaakceptowała fakt, że nie będzie najmłodszym członkiem rodziny, ale ucieszyła się, że będzie starszą siostrą, przysięgając solennie, że dobrze się zajmie swoim rodzeństwem. Rzecz jasna, nie omieszkała zaznaczyć, że życzy sobie siostrzyczki – tego nie mogli jednak obiecać.
      Niemniej, niewątpliwie cała ta poranna dyskusja przeszła nadzwyczaj sprawnie i ich latorośl w pełni pojęła, że nie można domagać się od mamy wzięcia na ręce ani skakać po niej, czy rzucać się z jej impetem w ramiona, bo w przez najbliższe miesiące będzie miała podwójne zadanie: pomóc urosnąć maluszkowi pod jej sercem i zapewnić mu bezpieczeństwo. Jako więc że było tak dobrze, uznali, iż w takim wypadku reszcie rodziny przekażą wspaniałą informację w niedzielę – i tak na farmę przyjechać mieli państwo Rochefort, toteż wilkołak musiał wykonać telefon tylko do Hawthorne’ów. Zadecydowali, iż nie ma sensu, skoro wszystko układa się tak idealnie, dłużej trzymać czegokolwiek w tajemnicy – przecież powiększenie się rodziny było cudowną wiadomością, zwłaszcza, że Roselyn Irisbeth przyjęła ją również spokojnie i z radością; co prawda, nie poruszyli kwestii tego, jak będzie wyglądało ich życie, kiedy już maluszek się pojawi, ale uznali, że do takich rewelacji będą musieli ją przygotowywać stopniowo. Nie chcieli, aby czegoś się przestraszyła i coś demonizowała, ponieważ i tak stąpali po cienkim lodzie, a wspomnienia o poronieniu pielęgniarki mogły wrócić jeszcze do jej pociechy. Tymczasem jednak – nie tym się przejmowali, a przygotowaniami do odpowiedniej oprawy na nadchodzący, rodzinny posiłek.
      — Ugh… – niestety, nie można było powiedzieć, aby Vereena tego konkretnego dnia czuła się na siłach, aby robić cokolwiek. Generalnie, o poranku obudziła się pełna energii, wiary i nadziei, co utrzymywało się przez resztę przedpołudnia, dopóki nie przyjechała Josephine z morelkami, które tak uwielbiał Jacob: zapach tych owoców dosłownie doprowadzał panią domu do szaleństwa i wzbudzał w niej odruchy wymiotne, których nie bardzo mogła w żaden sposób kontrolować; udawało się jej to z wykorzystaniem zdecydowanie zbyt wielu pokładów siły, co odbijało się niestety na reszcie przygotowań. Miała zresztą wrażenie, że w całym domu śmierdzi tymi cholernymi morelkami. – Matko… przenajświętsza… – spała w związku z tym, pochylona nad zlewem kuchennym, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić: w zasadzie to panicznie bała się, że jeśli zamknie się w łazience w wiadomym celu, to całą niespodziankę szlag trafi, a nie po to, zerwała się z samego rana, aby upiec brownie i nie po to też wysłała męża po różowe i niebieski balony, którym domalował wąsy; te miały zostać przyniesione przy deserze. – Zaraza – jęknęła i rozpaczliwie chwyciła szklankę z wodą. – Błagam cię, Connor, nie komentuj – rzuciła jeszcze słabo, od razu poznając jego zachwycający wręcz zapach, gdy wsunął się do pomieszczenia.

      wymęczona przez poranne mdłości, ale wciąż szczęśliwa, VERA THORNE

      Usuń
  44. Pierwszy trymestr ciąży dla Vereeny nigdy nie był łatwy, co w równym stopniu ją wykańczało, jak zwyczajnie, nieopisanie wręcz denerwowało, wkurzało i irytowało, niczym natrętna mucha latająca wokół jej srebrnej głowy. Pierwszy fakt wynikał zwyczajnie ze zmian zachodzących w jej organizmie – z tego, że jej piersi robiły się wrażliwsze i podatniejsze na pieszczoty Connora; z tego, że biodra stawały się nieco bardziej zaokrąglone, przez co niestety nie mieściła się we wszystkie swoje ulubione ubrania; z tego, że o prostu jej organizm reagował na małego, słodkiego intruza wymiotami, zawrotami głowy oraz zdecydowanie zbyt wysoce posuniętym nadwęchem, przez który każdy zapach odczuwała intensywniej, co ostatecznie prowadziło do bardzo nieprzyjemnych sytuacji – takich jak ta w kuchni, kiedy niedobrze jej było od moreli. Drugi natomiast – ściśle był z nim powiązany. Pół-wila bowiem potrafiła znieść doprawdy wiele – od szydzenia z niej, poprzez gapienie się na nią, aż na torturach słownych i fizycznych skończywszy – ale bezsilność było najgorszym uczuciem, jakiego kiedykolwiek doświadczała. W momencie zaś, w którym musiała większość czasu spędzać z twarzą zawieszoną nad toaletą, popijać ziółka, albo po prostu leżeć na kanapie z nogami w górze i zimnym okładzie na czole – czuła się niepotrzebna, ba!, niczym kula u nogi. Oczywiście, było to idiotyczne, bo przecież była siłaczką – matką, która miała wydać na świat nowe życie, kimś, kto przecież sam w sobie nosił nieopisaną moc i energię. Niestety – dla pielęgniarki nie miało to znaczenia i ona nawet w gorączce wariowała, bo nie jest w stanie czegoś zrobić i musi odpoczywać. Fakt zaś, że całe życie śmiała się z pseudo-cierpiących kobiet w stanie błogosławionym – tylko podbijał jej niechęć do siebie.
    — Mmm… wybacz – mruknęła jednak ze skruchą po tym, jak warknęła na męża, który chciał dobrze: on zawsze chciał dobrze; był kochany, oddany i uczynny, a ona znowu się na nim niepotrzebnie i niesłusznie wyżywała. Świadomość tego zaś tylko mocniej ją dobiła; głębiej pochyliła się na zlewem, zaburczała, zajęczała i odetchnęła ciężko: niestety nie na tyle głęboko, aby powstrzymać zawroty głowy i mdłości, będącej bardziej irytującymi, niźli naprawdę szkodliwymi, przynajmniej jeszcze teraz, bo utrzymywanie się ich zbyt długo także przecież zdrowe nie było. Odetchnęła ciężko i miała ochotę załkać ze szczęścia: gdyby nie on, najpewniej umarłaby. – Jesteś najlepszy – wyszeptała, kiedy związał jej włosy w warkocz; bardzo chciała wówczas na niego spojrzeć, ale nie miała sił się poruszyć chociażby o milimetr. – Ciągle o mnie myślisz – wystawiła do niego dłoń, dając mu znać, że chce podejść do okna; majowe powietrze nie ukoiło jej nerwów ani ciała zbyt mocno: wciąż było jej paskudnie niedobrze. – Nic, Connor, nic – zapewniła jednak, całkiem poważnie, bowiem juz naprawdę nie miał, czego robić: po prostu jak długo zapach moreli miał się unosić na Trenwith, tak długo miała obijać się o muszlę klozetową. – Kocham cię – tak dziękowała mu za wszystko; schowała twarz w jego torsie. Wdychała jego zachwycający zapach dłuższą chwilę, próbując się ze wszystkich sił opanować. – Bawią się, czy nie – podjęła nagle – muszę skończyć przygotowywać obiad… nie mogę nic dać po sobie poznać, aż do deseru – zaśmiała się wyjątkowo niemrawo i powolutku odsunęła się od niego. Nie postąpiła jednak dwóch kroków, a już leciała na ziemię; dobrze, że jej ukochany był obok. – Jezus Maria – wtuliła się w niego, poszukując bezpieczeństwa. – Dziękuję – sapnęła żałośnie słabo, przymykając oczy.

    wyjątkowo mocno słaba i bardzo z tego faktu niezadowolona VERA, która wie, że musi się wziąć w garść, ale jakoś nie może…

    OdpowiedzUsuń
  45. Vereena poczuła się tak beznadziejnie słaba, jak od dawna się nie czuła – chyba ostatni raz, taki marazm ogarnął ją wówczas, kiedy była przed operacją wycięcia oponiaka z jej srebrnej głowy przed niemalże czterema laty. Wiedziała oczywiście, że nie powinna była tak pojmować całej tej sytuacji, bowiem – ponownie, tak wówczas, w dwa tysiące dwudziestym piątym – nie miała tak naprawdę żadnego wpływu na swój stan zdrowia i pewnie nawet gdyby nie te cholerne morele, to nie byłoby jej zupełnie nic. Nawet przecież rano nie miało żadnych nudności, czy zawrotów głowy – owszem, piekły ją piersi, trochę była ociężała, ale równie dobrze, ta druga niedogodność, mogła wynikać tylko z ilości wspaniałych emocji, jakich doświadczała: z potwierdzenia przypuszczeń po jej odmiennym stanie przez doktor Seymour, z radości, jaka wynikła z doskonałego przyjęcia tych wieści przez słodką i uroczą Roselyn Irisbeth i ogóle – z faktu, że po prostu cieszyła się, iż z Connorem ponownie powołali na ten świat idealną istotkę. Generalnie więc było cudownie, ale jej nadwęch po prostu doprowadzał ją do szaleństwa, chociaż istniała – całkiem bardzo prawdopodobna – możliwość, iż pół-wila zwyczajnie sama siebie nakręcała. Czasem lubiła tak myśleć oraz oceniać, bo wówczas miała pozorne poczucie, iż posiada większą kontrolę nad samą sobą i nad tym, co się z nią dzieje – straszliwa świadomość zaś, iż nie ma na siebie wpływu była przerażająca; bezsilność ją wykańczała. Pewnie też więc, gdyby nie obecność wilkołaka – już dawno by się poddała i całkowicie załamała. Walczyła natomiast dla niego – i oczywiście dla ich córeczki oraz reszty bliskich w dalszej kolejności, ale jednakowoż to on był jej wspaniałym i nieocenionym motorem napędowym, któremu nie wiedziała, jak może dziękować za każdą cudowną rzecz, jaką dla niej robił – i próbowała się cały czas uśmiechać oraz patrzeć pozytywnie na każde wydarzenie; chociaż w tamtej chwili miała ochotę puścić z dymem każdą plantację moreli. Co ważniejsze jednak – udowadniał to po raz kolejny, że niezależnie od wszystkiego jest obok niej. Nie dała jednak rady mu podziękować za jego wielką miłość, oddanie i troskę, którą wobec niej okazywał – była na to zbyt słaba.
    — U-uważam… uważam… Jezu… – wybąkała wtulona w męża po swoim bardzo niebezpiecznym zachwianiu się. – Uważam, kochanie, naprawdę – dodała, po tym jak odchrząknęła ciężko; chciała mu za wszelką cenę pokazać, iż dba o siebie i naprawdę nie robi niczego, co jest głupie i nieodpowiedzialne. Przymknęła powieki, podziękowała mu i zaczęła głęboko, miarowo oddychać. – Connor… kiedy… k-kiedy ja się nie forsuję. – Zapewniła, spinając się lekko i marszcząc brwi. – Nie robię niczego ponad to, co robiłam chociażby w zeszłym tygodniu i przysięgam ci, gdyby nie te morele latałabym po sufitach – wyszczerzyła się radośnie, chociaż była blada, co wyglądało ostatecznie dość groteskowo. Powolutku uniosła głowę i spojrzała w jego zachwycające oczy. – Nie denerwuje się obiadem ani… powiedzeniem o naszym słodkim sekreciku – ułożyła jego wielką łapę na swoim brzuszku. – Serio – przekonywała i była całkowicie szczera. – Jestem… jestem całkowicie spokojna i szczęśliwa, i… i, o cholera, Connora, wiesz, jak ja cię kocham? – Przycisnęła się mocno do jego torsu. – W sumie jednak nie masz głupiego pomysłu z tymi morelami… może faktycznie zrobimy to przy obiedzie… pewnie na pewno masz rację… jak zwykle masz rację – uszczypnęła go w pośladek, trochę z niego kpiąc. Odetchnęła w końcu ciężko. – Chcę coś uściślić – zaczęła ni z tego z tego, ni z owego wyjątkowo poważnie – nigdy, ale to nigdy – podkreśliła mocno, niemalże groźnie – nie myśl, że noszenie twojego dziecka pod moim sercem jest dla mnie męczące. Nigdy, Connor. Czy to jasne? – Głos miała pewny siebie i ostry; nieznoszący sprzeciwu. – A teraz – uśmiechnęła się uroczo – pomóż mi usiąść i sprawdź, czy nie przyfajczyłam sera w sosie – wyszczerzyła się, padając ciężko na krzesełko.

    chociaż naprawdę wyjątkowo mocno wymęczona, to szczęśliwa i kochająca VERA

    OdpowiedzUsuń
  46. — Dobrze, że wiesz, ale ja i tak będę ci powtarzała, długo, namiętnie, aż do znudzenia; aż w końcu powiesz, że mam się zamknąć na dobre – wyszczerzyła się Vereena, która chociaż bardzo mocno osłabiona i naprawdę zmęczona oraz skrajnie, niezdrowo blada, nie mogła sobie odmówić kilku minut droczenia się z Connorem i zapewniania go o swojej bezdennej miłości, która niewątpliwie mogła przenosić góry i pomagała jej się podnieść nawet po najcięższym upadku; nierzadko za pomocą jego wielkich, silnych ramion. – No, no, tylko się przyznawaj, ze to lubisz, bo cię takimi wyznaniami zakatuję… na śmierć! – Zachichotała słodko, siedząc już wygodnie na krzesełku i gładząc się po brzuszku, jakby ten był duży, a malec w jej łonie już się poruszał; ot, taki zwykły, matczyny odruch, dzięki któremu już na tak wczesnym etapie ciąży nawiązywała więź ze swoim dzieckiem. – Każdy z nas popełnia błędy, każdy, a twoim największym jest ten, że w ogóle pomyślałeś, że mogę się męczyć, dając ci kolejną kruszynę – przypomniała mu wesoło, a następnie pogoniła do sosu. – Brawo żołnierzu! – Pochwaliła go nawet kpiarsko, kiedy chwycił za łyżkę. – Cooo?! – Poderwała się gwałtownie i równie szybko pacnęła z powrotem na siedzenie, dopiero po chwili orientując się, że żartował. – Ha-ha – zirytowała się. – Śmieszne – burknęła.
    Dopiero jego – acz niewątpliwie wspaniały – serowy pocałunek nieco ją udobruchał, ale i tak spoglądała na niego jeszcze chwilę spod byka, pilnując tym razem, aby nie wyjadał z garnka polewy do polędwiczek w boczku – nie było to znowu takie łatwe, bo skutecznie zasłaniał jej widok swoim wielkim, seksownym cielskiem, a ona przecież była uziemiona; dla męża i z rozsądku. Dlatego też, kiedy poprosił ją, aby się nie ruszała – zresztą nie bardzo miała na to siły – zgodziła się z nim i chociaż zalewała ją krew z bezsilności i poczucia beznadziei, to nie kiwnęła nawet palcem, kiedy on pozbywał się z Trenwith wykańczającego dla niej zapachu moreli, co bardzo doceniała, bo niestety: z minuty na minutę było coraz gorzej. Kwestia była jednak mocno skomplikowana: musiał kryć się z magią przed panem Rochefortem – wówczas uznała, że czas najwyższy wyznać mu prawdę.
    — Wiem, kochanie, że miałam siedzieć, ale kto ugotowałby makaron? – Zapytała retorycznie: oczywiście, nie wytrzymała długo bez pilnowania w jednej pozycji i mając w głowie tę irytującą myśl, że skoro już nie pomaga, to niedługo zacznie przeszkadzać, jakkolwiek to było idiotyczne; zresztą, wlanie wody do garnka, zagotowanie jej, posolenie i wrzucenie składników z paczki nie było przecież zdobyciem Korony Świata. – Nie złościsz się, bardzo dobrze – wyszczerzyła się triumfalnie, widząc jego cudowny uśmiech. – Chodź do mnie – poprosiła czule, a kiedy to zrobił, zachichotała jak podlotek na jego muśnięcie ją w czoło. – Jesteś najlepszy, wiesz? – Zagaiła czule, gdy wspomniał o zapachu, naprawdę bardzo wdzięczna za wszystko, co dla niej zrobił. Ponownie ułożyła dłonie w jego pasie, czując się tak znacznie stabilniej i zwyczajnie bezpieczniej. – Tak, jest znacznie, znacznie lepiej – przyznała szczerze i poważnie, a dla efektu zaciągnęła się głęboko powietrzem i wypuściła je ze świstem, uśmiechając się wesoło i tym samym pokazując, że już zdecydowanie nigdzie nie wyczuwa żadnych moreli. – Dzięki – przyciągnęła go do siebie, aby musnąć jego idealnie wykrojone wargi, a następnie zamyśliła się, zabawnie marszcząc nosek. – Zróbmy to… po obiedzie… wiesz, jaka jest babcia, jak jej powiemy teraz, to nic nie zje, a ja nagotowałam jedzenia, jak dla pułku wojska – wybuchła perlistym śmiechem. – Ej, Connor – zagaiła nagle, zaniepokojona – ale wiesz… wiesz, że twoje szczęście też się liczy, nie? Bardziej niż moje – uściśliła; och tak, zdecydowanie byli siebie warci. – Jeśli więc masz inny pomysł, to mi powiedz, proszę – tym razem to ona chwyciła jego przystojną twarz w swoje drobne dłonie. – Chociaż chorwacki zespół pieśni i tańca brzmi zacnie, mój drogi – dodała radośnie.

    tak naprawdę bardzo mocno zniecierpliwiona VERA, która gra pełną powagi i rozwagi, lol

    OdpowiedzUsuń
  47. Najmniejszym wątpliwościom nie ulegał fakt, że Connor był skończonym wariatem – wielkim, kochanym i wspaniałym wariatem, bez którego Vereena nie potrafiła żyć i nie wyobrażała sobie, aby w ogóle mogło istnieć bez niego jakieś życie: pewnie, zakrawało to o skrajne uzależnienie, ale czy mogło być coś złego w uzależnieniu od miłości?; czy mogło być coś złego w szaleńczej miłości dwóch osób, które pokonywały wspólnymi siłami wszelkie przeciwności losu i nie poddawały się bez względu na wszystko?; czy mogło być coś złego w miłości tak wielkiej, że mogła dosłownie przenosić góry, rozwiewała wszystkie burzowe chmury i sprawiała, że zwyczajnie świat stawał się piękniejszy? Nie, nie mogło być – ten rodzaj uzależnienia był bowiem najlepszy na świecie, pomimo tego, iż najpewniej niezrozumiały przez znakomitą część społeczeństwa; w zasadzie i dobrze, bo też chyba Greybackowie nie chcieli się dzielić tajemnicami swojej alkowy i woleli być postrzegani, jako wariaci, niźli tłumaczyć to, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami ich pięknej farmy Trenwith i ileż jest tam radości również z powodu słodkiej Roselyn Irisbeth, jak i ich zwierząt. Obydwoje więc, tak w rzeczywistości, byli wariatami, o czym właśnie świadczyło chociażby to, co wyrabiali w swojej kuchni – jakie inne małżeństwo, w obliczu takich kłopotów ciężarnej pani domu, byłoby tak spokojne, zgodne i zgrane?; jakie małżeństwo wciąż w takich momentach odnajdywałoby radość i spokój, dzięki swym objęciom?; jakie małżeństwo wprost przyznawałoby się do tego, że szczęście jednego zaczyna się tam, gdzie zaczyna się szczęście drugiego? Żadne – oprócz n i c h . W związku z tym, niczym zaskakującym nie był to, że tak świetnie się dogadali w kwestii planowanej niespodzianki.
    — Dziękuję – szepnęła tylko jeszcze oczarowana pół-wila i wespół z ukochanym zaczęła znosić potrawy do jadalni, w której już nie pachniało morelami, co owocowało, jak na ironię!, jej znacznie lepszym samopoczuciem. Dzięki też temu, wyjątkowo szybko uwinęli się z nakrywaniem stołu. – Rosie, a co mówiłam o miejscach, hm? – Zagaiła córeczkę, która przebiegła pod jej pachą i zatrzymała się nagle zawstydzona, przyznając, że najpierw dorośli wybierając krzesła; oczywiście, jej mama się nie złościła, ale wolała jej przypominać o pewnych zasadach, które ostatecznie zostały respektowane, ba!, zostały nawet odpowiednio celebrowane, kiedy wilkołak podsunął jej krzesło. Już wtedy dosłownie buzowała z ekscytacji na myśl o tym, co się wydarzy, co było bardzo trudne do okiełznania, zwłaszcza że Zjawa wskoczyła bezczelnie na jej kolana i przytuliła się mocno do brzuszka. Dobrze, że jej jedzenie skutecznie odwróciło uwagę od niej samej. – Odezwał się pan szczuplutki – zbeształa małżonka wesoło i żartobliwie, a następnie rzuciła mu niby-mordercze spojrzenie. – Serio? Zachowujesz się, jakby nam w domu nie przelewało – wbiła palec między jego żebra – i jakbym nigdy ci nie robiła takich pyszności – szturchnęła go jeszcze stopą w łydkę, co jednak miało także podtekst seksualny; mógł to poznać po jej fiołkowym, płomiennym spojrzeniu. Patrzyli na siebie chwilę z oddaniem i czułością, od razu wiedząc, do czego to wszystko zmierza. Zawoalowana uwaga byłego profesora ONMS z Hogwartu tylko to potwierdziła. – Tak… tak jest najlepiej – chwyciła jego wielką dłoń, mocno ścisnęła, nieco ponaglająco, ale i pokrzepiająco. – Powinniśmy kolekcjonować takich pięknych, szczęśliwych chwil w takim gronie, jak najwięcej – przytaknęła ochoczo. – No, ale co będziemy się wzruszać! – Zaśmiała się, niby to dla rozładowania atmosfery, ale tak naprawdę miała w tym swój cel, który przedstawiła mu w kuchni, kiedy częściowo znosili brytfanny i talerze. – Idź po te balony – poprosiła go wesoła i zniecierpliwiona. – No idź, bo ani ja, ani Rosie dłużej nie wytrzymamy, kochanie – wyznała całkowicie poważnie i szczerze, ale uśmiechała się rozmarzona, bo przecież mieli przekazać cudowne wieści, którymi bardzo chcieli się dzielić z bliskimi.

    podekscytowana, jak małe dziecko w święta, mające ochotę skakać, VERKA

    OdpowiedzUsuń
  48. Ekscytacja drobnej Vereeny sięgnęła zenitu i wówczas też zenitu sięgnęło jej zdenerwowanie – nagle bowiem uprzytomniła sobie, że przecież nigdy wcześniej tego nie robiła: nigdy nie przekazywała informacji o swoim odmiennym stanie takiemu gremium, ba!, przy pierwszej, w której nosiła pod sercem malutkiego Lieva Erika i przy drugiej, kiedy to w jej łonie rosła słodka Roselyn Irisbeth, początkowo powiedziała wszystko tylko babci. Jednej, jedynej osobie. Kiedy trzeci raz okazało się, iż jest w błogosławionym stanie – jakoś tak wyszło, że z Connorem to powiedzieli: ot wyrwało się im i tak już zostało. W związku z tym tak naprawę nie miała najmniejszej wprawy w mówieniu o czymkolwiek – chyba że to były testy przed potężną kapitułą profesorów-Uzdrowicieli ze Szpitala Świętego Munga – przed zgromadzeniami ludzkimi i w zasadzie nie można było się jej dziwić, że zjada ją stres: zwłaszcza, że do przekazania miała informacje tak dla niej ważne, tak piękne i w swojej cudowności tak potężne, że niemożliwe do opisania słowami.
    — No już, już! – Podkreśliła w związku z tym wesoło, spoglądając na swojego ukochanego, jak na ósmy cud świata, którym przecież niewątpliwie był; jak zawsze, na moment zaparło jej dech w piersiach. Zdecydowane był zbyt idealny i czasem miała ochotę płakać nad tym ze szczęścia: nad tym, jak przystojny był, nad tym, jak dobry był, nad tym, jak kochany był, nad tym, jak oddany był i nad, jak bardzo mogli na sobie polegać. – Nie denerwuj mnie, wilczku – znowu szturchnęła go żartobliwie w bok, po czym zaśmiała się perliście – tylko leć, niech cię niesie wiatr, a ja postaram się nie roznieść kuchni w drobny mak w tym czasie – puściła mu perskie oczko. – Tak, Connor, wmawiaj sobie dalej, że nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie – pokazała mu język: jasnym było, że żartuje, bo przecież nie poradziłaby sobie bez niego i takie były fakty. Oczywiście, nie odmówiła sobie, aby na odchodne pocałować go czule w usta, a następnie klepnąć w pośladek, aby się pospieszył. W czasie zaś, w którym on zajmował się balonami, ona próbowała względnie chociaż ogarnąć pozostałości po obiedzie, co także do prostych czynności nie należało: dłonie jej drżały z olbrzymiej ekscytacji, toteż kiedy jej mąż wrócił, aż podskoczyła z wrażenia. – Och… och tak, tak… gotowa, o Jezu!, jak bardzo jestem gotowa! – Przylgnęła do niego mocno na chwilę, ładując sobie akumulatory ciepłem i zapachem oraz siłą mężczyzny. – Chodźmy – chwyciła go mocno za wolną rękę i wespół wsunęli się do jadalnie, w którym ich rozleniwiona rodzina oczekiwała na deser; Felix wariował ze szczęścia na wiadomość, iż czeka go brownie Very. Niewątpliwie jednak odeszło to w niepamięć, kiedy goście zobaczyli Greybacków z naręczem balonów. – Malutka… – szybko upomniała jednak córeczkę, wespół z ukochanym, co i tak ostatecznie nie wypaliło do końca, jak chcieli. Rosie jednak była tak urocza, że jej rodzice wybuchli radosnym śmiechem. Dopiero więc później pan domu potwierdził wiadomość, a pół-wila przytaknęła: – W siódmym tygodniu – uściśliła wesoło i wtedy miała wrażenie, że zaczęło się istne szaleństwo: jej babcia płakała, jej mąż wraz z nią, obydwoje ją tulili, Josephine spoglądała na nią w milczeniu z lekką zazdrością, pan przedszkolanka ściskał, gratulując przyjaciela, a najmłodsi skakali wesoło; pewnie Jacob Ivan nie do końca pojmował, co się dzieje, ale kuzynka skutecznie nakręcała go w wesołość. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję – nieco kpiarsko się pokłoniła, udając, że właśnie wykonała skomplikowany występ baletmistrzyni na scenie – ale to nie tylko moja zasługa – wykaraskała się z ramion państwa Rochefort i wróciła do męża, aby to przy jego boku się skryć i opanować się; serce waliło jej młotem w piersi, ale tylko ze szczęścia. – Oj, babciu, no serio dowiedzieliśmy się w piąte… mieliśmy jakieś przypuszczenia… – zapewniała szczerze – nie, nie dziadku, nic mi nie jest… – uspakajała starszego pana – na Boga, Felly, jakbyś nie wiedział, skąd się biorąc dzieci – zarumieniła się na uwagę Hawthorne’a o jurności wilkołaka.

    oszołomiona, acz zakochana VERA

    OdpowiedzUsuń
  49. — Ojej, dajcie mi żyć! – Śmiała się do rozpuku Vereena, która nie potrafiła opanować jednocześnie łez wzruszenia oraz mocnego tulenia się do Connora, który zdawał się być równie mocno poruszony, co ona; ewidentnie jednak obydwoje byli niesamowicie szczęśliwi, tak jak znakomita część ich bliskich, którzy przekrzykiwali się w gratulacjach, ale i pytaniach oraz namowach o opowiedzenie im wszystkiego. Co prawda, ostatnie pytanie było mocno nie na miejscu, ale niewątpliwie Felix wcale nie chciał go zadać w taki sposób: ot, w całej tej euforii, wyrwało się mu niepotrzebnie, acz niewątpliwie zabawnie. Nikt z nich, w związku z tym, nie ganił go ani się nie obrażał, tylko ciągnęli dowcip. – Słuchajcie, żeby sprawa była jasna, naprawdę czuję dobrze, nie licząc… hm… no, jakbyście mogli unikać moreli w moim towarzystwie, bo wtedy nie jest ze mną najlepiej – wyszczerzyła się radośnie, pełna wiosennego słońca w sobie i wolną dłonią pogładziła zachwyconą Roselyn Irisbeth po ciemnych włoskach, która postanowiła wszem i wobec ogłosić, a tym samym podkreślić swoje wymagania dotyczące nowego członka rodziny, iż oczekuje siostrzyczki. – Oj, maleńka, jakbyśmy tylko mogli – zachichotała, troszkę przytłoczona ostatecznie ilością euforii, jaka zalewała ich jasny salon na farmie Trenwith. – Hej… a może deser, hm?
    Rzecz jasna, jej sugestia spotkała się z donośnym potwierdzeniem – nikt nie protestował, bowiem w końcu chodziło o j e j brownie. Zdecydowanie więc – ten wieczór nie mógł wypaść lepiej. Później bowiem było głośno, gwarno, radośnie, o tego stopnia, że po wszystkim Greybacków aż bolała głowa oraz usta i języki od odpowiadania na setki różnych pytań i zagwozdek. Zaczęli rzecz jasna od uspokojenia pani Rochefort – starsza pani potrzebowała kilkunastu zapewnień swej wnuczki, że nic jej nie jest, że poranne mdłości nie są znowu aż tak uciążliwe i że lekarka orzekła, iż nie ma najmniejszych kłopotów; jasnym było, że kobieta referowała niejako w podtekście do poronienia, ale to okazało się nie mieć najmniejszych dewastujących skutków w organizmie pół-wili, co przecież było bardzo istotne – następnie przeszli do jej małżonka – ten natomiast nie mógł zdecydować, czy powinien gratulować, czy tylko się dopytywać, toteż pozwolili mu na obie rzeczy, mimo że kilka razy musieli powtórzyć dane zdanie – a na koniec postanowili okiełznać pana Hawthorne’a, który był tak zachwycony kolejnym maluchem w rodzinie, że już zaczął gadać do brzuszka swojej przyjaciółki – besztania wilkołaka na nic się, w związku z tym, zdawały, ale jak długo właściciel przedszkola był nieszkodliwy, tak długo pozwalali mu na wszystko.
    Było tak przynajmniej, dopóki nie wróciły zawoalowane pytania o ich pożycie małżeńskie – jednak i to zbyli śmiechem. Sprzątając zaś, kiedy zostali sami – wymieniali się pełnymi miłości spojrzeniami i nawet chłodne, wycofane zachowanie Josephine, która nie mogła znieść, że jej nie było dane powiększyć rodziny, czego jeszcze nie wiedzieli, nie mogło im popsuć w żaden sposób humorów. Zwłaszcza, że przy zmywaniu naczyń Vereena donośnie śmiała się z Connora, który wygładzał kompulsywnie zdjęcie USG na stoliku kuchennym, aby dopiero, kiedy miał pewność, że nie jest wymięte – a przeszło przecież przez wiele palców tego wieczoru – przypiąć je magnesem do lodówki, a później została bezczelnie przeniesiona do sypialni i tamże we wspaniały sposób zbałamucona, co zresztą rozpoczęło wspaniały okres w ich życiach, w którym każdego dnia celebrowali fakt, że ten wielki były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu umieścił w łonie malutkiej pół-wili nowe życie – co prawda, wyjątkowo szybko rosnące, jak się okazało w ciągu najbliższych tygodni. Nie niepokoiło ich to jednak – jakżeby mogło, skoro oto mieli wspaniały znak, że ta niewinna kruszyna pod sercem pielęgniarki jest zdrowa oraz silna. Każdy dzień więc cieszył ich niepomiernie – czerpali z niego dosłownie całymi garściami.
    Niczym więc dziwnym nie było, iż maj – oraz związany z tym festyn „May Day Celebrations” –

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – odbył się w doskonałej atmosferze. Oczywiście, jak co roku, poszli na niego całą rodziną, w większości uśmiechnięci i zwyczajnie szczęśliwi – problem pojawił się dopiero wówczas, kiedy Jo zaczęła być wobec Very dziwnie oschła i nieprzyjemna. Oczywiście, pani Greyback nie zostawiła tego bez komentarza – parę dni później kupiła czekoladki i pojechała do przyjaciółki, chcąc wiedzieć, co się dzieje. Wówczas wyszło na jaw, dlaczego zastępczyni burmistrza Boscastle jest w takim złym stanie: zwyczajnie zazdrościła młodszej pani werwy i faktu, iż mogła powiększyć rodzinę, a ona miała takie olbrzymie problemy z Felixem; zazdrościła jej energii w ciąży oraz tego, jak wyglądała; zazdrościła jej, ale nie była zła, czy podła – ot zwyczajnie smutna i rozmowa zdecydowanie jej pomogła. W związku z tym reszta piątego miesiąca roku dwa tysiące dwudziestego dziewiątego minęła im równie cudownie: bez kłótni, bez niesnasek, bez niepotrzebnych wymian zdań – no chyba że tych płomiennych, dotyczących odnawiania Muzeum Magii i Czarodziejstwa, czy rewitalizacji chatki górnika nieopodal Wheal Hope, która cieszyła się jeszcze większym zainteresowaniem, niźli w poprzednich latach. Czerwiec więc powitał ich upałami i pierwszymi rezerwacjami – a więc zastrzykiem gotówki, który pół-wila, jak przystało na zakochaną matkę, już wyliczała ile i na co wyda pieniądze. Zresztą – okazało się, że i swoją garderobę musiała dość szybko wymienić: brzuszka przyrastało jej w zastraszającym tempie, ale obydwoje z wilkołakiem byli jednakowoż tym faktem całkowicie oczarowani: w końcu chodziło o ich wspaniałe, kochane dziecko; rzecz jasna, chodziło głównie o garderobę pana domu, bo to w jego koszulach w ciąży chodziła. Oczywiście, to czasem dawało się jej we znaki, ale dzięki nieocenionemu wsparciu swojego partnera: i tym się nie przejmowała mocno – jak długo miała jego i Roselyn Irisbeth, tak długo miała siły. Żyli więc nieco z dnia na dzień, gdzieś w międzyczasie świętując zdanie egzaminów przez Danielle. Było niewątpliwie przepięknie – i Vereena nie sądziła, że zostanie to zakłócone w ciepłe popołudnie, dziewiątego czerwca.
      — Ojoj, no to kogo tutaj niesie maluszku, hm? – Zagaiła do kruszyny pod swoim sercem, kierując się do drzwi; mimowolnie gładziła się po już mocno pokaźnym, zwłaszcza jak na czternasty tydzień ciąży, brzuszku. Właśnie była w trakcie sprzątania po obiedzie, podczas gdy jej małżonek szlifował swoje zdolności malarskie na piętrze, uwieczniając na portrecie ich królewnę. – Tak późno… – zerknęła na zegar; faktycznie o tej porze nikt ich raczej nie odwiedzał, bo przecież wszyscy ich bliscy mieli swoje życia i jeśli już odwiedzali Trenwith, to raczej właśnie w porze posiłku lub kawy, a owe te kwestie Greybackowie już zamknęli chwilę temu. – Tak? – Uśmiechnęła się jednak szeroko otwierając drzwi i w ogóle nie poznając kobiety, która stała na tarasiku. – Ja? – Spytała zaskoczona do granic możliwości. – To ja? – Zmarszczyła brwi skonfundowana. – Z-znaczy… t-tak… ja to ja… – wybąkała i z każdą upływająca sekundą była coraz bardziej zagubiona. – P-pani… ojej, jak pada, niech pani wejdzie! – Jasne, to było skrajnie głupie i niebezpiecznie, że wciągała do domu obcego człowieka, bo przecież to mógł być każdy; coś jednak w gościu wydawało się jej dziwnie znajome i ciepłe. – Chce pani herbaty? – Zagaiła od razu, w pierwszej chwili nie orientując się, co przybysz mówi. Kiedy jednak w końcu do niej dotarło, cofnęła się o krok. – Przepraszam? P-pani… przepraszam, musi mi pani wybaczyć… co?! – Jeszcze raz się wycofała, tym razem przerażona. – S-sy… s-s-s… s-syna? – Wydusiła z siebie w końcu, nie potrafiąc reagować na komplement, co chyba w zaistniałej sytuacji nie było niczym dziwnym: w końcu wypowiedź owej kobiety była całkowicie oderwana od rzeczywistości. – O czym ty mówisz? – Przeszła więc do ataku, jak każda matka i żona, próbując bronić bliskich.

      chociaż na początku nieuważna, ostatecznie gotowa do walki VERA THORNE, która przybrała z miłości pozycję ofensywną

      Usuń
  50. Niczym zaskakującym nie było, iż Vereena nagle zmieniła wobec obcej kobiety swoje podejście – jakby bowiem nie patrzeć, oto ktoś kompletnie nieznany nachodził ja w sobotnie popołudnie, w strugach ciepłego, lipcowego deszczu i mówił do niej całkowicie niezrozumiałe rzeczy – rzeczy, które tak po prawdzie nieco ją przerażały, zwłaszcza, że jak już wcześniej zauważyła poł-wila: starsza pani miała w sobie coś dziwnie znajomego i ciepłego, a jednocześnie trochę szalonego oraz dzikiego. Nie potrafiła jej ocenić – bardziej, niż innych, bo z tym zawsze miała problem w swej beznadziejnej naiwności, niewinności łatwowierności, które nierzadko prowadziły do ranienia jej, bo zbyt szybko ufała każdemu wokół – i to wyjątkowo ją płoszyło; na co pewnie wpływ miało również to, iż na piętrze był Connor, który bawił się z ich słodką Roselyn Irisbeth, a pod sercem pani domu rósł niewinny maluszek, którego musiała chronić za wszelką cenę, niezależnie od wszystkiego. Małżeńska i rodzicielska miłość nie pozwalała jej więc być tak do końca przyjazną dla intruza, szczególnie gdy w ogóle nie nadążała nad tokiem jego myślenia. Ostatecznie więc chyba nie do końca chciała, aby pani weszła do jej domu na Trenwith, ale ta widocznie się tym nie przejmowała – w ciągu chwili wsunęła się do korytarza, ale nim to nastąpiło, chwilę mierzyły się uważnymi spojrzeniami. Ciężarna pielęgniarka naprawdę nie wiedziała co myśleć, ale mogłaby przysiąść, że gdzieś już widziała podobne rysy – chyba troszkę ostrzejsze, jakby męskie, ale na pewno twarz, w którą patrzyła, nie była do końca obca. Skonfundowanie dwudziestosiedmiolatki sięgnęło w związku z tym zenitu – mrugała gwałtownie powiekami, potrząsała srebrną głową, próbując się jakkolwiek opanować. Z miernym skutkiem.
    — T-tak… tak… to dom… co? – Nie wiedziała już co mówić ani jak się zachowywać, mając coraz większy mętlik w umyśle. – Tak, to dom Connora Greybacka – przyznała, leciutko drżąc i rozglądając się niespokojnie. Niemniej, nie potrafiła jednocześnie powiedzieć kobiecie ot tak, że ma sobie wyjść; nie miała jednak pojęcia, co za siła ją od tego powstrzymuje i dlaczego tak właściwie pozwala obcej osobie panoszyć się po jej korytarzyku. – Eee… a-ale… ale co p-pani… – zatrzasnęła drzwi, z trudem chwytając oddech, bowiem sytuacja robiła się coraz bardziej absurdalna, szczególnie kiedy starsza pani zaczęła dotykać rodzinnych zdjęć jej bliskich. – Przepraszam, ale czy może mi pani wyjaśnić… – ponownie urwała, czy raczej zostało jej przerwane: intruz mówił chaotycznie, jakoś tak jakby zza ściany, co tylko intensyfikowało efekt niezrozumienia. – Chwil? Szans? Zobaczyć? – Powtórzyła, mając wrażenie, że zaraz przewróci się od ilości emocji: wszystko było tak idiotyczne i niemożliwe, że Verę aż skręcało ze złości, że nie może pojąć, co się wokół niej wydarza. – S-s… s-sy… s-syn… syn?! – Wrzasnęła w końcu. – No proszę mi wybaczyć, ale chyba coś się pani pomyliło – uśmiechnęła się pobłażliwie z politowaniem, zbliżając się do kobiety i kiedy mogła obejrzeć jej buzię w dobrym świetle zamarła. Już wiedziała, skąd znała te rysy: to były rysy jej męża. Zapowietrzyła się z wrażenia i cofnęła o krok. Uchyliła z wrażenia usta, dysząc ciężko. – Lucille Greyback – skwitowała w końcu; nigdy nie widziała swojej teściowej na własne oczy, ba!, nawet na zdjęciu: znała ją ledwie z opowieści swojego ukochanego, ale ni miała wątpliwości, że oto stała przed nią. – Powinna pani wyjść, w tej chwili – nakazała, pamiętając, jak matka traktowała Connora. – Teraz – warknęła ostrzegawczo, słysząc poruszenie na piętrze: najpewniej skończyło się malowanie małej Rosie i nastało sprzątanie. – Ostrzegam: wyjdź i nie wracaj, bo nie ręczę za siebie – groziła całkowicie poważnie; jej fiołkowe tęczówki płonęły determinacją: jasnym było, że rodzinę miała zamiar chronić za cenę swego życia. – Cholera… – sapnęła, słysząc tupot małych stópek na schodach: jej córeczka zbiegała radośnie, trzymając w łapkach piękne dzieło ojca.

    wściekła i zaskoczona, acz gotowa do ataku, VERA

    OdpowiedzUsuń
  51. — Niech pani stąd idzie – warczała przez zaciśnięte szczęki Vereena, ale na niewiele się to zdawało: stara Greybackówna stała w miejscu, nie odchodząc ani o cal od zdjęć zawieszonych na przedpokojowej ścianie. – Niech pani stąd wyjdzie! – Dosłownie histeryzowała, nie potrafią chwycić oddechu z wrażenia, bowiem odgłos stópek Roselyn Irisbeth był coraz bliżej. – Nie, ona nie jest pani! – Gdyby nie gardło zduszone przez strach, najpewniej ryknęłaby rozpaczliwie, ale w zaistniałej sytuacji, powiedziawszy to, po prostu się żałośnie zapowietrzyła. W tamtej chwili nie potrafiła nawet dostrzec, iż jej teściowa szczerze żałuje wszystkich popełnionych przez siebie grzechów i naprawdę nie wygląda na kogoś, kto jest gotów kogokolwiek skrzywdzić; to ewidentnie nie było celem jej wizyty na Trenwith. Niemniej jednak, pół-wila, zbyt przejęta tym, co się działo i objęta przerażeniem o swych bliskich, kompletnie tego nie dostrzegała. – Rosie, maleńka moja, a mogłabyś… – urwała załamana, bo było zdecydowanie za późno na cokolwiek: pięciolatka już zdążyła pojawić się na dole, w towarzystwie niedołączonego Pigleta, który zjeżył się lekko na widok intruza; serce jej matki zaś stanęło w piersi – Jezus Maria – jęknęła, opierając się dłonią o piękny kredensik, który swego czasu otrzymała od Connora, który właśnie stał u szczytu schodów.
    Sytuacja była niewątpliwie patowa. Patowa do tego stopnia, że ciężarna pielęgniarka nie potrafiła nawet odpowiednio pochwalić swojej księżniczki za piękne zachowanie, ba!, złapała się nawet na tym, że wolałaby, aby mała zdecydowanie była mniej miła, kochana i grzeczna wobec swej – cholera jasna, jak to absurdalnie brzmiało! – babci. Czuła się więc tym bardziej okropnie, bowiem pod żadnym pozorem nie powinna była ignorować swojego własnego dziecka – zdecydowanie zbyt spostrzegawczego, zważywszy na fakt, że szybko spostrzegła podobieństwo przez obcą panią, a swoim tatusiem – ale trzeba było też pojąć, iż Vera naprawdę nie miała pojęcia co robić, toteż kompletnie zagubiona stała w hallu białego domku i miała wrażenie, że zaraz zwariuje. Co gorsza, mąż, który zagadywał ją z piętra, wcale nie ułatwiał jej sytuacji – nie wiedziała, czy uda się jej go obronić…
    — Jezus Maria… – powtórzyła więc bezradnie. Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca, ledwo powstrzymując się od wybuchu płaczem, jednocześnie przyciągając do siebie Roselyn Irisbeth i przytulając ją mocno, jakby w obawie, że zaraz coś jej się stanie. Trzęsła się niczym osika stojąca samotnie na klifie, smagana przez lodowaty wiatr, a wyglądała jak siedem nieszczęść, nagle poszarzała; zupełnie jakby blask jej błogosławionego stanu gdzieś wsiąkł, wyssany przez Lucille. – Niech pani sobie idzie – szepnęła rozpaczliwie. – Niech pani stąd wyjdzie i nie wraca… na Boga i Ojca, niech pani go już nie krzywdzi! – Zawyła i wówczas też po jej papierowych policzkach popłynęły strugi łez. Ostatecznie jednak, czas umykał jej przez palce, żaden pomysł nie wydawał się dobry, a ona nie mogła dłużej ignorować swojego ukochanego. – N-nie… nie skarbie… nie! Nic się nie dzieje! – Krzyknęła w końcu, chociaż oczywiście jak zawsze kłamstwa wychodziły jej niezmiernie słabo, dlatego też nie było niczym dziwnym, że to wyczuł, nie uwierzył jej i ostatecznie bardzo szybko zszedł na dół. – Connor… proszę… – próbowała mu jeszcze przemówić do rozsądku, namówić, aby zawrócił. Powietrze zgęstniało, zdawało się ją dusić; dosłownie czuła też iskry sypiące się ich napiętych ciał. – To twoja matka… – wydusiła jednak ostatecznie.

    VERA THORNE

    OdpowiedzUsuń
  52. Nie, absolutnie n i c nie było w porządku i to nie ulegało najmniejszym wątpliwościom – wystarczyło raz spojrzeć na poszarzałą, rozdygotaną i niemogącą się skupić Vereenę, aby mieć pewność, że w rzeczywistości jest bardzo źle. Tak źle, że w zasadzie miała ochotę uciekać z własnego przedpokoju z płaczem i żałosnym wrzaskiem, czując, jak wyjątkowo silnie zawiodła Connora – uznawała bowiem, że skoro pozwoliła Lucille w ogóle wejść do ich domu, czego pewnie nie uczyniłaby, gdyby od początku wiedziała, z kim ma do czynienia, to tym samym pokazała, że tak naprawdę nie można na niej polegać: przysięgała przecież swojemu ukochanemu, że będzie go bronić za wszelką cenę i nie udało się jej to. Przez nią musiał się skonfrontować ze swoją matką, a to nie było ani trochę zdrowe, biorąc pod uwagę ich relacje – to, że przecież nigdy nie broniła swojego jedynego, wspaniałego syna przed okrutnym Fenrirem, co czyniło ją równie mocno winną szram, traum i bólu oraz strachu, jakie młodszy z wilkołaków na sobie i w sobie nosił, co jego ojca. Dlatego też ciężarną pielęgniarkę zalewała czysta nienawiść do samej siebie, bo oto okazywało się, że wpuściła do ich żyć wroga. Cudem, w związku z tym, udało się jej opanować na tyle, aby potwierdzić słowa partnera, skierowane do Roselyn Irisbeth – był geniuszem, skoro nawet w takiej sytuacji, pod pretekstem odpowiedniego wychowywania córki, uratował ją przed konfrontacją z babcią-wariatką.
    — Kochana dziewczynka – udało się jej jednak posłać małej słodki, pokrzepiający uśmiech, którym dawała do zrozumienia, iż jest z niej niesamowicie dumna; nie chciała chociaż jej zawieść. Jednak kiedy zniknęła, anielska twarz ciężarnej pielęgniarki ponownie przyjęła bardzo ostry wyraz, który świadczył o tym, jak bardzo mocno była niezadowolona z zaistniałej sytuacji. Nie odezwała się jednak przez następną, dłuższą chwilę. Słuchała uważnie tego, co mówił były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu oraz jego matka, przyglądała się także ich zachowaniom i podejściu do różnych spraw oraz chłonęła ich skomplikowaną relację, orientując się co gorsza, że doskonale rozumie i jego, i ją. Ostatecznie, rzecz jasna, wybrała swojego wspaniałego partnera, bez którego nie mogła istnieć i kiedy przeklął donośnie, doskoczyła do niego, chwytając go za wielką dłoń. – Connor… Connor, kochanie… – próbowała mu przemówić do rozsądku i jakoś wdrożyć się w wymianę zdań obojga Greybacków, ale nie miała na to szans, bowiem w tamtej chwili przerwała jej Lucille. Oto z jednej strony miała swojego ukochanego, swoje słońce i gwiazdy, każdy oddech i bicie serca, całe swe życie, które nie zasługiwało na nic złego, szczególnie od kogoś, kto z zasady powinien go chronić przed wszystkim złym. Z drugiej natomiast: patrzyła na pełną skruchy, acz mocno zagubioną i chyba nie do końca potrafiącą rozmawiać matkę, która szczerze wyglądała, jak ktoś, co tęsknił za swym dzieckiem. Obie zaś te postawy niesamowicie mocno ją poruszały i nagle zapragnęła je pogodzić, niezależnie od tego, jak bardzo byłoby to szalone. – Kochanie, a-ale… ale nic się nie dzieje… – wyszeptała, jednak w swej, całkowicie uzasadnionej, złości, weterynarz zdawał się jej nie słyszeć. Nim się więc obejrzała, odszedł od niej, chcąc ją chronić, co nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, i postanowił pozbyć się swej rodzicielki. – Connor, nie chciałeś tego powiedzieć! – Dopiero w chwili, w której powiedział o śmierci kobiety, postanowiła wkroczyć na poważnie do akcji. – To nie jest mężczyzna, za którego wyszłam za mąż – skwitowała, patrząc na niego ze smutkiem i lekkim żalem, ale chwyciła go za rękę ponownie, aby miał świadomość, iż bez względu na wszystko, ona jest obok niego i poprze każdą jego decyzje, nieważna, jaka by ona nie była. – Skarbie – pocałowała go, dla załagodzenia obyczajów, w potężne ramie – spokojnie. Pada deszcz… i… pani da nam chwilę, dobrze? Chyba jeśli już, powinna pani grać na naszych zasadach – upomniała oschle, Lucille. – Może jednak… może spróbujemy, hm? – Zasugerowała łagodnie mężowi.

    VERA

    OdpowiedzUsuń
  53. Nie spodziewała się tego, naprawdę. Była już pewna, że wszystko jest w porządku kiedy poczuła niespodziewany ból a jej brzuch stał się wyjątkowo napięty. Panika znów ogarnęła jej ciało, ale naprawdę nie chciała się jej poddać. Próbowała myśleć trzeźwo i nie dać ponieść się emocjom choć było to wyjątkowo trudne. Zacisnęła jednak mocno swoje powieki, a palcami przesunęła wzdłuż miękkiej pościeli zaciskając na niej swoje smukłe dłonie. Nigdy nie była opalona jednak teraz jej skóra była przeraźliwie blada; dodatkowo oblał ją zimny pot co nie było dobrym sygnałem. Zaczęła się zastanawiać ile dni pozostało do porodu, czy to aby nie już i czy nic złego nie dzieje się z jej dzieckiem. Wciąż pozostawała pełna wątpliwości czy uda jej się dobrze zaopiekować ich małym Williamem. Ledwo co radziła sobie z ciążą, a co będzie kiedy jej pociecha przyjdzie na świat? Odetchnęła głęboko a lazurowymi tęczówkami złapała jego spojrzenie na krótką chwilę; trwało to zaledwie ułamek sekundy. Policzek wtuliła w poduszkę a jego słowa ledwo co do niej docierały, pomimo tego że mówił podniesionym głosem. Czuła się znacznie gorzej niż wcześniej a fakt że nie znała powodu złego samopoczucia bardziej ją irytował. Kątem oka zerknęła na tarcze zegara i zastanawiała się jak długo znajdowała się w tym stanie i dlaczego lekarz jeszcze nie przybył.
    — Wszystko w porządku — mruknęła pod nosem. Tak jak wcześniej histeryzowała, płakała i narzekała na ból; tak teraz temu zaprzeczała. Jej zmienność była zaskakująca i sama nie znała powodów dla których w obecnej chwili zatajała to co czuła. Zaczęła odczuwać zmęczenie a przed jej oczami pojawiły się mroczki. — Nie jest źle — dodała szybko. Zupełnie jakby bardziej chciała przekonać samą siebie a nie swojego męża. — Naprawdę.. — wymamrotała półprzytomnym głosem. Jej powieki powoli się zamknęły a Chloe straciła przytomność z pewnością przyprawiając pana Greybacka o dodatkowe zmartwienie. Nie panowała jednak nad swoim ciałem i wszystko działo się nagle, niespodziewanie. Nawet jeśli z ich dzieckiem było wszystko w porządku to dwudziestosiedmioletnia kelnerka nie była w zbyt dobrym stanie. Nim jednak Connor zdążył zareagować do drzwi rozległo się głośne, stanowcze pukanie.

    przepraszam za jakość, długość i szybkość tego odpisu <3

    OdpowiedzUsuń
  54. Sytuacja była niewątpliwie patowa i Vereena niestety zorientowała się o tym zdecydowanie zbyt późno, nawinie próbując jakoś przekonać Connora do tego, aby był mądrzejszy od swych rodziców i spojrzał na świat – i Lucille także – tak jak ona, jego żona: okiem znacznie bardziej przychylniejszym i zwyczajnie empatycznym, mimo że niekiedy skrajnie wręcz naiwnym. Wiedziała rzecz jasna przy tym – bo chociaż była łatwowierna, to zdecydowanie nie była głupia ani też okrutna, bo taką stałaby się, gdyby do czegokolwiek przymuszała ukochanego wbrew jego woli i postanowieniom; nie znaczyło to, że nie mogła przedstawiać swojego punktu widzenia i wyrażać własnej opinii, prawda? – że nie może oczekiwać nagłego pogodzenia tak strasznie rozbitej i skrzywdzonej – szczególnie dotkliwie i boleśnie na skórze oraz w sercu najmłodszego jej członka – rodziny. Zwyczajnie jednak nie chciała, aby jej mężczyzna – jej kochanek, jej partner, jej przyjaciel i ojciec jej dzieci – mówił takie okropne rzeczy, bo to nie był on: nie mogła mu pozwolić na pogrążenie się w nienawiści i żalu; na zawładnięcie przez demony przeszłości i mroczne wspomnienia. Wówczas bowiem okazała się być złą żoną – ot tak, po prostu – a na dodatek, pozwoliłaby mu siebie samego skrzywdzić, czego zdecydowanie by nie zniosła. Cieszyła się więc niepomiernie, kiedy udało się jej względnie opanować wilkołaka, który nieco spuścił z tonu – przynajmniej na krótką chwilę – i dostrzegł swoje błędy. Wówczas posłała mu naprawdę ciepły i czuły uśmiech, mając nadzieję, że jeśli nie w tamtej chwili, to w niedalekiej przyszłości, uda im się rozwiązać kwestię jego matki; którą równie mocno potępiała, co jej współczuła: z jednej strony odrzuciła idealnego syna, z drugiej ewidentnie za nim tęskniła i widziała swe błędy.
    — Jesteś najlepszy – szepnęła, skupiając się jednak jedynie na tym, z którym dzieliła swoje życie, wszystkie radości oraz każdy smutek; na tym, na którym zawsze mogła polegać, bez względu na wszystko. – Mój dzielny, kochany, wilczek – dodała wesoło, nie przejmując się, że nie są sami i pogładziła go czule po zarośniętym policzku, wspiąwszy się na palce. – Proszę, nie teraz – upomniała jednak dość nieprzyjemnie Lucille, jasno wytyczając granice: nie miała prawa głosu, nie miała prawa do niczego, dopóki były profesor ONMS z Hogwartu nie miał jej przyznać jakichkolwiek praw. – Powiedziałam – tym razem już warczała, wyskakując pomiędzy matkę, a syna, gotowa tego drugiego bronić swoją piersią, pomimo tego, że była w ciąży. – Niech pani to szanuje – w jej głosie pobrzmiewały ostrzegawcze nutki, a ton był nieznoszący sprzeciwu; zmienił się jednak szybko, kiedy spostrzegła, co działo się z weterynarzem: – Connor – sapnęła. – Connor, skarbie – odwróciła się plecami do seniorki rodu Greybacków, chwytając jego przystojną twarz w swoje drobne dłonie; wyglądał fatalnie. – Co się dzieje, najmilszy? – Naciskała łagodnie. – Hej… hej, kochanie, nie musisz za nic – podkreśliła z emfazą – przepraszać, bo to nie ty – nacisnęła wymownie – zrobiłeś cokolwiek złego. Nie ty – dodała i przesunęła palce na jego tors; serce szalało mu w piersi, podobnie jak jej: z bólu, bo nie mogła znieść jego łez. – Dobrze, dobrze, Connor, skarbie, zrobię wszystko, jak sobie życzysz, wszystko, okej? – Posłała mu pokrzepiający uśmiech. – Zajmę się wszystkim, a ty teraz pójdziesz do Rosie, do salonu, umowa? – Namawiała spokojnie, nie będąc ani trochę zawiedzioną. – Jesteś najdzielniejszy – nie kłamała; fakt bowiem, że otwierał się przed nią, świadczył właśnie o jego sile, a nie słabości. – Wrócę do ciebie niedługo – zapewniła i popchnęła go delikatnie w kierunku wyznaczonego pomieszczenia, a kiedy zniknął, zwróciła się do żony Fenrira: – Czego pani chce? I nie, nie ma niczego, czego mi panie nie powie. Mówi mi pani wszystko to, co powiedziałaby, Connorowi i ja – dała nacisk – zdecyduje, czy on z panią porozmawia, czy nie, bo to ja go znam, nie pani i ja przy nim byłam, jestem i będę, nie pani – skwitowała ostro.

    gotowa do obrony swoich bliskich, wojownicza VERKA

    OdpowiedzUsuń
  55. — Zmieniliśmy siebie nawzajem. – Uściśliła dość ostro i, jak na siebie, wyjątkowo wyniośle Vereena, wciąż spoglądając na Lucille z niechęcią oraz obawą, a także budując między nimi wyraźny dystans, aby kobieta ani przez moment nie myślała, że w rzeczywistości ma jakiekolwiek prawa, czy cokolwiek pójdzie jej płazem. W rzeczywistości bowiem jeden fałszywy ruch, czy źle dobrane słowo ze strony kobiety, a pół-wila rozniosłaby ją w drobny mak; oczywiście, nieco przerażała ją gotowość do chwycenia za różdżkę i użycia jej po raz kolejny w formie obrony, bo przecież ostatnim razem skończyło się to tragicznie, toteż tak naprawdę chyba tylko obawa przed nagonką ze strony Ministerstwa Magii, powstrzymywała ją od zrobienia tego samego matce Connora, co zrobiła Geraldine Nott przed pięcioma laty. Odetchnęła ciężko, aby odgonić od siebie wspomnienia i skupić się na tym, co działo się w chwili obecne. – Oczywiście, że go kocham – sarknęła rozsierdzona, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie; dla efektu jeszcze skrzyżowała ręce na piersiach, prychając niczym rozjuszona kotka i spoglądając na intruza, jeśli już tkwiła przy porównaniach zwierzęcych, spod byka. – O nie, nie, nie, proszę mi wybaczyć – wpadła jednak nagle w słowo swojej teściowej, przyjmując pozycję ciała jeszcze bardziej niedostępną i ofensywną ora spoglądając na nią, jak na wariatkę. – Chciała pani miłości dla swojego syna? Naprawdę? – Kpiła, była okrutna i miała tego żałować: w tamtej jednak chwili miotała się między porozumienie między matkami, a miłość do swojego męża. – I robiła to pani, hm… gotując mu piekło w domu, tak? – Zironizowała i tym samym zaznaczyła, że lepiej jej nie oszukiwać, bowiem i tak wie dosłownie wszystko o życiu swojego partnera: każdy najmniejszy szczegół, podobnie jak i on o niej. Ostatecznie jednak nie mogła nie zamilknąć i nie dać się wypowiedzieć żonie Fenrira: cholera, była żałośnie łatwowierna i naiwna, a na dodatek tak empatyczna i altruistyczna, że opowieść matki jej partnera poruszyła jej najwrażliwszymi strunami; strunami kobiety, strunami rodzicielki, strunami dobrego człowieka. Westchnęła ciężko, nieco wiotczejąc; dawała znak, iż nie jest wcale tak wrogo nastawiona, jakby mogło się wydawać. Długo jednak milczała i patrzyła babci swych dzieci głęboko w oczy. – Jeśli to, co powiedziałaś jest chociaż w jednej milionowej procenta kłamstwem, ja cię zamorduje, Lucille – zapowiedziała, absolutnie nie żartując. Ponownie zapadła między nimi cisza, dopóki Vera nie miała pewności, iż nieproszony gość na Trenwith zrozumiał, że nie ma żartów. – Szkoda, że przyszłaś do niego dopiero wtedy, kiedy poczułaś, że jesteś sama; szkoda, że nie przyszłaś do niego, kiedy to on był sam – podsumowała w końcu – i pewnie: lepiej późno, niż później, ale… ale wiedz, że to cię będzie prześladować i nawet jeśli Connor ci wybaczy, to ja tego nie zapomnę, rozumiesz? Będę twoim sumieniem każdego dnia, bo to jest mój mąż i ja prędzej umrę, niż pozwolę go zranić, rozumiesz? Rozumiesz tę – nacisnęła – miłość? – Zmarszczyła lekko czoło, po czym westchnęła przeciągle, krzywiąc się leciutko i gładząc po brzuszku: malec w jej łonie zdawał się ją czasem nieco zbyt mocno rozsadzać, a że po raz pierwszy doświadczył tyle stresu i napięcia, niczym dziwnym nie było, że dawał się we znaki. Pielęgniarka udała jednak, że zupełnie nic się nie dzieje. – Nie mogę ci nic obiecać, okej? – Powiedziała ostatecznie. – To będzie decyzja Connora i jeśli będzie podtrzymywał, że nie chce cię w twoim życiu, ja zrobię wszystko, aby go przed tobą chronić – zapewniła. – Niemniej… powiem mu to, co powiedziałaś… ale do niczego nie będę go namawiała, bo chociaż czasem jest idiotą – uśmiechnęła się czule, z zachwytem i oddaniem – to zazwyczaj wie, co dla niego dobre. Musiał się tego nauczyć, bo nikt nigdy mu nie pomógł – zerknęła wymownie na seniorkę rodu Greyback. – Dlatego… zostaw mi jakieś namiary i na razie zniknij.– Zamknęła temat.

    zdeterminowana, bardzo kochająca, acz w sumie łaskawa, VERA

    OdpowiedzUsuń
  56. — Dobrze… to dobrze – szepnęła Vereena, usłyszawszy przysięgę Lucille, której nie była pewna, czy chce, może i powinna ufać, ale wiedziała, iż musi podjąć tę katorżniczą próbę; na moment przymknęła powieki i odetchnęła ciężko: była już zmęczona i nie można było się jej dziwić. Nie chodziło jednak o wykończenie fizyczne, chociaż owszem, ciąża dawała się jej we znaki, ale o to wypompowanie na tle psychicznym: naprawdę wiele pracy kosztowało ją opanowanie się na tyle, aby wysłuchać teściowej, a wcześniej uspokoić Connora, co jednak nie było końcem, bo czekała ją jeszcze rozmowa z mężem, która na pewno nie miała być łatwa. – Przykro mi, ale nie wiem, czego zechce – skwitowała więc dość oschle, pragnąc, aby ta dyskusja dobiegła końca; bała się trochę, że jeszcze chwila rozmowy z inną, cierpiącą matką, a stanie za bardzo po jej stronie, a po stronie tego małego chłopca, którego skrzywdziła, a który wciąż tkwił w jej dorosłym synu. Podziękowania teściowej skutecznie jednak ostudziły jej bojowy nastrój. – Wie pani… ja też mam szczęście, że na niego trafiłam – uśmiechnęła się czule, a następnie spojrzała na nią kompletnie zaskoczona, gdy już odebrała kartkę z namiarami. – T-to… co? Jakie samo? – Uśmiechnęła się głupawo, niewiele pojmując, chociaż jednocześnie spojrzenie seniorki Greybacków było wymowne.
    Tak po prawdzie, ciężarna pielęgniarka doskonale pojmowała, o co chodziło kobiecie, ale jakoś chyba nie chciała przyjąć tego do wiadomości – tak bardzo nie chciała być stawiana z nią na równi na żadnej dosłownie płaszczyźnie, iż odrzucała do siebie świadomość, że przecież Lucy była zwykłą kobietą, która musiała nosić dziecko wilkołaka, na dodatek nie mając najpewniej wsparcia ze strony męża. Niemniej jednak, pół-wila wolała to wyprzeć ze swego – niewątpliwie mocno zmęczonego – umysłu i skupić się na rzeczach dla niej ważniejszych; oczywiście, jej dziecko było wyjątkowo istotne, ale nie czuła, aby było zagrożone, toteż w tamtej chwili priorytetem był jego ojciec. Zresztą, i tak nie otrzymała od intruza odpowiedzi, bowiem ten zniknął na deszczu zalewającym Boscastle – wówczas Vera z czystym sumieniem, acz lekko przerażona tym, co zastanie, skierowała się salonu.
    — Och – wyrwało się jej jednak z piersi, kiedy to były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu odezwał się jako pierwszy, kiedy wkroczyła do sąsiedniego do korytarza pomieszczenia. – Och, Connor – westchnęła i szybko do niego podeszła, kiedy się do niej odwrócił; Roselyn Irisbeth w rogu próbowała ułożyć idealną popołudniową herbatkę dla Pigleta, ich kur oraz rodziców, bo na Zjawę nie liczyła: ta była zbyt dużą indywidualistką. Dobrze więc, ze mieli chociaż odrobinę prywatności. – Kochanie… – jego ból i zagubienie raniły ją dogłębnie, dlatego stanęła przy nim i przytuliła jego bladą, smutną twarz do swojego brzuszka; wiedziała, że takie rzeczy go uspokajają. Objęła go dodatkowo i wplotła palce w jego miękkie, długie włosy. Chwilę tak trwali, uspakajając oddechy i zgrywając rytmy serc. – Nie wiem, skarbie, nie wiem, dlaczego teraz, ale – nagle chwyciła jego przystojną twarz w swoje dłonie i spojrzała mu głęboko w oczy – ale wróciła. Wiem, że to mierne pocieszenie i… i powinna to zrobić dawno temu, jednak nie wydaje mi się, aby chciała cię zranić. Zresztą – uśmiechnęła się czule – powiedziałam jej, że to twoja decyzja i jeśli cię skrzywdzi, ja ją zabiję – zapewniła poważnie. – To ty – nacisnęła – masz pełnię władzy nad sytuacją, a ja jestem obok, aby cię wspierać. – Dodała z oddaniem.

    łagodna i kochająca VERA, która bardzo chce pomóc

    OdpowiedzUsuń
  57. Drżenie ukochanego sprawiało, iż w Vereenie zagotowała się wściekłość. Jakkolwiek bowiem potrafiła zrozumieć tęsknotę i wyrzuty sumienia Lucille – na którą, o dziwo, potrafiła patrzeć, jak matka na matkę; zdecydowanie pewnego dnia jej dobroć, empatia i doszukiwanie się dobrych cech we wszystkich, nawet najgorszych ludziach, miało jej przynieść jakąś tragedię: miało się stać opłakane w skutkach – tak gdy tylko widziała, jakie spustoszenie owe kobieta wprowadziła w życie – zmęczony, pełen piekących blizn po paskudnych wspomnieniach, umysł i poharatane serce, które wciąż, dzielnie, z oddaniem i uśmiechem na ustach, łatała – Connor, natychmiast miała ochot chwycić za różdżkę, skierować się pod zapisany na karteczce, którą miała schowaną w kieszeni kremowej sukienki w granatowe groszki, adres i zrobić wszystko, aby słuch o jej teściowej – co brzmiało skrajnie wręcz absurdalni – kompletnie zaginął; aby stała się czymś mniej, niż kurz na wietrze. Pół-wila bowiem naprawdę pojmowała wiele – rozumiała, że seniorka rodu Greybacków była zastraszana przez Fenrira, że najpewniej nie mała tak naprawdę szans, aby pomóc swojemu biednemu synkowi i że faktycznie nie odnalazła rodzicielskiego powołania bo gdyby tak było, nie przejmowałaby się swoją skórą, a chroniła własne dziecko, nawet kosztem życia; nie każdy musiał być odważnym, oddanym i dzielnym pseudo-bohaterem, prawda? – ale w momencie kiedy czuła – i wiedziała, że będzie musiała z tym mierzyć długi czas – jak demony przeszłości wylewają się z jej mężczyzny – kogoś, bez kogo nie istniała: nie oddychała, nie cieszyła się, nie dawałaby sobie rady na tym podłym świecie – to jej pojmowanie okoliczności zachowania żony Fenrira się kończyło. Zwyczajnie się wściekała na nią.
    — Nie masz mi za co dziękować, wiesz? – Potrafiła się opanować, pomimo olbrzymiego mętliku w głowie i sercu, jedynie dla swojego cudownego weterynarza, zapewniając go szczerze, że wcale nie ma powodów, aby jej wdzięcznym: w końcu to sobie przysięgali. – Lubię, jak tak mówisz – szepnęła nagle czule, gdy nazwał ją „małą, waleczną dziewczynką”, musnęła go w czoło i pozwoliła się pociągnąć na jego kolana. – Och, cóż za beznadziejne przypadki… ty też jesteś moim najlepszym… wszystkim – zapewniła i szturchnęła nosem jego nos, uśmiechając się szeroko, aby następnie zamilknąć i wysłuchać go uważnie. – Connor – podjęła czule i łagodnie – rozumiem, że jej nie ufasz – przytaknęła poważnie – i nikt nigdy cię nie zmusi, abyś jej zaufał, nawet, jeśli – nacisnęła – rzeczywiście się zmieniła. Wyrządziła ci zbyt wiele krzywd i to jest całkowicie zrozumiałe podejście – zapewniała i wcale nie mówiła tego, bo chciał to usłyszeć: tak uważała. – Kochanie, jeśli jej nie chcesz, ja spalę adres, który mi dała i przysięgam ci: nigdy więcej o niej nie usłyszysz, dobrze? Jeśli to jest twoja decyzja, ja jestem tutaj, aby cię w niej całkowicie wspierać, dobrze? – Uśmiechnęła się z oddaniem, nie przypuszczając, że nagle jego ton wypowiedzi się zmieni. Westchnęła. – No… trochę byłeś – przyznała, gdy zapytał, czy był zbyt ostry dla Lucille. – Nie dziwię ci się jednak – dodała szybko, nie kłamiąc. – Wiem… wiem, Connor, wiem… wiem, co do za rodzaj złości… och, zapewniam cię, że wiem i… i kiedy pierwszy raz po tylu latach zobaczyłam Roberta… – wzdrygnęła się, wspominając tamte czasy. – Zachowałeś się i tak wspaniale, wiesz? – Stwierdziła w końcu. – Bo to nie ja cię opanowałam. Gdybyś nie chciał się opanować, nigdy byś tego nie zrobił. – Mówiła z pełnym przekonaniem. – Jesteś najsilniejszy na świecie, wilczku – skwitowała, całując go w policzek i na chwilę kryjąc się w jego gęstej, ostrej brodzie. – Chcesz się położyć? Zrobię ci herbatę, zajmę się Rosie… a ty sobie wszystko przemyślisz, hm? – Zasugerowała łagodnie. – No chyba, że masz ochotę zająć się praniem, to nie będę narzekała – dodała radośnie, nieco dla rozładowania atmosfery. Wiedziała jednak, że na gorąco nie dojdą do żadnego porozumienia.

    pełna cierpliwości, miłości i lojalności, VERA

    OdpowiedzUsuń
  58. — Wmawiasz sobie – burknęła niezadowolona Vereena, która absolutnie nie wierzyła w to, że Connora faktycznie był blisko przemiany: mógł mówić jej, że się wściekł, że naprawdę chciał skrzywdzić Lucille, do czego miałby pełne prawo, biorąc pod uwagę co zrobiła, a raczej czego nie zrobiła jako matka, która powinna bronić swoje dziecko, ale była pewna, że ostatecznie miał w sobie zbyt wiele dobra. Dla niej to nie ulegało wątpliwościom, bowiem gdyby nie ten zalążek światła i rozpaczliwego poszukiwania spokoju i bezpieczeństwa, jakie w sobie nosił: ona nigdy nie zmieniłaby go; bez jego chęci, tkwiłby nadal w mroku i smutku. – Kochanie, ja tam byłam tylko po to, aby ci ułatwić cały proces – zapewniła więc z przekonaniem. – Poradziłbyś sobie beze mnie, bo obydwoje wiemy, że nie jesteś i nigdy nie byłeś, ba!, nigdy się nawet nie zbliżyłeś do tego, aby być swoim ojcem. Nie jesteś skonstruowany do krzywdzenia: ty naprawiasz, ty leczysz, ty jesteś… jesteś wspaniały, okej? – Zapewniała, szczerze tak uważając; jej wielka miłość emanowała z jej drobnego ciałka. Patrzyła mu intensywnie, głęboko w oczy. – Jestem twoją żoną – dodała nagle, jakby nieco w oderwaniu od tematu – i wcale nie lubię cię podnosić – przyznała – zdecydowanie wolę cię łapać, zanim upadniesz – wyjaśniła z oddaniem i czułością mogącą przenosić góry.
    Na koniec zaś po prostu połączyła ich usta w czułym pocałunku – który wyrażał potęgę jej miłości – i uśmiechnąwszy się słodko, chwyciła go za wielką rękę – mój Boże!, jakże on był silny; jak ona czuła się przy nim dobrze – i wspólnie skierowali się do kuchni po tym, jak wilkołak musnął czule jej okrągły brzuszek. Zaparzywszy sobie herbatę natomiast, rozstali się na moment – wówczas nawet go nie ganiła za to, że znowu w chwili stresu pali, ale nie omieszkała mu przypomnieć, że musi w końcu iść do okulisty; zbyt dużo tarł oczy. Następnie były profesor ONMS z Hogwartu zajął się Roselyn Irisbeth – co znowu takie łatwe nie było, bo dziewczynka postanowiła zasypać tatę milionem pytań dotyczącym krótkiej, acz niewątpliwie intensywnej, wizyty obcej pani na Trenwith i opanowała ją dopiero krótka bajeczka, do której na poczekaniu wilkołak szkicował scenki rodzajowe, którymi jego królewna, jako najwierniejsza fanka, była kompletnie oczarowana. W tym czasie natomiast pół-wila próbowała się uporać z potężną ilością brudów do prania – o dziwo, segregowanie ubrań nieco ją wyciszało i sprawiało, że mogła oczyścić swój umysł. Oczywiście, duży wpływ na jej spokój miało również to, że kiedy zerknęła do męża – ten względnie spokojnie spał. Kolejną wolną chwilę wykorzystała na szybki prysznic i pocałowanie córki na dobranoc.
    — Kiedyś doprowadzisz mnie do zawału takim nagłym odzywaniem się z zaświatów, wiesz? – Mruknęła, z trudem odzyskując rezon, kiedy już drugi raz tego dnia postanowił przemówić do niej wtedy, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała, wsuwając się do danego pomieszczenia. Odetchnęła jednak ciężko i obeszła łóżku, siadając na jego skraju. Chwyciła jego rękę w swoje długie palce i ucałowała jego kłykcie. – Rozumiem – przyznała szczerze – i pewnie też bym nie umiała, chociaż… chociaż może bym próbowała, jeśli mogę powiedzieć – uśmiechnęła się czule. – Niemniej: nigdy bym nie zapomniała i nikt nie wymaga tego do ciebie, wiesz? – Dała się wciągnąć w pielesze; ułożyła się na nim wygodnie, traktując go w formie materaca, a jego tors jako poduszkę. – Tak, czasem warto dawać szansy – wyszeptała poważnie, nieco referując do ich sytuacji. – Oczywiście, że możesz jej sceptyczny! Connor, kochanie – uniosła się lekko, skrzywiła lekko; nie było jej zbyt łatwo z tak sporym już nadbagażem. – Powinieneś być sceptyczny i uważny, ale nie paranoiczny – podkreśliła – a wybaczenie… hm, cóż… może kiedyś samo przyjdzie – pocałowała go czule w usta i ponownie padła na jego pierś. – Jesteś naprawdę mądrym wilczkiem – wyszeptała zachwycona. – Dobrze, że jednak ciebie wybrałam – zaśmiała się radośnie, bardzo dumna.

    kompletnie oczarowana podejściem swojego ukochanego, szczęśliwa VERA

    OdpowiedzUsuń
  59. — No proszę cię… – sarknęła, niby to oburzona Vereena, w głębi serca niepomiernie szczęśliwa, że powoli wracają do normalności i zadowolona z faktu, iż najście Lucille ostatecznie nie odbiło się na Connorze w jakiś mocno negatywny sposób; co prawda, pewnie był tak było, gdyby był sam, bez nikogo, na kim mógłby się podeprzeć, ale to już nie była w finalnym rozrachunku takie istotne: ważne było to, że pomimo wszelkich burz, potrafili się doskonale dogadać, niezależnie od wszystkiego – spójrz na mnie – uniosła się lekko, jakby chcąc się odpowiednio zaprezentować – i powiedz, że nie miałam innych adoratorów – skwitowała próżnie, ale jasnym było, że żartuje: wcale bowiem nie była w sobie zakochana. – Powiedz, że nie mogłam przebierać w ofertach – teatralnie odrzuciła na plecy srebrne loki, szczerząc się jak głupia. Następnie zachichotała i pocałowała go w szyję, wypuszczając powietrze w jego skórę, co dało dość zabawny, acz niekoniecznie zawsze miło się kojarzący dźwięk; zachowywała się trochę jak mała dziewczynka. Następnie kciukiem, czule, musnęła bliznę na jego lewą brew, gdzie miał bliznę. – Wiesz… ostatecznie to ty wygrałeś, także ja nie wiem, skąd to twoje oburzenie – przewróciła ostentacyjnie oczami i pchnęła go z powrotem na poduszki, układając głowę tak, aby móc słuchać w spokoju bicia jego serca. – Było, co prawda, kilku lepszych, w paru konkurencjach, ale ostatecznie pokonałeś przecinków paroma punktami za całokształt – zażartowała, ale później zamilkła na dłuższą chwilę, dając mu szansę wypowiedzenia się. – Też za tobą szaleję, kochanie – wyszeptała, bawiąc się włoskami na jego torsie. – Skarbie – podjęła – wiesz, że bez ciebie nie byłoby mnie? Nie byłabym sobą i nigdy bym ci nie zdołała pomóc? To sobie dziękuj.
    Nie żartowała – szczerze uważała, że tak było: że to on ją uformował i zdefiniował, jako dobrą osobę, oddaną żonę, wierną przyjaciółkę i odpowiedzialną matkę; zrobił z niej kogoś, kim zawsze marzyła być i to naprawdę tylko sobie mógł być wdzięczny, że była przy nim w takiej postaci, w jakiej była też tamtego dnia, kiedy na Trenwith pojawiła się jego, pożal się Boże, matka. Oczywiście, były profesor Opieki nad Magicznymi Stworzeniami z Hogwartu uważał zgoła inaczej i tym sposobem doszło do płomiennej wymiany zdań między małżonkami, dzięki której odrzucili od siebie świadomość, iż po okolicy kręci się seniorka rodu Greybacków – zwieńczeniem zaś ich przekomarzań było pełne czułości zbliżenie; w opinii pół-wili nieco zbyt delikatne i subtelne, ale wiedziała, że nie ma co namawiać męża na zamianę zachowania, pomimo tego, że męczył się, musząc trzymać na wodzy swe rządze: jasnym jednym było, iż robił to tylko dla niej, aby była bezpieczna i aby nie zaszkodzić maleństwu w jej łonie, które i tak dawało się jej we znaki. Pogodziła się, że na ostry seks musi poczekać aż do okresu popołogowego, albo po prostu pewnego dnia wykorzystać jego nieuwagę – o ile będzie w stanie i na siłach, co również bywało kwestią sporną. Niemniej jednak – ostatecznie nie mogli uznać tego dnia za nieudany lub stracony.
    Owszem, czekało ich jeszcze dość sporo dyskusji na temat podejścia wobec Lucille i tego, co ostatecznie zrobią, ale Vera dała swojemu ukochanemu wolność wyboru: to on miał zadecydować, kiedy i jak oraz czy w ogóle podejmą temat żony Fenrira, a kiedy w końcu to zrobił – ona na początku znowu długo słuchała, aby po krótkich przemyśleniach zasugerować, aby podjął próbę nawiązania kontaktu z kobietą, ale na jakimś neutralnym gruncie, wśród ludzi i tylko wówczas, gdy będzie tego pewien. Dopiero więc koło wtorku otrzymała oficjalne potwierdzenie, czego jej wspaniały partner pragnął – chociaż miała wrażenie, że robił to trochę dla niej: kierując się tym, że i ona przed laty dała mu drugą szansę, którą przecież wykorzystał i nie zmarnował jej, a jedynie pokazał, iż postąpiła wyjątkowo słusznie. Wtedy też przeprowadziła z nim kolejną, bardzo poważną dyskusję, w której doszli do wniosku, iż najlepszym rozwiązaniem będzie zabranie żony Fenrira do „Osin’s Fishes” w Boscastle –

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – okolica może troszkę, kiedy wiatr wiał nie z tej strony, co trzeba, śmierdziała rybą, ale molo, gdzie na lato właściciel wystawiał białe stoliki i krzesła, było całkiem przyjemne. Za idealny termin dobrali najbliższą sobotę – szesnastego czerwca – uznając, że lepiej dobrze się do wszystkiego przygotować i być pewnym swego w rozmowie.
      Oczywiście, duży wpływ na taki odstęp czasowy – oprócz całkowicie logicznej chęci, aby wilkołak pogodził się z całkowicie nową sytuacją – było również zaznaczenie, iż tak naprawdę seniorka rodu Greyback nie ma żadnej taryfy ulgowej ani także najmniejszych praw do czegokolwiek i to oni w pełni, od początku do końca, ustalają zasady, jakie będą panowały w relacji, której powstanie wciąż pozostawało dość mocno wątpliwe. Niemniej, ostatecznie ciężarna pielęgniarka w czwartek, czternastego dnia szóstego miesiąca roku dwa tysiące dwudziestego dziewiątego, udała się pod napisany na kartce adres, gdzie zatrzymała się teściowa i oschle oraz szybko przekazała jej wszystkie wieści oraz informacje – nie czekała na jej reakcje, tylko po prostu zniknęła, bojąc się, że jeśli chwilę pobędzie w jej towarzystwie, to naprowadzi ją na jakiś trop związany z weterynarzem i jego podejściem do pewnych kwestii i spraw. Sprawą starszej pani już było, czy pojawi się wyznaczonego dnia o wyznaczonej porze w wyznaczonym miejscu i z jakim nastawieniem przyjdzie – jasnym było że ani jej syn, ani jej synowa nie mieli spoglądać jeszcze długo przychylnie na jej osobę, co nie było absolutnie dziwne, wziąwszy pod uwagę te wszystkie straszne czyny, jakich się dopuściła w przeszłości. Uznali, że skoro chciała je naprawić – naprawdę musiała to pokazać.
      — Spokojnie, wszytko będzie dobrze – zapewniała łagodnie Vereena swojego ukochanego, w tę nieszczęsną, acz bardzo słoneczną sobotę, kiedy przygotowywali się do wyjścia; Roselyn Irisbeth już dreptała przy aucie, zachwycona tym, że pójdzie z mamą na huśtawki na plaży, które wisiały nad Atlantykiem, chociaż jednocześnie zawiedziona informacją, że tata dopiero później do nich dołączy. – Kochanie – zmusiła Connora, aby w końcu spojrzał jej w oczy; dotychczas walczył z małymi guziczkami koszuli samotrzeć – weź ręce – nakazała spokojnie i sama się zabrała za walkę z tymi maleństwami – i przestań się przejmować, proszę – jako że nie sięgała wyżej, złożyła pocałunek na jego rozchełstanym jeszcze torsie. – Ty dyktujesz warunki, ty rządzisz, ty zaczynasz i ty kończysz. Tylko ty. Kiedy tylko chcesz – przekonywała go, jak wielokrotnie w ciągu ostatniego tygodnia. – Dasz radę, mój cudowny, silny wilczku – chwyciła jego wielką dłoń, ucałowała jego palce, a następnie przytknęła ją do swojego brzuszka. – Bardzo cię kochamy – dodała raz jeszcze, ale nie był to pusty frazes. – Chodźmy już, bo nas Rosie zaraz zje ze złości – zadecydowała w końcu, śmiejąc się lekko i tym samym próbując jakoś rozładować atmosferę. – Chodź, wielkoludzie – ciągnęła go nieco, jednocześnie biorąc torebkę, zamykając drzwi i otwierając samochód; wiedziała, że lepiej będzie, jeśli to ona poprowadzi, bowiem weterynarz był zbyt dużej rozsypce, o czym chociażby świadczyło jego kamienne milczenie, pomimo usilnych prób jego kobiet, aby się rozweselił. Co gorsza jednak: kiedy byli na miejscu nagle przylgnął do pielęgniarki i zachowywał się tak, jakby nie chciał puścić. – Connor, spóźnisz się – upomniała go łagodnie, cały czas jednak gładząc go po plecach; musiało to wyglądać prześmiesznie, kiedy ten niemalże dwumetrowy, wytatuowany facet, pochylał się nad nią i przyciskał się do jej ciałka, niczym mały, zagubiony chłopiec. – Hej… hej, będzie dobrze, ok? Będzie dobrze! – Uśmiechnęła się, zmuszając go, aby spojrzał jej w oczy. – Będziesz nas widział z tarasu, będziemy na huśtawkach i jak tylko machniesz ręką, przyjdziemy do ciebie i… i nie pal za dużo, okej? – Poprosiła, ale wiedziała, że na to niespecjalnie może liczyć.

      pełna wiary i nadziei oraz dobrych myśli i miłości VERA (Greyback) THORNE

      Usuń
  60. Całkowicie rozumiała, że nie miała być łatwo – w zasadzie ani jemu, ani jej, ani też nawet ich córeczce oraz seniorce rodu Greyback, chociaż to akurat było dla niej najmniejszym zmartwieniem z wielu, powszechnienie znanych, powodów. Vereena wolała się więc zdecydowanie skupić na rozdygotanym Connorze, który ewidentnie sobie nie radził z zaistniałą sytuacją i wyglądał trochę tak, jak ktoś, kto ma zaraz zejść na zawał – jego bladość kompletnie ją rozstrajała, ale wiedziała, że nie może tego pokazać: dla jego własnego dobra, jak dla dobra Roselyn Irisbeth, która ponownie niecierpliwiła się, kiedy jej mama zaparkowała przy „Osin’s Fishes”; nie mogła się doczekać huśtania nad Oceanem, bo chociaż kochała wszystkie bujawki, które zrobił jej tata, to te w Boscastle były magiczne, właśnie dlatego, że stópkami mogła dotykać wody. Pół-wila, w związku z tym, tkwiła w takim nieprzyjemnym ucisku – z jednej strony robiła wszystko, aby wesprzeć swojego wilkołaka, którego czekało spotkanie z Lucille, jego dziecięcym koszmarem, które musiał niestety odbyć sam, bo tylko tak mieli pewność, że jego matka nie będzie zgrywała świętoszki, a z drugiej musiała robić wszystko, aby nie pokazać, że jest równie przerażona, co on. A była. I to bardzo. Chodziło w końcu o zdrowie psychiczne jej ukochanego mężczyzny, także niczym zaskakującym nie był fakt, że bardzo się przejmowała i sama miała w sercu kilka wątpliwości, podważające słuszność jej pierwotnego pomysłu – skutecznie jednak je kryła. Tylko bowiem pokonanie przeszłości mogło pomóc byłemu profesorowi ONMS z Hogwartu ruszyć tak naprawdę do przodu – bez zbędnego bagażu, który przyniosła ze sobą żoną Fenrira przed tygodniem. Musiał to albo definitywnie zakończyć, albo podjąć próby naprawcze.
    — Hej, kochany mój – przemawiała więc do niego cicho i łagodnie, nie puszczając, bo nie chciała aby chociażby przez ułamek sekundy czuł się w jakikolwiek sposób odrzucony. – Co mówiliśmy w domu, hm? – Zagaiła i zmusiła go do powtórzenia na głos mantry: – Ty dyktujesz warunki. Ty zaczynasz. Ty kończysz. Ty rządzisz. Ty. – Pogładziła go po zarośniętym policzku. – Potrafisz iść tam sam i nie, nie mogę pójść z tobą, bo to zaburzy wasza rozmowę: będę się wtrącała, ty będziesz poszukiwał u mnie pomocy, ona może grać po to, abym patrzyła na nią przychylniej lub być skrępowaną. Chcemy przecież szczerości, prawda? – Tłumaczyła spokojnie, mimo że łamała sobie tą odmową serce. – Spójrz na mnie – z trudem zmusiła go, aby skupił na niej rozbiegane spojrzenie. – Jeśli kłamie i sprawi ci ból, ja ją zabiję. – Powiedziała to tak poważnie i szczerze, że pewnie gdyby jej teściowa to usłyszała, już by nie żyła. – Rosie, a możesz iść na chwilę do Osina Juniora? – Rzuciła do córki. – Chodź – pociągnęła męża na moment do ławeczki stojącej na parkingu. Nakazała mu usiąść, a następnie usiadła na jego kolanach, całując go w czoło. – Nie zrobi nam krzywdy, bo przecież nas obronisz, rycerzu – zapewniła i nie kpiła; naprawdę tak uważała – i nie… nie Connor, ja cię nie kocham – szepnęła. – Tego, co do ciebie czuję nie można nazwać miłością, wiesz? – Dodała szybko. – To jest… to jest tez więcej niż magia i tak, mogę powiedzieć, że cię kocham, ale to będzie za mało – wyznała, tuląc jego głowę do swoich piersi. – Nie można ciebie nie chcieć, wilczku – rzuciła jeszcze, naprawdę tak myśląc; nigdy nie mówiła mu czegoś, co nawet leciutko zahaczało o prawdę lub pusty frazes, na który nie zasługiwał. – Ktokolwiek, kiedykolwiek ciebie nie chciał popełnił błąd i myślę, że twoja matka jest tutaj, aby go naprawić. Jest tutaj, aby być matką, którą nie była, dlatego warto spróbować, bo nawet jeśli to wszystko okaże się kłamstwem, to będziesz miał pewność, że taka podła baba nie jest warta twojego zachodu… siedzenia w tej twojej pięknej głowie – uśmiechnęła się czule. – Nie śpiesz się – dodała jeszcze, pozwalając się mocno ściskać. – Nawet jak się chwilę spóźnisz, to nic się nie stanie – zapewniła, dając mu czas dla siebie.

    wierząca w swojego męża i pełna dumy, kochająca VERA

    OdpowiedzUsuń
  61. — Nie, kochanie, nie wiem zawsze – podkreśliła wymownie Vereena – co powiedzieć i jak powiedzieć… tak po prawdzie, przez większość czasu nie mam o tym najmniejszego pojęcia, ale… ale kiedy pozwalam mówić mojej miłości do ciebie: jest łatwiej – zapewniła poważnie, wciąż tuląc i gładząc subtelnie po plecach Connora, który jeszcze moment nie chciał i nie mógł się uspokoić. Pozwalała mu, w związku z tym, na wszystko, czego tylko potrzebował, aby tylko mógł zebrać swoje siły przed tak trudnym, co nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, spotkaniu z matką. – Obok jestem, zawsze, to prawda – przytaknęła jednak ochoczo, drapiąc go długimi paznokciami po karku, tam gdzie najbardziej lubił. – Jesteś moim mężem, moim szczęściem i moim życiem: jak więc mogłabym wytrzymać z dala od ciebie, hm? – Musnęła go w skroń, ustawiając się tak, aby zgodnie z jego niewerbalnym życzeniem patrzeć my głęboko w oczy. – Zawsze – nacisnęła – będziemy przy tobie, okej? Nigdy – ponownie położyła nacisk – nie poddawaj tego pod wątpliwość, dobrze? – Poprosiła go czule, samej nie będąc pewną, czy tak do końca chce go wypuszczać z objęć. – Zachowujesz się, jak typowy szczeniaczek! – Zachichotała nagle, dla rozładowania atmosfery, kiedy przycisnął się do jej piersi. – Też cię kochamy. Mocno – odszepnęła.
    Moment jeszcze tak trwali – wtuleni w siebie na ławeczce parkingowej „Osin’s Fishes” – zanim pół-wila przypomniała mu, że chociaż Lucille nie aż tak istotna, aby się ani trochę nie spóźnić na spotkanie, to lepiej ruszyć po ich słodką Roselyn Irisbeth, która najpewniej zagadywała na śmierć wnuka założyciela restauracji w Boscastle, bardzo głęboko do siebie biorąc polecenie mamy. Na szczęście, kiedy rozstawali się z ukochanym, wcale nie czuła, że coś jest nie tak, albo że wilkołak jest słaby, czy sobie nie poradzi – po prawdzie miała nawet wrażenie, że pierwszy raz od tygodnia, widzi go tak silnego i gotowego do działania. Duma rozpierała ją z każdej strony – duma z niego, że sobie radzi i z siebie, że udało się jej pokonać swój strach. No, może nie do końca, bo kiedy się pożegnali – ich córka była tym faktem niepocieszona – cały czas uważnie zerkała z huśtawek na molo, gdzie siedział jej ukochany z żoną Fenrira, jednocześnie próbując nie dać pięciolatce poznać, że cokolwiek jest nie tak. Może nawet przy tym wszystkim lekko się forsowała, sama się bujając i nosząc ich królewnę, ale nie żałowała – uśmiech dziewczynki był wart wszystkiego i, chociaż to było dość egoistyczne, pozwalał jej przetrwać czas oczekiwania na znak od męża. Kiedy więc ten się pojawił na horyzoncie – obie jego kobiety szczerzyły się wesoło.
    — Ooo, tatuś się stęsknił – zaśmiała się nawet Vera, trzymając Rosie za rączkę i kierując się z nią do restauracji. Nie spodziewała się tylko, ze Connora nagle wyskoczy jak oparzony ku nim i porwie ją w swoje wielkie, silne objęcia, ewidentnie nie mając ochoty jej puszczać; trzymał ją tak kurczowo, że realnie się przeraziła. – Kochanie? – Zagaiła, siląc się na łagodny ton; objęła go, pogładziła po plecach. – Ojej, wielkoludzie, nie utrzymam cię! – Próbowała się zaśmiać, ale jego stan skutecznie mroził jej krew w żyłach. – Co ona ci zrobiła? – Zapytała nagle bojowo. – Co ona ci zrobiła, skarbie? – Powtórzyła jeszcze ostrzej, s kiedy wyjaśnił, co ostatecznie sprowadziło się do tego, że rozmawiali, a on nie potrafi uwierzyć Lucille w jej zapewnienia. – Chodź… pójdziemy tam i zobaczymy, jak to będzie – przytaknęła mu jednak, kiedy wyznał, że poprosił je, aby sprawdzić podejście swojej, pożal się Boże, matki. – Daj rękę – ścisnęła jego wielką dłoń i skierowała się do odpowiedniego stolika, gdzie pomógł jej usiąść. – Dzień dobry – mruknęła oschle, w przeciwieństwie do rozradowanej córeczki. – Malutka – zwróciła się wówczas do niej – zamówisz nam frytki z ziołami? – Musnęła ją w czółko, rozsiadając się. – Więc, jak to wszystko wygląda? – Spytała, gdy zostali sami dorośli. Powiodła uważnymi spojrzeniami po ukochanym i swej teściowej.

    przejęta, zmęczona VERA

    OdpowiedzUsuń
  62. Może i Vereena zachowywała się mało odpowiednio – może była zbyt oschła, może była zbyt nieprzyjemna, może faktycznie powinna była spojrzeć na Lucille nieco bardziej przychylnie, zważywszy na fakt, iż Connor zapewniał ją, iż kobieta nie zrobiła niczego złego, a on po prostu potrzebował rozpaczliwie ciepła swojej żony, bo buzowało w nim zbyt wiele, zbyt skrajnych emocji, z którymi sobie w żaden sposób nie radził. Niemniej jednak, wolała być ostrożna. Zbyt wiele razy dotychczas przez swoją ślepą wiarę w dobroć innych ludzi – którzy wcale dobrzy nie byli z natury; chyba źli też nie, ale za to nie dałaby sobie ręki uciąć, patrząc na kilka beznadziejnych przypadków, na które trafiła na swojej drodze – została zraniona i o ile, gdyby chodziło tylko o nią, to raczej nie byłoby z tym problemu, tak w momencie, kiedy w grę wchodziło dobro jej męża oraz ich słodkiej oraz uroczej – w tamtej chwili grzecznie zamawiającej frytki – Roselyn Irisbeth, sprawa malowała się zgoła inaczej. Wolała dmuchać na zimne, jeśli to w ostatecznym rozrachunku robiło z niej kogoś, kto jest niemiły – naprawdę gotowa była na wszystko, aby chronić swoich bliskich i nawet fakt, iż jej teściowa okazywała się być na razie niegroźna, nie potrafił zmienić jej podejścia. Ciągle przecież, w jej srebrnej głowie, brzmiały głośno wszystkie te historie, w których krzywdziła swojego syna obojętnością, ignorancją i ciszą, która zabijała czasem bardziej, niż cokolwiek innego – szczególnie jeśli małe dziecko błagało o pomoc, o schronienie w matczynych ramionach i jej ciepły głos, który koił ból i bronił przed ojcem-sadystą. Zdecydowanie więc lepiej było zachować zdrowy dystans i obserwować jej zachowania oraz podejście do sprawy, która wymagała wiele delikatności i subtelności.
    — Nie gryzę – ponagliła pół-wila starszą panią; nie była miła, a patrzyła na nią ostro, lustrująco i pewnie gdyby jej wzrok mógł zabijać, seniorka rodu Greyback już padłaby martwa. Usiadła jeszcze wygodniej, podkładając sobie jedną dłoń pod plecy, które po kilkugodzinnych zabawach z pięcioletnią córeczką i od noszenia jej oraz tego słodkiego nadbagażu w postaci maluszka pod jej sercem, wyjątkowo mocno ją bolały. – Szansę… – powtórzyła zaś głucho, spoglądając na wilkołaka z lekkim niedowierzaniem; trochę nie nadążała za tym wszystkim: z jednej strony panicznie bał się spotkania z rodzicielką, z drugiej chciał ją poznać ze swoimi bliskim, a z trzeciej ponownie wpadał w jej objęcia, niczym mały, zagubiony w gęstej mgle chłopiec. Verze trochę się to nie mieściło w umyśle, ale ostatecznie odetchnęła głęboko i wysłuchała ukochanego oraz kobiety, nic nie komentując przez całe ich tyrady. – Mieliśmy jej powiedzieć o babci, która zostawiła swojego jedynego potomka dla… no właśnie: dla czego? Dla kogo? Dla Fenrira? – Pytała okrutnie, kiedy z ust Lucille padło pytanie o Rosie. – Mieliśmy jej powiedzieć o babci, która i tak nigdy by się nią nie zainteresowała, bo nie wie o jej istnieniu i to nie z naszej winy, ale ze swojej własnej: z powodu własnych wyborów przed laty? To jakaś kpina, prawda? Kpisz. – Skwitowała i pewnie gdyby nie to, że jej ukochanemu naprawdę na tym wszystkim zależało, brnęłaby w ten okrutny ton i wycofanie dalej. Odetchnęła jednak ciężko i podjęła znacznie ciszej i łagodniej: – Nie, nie ma pani prawa o to prosić – zaczęła – i… to, co pani zrobiła Connorowi jest chyba jeszcze ponad moje siły, ale jeśli on – chwyciła go za wielką dłoń – uważa, że warto dać pani szansę, to ja nie będę wchodziła nikomu w drogę. Nie będę rzucała kłód, nie będę przeszkadzała, ale też nie będę pomagała. Musi pani wiedzieć, że ja – podkreśliła wymownie, nieco nieprzyjemnie – kocham swoje dzieci – zakończyła, wzdychając ciężko i rozdzierająco, ale chociaż chciała dodać coś jeszcze, obok pojawiła się jej księżniczka. – Zamówione? Super! – Przybiła jej piątkę i gdy chciała ją wziąć na kolana, zauważyła, że to jednak, ze względu na jej zmęczenie i ciąże, nie będzie łatwe. – A może pójdziesz do tatusia, hm?

    nieufna, ostrożna i mocno wycofana VERA, którą odmienny stan wykańcza

    OdpowiedzUsuń
  63. Absolutnie to nie było tak, że nagle Vereena nie popierała tego wszystkiego, co zrobił Connor w związku z przerażoną niewątpliwie i spłoszoną, Lucille – jaką okropną hipokrytką, jaką paskudną żoną i jaką beznadziejną przyjaciółką by była, gdyby karała go całkowicie niesłusznie za swój własny pomysł: za propozycję, którą sama rzuciła, a która dotyczyła jego rozmowy na spokojnie z zaginioną matką. Ona zwyczajnie była ostrożna – tak naprawdę, nawet bardziej, niźli w ogóle powinna, bo jej teściowa nie przypominała nikogo, kto mógłby sprawić fizyczne zagrożenie jej bliskim; pozory oczywiście mogły mylić, ale niewątpliwym był fakt, iż starsza pani miała zdolności, aby ranić psychicznie, co przecież niekiedy gorsze było od cielesnych tortur. Ponadto, na ciężarną pielęgniarka oddziaływał także jej odmienny stan: hormony buzowały w jej drobnym ciele i sprawiały, że zupełnie sobie nie dawała rady z ilością emocji, jakie sama odczuwała – wrodzoną chęcią do ufania wszystkim, a wyuczoną powściągliwością wobec poznawanych ludzi, szczególnie tych, o których słyszała mało przyjemne historie i tych, którzy w przeszłości ranili istoty, które kochała do szaleństwa – i jakie odbierała od innych, a była to przecież radość i spokój Roselyn Irisbeth, która w ogóle niczego złego nie podejrzewała, napięcie i skupienie wilkołaka, który stawał na rzęsach po to aby być – dla niej!; co napawało ją dumą – lepszym człowiekiem oraz zdenerwowanie i zawstydzenie seniorki rodu Greybacków, która albo rzeczywiście wszystko chciała naprawić, albo była wyborną wręcz aktorką. Pół-wila chciałaby wierzyć w tę pierwszą opcję, ale sama obawiała się lekko przed przedwczesnym zawierzeniem na słowo komuś, kto dopuszczał się doprawdy paskudnych, okrutnych czynów.
    — Ooo, dużo keczupu, dużo ziół i sok z pomarańczek… Boże, Rosie, tylko nie popija tych frytek sokiem, co? – Na szczęście, jak zawsze obok kręciło się jej malutkie, prywatne słoneczko, które skutecznie odganiało wszelki mrok i sprawiało, że Verze było zwyczajnie łatwiej dojść do wszystkim do ładu; szczególnie, że musiała się upewnić, że jej skarb nie będzie miał poważnych kłopotów żołądkowych po takiej mieszance wybuchowej ferii smaków. Niestety, jakkolwiek chciała ją przy sobie zatrzymać, tak bardzo jej to nie wyszło, bowiem w tamtej chwili i malec w jej łonie postanowił się odezwać: miała wrażenie, że wrzaśnie z bólu kręgosłupa i z tego paskudnego uczucia rozpychania jej brzucha od środka. Co gorsza, chcąc to ukryć, tylko zaalarmowała bliskich. – Nic, królewno, nic się nie dzieje… po prostu mamusia się trochę zmęczyła – opadła ciężko na krzesło, masując się pięścią w odcinku lędźwiowym i próbując także rozluźnić napięcie w podbrzuszu, aby nikogo nie martwić; z miernym skutkiem. – Kochanie, wszystko dobrze – skłamała lekko mężowi, ale wzorkiem dała mu o tym znać: wymowne spojrzenie rzucone na ich latorośl jasno mówiło, że c o ś się stało, ale to nie był ani czas, ani miejsce na takie rozmowy. Widocznie jednak, nie wyszło jej to do końca tak jak chciała; w zasadzie weterynarz spokojnie mógł to uznać za zwykły, matczyny strach, że jej pociecha dowie się zbyt wiele, a nie za nakaz urwania dyskusji. – Nie, nie trzeba do domu… och, ojej… – wyprostowała się. – Trochę się przeforsowałam, okej? Biegałam, skakałam, nosiłam Rose i no… moja wina. Przejdzie mi, tylko trochę po oddycham – szczerze w to wierzyła, nagle tężejąc. Przeniosła fiołkowe tęczówki z rodziny na Lucille, której jeszcze w takich kategoriach nie pojmowała. Ta wgapiała się w nią intensywnie. – Wiem, jak to wygląda, ale zazwyczaj jest lepiej. – Burknęła, mając niesłuszne wrażenie, iż jest oceniana; nie lubiła, jak ludzie tak się na nią patrzyli. Zacisnęła usta w wąską linię i nabrała głośno powietrza w płuca. – Dziecko jest zdrowe, ja też – wyrwało się jej; spąsowiała z zażenowania, ale tym razem z ratunkiem od dalszego pogrążania się, przyszedł Osin Junior z sokiem z pomarańczy dla całej ferajny.

    zawstydzona, ale to z miłości, VERA

    OdpowiedzUsuń
  64. — Okej – powtórzyła niepewnie Vereena, uciekając wzrokiem przed oczami Connora, który lustrował ją i na pewno wiedział wszystko, co się z nią działo. Jednocześnie nie mogła nic więcej dodać, bo zdecydowanie zbyt wiele się na raz wydarzyło i w ostatecznym rozrachunku sprawiało, że poczuła się jak skończona idiotka, która sobie z niczym nie daje rady. Oczywiście, najpewniej przesadzała, ale w kwestii swojej ciąży była dość przewrażliwiona: nie w taki chory sposób, przez który ciągle miała leżeć i nic nie robić, ale zwyczajnie pragnęła na każdym kroku udowodniać, że jest silna i nic jej nie przeszkadza, a odmiennym stan to sama przyjemność; w zasadzie tak było przez większość czasu, chociaż czasem faktycznie zdarzały się różne nieprzyjemności, które nieco podkopywały jej samopoczucie. Odetchnęła ciężko i wbiła zawstydzona spojrzenie w szklankę z sokiem, nie przypuszczając, że jednak Lucille postanowi drążyć temat. Trochę niesłusznie, bo ewidentnie jej synowa nie chciała go kontynuować. Zazgrzytała zębami, ale nawet nie zerknęła na nią, wściekając się, chociaż sama w rzeczywistości nie miała pojęcia, na co. – Nie potrzebuję niczyich ocen ani rad, ani tym bardziej krótkotrwałych, krótkowzrocznych obserwacji obcej osoby – skwitowała ostro, chłodno, trochę jak nie ona, na dodatek kłamiąc jak z nut.
    Niestety bowiem, akceptacja innych była dla niej naprawdę istotna, o czym świadczyły chociaż wszystkie kwestie związane z Muzeum Magii i Czarodziejstwa w Boscastle – nie dała tego po sobie poznać, trzymając teściową na bardzo duży i nieprzyjemny dystans. Nie wiedzieć czemu, ale w tym jednym, konkretnym wypadku, nie potrafiła wybaczyć ani zapomnieć – cholera!, nawet gdyby to był ten nieszczęsny, paskudny auror, Fitz-Oesterlen, proszący o darowanie grzechów, najpewniej poszłoby im łatwiej. W tym jednak wypadku chodziło o kogoś, kto nie krzywdził jej per se, ale jej ukochanego – to natomiast było grzechem, którego nie potrafiła na żaden sposób odpuścić, a dodatkowo jeszcze się niepotrzebnie nakręcała. Wcale więc nie wypadała odpowiednio i dojrzale, co absolutnie się jej nie podobało – przeklęła cichutko pod nosem, tym razem zła na samą siebie.
    — Hm? Co? – Pogrążona więc w swoich myślach, zapatrzona w bawiącą się pomarańczami, fikuśnymi słomkami i kolorową parasolką, Roselyn Irisbeth, w ogóle nie pojęła, co powiedział do niej mąż. Dopiero kiedy potworzył, dotarło do niej, co się dzieje. Westchnęła ciężko, wtedy także orientując się, że jego matki nie ma obok. Zamrugała powiekami nieco oszołomiona. – Connor, kochanie – chwyciła go za rękę – nie tłumacz się. Postąpiłeś słusznie i na pewno wszystko skończy się dobrze – wyszeptała, chociaż wcale nie brzmiała pewnie. – Robisz bardzo dobrze, bo jesteś mądrym wilczkiem – uśmiechnęła się czule i uniosła jego rękę, całując obrączkę, którą nosił. – Rozpracowałeś to świetnie – dodała szczerze, znacznie poważniej – i to ja przepraszam… po prostu… patrzę na nią tak, jak ty na Roberta – wyjaśniła, na szczęście mając w rękawie ten słuszny, mocny argument. – Na pewno jednak, kiedy się zmieni, kiedy pokaże, co jest warta i jej zaufasz: ja będę pierwsza w kolejce, aby przyjąć ją do naszego domu – uśmiechnęła się czule i westchnęła ciężko, marszcząc gwałtownie brwi. – N-nie… nie chcesz więcej z nią porozmawiać? – Zapytała nieco zszokowana, gdy ukochany zasugerował powrót do domu. – A-ale… ale naprawdę, kochanie, zostań, pogadaj, serio – próbowała ratować sytuację, bo wiedziała, ze to przez nią. – Nie przejmuj się mną, proszę – poprosiła, ale zdawała sobie sprawę, że to tylko go rozsierdzi. – Connor, nic mi nie jest – władowała mu się na kolana nagle. – To, że mały, albo mała, daje mi się we znaki, nic nie znaczy, okej? Tak bywa i ja się dzisiaj przeforsowałam, więc nie zmieniaj planów i nie zostawiaj rzeczy niedokończonych z mojego powodu, bo ja też cię kocham, wielkoludzie, i nie chcę, abyś się dla mnie poświęcał – zapewniła czule.

    bardzo poważna i szczera w swoich zapewnieniach VERA, która mocno kocha i wierzy w szczęśliwe zakończenie mimo wszystko

    OdpowiedzUsuń