Ignore me harder


Bree Allaway
mieszkanka Hogsmeade od czterech miesięcy ❧ urodzona 21 grudnia 2007 roku w Inverness, Szkocja ❧ była wychowanka Domu Helgi Hufflepuff ❧ w obecnych czasach zostałaby Krukonką ❧ sztywna różdżka z brzozy papierowej i rogu bazyliszka, długości siedemnastu cali, obecnie skryta w bezpiecznym miejscu ❧ czarownica półkrwi ❧ patronus&animag: lis rudy, do bogina się nie przyznaje ❧ sprzątaczka w „Lusterku”


Nikt nie skojarzył gęstej kurtyny z długich, rozpuszczonych włosów z dwoma zawadiackimi warkoczami, poprzeplatanymi pasmami w kolorach tęczy. Nikt nie połączył szerokiego uśmiechu z wiecznie opadającymi kącikami ust. Nikt nie nałożył twojej twarzy na jej twarz; w przeciwnym razie dwa dodać dwa dałoby piękne, okrągłe cztery. Nikt nie zwrócił uwagi na półtora metra osobliwości, które wprowadziło się do Hogsmeade równe sześć miesięcy po jej śmierci; które, patrząc w lustro, aż do bólu zauważało niedopracowane szczegóły zmian i paraliżujący strach. Nikt jej przecież nie lubił; nikt cię nie zapamiętał.
Dłonie, które niegdyś czarowały, tymczasowo służą ci do dokarmiania bezdomnych zwierząt i wtulania się w ich futro, gdy tylko znajdziesz wolną chwilę pomiędzy pracą a ukrywaniem samej siebie. Jeszcze kilka miesięcy, powtarzasz sobie w duchu, szorując podłogę mugolskim sposobem, zdyszana i upokorzona.
Nie płakałaś, kiedy znaleziono jej ciało w hogwarckim jeziorze, bo, choć był to koniec, dla ciebie oznaczał początek czegoś nowego. Odeszłaś obojętnie od krzyków i tylko jeden jedyny utkwił ci w pamięci jak drzazga, odbijając się echem w najmniej odpowiednich momentach – krzyk jej brata, twojego brata, nieludzki wręcz ogrom bólu. Chciałaś zniknąć i chyba ci się udało: nadal obłudnie żyją tamtą tragedią, chociaż jej śmierć była dla ciebie wybawieniem.
Czasem tylko, zerkając niepewnie w lustro – jesteś chuda, mała i bezlitośnie do niej podobna – zauważasz w swoich zielonych oczach epicentrum strachu, pożerającego cię od środka. Ty wiesz, i ona również to wie, choć nikt inny nie ma pojęcia, że to, co stało się między wami, nigdy już nie pozwoli wam się rozdzielić. W każdym swoim odbiciu dostrzegasz – Zephir Ainsworth – i modlisz się, by reszta świata miała na to za słaby wzrok. 

Poznaj ją, polub ją, przytul, pokochaj, przygarnij.

16 komentarzy:

  1. [Witam na blogu :)
    Na początek pozwolę pochwalić za zdjęcie; naprawdę urzekające :] Sądząc po treści, postać należy do intrygujących i nie takich, jak mogłoby się wielu początkowo zdawać. To dobrze, niejednoznaczność zawsze jest ciekawa :) Mogę jednak spytać, skąd przekonanie, że obecnie byłaby Krukonką, nie Puchonką? Jestem z tych, co są zdania, że żadna Tiara Przydziału nie może przesądzać o czyimś losie, czy jego wartościach, albo osobowości i charakterze, gdy ma się jedenaście lat, czasami dwanaście. Koniec końców mamy własny rozum i dokonujemy samodzielnych decyzji. Ale i tak, zaciekawiło mnie, skąd takie przekonanie o Twojej postaci :)
    Życzę wielu interesujących wątków oraz udanej zabawy, a w razie chęci, zapraszam do siebie...]

    Ed Bones || Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cholera, świetna karta! Cześć, witam serdecznie na blogu z tak ciekawą kreacją postaci i pomysłem na jej historię. Ogromnie podoba mi się ta właściwie ogromna przepaść między tym, co dawniej, a tym, co jest teraz u Bree – udało Ci się stworzyć tekst, który intryguje i zastanawia, a to dobrze. Należą Ci się więc wielkie brawa, a ja od siebie tymczasem dodam, że zazdroszczę jej miejsca pracy, a właściwie to szefa: jakby mi ktoś zaproponował etat w zajeździe u Olgierda, to brałabym nawet rolę wieszaka na płaszcze. :D Poważniejąc jednak, życzę Ci wspaniałej zabawy na blogu i wielu ciekawych pomysłów, a gdybyś miała ochotę na coś z profesorem ONMS to zapraszam do siebie. :)]

    Connor Greyback

    OdpowiedzUsuń
  3. [Matkjeboskie, ona jest cudowna! <3 Czeeeść, witam Cię gorąco na blogu, z jednej strony żałując i nie żałując, że się minęłyśmy – żałując, bo przegapiłam pewnie inną Twoją świetną kartę, a nie żałując, bo teraz masz wspaniałą Bree, która na pewno zawróci Olgierdowi w głowie, bo tak jak Ty i ja ma olbrzymią słabość do rudzielców. : D Zacznę więc od banałów: cudowne zdjęcie i genialnie rozbudowane zakładki z pięknymi ozdobnikami (wow!, serio – wszystko tam ze sobą wizualnie współgra). Co jednak ważniejsze – treść karty, jak podstrony jest… perfekcyjna (?); serio, jestem tak oczarowana, że aż nie wiem, jak to nazwać (a fotografie w powiązaniach – panie!, łałałiła). Osobiście bardzo podoba mi się kwestia tego, że kiedyś trafiła do Huffelpuffu, a obecnie mogłaby zostać Krukonką, bo to przecież ponury absurd, żeby w zasadzie całe swoje dorosłe życie determinować będąc takim gówniarzem (parafrazując mocno „Dzień Świra”). Zresztą, kto czytał kartę i zakładki, ten wie, że dużo wydarzeń się na to złożyło i to tylko czyni z panienki Allaway (mam dziwny odruch pisania tego nazwiska przez „H”, nie wiem czemu, nie pytaj…) niesamowicie intrygującą postać. Dlatego nie przedłużając – chodź do mnie na mejla, pomyślimy nad szalonym wątkiem z burkliwym szefuniem. <3 Tymczasem kończę słodzić i życzę Ci dobre zabawy, dużo super pomysłów oraz wytrwałości – zostań z nami długo! ;]

    pielęgniarka VERA THORNE & hotelarz OLGIERD ERETEIN

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej! Nie wiem skąd taki pomysł na postać, ale mnie się podoba, a właściwie powinnam powiedzieć, że coś mnie w tym urzekło. Mogła mieć na to forma karty, albo to co znajduje się w dodatkowych, ale niezależnie, to kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że będziesz się bawić tutaj dobrze, a wątki będą ciekawe i ich pisanie sprawi ci satysfakcję. Oczywiście, jak coś wpadnij do mojego pana.]

    Alaric Graves

    OdpowiedzUsuń
  5. [Czeeeść. Powiem Ci szczerze, że nawet gdybyś mnie nie odwiedziła pod kartą to ja z pewnością zajrzałabym pod Twoją, bo Bree... jest cudna. <3 Bardzo mi się podoba kreacja tej postaci, a wizerunek jest piękny i bardzo pasuje. Miło patrzeć na tak piękne KP. Skoro już obiecałaś wątek to czekam na pomysły, masz jakiś zarys ich relacji, cokolwiek? Możesz się też odezwać na maila jeśli będzie Ci wygodniej. (;]

    URSULA

    OdpowiedzUsuń
  6. [Lisy to bardzo piękne i mądre zwierzęta, więc doskonale rozumiem Twoją słabość do nich; u mnie również są w czołówce :)
    Dziękuję za wyjaśnienie :] Domyśliłam się, że cokolwiek przeżyła, mocno ją zmieniło, ciekawi mnie jednak, co Twoim zdaniem sprawia, że jest obecnie bardziej krukońska, zważywszy na to, że Puchonów trudno jednoznacznie określić. Może kiedyś się dowiem, jeśli uda nam się coś wspólnie napisać :D Proponuję na wątek Teda; Ed jest jednak uzdolnionym legilimentem i sądzę, że naciąganym by było, by chcąc, nie chcąc, nie dowiedział się tego i owego do Bree. Tak więc, by uniknąć podobnej sytuacji, proponuję Teddy'ego. Wpada Ci aczkolwiek coś sensowniejszego do głowy, jakby ich zgrać?]

    Teddy Lupin

    OdpowiedzUsuń
  7. [Nie wydaje mi się, bym gdziekolwiek chociaż wspomniała, że Bree nie jest krukońska ;) A już z pewnością nawet nie sugerowałam, że możesz nie znać lub nie rozumieć własnej postaci :) Koniec końców wiele zależy od perspektywy, jak i we wszystkim innym; a grupowce mają być przecież odskocznią od rzeczywistości ;) Zadałam zwykłe pytanie, a potem napisałam stwierdzenie; oba bez najmniejszych podtekstów.
    W chwili obecnej również nie mam zbytnio pomysłów, niestety... Może uda nam się spisać, a jeśli nie, raz jeszcze udanej zabawy i ciekawych wątków :D]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej, witam na Kronikach! Rudzik z wilkiem od razu przyciągają spojrzenie, a jednak moja uwaga najbardziej skupiła się na dodatkowych zakładkach, bo właśnie po takowych uwielbiam buszować w pierwszej kolejności. Jestem naprawdę ciekawa, co konkretnie popchnęło Zephir do podjęcia tak dramatycznej decyzji i przyjęcia nowej tożsamości, jakby nie było takie wydarzenia to grubszy kaliber, bo nawet w świecie magii na pewno nie jest łatwo przepaść bez śladu. Wiem natomiast, że chętnie zawitam pod Twoje notatki, gdybyś takowe publikowała w przyszłości na Kronikach ;) Jako tako pomysłu teraz nie mam, ale w razie chęci zapraszam pod którąś z moich kart :)]

    TORI WEASLEY & NORA VANCE

    OdpowiedzUsuń
  9. Z hukiem odłożył wysoką szklankę na chybotliwy stolik. Zaklął.
    Mebel gwałtownie zadrżał, piwo się spieniło, mimo że nie zostało go dużo, a biała piana spłynęła po ściankach szklanego naczynia, opadając na nierówne, źle oheblowane deski, zbite za pomocą kilku gwoździ w całość. Wokół denka powstały nieładne plamy – nie jedyne zresztą, bowiem cały, pełen drzazg i nierówności, blacik pokryty był nimi, co tworzyło obraz nędzy i rozpaczy, których nie dawało się za żadne skarby pozbyć. Co prawda, nigdy do tego zabiegu nie stosował magii, uważając za zwyczajnie uwłaczający fakt, że jest tak chodzącą beznadzieją, że pokonują go kłopoty ze sprzętem domowego użytku, na które mugole pewnie mieli pełno rozwiązań, ale on był zbyt leniwy, aby ich użyć – jednocześnie był także zbyt świadomy swojej żałosności, aby korzystać z czarów.
    Olgierd odetchnął ciężko – plama miała być jego jedynym towarzyszem tej nocy.
    Tak naprawdę, samotny był na własne życzenie – sam jeszcze o poranku pozbył się z domu swojego kota, Stefana, oraz szczurka, Penelopy, bo jakoś tak dziwnie przeszkadzali mu tego feralnego dnia; liczył, co prawda, że nie zawędrowali zbyt daleko, bo to byłoby istną katastrofą i całkowitym końcem jego jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Niemniej, w tamtej chwili, patrząc na tę cholerną plamę na chybotliwym stoliku, miał doprawdy gdzieś, co się stanie z nim oraz z nimi. Miał gdzieś całe swoje nędzne, czterdziestopięcioletnie życie, podczas którego dosłownie n i c nie osiągnął. Ten rok zaczął się i miał się skończyć doprawdy spektakularnie fatalnie – jak każdy, cholerny rok, przed nim i każdy rok po nim od dwóch, żałosnych dekad, podczas których zgnuśniał i skwaśniał.
    Kiedyś sądził, że na starość będzie jak wino – przypominał jednak raczej jabola.
    Zaciek na starym drewnie znienawidzonego mebla nic nie zawinił i w zasadzie niewiele miał wspólnego z jego podłym samopoczuciem, niemniej na pewno był jakąś mniej lub bardziej przyjemną odskocznią od tego, z czym przychodziło mu się mierzyć na co dzień, na trzeźwo. To jednak także było wierutnym kłamstwem, bowiem niezależnie, czy pijany, czy też nie – Eretein zawsze wspominał boleśnie. Czasem jego umysł sam postanawiał ewokować w owe opowieści o pamiętaniu i zapomnieniu, a czasem – sam siebie katował. Miał też zamiar robić to tej nocy, ale znacznie przyjemniej byłoby się katować z kimś, prawda? Co prawda, nie był pewien, jak jego pracownica zareaguje na kolejną noc spędzoną w jego zawianym i użalającym się nad sobą towarzystwie, ale jakoś mało go to obchodziło.
    Olgierd – mistrz elegancji i taktu. Zaklął szpetnie i skrzywił się nieładnie.
    Bree była tajemnicza, dziwna i pracowała w jego zajeździe do niedawna. Bree mieszkała na samym stryszku, jako jedyna – dwóch pozostałych pracowników zajmowało kwatery piwniczce, ale właściciel „Lusterka” jakoś nie mógł jej skazać na potępienie w zimnie i wilgoci. Bree była mała, ruda i zdecydowanie swoim zgrabnym noskiem przypominała za bardzo Rhenę. Bree mówiła mało, ale dobrze słuchała – i to jemu całkowicie wystarczało. Bree wzbudzała w nim dziwne uczucia, których nie potrafił określić w żaden logiczny sposób, co bardzo go irytowało, a jednocześnie – mocno ku niej ciągnęło i nie pozwalało przestać o niej myśleć; coraz rzadziej zaś, w kategoriach podobieństw do byłej małżonki. Dlatego też ostatecznie wdrapał się do niej, pokonując drzwiczki na klatce.
    — Mogę wejść – nie pytał, nie prosił, ba!, nie zapukał: po prostu wparował do jej pokoiku z paroma butelkami piwa, które sam miał i tak wypić, zajmując standardowe miejsce na jej łóżku. – Nie śpisz – skwitował, jak zawsze pełen gracji i inteligencji, a następnie przyjął swoją pozę na pseudo-myśliciela. – Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam – dodał, z czystej kurtuazji; nawet, gdyby przeszkadzał: nie wyszedłby, bo potrzebował się wygadać.

    już lekko wstawiony, na swój sposób uroczy, OLGIERD ERETEIN, który potrzebuje miłości i pozwolił sobie wrzucić pracownicę na strych, lel

    OdpowiedzUsuń
  10. Hogsmeade było dziś wyjątkowo ciche. Ludzie pozamykali się w domach z powodu panującej ulewy, która nie ustępowała już od trzech dni. Samemu Siriusowi by to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że tylko kilka sów nadawało się do latania w takich warunkach, a i na listy trzeba było nakładać dodatkowe zaklęcia ochronne, aby nie przemokły w kilka minut, kompletnie niszcząc treści zawarte na kartach pergaminu codziennie wysyłanych w inne części Wielkiej Brytanii.
    Odetchnął z ulgą, gdy ostatnia sowa wleciała do budynku poczty, otrzepując pióra z wody prosto na główną ladę, na której przycupnęła, przyglądając się wielkimi oczami rudej czuprynie Ainswortha. Chłopak westchnął, kręcąc głową. Już nauczył się, aby nie trzymać papierów na biurkach, kiedy mokre sowy wracają z ekspedycji, bo wiele z ich nie zostaje.
    – Łap! – Schylił się pod ladę, po czym podrzucił kawałek suszonego mięsa, w którym akurat ten puszczyk lubował się znacznie bardziej niż w standardowych myszach znajdujących się w codziennym menu każdego ptaka pracującego na poczcie.
    Zwierzę pochwyciło przysmak i usiadło na ramieniu Siriusa, kłapiąc dziobem z zadowoleniem. Chłopak odprowadził sowę do sowiarni, policzył wszystkie ptaki, upewniwszy się, że wszystkie te, które miały wrócić dzisiaj, dotarły na miejsce, po czym zamknął wszystkie pomieszczenia na klucz i opuścił miejsce pracy.
    Rozłożył czarny parasol i ruszył w stronę domu. Przez głowę przeszła mu myśl o szybkim kremowym piwie w pubie, które lubił nawet teraz, gdy miał lat dziewiętnaście i wszyscy jego rówieśnicy nagle zaczęli uważać, że to napój dla dzieciaków. Uśmiechnął się kącikiem ust i skręcił w wąską uliczkę będącą skrótem do Pijanego Hipogryfa. Jedynym dźwiękiem w całym miasteczku było odbijanie się deszczu od chodników i Siriusowego parasola, jednak w pewnym momencie usłyszał ludzkie głosy.
    Obejrzał się za siebie, sprawdzając, czy dochodzą z głównej ulicy. Nie. Pewnie jakaś rodzina wyszła na zewnątrz i zaczęła przeklinać na deszcz, albo zwracać uwagę dzieciom, pomyślał. Wzruszył ramionami i zaczął kroczyć dalej, jednak im bliżej było mu do Pijanego Hipogryfa, tym głośniejsze stawały się głosy. Nie wiedział, że pub będzie dziś pełny, spodziewał się być jedynym klientem w tak chmurny i brzydki dzień. Westchnął cicho. Nie chciało mu się siedzieć w tłumie starych, pijanych czarodziejów.
    Wtedy minął tę jedną, wąską uliczkę. Jego głowa sama zwróciła się w jej stronę, dokładnie przyglądając się grupce ludzi oddalonych od niego parędziesiąt metrów. To stamtąd dochodziły krzyki. Spośród całej gromady jego uwagę przyciągnęła jednak tylko jedna osoba. Długie, rude, oklapnięte od deszczu włosy dziewczyny zdawały się razić go w oczy niczym latarnia morska. Sam nie wiedział, co go tam poniosło.
    Już zorientował się, co wyprawiała grupka dzieciaków z Hogwartu. Ten sam rodzaj prześmiewczego rechotu zapadł mu w pamięć po tym, jak wiele razy słyszał go, gdy bronił siostry w szkole. Przełknął ślinę, serce podskoczyło mu do gardła. Nawet ta dziewczyna na ulicy miała ten sam odcień włosów, co Zephir i on sam.
    – Ej! – wrzasnął. – Nie macie przypadkiem zajęć w szkole, gówniarze?! – Zmierzył wzrokiem chłopców rzucających między sobą fioletową parasolkę.
    Domyślił się, że przedmiot należał do dziewczyny, bo ta stała przemoknięta i szybko zarzuciła na głowę równie przesiąknięty wodą kaptur bluzy, jednocześnie lekko się od niego odwracając, jakby się go bała albo wstydziła. Zmarszczył jedną brew.

    Kochający braciszek

    OdpowiedzUsuń
  11. [Byłaś już tu kiedyś, wcześniej z nią, prawda? Kojarzę historię i imię i nazwisko tej zmarłej. Z chęcią bym coś napisała, ale muszę się porządnie zastanowić nad tym, w jaki sposób to rozegrać ;)]

    ARTAIR AVERY

    OdpowiedzUsuń
  12. [Puk,puk. Nie miała byś ochoty skrobnąć czegoś z Tristanem? Ta kobietka mnie urzekła. (; ]

    Tristan Jensen

    OdpowiedzUsuń
  13. [A to nie szkodzi - naprawdę. Może to nawet lepiej, że tak się stało, bo zazwyczaj, kiedy ja sama sobie przeglądam karty i ktoś mi wpadnie w oko, to w mojej głowie od razu pojawiają się różne pomysły, co by tu stworzyć. A jak ktoś mnie wita, to później główkuję. No i nie zawsze mam takie UAU, przy czytaniu karty. Jestem pewna, że Bree już kiedyś tu widziałam, ale bywałam tu tak, bo bywałam, a Bell i Louis wisieli sobie w linkach bez życia, więc no.. nie byłam najlepszym kompanem do pisania. Także ten.. może przedstawię wszystko to, co siedziało wczoraj w mojej głowie.
    1) Samo to, co napisałaś - o byciu jedynym przyjacielem, któremu Bree wyzna swój sekret (tym sekretem jest przyznanie się do tego, że sfingowała własną śmierć, tak?) - jest dla mnie jak najbardziej w porządku! Ale zastanawiam się nad pogłębieniem tego na swój własny, dziwny sposób!
    2) Kwestia poznania się i tego, jak ich przyjaźń się w ogóle rozwinęła. A no to ja tak myślałam o tym, że (może to strasznie oklepane), Tristan po prostu pomógł jej ogarnąć się w Ekspresie Hogwart, kiedy ta zaczynała swoją edukację. Poczuł coś, co kazało mu pomóc małej istotce i tyle. I pomimo przyjęcia do innego domu, on nadal zwracał na nią uwagę, martwił się o nią, ot taki dziwny impuls, który nakazywał mu to robić.
    3) Co ty na to, aby Tristan z roku na rok uświadamiał sobie, że czuje do niej coś więcej? Nie wiem czy masz już odhaczone tą opcję "pokochaj", ale ona po prostu jest taka... nie wiem nawet jak to określić. Idealna dla niego? W sytuacji, gdy dowiedziałby się, że nie żyje, byłby wrakiem człowieka et cetera. Żałowałby, że nie powiedział jej o swoich uczuciach, ale przecież miał tą swoją durną zasadę "żadnych dziewczyn, bo to wiążę się z wyjawianiem tajemnic".
    4) Ten list! Ahh, to po raz kolejny przewróciłoby jego życie po raz kolejny do góry nogami. Na początku myślałby, że ktoś po prostu stroi sobie z niego przykre żarty, byłby niepewny i nieufny. Do czasu, aż się spotkają.
    Co Ty na to wszystko? Mam nadzieję, że nie wybiegłam za daleko i nie pokrzyżowałam tym żadnych planów (i że się zgodzisz, ale shh). Daj znać! :)]

    Zauroczony Tristan

    OdpowiedzUsuń
  14. Oczywiście, nie było żadnych, najmniejszych wątpliwości, że Olgierd był człowiekiem, dość mocno nienadającym się do współegzystencji z innymi – był wredny, był introwertyczny i był zwyczajnie niezaznajomiony ze sztukami oratorskimi, co sprowadzało się do tego, że nawet najprostsze rozmowy z nim, można było porównać do chodzenia po rozżarzonych węglach i wbijania palców pod żebra jednocześnie. Naprawdę – kompletnie się do takich spraw nie nadawał i pewnie to także był powód, dla którego nie potrafił się nigdy, tak od początku do końca, dogadać z Rhenawedd: przedstawić jej swoich racji, przekonać do nich, ba!, nie potrafił nawet wyłożyć w sposób odpowiedni swoich argumentów, co oznaczało mniej więcej tyle, że znakomitą ilość czasu się kłócili. Owszem, jego była żona była specyficzną kobietą: wyniosłą i zwyczajnie chłodną, do której ciężko było się przebić; która naprawdę emanowała aurą, podkreślającą, że lepiej się do niej nie zbliżać ani o nic nie prosić, bowiem ona nic nie robi bez powodu, nawet palcem nie kiwa. Z tego też powodu – co oczywiście docierało do niego w długim, mozolnym procesie analizowania wydarzeń z przeszłości, dopiero wtedy, kiedy wspomnienia nie sprawiały, że miał ochotę kłaść się na ziemi i wyć z rozpaczy nad swoim życiem – nie tylko nie przekonał jej do powiększenia ich rodziny – co było jego olbrzymim marzeniem: aby właśnie mieć dziecko z tą konkretną kobietą – ale także jego sugestia sprawiła, że ich relacja obróciła się w perzynę. Oczywiście, nie było też żadnych, najmniejszych wątpliwości również w tym, że Olgierd zwyczajnie wybielał Rhenawedd do tego stopnia, że niemalże samo się biczował i pokutował – niekoniecznie za swoje grzechy. Najgorsze jednak były właśnie takie dni jak ten.
    Dni, gdy Rhena nawiedzała go swoją piękną twarzą, zadartym nosem i rudymi puklami w niesfornych myślach, nad którymi nie panował – jak bardzo żałosną istotą czyniło go to, że nie potrafił uspokoić chaosu we własnej głowie? Dni, gdy lepiej było się upić, niż pamiętać. Dni, gdy orientował się, że kogoś po potrzebuje – ot tak, po ludzku i tym tłumaczył sobie nachodzenie Bree: a nie przyjemnym uciskiem w sercu, gdy o niej myślał.
    — Wspaniale… to wspaniale… – kwitował mało przytomnie słowa dziewczyny, tak nastawiony na to, że m u s i z nią porozmawiać, że nawet gdyby cisnęła w niego jakimś zaklęciem odrzucającym, byleby opuścił jej pokój, on i tak wparowałby tam raz jeszcze i ponownie, ponieważ, kiedy się na coś upierał, to nie było zmiłuj i o ile w kwestii prowadzenia „Lusterka”, było to przydatne i pomocne, tak w relacjach międzyludzkich nierzadko wykazywał się skrajnym ignoranctwem; co również było powodem, dla którego wciąż był sam. – Sprowadza? – Zrobił głupią minę i dopiero po chwili w pełni pojął, to panna Allaway do niego mówiła. – Ach, tak, tak… – potrząsnął głową; ruch, jaki wykonała przeczesując swoje ogniste pukle skutecznie wybił go z rytmu. Przełknął głośno ślinę, karcąc się w myślach: przecież mogła być jego córką, na gacie Merlina. Nie wiedzieć czemu, świadomość ta, dziwnie go podirytowała i nagle spochmurniał, przez co zaczął przypominać trochę wściekłego, trykającego muflona. Zazgrzytał zębami i cudem się opanował. – W zasadzie… w z-zasadzie… w-w sumie… – zająknął się, bo de facto, nie wiedział, czemu do niej przyszedł. Odetchnął ciężko. – Upijanie się w samotności to alkoholizm, nie? – Wyszczerzył się głupio i pozwolił jej wziąć jedną butelkę piwa, mimo że miał plan wypić je wszystkie; jak zawsze pod postacią głupkowatego klauna, który nie radzi sobie w życiu, skrywał swoje największe problemy i zabijające go sekrety; skrywał to, że tak naprawdę spieprzył i sobie i kobiecie, którą kochał życie, i że tak naprawdę nic nie osiągnął: był wrakiem, bankrutem moralnym i żałosną namiastką ameby. – W czymś przeszkodziłem? – Zapytał, mimochodem zrzucając ich dyskusję na inne tory, ale faktycznie: jej nerwowy ruch mu nie umknął.

    stary, a głupi OLGIERD, który nie umie zdefiniować swoich uczuć i w ogóle z niczym sobie nie radzi, o

    OdpowiedzUsuń
  15. [Cześć, bardzo ciekawa postać. I tak jak mi się podoba, tak chętnie Rhena będzie ją dręczyć, o. Już przez sam fakt, że jest sprzątaczką będzie ją nieco gorzej traktować, a kiedy dowie się że coś się kroi pomiędzy nią a jej byłym mężem (nie wiem dokładnie co, mogłabyś mi to przybliżyć? xD) to będzie chciała ją za włosy wyciągnąć z "Lusterka". ;'D Na wątek jestem bardzo chętna, tylko brak mi konkretnego pomysłu.]

    Rhena Travers

    OdpowiedzUsuń
  16. — A czy ja ci wyglądam na okaz „wszystko w porządku”? – Zadrwił okrutnie, pociągając srogi łyk piwa, który odbił się mu w trzewiach. Skrzywił się nieładnie i spojrzał na swoją rozmówczynię, szybko orientując się, że zachował się niczym skończony gbur oraz prostak który powinien się cieszyć, że ta mała, pomimo tylu takich samych, żałośnie beznadziejnych wieczorów, podczas których musiała go znosić, nadal nie wyrzucała go na zbity pysk ze swojego pokoju, mimo że najpewniej miała lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie zrzędzenia starego szefa, któremu generalnie życie nie wyszło, bo był zbyt głupi, zbyt słaby i zbyt roszczeniowy wobec wszystkiego, co zresztą pokazał także w tamtej chwili: Olgierd bezczelnie i nie mając przy okazji najmniejszych do tego praw, oczekiwał iż Bree będzie rozumiała wszystko i dostrzegała każda, najmniejszą, najsubtelniejszą zmianę w nim oraz w jego zachowaniu, a ostatecznie zawsze będzie w gotowości i z dobrą radą, aby mu pomóc i go pocieszyć. Nie miała jednak takiego obowiązku i niestety uświadomił to sobie mocno poniewczasie. – Wybacz – burknął więc ostatecznie niewyraźnie, zaciskając szczęki do bólu tak, że widać było każdy jego napięty miesień; jego i tak nieco przerażająco pusta twarz, nabrała jeszcze bardziej makabrycznego, niemalże demonicznego wyrazu.
    Cóż, niewątpliwie wpływ miało na to także to, że był poorany przez życie – w tym metaforycznym i dosłownym – animuszu nie dodawał mu brak prawego oka, który sprawiał, że przypominał naprawdę przerażającego, gotowego mordować wszystkich maga, gdy cień nieodpowiednio na niego padał – tego stwierdzenia znaczeniu. Przeszedł przecież przez doprawdy wiele i chyba większość ludzi na jego miejscu poddałaby się i – dla dobra swojego i reszty ludzkości – zakończyła swój żywot. On jednak nie robił tego z trzech bardzo prostych powodów. Po pierwsze, do niedawna szczerze wierzył, że może uda mu się naprawić błędy popełnione w związku z Rhenawedd – teraz jednak już w sumie mu tak na tym nie zależało i w zasadzie nie potrafił odpowiedzieć dlaczego. Po drugie, był zwyczajnym, pierdolonym tchórzem, który nie umiałby się wykazać odwagą i targnąć się na własne życie, nawet jeśli oznaczałoby to koniec cierpienia dla siebie i radość dla innych – chociaż owych „innych” nie było znowu tak wielu, bo jakby nie patrzeć nigdy nie świecił pokaźnym wianuszkiem znajomych, czy kogokolwiek, na kogo mógłby jakkolwiek oddziaływać. Po trzecie zaś, chyba zwyczajnie pragnął jeszcze c o ś wysupłać z tego życia – z miernym co prawda skutkiem, ale jednak wciąż marzył, co znaczyło, że wciąż istniał. Względnie.
    — Nie chcesz to nie mów – nagle ogarnęło go dziwne poczucie, że naprawdę władował się Bree z buciorami nie tylko do pokoju, ale do życia, co wcale przyjemne nie było: zrozumiał, że najpewniej ona wcale nie chciała go obok, w czym tylko utwierdziło go spłoszenie dziewczyny, gdy zapytał, czy w czymkolwiek jej przeszkodził. Oczywiście, rozumiał szeroko pojętą doktrynę prywatności, ale jakoś dziwnie go to ubodło. – Nie, Bree, nie jesteś – skłamał więc ostatecznie, czując się jak skończony kretyn. – Wszystko dobrze… Bree – lubił powtarzać jej imię, chociaż miał wrażenie, że jakoś niespecjalnie do niej do niej pasuje; było ładne, ale nie było jej, a przynajmniej miał takie wrażenie. Najpewniej mylne, bowiem podsuwane przez wypalony alkoholem mózg. Chwilę milczał i obracał butelkę w dłoniach. – To może… ja nie będę ci w tym siedzeniu i myśleniu – podkreślił wymownie, wiedząc, ze go oszukuje, a kłamstw naprawdę nie lubił – przeszkadzał – wstał gwałtownie i chwycił pozostałe dwa piwa, przyciskając je do siebie mocno i kurczowo. – Tak wpadłem… jak wszystko dobrze, to ten… do jutra… chyba… ja poszukam Steff, gdzieś się stara szmata szlaja i jeszcze zamarznie, wiesz jaka jest głupia: łysa jak dupa niemowlaka, a łazi po mrozie – gadał jak najęty, próbując odrzucić od siebie ból, jaki mu sprawiła.

    bardzo podłamany, bo w sumie zagubiony OLGIERD, który chce pić

    OdpowiedzUsuń