I’d tell you to go to hell, but I work there and don’t want to see your ugly mug every day.


Wysokie stopnie zawdzięcza bardzo ciężkiej pracy, determinacji, wrodzonej ambicji i...Dobra i tak nikt w to nie uwierzy. Tak naprawdę jest w miarę inteligentny, a do tego przez całe życie jedzie na farcie. Zdecydowanie woli wycinać numery i przemycać nielegalnie Ognistą do dormitorium niż siedzieć nad książkami, z których i tak zrozumie tyle, co szczur napłakał. Potrafi smucić się po zwycięstwie i śmiać się na czyimś pogrzebie, a to wszystko zawdzięcza swoim rozchwianym humorkom, które psują życie wszystkich naokoło. Ktoś kiedyś nazwał go chodzącą destrukcją. Ciężko z nim wytrzymać, ale dla silnych psychicznie szczęściarzy przewidziana jest nagroda w postaci zabawnego, szczerego kompana, który prędzej umrze niż zdradzi. Przez jego głowę przemyka tysiąc myśli na raz, co wydaje się kiepską sprawą, gdy mówi się wszystko, co ślina na język przyniesie. Bezpośredniość i niezły tupet towarzyszą mu od małego, brakuje mu za to odrobiny pokory i taktu. Jest wulkanem energii, któremu nie grozi uśpienie, czasem sam nie rozumie swoich uczuć. Jego asysta nie jest zalecana dla osób, lubiących ciszę i spokój, bo wokół niego zawsze musi się coś dziać. Sarkazm? Sarkazm to jego drugie imię! 
Frederick 'Freddie' Wayland
VI rok nauki w Hogwarcie -- Gryffindor -- Ścigający -- Jasnowidz -- Włókno ze smoczego serca, 13 i 1/4 cala, olcha -- Patronus: lis -- Bogin: klaun -- Klub ślimaka -- Matka pracująca w ministerstwie, ojciec znanym aurorem -- Woli panów, choć się z tym kryje -- Pogarda dla Slytherinu -- Cięty język -- Jasnoniebieskie oczy -- Spojrzenie z serii 'Chyba cię pojebało' -- Dołeczki w policzkach, widoczne tylko przy szczerym uśmiechu -- Sarkastyczny wyraz twarzy -- Głośny śmiech -- Przeklęte piegi -- Teatralne ziewnięcie -- Częste bóle głowy -- Towarzysze broni: Remy i Wallie -- Klaustrofobia -- Bogaty zasób słów -- Nienawidzi swojego pełnego imienia -- Pisze wiersze i opowiadania w ramach tak zwanego hobby -- Ma sekretny brulion, w którym zapisuje swoje najlepsze utwory


______________________________od autora______________________________
Witam ponownie. Zmiana w związku frazeologicznym zrobiona celowo C:
Tak, Freddie ma małą fazę na szczurki
FC: Wynston Shannon
GG: 53257937, Mail: bluesunshine161@gmail.com
Jesteśmy chętni na wszelakie wątki i powiązania, byle ciekawe i nietuzinkowe
Wątki 6/6*
Julia, Addison ,Mathias, Hyun,  Joshua, Lucy
*liczba ta może się zmieniać

144 komentarze:

  1. [ Hej! Podejrzałam Freddiego jeszcze w wersjach roboczych i już wtedy zakochałam się w tym spojrzeniu z serii "Chyba Cię pojebało". Cudo <3 To co? Kombinujemy jakiś wątek? ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Zastanawiam się, kiedy mnie w końcu zakryjesz – dzięki! :D I kurcze, niby Freddie jest takim szaleńcem, ale problem polega na tym, że jest sporo cech, które w jakiś sposób go z Cedarem łączą, więc nawet, jeśli miałby z chłopakiem problemy, to ciężko byłoby mu go dręczyć. Po pierwsze, różdżka – olcha, która zapewne nie z przypadku pojawiła się w łapach Waylanda, rdzeń, no i w ogóle, to one różnią się tylko 1/4 długości. Po drugie, ministerstwo – na bank Cedar zna jego rodziców, bo sam tam pracuje pod szyldem Wizengamotu. Po trzecie, Ślizgoni – obaj mają podobny stosunek. Po czwarte, sekretny brulion – Freddie pisze, Cedar rysuje. Z pewnością pan Grindelwald zwracałby się do niego pełnym imieniem, tak dla zasady. Ach, i dziękuję za powitanie i witam Cie także! A Cedar, to zagraniczny odpowiednik słowa (drzewa) cedr i ma wiele wspólnego z miejscem, w którym pan woźny urodził. Życzę udanego blogowania i wątków co niemiara! :)]

    Cedar Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  3. [No witamy ponownie! :3 Zdjęcie cudowne, jedno z moich ulubionych, ja nie wiem, co on chce od tych piegów ;) Oboje z Addie są synonimem destrukcji i wulkanu energii, więc albo by się dogadywali, albo ze sobą rywalizowali i nienawidzili. W każdym bądź razie życzę ci mnóstwa wątków i dobrej zabawy, ewentualnie zapraszam do siebie!]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  4. [Uwielbiam go! :D Jest taki prawdziwy :D Zapraszam do siebie oraz życzę masy udanej zabawy na blogu wraz z wieloma owocnymi wątkami ;3]

    Adam/Mathias

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Powiem, że jasne, może tak być. Fajnych ludzi wokół nigdy dość. Jeśli Ci się nudzi albo po prostu masz ochotę to zaczynaj (tylko daj wcześniej znać), a jak nie to późniejszym wieczorem ja się postaram ;) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Sarkazm ponad życie! Dogadamy się w razie czego, więc zapraszam. Gdzieś, gdzie chcesz. Witaj!]

    Laura // Aaron // Lenard

    OdpowiedzUsuń
  7. [Możemy z nich zrobić takich frenemies – to znaczy rywalizują ze sobą, dokuczają sobie, jak tylko mogą i ogólnie rzucają się sobie do gardeł, ale wszystko to na zasadzie tylko ja mogę jego/ją dręczyć, więc gdyby którekolwiek z nich wpadło w tarapaty, drugie na pewno by mu pomogło.
    Może nie jest to oryginalny pomysł, lecz nie mam jeszcze takiego wątku, więc będzie super :) Chociaż Addie pewnie nie przypadnie do gustu fakt, że jakiś facet ją ratuje, bo jest niezależną kobietą, która nie potrzebuje obrońcy na białym rumaku xD
    Addison ma dość duży problem z trójką pewnych dryblasów – starszy brat przywódcy grupy umarł w III wojnie i chłopak jest przekonany, że to z ręki Damiena, więc całą swoją nienawiść przelał na dziewczynę. Możemy założyć, że w czasie wyjścia do Hogsmeade, gdy brakowało części nauczycieli i większość uczniów była poza zamkiem, mógłby zapędzić Addie w kozi róg i ogólnie robiłoby się niebezpiecznie. Wtedy przypadkiem Freddie byłby świadkiem całej sytuacji i mógłby zareagować, a podczas ucieczki znaleźliby jakiś tajemny pokój/korytarz, w którym na przykład by utknęli i czy chcieliby, czy nie, musieliby ze sobą współpracowac, żeby się wydostać i może wtedy zacieśniliby więzy. Co ty na to? I kto zaczyna? :) ]

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  8. [Wypisz wymaluj prawdziwy Gryfon! Z lekką nostalgią patrzę na Fredericka i wspominam, że moja Lu była kiedyś dokładnie taka sama. Ach te zmiany, zmiany! W każdym razie witamy serdecznie, zapraszamy z otwartymi ramionami i oferujemy przyjaźnie trwałe, czy rozpadnięte, nienawiści prawdziwe bądź udawane, żale, wspominki i to, co jeszcze do głowy przyjdzie.]

    Lucy Wood/Ethel Covel

    OdpowiedzUsuń
  9. Korytarze wydawały się być opustoszałe, echo kroków Addison głośno odbijało się od wilgotnych ścian w lochach. Większość osób pewnie wciąż napawała się ucztą w Wielkiej Sali (przez ostatnie dni Puchonka podkradła porcje bezpośrednio z kuchni od skrzatów domowych, by uniknąć cichych, złośliwych szeptów i pełnych niechęci spojrzeń przy wspólnych posiłkach - tak, była żałosna, nie wiedziała, kiedy z pewnej siebie, momentami bezczelnej i pełnej energii dziewczyny przeistoczyła się w podobnego tchórza), sama chciała niezauważona przemknąć do sali eliksirów, by schronić się w klasie przed kolejnymi docinkami. Była tak zatopiona w swoich myślach, że nie zauważyła dwóch dryblasów skradających się za jej plecami ani wyłaniającego się zza zakrętu chłopaka, który zastapił jej drogę. Addison uniosła wzrok i zamarła.
    – Parrish – powiedziała z niesmakiem, kręcąc głową, jakby ją rozczarował – Twoja przewidywalność zaczyna mnie męczyć. Co tym razem? Znowu spróbujesz mi wysadzić nogę za pomocą łajnobomby? Tak w ogóle, to był beznadziejny pomysł.
    Pewnie nie powinna z nim pogrywać i tylko bardziej go nakręcać, nie kiedy jego przystojną twarz szpecił okrutny, zadowolony uśmiech. Ale Addison musiała zyskać trochę czasu, ostrożnie kątem oka rozglądała się po korytarzu, szukając czegoś, co mogłoby jej pomóc. W tym samym czasie jej dłoń niewinnie zbliżała się do wybrzuszenia w torbie, które było jej różdżką. Może jej się wydawało, ale zielonkawe, upiorne latarnie w lochach nieco przygasły, zostawiajac ich w sugestywnym półmroku.
    – Twoja rodzina odebrała mi wszystko, a ty się włóczysz po zamku, jakbyś nim rządziła? Wszyscy wiemy, że tak naprawdę jesteś Mroczną. Wykonamy dobry uczynek, gdy się ciebie pozbędziemy – wysyczał, wyrzucając z siebie wiązankę przekleństw na temat Hallawayów. Addie mocno zacisnęła zęby, próbując nie wybuchnąć, gdy wymyślał jej rodzinie, ale złość w niczym by jej teraz nie pomogła. Parrish zaczął się do niej zbliżać z gracją drapieżnego kota i bezwiednie się skuliła, kiedy spojrzał na nią z góry z nienawiścią w oczach, ale też dziwnym błyskiem. – Jesteś ładniutka, Hallaway. Może najpierw sam zabawię się z dziwką Mrocznych, a potem cię wykończę?
    Parrish mocno chwycił ją za włosy, przytrzymując jej twarz, mimo że wiła się i kopała w jego uścisku. Brutalnie rozchyliły jej usta językiem, napawając się jej dreszczami obrzydzenia, podczas gdy drugą dłonią nachalnie błądził po jej krągłościach, przypierając ją do ściany. Na szczęście odwróciło to jego uwagę od różdżki. Addison pewnie chwyciła ją w dłoń, po czym ugryzła chłopaka w język. Poczuła metaliczny posmak krwi, kiedy Parrish zawył z bólu i rozluźnił uchwyt na jej włosach. Rąbnęła go kolanem w podbrzusze, po czym przetoczyła się pod jego ramieniem, gdy próbował ją złapać.
    – Nox! – wrzasnęła, biegnąc korytarzem. Wszystkie latarenki zgasły i Addie musiała zwolnić, by przypadkiem nie wpaść na jakąś ścianę. W ciemności słyszała postękiwania i wściekłe przekleństwa, a następnie ciężkie kroki. Nie chciała uciekać, chciała walczyć, chciała, by Parrish wił się jej u stóp, czując to samo upokorzenie, jakie ona czuła, gdy wepchnął jej język do gardła, ale odkąd posłała do Skrzydła Szpitalnego pewnego Krukona, który również próbował wyrównać z nią rachunki, znajdowała się na okresie warunkowym. Nie mogła żadnego z nich trwale uszkodzić, a gdyby próbowała ich rozbroić, czuła, że mogłoby ją ponieść.
    Dziewczynie już się wydawało, że udało jej się uciec, kiedy w ciemnościach ktoś rąbnął ją w twarz. Z jej nosa momentalnie wytrysnęła szkarłatna krew, brudząc jej szatę, a siła uderzenia zwaliła ją z nóg. Skuliła się na chłodnej podłodze, rozpaczliwie próbując palcami wymacać różdżkę, którą upuściła podczas upadku.
    – Błagaj o litość, śmieciu, a może skończę z tobą szybką. – Addison czuła, jak stopa Parrisha przygniata ją do ziemi, podczas gdy dwójka jego kolegów śmiała się z niej i drwiąco gwizdała.– Takie szmaty jak ty nie zasługują na to, by przebywać wśród normalnych. Wyświadczę światu przysługę.

    Addison

    [Mam nadzeję, że może być :) ]

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie była pewna, ale prawie. Tego, że to nigdy nie rozpłynie się gdzieś pomiędzy milczeniem a zapominaniem, tak że nie zostanie nawet pustka. Wiedziała, że on zawsze będzie ważny. Nawet jeśli nie rozmawiają tygodniami, kłócą się tysiące razy, trzaskają drzwiami, zabijają wzrokiem, próbują zrzucić z miotły, krzyczą, płaczą, mówią rzeczy, których zaraz żałują. Zawsze wracają. Nie potrafią inaczej. Ona – wiecznie w biegu, za czymś goni, przed czymś ucieka. On – w tym swoim zwariowanym świecie, gdzie prawdę łatwo myli się z żartem. Nie umieją bez siebie i znają się lepiej niż im się wydaje. Tak jakby mieli do siebie nawzajem instrukcje obsługi, z których po prostu nie umieją korzystać. I dlatego to wszystko jest jak seria wybuchów, po których prędzej czy później ktoś musi posprzątać.

    - Przepraszam. - odparła cicho, patrząc w te śliczne, błękitne oczy Freddiego. Był od niej wyższy, a znajdowali się blisko siebie, więc kiedy tak stała z uniesioną głową, jej przepraszające spojrzenie wyglądało jeszcze bardziej uroczo.
    Nie miała dla niego czasu przez ponad dwa tygodnie. Ciężko ją było nawet gdziekolwiek złapać, a jak już mu się udało to tylko odpowiadała, że jeżeli to nic ważnego to odezwie się później. I to później w końcu nadeszło, a jej już zrobiło się głupio, że go tak olewała. Przyjaciołom się tego nie robi i kto jak nie ona powinien o tym wiedzieć?
    Spotkali się w piątkowy wieczór nad jeziorem. Większość uczniów świętowała rozpoczynający się właśnie weekend. Jak co tydzień, każdy starał się, aby to właśnie ten dzień został zapamiętany na lata i wspominany długo po zakończeniu szkoły. Julia natomiast, tak bardzo obojętna wobec imprezowej sławy, wymknęła się niezauważona ze szkoły i pobiegła na spotkanie z Freddiem. W końcu znalazła czas i uświadomiła sobie, że była głupią hipokrytką, a cokolwiek by się nie działo, dla przyjaciół zawsze powinna mieć czas. I niby miała, ale jak widać nie dla wszystkich. 
    - Wybaczysz? - spytała nieśmiało i uśmiechnęła się w tak uroczy sposób, że nie mógł odmówić.

    Julia

    [ Julka tu przeprasza za swoje grzechy to ja też przeproszę, bo miałam napisać wczoraj, a wyszło jak wyszło :( Ale przy okazji mam pomysł na mroczny trzykropek ^^ Otóż, Julia by miała jakieś problemy zdrowotne (coś tam wymyślę) i Freddie by się martwił, namawiał ją na pójście do skrzydła szpitalnego, takie tam, a ona na to uparcie, że nie. Więc on wymyśli, że szantaż to świetny pomysł i powie jej, że nie będzie z nią rozmawiał, dopóki nie pójdzie do lekarza. No i ona się wkurzy strasznie za takie manipulacje, do lekarza pewnie i tak nie pójdzie, a na Freddiego będzie bardzo zła. On po jakimś czasie zorientuje się, że to nie działa i bez sensu, będzie próbował z nią pogadać, ale ona nie będzie chciała i generalnie największy foch w życiu. Może być? ]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Fajny ten Twój Freddie. No i te zdjęcie... Kocham je całym swoim serduszkiem i mam ogromny sentyment, bo była tutaj wcześniej jedna postać z tym samym wizerunkiem. Cześć! Jak tylko masz ochotę to chodź, wymyślimy coś. Nie wiem tylko czy wolisz właśnie z panią profesor czy może z jakimś uczniakiem? Daj znać, a coś na pewno wymyślimy!]

    Lourdes, Avalon, Hyun i Vinay

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Karol również ma pewne zdolności do jasnowidzenia. Podobają mi się pomysły i w sumie można by je połączyć. Ze swojej strony również mam pewien pomysł, który chciałbym z kimś zrealizować, a Freddie nadałby się idealnie, bo potrzebny mi jasnowidz. Karolek zna legendę o Lustrze Twardowskiego, które rzekomo jest gdzieś w Hogwarcie. Rodzina Zdunk, jako najstarsza familia magiczna w Polsce, ma z owym lusterkiem silną więź, więc on może je odnaleźć, ale potrzeba do tego kilku rzeczy. Jeśli interesuje Cię coś dłuższego i nie masz w planach szybkiego zniknięcia, to mogę Ci przedstawić co w wątku miałoby się dziać :) ]

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Ogólnie to jest tak, że istnieje Lustro Twardowaskiego, możesz sobie o tym przeczytać na Wikipedii, jeśli chcesz się zagłębić w temat. Wymyśliłem, że lustro to kiedyś zostało zbite i rozdzielone na kilka mniejszych lusterek. W lustrze tym podobno widać demony, duchy zmarłych a także daleką przyszłość i przeszłość, jeśli ktoś potrafi odczytywać wiadomości. Karolek ma na wisiorek z kawałkiem tego szkła, ale chce znaleźć swoje własne. Ogólnie zaczęłoby się od tego, że nasi panowie siedzieliby w bibliotece i Karol znalazłby jakiś stary manuskrypt z opisem miejsca, gdzie leży lustro. Postanowią oni je znaleźć, ale okaże się, że nie będzie to zbyt proste.]

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  14. [Bardzo fajny pan z cudnym zdjęciem! Trochę smutno, że pogardza Slytherinem, ale może Ilija albo Callum przekonają go do zmiany zdania? ;p ]

    Ilija & Call

    OdpowiedzUsuń
  15. [Bardzo dobrze zrozumiałaś, a Twój pomysł jest po prostu świetny. Z chęcią nam zatem rozpocznę tylko powiedz mi czy chcesz sobie coś jeszcze wcześniej ustalić? Są na tym samym roku i obaj grają w quidditcha, wiec znać się znają na pewno. Hyun mógłby też słyszeć o Freddim różne plotki i nie dałby się tak szybko omamić jego flirtom :D Och i komplikacje, kocham komplikacje :D]

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  16. Był wściekły na wszystkich i na wszystko, chociaż najbardziej na samego siebie. Quidditch był ostatnią rzeczą na jakiej mu zależało, ale od wydarzeń mających miejsce w wakacje wiele się pozmieniało. Nie potrafił się już tak bardzo zaangażować w grę. Teoretycznie wciąż zależało mu na grze, ale coś tak jakby się ulotniło. Po prostu cała ta energia, którą wcześniej wkładał w rozgrywkę odeszła wraz z Seo. Co prawda nigdy go nie było w pobliżu, nigdy nie mógł zobaczyć jego gry, ale Hyun wciąż się sam nakręcał, że w końcu mu pokaże, że jeszcze będzie o nim głośno w świecie quidditcha i wtedy ten dupek sobie o nim przypomni z ogromnym żalem, że tak po prostu zniknął. Koreańczyk był jednak już świadomy tego, że ten moment nigdy nie nadejdzie i chociaż quidditch kochał, nie miał siły by komukolwiek, cokolwiek udowadniać. Gdy więc Krukoni po raz kolejny przegrali był zły. Głównie na siebie bo wiedział, że gdyby tylko dał z siebie odrobinę więcej końcowy wynik mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Niestety… Zagrał jak zagrał i o ile łatwiej było zwalić winę na kogoś innego, dobrze wiedział, że w dużej mierze to właśnie on sam popełnił najwięcej błędów. Zresztą wzrok pozostałych członków drużyny świetnie dawał mu do zrozumienia, że w ogóle się nie myli, obwiniając samego siebie. Czego oczywiście nie zamierzał dać po sobie poznać. Ostatnio nastawiał się wrogo do wszystkich, a to go cholernie mocno gubiło. Ponieważ w głębi duszy Hyun-ah był dobrym człowiekiem. Nie chciał żadnych sprzeczek, nie chciał konfliktów. Pojawił się w Hogwarcie po to, aby ze spokojem skończyć szkołę i nie wdawać się w żadne problemy, jednak jego zachowanie po powrocie z wakacji zdecydowanie nie było takie same, jak przed. Nikt nie wiedział co takiego się stało, że Azjata z łagodnego, głównie trzymającego się na boku chłopaka stał się tym, który zawsze ma coś do powiedzenia i nierzadko coś nieprzyjemnego lub po prostu wrednego, a gdy tylko ktoś zbliżał się po to aby spróbować załagodzić sytuację, ten od razu przygotowywał się do ataku. Tylko spotkania z kuzynką sprowadzały go jakoś na ziemię, chociaż i ona nie wiedziała co tak dokładnie się stało i dlaczego Han zachowuje się tak, jak się zachowuje. To wszystko co wydarzyło się w wakacje było po prostu za świeże i zbyt bolesne. Chociaż z chęcią znalazłby sobie coś, co zabiłoby wszystkie te uczucia kłębiące się w nim. To chyba logiczne, że alkohol w tym wypadku był czymś najcenniejszym co w danym momencie mógł posiadać. I samotność… Lubił ją zawsze, w tym momencie jednak wręcz ją kochał.
    Nie dziwne więc, że zaraz po meczu udał się na błonia, które były puste. Wszyscy poszli świętować wygraną lub użalać się nad przegraną swojej drużyny. Nie miał ochoty brać w tym udziału.
    Stojąc nad brzegiem jeziora, wpatrywał się w jego spokojną taflę, a myślami znajdował się daleko, daleko stąd. Na drugim końcu świata, w malutkim mieszkaniu znajdującym się w starym blokowisku na przedmieściach Seoulu. Myślami był po prostu w domu i marzył o tym, by i fizycznie znaleźć się tam jak najszybciej.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  17. Wtuliła się w niego, z uśmiechem od ucha do ucha, szczęśliwa, że aż tak wszystkiego nie zepsuła. Jego groźne spojrzenie co prawda nigdy nie robiło na niej wrażenia, ale tym razem coś w środku podpowiadało jej, że być może się myli i teraz to jest na poważnie. Nie było. Mogła odetchnąć z ulgą.
    - Nie miałam czasu przez swoją głupotę. - powiedziała, unosząc jeden kącik ust i kiwając głową. - Jasne, byłam zajęta, jak zawsze, ale co z tego? Dla Ciebie chcę zawsze mieć czas, a zawaliłam.
    Wzruszyła ramionami, bo przecież i tak już nic nie mogła z tym zrobić.
    - Chodź na spacer. - powiedziała, łapiąc chłopaka za rękę i ciągnąc w stronę lasu. Na jego skraju była ścieżka, przy samym jeziorze, będąca bardzo popularną trasą spacerową, dzięki przepięknym widokom na góry, odbijające się w tafli słodkiej wody. Było tam bardzo spokojnie i tylko wiatr poruszał gałęziami drzew, sprawiając, że szumiały, dając przepiękny koncert o potędze natury, która czasem mogła być silniejsza nawet od magii. Julia kochała tamtędy chodzić, wdychać świeże, wilgotne powietrze, odpoczywać, resetować się, podziwiać to niesamowite piękno, które ją otaczało. Czasem wystarczyło zatrzymać się i to docenić, żeby wiedzieć jak bardzo ma się w życiu szczęście.
    Wślizgnęła się pod ramię przyjaciela, obejmując go w pasie i puściła do niego oczko. No cóż! Lubiła się przytulać. Do przyjaciół zawsze.
    - Dobra, tak serio to trochę się działo. - przyznała. - Już od pierwszych dni porządnie zawalili nas nauką. Prawie codziennie miałam do napisania jakiś esej albo większą pracę domową, już nie wspominając o tym, że Twoja przyjaciółka jest porządną uczennicą i do każdych zajęć musi się przygotować, poczytać i tak dalej. Parę osób już chciało korki, w większości z eliksirów. Część z nich to bliscy znajomi, a że od takich głupio mi brać pieniądze to uzbierałam kilka butelek z ciekawą zawartością i trochę słodyczy. Także wiesz...zapraszam. Co poza tym? Vinay robi nam treningi kiedy tylko się da i nie chcę Cię martwić, ale w tym roku jesteśmy naprawdę świetni.
    Zaśmiała się i wbiła chłopakowi palec w bok. Zawsze się droczyli z powodu Quidditcha, co było nieuniknione, bo te wszystkie gole, które Freddie wbił Julii po prostu nie mogły zostać wybaczone. Zaśmiała się i kontynuowała opowieść.
    - Z pewnością też zauważyłeś, że zmieniło nam się nieco ciało pedagogiczne i wyszło trochę zabawnie, bo naszym nowym profesorem od transmutacji jest mój ukochany kuzyn, a stażystą OPCM został Adam. I to jest ten Adam.
    Spojrzała na przyjaciela, nie ukrywając rozbawienia i trochę też ekscytacji, że w końcu może mu o tym powiedzieć. Freddie o Adamie słyszał nie raz, nie pięć, kiedy Julia opowiadała cokolwiek o swoim dzieciństwie, którego Lebiediew był bardzo ważną częścią. Najlepszy przyjaciel jej brata szybko stał się również jej przyjacielem i niemalże członkiem rodziny. Później, po wyjeździe Matta, stracili kontakt, ale teraz wszystko wróciło do normy i bardzo łatwo udawało się odbudować. Zajmował zbyt ważne miejsce w sercu Julii, żeby cokolwiek mogło się trwale zepsuć.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  18. Mathias czuł się nieco zażenowany, gdy regularnie odczytywał liściki od tajemniczej wielbicielki, która no cóż trzeba było przyznać według Rathmanna nie wykazywała się zbytnią inteligencją pisząc takie słowa skierowane do nauczyciela. Był ciekaw kim była, choć z drugiej strony nawet przeszło mu przez myśl, że to któryś z uczniów robi sobie jaja. Oby się nie dowiedział kim jest owy delikwent inaczej nie skończy się to dla niego zbyt dobrze.
    Rathmann dzisiejszego dnia wstał w dość dobrym humorze. Wziął prysznic, a na śniadaniu żwawo rozmawiał z nauczycielami, ba nawet odpowiadał uczniom na korytarzach dzień dobry, czego nigdy nie robił, jednak jego pozytywne nastawienie długo trwać nie mogło. Po wejściu do klasy, gdzie zawsze odbywały się zajęcia z transmutacji nie sądził, że natknie się na głównego sprawcę tajemniczych liścików. Wyjął z szaty różdżkę i za pomocą jednego, prostego zaklęcia kawałek pergaminu znalazł się w jego dłoniach. Zatrzasnął głośno drzwi za sobą dając tym znak chłopakowi, że ma przechlapane.
    - Nie wiedziałem, że z pana taki romantyk, panie Wayland tylko pomyliły się panu osoby, z których może sobie pan robić jaja – warknął Mathias śledząc wzrokiem treść liściku, który zmiął i wyrzucił do kosza. – Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś bo aktualnie Twoja zabawa dobiegła końca, niestety, a może i stety. Minus dwadzieścia punktów dla Gryffindoru, dodatkowo wieczorem przyjdziesz do mnie na szlaban oraz postaram się, by żaden głupi pomysł nie przyszedł Ci już chłoptasiu do głowy. Nawet nie wiesz jak bardzo masz przechlapane. – dodał gromiąc go wzrokiem. Nie z Mathiasem takie numery. Freddie zdecydowanie źle trafił, sam sobie wybrał złego przeciwnika, co skończyło się przegraną. Koniec żartów. – I obym więcej nie usłyszał o Twoich żartach inaczej wylecisz z Hogwartu szybciej niż do niego trafiłeś. Idź sobie, nie będziesz uczestniczył dziś na moich zajęciach oraz zastanowię się czy w ogóle zaliczysz przedmiot choćbyś się nawet dwoił i troił, to łatwo nie będzie.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  19. [Przyznam, że ciężko powiedzieć kto będzie mieć lepsze metody xD Widzę, że Freddie lubi panów... a to może go połączyć i z jednym i z drugim. Co prawda Ilija kryje się ze swoimi zainteresowaniami, a Callum jest zbyt zdystansowany by to otwarcie wykorzystać, ale jednak coś można myśleć jeśli będziesz chcieć ;p Ogólnie wiedząc jacy są ci dwaj, lepszy może być Call do wątku ;) Ilija jest zbyt specyficzny i raczej, gdyby się nie polubili od raz to spoglądałby na Freddie'ego jak na robactwo kręcące się wokół nóg, bo on czuje żywą niechęć do Gryfonów xD Call za to potrzebuje towarzystwa, bo jest biedny... ale przy tym to mały dupek, który odkąd stracił rodziców trzy miesiące temu to jest gnojkiem większym niż kiedyś xDD]

    OdpowiedzUsuń
  20. Julia rzadko kiedy lądowała na szlabanie, a to dlatego, że miała dobre stosunki ze szkolnym woźnym, który zazwyczaj ignorował jej nocne przechadzki i sprzeciwiał się im tylko, kiedy wiedział, że aktualnie na dworze nie jest bezpiecznie. Wtedy zawsze mogła posiedzieć na Wieży Astronomicznej albo po prostu powłóczyć się po zamku. Okazało się, że czasem wystarczy się uśmiechnąć i po ludzku być miłym, żeby coś osiągnąć.
    Ale akurat tak się złożyło, że w plan przyszłego tygodnia już miała wpisany szlaban. Poniedziałek. 17:30. U profesora od ONMS. Za to, że nie przyszła na zajęcia dodatkowe, na które się wcześniej zgłosiła, zajmując bez sensu miejsce komuś, kto może mógłby się pojawić. Tak bardzo nie w stylu Julii, ale Mathias trafił do szpitala i zupełnie nie miała do tego głowy, a też nie chciała się później nikomu tłumaczyć. Wolała szlaban.
    Zmarszczyła brwi i zaśmiała się, słysząc co chłopak mówił o profesorze Rathmannie. Tak, to było bardzo w jego stylu – sprawiać, żeby uczniowie myśleli, że ich nienawidzi. Jednak ona nic dla Freddiego nie mogła zrobić. Mathias był cholernym profesjonalistą i nawet ostatnio wlepił jej ujemne punkty za spóźnienie na zajęcia, mimo iż miał w tym swój niemały udział. Nie była zła. Tylko wiedziała, że z tym panem, jeżeli chodzi o kwestie zawodowe, nie ma przywilejów.
    - Uuuu... To masz przesrane. I nawet ja Ci tu nie mogę pomóc. - spojrzała na niego z wyraźnie udawanym i bardzo przesadzonym smutkiem i wzruszyła ramionami. - A co takiego przeskrobałeś?
    Skręcili w odcinek ścieżki, który był wąską, kamienistą dróżką, więc Julia musiała opuścić bezpieczne ramiona przyjaciela i iść za nim, na wszelki wypadek za rękę. Zawsze była jeszcze opcja wpadnięcia do jeziora, a jej nie uśmiechało się nocne pływanie w zimnej wodzie i wolała, żeby Freddiemu też się to nie przytrafiło. Na szczęście nie padało tego dnia i kamienie były suche.
    - A jeżeli chodzi o Adama... - zastanowiła się chwilę, uśmiechając się pod nosem i mrużąc oczy. - On już dawno temu w jakiś sposób stał się bardzo ważną częścią mnie i nawet ten czas, kiedy nie rozmawialiśmy nie potrafił tego zmienić. Więc tak, dobrze się dogadujemy. Nie musisz interweniować.
    Zaśmiała się cicho. W międzyczasie ścieżka oddaliła się trochę od jeziora i rozszerzyła, więc Julia mogła wrócić w objęcia Freddiego. Na jego słowa zatrzymała się i obróciła tak, żeby stanąć naprzeciwko niego.
    - Wiem. - powiedziała i posłała mu najpiękniejszy uśmiech, jaki pewnie miała w repertuarze. Ten, który sprawiał, że druga osoba chociaż przez moment myślała, że już wszystko będzie w porządku i z każdej sytuacji jest wyjście. - I po pierwsze - nieładnie się bić, a po drugie - nie przejmuj się tym Puchonem. Wiesz, że w razie czego, jakbyś nagle został hetero, to możesz biec i od razu mi się oświadczać. Nawet pierścionka nie chcę.
    Często tak żartowała, ale był to żart tak nierealny, że mogła nim rzucać zupełnie bez wyrzutów sumienia. Ani Freddie nigdy nie zostanie hetero, ani Julia nie będzie chciała być z nim w związku, bo nie chciała z nikim. I tylko cud, kompletny przypadek albo perfekcyjnie dopasowana do niej osoba mogłaby sprawić, że przestałaby się bać i poczuła, że nie tylko potrafi kochać, ale również się zakochać i z kimś być.
    Stanęła na palcach i pocałowała chłopaka leciutko w policzek po czym objęła go za szyję i przytuliła mocno. Pewnie nie przejmował się tym Puchonem aż tak, ale odrzucenie nigdy nie jest fajne.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  21. Był tak bardzo pochłonięty myślami, że nawet nie usłyszał dźwięku wydanego przez upadający obok notes. Słysząc więc padające słowa wzdrygnął się delikatnie i odwrócił w stronę, z której do niego dochodziły. Widząc przed sobą zwisającego chłopaka, przypatrującego mu się z tak małej odległości zmarszczył brwi i odruchowo cofnął się o krok.
    — Co? — Zapytał zdezorientowany, przenosząc spojrzenie na twarz chłopaka. Szybko jednak odwrócił wzrok, czując na sobie jego intensywne, przeszywające spojrzenie, które spłoszyło Azjatę. Spojrzał na ziemię i dostrzegł zeszyt, o którym mówił chłopak. — Nie możesz sam sobie po niego zejść? — Odezwał się z delikatną chrypą, przez co szybko odkaszlnął i ponownie spojrzał na Gryfona, mając wrażenie, że ten ciągle się mu przypatruje. Rozumiał, że nie chce mu się schodzić z drzewa tylko po to, aby sięgnąć zeszyt i z powrotem włazić na tę gałąź, ale przecież on nie był nikogo pomagierem i nie zamierzał nikomu usługiwać. Oczywiście to była zwykła prośba, ale Hyun. Hyun ostatnio był nastawiony na nie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że dobrze wiedział, że będąc tak nastawionym nic się nie zmieni, nic się nie poprawi. Przecież już przez to przechodził i dobrze pamiętał, jak to się skończyło ostatnim razem. Oblizał nerwowo wargi, chowając dłonie do kieszeni szaty. Powolnie podniósł głowę i spojrzał na twarz, wciąż zwisającego z gałęzi chłopaka.
    — Mogę ci podać ten notes, ale mam wrażenie, że i tak będziesz musiał zejść. Nie dasz rady się ponownie wdrapać na tę gałąź z zajętą dłonią. — Zauważył, uważnie przypatrując się temu, w jaki sposób był zawieszony na drzewie. Zdecydowanie dłonie były mu do tego potrzebne. Pochylił się jednak i sięgnął po oprawiony skórą notes. Chwycił go obiema rękoma i wpatrywał się przez chwilę w jego okładkę, jakby zastanawiał się co dalej ma z nim zrobić. Podać chłopakowi, czy może odłożyć z powrotem na trawnik? Przeklął w myślach i zawiesił swoje spojrzenie na notesie. Przecież jeszcze przed chwilą mówił mu, że sam ma sobie po niego zejść, a teraz trzyma go w dłoniach nie mając pojęcia co dalej. Jasne, mógłby mu go od tak oddać, ale z drugiej strony wówczas… Pokazałby, że jest dobrym i pomocnym człowiekiem. A nie chciał na takiego wyjść. Było jeszcze za wcześnie na okazywanie miłosierdzia.
    — Jesteś porąbany, Han. — Szepnął cicho pod nosem, kierując owe zdanie do samego siebie. Oczywiście miał na myśli swoje wewnętrzne rozterki. Pokręcił szybko głową i wyciągnął dłonie przed siebie, robiąc krok do przodu. — Trzymaj. — Odezwał się głośniej i wepchnął przedmiot w dłonie piegowatego chłopaka i odwrócił się na pięcie podchodząc ponownie bliżej brzegu jeziora, gdzie wcześniej odłożył swoją torbę. Był gotów wrócić do zamku, dopóki nie miał pojęcia o obecności Gryfona te miejsce wydawało mu się idealne, ale teraz… Miał zamiar jak najszybciej stąd uciec.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  22. Addison nie zwlekała. Miała mroczki przed oczami, jej nos pulsował bólem, a szkarłatna krew zalewała jej usta, przez co ciągle się krztusiła i kaszlała, jednak druga taka okazja mogła się nie powtórzyć. Podczas gdy jej tajemniczy wybawiciel skupił na sobie całą uwagę Parrisha oraz jego paczki, ona odnalazła w końcu w ciemnościach różdżkę i w panice odczołgała się do tyłu. Wciąż za bardzo kręciło jej się w głowie, by mogła wstać i rzucić się do ucieczki, musiała jednak się ruszyć, powiększając dystans między nią a brutalnymi napastnikami. Przez cały czas w półmroku obserwowała rozgrywającą się na jej oczach walkę, by w razie konieczności interweniować, ale na razie chłopak radził sobie dobrze z przewyższającymi go wzrostem oraz masą dryblasowi. Serce na chwilę w niej zamarło, kiedy zobaczyła, jak jeden z półmózgich popleczników Parrisha rzuca się na ucznia, który uratował ją przed połamanymi żebrami i innymi poważnymi obrażeniami. Już miała szepnąć zaklęcie, kiedy ten zrzucił z siebie napastnika i ruszył w jej stronę. Zaklęła pod nosem, wywracając oczami, gdy zorientowała się, że to właśnie Freddie Wayland odegrał rolę rycerza na białym koniu. Jak ona go nie znosiła! Był bezczelnym, aroganckim, nieznośnym typem, którego najchętniej by udusiła. Nie potrafili wytrzymać ze sobą choćby jednej minuty bez kłótni. Ich sprzeczki stały się z czasem ulubioną rozrywką uczniów Hogwartu, którzy co roku robili zakłady na temat działań wynikających z ich wzajemnej niechęci. Ostatnio skończyło się to wielką bitwą na żarcie w Wielkiej Sali. Do tej pory ani skrzaty domowe, ani zaklęcia nie były w stanie usunąć resztek lasagne ze ścian.
    – Odsuń się. Nic mi nie jest – warknęła Addie, gdy chłopak się nad nią pochylił. Tak naprawdę bolało ją wszystko, każda kość, każdy najdrobniejszy mięsień, nawet oddychanie wymagało od niej niezłego wysiłku, ale nie mogła pozwolić na to, by Fred dostrzegł jej słabość. Odetchnęła z determinacją, chwytając się najbliższego posągu i wspierając się na nim, podniosła się do góry. Splunęła, próbując pozbyć się paskudnego, metalicznego posmaku krwi i rękawem szaty otarła nos, z którego wciąż sączyła się szkarłatna krew. Na samą myśl o biegu miała mdłości, jednak wiedziała, że nie mieli zbyt dużo czasu; trójka agresywnych uczniów zaczynała się podnosić z ziemi z cichymi stęknięciami. Złapała Waylanda za przedramię i pociągnęła za sobą. Biegli bez wytchnienia. Addison kłuło w boku, a łydki paliły żywym ogniem, gdy razem z Fredem ścinała zakręty, próbując zyskać kolejne sekundy przewagi nad napastnikami. Była tak rozpędzona, że cudem uniknęła rozpłaszczenia się na ścianie, która wyrosła jakby znikąd. Szybko zmieniła tor biegu, ciągnąc za sobą chłopaka w zagłębienie i przyciskając go do ściany. Instynktownie położyła mu dłoń na ustach, tłumiąc wszelkie słowa, jakie mogły paść z jego strony. Puchonka czuła, jak serce obija jej się o żebra w nieregularnym rytmie, adrenalina krążąca w żyłach popychała ją do działania, jednak zmusiła się, by stać nieruchomo i słuchać. Odgłosy uderzeń. Jęki bólu. Kolejne wyzwiska. Ciężkie kroki oraz chlupot wody pod podeszwami butów. Trzy, jasnobłyszczące punkciki oświetlające twarze osiłków minęły zagłębienie, w którym się schowali, ale nawet gdy ich pokrzykiwania ucichły, Addison ani drgnęła, wciąż zasłaniała Gryfonowi usta dłonią. Dopiero po dłuższej chwili odsunęła się od niego, opierając o przeciwległą ścianę.
    – Wszystko miałam pod kontrolą – poinformowała go wyniośle Addison, sapiąc cicho po wycieńczającym biegu. Mógł sobie dalej marzyć o jej podziękowaniach, przeklinała w myślach, żałując, że ze wszystkich uczniów Hogwartu to właśnie Fred musiał ją znaleźć i zasłużyć na jej wdzięczność. Nie musiał jej pomagać, mógł odwrócić wzrok i udawać, że niczego nie widzi. Gdyby nie on... Przeszył ją dreszcz. Nie chciała nawet myśleć o tym, do czego zdolny był Parrish i jego kumple.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  23. [ Będę wdzięczny za zaczęcie <3 ]

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  24. [Ja widzę naszych panów jako rywalizujących ze sobą od zawsze chłopczurów. Do tego możemy dorzucić, że ich rodzice pracujący w Ministerstwie też mogą się nie lubić :D Jakie okoliczności wątku? Josh zamyka Freddiego w komórce na miotły, bo wie, że Gryfon ma klaustrofobię, czy Freddie kradnie Ślizgonowi cały jego zapas kwaśnych żelków? Im bardziej śmieszne i żenujące, tym lepiej.]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  25. Zmarszczył brwi, słysząc słowa chłopaka. Dzięki, słońce, serio? Może i faktycznie nie powinien być do wszystkich nastawiony na nie i zdecydowanie nie powinien mierzyć każdego człowieka tą samą miarą, jednak po przejściach ciężko było zachowywać się inaczej. Tym bardziej, że to wszystko było tak cholernie świeże. Gdy tylko zamykał oczy, przed nimi pojawiała się spokojna twarz Changa… Żal ściskał mu serce, a łzy próbowały przedrzeć się przez zaciśnięte powieki. Musiał panować nad sobą i emocjami. Nie mógł się ciągle rozklejać, nie mógł ciągle chodzić niczym wrak człowieka. Był świadom, że powinien się wziąć w garść i, że im szybciej to zrobi ostatecznie wyjdzie na tym lepiej. Rozpamiętywanie przeszłości nigdy nie było dobre, a wracanie do tych wydarzeń… Było w stanie go wykończyć. Wziął głęboki oddech, słysząc jak chłopak schodzi z drzewa, a następnie wypowiada kolejne słowa. Hyun-ah nie był w nastroju na zawieranie nowych znajomości, nie był nawet pewien czy kiedykolwiek jeszcze będzie w odpowiednim humorze. Wszystko i wszyscy go wkurzali. A ten chłopak, Freddie… Słyszał o nim już wcześniej, niekoniecznie same pochlebne komentarze.
    — Hyun. — Przedstawił się mimo wszystko, odwracając się ponownie. Kiedy tuż przed oczami napotkał spojrzenie jasnych tęczówek Fredericka, utkwił na chwilę w nich swój wzrok. — Masz rację, oficjalnie nie zostaliśmy jeszcze sobie przedstawieni. Uściślając więc, Han Hyun. — Przedstawił się z nazwiska i imienia, skinąwszy delikatnie głową zgodnie z ojczystymi zasadami. — Mieliśmy jednak przyjemność grać już przeciwko sobie. — Dodał, uśmiechając się nieco ironicznie, nie spuszczając spojrzenia z chłopaka. Wciąż dzieliła ich mała odległość, jednak tym razem Hyun nie cofnął się spanikowany. Wręcz przeciwnie, stał i wpatrywał się w chłopaka, zastanawiając się nad tym czego ten tak właściwie może od niego chcieć. Podał mu zeszyt zgodnie z jego prośbą. Już dawno powinni się rozdzielić. Zagryzł nerwowo wargi, to był jego niekontrolowany odruch. Nawet nie zastanawiał się nad tym, po prostu robił to w stresujących lub krępujących go sytuacjach. To właśnie przez te zagryzanie, jego pełne wargi nigdy nie były idealnie gładkie ani miękkie. Wręcz przeciwnie, ciągle były spierzchnięte, zdarzało się nawet iż pojawiały się na nich maleńkie strupki, gdy Azjata przygryzł je odrobinę za mocno, co również się zdarzało.
    — Gapisz się. — Mruknął w końcu niezadowolony, czując cały czas na sobie bezczelne spojrzenie Gryfona. Przełknął ślinę i przechylił delikatnie głowę na bok. — Słuchaj… Mam… Muszę iść… Wziąć ubrania z szatni… Posprzątać miotły… Powinienem już iść. — Mruknął, odwracając spojrzenie od piegowatej twarzy chłopaka z lwa domu. To co właśnie przed chwilą powiedział było kompletną głupotą i w ogóle nie zgadzało się z prawdą, ale skoro palnął już coś tak głupiego zdecydowanie musiał ruszyć w stronę szatni, obok której znajdował się mały kantorek na miotły dla tych uczniów, którzy nie posiadali własnych.

    Mówisz i masz, wykorzystaj to dobrze.
    Zdezorientowany Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  26. [No i pięknie, ustalone :D To kto zaczyna? ]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  27. [Pewnie, dzisiaj wieczorem jeszcze coś naskrobię :)]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  28. To nie miało sensu. To naprawdę nie miało sensu. Gapienie się na jedno zdanie u szczytu pergaminu było tylko stratą cennego czasu, a do jego głowy i tak nie przychodziły żadne pomysły, więc esej będzie musiał poczekać prawdopodobnie kolejne kilka dni. Joshua powinien być przyzwyczajony do pisania wypracowań, w końcu stworzył ich wiele w trakcie swojej nauki, ale dzisiaj wena doszczętnie z niego uleciała i nawet nie próbował zmuszać się do dalszego myślenia. Zebrał pergamin i pióro z kałamarzem ze stołu w Pokoju Wspólnym Ślizgonów i zaczął odchodzić w stronę dormitorium, gdzie przynajmniej nie było pierwszoklasistów szczebioczących o tym, jak to machanie różdżką przy inkantacji Wingardium Leviosa jest trudne i praktycznie niewykonalne. No i w dormitorium były ciastka.
    Jego długie nogi prowadziły go do dormitorium siódmoklasistów, lecz nagle odmówiły posłuszeństwa, gdy do uszu Josha dotarło narzekanie jednej z dziewczyn, bodajże piątoklasistki.
    - I wiecie, co znalazłam w torbie? Ropuchę! Obślizgłą, obrzydliwą ropuchę. Nie wiedziałam, czy najpierw się popłakać, czy zwymiotować!
    - Okropne! I co zrobiłaś?
    - Nienawidzę ropuch, więc to logiczne, że się popłakałam!
    - Ja bym zwymiotowała.
    - Ty wymiotujesz nawet jak widzisz pająka, więc się zamknij.
    Josh westchnął ciężko i przymknął oczy. Już to gdzieś słyszał i wiedział, kto za tym stał. Szkolny dowcipniś był bardziej żenujący niż zabawny, przynajmniej w mniemaniu Ślizgonów. Ropuchy to takie oklepane zwierzęta w czarodziejskim świecie.
    Chłopak wyciągnął różdżkę zza pasa i posłał nią pergaminy do dormitorium, jednocześnie kierując się w stronę wyjścia z Pokoju Wspólnego. Spojrzał na grupkę rozhisteryzowanych piątoklasistek, które chyba zrozumiały jego zamiar i zaczęły się do niego szeroko uśmiechać.
    - To był Wayland – powiedziała ta najbardziej poszkodowana.
    - Czy ja w ogóle pytałem o nazwisko?
    Dziewczyny od razu zamknęły usta, czując swojego rodzaju respekt, a Joshua opuścił ich towarzystwo.
    Dlaczego ludzie nie mogą zachowywać się zgodnie z ich wiekiem i ogólnie panującymi normami? Są pewne granice, których się nie przekracza. Dziewczyny nie lubią ropuch. Czasem jakaś się znajdzie, co lubi, ale większość raczej za nimi nie przepada. I normalnie Joshua machnąłby na to ręką, ale czuł pewną powinność i to stało się silniejsze od niego.
    Schodami w górę, korytarzem w lewo, przez dziedziniec, jeszcze kilka zakrętów i jest! Jego uszy zostały potraktowane irytującym śmiechem Gryfona. Joshua nienawidził osób, które najpierw był słychać, a dopiero potem widać. Przepchał się przez gryfońskie kółeczko adoracji, jednocześnie poprzez wyprostowane plecy eksponując węża na piersi, i stanął przed Waylandem, patrząc na niego z zażenowaniem i wyższością. Na brodę Merlina, jak bardzo ten chłopak go irytował, to nie zmieściłoby się na dziecięciu stopach pergaminu.
    - Frederick, pozwól na słówko – rzucił oschle i poszedł w stronę jednego z bocznych korytarzy, gdzie nie było żadnych uczniów ani nauczycieli. Miał swój plan, a skoro Wayland się bawił, to i Yaxley trochę się rozerwie.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  29. [ A jak wolisz? Już teraz wszystko między nimi psujemy czy damy im jeszcze chwilę sielanki? :D ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  30. Kiedy usłyszała historię powodu szlabanu, wybuchnęła głośnym śmiechem. Listy miłosne do Rathmanna! Przecież, jeżeli chodzi o uczniów, to był człowiek prawie zupełnie pozbawiony poczucia humoru. To się musiało źle skończyć i szczerze mówiąc Julia bardzo chętnie sama zaprowadziłaby przyjaciela na karę i przypomniała Mathiasowi, żeby się nie hamował, bo uczniowie muszą znać swoje miejsce. Dobra, tak na serio to miała nadzieję, że za bardzo się tam nie nacierpi, a jeżeli tak to trudno – będzie musiała interweniować u kuzyna. Dla przyjaciół wszystko. Chociaż zupełnie nie potrafiła wyobrazić sobie takiej rozmowy. Śmiech na sali i same problemy z tym Freddiem.
    U Adama na pewno szlabanu za jakąkolwiek interwencję nie dostanie, bo prawdopodobnie nigdy do niej nie dojdzie. Nie był osobą, która mogłaby ją świadomie skrzywdzić, więc Freddie nie miałby za co oberwać. Chociaż... Nie! Zdecydowanie niemożliwe. Jeżeli nie będzie pewna Adama to już nikogo. Poza Mattem. Matt to oddzielna kategoria. Najważniejsza na świecie.
    Stanęła stabilnie na ziemię, oderwawszy się od przyjaciela i rzuciła mu udawane obrażone spojrzenie, kiedy zmierzwił jej włosy. Niby nie czesała się wcześniej przez pół godziny, to nie w jej stylu, ale bez przesady. Kto lubi mieć miliard kosmyków na twarzy, które później trzeba jakoś ogarnąć? Ogarnęła kilka sekund i z uniesionymi brwiami spojrzała na uroczą minkę Freddiego. I jak tu go nie kochać...
    - Idziemy. - powiedziała, kiwając głową z entuzjazmem, po czym puściła mu oczko i ruszyła w kierunku zamku, żeby mogli udać się na Wieżę Astronomiczną albo chociażby błonia. Szybko uznali, że to pierwsze, z racji nazwy, jest lepszym pomysłem do oglądania gwiazd i właśnie tam się udali, próbując stłumić śmiech podczas przemierzania szkolnych korytarzy, gdzie każdy dźwięk niósł się aż zbyt intensywnie. Kiedy przemierzyli połowę schodów w drodze na szczyt wieży, Julia zatrzymała się i oparła dłonią o ścianę. Jednak ból głowy, który od ponad tygodnia starała się zignorować, nie był aż tak łatwym przeciwnikiem. Zaczęło się od tego, że przydzwoniła w jedną z pętli na treningu Quidditcha i od razu została wysłana do skrzydła szpitalnego na przegląd. Lekarze uznali, że wszystko gra, więc dali jej tylko eliksir na ból głowy na wszelki wypadek i kazali przyjść, gdyby coś się działo. Następnego dnia obudziła się w środku nocy zalana potem, z bólem rozsadzającym jej czaszkę. Wzięła długi, zimny prysznic, wypiła łyk eliksiru i było nieco lepiej. Już mogła w miarę funkcjonować. I na tym w miarę przeżyła kolejne dni, ciągle udając, że jest twarda i wszystko jest w porządku. Nikomu nie powiedziała ani słowa. Nie było potrzeby, bo gdy tylko ból się zaostrzał, sięgała do torby po buteleczkę i wypijała z niej kolejną porcję. Teraz miała przy sobie tylko różdżkę, a nią mogła sobie co najwyżej roztrzaskać głowę na kawałki.
    Kiedy puls jej przyspieszył od wchodzenia po schodach, ból nasilił się i zaczął bębnić jej w skroniach. Potrzebowała chwili przerwy, uspokojenia oddechu.
    - Idź. Dogonię Cię zaraz. - powiedziała, uśmiechając się na tyle na ile mogła. - Kondycja szwankuje po wakacjach.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie był pewien, w jaki sposób ma odebrać zachowanie świeżo co poznanego chłopaka. Musiał przyznać, że był bezpośredni i… Cóż, nachalny. Hyun chciał po prostu jak najszybciej znaleźć się gdzieś indziej, z daleka od wszystkich, a ten, uczepił się go niczym rzep psiego ogona. Gdy usłyszał więc uwagę na temat, jego typu, Azjata zmarszczył mocno brwi, a na jego czole pojawiła się duża zmarszczka. Miał nadzieję, że gdy dojdą na miejsce szybko się uporają z tym, niby sprzątaniem i będą mogli wrócić spokojnie do swoich domów. Jasne, mógł rzucić teraz coś na temat zadanej, pilnej pracy domowej, ale przecież oznajmił już, że musi sprzątnąć kantorek na miotły. Mógł powiedzieć, że ma jakiś szlaban. Wówczas z pewnością Frederick nie poszedłby za nim, po prostu nie mógłby.
    — Co…? — Zatrzymał się na klatce piersiowej jakiegoś Ślizgona, którego widział pierwszy raz na oczy. Dopiero później dopatrzył się wśród zgromadzonych członków ślizgońskiej drużyny. Żachnął się, zaciskając pięści na tyle mocno, że paznokcie wbijały mu się w wewnętrzną część dłoni. Obiecał i sobie i Chaerin, że nie będzie się więcej ładować w kłopoty, a tym czasem to kłopoty znajdywały go same. Wypuścił powoli powietrze przez lekko rozchylone wargi, aby coś powiedzieć, gdy nagle dotarły do niego słowa Ślizgona. Frederick. Cudownie. Znajomość zapowiadała się naprawdę sympatycznie. Pewnie. Mógłby jakoś zareagować, zrobić cokolwiek. Zamiast tego pozwolił, aby chwycili go za kołnierz koszuli i zrobili z nim, co tylko chcą. Przymknął powieki, zaciskając mocno zęby, wyczekując momentu, w którym poczułby cudzą pięść na własnej twarzy. Wyjścia z Changiem zawsze kończyły się w ten sposób, a Hyun był w pewnym sensie przyzwyczajony do przemocy. Jego przeszłość była burzliwa, a znajomość z Seo… To dopiero było coś skomplikowanego.
    Gdy poczuł, jak pada na zakurzoną ziemię otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Tego, w ogóle się nie spodziewał. Zerknął szybko w stronę wyjścia, ale jedyne co dostrzegł to Freddiego walącego pięściami w zamknięte drzwi.
    — Uspokój się. — Mruknął, podnosząc się w końcu na nogi. Zgiął się w pół i otrzepał ubrudzone kurzem spodnie na wysokości kolan. Chciał podejść do Gryfona i go uspokoić, powiedzieć, aby wrócił na ziemię i się ogarnął. Przecież są w schowku na miotły tuż obok szatni, w pobliżu boiska. Nic im tutaj tak naprawdę nie groziło. Nie zrobił jednak tego. W jego oczach pojawiły się niekontrolowane łzy. Do głowy wtargnęły wspomnienia… Już kiedyś przechodził przez coś podobnego, wówczas było jednak zdecydowanie gorzej. Miał ranę ciętą, która cholernie mocno krwawiła, a Chang leżał pół przytomny na ziemi. Zatrzaśnięci w starym magazynie, opuszczonego sklepu nie mieli pojęcia co zrobić, aby się wydostać. — Nic nam nie będzie. — Odezwał się ponownie, starając się zabrzmieć jak najbardziej naturalnie, jednak jego głos drżał delikatnie. Odchrząknął, przełknął ślinę i ponownie się odezwał.
    — Zamknij się lepiej. Usłyszymy wtedy, czy ktoś przechodzi obok. Wtedy będziesz mógł krzyczeć ile chcesz, ale teraz? To nie ma sensu… Zedrzesz sobie tylko gardło. — Westchnął po czym oparł się plecami o zimną ścianę, osuwając się po niej powolnie w dół. Ugiął kolana i przyciągnął je do siebie. Odchylił głowę do tyłu, czując jak jej czubkiem dotyka zimnej i z pewnością brudnej ściany. — Przynajmniej nikt nie jest ranny… — Oznajmił, porównując obecną sytuację do tej z przeszłości. Uniósł delikatnie kącik ust i pokręcił przecząco głową, śmiejąc się cicho do siebie. Miał wrażenie, że to jakiś kiepski żart…

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  32. Bla, bla, bla. Znów będzie wysłuchiwał bezsensownego paplania Waylanda, które wprowadzało do jego życia tyle samo co wiedza o rodzajach traw rosnących na błoniach. Irytował go głos Gryfona, jego twarz, dom, do którego należał, odzywki, niedojrzałość i ogólnie nieprzystosowanie do normalnego funkcjonowania wśród ludzi. Joshua również nie był idealny i doskonale o tym wiedział, lecz zachowanie pewnych postaw w związku z sytuacją miał we krwi, bo ojciec od dzieciństwa wpajał mu pewne zasady i tradycje.
    Może był za sztywny na takie zabawy, albo miał zepsute poczucie humoru, ale ropuchy wykorzystywane jako żarty znudziły mu się, gdy sam podrzucił jedną do łóżka młodszej siostry w wieku dziesięciu lat. Siedem lat później preferował bardziej dorosłe „żarty”, zahaczające o wykorzystanie prawdziwych słabości i lęków ofiary. Spędził za dużo czasu przy przeróżnych księgach i pergaminach, aby nie znać kilku przydatnych zaklęć. Po prostu były zbyt drastyczne, aby je wykorzystać, a szkoda, bo panicz Wayland na pewno byłby jednym z pierwszych królików doświadczalnych.
    Joshua oparł się o kamienną ścianę, obok drewnianych drzwi, i spojrzał z zażenowaniem na Gryfona. Jego szare tęczówki podążyły za sylwetką Waylanda, oceniając jego mowę ciała i ewentualne zamiary. Jak zwykle beznadziejne pewny siebie i wygadany. Zupełnie niepotrzebnie. Ktoś musiał sprowadzić tego człowieka na ziemię, ewentualnie mocno trzepnąć w twarz.
    - Trochę pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziło – odparł ze stoickim spokojem.- Nie wiem, czy czerpiesz przyjemność z obcowania z ropuchami, to twoja sprawa. Ja wolę inne źródła, to moja sprawa. Ale wyobraź sobie, że dziewuchy piszczące nad moim uchem, gdy próbuję się skupić, są cholernie irytujące.-Przetarł twarz dłonią i spojrzał na chłopaka zmęczonym wzrokiem, pamiętając jednak o zachowaniu godności i ślizgońskiej dostojności.- Zaraz pewnie powiesz, że wtedy satysfakcja jest jeszcze większa, a ja wzruszę na to ramionami, bo nie chce mi się z tobą dyskutować. Po prostu znaj swoje miejsce, Frederick. – Odmówił używania nazwiska Gryfona, jako że z jego obserwacji wynikło, iż na pełną wersję imienia chłopak reaguje o wiele gorzej. I mimo że jego pogadanka prawdopodobnie była bezcelowa i on sam zaraz wyjdzie na hipokrytę i odpłaci się pięknym za nadobne, to miło było wylać z siebie tyle słów na raz i patrzeć na człowieka, którego powinien traktować na równi ze sobą, a jednak nadal uważał się za tego z lepszego sortu.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie miał pojęcia, o klaustrofobii swojego, świeżo poznanego kolegi. Z drugiej strony, nie miał kiedy się o tym dowiedzieć. W końcu nikt nikomu się nie przedstawia, mówiąc od razu o swoich słabościach, chociaż to mogłoby być całkiem zabawne.
    — Cześć, jestem Frederick i mam klaustrofobie.
    — Hyun, homoseksualny idiota uzależniony od bólu w skomplikowanym związku, o którym nikt nie miał pojęcia, ze zmarłym przyjacielem. Zaprzyjaźnijmy się.

    Nie lubił rozmawiać o swoich słabościach i zdawał sobie sprawę, że inni również tego nie lubią. Poza tym kto chciałby się od razu przyznawać do tych najsłabszych cech? Każdy chce być tym silnym, tym, którego nie da się zranić. Lepiej jest być tym, który ewentualnie rani, chociaż sam Koreańczyk był przyzwyczajony do bólu, czasami zastanawiał się czy to on sam lubił być bity, czy to Seo czerpał większą radość z tego, że jego chłopak-przyjaciel był obijany po pysku niejednokrotnie. Zresztą… Oboje ciągle pakowali się w bijatyki.
    — Ach… — Mruknął cicho, zerkając na Gryfona. Nie bardzo wiedział, co w takim momencie powinien zrobić. Usiąść obok niego i jakoś pocieszyć? Czy to jednak zadziałałoby gorzej? Nie znał nikogo z takimi lękami i nie miał pojęcia co powinno się robić w takich sytuacjach, jak ta obecna. Podniósł się niepewnie i podszedł do chłopaka, aby po chwili usiąść obok niego. — Nie martw się, zaraz coś wymyślimy i jakoś się wydostaniemy. — Powiedział, biorąc głęboki oddech. Nie wierzył w to. Jak ostatni idiota zostawił swoją różdżkę w szatni. Była tak blisko, jednocześnie tak bardzo nieosiągalna.
    — Zaprosić gdzieś? — Zmarszczył brwi, zerkając na Freddiego. Słyszał o nim różne rzeczy, jednak taka wiadomość nie wpadła do jego uszu. Sam miał też nadzieję, że po szkole nie chodzą jakieś szczególne plotki na jego temat. Starał się ciągle nie ujawniać, że tak naprawdę interesują go chłopcy. Tak naprawdę wiedziała o tym tylko stażystka zielarstwa, której wyznał tę prawdę pewnego wieczoru, gdy był w opłakanym stanie i potrzebował czyjegoś wsparcia. Och no i bibliotekarka, ale jej nie liczył jako personelu szkolnego. Była w końcu jego kuzynką. Był pewien, że żadna z tych osób nie powiedziałaby nikomu żadnego słowa na temat jego orientacji. Zmarszczył brwi. Pewnie chodziło o jakieś wyjście na kremowe piwo i pogadanie o quidditchu. Nie każde spotkanie musiało być randką. Skarcił się ostro w myślach, chcąc jak najszybciej wrócić myślami do chwili obecnej.
    — Powinniśmy skupić się na wydostaniu stąd. — Powiedział cicho, siląc się na pogodny uśmiech, co niekoniecznie mu wyszło.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  34. [Halliwell faktycznie jest zdolny do szantażowania właściwie każdego, jednak nie zmienia to faktu, że musiał mieć ku temu naprawdę dobry powód. + Nie wiem, w jakich okolicznościach miałby poznać sekrety Fredericka. Sam o poznanie ich pewnie by nie zabiegał.]

    Halliwell

    OdpowiedzUsuń
  35. [Wybacz, że dopiero teraz, ciężki tydzień! Ale już wszystko wraca do normy, więc przybywam z odsieczą! Bardzo mi się podoba motyw byłych przyjaciół, w końcu nie można kręcić się w samych pozytywach. I tak myślę, że skoro Freddie jest o rok młodszy, to może mieć do Lu trochę żalu, że im jest starsza, tym jest poważniejsza i nie chce aż tak naginać zasad rządzących światem. Do tego dojdzie fakt, że Lucy ma teraz garść problemów, z którymi musi sobie poradzić i jest przekonana, że musi to zrobić zupełnie sama. Lucy mogła się pod koniec roku ostro z Gryfonem posprzeczać, jestem za awanturą i chłodnymi spojrzeniami, a teraz jeszcze dodatkowo dziewczyna utrzymuje dobry kontakt z Julią, a z Freddiem już nie. Ogólnie może wyjść z tego niezła drama. Jeśli Ci to pasuje, to zaraz dodam Freda do powiązań. A jeśli chodzi o wątek to proponuję imprezę czy spotkanie w Klubie Ślimaka. Może być to na przykład przebierana impreza, albo drętwa kolacja, gdzie jedno zdecyduje, że nie można zostawiać niedopowiedzianych spraw między przyjaciółmi (nawet byłymi) i będzie żądało wyjaśnień. Drugie poczuje się przyatakowane i będziemy mieli kolejną awanturę. Oczywiście to luźny pomysł, można go zmieniać, modyfikować i udziwniać, ale daj znać czy Ci pasuje :)]

    Lu

    OdpowiedzUsuń
  36. — Rozchmurz się… — Odezwał się cicho, delikatnie szturchając siedzącego obok chłopaka ramieniem. Zagryzł wargę, wpatrując się przez chwilę przed siebie i zastanawiając się nad tym co teraz zrobić. — Kiedyś… Przytrafiło mi się coś podobnego. — Przerwał nagle ciszę, nie odwracając wzroku od ściany. — Tylko wtedy było gorzej. Sam byłem ranny, a mój… — Głos uwiązł mu w gardle, tak jakby nagle pojawiła się w nim wielka gula skutecznie uniemożliwiając wypowiedzenie jakiegokolwiek jeszcze słowa. Wszystko było jeszcze za świeże, chociaż z drugiej strony Hyun pragnął zająć swoje myśli czymś innym, kimś innym. Problem polegał na tym, że był zły i na siebie i na Seo… Przełknął głośno ślinę, a następnie odkaszlnął cicho. — Mój… przyjaciel, on… był półprzytomny. To było… Dawno, jeszcze w Korei. Banda Kwonjoona nas przyłapała, gdy… — Ponownie przerwał. Nie był pewien czy ma opowiedzieć mu całą historię. Otwierać się przed kimś całkiem nowy i od razu zdradzać mu sekrety, których strzegł od tak dawna? Zacisnął mocno pięści. Z drugiej strony czy w tym momencie, lub później, mogło wydarzyć się coś gorszego niż wszystko to co przeszedł ze swoim byłym? Wątpił w to. Oblizał spierzchnięte wargi i wciąż nie patrząc na Fredericka dokończył swoją wypowiedź cichym, ledwie słyszalnym szeptem. — Gdy… całowaliśmy się. Byłem pewien, że umieram, że nas tam zaraz zabiją, a później… Później zamknęli nas w starym, opuszczonym magazynie. Zamknęli nas tam z nadzieją, że nikt nas nie znajdzie. — Łzy na samo wspomnienie tamtego wieczoru, pojawiły się w jego oczach. Odchrząknął ponownie i spojrzał na Fredericka, mając nadzieję, że ten nie dopatrzy się jego łez.
    — Nie jestem pewien czy to dobry pomysł… — Odpowiedział na jego uwagę odnośnie wspólnie spędzonego czasu. Nie miał pewności czego chce od niego Frederick, nie znał go i nie wiedział czy tak naprawdę chce utrzymać tę znajomość. — Co do wyważenia drzwi. Jest to jakaś myśl, warto spróbować.
    Zadrżał, gdy Freddie wyciągnął dłoń w jego stronę, a po chwili napomknął o drzewie a pomiędzy palcami trzymał zielony listek. Mimowolnie, kącik ust zadrżał mu, delikatnie unosząc się w górę.
    — Faktycznie… — Szepnął, przełykając ślinę. Wstał jednak po chwili, odsuwając się od Gryfona. — Nie jestem pewien czy damy radę… Może spróbujemy wykorzystać miotły? Moglibyśmy spróbować uderzyć miotłą w drzwi… — Podszedł do nich, chwycił klamkę i delikatnie potrząsnął, jakby sprawdzając czy ta nie jest jakoś zablokowana z drugiej strony, jednak klamka bez problemu opadała pod wpływem jego nacisku. Przełożył dłoń na drzwi i sunął po nich powoli. — Gdybyśmy tutaj porządnie nacisnęli, powinno się coś ruszyć. Mam wrażenie, że drewno jest tu słabsze.
    Chciał jak najszybciej wydostać się z tego miejsca i odejść jak najdalej. Ochłonąć, opanować swoje myśli, albo najlepiej, pozbyć się ich całkowicie.

    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  37. Puściła jego rękę i spojrzała mu w oczy.
    - Proszę. Za chwilę będę. - powiedziała, zdecydowanym, ale trochę też pozbawionym sił tonem.
    Freddie oczywiście nie odpuścił. Nigdy nie odpuszczał, jeśli mu zależało. Był jedną z najbardziej upartych osób, jakie Julia znała i kochała go również za to.
    Usiadła na schodku i oparła głowę o mur.
    - Jest okej. Głowa mnie boli i tyle. Dam radę. - zapewniła, patrząc na chłopaka i zbierając w sobie resztki sił. - Nie martw się, proszę.
    Odetchnęła głęboko i po chwili ciszy podniosła się powoli, aby nie potęgować bólu niepotrzebnie, bo i tak planowała pokonać jeszcze połowę schodów na wieżę. Zaczęła wchodzić na górę, starając się utrzymać w miarę normalne jak na siebie tempo i zignorować ból, który dudnił jej w głowie i sprawiał, że miała ochotę zwrócić zawartość żołądka. W końcu, dość szybko jak na taki stan, dotarła na górę. Usiadła w ich stałym miejscu przy ścianie i zamknęła oczy na moment, do czasu aż Freddie usiadł obok. Wtedy spojrzała na niego szklistymi od bólu oczami i uśmiechnęła się. Musiała się uśmiechać. Udawać, że jest lepiej niż było. Czasem nawet z przyjaciółmi lepiej nie być szczerym do końca.
    - Jest okej. - powtórzyła i oparła głowę o jego ramię. Towarzystwo Freddiego dawało jej ogromny spokój, który sprawiał, że naprawdę nie chciała myśleć o prawie pękającej czaszce. Tylko, że to nie było takie proste.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  38. Myślał, że po wypowiedzeniu tych wszystkich słów, poczuje pewnego rodzaju ulgę. Niestety, stało się wręcz przeciwnie. Powiedział za dużo i za szybko. Przecież w ogóle nie znał tego chłopaka, a już podzielił się z nim informacją, że w Korei był piętnowany za to, kim tak naprawdę był. Spuścił głowę w dół, delikatnie nią potrząsając. Po co w ogóle się odzywałeś? Przeszło mu przez myśl, gdy zastanawiał się nad tym co tak właściwie powinien teraz zrobić. Obrócić to wszystko w żart? Na to było za późno, barw jego głosu jasno wskazywała na to, że to żart nie jest i nic nie będzie w stanie zamienić tej historii w niego.
    — To nic nadzwyczajnego, trzeba po prostu znać dobrze strukturę drewna. Znać dźwięk, jaki powinien z siebie wydawać… — Wzruszył lekko ramionami, widząc, jak Frederick niszczy mienie szkolne. Cóż, musieli to zrobić aby w końcu wydostać się na zewnątrz. Podszedł do drzwi i uważnie przyjrzał się świeżej dziurze. Nie byli w stanie powiększyć jej już miotłami. — Odsuń się lepiej — Oznajmił, ściągając w tym samym czasie z siebie, codzienną szatę. Owinął sprawnie dłoń w czarny materiał i jeszcze raz ogarnął spojrzeniem uszkodzone drzwi. Zacisnął owiniętą pięść, a następnie zacisnął mocno usta. Podszedł do drzwi, zamachnął się mocno i wycelował w sam środek dziury. Tym samym przebił dłoń na drugą stronę drzwi. Przeklął głośno po koreańsku czując, jak drewno dziurawi szatę, jednocześnie raniąc jego dłoń. Szybko ruszał palcami poranioną ręką, aby wyswobodzić ją jak najszybciej z materiału. Przywarł klatką piersiową do drzwi, aby wyciągnąć mocniej dłoń. Wyczuł klamkę od drugiej strony i nacisnął ją, tym samym uwalniając ich. Problem polegał teraz na tym, że doskonale zdawał sobie sprawę, jak wielki ból sprawi sobie, uwalniając własną rękę.
    — No to… Jesteśmy wolni. — Mruknął, wziął głęboki wdech i zamykając oczy pociągnął dłoń. Starał się milczeć tym razem, jednak ból był tak wielki, że z jego ust mimowolnie wydobył się głośny, przepełniony bólem krzyk. — Kurwa… — Jęknął, ściągając całą szatę z ręki. Była dziurawa, a cała ręka, tak jak się spodziewał była zakrwawiona, a w ranach znajdowały się odłamki drewna. Zarzucił na nią materiał i spojrzał na Freddiego, uśmiechając się blado.
    — Zapomnij o tym co mówiłem. — Mruknął i nie czekając na reakcję chłopaka, wyszedł z kantorka i ruszył do szatni, gdzie znajdowała się jego torba wraz z różdżką. Musiał mieć w końcu ten drewniany badyl ze sobą, a następnie… Kierunek skrzydło szpitalne.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  39. Podejście Josha do tego typu spraw wyglądało następująco: jeśli coś go irytowało, ale nie dotyczyło jego osoby i nie wpływało bezpośrednio na jego życie, olewał to. Mógł żyć bez wciskania nosa w nie swoje sprawy, nie obchodzili go inni, bo miał na celu doskonalenie siebie, a nie ludzi wokół niego. Natomiast jeśli coś go denerwowało i to dotyczyło jego osoby, ponieważ albo to bezpośrednio ktoś go zirytował lub obrał sobie na ofiarę kogoś innego, zakłócając wtedy spokój Yaxleya, wtedy wstawał z miejsca i szedł działać. Gdzieś miał innych, którzy mogli ucierpieć – jeśli coś mu przeszkadza, szuka źródła i próbuje je eliminować. Proste i przyjemne, już wiele razy poradził sobie w życiu, stosując tę zasadę.
    Jednak Waylanda głupio by wyeliminować, jeśli nie chciało się skończyć w Azkabanie, a Joshua na pewno nie chciał tam wylądować. Dlatego musiał wymyślić inny sposób, aby dać Gryfonowi nauczkę i pokazać, że życie kopie w dupę wszystkich. Życie i Joshua, tak.
    Rozmowa nie przynosiła żadnego skutku. Frederick jak zwykle był pewny siebie i niepotrzebnie napuszony, a żyłka na skroni Josha niebezpiecznie zapulsowała. Ręka go świerzbiła, aby sięgnąć po różdżkę i potraktować Waylanda jakimś bolesnym zaklęciem, ale się opamiętał i dał mentalnego liścia w twarz. Bądź dumny z tego, kim jesteś, Joshua, a jesteś lepszy od innych., powtarzał mu ojciec, a on w to wierzył. Nie miał podstaw, aby nie wierzyć.
    - I będę ci pierdolił o takich rzeczach, bo mnie to niemiłosiernie wkurwia – warknął, kładąc dłoń na klamce drzwi, przy których stał.- Wkurwiasz mnie ty, twoje panoszenie się w szkole, twoje poczucie humoru, które jest tak zabawne, że na pogrzebie mojej ciotki bawiłem się lepiej.- Naprawdę nienawidził tej ciotki, zawsze szczypała go w policzki i tyłek.- Chyba, że sam nie potrafisz wydorośleć i ktoś musi ci w tym pomóc. Potrzebujesz pomocy? – Uniósł zadziornie brew, mocniej zaciskając długie palce na klamce.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  40. Ostatecznie nie wylądował w Skrzydle Szpitalnym. Obawiał się, że uzdrowicielka będzie go dopytywała co dokładnie się stało i dlaczego, jego dłoń wygląda tak, a nie inaczej. Nie chciał donosić na Ślizgonów, a sam nie zamierzał podkładać siebie odnośnie zniszczeń w szkole. Nie chciał również mówić nic o Gryfonie, którego wczoraj poznał. W końcu nie był kablem. Przeszłość nauczyła go kilku ważnych rzeczy, między innymi tego, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Zdarzyło się, że kilka razy powiedział o parę słów za dużo, a później… Cóż, kończyło się tak jak zawsze: siniaki, wybicia, obicia i inne mniejsze lub większe skaleczenia. Dlatego też pierwsze co zrobił, gdy znalazł się już w zamku to skierowanie swoich kroków w stronę dormitorium, gdzie wyjął z kufra jakąś starą bluzę z przydługawymi rękawkami, założył ją na siebie i ruszył do łazienki. Obmył dłoń, a później ruszył do biblioteki, do swojej kuzynki. Liczył, że ta będzie w stanie mu odrobinę pomóc, jednocześnie nie zadając zbyt wielu, niepotrzebnych pytań.

    Wcześniej w ogóle nie zwracał uwagi na Fredericka, jednak gdy zjawił się dziś w jednej ze szklarni od razu zauważył piegowatą twarz Gryfona. Skinął mu delikatnie głową, gdy ich spojrzenia się ze sobą zetknęły, ale to tyle. Nie podszedł, nie przywitał się, nie podał mu dłoni. Wręcz przeciwnie, zajął stanowisko jak najdalej niego, ukrywając dłoń, nie tylko przed nim, ale przed pozostałymi uczniami jak i profesorem. Przecież nie chciał ładować się w żadne kłopoty, a na zajęciach chciał być wszystkich. Co prawda zielarstwo nie było jego ulubionym przedmiotem, ale nie chciał sobie robić żadnych, nawet najmniejszych zaległości.
    Gdy usłyszał o pracach w parach i to wybieranych przez profesora, przewrócił oczyma dookoła głowy. Takie losowe dobieranie w grupy, zdaniem Hyuna było bezsensowne. Najlepiej mu się pracowało z kilkoma osobami i najlepiej by było, gdyby w taki sposób mogli właśnie pracować. Słysząc, że ma pracować z Frederickiem Waylandenem, spojrzał na niego i uśmiechnął się blado. Zastanawiając się już tylko i wyłącznie nad tym, jak ma ukryć swoją dłoń.
    — Będziemy dziś rozsadzać diabelskie sidła. Tylko pamiętajcie… Nie denerwujcie się, bądźcie rozluźnieni, ale jednocześnie skupieni. — Poinformował profesor, klaskając w dłonie, jakby miało to ich w jakikolwiek sposób zmotywować.
    — Cześć… — Mruknął, podchodząc do stanowiska, przy którym czekał już na niego Frederick. Prawą dłoń, cały czas starał się trzymać blisko siebie, nie nadwyrężać jej ani nie wystawiać na widok. — Mam nadzieję, że jesteś dobry z zielarstwa, mnie to niekoniecznie idzie idealnie. — Odezwał się, przerywając ciszę. Nie chciał siedzieć przez cały ten czas, jednak był dziwnie skrępowany wczorajszymi wydarzeniami.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  41. [Jeśli pomysł nadal aktualny to jestem jak najbardziej na tak, Call dawniej raczej nie był osobą, która gnębi czy szantażuje innych, ale teraz zdecydowanie jest do tego zdolny. Pewnie czerpał by z tego masę zabawy i byłoby to trochę jego odskocznią od problemów ;) Tylko teraz, czego miałby się dowiedzieć?]

    Callum

    OdpowiedzUsuń
  42. Podniosła głowę, kiedy Freddie wstał i zaśmiała się krótko i bezgłośnie.
    - Siadaj. - mruknęła, wciąż jakby rozbawionym głosem. - Nigdzie nie idziemy.
    Spojrzała na niego lekko błagalnym spojrzeniem. Uzdrowiciel był ostatnią osobą, którą chciała teraz widzieć.
    - Czasem się zdarzają takie okresy, że jestem w skrzydle szpitalnym praktycznie raz w tygodniu, może więcej. Wybite palce, złamana ręka, jakieś obicia, kontuzje, wszystko. Ostatnio Laura wylądowała w szpitalu, tak na poważniej. Później Mathias. Dla Ciebie profesor Rathmann. - przekrzywiła głowę, wciąż nie odrywając wzroku od przyjaciela. - Na serio mam trochę dość tego miejsca.
    Wzruszyła ramionami i wstała, bo jakoś głupio jej było patrzeć na chłopaka z tej perspektywy. Mimo iż zawsze patrzyła na niego tylko z dołu. Stanęła bardzo blisko niego i oparła dłoń o jego klatkę piersiową.
    - Nie martw się, proszę. - szepnęła, patrząc w jego błękitne oczy. Świetna prośba. Tak bardzo możliwa do spełnienia, że tylko pogratulować. Wystarczy jeszcze dodać "Zabierz mnie teraz na księżyc i z powrotem." i już w ogóle będzie idealnie.
    Chwilę patrzyła na niego, nic nie mówiąc.
    - Dobra. Psytul i tyle. - odparła, robiąc dziwnie prawdziwą wersję sztucznej smutnej minki. Jednak jej oczy mówiły zdecydowanie za wiele.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  43. — Tak… Przeznaczenie. — Mruknął niemrawo, rozglądając się dookoła. Chodził na większość przedmiotów, a wszystko przez to, że nie był pewien co tak właściwie chce robić po szkole. Marzył o karierze ścigającego w Koreańskiej reprezentacji quidditcha, jednak obawiał się, że pewne problemy z przeszłości uniemożliwią mu to, przez co zapisał się na wszystkie ważniejsze przedmioty, starając się zdobywać w miarę przyzwoite stopnie. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby opierać się na samych marzeniach, nie budując sobie żadnej podstawy na dobrą przyszłość. Był i tak trzy lata w plecy, nie mógł dopuścić do tego, by podobny incydent zaistniał ponownie. Może to właśnie przez to był sceptycznie do wszystkiego i wszystkich nastawiony. Był starszy od otaczających go na co dzień ludzi, przez co na niektóre rzeczy spoglądał zupełnie inaczej, nie zawsze był w stanie dogadać się ze znajomymi z roku, bo po prostu nie miał już w głowie tylko zabawy… Zdawał sobie sprawę ze swojego położenia.
    — To dobrze… Chyba, chociaż trochę słabo, że cię nie lubią. — Uśmiechnął się delikatnie, wpatrując się uważnie w skrzynię. Obawiał się zadania, o którym mieli zaraz usłyszeć. Słysząc pytanie chłopaka, spojrzał na niego i uśmiechnął się połowicznie. — Dobrze. — Skłamał bez mrugnięcia oka, jednak już po chwili żałował swoich słów. Ujarzmienie diabelskich sideł, wcale nie było prostym zadaniem, nawet jeżeli chodziło o ich miniaturową wersję. Szczególnie, kiedy różdżkę trzymało się w lewej, a nie na co dzień używanej, prawej dłoni. Zagryzł nerwowo wargę, zastanawiając się co teraz. Na eliksirach radził sobie całkiem dobrze, bo pracował jak zawsze z Avalon, która dbała o przygotowanie składników, a mu pozostawiała jedynie odpowiednie mieszanie ich, już w kociołku.
    — Jasne, przecież nie będziemy czekać, aż same się uwolnią. Tylko… Przygotuj się dobrze. — Sięgnął lewą ręką po różdżkę i mocno ją chwycił. O ile użycie alohomory nie było problematyczne, tak szybkie rzucenie kolejnego zaklęcia, działającego już bezpośrednio na roślinę mogło przyjść w tym momencie Hyunowi znacznie gorzej niż normalnie. Chwycił porządnie swoją wiśniową różdżkę i otworzył skrzynię, bez najmniejszego problemu. Schody się zaczęły w momencie, gdy Frederick rzucił zaklęcie, które nie zadziałało na wszystkie rośliny znajdujące się w skrzynce. Hyun szykował się już do wypowiedzenia zaklęcia, kiedy jedna z roślin oplątała jego prawą dłoń. Syknął cicho, zaciskając powieki. Normalnie, nie powinno tak mocno boleć. Biorąc jednak pod uwagę rany, znajdujące się na dłoni, ból był znacznie bardziej odczuwalny. Szarpnął lekko dłonią, ale skutek był odwrotny. Roślina tylko się zacieśniła.
    — Myślę, że mnie nie lubią bardziej niż ciebie. — Mruknął, próbując chwycić porządnie różdżkę, by uwolnić swoją obolałą dłoń z ”paszczy” diabelskich sideł. — Pomożesz mi, może? — Zapytał, zerkając na Fredericka z uniesioną jedną brwią.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  44. Julii nie chodziło o leżenie w łóżku, paskudne lekarstwa i inne takie. Miała już dość Skrzydła Szpitalnego, tak po prostu, jako miejsca. Pominąwszy już fakt, że odezwało się w niej to idiotyczne poradzę sobie doskonale sama ze wszystkim.
    Kiedy zdjął jej dłoń ze swojego torsu, skrzywiła się prawie niezauważalnie, jakby ją to zabolało. Z trudem przełknęła ślinę, jakby jakaś gula wyrosła jej w przełyku i słuchała każdego słowa, które wypowiadał, patrząc mu głęboko w oczy, trochę jak mała dziewczynka, której ojciec strzela kazanie o życiu. Nie przytulił jej tak jak prosiła. Wszystko było nie tak i było to czuć chyba nawet w powietrzu. Już nie wiedziała co powiedzieć. Nie chciała iść do Skrzydła, właściwie w ogóle nie brała tego pod uwagę, ale nigdy też nie planowała męczyć przyjaciela swoimi problemami ze zdrowiem. Nie lubiła, kiedy ktoś musiał się o nią martwić. Ruszyła za nim spokojnie, ściskając mocniej jego dłoń, bo czuła, że się oddala a to ona go odpycha, nawet jeśli zupełnie nie ma takich intencji.
    Z głową było odrobinę lepiej, ponieważ wszystko wokół było od tego ważniejsze, więc Julia na chwilę zepchnęła ból w ciemną otchłań. Zeszła po schodach, wolniej niż zwykle, nie odzywając się do Freddiego ani słowem. Dopiero na dole zatrzymała się i puściła dłoń przyjaciela.
    - Idę do siebie. - powiedziała zdecydowanie i przygryzła lekko dolną wargę. Jak zwykle uciekała. Nic nowego. - Spotkamy się jutro?
    W jej pytaniu była jakaś desperacja, jakby nie spodziewała się, że chłopak się zgodzi, bo zwyczajnie na to nie zasłużyła. Na jego towarzystwo, czułe spojrzenie, uścisk dłoni, ramiona dające poczucie bezpieczeństwa choć na chwilę. Potrzebowała tego wszystkiego, ale nie potrafiła być kimś, dla kogo warto by było się tak starać. Cofnęła się o krok.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  45. Hyun zawsze uważał się za czarną owcę rodziny i dobrze wiedział, że wszyscy inni myślą o nim dokładnie w ten sam sposób. W końcu to on jako jedyny w rodzinie przerwał naukę na rzecz szwendania się po ulicach, próbując odnaleźć zaginionego przyjaciela, co zazwyczaj kończyło się bójkami z chłopakami z sąsiadujących dzielnic i pobytami w szpitalach. Ba, nawet gdy przyjaciel był obok ciągle pchali się w kłopoty. Nigdy nie potrafili usiedzieć spokojnie na miejscu. W dodatku nie znał swojego ojca, wiedział o nim tylko tyle, że tak naprawdę dzięki niemu znalazł się w Japońskiej szkole magii, że dzięki niemu miał z matką pieniądze na jedzenie, książki do szkoły czy nowe szaty. Tak naprawdę znał swojego ojca, wiedział kim jest, ale… Nie chciał mieć z nim do czynienia, gdy tylko dowiedział się, jak postąpił z matką. Czego dowiedział się przez całkowity przypadek, gdyby nie to, to w dniu gdy pojawił się w ich domu pewnie zachowałby się inaczej. Do dnia dzisiejszego pamięta, gdy ten stanął w drzwiach z otwartymi ramionami i szerokim uśmiechem zawołał do niego mój synu. Hyun nie uważał się za jego syna i nie zamierzał też zachowywać się jak syn. Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie jego pieniądze do wraz z matką musieliby być ciągle wspierani finansowo przez dziadków lub rodzeństwo mamy. Z czasem, kazał matce odsyłać pieniądze, chociaż ich sytuacja finansowa była naprawdę ciężka. Wolał jednak jeść codziennie ryż z zupą z wodorostów aniżeli mieć wystawne śniadanie za pieniądze tego człowieka.
    — Przestań — mruknął, próbując wyrwać dłoń, gdy ten chwycił jego nadgarstek, jednak w ten sposób sprawił sobie więcej bólu. Może i nawciskanie kitu nie wydawało się być trudnym zadaniem, ale w momencie kiedy znajdujesz się w szkole na specjalnych warunkach, nie możesz sobie pozwolić na tego typu sytuacje. Hyun doskonale zdawał sobie z tego sprawę i dopóki nie był gotów wypowiedzieć wymyślonej historyjki w jak najbardziej naturalny sposób, nie zamierzał nic zrobić z tą ręką. Dopóki, w ogóle nie wymyśli jakiegoś sensownego powodu.
    Gdy pociągnął go w stronę profesora, zmarszczył brwi a na jego czole pojawiła się wielka zmarszczka, oznajmiająca jego niezadowolenie.
    — Posłuchaj, Frederick załatwię to sam. — Szepnął, ale było za późno. Gryfon już zwrócił na nich uwagę wszystkich uczniów, jak i samego profesora. Czuł się dziwnie, gdy ten cały czas trzymał jego nadgarstek i nieustępliwie dążył do swojego. Z jednej strony… Podobało mu się to, ale z drugiej. Wciąż go nie znał i nie miał pojęcia jakie ma zamiary. Poza tym, to było trochę podejrzane, zamartwianie się o kogoś nowo poznanego, aż tak bardzo. Han znał siebie i wiedział, że sam w życiu nie zawracałby sobie głowy cudzym, lekko podrapanym nadgarstkiem. Dokładnie, gdyby to stało się Frederickowi, zapomniał by o tym, skupiając się na sobie i swoim życiu. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Gryfon zachowuje się tak, a nie inaczej.
    Zaraz po opuszczeniu szklarni, Hyun wcale nie miał ochoty iść do Skrzydła Szpitalnego. Zdawał sobie jednak sprawę, że dopóki obok niego znajduje się Gryfon, nie ma innego wyjścia.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  46. Był świadom, że chłopak nie pozwoli mu iść sam, tym bardziej, że wczorajszego popołudnia mówił, że idzie do Skrzydła Szpitalnego opatrzyć dłoń. Kłamstwo, jak zawsze miało krótkie nogi, a teraz przez własną głupotę Hyun miał problem.
    — OK., rozumiem, chcesz mieć czyste sumienie czy coś, ale ta ręka. To naprawdę nic wielkiego. Poboli chwilę i zaraz minie. Ani magia, ani uzdrowiciele nie są do tego potrzebni. — Był przewrażliwiony i ciągle tylko zastanawiał się nad skutkami własnych poczynań. Od dawna nie wpakował się w żadne kłopoty, to prawda, obawiał się jednak, że one same mogą go znaleźć. Widząc jednak upór na twarzy Gryfona już nic więcej nie powiedział. Uzmysłowił sobie, że cokolwiek by teraz zrobił czy też powiedział, nie miałoby to żadnego znaczenia. Freddie postanowił zaprowadzić go do Skrzydła Szpitalnego i nie daruje sobie, dopóki tam nie dotrą. Westchnął cicho, idąc posłusznie w stronę zamku… Lubił ten moment, gdy wszyscy znajdowali się na zajęciach. Wokół wówczas panowała błoga cisza, którą tak bardzo lubił. Gdy Wayland ponownie się odezwał, Hyun uniósł brew ku górze i zatrzymał się na chwilę, uważnie przyglądając się Gryfonowi. Co on tak właściwie kombinuje?, przeszło mu przez myśl.
    — Pewnie, może jeszcze chwycisz mnie w ramiona i dasz buzi w czółko, albo najlepiej w zranioną rękę co by mnie nic nie bolało? — Postanowił pójść w stronę żartu i prześmiewności, przecież nie może zachowywać się ciągle, jak naburmuszony starzec, który ma ciągle z czymś problem i nie wie co to odrobina luzu. — Jeżeli właśnie to planowałeś, myślę, że to całkiem dobry pomysł. Wiesz… Do Skrzydła tak daleko, zaraz mnie jeszcze nogi zaczną boleć, Freddie. — Oznajmił, uśmiechając się lekko, lecz naturalnie, niewymuszenie jak to miał w zwyczaju. Dawno, na jego ustach nie pojawił się tak subtelny, prawdziwy uśmiech.
    — Co wyście sobie myśleli? — Uzdrowicielka zmierzyła każdego z nich surowym spojrzeniem. — Jesteście na… Szóstym roku, dorośli chłopcy, a w głowie macie pstro. — Kobieta pomarudziła sobie jeszcze pod nosem na ich zachowanie i brak odpowiedzialności. Zarzuciła im jeszcze ucieczkę z lekcji i mruknęła coś o tym, że gdy przytrafi się to raz jeszcze to da znać opiekunom ich domów, poczym nasmarowała dłoń Hyuna jakąś maścią, a następnie dała mu mało smaczny eliksir do wypicia. — No, a teraz migusiem wracać na zajęciah, a pan, panie Han… Ręka do wieczora powinna być już całkowicie sprawna. — Posłała im lekki uśmiech, lecz tuż po chwili spiorunowała ich naglącym spojrzeniem pod tytułem idźcie już stąd, jak najszybciej wracajcie na lekcję. Hyun nie miał najmniejszej ochoty wracać na zajęcia, wiedział jednak, że musi zaproponować to Gryfonowi, bo gdy jeden z nich nie zjawi się ponownie na zajęciach, będzie problem.
    — Zostało jakieś pół godziny zajęć, nim dojdziemy z powrotem do szklani jakieś dwadzieścia… — Zaczął powoli, uważając na własne słowa. — Nie wiem jak ty, ale ja nie mam ochoty tam wracać. Może… Przejdziemy się nad jezioro, albo… do Hogsmeade? To i tak były moje ostatnie, dzisiejsze zajęcia. — Mruknął, zerkając na chłopaka i zastanawiając się, czy ten przypadkiem nie odbierze tego w jakiś nieodpowiedni sposób.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  47. Najpierw spojrzała na niego ze smutkiem w oczach. Nie chciała go ranić, a widziała, że bardzo się nią przejmuje. Ale była tak samo uparta jak on i im bardziej ją namawiał na wizytę w Skrzydle Szpitalnym, tym bardziej nie miała na to ochoty, a jej ośla natura jeszcze mocniej się sprzeciwiała. Po prostu nie brała pod uwagę takiej opcji. Chciała tylko wrócić teraz do dormitorium, wypić eliksir przeciwbólowy i zasnąć. Najchętniej zrobiłaby to w objęciach przyjaciela, ale on był na nią zbyt zły, przez co taka opcja nawet nie wchodziła w grę. Kiedy odsunął się od niej o krok, skierowała wzrok w podłogę. Czuła się strasznie, bolały ją jego słowa, bolała jej głowa, bolało ją jej własne zachowanie. Chciała zapaść się pod ziemię i w końcu zniknąć choć na chwilę.
    Kolejne słowa Freddiego zmieniły wszystko. I ten ton, ten okropnie zimny ton, którego jeszcze u niego nie słyszała. Spojrzała na niego, marszcząc mocno brwi, jakby nie dowierzała w to, co właśnie usłyszała. On ją zwyczajnie szantażował i brzmiało to strasznie. Nie spotka się z nią dopóki nie pójdzie do Skrzydła Szpitalnego? To było absurdalne. Albo byli przyjaciółmi albo nie. Przyjaciele tak nie robią. Przyjaciele nie kładą przyjaźni na szali. Przyjaciele nie każą wybierać, zwłaszcza w tak głupiej sprawie, bo dla Julii to była głupia sprawa. Przyjaciele tak na siebie nie patrzą, jakby od tej chwili już nic ich miało nie łączyć, bo im obojgu włączył się cholerny bunt. 
    - Jasne. - szepnęła cicho, patrzyła jeszcze chwilę w zimne oczy Waylanda. Pokiwała głową i ruszyła w stronę dormitorium. 
    To wszystko było jak zły sen. Najgorszy na świecie. Po wejściu na Wieżę Zachodnią głowa bolała ją tak potwornie, że miała ochotę walić nią w ścianę. Zamiast tego usiadła na podłodze w łazience, wypiła zdecydowanie za dużo eliksiru przeciwbólowego i zasnęła tam, zwinięta w kulkę. Obudziła ją koleżanka z pokoju, kiedy chciała wejść do środka. Julia, jakby oderwana od rzeczywistości, wstała z trudem, poszła do łóżka, skopała buty ze stóp i zasnęła w ubraniu, ze łzami w kącikach oczu. 
    Obudziła się wcześnie rano, czując się jakby była na kacu. Leżała jeszcze trochę w łóżku, ale w końcu wstała, umyła się, ubrała w czyste ciuchy i poszła na śniadanie, żeby wspomóc się chociażby jajecznicą. Głowa zupełnie ją nie bolała, natomiast zastąpił ją widok Freddiego, siedzącego przy stole Gryfonów. Czuła się jakby w gardle wyrosła jej wielka gula, ledwo pozwalająca cokolwiek przełknąć a nawet oddychać. Część niej chciała wstać, podejść do przyjaciela, jakoś to wyjaśnić, ale inna krzyczała, że przecież ją szantażował, tak bezsensownie, a w ogóle to cokolwiek by nie zrobiła, chłopak i tak przecież nie chciał z nią rozmawiać. Jedynym rozwiązaniem tej sytuacji było, aby się poddać i pójść do Skrzydła Szpitalnego. Na to nie pozwalał jej ten straszny upór. 
    Nie odezwała się do Freddiego słowem przez kolejne kilka dni. Po jakimś czasie wydawało się, że nauczyła się z tym wszystkim żyć i niby jest w porządku. Do uzdrowiciela oczywiście nie poszła, bo głowa trochę dała jej spokój, bolała tylko czasami i już nie tak mocno. Później zupełnie przestała, a Julię bolała już tylko myśl o Freddiem i o tym jak bardzo za nim tęskni i jak bardzo nic nie potrafi z tym zrobić. 

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  48. Ulżyło mu, gdy chłopak przystanął na jego propozycję, chociaż nawet nie podejrzewał, że ten by się nie zgodził, bo przecież kto normalny wybrałby zajęcia zamiast spokojnego wyjścia. Frederick zdecydowanie nie wyglądał mu na chłopaka, który uwielbia się uczyć i każdą chwilę poświęca na naukę. Wręcz przeciwnie, w dodatku nie raz słyszał przecież o jego wybrykach. Nigdy wcześniej nie poznał go osobiście, poza kilkoma meczami Quidditcha, które mieli przyjemność zagrać. Wiadomo jednak jak to jest podczas meczu. Skupiasz się, aby pokonać swojego przeciwnika. Wówczas właśnie Frederick Wayland był jego wrogiem, członkiem przeciwnej drużyny, a teraz? Teraz zastanawiał się czy wspólnym wypadem do Trzech Mioteł na kremowe piwo, bo nic innego nie przychodziło mu w chwili obecnej do głowy.
    Wsadził ręce do kieszeni szaty i uśmiechnął się delikatnie. Pod spodem jak zawsze miał szkolny mundurek, który był obowiązkowym strojem podczas zajęć, jednak jego krawat nigdy nie był idealnie zawiązany, Hyun zawsze nosił go niedbale związanego, całkowicie luźnego.
    — Nie przeniosłem się do Anglii. — Odpowiedział spokojnie na jego pytanie, kierując się w stronę bramy Hogwartu, gdzie znajdowała się droga prowadząca do peronu, z którego zawsze odjeżdżał Express Hogwart-Londyn, odbijając w jedną z bocznych alejek można było z łatwością dostać się do wioski. — Kuzynka namówiła mnie na powrót do nauki… Przekonała, że nowe miejsce dobrze mi zrobi, a że tu pracuje, to ona wszystko załatwiła u dyrektora. — Wzruszył lekko ramionami. Frederick był pierwszą osobę, której szczerze odpowiedział na te pytanie. Gdy w zeszłym roku pojawił się nagle w Hogwarcie ciągle słyszał te pytanie, jednak albo je ignorował albo opowiadał jakąś zmyśloną historyjkę. Nie rozmawiał o swojej przeszłości, nikomu wystarczająco mocno nie ufał. Co zabawne, Waylandowi też nie ufał wystarczająco mocno, jednak coś sprawiało, że mógł mu mówić więcej niż komukolwiek innemu. Chociażby wczorajsze wyznanie. Nikomu nigdy wcześniej o tym nie mówił, Frederick był pierwszym, który usłyszał tę historię.
    — Dlaczego grasz w Quidditcha? — Teraz to on zadał pytanie. Był ciekawy czy ma takiego same podejście do tego sporu co on. Ogólnie miał ochotę poznać bliżej Fredericka. Sam nie wiedział dlaczego. Coś mu podpowiadało, że Gryfon może okazać się całkiem przyjaznym człowiekiem, a przede wszystkim… Gdy mu wczoraj wspomniał o swojej historii nie powiedział ani jednego, złego słowa na temat homoseksualistów, wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że… Nie myśl teraz o tym, jest jeszcze za wcześnie, skarcił się w myślach, zerkając na twarzy chłopaka idącego obok.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  49. Tęskniła za nim cały czas, ale jednocześnie nie mogła przestać być na niego zła za to jak się zachował. Była wkurzona do tego stopnia, że wydawała się prawie nie zauważać go na korytarzu, jakby nagle zupełnie zniknął z jej życia. Niestety, w stu procentach na swoją prośbę, bo ona po prostu wywiązywała się z narzuconej przez niego umowy, która mówiła jasno, że nie spotkają się, dopóki Julia nie pójdzie do Skrzydła Szpitalnego. Nie poszła, ale nawet gdyby, to Freddie i tak by się o tym nie dowiedział, bo ona nie tylko wywiązywała się z umowy, ale było jej potwornie przykro, że taka w ogóle powstała. Dlatego po tych kilku dniach, niezależnie co by się wydarzyło, między tą dwójką i tak nie mogło się nic naprawić.
    Siedziała w bibliotece, z każdej strony otoczona wprost nienormalną ilością książek, odrabiając więcej prac domowych niż musiała, tylko po to, aby zająć czymś myśli. Zdecydowanie za dużo się ostatnio działo. Właśnie miała się wziąć za krótki esej z astronomii, kiedy usłyszała nad sobą znajomy głos. Boleśnie znajomy. Uniosła głowę, ale na widok Freddiego, wyraz jej twarzy nie zmienił się ani trochę i nadal wyrażał lekko smutną obojętność. Tylko w jej głębokich, czekoladowych oczach można było dostrzec żal i zawód. Zawiodła się na przyjacielu jak nigdy i nie potrafiła tak po prostu przejść z tym do porządku dziennego, a kiedy przeprosił, powiedzieć, że nie ma problemu, wszystko jest okej, możemy dalej być super przyjaciółmi, a to była kłótnia jak każda inna, taka, z której zawsze dało się łatwo wyjść.
    Najgorsze było to, że ona go trochę rozumiała. Widziała po nim, jak bardzo się wtedy o nią martwił i po prostu nie był w stanie tego tak zostawić, bo chciał o nią walczyć. O nią i jej zdrowie. Tylko, że w tym wszystkim zupełnie nie potrafił uszanować i zaakceptować jej decyzji, jakkolwiek głupia i irracjonalna by ona nie była. Kazał jej wybierać. Jak mógł to zrobić? To pytanie padało w jej głowie zdecydowanie zbyt często w ostatnim czasie.
    Jego błękitne oczy już nie były tak zimne tak jak wtedy, kiedy ze złości postanowił uciec się do szantażu. Teraz widziała w nich potwierdzenie jego słów – skruchę, szczerość, zmartwienie, tęsknotę – to wszystko tam było. Część niej wyrywała się z krzesła, żeby paść przyjacielowi w ramiona i wybaczyć mu, tak jak on niedawno wybaczył jej jej błędy, ale to była inna sytuacja i nieporównywalna.
    - Wiem. - powiedziała cicho bezbarwnym tonem, nie odrywając wzroku od jego oczu. - Ja też.
    Taka była prawda i chciała, żeby o tym wiedział, nawet jeśli to nic nie mogło zmienić.
    - Ale serio; nie wierzę, że mogłeś zrobić coś takiego. - odetchnęła głęboko, kręcąc głową i odwracając na chwilę spojrzenie, które zaraz znowu skupiło się tylko na Freddiem. - Tylko że skoro już zrobiłeś to teraz się tego trzymaj. Nie będziemy się spotykać.
    Brzmiała na spokojniejszą niż była w rzeczywistości, bo w środku prowadziła walkę, w której wygrana żadnej ze stron nie oznaczała zwycięstwa. Cokolwiek by nie zadecydowała, czułaby się z tym źle.
    Przeniosła wzrok na książki przed sobą, sięgnęła po jedną z nich i zaczęła szukać odpowiedniej strony, chcąc tym oznajmić, że rozmowa jest już skończona.
    - Przepraszam, jestem trochę zajęta. - mruknęła, nawet nie unosząc głowy i kiedy w końcu odnalazła potrzebny jej rozdział, zabrała się do pisania. Chociaż zdawała sobie sprawę, że tego dnia już nic dobrego spod jej pióra nie wyjdzie.

    Julia <3

    OdpowiedzUsuń
  50. — Nie jestem przekonany czy to takie fajne. — Uśmiechnął się do chłopaka. — Wiesz, ciągła kontrola, sprawdzanie i sprawozdania wysyłane do matki. — Uwielbiał swoją kuzynkę i chociaż dobrze wiedział, że wysyła jego matce listy, był świadom tego, że jego wcześniejsze zachowanie… Nauczyło członków rodziny, iż potrzebna jest mu kontrola. Nie zamierzał jednak jeszcze o tym rozmawiać z Frederickiem, zdecydowanie było na to wszystko za wcześnie. Nie wiedział przecież czy może mu wystarczająco mocno zaufać, szczerze mówiąc, nie miał pojęcia czy komukolwiek będzie w stanie zaufać. Wspomniał mu już, że przerwał wcześniej naukę, ale słowem nie pisnął nawet na jak długi czas. Doceniał w tym momencie swoje pochodzenie, tak naprawdę mało kto wiedział w Hogwarcie poza profesorami, że Hyun jest starszy od kolegów ze swojego roku o całe, trzy lata. Jak wszyscy Azjaci, wyglądał bardzo młodo i był za to wdzięczny. Jasne, mógłby chodzić i się pyszczyć, jednak nie miało to najmniejszego sensu, poza tym dobrze wiedział, że działałoby to w całkowicie odwrotny sposób. Wszyscy wzięliby go za tego najgorszego, a tego zdecydowanie nie chciał.
    Śnieg w październiku się zdarzał, jednak sam Hyun nie przepadał za nim. Ogólnie nie przepadał za zimą i lubił, kiedy ta trwała krótko. Miał nadzieje, że śnieg szybko stopnieje i prędko nie pojawi się ponownie.
    —Rozumiem. — Odpowiedział na jego słowa, wcześniej uważnie się im przysłuchując. — No wiesz, schowki na miotły potrafią być szalenie interesujące — zaśmiał się wesoło — ale to zdecydowanie za mało, aby poświęcać się, aż tak. Wiesz… Chciałbym wrócić do Korei i spróbować gry w drużynie narodowej. Kocham latanie od najmłodszych lat, a wszystko to przez moją poprzednią szkołę. Strasznie nas tam cisnęli do Quidditcha. Nie wiem czy słyszałeś, ale to w Mahoutokoro, są najlepsi gracze. — Ponownie się zaśmiał. Był dumny, że uczęszczał właśnie do tej szkoły i strasznie żałował swoich postępków, które doprowadziły do usunięcia go ze szkoły. Na samo wspomnienie poprzedniej szkoły, powróciły wspomnienia z tamtego życia. Tak, Hyun uznał, że tutaj, w Anglii ma szanse na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. To właśnie dlatego mało mówił o swojej przeszłości. Jego mina znacznie spochmurniała, co było naturalną reakcją na kolejne wspomnienia uderzające jego myśli.
    Szedł spokojnie do przodu, nie zwracając uwagi na wiążącego buty Fredericka – a przynajmniej tak właśnie mu się wydawało. Szybko jednak zorientował się, że ten paskudny Gryfon coś kombinował.
    — Umrzesz za to — oznajmił, niby poważnie, jednak jego spojrzenie było rozbawione. Nie zastanawiając się długo postanowił złapać chłopaka i natrzeć jego twarz śniegiem. Spodziewał się, że Frederick nie da się tak łatwo złapać. Obaj byli zwinni, a ich kondycje należały do dobrych o ile nie nawet, bardzo dobrych, w końcu byli sportowcami. — Pożałujesz tego, zobaczysz. — Zaśmiał się, schylając się, aby nabrać w dłonie białego puchu, którego tak bardzo nie lubił. Ruszył biegiem w stronę Freddiego, a gdy był wystarczająco blisko, wyciągnął wolną od śniegu rękę i chwycił skrawek rękawka szaty Gryfona. Chciał w ten sposób przyciągnąć go do siebie i natrzeć jego przystojną twarz mokrym i zimnym śniegiem, nie przewidział jednak, że stanie na zmrożonej kałuży i próbując pociągnąć chłopaka, sam się poślizgnie i wywinie jak długi. Cały czas, trzymając kawałek szaty Gryfona co skutkowało jednym: Hyun wylądował na mokrym i zimnym śniegu, ciągnąć za sobą kolegę, który miał o tyle lepiej, że jego lądowanie było miękkie i z pewnością mniej zimne, bowiem upadł na Koreańczyka. Han jęknął cicho, jednak już po chwili zaśmiał się w głos i wykorzystując okazję, chwycił śnieg w dłoń i przetarł nią twarz Waylanda.

    sierotkowaty, ale jakże uroczy Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  51. Czując zimny śnieg na swojej twarzy, już planował odwdzięczyć się Fredowi, jednak ten był znacznie szybszy i zrobił coś, czego Hyun kompletnie się nie spodziewał. Nie miał szansy w żaden delikatny sposób przejąć kontroli nad sytuacją. Owszem, mógłby użyć siły, czy po prostu go kopnąć, ale nie zamierzał go w żaden sposób ranić.
    Gdy chłopak się odezwał, po plecach Hyuna przeszedł zimny dreszcz, chociaż mogło to być też spowodowane leżeniem na śniegu i chłodnymi, kropelkami spływającymi po jego twarzy prosto na kark. Koreańczyk jednak miał wrażenie, że to przez słowa Fredericka, z jednego prostego względu. Ciepłe powietrze wydobywające się z jego ust, ogrzało delikatnie jego wargi. W tym samym czasie chłopak zorientował się, jak blisko siebie są, jak blisko znajdując się ich twarze i… Zagryzł nerwowo wargę, spoglądając po raz pierwszy z takiego bliska na twarz Fredericka. Był przystojny, jego oczy miały w sobie ten błysk, a jego pełne, kształtne wargi… Gapił się bezczelnie na nie, czując jak jego serce zaczyna szybciej bić, jakby za chwilę miało wyrwać się z jego piersi. Przełknął cicho ślinę, próbując uspokoić swoje myśli, zapanować nad oszalałym sercem i oddechem, który nagle, stał się szybszy i płytszy, jakby za chwilę miało do czegoś dojść. Czuj, jak jego kolana miękką, a głowa mimowolnie odrywa się od śnieżnego puchu opatulającego ziemię. Skarcił się jednak ostro w myślach, przymykając delikatnie powieki, mocno marszcząc brwi.
    — Poddaje się — szepnął prawie bezgłośnie, lekko zachrypniętym głosem. A jego spojrzenie wciąż wędrowało po twarzy Gryfona, głównie skupiając się na jego ustach. Przełknął ślinę, odwracając głowę na bok, utkwił spojrzenie w zaciśniętej dłoni Fredericka na jego nadgarstku, odkaszlnął cicho.
    Chciał to zrobić. Chciał musnąć warg chłopaka, chciał spróbować smaku jego ust, jednak nie mógł. Jeszcze nie teraz, nie znał go zbyt dobrze nic o nim nie wiedział, a poza tym… Było jeszcze za wcześnie, wciąż miał w pamięci Changa, a jego wspomnienie zabraniało mu na jakikolwiek krok do przodu.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  52. Addison zazgrzytała zębami, zaciskając drobne dłonie w pięści. Jak ona go nie znosiła!
    – Nie nazywaj mnie złotkiem, bo skopię ci tyłek, kotku – odpowiedziała dziewczyna, przybierając najbardziej niewinny wyraz twarzy, na jaki było ją stać, mimo że w jej błękitnych oczach płonęły wredne iskierki. Odetchnęła cicho, wychylając się zza ściany, by sprawdzić, czy Parrish wraz z kumplami oddalili się od nich wystarczająco, aby bez przeszkód opuścili chłodne, wilgotne lochy. Odwróciła się w kierunku Freddiego z napięciem wymalowanym na twarzy.
    – Droga wolna. Możemy spróbować się stąd wydostać – zaproponowała, ale zanim zdążyła wykonać choćby krok, chłopak uderzył w ramę obrazu. Dziewczyna pisnęła, czując, że traci oparcie pod nogami, w zawrotnym tempie obracając się na podeście. Kiedy otworzyła oczy, otaczała ich całkowita ciemność. Wyciągnęła dłoń w bok, próbując odnaleźć Waylanda i zacisnęła palce na jego ramieniu, by utrzymać równowagę; strasznie kręciło jej się w głowie i nic nie widziała. Snop światła z jego różdżki zalał łagodnym blaskiem przestronne pomieszczenie. Puchonka zmarszczyła zabawnie nosek, wyczuwając w powietrzu zapach kurzu i stęchlizny. Najwyraźniej od bardzo dawna nikt tutaj nie zaglądał.
    – Ostrożnie. Nie wiemy, co to za miejsce – wymamrotała. Gdzieś tutaj mogły znajdować się kolejne pułapki, a oni zdani byli tylko na siebie.
    Addie zaczęła palcami badać ścianę, która obróciła się, zamykając ich w tym dziwnym pokoju. Przecież musiała znajdować się tutaj jakaś zapadka, która umożliwi im powrót do znajomej części lochów! Mimo to jej palce nie natrafiły na żadne zgrubienie czy głuchy dźwięk sygnalizujący, że odkryła sposób, w jaki otwiera się to tajemne przejście. Sięgnęła po różdżkę, celując nią w obrotową ścianę.
    – Alohomora – szepnęła, jednak nic się nie wydarzyło. Dziewczyna przegryzła dolną wargę w zamyśleniu, po czym cofnęła się kilka kroków do tyłu i spojrzała przez ramię na Waylanda. – Uważaj – ostrzegła go, po czym ponownie wycelowała w drzwi. Skoro nie chciały się otworzyć po dobroci, musiała sięgnąć po ostrzejsze środki. W końcu nie chciała spędzić wieczności zamknięta w jednym pomieszczeniu z tym irytującym dupkiem. – Bombarda Maxima!
    Zaklęcie, które zwykle wywoływało dużą eksplozję, tym razem przeniknęło przez ścianę, nie czyniąc jej żadnej krzywdy. Addison aż sapnęła z zaskoczenia, podchodząc do nienaruszonej powierzchni i badając ją palcami, ale nigdzie nie znalazła nawet drobnej rysy. Wyglądało na to, że magia nie pomoże im się wydostać z tego dziwnego pomieszczenia. Dziewczyna przymknęła oczy, przeklinając pod nosem. Mogła cieszyć się jedynie z tego, że nie cierpiała na klaustrofobię; mimo to do jej serca wkradł się cień strachu, bo nie wiedziała, gdzie byli ani jak się z tego pokoju uwolnić.
    – To twoja wina – syknęła do Freddiego, z niepokojem spacerując tuż przed wejściem. Zawsze, gdy się denerwowała, musiała jakoś pozbyć się nadmiaru energii i to właśnie ruch stał się jej sposobem na radzenie sobie ze stresem, podobnie jak agresja. W sytuacjach zagrożenia odpowiadała atakiem i teraz również włączył jej się tryb złośnicy. – Nie byłoby nas tutaj, gdybyś nie uderzył w ten cholerny obraz! A teraz jak chcesz się stąd wydostać, geniuszu?

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  53. Wypuścił powoli powietrze, patrząc jak chłopak podnosi się. W tym samym momencie poczuł ulgę. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuł się w ten sposób. Uczucie, które czuł do Changa było czymś zupełnie innym, miało całkowicie inny początek, a to co teraz się działo. Westchnął, zaciskając dłoń na dłoni chłopaka i podnosząc się z ziemi. Pierwsze co zrobił po wstaniu, to szybkie, powierzchowne otrzepanie się z mokrego śniegu, który miejscami zdążył się roztopić i przemoczyć szatę.
    — Mów za siebie, bałwanku. — Zaśmiał się, spoglądając na chłopaka, który wciąż był otoczony białym puchem. Zagryzł wargę i podszedł do niego, delikatnie otrzepując śnieg z jego ramion i karku. — Pojęczymy im, że jak nas nie wpuszczą to się przeziębimy. Myślę, że w Trzech Miotłach będą mieli sumienie. — Powiedział, chociaż gdy chłopak zmierzwił mu włosy, znacznie zmarszczył brwi i zaraz po tym sięgnął dłońmi do głowy, aby ułożyć włosy w odpowiedni dla siebie sposób. — Przecież idę, poza tym jak mnie tak ciągniesz to i tak nie mam innego wyjścia. — Zauważył. Nie miał ochoty się szarpać ani tym bardziej siłą wyrywać z jego uścisku, chociaż wiedział, że ten zaraz zabierze dłoń. Może to było głupie, bo ledwo co poznawał tak naprawdę Fredericka, ale… Miło było czuć jego obecność tuż obok siebie. Te niewinne ocierania ramion, gdy szyli zbyt blisko siebie.
    Hyun zerkał na niego od czasu do czasu, poruszając to kolejne tematy rozmów. Poczynając od ulubionej drużyny Quidditcha, kończąc na ulubionej potrawie, jednocześnie zaznaczając, jak bardzo nie smakuje mu europejskie jedzenie.
    — Miałeś lub masz jakieś zwierze? — Zapytał z uśmiechem. — Ja zawsze chciałem mieć psa, ale to dość ciężka sprawa w Korei, wynajmujemy mieszkanie a jego właściciel nie chciał się zgodzić na zwierzę. — Wzruszył lekko ramionami, gdy zbliżali się już do pubu, o którym mówili od samego początku ich małej wędrówki. Azajta uśmiechnął się i pchnął lekko drzwi. Gdy tylko wszedł do pomieszczenia poczuł uderzające w jego twarz ciepło.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  54. Czuli dokładnie to samo, tylko wyrażali to w różny sposób. Oboje czuli ten ucisk w żołądku, jakby zbierało im się na wymioty. Oboje tęsknili, żałowali, czuli się winni, obwiniali siebie nawzajem, było im smutno, źle i pusto. Tylko, że Freddie coś z tym robił. Mówił cokolwiek, walczył, starał się. A ona zamknęła się w swojej wieży, w której nikt już niby nie mógł jej rozczarować albo skrzywdzić, ale krzywdziła siebie samą i wydawało jej się, że ma nad tym kontrolę. Nie miała. Z każdą chwilą było coraz gorzej, nawet jeśli wyglądało na lepiej, bo przecież troszkę zapominała, troszkę spychała Freddiego do podświadomości, troszkę gubiła go w tej całej złości, która ją dopadła. Jednak wszystko ma swoją cenę. Każde odepchnięcie chłopaka, wypalało w jej sercu coraz większą dziurę i zwiększało pustkę.
    I to nieprawda, że się poddała. Ciągle walczyła z samą sobą, bo naprawdę chciała mu wybaczyć, ale to było silniejsze od niej. Okropnie ją rozczarował, jak nigdy dotąd. Nawet jeśli sprowokowała go swoim głupim zachowaniem, to nie miał prawa powiedzieć tego, co powiedział. Nie powinien uciekać się do szantażu, bo był zbyt dobrym przyjacielem, żeby musieć. Powinien spróbować ją zrozumieć, a przynajmniej uszanować jej decyzję. A ona powinna przestać być taka uparta.
    Każde jego słowo ją bolało. Z hukiem odbijało się od jej tarczy obojętności i ten dźwięk bębnił jej w uszach tak głośno, że prawie nie mogła myśleć, a nawet się ruszyć. Nie podniosła wzroku na chłopaka. Zacisnęła mocno zęby na wewnętrznej części dolnej wargi, aż poczuła na języku metaliczny smak krwi. Tarcza pękła, kiedy wyrwał jej książkę z rąk. Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach, czując się jak najgorszy człowiek na świecie. Kim jest, jeśli nawet najlepszemu przyjacielowi nie potrafi teraz wybaczyć?
    Po kilku głębokich oddechach spojrzała na Freddiego. Jej czekoladowe oczy błyszczały od łez, aż w końcu jedna z nich spłynęła jej powoli po policzku i opadła na blat biurka. Na jej twarz wrócił cały wachlarz emocji, które miała w środku.
    - Nie potrafię. - odparła cicho, drżącym głosem. Nie miała już siły być na niego zła. - Daj mi trochę czasu. Poradzę sobie z tym.
    Znowu to powiedziała, nawet jeśli zupełnie nie była tego pewna. Chciałaby wiedzieć, że da radę sama poukładać to sobie w głowie, wybaczyć i wrócić, ale z każdym dniem oddalała się bardziej. Czy mogła cokolwiek gwarantować? Czy jeśli Freddie da jej teraz przestrzeń to kiedykolwiek jeszcze się do siebie odezwą czy rozmyje się to w powietrzu jak dym?

    Julls

    OdpowiedzUsuń
  55. Poznała już ból utraconej przyjaźni. Poznała co to tęsknota za dobrą duszą, ból w okolicy mostka, gdy okazywało się, że nie wszystko jest takie, jakie było. Wszystko zmieniało się tak powoli, ale wybuchało w najmniej oczekiwanym momencie. Zmieniali się jej przyjaciele, zmieniała się ona. Pamiętała, że pod koniec swojego szóstego roku, po rozstaniu ze swoim chłopakiem, nabrała do wielu rzeczy pewnego dystansu. Nie potrzebowała już stawiać świata na głowie, utrudniać wszystkim życia swoimi wybrykami, wysadzać kociołków i tym podobnych.
    A w wakacje? W wakacje przeżyła więcej i widziała więcej niż kiedykolwiek. Musiała stawić czoła rzeczom, których się nie spodziewała i wykrzesać z siebie tyle siły ducha, o ile by siebie nie podejrzewała. I teraz, gdy musiała tak po prawdzie prowadzić zupełnie zwyczajne życie, musiała dbać jednocześnie o swoją edukację, a także o relacje z ludźmi, którzy byli ważni dla pewnej sprawy. I nie mogła zawieść. Problem polegał na tym, że gdy już nastąpił wybuch negatywnych emocji między ludźmi, to często ciężko było zadbać o to wszystko i jednocześnie odzyskać przyjaźń. Tak było w przypadku Lucy i Freddiego.
    Pamiętała nerwy towarzyszące ich kłótni aż za dobrze. Ale teraz nawet nie do końca pamiętała o co dokładnie chodziło. Pewnie o to, że się zmieniła. Że coś nie było tak, jak być powinno, jak było wcześniej. I gdy teraz o tym myślała, zastanawiała się czy przypadkiem trzymanie przyjaciół na pewien dystans nie było dobrym pomysłem. Pomyślała o Jamesie, o Julii, o Romeo, o… Freddiem. I gdy szykowała się na bal przebierańców w Klubie ślimaka. Miała teraz wyjątkowo długie włosy, po raz pierwszy od lat nie ścięła ich na wakacje. Pomysł nasuwał się sam – zostanie syrenką, taką jak w mugolskich baśniach. Jej sukienka zaczynała się fioletem u góry, przechodziła przez srebro i kończyła zielenią u dołu. Wyglądała jakby mieniła się w morskiej wodzie.
    Gdy weszła do Sali, poczuła pewien spokój. To było coś, co znała. Uśmiechnęła się ciepło, pokiwała kilku osobom na powitanie. Dygnęła lekko przed opiekunem klubu i całą swoją uwagę napojami i luźną rozmową ze znajomymi. Zawsze dziwił ją urok takich spotkań. Mimo, że rozmawiali o niczym, każdy chciał zamienić choć kilka słów. Mimo, że czasem się nie lubili, na spotkaniach traktowali się z najwyższym szacunkiem. No chyba, że ktoś podgrzał temperaturę. W tle muzyka rozbrzmiewała coraz odważniej. Niedługo niektórzy ruszą do tańca. Lucy napotkała spojrzeniem Fredericka. Poczuła jak blednie, a jej dłonie momentalnie robią się chłodne. Nie bała się go, chyba po prostu było jej wstyd, że tak to się wszystko skończyło.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  56. [ Oczywiście, że nie potrafi go skreślać. Jest jej przyjacielem, ona nie odpuszcza tak łatwo, ale jednocześnie widzi, że w tym czasie, kiedy ona próbuje to jakoś z samą sobą ogarnąć i mu wybaczyć to coraz bardziej się oddalają od siebie i mniej czuje, że w ogóle będzie potrafiła wrócić. Taki chaos ;D
    Ja to w ogóle najchętniej pogodziłabym ich od razu (bo Freddie jest przesłodki), ale miała być dłuższa drama to trochę jest ;) ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Eh... Jakoś mętnie odpowiedziałam na Twoje pytanie. W każdym razie, kiedy Julia powiedziała, że nie potrafi miała na myśli, że nie potrafi mu teraz wybaczyć, kazać biegać w samych bokserkach, rozmawiać z nim, generalnie nic nie potrafi i chciałaby się z tym jakoś uporać, a potem wrócić i powiedzieć, że już jest okej. Chociaż to byłoby w sumie i tak pod znakiem zapytania. Matko, jak ja niejasno piszę ;) ]

      Usuń
  57. Słuchał uważnie każdego słowa, które padało z ust Freddiego. Przyglądał mu się również bacznie, próbując panować nad swoim ciałem i emocjami. To było coś zupełnie nowego, niespodziewanego. Jeszcze wczoraj miał ochotę uciec od tego chłopaka i więcej się z nim nie spotkać, a dzisiaj… Ewidentnie coś pomiędzy nimi było, coś sprawiało, że ciągle na siebie wpadali i co najważniejsze, Hyun naprawdę go polubił. Mogłoby się to wydawać śmieszne. Jeden dzień, ale on już wiedział. Wiedział, że z każdym kolejnym dniem, z każdą, wspólnie spędzoną chwilą te uczucie i sympatia będą wzrastały. Nie miał tylko pojęcia co z tym zrobić. Spróbować to zatrzymać, uciec od tego?
    — Szczury? — Spojrzał na niego z uśmiechem. — W Korei, znak zodiaku jakim jest szczur jest naprawdę pozytywny. — Sam nigdy nie marzył o takim zwierzaku. Zawsze chciał mieć psa, ale dobrze wiedział, że dopóki nie zmienią mieszkania nigdy się tego momentu nie doczeka. W dodatku sprowadzanie takiego zwierzęcia teraz do domu nie miało najmniejszego sensu. W końcu spędzał tam tylko dwa miesiące w ciągu roku. To trochę mało, aby nawiązać mocną więź z żywym stworzeniem.
    — Wierzę, ale sam chciałbym się o tym przekonać. — Powiedział spokojnie, zamawiając kremowe piwo, jednak bez cynamonu. Nie przepadał za tą przyprawą.
    — Ćwiczyłem kiedyś karate, mam pierwszy stopień czarnego pasu, ale… Musiałem przerwać dalsze treningi. Życie się trochę pokomplikowało. — Pomimo, że sytuacja z tym związana nie należała do najprzyjemniejszych, humor w ogóle mu się nie zepsuł. Może to za sprawą tych śmietanowych wąsów, które ozdabiały wargi Fredericka? Całkiem możliwe. Koreańczyk zaśmiał się cicho, a następnie pochylił się delikatnie do przodu tym samym zbliżając się do chłopaka. Poczuł, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz, a serce zaczyna bić szybciej. Wstrzymał na chwilę oddech i rozejrzał się dookoła, czy aby przypadkiem nikt im się nie przygląda. Był świadom swojej orientacji od wielu lat, jednak wciąż nie potrafił przyznać się do niej publicznie. Dlatego też zawsze tak bardzo uważał na to co robi i mówi, w jaki sposób się zachowuje. Jednak przy Fredericku… Jego serce biło jak oszalałe i rwało się, aby przejąć kontrolę nad podejmowaniem decyzji. — Masz tu coś… — Powiedział cicho, przykładając powoli dłoń do twarzy chłopaka, a następnie, powoli sunąc kciukiem nad górną wargą chłopaka, starł delikatnie pozostałości po kremowej piance. Dopiero po wykonanym geście, poczuł, jak jego policzki czerwienieją. Odsunął szybko dłoń i sam chwycił swój kufer, jednak nie upił ani jednego łyka.
    — Przepraszam, nie powinienem… — Mruknął, mając na myśli swoje wcześniejsze zachowanie. Nie był w stanie jednak nad tym zapanować. Chciał czuć bliskość Freddiego, jednak bał się tego z czym się owa bliskość wiązała. — Transmutacja i pojedynki. — Powiedział nagle, odrobinę za mocno ożywiony. — To… Moje zainteresowania. Chodzę na koło z transmutacji i do klubu pojedynków. — Dodał wyjaśniająco, po czym umoczył usta w słodkiej piance, aby nie palnąć już więcej niczego głupiego.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  58. Oczy zaszły mu czernią, co zwiastowało wściekłość i chęć do walki. Oczywiście nie miał zamiaru naskakiwać na Waylanda z pięściami, bo miał swoją godność, ale istniały przecież inne metody pokazania autorytetu i wyższości nad tymi gorszymi.
    Joshua po prostu nienawidził, gdy ktoś zabierał się za obrażanie jego ojca. Pan Boyd Yaxley nie należał do osób najświętszych, to była wiedza powszechna, ale cieszył się ogólnym szacunkiem i należało czuć do niego respekt. Josh nadrabiał brak szacunku innych tym swoim. Mimo, że dostał od ojca po głowie tysiące razy, to był dla niego niesamowicie ważny i ręka sama się wyrywała, aby sięgnąć po różdżkę i potraktować niewdzięcznego delikwenta jakimś bolesnym zaklęciem.
    Ale, ale. Był w szkole. Nie mógł tu tego zrobić. Nie chciał, żeby go wydalili na ostatnim roku, wtedy wcześniejsze sześć lat poszłyby na marne. Dlatego odetchnął na chwilę, policzył w myślach do dziesięciu i zagryzł dolną wargę, jakby usilnie się nad czymś zastanawiał. Później podniósł wzrok na Waylanda i od razu wypuścił wargę spomiędzy zębów, a humor znów diametralnie mu się zmienił. Na nic było uspokajające liczenie w myślach. Twarz Gryfona działała na Josha jak czerwona płachta na byka i nie mógł nic z tym zrobić. Chyba należało sięgnąć po najdrastyczniejsze środki.
    - Kotek – wycedził przez zęby, zbliżając się niebezpiecznie do chłopaka.- Mojego ojca, zostaw w spokoju. Zajmij się swoim. Kotek.
    Zbliżył się do Gryfona na tyle blisko, że obaj stanęli pod ścianą. Joshua wyciągnął różdżkę i dźgnął nią policzek Waylanda, przytrzymując ją tam na dłużej. Oblizał usta i omiótł spojrzeniem piegowatą twarz Gryfona. Mógł go zgnieść jednym ruchem buta. Różdżka wbijała się w policzek młodszego chłopaka, a Joshua czuł dziwną satysfakcję, że może to robić. Poczułby się jeszcze lepiej, gdyby mógł rzucić jakieś zaklęcie. Na przykład jedno z tych, które odkrył w Dziale Ksiąg Zakazanych. To dopiero byłaby frajda.
    - Uważaj na to, co mówisz, Frederick – mruknął.- Kilka nieodpowiednich słów i zejdzie ci z twarzy ten irytujący uśmieszek.
    I Joshua naprawdę nie żartował. Kto jak kto, ale był bardzo słownym człowiekiem.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  59. Dla Koreańczyków bezpośredniość nie była czymś złym czy nietaktownym, bowiem jest to naród który stwierdza fakty. Gdy ktoś przytył, zapytają o to bez żadnego skrępowania lub stwierdzą fakt, który zarejestrowały ich oczy. Hyun przebywając jednak w Europie nauczył się, że niektórych rzeczy po prostu nie wypada mówić czy też robić.
    — Są ciekawe — uśmiechnął się mając na myśli znaki zodiaku, o których mówił chłopak. To było coś zupełnie nowego dla Hyuna i równie ciekawego, jak dla Fredericka koreańskie zwyczaje i zachowania. Z tym, że Koreańczyk niespecjalnie interesował się europejskim jedzeniem. Chłonął wiedzę o miejscu w którym obecnie się znajdował, jednak ta nie była mu do niczego potrzebna tak naprawdę. Azjata dobrze wiedział, że gdy tylko zakończy swoją edukację powróci do swojej ojczyzny i tam spróbuje zacząć wszystko od nowa. Ciężko jest powiedzieć, że jego karta została wyczyszczona, miał jednak nadzieję, że po tylu latach rozłąki (bo te dwa miesiące wakacji, gdy siedział cały czas w mieszkaniu ciężko było nazwać pobytem w Korei) ludzie którzy powinni zapomnieć, zapomną. Przynajmniej tak sobie wmawiał, łudząc się.
    — Zobaczymy co to będzie, póki co nie mam parcia na tego psa. Wiadomo, chciałbym mimo wszystko, ale… Po co zatruwać sobie myśli? — Wzruszył ramionami, odganiając od siebie te myśli. Przecież nawet nie pora na to, aby rozmyślać nad tym czego chwilowo mieć nie może. Powinien skupić się na Freddim. Na jego słowach, na jego obecności.
    — No nie wiem, Wayland. To karate prosto z Korei, nie wiem czy taki europejczyk, jak Ty, jest godzien. — Zaśmiał się, chociaż nie był pewien czy powinien go nauczyć walki. Nie dlatego, aby uważał, że jest to sztuka tylko dla Koreańczyków. Bał się, że sam może wrócić do tego, przed czym tak zawzięcie uciekał. W swojej grupie był najlepszy, a i największe nadzieje były pokładane właśnie w nim, los jednak chciał, aby chłopak swoje umiejętności wykorzystał w inny – niekoniecznie właściwy sposób. Długo pracował nad tym, aby ponownie się wyciszyć i nie reagować na przemoc przemocą.
    Historia orientacji Hyuna była o tyle skomplikowana, że przez długi czas nie umiał sam siebie zaakceptować takiego, jakim jest. W momencie, gdy Chang zniknął i zostawił go z tym wszystkim samego, obwiniał go. W końcu to wszystko było jego winą. Teraz jednak… Dużo się zmieniło, a Hyun wiedział kim jest, chociaż wciąż zdarzały mu się momenty, gdy łatwiej było mu obwinić Seo, za swoje błędy.
    — Czy w Anglii powinno się za coś takiego podziękować? — Zapytał, uśmiechając się. Czuł, jak pewność siebie do niego wraca. Skoro Gryfon zareagował w taki, a nie inny sposób, Hyun uspokoił się. Wiedział teraz, że jego przyspieszone bicie serca może mieć jakikolwiek sens, że nie będzie musiał się obwiniać i ukrywać z tym, co się z nim właściwie działo. Tylko jeszcze nie teraz… a może właśnie teraz powinien zrobić jakiś krok do przodu? Zagryzł na chwilę wargę, słuchając uważnie ciemnowłosego.
    — Odpowiem, jeżeli ty odpowiesz mi na jedno pytanie. — Spoważniał odrobinę, podpierając się łokciem o blat stołu, odwrócił się delikatnie na bok, aby móc swobodnie spojrzeć na twarz i oczy chłopaka. — Myślisz, że to naprawdę przeznaczenie? To, że tak ciągle na siebie wpadamy? Czy może raczej… Przypadkowe spotkania? — Miał wrażenie, że Gryfon specjalnie, niby przypadkiem na niego ciągle wpada. Tak, jakby czegoś oczekiwał, tak jakby czegoś chciał. A Hyun… Jeżeli się nie mylił, chyba byłby w stanie spróbować. Chyba, bo ciągle, gdzieś w podświadomości pojawiał się Seo.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  60. Nie liczył na całkowicie szczerą i jasną odpowiedź, jednak ta satysfakcjonowała go. Jedno zdanie wystarczyło Hyunowi, aby zrozumieć, a przynajmniej wmówić sobie, że właśnie to miał na myśli Gryfon, co on zrozumiał. Uśmiechnął się, unosząc tylko jeden kącik.
    — Skoro tak… — Chwycił swój kufel i upił jeszcze kilka łyków kremowego piwa, nim zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, które wcześniej zadał Gryfon. Popijając kolejne te hausty napoju, próbował zdecydować się, która z odpowiedzi będzie najlepsza. Niezbyt nachalna, ale jednoznaczna, w dodatku odebrana w odpowiedni sposób. To, co działo się w tym momencie z Hyunem było co najmniej śmieszne. Miał wrażenie, że analizuje wszystko i obmyśla dokładnie tak, jakby po raz pierwszy miał się z kimś umówić. Jak przy tych pierwszych miłostkach, które miały miejsce w początkowych latach nauki, jeszcze w mugolskiej szkole.
    — Całkiem możliwe, że na siebie wpadniemy — powiedział spokojnie, starając się zapanować nad własnym oddechem i tonem głosu. Sięgnął do kieszeni szaty i wyjął kilka sykli, które następnie zostawił na stole, a tuż obok których odstawił swoje niedopite, kremowe piwo — prawdopodobnie, będę próbował okazać swoją wdzięczność, a skoro… przypadki bywają miłe, to pewnie te cholerne przeznaczenie, sprawi, że znowu się spotkamy. — Uśmiechnął się, przygryzając przy tym delikatnie wargę. Nie czekając na reakcję chłopaka po prostu ruszył w stronę wyjścia.
    Gdy tylko opuścił pomieszczenie, poczuł, jak chłodne powietrze uderza w jego twarz, a uciążliwe szczypanie tylko potęgowało efekt dyskomfortu. Serce biło mu niczym oszalałe, a on sam czuł, jak jego ciało drży. Niby nic takiego nie powiedział, w żaden sposób się z nim nie umówił, ale… Przecież oboje wiedzieli. Rozumieli się doskonale. Wydawało mu się to cholernie dobrym zagraniem, jednak dopiero po chwili zorientował się, jak bardzo było to idiotyczne. Mają szukać się godzinami po zamku, starając się przy okazji uniknąć spotkania z prefektem, woźnym lub dyżurującym profesorem? Brawo, Hyun. Sto punktów dla Ravecnlawu za bystrość!, przeszło mu przez myśl. Zaklął po koreańsku, zastanawiając się w jaki sposób powinien to teraz rozegrać…
    Pierwsze co zrobił zaraz po powrocie do Hogwartu to skierowanie swoich kroków do pokoju swojej kuzynki. Wiedział, że ta będzie po jego stronie, zawsze była po jego stronie, i z chęcią pomoże mu zorganizować… Te nie do końca legalne spotkanie. Nie był pewien w stu procentach czy aby na pewno robi dobrze, z drugiej strony. Niby czym ryzykował? Niczym. Myślał o Seo, owszem. Musiał jednak znaleźć powód, dla którego mógłby zapomnieć. Bo ile można męczyć się ze wspomnieniami? Gdy udało mu się dogadać szczegóły, ruszył do sowiarni, gdzie do nóżki jednej z sów zamocował list.

    Ponoć w bibliotece można się wiele dowiedzieć na temat przeznaczenia.

    Nie podpisał się, wiedział jednak dobrze, że nie jest to potrzebne w najmniejszym stopniu.
    — Jeżeli nie trafisz do Waylanda to przyrzekam, że powyrywam ci wszystkie piórka. Każde, nawet najmniejsze pióreczko wyląduje na ziemi. — Mruknął, wypuszczając stworzenie ze swoich rąk.

    Hyun
    o lol, nie wiem co dalej. Haha

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie z Mathiasem takie numery. Może i powinien wyluzować, darować chłopakowi ten wyczyn, ale wiedział, że młodzież, gdy zobaczy, że ich zachowanie ten jeden jedyny raz zostanie puszczone mimo uszu rozochocą się i nie poprzestaną na tym, będą brnąć dalej, a Rathmann nie mógł na to pozwolić. Musiał trzymać rękę na pulsie, aby banda rozbrykanych dzieciaków nie weszła mu na głowę. Spojrzał srogo na chłopaka i skrzyżował ręce na piersi.
    - Dodatkowo napiszesz referat z lekcji, którą właśnie poprowadzę. Jak to zrobisz, nie wiem. To już Twoja sprawa. Na jutro rano chce mieć to u siebie na biurku i radzę zająć Ci się tym już teraz, gdyż przypominam iż po kolacji widzę Cię u siebie, gdzie zajmiesz się czymś zdecydowanie ciekawszym nisz pisanie durnych liścików. Ciekawe jak dyrektor oceni Twoje miłosne wywody, ciekawe – wydukał twardo patrząc Freddiemu w oczy. Odprowadził chłopaka wzorkiem do drzwi, po czym rozsiadł się wygodnie za biurkiem wyrzucając z głowy myśli na temat tego ucznia, by nie psuć sobie reszty dnia.
    Wieczorem zaraz po kolacji wziął prysznic i ubrany w jedyne dresowe spodnie, biały podkoszulek z nieco wilgotnymi włosami przywitał owego delikwenta bez słowa wskazując na krzesło przy niewielkim stoliku. Położył przed nim ogromny regulamin Hogwartu wraz ze stertą pergaminu, pióro oraz tusz.
    - Przepiszesz cały regulamin choćbyś miał tu paść. Będziemy się spotykać tak długo aż w całości to przepiszesz – wyjaśnił z delikatnym uśmiechem na twarzy, po czym delikatnie nachylił się nad chłopakiem, by szepnąć mu do ucha. – A pomyl się choć raz, a będziesz zaczynał od początku. Głupia literówka, przecinek, kropka, cokolwiek, a wracasz na start. Powodzenia, panie Wayland.
    Nim odszedł poczęstował go szklaneczką wody, po czym usiadł na kocu rozłożonym przed kominkiem, którzy przyjemnie ogrzewał komnatę. Westchnął cicho ignorując chłopaka. Chwycił swój szkicownik, o którym mało kto wiedział i zabrał się za rysowanie miejsc wyciągniętych z jego prywatnych, życiowych wspomnień.


    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  62. Bolało ją to jego smutne, przepraszające spojrzenie, ale nic nie mogła z tym zrobić. Chyba potrzebowała czasu, trochę przestrzeni i rozmów z samą sobą, aby uświadomić sobie, że to wszystko, co ich tu poróżniło, nie jest aż tak istotne. Trudne zadanie, a teraz wydawało jej się prawie niemożliwe.
    Wzrokiem odprowadziła Freddiego do drzwi, aż jej oczy całkowicie wypełniły się łzami. Szybko spakowała swoje rzeczy, a na książki rzuciła zaklęcie, sprawiające, że same wróciły na miejsce i niemalże wybiegła z biblioteki, ignorując zdziwione spojrzenie znajdujących się tam osób. Chyba dawno takich dramatów nie widzieli. Szybko dotarła do dormitorium, gdzie rzuciła się na łóżko i leżała przez chwilę, płacząc w poduszkę. Potem przypomniała sobie o Adamie i o tym, że już dawno się umówili na oglądanie gwiazd. Szybko wstała, zebrała potrzebne rzeczy i wyszła, bo naprawdę potrzebowała teraz przyjaciela, chwili oddechu i oderwania od myślenia o przyjaźni, która właśnie waliła się z hukiem.
    To zdecydowanie nie był dla Julii szczęśliwy dzień, bo również z Adamem udało jej się wszystko popsuć. Znowu uciekła od kogoś jak największy tchórz i teraz sama musiała sobie z tym wszystkim radzić. W jeden miesiąc osiągnęła coś niemożliwego, bo zepsuła sobie relacje prawie z każdym, na kim jej zależało. Nawet z Mattem udało jej się pokłócić, bo nie chciała mu powiedzieć, co się stało. Przez kolejne kilka dni Adama unikała jak ognia, a widok Freddiego wciąż sprawiał jej ból i nie pozwalał podejść, odezwać się i jakoś to w końcu załatwić. Wszystko zmieniło się niecały tydzień później, kiedy pogodziła się z Adamem, przed samym jego wyjazdem do Moskwy. On potrafił wybaczyć jej głupie zachowanie, ucieczkę, a później unikanie w każdej możliwej sytuacji jak totalny dzieciak. Po prostu mocno ją przytulił i już wszystko było dobrze. Pożegnali się na szkolnym dziedzińcu, ale trwało to tylko chwilę, bo Julia musiała wracać na OPCM. Nie wróciła. Gdy tylko weszła do zamku, usiadła od razu na schodach i ukryła twarz w dłoniach. Myślała o Freddiem, o swoim przyjacielu, nigdy nie mniej ważnym od kogokolwiek, o tym ile razem przeżyli, ile łez wypłakała w jego ramionach, ile razy śmiała się właśnie z nim, ile razy się kłócili i ile zawsze potrafili wrócić. Nadal była zła, nadal było jej przykro i duma kazała jej nic nie robić, tylko przechodzić obok chłopaka z uniesioną głową, ale ona już nie mogła. Każde wspomnienie Freddiego sprawiało jej ból, którego naprawdę nie dało się już znieść.
    Znała jego plan na pamięć. Pobiegła w stronę sali od transmutacji, zastanawiając się po drodze, jaka jest szansa, że uda jej się wyrwać Waylanda z zajęć. Z jednej strony prowadził je Mathias, może dla niej byłby skłonny wypuścić ucznia z zajęć, ale z drugiej strony ten konkretny uczeń mocno zalazł mu za skórę. Trudno, musiała spróbować. Zapukała do drzwi i weszła, trochę niepewnie. Od razu jej spojrzenie skupiło się na kuzynie, który stał na końcu sali, oparty o biurko.
    - Dzień dobry, profesorze. - zaczęła, uprzejmym tonem, nie pozwalając sobie w obecności innych uczniów na traktowanie go jak zwykle. - Przepraszam, czy mogłabym prosić Freddiego na chwilę?
    Rzuciła mu doprawdy zrozpaczone, błagalne spojrzenie, ale nie zgodził się. Przeniosła wzrok na Freddiego, który patrzył na nią nieco zdziwiony i kiwnęła głową, dając mu znak, że poczeka do przerwy. Podziękowała Mathiasowi, tak tylko z uprzejmości, bo zupełnie nie miała za co i wyszła z sali. Usiadła naprzeciwko wejścia na podłodze przy ścianie i czekała, czekała i czekała, z każdą chwilą denerwując się mocniej, oddychając szybciej i bardziej czując w żołądku, nie tak dawno zjedzone, śniadanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu usłyszała dźwięk poruszanych krzeseł i zerwała się na nogi w mgnieniu oka. Drzwi otworzyły się po chwili i pojawił się w nich Freddie. Podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję, mając gdzieś to, że co chwilę mijają ich kolejni zdziwieni Gryfoni lub kpiący pod nosem Ślizgoni. Zupełnie nie zwracała na to uwagi, czując, że właśnie robi coś, na co nie mogła się zdobyć od tak dawna, a teraz daje jej to większe szczęście niż wygrany mecz i świetnie zdane egzaminy razem wzięte. Po długiej chwili, kiedy korytarz opustoszał, odsunęła się w końcu lekko i stanęła stabilnie na ziemi, już nie na palcach. Spojrzała na chłopaka swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, w których poza szczęściem była też odrobina lęku.
      - Nie jest za późno, prawda? - zapytała z nadzieją i uśmiechnęła się słabo, w nerwach czekając na odpowiedź. - Nadal jestem numerem jeden na liście gdybym był hetero?
      Ten żart nigdy się nie starzał, a i teraz nie mogła się powstrzymać, mimo iż sytuacja była znacznie poważniejsza niż zwykle. Chyba nie chciała rozmawiać o tym, co ich poróżniło. Chyba nie było czego wyjaśniać. Należało zapomnieć i przytulić, tak jakby nic się nie stało. Jak Adam.

      Julia

      Usuń
  63. Uśmiechnęła się na jego słowa, a w jej wielkich oczach pojawiły się łzy szczęścia.
    - Nie będę Cię bić, słodziaku. - mruknęła, przytulając się do niego mocniej. - Nie jesteś aż takim kretynem, żeby na to zasłużyć.
    Od razu przypomniała sobie ostatniego takiego delikwenta i chyba pierwszą osobę, którą kiedykolwiek uderzyła pięścią w twarz. Ale on akurat sam sobie na to zapracował, bo powiedział coś, czego nigdy nikt nie chciałby usłyszeć. Teraz nie był czas na myślenie o nim. Teraz wolała wtulić twarz w szyję przyjaciela i cieszyć się tym, że w końcu jest obok. Pocałowała go leciutko w policzek, odsunęła odrobinę i położyła dłoń na jego klatce piersiowej.
    - Bez Ciebie było okropnie. - wyznała, podkreślając ostatnie słowo i patrząc chłopakowi w oczy z tą swoją uroczą smutną minką. - Masz teraz jakieś zajęcia?
    Rozejrzała się po korytarzu. Przerwa ewidentnie się skończyła, ale w planie Julii ostatnia była OPCM, na której i tak się nie pojawiła, bo siedziała pod salą do transmutacji cała w nerwach. Logiczne. W każdym razie miała już wolne i zamierzała całe popołudnie spędzić z Freddiem, choćby trzeba było na niego czekać jeszcze trzy godziny.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  64. Był świadom, że spotkanie w bibliotece i to jeszcze podczas obchodu prefektów i profesorów to nic nadzwyczajnego. W momencie jednak, gdy bibliotekarka jest najbliższą kuzynką, która oferuje swoją pomoc… Biblioteka, nagle potrafi wydać się naprawdę fascynująca.
    Znajdował się już w jej wnętrzu, przyglądając się uważnie okładkom książek, jakby właśnie szukał tej idealnej lektury, która jest mu do czegoś wręcz niezbędna. Oczywiście nie szukał żadnego tomiska do poczytania. Oczekiwał, że Frederick Wayland w końcu pojawi się w bibliotece, albo czy raczej w ogóle się pojawi. Miał nadzieje, że sowa, którą posłał dostarczyła tę notatkę odpowiedniej osobie, bo co jeżeli dostałby ją ktoś inny? To, zdecydowanie oznaczałoby kłopoty.
    Wymknięcie się z Pokoju Wspólnego nie stanowiło dla Hyuna żadnego, problemu. Ostatnio był i tak z wszystkimi w stosunkowo negatywnych relacjach, więc i tak nikt nie przejmował się tym, co Han zamierz zrobić dzisiejszej nocy… Ubrany, jak zawsze po zajęciach w czarne jeansy i ciemną bluzę, stąpał z nogi na nogę cały zniecierpliwiony. Jakie było jego zaskoczenie, gdy poczuł na swoich ustach czyjąś dłoń. Mimo, iż spodziewał się, że to ten, na którego tyle czeka, napiął wszystkie swoje mięście, wstrzymując oddech. Słysząc cichy szept chłopaka, zadrżał delikatnie, jednak Freddie z pewnością, trzymając wciąż dłoń na jego ustach mógł to również poczuć.
    — Idiota — mruknął, odsuwając się i odwracając przodem do chłopaka. Uśmiechnął się jednak, przyglądając się uważnie Gryfonowi — widzę, że po zajęciach zmieniasz całkowicie styl — wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, splótł ręce na klatce piersiowej i uważnie zlustrował sylwetkę Fredericka. — Z niechęcią, ale muszę przyznać, że całkiem dobrze wyglądasz w tych kolorach i zmierzwionych włosach. — Wypuścił powoli powietrze przez lekko rozchylone wargi po czym z uśmiechem, ruszył w głąb biblioteki, wprost do części czytelniczej gdzie na jednym ze stolików leżał mały pakunek, owinięty szarym papierem i przewiązany białym sznurkiem, pomiędzy którym wciśnięty był zaschnięty kwiat róży szaronu; narodowego symbolu Korei.
    — Proszę, to w ramach tego wcześniejszego komplementu. — Wcisnął pakunek w dłonie Frediego i uśmiechnął się pogodnie. Nie miał pojęcia czy będzie zadowolony. Hyun stwierdził, że ładnie oprawiony zeszyt z pewnością mu się przyda, skoro ma już jeden i to taki, z którym wszędzie chodzi i który, spada z drzew. Koreańczyk był pewien, że wczorajszego popołudnia, pomimo, że było to pierwsze spotkanie Hyuna z Freddim, zeszyt z pewnością nie spotkał się z ziemią po raz pierwszy.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  65. Przypatrywał się uważnie Freddiemu, gdy ten rozpakowywał ten drobny podarek. Skupiał całe swoje spojrzenie na jego twarzy, chcąc zobaczyć czy dobrze trafił. Tak naprawdę, nie miał za wiele czasu na zorganizowanie tego drobiazgu. Obawiał się więc odrobinę, że może mu się to nie spodobać, a sam kwiat wziął od swojej Noony, obiecując jej, że gdy tylko będzie w Korei ususzy dla niej nową różę. Widząc uśmiech, który pojawił się na twarzy chłopaka, poczuł ulgę, co dało się wyraźnie zaobserwować. Wypuścił powoli powietrze przez rozchylone wargi, a jego barki opadły delikatnie w dół, mięśnie twarzy się rozluźniły, na ustach pojawił się uśmiech.
    — W takim razie cieszę się, że mi się udało. — Czując jego dłoń na swoim ramieniu, uśmiechnął się, starając się jednocześnie nie oddychać nazbyt szybko. Co było zasadniczo całkiem śmieszne. Han, miał wrażenie, że gdy tylko Frederick znajdował się zbyt blisko niego jego serce wariowało. Nie znał go w ogóle, a mimo wszystko miał ochotę zaszyć się w jakimś pustym pokoju, usiąść na kocu przed rozpalonym kominkiem i po prostu gadać. O wszystkim. O zwierzętach, o kulturach, o minionych zajęciach czy nawet o przegranym meczu. Miał wrażenie, że Waylandowi mógłby powiedzieć dosłownie o wszystkim, a ten po prostu by go rozumiał. Nawet jeżeli z czymś by się nie zgadzał, potrafiłby okazać swoje zrozumienie. Oczywiście nie miał takiej pewności, ale te ciepło bijące od chłopaka sprawiało, że Koreańczyk właśnie w taki sposób sobie go wyobrażał. Jako dobrego przyjaciela na dobre i na złe. — To symbol Korei… Może kiedyś opowiem ci o nim znacznie więcej. — Uśmiechnął się tajemniczo. Tak, miał nadzieję, że dojdzie do kolejnego spotkania, że będą się częściej widywać, mogąc się wzajemnie poznać. Opowiedzieć sobie o tak wielu rzeczach… W końcu, tak naprawdę pochodzili z różnych światów. Byli tak bardzo od siebie różni, a jednak Hyun miał wrażenie, że coś, jest w stanie ich połączyć. Uniósł pytająco brew i przechylając delikatnie głowę na bok, podpierając ją dłonią, spojrzał na chłopaka. Już chciał odpowiedzieć na jego pytanie, gdy ten zaczął mówić dalej. Tak naprawdę nie przepadał za wyzwaniami. One zawsze kończyły się idiotycznie albo większymi lub mniejszymi kłopotami. Nie mógł jednak odmówić, nie mógł spękać, nie mógł pokazać, ze jest słaby. Nawet jeżeli miałby wpakować się w kłopoty, musiał po prostu coś udowodnić.
    — Nie musisz mówić dwa razy. — Uśmiechnął się, chociaż tak naprawdę wolałby w takim przypadku wrócić do dormitorium. — Rozumiem, że ruszamy od razu. — Rozejrzał się dookoła. Biblioteka może i faktycznie nie była najciekawsza, ale byli w niej przede wszystkim bezpiecznie. Westchnął bezgłośnie. Trudno, trzeba iść, pomyślał i zerkając na Gryfona wyszczerzył się szeroko. — No dalej, na co czekasz? Chodź… — Jakoś tak, automatycznie wyciągnął do niego rękę, jakby czekając, aż ten ją chwyci i będą mogli wspólnie opuścić bibliotekę. Zdając sobie po chwili sprawę ze swojego gestu, wsadził szybko dłoń do kieszeni spodni, gdzie zawsze trzymał swoją różdżkę, gdy poruszał się bez szaty. Będąc poza biblioteką musieli być bardzo ostrożni. Nie mogli obudzić portretów, bo te momentalnie narobiłyby hałasu, musieli jednocześnie użyć zaklęcia lumos, aby widzieć dokąd zmierzają no… I nie mogli wpaść w ręce żadnego profesora czy prefekta, a tym bardziej nie mogli dać się złapać woźnemu.
    — Chodź, znam jedno przejście… — Mruknął cicho, kierując się w stronę jednej ze zbroi, która była strażnikiem przejścia.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  66. Ona też nigdy nie chciała tego kończyć. Freddie był, miał być i tak przedstawiał się plan na resztę życia, a Julia nie należała do osób, które chętnie zmieniają plany. Nie uważała jednak, że ta kłótnia, a właściwie rozłąka, która z niej wynikła, cokolwiek dobrego im dała. Nie chciała już nigdy tęsknić za nikim w taki sposób, a też nie sprawiło to, że bardziej doceniła ich przyjaźń, bo doceniała ją zawsze i on to wiedział.
    Odwzajemniła jego zachwycony uśmiech, kręcąc głową. Jego nie dało się mieć dość. Czasem spędzali ze sobą naprawdę masę czasu, ale ich późniejsze konflikty nigdy nie wynikały z tego faktu, a raczej z jakichś bezsensownych sprzeczek o nic, które nie powinny w ogóle mieć miejsca. Ale miały i potem kończyło się tym, że po kilku, góra kilkunastu godzinach, któreś z nich przychodziło do drugiego ze skruszoną minką, workiem mandarynek albo paczką żelków i wszystko było jak zawsze.
    Skrzywiła się lekko na jego słowa. Wolała nie zaczynać tematu, ale od czasu tych bólów głowy nie tknęła słodyczy, bo tylko sprawiały, że czuła się gorzej. I tak zawsze wolała owoce, więc nie rozpaczała nad tym rozstaniem jakoś szczególnie.
    - Taaaa i potem będę tak gruba, że będę zasłaniała sobą wszystkie trzy pętle i już nigdy nie strzelisz mi gola. Cudownie, ale nie ma mowy. Idziemy na obiad. - powiedziała poważnym tonem po czym wybuchła śmiechem i złapała chłopaka za rękę, ciągnąc w stronę schodów. Po chwili wśliznęła się pod jego ramię, obejmując go w pasie, tak jak robiła to zawsze, a przynajmniej bardzo często.
    Do obiadu zostało trochę czasu, więc musiała szybko wymyślić co by tu zrobić do tej pory. Chyba chciała po prostu posiedzieć i pogadać, tak zwyczajnie, spokojnie, bez szaleństw i biegania po zamku.
    - Właściwie to sala do transmutacji powinna być wolna – powiedziała, marszcząc brwi i zawróciła. Julia wiedziała takie rzeczy, bo znała plan Mathiasa tak samo jak innych swoich bliskich, chociaż ten akurat przydawał się najczęściej, ponieważ poza biblioteką, pokój kuzyna był jej ulubionym miejscem do nauki i musiała wiedzieć, kiedy może tam wpadać. Rathmann poza miłym towarzystwem, ciszą i spokojem, zawsze służył pomocą, z której nie korzystała i odrobiną rumu porzeczkowego, którego odmówić nie potrafiła. Nie dało się lepiej.
    Trzymając Freddiego za rękę, zajrzała do sali i gdy zobaczyła ulubionego profesora przy biurku, przewróciła oczami do przyjaciela i weszła do środka, zostawiając go samego na moment. Z Mathiasem poszło łatwo, bo jego po prostu lepiej było nie pytać o zdanie, a pocałować w czółko i oznajmić, że potrzebuje sali, w Hogsmeade kupi mu zapas słodyczy, a potem przyjdzie na herbatkę i odda klucz. Jakoś się zgodził, co Julię bardzo ucieszyło, bo nie miała ochoty szukać teraz innej wolnej i fajnej miejscówki. Poza tym zawsze jakoś dobrze się czuła w klasach po zakończonych zajęciach. Jakby nagle wszystko było wolno i nie było to miejsce tak przytłaczające obowiązkiem bycia przygotowanym i wszechwiedzącym.
    Wyszła na korytarz, kiwnęła do Freddiego głową i uśmiechnęła się łobuzersko, a potem znowu wtuliła się w chłopaka, bo jakoś tak miała po tym wszystkim dziwnie dużą potrzebę bliskości. Zaczekali, aż Mathias spakuje swoje rzeczy i wyjdzie, ale kiedy to zrobił i zobaczył Waylanda, zdecydowanie odmówił oddania klucza, zamknął salę i poszedł, ignorując mordercze spojrzenie Julii. Kiedy zniknął jej z oczu, uderzyła otwartą dłonią w drzwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Zabiję go. - warknęła przez zęby. - Serio, musiałeś wysyłać mu te listy?
      Przewróciła oczami i zdenerwowana ruszyła w stronę schodów.
      - Przecież to jest chyba Twój najgłupszy pomysł w dziejach. Totalnie bezmyślny, bezsensowny i aż za bardzo w Twoim stylu. Może i śmieszny, tylko do nieodpowiedniej osoby, bo on w takich sprawach za grosz nie ma poczucia humoru.
      Spojrzała na Freddiego, kręcąc głową z niedowierzaniem.
      - Martwię się o Ciebie po prostu. - zatrzymała się i uniosła głowę, aby móc spojrzeć chłopakowi w oczy. - Nie rób takich głupot więcej, dobra? Nie chcę, żeby Cię wywalili za bycie idiotą.
      Wiedziała, że w tej szkole nikt by nigdy nikogo nie wyrzucił za wysyłanie profesorowi listów matrymonialnych dla żartu, ale lepiej było nie próbować.

      Julia

      Usuń
  67. Z tą wyciągniętą rękę, poczuł się przez chwilę jak największy kretyn. Całe szczęście, że nie napotkał wówczas spojrzenia Freddiego, wówczas czułby się chyba znacznie gorzej niż w tym momencie. Ruszając, Hyun zastanawiał się co takiego właściwie w tym lesie będą robić. Naczytał się tylu historii na temat żyjących tam stworzeń, bardzo często zastanawiał się, dlaczego ci wszyscy uczniowie tak bardzo pragną poznać się z tymi zwierzętami i bestiami oko w oko. Dla Hyuna to nie było nic szczególnie atrakcyjnego, wręcz przeciwnie. Może kiedyś nadejdzie taki moment, w którym przyzna się Frederickowi, że wcale takie wycieczki nie sprawiają mu przyjemności, a on sam ze względu na pewne wydarzenia po prostu woli unikać kłopotów.
    Miałby tak dużo do opowiedzenia Freddiemu, jednak na samą myśl, wypowiedzenia niektórych słów już robiło mu się słabo. Samo przyznanie się do swojego wieku, sprawiało mu problem. Wstydził się tego, że zawalił rok, ale jeszcze bardziej wstydził się tego, z jakiego to powodu zrobił i jak trudno było mu się zmobilizować do powrotu, jak bardzo musiał się starać, aby być tym, kim jest teraz. Z drugiej strony, robiło mu się wręcz gorąco, kiedy myślał, że mógłby być z Waylandem na tyle blisko, aby móc mówić mu o tych wszystkich sprawach.
    Nie był głupcem. Widział, w jaki sposób Frederick na niego spogląda. Rozumiał wszystkie te uśmiechu, uniesienia brwi czy puszczanie tak zwanych oczek… Sam przecież momentami się bawił i próbował z nim flirtować, jednak. Powstrzymywały go dwie rzeczy. Nie znał go ani zbyt dobrze, ani wystarczająco długo, drugą sprawą był fakt, że po śmierci Changa wciąż był odrobinę rozchwiany. Co prawda od długiego czasu i tak się nie spotykali, jednak ich ostatnie dni… Były prawie piękne. Z wyjątkiem tych dwóch ostatnich, kiedy dowiedział się prawdy o tym, co tak naprawdę między nimi było. To cholernie mocno bolało. Bolało go też to, jakie popełnił błędy. Zagubiony w tym wszystkim co go napotkało, zrobił kilka rzeczy, których zapewne będzie żałował przez długi czas. Z drugiej strony… To było odreagowanie, dzięki temu poczuł się lepiej. Na krótki czas, ale jednak. To zawsze była jakaś nadzieja.
    — Pewnie — uśmiechnął się i ruszył za Gryfonem, uważnie przyglądając się tyłowi jego sylwetki. Gdy Freddie zniknął za portretem Grubej Damy, Hyun rozglądał się dookoła, starając się nie obudzić żadnego portretu, chociaż Gruba Dama wciąż próbowała go zagadywać, wdał się w końcu w dyskusję, w obawie, że ta zacznie krzyczeć, aby zwrócić uwagę na wciąż nie śpiących uczniów. — Myślałem, że umrę. Ona tak wam za każdym razem? — Hyun nie znał jeszcze dobrze zamku, a znajomych z domu lwa nie miał za wielu, wiec w tej okolicy po prostu nie bywał.
    Odwrócił głowę w stronę chłopaka, zaciekawiony tym co ten ma do powiedzenia, również ujrzał snop światła, jednak nim zdążył w jakikolwiek sposób na to zareagować już poczuł, jak ten go ciągnie. Nie spodziewał się jednak, że znajdą się w tak ciasnej wnęce… Opierając się plecami o zimne mury zamku, z drugiej strony czując na sobie ciepło ciała Fredericka, przez jego własne przeszedł dreszcz. Starał się uspokoić oddech, jednak w tym momencie podekscytowany bliskością Gryfona, zdenerwowany zbliżającym się profesorem, nie potrafił tego zrobić. Zacisnął mimowolnie dłonie w pięści, co Freddie z pewnością mógł poczuć, tak samo jak przyspieszony oddech, który skutkował szybkim unoszeniem i opadaniem jego klatki piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Musisz lubić moje usta… — szepnął prawie bezgłośnie, muskając wargami dłoni chłopaka, którą wciąż trzymał, zakrywając mu usta — to już drugi raz dziś. — Dodał po chwili, rozluźniając jedną z pięści, chwycił dłonią rękę chłopaka i odsunął ze swoich ust. Był niewiele wyższy od Gryfona, wciąż więc będąc naprzeciwko siebie mogli spoglądać w swoje oczy. Przy tak bliskim spotkaniu było to wręcz nieuniknione. Uśmiechnął się delikatnie, czując ciepły oddech Fredericka na swojej twarzy, przez co ponownie zadrżał.
      — Fred, ja… — chciał już mu powiedzieć, że nie jest jeszcze gotowy na żadne nowe ruchy jeżeli chodzi o związki, jednak odgłos kroków nasilił się, a Hyun automatycznie zamknął się i przyległ z całej siły do ściany, unosząc głowę w górę, próbując uspokoić swój oddech i to, co działo się z jego ciałem. Był podekscytowany bliskością chłopaka, przez co jeszcze bardziej starał się odsunąć od niego i przylec do ściany, co biorąc pod uwagę ciasnotę wnęki, było trudnym zadaniem. Gdy tylko profesor oddalił się, Han chciał się stamtąd wydostać jak najszybciej i ruszyć do tego przeklętego Zakazanego Lasu, będąc jednocześnie wdzięcznym, że bluza, którą ma na sobie jest nieco dłuższa i szersza, niż było to konieczne.

      Hyun

      Usuń
  68. — Nieważne… — Szepnął cicho, czując jak uginają się pod nim kolana, a wszystko za sprawą Fredericka. Nie potrafił słowami opisać tego, w jaki sposób działał na niego ten chłopak i dlaczego, po tak krótkim czasie. Momentami miał wrażenie, że cały świat się zatrzymuje poza ich dwójką. Chyba trochę tego pragnął. By zatrzymali się w czasie i nadrobili ten czas, gdy jeszcze się nie znali. Może, gdyby poznał Fredericka wcześniej, nie przeżywałby tak mocno śmierci Changa, nie zaprzątałby sobie głowy tymi wszystkimi myślami. Wypuścił powoli powietrze przez wargi i przymknął powieki, czekając aż znajdą się poza wnęką. Odwrócił głowę i spojrzał na Freddiego znajdującego się już na korytarzu.
    — Pewnie — mruknął i przełykając ślinę ruszył w stronę korytarza. Musieli jak najszybciej znaleźć się poza zamkiem, aby nie natrafić ponownie na żadnego profesora. — Nie jestem pewien, którędy powinniśmy iść. Psor poszedł w stronę tamtego przejścia. — Szepnął cicho, kiwając głową w stronę, w której wcześniej chciał pójść. Teraz musieli pójść w przeciwną i najlepiej odbić w jakiś bok, aby przypadkiem nie znaleźć się oko w oko z profesorem, który przed chwilą ich mijał. — Słuchaj… Zarobiłem ostatnio dwa szlabany i, to zdecydowanie o dwa za dużo. Chcę iść do tego lasu, ale po prostu musimy trochę się zmobilizować i jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. — Oznajmił z delikatnym uśmiechem na ustach i zdecydował, że zaufa Frederickowi i pójdzie w stronę, którą ten wskazał. Gdy tylko znaleźli się poza szkolnym budynkiem, Hyun uśmiechnął się szeroko, upewniając się, że tym razem ma różdżkę ze sobą. Co prawda zrobił to odrobinę za późno, bo teraz raczej żaden z nich nie chciałby się cofać, aby po nią wrócić, na szczęście jednak, Hyunie miał ją przy sobie.
    — Chcesz sprawdzić jakiś konkretny fragment lasu, czy raczej zamierza zrobić wycieczkę zapoznawczą? — Zapytał. Słyszał nie raz, jak niektórzy chłopacy rozmawiali, aby spotkać się oko w oko z konkretnym stworzeniem. Był ciekawy, czy Frederick również ma jakieś swoje, małe marzenie związane z Zakazanym Lasem, czy raczej po prostu lubi ryzyko i niespodzianki. Nie znał go długo, ale zaobserwował jedno: Frederick nie myślał dwa razy nad tym co robi i zdecydowanie lubi ładować się w kłopoty. Pod tym względem, bardzo się od siebie różnili.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  69. [Mam bardzo dobre wspomnienia z tym wizerunkiem :3
    Powiadasz, że będzie fajnie? Jakieś propozycje? :D]

    Tiberius Cadogan

    OdpowiedzUsuń
  70. Uderzyła go w ramię, kiedy zaczął się śmiać, ale zaraz i tak grzecznie ruszyła za nim po schodach.
    - Tobie w takich sprawach nie można ufać. - mruknęła pod nosem, bo już nie raz uwierzyła mu w podobnej sprawie, a potem i tak lądował na szlabanie za niemalże takie samo przewinienie. Niereformowalny kretyn i koniec. Musiała z tym żyć.
    Uniosła wysoko brwi, kiedy Freddie zaczął udawać żeński głos, a kiedy skończył skrzywiła się i odwróciła spojrzenie od przyjaciela, kręcąc lekko głową.
    - Jesteś obrzydliwy. - jęknęła, wyszarpując dłoń z uścisku chłopaka i odsuwając się o krok. - Ja serio nie chcę słuchać o różdżce mojego kuzyna. Fuj! Znaczy nie, na pewno jest cudowna...
    Uderzyła się dłonią w czoło i aż zarumieniła.
    - O matko! - westchnęła tylko i kręcąc głową ruszyła przez korytarz, przyspieszając mocno kroku. - Nie rozmawiajmy o tym nigdy więcej.
    Przez chwilę jeszcze szła zażenowana, a potem już tylko zaczęła się śmiać. Gdy w końcu przestała, dotarli już do Sali Wejściowej, więc zatrzymała się i spojrzała na Freddiego, zupełnie nie patrząc mu w oczy, bo to wywołałoby tylko kolejny wybuch śmiechu.
    - Dokąd idziemy? - spytała, bo jakby nie patrzeć ciągle skręcali w dość przypadkowe korytarze i wchodzili na przypadkowe schody i to cud, że trafili w tak znajome miejsce, a nie gdzieś, gdzie akurat o trzynastej mordują przez powieszenie.
    Rozejrzała się wokół jakby w poszukiwaniu inspiracji, aż jej wzrok padł na drzwi do Wielkiej Sali.
    - Właściwie tam powinno być pusto. - powiedziała, wskazując na nie palcem. - Możemy posiedzieć i poczekać na obiad.
    Wzruszyła ramionami, patrząc na Freddiego z uniesionymi brwiami. Na szczęście zapomniała o różdżce profesora Rathmanna i lepiej, żeby tak zostało już do końca świata.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  71. [Takie luźno rzucane pomysły, które uważasz za nieoryginalne można bardzo ładnie i ciekawie połączyć! Coby faktycznie nie zaczynać od zera możemy faktycznie pójść w kierunku tego, że Freddie był zauroczony Tibsem, choć on nie zwracał większej uwagi na „młodzika”. Możemy połączyć to z niezbyt przyjemną wizją w Hogsmeade, Tibs mógłby znaleźć Freddiego późnym wieczorem, podczas gdy ten miał wracać do Zamku. Mógłby przygarnąć go do siebie na noc, or something. A że lubię spełniać marzenia, to chętnie skorzystam jeszcze z tej opcji o wiadomościach – po tym wydarzeniu Freddie może wysłać najprościej w świecie zwykłe podziękowanie za opiekę, czy coś i wtedy ich korespondencja może się rozwinąć. Nie wiem czy Freddie jest zajętym stworzonkiem, czy nie, ale jakimś małym romansikiem bym nie pogardziła, chociaż nic na siłę!]

    Tiberius

    OdpowiedzUsuń
  72. Oblizał usta i zagryzł dolną wargę, powoli przemierzając wzrokiem przez twarz Gryfona. Chciał się pobawić w lekki, lecz nieodpowiedni flirt? Żarty o podrywaniu? Czułe słówka wypowiadane w złości? Joshua mógł na to przystanąć, wszystko działo się szybko i w irytacji. Wszystko zaczynało go bardziej śmieszyć niż irytować i naprawdę powoli zaczynał żałować, że w ogóle zabrał się za rozwiązywanie „problemu”. Jego ślizgońska duma po prostu nie pozwoliła mu siedzieć na tyłku. Nienawidził jej czasem za to, nie potrafił powiedzieć jej, że niektórych gówien to nawet patykiem się nie rusza. Jego podświadomość mówiła mu jednak całkiem inne rzeczy i zmuszała do działania w obronie własnej i Slytherinu. To bywało naprawdę uciążliwe.
    Uciążliwa była również ta rozmowa. Joshua zdawał sobie sprawę, że to on ją rozpoczął i brał na siebie całą winę, ale gdyby nie głupota Waylanda, jego ogólne zachowanie i idiotyzm, to Joshua nawet nie wyszedłby spod swojego zielonego koca w dormitorium. Duma, duma i jeszcze raz duma.
    Przekrzywił nieco głowę, uśmiechając się po prostu. Może trochę zawadiacko i przebiegle, ale nadal, uśmiechał się. Postanowił porzucić jakieś gniewne spojrzenia, zaciśnięte zęby, bo to nie miało sensu. Ta cała szopka nie miała sensu i żałował, że w ogóle się zaczęła.
    Opuścił różdżkę, ale jej nie schował. Byłoby to głupotą, ponieważ nie znał kolejnego zamiaru Gryfona. Rzucanie zaklęć w plecy nie było honorowe, a Yaxleyowi wydawało się, że Wayland jeszcze ma w sobie resztki tej cechy. W twarz też mu nie da, chociaż tak, ręka aż sama wyrywała się do spotkania z policzkiem drugiego chłopaka.
    - Podryw, powiadasz – mruknął.- Wlewasz sobie, no, chyba że serio tego chcesz. Możesz zaprosić mnie na randkę, podobno kto się czubi, ten się lubi.
    Jego słowa były pełne ironii, prześmiewczości, ale też swojego rodzaju humoru i nie było w nich ani grama homofobii, ponieważ Joshua Yaxley, jakiekolwiek miał poglądy, homofobem nie był. Wayland był taką osobą, z którą można było się podroczyć. I czasem walnąć w twarz.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  73. Spojrzał na ich złączone dłonie i uśmiechnął się delikatnie pod nosem, uśmiech mu jednak szybko zszedł, gdy ten zorientował się i przysunął rękę do siebie, puszczając tę Hyuna.
    — Przecież jestem spokojny. — Powiedział szybko. Oczywiście czuł jakiś stres związany z ich mało legalną wycieczką, ale jeszcze nie panikował. W panikę pewnie wpadnie dopiero w momencie, gdy faktycznie wpakują się w kłopoty, jak w środku lasu stanie przed nimi wilkołak, agromantula lub inne stworzenie, które włóczy się wśród gęsto zarośniętego lasu. Sam Hyun znał kilka przejść, ale większość poznał dzięki komuś. Nie miał za wiele czasu, aby samodzielnie je poznawać. Prawdopodobnie, gdyby znajdował się w Hogwarcie od początku swojej edukacji byłby zupełnie innym człowiekiem, całkiem możliwe, że uwielbiałby pakować się w kłopoty i do tej pory nie zdawałby sobie sprawy ze swojej orientacji. Może nawet utrzymywałby kontakt z ojcem… W każdym razie Hyun do Hogawrtu uczęszczał od roku i był kim był, nie było sensu gdybać, o czym przekonał się już niejednokrotnie, bo to i tak niczego nie zmieniało.
    Szedł krok w krok, tuż obok Fredericka, czasami, ocierając się ramieniem o jego ramię. Za każdym razem gdy to się działo, przez jego ciało przechodziły przyjemne dreszcze. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ten chłopak tak na niego działa i dlaczego, stało się to tak szybko. Wręcz ekspresowo, jak gdyby faktycznie pomiędzy nimi tworzyła się jakaś chemia jak to mają w zwyczaju mawiać mugole. Matka Hyuna była mugolką, a sam chłopak długo wychowywał się jako niemagiczne dziecko, przez co miał szeroką wiedzę na temat normalnego świata. Poza tym, co wakacje do niego powracał.
    — Uważaj, bo jeszcze skorzystam i co wtedy? — Zapytał, unosząc przy tym znacząco brew, po czym zaśmiał się — naprawdę uważasz, że będę się bał? — Nie był znowu największym tchórzem, po prostu myślał racjonalnie, ot co. Wejście do lasu wiązało się z wieloma możliwościami, jednak w tym momencie nie było już odwrotu. Stali na skraju błoni, tuż przed rozpoczynającym się lasem. Koreańczyk odruchowo upewnił się, że jego różdżka nigdzie nie zniknęła, po czym przełożył ją do innej kieszeni, bardziej przystępnej, by w razie czego łatwo móc po nią sięgnąć. — Skoro to ma być przygoda… Rozpocznijmy ją, Freddie. — Szepnął z uśmiechem i dziarskim krokiem wszedł w las, który z początku był rzadki, mchu nie było tak bardzo dużo, a krzaki nie rozrastały się we wszystkie strony, a pohukiwanie sów było przyjemne dla ucha. Z każdym kolejnym krokiem las stawał się coraz bardziej gęsty, drzewa były większe i rosły znacznie bliżej siebie niż na skraju, przez co dźwięk nie roznosił się tak mocno, jak wcześniej.
    — Poruszamy się ścieżką, czy skręcamy gdzieś w bok? — Zapytał, kładąc powoli stopy przed sobą. Wzrok przyzwyczaił mu się już do ciemności, przez co nie czuł się już tak bardzo dyskomfortowo.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  74. [Zależy co rozumiesz przez "incydent"?
    Jeśli postać, która siedzi Ci w głowie będzie w stanie tak zawrócić Tibsowi w głowie, ażeby on zrezygnował z życia podrywacza to ja jestem trzy razy na TAK! Kiedyś w końcu trzeba się ustatkować, co nie? :D]

    Tiberius

    OdpowiedzUsuń
  75. [*3* Poczekam! Jestem całkiem cierpliwa! Całkiem.. całkiem *o*]

    Tiberius

    OdpowiedzUsuń
  76. — Nie powinieneś proponować takich rzeczy świeżo co poznanym ludziom. — Powiedział nagle całkiem poważnym tonem głosu, spoglądając na jego twarz. Powstrzymywał uśmiech, co skutkowało delikatnym drżeniem kącików. — Co, jeżeli trafiłbyś na jakiegoś zboczeńca, hm? Który z chęcią wykorzystałby twoją otwartość? Pchasz się w środek lasu z obcymi ludźmi… Od razu widać, że jesteś Gryfonem. Odważny i przy tym odrobinę głupkowaty. — Zaśmiał się, chociaż sam wcale nie był lepszy. Nie miał pojęcia, dlaczego Freddie zwrócił na niego uwagę, a raczej… Dlaczego przeznaczenie wciąż pchało ich ku sobie. Nie miał pojęcia jakie szesnastolatek ma zamiary, o czym myśli, co planuje. Powinien być nieufny. Powinien trzymać dystans, jednak ten jak na złość ciągle się pomniejszał. Czuł, że mógłby mu opowiedzieć wiele rzeczy, czuł się przy nim tak dobrze, prawie, całkowicie swobodnie.
    Szedł spokojnie przed siebie, zerkając pod nogi, aby przypadkiem o nic się nie potknąć, chociaż tak naprawdę bardziej obawiał się spotkania z ognistymi mrówkami, niżeli z samą błotnistą ziemią. Poczuł nagle, jak Fred wiesza się na jego ramieniu. Cudem zaparł się nogami, ratując ich obu przed wywrotką. Poczekał, aż Frederick stanie ponownie, pewnie na nogach i będą mogli ruszyć dalej, jednak czując, jak ten ciągnie go za ramię, zrozumiał, że prędko daleko nie dojdą. Słysząc słowa chłopaka, zatrzymał się jak w ryty. Przeniósł spojrzenie na Gryfona i uśmiechnął się blado. Doskonale wiedział co takiego to oznaczało. Gryfon był świadkiem cudzej śmierci. Krukon przełknął ślinę i cofnął się o krok, aby wyrównać się z Frederickiem. Ułożył dłoń na jego dłoni, którą wciąż trzymał na jego przedramieniu, i zacisnął ją delikatnie. Sam doświadczył śmierci bliskiej osoby, jednak nie był jej świadkiem. Udało mu się uniknąć tego najbardziej przygnębiającego momentu, dzięki czemu nie był w stanie widzieć tych zwierząt.
    — Chcesz… Tu zostać? — Nie wiedział, co zrobić. Nie wiedział, kogo stracił Frederick i nie miał pojęcia jak w tym wypadku powinien się zachować. Wiedział jednak bardzo dobrze, że gdyby to on był na jego miejscu nie chciałby wysłuchiwać żadnych pytań. Dlatego też stał obok i nic więcej nie powiedział. Ściskając jego dłoń, postarał się rozluźnić odrobinę jego uścisk i gdy udało mu się ściągnąć dłoń gryfona ze swojego przedramienia, szybko pochwycił ją swoimi dłońmi, mocno zaciskając, jakby chcąc dodać mu w ten sposób otuchy. — Powiedz na co masz ochotę, a to zrobimy. — Szepnął cicho, starając się nie wracać wspomnieniami do wydarzeń z wakacji. W Zakazanym Lesie, zdecydowanie wystarczył jeden zadumany człowiek, gdy wędrowali jedynie w dwójkę.

    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  77. Doskonale wiedziała, że Freddie nie da jej spokoju i już zawsze będzie jej wypominał tę sytuację, nawet jeśli tylko raz na jakiś czas. Zawsze tak było. Jedno z nich palnęło coś głupiego i bardzo często ten tekst stawał się ich klasykiem, anegdotą powtarzaną, gdy tylko się przypomniała i od razu wywołującą atak śmiechu u obojga.
    - Wiem, wiem. - mruknęła i ruszyła w stronę Wielkiej Sali, która niestety nie była pusta, ale znajdowało się tam tylko kilka osób, które ledwo kojarzyła, więc nie przeszkadzali jej zbytnio. A Freddiemu chyba jeszcze mniej, bo prawie od razu znalazł się na ławce. Usiadła obok, opierając się plecami o blat, tak aby móc patrzeć na przyjaciela swobodnie, a nie tylko kątem oka albo skręcając szyję bez sensu. Stęskniła się za jego widokiem i to bardziej niż była w stanie to okazać. Przyglądała mu się nienachalnie, kiedy milczał i z każdą chwilą widziała wyraźniej, że poważnieje. Ewidentnie chciał się z nią czymś podzielić. Co takiego mogło się stać przez ten okres milczenia? Nie chciała dopytywać, wolała grzecznie poczekać, aż to on się odezwie. Odwróciła się na moment, ale wtedy Freddie poruszył się i spojrzał na nią, więc jej wzrok znowu skupił się tylko na jego oczach. Odrobinę smutniejszych niż zwykle, a może nawet trochę przestraszonych. Zmarszczyła brwi, już nieco zmartwiona.
    Po jego słowach rzuciła mu tylko oburzone spojrzenie. Nie musiał tego mówić, rzadko kiedy rozmawiała z jednymi przyjaciółmi o innych, bo akurat tak się złożyło, że często pochodzili z różnych światów. Poza tym umiała rozpoznać, kiedy sytuacja jest poważna i definitywnie zalicza się do top secret. Słuchała dalej i z każdym jego słowem w jej głowie pojawiały się coraz to inne myśli. Gdy w końcu się wyklarowały, położyła dłoń na policzku chłopaka i zmusiła, żeby na nią spojrzał.
    - Kiedy to jest nic wielkiego to mówisz o tym w zupełnie inny sposób. - odparła, uśmiechając się lekko łobuzersko. Przez chwilę patrzyła na przyjaciela, po czym podniosła się odrobinę i pocałowała go w czółko. - Nie bój się, będzie dobrze.
    Opadła na ławę i puściła mu oczko. Ewidentnie było widać, że to dla niego ważne, ważniejsze niż wszystkie inne dziwne zauroczenia, o których jej wcześniej opowiadał. Teraz... przejmował się. I to tak naprawdę.
    - Dobra, opowiadaj. - zażądała w końcu, bo ileż można się do siebie szczerzyć bez sensu...

    Julls

    OdpowiedzUsuń
  78. — Oczywiście, że tak. — Miał ochotę głośno się zaśmiać, jednak zdusił w sobie śmiech, cicho tylko chichocząc. Nie chciał zbudzić żadnych stworzeń. — Przecież jestem tu z tobą i pilnuję, aby przypadkiem nie stała ci się jakaś krzywda. Bo kto cię obroni, jak nie pełen wiedzy krukon? — Tym razem nie wytrzymał i zaśmiał się cicho. Gdyby tylko Freddie był świadomy, jak wiele wiedzy mu brakuje aby nazywać się właśnie takim krukonem. Czasami zastanawiał się, jakim cudem tiara przydzieliła go do tego konkretnego domu. Przez ten wewnętrzny spokój? Przez ambicje? Czy może zawziętość do nauki? Nie był na tym samym poziomie, po kilkuletniej przerwie od nauki trudni było wszystko nadrobić, jednak z każdym dniem był coraz bliżej. Zaliczył piąty rok, uzupełniając wiedzę z poprzednich lat hogwarckiej edukacji. Tak naprawdę, dopiero teraz zaczął uczyć się z odpowiednim, wcześniejszym przygotowaniem. Cały, poprzedni rok spędził tak naprawdę w książkach, a w wakacje myślał czy aby na pewno powinien wrócić do szkoły, czy może jednak lepiej by było, gdyby został w Korei, zaszył się w swoim małym pokoju i umarł w łóżku, gapiąc się w sufit.
    — Nie wytykaj tak tego języka, bo ci jeszcze tak zostanie i co zrobisz? — Zaśmiał się, sprzedając mu łokciem tak zwanego kuksańca w bok, cały czas się śmiejąc.
    Nie widział tych stworzeń więc tak naprawdę nie był w stanie nic powiedzieć na ich temat. Zerkanie na z pozoru pustą polanę, również wydawało mu się dziwne. Mając jednak świadomość, że znajdują się tam zwierzęta śmierci… Po jego plecach przechodziły dreszcze. Tym bardziej, że wiele nie brakowało, aby sam mógł je oglądać. Miał te pozorne szczęście, że opuścił pokój Changa dokładnie godzinę przed jego śmiercią, był z nim prawie do ostatniej chwili, chociaż ten wyrządził mu tak wielką krzywdę. Hyun pomimo tego był obok i cały czas wierzył, że jeszcze się ułoży. W końcu wychodził z nadzieją, że zobaczą się jutrzejszego dnia.
    — Jeżeli masz ochotę, możesz mi opowiedzieć. — Szepnął cicho, odrzucając od siebie nadchodzące wspomnienia, które mimowolnie pojawiały się w jego głowie. Przykry temat śmierci, automatycznie przypominał mu o wakacjach. Sam jednak nie zamierzał poruszać tego tematu, nie był jeszcze na to gotowy, wszystko było za świeże. Wystarczyło, że wydusił w końcu przed Julią skrawek informacji odnośnie wydarzeń z wakacji, chociaż wszystko to co jej powiedział, było zaledwie setną częścią całości. Zagryzł wargi, zastanawiając się co zrobić, aby jakoś wesprzeć Freddiego. — Jeżeli nie chcesz to nie mów, ale… Pamiętaj, że jestem zawsze gdzieś w pobliżu. Przeznaczenie i te sprawy, pewnie w tych nieco gorszych momentach też będę blisko. — Uśmiechnął się i ruszył za Freddiem, nie zamierzając go do niczego przyciskać. Miał świadomość, że przeżycie śmierci rodzeństwa i to w tak młodym wieku było wydarzeniem traumatycznym. Szedł powoli ścieżką, co jakiś czas depcząc po spróchniałych gałęziach, które pękały pod ciężarem jego ciała i wydawały głośne dźwięki.
    — Wiesz… Ktoś mi kiedyś wspominał, że w tym lesie są jakieś zaklęte kamienie. — Chciał zmienić temat, mając nadzieję, że Freddie jakoś się rozpogodzi. — Ponoć można przez nie mścić się na wrogach, osobiście w to nie wierzę. W sensie, no wiesz. Dyrektor, o ile tu w ogóle były, pewnie się ich pozbył. Przecież i tak wie, że uczniowie się tu szwendają. — Wyszczerzył się, mając nadzieję, że udało mu się wzbudzić chociaż namiastkę zainteresowania w Gryfonie. Wiedział, że istnieją trudne tematy i pewnie nie raz będą musieli się z nimi zmierzać, chciał jednak aby ten wieczór skończył się pozytywnie. — Może, powinniśmy powoli wracać? — Zaproponował po chwili, zmniejszając odległość pomiędzy nimi tak, że idąc, trącali się nie tylko ramionami, ale nawet i dłońmi.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  79. Miał wrażenie, że w tym lesie zawsze panowała dziwna, tajemnicza aura i już nie chodziło o sam człon jego nazwy. Zakazany, oczywiście, że dodawało to temu miejsca pewną nutkę grozy, atmosferę, której nie dało się poczuć nigdzie indziej. Mimo wszystko było w nim coś jeszcze… Nie pierwszy raz znajdował się w jego środku i nie pierwszy raz dochodziło właśnie tutaj do pewnego rodzaju zwierzeń, wyznań. Czasami wydawało mu się, że jest to miejsce historii, których nikt nigdy nie chce opowiadać, miejsce, w którym na jaw wychodzą wszystkie sekrety. Wszystkie grzeszki, jakie się popełniło… Tym jednak razem, on sam nie zamierzał nic mówić, nie chciał się niczym dzielić. Chyba bał się, że gdyby opowiedział chłopakowi dosłownie o wszystkim, ten mógłby się przestraszyć i uciec. Nie samego Hyuna, ale tego cholernego bagażu emocjonalnego, który Azjata cały czas dźwigał na swych barkach, tych wszystkich kłopotów w jakie się wcześniej pakował z tak wielkim zaangażowaniem.
    — Myhym. — Skinął delikatnie głową. — Mam nadzieję, że nie chciał byś ich wypróbować na mnie. — Dodał po chwili, posyłając mu ciepły uśmiech, wciąż nie puszczając jego dłoni. W ten sposób szło się znacznie przyjemniej, możliwość ciągłego czucia ciepła bijącego od drugiej osoby sprawiała, że Hyun czuł się lepiej, tym bardziej, że było to ciepło bijące od Freddiego. Bał się go… Chociaż nie tyle samego Freddiego, co uczuć i reakcji, do jakich doprowadzał organizm Hyuna. Koreańczyk nie chciał iść gwałtownie na przód, po wydarzeniach, jakie miały miejsce. Zdawał też sobie sprawę, że powinien się tymi wydarzeniami podzielić z Frederickiem, ale nie chciało mu to wszystko przejść przez gardło no i ten strach… Lęk, przed jego ucieczką. Nie chciał aby go zostawiał, nie teraz, gdy powoli czuł, że z biegiem czasu byłby w stanie mu zaufać. Na tyle mocno, by w końcu zwierzyć się ze wszystkiego.
    — Skąd masz pewność, że następna wyprawa będzie miała miejsce, hm? — Zapytał z zawadiackim uśmiechem na ustach, którego ujrzenie z pewnością było trudne w środku ciemnego lasu, co w pewien sposób sprawiało, że Hyunowi łatwiej było się uśmiechać. Czasami miał wrażenie, że mu nie wypada, że jeszcze nie wolno mu się cieszyć życiem, chociaż miał też dni, w które się cieszył. Bo mógł, bo nareszcie nie był do nikogo przywiązany. Były dni, gdy zadawał sobie sprawę, że był jedynie zabawką w dłoniach Changa, ale były też takie, gdy wypierał tę świadomość od siebie. Były dni, gdy mógł spojrzeć w lustro i takie, w których nienawidził samego siebie.

    Zatrzymał się w tym samym momencie co Freddie, chyba razem usłyszeli ten sam dźwięk. Azjata rozejrzał się nerwowo dookoła, próbując wypatrzeć cokolwiek w krzakach, jednak to było niewykonalne. Miejsce w którym właśnie się znajdowali było zbyt obrośnięte gęstymi krzewami, przez które nie dało się dostrzec tego, co znajdowało się na poboczu. Jedyną widoczną rzeczą była ścieżka i przebijające przez korony drzew światło księżyca. Hyun uniósł głowę i dopiero teraz to zobaczył. Księżyc jawił się na niebie w swojej całej okazałości.
    — Kurwa… — Wyszeptał tylko cicho, nie chcąc wykonywać gwałtownych ruchów. To mogło być wszystko, rozpoczynając od innych uczniów, próbującym zrobić im kawał, przez sowę lądującą na ziemi, kończąc na pieprzonym wilkołaku, który z pewnością nie będzie się z nimi bawił w kotka i myszkę, a jeżeli już tego zapragnie, to kocur z pewnością wygra tę zabawę. — Spójrz powoli w górę. Co widzisz przez gałęzie? Bo ja widzę, pierdoloną pełnię księżyca, Wayland.

    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  80. Ucieszyła się, kiedy dostrzegła, że trochę się rozluźnił. Lepiej, żeby to była niepoważna rozmowa o poważnych rzeczach, jak to zazwyczaj z Freddiem było i zazwyczaj działało. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy Freddie ledwo powstrzymywał swój. Przyjemne ciepło rozchodziło się po całym jej ciele, bo była dumna, szczęśliwa, bo jej czasem trochę zbyt dziecinny przyjaciel dorastał tutaj na jej oczach i zakochał się w końcu na poważniej, nawet jeśli sam nie do końca był tego wszystkiego pewien. Nie musiał.
    Zaśmiała się, kiedy usłyszała imię tego wybranka.
    - Hyun... - zaczęła, jakby zastanawiała, się co to za jeden. - Hyun z Ravenclaw. Koreańczyk. Nie, chyba nie znam. To co, że gramy od roku w jednej drużynie!
    Wybuchnęła trochę tłumionym śmiechem i wystawiła język do Freddiego. Ona naprawdę nie umiała zachowywać się przy nim jak dobrze wychowany człowiek. Cofała się w rozwoju o co najmniej cztery lata.
    Objęła przyjaciela, kiedy oparł skroń o jej ramię i wplotła palce w jego włosy, głaszcząc je lekko.
    - Ja mam cię uratować? - spytała cicho, trochę kpiącym głosem. - Serio? Nie masz przyjaciół, którzy przynajmniej byli kiedyś w związku?
    Uśmiechnęła się słabo i po dłuższej chwili usiadła tak, żeby znów spojrzeć na chłopaka.
    - Jedyne co mogę Ci doradzić to to, żebyś uważał. - przygryzła lekko dolną wargę.
    Widziała, że Freddie jest szczęśliwy, nawet jeśli się boi, ale ona sama bała się o niego pewnie jeszcze bardziej. Znała Hyuna już troszkę i wiedziała, jak się ostatnio zmienił i jak zdewastowany psychicznie wrócił po tych wakacjach. A może to pomoże im obojgu? Tylko czy byli na to gotowi? Hyun na kolejne coś, co mocno angażuje psychicznie, a Freddie na zaangażowanie większe, niż kiedykolwiek musiał komuś zapewnić? A może będą potrafili podejść do tego lekko i spokojnie?
    - Uważał, ale nie bał się skakać w tę przepaść. - uśmiechnęła się promiennie i ścisnęła lekko dłoń przyjaciela. - Jak coś to będę Cię łapać.

    Julka <3

    OdpowiedzUsuń
  81. Nie miał by nic przeciwko kolejnemu spotkaniu. I jeszcze jednemu, i każdemu następnemu. Nie miałby do niego żalu, ani pretensji, nie gniewałby się na nikogo, nie pałałby wściekłością, jak czasami mu się zdarzało, szczególnie w ostatnim, dość chwiejnym okresie jego życia.
    — Pożyjemy, zobaczymy. — Wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, czując, jak serce mu przyspiesza, gdy Frederick znalazł się znacznie bliżej, niż zezwalało na to zachowanie tak zwanej przestrzeni osobistej, ale… Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie. Pomimo krótkiej znajomości z Gryfonem lubił te ich krótkie, bliskie momenty. Pomimo, iż nie był pewien czy jest w stanie ruszyć na przód, podobało mu się. Ta ich niewinna gra w flirt… Niby nikt nic nie mówił, a jednak oboje dobrze wiedzieli co się dzieje, chociaż wciąż jak gdyby sprawiając wrażenie, że żaden z nich nie ma pojęcia o co chodzi drugiemu. Niedopowiedziane zdania, półsłówka… Hyunowi szczerze, zaczynało się podobać, tak po prostu, tak zwyczajnie.
    I o ile było przyjemnie do pewnego momentu, a Hyun już był pewien, że gorzej być nie może… Cóż, mogło. Myśl, że gdzieś wśród tych drzew może znajdować się wilkołak, pragnący zeżreć ich na kolację sprawiała, że miał ochotę teleportować się, jak najszybciej. Nie dość jednak, że tego nie umiał to jeszcze na terenie Hogwartu było to zabronione.
    — Tak, albo kolorowe motylki… — Mruknął, chociaż może nie powinien wdawać się teraz w dyskusję rozpraszając się. Najważniejsze, czego teraz potrzebowali do pełne skupienie. Uważne rozglądanie się wokół siebie i odnalezienie odpowiedniego momentu, w którym mogliby bezpiecznie wrócić do zamku, chociaż… To chyba było niewykonalne. Gdy usłyszał słowa Freddiego, nie zastanawiał się tylko od razu ruszył biegiem przed siebie, tuż za Frederickiem. Biegnąc tak, nie zwracał uwagi na to co dzieje się obok niego, nie przejmował się uderzającymi gałązkami w jego twarz czy kończyny. Najważniejsze było wydostanie się z lasu, bez większych potknięć. Gdy im się to udało, oparł się jedynie o drzwi i próbował wyrównać oddech, nim jednak to zrobił, odepchnął się od drewnianych drzwi wejściowych i stanął przed Fredderickiem, dysząc ciężko.
    — Jesteś cały? Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? — Mówił, jak najęty, wypowiadając kolejne pytania. Zatroskanym spojrzeniem wpatrywał się w twarz Freddiego, a gdy przekonał się, że nic mu nie jest rzucił szybkie spojrzenie na całą jego sylwetkę, oczy delikatnie mu się zaszkliły, chociaż poczuł ulgę, że nic się chłopakowi nie stało, stres i zdenerwowanie wzięło górę. Zagryzł wargę i zacisnął mocno pieść, chowając ją do kieszeni, starał się, złapać w końcu równomierny oddech. — Ale na pewno wszystko w porządku? Gdyby coś było, powiedziałbyś mi od razu, prawda? — Mruknął, nie spuszczając z niego spojrzenia swoich ciemnych tęczówek. Gdy już upewnił się, że Gryfonowi na pewno nic się nie stało, chwycił ponownie jego dłoń i zaciągnął do środka. Pomimo, że udało im się uciec z lasu, nie mieli pewności, że wilkołak nie jest na tyle żądny krwi, że nie postanowi ich dopaść pod samymi murami szkoły. Musieli szybko znaleźć się w bezpiecznym miejscu, w szkole, wewnątrz szkoły, w budynku.
    — Gdyby coś ci się stało… — Jęknął cicho, wyobrażając sobie najgorsze z możliwych scenariuszy. Otrząsnął się delikatnie, nie, zdecydowanie nie chciał teraz o tym myśleć.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  82. Przewróciła tylko oczami. W życiu by się tak nie zachowała. To Freddie był tutaj tym niby niedojrzałym wariatem, a Julia... Julia nie wchodziła ludziom z butami w życie, jeśli tego nie chcieli. Dlatego nigdy nie zaczęłaby chodzić za Hyunem, śpiewając zakochana para, zakochana para, swatać go z Freddiem i inne takie głupoty. Może i jej czasem odbijało, ale głównie w towarzystwie tego jednego Gryfona i też nie aż tak. Chociaż w sumie...
    Po jego pierwszych słowach zaśmiała się, ale zaraz spoważniała nieco, kiedy usłyszała kolejne pytanie. Nie chciała kłamać. Ale nie chciała też mówić prawdy. Jej wzrok na ułamek sekundy przeniósł się na stół Ślizgonów, ale zaraz znowu skupił się na twarzy przyjaciela.
    - Nikt nigdy nie będzie godzien. - odparła, unosząc jeden kącik ust i usiadła po turecku, opierając łokcie o kolana.
    Co mogła powiedzieć? Sama nie wiedziała co czuje. Czy Wiktor poruszył jej wystraszone i otwarte tylko dla przyjaciół i rodziny serduszko? Chciała powiedzieć, że nie, wszystko bez zmian, nadal unika zakochania jak ognia, ale w rzeczywistości zdawała sobie sprawę, że jest coraz bliżej czegoś, co już raz przeżyła. Zakochania bez sensu, bez perspektyw, bo przecież i tak nie przeskoczy samej siebie. Nikt nigdy nie był w stanie tego zrozumieć. Jak można tak szaleć na czyimś punkcie, a jednocześnie zupełnie nie być w stanie z nim być, nawet spróbować. Dla niej to była jedyna opcja. Chociaż niesamowicie bała się go stracić, to wciąż mniej niż z nim być. I straciła go. Nie chciała tego powtórzyć, ale nie umiała się już cofnąć, zwłaszcza, że wciąż jej się wydawało, że Wiktor i tak nigdy nie odwzajemni tego, co ona czuje. Była względnie bezpieczna. Ona mogła spychać swoje emocje do poziomu przyjaźni. Miała tylko nadzieję, że to wszystko nie skończy się źle. Znowu. Dobra, czas to przyznać. Nawet jeśli Wiktor Iwanow nie był godzien, to poruszył jej sercem jak cholera.
    Nikt nie mógł wiedzieć. Nawet Freddie, Adam, Lucy, nikt. Nawet Matt. Chociaż w Julii przypadku to była akurat norma. Trudno jej było rozmawiać z przyjaciółmi o bieżących ważnych sprawach. Zazwyczaj dowiadywali się o wszystkim mocno po fakcie. Eh! Julia Jones – mistrz tłumienia emocji i zagrzebywania problemów w podświadomości.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  83. Gdy pędzili tak przez Zakazany Las w swojej małej, ogromnej ucieczce przypomniało mu się, jak niejednokrotnie dokładnie tak samo, tylko w nieco innych okolicznościach uciekali razem z Changiem. Stąd chyba pojawiły się te łzy w oczach chłopaka. Za każdym razem, gdy próbował pogodzić się z przeszłością, wspomnienia wracały z podwójną siłą. Z każdą kolejną próbą ruszenia do przodu, działo się coś, przez co zamiast robić krok do przodu, wykonywał dwa w tył. Dokładnie tak, jakby coś lub ktoś trzymał go na uwięzi, popuszczając od czasu do czasu sznur, by chłopak łudził się na wolność i gdy był już jej blisko, nagłe szarpnięcie powodowało powrót do szarej rzeczywistości.
    — W porządku. Skoro z tobą wszystko O.K., to ze mną tym bardziej. — Mruknął, łapiąc oddech. Czując na ramionach dłonie chłopaka, wysilił się na blady uśmiech i delikatnie skinął głową w potwierdzającym geście. Naprawdę, mając świadomość, że z Freddiem wszystko jest w porządku, sam poczuł się odrobinę lepiej. Przede wszystkim spokojniej. Mógł wrócić teraz do wieży Ravenclawu i spokojnie zasnąć w dormitorium, chociaż tak naprawdę, wcale tego nie chciał. Miał ochotę spędzić, jak najwięcej czasu z Gryfonem, więc gdy ten skierował swoje kroki w stronę biblioteki, Hyun-ah uśmiechnął się delikatnie.
    — Tylko mi nie mów, że chcesz poczytać o wilkołakach. — Odezwał się, próbując brzmieć żartobliwie, jednocześnie jednak nie mówiąc zbyt głośno. Portrety już dawno spali, prawdopodobnie o tej godzinie mało kto dyżurował też już korytarze, a ich dwójka z pewnością nie mogła nikogo zbudzić. Przygód, jak na jeden dzień mieli pod dostatkiem.
    Spojrzał na chłopaka siedzącego na ziemi przy jednej z chłodnych ścian. Przekrzywił delikatnie głowę i ukucnął tuż przed nim, wpatrując się w jego twarz.
    — Oczywiście, że tak. Tylko następnym razem to ja wymyślam dla nas rozrywkę. — Oznajmił, uśmiechając się subtelnie. Mógłby siedzieć tak przed Freddim godzinami, wpatrując się jedynie w niego. Nie musieli tak naprawdę nawet, o niczym rozmawiać. To, co w tym momencie czuł Hyun było dla niego po prostu niezrozumiałe i niewytłumaczalne, bo jakim cudem mógł się czuć tak dobrze, obok kogoś zupełnie obcego? Co z tego, że wiedział o nim kilka faktów? Nie znał go na tyle by mu ufać, by móc mu mówić o wszystkich swoich myślach i marzeniach, a jednak… Czuł gdzieś w środku, wewnątrz siebie potrzebę podzielenia się z nim swoimi przemyśleniami, obserwacjami. Chciał być blisko niego i mówić mu o wszystkim tym, co ślina przyniesie mu na język.
    — A jeżeli ponownie miałby być to las, to ja się wcześniej upewnię, że nie podczas pełni. — Mruknął, oddychając ciężko. Przesunął się obok Fredericka i usiadł obok niego, prostując zmęczone nogi. Przechylił delikatnie tułów na bok, aby móc swobodnie spoglądać na chłopaka. — To było niesamowite! — Wydusił w końcu z siebie podekscytowany. — Muszę przyznać, że przez chwilę myślałem, że tam umrzemy. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie, że czuję oddech tego stwora na swoich plecach, a jednak… Daliśmy radę. — Wyszczerzył się, odchylając mocno głowę do tyłu, cały czas trzymając ją obróconą w stronę Freddiego. Ziewnął leniwie, zasłaniając dłonią rozwartą do granic możliwości buzię, a po chwili uśmiechnął się widząc, jak Freddie zarażony jego ziewaniem robi dokładnie to samo. — Opowiedz mi coś… — Mruknął leniwie, prostując głowę i przez chwilę wpatrując się przed siebie. Po chwili jednak przymknął delikatnie powieki i wyczekiwał opowieści Waylanda.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  84. [Wybacz zwłokę, ale uczelnia i pierwsze dwa tygodnie aklimatyzacji na drugim roku zrobiły swoje.]

    Karol nie wiedział, ile jeszcze zdoła wytrzymać w drużynie. Na początku grę traktował jako czystą przyjemność, a treningi były miłym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Niestety ostatnio wszystko się pozmieniało i codzienne treningi stały się prawdziwą męczarnią. Karol nie chciał zwalać na nikogo winy za zmianę atmosfery, ale gdyby to zrobił, to na pewno obwiniłby kapitana. Vinay był specyficzny w obyciu, a na boisku stawał się prawdziwym tyranem. Jego obsesyjny pociąg do miotły i quidditcha sprawiał, że stawał się prawdziwym despotą. Nikomu nie odpuścił i wszyscy członkowie drużyny musieli ćwiczyć codziennie niezależnie od pogody. Nic więc dziwnego, że blondyn rozważał rezygnację z reprezentowania swojego domu w czarodziejskim sporcie. Miał w końcu inne zainteresowania, więc nie musiałby się przejmować nudą.
    Dzisiejszy trening o dziwo okazał się być całkiem przyjemny. Obyło się bez bezpodstawnych wrzasków i nieprzyjemności, a gra okazała się całkiem miła. Pogoda dopisywała, a ostatnimi czasy z tym było bardzo ciężko. Wielokrotnie bowiem przyszło im grać w zimnie, a ciepło, które ich dzisiaj przywitało, było świetną alternatywą. Nikt nie mógł na nic narzekać. Zdunk latał na miotle i kręcił kółka. Po raz pierwszy od dłuższego czasu bawił się.
    Po skończonym treningu już miał wracać do dormitorium, gdy nagle przypomniał sobie o tym, że zostawił swoją bluzę gdzieś na boisku. Zmęczony i zrezygnowany był zmuszony by wrócić po swoją rzecz. Spacerując postanowił nacieszyć się jeszcze chwilę dobrą pogodą. Lubił słońce i ciepło. Nigdy nie był osobą, która wolała zimno. Gdy tylko mógł, to rozkładał się przy kominku w Pokoju Wspólnym Krukonów i szczelnie owijał kocem, żeby było mu cieplej. Przypominał wtedy ludzkie burrito.
    Po chwili wolnego marszu zaczęło się robić zimno, więc chcąc czy nie trzeba było wrócić do zamku. Karol zgarnął bluzę i ruszył w drogę powrotną. Po drodze, coś jednak przykuło jego uwagę. Zatrzymał się i wziął do ręki znalezisko, którym okazał się oprawiony w brązową skórę zeszyt. Zdunk nie miał zamiaru go otwierać, bo nie chciał wchodzić z nosem w czyjeś prywatne sprawy, ale zeszyt szybko wypadł mu z rąk i otworzył się na ziemi, zaginając kilka stronic. Chłopak podniósł go ponownie i tym razem zerknął na pobazgrane atramentem kartki. Zawartością brulionu okazały się wiersze. Te które znajdowały się na otwartych stronach nie przykuły zbytniej uwagi chłopaka, jednak Zdunk nie zatrzymał się na tym. W końcu zeszyt i tak był już otwarty. Być może los chciał, żeby Polak przeczytał zawartość.
    Jego szczególną uwagę przykuł wiersz, który traktował o quidditchu i blondwłosym chłopaku w ravenclawskich barwach. Zdunk był jedynym blondynem w drużynie, więc szybko połączyła fakty. Uśmiechnął się lekko do siebie, ale nie mógł wysilić się na żadną inną i głębszą refleksję nad wierszem, bo woźny pogonił go do zamku.
    Wchodząc do środka ogarnęło go przyjemne ciepło. Otrzepał się z kurzu i skoszonej trawy, oraz wytarł buty z błota. Nie miał ochoty słuchać kazania woźnego na temat tego, że Krukon roznosi brud po całym budynku. Szybko spojrzał na pierwszą stronę, na której znajdowały się personalia właściciela zeszytu. Zdziwiłs ie trochę, bo nie przypominał sobie, żeby z Waylandem łączyła go jakaś bliższa relacja. Owszem znał tego Gryfona, jednak nie wiedział, dlaczego ów chłopak mógłby pisać o nim wiersze. Wrzucił zeszyt do torby i skierował się w kierunku dormitorium.
    Los potrafi jednak płatać figle i na jego drodze pojawił się Frederick, który niemalże wyrósł z ziemi. Zdunk planował podrzucić chłopakowi zeszyt, żeby nie zaczynać dyskusji na być może drażliwe tematy, bo w końcu nie każdy chłopak w Hogwarcie pisze poematy o innym osobniku swojej płci. Skoro jednak los chciał inaczej...
    – Ej, Wayland – zawołał, za chłopakiem, który znikał już za zakrętem – mam twój zeszyt.

    Karol Zdunk

    OdpowiedzUsuń
  85. - Poza tobą. - potwierdziła i uśmiechnęła się słabo, wsłuchując się w śmiech Freddiego, który tym razem nie miał zaraźliwych właściwości. Za moment ucichł, a Julia poczuła na sobie spojrzenie przyjaciela, które jak nigdy wywołało ucisk w jej gardle, spowodowany dziwnymi wyrzutami sumienia. Powinna mu powiedzieć prawdę, a nie omijać temat bez sensu. Uniosła wzrok i kiedy ujrzała przed sobą rozpromienioną twarz Gryfona, uspokoiła się nieco. Nie musiała nic mówić. Mogła dalej dusić to w sobie i nikt nie będzie jej robił z tego powodu wyrzutów, a na pewno nie Freddie. Znał ją dobrze i wiedział, że raczej rzadko opowiada o sobie. Przykładowo o Julienie* opowiedziała mu dobry miesiąc po fakcie, kiedy już ewidentnie było widać, że między tą dwójką coś się wydarzyło i Freddie zapytał wprost. Poza tym trudno było zignorować miesiąc podłego nastroju u dziewczyny, której zazwyczaj w towarzystwie Waylanda uśmiech nie schodził z twarzy.
    Ale to nie tak, że ona mu nie ufała. Ufała i to bardzo, ale tak już miała. Nigdy nie wiedziała jak zacząć, jak ubrać w słowa swoje poplątane myśli, zawsze wydawało jej się, że z problemami powinna sobie radzić sama. Czasem, kiedy było źle, potrzebowała tylko przyjaciela, a najlepsi przyjaciele potrafili akceptować jej milczenie i nie pytając o powód smutku, przytulić i sprawić, że znowu się uśmiechnie, nawet jeśli przez łzy. Wiedziała, że to nie jest łatwe. Widzieć jak u bliskiej osoby coś nie gra, nie znać powodu, usłyszeć tylko jakieś strzępki informacji i nic nie wyjaśniające wyjaśnienia. To nie było mądre, to nie było logiczne i oczywiście, rozmowa pomaga, bo nawet teraz Julia wiedziała, że gdyby wyrzuciła z siebie wszystkie wątpliwości dotyczące Wiktora, byłoby jej łatwiej. Ale przecież nic się nie wydarzyło. Poza tym, że na widok jednego Ślizgona, jej serce zaczynało nieco szybciej pompować krew. Nic takiego! Taka tam powtórka z rozrywki. Na razie dość bezpieczna, a przynajmniej tak się Julce wydawało, chociaż w rzeczywistości stąpała po cienkim lodzie, na samym środku ogromnego jeziora.
    - Wiesz, że na mnie nie działa pierwszy lepszy przyzwoity jegomość. - mruknęła, patrząc przed siebie i uśmiechnęła się jakby mechanicznie. Zignorowała jego pytanie, bo nie chciała znowu kłamać, zapewniać, że jasne, wszystko powie. Nie powie. Chociaż...
    - Tylko jeden. - dodała cicho, zaskakując samą siebie, więc miała nadzieję, że Freddie jednak tego nie usłyszał.
    Jeden jedyny jegomość. Wiktor Iwanow. Szukający Ślizgonów. Straszny dupek i egoista. Podobno. Tak mówią. I Freddie zapewne popukałby się w głowę, gdyby usłyszał, że chodzi właśnie o niego. Ale co Julia mogła zrobić? Z motylami w brzuchu nie wygrasz.

    *Julien jest tym gościem, w którym Julia się kiedyś (rok temu) zakochała. Potem zakochał się on, Julka uciekła, od tamtej pory nie rozmawiali. A byli przyjaciółmi od dzieciństwa. To tak w skrócie. Jakbyś Ci były potrzebne szczegóły tej historii to daj znać.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  86. — Jak już mówiłem wcześniej, oczywiście. — Uśmiechnął się, gdy chłopak sięgnął dłonią do jego włosów, jeszcze wczorajszego ranka fuknął by na niego i ze wściekłością na twarzy i rządzą mordą w oczach poprawiałby szybko włosy do odpowiedniego stanu, jednak tym razem wyszczerzył się tylko łobuzersko i przechylił głowę na bok, przygryzając przy tym wszystkim delikatnie dolną wargę. Wyglądał trochę, jak taki szczeniaczek spragniony zabawy. Brakowało mu tylko wywalonego na wierzch języka i merdającego ze szczęścia ogonka.
    — No wiesz, ty co? Gdybym chciał usłyszeć od ciebie dobranockę, zaprosiłbym cię do swojego dormitorium. — Odpowiedział na zarzuty chłopaka, unosząc przy tym znacząco brew i uśmiechając się delikatniej, już nie tak szeroko, w dodatku wpatrując się prosto w oczy Fredericka. — Chcę po prostu cię poznać. Przez historie, które miałeś z pewnością będzie mi łatwiej wyrobić sobie o tobie zdanie. Wiesz… Zdecyduję czy faktycznie warto tracić tyle czasu na wspomaganie przeznaczenia, czy może jednak bezpieczniej będzie zrobić wszystko, aby do niego do puścić. — Uśmiechnął się, chociaż tak naprawdę już wiedział, że chce pomóc przeznaczeniu. Mimo, że znał go tak krótko, wierzył, że pomiędzy nimi może zrodzić się coś cudownego. To, w jaki sposób Frederick mówił… To, w jaki sposób się uśmiechał, jak żartował sobie z wszystkiego i ta jego, pieprzona, gryfońska odwaga. Wszystko połączone w całość z osobowością Fredericka po prostu mu się podobało. Najzwyczajniej w świecie… Zdawał sobie sprawę z tego, co zaczynał czuć. Rozumiał, dlaczego jego serce bije odrobinę szybciej na dźwięk głosu Fredericka, dlaczego jego oddech przyspiesza, gdy ten znajduje się zbyt blisko, dokładnie tak, jak teraz. Hyun musiał naprawdę wkładać dużo wysiłku by jego oddech się unormował, by był spokojny i płynny.
    Słuchał uważnie słów Fredericka i wyobrażał to sobie.
    — Musiałeś być naprawdę uroczym dwunastolatkiem… Czyżby mały Wayland podkochiwał się w profesorze Longbottomie? — Chciał się zaśmiać, ale zmęczenie wzięło górę. Przechylił odrobinę głowę, chcąc zerknąć na Freddiego. Zamiast tego jednak, oparł się o jego ramię, podciągając kolana do siebie. Nabrał powietrza przez nos, rozkoszując się zapachem Freddiego. Zagryzł wargę, uśmiechnął się delikatnie i przymknął zmęczone oczy, próbując skojarzyć sobie z czymś ten zapach.
    — Fred? — Oddychając powoli, szepnął cicho, jakby chciał sprawdzić czy chłopak go słucha, czy może tak jak on, jest już zmęczony i powoli odpływa w swoim zmęczeniu.

    Hyun-ah

    OdpowiedzUsuń
  87. Z ust Mathiasa wydobyło się parę dosadnych przekleństw. Że też tej pieprzonej pielęgniarce zachciało się uzupełniania braków w zaległych eliksirach i akurat jego musieli wybrać do pomocy, do pieprzonej pomocy, która miała na celu ryzykowanie własnego życia i błąkanie się po Zakazanym Lesie, prawie w środku nocy w poszukiwaniu głupich roślinek. Marzył o powrocie do swojego pokoju, kąpieli i szklaneczce ukochanego, porzeczkowego rumu, który stale przemycał pod swym długim, czarnym płaszczem na wzór peleryny. Chłód powoli stawał się nieznośny o czym świadczyły nieco fioletowe dłonie profesora. Nawet gruby szal, owinięty wokół szyi nie dawał za bardzo rady. Październikowe noce, dawały solidnie popalić. Rathmann trzymając w dłoni różdżkę, upewnił się, że wszystko zebrał z listy i nie musi już za niczym łazić, gdy tak też było odetchnął z ulgą i zachowując pełną ostrożność oraz czujność udał się w kierunku wyjścia z lasu. Przechodził właśnie obok niewielkiego dołka z młoda tentakulą, gdy dostrzegł coś w co nigdy, by nie uwierzył w coś co nigdy nie spodziewałby się spotkać na swej drodze.
    - Freddie! – krzyknął zaciskając dłoń na różdżce. Rozejrzał się nieco nerwowo na boki. Co on do diaska robił sam po środku Zakazanego Lasu?! Teraz nie było ważne to jak bardzo dzieciaka nie lubił, ważne było to, by udzielić mu natychmiastowej pomocy, choć musiał przyznać, że z chęcią sam, by go udusił. Oceniwszy sytuację z niemałym trudem udało mu się wyplątać go z pnączy jadowitej rośliny, a następnie odsunąć go od niej na bezpieczną odległość. Skóra chłopaka była nienaturalnie blada, twarz wykrzywiona w bólu. Zgubił się? Może dostał jakieś zadanie i nie wyszło? Cholera, nie było zbyt ciekawie. Obawiał się, że chłopak mu zaraz zejdzie, nawet nie był pewien, że Freddie w ogóle wie co się wokół niego dzieje. Rathmann ocenił stan obrażeń jakie doznał, a następnie zaleczył je za pomocą prostych zaklęć, jednak jad w jego ciele nadal pozostał i Mathias domyślał się, że nadal go boli. Okrył go swoim szalikiem i pomógł mu się napić soku dyniowego, z którym Niemiec nigdy się nie rozstawał i zawsze nosił go w kieszeni swojego płaszcza.
    - Freddie mów do mnie. Nie możesz zasnąć rozumiesz? Mów o czymkolwiek – wydukał Mathias, a następnie rzucił parę zaklęć chroniących, by nikt ani nic im nie zagrażał. – Freddie? Jak się czujesz? Chłopaku, no! Mów coś!


    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  88. [Hm, mi przyszło do głowy, że Lilka mogłaby pomóc mu przemycić coś niezbyt legalnego do Hogwartu, bo mała jest i zwinna, więc często się do takich akcji pakuje, oczywiście w zamian za coś, bo interesowne z niej dzieciątko. c: Niemniej jednak jeśli nie przypadnie Ci do gustu taki pomysł, to spróbuję nad czymś pogłówkować.]

    Lily Potter

    OdpowiedzUsuń
  89. Julia umiała rozmawiać o uczuciach, ale nie o swoich. Chyba, że zupełnie na około, hipotetycznie albo z perspektywy czasu. Albo z przyjaciółmi, ale też nie zawsze, raczej w skrajnych sytuacjach. Czy to była jedna z nich? No dobra, tak naprawdę uwielbiała gadać o emocjach. Nie przychodziło jej to łatwo, ale to były bardzo wartościowe rozmowy. Prawdziwe, coś wnoszące, często pouczające, kiedy można było wymienić się z kimś spojrzeniem na daną kwestię. Dlatego też zawsze przyjaźniła się głównie z chłopakami. Bo ich spojrzenie nigdy nie było stuprocentowo identyczne z jej. Ale to tylko jeden z wielu powodów.
    Twarz Julii zdradzała wszystko, choć w bardzo subtelny sposób. Jednocześnie jej oczy zaczęły błyszczeć od łez, nawet jeżeli było ich zbyt mało, żeby chociażby zebrać się w kącikach, a na ustach pojawił się leciutki uśmiech. Tak samo była szczęśliwa, co smutna. Tak samo podekscytowana, co przerażona. Uniosła brodę, aby spojrzeć Freddiemu w oczy. Te piękne, błękitne oczy, na których widok nawet teraz jej uśmiech stał się szerszy, bo było w nich wszystko, co w Freddiem kochała.
    Przewróciła oczami, odwracając wzrok i zamrugała kilkukrotnie, starając się cofnąć te cholerne łzy, których prawie nie było. Eh! Teraz to już musiała coś powiedzieć.
    - To nie metafora. - powiedziała z lekkim rozbawieniem w głosie i skrzywiła się, przymykając jedno oko, jakby czekała na cios w twarz. Po chwili jednak uśmiechnęła się niepewnie, przygryzając dolną wargę. - No jest taki jeden.
    Patrzyła przez chwilę na wyraz twarzy Freddiego.
    - Ale nie chcę o tym jeszcze rozmawiać, bo nie bardzo jest o czym. - wzruszyła ramionami i spoważniała nieco. - I chyba nigdy nie będzie.
    To całe mówienie czegokolwiek było trudniejsze niż zwykle, bo jakoś zależało jej inaczej i chyba mocniej.
    - Możliwe... - zaczęła i oparła twarz o dłoń, ukrywając się tym samym przed wzrokiem przyjaciela. - Możliwe, że to Ty masz u niego większe szanse.
    Zacisnęła mocno powieki. Czuła się kompletnie żałośnie, jak największa idiotka na ziemi, mimo iż zakochała się zanim dowiedziała się o czymkolwiek. Co nawet niekoniecznie było prawdą. Może półprawdą. Może nieprawdą. Jedyne, co pocieszało Julię w tym byciu największą idiotką na ziemi to to, że przecież i tak nic z tego nie będzie, nawet jeśli Wiktor zakochałby się w niej po uszy. A tak to przynajmniej nie będzie dramatów i będą mogli spokojnie się przyjaźnić, być może.
    Westchnęła ciężko i znów spojrzała na Freddiego.
    - Wiesz... ja chyba potrzebuję się napić. - oznajmiła i zacisnęła na chwilę usta w wąski paseczek, kiwając głową. - Ognistej. Olać obiad, chodźmy stąd.
    Wstała, złapała Freddiego za nadgarstek i ruszyła w stronę wyjścia z sali. Czuła się dziwnie. Była jednocześnie rozbawiona swoją głupotą i przerażona tymi wszystkimi emocjami. Naprawdę potrzebowała alkoholu. I przyjaciela. Najlepszego na świecie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  90. Słysząc słowa chłopaka, odwrócił głowę i uniósł ponownie brew, uważnie mu się przyglądając.
    — Chciałbyś… — Powiedział poważnym tonem, jednak tuż po chwili roześmiał się wesoło. Przypominając sobie, że jest już dawno po godzinie policyjnej, zamknął usta, próbując stłumić w sobie dźwięk, co wcale nie było takie łatwe. Sam nie lubił opowiadać o sobie, a tym bardziej o swojej przeszłości. Osoby znajdujące się w Hogwarcie i wiedzące o nim coś więcej poza tym, że pochodzi z Korei i od roku uczy się w Hogwarcie był w stanie policzyć na palcach jednej ręki. Freddie powoli stawał się jednym z tych palców, bo jakby nie było, Hyunowi jakoś samo się wyrwało tamte zwierzenie, gdy byli zamknięci w kantorku na miotły. Tłumaczył to sobie przywołaniem wspomnień przez stosunkowo podobną sytuację, inaczej nigdy nie powiedziałby o tym komuś, kogo poznał kilkadziesiąt minut wcześniej. W każdym razie, właśnie przez to lubił słuchać innych. Zadawał im różne pytania, prosił o opowieści tylko po to, by samemu nie musieć mówić, a gdy temat schodził na niego, zwinnie go zmieniał na coś zupełnie neutralnego. Taki już był, taki obrał sobie sposób obrony.
    — Nie wiem o co ci chodzi, przecież z pewnością byłeś uroczy — Wyszczerzył ponownie zęby w szerokim uśmiechu, wyobrażając sobie profesora Longbottoma, bo w zasadzie w tym momencie to jego postać interesowała go bardziej niż mały Freddie. Zastanawiał się co ten facet mógł sobie pomyśleć.
    Uśmiechnął się delikatnie, gdy poczuł jak Frederick opiera się o jego głowę. Od razu zrobiło mu się przyjemnie ciepło, a serce odrobinę przyspieszyło, w momencie gdy Fred zareagował na jego słowa, zacisnął pierw wargi, a dopiero po chwili nabrał powietrza by przemówić. Pierw chciał się odezwać i zasugerować, że powinni wracać do swoich dormitorium, jednak zrezygnował z tego. Ponownie nabrał powietrza do płuc i wypuszczając oddech przez rozchylone wargi, uśmiechnął się subtelnie.
    — To był naprawdę miły wieczór. — Szepnął, przymykając powieki. Schował dłonie do kieszeni i nabierając kolejnego oddechu, zamknął już całkowicie oczy. — Mimo wszystko, miły wieczór z… miłą osobą. — Ostatnie dwa słowa powiedział najciszej jak potrafił, tak jakby bał się, że Fred je usłyszy, ale z drugiej strony właśnie tego chciał. Chciał, aby chłopak wiedział, że go lubi, jednak powiedzenie tego wprost w ogóle nie wchodziło w grę, było zdecydowanie za wcześnie.

    — Dongsaeng! — Zarejestrował w końcu głos kuzynki, przestraszony podniósł się gwałtownie, jakby nie zdając sobie sprawy gdzie się znajduje. W tym samym czasie poczuł jak na jego kolana opada coś ciężkiego i coś wydającego z siebie dźwięki. Freddie jęknął cicho bo książka, która spadła w prawiona w ruch przez gwałtownie wyprostowanie torsu i głowy Hyuna spadła na brzuch Gryfona. — Pozwoliłam ci zostać odrobinę dłużej w bibliotece, a nie urządzać tu nocowania. Dongsaeng… — Zbliżyła się do niech, mierząc ich ostrym i chłodnym spojrzeniem.
    — Aish, ty… — Mruknął tylko cicho, masując obolałe miejsce na głowie, którą chwilę wcześniej uderzył o regał. To właśnie przez to wcześniej wspomniana książka ugodziłą Gryfona.
    — Aish!? Ja ci dam, zwracać się tak do swojej Noony. W ogóle macie szczęście, że to ja a nie ktoś z profesorów, ale… Nie ujdzie wam to i tak płazem. A teraz szybko zbierajcie się na śniadanie i kolacje, a ty Dongsaeng Hyun, jeszcze porozmawiamy. — Spojrzała na kuzyna lodowatym spojrzeniem. Hyun nie zamierzał z nią nawet dyskutować, ani się sprzeciwiać bowiem dobrze wiedział, że gdyby do biblioteki wszedł ktokolwiek inny niż jego Noona z pewnością mieliby duże kłopoty.
    — Trzeba było mówić, że chce ci się spać, nie obraziłbym się. — Odezwał się do Freddiego, gdy wychodzili z pomieszczenia, szczerząc się szeroko.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  91. Nie spuszczał nawet na moment wzroku z chłopaka mając ochotę go dobić, dosłownie. Nie sądził, że głupota ucznia może być aż wielka, a jednak jeszcze wiele rzeczy go pewnie zaskoczy. Przyłożył dłoń do jego czoła i zacisnął usta w wąski paseczek. Niedobrze, bardzo niedobrze, chłopak był ogromnie rozpalony, a Mathias pod tym względem mógł niewiele zdziałać. Mógł, jedynie czekać aż temperatura spadnie oraz co jakiś czas zmuszać go, by napił się soku dyniowego. Nie mogło mu zabraknąć płynów. Choć tentakula była młoda i mogło się wydawać, że jeszcze nie bardzo szkodliwa, to było wręcz przeciwnie. Sam Rathmann przekonał się jakiś czas temu o sile jadu jaki posiada ta roślina, gdy dopiero się rozwija, wiedział jak bardzo to boli i jak trudno jest nie zasnąć. Próbował mówić coś do chłopaka, co jakiś czas nim delikatnie potrząsał, by ten nie zamykał oczy. Niemiec czuł jak chłopak traci siły, a chłód stawał się nie do zniesienia. Po chwili namysłu zdjął z siebie płaszcz i położył go na zmarzniętej ziemi, po czym położył Freddiego na materiale, by zatrzymać zimno bijące od twardej, nierównej, pełnej kamieni ścieżki.
    - Ja Ci dam kochanie to mnie popamiętasz do usranej śmierci, Wayland – warknął Rathmann, gdy Freddiemu zaczęło już odbijać. Zacisnął palce na nadgarstku chłopaka, by zabrać jego dłoń ze swojego policzka. Czy mogło być jeszcze gorzej? Za pewnie tak, ale Mathias chyba wolał już o tym nie wiedzieć. Wziął głęboki wdech cierpliwie znosząc halucynacje oraz majaczenie ucznia, choć naprawdę miał coraz większą ochotę go dobić. Nie mógł się nadziwić, jak bardzo Fred był głupi, a jeszcze bardziej nie mógł się nadziwić, że opiekun grupy, która odbywała karę w Zakazanym Lesie był na tyle nierozważny, że dopuścił do rozłączenia się grupy, co było skrajnie nieodpowiedzialne i powinien za to nieźle oberwać, choć uczeń również nie pozostaje bez winy.
    Położył dłoń na jego czole i westchnął. Miał wrażenie, że jest nieco chłodniejsze, co było bardzo dobrą oznaką, nawet jego oczy przestały być tak bardzo szkliste. Gorączka chyba powoli ustępowała. Poprawił szalik, którym okrył chłopaka i rozejrzał się na boki, by upewnić się, że nic im nie zagraża. W Zakazanym Lesie, wszystko było możliwe, dosłownie wszystko, więc mimo ochronnych zaklęć musiał dbać nie tylko o ucznia, ale i o samego siebie bo jeśli jemu samemu się coś stanie, to oboje są skończeniu, dosłownie.
    - Nie śpij – mruknął powracając wzrokiem na Freddiego i nieco nim potrząsnął, by ten otworzył oczy. Niewiele mógł już zrobić, a chłód stale się wzmagał. Zacisnął usta w wąski paseczek czując się cholernie bezradnym. W końcu po bardzo długim czasie, gdy zimno było nie do zniesienia, a chłopak wymagał pomocy, Mathias zdecydował się na zmianę w animaga, a następnie, by chłopak wtulił się w jego nagrzane cielsko.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  92. Powiedzenie, że Avalon zaciągnęła go siłą na imprezę byłoby nie prawdą, ponieważ dziewczyna nigdy w ten sposób się nie zachowywała, natomiast miała w sobie pewien dar. Dar przekonywania i tym o to sposobem Hyun pojawił się w pokoju wspólnym Hufflepuffu ze srebrnowłosą Azjatką, która ponoć koniecznie musiała pojawić się w podziemiach Hogwartu. Nie miał pojęcia co konkretnie działo się z jego koleżanką, jednak miał pewne przeczucia i właśnie dlatego starał się nie odstępować jej na krok. Wszystko szłoby zgodnie z jego planem, gdyby nagle nie stanął przed nim Freddie, ściskając go w niedźwiedzim uścisku. Na twarzy Hyuna mimo wszystko zagościł szczery uśmiech, no, a przecież Avie nie zniknie mu tak nagle z pola widzenia, prawda? Prawda. Odsunął się na pół kroku od chłopaka i uśmiechnął się pogodnie. Był jeszcze trzeźwy, wypił zaledwie pół szklaneczki ognistej whisky. Widział jednak po Gryfonie, że ten zdążył wypić już znacznie więcej alkoholu. Pokręcił z rozbawieniem głową i chwycił delikatnie jego ramię, jakby chciał mu w ten sposób pomóc utrzymać równowagę. Gdy Frederick zacisnął dłoń na ramieniu Krukona, ten go puścił.
    — Sam nie wiedziałem jeszcze do kolacji, że tutaj będę. — Uśmiechnął się, kątem oka obserwując srebrnowłosą koleżankę, która rozmawiała właśnie z jakąś puchonką. Westchnął i przeniósł spojrzenie na Fredericka. Zadowolony łuk zdobiący jego twarz, tylko się poszerzył. Lubił go. Naprawdę bardzo go lubił, chociaż nie spodziewał się, że z każdym kolejnym spotkaniem te uczucie będzie rosło. No bo jak bardzo można lubić drugiego człowieka? — Chyba zdążyłeś wypić już całkiem sporo. — Mówił, a uśmiech nie schodził z jego buzi. Od ich pierwszego spotkania minął zaledwie, niecały miesiąc, a zdążyli spotkać się jeszcze kilka razy, spacerując po błoniach i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Po prostu przebywając w swoim towarzystwie, czuli się dobrze. Hyun czuł się dobrze i walczył z samym sobą, próbował przezwyciężyć swój własny strach, co nie było tak łatwe, jak początkowo mu się wydawało. — Chociaż, trochę tu mało strasznie jak na imprezę Halloweenową. — Mówiąc to rozejrzał się dookoła. Oczywiście Puchoni zawiesili wszędzie, gdzie się tylko dało pajęczyny, pająki i nietoperze. Powycinane dynie zdobiły praktycznie cały ich pokój wspólny, a jedynym światłem rozjaśniającym pokój było światło padające z płonących świec.
    — Kto to? — Zapytał wesoło, zerkając na rudowłosą dziewczynę siedzącą za Frederickiem, która non stop wpatrywała się w chłopaka z nutką żalu, wymalowaną na twarzy.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  93. Pokręciła tylko głową na głupią propozycję Freddiego i uśmiechnęła się pod nosem. Puściła jego dłoń zaraz po wyjściu z Wielkiej Sali i szli już swobodnie, szybkim krokiem, ramię w ramię w stronę schodów. Milczeli przez długą chwilę, ale dla Julii nie było to dyskomfortem, bo zatopiła się w swoich myślach, starając się jakoś sobie to wszystko ułożyć.
    - To nie jest pewne. - odparła w końcu, odpowiadając na dawno zadane przez Freddiego pytanie. - To plotki, w które mogę wierzyć albo nie. I nie wiem co wolę.
    Z jednej strony bolała ją myśl, że nigdy nic z tego nie będzie, a z drugiej obawiała się tego, co się wydarzy, kiedy miałaby już tę możliwość. Nie chciała powtarzać tego, co przeżyła z Julienem, chociaż to było coś innego. Dalekiego od sytuacji sprzed roku, ale będącego jednocześnie tak blisko. Bo czuła jakby tuż za rogiem czekało na nią jakieś niebezpieczeństwo, z którym bardzo ciężko będzie jej sobie poradzić. Już raz sobie nie poradziła.
    - Przecież ja się nie chcę zakochiwać. Wiem, że nie chcę. Dlaczego to się mimo wszystko dzieje?
    Zerknęła tylko kątem oka na Freddiego i zaczęła wbiegać po schodach.
    - To, że nie chcę być z nikim... To jest bardzo świadoma decyzja. A teraz z każdym dniem jestem jej pewna coraz mniej.
    Rozmowy o uczuciach, ubieranie swoich myśli w słowa. To było trudne, oczywiście, ale chciała to z siebie wyrzucić, uporządkować jakoś, mówiąc to na głos. A Freddiemu mogła zaufać. Jeśli byłoby inaczej to cały jej świat ległby w gruzach. Freddiego była pewna.
    - Może nie jest jeszcze za późno i powinnam to zniszczyć już teraz? - spytała, rozdarta między różnymi wizjami końca tej historii. W jej głosie wyraźnie było czuć bezradność, a nawet lekką rozpacz. - Zanim znowu znowu kogoś skrzywdzę swoim strachem...
    Ostatnie zdanie wypowiedziała niemal szeptem, ale zaraz potem uśmiechnęła się lekko, zatrzymała przed Freddiem i położyła dłoń na jego klatce piersiową, wpatrując się to w nią, to w oczy przyjaciela.
    - Nie chcę go krzywdzić. - odparła cicho. - Ale stracić tez nie.
    Odetchnęła głęboko i zaśmiała się prawie bezgłośnie, kręcąc głową.
    - Ratuj. - dodała i przytuliła się do Freddiego, jakby to chociaż na chwilę mogło załatwić sprawę.

    Julls

    OdpowiedzUsuń
  94. Kiedyś lubił imprezy, aż za bardzo. Ten okres w swoim życiu miał jednak już za sobą, a na wszelakich spotkaniach tego typu pojawiał się ze względu na kogoś – tym razem była to srebrnowłosa Avalon, którą swoją drogą stracił z oczu, jednak stojący przed nim Freddie sprawił, że ten drobny szczegół wyleciał mu z głowy.
    — Wierzę, wierzę — zaśmiał się, a gdy chłopak go objął pierw poklepał go delikatnie po dłoni, a następnie uwolnił się spod jego ramienia. Zdawał sobie sprawę, że nikt teraz nikogo o nic by nie posądził, większość tutaj zebranych i tak była już w stanie lekko podchmielonym, jednak Hyun wolał unikać takich sytuacji. — Z drugiej strony, jak nie umiesz pić, nie powinieneś się do tego zabierać. — Wyszczerzył swoje białe ząbki w szerokim uśmiechu, po czym ponownie przeniósł wzrok na rudowłosą dziewczynę, a następnie zatrzymał spojrzenie na dłużej, na twarzy Fredericka uważnie wpatrując się w jego jasne tęczówki.
    — O dziewczynę? Chyba żartujesz. — Klepnął go delikatnie w ramię i ponownie się uśmiechnął. Ten jednak znikł mu z twarzy dość szybko, bo właśnie przypomniał sobie o Moore. — Aish, a pro po dziewczyn, właśnie zgubiłem moją… — Mruknął rozglądając się dookoła. Już chciał przeprosić Freddiego i ruszyć na poszukiwania koleżanki, która oczywiście jego dziewczyną nie była, jednak srebrna czupryna dziewczyny mignęła mu pomiędzy grupki dziewczyn.
    Zerknął w stronę dziewczyny z butelką w dłoni i uśmiechnął się. W butelkę grał już niejednokrotnie, w końcu jego matka była mugolką i pełno miał znajomych mugoli.
    — Grałeś w to kiedyś? — Zapytał z uśmiechem i nie czekając na jego odpowiedź ruszył w stronę puchonki, obok której zaczął tworzyć się okrąg na ziemi. Usiadł po turecku obok jakiegoś puchona z młodszej klasy, obok siebie zostawiając miejsce dla Gryfona. Jakaś dziewczyna z Ravenclawu, którą Hyun kojarzył jedynie z ciągłej histerii z powodu zagubionych notatek jako pierwsza zakręciła butelką. Hyun wyszczerzył się szeroko i w duchu był wdzięczny, że szyjka naczynia nie wskazała na niego. Kolejnym razem jednak nie poszczęściło mu się, aż tak bardzo.
    — Wyzwanie! — Odpowiedział pełen entuzjazmu, zerkając prosto w oczy chłopaka, który go wylosował.
    — Butelkę wina skrzatów i kubeczki. — Chłopak wyszczerzył się i gdy tylko dostał to o co prosił, rozlał butelkę po plastikowych naczyniach. — Wypij wszystkie. — Oznajmił i podsunął plastiki Hyunowi. Azjata spojrzał na kubeczki i wyszczerzył się szeroko. Cztery i pół. Dokładnie tyle stało przed nim kubeczków wypełnionych winem.
    — Żartujesz, każesz mi wypić wino jako wyzwanie, zamiast whisky? — Odparł i szczerząc się wesoło chwycił pierwszy kubeczek, już przystawił go do ust, gdy chłopak ponownie się odezwał.
    — Masz dziesięć sekund. — Dodał z ironicznym uśmiechem na ustach. Spojrzał ponownie na kubeczki, z butelki byłoby zdecydowanie łatwiej.
    — Licz. — Oznajmił i ponownie przystawił kubeczek do ust. Gdyby nie fakt, że tracił czas na chwytanie kolejnych kubeczków i gdyby przy drugim się nie zachłysnął z pewnością by mu się udało. Niestety… Przegrał, a z kącików jego ust spływał fioletowy napój, brudząc kołnierzyk białej bluzki. Przetarł usta wierzchem dłoni, jednak wciąż miał odrobinę płynu na brodzie. Nachylił się chwytając butelkę i zakręcił nią pewnie. Freddie. Butelka wskazywała Freddiego, a na twarzy Koreańczyka pojawił się łobuzerski uśmiech.
    — Prawda, czy wyzwanie Wayland? — Zapytał, szczerząc się szeroko.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  95. [ Awww <3 On jest cudowny! ]

    Jego uścisk zawsze sprawiał, że było lepiej. Nawet jeśli tylko odrobinę, to jednak lepiej, spokojniej i prościej. Freddie umiał być dla Julii ratunkiem, również w momentach, w których nie zdawał sobie z tego sprawy, bo nie mówiła mu, że ratunku potrzebuje. Teraz powiedziała, a on po raz kolejny nie zawodził, tylko był obok w taki sposób, że czuła jakby był tam tylko dla niej i jakby ona była dla niego najważniejsza. Dlatego w każdej chwili mogłaby zostać jego żoną (nawet jeśli to tylko żart z serii gdybym był hetero), ponieważ przy nim czuła się najlepszą wersją siebie, czuła się kochana, doceniana, czuła wsparcie i radość, którą on chciał się dzielić. W dodatku czuła się potrzebna, jakby oboje dawali sobie nawet więcej niż kiedykolwiek ośmielali się marzyć.
    Słuchała go uważnie, intensywnie myśląc o tym wszystkim co mówił. Był w tym jakiś sens, chociaż ona zastanawiała się czasem czy to przypadkiem serce nie jest mądrzejsze, bo jak do tej pory to rozum tylko ją blokował. Była szczęśliwa w jakiś sposób. Jak mogłaby nie być mając tak wspaniałych ludzi wokół? Ale sporo też w życiu straciła przez racjonalne myślenie. Zbyt wiele szans.
    Zaśmiała się z jego romantyzmu, który jej zdaniem wcale nie był popieprzony. Była czasami taką samą romantyczką i nic w tym złego. Po ostatnich słowach Freddiego, uśmiechnęła się, zaciskając usta i patrząc na chłopaka z czymś jakby wzruszenie. No tak, dopiero co to ona kazała jemu skakać w przepaść. I obiecała go łapać. Tylko, że każde z nich stało na zupełnie innym klifie i patrzyło w zupełnie inną otchłań.
    - Kocham Cię, wiesz? - odparła, czule odsuwając zagubione kosmyki włosów z twarzy chłopaka. Chwilę patrzyła na niego, po czym w końcu podjęła jedyną rozsądną decyzję tego dnia. - Rum.
    Kiwnęła głową i puściła Freddiemu oczko. Kobieta zmienną jest. A zakochana kobieta to już w ogóle.
    - U mnie czy u Ciebie? - zapytała w końcu, kiedy znów zaczęła wbiegać po schodach. Ileż to już razy zastanawiała się, dlaczego, na brodę Merlina, nie mogła trafić do Slytheriu jak Matthew? Wtedy nie musiałaby pokonywać tego miliarda stopni w drodze na Wieżę Zachodnią.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  96. Mathias uwielbiał przebywać pod postacią zwierzęcia i robił to niezwykle często, gdy tylko miał na to czas, jednak ta sytuacja nie była dla niego w żadnym stopniu przyjemna. Starał się nie przygnieść chłopaka swoim masywnym cielskiem, a jedynie go ogrzać, co chyba mu się udawało, gdyż nawet na policzkach młodzieńca pojawiły się delikatne wypieki zaś wargi nie były aż tak szare jak wcześniej. Mathias trącił go nieco, gdy ten odpłynął. Było źle, bardzo źle, a oni nie mogli czekać, cholera nie mogli czekać. Rathmann wiedział jak bardzo ryzykuje, ale mimo to podjął próbę przeniesienia chłopaka do Hogwartu pod ostoją nocy, która niosła ze sobą wiele niebezpieczeństw zwłaszcza w Zakazanym Leslie, który aż się prosił o kłopoty. Nie było to nic ani przyjemnego ani łatwego, jednak ostatecznie się udało. Nauczyciel nie chciał opowiedzieć pielęgniarce co się stało, gdyż on sam nie wiedział, a im szybciej zajmie się poszkodowanym, tym lepiej. Nie było czasu na pogaduchy. Wystarczyła jeszcze jedna, głupia godzina, a byłoby po chłopaku. Mathias chciał odetchnąć, więc, gdy upewnił się, że ten jest w dobrych rękach udał się do siebie, gdzie wziął naprawdę długi prysznic oraz zjadł całą tabliczkę białej czekolady, którą kochał i nigdy sobie jej nie odmawiał, nawet nie umiał zaprzestać na jednym kawałeczku, zawsze znikała cała zawartość sreberka, tak jak było i w tym przypadku. Już nieco bardziej odprężony oraz spokojny, ułożył się na łóżku starając się nie myśleć o tym co miało miejsce jakiś czas temu. Skupił swoją uwagę na książce, którą czytał od dłuższego czasu, aż w końcu zasnął. Obudził się koło godziny ósmej, więc od razu udał się na śniadanie, gdyż jego żołądek wyraźnie się tego domagał. Jak dobrze, że zajęcia zaczynał dopiero za dwie godziny. Miał zamiar udać się do tamtego niedojdy i dla świętego spokoju już tak ostatecznie dowiedzieć się czegoś na temat jego zdrowia. W końcu nie po to go ratował, by ten teraz od tak sobie zszedł na tamten świat.
    Najedzony po uszy wstał ze swojego miejsca i chwyciwszy niewielką tackę z maślanymi bułeczkami ruszył w kierunku Skrzydła Szpitalnego. Nie robił tego z grzeczności, wiedział, że Freddie może być głodny, a poza tym musi zbierać siły na dokończenie szlabanu, którego Rathmann nie miał zamiaru mu odpuścić. Na korytarzach było pusto, ani jednej duszy. Dotarłszy wreszcie do sporawych drzwi prowadzących do Skrzydła pchnął je delikatnie i automatycznie się zatrzymał słysząc ciekawą, a poniekąd dość niepokojącą wymianę zdań.


    Wiewiórka

    OdpowiedzUsuń
  97. Uśmiechnął się jednym z tych swoich uroczych uśmieszków do chłopaka, gdy ten starł resztki napoju z jego brody, chociaż początkowo odrobinę się zestresował, że ktoś mógłby to zauważyć. Słysząc jednak wciąż gromkie śmiechy, odrobinę się uspokoił.
    Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że Freddie wybierze wyzwanie, a gdy ten potwierdził jego przypuszczenia, Azjata uśmiechnął się tylko szerzej, a następnie podpierając łokieć o kolano chwycił dłonią delikatnie swoją brodę, przechylił głowę odrobinę na bok i wesołym uśmiechem przymknął powieki, wydając z siebie cichy dźwięk, oznajmiający światu, że Hyun właśnie gorączkowo nad czymś rozmyśla. Wyszczerzył się w szerokim uśmiechu i spojrzał na Freddiego.
    — Wymyśliłem. — Oznajmił pełen dumy, nie odwracając spojrzenia z Gryfona, który z pewnością nie mógł się już doczekać, aż Koreańczyk powie coś więcej na temat zadania, które będzie miał do wykonania. — Idź… Do Longbottoma… — W tym momencie, uśmiech na jego twarzy rozszerzył się jeszcze bardziej o ile było to możliwe i zaczął cicho się podśmiewywać — i powiedz mu… że wszystko co mu powiedziałeś… Co mu powiedziałeś cztery lata temu… Jest prawdą — Wydukał w końcu z siebie, pomiędzy salwami śmiechu swój jakże kreatywny pomysł, cały czas patrząc na chłopaka i uśmiechając się wesoło, aż za wesoło. Mimo wszystko oczekiwał reakcji Waylanda i był ciekaw czy od razu zrezygnuje czy może jednak podejmie się tego wyzwania. — Jeżeli tchórzysz… Mogę mieć dla ciebie opcję alternatywną. — Dodał po chwili, ponownie szczerząc się wesoło. Wino, które wypił chwilę wcześniej w swoim wyzwaniu powoli zaczynało wpływać na jego humor, co skutkowało głównie różowymi wypiekami na twarzy i nieznikającym z twarzy uśmiechem. Może jeszcze odrobinę za mocno przechylał głowę na bok, wpatrując się w Waylanda w oczekiwaniu na jego działanie. — Jeżeli więc nie jesteś w stanie tego zrobić, zamieńcie się ubraniami z… O! Z nią. Ale, żeby się liczyło, musisz dać się jej wymalować. — Dodał pogodnie, po raz kolejny susząc swoje ząbki.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  98. Choć Mathias nie przepadał za tym uczniem, to nienawidził wykorzystywania oraz gróźb, gdyż sam miliony razy był w takich sytuacjach, więc teraz nie miał zamiaru teraz tolerować, zwłaszcza, że to Freddie był w tej sytuacji tym słabszym, dosłownie i w przenośni. Rathmann nie był mściwy, choć wiele osób tak myślało z powodu jego szlabanów, które były tylko karą za poniesione błędy, błędy na których człowiek się uczy oraz za które ponosi odpowiedzialność i nie ma innego wyjścia. Każde udaremnienie wiązało się z kolejnym złym czynem, a Mathias nie mógł sobie pozwolić na bandę rozbrykanych baranów, robiących co im się żyw nie podoba, dlatego też był aż tak bardzo srogi. A widząc teraz bladego Waylanda przysłuchującemu się swojemu oprawcy, który posługiwał się nim niczym marionetką, to tak jakby widział tam siebie. Mathias również był czyjąś marionetką i to przez długie lata, dlatego też nie pozwoli, by to samo dotyczyło tego młodzieńca, mimo jego rażącej na kilometr głupoty.
    Wziął głęboki wdech i zupełnie niezauważony wszedł do Skrzydła. Odchrząknął głośno, by zwrócić na siebie uwagę.
    - Zostajesz – warknął w stronę wycofującego się Ślizgona, który był zupełnie nieświadomy tego jak bardzo ma przechlapane. Niemiec postawił na stoliku tackę wraz z butelką soku dyniowego. Spojrzał badawczym wzrokiem na twarz Freddiego. Cholera, chłopak wyglądał nieciekawie. Musiało to być coś zdecydowanie poważniejszego, Wayland jak na swój młody wiek dźwigał na swoich barkach coś zdecydowanie zbyt ciężkiego. Uchylił okno i pozwolił, by wpadło do pomieszczenia trochę świeżego powietrza.
    - Zjedź coś i się prześpij, Freddie, a ty młodzieńcze wyjaśnisz mi w obecności dyrektora po co był ci ten wywar – wydukał Mathias, a jego ton głosu był niezwykle szorstki i lodowaty. Złapał Ślizgona za szatę i w mało delikatny sposób wyprowadził ze Skrzydła. Owy chłopak nie pojawił się już na korytarzach Hogwartu dzisiejszego dnia. Po szkole od razu ruszyła fala plotek. Rathmann urządził temu uczniowi niezłą jadke, pół szkoły go słyszało. Ślizgon nie tylko musiał posprzątać sowiarnię, ale i również wszystkie toalety własną szczoteczką do zębów, dodatkowo czeka go ponowna rozmowa z dyrektorem, wycieczka do Zakazanego Lasu, szorowanie biblioteki, uprzątnięcie składzika i wiecznie potępienie na lekcjach Transmutacji, a Mathias znowu siał postrach.
    Wieczorem udał się do Freddiego, by z nim porozmawiać. Upewniwszy się, że chłopak nie śpi, chwycił niewielki stołek i przysunął go nieco bliżej łóżka.
    - Jak się czujesz? – zapytał krzyżując ręce na piersi. Lepiej, by Freddie teraz nie cwaniakował i trzymał swoje żarty na boku inaczej i jego Rathmann postawi do pionu.
    - Co tamten nieudacznik od Ciebie chciał? Dlaczego masz się go słuchać?

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  99. Gdy chłopak wbił palec w jego policzek, ten tylko wyszczerzył się szerzej i zachichotał cicho, kuląc delikatnie ramiona. Podniósł się na równe nogi, gdy tylko ten zaproponował mu pójście.
    — Oczywiście, że idę! — Musiał przyznać, że był pod wrażeniem jego odwagi i nie spodziewał się, że podejmie się tego wyzwania z takim zapałem. — Już mam pomysł na karne zadanie. — Dodał szczerząc się, zapominając, że on sam karnego zadania za niewykonanie tego pierwszego w ogóle nie dostał. Z uśmiechem na twarzy ruszył za Gryfonem, starając się nie chichotać zbyt głośno po drodze.
    — Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, o których o mnie nie wiesz… Freddie. — Mruknął cicho, nachylając się delikatnie nad nim, jednak nie powstrzymał się i ponownie wydał z siebie wesoły dźwięk, tym samym dmuchając ciepłym oddechem w ucho chłopaka.
    Stał przy drzwiach gabinetu dyrektora z przyłożonym do nich uchem, uważnie słuchiwał odgłosów po drugiej stronie, aby w odpowiednim momencie odsunąć się od drzwi i zmierzyć chłopaka pełnym podziwu spojrzeniem, tylko po to dać się zaciągnąć Frederickowi w jeden z korytarzy. Wybuchnął głośnym śmiechem, gdy Freddie zrobił dokładnie to samo.
    — Myślałem, że wybierzesz drugą opcję. — Powiedział pomiędzy salwami dźwięcznego, perlistego śmiechu. Oparł się rozgrzanymi plecami o zimną ścianę i uśmiechnął się, unosząc wysoko kącik ust. Westchnął głośno, czując jak robi się jeszcze bardziej czerwony z gorąca, które okalało jego twarz z powodu śmiechu. Już chciał odepchnąć się od ściany i ruszyć dalej, gdy Freddie przygwoździł go, zbliżając się swoją twarzą niebezpiecznie blisko jego własnej.
    — Będziesz miał kłopoty. — Oznajmił ignorując jego groźbę, a może raczej ostrzeżenie. — Kiedy mówisz, do mojego nosa dociera sam zapach alkoholu. — Wytłumaczył, wzruszając delikatnie ramionami. Już chciał nachylić się i po prostu zmienić swoje położenie przez przejście pod ramionami chłopaka. Sięgnął jednak dłonią jego policzka i delikatnie zsunął ją wzdłuż jego żuchwy. Wstrzymał na chwilę oddech i nachylił się delikatnie odrywając plecy od ściany, do której do tej pory cały czas przylegał.
    — Nie boję się… — Szepnął cicho, wystarczyło, aby przysunął się dosłownie kilkanaście milimetrów bliżej, a jego wargi z pewnością muskałyby kącik jego ust, gdy ten się odzywał. Zerknął pospiesznie w oczy kolegi i zaśmiał się pogodnie. — To źle, że mnie informujesz. Będę wiecznie przygotowany. — Dodał szybko, nachylając się odrobinę, aby przejść tak jak początkowo planował, pod ramieniem Freddiego. Kiedy stał na środku korytarza tyłem do Gryfona, odwrócił głowę przez ramię.
    — Co tak stoisz? Wracamy na imprezę, specjalnego zaproszenia nie dostaniesz… — Wpatrywał się w jego plecy i czekał, aż ten w końcu ruszy swoje szanowne, cztery litery.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  100. Skuliła się lekko, kiedy dźgnął ją w brzuch, ale w odpowiedzi rzuciła mu na razie wyłącznie mordercze spojrzenie, które zaraz znacznie się ociepliło, w momencie gdy chłopak powiedział to urocze Ja ciebie też, Julls. Lubiła, gdy czasem był poważny. Może dlatego, że nie zdarzało się to zbyt często, a prawie każdą poważną rozmowę i tak przeplatał żartobliwymi tekstami albo co najmniej ironią. To też lubiła. Dużo rzeczy lubiła w Freddiem. Ale nie lubiła jak dźgał ją w brzuch.
    - Wow! - westchnęła kpiąco, kiedy zdradził jej swój wielki sekret - Serio, dwie butelki rumu pod łóżkiem robią wrażenie. - pokiwała głową z podziwem, również kpiąco, ale zaraz w końcu wybuchnęła śmiechem. - Słońce, Ty od czwartej klasy trzymasz pod łóżkiem przynajmniej dwie butelki rumu.
    Poczochrała mu włosy i przy okazji przypomniała sobie o czymś bardzo istotnym. Znaleźli się już pod portretem Grubej Damy, więc kiedy zatrzymali się, złapała Freddiego za ramię, stanęła bardzo blisko i wspięła się na palce, aby wyszeptać mu do ucha słodkim głosem, że jeśli jeszcze raz dźgnie ją w brzuch, to boleśnie się przekona, że w istocie da się go nie kochać. Potem odsunęła się, uśmiechnęła szeroko i zakryła dłońmi uszy, tak jak prosił, chociaż było to zupełnie bezcelowe. I tak wszyscy krążyli nielegalnie po nie swoich dormitoriach i nikt nie był w stanie dobrze tego kontrolować, a chyba też nikomu zbytnio nie zależało. Przeszła przez dziurę za portretem bardzo zadowolona z siebie i bez wahania ruszyła w stronę pokoju przyjaciela, lekko przyspieszonym krokiem. Zawsze czuła się mocno nieswojo, zanim docierała na miejsce, jakby zupełnie nie powinna tu być. Bo nie powinna. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, to był teren Juliena i nie powinna go naruszać, nawet jeśli i tak chłopak traktował ją jak powietrze. Po pewnym czasie zaczęła przyspieszać kroku intuicyjnie, a kiedy jednak miała nieszczęście na niego trafić, automatycznie odwracała wzrok, żeby nie widzieć jego obojętności. Nauczyła się o tym nie myśleć. I dobrze, bo na początku to ukłucie bólu za każdym razem, kiedy widziała go gdziekolwiek, czy to na korytarzu, czy na zajęciach, było nie do zniesienia. Przez pierwszy miesiąc wypłakała nocami więcej łez niż przez cały poprzedni rok, dniami udając, że nic się nie stało, chociaż serce miała strzaskane w drobny mak. Dopiero później, kiedy w końcu go do siebie dopuściła, Freddie posklejał je na tyle, na ile się dało, ale dziura po Julienie została i nigdy się później nie zapełniła. Teraz, przemierzając niemalże w biegu Pokój Wspólny Gryfonów, nie spodziewała się zupełnie, że już niebawem będzie siedziała na jednym ze szkolnych korytarzy z dłonią wplecioną w dłoń dawnego przyjaciela.
    Usiadła na łóżku, ale zaraz podniosła się, aby otworzyć okno. Dla niej zawsze było za gorąco, a w mocno ogrzanej Wieży Gryffindoru zwłaszcza. Powinna być Ślizgonką i mieszkać w podziemiach. Tak mówiła biologia, chociaż charakter Julia miała raczej mało Ślizgoński. Wyjęła z szafki dwie szklanki, porwała jakąś książkę, która leżała obok i położyła ją na, o dziwo, pościelonym łóżku, robiąc z niej doskonałą podstawkę pod napoje wyskokowe, po czym usiadła po turecku na miękkim materacu.
    Przewróciła oczami na słowa chłopaka, kręcąc głową, trochę jakby z niedowierzaniem. Nie znosiła matki Freddiego i on doskonale o tym wiedział. Pani Wayland już niekoniecznie, bo Julia zawsze była dla niej bardzo miła, uprzejma i sprawiała wrażenie doskonale wychowanej młodej damy, którą właściwie była, ale dla Dolores nigdy nie chciała nią być. Tylko że jakoś nigdy nie potrafiła być niemiła dla kobiety, która urodziła jej najlepszego przyjaciela, nawet jeśli wielokrotnie traktowała go milion razy gorzej niż na to zasługiwał. To było absurdalne. Ale i tak Freddie miał kompana w narzekaniu na matkę oraz zielone światło na nieograniczone spotkania z Julią w wakacje i tylko to się liczyło.
    - Freddie, niestety muszę się tutaj zgodzić z Szanowną Panią Perfekcyjną Matką. - oznajmiła kpiąco, udając powagę. Dobrze jej dzisiaj szły te wygłupy. - Już dawno powinieneś zabrać mnie na randkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniosła szklankę, do której chłopak właśnie nalał rumu, delikatnie stuknęła o drugą i wypiła spory łyk, pozbawiając ją połowy zawartości. Po kolejnych słowach Freddiego spoważniała tak na serio i spojrzała przyjacielowi w oczy, marszcząc lekko brwi. Przez chwilę milczała, a tylko przewróciła oczami i pokręciła głową z niedowierzaniem.
      - Twoja Matka jest wredna. - powiedziała szybko, dopiła rum do końca i odstawiła na książkę. - A Ty nie zostajesz na święta w Hogwarcie, tylko jedziesz do mnie.
      Ostatnie zdanie powiedziała tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Bo właściwie była.
      - Moi rodzice też Cię lubią, ale dziwnym trafem wcale nie chcą nas wyswatać. - uśmiechnęła się z rozbawieniem. Rodzice Julii już od jakiegoś czasu wiedzieli, że Freddie nigdy nie zostanie jej mężem i dlaczego. Powiedziała im, bo to ułatwiało sprawę, a też nie było sensu tego ukrywać, skoro była pewna, że oni nie będą mieli z tym żadnego problemu, i że ta informacja nigdy nie dotrze tym źródłem do Państwa Wayland, których Państwo Jones jako tako znali. Julia ufała swoim rodzicom, Freddie ufał Julii, więc się zgodził i od razu życie było prostsze. U niej w domu nadal był traktowany tak samo – jak bardzo dobry przyjaciel rodziny.
      - A co do wakacji... - zaczęła już od razu przepraszającym tonem. - Mam nadzieję, że nie jest Ci przykro, że się prawie nie widzieliśmy. Wiesz, jakby nie patrzeć Ciebie mam jakieś dziesięć miesięcy w roku, a Matta maksymalnie dwa plus święta.
      Uśmiechnęła się szeroko, ale serio było jej głupio. Przepraszała go w listach dziesiątki razy, ale na żywo nigdy o tym nie rozmawiali.
      - Tęsknię za tym draniem okropnie i jak tylko mam szansę się z nim spotkać to trochę zapominam o całym świecie. Następnym razem każ swojej sowie mnie dziobać, aż napiszę Ci, że się spotkamy.

      Julka

      Usuń
  101. — W takim razie to nie było prawdziwe wyznanie uczuć, Wayland. — Mruknął jeszcze cicho, nim umknął spomiędzy jego ramion. Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w plecy chłopaka i zastanawiał się, dlaczego ten do cholery stoi i się nie rusza.
    — Mówiłem poważnie z tym zaproszeniem. Nie dostaniesz go. — Westchnął, wzruszając lekko ramionami. Już miał zamiar ruszyć dalej przed siebie, kiedy poczuł na swoim nadgarstku przyjemnie ciepłą dłoń Fredericka. Obrzucił go krótkim spojrzeniem i jedyne co zdążył z siebie lekko zirytowany wydobyć, nim Freddie zamknął mu usta, było ciche: Aish, ten chłopak. To co się stało w następnej kolejności… Hyun napiął wszystkie swoje mięśnie, zaciskając usta w wąską linię i wpatrując się szeroko otwartymi oczami w twarz Fredericka. Twarz, która znajdowała się zdecydowanie za blisko, twarz, której zapach mógł poczuć a piegi ją zdobiące… Nie był w stanie ich zliczyć, ponieważ nie mógł złapać na nich ostrości spojrzenia. Spodziewał się wszystkiego, dosłownie wszystkiego z wyjątkiem tej jednej rzeczy. Z wyjątkiem tego przyjemnego ciepła roznoszącego się pospiesznie po jego ciele, z wyjątkiem tej ciepłej dłoni na jego policzku. Z pewnością też nie spodziewał się, że zareaguje w ten sposób, że jego ciało będzie pragnęło więcej, a on sam w końcu się rozluźni… I tak się właśnie stało. Przymrużył w końcu powieki, odwzajemniając słodką pieszczotę z lekką dozą nieśmiałości. Uniósł powoli dłoń, układając ją delikatnie na karku chłopaka. Wsunął palce pomiędzy ciemne kosmyki jego włosów a drugą dłoń ułożył na jego policzku, sunąc powolnie kciukiem po żuchwie dokładnie tak, jak robił to jeszcze chwilę temu, tylko, że tym razem gest ten był znacznie bardziej pieszczotliwy, dużo bardziej intymny. Westchnął cicho pomiędzy pocałunkami, subtelnie napierając na chłopaka. Bliskość ich ciał i ciepło bijące od Gryfona sprawiało, że przez ciało Krukona przeszedł przyjemny dreszcz. Serce, waliło mu tak szybko, obijając się o klatkę piersiową, że gdyby chłopak trzymał teraz dłoń na piersi Hyuna z pewnością mógłby poczuć delikatne drgania, a tak przynajmniej wydawało sięKoreańczykowi.
    Musnął czubkiem nosa, nos chłopaka i odsunął się o pół kroku, przygryzając mocno wargę, wpatrując się w jego jasne oczy… Nie miał pojęcia czy to co właśnie się stało było tylko sennym marzeniem czy może jednak stało się one rzeczywistością.
    — Ja… — Szepnął cicho. Chciał uciec. Chciał schowa się pod ziemią i nie musieć więcej patrzeć w te jasne tęczówki. Chciał zniknąć. Zamknąć się w swoim dormitorium i upewnić się, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej sytuacji. Bał się. Cholernie mocno bał się tego, co będzie teraz. Bał się, że ponownie coś pójdzie nie tak, jak powinno. Już przed oczami miał moment smutnego rozstania. Dlatego właśnie chciał uciec, zniknąć… Aby nie dopuścić do nieszczęśliwego końca. — Musimy wracać do puchonów. — Burknął cicho, odsuwając się małymi kroczkami od Freddiego.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  102. Na słowa Freddiego o przyszłej randce, uśmiechnęła się szeroko, jak podekscytowane pięcioletnie dziecko, któremu właśnie wręczono ogromnego lizaka we wszystkich kolorach tęczy.
    - Mam taką jedną czerwoną sukienkę na specjalne okazje. - powiedziała, patrząc na przyjaciela pseudo-uwodzicielsko. - Nawet Ty byś został hetero.
    Poruszyła sugestywnie brwiami i zaraz wybuchnęła śmiechem. Flirtowanie z Freddiem było przezabawne, robiło jej dzień i nic nie komplikowało. Perfekcja.
    Jego odpowiedź na zaproszenie na święta brzmiała lekko ironicznie, więc najpierw prawie niezauważalnie zmarszczyła brwi, ale zaraz kiwnęła głową, a na jej twarz znów powrócił uśmiech, bo i chłopak zaczął się śmiać.
    - Pewnie. - zgodziła się, gdy wspomniał o dwunastu miesiącach razem. - Wylądowałabym w Świętym Mungu z jakimś poważnym uszkodzeniem mózgu, a Ty dla dobra terapii miałbyś do mnie zakaz zbliżania.
    Wzruszyła ramionami, jakby to była najbardziej oczywista oczywistość i podniosła szklankę, do której Freddie ponownie nalał rumu. Właściwie to nie planowała się upić, ale wiedziała, że to się musi tak skończyć i z pewnością nie pojawią się ani na obiedzie, ani pewnie również na kolacji i może ewentualnie wpadną w jakimś momencie do kuchni, starając się po drodze uniknąć uważnego wzroku profesorów lub prefektów, bo już na miejscu skrzaty domowe doskonale ich ugoszczą, bez oceniania jak bardzo w skali od jeden do dziesięć, nie są w stanie utrzymać pionu. Kiwnęła głową z podziwem na wspaniały toast i upiła łyk, odrywając jednocześnie mały palec od powierzchni szklanki. Podobno tak było elegancko. Albo właśnie nieelegancko. Merlinie, nigdy nie mogła zapamiętać.
    Ucieszyła się na wspólne święta z Freddiem. Obawiała się tylko jednej rzeczy. Szanownego Pana Profesora Mathiasa Rathmanna. Właściwie jeszcze go nie zaprosiła, na razie była na niego zła i miała tylko ochotę trzaskać mu drzwiami przed nosem, ale to, że pojawi się u niej w domu w przerwie świątecznej, było dla niej tak oczywiste, jak to, że codziennie rano wschodzi słońce. Zaprosi go przy najbliższej okazji, jak przejdzie jej ten morderczy nastrój. Miała szczerą nadzieję, że panowie będą w stanie się dogadać, Freddie powstrzyma się przed włożeniem matrymonialnych listów do Mathiasa pod choinkę, a ten z kolei nie będzie rzucał szlabanami na prawo i lewo. Najwyżej posadzi ich na dwóch różnych końcach stołu, a gdyby nie mogli się powstrzymać przed okazywaniem sobie antypatii, upije obu do nieprzytomności. Świetny plan. Matt z pewnością jej w tym pomoże.
    Odstawiła szklankę na stolik i położyła się łóżku, bokiem, tak aby móc widzieć Freddiego.
    - Nie będzie mnie w weekend w zamku. - odparła krótko, bo właśnie sobie przypomniała i uznała, że lepiej poinformować o tym przyjaciela, żeby potem nie szukał jej po zamku bez sensu. Ale taki komunikat zdecydowanie potrzebował wyjaśnień. - Adam ma ostatnio dość podły nastrój. Zabieram go do Matta. Chyba oboje tego potrzebujemy.
    Zacisnęła zęby, bo tak naprawdę już ją skręcało w brzuchu na myśl o teleportacji, świstoklikach czy jakimkolwiek innym genialnym pomyśle, który umożliwi im szybki wypad do Nowego Jorku na weekend. Nie znosiła magicznego transportu, zawsze odchorowywała takie akcje przez jakiś czas i za cholerę nie mogła się przyzwyczaić. Niestety nie miała wyjścia. Na miotle nie przeleci oceanu tak szybko jak potrzebowała, a poza tym, że chciała poprawić humor komuś, na kim zależało jej bardziej niż na sobie samej, tęskniła za bratem. Tak bardzo tęskniła.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  103. Z jednej strony nie chciał przerywać tej słodkiej przyjemności, ale z drugiej strony po prostu bał się. Bał się konsekwencji, tego co będzie później. Zamiast myśleć o teraźniejszości, przejmował się już przyszłością, co było całkowicie niepotrzebne i sprawiało tylko, że nie był w stanie ruszyć naprzód. Stał na przeciwko Freddiego z głową opuszczoną w dół, nie umiał mu teraz spojrzeć w oczy. Ciągle czuł, jak jego serce bije przyspieszone, jak policzki stają się jeszcze bardziej zaróżowione. Słysząc nagle pytanie Gryfona, zmarszczył lekko brwi, czując jak zasycha mu w gardle.
    - Przepraszam... - wychrypiał cicho, nie patrząc nawet na niego. Schował ręce do kieszeni i powoli ruszył w stronę pochówku, gdzie znajdował się pokój wspólny puchonów. Pomiędzy chłopcami zapanowała niezręczna cisza, a ta krótka podróżą wydawała się Hyunowi wiecznością.
    - Freddie... - Zaczął cicho, wyciągając dłoń w stronę chłopaka. Chwycił go delikatnie za ramię i zagryzł nerwowo wargę. - Zaskoczyłeś mnie, a ja... Nie jestem pewien, czy jestem gotowy ma coś nowego. - Szepnął i podszedł do drzwi, by zaraz po chwili przejść przez nie z wymuszonym uśmiechem.
    - zrobił to skubany - oznajmił wszystkim zebranym, którzy czekali na ich powrót. - Aish, ten Gryfon niczego się nie boi. - Wyszczerzył się wesoło, chociaż Freddie z pewnością umiał już stwierdzić, że to nie był ten sam radosny i pełen szczerości uśmiech. Rzucił krótkim spojrzeniem w stronę Freddiego, jednak szybko odwrócił głowę w bok, gdy ich spojrzenia się spotkały.

    zagubiony Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  104. Gapie byli zabawnym zjawiskiem – nie wiedzieli, o co chodzi w danym momencie, po prostu patrzyli, bo inni to robili. Nikt z zebranych wokół nich wianuszka wścibskich uczniów nie miał pojęcia, o czym rozmawiali Joshua i Frederick, nie potrafili się nawet domyślić, o co chodzi. Wieść o „kłótni” Ślizgona i Gryfona szybko rozprzestrzeniła się po zamku, a tego typu wydarzenia momentalnie przyciągały liczne grono zainteresowanych, obojętnie czego ów „kłótnia” dotyczyła. Stereotypowe walki pomiędzy tymi dwoma domami nadal były gorącym tematem wśród społeczności szkolnej. Joshua trochę tego nie rozumiał, bo on sam konfrontował się z osobami działającymi mu na nerwy, obojętnie z którego domu, co jedynie podjudzało hogwarckich plotkarzy, jakby to cokolwiek zmieniało w ich nudnym życiu. Nawet się nie zdziwił na widok ciekawskich spojrzeń wysyłanych w ich stronę. Tym ludziom naprawdę musiało się nudzić.
    I co miał dalej zrobić? Brnąć w ten „flirt” i zatrzepotać kilka razy rzęsami? Czy może machnąć ręką i po prostu wrócić do swoich zajęć? Publiczność czekała na więcej, Yaxleyowi było to obojętne, a Wayland nadal grał przymilnego i chamskiego. Joshua pomyślał chwilę, na ile pozwala mu jego godność i dobre wychowanie oraz wykształcony już wcześniej charakter. Droczyć się czy nie droczyć? Przestać udawać? A może już dawno przestał to robić?
    - Skoro dzisiaj nie, to może jutro, hm? – Joshua uniósł zadziornie brew, opierając się ręką o ścianę tuż przy głowie Gryfona, powodując, że ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie.- Bo widzisz, ja pojutrze świętuję dzień nieodzywania się do osób irytujących, a jutro mam wolne. Dajmy nacieszyć oczy naszej widowni – wyszeptał na koniec, aby żadna ze zgromadzonych wokół nich osób go nie usłyszała.

    [Nie wiem, w jakim kierunku to idzie, ale yolo :DDDD ]

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  105. Oczywiście, że Julia nie miała tych ich zabaw za prawdziwy flirt, bo ona nigdy z nikim nie flirtowała, a przynajmniej nie celowo. To by było niewyobrażalnie nieuczciwe, bo dawałoby tej osobie złudną nadzieję, że jest zainteresowana, kiedy w rzeczywistości nie jest. Julia w swoim niezbyt długim życiu była zainteresowana tylko jedną osobą, z którą nawet nie musiała flirtować, żeby ją do siebie przyciągnąć. To się stało tak czy inaczej, gdzieś zupełnie poza kontrolą. Bez starań, zalotnych spojrzeń i flirtu. Dopadła ich miłość, na którą chyba żadne z nich nie było gotowe i po tym wszystkim Julia już nigdy nie chciałaby zakochać się w najlepszym przyjacielu. A już na pewno nie w takim, który woli chłopców, a traktuje go bardziej jak młodszego brata niż jak potencjalny obiekt westchnień.
    Kiedy powiedział, że oczekiwał, iż zaprzeczy temu, że dwanaście miesięcy z nim doprowadziłoby ją do obłędu, zmarszczyła brwi, patrząc na chłopaka tak, jakby właśnie z jego ust wypłynęły najbardziej absurdalne słowa tego dnia. Chociaż oczywiście miał rację. Pod zasłoną z ironii rzeczywiście zaprzeczała. Mogłaby spędzać z Freddiem każdy z 365 dni w roku i chyba nigdy nie miałaby dość. Kochała nawet jego głupkowaty nastrój w najbardziej nieodpowiednich momentach. Kiedy wkurzała się na wszystko i wszystkich, kiedy płakała mu w ramię, kiedy niby nie miała ochoty na żarty. Miała ochotę na niego. Zawsze. I to naprawdę było aż tak proste i oczywiste, bo był jej przyjacielem. Bez miejsca na wątpliwości i ograniczone zaufanie.
    Ciche „Ooo!” wyrwało się z jej ust, kiedy powiedział, że i tak nie wytrzymałby zakazu zbliżania się, ale zaraz i tak się zaśmiała. No przecież. Jasne, że znalazłby sposób. To Freddie. Pewnie już miał na to co najmniej jeden pomysł. Upiła rum i kiwnęła głową, kiedy oznajmił, że chce się uwolnić od tego przeklętego mundurka. Zawsze uważała, że pasował do niego, bo tworzył ciekawy kontrast. Jak zamknięcie lwa w klatce, tylko mniej okrutnie. Freddie po prostu choć na moment wyglądał porządnie. Zaraz jednak czar prysł, kiedy wrócił po prostu w dresie. Zmarszczyła lekko nosek, bo teraz ona była kontrastem do niego. W tej swojej idealnej spódniczce i koszuli zapiętej niemalże pod samą szyję. Niemalże, bo Julia również nie dawała się sformalizować aż tak.
    Myśl o tym wyjeździe, o Matthew, o Adamie wprowadziła ją w trochę bardziej melancholijny nastrój. Już nie szczerzyła się jak głupek i zignorowała żart o podrywie. Przekręciła się tak, że leżała w poprzek łóżka, a głowę oparła o brzuch przyjaciela. Ugięła nogi, bo nagle przestały się mieścić i zarzuciła jedną na drugą.
    - Pozdrowię. - odparła i przymknęła oczy.
    Freddie chyba tego nie wiedział, ale Matt nie był jego szczególnym fanem. Czasem naprawdę można było odnieść wrażenie, że połknął kij, jak każdy stereotypowy Brytyjczyk i dawał go sobie wyciągnąć tylko kilku najbliższym osobom, ludziom, których znał lepiej i oni znali jego. Tyle, że ograniczone zaufanie sprawiało, że kij wracał. A Freddiemu nie mógł ufać tak z marszu i tylko dlatego, że dla Julii był ważny. Martwił się, a taki niepoważny Freddie Wayland rzeczywiście z pozoru wydawał się nieodpowiednim towarzystwem dla jego niby-poukładanej siostry. A ona nie miała z tym problemu, dopóki zachowywał się przyzwoicie i nie okazywał jej przyjacielowi swojej antypatii. Bo każdy ma prawo kogoś nie lubić.
    - A beze mnie wytrzymasz. - zapewniła i uśmiechnęła się delikatnie, przekrzywiając głowę w stronę chłopaka - Przywiozę Ci bajgla. Albo te absurdalne mugolskie podróbki Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta.
    Nazwę smakołyku wypowiedziała bardzo szybko i specjalnie w całości. Zawsze ją bawiła. Za długa i jak zwykle niepotrzebnie honorująca wynalazcę. Jak Ognista Whisky Ogdena albo Guma do żucia Drooblesa.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  106. Nie wiedział, w jakim kierunku idą. Ta cała szopka stała się naprawdę zabawna, ale tak prawdziwie komediowa. Joshua próbował nie wybuchnąć śmiechem. To zepsułoby całe przedstawienie, na które czekała plus minus dwudziestka zainteresowanych uczniów. W duchu modlił się, żeby w tym tłumie nie było żadnego z jego rodzeństwa – nie daliby mu żyć po czymś takim. Ale czy cała szkoła nie zrobi tego samego? Już słyszy te szepty przez następne dwa tygodnie, będą na ustach każdego ucznia. Jak celebryci mogli znosić coś takiego?
    Joshua nie czuł już złości. Czuł rozbawienie i swojego rodzaju chwilową obojętność wobec Gryfona, która stała na cienkiej granicy neutralności i sympatii. Nie, nie była to sympatia, bez przesady, Joshua się szanował i miał swoją godność, lecz czuł się, jakby jego dotychczasowa niechęć do Waylanda po prostu zniknęła. Po prostu dobrze się bawił, rzucając w niepamięć ich bezsensowny spór sprzed kilkunastu minut. Prawdopodobnie jutro znowu Gryfon będzie irytował go samym oddychaniem, ale w tej chwili nie jest aż tak źle. Ach, nie. Przecież jutro mają randkę przy świecach, prawie zapomniał.
    - Od razu cię ciągnie do łóżka? – Uniósł zaczepnie brew, jeszcze bardziej zbliżając się do twarzy chłopaka, aby następnie przejechać nosem po jego policzku.- Aż tak cię pociągam? No, Frederick, drzwi do mojego dormitorium są zawsze otwarte.
    Te słowa brzmiały naprawdę absurdalnie na jego języku. Walczył sam ze sobą, aby się w niego ugryźć i nie pozwolić kolejnym zdaniom opuścić jego ust, ale chęć odstawienia przedstawienia była silniejsza od niego. Joshua nigdy nie był osobą mającą parcie na szkło. To wszystko było nagłe, niespodziewane i bardzo spontaniczne.
    - A ty jak daleko chcesz zajść? – szepnął prawie niedosłyszalnie.- Nie mam niczego do stracenia.
    On naprawdę oszalał.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  107. Dusił się. Czuł, jak z każdym kolejnym oddechem zaczyna brakować mu powietrza, jak gdyby pomieszczenie z minuty na minutę stawało się mniejsze i ciaśniejsze. Nigdy wcześniej nie czuł się w ten sposób i dobrze wiedział, dlaczego tak się działo. Freddie, znajdujący się w tym samym pokoju, w tym błogim nastroju i ten pieprzony pocałunek, a raczej jego własna, pieprzona reakcja. Siedział jeszcze chwilę z ludźmi grając w butelkę, jednak dalsza część zabawy nie sprawiała mu takiej przyjemności, jak pierwsze chwile wspólnej gry. Szczególnie, że wtedy obok niego siedział Wayland. Zagryzł nerwowo wargę, szybko jednak rezygnując z mugolskiej gry na rzecz rozmowy. Stał w grupce z Puchonami i jeszcze kilkoma Krukonami i rozmawiał, a raczej słuchał uważnie tego, co tamci mieli do powiedzenia. Od czasu do czasu napełniając pusty kubek ognistą whiskey, lub winem skrzatów. W jego głowie krążyło mnóstwo myśli. Skupiał się na dzisiejszym dniu, tym konkretnym wydarzeniu, analizując dokładnie cały miniony miesiąc. Przecież tak naprawdę czekał na ten moment, czekał, aż w końcu wydarzy się coś, co utwierdzi go tylko we własnym przekonaniu. Dzisiaj to się stało, ale on… On stchórzył. Gdyby tylko mógł, schowałby głowę w piasek i zniknął, a przecież… Stało się to, na co czekał. Zerkał od czasu do czasu na Freddiego, jakby upewniając się czy ten jest w stanie dalej się dobrze bawić, on sam nie mógł. Jego myśli ciągle krążyły wokół osoby Gryfona i nic nie mógł na to poradzić. Nie uczestniczył w rozmowach, mimo iż je słyszał, to ich nie słuchał.
    Kiedy oberwał poduszką, która wytrąciła z jego dłoni alkohol, który znalazł się na jego koszulce westchnął ciężko i spojrzał na osobę, która była tego sprawcą. Chciał już coś burknąć mało przyjemnego, kiedy zorientował się, że to Wayland. Frederick, który już po chwili znalazł się tuż przed nim, dotykając jego torsu, zagryzając wargę… Będąc tak blisko.
    — Nie mam nic, co mogłoby mi się same wyrwać z dłoni. — Mruknął, nie wiedział czy powinien się schylić i podnieść poduszkę aby trzepnąć nią delikatnie chłopaka czy może zignorować to wszystko i uznać, że najwyższy czas na powrót do siebie? Spojrzał w oczy Fredericka, jakby to miało pomóc mu w podjęciu decyzji, i w tym momencie wiedział już, że popełnił błąd. Chciał wyszeptać błagalnie jego imię, jakby miało to cokolwiek zmienić. Jakby mogli się cofnąć odrobinę w czasie, a on sam mógł wpłynąć na tamte wydarzenia. Zamknąłby się i kontynuował to, co zaczął Wayland, ale teraz? Teraz nie mógł zrobić nic. — Chyba… Powinienem iść się przebrać, albo… Albo raczej ty powinieneś coś z tym zrobić, w końcu to twoja sprawka, Wayland. — Dodał, unosząc delikatnie kącik ust, wpatrując się cały czas w jego jasne tęczówki.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  108. Zwariował. Oszalał. Serce całkowicie przejęło nad nim kontrolę, a on sam chyba nie do końca był pewien co tak właściwie robi. Może to wcale nie serce, tylko te promile buzujące w jego żyłach? W każdym razie pozwolił na wyprowadzenie siebie z pokoju wspólnego Puchonów, a później, na korytarzu słysząc pytanie Fredericka po prostu chwycił go za dłoń i pociągnął w stronę wieży zachodniej.
    — Nie udawaj, że nie wiesz… Przecież wiem, że przyjaźnisz się z Julią i z pewnością nie raz byłeś w krukońskiej wieży. — Szepnął cicho, czując, jak robi mu się gorąco. Tak naprawdę plama znajdująca się na jego koszulce w ogóle mu nie przeszkadzała, nie przejmował się tym bo praniem i tak zajmowały się domowe skrzaty, a one znały się doskonale na praniu i innych domowych obowiązkach, przez co Hyunie nawet nie brał pod uwagę możliwości, aby plama pozostała na koszulce, a nawet jeżeli… To tylko biały, zwykły t-shirt, kupiony przez jego matkę na ulicznym straganie. Nie był markowy, nie był drogi ani specjalnie Hyunowi na nim nie zależało, za to czuł, jak cholernie mocno zaczyna mu zależeć na Freddim i tego właśnie bał się najbardziej, jednocześnie jednak trzymał jego dłoń i właśnie prowadził go do wieży Ravenclawu, by po chwili wprowadzić go do swojego dormitorium. Oszlała, a alkohol tylko to wspomagał.
    Kiedy dotarli do ruchomych schodów, Hyun oparł się o poręcz i przeklął cicho, gdy te zaczęły zmieniać swój kierunek, nim chłopcy zdążyli zejść z nich na odpowiednim piętrze.
    — Nie jestem pewien, które to piętro…— Mruknął, rozglądając się dookoła. W którymś momencie ich wędrówki, puścił dłoń Gryfona, jednak szedł na tyle blisko niego, aby od czasu do czasu ich ramiona mogły otrzeć się o siebie niby przypadkiem. — To chyba… Siódme piętro. — Uśmiechnął się, rozpoznając jeden z portretów. Spojrzał jednak na Gryfona, jakby wyczekując jego potwierdzenia. W końcu to na siódmym piętrze znajdował się pokój wspólny Gryfonów i ten zdecydowanie powinien wiedzieć, jeżeli faktycznie znajdowali się w pobliżu tego miejsca.

    ♥♥

    OdpowiedzUsuń
  109. Zaśmiała się głośno, kiedy Freddie skomentował pomysł przywiezienia mu mugolskich słodyczy, a kiedy przestała i chłopak zaczął leniwie głaskać ją po włosach, przekręciła głowę z jego stronę i zamknęła oczy, jakby była małym kociakiem, którego wystarczy odpowiednio pogłaskać, żeby zachciało mu się spać na następne kilkadziesiąt minut. Leżąc tak spokojnie na burczącym brzuchu przyjaciela, w to pochmurne, jesienne popołudnie, Julia nie mogła uwierzyć, że jeszcze tego samego dnia rano, myśl o Freddiem była jak szpilka wbijana w serce. W tym momencie prawie nie pamiętała o tym co się stało, liczyło się tylko tu i teraz, ewentualnie przyszłość, bo chyba żadne z nich nie miało ochoty oglądać się za siebie. Mogli być znowu razem, chowając gdzieś żal, wątpliwości, wyrzuty sumienia albo pretensje. A deszcz uderzał usypiająco o blaszany parapet za oknem, tak spokojnie, że już nic nie mogło tej chwili zniszczyć.
    Na pytanie przyjaciela, otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie i zmarszczyła nosek, patrząc na chłopaka tak, jakby zaproponował jej coś niezbyt apetycznie wyglądającego do zjedzenia.
    - Eee...? - jęknęła i delikatnie pokręciła głową. - Ty na pewno wiesz kogo pytasz?
    Julia była dziwną osobą, jeżeli chodzi o imprezy, bo raczej ich nie lubiła, ale na większości jednak się pojawiała, bo komuś tam udało się ją jakoś namówić. I czasem nawet zdarzało jej się nie żałować poświęconego na to czasu, chociaż i tak zazwyczaj uważała, że gdyby zamiast tego usiadła do książek, bawiłaby się znacznie lepiej.
    - Choćbyś mi dał trzy butelki rumu... - zawahała się na moment, marszcząc brwi. - Hmm... właściwie to za trzy butelki rumu bym poszła.
    Znów przekręciła głowę i patrzyła w sufit, jakby kalkulowała czy jej się to rzeczywiście opłaca.
    - A co? Potrzebujesz niańki? - podniosła się, wystawiła język do Freddiego i sięgnęła przez niego po napełnioną alkoholem, z której upiła spory łyk. Już powoli zaczynała odczuwać jego skutki i było jej z tego powodu bardzo wszystko jedno. Choćby miała spać u Freddiego, bo lepiej żeby się nie włóczyła nietrzeźwa po nocy, choćby jego koledzy mieli dziwnie się patrzeć, chociaż chyba był czas się przyzwyczaić i choćby Hyun miał ją za to kiedyś zabić, gdyby się dowiedział, jej i tak nie robiło to różnicy. Dzisiaj był dzień tylko dla nich i mogli wyszaleć się za wszystkie te dni bez siebie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  110. Słuchał Fredericka i sam nie wiedział co zrobić dalej. Brnąć w ten „flirt”, czy machnąć na to ręką i wrócić do przerwanego zajęcia? Nie chciał dać chłopakowi satysfakcji, odchodząc jako pierwszy, ale czuł, że znajduje się w martwym punkcie i niedługo naprawdę będzie musiał się wycofać. Tylko dlaczego?
    Może chodziło o reputację. Wśród ludzi, mimo nowoczesnych czasów, nadal znajdowało się wielu homofobów, którzy zajmowali się związkami innych bardziej niż swoimi własnymi. Osobiście, Joshua nigdy poważnie nie rozmyślał nad swoją orientacją seksualną. Miał kilka dziewczyn, a ich poznawanie przychodziło mu naturalnie i czuł do nich pociąg. Nie skreślał jednak związku z mężczyzną, chociaż nigdy z żadnym się nie związał. Jasne, było kilka eksperymentów i pocałunków z innymi chłopakami, ale czy to zmieniało coś w jego poglądzie na orientację? Nie. Joshowi zależało na samym człowieku, obojętnie jakiej był płci. Jeśli pokocha, to pokocha. Jeśli nie, to miłość przyjdzie sama. Zresztą, był młody, wszystko stało przed nim otworem, miał jeszcze czas na odnalezienie tej lepszej połówki.
    Gdyby ta lepsza połówka okazała się mężczyzną, Joshua na pewno nie miałby czego szukać w domu. Ojciec wpadłby w furię, wyrzucił za drzwi bez żadnego dobytku, wyrzekłby się go. Próbowałby zatuszować fakt, że jego pierworodny woli mężczyzn i nie pozwoliłby ujrzeć tej informacji światło dzienne. Podejście jego rodziny do tych spraw było naprawdę bardzo smutne.
    Zamrugał kilka razy, zagryzł dolną wargę i już chciał coś powiedzieć, gdy nagle jakiś dziewczęcy głos krzyknął:
    - Pocałuj go!
    Josh zmarszczył brwi i spojrzał pytająco na Waylanda, jakby pytając go, co sądzi na ten temat. Przekomarzanie się to jedna rzecz, a wymienianie śliną to już coś całkiem innego. I nie chodziło tu o to, że Joshua uważał całowanie za coś świetego, zarezerwowanego jedynie dla par, bo tak nie było. Chodziło o to, że stali oddaleni od siebie o jakieś dwa centymetry, przed liczną publicznością. Jeden ruch i mogło zdarzyć się wszystko.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  111. Nie był pijany, na tyle by nie pamiętać co się stało te parę godzin taśmy, jednak alkohol znajdujący się w jego krwi skutecznie wypierał z jego głowy wszystkie negatywne myśli, sprawiając tym samym, iż Hyun nie czuł w tym momencie żadnych wyrzutów sumienia, a poprzez towarzystwo Gryfona, czuł się naprawdę dobrze. Znacznie lepiej niż z samym sobą, lepiej niż w towarzystwie kogokolwiek innego. Przy Fredericku, czuł się po prostu swobodnie. Nie myślał tak zawzięcie o przeszłości, bo skupiał się na chwili obecnej, a przynajmniej w tym momencie tak właśnie było, bo alkohol działał dla ich znajomości bardzo sprzyjająco. Nad tym, co będzie rano , nie był w stanie jeszcze myśleć, a nawet robić tego nie chciał.
    - No przecież idę – mruknął, widząc ponaglające go machnięcia dłoni Gryfona – nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany – dodał jeszcze szybko, uśmiechając się szeroko do chłopaka, mając czarny czas na uwadze, że już dawno powinni być w swoich dormitoriach, a przede wszystkim powinni być trzeźwi, obu punktów nie spełniali, gdyby ktoś ich nakrył... Mieliby niemałe problemy.
    Gdy Wayland, ułożył dłonie na uszach Koreańczyka, Hyun wyszczerzył swoje zęby i układając ręce na dłoniach chłopaka szepnął tylko ciche: i tak słyszałem., po czym dziarskim krokiem ruszył za swoim towarzyszem. – Będę mógł cie teraz odwiedzać bez zapowiedzi. – Oznajmił z delikatnym uśmiechem na ustach. Rzucił krótkie acz znaczące spojrzenie na usta Freddiego, a później odwrócił głowę w bok, jakby orientując się co właśnie zrobił. Rozejrzał się po pomieszczeniu, przyglądając się każdemu łóżku, jakby uprawniając się, że poza jednym śpiącym chłopakiem, nie ma nikogo więcej w dormitorium Gryfonów z szóstego roku. Stanął na środku pokoju i uważnie Waylanda. Kiedy ten podał mu koszulkę, spojrzał na nią i ironicznie uniósł kącik ust.
    - I co, będziesz się tak gapił? – Uniósł znacząco brew i delikatnie wargę – Z tego co pamiętam, to ty miałeś się tym zająć, a nie ja. – Uśmiechnął się, nie jednak na reakcję Gryfona, odłożył szarą koszulkę na łóżko i chwycił za swoją, by ta tuż po chwili znalazła się tuż obok tej od Waylanda. Tym samym stał przed Freddim w samych spodniach, wystawiając na widok swój tors, który pomimo drobnej, szczupłej budowy prezentował się całkiem dobrze. W końcu należał do drużyny, a jego sprawność fizyczna niejednokrotnie była wystawiana na próbę w Seoulu. Poniżej żeber po prawej stronie miał brzydką bliznę, która była po jednej z przygód, którą przeżył wraz z Changiem. Uzdrowicielka że skrzydła szpitalnego mu kiedyś jej usunięcie za sprawą magii, gdy trafił pod jej opiekę po jednym z meczy, nie zgodził się jednak na to. Normalnie starałby się ją ukryć, ale w tym momencie nie myślał o tym.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  112. Plotki szalały po całej szkole aż w końcu dotarły do Julii. Zasłyszane gdzieś ciche głosy, prawie szepty, ukrywane, jakby wszyscy zapomnieli, że w zamku informacje i tak rozchodzą się szybciej niż było to warte. I mimo iż po tylu latach, Julia myślała, że nic ją nie zdziwi, to tym razem jej oczy szeroko otworzyły się ze zdumienia, bo chodziło o kogoś, kto znaczył dla niej więcej niż przeciętny obiekt uczniowskich plotek.
    - Aha. - mruknęła pod nosem, opierając plecy o ścianę, jakby to wszystko zmiotło ją z nóg. Zwyczajnie nie mogła uwierzyć. W końcu zaśmiała się i kręcąc głową ruszyła w stronę wieży Gryffindoru, podczas gdy z jej ust wyrwało się ciche Ja go zabiję. Chwilę stała przed portretem Grubej Damy i zaraz pojawił się jakiś Gryfon, który chciał wejść. Poprosiła go grzecznie, aby zawołał Freddiego Waylanda, a kiedy zgodził się, zaczęła chodzić po korytarzu w tę i z powrotem, z rękami skrzyżowanymi na piersi, aż w końcu usłyszała za sobą skrzypienie obrazu. Odwróciła się gwałtownie, zdecydowanym krokiem podeszła do Freddiego i zaczęła bić go otwartymi dłońmi w ramię, jakby musiała koniecznie podkreślić to, jak bardzo jest na niego wkurzona.
    - Jak mogłeś nic mi nie powiedzieć? - wybuchła w końcu, patrząc na chłopaka z groźnym błyskiem w oczach. Dawno nie była na niego tak zła. - Od kiedy lądujemy w Skrzydle Szpitalnym i nie wspominamy sobie o tym nawet słowem? A! No jasne! Od wczoraj!
    Uniosła brwi, patrząc na Gryfona wyczekująco, ale odezwała się znowu, zanim w ogóle zdążył otworzyć usta.
    - A może my się po prostu już nie przyjaźnimy? - wiedziała, że to nieprawda, ale w tej chwili przemawiała przez nią tylko złość. - No bo najwidoczniej nie zasługuję na to, żeby wiedzieć.
    Odwróciła wzrok i zacisnęła zęby, żeby już lepiej więcej nie mówić. Pokręciła głową z niedowierzaniem.
    - Kurde, Freddie, tak się nie robi. - dodała jeszcze tylko, zdecydowanie ciszej i bardziej ze smutkiem i rozczarowaniem niż zdenerwowaniem. Westchnęła cicho i spuściła głowę. Czuła się strasznie. Jakby zupełnie nic dla niego nie znaczyła.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  113. Jej nie obchodziła publiczność. Była zła i nie przejmowała się niczym wokół, tylko Freddiem i tym jak bardzo znowu zachował się jak idiota. Nie patrzyła na niego, kiedy mówił. Odwróciła wzrok, bo wiedziała, że gdy spojrzy mu w oczy to od razu mu wszystko wybaczy, a nie chciała. Tak się nie robi. Nie chciała, żeby kiedykolwiek jej to robił i musiał to wiedzieć. Ona podchodziła do przyjaźni na poważnie i nie mogła uwierzyć w to, że jej przyjaciel nawet nie powiedział jej o tym, że trafił do szpitala, że coś złego się stało. To było za dużo. Zdecydowanie.
    Wzdrygnela się, kiedy poczuła jego rękę na swoim ramieniu, ale zanim zdążyła się odsunąć, złapał ją za łokieć i zaczął prowadzić ją przez korytarz. Nie chciał stać na widoku. Wyszarpnęła rękę z jego uścisku i odsunęła się o krok, po czym weszła do wskazanej przez niego małej salki, nieużywanej chyba od dawna, bo na wszystkich meblach widoczna była gruba warstwa kurzu. Freddie zamknął szybko drzwi, podszedł do Julii blisko i odezwał się w końcu. Uniosła lekko głowę, patrząc mu w oczy i zmarszczyła brwi, zła teraz również na samą siebie, bo czuła jak poziom zdenerwowania na przyjaciela powoli się zmniejsza. Wiedziała, że jest dla niego ważna. Doskonale to wiedziała. Zacisnęła zęby na dolnej wardze, kiedy powiedział co się stało.
    - To wszystko. - powtórzyła jego słowa szeptem, kiwając lekko głową. Odetchnęła głęboko i położyła dłoń na szyi chłopaka, kciukiem delikatnie głaszcząc jego policzek.
    - Już wszystko okej? - spytała cicho, głosem pełnym zmartwienia, ale spokojnym. Plan Freddiego zawiódł. Nie chciał, żeby się martwiła, ale ona martwiła się i tak. - Co się stało? I z kim ten szlaban?
    Nie wyobrażała sobie życia bez Freddiego. Był dla niej tak ważny, że nie była w stanie znieść myśli, że cokolwiek mogło mu się stać.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  114. — A żebyś wiedział, że mi to przeszkadza. — Oznajmił, patrząc prosto w oczy chłopaka. — Przeszkadza mi, że tak stoisz i nic nie robisz, skoro… Jak już mówiłem szybciej, ty miałeś się wszystkim zająć. — Burknął, nie spuszczając spojrzenia z oczu chłopaka. Jak gdyby dokończenie przez niego, wymiany koszulki było najważniejszą z czynności, jakie mieli do zrobienia, a w zasadzie nic więcej do zrobienia nie mieli. Zamknął jednak usta, gdy chłopak do niego podszedł. Był tak blisko, że Hyun po prostu czuł jego oddech na swojej twarzy, gdy ten do niego mówił. W momencie, kiedy chłopak nachylił się, tym samym zbliżając się do Koreańczyka jeszcze bardziej, ten przymrużył delikatnie oczy. Był pewien, że ich usta ponownie złączą się w pocałunku. Obrywając jednak poduszką, zdezorientowany wzdrygnął się lekko, tym samym czując odrobinę zawstydzenia. Był pewien, że Frederick go pocałuje, a ten tymczasem… Skubany. Ułożył dłonie na biodrach i zmierzył chłopaka chłodnym spojrzeniem. Z jego głowy wyleciał fakt, iż w dormitorium znajduje się ktoś jeszcze. Nie zastanawiając się nad swoim działaniem długo, sięgnął poduszkę i oddał Frederickowi dokładnie takim samym ciosem, uśmiechając się przy tym delikatnie.
    — Naprawdę chcesz wojny? — Wyszczerzył się szeroko, przesuwając się delikatnie w bok, aby umknąć kolejnemu zamachnięciu Fredericka. Nie zamierzał się poddawać. Skoro Gryfon chciał mieć wojnę, Krukon był w stanie mu ją dać. Zacisnął palce na bawełnianej poszewce i zamachnął się, okładając puchową poduszką w bok Gryfona. Uśmiechał się przy tym cały czas szeroko, za każdym razem oddając cios Waylandowi. — Chyba nie myślisz, że ze mną wygrasz, co? — Odezwał się, kiedy Frederick po raz kolejny go ugodził poduchą. Hyun nie zamierzał się jednak poddawać, co to, to nie. Nie nazywał by się Han Hyun, jeżeli dałby się pokonać Gryfonowi. A przecież był Hyunem, był Hanem i chociaż bardzo lubił Fredericka, chowająca się w nim rządza rywalizacji wzięła górę, nawet, jeżeli była to tylko zabawa. — Lepiej się poddaj, póki możesz. — Oznajmił nagle niskim głosem, robiąc krok w stronę Fredericka, tym samym zapędzając go w przysłowiowy kozi róg. Za Gryfonem znajdowało się łóżko, a tuż obok stolik nocny. Nie miał szansy ucieczki, co Hyunowi po prostu odpowiadało.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  115. Odetchnął z ulgą, gdy Wayland wziął sprawy w swoje ręce i rozgonił towarzystwo. Satysfakcjonowanie publiczności składającej się z nastolatków było zabawne do pewnego momentu, kiedy niewinne sprzeczanie się i trzepotanie rzęsami zachowywało charakter komediowy, a nie przechodziło w romans. Zawód wymalowany na twarzach niektórych z dziewcząt był iście absurdalny, bo dlaczego miałyby czerpać jakąkolwiek przyjemność z pocałunków dwóch niecierpiących się osób, Ślizgona i Gryfona? Podsycenie stereotypów? Obalenie ich? Upodobania niektórych ludzi nadal stały pod wielkim znakiem zapytania, a Joshua był zbyt dużym egoistą, aby głębiej w to wnikać.
    Joshua skrzyżował ręce na torsie i patrzył na Waylanda z niebezpiecznym błyskiem w oku. Chwilowa tolerancja tego chłopaka odeszła wraz z tłumem, a na miejsce wróciła dobrze znana antypatia. Żarty się skończyły, oczywiście nie przesadzając, bo przecież żaden z nich nie miał zamiaru rzucić się na drugiego. Prawda? Ręka świerzbiła, ach, tak bardzo wyrywała się do działania, jednak wciąż przytrzymywana była przez drugie ramię i nie miała prawa się wyślizgnąć. Nie mógł sobie pozwolić na pochopne czyny i ruchy.
    - Racja, dwa światy, jeden całkiem lepszy, drugi trochę gorszy – powiedział chłodno, zmieniając swoje dotychczasowe pozytywne nastawienie na to oziębłe.- A teraz na poważnie, Wayland. Trzymasz swoją szanowną dupę z daleka od mojej i będzie pięknie. Kretyn.- Zmierzył go oceniającym wzrokiem, po czym uniósł dumnie głowę i odwrócił się plecami do Gryfona.
    Teraz miał zamiar wrócić do dormitorium, skończyć wypracowanie, zapalić papierosa i po prostu poleżeć w błogiej ciszy, bez żadnych zakłóceń i szmerów. Po takiej dawce „wrażeń” naprawdę na to zasługiwał.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  116. Dla Julii przyjaźń to nie była tylko sielanka, żarty i zarażanie się nawzajem dobrym humorem. Przyjaźń to coś więcej. Przyjaźń to dosłownie wszystko, czyli również zamęczanie się nawzajem problemami i wkopywanie się w bagno. I to zawsze miało sens. Bo jakkolwiek skryta Julia nie była to wiedziała, że przyjaźń zawsze zasługuje na szczerość i wtedy dzieli się ze sobą nie tylko te dobre momenty, ale również te złe. Nauczyła się tego doskonale po tym jak przez miesiąc tłumiła w sobie wszystkie emocje związane z Julienem, nie mówiąc nikomu ani słowa i płacząc nocami tak, jakby świat zawalił jej się na głowę. Freddie był jej wybawieniem. I nigdy mu tego nie zapomni i to właśnie dzięki niemu zawsze będzie wiedziała co naprawdę znaczy przyjaźń.
    Kiwnęła głową na jego słowa i opuściła rękę.
    - Zawsze uważałam, że szlabany w Zakazanym Lesie to jest jakiś absurd... - mruknęła pod nosem przewracając oczami, po czym zarzuciła Freddiemu ręce na szyję i przytuliła go mocno. - Jesteś idiotą, ale cieszę się, że nic Ci nie jest.
    Po dłuższej chwili odsunęła się na pół kroku i marszcząc brwi przyjrzała się przyjacielowi uważnie, jakby chciała znaleźć nawet najdrobniejsze odstępstwo od normy. Wszystko wydawało się być na miejscu, tylko jego oczy były jakieś inne. Nie było w nich tego błysku co zawsze.
    - Coś nie tak. - powiedziała, patrząc w nie i delikatnie wydęła wargi, jednocześnie krzyżując ręce na piersi. - Freddie...
    Nie oczekiwała, że teraz powie jej wszystko, chociaż liczyła na to. Coś ewidentnie nie grało, a ona z każdą chwilą nie martwiła się wcale mniej.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  117. - Nawet jeżeli, to właśnie przegapiłeś swoją okazję. – Powiedział swobodnie, uważnie mu się przyglądając. Dawno nie toczył bitwy na poduszki i zazwyczaj, gdy już do tego dochodziło, odbywała w zupełnie innych okolicznościach. Brało w nich udział znacznie więcej ludzi, były głośniejsze śmiechy i z reguły wszyscy byli ubrani. Nie zwracał jednej na to uwagi, ani na to, że wciąż był bez koszulki. Uśmiechał się delikatnie, jednak jego spojrzenie było zawzięte, naprawdę model te mini wojnę.
    - Ha! Wiedziałem, że ten moment nastąpi. – Zaśmiał się cicho, słysząc głos Fredericka oznajmiający wolę poddania się i zakończenia bitwy. Hyunowi to pasowało. Uśmiechnął się szeroko i już miał wycelować po raz ostatni w chłopaka, gdy to znów się stało.
    Ponownie to się stało. Drugi raz tego wieczoru, stało się coś czego w ogóle się nie spodziewał, tylko, że tym razem tego chciał. Jeszcze chwilę temu liczył, że ich ponownie się spotykają, ale nie w tym momencie. Przez krótką chwilę stał, jak wryty i wpatrywał się w leżącego na dywanie Gryfona, dopiero po chwili na jego ustach pojawił się subtelny uśmiech, a on sam nachylił się i podał chłopakowi pomocną dłoń, uśmiechając się coraz szerzej. W momencie gdy Frederick złapał jego rękę i postanowił się podnieść, Hyun dokładnie w tej samej chwili nachylił się jeszcze bardziej. Tak, że twarze nastolatków ponownie znajdowały się jedna przy drugiej.
    - Ojej... – Szepnął cicho, doskonale zdając sobie sprawę z bliskości jaka ich dzieliła. Był świadom, że jego oddech otula delikatnie twarz Fredericka, a tylko dzieliły ich usta. Nie czekając na reakcję chłopaka, przymrużył delikatnie powieki i pokonał ten mikroskopijny dystans, rozdzielający ich. Przystawił swoje usta do jego ust. Ułożył dłoń na policzku Gryfona, a następnie drugą musnął delikatnie jego boku, zatrzymując dłoń na wysokości biodra chłopaka. Jego serce biło, jak oszalałe. Nie miał pojęcia o co tu tak właściwie chodziło, nie rozumiał własnych emocji, ale wiedział jedno. Lubił go. Cholernie mocno lubił tego pieprzonego Gryfona i nie miał pojęcia co powinien z tym tak właściwie zrobić.

    Hyun <3

    OdpowiedzUsuń

  118. Nie miał zamiaru odpuścić chłopakowi. Rathmann i tak się dowie o co chodziło. Jak nie dziś to jutro, albo nawet później, to nie miało znaczenia. Spojrzał na niego uważnie, wręcz wiercąc mu dziurę w brzuchu. Nie chciał go stresować ani denerwować, gdyż Freddie potrzebował teraz wiele odpoczynku, ale Mathias musiał wiedzieć, jak dalej ma zagrać ze Ślizgonem, który będzie miał jeszcze wiele kłopotów przez swoją głupotę.
    - Nie dziękuj, to był mój obowiązek - mruknął profesor krzyżując ręce na piersi. Poprawił się nieco na krzesełku, dziwiąc, że Julka na nim wytrzymała tyle czasu, gdy to on leżał ranny w Skrzydle Szpitalnym. Zacisnął usta w wąski paseczek.
    - Wyjaśnij mi dlaczego, tamten idiota Cię szantażował – poprosił ponownie nadal spokojnym tonem głosu. Przecież nie będzie się wydzierał, tak? Istnieje coś takiego jak normalna rozmowa, a nawet Rathmann miał świadomość, że właśnie w takich sytuacjach, jedynie spokój, był najodpowiedniejszym rozwiązaniem. Przeniósł wzrok na bułeczki, które przyniósł chłopakowi, by ten coś zjadł. Musiał jeść, by powróciły mu siły, a im mniej będzie jadł, tym dłużej będzie siedział w Skrzydle, a Mathias sądził, że nie są to jego szczyty marzeń.
    - Musisz jeść – upomniał go i kiwnął w stronę bułeczek. – Jesteś bardzo osłabiony, a to oznacza, że naprawdę musisz jeść. Jak nie z głodu to z czystego rozsądku, Freddie – dodał kiwając przy tym głową, jakby chciał usilnie potwierdzić słuszność swych słów, bo przecież tak było.
    Spodziewał się, że dość surowe nastawienie względem uczniów, nie pomoże mu w uzyskaniu swoistej odpowiedzi ze strony ucznia, jednak nie miał zamiaru dać za wygraną. Musiał się dowiedzieć i już, a w razie potrzeby nawet chłopakowi pomóc pozbyć się ciężaru jaki Freddie dźwigał na swych barkach.
    - Co Cię trapi, chcę tylko pomóc, nic więcej – ponaglił go, chcąc wzbudzić w nim choć na moment poczucie zaufania.


    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  119. Poczuła jakby cała krew z organizmu napłynęła jej do twarzy. Słyszała doskonale jak głośno dudniła jej w skroniach, odcinając niejako od otaczającej ją rzeczywistości, a jednocześnie docierało do niej każde słowo wypowiadane przez Freddiego. Musiała dać radę. Musiała stać pewnie, nawet jeśli nogi zaczęły się pod nią uginać. To nie chodziło o szantaż. Wiedziała, czuła, że to tylko czubek góry lodowej. I może ten czubek rzeczywiście nie był taki zły, ale to co było pod spodem najwidoczniej tak, bo Julia dawno nie widziała przyjaciela w takim stanie, o ile nie nigdy.
    Powoli pokonała dzielącą ich odległość. Niepewnie położyła dłoń na jego karku, jakby bała się, że zaraz ją odtrąci, ale kiedy po kilku długich sekundach tego nie zrobił, kciukiem zaczęła delikatnie głaskać go za uchem. Patrzyła uważnie na twarz, którą niemal zawsze ozdabiała radość albo inne emocje, które niesamowicie różniły się od tych, które widziała teraz. Nie były nawet podobne. A mimo to nie czuła, jakby stał przed nią obcy człowiek. To był Freddie. Jej przyjaciel. I chciała być obok, niezależnie od wszystkiego. Nawet jeśli nagle miałaby stać się jego partnerem w zbrodni i to dosłownie.
    - Hej, spójrz na mnie. - szepnęła, a w jej oczach widać było zarówno zmartwienie, jak i sporą dawkę zaufania. Dla niej to było oczywiste. Będzie stała za nim murem, niezależnie od tego co zaraz usłyszy. I nawet wtedy, gdy nie usłyszy nic. Bo znała go od lat, wierzyła w niego i nie był złym człowiekiem, nawet jeśli zrobił coś strasznego.
    Kiedy spełnił jej prośbę, a ona mogła spojrzeć w jego niebieskie, teraz niepokojąco smutne oczy, odetchnęła głęboko i tylko nachyliła się lekko, aby delikatnie pocałować Freddiego w czoło. Chciała poprosić, żeby powiedział jej wszystko, zapewnić, że będzie dobrze, ale jego wzrok sprawił, że już nie umiała. Usiadła tylko obok niego i wplotła palce w jego dłoń, jakby ten gest miał powiedzieć wszystko za nią. Jestem tutaj. Zawsze będę. Zawsze będę dla Ciebie i po Twojej stronie.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  120. Owszem, chłopak miał rację. Nie był jeszcze gotowy, ale z drugiej strony czuł, że nie może tego ciągnąć w nieskończoność. Nie potrafił zachować się w obecności Freddiego, nie był sobą powstrzymując przy chłopaku niektóre ze swoich myśli. Zmarszczył delikatnie brwi, gdy doszedł do niego sens słów Fredericka.
    — To… Cholernie skomplikowane. — Mruknął, robiąc krok w tył. Nie chciał tego robić, nie chciał wcale się od niego odsuwać ale czuł, że w tym momencie zachowuje się jak hipokryta. Nie był gotów ale sam zainicjował pocałunek, mało tego. Chciał więcej. Chciał trwać w objęciach Gryfona, czuć jego miękkie wargi na swoich własnych i móc dzielić się ciepłem ich ciał. Widząc, jak Freddie zbliża się do niego, ten automatycznie robił powoli krok do tyłu. W momencie, gdy poczuł na plecach zimną, kamienną ścianę spojrzał przed siebie prosto w jasne tęczówki chłopaka. Poddał się. Czując na swoich ustach wargi chłopaka, nie pozostał mu długo dłużny. Rozchylił delikatnie usta, odwzajemniając pocałunek z wielkim zaangażowaniem. Zapomniał, że na jednym z łóżek śpi kolega Gryfona. Zresztą to się teraz liczyło najmniej. Ułożył dłoń na karku chłopaka i powoli sunął po nim, muskając palcami jego włosy. Drugą zaś ułożył na plecach chłopaka i delikatnie przyciągał go bliżej siebie. Naprawdę chciał jego bliskości, chciał móc chwycić go za dłoń bez większego skrępowania, móc złożyć pocałunek na jego ustach nie myśląc przy tym o milionie różnych mniej lub bardziej ważnych rzeczy. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale w towarzystwie Freddiego nie był w stanie nad sobą zapanować. Nie ,gdy w jego krwi buzowały promile.
    Odsunął się od chłopaka dopiero w momencie, gdy oboje potrzebowali tego ze względu na złapanie głębszego oddechu. Spojrzał w jasne oczy Fredericka i posłał w jego stronę ciepły uśmiech. Wyciągnął dłoń przed siebie i przesunął jej wierzchem powoli po policzku Fredericka.
    — Lubię cię. — Szepnął cicho, kciukiem powoli obrysowując kształt jego warg.

    ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  121. Josh nie miał nic przeciwko zabawie i śmiechom. Jeśli da się ponieść frajdzie i zapomni o jakichkolwiek waśniach oraz piorunujących spojrzeniach, to nie ma nic przeciwko takiemu zapomnieniu się na kilka chwil. Po jakimś czasie jednak schodził na ziemię, a rzeczywistość znów dawała o sobie znać. Wraz ze zniknięciem tłumów zniknęła również milsza wersja Yaxleya. Koniec udawania, koniec grania lowelasa, który zapomina o swojej godności i bezwstydnie flirtuje z chłopakiem, na którego wcześniej nie potrafił nawet spojrzeć bez cienia goryczy. Czy Wayland liczył na coś innego? Na zakopanie topora wojennego, pójścia na imprezę i przytulanie się w świetle gwiazd? Joshua Yaxley nie bawił się w takie gierki. Frederick Wayland nadal niemiłosiernie go irytował i nie zanosiło się na to, aby coś zmieniło się w tej kwestii.
    Szedł przed siebie, nie zważając na puste słowa Gryfona, które w ogóle go nie obchodziły. Dlaczego powinny? Nie miał nic wartościowego do powiedzenia, bo sam, w mniemaniu Josha, nie miał w sobie wielu wartości. Takie osoby nie zasługiwały na marnowanie cennego czasu Ślizgona, który mógł spożytkować go w całkiem inny, pożyteczniejszy sposób.
    Dostał czymś w głowę. I, okej, to trochę go zabolało, przez co syknął przez zęby i chwycił tył czaszki. Co to była w ogóle za zagrywka? Rzucanie książkami? Cofnęli się do czasu, gdy mieli po pięć lat, czy co? Od kiedy rzucanie książkami zaliczało się do racjonalnego rozwiązania problemu?
    - Czy ty się, kurwa, dobrze czujesz? – warknął, podnosząc książkę i oddając ją Puchonce, która po otrzymaniu jej od razu uciekła.- Rzucasz we mnie cudzymi książkami, bo nie mam zamiaru słuchać twojej paplaniny? Aż tak ci na mnie zależy?
    Jego szare tęczówki niebezpiecznie błysnęły. Nie miał jeszcze planu na kolejne chwile, więc pewnie zrobi coś bardzo spontanicznego i bardzo głupiego. Nie chciał być jednak pierwszy. Nie mógł okazać się tym głupszym.
    - Masz szczęście, że to nie było zaklęcie. Chociaż, nie jesteś aż takim tchórzem, aby rzucać urokami w plecy przeciwnika. Gryffindor zobowiązuje – prychnął.- Masz mi coś jeszcze do powiedzenia, skoro już odwróciłem się w twoją stronę?

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  122. W jakiś chory sposób, mimo iż był jej przyjacielem, nie mogła patrzeć na jego łzy. Może dlatego, że bolały ją nawet bardziej niż własne. A może dlatego, że widziała je tak rzadko, że teraz nie chciała w nie uwierzyć. I myślała, że nic nie może być gorsze od tego widoku, dopóki nie usłyszała jego słów, a jej serce wydało się stanąć na moment. Wstrzymała oddech i dopiero po dłuższej chwili wypuściła powietrze z drżących od nerwów płuc. Otworzyła lekko usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, tak jakby to co powiedział Freddie jeszcze nie do końca do niej dotarło. A może po prostu nie mogła w to uwierzyć, bo ta informacja wydawała się burzyć wszystko. I jednocześnie nic, bo oboje doskonale wiedzieli, że nawet zdanie Zabiłem czarodzieja nie zniszczy ich przyjaźni tak po prostu.
    Po chwili Freddie znów się odezwał. Nie mógł pozostawić tego bez wyjaśnień. Julia słuchała uważnie, a z każdym kolejnym zdaniem jeden kamień spadał jej z serca, a drugi ponownie je obciążał. Łzy zaczęły zbierać się w kącikach jej oczu, a jej dłoń spokojnie pozwoliła się puścić. Ukryła na moment twarz w dłoniach, kiedy Gryfon odszedł w stronę okna. Była jednym wielkim paradoksem. Była pewna i pełna wątpliwości. Nie wiedziała, co myśleć i wiedziała doskonale. Potrzebowała przestrzeni chociaż na moment i jednocześnie chciała podejść do przyjaciela i przytulić go mocniej niż kiedykolwiek. I teraz, gdy stała się w jakiś pokrętny sposób jego partnerem w zbrodni, bała się, sama nie wiedząc czego, ale też była odważna, bo nigdzie nie chciała uciekać.
    Odetchnęła głęboko, otarła łzy z policzków i wstała z ławki, zabierając ze sobą tylko odwagę, pewność i świadomość, że dla przyjaciela zrobi wszystko. Podeszła do niego powoli, jakby jakimkolwiek gwałtownym ruchem mogła go skrzywdzić, ale w końcu delikatnie dotknęła jego policzka i spojrzała mu w oczy.
    - Wszystko okej, Freddie. - powiedziała drżącym głosem. - To nie jest Twoja wina.
    I objęła go, mocno, a zarazem delikatnie przyciskając do siebie, tak jakby chciała zabrać od niego strach, wyrzuty sumienia i wszystko, co złe, nawet jeśli miałoby się to zagłębić u niej w sercu.
    - To nie twoja wina. - powtórzyła cicho.
    Mogłaby się zastanawiać dlaczego słyszy o tym dopiero teraz, a nie trzy lata wcześniej, ale żadne z nich nie miało pewnie teraz siły i ochoty na dyskusję na ten temat. Poza tym, to było najmniej istotne.

    [ Takie trochę pisane na kolanie w autobusie, ale mam nadzieję, że jest choć trochę okej :) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  123. Odwzajemniał każdy pocałunek z największą czułością, na jaką było go stać będąc pod wpływem alkoholu. Dłoń, cały czas trzymał na karku chłopaka, sunąc ostrożnie palcami po delikatnej skórze Gryfona. Nie chciał przerywać tego gestu, nie chciał przerywać tej słodkiej przyjemności, na którą tak bardzo czekał, której tak bardzo pragnął i zarazem tak bardzo się bał. Obawiał się wszystkiego tego, co będzie później. Bał się, jak to wszystko będzie wyglądało po. Alkohol zawsze sprawiał, że nie zachowywał zdrowego rozsądku, a umiejętność oceniania sytuacji znikała gdzieś… Nie wiadomo w zasadzie gdzie. Tym razem było dokładnie tak samo, bo przecież gdyby był trzeźwy w życiu nie zainicjowałby tego pocałunku. Nie po tym, co miało miejsce w trakcie powrotu na imprezę. Uśmiechnął się subtelnie, słysząc odpowiedź Fredericka. Chciał już powiedzieć coś jeszcze, zbliżyć się jeszcze bardziej i ponownie złączyć ich wargi w namiętnym pocałunku, jednak zamiast tego poczuł, jak Gryfon ujmuje jego dłoń w swoją i wyciąga powoli na środek pokoju. Na czole Krukona pojawiły się dwie zmarszczki oznajmiające całkowite skupienie i intensywne rozmyślanie nad właśnie co usłyszanymi słowami.
    — Chyba… Chyba powinienem. — Powiedział w końcu w odpowiedzi na pytanie chłopaka, jednak nie ruszył się nawet na krok, nie wyswobodził dłoni z jego uścisku, nie szarpał się. Zamiast tego wszystkie stał tylko w bezruchu i wpatrywał się w jasne tęczówki Gryfona, rozmyślając nad tym co jeszcze może zrobić, aby ta noc trwała w nieskończoność. — Ale wcale nie chcę, Freddie. — Dodał szeptem, jakby bojąc się, że ktokolwiek może usłyszeć jego słowa, skierowane tylko i wyłącznie do stojącego tuż przed nim Gryfona. W tym momencie było dokładnie tak samo. Chciał i nie chciał. Obawiał się. Ciągle tylko czuł strach przed tym co będzie później, co się wydarzy. Mając złe wspomnienia związane z Changiem obawiał się ruszyć na przód. Nie znał Freddiego dobrze, miesiąc… Niby już coś o nim wiedział, jednak w jego głowie wciąż pojawiały się kolejne pytania, których zadać po prostu nie mógł, bo przyzwoitość na to nie pozwala. Nie znał jego zamiarów, nie wiedział jaki jest w związkach. Był cholernie sympatyczny i zarażał uśmiechem. Sprawiał, że jego serce biło jak oszalałe, oczy radośnie świeciły, ale… Nic więcej nie wiedział i nie wiedział co dalej zrobić.
    — Chyba jednak wrócę do siebie. — Uśmiechnął się, w końcu delikatnie wyszarpując dłoń z jego uścisku. — Tak będzie lepiej. Bezpieczniej. — Dodał, zerkając na łóżko, na którym spał jeden z kolegów Fredericka. A co, gdyby się obudził i ich zobaczył? To było wielkie ryzyko.

    ♥♥

    OdpowiedzUsuń
  124. Joshua przystosowywał się do środowiska, w jakim aktualnie się znajdował. Był to najprostszy mechanizm obronny w przyrodzie – każde zwierzę miało swój własny sposób na zachowanie ochrony, a ludzie, jako zwierzęta, wcale nie zachowywali się inaczej. Potrafił przybrać dobrą minę do złej gry, uśmiechnąć się tam, gdzie wypadało, a następnie ciskać gromami z oczu. W życiu trzeba było sobie radzić, mili i pomocni ludzie już dawno spadli z czubka piramidy społecznej. Zastąpiły ich osoby sprytne, przebiegłe i przedsiębiorcze. Mogły osiągnąć więcej, zajść dalej, zaglądać głębiej. Dlatego też Joshua nie bawił się w prawdę i zrozumienie – on grał w grę „osiągnij swój cel, nie patrz na innych”. Bardzo często mu się to udawało, a zdziwione miny mijanych przez niego osób mówiły same za siebie. Irytacja i zdziwienie tylko napędzały go do dalszego działania.
    Żałosne przedstawienie Gryfona bacznie obserwował z uniesioną brwią, jakby nie dowierzał, że nadal bierze udział w tej szopce. I mimo że wiedział, iż to przez niego to wszystko się zaczęło i mógł rzucić to w cholerę już na początku, to nie potrafił wyzbyć się przekonania, że to Wayland jest autorem unoszącej się na korytarzu głupoty.
    Buc, dwulicowość, ach, każde kolejne słowo opuszczało usta Gryfona, a oczy Josha wywracały się tak bardzo, że większa ich powierzchnia była aktualnie białkiem. To nie robiło na nim wrażenia – słyszał podobne słowa już tysiące razy w życiu i ani razu się nimi nie przejął; nawet wtedy, gdy w pierwszej klasie Carol Gordon nazwała go „kłamliwym jaszczurem z Wrzeszczącej Chaty”. Epitet ciekawy, ale zupełnie bezskuteczny.
    - Chyba bardzo chcesz mi zaimponować, skoro nadal aż tak zależy ci na irytowaniu mnie i złapaniu mojej uwagi – prychnął niewzruszony. – Nie ta liga, pączuszku. Za wysoko mierzysz.
    Oczywiście, mógł już dawno stąd odejść i machnąć na wszystko ręką, ale chciał zobaczyć, czy Wayland w końcu wybuchnie. Był bardzo blisko, Joshua to widział, ale nie był pewny, czy osiągnie apogeum złości i zirytowania.

    Joshua

    OdpowiedzUsuń
  125. To było cholernie trudne. Bo nie był to nagły skok z jesteśmy przyjaciółmi na akceptuję twoje istnienie. To zadziało się dużo wolniej, dbała o to, żeby wychodziło naturalnie, a jednocześnie miała na głowie tyle innych rzeczy, których musi dopilnować, by nadal uchodzić za tą samą Lucy Wood, tyle innych osób, na których musiała skupiać swoje spojrzenie, że nie bardzo wiedziała jak ma zachować się w stosunku do swoich przyjaciół. Z Julią było prościej, bo Krukonka wiedziała, a przynajmniej zdawała się rozumieć, że Lucy Wood jest z mgły, która, choć w danym momencie żywa i gęsta, może rozpłynąć się z wiatrem w każdej chwili.
    Nie było jej na rękę zostawiać kogoś takiego jak Freddie i skupiać się na rzeczach tak prozaicznych jak to, czy Avery raczy pojawić się w klubie ślimaka. Nie chciała zostawiać przyjaciela na rzecz pana ociekam zajebistością. Takie były jednak polecenia. I Lucy była przekonana, że zasługuje na więcej, tylko, że z tym więcej postanowiła zerwać kontakt. Nie mogła narażać nikogo na większe niebezpieczeństwo niż to było konieczne. A Freddie… Freddie prędzej czy później zacząłby pytać i Lu doskonale o tym wiedziała.
    Ale powinna była też przewidzieć, że nie każdy może zareagować totalną rezygnacją po czymś takim. Myślała, że jeśli dostatecznie powoli będzie się między nimi kruszyło, to chłopak będzie żył swoim życiem i pomału zapomni o tej przyjaźni. Tak przecież miało być. We wspomnieniach miała być fajną dziewczyną i niczym więcej. Gdy więc Wayland do niej podszedł, poczuła lodowate ciarki przechodzące wzdłuż kręgosłupa. A jego słowa sprawiły, że dziewczyna niemalże przymarzła do ziemi.
    - Ty to powiedziałeś – odparła, mrużąc lekko oczy. To nie były jej słowa i nigdy nie śmiałaby tak go nazwać. – Więc jeżeli przyszedłeś jedynie wmawiać mi opinię na swój temat, to chyba rzeczywiście nie mamy o czym rozmawiać. – Kłamała. Tak straszliwie lawirowała między tym, co chciałaby powiedzieć, a tym, by urazić chłopaka jak najmniej. Patrzyła na niego z twardym wyrazem twarzy, choć wewnątrz czuła się, jakby zaraz miała zemdleć. Robiła wszystko by jej oczy nie zaszkliły się od nadmiaru emocji.
    - Skoro już tu jesteś… Co u ciebie? – zapytała bezczelnie, chyba licząc na to, że jeśli chłopak się zdenerwuje jeszcze bardziej to może i zacznie uprzykrzać jej życie, ale przynajmniej nie będzie wymagał wyjaśnień. Na wyjaśnienia nie było miejsca. Lucy nie przygotowała się i nie odnalazła w nowej sytuacji na tyle, by znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie. Bo zrywam z Wami kontakt, gdyż po szkole będę grała dla Chińczyków nie wydawało się najlepszym pomysłem.

    Luśka

    OdpowiedzUsuń
  126. Kiedy poczuła na sobie jego ramiona, uśmiechnęła się lekko. Tak jakby wszystko już było dobrze. A przynajmniej lepiej. I naprawdę myślała tak jak powiedziała. Że to nie jest jego wina. Zrobił to w obronie swojej matki. Zrobił co musiał. Nie był mordercą. Spojrzała w jego idealnie niebieskie oczy i obdarzyła go subtelnie optymistycznym uśmiechem. Takim, który mówił, że wszystko jest okej.
    - Sześć. - odpowiedziała, kiedy wspomniał o pomarańczach. - Będzie akurat na dwa soki.
    Nie musiał się odwdzięczać. Nie robiła nic szczególnego. Była po prostu najlepszą przyjaciółką na świecie. Tak samo jak on był dla niej.
    A za jakiś czas to właśnie ona potrzebowała przyjaciela, bo tym razem jej świat przewrócił się do góry nogami. I teraz już nie mogła ukrywać tego przed Freddiem przez miesiąc. Wytrzymała niecałe trzy dni.
    - Freddie, muszę z Tobą pogadać. - powiedziała, nawet się wcześniej nie witając, kiedy nagle, bez ostrzeżenia usiadła obok niego na ławce podczas kolacji. Spojrzała na niego takim wzrokiem, że zapewne wszelkie pomysły na odpowiedź w stylu „Moment, tylko dokończę jeść.” wypadły mu z głowy. Znał ją doskonale, potrafił wyczytać z jej twarzy najdrobniejsze szczegóły i musiał to dostrzec. Była przerażona. A jednocześnie promieniała.
    Po krótkiej chwili wstała od stołu Gryfonów, złapała przyjaciela za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Rozejrzała się, jakby szukała pomysłu na to gdzie pójść.
    - Do Ciebie. - zadecydowała w końcu. To było całkiem dobre miejsce. Schody nie zamieniały się w zjeżdżalnię, kiedy wchodził na niej ktoś nieuprawniony, współlokatorów ostatecznie zawsze można było poprosić, aby gdzieś się ewakuowali na chwilę, a teraz na pewno i tak nie będą musieli, bo kolacja dopiero się zaczęła i wszyscy byli w Wielkiej Sali.
    Bez słowa dotarli do dormitorium Freddiego, a wtedy Julia usiadła na podłodze przy łóżku, opierając się o nie plecami. Odetchnęła głęboko, wyraźnie zdenerwowana, a wzrok miała utkwiony w jakimś punkcie naprzeciwko, na który nie zwracała najmniejszej uwagi.
    - Julien i ja jesteśmy razem. - wypaliła nagle. Nie wiedziała jak powiedzieć to inaczej, lepiej. Może powinna trochę spokojniej, trochę na około. Ale to i tak nie byłoby mniejszym zaskoczeniem. W końcu właśnie przyznała się do tego, że jest w związku, chociaż mówiła, że nigdy i z nikim nie chce być. W dodatku jest w związku z chłopakiem, z którym od lutego nie zamieniła ani słowa i to właśnie przez to, że nie chciała być z nim w związku, mimo iż była zakochana po uszy, a przyjaźnili się od kilku lat. Julien był idealny, a wtedy ten ideał to było za mało. I przez miesiąc płakała po nocach, dniami udając, że nic się nie stało, aż w końcu Freddie sprawił, że znów zaczęła się uśmiechać. A teraz powiedziała mu, że Julien i ona są razem. To musiało brzmieć szokująco, a może nawet absurdalnie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  127. Kiedy Freddie ponownie nazwał ją złotkiem, Addison się nie wahała – w końcu go ostrzegała. Zwinęła dłoń w drobną pięść i rąbnęła go w ramię, rzucając mu mordercze spojrzenie. Ktoś musiał utemperować tego chłopaka i wyglądało na to, że to jej przypadła ta jakże zaszczytna funkcja. Zupełnie nie przejmowała się tym, że przy Waylandzie wyglądała trochę jak skrzat przez różnicę wzrostu; wychowywała się w towarzystwie dwóch dużo starszych braci i nierzadko musiała walczyć o swoje racje prymitywnymi sposobami, jakie z reguły stosowali między sobą mężczyźni. Czasami, dopóki nie użyło się przekonujących argumentów siły, nic do nich nie docierało.
    Addison krytycznym spojrzeniem oceniła sylwetkę Freddiego, zastanawiając się, czy faktycznie powinna dać mu się podsadzić. Po pierwsze, w ogóle mu nie ufała i prawdopodobnie skończyłaby z poobijanym tyłkiem. Po drugie, nie była jakoś przesadnie gruba, ale ostatnio zaczęła zajadać stres słodyczami i mogło jej przybić kilka kilogramów tu i ówdzie od tych wszystkich babeczek, pączków i czekolady, a Wayland... No cóż, nie był zbyt umięśniony, co Addie ośmieliła się mu wytknąć kpiącym tonem, szczypiąc go w biceps.
    Jeśli wkrótce stąd nie wyjdą, prawdopodobnie się pozabijają.
    W końcu westchnęła cierpiętniczo, klepiąc chłopaka po barku.
    – Przykucnij trochę – rozkazała, wskakując mu na barana. Zachwiała się nieznacznie, ale udało jej się utrzymać równowagę. Sufit w pomieszczeniu wcale nie był tak wysoki, jak wydawało się z dołu; omal nie wyrżnęła głową w chłodny kamień, gdy Frederick się wyprostował. Szepnęła Lumos i zbliżyła różdżkę do inskrypcji wyrytych na suficie, śledząc je palcami wolnej dłoni.
    – Któżeś wszedł w te piekła bramy, upiornie cię tu przywitamy. Trzy zadania wypełnij szybko, inaczej zaczniesz oddychać płytko i umrzesz nim słońce znajdzie się w zenicie. Zawiedź raz i zginiesz prędko. Śmierć już czeka, zegar tyka – obronicie swoje życia?
    Addison bezwiednie jęknęła. Jej głos, spotęgowany dziwnym echem, odbijał się od wilgotnych ścian, które nagle zadrżały. Z sufitu posypał się ciężki kurz i dziewczyna zakaszlała, próbując zignorować suchość w gardle oraz zimny pot pokrywający jej skronie, do których przyczepiły się kosmyki jasnych włosów. Za ich plecami na ścianie, przez którą przeszli, w ciemności rozbłysnął dziwny, niebieski znak pieczętując drzwi.
    – Jeśli to żart to wyjątkowo kiepski – zauważyła Addie, nieco mocniej zaciskając palce na różdżce. Szukała jakiś innych wskazówek zapisanych na kamieniu, ale żadnych nie znalazła. Świetnie. Jeśli faktycznie mieli rozwiązać zagadki i się stąd wydostać, nawet nie wiedzieli, czego miały one dotyczyć, a nie mieli zbyt dużo czasu, by się stąd wydostać. Za to każda pomyłka mogła przyczynić się do ich śmierci. Oczywiście o ile całe to pomieszczenie było prawdziwe. Może Parrish jednak ją dopadł i uderzył w głowę tak mocno, że zemdlała, a teraz miała halucynacje?
    Ściany znowu zaczęły drżeć, tym razem mocniej. Addison szybko zeskoczyła z ramiona Frediego, rozglądając się w panice po pomieszczeniu.

    Addison

    OdpowiedzUsuń
  128. Od felernej, puchońskiej imprezy nie rozmawiał z Freddim. Można powiedzieć, że wręcz go unikał, a ostatecznie impreza sama w sobie nie była taka felerna. Po prostu obaj chłopcy wypili odrobinę za dużo alkoholu i… Stało się coś, czego Hyun nie był do końca pewien. Coś, czego strasznie mocno się bał i nie był do końca zorientowany, w jaki sposób powinien się teraz zachowywać względem Waylanda. Dlatego unikał go jak ognia, chociaż gdy tylko miał możliwość zerkał z utęsknieniem w oczach w jego stronę, posyłał mu niewinne uśmiechy, karząc siebie w ten sposób. Tęsknił za nim, ale nie pozwolił sobie na spotkanie, bał się rozmowy, którą koniecznie muszą kiedyś w końcu przeprowadzić. Tylko, że Han miał zamiar przekładać ją w nieskończoność. Chciał doczekać jak najdłużej, by móc wymyślić sobie sensowne wytłumaczenie. Tęsknił za nim, jednak nie chciał się do niczego przyznać. Nie chciał… Chciał wykręcić się z własnych słów, które wciąż doskonale pamiętał, tak jak i odpowiedź Fredericka.
    Bał się meczu. Bał się spotkania z Freddem. Bał się, ponieważ po jego głowie chodziły najróżniejsze myśli, a nie wszystkie z nich były pozytywne i takie, jak chciałby aby były. Gra była ciekawa, akcja ciągle się kręciła i ani przez chwilę żaden z zawodników nie wisiał bezczynnie w powietrzu. Nawet drużyna Krukonów działała jako-tako jako jedność, co ostatnio było u nich bardzo trudne. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie cholerny kafel, uderzający z Fredericka. Gdy tylko Hyun zorientował się, co takiego właśnie się stało, chciał wylądować obok Fredda i zająć się nim sam. Zając się tym, który sprawił, że kafel tak mocno w niego uderzył. Powstrzymywał się jednak z całych sił, aby nie wzbudzać dodatkowego zamieszania czy niepotrzebnych podejrzeń. Zaraz jednak po meczu udał się w stronę Skrzydła Szpitalnego. Wszedł jednak do środka dopiero, gdy zawodnicy z gryfońskiej drużyny opuścili swojego gracza. Dopiero wtedy wybłagał uzdrowicielkę, aby móc wejść do środka i spędzić odrobinę czasu z Freddem. Po kolacji, wyrzuciła go z pomieszczenia, jednak Hyun zakradł się tam podstępnie i nie zamierzał opuszczać swojego Waylanda, nawet na chwilę. Martwił się. Martwił się tak cholernie mocno. Mając wyrzuty do samego siebie, że nie spotkał się z nim wcześniej, że nie porozmawiali, że nie spędzili odrobiny czasu razem…
    — Cześć. — Uśmiechnął się, w odpowiedzi na słowa chłopaka. Do tej pory przyglądał się uważnie jego śpiącej twarzy. Wyglądał niezwykle uroczo, co sprawiało, że delikatne motylki rozbudziły się w brzuchu Hyuna. — Mam nadzieję, że wcale nie tak mocno. — Dodał, na pytanie chłopaka. Wyciągnął rękę i chwycił delikatnie dłoń Freddiego, zaciskając palce na jej wierzchu. — Martwiłem się… Martwiłem się, że nie obudzisz się tak szybko. — Szepnął, zagryzając delikatnie wargi. Miał ochotę go mocno przytulić i nie puścić już ze swoich ramion, jednak nie mógł tego zrobić. Krępował się, chociaż na jego twarzy ewidentnie malowała się troska.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  129. Mathias westchnął cicho krzyżując ręce na piersi. Zacisnął usta w wąski paseczek, przez chwilę milcząc. Zastanawiał się jak przeciągnąć chłopaka na swoją stronę, jak sprawić, by ten wreszcie się otworzył i powiedział co jest grane. Dość ciężki orzech do zgryzienia.
    - Mylisz się. Każdemu można pomóc, Freddie. Nawet osobie w najgorszej sytuacji. Wystarczy, jedynie chcieć – wydukał uważnie patrząc na ucznia, który nadal nie wydawał się być w pełni przekonany. – Im człowiek dłużej w to w sobie dusi, tym bardziej sobie szkodzi – dodał wstając ze swojego miejsca. Nie miał zamiaru go męczyć, nie kiedy chłopak wyglądał tak mizernie. Porozmawia z nim, gdy ten wreszcie będzie czuł się lepiej i tak tez zrobił. Wrócił do niego dopiero po południu następnego dnia, gdy chłopak tego samego dnia, ale wieczorem miał zostać wypisany.
    - Owy delikwent został zabrany do domu przez rodziców, a dyrektor chce wiedzieć, dlaczego Cię szantażował, a rozmowa z dyrektorem nie będzie należała do przyjemnych. Chcesz i Ty oberwać? W końcu wykonywałeś jego polecenia, łamałeś regulamin. Nie widzisz, że chcę Ci pomóc? Posłuchaj…ja też w życiu zrobiłem coś czego nie mogę wybaczyć sobie do dziś, coś co będzie nade mną ciążyć do usranej śmierci, ale mogę Ci poręczyć, że poczujesz się zdecydowanie lepiej, gdy wreszcie to z siebie wyrzucisz. Nie jestem odpowiednią o sobą, do podnoszenia kogoś na duchu, a już w zupełności właśnych uczniów, ale chcemy Ci pomóc, nic więcej.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  130. Mimowolnie, kąciki ust delikatnie mu drgnęły na uwagę chłopaka, chociaż cała jego sylwetka nie poruszyła się w ogóle. Zamiast tego ścisnął tylko odrobinę mocniej jego dłoń, której za żadne skarby nie chciał puścić. Przez cały czas, odkąd tu siedział i wpatrywał się w śpiącego chłopaka zastanawiał się co powinien mu powiedzieć, gdy ten w końcu się obudzić, gdy otworzy swoje oczy i być może zobaczy właśnie jego. Uśmiechnął się ostatecznie delikatnie, wpatrując się w twarz Gryfona.
    — Myślisz, że jestem tu bo ktoś mi na to pozwolił? — Zaśmiał się cicho. — Musiałem złamać dla ciebie, szkolny regulamin, Wayland. Będziesz musiał mi się nieźle odpłacić. — Mruknął zaczepnie, wstając z małego taborecika na którym siedział, tylko po to, by przenieść swoje cztery litery na skraw łóżka, na którym cały czas leżał Gryfon. Zdecydował się puścić w końcu jego dłoń, ale tylko po to, by swoją własną przełożyć na jego policzek i delikatnie, sunąć kciukiem po linii żuchwy. Westchnął delikatnie, uśmiechając się przy tym. Cieszył się, że Gryfon czuje się lepiej, chociaż grymas, który malował się na jego twarzy, w ogóle mu się nie podobał.
    — Mam zawołać uzdrowicielkę? — Zapytał troskliwie, wciąż w niego wpatrzony. Możliwe, że miałby przez to kłopoty, jednak to teraz w ogóle nie było ważne. Najważniejsze było zdrowie Gryfona, jego Gryfona, chociaż o własnościach, nikt tu jeszcze nie rozmawiał. — Wystraszyłem się, gdy spadłeś z tej cholernej miotły, Freddie. — Odezwał się w końcu poważnym tonem głosu, wciąż w niego wpatrzony. — Ostatnio… Wokół mojej osoby działy się same nieszczęśliwe rzeczy, naprawdę się przestraszyłem, Wayland. — Mruknął, nieco ciszej i spokojniej. Jakby dokładnie myśląc nad każdym, wypowiedzianym słowem. Zastanawiając się nad sensem poszczególnych wyrazów i tworzących się z nich zdań. — Bałem się, że nie zdążę ci powiedzieć, jak bardzo cię lubię, Freddie, a… A przecież chciałeś, bym powiedział to jeszcze raz. Trzeźwy. — Szepnął. Zdawał sobie sprawę, że Wayland nie do końca mógł zrozumieć jego słowa, lub wziąć go za przewrażliwionego histeryka, ale po wakacyjnych wydarzeniach, chyba trochę taki właśnie się stał. Przewrażliwiony na pewno. Widzący scenariusze, również. Trochę bał się życia, nie wierząc, że jeszcze kiedyś spotka go prawdziwe szczęście.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  131. Zmarszczyła brwi, jakby to była jego wina, że się zakrztusił w takim momencie, ale niemal od razu spojrzała na niego trochę z politowaniem, a trochę ze zmartwieniem. Kiedy upewniła się, że wszystko w porządku, a chłopak przeżyje i zakrztuszenie i szok wywołany wypowiedzianą przez nią informacją, wróciła do nerwowego uderzania palcami prawej dłoni o udo. Przestała dopiero, gdy Freddie dotknął jej ramion. Uniosła przerażony wzrok, a zaraz na chwilę zamknęła oczy i skuliła się, kiedy chłopak zamknął ją w radosnym uścisku. Słowo razem usłyszała chyba zbyt wiele razy w ciągu ostatniej minuty, a jej samej wydawało się to dość dziwne, że ona jest razem z kimś. Nawet z Julienem. I nie wiedziała czy tego chce, nic już nie wiedziała, a jednocześnie było cudownie i źle, była pewna i niepewna, a im dłużej o tym myślała, tym trudniej jej było w to wszystko uwierzyć.
    - Hmm... Jakoś tak wyszło. Była impreza, on w pewnym momencie tak po prostu do mnie podszedł, wziął mnie za rękę, chwilę tańczyliśmy. Ja wtedy zupełnie nie wiedziałam co myśleć. Tak jakby nagle wszystko wróciło. Ja przecież tak cholernie za nim tęskniłam, Freddie. I nigdy nie przestałam.
    Zacisnęła usta w wąski paseczek, patrząc skupionym wzrokiem na przyjaciela. To nie była łatwa rozmowa, a Julia gubiła się we wszystkim, bo większości tamtego wieczoru nie pamiętała, jakby był tylko snem, z którego budzisz się rano, a w twojej głowie zostają tylko drobne jego wycinki.
    - Potem poszliśmy na Wieżę Astronomiczną, a tam to już... - uśmiechnęła się łobuzersko i trochę tajemniczo, kręcąc lekko głową. Zaraz jednak odrobinę spoważniała, a jej oczy zalśniły ze wzruszenia. - Powiedział, że nic się nie zmieniło. I że mnie kocha. A ja byłam kompletnie przerażona, ale... nie chciałam nigdzie uciekać. Chciałam tylko... Chciałam tylko z nim być.
    Wzruszyła ramionami, uśmiechając się słabo, a na jej policzkach pojawiły się ledwie zauważalne rumieńce. Odetchnęła głęboko i spojrzała na szybę, w którą właśnie zaczęły uderzać wielkie krople deszczu, wydając uspokajający, trochę nawet usypiający dźwięk.
    - Następnego dnia obgadaliśmy sobie sporo kwestii na spokojnie. I w sumie jest dobrze, ale... Nadal się boję. Że go skrzywdzę. Że znowu go stracę. Że wszystko się będzie psuć, znowu z mojej winy. On zasługuje na kogoś normalnego. W każdym razie ja nie zasługuję na niego.
    Znów spojrzała na Freddiego, a łobuzerskie iskierki w jej oczach znikły i zastąpił je lekki smutek wymieszany z bezradnością.

    Julia <3

    OdpowiedzUsuń
  132. Julia też nie do końca była pesymistką, ale w tym przypadku trudno jej było ciągle myśleć, że będzie dobrze. Związek to kłopoty. Z definicji. Ale Julien był jedyną osobą, z którą czuła, że w ogóle może o cokolwiek walczyć. I wiedziała, że on jej nie zrani. To ona była problemem. Ale co się stanie, jeśli im się nie uda? Pewnie to samo, co ostatnio. Zamknięcie drzwi, a potem pustka. Bo chciała wierzyć Julienowi na słowo, kiedy mówił, że tym razem go nie straci, ale trudno jej było nie wątpić. Jeśli im się nie uda... jak mogliby znowu, tak po prostu, się przyjaźnić?
    To wszystko było za trudne. Julia zawsze przejmowała się problemami innych, podczas gdy ze swoimi nie umiała sobie radzić i zawsze spychała je gdzieś w daleki kąt. Teraz nie mogła tego zrobić, musiała się z tym zmierzyć albo odpuścić, co wcale nie byłoby łatwiejsze.
    Zaśmiała się na pierwsze trzy zdania Freddiego i lekko zarumieniła od tej nagłej fali komplementów, w które i tak nie do końca wierzyła. Zaraz znowu spoważniała.
    - Już spadłam. - szepnęła, w odniesieniu do tej całej metafory przepaści. - A właściwie skoczyłam.
    Teraz tylko musiała walczyć o długi lot. Jeszcze jednak nie wiedziała, że największą walkę będzie musiała stoczyć nie z Julienem, a z samą sobą, bo to właśnie Julia Julię powstrzymywała najmocniej.
    Wtuliła się mocno w Freddiego, czując jak odpływa z niej całe napięcie tej dziwnie trudnej rozmowy. Wiedziała, że nawet jeśli rozbije się o kamieniste dno tej przepaści, to Freddie tam będzie, zawsze będzie obok, gotowy po raz kolejny poskładać ją z tysięcy kawałków w całość. To trochę uspokajało. Świadomość, że ma się obok anioła stróża, który nigdy nie zawiedzie.
    Anioł stróż miał jednak okropną tendencję do szatańskiego poczucia humoru, za co oberwał lekkim uderzeniem w ramię. Julia zaśmiała się jednak zaraz, kręcąc głową z niedowierzaniem.
    - On ma lęk wysokości! To było romantyczne! - wyjaśniła, marszcząc brwi w oburzeniu, ale za moment na jej twarzy pojawiło się udawane rozmarzenie. - Wyznał Ci ktoś kiedyś miłość na szczycie wieży, w świetle księżyca, przy dźwiękach harfy? Nie. Bo takie rzeczy to tylko w książkach, mój drogi... I u mnie.
    Zaśmiała się cicho i poruszyła brwiami sugestywnie, dokładnie tak samo jak Freddie chwilę wcześniej. I niby śmiech, niby żarty, ale jakby się zastanowić to rzeczywiście była to najbardziej romantyczna chwila w jej życiu. I nieśmiało, dość niepewnie, jakby jeszcze nie wiedziała czy jej wolno, liczyła na wiele kolejnych.

    Julia

    OdpowiedzUsuń


  133. Im dalej go słuchał, tym bardziej nie mógł uwierzyć w to, że chłopak rzeczywiście czuł się winny tego co zrobił. To zrozumiałe, że zabicie drugiej osoby, było dla człowieka wydarzeniem, które mocno odciskało się na psychice, ale Freddie działał w słusznej sprawie. Chciał ochronić swoją matkę, poza tym sam również mógł tam zginąć. Jedno życie mogło kosztować aż dwa życia, a Freddie stając w obronie rodzicielki ocalił mocniejszą stronę. Choć za pewne chłopakowi ciężko myśleć w ten sposób, w końcu zabił osobę, która też miała rodzinę, przyjaciół, ale Mathias był pewien, że z czasem, im będzie bardziej dojrzały, zrozumie, że to co uczynił nie było warte najmniejszego potępienia. Mało kto w takich sytuacjach, w ogóle odważyłby się zareagować.
    - Nie zasługiwał na Twoją pomoc. Fredericku – odezwał się w końcu Mathias, przerywając przy tym narastającą ciszę, która jedynie powiększała narastające napięcie. Zacisnął usta w wąski paseczek, przenosząc wzrok na chłopaka, który wyglądał naprawdę słabo. Niemiec czuł się trochę jak popieprzony terapeuta.
    - Niewielu, uwierz mi, niewielu podjęłoby się próby uratowania bliskiej osoby w czasie zagrożenia, jeśli atakująca strona miała znaczną przewagę. Twoja matka powinna być z Ciebie dumna. Ja swoją rodzinę straciłem, łącznie z narzeczoną, na własne życzenie, nie stanąłem w ich obronie tak jak zrobiłeś to Ty wobec swojej rodzicielki. Pozwoliłem, by ich zabrano. Uratowałeś nie tylko siebie, ale i swoja matkę. Czasem trzeba coś poświęcić, by zyskać nieco więcej. Wiem, że to nie jest łatwe, nie twierdze, że wiem jak się czujesz bo ja w zasadzie nikogo nie zabiłem, ale chcę Ci powiedzieć, że oskarżenia jakie rzucasz wobec własnej osoby są nie na miejscu, naprawdę. Stałeś się obrońcą, swoistym bohaterem w świetle Twojej matki. Ta kobieta powinna się cieszyć, że ma tak zaradnego i dzielnego syna. – powiedział utrzymując z chłopakiem kontakt wzrokowy. Czy Mathias zmienił wobec niego nastawienie? Możliwe. Choć w zasadzie sam w pełni nie wiedział jak to działało. Czuł dziwne powiązanie z uczniem, czuł, że nikt lepiej go nie zrozumie niż osoba, która sama popełniła błąd, którego do teraz cholernie żałuje.
    - A teraz się prześpij, inaczej poproszę, by pielęgniarka wcisnęła Ci coś na siłę na sen. Bardzo marnie wyglądasz. Zacznij też jeść. Będę się już zbierał, potrzebujesz odpoczynku.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  134. Powiedzieć, że związek to skomplikowana procedura to jakby nie powiedzieć nic. Zakochać się jest łatwo. Od tego wszystko się zaczyna, ale to prawie zawsze jest impuls, jedna iskra, która powoli albo bardzo szybko przeistacza się w płomień. Julia nie chciała się zakochać, ale stało się. W dodatku zakochała się w przyjacielu, więc niemal od razu było oczywiste, że to nie jest tylko iskra, że naprawdę go kocha. Nie tak jak kocha się przyjaciela, brata, rodziców, kogokolwiek innego na świecie. On stał się dla niej najbardziej wyjątkową osobą na świecie. Kocham Cię, Julien. I chyba tylko to jest jakkolwiek proste i oczywiste. Bo może i łatwo było się zakochać. Łatwo było powiedzieć, że się kocha. Może nawet łatwo było kochać, ale związek to coś więcej.
    Kiedyś rozmawiała o tym z Mattem, a on zapytał ją, dlaczego nawet nie próbuje. Chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, aż w końcu powiedziała, że najpierw musi posprzątać swój bałagan. Sądziła, że powinna zaakceptować i pokochać samą siebie, zanim pokocha kogoś innego i da jemu się pokochać. Matt uniósł tylko lekko brwi, przytulił ją do siebie i szepnął jej do ucha: A może to ktoś inny da radę posprzątać Twój bałagan?. Teraz chyba właśnie na to liczyła, w to wierzyła i miała taką nadzieję. Że Julien w jakiś sposób zrobi to, czego ona jak dotąd nie potrafiła. Ale możliwe, że do tego musiałby być cudotwórcą. Dla niej to wszystko było zbyt skomplikowane. Jakby nagle musiała podjąć więcej decyzji, niż była w stanie i to ją przerastało. Ale w jakiś sposób chciała walczyć, bo była prawie pewna, że jest o co.
    - Nie oszukuj. Tam nie ma spadochronów i materacy. - powiedziała cicho z tajemniczym uśmiechem na ustach. - Ale w razie czego zdrapuj mnie z dna. I przynieś rum.
    Puściła Freddiemu oczko, a zaraz odwzajemniła jego uścisk. Najlepszy. Przyjaciel. Ever. I lubiła te ich filozoficzne rozmowy. Tak jakby czasem musieli oderwać się trochę od ziemi i ubrać wszystko w metafory, żeby to lepiej zrozumieć. Żeby lepiej zrozumieć siebie nawzajem.
    Jeśli Freddie uwielbiał zawstydzać innych to zdecydowanie mu się to udało, bo Julia od razu po jego pytaniu spuściła lekko wzrok, marszcząc brwi, uśmiechnęła się tak, że w jej policzkach pojawiły się dołeczki, a na policzkach zagościł ledwie zauważalny, ale jednak, rumieniec.
    - Nie będę o tym z Tobą rozmawiać, Wayland. - powiedziała szybko, ale zaraz spojrzała na przyjaciela, wyraźnie rozbawiona. - Ale skoro już musisz wiedzieć to nie. A Julien naprawdę dobrze całuje!
    Przygryzła lekko dolną wargę, wciąż uśmiechając się szeroko.
    - Tak jakbym miała nie wiem jakie porównanie. - dodała cicho i podrapała się po głowie, robiąc minę, jakby mocno się nad czymś zastanawiała. Według Freddiego nie miała żadnego porównania. Do tej pory nie powiedziała mu o Vinayu, ale sama też wolała zapomnieć.
    - A jak tam Twoje romanse? - spytała, mrużąc lekko oczy.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  135. — Owszem, nikt mi nie kazał. Ale… Ja po prostu chciałem. — Uśmiechnął się, uważnie przyglądając się leżącemu na szpitalnym łóżku chłopakowi. Cholernie się o niego martwił i chociaż widząc go już obudzonego, rozmawiającego z nim, jego serce wciąż biło znacznie szybciej niż normalnie. A może… Może to wcale nie było przez to, że chłopak znajdował się w Skrzydle Szpitalnym? Jego uśmiech poszerzył się delikatnie, a sam chłopak podniósł się tylko po to, by po chwili znaleźć się tuż obok chłopaka. Kładąc się delikatnie na wolnym skrawku łóżka. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien od tak sobie, znajdować się tak blisko Fredericka, ale to… To było znacznie silniejsze, wygrywało mini walkę prowadzoną pomiędzy sercem, a rozumem. W tym momencie, Koreańczyk zdecydowanie kierował się sercem, odtrącając od siebie rozum. Jak najdalej się tylko dało. Przecież nie mógł zadręczać sobie teraz myśli czymś całkowicie nieważnym. Najważniejszy był teraz Gryfon, a sam Krukon zamierzał coś w końcu z tym zrobić. Bo jak długo może w sobie wszystko dusić?
    — Ja… Naprawdę cię lubię, Freddie i po prostu się martwię. — Mruknął cicho, nie odsuwając dłoni od jego policzka. — Nie pójdę jeżeli nie chcesz, ale gdy tylko zaczniesz czuć się trochę gorzej, proszę powiedz mi od razu. — Odezwał się, przysuwając się odrobinę do chłopaka, by móc musnąć rozgrzanymi wargami jego gładkiego policzka. — Od razu, rozumiesz? — Dodał, odsuwając się i uśmiechając szeroko. Nie wiedział dlaczego odważył się na ten subtelny gest, ale… Po prostu nie mógł sobie tego darować. — Miałem ostatnio sporo zajęć… Dlatego, właśnie dlatego nie było okazji porozmawiać. — Szepnął cicho, chcąc się jakoś usprawiedliwić. Nie potrafił mu powiedzieć, że się po prostu boi, że obawia się tego co może się wydarzyć, chociaż podejrzewał, że Frederick może się domyślać, że chodziło o coś więcej niż więcej esejów do napisania. — Myślisz, że powinniśmy przejść się na błonia, gdy już stąd wyjdziesz? — Uniósł delikatnie kącik ust, uważnie wpatrując się w oczy Gryfona.

    Hyunie ♥

    OdpowiedzUsuń
  136. Za dobrze go znała, żeby tak po prostu mieć nadzieję na to, że chłopak sobie odpuści, chociaż mówią, że nadzieja matką głupich. Bardziej liczyła na to, że gdy dojdzie do jakiejś konfrontacji, Lucy będzie w stanie chłodno oświadczyć, że ma go gdzieś. I co gorsza, naprawdę się do tego szykowała. Wiedziała, że nie powinna tak robić, ale nie umiała znaleźć wyjścia z sytuacji, w której się znalazła. Mówiła sobie, że woli teraz zranić trochę mniej, niż później skrzywdzić kogoś do żywego. I sama nie wiedziała, czy bardziej bolałoby, gdyby sobie poszedł, czy to, że został i gapił się na nią. Gapił się tak boleśnie, że chyba bardziej się nie dało.
    Wzięła łyk kremowego piwa, ale słysząc jego pytanie o mało się nie zakrztusiła. Źle, Wood. Nie powinnaś dać się zaskoczyć w tak głupi sposób. Ale prawda była taka, że reakcja chłopaka była zupełnie inna od spodziewanej. Przygotowała się na palące poczucie winy, które miało wyparować gdy znowu nawet nie będą spoglądać na siebie na korytarzach. Żal. Coś, czego nie chciała usłyszeć.
    Wiem, że to nie jesteś ty - patrzyła na niego dużymi, jasnymi oczami, nie bardzo wierząc w to, co słyszy. Miał rację, nie była ostatnią paskudą. Fakt, była zapominalska, miała za dużo na głowie, latała z głową w chmurach, bywała nieuchwytna i ciężko było sprowadzić tą mgiełkę na ziemię. Ale zawsze unikała ranienia ludzi. I teraz, gdy czuła, że nikomu nie może nic obiecać, postanowiła zranić ich możliwie jak najmniej. Patrzyła mu prosto w oczy, nie bardzo kontrolując swoje zachowanie. Przez chwilę miała wrażenie, jakby miała się rozpłakać. Oczy zaszkliły się, ale natychmiast zamrugała kilkakrotnie, by się tego pozbyć. Uśmiechnęła się krzywo, jakby miała w zamiarze powstrzymać usta drgające w niemocy.
    - Czasami to, czego chcemy, a to, co musimy to dwie różne rzeczy, Freddie – odparła szybko, bojąc się, że głos zacznie jej drgać. Że pęknie. A przecież nie mogła. Jak mogła w ogóle spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, że woli już teraz przyzwyczaić go do swojej nieobecności, niż zniknąć zupełnie po zakończeniu szkoły i nie zostawić po sobie zupełnie nic? Na chwilę opuściła wzrok, ale zaraz podniosła go, znów patrząc na chłopaka, jakby zebrała całą swoją odwagę.
    - Przepraszam – szepnęła, kiwając lekko głową. I chyba tylko oni wiedzieli, że wcale nie przeprasza, po prostu taktownie opuszczając rozmowę. W tym konkretnym przepraszam zamknęły się wszystkie tygodnie, gdy zupełnie nie zwracała uwagi na swojego przyjaciela. Odstawiła szklankę na stolik obok. Musiała się stąd jakoś ulotnić. Czuła, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, to się udusi we własnym kłamstwie.

    Lu

    OdpowiedzUsuń
  137. Jeżeli Freddiemu zapaliła się od tego wszystkiego czerwona lampka, to w Julii głowie świeciła się w takim razie wielka latarnia. Ale jej nie chodziło o to, że Julien mógłby coś zepsuć. O niego była dziwnie spokojna, jakby uparcie chciała wierzyć, że on sobie da z tym wszystkim radę, będzie silny i zdecydowany, w przeciwieństwie do niej – kruchej i niepewnej, ale mogącej w jednej chwili wszystko zniszczyć. I może to dobrze, że tak mu ufała, ale trochę niebezpiecznie nie brała pod uwagę, że on też może popełnić jakiś błąd. Być może była przyćmiona przez znacznie większe prawdopodobieństwo, że jakakolwiek krzywda, jaka mogłaby im się wydarzyć będzie właśnie jej zasługą, ale powinna dać mu szansę. Dać mu możliwość być po prostu człowiekiem. Ale może była jednak bardziej egocentryczna, niż się wydawało komukolwiek. Nigdy przecież nie musiała przejmować się drugą osobą na aż takim poziomie, bo nigdy jej życie nie było połączone z czyimś aż tak. A ona chciała tego i nie chciała jednocześnie. Przecież przyzwyczaiła się do tego nieuchwytnego unoszenia nad ziemią. Do bycia niczyją. Niczyją na zawsze.
    Oczywiście Julii nie chodziło o picie rumu w tym konkretnym momencie, ale ostatecznie... To był całkiem dobry moment. Trochę trudny, nieco zbyt emocjonalny, może alkohol rzeczywiście mógłby odrobinę pomóc. Poza tym, że ostatnio postanowiła, że z Freddiem już więcej nie pije. Który to już raz?
    - Przecież Lin ma szklanki w szafce nocnej. - mruknęła, marszcząc brwi i wskazując palcem w stronę łóżka chłopaka, ale w końcu machnęła ręką. Nie chciało jej się wstawać, wyginać itp., więc po krótkim „A zresztą!” odebrała od Freddiego butelkę i upiła z niej łyk. Rum rozgrzał ją momentalnie od środka i pewnie tylko wzmocnił widoczność rumieńców na jej policzkach. Schowała się za butelką przed wzrokiem przyjaciela, czekając na jego odpowiedź. Wolała już nie skupiać uwagi na sobie, swoim związku i swoich romantycznych sytuacjach. Freddie potrafił być czasem zbyt dociekliwy. Dobra, nawet to w nim lubiła. Co za straszny człowiek! Robi głupoty, jest wkurzający, macha Ci palcem przed nosem, obraża się, rzuca się na Ciebie na korytarzu, przeszkadza w nauce, rozpija, a i tak się go kocha. Najgorzej!
    Przeraziło ją nieco te kilka sekund ciszy. Momentalnie spoważniała, a butelkę rumu wcisnęła Freddiemu w dłoń. Przyglądała mu się uważnie, jakby z najdrobniejszego gestu czy zmiany mimiki miała wyczytać coś więcej niż mówiło jej te kilka słów. I tak się na tym skupiła, że pytanie, rzucone w jej kierunku, nieco zbiło ją z tropu.
    - Hmm... - mruknęła, unosząc brwi i zacisnęła usta w wąski paseczek.
    Kiedyś mogła udzielać rad zawsze i wszędzie. Była empatyczna, umiała lepiej lub gorzej postawić się w czyjejś sytuacji, zrozumieć tę osobę i jakoś pomóc. Nawet w sprawach, w których zupełnie nie miała doświadczenia. Na przykład miłosnych. Eh! Przecież jeszcze kilka dni temu powiedziałaby Freddiemu, że tak, oczywiście, powinien mu to w końcu wyznać, nie bać się, walczyć, bo ma szansę na coś wspaniałego, a to coś jest naprawdę na wyciągnięcie ręki. A teraz... Teraz czuła, jakby nie miała prawa. Nie była kimś, kto obiektywnie może mówić o miłości. Stanąć z boku i jakoś ocenić sytuację. Teraz na to wszystko patrzyła już trochę ze swojej perspektywy. Mimo że z Julienem była dopiero od kilku dni.
    - Nie wiem. - odparła w końcu, patrząc na niego z taką miną, jakby właśnie rozczarowała nie tylko jego, ale też samą siebie. - To jest chyba loteria. Nikt nie wie, kiedy jest dobry moment. Ja nie zaczęłam tej rozmowy nigdy z wiadomych powodów. Julien raz zaczął i skończyła się tragicznie. Ale teraz spróbował znowu i wyszło całkiem okej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiechnęła się promiennie i trochę też pocieszająco, jakby chciała mu przypomnieć o materacu, spadochronie i tych wszystkich bajerach, które niosła za sobą przyjaźń Freddiego Waylanda z Julią Jones. Ale nie mogłaby powiedzieć, że się o niego nie boi. Bała się, że to co chce powiedzieć, powie za wcześnie, a Hyun nie będzie na to gotowy, bo... Bo przeszłość. Bo Chang. Bo dziwne blokady, które sprawiały, że zrobienie kroku do przodu nagle okazywało się wielkim wyczynem. Rozumiała go doskonale. Sama kiedyś zamiast kroku w przód zrobiła krok do tyłu. I miała nadzieję, że Hyun nigdy tego popełni tego błędu, zwłaszcza, że na szali było również szczęście jej najlepszego przyjaciela.

      Julia jak coś to łapię Jones

      Usuń
  138. Na ustach Krukona pojawił się subtelny uśmiech. Faktycznie, według słów Fredericka mieli sporo zajęć, jednak Hyun nie był przekonany czy wszystkie są faktycznie potrzebne. Zdecydowanie według Koreańczyka ponowna wyprawa do Zakazanego Lasu nie była niczym koniecznym. W każdym razie nie zamierzał teraz o tym rozmawiać. Uśmiechnął się tylko szerzej, odsuwając się odrobinę od chłopaka.
    — Mhm, nie obraziłbym się za czekoladę. — Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, wpatrując się z rozczuleniem we Fredericka. I chociaż przed chwilą oboje wyznali sobie, że się lubią Hyun zerkając teraz na chłopaka czuł delikatne skrępowanie. Chociaż wydawałoby się, że teraz wszystko powinno być łatwiejsze, chłopak miał mieszane odczucia. Jak gdyby bał się opuścić teraz Gryfona, obawiając się poranka. Z drugiej strony zostając teraz z chłopakiem, nie miał pojęcia jak powinien się zachować.
    — Wiesz… Tak sobie myślę. — Zaczął powoli, sunąc palcem po wierzchu dłoni chłopaka. — Może, gdy już będziesz mógł opuścić skrzydło szpitale powinniśmy spędzić trochę, wspólnie czasu? — Mruknął, czując dziwny ucisk w klatce piersiowej. — Zbliżają się święta… Moglibyśmy pójść do Hogsmeade… Powinienem coś kupić dla mamy. Może, mógłbyś mi pomóc? — Ponownie się uśmiechnął, a po chwili… Wpadł mu do głowy pomysł. Chociaż nie był pewien, czy to aby na pewno dobry moment. — Zostajesz na święta w Hogwarcie? — Mruknał, niby od tak, chociaż tak naprawdę miał już plan, jeżeli chłopak da twierdzącą odpowiedź. I wierzył, głęboko wierzył, że tak właśnie będzie.

    Hyunie, którego autorka ostatnio nie umie w pisanie ;<

    OdpowiedzUsuń