You gotta keep your love 'cause I'm coming home to you


16+

muzyka


– Sama wiesz, jak to jest z facetami. 
– Wiem! 
– Przechodzi wczoraj obok mnie taka dziewczyna, taka modelka, wiesz... 
– Wiem! 
– Taka ładna, no chodząca piękność. I ja mówię do Stevena: o, Boże, jakie ona ma ładne wargi! A on do mnie: które? 
– Ha, ha, ha! 
– Faceci.
– Faceci! 
Sorcha naciągnęła kołdrę na głowę. Głośne rozmowy koleżanek uniemożliwiały jej zaśnięcie. Nie chciała jeszcze wstawać: dopóki leżała, świat był daleko od niej. Nie musiała znów podejmować walki o dobry dzień, nie musiała się z nikim użerać, nie musiała za nic ponosić odpowiedzialności. Wcisnęła twarz w pościel, wyobrażając sobie, że staje się niewidzialna. Gdyby pamiętała zaklęcie na zapadanie się w podłodze, pewnie by je teraz rzuciła. 
– Zboczony jak...! o, czekaj. Pokazywałam Ci moje nowe wstążki? 
– Wstążki? Nie. Pokaż wstążki. 
– Te kosztowały pół galeona... nie, nie te. Te były tanie, z jakiegoś sklepu w Hogsmeade... chociaż... nie są takie najgorsze chyba, co?
Sorcha podniosła się na kilkanaście centymetrów, wyciągnęła spod głowy poduszkę i z całej siły, jaką miała w ręce, cisnęła poduchą w plotkujące dziewczyny. 
– Sorcha! Ty paskudo mała! 
– Sorcha, Sorcha, obudziłaś się wreszcie? Ileż można spać? Przespałaś śniadanie, wiesz? 
– Wiem. 
– Ona nie je śniadań.
Dziewczyny patrzyły przez chwilę na wciąż zagrzebaną w pościeli Sorchę, po czym wróciły do oglądania ozdób do włosów. 
– A ta była za dwa galeony. Tylko uważaj, żeby mi się nie podarła czasem. 
– Ej, Lizzie, muszę zrobić pracę domową. 
– Aha. Z kim piszecie pracę z mugoloznawstwa? 
– Tyko nie to durne mugoloznawstwo. 
Na głos Sorchy Lizzie przewróciła oczami. 
– Z kim masz tę pracę, Rose? 
– Z... nią. 
– Słyszę, że o mnie mówisz, Rose. Nie jestem głucha. 
Rose westchnęła głośno. 
– Nie no, Sally, musimy to wreszcie zrobić. 
– Po co się spieszycie? Ja się za to zabieram dzień przed terminem. Nie chcę sobie niszczyć weekendu... robicie we dwie? Jaki macie temat?
– Facet miał nam kogoś dopisać. Właściwie to nas dopisał do dziewczyny, która wybrała temat: "Mugol i czarodziej - jak żyć obok siebie w zgodzie".
Sorcha prychnęła jak wściekły kot.
– Żenada.
– Sally, wstawaj. 
– Nie chcę. Idź sobie. 
– Musisz sprawdzić, kogo mamy na trzeciego. 
– Dlaczego ja? 
– Bo ja załatwiłam nam materiały i rozmowę z tym starym charłakiem z Hogsmeade.
Dziewczyna podeszła do łóżka, w którym leżała Sorcha i usiadła na jego brzegu. Nie widząc żadnej reakcji, klepnęła koleżankę w nogę przez grubą warstwę kołdry. 
– Sally... Mówi się.
Sorcha nakryła głowę poduszką i jęknęła przeciągle. 
– Idź sobie. 


 


 Ubrana w za długi, szary sweter i lekko znoszoną szatę, Sorcha przemierzała korytarz, co chwilę oglądając się za siebie i karcąc się w duchu za swoje dziwne lęki. Szła razem z niewysokim chłopakiem ze Slytherinu pod ścianę ogłoszeń, zwaną też przez niektórych uczniów ścianą płaczu. 
– Tak właściwie... dlaczego mnie ze sobą wyciągnęłaś? To znaczy... nie, że mam coś przeciwko. Bardzo się cieszę, że mogę sobie z tobą połazić po zamku. Zobacz, jest tak pięknie na dworze. Nad ranem spadł śnieg. Moglibyśmy wyjść na błonia... 
– George, idziemy sprawdzić, kto jest trzecią osobą w moim projekcie. 
Chłopak spuścił wzrok i włożył ręce do kieszeni. 
– Wiem. Myślałem tylko, że... a, nieważne. 
Stanęli przed ścianą pokrytą dziesiątkami przemieszczających się wraz z ruchem wskazówek zegara kartek, które umieszczali tu nauczyciele. Sorcha zrobiła unik, pochylając się pod nadlatującą z głębi korytarza, zabazgraną nieczytelnym pismem kartką. Pozostałe papiery zrobiły miejsce nowej karcie, która zaraz zaczęła poruszać się razem z nimi. 
– No, nie. 
– Co jest?
Sorcha wskazała mu świstek, na którym rozpisano grupy do projektu z mugoloznawstwa. 
– Co za dziad. Wsadził nam Kristie do grupy. Tylko nie to. Nie, nie, nie...
Odsunęli się od tłumu uczniów, przeglądających wirujące karteluszki i ruszyli w stronę biblioteki. 
– Zupełnie cię nie rozumiem, Sorcha. Odnoszę wrażenie, że z jakiegoś powodu jej nienawidzisz. 
– Może naprawdę tak jest? 
– Co ona ci zrobiła? Daj spokój.
Sorcha skrzyżowała ramiona na piersi. 
– Nie miałeś nigdy tak, że po prostu tak bardzo, bardzo mocno kogoś nienawidziłeś, bez żadnego specjalnego powodu, tak bardzo, że życzyłeś mu zwolnienia z pracy, kredytu, martwych dzieci i wrzodów na tyłku?
– Chyba nie. 
– To zazdroszczę. Możesz dołączyć do Fanklubu Zołzy Kristie. 
– Hmm... zarzucę ci teraz taką moją pseudofilozofią... masz coś przeciwko? 
Sorcha przewróciła oczami. 
– Dawaj. 
– Twoja nienawiść może cię zniszczyć. Tylko ciebie. Nikogo innego ona nie dotknie. –  George uśmiechnął się szeroko. 
– Chyba, że Kristie dostanie ode mnie w twarz. 
– Ech, Sorcha. Może pociesz się myślą, że ty masz coś, czego ona nie ma? 
– Pomyślmy... zagrożenie z mugoloznawstwa? Wieczorową pracę w restauracji z napalonym kucharzem przy boku? Przybranego młodszego brata, który podbiera mi ubrania? Mam szukać dalej?
George i Sorcha stanęli przy wejściu do biblioteki. 
– Może poszukaj głębiej? Zobacz. Ona na pewno nikogo nie ma. Taka okularnica z nosem wetkniętym w książki? Na pewno jest sama. 
– Yhy, no wiesz, ja też nikogo nie mam... w ogóle to chyba mnie właśnie obraziłeś, wiesz? 
– Jak to „nikogo nie masz”? Masz mnie. 
– O ile dobrze pamiętam, nie jesteśmy parą. I nie, nie wkręcisz mnie w bal wiosenny. Nawet o tym nie myśl. 
– Daj spokój, Sorcha. Co ci zależy? 
– Zarzucę ci teraz moją pseudofilozofią: czasem jedyny przywilej, jaki masz, to możliwość powiedzenia komuś „nie”. 
George pokręcił głową i otworzył przed nimi drzwi biblioteki.
– Twoja wola...




– Sally! Sally, to ty? 
– O kurczę, nie poznałam cię! 
– Co ty zrobiłaś z włosami? Ale ci się... kręcą tak jakoś... 
– Zrobiłam sobie lekkie fale. 
Kristie Garland i Rose Mayers siedziały przy stoliku obok jednego z najdłuższych regałów w bibliotece. Rose odpinała właśnie materiałową torbę, a Kristie przeczesywała palcami włosy. Sorcha obrzuciła koleżanki lekceważącym spojrzeniem. 
– Lekkie fale? To mają być lekkie fale? Ty chyba lekkich fal nie widziałaś. 
– To są zwyczajne loki, Sally. 
– Coś się nie podoba? 
– Jeeeny, dziewczyno. Skąd ta agresja? 
– Przyczepiacie się do mojego wyglądu, chociaż nic was do tego nie uprawnia. 
Kristie westchnęła teatralnie. 
– Siadaj, Sally. Nie wszyscy mają czas na takie cyrki. 
Sorcha przysiadła niechętnie na brzegu drewnianego krzesła. 
– Dobra... od czego zaczynamy? 
Rose wyciągnęła z torby wielką, zrulowaną planszę i rozłożyła ją na stole. 
– Będziemy wszystko zapisywać na tym papierze? 
– Nie, Sally. Na tym zapiszemy plan. 
– Nie wystarczy wam zapisany w głowach? 
– Nie. 
– Ach, no tak, przepraszam. Powinnam była się domyślić. 
– Sorcha, ty jędzo. 
– Ej, proszę, nie kłóćcie się. Zróbmy to i będziemy mieć święty spokój... 
Sorcha przesunęła krzesło o pół metra. 
– Wybacz, Rose, że zasłonię ci widok na wchodzących do biblioteki przystojniaków, ale nie mogę siedzieć przy pani Kristie. 
– Żebyś się nie zesrała, Sorcha. 
Sorcha i Kristie spojrzały sobie prosto w oczy i przez chwilę mierzyły się wzrokiem. Rose wyglądała, jakby z trudem powstrzymywała się od płaczu.
– Proszę... mamy bardzo mało czasu...
– Przełóżmy termin.
– Jak to?
– Żadna grupa nie odda tego w terminie. Wszyscy mają gdzieś terminy. Wszyscy przekładają. My też przełóżmy.
– Sally, ogarnij się... – Kristie zmrużyła oczy.
– Mam taki pomysł: na początek relacja z rozmowy z charłakiem Timem – wtrąciła się Rose.
– W formie wywiadu? 
– No tak, a w jakiej? 
– Jest wiele różnych form, na przykład... 
– Oj, Sally. Nie wymyślaj. 
– Nie wymyślam – głos Sorchy niebezpiecznie zadrżał. 
– Ej, to bez sensu. Najpierw powinien być cytat. 
– Dlaczego? 
– Bo tak się robi. Masz coś, Rose? 
Dziewczyna pokręciła przecząco głową. 
– A ty, Sally? Masz może jakiś mądry cytat mądrej osobistości, mądra głowo? 
– Najlepszy cytat, jaki znam? Hm... Moja ulubiona pisarka, Cornelia Lowery, w autobiografii z 2015 roku napisała: „mam nadzieję, że z namiętnością przynajmniej zbliżoną do tej, z jaką dziś opisuję moje schadzki, pocałunki i orgazmy, będę za trzydzieści lat opisywać wygląd mojej skóry na pośladkach”. – Sorcha zaśmiała się i odchyliła na krześle. – Obawiam się, że nieliczne ze znajdujących się w tym pomieszczeniu osób mogłyby powtórzyć jej słowa...
Kristie skrzywiła się lekko. Rose zaczęła skubać kołnierz szaty.
– Fuj... stałaś się strasznie wulgarna, Sorcha. 
– A na was czekają prycze w klasztorze sióstr hipokrytek.
Rose pokręciła głową i spojrzała na Kristie, odgarniającą włosy z twarzy.
– Lecz się.
– Może zmienimy temat? O, dziewczyny. Może dodamy do tego jakiś rysunek?
– Któraś umie rysować?
– Pewnie Sally, przecież jest takim multitalentem. – Kristie wyszczerzyła się i podparła brodę rękoma.
– Chętnie. – Sorcha złapała pióro i kolorowe kredki, które Rose wyłożyła na stoliku. – To jest pan charłak – zaczęła, rysując kontur głowy.
– Ma okulary? – Kristie pochyliła się nad obrazkiem.
– Zarobił na podmywaniu starych czarownic i sobie kupił. – Sorcha zaczęła kolorować włosy postaci.
– Blondyn?
– Nie wiem, czy wiesz, moja droga, że blond włosy są w kulturze bardzo często związane z głupotą...
Kristie kopnęła Sorchę w kostkę, na co ta zwinęła się z bólu.
– O co ci chodzi, K r i s s i e?
– Dziewczyny... Sally... zachowujesz się skandalicznie – wydukała Rose.
– Jak twoja praca na eliminacje, Sally? Przypuszczam, że prowadzący Klubu Literackiego już napisał do ciebie z propozycją wydania tomiku poezji. Jak go zatytułujesz? Może "Udając, że umiem pisać"?
Sorcha nabrała powietrza i wypuściła je z płuc.
– Z całym szacunkiem, Kristie, ale jeśli ktokolwiek zasługuje na miano najgorszej hogwarckiej literatki, jesteś to właśnie ty.
– Twoje opowiadania o obrażonych na cały świat dziewczynkach i ich moralnych konfliktach są do niczego. Dobrze o tym wiesz.
– Twoje za to doskonale spełniają swoją funkcję. Bardzo przyjemnie się nimi podciera.
– Czy jest sens ciągnąć tę dyskusję? Myślę, że nie. – Kristie podniosła się z krzesła. – Nic nie wiesz o pisaniu, Sally.
– Ja przynajmniej poprawnie zapisuję wyrazy pochodzenia obcego i trochę się znam na ortografii.
– Znam taki jeden brzydki wyraz pochodzenia obcego. Zaczyna się na "s" i kończy na "a".
– Słowo "suka" nie powinno być ci obce, Krissie.
– Nic nie wiesz o pisaniu, Sorcha.
– Co ty wiesz o pisaniu, Krissie?
Krissie pokręciła głową, wykrzywiając usta w kaczy dziób.
– Moja mama jest pisarką, Sally. Kim jest twoja mama?
Przez chwilę przy stoliku zrobiło się zupełnie cicho. Nagle Sorcha zamachnęła się i z całej siły trzasnęła Kristie w twarz. Dziewczyna zachwiała się i krzyknęła, po czym dotknęła dłonią wargi i spojrzała na palce, na których pozostał ślad krwi.
– Ty idiotko! Ty... gnido!
Sorcha odwróciła się i zaczęła biec w stronę wyjścia.
– Zginiesz!






Śnieg zacinał coraz mocniej, co wcale nie przeszkadzało ubranym w zielone szaty pierwszoklasistom w urządzeniu bitwy na śnieżki. Krzywo uformowane, białe kule unosiły się w powietrzu; dotknięte zaklęciem czasowej niezniszczalności i jakimś urokiem, dzięki któremu same wybierały sobie, w kogo chcą uderzyć, śniegowe bryły latały w tę i z powrotem nad prowadzącą do lasu ścieżką.
Sorcha brnęła przez grubą warstwę zimnego puchu, owijając się coraz szczelniej swoją cienką szatą. Wiatr potargał jej włosy, a zaczerwienione od mrozu dłonie niemożliwie piekły. Kiedy jedna z kul trafiła ją w kark, Sorcha zatrzymała się i popatrzyła na grupkę młodych Ślizgonów. Stali kilkanaście metrów dalej, lepiąc nowe kulki, rzucając na nie zaklęcia i śmiejąc się głośno.
Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na niebo. Płatki śniegu wirowały majestatycznie tuż nad jej czołem, po czym osadzały się na jej nosie i wargach. Zamknęła oczy i krzyknęła na cały głos.
– Aaaaaaaa! Aaaaaaaa!
Chłopcy spojrzeli po sobie, po czym znów wybuchnęli śmiechem.
– No, nieźle!
– Ha, ha!
– Ale wariatka!
– Nienormalna dziewucha! Padłem.
Sorcha znów spojrzała na bandę dzieciaków, po czym pochyliła się i ulepiła kilka niezgrabnych kul, którymi następnie zaczęła obrzucać rozchichotaną gromadkę.
– Aaaaaaaa!
– Hola, hola, wariatko!
Jeden z chłopców dostał prosto między oczy. Otarł twarz z topniejącego śniegu i zaczął poruszać się do nieistniejącej muzyki, klaszcząc do rytmu. Po chwili dołączyli do niego inni Ślizgoni.
– Hola hola! Uciekłam z psychiatrola! Tam mi wszyscy powiedzieli: takiej schizy nie widzieli!
– Ha, ha!
Sorcha krzyknęła jeszcze raz, po czym puściła się pędem w stronę bocznego wejścia. Po drodze zgubiła gdzieś szalik, o czym przekonała się dopiero w momencie, w którym zdumiona Lizzie otworzyła jej drzwi do sypialni.
– Sally? Sally, co z tobą?
Sorcha odetchnęła z trudem i dotknęła dłonią rozpalonego czoła.
– Sally...? Na Merlina, pomocy! Umarła! Umarła czy zemdlała?!? Pomocy!




odautorsko

4 komentarze:

  1. Czytało się bardzo lekko. Może to dlatego, że większość opowiadania stanowiły dialogi? tak w ogóle, bardzo dobrze napisane dialogi! Co prawda zabrakło mi w tym większej ilości opisu, ale nie było to jakoś bardzo uciążliwe. Błędów też się nie doszukałam. Ogólnie mi się podoba, a o Sorchy chciałabym dowiedzieć się więcej, może w następnych notkach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czułam, że liczba opisów będzie mała w porównaniu z dialogami... ale jeśli nie było to męczące, to dobrze. Tym razem chciałam się skupić na rozmowach.
      Dziękuję za opinię, może ją jeszcze trochę podręczę, bo to całkiem fajne, he, he :"D

      Usuń
  2. Lubię Twoje opowiadania, ale ogólnie wydaje mi się, że mówiłam Ci to już i to w dodatku niejeden raz :)

    Czytało się przyjemnie. Lubię dialogi w Twoim wykonaniu (chociaż i tak najbardziej kocham Twoje opowiadanie walentynkowe Williama! ♥) wychodzą Ci całkiem naturalnie, jestem w stanie wyobrazić sobie całą sytuację. I trochę żal mi Georga ;<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę pechowiec, fakt... przynajmniej Sorcha nie cierpiała w samotności :D
      Dziękuję bardzo! Chociaż teraz zaczynam się bać, że nie napiszę niczego na miarę willowego i będziesz niezadowolona :c Pozostaje tylko dawać z siebie wszystko, haha!
      Oczywiście, czekam na Avalonową notkę! :3

      Usuń