Nie umiał sfalsyfikować uśmiechu

Z jakichś powodów chciałam to napisać. Nie jest to notka na żaden konkurs.
Po prostu sobie jest i mam nadzieję, że się spodoba <3
*


Jego oddech zwolnił. Chód uspokoił się, a ścisk szczęk zelżał. Czuł się pewnie, dobrze. To ten dzień miał być chwilą wyzwolenia świata, jego świata. Ziemia, po której kroczył, była twarda, stała. Szary chodnik pozostawał taki sam od czasu, gdy był jeszcze dzieckiem. Uśmiechnął się kącikiem ust, marszcząc lekko brwi. Dziś uczyni świat odrobinę lepszym. Niewielu ludzi zauważy różnicę, jednak będą tacy, których rzeczywistość obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Isaac miał być jedną z tych osób. Stanowił główny cel swojego własnego działania. Robił to dla siebie. Robił to wszystko tylko dla siebie, a wszyscy, którzy jakoś to odczują, będą jedynie skutkiem ubocznym jego akcji. Zacisnął palce na różdżce ukrytej w kieszeni jego płaszcza. Reading było jak zwykle szare i ponure, a jednak Isaac w zachmurzonym niebie odnajdywał swego rodzaju spokój.

Danuta Merchant uśmiechnęła się do małego chłopca o włosach koloru zboża. Złapała go za drobną rączkę, jakby przekazywała mu mentalne wsparcie i zachęcała do wyjrzenia przez otwarte okno wolno jadącego jeepa.
– Isaacu – zaczęła – nie zabierałam cię na safari po to, żebyś nie zobaczył ani jednego zwierzęcia.
– Jak wyjrzę, to je zwabię i mnie zjedzą – odpowiedział poważnym tonem, unosząc wzrok i patrząc matce prosto w oczy.
Kobieta roześmiała się perliście, przeczesując jasnobrązowe włosy smukłymi palcami.
– Słonie na pewno cię nie zjedzą – szepnęła po polsku.
Chłopiec wyprostował się powoli i niepewnie podciągnął się na rozgrzanej krawędzi okna. Wychylił głowę, kiedy ukazało mu się niewielkie stado słoni afrykańskich, i wybałuszył niebieskie oczy, wpatrując się w dzikie zwierzęta. Były ogromne i potężne, a jednocześnie wydawały się niesamowicie delikatne w obyciu.
– Mamo, dlaczego Sura została w domu z tatusiem? – spytał, nie patrząc na matkę, tylko dalej wpatrując się w słonie.
– Tatuś pracuje w Ministerstwie, a Sura jest jeszcze za malutka, żeby jechać w tak długą podróż. Ty masz już cztery latka, jesteś dużym chłopcem. Za rok weźmiemy twoją siostrę, co ty na to?
Pokiwał głową ochoczo, śmiejąc się przy tym wesoło. Pomachał rączką w stronę słoni, które zdawały się śledzić jego poczynania, jednocześnie żując żółtą trawę, którą wkładały sobie do buzi masywnymi trąbami.
– Zabierzemy Surę na plac zabaw, jak wrócimy do domu? – Odwrócił się do Danuty.
– Tak, synku. Opowiesz jej wtedy wszystko i pobawisz się z nią w piaskownicy, dobrze?
– Dobrze, mamo.

Powoli zbliżał się do domu. Widział go na horyzoncie, szeregowiec wyłaniał się zza innych budynków. Uśmiech nie schodził z twarzy chłopaka. Z jakiegoś powodu odczuwał niebywałą radość, choć przecież nie powinien. Miał w głowie tę chorą myśl, że właśnie teraz, właśnie dzisiaj uratuje wszystkich przed odrobiną zła. Nie. Uratuje siebie. Sprawi sobie samemu przyjemność, prezent urodzinowy. Osiemnaście lat, tyle właśnie powinno być dzisiaj świeczek na jego torcie. Problemem było to, że żadnego tortu nie dostał i nie dostanie. Zdawał sobie z tego sprawę, odkąd tylko wstał z łóżka. Nie ubolewał, przez lata zdążył się przyzwyczaić do znacznie gorszych prawd tego świata. Zamiast ciasta miał zamiar najeść się długo wyczekiwanego szczęścia, które sam sobie wyczaruje. Tak, wyczaruje to dobre słowo.
Stanął przed drzwiami dobrze znanego domu. Nie pukał ani nie dzwonił dawno niedziałającym dzwonkiem. Po prostu wpatrywał się w gładką powierzchnię drewna. Przejechał po nim dłonią lewej ręki, wdychając zapach, który rozchodził się po dobrze znanej mu ulicy w Reading. Zapach spalin samochodowych, stęchlizny i wilgoci, jaka towarzyszyła mu tego brzydkiego dnia. Teraz to był jego ulubiony zapach. Gdyby ktoś stworzył Amortencję i podsunął mu ją pod nos, właśnie to poczułby Isaac. Woń mokrej ulicy w Reading w dniu jego osiemnastych urodzin.

Piąte urodziny były pierwszymi, które obchodził bez prezentów. Było mu trochę przykro, jednak mama wytłumaczyła mu, że tatuś stracił pracę i nie mogli pozwolić sobie na dodatkowe wydatki. Rozumiał i zaakceptował ten fakt.
Szóste urodziny były pierwszymi, które spędził w pokoju, słuchając kłótni rodziców. Siedział z Surą w jego pokoju, przytulając siostrę i uspokajając ją, po czym sam poszedł sprawdzić, co się dzieje.
– Sura, zostań tutaj, bo tatuś się zezłości.
– Nie idź tam, Is, bo ciebie też uderzy – pisnęła mała dziewczynka, kuląc się w sobie.
Jej włosy zmieniły kolor na szary.
Szary. Kolor nijaki, kolor wyblakły. Wyblakły niczym oczy jego matki, które gasły coraz bardziej z każdym dniem.
– Wszystko będzie dobrze, w końcu mam urodziny – odparł i posłał jej wesoły uśmiech.
Wcale nie był wesoły. Po prostu nie chciał, aby jego młodsza siostra tak bardzo się martwiła. Powoli pokonał długość korytarza i wszedł do sypialni rodziców. Ojciec darł się na kobietę o jasnobrązowych włosach, które teraz wydawały się mniej błyszczące i brzydsze niż wtedy, gdy jeździł razem z matką po safari.
– Tatusiu, proszę, przestań – powiedział cicho, wpatrując się w podłogę. – Chodźmy na plac zabaw, proszę… Mam dzisiaj urodziny i…
– Isaac, wyjdź. – Danuta Merchant przerwała synowi, patrząc na niego. – Proszę cię, wyjdź.
– Ale mamo, ja mam dzisiaj urodziny! Mieliśmy się bawić i…
Ojciec podszedł do niego i ukucnął, aby popatrzeć mu w twarz. Śmierdziało od niego alkoholem, jednak w ostatnich tygodniach nie była to żadna nowość.
– Jesteś głupi czy głuchy? – Uśmiech ojca kompletnie zbił chłopca z pantałyku.
– Hę?
– Wynoś się, cholerny gówniarzu! – Josh Merchant wypchnął chłopca za drzwi, po czym zatrzasnął mu je przed nosem.

Nie potrzebował klucza, żeby dostać się do domu. Przyłożył koniec różdżki do zamka w drzwiach, który otworzył się bez wypowiadania zaklęcia na głos. Nacisnął na klamkę i powoli wszedł do środka, mierząc wzrokiem otoczenie. W powietrzu unosił się smród wódki i pleśni. Po podłodze walały się śmieci, a wśród nich szklane butelki. Na dole nikogo nie było, ani matki, ani ojca. Isaac nie trudził się na zdejmowanie butów. Spokojnym krokiem wszedł do kuchni. W zlewie znajdowała się góra naczyń do pozmywania. Ze śmietnika wysypywały się papierki, puszki i inne odpadki. Skrzywił się mimowolnie. Był przyzwyczajony do bałaganu panującego w domu, jednak najwidoczniej przez każdym przyjazdem dzieci matka próbowała wszystko w domu ogarnąć. Z marnym skutkiem, ale jednak dom nigdy nie wyglądał tak tragicznie, jak teraz.
Wyciągnął różdżkę w stronę drzwi wejściowych, by zamknąć je z powrotem. Zamek kliknął cichutko, dając chłopakowi znać, że z domu nie ma otwartej drogi ucieczki. I dobrze. Zniszczyłoby mu to cały plan. Usiadł na stole, obserwując schody prowadzące na górę. Nie miał zamiaru tam wchodzić. Wolał raczej poczekać, aż matka z ojcem sami zejdą.
W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Nikt się nie kłócił, nikt się nie bił. Nie było słychać pijanego ojca, dźwięku rozbijanych butelek, cichego łkania Sury oraz błagań matki, które urywane były równie szybko co Hejnał Mariacki, który tak namiętnie puszczała Isaacowi w dzieciństwie, tłumacząc mu co nieco o polskiej kulturze. Znajomość obcego języka nie przydała mu się jednak w obronie przed pijanym ojcem. Właściwie w niczym mu się nie przydała.

Kolejne uderzenie w twarzy było dla niego już tylko powtórzeniem czynności. Podobno trzy razy dziennie należało ćwiczyć, aby być zdrowym. Ćwiczenia Isaaca polegały na znoszeniu wrzasków i następujących po nich godzin milczenia. Polegało również na powolnym zaprzestaniu prób obrony mamusi. Wszystko działało w dwie strony. Im bardziej chłopiec starał się przemówić ojcu do rozsądku, tym więcej dostawał uderzeń. Im bardziej zaczynał się bać, tym mniej stawiał się ojcu. Im mniej stawiał się ojcu, tym mniej broniła go mama.
Nie odwiedzał świętego Munga. To by wzbudziło podejrzenia. Bywały noce, przez które leżał z otwartymi szeroko oczami, wciąż w szoku po tym, co się stało. Bywały dni, gdy nawet nie zwracał uwagi na kolejne uderzenie od ojca. Wycieranie krwi cieknącej z nosa stało się pewnego rodzaju nawykiem. Młody umysł Isaaca szybko przystosowywał się do panujących zasad.
Milczał, gdy ojciec bił go do nieprzytomności. Milczał, gdy na jego oczach uderzył głową mamy o kant stołu. Sura wtedy płakała i wołała, żeby mamusia nie umierała. Jej dziesięcioletni brat stał i się patrzył, by następnie zmierzyć wzrokiem pijanego sprawcę wszelkich szkód.
Pamiętał blaknące oczy matki, które tak przypominały mu szare włosy Sury, gdy ta się czegoś bała. Jego własne teraz wyglądały podobnie. Były po części martwe. Nie ruszało go praktycznie nic. Chronił siostrę, jednak nie dlatego, że ją kochał. W którymś momencie swojego krótkiego życia zrozumiał, że miłość nie daje poczucia bezpieczeństwa. Sura była jego własnością. Nikt nie miał prawa jej tknąć.

Wziął do ręki stojący na parapecie szklany wazon z dawno zwiędniętym już kwiatkiem. Na dnie naczynia znajdowała się brązowa, cuchnąca woda. Zaśmiał się pod nosem. Ten sam wazonik widział podczas świąt Bożego Narodzenia. Tak samo choinkę, która wciąż stała w kącie. Wszystkie igły pospadały na podłogę, a nagi pień i gałęzie drzewka nieruchomo przyozdabiały mieszkanie Merchantów. Właściwie to wysuszony świerk miał więcej uroku niż wszystko inne w tym pomieszczeniu. Był marzec, a on mimo braku igieł wciąż utrzymywał ten sam kształt. Jakby próbował zatrzymać czas.
Chłopak rzucił nagle dzbankiem o przeciwległą ścianę. Ten roztrzaskał się na kawałki, które wylądowały na obskurnym linoleum, którym wyłożona była kuchnia. Na górze rozległ się urywany wrzask.
Nie musiał czekać długo. Danuta i Josh wybiegli z wąskiego korytarzyka i stanęli przy barierce schodów. Na twarz ojca Isaaca od razu wpłynęła nieokiełznana wściekłość. Trzymał się kurczowo barykady. Był pijany. Jak zwykle.

Stał w progu swojego i Sury pokoju, z niedowierzaniem patrząc na ojca w samych bokserkach oraz na nagą siostrę zasłaniającą się kołdrą. Święta. Jego ostatnie święta w tej rodzinie kończyły się właśnie w ten sposób.
Nie zdążył nawet porządnie pomyśleć o tym, czego właśnie był świadkiem. Rzucił się na ojca z wściekłością wypisaną na twarzy. Chyba pierwszy raz w życiu czuł tak czystą nienawiść. Przysłaniała mu oczy oraz odbierała umiejętność trzeźwej oceny sytuacji.
Może to dlatego jego ojciec okazał się silniejszy. Może to dlatego powalił Isaaca na ziemię, zanim ten zdążył wyjąć różdżkę. Jęknął cicho, gdy Josh rozbił szklaną butelkę na jego głowie. Chłopaka zamroczyło i nawet nie zorientował się, kiedy ojciec chwycił za jego włosy i zaczął raz po raz uderzać głową syna o twardą posadzkę. Każde kolejne uderzenie było jakby bardziej odległe. Sylwetki siostry i matki patrzące się na tę scenę zaczęły się rozmazywać, podobnie jak oszalała twarz ojca. Przez chwilę nawet cieszył się, że umiera.
Potem jednak obudził się w świętym Mungu, którego udawało mu się unikać przez tyle lat.

– Dzień dobry – powiedział, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
– Czego tu szukasz? – warknął jego ojciec, po czym zaczął schodzić po schodach.
Isaac nigdy nie zdołał się dowiedzieć, dlaczego jego rodzic zapałał do niego tak wielką nienawiścią. Po pewnym czasie przestało go to nawet obchodzić. Utrata pracy przez Josha rozpoczęła pasmo niepowodzeń w rodzinie Merchantów i wszyscy przywykli do takiego stanu rzeczy. Niegdyś nazwisko Merchant było szanowane dzięki wpływowości Josha. Teraz pozostało zapomniane i czasami tylko szeptane po kątach Hogwartu, najczęściej przez uczniów, którzy bali się Isaaca.
– Nie czego, a kogo – odparł spokojnie, obserwując każdy ruch rozeźlonego mężczyzny.
Nabrał gęstego, zatęchłego powietrza do płuc. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Osiemnaste urodziny… Pierwsze, w które sprawi sobie najprawdziwszy prezent. Taki, którego nie zapomni do końca życia.

Od samego początku nauki w Hogwarcie sięgał po książki dotyczące rzeczy spoza materiału szkolnego. Zaklęcia, które przerabiali na lekcjach, były dla niego zbyt łatwe, zbyt nudne. Nauczyciele widzieli drzemiący w chłopcu wielki potencjał, zauważali jednak kryjące się w Isaacu wypaczenia. Był niczym zardzewiałe zębate koło. Niby działało, a jednak czas sprawiał, że coraz bardziej odbiegało od założonego sobie celu. Nie spełniało swojej powinności tak, jak powinno.
Gdy pod koniec trzeciego roku wyczarował Patronusa, był zły na siebie i całą resztę świata. Nie wiedział, czy bardziej denerwował go fakt, że jego najszczęśliwsze wspomnienie miało coś wspólnego z matką, czy może to, że błękitna mgiełka przybrała postać słonia. Takiego samego, którego widział na safari. I choć na błonia wyszła wtedy jedna z nauczycielek i z wielkim zdumieniem zaczęła mu gratulować, on sam był wściekły. Nie był pewien, czy bardzo było po nim to widać, jednak Patronus zniknął tak szybko, jak się pojawił. Czuł, że jego krew się gotuje.
Może to dlatego bez żadnego powodu pobił się z rówieśnikami w dormitorium. Ludzie się go bali, a sam Merchant się z tego cieszył. Skoro ojciec wzbudzał strach i nikt nie był w stanie mu się przeciwstawić, to jego też musieli się bać. Chociaż raz to on był górą.

– Wszystkiego najlepszego, Isaacu – mruknął, gdy jego i Josha dzieliła odległość kilku metrów. – Avada Kedavra.
Zielone światło błysnęło zaledwie na ułamek sekundy. Ojciec chłopaka runął jak długi na podłogę, twarzą zderzając się z brudną posadzką. Krzyk matki dochodził do niego jak zza zamkniętych drzwi. Był śpiewem, cudowną operą dla jego uszu. Skierował swój wzrok ku kobiecie, posyłając jej pytające spojrzenie, kiedy ta ucichła.
– Czemu przestałaś?
– Is… Isaac… Co ty robisz, przestań – wybełkotała Danuta, cofając się w stronę drzwi do sypialni. – Błagam, Isaacu, ja się starałam, te wszystkie lata… Ja też się bałam…
Łzy na jej twarzy go obrzydzały. Nie czuł ani odrobiny współczucia do jej osoby. Właściwie nie umiał przypomnieć sobie, kiedy ostatnio czuł coś podobnego do współczucia, troski czy przejęcia czyjąkolwiek krzywdą. Był pusty w środku, a jedyne, co mu pozostało, to obojętność, nienawiść i strach, który towarzyszył mu w sytuacjach przez niego nierozumianych.
Avada Kedavra – powtórzył zaklęcie w momencie, kiedy jego matka otwierała drzwi do pokoju.
Usiadł na krześle przy kuchennym stole, oglądając swoje dzieło. Kąciki jego ust znowu powędrowały ku górze. Świat był lepszy, jego życie było lepsze. Od teraz wszystko miało się zmienić na dobre.

Patrzył na leżącą na łóżku, spoconą Olivię. Miała potargane włosy, podkrążone oczy i uśmiech na twarzy. Uśmiech… Nie rozumiał dlaczego. Nie wiedział, dlaczego dziewczyna odczuwa szczęście w takiej chwili. Płacz dziecka drażnił bębenki jego uszu, sprawiając, że miał ochotę wyrzucić niemowlę przez okno.
A jednak piętnastolatka tuliła do siebie dziewczynkę, jakby był to jej największy skarb. Popatrzyła na chłopaka, szczerząc zęby. Mimo wycieńczenia wypisanego na twarzy, jej policzki pokrywały różowe rumieńce. Wyglądała na najszczęśliwszą osobę na świecie, a jedyne, co był w stanie czuć Isaac, to wzrastająca w nim frustracja i dziwna gula w gardle.
Zrobił krok do tyłu, gdy Olivia wyciągnęła do niego rękę, drugą wciąż trzymając dziecko.
– Potrzymaj ją – powiedziała spokojnie.
Chłopak przełknął ślinę, po czym podszedł do nich. Niezgrabnie wziął noworodka na ręce, zaciskając usta w wąską linię. Spojrzał na Olivię spode łba. Już wiedział, że nie potrafi. Już wiedział, że nie kocha ani jej, ani zawiniątka, które spoczywało w jego ramionach. Olivia należała do niego, podobnie jak Sura.
– Emma – szepnęła, posyłając chłopakowi wesołe spojrzenie.
Emma też należała do niego. Mógł więc z nią zrobić, co tylko chciał. A przecież nie chciał, aby żyła na tym świecie, prawda? Ruszył wolnym krokiem ku wyjściu z sypialni. Był umorusany krwią. Szumiało mu w uszach i nie mógł tego znieść.
Stanął w kuchni i sięgnął po nożyk do obierania owoców.
– Isaac?! – Olivia wbiegła do pomieszczenia i przytrzymała się framugi drzwi z szeroko otwartymi oczami, widząc, co chłopak wyprawiał. – Isaac, nie, przestań, błagam!
Krótkie pociągnięcie ręki wystarczyło, aby dziecko przestało płakać.
– EMMA!

***
Śniadanie w Wielkiej Sali było nudne, jak zwykle. Blondyn siedział przy stole Slytherinu, żując bułkę z dżemem. Bez wyrazu wpatrywał się w Ashtona Wardhilla, który raz po raz obrzucał go nienawistnym spojrzeniem zza ramienia jednego z Puchonów. Merchant zaśmiał się pod nosem, po czym popił pieczywo herbatą z miodem. Dzień był normalny, całkiem przyjemny. Przez okna wpadały promienie słońca, nadając porankowi jeszcze więcej zwyczajności. Nuda.
W Hogwarcie rozpoczynał się kolejny dzień. Za pół godziny wszyscy uczniowie mieli iść na swoje lekcje. Nic się nie zmieniało, wszystko toczyło się ze stałym, od lat niezmienionym rytmem. Może dlatego w pomieszczeniu zapanowało takie poruszenie, gdy wrota Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem. Do środka weszło dwóch mężczyzn i jedna kobieta, wszyscy ubrani w firmowe szaty Ministerstwa.
Neville Longbottom zerwał się z miejsca, obrzucając przybyszów pytającym spojrzeniem. Otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak został uprzedzony przez barczystego bruneta stojącego na czele grupy nieproszonych czarodziejów.
– Z rozkazu Ministerstwa Magii aresztujemy Isaaca Merchanta za podejrzenia odnośnie morderstwa czarodzieja Josha Merchanta oraz mugolki Danuty Merchant – wygłosił formułkę.
Wszystkie oczy skierowały się w stronę Ślizgona. Serce przyspieszyło mu, obijając się o żebra. Chłopak zerwał się ze równe nogi, przewracając szklankę z niedopitą herbatą. Nauczyciele zamarli w miejscu, podobnie uczniowie.
– Nie ruszaj się! – zawołała kobieta z Ministerstwa.
Nie słuchał jej. Rzucił się do ucieczki, choć sam nie wiedział, gdzie mógł się kierować. Nie było czegoś takiego, jak droga wyjścia. Nad głową świsnęły mu zaklęcia. Odwrócił się i machnął kilka razy różdżką, rzucając czary w kontrataku. Przeskoczył między dwoma uczniami, próbując uspokoić oddech. Krew napływała mu do głowy, a adrenalina zdawała się rozpierać każde naczynko krwionośne w jego ciele.
Przebiegł po stole Gryffindoru, po czym zeskoczył z niego, chcąc skierować się ku wyjściu. Ci, których na niego nasłali, byli już w innej części Wielkiej Sali, miał więc otwartą drogę ucieczki. Runął jednak na ziemię, tak samo jak wcześniej jego ojciec. Uniósł wzrok. Nieznany mu chłopak z czerwono-złotym krawatem pod szyją podłożył mu nogę.
Isaac zmarszczył brwi z wściekłości i już miał rzucić na Gryfona jakąś klątwę, gdy coś spętało jego ciało. Liny oplotły jego ręce i nogi, przyduszały tak, że nie mógł się poruszyć.
– Isaac! – dobiegł go dobrze znany głos.
Olivia stała kilkanaście metrów dalej. Wyszła zza stołu Ravenclawu. Czemu miała łzy w oczach? To przecież nie ją schwytano. Czemu tak bardzo się trzęsła?

– Olivia!
Martwe ciało czarnowłosej dziewczyny leżało na zimnej podłodze zamku. Ślizgon wziął roztrzęsioną dziewczynę za rękę. Wpatrywała się w nieruchomą Midnight Salander. Isaac nie wiedział, co tu się stało, i właściwie nie bardzo go to obchodziło.
Nie rozumiał wielu rzeczy. Na przykład tego, dlaczego z jakiegoś powodu przerażenie Wardhill w jakiś sposób na niego oddziaływało. Nie umiał nazwać tego uczucia. Oprócz ochrony swojej własności, chciał jej… pomóc. Czemu?
– Olivia, chodź, idziemy stąd.
Nie mieli czasu na rozmowę. Musieli wybiec z zamku tak szybko, jak tylko się dało. I, mimo że Mroczni wciąż czaili się z każdej strony, tym razem nie odczuwał strachu. Nie rozumiał samego siebie. Miał ochotę schować się pod ziemią na widok niemowlęcia, a świszczące wokół śmiercionośne zaklęcia nie robiły na nim żadnego wrażenia.

– Rada Wizengamotu zebrała się dziś, aby dowieść winy Isaaca Merchanta, podejrzanego o morderstwo…
– Nie trzeba – mruknął chłopak.
Był przykuty ciężkimi kajdanami do krzesła. Kilkoro czarodziejów trzymało wymierzone w niego różdżki w pogotowiu. Nie był głupi. Zdawał sobie sprawę z tego, że już znajdował się na przegranej pozycji. Mieli jego różdżkę. Mogli wydobyć z niego wspomnienia. Nic nie trzeba było udowadniać.
– Co masz na myśli, chłopcze? – spytał stary czarodziej siedzący na najbardziej wystawionym na widok miejscu.
– Zabiłem ojca. Zabiłem matkę. – Uśmiechnął się szeroko. – Jestem taki szczęśliwy!
Zaniepokojone szepty rozniosły się po pomieszczeniu. Czarodzieje spoglądali na Merchanta z wypisanymi na twarzy konsternacją i przerażeniem. Rozmawiali ze sobą, raz po raz pokazując na niego palcami. Nie przeszkadzało mu to. Trwało to trochę czasu, podczas którego blondyn siedział i wpatrywał się we własne stopy. Czy to właśnie ta sala od samego początku była mu zapisana? Czy od urodzenia miał stać się winnym przestępstwa? I dlaczego nawet nie było mu przykro?
Ostatnim słowem, jakie zapamiętał, było „Azkaban”. Milczał, gdy go wyprowadzali. Czuł się z jakiegoś powodu zadowolony z siebie.


Mawiano, że uśmiech Isaaca Merchanta był przerażający i sztuczny. Sam się z tym nie zgadzał. Nie umiał sfalsyfikować uśmiechu.

3 komentarze:

  1. Nie umiem napisać nic konstruktywnego. Naprawdę, jestem oczarowana. Twój tekst pomimo tego, że nie porusza najłatwiejszych i najprzyjemniejszych tematów czyta się naprawdę lekko i przyjemnie. Wspomnienia przeplatane z opisem teraźniejszości wyszły naprawdę fajnie, dobrze ze sobą współgrają. Wypatrzyłam kilka literówek, ale nie pamiętam teraz w jakich dokładnie wyrazach, najwyżej zaraz przeczytam jeszcze raz i Ci napiszę gdzie są.
    Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam Twój styl. Naprawdę. Oczarowałaś mnie już opowiadaniem konkursowym, a teraz tylko spotęgowałaś to odczucie.
    Pisz więcej bo naprawdę dobrze Ci to wychodzi <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Po przeczytaniu opowiadania pierwszy raz czułam się trochę skołowana, ale dzięki ponownemu przebrnięciu przez teks, jestem szczerze pod wrażeniem. Tematycznie jest ciężki i wzbudza sporo współczucia dla postaci, dlatego tym bardziej podziwiam za wymyślnie czegoś takiego. Ogólnie uwielbiam zestawienie wspomnień i teraźniejszości w tekście, więc to już powodowało, że chciałam przeczytać wszystko do końca. Masz ciekawy styl, przez co chce się tylko więcej twoich opowiadań :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nienawidzę, gdy giną dzieci. Po prostu nienawidzę. Dlatego z jednej strony ten tekst mi się bardzo nie podoba, ale za to z drugiej strony jest naprawdę świetny. A Isaaca chętnie bym wypatroszyła gołymi rękami, o. Na razie jestem w stanie powiedzieć tylko tyle.

    OdpowiedzUsuń