You are res­ponsib­le, fo­rever, for what you ha­ve ta­med

| 23 luty 1996 | Nowy nauczyciel Transmutacji |  Wychowanek domu Salazara Slytherina | 
 | Przysięga wieczysta | Snow | Były pałkarz | 13 cali, wąsy kuguchara, jałowiec |
| Status krwi głęboko skrywaną tajemnicą | Opiekun Ravenclawu | Animag |
Zdecydowanie najbardziej intrygujący i tajemniczy członek czarodziejskiego rodu Rathmann urodzony w Berlinie. Od najmłodszych lat okrzyknięty totalnym odludkiem żyjącym we własnym świecie i wyznającym własne zasady. Ponad wszystko ceniący sobie szczerość i poczucie własnej wartości.  Spryt i heroizm zmieszane z domieszką drogich perfum i codzienną lampką wina. Wymagający względem uczniów, nietolerujący spóźnialstwa, nieugięty tradycjonalista  zwany sztywnym bucem.  Kochający tylko tych i ufający tylko tym, którzy sobie na to zasłużyli. Zdecydowany dystans do większego grona ludzi. Nienawidzący zapachu lawendy i cynamonu. Gardzący kremowym piwem.  Chodzący perfekcjonizm. W wolnym czasie najczęściej siedzi w wieży astronomicznej czytając książkę lub spaceruje po zamku.  Można rzec, że Hogwart jest dla niego kolejnym przystankiem w życiowej ucieczce od problemów, które narodziły się, gdy jego rodzina powiązała swe życie z Czarnym Panem stając się jego mocnymi poplecznikami.  Po przegranej wojnie Mathias z całego serca gardził swoimi bliskimi i bez chwili wahania wydał ich w ręce Ministerstwa zdradzając ich kryjówkę. Zupełnie nieświadomy wydał na sąd swoją narzeczoną, która również stała się jedną z Mrocznych, co ukrywała przed nim od samego początku, wtedy pożałował swojego czynu, co odczuwa po dziś dzień w męczących go każdej nocy koszmarach.  Wstydzi się tego co zrobił tylko i wyłącznie ze względu na straconą miłość, niechętnie porusza ten temat stając się wtedy wyjątkowo drażliwym. Uwielbia różnego rodzaju słodycze oraz rum porzeczkowy. 

Cześć! Postać numer dwa :3 
On  nie jest taki zły, mam nadzieję xd Chodźcie na wątki i powiązania! <3 Miłość? Przyjaźń? Ktoś coś? :D
Fc: Nolan Funk
Kartę sponsoruje Asking Alexandria 
44148056, lifenotfair2@gmail.com

113 komentarzy:

  1. [Selene chętnie posklejałaby jego serduszko, ale uczennicy chyba nie wypada :D W każdym razie, cześć raz jeszcze! I tak jak mówiłam, mam pewien pomysł na wątek :) Bo skoro Mathias często przesiaduje w wieży astronomicznej i spaceruje po szkole (tak jak Selene) pomyślałam sobie, że czasami mogą się na siebie natykać. Na początku mogli się mijać bez słowa, ale któregoś dnia jakimś sposobem zaczęli rozmawiać i teraz czasami zatrzymają się, aby zamienić kilka zdań lub siądą razem na wieży :) Oczywiście, możemy jeszcze coś do tego dodać albo coś zmienić, to taki mój zarys pomysłu.
    I ślicznego ma zwierzaka <3 Też miałam kota imieniem Snow, choć wyglądał nieco inaczej :D]

    Selene

    OdpowiedzUsuń
  2. [Trochę mi szkoda, bo moja stażystka chętnie by mu pomogła, ale niestety Solene już w Hogwarcie nie ma. Jest jednak Lenard albo Laura. Jak wolisz - wszędzie coś Ci wymyślę.]

    Laura // Lenard // Aaron

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Podglądałam ^^ I polubiłam tego pana. A jeżeli w dodatku autorką jest Ruda Paskuda to już koniecznie chcę wątek. To może Julia mogłaby być (bliższą lub dalszą) kuzynką Mathiasa i do tej pory raczej nie lubili się albo po prostu byli sobie obojętni, a teraz jakoś ich ześlemy na siebie? ]

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witamy drugą postać, oby zagościła u nas jak najdłużej! Widzę chodzący perfekcjonizm, na który choruje również moja Ethel. Nie wiem czy uczniowie nazywają ją sztywniarą po cichu, ale nawet by do niej pasowało. Młody, zdolny nauczyciel - czego chcieć więcej? ;) A i jeszcze jedna ciekawostka - moja kocha wszystko, co porzeczkowe, więc może się dogadają i Hogwart nie umrze na sztywniarstwo. W każdym razie zapraszam do nas, coś wymyślimy mądrego!]

    Ethel Covel/Lucy Wood

    OdpowiedzUsuń
  5. [Czuję się wręcz zobowiązana do przywitania Cię, jako iż Cię zakryłam. ;) Mimo że karta krótka, mam wrażenie, że dobrze zaplanowałaś swoją postać, włącznie z tym, jak bardzo nieprzewidywalne potrafi być życie. ;)
    Wraz z Rose życzymy, żeby Mathias dał radę jednak pokonać swój żal (i żeby czasem współczującym okiem spojrzał na swoją podopieczną, bo w tym roku chyba bardzo będzie jej to potrzebne).
    Wielu porywających wątków życzę! :D]

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  6. [ No pewnie, jestem za. Jeszcze jakieś dogryzanie i przekomarzanie bym do tego dodała. Tylko jaki wątek z tego wymyślić? Julka niedługo chyba zacznie opuszczać się trochę w nauce i wątpię, żeby to umknęło uwadze Mathiasa, ale to dopiero za jakiś czas. Także nie wiem. Pomysły? ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  7. [Hej, hej heloł!
    Bardzo fajny, pan no i Ślizgon, były co prawda, ale jednak. A więc myślę, że Romèo bardzo chciałby być jak on. c:
    Nie ma to jak wzór do naśladowania xd]
    Charlie/Romèo

    OdpowiedzUsuń
  8. [Z Lenardem - tylko pozytywy. No chyba, że obrazisz któreś z jego przyjaciół, bądź zniszczysz gitarę - inaczej jest wesołym Hiszpanem zdolnym do wszystkiego! Twój pan to młodzieniaszek, bardzo mi szkoda tej mojej Solene, miałabym całkiem całkiem pomysł. Tutaj mogę zaproponować spróbowanie rozluźnienie tego Twojego sztywniaka. To Lenard jest starszy, a ma zupełnie inne nastawienie do życia. Oboje mają swoje utracone miłości, myślę, że bardzo się zrozumieją.]

    Lenard

    OdpowiedzUsuń
  9. [To teraz pytanie, jaki wątek? Bo możemy im zafundować po prostu kolejne spotkanie na wieży, Selene mogłaby mieć też gorszy humor czy coś, ewentualnie pomyślałam o jakiejś małej dramie, że ktoś mógłby ich kilka razy zobaczyć wspólnie na wieży, wysnuć fałszywe wnioski i pójść z tym do dyrektora/opiekuna Puchonów, że mają romans. Która opcja bardziej ci odpowiada? :)]

    Selene

    OdpowiedzUsuń
  10. Uśmiechnął się ironicznie, zerkając na wielki zegar znajdujący się na wieży. Jego wskazówki pokazywały godzinę jedenastą piętnaście, o równej jedenastej rozpoczynały się zajęcia transmutacji prowadzone przez profesora Rathmanna. Z reguły trzymał się na boku i starał się nie pakować w żadne kłopoty, szczególnie w te poważne, ale… Pojawił się pewien powód, dla którego Hyun z przyjemnością łamał panujące zasady u wcześniej wspomnianego profesora na zajęciach. Zauroczenie. Ciężko było nazwać te uczucie czymś więcej. Hyun tak naprawdę nic nie wiedział o tym mężczyźnie i nie specjalnie też pragnął się dowiedzieć. Po ostatnich przejściach nie pragnął żadnej wielkiej miłości, nie szukał partnera na stałe, nie chciał w nikim lokować swoich uczuć. W końcu ostatnio zaangażował się tak bardzo i… Nic z tego nie miał. Nic poza problemami. Jego poprzedni związek był po prostu toksyczny ale nie potrafił z tego zrezygnować, ciągle wierzył, że jeszcze wszystko się ułoży, że jeszcze nadejdzie dla nich szczęśliwy czas. Naiwnie brnął w to, ufając słowom ukochanego i… Nie dostrzegając tego, w jak wielkie wpakował się bagno, chociaż sam nie był też bez winy.
    Westchnął cicho, zarzucając na ramię pasek od torby i powolnym krokiem ruszył w stronę klasy, w której odbywały się zajęcia. Zatrzymując się przed drzwiami, nacisnął klamkę i pchnął mocno drewniane, duże drzwi. Jego usta wygięły się w ironicznym łuku, wszedł do pomieszczenia i ruszył na środek klasy, gdzie zwolnił nieco kroku. Nie przepraszając nawet za spóźnienie i nie zerkając na nauczyciela ruszył na swoje miejsce.
    — Spadaj stąd — warknął cicho, układając torbę na drewnianym stole obdarzając znajomego Puchona surowym wzrokiem. Chciał mieć jak najlepszy widok na Rathmanna, a ostatnia ławka tego nie gwarantowała, jednak trzecia, jak najbardziej.
    — Spóźniłeś się Han, te miejsce jest już zajęte — odpowiedział niepewnie, na co Hyun tylko się uśmiechnął i pochylił się nieco nad blondynem.
    — Oberwiesz na najbliższym meczu. I to porządnie. — Szepnął, prychając powietrzem z nosa. Młodszy chłopak szybko zrozumiał, że Krukon nie żartuje i potulnie wstał i zabrał szybko swoje rzeczy zmieniając swoje miejsce. Mrucząc przy tym pod nosem, że nie ma pojęcia co się stało z Azjatą i, że w ogóle go nie poznaje od powrotu po wakacjach. Koreańczyk nic sobie jednak z tego nie zrobił i z triumfem wymalowanym na twarzy zajął świeżo zdobyte miejsce. Wyjął książkę i spojrzał przed siebie, napotykając po drodze spojrzenie profesora Mathiasa. Wzruszył tylko lekko ramionami i uśmiechnął się niewinnie.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Ok, tak zróbmy. To wychodzi, że chyba ja zaczynam :) Wyślę Ci coś jeszcze dzisiaj. ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  12. [Super, a nawet mogę zaproponować udziwnienie do tego pomysłu, ponieważ w ostatnim opowiadaniu okazało się, że rodzice Ethel nie zginęli przypadkiem i ktoś poluje teraz również na nią. Całą sprawa jest oczywiście dużo głębsza i bardziej skomplikowana, ale myślę, że dodatkowym, arcyciekawym wątkiem byłoby, gdyby kojarzyli się z lat szkolnych a po szkole utrzymywali jako taki kontakt listowny. Ethel mogłaby odwodzić go od pomysłu wydania Mrocznych, ponieważ po swoich rodzicach przejęła postawę "lepiej się nie mieszać i być tak neutralnym, jak to możliwe". Z tym, że po wszystkim Mroczni mogliby odkryć część ich korespondencji i podejrzewaliby, że to za namową Ethel mężczyzna wydał miejsce ich kryjówki. Mają teraz dodatkowy powód by ją śledzić, czy zaatakować, a my dzięki temu ewentualną podstawę do jakiegoś wątku akcji, w razie gdybyś chciała ich rozruszać po tym, jak przy rumie powspominają co nieco. Co o tym myślisz? Nie poniosło mnie za bardzo?]

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dzień dobry. c: Muszę pochwalić przyjemnie napisaną kartę, choć ten pan wcale nie miał łatwo w życiu. Jeżeli masz ochotę, wpadnij do mnie.]

    Nymphaea Shadow

    OdpowiedzUsuń
  14. Wrzesień 2023 Julia zdecydowanie mogła nazwać miesiącem największej destabilizacji w swoim życiu. Większość jej relacji z ludźmi uległa zmianie, a co dziwne, wszystko było chyba popchnięte przez jakiegoś rodzaju przypadek. Był to okres rozczarowań, szczerych uśmiechów, krzyków, braku czasu, bólu szpilek wbijanych w serce, wątpliwości i największej pewności, ale także odejść i powrotów.
    Mathiasa nie widziała od pół roku. I w życiu nie spodziewałaby się, że ich kolejne spotkanie odbędzie się właśnie w Hogwarcie. Siedziała w Wielkiej Sali na pierwszej uczcie, a dyrektor wygłaszał mowę. Już widok Adama był czymś, w co ledwo mogła uwierzyć, ale gdy profesor Longbottom przedstawił nowego nauczyciela transmutacji, Julii szczerze opadła szczęka. Mathias Rathmann. Jej kuzyn. Nigdy raczej nie byli blisko, bo też nie mieli zbyt wielu okazji do spotkań, ale lubili się. Każdy dostrzegał między nimi jakąś nić porozumienia, mimo docinek i żartów, rzucanych z szerokim uśmiechem na ustach. Zabawna relacja, bo na co dzień jej nie było, a od święta wybuchała jak fajerwerki.
    Po uroczystym rozpoczęciu roku udało im się zamienić kilka słów, ale zaraz każde z nich odeszło w swoją stronę. Widzieli się na lekcjach, gdzie obydwoje, z wyjątkowym profesjonalizmem, udawali, że się nie znają. W końcu, w połowie września, Julia doszła do wniosku, że to strasznie dziwne, co się między nimi dzieje, a właściwie co się nie dzieje. Wcześniej nawet o tym nie myślała, bo jej głowa i czas były zbyt zajęte bieżącymi sprawami. Zdecydowanie trzeba było to zmienić.
    Zapukała do drzwi jego pokoju. Było niedzielne popołudnie, idealne na rodzinne spotkanie. Mathias otworzył po krótkiej chwili. Julia uśmiechnęła się od ucha do ucha i rzuciła mu na szyję, wskakując jednocześnie na niego i oplatając nogami jego brzuch. Przytuliła go mocno. Olać ten jego perfekcjonizm. Stęskniła się.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  15. [Dobre, dobre. Zacznę jakoś dzisiaj. Lubię, gdy akcja przychodzi z czasem, więc nie przepadam za wymyslaniem całej fabuły wątku, po prostu tego nie lubię. Jeżeli z tobą jest inaczej to od razu mów! c:]

    OdpowiedzUsuń
  16. Zgodnie z poleceniem profesora, podpierając się dłońmi o blat biurka powolnie uniósł się i łaskawie obdarzył mężczyznę swoim spojrzeniem. Nie był do końca przekonany, czy sposób jaki sobie obmyślił faktycznie zadziała i pozwoli mu się odrobinę zbliżyć do Niemca. Wziął głęboki oddech i zagryzł nerwowo wargę.
    — Ta… Przepraszam, to się więcej nie powtórzy — mruknął, niby obojętnym tonem chociaż tak naprawdę serce w piersi waliło mu tak mocno, jakby już za chwilę miało się z niej wyrwać. Słysząc liczbę odjętych punktów i karę dla całej klasy zmarszczył mimowolnie brew. Był świadom tego, że całkiem sprawnie grabi sobie u kolegów z roku. W końcu to nie był pierwszy problem, jakim ich obdarował, a był zaledwie początek września… Rok szkolny nie zdążył się tak naprawdę dobrze rozkręcić, a on już tyle zrobił. Po klasie przeszedł cichy pomruk niezadowolenia, jednak nikt nie odważył się odezwać słowem. Han doskonale wiedział, że gdy tylko opuszczą pomieszczenie po zakończonej lekcji usłyszy co nieco na swój temat. Ale… Nie robiło mu to większej różnicy, przecież i tak zawsze trzymał się na boku. Nagle znajomi nie zaczną się do niego odwracać plecami bo zwyczajnie nie ma ich za wielu w Hogwarcie.
    Ponownie zajął swoje miejsce i już więcej niepytany się nie odezwał. Czekał wytrwale do końca zajęć, aż będzie mógł schować książkę i opuścić salę. Chciał, aby dzień minął mu jak najszybciej, bo chociaż dostał szlaban tak naprawdę nie mógł doczekać się, kiedy pojawi się w gabinecie profesora Rathmanna mogąc spróbować wzbudzić w nim sympatię względem swojej osoby. Po dzisiejszej jego reakcji obawiał się jednak, że to nie będzie tak łatwe… W końcu skutecznie działał mu na nerwy, a tego akurat nie chciał. W ogóle. Ciężko mu było powiedzieć co się stało, ale pragnął jego obecności… Podobał mu się, ale… Nie wiedział tak naprawdę dlaczego.
    Na kolacji, nie był w stanie nic przełknąć. Gapił się w swój talerz, nie mogąc się zdecydować czy woli iść głodny czy może powinien zmusić się do przełknięcia czegokolwiek. Oblizał nerwowo wargę, kiedy poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Wzdrygnął się lekko, odwrócił się jednak szybko i spojrzał w górę. Utkwiwszy spojrzenie w ciemnych oczach młodszej od siebie Azjatki, która również należała do Ravenclawu.
    — Słyszałam co się stało… — Powiedziała cicho, delikatnie zaciskając dłoń znajdującą się na jego ramieniu. — Po Hogwarcie chodzą plotki, że przez wakacje oszalałeś. — Obdarzyła go ciepłym spojrzeniem, pełnym troski.
    — Nie mam ochoty na rozmowy, Av… Zresztą, muszę iść bo spóźnię się na szlaban u Rathmanna. — Odezwał się, chwytając w dłoń pospiesznie kawałek chleba, zerwał się z ławki i ruszył szybkim krokiem w stronę gabinetu profesora, zapychając sobie usta wcześniej, chwyconym kawałkiem pieczywa.
    — Dobry wieczór — odezwał się niepewnie, pchając wielkie drzwi zaraz po zapukaniu w nie. Wszedł do środka i rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu sylwetki profesora.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  17. Odsunęła się odrobinę, tak żeby spojrzeć na kuzyna. Na jego twarzy malowało się ogromne zmęczenie i wyraźnie zauważalny smutek. Oczu nie poznawała. Były inne niż zwykle i niż je pamiętała. Z ukrytą gdzieś głęboko nutką bólu i żalu. Nie czuła się jednak odstraszona, a wręcz przeciwnie. Ten widok spowodował, że chciała zostać, tak długo jak będzie trzeba. Wiedziała, że Rathmann nie należy do osób, które łatwo się przyznają do tego, że kogoś potrzebują. Oczywiście, nie była pewna, że potrzebuje właśnie jej, ale miała taką nadzieję, bo przy okazji, w jakiś pokręcony sposób, to ona potrzebowała jego.
    - Wyglądasz okropnie. - powiedziała, marszcząc smutno brwi, pocałowała go w czoło i zeskoczyła na ziemię. Szybkim ruchem popchnęła drzwi, tak że zatrzasnęły się same i weszła głębiej do pokoju.
    - Siadaj. Musimy pogadać. - oznajmiła, tonem nieznoszącym sprzeciwu, podjemując decyzję również za niego. Sama usiadła w rogu sofy, po turecku, tak jak lubiła. Zaczekała aż Mathias się do niej przyłączy.
    - No dobra, mów. - powiedziała trochę rozkazującym tonem, ale nadal bardzo łagodnym, w jej stylu. - Powiedz co u Ciebie, co u mamy i przede wszystkim co sprawiło, że jak na Ciebie patrzę to mi samej jest smutno.
    Oparła się plecami o podłokietnik, patrząc na kuzyna wyczekująco. Była okropną hipokrytką. Gdyby ktokolwiek zadał jej podobne pytanie, a właściwie zestaw pytań i to w dodatku tak znienacka, to pewnie nie do końca miałaby ochotę na nie odpowiadać. Wewnętrzna Julia już uderzała się dłonią w czoło z powodu własnej głupoty. Ale szczerze się martwiła i miała nadzieję, że Mathias to wyczuje.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  18. Zdenerwowany spojrzał na nauczyciela Eliksirów. Czy on sobie kpił? Serio? Wypracowanie na rolce pergaminu o eliksirze miłości? Co? Nie wierzył w to i za co? Za to, że spytał się Patrick'a o której godzinie koniec lekcji? To jakaś kpina!
    – Pana powaliło? – spytał z niedowierzaniem uderzając o krzesło, gdy wstawał. Parę osób roześmiało się na jego słowa, jednak nauczyciel nie uważał tego za coś śmiesznego. Krukon był naprawdę wściekły, dlaczego do cholery zawsze czepiali się właśnie jego? Na Merlina, jedyne na co miał ochotę to, aby zapalić. Myślał o tym od dłuższego czasu, o papierosach. Może dlatego był aż tak wkurzony? Możliwe.
    – Minus piętnaście punktów dla Ravenclaw'u! No i napiszesz kolejne wypracowanie o dowolnym eliksirze, mam nadzieję, że mnie zaskoczysz! – uśmiechnął się wrednie nauczyciel. Pod koniec lekcji Krukon wybiegł z klasy pełen złości. Co za żenada! Wkurzył się na profesorka, nic nie zrobił! Zły pokierował się w stronę biblioteki, może tam coś znajdzie? Odkładanie tego nie miało sensu i tak było już późno jak na dwa wypracowania. Szybko poszedł do biblioteki. Przeszukiwał wszystkie książki nawet nie witając się z bibliotekarką. Czochrał swoje włosy przeszukując każdą półkę, nic nie znalazł. Ani o eliksirze miłości, ani o czymś ciekawym. Nawet nie miał pomysłu o czym może być jego drugie wypracowanie. Targał swoje włosy w coraz większej irytacji, tracił nadzieję, że cokolwiek znajdzie. Jak się okazało, nie znalazł nic, kompletnie nic. Zły wybiegł z biblioteki nie żegnając się. Gdzie jeszcze mógłby coś znaleźć? Nie miał bladego pojęcia. Rozzłoszczony i zirytowany obserwował radosnych uczniów. Dziś miał się umówić z Cecilą, jednak musiał o tym zapomnieć, ponieważ nie będzie miał szansy zdążyć z tym wszystkim. Mógłby to olać, jednak nie chciał obić satysfakcji nauczycielowi, którego tak nie lubił. Przygnębiony i zły na tych wszystkich ludzi, którzy nie muszą robić żadnych wyprpacowan wszedł na drugie piętro z nadzieją, że może coś go natknie. Gdy tak spacerował, zauważył idącego w jego kierunku Rathmann'a od Transmutacji, stwierdził, że to jego ostatnia szansa, aby załatwić tą sprawę. Profesora lubił, świetnie się dogadywali już od początku roku szkolnego. Nauczyciel jakby rozumiał go bez słów. To chyba był jedyny nauczyciel, do którego Krukon czuł pewnego rodzaju respekt i szacunek. Po prostu go lubił i wiedział na ile może sobie u niego pozwolić, a na ile nie.
    – Panie profesorze! Panie profesorze! – krzyczał coraz głośniej biegnąc do niego z nadzieją. Nauczyciel wydawał się zdziwiony, co nie było dziwne. Krukon raczej unikał rozmów z nauczycielami o tak późnych porach. Wolał ten czas spędzać samemu, albo na imprezie. – Potrzebuję pana pomocy! Pilnie. – dodał z szerokim uśmiechem, dość nerwowym.

    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  19. Obserwowała uważnie jego zachowanie, nie ruszając się z miejsca i próbując zignorować krew dudniącą jej głośno w uszach. Wiedziała, że nie chodzi o zmęczenie, Mathias nie mówi jej prawdy i chce ją tylko od siebie odepchnąć z jakiegoś powodu. Tylko czy ona mogła mu na to pozwolić...
    Powoli wstała, ale zamiast go posłuchać i opuścić pokój, kucnęła przy nim i delikatnie pogładziła go po włosach, tuż za uchem, zdając sobie sprawę, że każdy centymetr jej ciała wypełniony jest strachem, że ją odepchnie. I tak czuła się odrzucona. Ale czuła się odrzucona już tyle razy ostatnio, że teraz już prawie nie zwróciła na to uwagi. Miała wrażenie, że nie ona się tu liczy i nie ona jest najważniejsza. Coś jej mówiło, że on naprawdę jej potrzebuje i nie mogła z tym walczyć i po prostu wyjść. To była jej rodzina, czuła z nim więź i nie chciała mu pozwolić tak leżeć w samotności i zadręczać się tym, co go tak bolało.
    - Nigdzie nie idę. - szepnęła z wyczuwalną troską, cała drżąc ze strachu. - Nic nie mów, jeśli nie chcesz, ale nie wyjdę teraz.
    Nie potrafiła go zostawić i odpuścić sobie, skoro gdzieś głęboko jej na nim zależało. Objęła go delikatnie, obawiając się, że wyczuje jej serce, bijące w jakimś szalonym rytmie ze zdenerwowania.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  20. [Skoro polubiłby Rose, to kręcimy coś? :D Przyda się nam jakiś nauczyciel, który będzie próbował chociaż rozumieć traumę, jaką przeżyła Rose.
    Po cichutku dodam, że może uda mi się Ciebie zaciągnąć na jakże oklepany i zakazany romans? :D W końcu i on, i ona są już dorośli. ;)]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  21. [W sumie fakt, czasem nie jest warto planować wszystkiego od A do Z. ;)
    To może zrobimy tak. Lubię babrać się w psychologicznych rzeczach, dlatego, podążając za logiką, człowiek, który sam ma problemy i który sam zamyka się przed światem, łatwiej dostrzeże kogoś, komu również jest ciężko na tym świecie, nieważne ile masek zacząłby nosić i jak bardzo wmawiałby światu, że jest szczęśliwy.
    Myślę, że Rose mogłaby przykuć jego uwagę już od samego początku. Wydawała się ambitną, zdolną czarownicą, gdy zabierała głos na lekcji, ale w jej zachowaniu mógł dostrzec pewną nieścisłość - powinna chociażby wychodzić razem z przyjaciółmi z sali, uśmiechać się, gdy dostanie jakieś punkty dla domu, tymczasem Rose sprawiła na nim wrażenie osoby bardzo smutnej.
    Po pewnej lekcji zaproponowałby jej spotkanie w kole transmutacji, a po kołach transmutacji - lekcje indywidualne, jako iż dostrzegłby, że dziewczyna ma potencjał i może z materiałem śmiało wyprzedzić już pozostałych uczniów. Ona, rzecz jasna, zgodziłaby się, no bo w końcu tego się od niej oczekuje.
    Wtedy mogliby się zbliżać, przełamać barierę profesor-uczeń i rozmawiać jak dobrzy znajomi. W końcu oboje by się dowiadywali o sobie coraz więcej.
    Co Ty na to?]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  22. Spojrzała na niego jak na zupełnie obcą osobę, kiedy ją odepchnął. Może rzeczywiście to już nie był ten sam Mathias, a ona się myliła. Kolejny raz.
    - Dobrze. - szepnęła bezgłośnie.
    Wstała, spojrzała jeszcze w jego obce oczy i wyszła z pokoju. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły podeszła do przeciwległej ściany, ścisnęła dłoń w pięść i uderzyła jej bokiem w zimną, nierówną powierzchnię. Nie czuła nawet bólu, ani krwi, zaczynającej powolutku wypływać spod przetartej skóry. Obróciła się tylko i poddała tracącym siły nogom, osuwając na ziemię. Usiadła, przyciągnęła do siebie kolana i ukryła za nimi twarz.
    Nie chodziło o Mathiasa. W jakimś stopniu oczywiście również, ale nie wyłącznie o niego. On tylko popchnął lawinę, tak że z całą siłą spadła na Julię. Nie wytrzymała. Nie mogła powstrzymać płaczu. Za dużo się ostatnio wydarzyło, a ona do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z tej ilości, tłumiąc wszystko w sobie i spychając w ciemne zakątki umysłu. Wszystko, co kiedyś uznawała za pewne w swoim życiu, rozczarowało ją i trzaskało nią o ścianę. Myślała, że jeśli nigdy się nie zakocha to nie będzie cierpieć, że tylko miłość tak cholernie boli. Okazało się, że nie tylko. Zawsze miała wszystko poukładane, wiedziała kto jest kim w jej życiu i dlaczego. Ta świadomość dawała jej ogromną kontrolę, której tak potrzebowała. Ale później wszystko zaczęło się zmieniać, reorganizować kiedy nie patrzyła i zaskakiwać.
    Siedziała przy tej ścianie w pustym korytarzu tak długo aż wypłakała chyba wszystkie łzy. Nie miała siły już ani o niczym myśleć, ani się podnieść.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  23. Usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Podniosła głowę i zobaczyła, że Mathias opuszcza swój pokój. Nie poczuła nic. Nie miała już siły czuć cokolwiek. Odwróciła wzrok, a on podeszedł, kucnął przy niej i zmusił, aby na niego spojrzała. Zrobiła to i miała wrażenie, że kiedy tylko ich oczy się spotkały, znowu coś pękło. To nie był on. Wszystko się zmieniło. Jego dotyk powodował w niej wewnętrzny ból, tak silny dyskomfort, jakby jej umysł już go odtrącił, w geście obronnym. Nie ruszyła się. Przełknęła tylko ślinę i mimowolnie zmarszczyła brwi. Jednocześnie, gdzieś głęboko, czuła też jakiś rodzaj ulgi. Cały jej organizm prowadził właśnie bezcelową walkę, na którą ona miała zaniedbywalnie mały wpływ. Na dźwięk jego głosu zadrżała. Był szczery, prawdziwy i w jakiś sposób poruszający.
    Mathias odszedł tak szybko jak się pojawił.
    - Bo bez Ciebie jestem przecież tak cholernie szczęśliwa! - krzyknęła za nim. Co aż tak złego mógł zrobić, że przez to ją odtrącił? Kazał trzymać się z daleka. A ona nawet chciała spełnić jego prośbę, ale nie potrafiła. Był jej rodziną. Zależało jej. Musiała walczyć. Chociaż trochę. Nie miała zbyt wiele do stracenia, bo kolejne zranienia już prawie nie bolały.
    Podniosła się gwałtownie, dopiero wtedy zauważając, że cała jest poplamiona krwią. Machnęła różdżką, aby pozbyć się zabrudzeń i ruszyła w stronę dormitorium. Nagle odwróciła się i cofnęła. Drzwi pokoju Mathiasa nie były zamknięte na klucz. Weszła szybko do środka. Bez problemu odnalazła gdzieś kawałek pergaminu i pióro. Chwilę póżniej wyszła, zostawiając karteczkę na stoliku. Słowa, których była tak pewna, wyskrobane w pośpiechu pochyłym pismem.
    Ty nie robisz złych rzeczy.
    Czasem robisz głupie,
    ale nie jesteś złym człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń
  24. Całą noc nie spała. Najpierw chodziła po zamku, a póżniej, kiedy zrobiło się naprawdę późno, wróciła do dormitorium i leżała w łożku, przewracając się z boku na bok aż wstało słońce. Na śniadaniu była pierwsza i została do końca, wciąż wpatrując się w stół nauczycielski. Mathias nie przyszedł. O bieganiu nawet nie pomyślała. Na pytania znajomych odpowiadała krótko i wymijająco. Potem poszła na eliksiry. Skupiła się maksymalnie, starając zapomnieć o wszystkim innym, więc swoją perfekcyjną miksturę oddała pierwsza. Na OPCM nie było tak łatwo. Adam akurat miał wolne, a profesor prowadził tego dnia bardziej wykład niż zwyczajne zajęcia, więc Julia leżała na ławce, ukrywając się za koleżanką przed sobą. Martwiła się o Mathiasa. Co tak złego mógł zrobić, że wywoływało to w nim tak ogromne poczucie winy? I dlaczego nie było go na śniadaniu? Nie przestała się matwić również po OPCM, ponieważ jak tylko uczniowie opuścili salę, dowiedzieli się, że zajęcia z transmutacji są odwołane. Julia już ruszyła w stronę pokoju Rathmanna, kiedy Vinay krzyknął za nią i powiedział, że w takim razie trening zaczną już za chwilę. Westchnęła i razem z drużyną ruszyła w stronę wyjścia z zamku. Szła ostatnia, mało zawzięcie dyskutując z kapitanem o taktyce. Nagle ktoś krzyknął, wskazując na ogromnego, białego tygrysa, leżącego przy ścianie zamku z czerwoną plamą z krwi na idealnie białym futrze. Julia zamarła. To był Mathias. Niejednokrotnie widziała go pod tą postacią. Podbiegła i opadła na kolana obok niego. Położyła dłoń na jego ranie, czując, że krew już wyschła. Prawdopodobnie leżał tak całą noc.
    Później wszystko działo się bardzo szybko. Kazała komuś biec do skrzydła szpitalnego. Ze łzami w oczach pocałowała tygrysa w czubek głowy i wyciągnęła różdżkę. Potrzeba było trzech zaklęć lewitujących, żeby go podnieść. Szybkim krokiem, ale starając się zachować należytą delikatność, przenieśli Mathiasa do skrzydła szpitalnego. Drużyna stała z przerażonymi minami przy wejściu, a Julia ciągle trzymała dłoń na łapie zwierzęcia, do czasu aż zmieniła się w końcu w ludzką rękę. Wcześniej uzdrowiciele zaleczyli ranę. Padło słowo wilkołak. Potem już wszyscy sobie poszli. Łzy powoli spływały po policzkach Julii. Tak strasznie się o niego bała, mimo iż pielęgniarki mówiły, że będzie dobrze, ale kuzyn ciągle leżał na łóżku bez ruchu, blady jak ściana, z bandarzem owiniętym wokół brzucha.
    Wieczorem ktoś przyniósł jej herbatę i coś do jedzenia. Zjadła powoli i niechętnie, jakby każdy kęs sprawiał jej ból, ale uzdrowiciel powiedział, że jeśli nie zje to nie pozwoli jej zostać. Została. A później zasnęła z głową opartą o tors chłopaka, wciąż delikatnie ściskając jego dłoń.
    Obudził ją jego delikatny ruch. Momentalnie podniosła się i zobaczyła, że Mathias otwiera oczy. Uśmiechnęła się smutno i mimowolnie puściła jego dłoń.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  25. Kiedy słuchała jego słów, czuła jak wielka gula rośnie jej w gardle. Nie mogła uwierzyć. Nie w to, że Mathias wydał swoich najbliższych, ale w to, że okazali się należeć do Mrocznych. Może i nigdy nie lubiła jego ojca, ale matka zawsze wydawała się miłą i ciepłą osobą. Jak wszyscy wokół mogli aż tak się mylić? Zaczęła się zastanawiać, co sama zrobiłaby w takiej sytuacji. Czy broniłaby rodziny, mimo iż wiedziałaby, że to złe czy wydałaby ich, skazując siebie na, nawet niesłuszne, ale uzasadnione, wyrzuty sumienia. Chłopak stanął przed tym wyborem, zapewne najcięższym w jego życiu i takim, na który nigdy się nie przygotował. A później, gdy już podjął decyzję, nikt go nie przekonał, że zrobił dobrze.
    Leżał skulony na boku, przykryty kocem i odwrócony od niej plecami. Nie powinien tak leżeć, rana nie goiła się w tej pozycji prawidłowo. Przewróciła chłopaka na plecy i pocałowała delikatnie w czoło.
    - Leż tak jak teraz, dobrze? Wrócę później. - uśmiechnęła się delikatnie i opuściła skrzydło szpitalne. Prawie świtało. Nie chciała wracać do dormitorium, iść na zajęcia, słuchać głupich pytań i komentarzy. Zbiegła na dół i zapukała do pokoju Adama. Otworzył jej zaspany, wpuścił do środka i przytulił tak, jakby chciał jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie musiała nawet nic mówić. Zasnęła skulona na kanapie i obudziła się dopiero po kilku godzinach, kiedy Szymon położył się przy jej skulonych nogach i zaczął mruczeć. Przyjaciela nie było, pewnie musiał pójść na zajęcia, więc Julia od razu wyszła, zamykając drzwi zaklęciem i pobiegła do skrzydła szpitalnego. Mathias nie spał.
    - Cześć. - powiedziała, uśmiechając się lekko. - Przyniosę Ci wody.
    Wróciła chwilę później i podała chłopakowi szklankę.
    - Jak się czujesz? - spytała cicho, siadając na stołku obok łóżka. Miała nadzieję, że przynajmniej rana boli mniej.

    [ Mam nadzieję, że Ci nie przeszkadza wplątanie Adama. Ale jakoś tak mi pasował :) ]

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  26. Zszokowany patrzył na nauczyciela, ten nie wydawał się zbyt zadowolony widokiem swojego ucznia. No cóż, popołudnie koniec lekcji, nikt chyba nie ma wtedy ochoty użerać się znowu z jakimiś gówniarzami. No, ale właśnie teraz Krukon był tym gówniarzem więc nie patrzył na to tak jak zrobiłby to wcześniej. Był na miejscu gówniarza, który wnerwia swojego nauczyciela. Nie pasowało mu to, nigdy nie lubił prosić kogoś pomoc, zawsze go to stresowało, bo nie wiedział jakich słów powinien użyć. Zwykle robił to w zły sposób, bez kultury. Powiedzmy sobie szczerze nie było on nigdy zbyt miły. Gdy kogoś o coś prosił, po prostu mówił, że ktoś ma mu pomóc. Nie prosił, rozkazywał. Zawsze. Pokiwał głową zdenerwowany, nie dowierzał. Cholera, on nikogo nigdy o nic nie prosił. Jak więc się do tego zabrać? Okej, przecież profesor od Transmutacji nie był dla niego tylko profesorem, ale i bratnią duszą, swego rodzaju. Rozumiał go bez słów.
    – Ten dupek od Eliksirów kazał mi zrobić dwa wypracowania o Eliksirze miłosnym i drugim, który mogę sobie wybrać. Co za gnojek! – wydarł się od razy tłumacząc wszystko profesorowi. Paru uczniów zwróciło na nich uwagę. Ja pierdziele. Czas leciał coraz szybciej, Krukon bał się, że nie zdąży z tym wszystkim. Może nie sprawiał takiego wrażenia, ale mu naprawdę zależało na ocenach. Z eliksirów szczególnie, z wszystkich przedmiotów oceny były ważne. Starał się jak mógł, harował jak mógł, a ludzie i tak uważali, że używa czarów, bo mu tak wszystko dobrze idzie. Może i imprezował, ale wiedział co robić, aby jego oceny dobrze o nim świadczyły. Uczył się kiedy tylko mógł jak nikt inny. Patrzył bacznie na nauczyciela, czekał aż ten powie, że chętnie mu pomoże. Oparł się o ścianę obserwując ludzi dookoła siebie.
    – Profesorze, jeżeli nie uzyskam odpowiedniej pomocy, moje plany się rozpieprz..rozwalą. – tłumaczył spokojnie kiwając głową i gestykulując rękami, za bardzo. Miał nadzieję, że chociaż trochę przekona nauczyciela do pomocy sobie. Taka była prawda, wszystko się rozpieprzy jeżeli nikt mu nie pomoże. Był wściekły, cały czas czochrał swoje włosy i patrzył na dłonie, które drżały mu z nerwów. Często na strach reagował nerwowo, złością.
    Romèo

    OdpowiedzUsuń
  27. Zerkał na profesora, cały czas pamiętając o tym aby nie robić tego zbyt nachalnie i zachłannie, chociaż chciał się na niego napatrzeć i zapamiętać dokładnie to jak wygląda i jak się zachowuje po prowadzonych zajęciach. Han zdawał sobie sprawę, że jest tutaj tylko i wyłącznie przez szlaban, którego się dorobił swoim idiotycznym zachowaniem. Wciąż jednak wierzył, że jeszcze uda mu się z tego wszystkiego wybrnąć. Ruszył w stronę stolika i zmarszczył brwi, oczekując polecenia.
    — Co?! — Jęknął odrobinę za głośno, patrząc na leżący przed nim regulamin, który był zdecydowanie za gruby, aby go przepisywać i wykuć na pamięć. — To… Nie przepiszę tego do przerwy świątecznej. — Oczywiście wyolbrzymiał, fakt. Przepisanie regulaminu nie powinno mu zająć więcej niż półtora tygodnia, biorąc jednak pod uwagę brak możliwości popełnienia błędu, czas ten wydłużał się o jakiś tydzień. W każdym razie, Hyun o ile miał ochotę spróbować swoich sił, nie chciał siedzieć i przepisywać tego cholernego regulaminu. W dodatku poranne spotkanie z dyrektorem sprawiało, że Han miał ochotę umrzeć, a jego waleczne nastawienie ulotniło się szybciej, niż Rathmann skończył mówić. Chwycił pióro i leniwie rozpoczął przepisywanie, ciągle, zerkając na profesora.
    Po mniej więcej godzinie nieustannego pisania, odłożył pióro na bok i dość głośno odsunął się krzesłem od stolika. Oblizał nerwowo wargi i wstrzymał na chwilę powietrze. Przecież musiał coś zrobić, nie mógł siedzieć i przepisywać tego cholernego regulaminu. Wówczas jego jakże ambitny plan okazałby się tylko stratą czasu.
    — Profesor coś słabo wygląda, może… Mógłbym coś zrobić dla profesora? — Odezwał się, robiąc kilka kroków w stronę kanapy, na której siedział młody mężczyzna. Nie czekając nawet na odpowiedź, pokonał szybko dzielącą ich odległość i usiadł obok, wlepiając swoje ciemne oczy w twarz Rathmanna. Mógł zachowywać się, jak nieśmiały chłopiec z pierwszego roku lub być tym odważniejszym chłopcem, który potrafi zadbać o własne interesy. Miał wrażenie, że tą pierwszą opcją nie zdziała za dużo. — Gorąca herbata, szklanka zimnej wody, albo… Ognista? Mnie ta ostatnia zawsze pomaga. — Wyszczerzył swoje białe ząbki w wesołym uśmiechu. Jasne, uczniowie nie powinni mieć alkoholu w szkole, ale… Nie oszukujmy się. Oni ciągle ją przemycali.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  28. Mathias jak zwykle schował się przed nią za kołdrą, dając jej tym samym znak, że rozmawiać nie będą. Przewróciła oczami, ale zaraz uśmiechnęła się promiennie, gdy zobaczyła obok siebie Adama. Poczuła ulgę, bo jego obecność zawsze działała na nią kojąco i wszystko wydawało się łatwiejsze.
    - Świetnie. - odparła ironicznie, westchnęła ciężko i wstała. - Czeka mnie co najmniej kilka minut słuchania o tym, że przychodzenie na zajęcia to mój święty obowiązek i najprawdopodobniej dostanę szlaban. No nie mogę się doczekać!
    Uśmiechnęła się leciutko, gdy Adam pocałował ją czoło, a Mathiasa spiorunowała wzrokiem, jakby chciała mu powiedzieć, że wróci za chwilę i ma się absolutnie nie przekręcać na bok, po czym opuściła skrzydło szpitalne i szybkim krokiem ruszyła na dziedziniec. Profesor od ONMS był dość zdenerwowany. Nie omieszkał poinformować ją, że go zawiodła, że tak się nie robi, że powinna mu powiedzieć, jeżeli miała ważny powód, żeby nie przyjść, że przychodzenie na zajęcia to jej święty obowiązek i oczywiście dostała szlaban. Może mogłaby się z tego wywinąć bez kary, ale nie miała ochoty mu się tłumaczyć i mówić dlaczego nie pojawiła się na zajęciach. Kiedy tylko skończyli rozmawiać, od razu pobiegła do skrzydła szpitalnego. Łóżko Mathiasa było puste, a pielęgniarka już zaczęła krzyczeć, że trzeba znaleźć pacjenta, bo definitywnie potrzebuje dalszej hospitalizacji. Julia zacisnęła zęby, próbując powstrzymać zdenerwowanie i pobiegła w stronę pokoju kuzyna. Spotkała go po drodze, wspartego na ramieniu Adama. Wyglądali tak... kontrastowo. Adam – chodzący optymizm, uśmiechnięty od ucha do ucha i Mathias – z miną jakby wszyscy ludzie na tym świecie przeszkadzali mu w spokojnej egzystencji. Podeszła do nich i westchnęła cicho, kiedy ją przytulili. Odsunęła się na krok. Patrzyła przez chwilę na kuzyna, zastanawiając się co z tym fantem zrobić, ale wiedziała doskonale, że ma rację. Oczywiście, że w pokoju będzie mu lepiej. Sama nie raz wylądowała w skrzydle szpitalnym po meczu albo treningu i też uciekała stamtąd, kiedy tylko nadarzyła się okazja.
    - Okej. - odparła, kręcąc głową, trochę z niedowierzaniem, że mu na to pozwala. - To ja tam pójdę i spróbuję jakoś załagodzić sytuację. Żeby Cię nikt już nie napastował w tej Twojej świątyni. Oczywiście poza mną.
    Pocałowała chłopaka w czubek głowy i odeszła. Po chwili odwróciła się jeszcze na moment.
    - A Ciebie, Adaś, zabiję! Nie myśl sobie! - krzyknęła za nim, uśmiechając się szeroko. Wiedziała jednak, że to nie jego wina. To Mathias był cholernie upartą bestią.
    Wróciła kilkanaście minut później, z ramionami wypełnionymi różnymi buteleczkami, pudełeczkami i bandażami i wyłożyła wszystko na stół.
    - Wow! Ta kobieta jest szalona. - oznajmiła, rzucając się na fotel. - Tak mnie wyszkoliła, że chyba mogłabym już pracować w Świętym Mungu.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  29. Nawet nie drgnął. Siedział dalej na kanapie, uważnie przyglądając się starszemu o kilka lat mężczyźnie. Spodziewał się, że wszystko co sobie wymyślił nie będzie łatwe, wręcz przeciwnie. Postawił sobie za cel coś tak cholernie abstrakcyjnego, w dodatku nie wiedząc tak naprawdę dlaczego to robi. Aby udowodnić sobie, że on również może bawić się ludźmi, tak jak kiedyś bawiono się nim? Nie. Wówczas wziąłby sobie za cel jakiegoś chłoptasia z roku. Może chciał udowodnić coś Changowi? Tylko co, skoro ten nie był w stanie już tego doświadczyć? W końcu był martwy, a Hyun nie musiał już nikomu imponować, nie musiał niczego udowadniać. Zagryzł wargę, spuszczając na chwilę głowę w dół. Przymknął powieki, zaciskając delikatnie dłonie, które trzymał mocno przyciśnięte do swoich ud. Przełknął ślinę, słysząc ponaglenie mężczyzny podniósł głowę i z zagryzionymi wargami utkwił swoje spojrzenie w mężczyźnie.
    — Wie profesor… Nie jestem szesnastolatkiem, którego można zbyć i nastraszyć szlabanem. — odezwał się, postanawiając w końcu zareagować na słowa Rathmanna. — Widać gołym okiem, że coś jest nie tak. — Podniósł się w końcu z kanapy i podszedł do mężczyzny. Nie miał czasu na zastanawianie się i analizowanie swoich postępowań. Nie miał też wiele do stracenia. Prawdę mówiąc i tak narobił sobie już kłopotów u profesora od transmutacji. Był pewien, że cokolwiek teraz zrobi, gorzej być już nie może. Zrobił dwa kroki i stanął naprzeciwko ciemnowłosego mężczyzny tak, że dzieliło ich kilkadziesiąt centymetrów, z pewnością odległość pomiędzy nimi była mniejsza niż pół metra. — Nie jestem dzieckiem, jak pozostali uczniowie… — Oblizał powoli wargę — może i przepisywanie regulaminu jest uciążliwe, bo w tym czasie mógłbym robić milion innych rzeczy, ale. Profesorze, naprawdę uważasz, że to sprawi, że przestanę się spóźniać? To nie miałoby najmniejszego sensu, wówczas… Nie miałbym wystarczająco dużo czasu, aby napatrzeć się na profesora. — Spuścił na chwilę wzrok, ale tylko po to, by po upłynięciu zaledwie kilku sekund móc ponownie go unieść i spojrzeć prosto w oczy mężczyzny. Uniósł delikatnie kącik ust, przechylając odrobinę głowę w bok. Zagryzł wargę, uśmiechnął się szerzej i musnął opuszkami palców ramienia profesora. Zdawał sobie sprawę, że w tym momencie jednoznacznie przekracza dozwolone granice, ale nie bał się już niczego. Nie teraz. Jutro i tak czekała go rozmowa z dyrektorem, a przynajmniej tym właśnie mu groził Mathias. Nie bał się, w swojej przeszłości robił już gorsze rzeczy. Słuchanie wykładu na temat spóźniania się… To było naprawdę zabawną perspektywą, tym bardziej, że opuści przez to znienawidzone wykłady z historii magii. Wątpił też, aby Rathmann podzielił się z dyrektorem opowieścią o tym, co takiego właśnie próbował zrobić Azjata.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  30. [*gapi się na zdjęcie i umiera, bo Nolan to jej dawny krasz*
    CZEŚĆ PASKUDO! Ja wiem, mam zapłon :')
    Witam Cię milutko na Hogwartach i to już dwupostaciowo! Podziwiam, nie powiem! *ma problem z wyrabianiem się zawsze*
    Także ten. Życzę miłej zabawy, powodzonka, szaleństwa, wielu wątków, pokręconych powiązań, weny i czasu!]

    Zabini

    OdpowiedzUsuń
  31. Pogadaj z nim? Jak? Przecież on nie chce rozmawiać i to bardzo czuć. Julia już nie chciała się narzucać. Wystarczyło, że siedziała w jego pokoju, chociaż tego pewnie też sobie nie życzył. Ale ona nie planowała ruszyć się nawet na krok poza ten pokój. Chyba, że znowu ją stamtąd wyrzuci. Siedziała w ciszy w fotelu przez chwilę, aż poczuła na sobie spojrzenie kuzyna. Nagle przypomniała sobie o kartce, którą wcześniej zostawiła na stoliku, niedaleko wejścia. Uśmiechnęła się do Mathiasa i podeszła do biurka, po drodze zgarniając kawałek pergaminu. Schowała go do tylnej kieszeni spodni i zaczęła się przyglądać zapasom, otrzymanym ze skrzydła szpitalnego.
    - Dobra, to na co masz ochotę? Zmiana opatrunku? Eliksir przeciwbólowy? Eliksir usypiający? - przeniosła wzrok na szafkę, w której dostrzegła butelki. - Rum?
    Zaśmiała się cicho pod nosem. Wiedziała, że rum porzeczkowy był jednym z ulubionych trunków Rathmanna. Raz nawet udało im się nim razem upić. Na werandzie jej domu, w zeszłe wakacje. Pan profesor i upijanie nieletnich. Zabawne.
    Starała się ignorować cierpienie, wyraźnie widoczne na twarzy Mathiasa. Głupio jej było zacząć rozmowę i powiedzieć co myśli, jakoś odnieść się do tego, co jej wcześniej powiedział o swojej rodzinie. Ich rodzinie. Głupio jej było powiedzieć, że dobrze zrobił. Długo się nad tym zastanawiała i właśnie do takiego wniosku doszła – że to nie było złe. Tylko cholernie bolesne i będzie musiał się z tym kiedyś uporać.
    Ale Adam miał rację. Powinna z nim w końcu porozmawiać. Podeszła do szafki i wyjęła z niej jedną z butelek. Odkorkowała, żeby powąchać. Tak, to był rum. Wzięła jeszcze dwie szklanki i tak zaopatrzona usiadła na podłodze przy łóżku chłopaka, opierając się o nie plecami. Nalała odrobinę dla kuzyna i mu podała. Dla siebie trochę więcej. Od razu wypiła spory łyk i odstawiła na ziemię. Alkohol przyjemnie rozgrzał ją od środka.
    - Muszę Ci coś powiedzieć. - oznajmiła cicho, patrząc na przeciwległą ścianę. - Tylko nie przerywaj mi, dobrze?
    Spojrzała na chłopaka na krótką chwilę, jakby oczekując znaku zgody, po czym skupiła wzrok na punkcie obok siebie, wciąż mogąc dostrzec kuzyna kątem oka.
    - Myślałam o tym co mi powiedziałeś. Właściwie od tamtej pory ciągle o tym myślę. - zrobiła krótką przerwę, bo ciężko jej było zebrać myśli. - I chyba powinnam Ci powiedzieć, że to co zrobiłeś było straszne. Że wydałeś swoją najbliższą rodzinę i że nieważne co złego zrobili to Ty powinieneś być przy nich i po ich stronie. Tyle że ja nie tak nie myślę. Może powinnam, ale nie potrafię. Bo oni byli po złej stronie. I nie chciałabym, żebyś jej ślepo bronił, tylko dlatego, że wydawałoby się, że tak trzeba.
    Westchnęła głęboko, a w jej oczach już prawie zaczęły zbierać się łzy. Nie mogła sobie nawet wyobrazić co on czuje. To były łzy bezsilności.
    - Nie jest mi łatwo powiedzieć, że zrobiłeś dobrze, bo znałam ich, a przynajmniej tak mi się wydawało i to również moja rodzina. Ale to Mroczni! Ile ludzi musieli skrzywdzić i ile mogliby później! - dopiła do końca rum, który miała w szklance. - Myślę, że postąpiłeś słusznie i to było jedyne wyjście. Wiem, że to boli i pewnie czujesz jakbyś popełnił straszny błąd, ale tak nie jest. Nie jesteś złym człowiekiem. I poradzisz sobie z tym.
    Skończyła. Spojrzała na niego i odetchnęła ciężko. Chciała mu powiedzieć, że jest obok, może być dla niego, może na nią liczyć. Ale tego było już za wiele. Wiedziała, że już wystarczy.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  32. To co powiedział nie zmieniło jej zdania. Nadal uważała, że zrobił słusznie i nie zawsze rodzina powinna być ponad wszystkim. Ale on żałował i teraz będzie musiał sam sobie uświadomić, że nie może cofnąć czasu, stało się i jego żal nic tutaj nie zmieni. No tak, banalnie proste!
    Julia sięgnęła po butelkę, ale zorientowała się, że jest już pusta. Mathias nie wypił dużo, ale chyba więcej niż powinien. Podniosła się, aby otworzyć okno zgodnie z jego prośbą. Przez chwilę siedziała na parapecie, wdychając chłodne, chociaż na moment oczyszczające umysł, powietrze, po czym wróciła i usiadła na łóżku. Kiedy ułożył głowę na jej kolanach, lekko drgnęła z zaskoczenia, ale później delikatnie pogładziła go po skroni, a później włosach. Był rozpalony, ale już zasypiał. Martwiła się okropnie, nie wiedząc czy dobrze zrobiła, pozwalając mu opuścić skrzydło szpitalne. W końcu zasnął. Wstając, przełożyła jego głową na poduszkę, tak żeby nie spał skulony i rana mogła się dobrze goić. Przesiedziała w fotelu ponad godzinę, po czym uznała, że musi się czymś zająć, bo zwariuje. Pobiegła szybko do dormitorium, dowiedziała się co się mniej więcej działo na zajęciach i kto co zadał. W skrócie i bardzo ogólnikowo odpowiedziała na kilka pytań Co się stało?, przebrała się w świeże ciuchy, zdobyła materiały potrzebne do odrobienia prac domowych i wróciła do pokoju Mathiasa po niecałej godzinie od wyjścia. Chłopak nadal spał, ale na boku, więc przewróciła go z powrotem na plecy, przetarła czoło mokrym ręcznikiem i usiadła na podłodze przy stoliku. Kończyła ostatnią pracę domową, kiedy kuzyn zaczął się budzić. Ewidentnie nie czuł się najlepiej, bo już wcześniej zauważyła, że jego sen spokojny nie był. Podeszła do niego powoli, zapalając po drodze dodatkowe światło.
    - Cześć. - powiedziała cicho, uśmiechając się lekko i odsunęła kołdrę na bok. Delikatnie podniosła koszulkę Mathiasa, żeby odsłonić opatrunek. Zdecydowanie wymagał już zmiany, bo na białym materiale z zewnątrz było już widać niewielką plamę. - Muszę Ci nakleić nowy. Nie ruszaj się.
    Przyniosła ze stolika eliksir, który dostała od pielęgniarki na wypadek, gdyby rana przeciekała, maść na gojenie i nowy opatrunek. Stary oderwała delikatnie, rzuciła zaklęcie, które oczyściło ranę i polała ją eliksirem, łapiąc spływający po skórze nadmiar w ręcznik.
    - Jeszcze moment. - oznajmiła i spojrzała na Mathiasa. Mimo kilku godzin snu wyglądał na potwornie zmęczonego. Eliksir wysechł, więc posmarowała ranę maścią i delikatnie nakleiła na nią czysty opatrunek. - Gotowe.
    Przykryła kuzyna kołdrą i podniosła głowę do góry z wyraźną dumą ze swoich pielęgniarskich zdolności. Po chwili zaśmiała się cicho.
    - Nie chciałeś leżeć w szpitalu to teraz jesteś skazany na mnie. A ja zdecydowanie żądam, żebyś coś zjadł.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  33. To co utrudniało cały jego plan był zdecydowany brak znajomości Niemca. Tak naprawdę nie wiedział o nim nic poza tym, że uczył transmutacji i był gnojkiem. Przystojnym gnojkiem, który miał w sobie te coś, co sprawiało, że Hyun chciał go poznać bliżej, spędzać z nim więcej czasu i znacznie częściej. Wiedział, że jego posunięcie było bardzo śmiałe, ale był świadom, że nie ma nic do stracenia. Marzył, aby reakcja nauczyciela była zupełnie inna, zdawał sobie jednak sprawę, że wcale tak być nie musi. Słowa, które usłyszał i gesty, które zobaczył. Cóż, były tym właśnie czego się spodziewał, niestety.
    — Mówię po prostu jak jest — oznajmił, wzruszając lekko ramionami. Nie mógł się teraz wycofać, skoro zachował się już w ten sposób. Skulenie ogona pod siebie i nagłe udawanie, że przed chwilą nic się nie stało, nie było w jego stylu. Chang nauczył go, że gdy coś już się zaczęło trzeba to skończyć, niezależnie, jak bardzo jest to idiotyczne. — Skoro już profesor rozmawiał, to jutrzejsze spotkanie, jest aż tak bardzo potrzebne? Skoro coś jest nie tak, z pana zdrowiem mogę iść do dyrektora sam. Trafię, hasło też znam… Dziwnym trafem składa się, że byłem tam wczoraj. Wątpię, aby już je zmienił. — Ponownie wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym ironicznie. Miał wrażenie, że Rathmann źle go zrozumiał. Wcale nie chodziło mu o uniknięcie rozmowy z dyrektorem. Nie bał się jej w ogóle.
    Gdy ten chwycił go za szatę, na jego ustach pojawił się triumfalny uśmiech. Nie spodziewał się jednak, że zaraz wyląduje na krześle, ponownie musząc przepisywać ten śmieszny regulamin. Mruknął coś cicho pod nosem i wrócił do przepisywania.
    — Znaczy… Że jutro mam się ponownie wstawić? — Zapytał retorycznie, dobrze wiedział, że tak właśnie będzie. W końcu Mathias wyraźnie powiedział, że mu nie daruje. Uśmiechnął się tylko i spojrzał na profesora. — Mamy rozpocząć jeszcze dziś, czy zostawimy to na jutro? W końcu zrobiło się późno. Nie mogę zaspać i spóźnić się na spotkanie z dyrektorem, a przecież… Muszę jeszcze napisać referat na jutrzejsze zajęcia. Profesor sprawi, że ucieknie ze mnie cała energia. — Uśmiechnął się, odsuwając się od stolika. Był już zmęczony, wręcz przemęczony. Wczorajszego dnia mieli cholernie ciężki trening quidditcha, kapitan nie dał im odpocząć, a Hyun chciał dać z siebie wszystko. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo jest zmęczony. Dopiero gdy podniósł się ponownie z krzesła, poczuł jak nogi uginają się pod jego własnym ciężarem. Mimowolnie chwycił się ramienia stojącego obok stolika nauczyciela i osunął się w dół, blednąc na twarzy.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie odezwała się ani słowem przez kolejne kilkanaście minut. Przyniosła mu z kuchni jedzenie i sok dyniowy, podała bez słowa. Widziała ból na jego twarzy, który automatycznie docierał do niej, bo tak bardzo jej na nim zależało. Nie widzieli się od kilku miesięcy, a ona tu i teraz miała wrażenie, że jest najbliższą osobą w jej życiu. Siedziała obok niego na łóżku cały czas, aż znowu położył głowę na jej kolanach. Czuła ulgę, kiedy to robił, bo w końcu pozwalał jej być obok. W końcu, w tym cholernym wrześniu, ktoś jej nie odtrącał, nie mówił, że jest zbędna, chociaż i tak ciągle słaby głos w jej głowie jej to powtarzał.
    Delikatnie uścisnęła jego dłoń, tak żeby czuł, że ciągle jest przy nim. Zaraz usłyszała jego cichy szept.
    - Już dobrze. - powiedziała cicho, podniosła rękę i przycisnęła swoje ciepłe usta do jego dłoni. Sama zaczęła płakać, kiedy powoli ocierała łzy, spływające po jego skroniach. Nie umiała mu pomóc. Mogła tylko być obok. Tylko tyle.
    Kilka minut później oboje byli już zbyt zmęczeni, żeby płakać i żeby rozmawiać.
    - Zostanę na noc, dobrze? - spytała cicho i przełożyła głowę kuzyna na poduszkę, po czym pocałowała go lekko w czoło. To było pytanie retoryczne. I tak nie mogła zostawić go samego. Szybko znalazła w szafie jakiś t-shirt, przebrała się i położyła obok Mathiasa, przykrywając kocem, który wcześniej leżał zwinięty w nogach łóżka.
    - Dobranoc – szepnęła, złapała go za rękę i szybko zasnęła.

    Obudziła się chwilę przed siódmą. Uśmiechnęła się szeroko, widząc że Mathias już nie śpi.
    - Dzień dobry. - mruknęła i podniosła się. - Daj, zobaczę czy już lepiej.
    Odsunęła kołdrę, oderwała opatrunek i zobaczyła, że rana w dużym stopniu się zagoiła. Uśmiechnęła się do chłopaka, kiwając głową i wstała po maść. Nałożyła cienką warstwę, siedząc na brzegu łóżka, a gdy tylko skończyła, spojrzała kuzynowi w oczy.
    - Chcesz iść na śniadanie? - spytała z lekkim uśmiechem. - Mogę przynieść Ci tutaj.
    Mimo kilku godzin snu, czuła się bardzo zmęczona, ale wiedziała, że jest to raczej emocjonalne zmęczenie i z nim nie można sobie zbyt łatwo poradzić.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  35. Uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową, kiedy powiedział, że pójdzie na śniadanie. To był ewidentny sygnał, że jest już lepiej i nic nie mogło ucieszyć ją tego dnia bardziej. Uważnie obserwowała, jak stawia kolejne, trochę niepewne kroki w stronę łazienki, ale sama nie ruszyła się z miejsca. Chce iść na śniadanie to proszę bardzo. Kiedy była sama w pokoju, pościeliła łóżko, przebrała się szybko i położyła perfekcyjnie złożony t-shirt kuzyna na swojej poduszce. Raczej nie planowała już tu wracać kolejnej nocy. Ale kto wie...
    W końcu dotarli na śniadanie, Mathias pocałował Julię w czółko i odszedł do stołu dla nauczycieli, a ona usiadła obok wyraźnie zdziwionych znajomych. Mało kto wiedział, że jest kuzynką profesora Rathmanna, bo wcześniej raczej ciężko było ich dostrzec razem gdziekolwiek. Rozmawiali raz. Po pierwszej uczcie, przez krótką chwilę.
    Julia zjadła spore śniadanie, dopiero uświadamiając sobie jaka była głodna. Ale nie miała czasu jeść. Były ważniejsze sprawy. Mathias był ważniejszy. Zaczekała na niego przy wyjściu, bo wstał od stołu równo z nią. Widziała, że humor mu się poprawił, więc nie mogła nawet powstrzymać uśmiechu, cisnącego się na usta.
    - Chyba śnisz. - odparła w odpowiedzi na jego słowa, pocałowała go szybko w policzek i pobiegła w stronę Wieży Zachodniej. Oczywiście, że się spóźniła. W pół godziny musiała wziąć prysznic, przebrać się, zrobić jakiś minimalny makijaż, żeby już nie wyglądać jak zjawa i przepakować torbę, bo było w niej tyle niepotrzebnych tego dnia rzeczy, że ledwo się zamykała. Oczywiście dostała ujemne punkty. Usiadła w ławce, uśmiechając się lekko. Profesor Rathmann znowu w formie.

    Po zajęciach podeszła do niego z uśmiechem od ucha do ucha i usiadła na biurku.
    - Nawet kontuzjowany wydajesz się chcieć pozabijać nas wszystkich. - powiedziała, machając nogami. Prawda była taka, że Mathias był jednym z najbardziej wymagających nauczycieli, ale Julia, w przeciwieństwie do reszty świata, właśnie takich lubiła najbardziej. Nie lubiła zwyczajnych nauczycieli. Zawsze najlepsi byli według niej albo Ci wyluzowani i bardzo prouczniowscy albo Ci wymagający.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  36. Był zażenowany swoim osłabieniem i nagłym brakiem możliwości, utrzymania się na własnych nogach. Cały czas czuł się dobrze, nie odczuwał żadnych skutków przemęczenia, jednak w momencie gdy kolana mu się ugięły zrozumiał, jak bardzo jest wycieńczony. Mógł obwinić profesora, że gdyby nie szlaban już dawno wypoczywałby w ciepłym łóżku w swoim dormitorium, jednak wszyscy dobrze wiedzieli, że szóstoklasiście nie kładą się tak szybko spać, nawet ci trzymający się na uboczu.
    — Jasne… — Mruknął. O ile osłabienie nie było tak złe to już bycie wprowadzonym do własnego łóżka przez profesora… Wstyd na cały dom. — Nie zobaczy mnie profesor jutro, cały dzień będę gnił w łóżku. — Próbował się szeroko uśmiechnąć, ale wyglądało to raczej jak grymas.


    Następny dzień faktycznie spędził w większości w pokoju wspólnym Krukonów lub w dormitorium. W między czasie odwiedził również swoją kuzynkę, szkolną bibliotekarkę, która gdy tylko dowiedziała się co takiego wydarzyło się wczorajszego wieczora, od razu odesłała go do łóżka, grożąc przy okazji, że gdy zobaczy go jeszcze poza wieżą Ravencalwu od razu napisze list do jego matki. Lenistwo było fajne, ale nie w nadmiarze. Dodatkowo, Hyun miał do odrobienia jeszcze jeden szlaban, który dzielił z pewnym chłopakiem, z którym jeszcze chwila, a doszłoby do rękoczynów. W szlabanie uczestniczyło ich jednak więcej, bowiem profesor który przyłapał ich na gorącym uczynku postanowił również ukarać tych, którzy w żaden sposób nie zareagowali na zbliżającą się bójkę.
    Hyun nie chciał opuszczać tego szlabanu, ponieważ doskonale wiedział, jak złe i tragiczne będzie to w swoich skutkach. Facet nie przyjmował żadnych wymówek.
    — Chciałem was ukarać osobiście, ale… Znalazłem na to lepszy sposób. — Uśmiechnął się do czwórki młodzieńców złośliwie. — Idziecie do zakazanego lasu wraz z profesorem Rathmannem, który będzie mnie dziś zastępował. Co wam wymyśli… Nie wiem. Prosiłem go jednak, aby był dla was jak najbardziej wymagający i surowy. — Triumf malujący się na twarzy profesora był przerażający, a mina Hyuna gdy usłyszał nazwisko Mathiasa… Nic nie było w stanie opisać tego co w tym momencie czuł. Naprawdę, profesor Rathmann musiał zastępować tego starego pryka? Han wspomniał mu wczoraj, że go nie zobaczy. Poza tym darował mu spotkanie z dyrektorem, a teraz spotka go na kolejnym szlabanie. Cudownie.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  37. [Super, w takim razie możesz nam zacząć? :D]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  38. [ Panią to ja kojarzę z innego bloga, którego musiałam opuścić ze względu na bolesny brak weny na postać, którą tam grałam. Ale bez obaw, Hogwart to moja odwieczna miłość i tak szybko z niej nie zrezygnuję :D
    Muszę przyznać, że jak zobaczyłam FC to aż mi się sucho w ustach zrobiło, co więcej z każdym kolejnym słowem było coraz lepiej! Mam taki szalony pomysł...Freddie jest nieznającym umiaru żartownisiem. Mógłby założyć się z kolegami i co jakiś czas podrzucać Rathmannowi 'liściki miłosne od tajemniczej wielbicielki' w komplecie z jakimś apetycznym słodyczem. No i w końcu musiałby wpaść, prawda? Nie wiem, co z tego wyniknie, ale jak sobie to wyobrażam, to nie mogę przestać się śmiać XDD ]

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  39. [Poczekam, chociaż mam nadzieję, że o mnie nie zapomnisz ;)]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  40. Tego ranka wstał wyjątkowo wcześnie. Pościelił ładnie łóżko jednym machnięciem różdżki, wziął szybki prysznic, ubrał szatę, jakby najzwyczajniej w świecie postanowił zjeść śniadanie wcześniej niż zwykle, by móc dokończyć esej na wróżbiarstwo. Tak, dobre sobie. Ktoś, kto dobrze go znał z pewnością podejrzewałby, że coś kombinuje i miałby oczywiście racje. W kieszeni trzymał elegancką kremową kopertę z uroczo i tym razem może odrobinę zmysłowo napisanym liścikiem do Profesora Rathmanna od tajemniczej, wzdychającej wielbicielki. Była to któraś z kolei wiadomość do nauczyciela transmutacji i jak na razie Freddiemu żart uchodził na sucho, przynajmniej tak mu się wydawało. Ale co mógł zrobić, kiedy postawiono go w takiej, a nie innej sytuacji? Musiał udowodnić, że jest na tyle odważny, żeby to zrobić, a poza tym mieli z tego niezły ubaw.
    Freddie zawsze był niezłym rozrabiaką. Co rusz pakował się w jakieś tarapaty, jakby do jego duszy dołączono w pakiecie magnes przyciągający kłopoty. Chociaż właściwie sam się o to prosił, odwalając najprzeróżniejsze dowcipy i chomikując w dormitorium nielegalne produkty. W jego życiu zawsze musiało się coś dziać, nuda, melancholia, rutyna, to nie wchodziło w grę. Nie był głupi, raczej nierozważny i śmiały.
    Z niewinną miną zakradł się pod salę, w której mieli transmutację. Drzwi otworzył prostym zaklęciem, cały czas rozglądając się uważnie, aby upewnić się, że nikt go nie widzi. Kopertę położył na biurku, do zestawu dołożył też niewielką czekoladkę w kształcie serca. Na twarzy gryfona zagościł szeroki, szatański uśmiech. Miał nadzieje zobaczyć reakcję nauczyciela na słowa zawarte w liście. Nie wiedział jeszcze wtedy, co go czeka.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  41. [Rozbawiło mnie ostatnie zdanie. Wszystko tu takie smutne, a nagle takie dosyć wesolutkie zdanie. Urocze :)
    Co do wątku, to ja bardzo chętnie się skuszę. Mam słabość do tajemniczych postaci, a Twoja do owych należy. Czy brakuje Ci jakiegoś powiązania? Na każde coś wymyślę :) Trochę nawet mogłabym pokombinowac z czasem, kiedy Allie byla jeszcze w Anglii. Może mogli znać się za dzieciaka i to całkiem dobrze, tyle że kontakt nagle się urwał. Mogło to stać się przez odkrycie jednej i drugiej rodziny, że stoją po przeciwnych barykadach. Rodzice Allie zginęli podczas II bitwy o Hogwart. Co do samego wątku, to już nie wiem, mogliby siebie nie pamiętać już z imienia i nazwiska, a z samych historii. Tylko jakby je sobie opowiedzieli i poznali, że dawno temu dogadywaly się niesamowicie? A może masz jakiś inny pomysł?]

    Allie Collins

    OdpowiedzUsuń
  42. [Mam nadzieję, że będzie zjadliwe - jakby coś było nie tak/inaczej/źle to krzycz ;)]

    Drogi Przyjacielu… Pamiętała aż za dobrze długie listy, które niczym niedająca się przeciąć nić trzymały ją nadal w myślami w szkole, nie pozwalając jej do końca skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Nie wiedziała wtedy i nie zastanawiała się nad tym, czy jej postawa jest dobra, czy zła. Pamiętała za to słowa Teda Lupina, które bolały jak wymierzony policzek. Nastoletni wtedy chłopak boleśnie wytknął jej zachowanie jej rodziców podczas wojny. Nie pomogli nikomu, nie opowiedzieli się ani po stronie dobra, ani po stronie zła. Nie zrobili niczego złego, a jednak znalazł się ktoś kto i w tym znalazł ziarno niezgody. Czuła wtedy jednak, że nie powinna pozwolić Mathiasowi na zbytnie wyściubianie nosa, nawet jeśli ktoś miałby mu to kiedyś wytknąć. Fakt, nie znała tamtejszej sytuacji za dobrze, ale kierowała się intuicją, która zawsze była nieomylna. No, może poza ostatnim rokiem, gdy limit szczęścia chyba się wyczerpał.
    Wiem, że możesz mnie nie posłuchać… Nie posłuchał. A przynajmniej z tego, co Ethel wiedziała. Nie mieli później zbyt dobrego kontaktu, z czego kobieta wnioskowała, że stało się coś niedobrego. Nie wiedziała jednak wszystkiego, więc na wieść o tym, że Mathias pojawi się w Hogwarcie, natychmiastowo odrzuciła od siebie nękające jej głowę myśli. Nie mogła w takiej chwili skupić się na sobie, poczucie zagrożenia natychmiast wyparowało jej z głowy, dokładnie tak samo jak niedawne wspomnienie półżywego Lupina leżącego w szpitalu.
    Proszę, przemyśl to jeszcze… Ethel była pewna, że przemyślał. Miliony razy. A potem cisza. I teraz, jakby znikąd znów się pojawia i to w Hogwarcie, gdzie krzyżują się drogi osób skrzywdzonych. Ku swojemu zdziwieniu nie czuła dezorientacji. Paradoksalnie nagłe pojawienie kogoś, z kim można było po prostu zamienić kilka ciepłych słów niejako porządkowało nieco rzeczywistość. Próbowała ją wcześniej ułożyć sama, wracając do swoich zwyczajowych obowiązków. Na szczęście profesor Cortez był, jak i ona, człowiekiem lubującym się w rutynie, dzięki czemu mogła pomału stanąć na nogi. A jednak w tym rozsypanym świecie, gdzie wokół spojrzenia teoretycznie były przyjazne, a z drugiej strony cały czas trzeba było stawić czoła budowanym murom, Ethel chciała po prostu usiąść, złapać spojrzenie znajomych oczu i odetchnąć z pewnego rodzaju ulgą.
    Może zobaczymy się już niedługo… Czy kilka lat to niedługo? Czy może zbyt długo, by dawne relacje mogły mieć formę chociaż podobną do tej, którą pamiętała? Tego musiała się dowiedzieć, więc rutynę dnia codziennego skróciła do niezbędnego minimum. Gdy słońce chyliło się ku bursztynowemu zachodowi, pożegnała profesora zielarstwa niewiele wyjaśniającym spojrzeniem. Z ogromnym wysiłkiem powstrzymywała się, by nie polecieć biegiem do gabinetu nowego nauczyciela transmutacji. Czuła jednak, że oddychanie sprawia jej coraz większy kłopot. I gdy już stanęła przed drzwiami i drżącą ręką zapukała, uderzyły ją słowa, którymi kończyła każdy list do niego.
    Twoja przyjaciółka – Ethel

    OdpowiedzUsuń
  43. Przewróciła oczami, bo chciała z nim zostać, ale wiedziała, że nie może. Już wystarczyło tego nieprzychodzenia lub spóźniania się na zajęcia jak na jeden tydzień. Niektórzy nauczyciele naprawdę nie daliby jej żyć.
    - Zielarstwo. - odpowiedziała po chwili zastanowienia. Z sali Rathmanna do zamkowych szklarni był kawałek, więc rzeczywiście powinna się już zbierać.
    Zeskoczyła z biurka i przyjrzała się kuzynowi uważnie, jakby próbowała znaleźć jakiś problem. Oczywiście, wyglądał na bardzo zmęczonego, ale jednocześnie ewidentnie było mu lepiej. Uśmiechnęła się słabo.
    - Wpadnę po południu. - oznajmiła zdecydowanym tonem, jakby on nie miał nic do powiedzenia. I właściwie chyba nie miał. Ruszyła więc do wyjścia, ale przed drzwiami odwróciła się jeszcze. - Wróć po zajęciach do pokoju, dobrze? Ja wiem, że Tobie się wydaje, że już wszystko jest dobrze i być może już planujesz jakąś wyprawę, ale zrób to dla mnie. Chciałabym, żebyś odpoczął.
    Uśmiechnęła się tylko, nawet nie licząc na odpowiedź i wyszła. Zrobi jak uważa, a ona i tak będzie obok, nawet jeżeli miałby przez jego głupotę wymieniać mu opatrunek jeszcze dwadzieścia razy.
    Biegiem udała się na zielarstwo, później inne zajęcia oraz obiad, gdzie jakiś uroczy Gryfon wybłagał ją o korepetycje z zaklęć, mimo iż zupełnie nie miała na nie siły. Przez godzinę ćwiczyła z nim łatwiejsze, trudniejsze, dosłownie wszystko, a później od razu wróciła do Mathiasa, nie zaglądając do dormitorium nawet na chwilę. Ostatnio więcej jej tam nie było niż była, więc wolała się nawet nie zastanawiać co koleżanki o niej myślą. Ledwo stała na nogach, więc kiedy kuzyn jej otworzył, pocałowała go tylko w policzek na powitanie i od razu rzuciła się na łóżko. Jęknęła wtulając się w poduszkę i skopała buty ze stóp, tak aby nogi nie musiały jej wisieć poza krawędzią.
    - Jak tu jest cicho i spokojnie. Wprowadzam się. - mruknęła, zamykając oczy chociaż na chwilę. Wiedziała, że nie ma czasu tak leżeć. W głowie już miała ustaloną listę rzeczy, które do jutra musiała zrobić. Na siódmym roku nauczyciele zdecydowanie za dużo zadają. I ten jeden, na którego łóżku właśnie leżała, zajmował w tej kategorii miejsce w czołówce.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  44. To był taki zabawny kawał, który można by posunąć dużo dalej, niż z początku zamierzał. W głowie rodziło mu się milion pomysłów, co dalej mógłby napisać w owych liścikach. Śmiać mu się chciało na myśl, że Rathmann to wszystko czyta. Jego euforia nie trwała jednak długo. Uśmieszek, który jeszcze przed chwilą gościł na jego ustach, raptownie zbladł, a niebieskie oczy nieco rozszerzyły się ze zdziwienia. No to pięknie. Oczywiście, wiodąc tak szalone życie jak Freddie, trzeba być przygotowanym, że w każdej chwili można wpaść. Problem w tym, że Waylandowi kawały często uchodziły na sucho, za bardzo przyzwyczaił się do tych małych zwycięstw.
    Uśmiechnął się delikatnie, mając nadzieję, że może jakoś załagodzi swoją porażkę urokiem osobistym. W końcu potrafił rozmawiać z dorosłymi, prawda?
    - Och, od razu jaja. To tylko niewinny żart, panie profesorze... - powiedział, starając się zachować luźną postawę, choć nie było to łatwe. Wszyscy wiedzieli, ze Rathmann do łagodnych nie należał. W głębi ducha Freddie wiedział, że ma przekichane, po prostu nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Zmarszczył brwi na ujemne punkty. I szlaban, po prostu bosko. Jako, że Freddie był emocjonalnym typem, dość łatwo było wyprowadzić go z równowagi.
    - Jak to nie będę uczestniczył? - wyrwało mu się. No tego to się nie spodziewał. Chciał powiedzieć więcej, ale w porę ugryzł się w język. Widać było, że jest wściekły. To niesprawiedliwe, że za głupi żart grozi mu oblanie przedmiotu, który był jednym z najważniejszych w przyszłej jego magicznej karierze. Może jednak mógł to jakoś naprawić. W końcu Rathmann zajmował stanowisko opiekuna jego domu. Na początek wystarczyło trzymać język za zębami i nie rzucać głupimi uwagami, które tylko pogorszyłyby jego sytuację. Zacisnął zęby i podszedł bliżej nauczyciela.
    - Stawię się wieczorem - niemal wysyczał, rzucając mu krótkie spojrzenie, zanim wyszedł na korytarz. I tak jego dobry dzień diabli wzięli. Warczał niemal na każdego, kogo spotykał, na lekcjach siedział naburmuszony, gapiąc się bezmyślnie w swoją ławkę. Kolacje sobie odpuścił, choć do wieczora zdążył nieco ochłonąć. Równo o ósmej stanął pod drzwiami gabinetu profesora. Zapukał nawet grzecznie i odetchnął starają się uspokoić, zanim wszedł do środka. Odkrząknął, zerkając na mężczyznę dość niepewnie.
    - Dobry...wieczór - mruknął pod nosem i zacisnął usta w wąską kreskę. Tylko spokojnie, Freddie, żadnego sarkazmu, powtarzał sobie w myślach. Tego wieczora musiał być grzeczny.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  45. [W takim kierunku ja zawsze chętnie. Boję się po prostu komukolwiek to proponować i narzucać się z romansami. Skoro kogoś takiego Ci brakuje, to Allie z przyjemnością zajmie mu trochę serca. Co do historii, to w sumie mogłaby zostać. Znajomość z dzieciństwa to zawsze jakiś początek, szczególnie kiedy dawniej dogadywaly się dobrze. Chyba, że idziemy w jakieś zauroczenie, co z drugiej strony nie pasuje mi do Twego pana. Jakby to z nim było?]

    Allie

    OdpowiedzUsuń
  46. Uśmiechnęła się lekko, a kiedy odszedł, prawie od razu zrzuciła z siebie koc i usiadła na łóżku po turecku, ze zmęczonym spojrzeniem skupionym na kuzynie.
    - Nie mam czasu na spanie. - odparła i zmarszczyła brwi, jakby obmyślała plan na życie. I trochę tak było. Siedziała chwile, obserwując Mathiasa przy pracy. W końcu skończył i zaproponował jej coś ze swoich zapasów. Rzuciła mu mocno podejrzliwie spojrzenie, wstała z łóżka i podeszła bliżej.
    - Byłeś w Hogsmeade? - spytała, mrużąc oczy. Dopiero wtedy zauważyła, że nie jest jedyną zmęczoną osobą w tym pokoju. - Dobra, chyba wolę nie wiedzieć. Do łóżka i to już.
    Rozejrzała się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu medykamentów ze skrzydła szpitalnego, które wcześniej stały na środku biurka, a teraz zostały przeniesione na parapet, jakby już miały nigdy się nie przydać. No pewnie!
    Szybko odnalazła maść na gojenie i jakieś serum, kropelki czy cokolwiek na zapobieganie bliznom, po czym wręczyła je kuzynowi z odrobinę obrażoną miną. Nieważne czy był w wiosce czy nie, i tak trochę tego dnia przesadził. Usiadła na podłodze przy stoliku i wyjęła z torby książkę, pergamin, atrament i pióro. Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do Mathiasa, bo przecież aż tak zła nie była. Na niektórych tak bardzo nie dało się gniewać.
    - Mogę się tu pouczyć? - zapytała, unosząc brwi. Jeżeli była opcja uczenia się w cichym pokoju zamiast w zatłoczonym Pokoju Wspólnym to aż szkoda było nie korzystać. Poza tym wolała mieć oko na Mathiasa. W końcu to nie ona chodziła z dziurą w brzuchu.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  47. Jęknął cicho, kiedy Rathmann zasugerował poważną rozmowę. W głowie wciąż miał wczorajszy wieczór, wówczas nie myślał o wszystkich konsekwencjach, jednak teraz czuł się strasznie zażenowany swoim zachowaniem. W końcu… Wyszedł na idiotę. Jeszcze te zasłabnięcie. Miał ochotę zapaść się pod ziemię.
    — Tak panie profesorze… — Mruknął i skinął głową po czym zgodnie z poleceniem ruszył gęsiego przed siebie.
    Przyspieszyli kroku, wchodząc coraz głębiej w las. Chłopcy zaczęli iść jeden koło drugiego, a nie gęsiego tak jak nakazał profesor. Szeptali między sobą, próbując zdusić w sobie śmiech.
    — Pss… Hyun — jeden pociągnął Azjatę do siebie, pchnął go lekko aby wyszedł ten naprzeciw po czym zaczęli gorączkowo opowiadać o swoim pomyśle, który miał być niewinnym żartem dla Rathmanna. — Teo odbije w boczną ścieżkę… mamy pomysł, jak zemścić się na Rathmannie za te wszystkie wlepione szlabany. Ktoś tylko musi go zagadać. Weź zapytaj o tę dyskusję. My załatwimy resztę. I ruszyli szybciej, zostawiając Hyuna w tyle. Azjata przewrócił oczyma dookoła głowy. Nie miał zamiaru teraz rozmawiać, bal się, że poruszony będzie wczorajszy wieczór, a… Nie chciałby aby któryś z chłopaków cokolwiek usłyszał. Han jęknął ponownie i spojrzał na przyspieszających kroku chłopakach.
    — Panie profesorze… — Zwolnił, aby wyrównać kroku z Mathiasem. — Chciał profesor porozmawiać… — Powiedział cicho, nie patrząc nawet na niego.

    Hyunie

    OdpowiedzUsuń
  48. Ethel, choć nie miała w życiu cały czas pod górkę, bardzo szybko nauczyła się, że marzenia często weryfikowane są przez sytuacje od nas niezależne. Fakt, że jako młoda dziewczyna została pozbawiona matki sprawił przede wszystkim, że dziewczyna w pierwszej chwili chciała zostać magomedykiem. Chciała przewrócić świat do góry nogami, by nikt więcej nie musiał cierpieć. Na własne życzenie, jeszcze w szkole, straciła przyjaciela, którego teraz rozpaczliwie próbowała odzyskać. Jakby tego było mało, wszystkie elementy układanki wskazywały na to, że śmierć jej matki nie była tylko przypadkowym atakiem pijanego mugola, tak samo jak choroba ojca. To ostatnie zostało wywołane prawdopodobnie wskutek poważnej klątwy. Jednak Ethel, tak krucha i rozbita w tym momencie, próbująca poskładać wszystko w całość, nie była w stanie wybrać między determinacją do rozwikłania sprawy, a chęcią poczucia bezpieczeństwa i wprowadzenia odrobiny ładu w to szaleństwo.
    I gdy spojrzała na Mathiasa, poczuła nagle (co było jak uderzenie czymś ciężkim w głowę), że do tej pory czuła się przeraźliwie samotna wśród ludzi. Patrzył na nią jak na ducha, a ona jak duch się czuła. Nie jadła zbyt wiele, swoje obowiązki wykonywała mechanicznie, nie rozmawiała z nikim o zaistniałej sytuacji. Chciała poprosić o pomoc Lupina, ale nie mogła. Chciała porozmawiać z Hyunem, ale i on miał swoje problemy. Nie winiła nikogo, mogła winić tylko samą siebie, za postawę, jaką przyjęła. Dopiero teraz poczuła, jakby była z porcelany i czuła na swoim ciele malutkie, liczne pęknięcia.
    - Ja tylko… - mruknęła, nie bardzo wiedząc co w ogóle powinna powiedzieć. Chciała go tylko zobaczyć, żeby wiedzieć, że ani ona, ani on nie są duchami szwędającym się po zamku. Spojrzała na niego dużymi, zaszklonymi nieco oczami. Nie przyszła tu po to, żeby powiedzieć a nie mówiłam, że coś pójdzie nie tak?
    - Ja tylko chciałam wiedzieć, że jesteś. – odwróciła wzrok, jakby speszona opowiadanymi przez siebie głupstwami. Nagle z zadziornej, dumnej kobiety stała się niepewną gruntu pod stopami istotą. W tym przekrzywionym, czarodziejskim kapeluszu, nerwowo przesuwając palcami po naznaczonych bliznami przedramionach, wyglądała jednocześnie zabawnie i smutno. Spojrzała na mężczyznę doświadczonego przez życie. Na jego twarzy odmalowało się to, co najbardziej go bolało. Poczuła się winna, że w takiej chwili nie myśli o nim, tylko o sobie.
    - Nie powinnam była przychodzić, wybacz – szepnęła cicho, chcąc odwrócić się w swoją stronę. Znów chcesz uciekać Ethel. Nigdy się nie nauczysz. Bierzesz odpowiedzialność za wszystkie swoje decyzje dopóki nie boli za bardzo. Jak boli to uciekasz. Nie musieli przecież od razu padać sobie w ramiona, nie musieli nawet uczyć się jak rozmawiać ze sobą jak dawniej. Wystarczyłoby jej, by choć jedna para oczu w zamku patrzyła na nią ciepłym wzrokiem, przy którym można poczuć się spokojnie, jak w domu, którego teraz nie miała.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  49. [Dziękuję ślicznie za powitanie i cieszę się, że Ted przypadł Ci do gustu :)
    W razie chęci, zapraszam na wątek; zapewne uda nam się coś wymyślić z którąś z twoich postaci :]]

    Ted Lupin

    OdpowiedzUsuń
  50. Uwaga, uwaga! Panna Jones jest jedyną osobą, która jest w stanie zagonić wiecznie naburmuszonego profesora Rathmanna gdziekolwiek, gdyż jest on okrutnie upartą bestią!
    Na jego tłumaczenie uniosła brwi i przewróciła oczami, kręcąc głową. Wysługiwanie się uczniami za punkty zawsze lepsze niż spacer w takim stanie do Hogsmeade i z powrotem, tylko po to, aby zdobyć słodycze. Ostatecznie była w stanie to zaakceptować. Westchnęła i ujęła wyciągniętą do niej dłoń kuzyna. Wstała, kiedy zaczął ciągnąć ją w swoją stronę, aż w końcu opadła na łóżko. Uśmiechnęła się szeroko, wciąż wyraźnie zmęczona i skuliła, kiedy dostała kuksańca w bok. Za chwilę oparła się ramieniem o biodro Matiasa i spojrzała na niego oczami prawie zamykającymi jej się z niewyspania, ale wciąż z lekko uniesionymi kącikami ust. Jakkolwiek nie było beznadziejnie, to w tej konkretnej chwili było cudownie i mogła nie myśleć o niczym. Tylko pracę domową wypadałoby zrobić.
    - Nie, to tylko trochę rysowania na zaklęcia, krótki esej z zielarstwa i muszę przygotować się do zajęć. - wyjaśniła i zrobiła smutną minkę, bo to właściwie nie do końca brzmiało jak tylko. - Ty leż grzecznie, zaraz Ci zrobię herbatę.
    Chwilę siedziała jeszcze w tej super niewygodnej pozycji, po czym odsłoniła delikatnie ranę chłopaka, którą miała prawie pod nosem i posłała mu zadowolony uśmiech.
    - Jest okej. - powiedziała, poprawiła Mathiasowi koszulkę i wstała z łóżka. Wróciła kilka minut później z dwoma kubkami pełnymi herbaty i jeden wręczyła kuzynowi z uśmiechem na ustach, a drugi postawiła na stoliku obok swoich książek. Znowu usiadła na podłodze i zabrała się za rysowanie na pergaminie ruchów różdżki, jakie należało wykonać, aby rzucić podane przez nauczyciela zaklęcia. Większości była pewna, niektóre musiała sprawdzać w książkach, ale i tak uwinęła się w niecałe pół godziny.
    - Już nie mogę. - mruknęła odwracając głowę i patrząc na kuzyna, który o dziwo jeszcze nie spał. Teoretycznie nie musiała już nic więcej robić, bo tylko praca domowa z zaklęć była na następny dzień, a przygotować się do zajęć mogłaby rano, ale odłożenie czegokolwiek dzisiaj oznaczało więcej pracy jutro. Julia zawsze miała wszystko perfekcyjnie zaplanowane i nie lubiła zmian w kalendarzu, ale ostatnio coraz częściej jej się zdarzały i trochę zdążyła się do tego przyzwyczaić.
    Przysunęła się trochę bliżej, wciąż jednak siedząc oparta plecami o łóżko. Chciała tylko wyjść ze strefy tu się odrabia lekcje.
    - Mathias, idź już spać. - poprosiła, ponieważ było już późno. - Musisz jutro wstać wcześnie na śniadanie, bo potem od razu masz zajęcia.
    Sama też wcześnie zaczynała zajęcia, ale o tym wolała już nie wspominać. Była hipokrytką i koniec, czasem przynajmniej w słusznej sprawie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  51. Idąc korytarzem nawet nie przyszło jej do głowy, żeby się rozpłakać. Wraz ze śmiercią ojca wylała chyba wszystkie łzy przeznaczone na ten okres czasu. Wtedy, gdy wróciła sama do pustego, upiornego domu, pozwoliła sobie na histerię, okładanie ścian pięściami, krzyk i złość. To nie tak, że teraz nic nie czuła. Pozwoliła sobie przeżyć to wszystko po swojemu, dzięki czemu daleko było jej do apatii, którą wykazywał obecnie Teddy. I choć oboje mieli krew na rękach, to zupełnie inaczej to przeżywali. I to właśnie przez to byli od siebie dalej, niż kiedykolwiek. Teraz, gdy szła korytarzem, była po prostu smutna. Nie wiedziała na co liczyła, chyba po prostu nie chciała znów czuć, że do kogoś puka, a drzwi zamykają się jej przed nosem. Tylko, że znów odbiła się od kogoś zamkniętego.
    Jej imię. Ktoś wołał jej imię? Odwróciła się z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Znajoma sylwetka pędząca w jej stronę wydawała się jej tak nierealna, że przez chwilę zastanawiała się czy nie ma zwidów. Spojrzała na wyciągniętą w jej stronę dłoń. Poczuła, jakby coś złapało ją za kostki i nie pozwoliło się jej ruszyć. Jednak nie potrafiła odtrącić wyciągniętej w jej stronę dłoni, bo doskonale wiedziała ile to kosztuje wysiłku. Spojrzała mu w oczy, obawiając się, co w nich zobaczy. Ale zamiast tego poczuła małe ukłucie w okolicach serca, które wzięło się z tego, że po raz pierwszy od dawna ktoś spojrzał na nią po prostu łagodnie. Pozwoliła przyciągnąć się za ramię, a gdy jego ramiona objęły ją, przyciskając do siebie, poczuła, jakby jej serce i oddech boleśnie stanęły. Choć od pasa w górę była zaskoczona, sztywna, nieprzywykła do tego rodzaju gestów, to nogi się pod nią ugięły.
    Pocałunek w czubek głowy był jak jakiś potężny kamień milowy. Taki zwykły gest. Gest, który swoją delikatnością rozbił popękaną powłokę i dotknął ją do żywego. Już nie pamiętała kiedy cokolwiek było proste, a teraz, w tej krótkiej chwili wszystko wydało się zwykłe i spokojne, jakby znów mieli po dwanaście lat. W jednej chwili objęła go ramionami, zamykając oczy, jak przed skokiem w przepaść. Pokiwała delikatnie głową.
    - Domyślałam się – szepnęła, usilnie starając się być twarda. Uspokajającym gestem, choć jeszcze tak niepewnym, pogłaskała go po plecach. Z perspektywy czasu patrzyła na całą tą sytuację nieco inaczej. W chwili, gdy zagrożone było życie jej bliskich, a teraz jej samej, była w stanie wykrzesać z siebie odrobinę odwagi. Gdyby nie ludzie tacy jak Mathias, prawdopodobnie o wiele więcej osób byłoby zagrożonych.
    - Dobrze zrobiłeś – powiedziała najzupełniej szczerze. Decyzja była dobra, choć bolesna, jak nic innego. Ale chyba należało tak postąpić. Odsunęła się odrobinę, tak by móc na niego spojrzeć. Jej oczy były ciepłe, szczere, choć jeszcze odrobinę niespokojne. Uniosła delikatnie kąciki ust, co wbrew pozorom nie kosztowało jej zbyt wiele wysiłku, jakby stało się samo.
    - Nie mogę rozpłakać się na korytarzu – powiedziała cicho, nieco żartobliwie, choć byli sami. To głupie, że w takich chwilach myślała o swoim wizerunku, jako przyszłej nauczycielki, ale było to silniejsze od niej. Gdyby przypadkiem ktoś teraz tędy przechodził, pewnie odskoczyłaby od niego wyraźnie nie chcąc stawiać ich w dwuznacznej sytuacji. Złapała go za nadgarstek, chcąc poprowadzić z powrotem do jego drzwi. Warto zacząć raz jeszcze.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  52. Julia dawno nauczyła się ignorować klejące się oczy. Jak już było tragicznie to szła pod zimny prysznic albo na krótki spacer i mogła dalej zajmować się na przykład nauką. Swojego organizmu nie słuchała prawie nigdy, wiecznie myśląc, że wie najlepiej. Powoli zaczynało się to na niej odbijać, bo ileż można tak się zajeżdżać w nie zawsze słusznej sprawie. Jakim prawem to dziewczę mówiło profesorowi Rathmannowi, kiedy ma iść spać?
    Uśmiechnęła się lekko, kiedy pocałował ją w czubek głowy. Uwielbiała takie czułe gesty, zawsze powodowały falę przyjemnego ciepła, wynikającego z poczucia bezpieczeństwa i bliskości kogoś, na kim jej zależy. Było wspaniale. Gdyby tylko mogła jeszcze dostać buziaka w czółko od kogoś, kto był teraz na drugim końcu świata i pewnie nawet nie myślał o siostrze zbyt często w tym swoim zabieganiu... Byłoby perfekcyjnie.
    - Taaa... Tobie nigdy nic nie jest. - mruknęła ironicznie i wychyliła głowę do tyłu, opierając ją o łóżko i patrząc na kuzyna, ledwo otwartymi oczkami.
    Zaraz jednak znowu się podniosła, sięgnęła po herbatę i wypiła całą naraz. Typowe. Za mało czasu na popijanie herbatki przez trzy godziny.
    - Zostaję. Muszę Cię pilnować. - odpowiedziała i sięgnęła po koszulkę, w której spała poprzedniej nocy, a która wciąż leżała na drugiej poduszce.
    Tak naprawdę nie musiała go pilnować. Doskonale dałby sobie radę sam, ale jej zwyczajnie nie chciało się wracać do dormitorium i nie chciała, aby Mathias ją odprowadzał, teraz, kiedy grzecznie ułożył się w łóżku. Wstała i tanecznym krokiem ruszyła do łazienki, aby się przebrać. Przez chwilę nawet chciała wziąć prysznic, ale kiedy w kabinie zobaczyła tylko męskie żele pod prysznic, zapewne o cudownie męskim zapachu to uznała, że lepiej będzie, jeśli umyje się rano w tych swoich kwiatowych cudach. Szczoteczkę do zębów zaczęła już nosić w torbie, bo jak nie Mathias to Adam i generalnie powinni ją za to wszystko chyba ze szkoły wyrzucić.
    Po kilku minutach wróciła do pokoju i usiadła jeszcze przy stoliku.
    - Jeśli zajęcia poprowadzi stażysta to znaczy, że będzie nuda, moja uwaga odfrunie gdzieś w kosmos i skoro ten koleś mnie nic nie nauczy to muszę to zrobić sama teraz. - wzruszyła ramionami, patrząc na kuzyna i sięgnęła po podręcznik do transmutacji. Ledwo widziała na oczy. - Dobra, jutro.
    Trochę obrażona na cały świat wstała, zgasiła światło, przeskoczyła przez leżącego z brzegu łóżka Mathiasa i położyła się pod samą ścianą, okrywając kocem aż po uszy.
    - Fajnie, że jesteś, wiesz? - mruknęła, kiedy zamknęła już oczy i uśmiechnęła się niemalże przez sen. Chwilę później odpłynęła zupełnie.

    Julka <3

    OdpowiedzUsuń
  53. — Trochę… Lepiej. Nie mam pojęcia co się wczoraj stało. — Skłamał, ponieważ doskonale wiedział co się stało. Był osłabiony, przemęczony a w dodatku przemęczony emocjonalnie. Miał dość kotłujących się w jego głowie myśli. Dość kłótni z ludźmi na których mu zależało. Po kolei tracił wszystkich, zostawał sam. Niby przyzwyczaił się do samotności, ale to nie było to, czego tak naprawdę pragnął. — Co do wczoraj… — Jęknął cicho i podrapał się dłonią po środku głowy, zakrywając jednocześnie swoją, zawstydzoną twarz. — Przepraszam, nie wiem co mi odbiło… — Mruknął, idąc cały czas przed siebie, zaraz obok profesora. Nie miał pojęcia co takiego wymyślili tamci idioci. Miał jednak nadzieję, że on nie zarobi za to kolejnego szlabanu. Miał ich ostatnio zdecydowanie za dużo.
    — Jasne… Rozumiem, profesorze. — Westchnął cicho, kiedy nagle, zaczęło się. Już widział po minie Mathiasa, że ma przerąbane. W momencie gdy zażądał od niego wyjaśnień, zobaczył ten groźny wyraz twarzy, mówiący jesteś martwy, Han. Przełknął ślinę i pędem ruszył za profesorem. Dobrze wiedział, że pozostali chłopacy już zwali. Nie był pewien co znajduje się na dole, ale wiedział jedno. Musi pomóc belfrowi bo inaczej będzie mścił się na nim do końca jego dni w Hogwarcie. O tamtych chłopakach nie wspominając. Przyspieszył odrobinę, co było błędem. Potknął się o jakiś wystający korzeń i runął jak długi, twarzą lądując w jakimś błocie. Jęknął przeraźliwie czując ból w kolanie.
    — Jest tu profesor? — Mruknął, zaciskając mocno powieki, jakby miało mu to pomóc pozbyć się bólu. Podparł się dłońmi i zaciskając mocno zęby zasyczał, czując wciąż ból. — Kurwa, co za idioci. — Warknął bardziej do siebie, niżeli do profesora. Kiedy już udało mu się podnieść na nogi, sięgnął różdżkę i wypowiedział ciche lumos. Kulejąc ruszył w poszukiwaniu Rathmanna.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  54. Wieczory w Hallway, szczególnie pod koniec tygodnia zawsze były pracowite. Bar wypełniony był po brzegi różnorodnymi klientami, począwszy od mieszkańców Hogsmeade, przez uczniów Hogwartu z najstarszych roczników, aż po pracowników Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Dla Tiberiusa, te wieczory były niczym miód lany na serce, dzięki nim wiedział, że Hallway przetrwa, tym samym spełniając jego marzenia. Na samym początku dawał sobie radę sam, później, z każdym kolejnym tygodniem, kiedy przybywało klientów, zmuszony był zatrudnić pracownika, który pomógłby mu ogarnąć cały interes.
    Już od rana przygotowany był na wieczorny ruch. Z mieszkania nad barem zszedł do baru punkt w południe, skontrolował ilość alkoholu i otworzył pub, czekając na pierwszych klientów z książką na kolanach. Ludzie zaczęli pojawiać się zaledwie godzinę po otwarciu, a do osiemnastej bar był wypełniony po brzegi. Tiberius nie nadążał z nalewaniem piwa i przygotowywaniem coraz to kolejnych, wymyślnych drinków. W końcu wszyscy znaleźli sobie zajęcia, tylko od czasu do czasu podchodząc do baru po dolewkę.
    Chwila na odsapnięcie była zbawienna, oparł się o półkę z alkoholami, wzrokiem ogarniając towarzystwo, które tym razem zaległo w jego pubie. Leniwy uśmiech nie schodził z jego twarzy, nigdy nie sądził, że uda mu się dopiąć swego. Podczas lat spędzanych w szkole knuł plany, by w końcu poinformować rodziców o tym, że nie planuje zostać uzdrowicielem, jednak z każdym rokiem wydawało mu się, że coraz głębiej siedzi w tym uzdrowicielskim gównie. Dopiero w siódmej klasie nabrał tyle odwagi, aby wyznać prawdę, nawet za cenę wyrzucenia z domu i stania się rodzinnym wyrzutkiem. Teraz przynajmniej mógł powiedzieć, że odnalazł sens w życiu i nie ma zamiaru się go pozbawić. Hallway było dla niego wszystkim i przekładał to miejsce ponad każdego, za wyjątkiem babki.
    Utonął w swoich myślach tak głęboko, że gdyby jego towarzysz nie szturchnąłby go w ramię, pewnie jeszcze kilka kolejnych minut stałby w bezruchu, bezsensownie wpatrując się w przestrzeń. Otrząsnął się ze swoich myśli i rozejrzał dookoła. Ciche westchnięcie uleciało z jego ust, na których chwilę później wykwitł szeroki uśmiech, gdy złapał kontakt wzrokowy z nowoprzybyłym klientem, który niemalże od samego otwarcia baru pojawiał się tu któregoś dnia weekendu. Podszedł bliżej i sięgając małą szklaneczkę nalał do połowy najlepszego rumu, jaki miał.
    – Pierwszy na koszt firmy ¬– oznajmił, stawiając przed Mathiasem szkło. – Jak minął tydzień w słynnej szkole Magii i Czarodziejstwa? – zapytał, z czystej ciekawości.
    Mimo iż minęło kilka długich lat odkąd zakończył edukację w Hogwarcie, nadal czuł więź z tym miejscem, często wieczorami przyglądał się staremu zamczysku przez okno swojej sypialni. Palące się w wieżach światła przypominały mu o tętniących życiem Pokojach Wspólnych, które podczas swojego pobytu w Hogwarcie zwiedził dokładnie, utrzymując dobre kontakty z uczniami z różnych domów. Czasami naprawdę tęsknił za tym miejscem. Za beztroską i książkami, za Ognistą chowaną po kątach i nocnym szwendaniem się po korytarzach.

    Tiberius

    OdpowiedzUsuń

  55. Nie mógł w to uwierzyć. Nie dość, że Rathmann zabronił mu przychodzenia na swoją lekcję, to jeszcze wcisnął mu jakiś pieprzony referat. Branie głębokich wdechów mało o działało na Freddiego, nijak nie potrafił się uspokić. Poprosił Lincolna, by wspomógł kumpla w potrzebie i zrobił mu porządne notatki, choć podejżewał, że na nic jego starania - Rathmann i tak najprawdopobniej go obleje, choćby oddał mu najlepszą pracę, jaką widziała ta szkoła. Zaczął nawet pisać, choć nie dotarł nawet do połowy swojego głupiego referatu. Trudno, najwyżej umrze z wycieńczenia. Żalił się nad sobą przez cały dzień, aż do wieczora, kiedy to musiał w końcu udać się pod gabinet nauczyciela transmutacji.
    Z miną męczennika usiadł na niewygodnym zresztą krześle, a potem spod uniesionych brwi gapił się, jak mężczyzna niemal z diabelskim uśmiechem rzuca na stoliczek stos pergaminów. Regulamin...To Hogwart miał jakiś regulamin? Nie sądził, że te wszystkie sztywne zasady zostały w istocie spisane i zamknięte pod nazwą r e g u l a m i n u. Westchnął ciężko, rzucając mężczyźnie spojrzenie spode łba.
    - Przecież tego nie da sie zrobić. Jest pan pewien, że chce pan marnować ze mną swój cenny czas? - spytał, posyłając mu kwaśny uśmiech. Mathias najwyraźniej marzył, by ręka Freddiemu odpadła. Zanim wziął się do pracy, przymknął na chwilę oczy, starajac się ukryć swoją irytację.
    Miał wrażenie, że macha łapą przez kilka dobrych godzin. Mózg mu wysiadł od nadmiaru zakazów, a spięte mięśnie pilnie potrzebowały ruchu. Koszmar, okropieństwo. Gdy jednak zerknął na swój mały, stary zegrek okazało się, że jego tortury trwają zaledwie czterdzieści minut. Jęknął sfrustrowany, uderzając głową w ławę. Może jak zrobi sobie krzywdę, Mathias okaże mu trochę litości?
    - Na pewno nie wymyśli pan innej kary? Chociażby wycieczki po Zakazanym Lesie? - spytał, zdesperowany, nie podnosząc nawet głowy ze stoliczka.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  56. [Hej, właśnie wróciłam z urlopu i wpadłam spytać - zaglądasz tutaj jeszcze? Odpisywać coś? :D]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  57. [Nie ma problemu, i tak ja Ci wiszę odpis, chciałam wiedzieć tylko, na czym stoję. ;)]

    Rose

    OdpowiedzUsuń
  58. Miał po dziurki w nosie tych wszystkich szlabanów, szczególnie, jeśli okazywały się karą za tak drobną, niewinną głupotę jak oblanie ślizgona sokiem dyniowym. No dobra, doszło jeszcze do małej szarpaniny, ale to nie Freddiego wina, że ten dureń nie widział, gdzie lezie. Wayland tylko spokojnie siedział przy swoim stole i delektował się makaronem, a potem odrócił się z pucharkiem w dłoni, żeby krzyknąć coś do przyjaciółki, a ten, jak wpadł na niego, wylewając na sobie cholerny sok. Przecież tak mógła postąpić tylko niedorozwinięta czy w najlepszym przypadku ślepa osoba. A potem jeszcze zaczął pluć się na Freddiego tak bardzo, że rząd krukonów siedzących obok musiał isć się przebrać. A Freddie jak to Freddie nie wytrzymał i dał się spanikować. Pech chciał, że dorwał ich wyjątkowo surowy nauczyciel, przez co zostali skazani na wycieczkę do Zakazanego Lasu. Jakby nie znudziło mu się już to miejsce!
    Nie spodziewał się jednak, że będzie aż tak źle. Nie dość, że zmuszono go do spędzenia kolejnych godzin z tą zakutą pałą, to jeszcze do świty dołączyło parę innych osób, za którymi niespecjalnie przepadał. Jakby tego było mało, niecałe pół godziny po opuszczeniu zamku, zgubił się. Najzwyczajniej w świecie odłączył się od grupy i zabłądził. Kilka razy urządzał sobie wyprawy, zapuszczał się w te tereny, ale nigdy nie dotarł tak daleko i z pewnością nie sam. A teraz krążył między drzewami, z dłonią zaciśniętą na róźdżce i spojrzeniem świdrującym bujną roślinność. Owszem lubił przygody, ale nigdy nie pisał się na taką tułaczkę. W jednej chwili kroczył niepewnie, mając nadzieję, że odnajdzie drogę powrotną albo chociaż grupę, a w drugiej leżał na ziemi, z kostką oplecioną przez tajemnicze czerwone macki tentakuli. Nie zdążył nawet zabluźnić wściekle pod nosem. Dopiero wtedy zaczęło się piekło. Jego ciało opętał ostry ból, który z sekundy na sekudnę przybierał na sile. Miał wrażenie, że ktoś dźga go ostrymi gorącymi igłami grubości pióra. Stęknął kilka razy, usiłując wyplątać się z pułapki, ale na próżno. Więc tak miało skończyć się jego życie? Chamstwo, totalnie chamstwo. Był zbyt oszołomiony, żeby krzyczeć, choć miał wielką ochotę dać upóst cierpieniu. Nagle czyjeś chłodne ręce uwolniły go z 'szponów' jadowitej rośliny. Nieprzytomnym wzrokiem zlustrował twarz swojego wybawiciela i wymamrotał coś co brzmiało jak bezsensowne bełkotanie. Kojarzył tą twarz, ale nie potrafił złączyć jej z żadnym wydarzeniem ze swojego życia, w tamtej chwili trudno było mu myśleć o czymkolwiek. Zamrugał, jakby nie rozumiał poleceń mężczyzny...bo to był mężczyzna, prawda? Jęknął cicho, drżąc na całym ciele, wcześniej nawet nie zwrócił uwagi na przenikający go chłód.
    - Chcę spać - burknął niewyraźnie i zaczepił ręke na płaszczu znajomego nieznajomego. Drugą, jak mu się wydawało, dotknął jego twarzy. Oparł się czołem o jego ramię, miał wrażenie, jakby odlatywał - Kochanie, ten szlaban był gorszy niż twoje poranne krzyki oblane ciepłym syropem klonowym - dodał, mając nadzieje, że jego słowa mają sens. Wykrzywił usta w czymś, co miało być uśmiechem, ale ostatecznie wyszedł z tego paskudny grymas.
    - Nigdy więcej, wiewiórko, nigdy więcej słodzonych gołąbków...

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  59. [Cześć! Przede wszystkim chciałam podziękować Tobie i Liskowi za ogrom pracy jaką wkładacie w IED, jestem niesamowicie wdzięczna tak samo jak zapewne reszta autorów :) Przybyłam do Mathiasa z tego względu, że Tori jest jego stażystką i takim trochę przerażającym stworzeniem nie dającym mu zapewne odetchnąć ze względu na ilość pomysłów, które chciałaby przemycać na lekcjach :D Co powiesz na taką luźną przyjacielską relację, która miała trudne początki?]

    TORI WEASLEY

    OdpowiedzUsuń
  60. Dawno nie czuł się tak paskudnie, choć wszelkie czynniki zewnętrzne ledwo co do niego docierały. Miał wrażenie, jakby nie mógł się ruszyć, jakby jad go sparaliżował. Każdy oddech, każdy najmniejszy ruch wiązał sie z ogromnym wysiłkiem, a Freddie zmęczony był zachowywaniem przytomności. Mrugał, zaciskał dłonie w pięści, wszstko, żeby nie zasnąć, żeby nie dać ponieść sie słodkiej pokusie odpłynięcia. Kąciki jego ust uniosły się w ledwo widocznym uśmiechu. W końcu miał przed sobą kogoś, kogo darzył uczuciem, mógł czuć się bezpieczny! Przynajmniej tak mu się wydawało, nawet nie miał pojęcia jak bardzo się mylił.
    Okolica się rozpływała, jakby las dopiero namalowany został farbami olejnymi, które obficie polano wodą.
    - Wiewiórko...- zaczął, nie wiedząc czemu, ponownie używając nazwy tego jakże słodkiego zwierzątka z puchatym ogonkiem - Nie zostawiaj mnie - wymamrotał żałośnie, ponownie zaciskając dłoń na, tym razem, koszuli mężczyzny. Bał się, że jak go puści to ten odpłynie, a na pewno nie chciał zostać tu sam. Było mu cholernie zimno, czuł się obolały, miał wrażenie, że coś boleśnie mu się wbijało w żebra. Z trudem przełknął ślinę, wpatrując się gdzieś w przestrzeń nieprztomnym wzrokiem. A potem...chyba naprawdę zwariował, bowiem faceta, który jeszcze przed chwilą przy nim ślęczał zastąpiła jasna, ciepła kupa futra, do której Freddie natychmiast się przesunął. Miał wrażenie, że wtula się w magicznie nagrzewany koc.
    - Czemu niebo ma barwę wiatru? - zapytał jeszcze, chociaż prawdopodobnie nikt go nie słuchał. Przez ciepło bijące z zwierzaka odrobinę mu się poprawiło choć do normalności było jeszcze daleko. Zakasłał, przymknął oczy, jakby leżał w swoim własnym łóżku...kiedy zewsząd zalała go ciemność.

    Freddie <3

    OdpowiedzUsuń
  61. Spała jak dziecko. Spokojnie i głęboko, jakby nie musiała się niczego obawiać i nie goniło ją absolutnie nic. Bo zazwyczaj to ona goniła samą siebie, tworząc wyrzuty sumienia, gdy tylko zatrzymywała się na zbyt długo. Na przykład na zalecane osiem godzin snu.
    Nie obudził ją żaden hałas krzątania się Mathiasa o poranku. Spała, dopóki wokół nie zrobiło się na tyle ciepło, że zaczęła wiercić się w łóżku, aby tylko wydostać się spod grubego koca. W końcu otworzyła oczy, przeniosła głowę na drugą poduszkę i przyglądała się przez chwilę kuzynowi, który siedział przy biurku i sprawdzał zapewne jakieś prace domowe uczniów. Nie mogła powstrzymać uśmiechu na jego widok. To co powiedziała zaraz przed zaśnięciem było stuprocentową prawdą. Cieszyła się, że ma go obok, chociaż było to dość zaskakujące. Nigdy nie byli przesadnie blisko, po prostu byli rodziną, ale nawet nie taką, która spotykała się co niedzielę. Bardziej raz na pół roku. A mimo to teraz czuła, że Mathias Rathmann jest pewnym elementem jej popieprzonego życia, przeplatanego wątpliwościami i czasem zbyt trudnymi decyzjami do podjęcia. Przy nim nie czuła, że musi się starać. Troszczył się o nią, był obok i wydawał się nawet nie chcieć nic w zamian. A mimo to mogłaby ofiarować mu prawie wszystko, gdyby tylko poprosił.
    W końcu Mathias poczuł na sobie jej wzrok, więc uniósł głowę i od razu odwzajemnił jej uśmiech. Pokiwała głową na jego pytanie i przetarła jeszcze klejące się oczy. Zrzuciła z siebie koc, wstała i podeszła do kuzyna, kładąc mu dłoń na ramieniu i zaczęła przyglądać się wypracowaniom na biurku, wspominając tym samym jak pisała podobne kilka lat wcześniej, kiedy jeszcze transmutacja była prosta i przyjemna. W końcu pochyliła się lekko i pocałowała kuzyna w czubek głowy.
    - Muszę lecieć. - westchnęła i zabierając swoje złożone w idealną kostkę ubranie z krzesła, poszła do łazienki. Opuściła ją po chwili w pełni ubrana, spakowała wszystkie swoje książki i notatki do torby i zarzuciła ją na ramię.
    - Muszę lecieć. - powtórzyła, ale stała jeszcze przez moment, oparta o róg ściany, za którym zaraz miała zniknąć. Nie chciała nigdzie iść. Chciała zrobić sobie dzień przerwy, który może mogłaby sobie jakoś wybaczyć. W końcu jednak kiwnęła głową i obróciła się w stronę wyjścia. - Do zobaczenia.
    Nie było czasu na to, aby się zatrzymać.

    Po tej głupiej akcji, kiedy na widok Freddiego Mathias odmówił udostępnienia Julii sali, nie odzywała się do niego przez trzy dni. Chodziła obrażona jak dziecko, brakowało jeszcze wyłącznie pokazywania języka, kiedy tylko na nią spojrzał. Wiedziała, że zachowuje się jak kretynka, ale nic nie mogła poradzić. Aż w końcu zaczęła tęsknić i to przyćmiło złość, więc kiedy zobaczyła go przemierzającego korytarz pobiegła za nim i ujęła pod ramię, dołączając do niego w drodze gdziekolwiek.
    - Przepraszam. - powiedziała szybko. - Ja po prostu nie mogę znieść, jak ktoś traktuje tak najbliższych mi ludzi. Nawet jeśli zasłużyli.
    Wzruszyła ramionami i spojrzała na Mathiasa, wciąż nawet nie zwalniając kroku. Nie chciała się kłócić i znowu obrażać.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  62. Spanie na wielkim białym kocurze, w którego zamienia się Profesor Rathmann, uczący Transmutacji nie było najprzyjemniejszą rzeczą, jaką robił w życiu. Musiał jednak mu szczerze podziękować, w końcu facet uratował jego życie. Kontaktować zaczął w nocy, kiedy to pielęgniarka wyjaśniła mu, kto go przyniósł. Nie pamiętał zbyt wiele, jedynie marne urywki, takie jak twarz Mathiasa, gwiazdy i potworny ból upiornie rozchodzący się po jego ciele. Czuł się znacznie lepiej, choć nadal był trochę odrętwiały i osłabiony przez swoją nocną przygodę. Ciekawe tylko, czy czekają go kłopoty, po tym co się stało.
    Leżał sobie w łóżku, okryty kołdrą i dodatkowym kocem z paskudnym posmakiem w ustach po zażytym lekarstwie. Strasznie mu się nudziło, ciągle się wiercił, nie potrafił zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Kiedy pielęgniarka poszła po jakiś środek na uspokojenie, drzwi do Skrzydła uchyliły się. Pojawiła się w nich twarz, która ostatnio wywoływała u Freddiego mdłości i zawroty głowy. Westchnął ciężko, od razu zdając sobie sprawę z powodów, dla jakich zjawił się znielubiany przez niego osobnik. Ciemnowłosy z ironicznym uśmiechem podszedł do łóżka Gryfona, milcząc, jakby czekał na oklaski.
    - Czego chcesz? - spytał w końcu Freddie chłodnym jak na siebie głosem i przymknął oczy. Naprawdę nie miał ochoty ani siły na głupie przekomarzanki z tym pacanem.
    - Och, nic wielkiego, Wayland...- odezwał się tym kpiącym tonem, patrząc na chłopaka z góry - Pomyślałem, że dawno nic dla mnie nie zrobiłeś, a aktualnie pilnie czegoś potrzebuję. - nachylił się nieznacznie do łóżka Freddiego, jeszcze bardziej potęgując jego ochotę użycia pięści - A mianowicie niewielkiej fiolki Wywaru Żywej Śmierci. Do jutra. Dzięki, skarbie - dodał sarkastycznie, prostując się z tą wkurzającą pewnością siebie w oczach.
    Freddie zacisnął dłonie w pięści. Miał po dziurki w nosie bycia na łasce tego bezmózgiego durnia.
    - Po co ci ten eliksir? Jest niebezpieczny, możesz kogoś skrzywdzić.
    - Nie twoja sprawa, Wayland - warknął ślizgon, mrużąc oczy jak żmija. Zdecydowanie był obślizgłym, a na dodatek głupim gadem.
    - Nie. Nie zrobię tego. To już przegięcie - odpowiedział po chwili twardym głosem, choć coś ścisnęło go w gardle. To pierwszy raz, kiedy mu się przeciwstawił. To był moment, w którym cały jego świat mógł legnąć w gruzach, ale nie mógł ryzykować, że ten cymbał kogoś skrzywdzi z jego pomocą.
    - Ach tak? - spytał ciemnowłosy lekko, jakby przygotowany na taką ewentualność - Więc chcesz, żebym rozpowiedział wszystkim, co się stało trzy lata temu? Chcesz tego, Freddie? Żeby świat poznał twoją mroczną tajemnicę? Żeby wszyscy dowiedzieli się o tym co zrobiłeś?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  63. Idąc przy nim zastanawiała się od czego w ogóle zacząć. Gdzie w ogóle był początek tej zagmatwanej historii? Gdzie tkwił zaplątany supeł, ten jeden błąd, który spowodował lawinę wydarzeń tak mocno trzymających ją w przeszłości, nie pozwalających jej ruszyć do przodu? Cofała się myślami, najpierw pomału, do śmierci jej ojca, do momentu w którym krzyczała, płakała, biła pięściami w ściany. Do momentu, w którym ktoś ewidentnie jej groził, obserwował jej dom rodzinny. Do swojej wyprawy do Australii, gdy nie spodziewała się, że przyszłość będzie tak czarna. Do Świąt Bożego Narodzenia, gdy dwie osoby szukały uleczenia ran z przeszłości w mocno niewłaściwy sposób, co teraz było powodem mętliku w jej kobiecej głowie i sprawiło, że przez ułamek sekundy rozważała porzucenie stażu. Do początków swojej kariery, w szkole, do okresu pracy w św. Mungu, do czasów, gdy odmówiła zaręczyn. Do czasów szkolnych, gdy wieszała się Rathmannowi na szyję jako roześmiana nastolatka, gdy zerwała przyjaźń z Lupinem, nie chcąc czuć się przy nim i Victorie jak piąte koło u wozu. Tyle chwil, tyle możliwych do popełnienia błędów.
    Lekko drżące dłonie wyciągnęła po szklankę, uśmiechając się blado z wdzięcznością. Doskonale wiedziała, że puste słowa nie załatwią niczego, a zanim nauczą się nadawać sens słowom minie trochę czasu. Wzięła łyk soku, co wydało się jej przez chwile straszliwie absurdalne, jakby nierealne. Odstawiła szklankę na stolik i gdy mężczyzna odwrócił głowę w jej stronę, spojrzała mu w oczy, jakby widziała go po raz pierwszy. Dotarło do niej, że nie ma przed sobą chłopca, tak jak i on nie miał przed sobą dziewczyny. A jednak, choć zmieniło się tyle, pragnienie posiadania świadomości, że jest ktoś, kto nie odepchnie ręki wyciągniętej po pomoc, pozostało takie samo. Poczuła, jak w okolicy serca rozlewa się przyjemne ciepło przetykane bólem. Mathias był teraz jedyną na świecie osobą, od której mogła otrzymać coś jednocześnie tak prostego i wielkiego, jak czułość.
    Spojrzała na niego uważnie. Zaciśnięte usta, przymknięte oczy, które pamiętała z czasów, gdy skrzyły się radością. Poczuła jak mimo wypitego soku, jej usta robią się suche. Podciągnęła nogi na kanapę, jakby skulenie się przy nim miało sprawić, że poczuje się bezpieczniej. Poczuła, że jej serce zdecydowanie zbyt mocno obija się o klatkę piersiową, jak na poczucie spokoju. Brakowało mi ciebie. Pochyliła się, by przytulić mocno głowę do jego mostka, zaciskając oczy.
    - Jesteśmy sami, Mathias. Jesteśmy zupełnie sami. – powiedziała cicho, drżącym głosem, jakby w tych dwóch zdaniach zamknął się cały ból dwojga ludzi, dwie straty, decyzja Rathmanna i bezsilność Covel. Strach i cierpienie, lęk i niepewność. Zaciskając pięści na jego koszulce, powstrzymywała się od nawrotu łez, które, jak się jej wydawało, wylała kilka tygodni temu. Ale jednak się nie udało. Kilka mokrych śladów na policzkach zaznaczyło swoją drogę spływając na dół. Co dziwne, nie płakała z bólu, nie płakała bo się bała. Płakała, bo dotarło do niej, że wreszcie kogoś ma. Kogoś, kto również cierpiał, ale nie był zamknięty na jej samotność.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  64. Już miał rzucić jakimś opryskliwym komentarzem. I tak nie miał nic do stracenia - ten głupi ślizgon zapewne porozpowiada wszystkim, co się stało i wtedy zaczną się jaja. Dolewanie oliwy do ognia nie wyrządziłoby większych szkód, a mimo wszystko, może poczułby się przez to odrobinę lepiej. W końcu przez ostatnie tygodnie był wykorzystywany przez tego dupka niemal non stop, czuł się jak wróbelek zamknięty w klatce. Niestety, do Skrzydła wkroczył Rathmann z tą swoją zaciętą miną. Serce Freddiego przestało bić na kilka sekund, a w jego głowie pojawiło się milion pytań. Jak to się stało? Czy ten słyszał całą ich rozmowę? Czy będzie dopytywał się o co chodzilo ślizgonowi? Co do tego Wayland nie miał najmniejszych wątpliwości - nawet jeśli nie przez ciekawość czy chęć pomocy, obowiązek nauczycielski to obowiązek nauczycielski. A to oznaczało, że niedługo dowiedzą się o tym wszyscy, nawet i bez pomocy tamtego ciemnowłosego gnojka. Wstrzymał oddech, gdy jego niebieskie spojrzenie skrzyżowało się z tym Rathmanna. Nie bedąc w stanie nic powiedzieć kiwnął jedynie głową, patrząc bezradnie, jak ten wyciąga ślizgona siłą ze Skrzydła Szpitalnego.
    Oczywiście nie był w stanie niczego przełknąć - napił się jedynie troche soku dyniowego i wziął odpowiednie leki. Rano czuł się dobrze, ale teraz...teraz to komletnie inna bajka. Nie potrafił myśleć o niczym innym jak o tamtej porannej rozmowie i o tym, jak profesor Transmutacji wkroczył do akcji. Jasne, uratował go, ale w tym wypadku pewnie wszystko przekręci się do góry nogami. Wyczekiwał jego powrotu, co jakiś czas zerkał na drzwi albo zegarek. Nie był w stanie wymyślić nawet żadnej historyjki, jaką mógłby wcisnąć nauczycielowi. To był drugi raz w jego życiu, kiedy przerażenie zawładnęło nim tak bardzo.
    To dlatego, kiedy Ratmann ponownie zaszczycił go swoją obecnością , gapił się tępo w kołdre, zaciskał pięści na prześcieradle oczekując najgorszego. Nie miał zamiaru wykręcać się żartami, nie tym razem, szczególnie, że samo uśmiechnięcie się sprawiłoby mu trud. Zerknął krótko na nauczyciela po zadanym pytaniu i wzruszył ramionami.
    - Nienajlpiej - przyznał cichym, słabym jak na niego głosem. Jego kondycja zarówno psychiczna jak i fizcyczna siadała. Zacisnął usta, kiedy słowa, których tak bardzo się obawiał, dotarły do niego z małym opóźnieniem.
    - To...nic wielkiego, naprawdę. Dowiedział się o czymś, o czym dowiedzieć się nie powinien. Sprawy...prywatne - wydukał z trudem, marszcząc brwi, próbując się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jakiś dziwny grymas. Przeczuwal, że prędzej czy później będzie musiał powiedzieć mu prawdę, po prostu chciał to odwlec jak najbardziej się dało.
    - Dziękuje za...pomoc. W Zakazanym Lesie. Gdyby nie pan byłoby po mnie - dodał szybko, mając naiwną nadzieję, że uda mu się zmienić temat. Dawno nie czuł się tak paskudnie.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  65. [Dziękuje za powitanie i na razie w urlopie nie będę przeszkadzał. Sam się ogarnę z postacią i blogiem, ale na pewno któregoś z Twoich panów niebawem nawiedzę, jak trochę pomysłów wpadnie do głowy :d]

    Jonathan

    OdpowiedzUsuń
  66. [Hej, co robimy z naszym wątkiem? :) Przyznam się, że zaginęłam na chwilę, ale już jestem. Wymyślamy coś nowego czy zostajemy przy tym, co było, chociaż widzę, że z Ethel coś się dzieje ;) Pisz śmiało!]

    Allie

    OdpowiedzUsuń
  67. Nie pamięta już, kiedy ostatnio miała wokół siebie takie zamieszanie, które z zimną krwią musiała opanować. Zupełnie sama, bez niczyjej pomocy była zmuszona wydawać polecenia, upominać przybłędy kręcące się pomiędzy nogami bez żadnego konkretnego celu. Po prostu nagle ktoś przybiegł z krzykiem, że na terenie Hogwartu odnaleziono rannego tygrysa. Niewiele myśląc, Allie skwitowała, iż leczenie zwierząt nie leży w jej zakresie obowiązków, ale dla upewnienia wysłała jednego ze stażystów. Dopiero w momencie, gdy dwójka zniknęła za wielkimi drzwiami do Skrzydła Szpitalnego do kobiety dotarło, jak wielki popełniła błąd. Niewątpliwie tygrys nie należał do kanonu zwierząt z Zakazanego Lasu, a co za tym szło, ranny musiał być animagiem. Natychmiast po tym przemyśleniu Allie rozpoczęła przygotowanie stanowiska dla tak niecodziennego pacjenta, który po niedługim czasie leżał już na dwóch złączonych łóżkach szpitalnych. Wszystko działo się szybko, a jedyne, co kobieta pamięta z tego czasu, to ciągłe upominanie kilku uczniów o opuszczenie pomieszczenia. Zazwyczaj po prostu wyprowadziłaby niesfornych osobników tłumacząc, iż samą swoją obecnością wiele nie zdziałają, ale tym razem nie miała na to czasu. Każda sekunda była tu cenna, by opatrzeć ranę i przyśpieszyć czas przywrócenia do ludzkiej postaci. Na szczęście pacjenta Allie miała tę nieprzyjemność spotkania się z takimi samymi obrażeniami spowodowanymi przez wilkołaka. Była bardziej, niż pewna, że owa rana pojawiła się z tego przypadku. W trakcie mamrotała coś pod nosem, to do siebie, to do pomagających jej stażystów. Napomknęła też o swoim niezadowoleniu związanym z obecnością dziewczyny, która uporczywie musiała trzymać za łapę tygrysa, a następnie, jak się to okazało, rękę profesora Rathmanna. Nienawidziła osób wspierających swą obecnością, bo w końcu, na co są zdatni? Zabierają jedynie miejsce i utrudniają całą akcję ratunkową.
    Kiedy wszystko się uspokoiło, a Allie z ulgą mogła stwierdzić, że stan pacjenta jest pod kontrolą odeszła od już tylko pojedynczego łóżka. Dziewczyna w dalszym ciągu siedziała tuż przy mężczyźnie, a Collins nie miała siły, by poprosić ją o wyjście. Nie miała także ochoty, na sprzątnięcie tego całego bałaganu, który powstał w trakcie opatrywania, a była przekonana, że właśnie ona to zrobi. Opadła na fotel w swoim pokoju, tuż za ścianą, gdzie leżeli zazwyczaj pacjenci, zwinęła się w kłębek i przysnęła. Ocknęła się za chwilę, chociaż niebo za oknami zdecydowanie sugerowało jej kilka godzin. Przetarła twarz dłonią, w celu wybudzenia się, ale na niewiele się to zdało. Skorzystała z zimnej wody w łazience, co zdecydowanie lepiej podziałało. Uchyliła tylko drzwi do sali szpitalnej, przy okazji trafiając na moment, w którym dziewczyna w końcu podniosła się z miejsca i wyszła. Allie odetchnęła z ulgą. Naprawdę nie miała ochoty na rozmowę tego typu. Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, że ona też potrzebuje spokoju do zajęcia się rannymi. Mogła jednak poświęcić uwagę temu całemu bałaganowi z poprzedniego dnia, którego oczywiście żaden ze statystów nie raczył uprzątnąć. Powoli w swoim tempie zaczęła zbierać wszystkie ścinki bandaży, machając różdżką tuż przed sobą. Zaklęcia miała już tak wryte w pamięć, że nawet nie potrzebowała wypowiadać ich na głos. Podeszła do łóżka, dokładnie od lewej strony, gdzie jeszcze kilkadziesiąt minut temu siedziała uparta Krukonka. Allie, jak najciszej potrafiła łapała wszystkie ścinki nadające się do wyrzucenia. Nawet już podniosła różdżkę do góry, aby pozbyć się śladów krwi z szafki obok pacjenta, gdy z prawej błysnęły dwa punkciki. Blondynka opuściła rękę, a wzrok przeniosła na oczy profesora, które najwyraźniej od dłuższej chwili przyglądały się jej działaniom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie śpisz – stwierdziła cichym głosem, po czym różdżka lekko zamigotała, a ciemnoczerwone plamy zniknęły z metalowej powierzchni szpitalnego mebla. – Spróbuj się jeszcze zdrzemnąć, sen dobrze ci zrobi. Szczególnie, że mało kto zostaje poraniony w tak specyficzny sposób. – Przekrzywiła głowę, przyglądając się jego zmęczonej twarzy. Dopiero teraz wykwitły na niej większe kolorowe siniaki w okolicach oczu i skroni. Przybliżyła się nieznacznie, ujmując delikatnie głowę Mathiasa w swoje dłonie. Przyjrzała się plamom, chcąc upewnić się, że nie są żadnymi śladami po ugryzieniu wilkołaka. Po zastanowieniu się uniosła różdżkę i przytknęła do sińców na skroniach. – Może zaboleć – wyszeptała skupiona.

      [Znalazłam ten wątek z wilkołakiem i wykorzystałam. Zaczynajmy!]

      Allie

      Usuń
  68. Kogoś jej przypominał. W całej swojej pamięci posiadała osobę niezwykle podobną do Mathiasa, chociaż znacznie okrąglejszą na twarzy. Jakby dziecięcą wersję ówczesnego profesora Rathmanna. Tylko te oczy, wciąż przewijały jej się w myślach z krótką informacją, niosącą za sobą jeden przekaz: ”już je gdzieś widziałaś, Allie”. Za każdym razem, kiedy na nią patrzył usiłowała przypomnieć sobie, skąd tak dobrze zna te tęczówki, ale zazwyczaj pojawiała się szarawa mgła, jak dym papierosowy, który przysłaniał resztę wspomnień. Nie była w stanie przypomnieć sobie, gdzie je już widziała.
    Siniaki zagoiły się bardzo szybko, pozwalając twarzy mężczyzny przybrać bardziej zdrowych barw. Tak było mu zdecydowanie lepiej. Zresztą, komu by nie było? Gdy już zadowolona z efektu zaklęcia odjęła swoje dłonie od skóry Mathiasa, zabrała się ponownie za sprzątanie. Wokół wciąż panował spory bałagan, czego kobieta wręcz nienawidziła. Jej różdżka wciąż wykreślała różne wzory w powietrzu, co powodowało różnorakie reakcje. Pewnie robiłaby to do perfekcyjnej czystości, gdyby nie prośba skierowana w jej stronę. Obejrzała się na pacjenta i lekko uśmiechnęła.
    - Jasne – rzekła całkiem przyjemnie, jak to rzadko potrafiła zmanipulować swój głos do takich dźwięków. Przeszła na drugą stronę pomieszczenia, gdzie umieściła dzbanek z wodą dla osób odwiedzających. Czasami jednak odzywały się w niej wyrazy współczucia i swego rodzaju troski, ale nieczęsto. Nalała do szklanki poproszoną wodę, a przywołując ze swojego pokoju jedną z przemyconych ze świata mugoli słomek. Ujrzała to kiedyś w Paryżu, przechadzając się uliczkami miasta, a ułatwiały wiele. Allie szybkim krokiem wróciła do łóżka, na którym leżał mężczyzna.
    - Tylko się nie wstydź – rzekła podając mu szklankę – usiąść ci teraz nie pozwolę, a tym bardziej wstać. Chyba, że bardzo chcesz mnie zdenerwować. Zresztą wiesz, jak to działa – utkwiła na nim swój poważny wzrok, bo nawet odrobinę nie było jej do śmiechu. Nie lubiła, gdy pacjenci nie słuchali jej poleceń, czego profesor był świadkiem, kiedy to przyprowadził jednego z uczniów trafionym zaklęciem Furnunculusa. W skrócie, gniewać potrafiła się mocno, a dla innych całkiem boleśnie i nieprzyjemnie. – Ewentualnie tylko i wyłącznie pod moim nadzorem. Rana niestety nie wyglądała zbyt dobrze, Mathias – lekko posmutniała, przypominając sobie widok rozszarpanych ścięgien oraz skóry. Była przyzwyczajona do takich widoków, ale nie na osobach w pewien sposób bardziej jej znanych. – Jak się czujesz, tak w ogóle? Tylko proszę o konkrety – uśmiechnęła się przyjaźnie, przysiadając na łóżku, czego zabraniała robić odwiedzającym. Rathmann był kimś w rodzaju dziwnej bratniej duszy. Zawsze się dogadywali, a do siebie odnosili się z uprzejmością i spokojem, czego zdecydowanie brakowało im w kontaktach z innymi ludźmi. Czuła, że gdyby mówiła mu o wszystkim, to na pewno by ją zrozumiał, a przynajmniej, tak jej się wydawało.

    [Wszystko w porządku, ja za to przepraszam za długość, ale nie była w stanie wykrzesać z siebie więcej.]

    OdpowiedzUsuń
  69. Przez chwilę wydawało się jej, że łzy palą ją w policzki, jakby nie miały prawa się tam pojawić. Gdy je wytarł, a ona usłyszała jego słowa, spojrzała na niego uważnie, jednocześnie zaskoczona i w pewien sposób urzeczona. On nie był w żaden sposób winny jej obecnego stanu, a jednak potrzeba posiadania kogoś była silniejsza. I aż wstyd się przyznać, ale gapiła się na niego z lekkim niedowierzaniem, jakby obietnica dotknęła jakiejś dawno nieporuszanej struny w jej sercu. Przez chwilę wydawało się jej, że śpi. Że śni jej się sen tak ciepły i dobry, jak dłoń na policzku. Dopiero delikatnie wbijające się w jej kolana kocie pazurki uświadomiły jej, że to po prostu wieczór, jakiego najbardziej potrzebowała.
    - Dzięki. – mruknęła cicho niby to urażona, ale uśmiechając się do niego dziwnie rozbawiona tą szczerością. Otarła do końca policzki. Wiedziała przecież, że mężczyzna nie ma zamiaru jej obrazić, jedynie się martwił, ale te słowa jedynie przypomniały jej, że przy nim nie musi uważać na słowa. Nie musi ich ważyć, może śmiało mu powiedzieć, że i on nie wygląda najzdrowiej. Więc po prostu uśmiechała się delikatnie, w końcu. Pokręciła głową, w odpowiedzi na jego pytanie, ale spojrzała na Mathiasa uważnie, drapiąc odruchowo Snowa za uchem i czując jak niskie mruczenie wprawia całe jego małe ciałko w drżenie.
    - Nie chcę, żebyś myślał, że jesteś czemukolwiek winny – powiedziała cicho, ale rzeczowo i westchnęła, jakby miało to pomóc jej zebrać myśli, opierając jednocześnie głowę na jego ramieniu. – Seria naprawdę niefortunnych wydarzeń sprawiła, że to wszystko tak wygląda. Miałam nie wracać do Hogwartu, nie chciałam żeby po zakończeniu stażu ktokolwiek myślał, że miałam łatwiej, bo Teddy tu pracuje, a nasze relacje wyglądają tak dziwacznie, jak zwykle. – wyjaśniła, przypominając sobie, jak jeszcze w szkole, mając zaledwie piętnaście lat, przyznała się Mathiasowi, że nie zamierza wchodzić Teddiemu i Tori w drogę. Wtedy z zazdrości zniszczyła swoją wieloletnią przyjaźń z Lupinem i nie bardzo potrafiła sobie z tym poradzić.
    - Ale niedawno pochowałam ojca, zostałam sama w rodzinnym domu, to było przerażające. – spojrzała na mężczyznę, po raz pierwszy tak otwarcie przyznając się do tego, jak to wszystko przeszła. – Wiesz, on od lat mnie już nie rozpoznawał, jakby choroba przyćmiła mu umysł. Ale którejś nocy krzyknął moje imię. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Moje zaklęcia nic nie zdziałały, zabrała go jakaś klątwa – mówiła powoli, jakby kilkuletnia praca w Mungu zahartowała ją na taką okoliczność. – Ale ani ja, ani żaden medyk nie był w stanie po jego śmierci stwierdzić co to było. – zmarszczyła lekko brwi, obiecując sobie, że jak tylko zarówno ona, jak i Mathias pozbierają się nawzajem, to spróbuje się czegoś dowiedzieć.
    - Musiałam wrócić do szkoły, może to była moja paranoja, ale miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi – mruknęła cicho, przygryzając lekko dolną wargę. Spojrzała na Mathiasa, a jego spojrzenie uświadomiło jej, że potrzebowała po prostu pozbyć się tych wspomnień słowami. Musiała je zwizualizować, wypowiedzieć, jak zaklęcie, by przestało być jej nieznośnie ciężko na sercu. – No, więc jestem tu, skończę staż, a potem… zobaczymy – uśmiechnęła się lekko, jakby ten uśmiech miał oczyścić powietrze ze słów, które padły. Słów, które oczyściły jej umysł i duszę, ale Ethel nie chciała, by zawisły w powietrzu, jak jakieś czarne widmo. Przez chwilę patrzyła na mężczyznę nieco skrępowana.
    -Nie jesteś niczemu winny. – Nie bardzo potrafiła odnaleźć się w tych zwyczajnych, ciepłych gestach, których zwykle sama innym skąpiła. Ostrożnie dotknęła jednak jego policzka, uśmiechając się delikatnie, jakby czuła, że nie jest jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która tego potrzebuje.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  70. Już miała coś odpowiedzieć i zacząć dyskutować, walczyć o swoje zdanie, kiedy Mathias tak po prostu dał jej buziaka. Zmarszczyła delikatnie brwi, bo była zła na siebie, że zbyt łatwo odpuszcza, ale uśmiechnęła się jednocześnie. Uwielbiała takie drobne, czułe gesty i nie potrafiła się po czymś takim wkurzać, obrażać i wchodzić w dyskusje, które nic nie wzniosą, bo i tak zarówno ona jak i Mathias broniliby uparcie swojego zdania, nawet jeśli oboje rozumieliby punkt widzenia tej drugiej osoby.
    Zaśmiała się na widok min większości uczniów otaczających ją i Rathmanna na obiedzie. Raczej nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek zje posiłek metr czy dwa od profesora transmutacji. Julka natomiast mimo swobodnej rozmowy z kuzynem podczas wcinania naleśników, czuła się odrobinę niekomfortowo, bo skupiała na sobie zdecydowanie więcej ciekawskich spojrzeń niżby chciała, a i tak zbyt wiele osób uważało, że ma fory z OPCM oraz transmutacji. Nie mieli pojęcia...
    Pomachała mu ręką przed nosem, kiedy oznajmił, że musi iść, bo wolała, żeby jednak nie dawał jej buziaka na pożegnanie przy wszystkich. Był jej kuzynem, o czym właściwie nie każdy wiedział, ale również profesorem i to sprawiało, że wiele zwykłych dla nich rzeczy stawało się nieodpowiednie. Na przykład spanie w jednym łóżku, chociaż to przynajmniej, w przeciwieństwie do buziaka w Wielkiej Sali, było ukryte przed wzrokiem całej szkoły. I dobrze.
    Dokończyła szybko obiad, a po nim udała się na jeszcze jedne zajęcia, które figurowały jej w planie. Gdy tylko się skończyły, zaszła do dormitorium po ciepły płaszcz, szalik i arcyciekawą książkę o rzadkich, acz przydatnych eliksirach i opuściła zamek. Najpierw miała udać się nad jezioro, ale szybko uznała, że tam będzie mogła usiąść co najwyżej na mokrej trawie albo czymś jeszcze mniej odpowiednim, co z pewnością zapewni jej przeziębienie, na które nie miała czasu, więc ostatecznie skierowała się w stronę boiska do quidditcha. Trybuny wydawały się niemal puste, ale kiedy usiadła na jednej z nich, dostrzegła w oddali postać, owiniętą kocem aż po szyję, zatraconą zupełnie w lekturze. Julia wzruszyła tylko lekko ramionami i wyjęła z torby książkę, którą właśnie dziś chciała dokończyć.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  71. Momentami zastanawiała się, jakby jej życie się potoczyło, gdyby jej nazwisko brzmiało inaczej niż Weasley. Gdyby nazywała się jak jakaś Parker, Jones czy inna Adams. Czy wtedy też dałaby się zepchnąć w przepaść, z której nie potrafiła się teraz wydostać? Czy wymagania nauczycieli byłyby ważniejsze niż jej intuicja i chęci?
    Chociaż… lepiej jest nad tym nie rozmyślać. Za każdym razem, gdy odpowiedź brzmi – tak, boli to jeszcze bardziej. Bo mogła być dalej radosną, przeciętną dziewczyną, która studiowałaby dla własnych ambicji wybraną przez siebie dziedzinę i nikt nie patrzyłby jej na ręce.
    Na początku siódmej klasy miała jeszcze złudne wrażenie, że coś się zmieni – na ziemię spadnie asteroida i powybija wszystkich, którzy ukształtowali ją według własnego pomysłu. Którzy nie pozwolili jej być sobą i którzy wciąż kontrolowali każdy jej ruch. Ale tak się nie stało. Dlatego z przykrością wróciła do codzienności. Do przewracania kolejnych stronic opasłych książek i notowania co ważniejszych informacji na najbliższe zajęcia. Lub, które mogą się przydać.
    Gdy opiekun Gryfonów poprosił ją, aby została, przez moment zamarła. W głowie prześledziła każdy swój ruch od początku semestru i zastanawiała się, gdzie popełniła błąd – w którym momencie opuściła się w nauce, w którym momencie coś przeoczyła. Niepewnie dość podeszła do biurka nauczyciela transmutacji. I dopiero gdy wyjawił jej powód jej zatrzymania w klasie, podniosła głowę, aby spojrzeć mu w oczy.
    Koło transmutacji…? Zagryzła dolną wargę. Nie. Nie chciała. Nie chciała brać na siebie kolejnego obowiązku, który będzie miała odbębnić. Który zabierze jej ostatnie resztki wolnego czasu, w którym mogła poleżeć i pogapić się w sufit. Tak po prostu.
    Chciała zaprotestować. Naprawdę chciała.
    - Dziękuję za propozycję, panie profesorze – odparła, siląc się na lekki uśmiech. – Myślę, że to będzie dla mnie bardzo dobre doświadczenie, móc przebywać z najzdolniejszymi uczniami i pasjonatami – dodała.
    I tak, moi mili, umierają ostatnie resztki nadziei na normalne życie.

    Rose Weasley

    OdpowiedzUsuń
  72. To było za trudne, żeby o tym mówić. Nie potrafił nawet wyznać prawdy swoim najlepszym przyjaciołom, którym zawsze mówił o wszystkim więc jak teraz miał tak po prostu zwierzyć się nauczycielowi z którym - szczerze mówiąc - nie łączyły go nawet dobre relacje? Szczególnie, że raczej nie powinien liczyć na dyskrecję z jego strony - zresztą nie dziwota, to, co się stało teoretycznie nie powinno być zakopane głęboko pod ziemią. Co prawda wszystko stało się tak dawno, przypadkowo, nieszczęśliwie i nawet możnaby w jakiś sposób usprawiedliwić działania Freddiego, ale co z tego? Zacząłby się bzdurny proces, jego rodzice mogliby wpaść w niezłe tarapaty no i oczywiście wszyscy by się dowiedzieli.
    Chciał po prostu zostać sam, schować się pod kołdrą i zostać tam na kilka następnych dni. Chciał krzyknąć, a najlepiej przy okazji w coś walnąć i zapomnieć o tym wszystkim co się zdarzyło. Szkoda, że nie posiadał niczego, czym mógłby cofnąć czas i naprawić swoje błędy. Przymknął oczy - Rathmann wyraźnie naciskał i chyba raczej nie zamierzał odpuścić.
    Spojrzał na nauczyciela, dopiero kiedy ten wspomniał o jedzeniu. Oczywiście głodny nie był, ale i tak skinął głową, przyznając mu racje.
    - Zjem coś jak będe brał następną serie leków - mruknął pod nosem, udając nagle wielce zainteresowanego kołdrą. Miał nadzieje, że to koniec tematu, przeliczył się jednak. Zmarszczył brwi, zacisnął usta, nerwowo 'bębniąc' palcami w prześcieradło.
    - Nikt mi nie może pomóc - wymamrotał głosem tak cichym, że ledwo słyszalnym i westchnął głęboko, zmuszając się, żeby znowu spojrzeć na Rathmanna. Nie miał gdzie uciec, był przykuty do tego durnego łóżka przez durny wypadek, który przytrafił mu się poprzedniej nocy.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  73. Widok go wcale nie cieszył, bo nie spodziewał się, że ci idioci wymyślą coś takiego. Westchnął tylko stojąc nad mężczyzną i marszczył delikatnie brwi, czego ten dostrzec przez ciemność nie musiał.
    — Nie miałem z tym nic wspólnego. — Oznajmił, chowając dłoń do kieszeni szaty. Chciał mu pomóc, chciał odprowadzić go do gabinetu uzdrowicielki ale z góry słysząc groźby momentalnie odechciało mu się zgrywać grzecznego, dobrego i pełnego pomocy młodzieńca. Zagryzł wargę i spojrzał na rannego profesora, ze zrezygnowaniem wyciągnął jednak dłoń ponownie. Jeżeli mu teraz nie pomoże to z pewnością zarobi kolejny szlaban. Więc nachylił się jednak i pomimo niechęci ze strony profesora chwycił jego dłoń i przyciągnął do siebie, drugą chwytając go za ramię, które później zarzucił wokół swojej szyi.
    — Jest profesor ranny i bez mojej pomocy nie wróci do zamku. Może przestałby pan myśleć, że wszyscy są przeciwko panu i przyjął pomoc, jak przystało na normalnego człowieka? — Burknął odrobinę zbyt ostro, zerkając na profesora. Był zmęczony i wkurzony na pozostałych chłopaków, bo żart miał być śmieszny. Ten, ewidentnie nie zakończył się tak, jak dobry żart zakończyć się powinien. Zagryzł wargę i odwracając głowę i przenosząc spojrzenie z twarzy profesora, na widok prosto przed sobą westchną. — Nie miałem w tym udziału. Chce profesor dać mi szlaban to proszę bardzo, możemy nawet iść do dyrektora, ale niech pan pamięta, kto pana w tym lesie nie zostawił. — Dodał, nie patrząc w ogóle na mężczyznę.

    You know

    OdpowiedzUsuń
  74. Julia nieco się zdziwiła, gdy usłyszała od kolegi z roku, że zajęcia z transmutacji są odwołane, ale było to niczym w porównaniu do zdziwienia, jakie przeżyła, gdy okazało się, że wcale nie były. Grupa siódmoklasistów weszła do sali od OPCM, usadziła się spokojnie w ławkach, kiedy nagle przy biurku pojawił się profesor Rathmann i z niemal kpiącym uśmiechem oznajmił, że pozamieniał im zajęcia, a ich czekają teraz trzy godziny transmutacji. Za karę. Za to, że nie przyszli na lekcję. Julia najpierw zmarszczyła brwi, a gdy dowiedziała się, że ktoś po prostu zorganizował wagary, niemal walnęła głową w ławkę, utwierdzając się po raz kolejny w przekonaniu, że niektórzy ludzie to kompletni idioci. Ona w życiu nie poszłaby na wagary, ot tak, bez powodu, więc ktoś postanowił zwyczajnie powiedzieć jej, że lekcje odwołano. Przecież, gdy cała grupa uciekała to nie mogła nagle przyjść jedna osoba, a Julia w takich kwestiach była zupełną sztywniarą.
    Na pierwszej lekcji, notowała grzecznie, ale do omawiania nowego tematu była oczywiście nieprzygotowana, więc wiedza nie wchodziła jej do głowy tak dobrze jak zazwyczaj. W połowie drugich zajęć, kiedy Mathias w końcu skończył, miała wrażenie, że zaraz odpadnie jej ręka. Ale przynajmniej miała obszerne, kolorowe notatki. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Później Rathmann zaczął przepytywać wszystkich po kolei, a u Julii poziom wkurzenia rósł z każdą chwilą. Położyła się na ławce, oberwała ujemnymi punktami, a później dostała jeszcze trudne pytania ogólne i bardzo szczegółowe dotyczące napisanych przez nią prac. Na większość odpowiedziała, patrząc kuzynowi w oczy poirytowanym, trochę bezczelnie upartym spojrzeniem, a gdy nie była pewna, kończyła temat krótkim nie wiem. Trochę było jej głupio i wstyd za grupę, ale w tym momencie przeważała złość, bo właściwie jej również zrobiono żart, za który teraz obrywała tak jak wszyscy. Ale to nie była wina Mathiasa. On był po prostu okropnie mściwym, wrednym i... No ale miał rację i koniec. Chociaż Julii wyjątkowo nie uśmiechało się pisanie dwóch, dość nieciekawych esejów, wymagających zapewne kilku godzin pracy. Postanowiła zabrać się do tego od razu po zajęciach. Poszła tylko na obiad, bardziej z rozsądku niż z głodu, a potem zaszyła się w bibliotece i siedziała tam tak długo, aż została z niej wyproszona. Zabrała książki, przeniosła się do pustego już wtedy Pokoju Wspólnego i dokończyła oba wypracowania. Chyba inni nie przejęli się aż tak, ale dla niej termin natychmiastowy oznaczał termin natychmiastowy, więc po mniej więcej trzech godzinach snu, poszła na śniadanie, a gdy zjadła, zaczekała tylko aż Mathias będzie wychodził, a wtedy wstała i dołączyła do niego w drodze do wyjścia.
    - Proszę. - powiedziała, tonem, w którym ewidentnie można było wyczuć zmęczenie i ze słabym uśmiechem na ustach wręczyła kuzynowi dwa spore kawałki pergaminu. - Baw się dobrze.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  75. - Oby tak było – odpowiedziała Allie, przyglądając się leżącemu mężczyźnie. Miała nadzieję, że Mathias szybko opuści Skrzydło Szpitalne nie dlatego, że nie chciała go widywać, ale bardzo pragnęła, by mógł wrócić do pełnego zdrowia. Ceniła sobie jego towarzystwo, ale znacznie bardziej zdrowie swoich pacjentów. Westchnęła. Przekrzywiła głowę, słuchając słów wypływających z jego ust, ale docierały do niej tylko te najważniejsze i kluczowe słowa. Na tyle skupiała się na twarzy profesora, że znaczenie wypowiadanych przez niego zdań, gdzieś jej ulatywały, co było zachowaniem trochę nieodpowiednim. Jego rysy nie mówiły kobiecie wiele. Ot, jeden z tych przystojnych, który ma ładnie zarysowaną szczękę i wyraźnie zaznaczone kości policzkowe. Włosy w pewnym schematycznym nieładzie, co w jakimś dziwnym trafem dodawało właścicielowi uroku. Tyle, że one też nie mówiły Allie wiele. Nie tyle, co oczy, a były z tych smutnych. Z tych, które w życiu widziały i rozumiały dość dużo. Czasem błysnęły w nich świetliki względnego spokoju, podsuwając kobiecie wspomnienia z dzieciństwa tego jakże dalekiego, gdy jeszcze biegała wśród angielskich drzew i kwiatów.
    Potem cicho się roześmiała na słowa względnie nieśmieszne i wypowiedziane chyba w akcie dobrego wychowania oraz przyjaznych zamiarów.
    - Czyli wyglądam bardzo źle i masz mnie dosyć – pokiwała głową, zawieszając wzrok na widoku za oknem. Było już jasno, a zamek pozostawiał dość długi cień na błoniach szkoły. To sugerowało, że dzień w pełni się rozpoczął. – W moim zawodzie sen to rzecz względna – rzekła zamyślona. Przez głowę przelatywały kobiecie te wszystkie nieprzespane noce spędzone na dyżurach w szpitalu dla mugoli, jak i w Św. Mungu. Było tego sporo, ale jak to mówili: szczęśliwi potrzebują mniej snu. – Ale chyba masz rację, pójdę już.
    Allie zsunęła się z łóżka, stawiając drugą nogę na podłogę. Wyprostowała się i odkręciła, nie racząc obdarować swoim spojrzeniem pacjenta. Jedynie przyjrzała się białemu ubraniu, które po całym ratowaniu profesora wciąż miała na sobie. Przy udach wykwitły czerwone wytarcia, przez przyzwyczajenie Collins, gdy co kilka chwil czyściła, a to rękawiczki, a to narzędzia z różdżką na czele. Zdecydowanie przydałoby przebrać się w już czyste ubrania, w końcu nie wiadomo, czy aby w tym dniu nie zdarzy się kolejny taki przypadek jak ten Mathiasa Rathmanna.
    Czy czuła się zawiedziona? Nie za bardzo, ale ktoś pierwszy wyraźnie dał jej do zrozumienia, że zbyt bardzo angażuje się w swój zawód, chociaż nigdy tego nie robiła.
    - Może wstyd się przyznać, Mathias, ale moja gorliwość wynika z tego, że skądś cię już znam – przystanęła przy końcu łóżka, łapiąc obiema dłońmi metalową ramę. Przyglądała się ponownie Rathmannowi, co nie przyniosło niczego nowego w jej umyśle – i właśnie wstyd, że zupełnie nie wiem skąd. Śpij dobrze. – dopowiedziała po krótkiej ciszy, po czym odepchnęła się od ramy, by wrócić do własnego pokoju.

    Allie

    OdpowiedzUsuń
  76. Zmęczenie i głód dawały mu się we znaki, a Mathias wcale mu nie pomagał swoimi uwagami. Przymknął tylko oczy, a kiedy znowu na niego spojrzał, mężczyzna wychodził już ze Skrzydła. Długo o tym myślał. Zastanawiał się, czy powinien mu zaufać, czy powinien zaufać komukolwiek w tak ważnej sprawie. Zdradzając swój sekret, narażał innych na nieprzyjemności. Po pierwsze, osoby, które wiedziały, musiały nosić w sobie tak ciężką tajemnicę, a po drugie mogły mieć kłopoty, gdyby owa tajemnica wyszła na jaw. Wspólnicy w zbrodni czy jak to się nazywa.
    Z drugiej jednak strony, miał pewne przeczucie, że Rathmann ma rację. Że może poczuje się lepiej, gdy już nie będzie musiał tego w sobie dusić. Jak zwykle miał mnsówto wątpliwości, a kiedy nauczyciel ponownie postanowił go odwiedzić, Freddie miał mętlik w głowie.
    Dopiero gdy usłyszał o tych wszystkich czynach, których mężczyzna żałował, zabarał głos.
    - Ja...- zaczął, odchrząknął, odetchnął jeszcze raz, zanim ostatecznie zaczął mówić.
    - To zdarzyło się jak byłem na trzecim roku. Dokładnie w Święta, kiedy jeszcze wracałem na nie do rodziny - skrzywił się nieco na to wyznanie, ale zaraz kontynuował - Byłem głupim dzieciakiem no i...w nocy wymknąłem się z domu z kumplem. Chcieliśmy się zabawić, przeżyć przygodę czy cokolwiek - tu nawet lekko się uśmiechnął. Niewiele się w nich zmieniło od tamtego czasu, pomyślał.
    - Nie zrobiliśmy jednak zbyt wiele. Moja matka nas złapała wracajac z pracy, z zabawy nici. Wracaliśmy przez las, kiedy ktoś nas zaatakował. Nie wiem o co chodziło, ale mówili coś o Ministerstwie, więc pewnie miało to coś wspólnego z karierą matki. Nawet nie pamiętam ich twarzy, wszystko działo się tak szybko. W pewnym momencie przycisnęli ją do ziemi, była ranna, a ja nie wiedząc co właściwie robię, rzuciłem expelliarmusem w jednego z nich. Koleś spadł na skały, mnie sparaliżowało. Moja matka zdołała się uwolnić z zasięgu ich różdżek, więc reszta sie zwinęła. Potem chciałem mu pomóc, naprawdę chciałem, ale...było już za późno - ostatnie słowa wypowiedział tak cicho, że niemal niesłyszalnie. Skulił się nawet lekko na łóżku, gapiąc się w podłogę. Chyba nie musiał dopowiadać reszty.

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  77. Była jeszcze trochę zła, ale właściwie pogodziła się ze swoim losem, bo wiedziała, że Mathias w jakimś stopniu ma rację. Skąd miał wiedzieć kto jest, a kto nie jest odpowiedzialny za te wagary? Ukarał wszystkich po kolei i nawet jeśli czasem ją to irytowało, to jednocześnie szanowała jego bezkompromisowość, zwłaszcza, że przy tym wszystkim był naprawdę niezłym nauczycielem. Poza tym, nie umiała się długo na niego gniewać. Buziak w czoło wystarczył, by nawet trochę zapomniała o zmęczeniu. Uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową, dając znak, żeby się nią nie przejmował i biegł do dyrektora. Nie wiedziała, że później nie zobaczy go przez dwa tygodnie, bo Mathias zniknął nagle, bez pożegnania. Nie odezwał się do Julii nawet słowem, nie zostawił kartki, nie wysłał sowy, po prostu nic. Jakby wyparował. I o ile na początku się martwiła, to później przeważyło zwykłe wkurzenie. Jednak nie mogła nic z tym zrobić, nie przywoła go przecież siłą umysłu, więc po prostu zajęła się innymi sprawami, zwłaszcza, że dużo się działo. Bardzo dużo się działo, a ona miała więcej spraw do przemyślenia, decyzji do podjęcia i emocji kłębiących się gdzieś w środku, niż kiedykolwiek.
    W końcu profesor Rathmann wrócił. Pewnego dnia tak zwyczajnie przyszedł na lekcję transmutacji, a kiedy Julia usłyszała za plecami dzień dobry, wypowiedziane tak dobrze jej znanym głosem, poczuła ulgę. Zaraz jednak dostrzegła ewidentne zmęczenie na jego twarzy. Zmarszczyła brwi w zmartwieniu i tak jak prosił, rozdała wszystkim uczniom karty powtórkowe, które mieli wypełnić. Kilka zostało jej w dłoni, więc odniosła je na biurko kuzyna, przy czym przyjrzała mu się dokładniej. Wyglądał źle. I chciała zapytać co się dzieje, o co chodzi i dlaczego w ogóle zniknął tak nagle, ale to nie był odpowiedni moment. Wróciła do ławki i na kolejne półtorej godziny utknęła w świecie transmutacji. Właściwie powinna wyjść wcześniej, ale postanowiła zaczekać do końca. Gdy ten nastąpił, powoli, specjalnie się ociągając, pakowała swoje rzeczy, aż w końcu wszyscy wyszli, a Mathias poprosił ją by została jeszcze w sali. Uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do niego, po drodze rzucając torbę na jedną z pierwszych ławek. Spojrzała mu w oczy, marszcząc lekko brwi i splotła ręce na piersiach.
    - Masz mi coś do powiedzenia? - zapytała cicho. Jeszcze do niej nie dotarło, że się stęskniła. Na razie potrzebowała wyjaśnień. Jakichkolwiek.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  78. Przyglądała się z uwagą dwóm opasłym tomiszczom, które profesor jej przed momentem wręczył. Zaczęła się przez moment czy powinna mu podziękować za tak miły gest i troskę czy po prostu usiąść i się rozpłakać, bo od jakiegoś czasu nie wyrabiała już z podstawowym materiałem, a co dopiero dodatkowym.
    Gdybyś tylko umiała odmawiać, Rose…
    Podniosła zaraz na niego zdumiony wzrok, wyrzucając nagle z głowy myśli o tym, jak powinna się zachować. W gabinecie? Nie w sali lekcyjnej? Ale tak… w prywatnym pokoju nauczyciela? To takie… dziwne. Rose była z reguły osobą ostrożną i niespoufalającą się, trzymała na dystans wszystko i wszystkich – z drobnymi wyjątkami potwierdzającymi regułę. Więc… gabinet w tym momencie brzmiał dla niej jak największa abstrakcja.
    - Tak… jasne, panie profesorze. Powinnam coś ze sobą… przynieść? – spytała, mimowolnie cofając się o krok, gdy ten się ku niej zbliżył. – Książkę, jakieś wypracowanie? Coś do notowania myślę, że na pewno…

    [Pamiętałam o Was, bez paniki. ;)]
    Rose

    OdpowiedzUsuń
  79. [Dziękuję za powitanie. :)
    Wizerunek dobrany do Mathiasa jest perfekcyjny, zresztą tak samo jak on! Lubię takie postacie, więc jeśli chcesz gdzieś wcisnąć wątek z Geraldine to ja jestem jak najbardziej chętna :D]

    Geraldine Nott

    OdpowiedzUsuń
  80. [To świetnie :D Masz jakiś pomysł, wyobrażasz sobie jakąś relacje która mogłaby ich łączyć?]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  81. [Mogliby razem wypić rum porzeczkowy, spotykając się pierwszy raz w Pubie pod trzema miotłami. Możemy zrobić z nich byłych partnerów, chociaż nie jestem pewna czy to akurat będzie pozytywne. Albo.. Mogą dzielić razem jakiś sekret?
    Sama nie wiem, jest wiele opcji.]

    Geraldine

    OdpowiedzUsuń
  82. Nie chciała siadać, ale po momencie wahania podeszła do kuzyna i stanęła tuż przy nim, dłoń opierając na jego ramieniu. Ze zmartwieniem obserwowała jego każdy, nawet najdrobniejszy ruch i widziała jak bardzo jest zmęczony. Powinien dać się jeszcze dzisiaj zastąpić na zajęciach, ale przecież to był Mathias. On nie odpuszczał łatwo.
    Westchnęła cicho, kiedy objął ją ramionami i usiadła mu na kolanach. Dopiero, gdy lekko rozluźnił uścisk, przeniosła się na krzesełko obok. Jego wyjaśnienia może nie były wystarczające, może nie wyjaśniały tak naprawdę nic, ale trudno, nie zamierzała go ciągnąć za język. Z resztą nawet nie o to chodziło.
    - Mogłeś wysłać sowę. Cokolwiek. - powiedziała, cichutkim głosem. Nie była zła. Była trochę rozczarowana. Ale często rozczarowanie jest nawet gorsze niż złość. Tyle, że Julia jest stworzeniem stosunkowo prostym w obsłudze, bo na większość problemów przytulas i buziak mają szansę zadziałać. I tak też było tym razem, więc po kolejnych słowach kuzyna uśmiechnęła się lekko, acz trochę niepewnie, odwzajemniając jego wesołe spojrzenie. Pokiwała głową i również wstała z krzesła.
    - A nawet wpadnę. Stęskniłam się za Tobą. - puściła mu oczko i minęła w drodze do wyjścia. Odwróciła się przed samymi drzwiami. - Ale tylko troszkę. Nie myśl sobie.

    Wieczorem, gdy już skończyła ze wszystkimi obowiązkami, postanowiła w końcu opuścić ciepłe, zbyt ciepłe, dormitorium i udać się do Mathiasa. Niestety, pokój był zamknięty. Przewróciła oczami, wyjęła książkę z torby i przy świetle, wydobywającym się z różdżki, przeczytała nawet więcej niż rozdział, zanim kuzyn się pojawił. Wstała z ziemi i ramieniem oparta o ścianę, czekała aż otworzy drzwi.
    - Daj mi wreszcie klucze. - mruknęła, wchodząc do środka. Od razu nastawiła wodę na herbatę, ale w oczekiwaniu położyła się obok Mathiasa. Zaraz odwróciła się w jego stronę i czule odsunęła rozczochrane włosy z jego twarzy, uśmiechając się przy tym lekko. Nawet nie zdążyła poczuć tęsknoty. Dopiero teraz do niej dotarło, że jej go brakowało. Tak po prostu. Cieszyła się, że już jest.
    Leżeli tak przez kilka minut, aż dźwięk gotującej się w czajniku wody przerwał ciszę. Julia zerwała się z łóżka i spokojnie, z należytą starannością zaparzyła herbatę, w międzyczasie wykładając na talerz ciasto drożdżowe z bakaliami, które zabrała z kolacji. Zaraz postawiła je na stoliku, tuż przy łóżku, razem z dwoma kubkami, wypełnionymi gorącym naparem indyjskiej herbaty.
    - Nie było Cię na kolacji. Zjedz chociaż to. - poprosiła cicho i usiadła po turecku w nogach łóżka, naprzeciwko kuzyna. - Bo wyglądasz okropnie. Ale mam nadzieję, że to tylko przemęczenie i niedożywienie.
    Uśmiechnęła się pokrzepiająco i kiwnęła głową, wskazując na jedzenie. Sama sięgnęła po jeden z kubków i zaczęła delikatnie dmuchać w jego zawartość, aby już zaraz nadawała się do wypicia bez poparzenia przełyku.

    [Nie umiem ładnie pisać ostatnio. Wybacz :* ]

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  83. [Zainteresował mnie ten pan nie powiem- przeglądam sobie karty, w poszukiwaniu jakiejś duszyczki, która by wraz ze mną stworzyła coś nowego a tu proszę taki o mi się nawiną. I siedzę i patrzę, i czytam i patrzę i w głowie mi się pali żarówka, że może coś z tego będzie....
    Wybacz brak ładu i składu, matura z matmy obniża moje pisarskie zdolności, albo ich brak, zależy jak to rozumieć. Taki potok nieskładnych myśli. W wielkim skrócie- chcę wątek. Jakiś dramatyczny z nutką romantyzmu, myślę że obojgu się przyda coś takiego ]

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  84. [ Cóż tak sobie myślę aby powiązać ich w sposób mniej standardowy ( mówię nie znajomości nauczyciel-uczennica bo to trochę nudne ). Myślę ze jako wychowanek Salazara mógłby być na tym samym roku z bratem Ronnie. Mało tego ich rodziny mogłyby się przyjaźnić więc tak naprawde znaliby się od dziecka. Mała Ronnie mogłaby się w nim podkochiwać no bo starszy kolega jej brata, taki siaki i owaki. Dziecięce zauroczenie. W pewnym sensie mógłby ją traktować jak siostrę w końcu widywał ja jak była bez zębnym szkrabem jak powoli rosła i rosła...do czego zmierzam. Ta relacja wytworzyłaby między nimi więź. Podczas gdy rodzina po jej ciąży skreśliła ją z listy to on by przy niej został mimo że nie był z nią spokrewniony. Myślę że poniekąd mógłby się czuć za nią odpowiedzialny. I za jej dziecko bo przecież nie ma ojca jakby na to nie patrzeć. Powiedz co na razie myślisz o tym potem jak cos to albo zmienię calkowicie koncepcje albo będę kontynuować]

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  85. [Cześć. Dzięki bardzo za przywitanie i miłe słowa. :D Postaram się nie zniknąć za wcześnie. :)]

    OdpowiedzUsuń
  86. Przystanęła. Wpatrywała się w twarz Mathiasa jeszcze dłuższą chwilę i pewnie robiłaby to do tego niezręcznego momentu, gdyby nie on sam. Już wtedy przestała racjonalnie myśleć, bo zamiast przywołać poproszony koc różdżką, to po prostu po niego pobiegła. Zniknęła za drzwiami do swojego pokoju, a gdy tylko w jej ręku znalazł się miękki materiał jej własnego okrycia, zwolniła. Collins zdała sobie sprawę z tego, że umysł, który to od dłuższego czasu przywoływał jakieś zamazane i odległe wspomnienia, ma rację. Teraz zastanawiała się tylko nad tym czy aby to dobrze. Chociaż podsumowując cały swój życiowy dorobek fizyczny i psychiczny, nie miała wiele do stracenia.
    Przybiegła ponownie, wracając do łóżka swojego pacjenta. Koc poszybował lekko w górę, by za chwilę okryć kolejną warstwą najwyraźniej zmarzniętego profesora Rathmanna. Allie skrzętnie zabrała się za dokładne opatulenie nim mężczyzny dodatkowo zastanawiając się, dlaczego wzbudzał w niej chęć opiekowania się nim. Jakby w zupełnie inny sposób, niż robiła to na co dzień. Z rzadka uśmiechała się do uczniów w Skrzydle Szpitalnym, chociaż nie można było zarzucić jej niestaranności. Zawsze robiła to jak najdokładniej i najlepiej potrafiła, ale nigdy nie z nadmierną czułością, a on… On tą swoją znajomą twarzą przywoływał w niej cechy małej dziewczynki – rezolutnej, uśmiechniętej. Tej, która z radością rzucała się w ramiona rodziców lub w pośpiechu okrywającą się pomiędzy krzewami ogrodu państwa Collinsów. W końcu kobieta zaczęła poprawiać koc przy ramionach Mathiasa, a na usłyszane podziękowanie delikatnie się uśmiechnęła. Potem złapał ją za nadgarstek i chociaż myślała, że będzie to dziwnie niezręczne, to okazało się to całkiem… miłe? Tak, chyba mogła to tak nazwać. Nawet nie pamiętała momentu, gdy ktoś z taką osobliwością dotknął kawałka jej skóry. Nieskromnie mogłaby przyznać, że chciałaby jeszcze.
    - Damy radę bez takich poświęceń – rzekła, kładąc swoją dłoń na jego własną. Jak najgrzeczniej wyswobodziła się z lekkiego i delikatnego uścisku, po czym ułożyła jego rękę na miękkim kocu. Taki gest mógł sugerować, że zaraz odejdzie, ale zamiast tego przysunęła drewniane krzesełko, a siadając na nim oparła łokcie o własne kolana. Nie chciała wracać do siebie, nie w momencie, gdy zaczynają się powoli rozpoznawać. Przekrzywiła głowę, kiedy zaczął do niej mówić. Musiała się nawet podeprzeć ręką, ponieważ zaczynała odczuwać krótkość swojej drzemki, mającej miejsce zaraz po ratowaniu rany profesora.
    - Możesz wierzyć lub nie, ale ja taki spokój lubię – zaczęła przyglądając się, jak mężczyzna zgarnia przeszkadzające mu kosmyki włosów w tył. – Jesteś tu sam. Dla uzdrowicielki brak pacjentów jest chyba najlepszym dowodem na jej zdolności. I powiedz mi: skąd jesteś taki pewny, że za niedługo opuścisz mój kawałek Hogwartu? W dodatku z raną po wilkołaku, co? – Westchnęła. Jego rana jeszcze kilka godzin temu wyglądała naprawdę paskudnie i gdyby nie szybka reakcja uczniów z samym profesorem nie byłoby najlepiej. – Zawsze taki byłeś? – zapytała Allie po chwili namysłu. Chciała podążać w kierunku zapamiętanej młodej twarzyczki Rathmanna, która to majaczyła w jej umyśle. Rzeczywiście jeszcze w swych dziecięcych latach spędzonych w Anglii miała kogoś z kim bawiła się przez długie letnie dni. Raz u niej w domu, raz w jakimś obcym, ale całkiem dobrze jej znanym. Lecz nagle kontakt się urwał, a ona sama wraz z rodzicami wyjechała do Francji. Potem robiło się tylko gorzej. – Jak twoi rówieśnicy w ogóle się z tobą bawili? Ani nie chcesz z kimś zostać, ani przyznać mu racji.

    [Jestem :) ]

    Allie

    OdpowiedzUsuń
  87. Niesforny kosmyk włosów, który bardzo często zasłaniał jej lewe oko był czymś do czego już się przyzwyczaiła. Dodatkowo była zbyt zmęczona, by nagle zaczął przeszkadzać podczas rozmowy z profesorem. Jednak kiedy mężczyzna odgarnął go w bok, sama jeszcze sięgnęła tam dłonią, aby mieć pewność, że kosmyk odnalazł swe miejsce za uchem. Allie zniżyła wzrok, będąc prawie pewną, że na policzkach wykwitły jej dwa delikatnie różowawe rumieńce. Szczerze, nie chciała tego widzieć. Włosy zapewne w dziwnie okiełznanym nieładzie wciąż spięte były z tyłu głowy, pozwalając to kilku kosmykom wyzwolić się z uścisku gumki do włosów. Jej twarz najpewniej ukazywała oznaki zmęczenia i krótkiej drzemki, chociażby przez lekko zaczerwienione oczy, które coraz częściej zaczynała przecierać. Na koniec te niepasujące różane wypieki na policzkach, które na szczęście mogły dodać jej trochę zdrowego wyglądu.
    Opowieści, które słuchała wydawały się Collins dziwnie znajome. Jak gdyby sama już miała możliwość ich przeżycia na własnej skórze. Szczególnie część dotycząca dziecinnych zabaw. Chodzenie po drzewach i wybieganie w stronę lasu było jej dosyć dobrze znane, ale jakże odległe w wspomnieniach. Nie miała wątpliwości, iż należały one do tych odbytych na terenach Anglii, które powoli zacierały ślady w umyśle Allie. Zdecydowanie w pamięci kobiety przewijał się ktoś tak bardzo przypominający Mathiasa. Mały chłopiec o ciemnych włosach z zadartym noskiem i wiecznie poprzecieranymi kolanami. Uśmiech miał podobny do profesorach, och! Jak bardzo. Tak dobrze byłoby widywać go codziennie z takim dziecięcym uśmiechem na twarzy: radosnym i bez krzty zmartwień w oczach.
    Potem zrobiło jej się przykro. Moment, w którym zaczął opowiadać o zmianach wywarło na Allie dosyć mocne wrażenie. Głównie dlatego, że czuła, jakby była po drugiej stronie owej barykady, która nagle rozdzieliła ledwo rozumiejące świat dzieci. Jak dobrze zrozumiała, został samotny – zupełnie jak ona. Wciąż pamięta, te dziwne tłumaczenia rodziców i jakże pośpieszną wyprowadzkę z domu. Została sama, dobrze to pamięta.
    - Było krótkie, Mathias i jakże podobne do twojego – blondynka zmrużyła oczy, jakby próbując w obecnych rysach mężczyzny dojrzeć tego małego ciemnowłosego chłopca. – Jak ty biegałam po lesie i ogrodzie. Chodziłam po drzewach, ale chyba uważniej, niż ty, bo ani razu nie wylądowałam na ziemi inaczej niżeli na nogach. Bawił się ze mną mój sąsiad. Zawsze biegał w krótkich spodenkach zapinanych na szelki, za które złośliwie ciągnęłam strzelając mu w plecy. Pamiętam, że długo nie zajęło mu dobranie się do moich warkoczy – westchnęła Collins z kwaśnym uśmiechem, przypominając sobie własny płacz i głośny krzyk, gdy chwilę później biegnąc do mamy wywróciła się na bruku. – Potem nas rozdzielono. Nawet nie pozwolili mi się z nim pożegnać, kiedy wraz z rodzicami wyjeżdżaliśmy do Paryża. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Zresztą, wielu rzeczy ciągle nie rozumiem – zamilkła. Głos prawie jej się załamał, gdy wspomnieniami natrafiła na pożegnanie rodziców. Pamięta te mocne uściski, płacz matki i zmartwienie w oczach ojca. Machała im długo, bo tyle zbierali się do teleportacji, a sama babka uporczywie trzymała dziewczynkę w nogach, by nie dotknęła małżeństwa w trakcie przemieszczania. Potem zniknęli.
    - Kim są twoi rodzice? – Zapytała nagle, chcąc jak najszybciej zmienić temat z jej własnych. Niewiele wiedziała o wydarzeniach w Anglii, o walce z Voldemortem i śmierciożercach. Wiedziała tylko tyle, że w tych murach miała miejsce bitwa, której wynik wciąż był kobiecie nieznany. Przyjechała tu z Francji z domu objętego szczególną opieką babki, by Allie za nic w świecie nie poznała historii współczesnej magicznego świata. Zupełnie, jakby chciała ją przed czymś bronić.


    Allie

    OdpowiedzUsuń
  88. Ucieszyła się, kiedy zaczął jeść, mając nadzieję, że chociaż to jakkolwiek pomoże. Przyglądała mu się przy tym z delikatnym uśmiechem na ustach, nucąc sobie w głowię ulubioną ostatnio piosenkę świąteczną i wystukując jej rytm palcami na udzie. Przerwały to dopiero słowa Mathiasa, na które zaśmiała się cicho. Temu to nigdy nic nie jest...
    Podniosła się na chwilę, aby zabrać leżące obok kuzyna wolne poduszki i usadowiła się podobnie jak on, tyle że bez koca, na drugim końcu łóżka. Wielokrotnie przesiadywanie w tym właśnie pokoju wiązało się z długą nauką do późnej nocy, ale zdarzały się też chwile takie jak ta, kiedy siedzieli sobie po prostu, czasem nawet zupełnie bez słowa, popijali herbatę, czasem coś czytali i sprawiali, że świat biegł do przodu nieco wolniej. Jej również tego brakowało, bo musiała przyznać, że powoli przestaje wyrabiać na zakrętach, mimo ogromnych starań. I może nawet była nie mniej wyczerpana niż Mathias, chociaż zupełnie nie chciała dać po sobie tego poznać.
    Kiwnęła głową na jego propozycję. Mimo wszystko.
    - Mam jutro numerologię i podwójne eliksiry. - powiedziała, marszcząc lekko nosek, bo były to jedne z jej ulubionych przedmiotów. Cóż! - Ale chcę.
    Mrugnęła do pana profesora i przekrzywiła głowę, opierając ją o poduszki. Mogłaby tak cały dzień. Gdyby nie... wszystko inne. Zamknęła oczy, mimo że nie chciało jej się spać i leżała tak do czasu aż dotarło do niej pytanie kuzyna. Podniosła się nieco i uśmiechnęła szeroko, a jej oczy momentalnie zabłyszczały z podekscytowania.
    - Taak. - niemal pisnęła i zamachała dłońmi, wyglądając przy tym trochę jak małe dziecko, szczęśliwe z powodu nowej zabawki we wszystkich kolorach tęczy. - Matt przyjeżdża. W końcu!
    Stęskniła się za bratem tak bardzo, że niemal odliczała dni do świąt. Nagle uderzyła się otwartą dłonią w czoło i spojrzała na kuzyna z miną, mówiącą Jak mogłeś mi nie przypomnieć?
    - A właśnie! Ty jedziesz do nas na święta. - oznajmiła, sądząc chyba, że szanowny pan profesor Rathmann nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Bo nie miał, a przynajmniej Julii już od dawna wydawało się oczywiste, że spędzą święta razem.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  89. [Czemu nie- Tobias akurat na jedną noc może zostać u sąsiadki a Mathias i Ronnie będą sami w mieszkaniu. Jeszcze jak jeden wątek mi dojdzie, na co gorąco liczę, to możemy im zrobić niezłą dramę, ale o tym tam rzeknę ci jak się druga autorka zgodzi :) ]

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  90. [No i bajlando, trochę komplikacji nikomu nie zaszkodzi :) Będzie zabawnie]

    Ronnie

    OdpowiedzUsuń
  91. [Dziękuję za przywitanie! I cieszę się, że karta się spodobała - sama jestem zwolenniczką tych krótkich, które raczej pozostawiają pewne wrażenie, niż tych, które zawierają w sobie całą historię życia.
    Jeśli jesteś chętna na wątek, byłabym wniebowzięta. Adam myślę tak samo - nauczyciel ukochanej transmutacji i w dodatku były pałkarz na pewno podbije jego serce]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  92. [BRZMI GROŹNIE, BIERĘ <3
    Masz jakiś pomysł na rozpoczęcie?]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  93. [Ok <3 Jeśli chcesz to zacznę, ale dopiero jutro. Aczkolwiek jeśli ty masz ochotę, to wal śmiało. Pomysł kocham]
    Adam

    OdpowiedzUsuń
  94. [Bardzo dziękuję za powitanie! W razie chęci, a raczej pomysłów, bo ja to nie umiem jakoś nic konstruktywnego nigdy wykrzesać, serdecznie zapraszam.]
    Charlie

    OdpowiedzUsuń
  95. [Hej, hej!
    Ja to napiszę tylko tyle: dziękuję, dziękuję, dziękuję :D]

    - Luelle

    OdpowiedzUsuń
  96. [Wpadam tylko przelotem, żeby powiedzieć, że nie zapomniałam o rozpoczęciu, tylko chwilowo mam sporawo na głowie. Wybacz!
    W piątek powinno już być rozpoczęcie.]
    Adam Lee

    OdpowiedzUsuń
  97. Adam był raczej spokojnym uczniem. Nigdy nie miał ambicji by wstrząsać murami szkoły z impetem godnych legendarnych już bliźniaków Weasley, nie rozumiał za bardzo po co miałby zamieniać korytarz w bagno, czy wrzucać ludziom fajerwerki do obiadu. Z tego powody szlabanów prawie nie dostawał. Prawie, bo jednak zamiłowanie do nocnych wędrówek od czasu do czasu załatwiało mu wątpliwą przyjemność czyszczenia przypalonych kociołków pozostałych po lekcjach nieco jeszcze zagubionych pierwszoroczniaków, czy przepisywania setki razy „nie będę łamał zasad dotyczących przebywania poza dormitorium w określonym czasie”.
    Tak było też i tym razem. Zaklęcie niewidzialności rzucone na niego przez chętnego do pomocy przyjaciela z dormitorium nie wiedzieć czemu przestało działać zaledwie po półgodzinie. I zgodnie z odwiecznymi prawami złośliwości wszechświata, przestało działać w najmniej odpowiednim momencie, to znaczy akurat wtedy, gdy Adam przemykał korytarzem obok rozmawiającego z bibliotekarką opiekuna Ravenclawu. A jako, że dochodziła wtedy północ, Adamowi zmyto porządnie głowę, ochrzaniono od góry do dołu i przykazano zapisać dwie rolki pergaminu na temat buntów goblinów w XVII wieku w wyznaczonym przez bardzo zdenerwowanego profesora czasie.
    Stojąc przed drzwiami gabinetu profesora transmutacji (jedyna osłoda tej paskudnej sytuacji – profesor Rathmann nie dość, że był świetnym nauczycielem to jeszcze przy okazji był po prostu fajny) skrzywił się żałośnie. Historia magii! Powstania goblinów! Adam radził sobie beznadziejnie z historią – monotonny głos profesora Binnsa skutecznie sprawiał, że Adam odpływał myślami w strony kompletnie niezwiązane z tematem. Czy kosmici też mogą być czarodziejami? Dlaczego właściwie nie można wyczarować jedzenia? Co czuł człowiek, który pierwszy użył magii? Na takie pytania mógłby odpowiadać godzinami. Powstania goblinów? Niekoniecznie.
    Znowu się zamyślił. Potrząsnął głową by powrócić na ziemię i zapukał trzy razy w drzwi, pewnie i szybko, po czym wszedł do środka.
    -Dobry wieczór, profesorze Rathmann – powiedział, z cieniem uśmiechu na twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  98. [Bardzo dziękujemy za przemiłe powitanie oraz mamy nadzieję, że życzenia się spełnią:) Aż współczuję Mathiasowi mieć zajęcia z Lisą, bo ona pachnie tak intensywnie lawendą, że się pewnie facet załamuje na samą myśl. Jeszcze raz dzięki!]

    Lisa

    OdpowiedzUsuń
  99. [Dziękuję bardzo! :) Oh, przystojny pan z tego Mathiasa! I widzę, że masz piorunka przy nazwisku, więc może jakiś wątek? Rathmann jest opiekunek Krukonów, Millie jest Krukonką – już mamy jedno zaczepienie, chociaż nie wiem czy ono coś nam daje. Może będą musieli wspólnie coś zaplanować? O, możemy wykorzystać któreś z wydarzeń z mini-wątków i założyć, że Mathias i Millie musieli jedno z nich zaplanować i przygotować. Oczywiście, oznacza to delikatne cofnięcie się w czasie do końca grudnia, ale to raczej nie problem. Ja bym proponowała przydzielić im dekorowanie Wielkiej Sali na świąteczny bal i inne bzdety z nim związane, ewentualnie przygotować trasę kuligu i zająć się dekorowaniem sań na przykład, o. Co ty na to?]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  100. [Dziękujemy pięknie za powitanie. Tobie również życzymy całego mnóstwa weny, a Mathiasowi - grzecznych uczniów na lekcjach! :)]

    Rhena Travers

    OdpowiedzUsuń
  101. [Jestem jak najbardziej za! Haha, Millie będzie się czuła zaszczycona mówiąc do niego po imieniu xD
    To kto zaczyna?]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  102. [Jak znajdę czas między sprzątaniem i nauką do kolokwium to postaram się do końca tygodnia coś zacząć :)]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  103. Nie lubiła balów, ale lubiła je organizować i dekorować Wielką Salę na taką okazję. Cieszyła się więc, gdy została wyznaczona do zajęcia się zbliżającym się balem noworocznym, a także kuligiem, który miał się odbyć dzień później. Plusem był też fakt, że zwolniono ją z całego dnia zajęć. Oczywiście, oznaczało to, że będzie musiała nadrobić zaległości, ale siedzenie godzinę czy dwie dłużej nie robiło jej różnicy. Nawet jeśli w tym czasie wolałaby robić coś ciekawszego. Nie marudziła jednak, nigdy tego nie robiła, przynajmniej nie otwarcie. Zresztą, na razie chciała się skupić na dekorowaniu Wielkiek Sali, co miała robić tuż po śniadaniu, kiedy większość będzie na zajęciach. Cieszyła się też, że będzie miała kogoś do pomocy, gdyż sama zdecydowanie by się nie wyrobiła i prawdopodobnie, pomimo czarów, nie dałaby sobie rady. Myślała, że pomoże jej w tym Vincent – Puchon, który wraz z nią piastował posadę prefekta naczelnego, ale widocznie nie miał ochoty tego robić, skoro dzień wcześniej dowiedziała się, że będzie współpracowała z nowym nauczycielem transmutacji – Mathiasem. Jej było to na rękę, gdyż po pierwsze, zdążyła go naprawdę polubić, a po drugie, dzięki odwołanej z tego powodu transmutacji, będzie miała mniej do nadrabiania.
    Tuż po śniadaniu, gdy wszyscy porozchodzili się po całym zamku, Millie od razy powędrowała do kanciapy woźnego, gdzie poprzedniego dnia pozostawiła wszystkie dekoracje z poprzedniego roku, które chciała wykorzystać. Szybkim zaklęciem wysłała pudła do Wielkiej Sali, samej idąc tuż za nimi, aby przypilnować czy dotrą tam w całości. Znała kilku śmieszków, którzy chętnie skradliby kilka ozdób, a Millie nie miała ochoty, ani czasu za nimi latać. Do wieczora wszystko miało zostać przygotowane, a jeszcze trzeba było się zająć organizacją kuligu. Na szczęście, mieli czas do końca dnia i Walker miała pewność, że ze wszystkim uwiną się na czas, o ile ktoś lub coś im nie przeszkodzi.
    — Dzień dobry! — przywitała się z Mathiasem, który czekał już na nią w Wielkiej Sali. Posłała mu sympatyczny uśmiech, po czym machnęła różdżką, a wszystkie pudła powoli wylądowały na podłodze. — Gotowy do pracy? — spytała, jednocześnie pochylając się nad jednym z pudeł, z którego wyjęła sporych rozmiarów materiał w kolorze błękitu mający być tłem ogromnej sceny. Ta też nie była jeszcze gotowa, ale zauważyła, że jej części stały już na drugim końcu sali i czekały, aż ktoś je złoży. Zastanawiała się czy ktoś im z tym jeszcze pomoże, bowiem była niemal pewna, że we dwójkę sobie z tym nie poradzą, nawet jeśli złożenie sceny wymagało jedynie kilka machnięć różdżką.
    Westchnęła cicho, rozglądając się po sali. Od kilku dni w głowie miała już pewien koncept, który przelała na pergamin i nawet zdążyła go pokazać Mathiasowi, a jednak wciąż nie była co do niego pewna i najchętniej ciągle by go modyfikowała. Nie potrafiła się zdecydować, przynajmniej jeśli chodziło o dekorowanie sali, a wszystko dlatego, że chciała, aby było idealnie. Zawsze tego chciała, a i tak koniec końców nigdy nie była zadowolona z efektów, nawet jeśli mówiono jej inaczej.

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  104. Jak zwykle nie miała czasu. Na nic. Tylko dla Juliena potrafiła jako tako oderwać się od wszystkiego, a w każdej innej sytuacji myślała albo o nauce, albo o quidditchu. Z nauką sprawa wyglądała tak, że Julia realizowała więcej przedmiotów niż jakikolwiek normalny człowiek, a akurat zaczął się taki okres, że wszyscy profesorowie robili więcej i więcej testów, a potem zadawali jeszcze multum prac domowych. Nie ma się co dziwić, że nie wyrabiała na zakrętach. Ale co tam! Nagle zaczęła trochę poważniej myśleć o karierze alchemika, więc zapisała się jeszcze na koło eliksirów i tam to już przepadła zupełnie. A co do quidditcha to zbliżał się mecz ze Ślizgonami, więc Vinay zarządził zwiększoną częstotliwość treningów, i bardzo dobrze, bo musieli, po prostu musieli wygrać.
    Ostatni trening przed meczem był ciężki i bardzo długi. Julia udawała, że czuje się świetnie, ale prawdę mówiąc była wyczerpana i ledwo trzymała się na miotle, co oczywiście nawet w najmniejszym stopniu jej nie powstrzymało. Ktoś inny miał w planie to zrobić.
    Kiedy już wzięła prysznic i przebrała się, Mathias przyszedł do szatni i poprosił ją na słowo. Słuchała go średnio uważnie z lekkim uśmiechem i już miała odpowiedzieć mu coś, aby go zbyć albo jakkolwiek uspokoić, kiedy nagle wypalił, że nie zagra w meczu ze Ślizgonami. Zamarła, spojrzała na niego, marszcząc brwi ze zdziwienia i chciała się zaśmiać, ale przecież on nie żartował. Wiedziała, że nie żartował. To był Mathias. A nie, teraz to był tylko profesor Rathmann – opiekun Ravenclaw.
    - Chciałbyś, żebym Cię posłuchała czy zmusisz mnie, żebym Cię posłuchała? - prychnęła, przewracając oczami. Nawet nie miała zamiaru go słuchać. Zagra i koniec.
    Okej, przesadziła. I musiała zwolnić. Ale na pewno nie kosztem meczu. Nigdy nie kosztem meczu. Nawet nie było jej kim zastąpić. Ledwo znaleźli drugiego pałkarza. Jak znaleźć nowego obrońcę w jeden dzień? Kretyński pomysł.
    - Wybacz, ale prędzej zrezygnuję z napisania tego bzdurnego eseju dla Ciebie i potem spędzę dwa miesiące na szlabanie, niż odpuszczę ten mecz. - powiedziała zdecydowanym tonem i wzruszyła ramionami, jakby chciała tym okazać, że postanowione. Chociaż gdzieś jednak wiedziała, że nic nie zrobi. Mathias postawi na swoim i nie zwróci najmniejszej uwagi na jej opinię w tej kwestii.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  105. Miliony różnorakich myśli kłębiły się w jej głowie co róż odbijając się od ścianek czaszki, zderzając się ze sobą, mieszając aż w końcu nie wiedziała co było prawdą a co zniekształcony i ubarwionym wspomnieniem. Żyjąc we własnym mały świecie, uwięziona prze rutynę oraz zmęczenie powoli zapominała co to uśmiech, zabawa czy chociażby rozrywka. Choć nie czuła się nieszczęśliwa, jej mały promyczek nieświadomie pilnował i dbał o to by nigdy nie zapominała o codziennej dawce radości dostarczanej jej w formie niewinnego śmiechu czy też w formie nowych osiągnięć z jego strony, to wciąż czuła, że czegoś jej brak. Że zapętla się, gubi w nurzącej codzienności i coraz bardziej zagłębia się w otchłań rozpaczy. Nie chodziło tu tylko o jej życie zawodowe, ciągłe przestawienie nowych eliksirów, godziny spędzone nad kociołkiem, odbieranie i przygotowanie zamówień, które choć na początku ciekawe z czasem stało się niezwykle męczącym zajęciem, ale też o życie prywatne którego sensu strikte nie miała. Wędrując od domu do pracy, do domu i tak w kółko często zapominała o swoich własnych potrzebach skupiając się na małym Tobiasie oraz wiecznie niezadowolonym szefie. Już nie pamiętała gdy ostatnio nawiązała nową znajomość, napiła się drinka czy na chwilę wyszła do fryzjera bądź na zakupy. Nawet nie chciała myśleć ile dni temu kontaktowała się z siostrą, czy tez jak bardzo zaniedbała podstarzałą sąsiadkę, która na początku była jedną z dwóch osób które nie zważając na opinię innych stały za nią murem. Było jej przykro z tego powodu, jednak zaplatana w łańcuchy rutyny i zbyt zmęczona by z nimi walczyć, mogła jedynie użalać się nad sobą z tego powodu.
    Ale miała jeszcze Mathiasa .
    W sumie to nadal nie wiedziała jak to się stało, iż połączyły ich takie a nie inne relacje. Zaczęło się w szkole, dość niewinnie na lekcjach niespełna trzy, może cztery lata temu (w tej chwili czas płynął dla niej zupełnie inaczej i często łapała się na tym, że nie potrafiła określić dnia ani miesiąca, nie wspominając już o chronologii zdarzeń z ostatnich kilku lat) i trwało aż do dzisiaj. Z relacji uczennica-nauczyciel narodziła się nić porozumienia, może nawet głębsza przyjaźń, ale tego też nie umiała określić. Gubiła się w sobie, nie rozumiała co się z nią dzieje. Wiedziała jedno- bez niego nic nie byłoby takie samo, może nadal siedziałaby daleko poza granicami Anglii z głową w piasku, modląc się do Merlina, by jej rodzica jej nie znalazła. Może, może, może…gdyby wszystko było tak skomplikowane jak budowa cepa może nawet by nie gdybała nad tym co mogła zrobić inaczej, bo wszystko wychodziłoby jej idealnie. W każdym razie Mathias był dla niej ważny, i odnosiła wrażenie że ona też nie była dla niego obojętna.
    Wyrwana z zamyślenia spojrzała zdezorientowana na mężczyznę. Nawet nie zorientowała się gdy ogień w kominku wygasł i teraz unosiły się z niego jedynie kłęby szarego dymu. Przechyliła głowę krzywiąc się nieznacznie zaraz jednak uśmiechnęła się do niego ciepło szepcząc nieśmiałe „Dziękuję”. Gdy usiadł obok niej bezwiednie oparła się o jego ramię i podkuliwszy kolona pod brodę westchnęła ciężko.
    - jak zwykle, ani dobrze ani źle- mruknęła delektując się przez chwile jego bliskością która niewątpliwie przynosiła ulgę jej wewnętrznym cierpieniom- dużo pracy, mieliśmy dzisiaj dużą dostawę i ktoś musiał się nią zająć, poza tym dach znowu przecieka więc spędziłam kilka godzin próbując go załatać. Ale poza tym…Tobiasowi rosną kolejne zęby. Jest marudny choć nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, je więcej marchewek i nauczył się jeść chleb. Więc zawsze jakiś pozytyw.
    Może brzmiało to żałośnie, jednak prawda była taka, że nie mogła narzekać, przynajmniej w swojej opinii. Miała pracę, dom nad głową i najcudowniejszego syna o jakim mogła sobie marzyć. Czego jeszcze mogłaby pragnąć?

    Ronnie i jej autorka kompletnie nie ogarniająca rzeczywistości

    OdpowiedzUsuń
  106. [No a nie wygląda jak Milo z Atlantydy? :D
    Cześć, dziękuję za miłe powitanie, a w razie chęci zapraszam do siebie na wątek. c:]

    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  107. [W takim razie: czy poszukujesz jakiegoś powiązania? Jesteśmy oboje otwarci na wszystkie propozycje. :D]

    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  108. [Zaciągnąć by się dał, ale zgubić już niekoniecznie, wygląd grzecznego chłopca tylko ułatwia mu skrywanie swojej prawdziwej natury pod pozorami niewinności. :D Niemniej, no właśnie, mógłby zarobić szlaban u Mathiasa, całkiem przypadkiem, o co byłby wściekły, "bo coś tam miał robić w tym czasie, a tu musi siedzieć na szlabanie", no i Twój pan mógłby coś tam go zagadnąć na ten temat. Albo coś. To już jak uważasz, niemniej taka relacja mi pasuje. :D]

    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  109. [A to robimy, że już się znają i przyjaźnią, czy dopiero od tego szlabanu się wszystko zacznie? c:]

    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  110. Najbardziej ze wszystkiego nienawidził w szkole momentów, gdy musieli wykonywać dane zadanie w grupach, czy choćby parach. Był indywidualistą do kwadratu, niechętnym wszelkim próbom ujarzmienia jego badawczej natury, a wszystkie próby współpracy z jego strony kończyły się irytacją partnera, bo zamiast robić wszystko szybko i "na odwal" – on wolał powoli, dokładnie, z właściwą sobie precyzją, by jak najlepiej zrozumieć powstający Eliksir, wypracowanie, przedmiot. Wzdychał więc tylko smętnie pod nosem, wlokąc się do stołu grupy czy do ławki przydzielonej mu osoby i miał nadzieję, że cała reszta po prostu da mu spokój. Zazwyczaj kończyło się to tym, iż nie robił kompletnie nic, nie chcąc denerwować innych uczniów swoją ciekawską naturą; pozwalał im pracować po swojemu, niemniej w duszy nie mógł się powstrzymać od złośliwych komentarzy, jakoby to czy tamto robione było bardzo niedokładnie.
    Barney Jackson był wyjątkowo nieskoordynowanym partnerem, zwłaszcza w przypadku, gdy do warzenia eliksiru potrzebna jest pewna ręka. Nie, on swoimi maślanymi łapskami co i rusz upuszczał to składnik, to różdżkę i Milo modlił się po cichu, by ów Gryfon nie zdołał nic zepsuć. Nie to, żeby miał coś do Jacksona, niemniej jego sposób bycia działał chłopakowi na nerwy w stopniu wybitnym. Co prawda nie dało się go nie lubić, życzliwa była z niego dusza aż w nadmiarze; Dawson jednak odnosił wrażenie, iż tą śliczną, miłą powłoką stara się zamaskować jakąś wewnętrzną skazę. Na nic poszły próby odzwyczajenia się od podejrzliwości względem całej rasy ludzkiej – coś zwyczajnie nakazywało mu nikomu nie ufać, a przynajmniej dopiero po dłuższym okresie znajomości... i braku jakichkolwiek zawodów.
    – Uważaj, kretynie – syknął, doprowadzony na skraj rozpaczy, w locie łapiąc delikatną fiolkę z wyjątkowo cenną zawartością, którą kolega nieopatrznie zepchnął ramieniem ze stołu. Milo rzucił mu pełne pogardy spojrzenie, ostrożnie odkładając szklaną buteleczkę na swoje miejsce i przysięgając sobie, że odtąd będzie jeszcze czujniejszy względem nieokrzesanego Lewka.
    W momencie, w którym ta myśl zaświtała mu w głowie, usłyszał wyjątkowo głośny huk tuż przy swoim lewym uchu i odskoczył. Poprawił okulary, które zjechały mu na czubek nosa, usiłując dojrzeć coś z wielkiej chmury gęstego, fioletowego dymu – jednakże wyglądało mu to na efekt uboczny niezorganizowania Barneya.
    – To on! – Jęknął przedmiot jego rozważań, wskazując palcem wprost na Krukona. – Wrzucił coś do kociołka. Wszystko wybuchło! – Pociągnął nosem jak mały chłopczyk i Milo być może roześmiałby się mu w twarz, gdyby oskarżenia nie były tak totalnie wyssane z palca. Oczywiście, jako chłopiec mający na koncie uczynki nie całkiem zgodne z Regulaminem, potraktowany został z przymrużeniem oka i odesłany na szlaban. Nienawykły do tak gromadzących się w nim uczuć, z całej siły uderzył pięścią w drewniane drzwi sali, do której wszedł. Był pewien, że jest absolutnie i bezapelacyjnie sam.

    [Mam nadzieję, że jest okej. :D]
    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń