Ponura niedziela

Nie ma kryminalnych zagadek, nie ma wojny i bójek. Niewiele wnosi i wkradł mi się jakiś wulgaryzm.
Ale zapraszam; będzie mi bardzo miło.

– Una.

Postarzała się, przychodzi jej do głowy. Cerę niby ma dalej świeżą, jak u młodziutkiej dziewczyny, lśniące włosy i schludny ubiór. Tylko te oczy psują misternie utkany efekt – tak patrzy ktoś, kto wydaje się stać u progu samej śmierci. Czuje, że może powinna podejść, przytulić się, pocieszyć, ale nie robi ani kroku. Po tylu latach mieszkania z ojcem nic już jej nie zdziwi, nic nie wzruszy.

– Dzień dobry, mamo.

Matka odsuwa się, przepuszcza ją w drzwiach. Una widziała kiedyś jej zdjęcia z dzieciństwa. Stojąca przed nią kobieta wygląda jak cień tamtej dumnej z siebie dziewczyny, choć nadal stara się dbać o wygląd. Ale wie – obydwie wiedzą – że tego, co zabija od środka, nie da się zatuszować nawet najpiękniejszym strojem, nawet najdroższymi kosmetykami.
Nie chciała wracać do domu. Myśli o ucieczce tłukły się w jej głowie co najmniej od tygodnia.

Drzwi do wielkiej posiadłości zamykają się za nią z przeciągłym skrzypnięciem. Niemal nieprzytomnie kroczy długim, ciemnym korytarzem – nieprzyjaznym i zimnym, jak wszystko tutaj. Ma wrażenie, jakby z każdym krokiem ziemia pod jej stopami zapadała się coraz bardziej i żywi cichą nadzieję, że gdy dotknie podłogi po raz setny, coś wciągnie ją głęboko pod ziemię i nigdy nie wypuści. Nogi ledwie ją podtrzymują i sama już nie wie, czy to strach, czy może powietrze jest aż tak ciężkie, przygniatające ciało do chłodnych płytek. Obrazy wiszące na ścianach przyglądają się jej z uwagą; czuje na sobie ich wścibskie, zaciekawione spojrzenia. Najchętniej zerwałaby wszystkie i rozbiła w drobny mak, ale nie może. Wie, że wówczas i ją czekałby taki sam koniec.

Amy DeVere nawet nie próbuje się odezwać.

Patrzcie wszyscy, szydzi Una w myślach, czując podchodzący do gardła żołądek. Oto moja kochająca matka.
Zdaje sobie sprawę z faktu, iż pewnie jest niesprawiedliwa, ale nie potrafi inaczej. Doskonale rozumie to, co właśnie widzi: że obie są w równym stopniu ofiarami, lecz nigdy nie przestała winić ich obojga – jej, że pozwoliła córce przyjść na świat w takim miejscu, jego – za całą resztę.
Kiedy była młodsza, wyobrażała sobie czasami, że tak naprawdę wszyscy tutaj żyją w świecie figur woskowych i to dlatego wokół panuje taki mrożący krew w żyłach chłód, niebliskość. Że to dlatego matka za wszelką cenę stara się uniknąć ich wzajemnego zbliżenia, choć w rzeczywistości wszystko wewnątrz niej wyrywa się w ramiona dziecka – taki wosk w zetknięciu z ciałem drugiego człowieka topi się, odkształca, umiera.

– Ojciec jest tam. – Szczupłe, acz silne palce łapią ją za ramię, gdy kieruje się w zupełnie przeciwną stronę. Matka przylega do niej tak mocno, jak gdyby stanowiła jedyny ratunek przed złem, a do Uny dociera, że nie czuje już właściwie nic poza wstrętem. – Wejdź, przywitaj się chociaż.
Jej głos drży ze strachu, ale dziewczyna dobrze wie, że boi się wyłącznie o siebie samą. Wyrywa się jednym szarpnięciem – boże, jaka to ulga – taksując Amy pogardliwym spojrzeniem. A po co?, pyta jej spojrzenie; w tym wzroku bezsilna złość miesza się z odrzuceniem. Jemu i tak nie zależy.
– Una, proszę. Wiesz, co będzie, jeśli tego nie zrobisz.
Nienawidzi tych momentów, gdy matka chwyta się jej, jakby była kołem ratunkowym, podczas  gdy tak naprawdę sama z trudem utrzymuje się na powierzchni. Dodatkowy ciężar drugiego człowieka bezlitośnie spycha ją na dno, ale przyzwyczaiła się już, że tej kobiety nie obchodzi nikt, poza nią samą.

Ucieka bez słowa na górę, bezszelestnie jak kot, pragnąc z całego serca uciec od zatrutej atmosfery i tego wampira, wysysającego z niej wszystkie życiowe siły. Trzaska drzwiami z całą mocą, nieomal spodziewając się dźwięku tłuczonego szkła i popękanych szyb w oknach, ale nie. Jej ruchy są powolne, ospałe, ciężkie, ciało zgina się wpół, przygniecione ciężarem odpowiedzialności. Ironia losu, że jest tak drobna, iż mogłaby uchodzić za znacznie młodszą, a niesie na sobie problemy znacznie przekraczające dopuszczalną granicę.

Trzask.

Nieskoordynowanym ruchem strąca ze stolika szklankę; odgłos rozpadającego się życia budzi w niej obrzydzenie do tego ciemnego, ohydnego miejsca. Szkło rozsypuje się po podłodze; drobne kawałki, tak maleńkie i kruche, że nawet zaklęcie reparo, choć zna je przecież od lat, niewiele mogłoby zdziałać. Boi się czasem, że i ona któregoś razu tak pęknie, a wyrzucone z wielką siłą odłamki zranią tych, których za wszelką cenę chciałaby ochronić. Zwija się w kłębek na dywanie, jej włosy wtapiają się w miękki materiał; jasna skóra tworzy mocny kontrast między ciałem a podłożem i nachodzi ją myśl, że gdyby wszystko w życiu miało tak wyraźne granice, o wiele łatwiej byłoby dokonać właściwych wyborów. Przez chwilę wyobraża sobie, że jest tą nieznośnie idealną Gabrielle z siódmej klasy, z perfekcyjnym makijażem i strojem.
Jej cienie do powiek na pewno nigdy nie spływają nierównym strumieniem w dół, na policzki.

Chciałaby stać się kimkolwiek innym, byle tylko nie być sobą.

Kroki za drzwiami elektryzują; ojciec przecież nigdy nie przychodzi tutaj, na górę. Skrzypnięcie oznajmia jej, że pozbawił ją właśnie samotni, maleńkiej przystani, w której choć odrobinę czuła się bezpieczna. Automatycznie zaciska oczy mocniej, nie chce widzieć jego wykrzywionej wściekłością twarzy – a nie wątpi, że teraz wygląda właśnie tak.

– Dlaczego zawsze jesteś taką oziębłą rybą, co? – Śmieje się sam do siebie na wspomnienie czegoś, co jest przeznaczone tylko dla jego myśli. – Nic dziwnego, że jeszcze nie znalazłaś sobie chłopaka.

Milczy, głównie ze strachu, że drżenie głosu ją zdradzi, no i wolałaby jednak nie mówić tego, co bardzo chce powiedzieć. Milczy, bo każde jej słowo i tak sprowokuje go do dalszych docinków. Milczy, bo nie ma takich wyrazów, którymi potrafiłaby opisać to, co teraz czuje; bo czym właściwie można się posłużyć, kiedy świat rozpada się tuż pod stopami? Twarda ziemia, o którą opieramy nogi okazuje się być tylko złudzeniem.

Ojciec wygląda, jakby chciał splunąć na podłogę, albo może na córkę, ale rzekome dobre wychowanie powstrzymuje go przed takim zachowaniem. Una wie, że pod tą piękną, czystokrwistą fasadą, kryje się pełna ogromnych szczelin ściana, gruby mur, kompletnie zniszczony, choć nie do zniszczenia.

– Nie, my musieliśmy się tym zająć, prawda? – Jego uśmiech przyprawia ją o gęsią skórkę. To nie jest ten dobry uśmiech, jaki dorastająca córka powinna otrzymać od swojego ojca; przypomina grymas, twarz wykrzywioną w narastającym obrzydzeniu. – Na ciebie i tak żaden by nie spojrzał.

– Wyjdź. – Jej głos brzmi tak pewnie, ostry jak brzytwa, aż ze zdumienia własną siłą lekko rozchyla powieki. To nie ojciec stoi w drzwiach, tylko matka. Ma oczy bezbronnej sarny i sylwetkę kobiety zbyt słabej, by przeżyć tyle, ile przeżyła faktycznie; Una wie, że powinna coś do niej poczuć: dumę, bo sobie poradziła, czy troskę, bo może to zbyt wiele – a tylko żal, odraza, pogarda mocniej owija się wokół jej duszy. Nie potrafi, patrząc na jej twarz, zastygłą z uchylonymi ustami, jak gdyby chciała się odezwać, zapomnieć o tym, że nie uratowała ich obu kiedy jeszcze był na to czas.

Ale Amy nie cofa się w progu, jak to robi zazwyczaj.

– Una, on jest chory – mówi zachrypniętym szeptem, a każda spółgłoska boleśnie drażni uszy Ślizgonki. Nienawiść do tego miejsca, do tych ludzi, przemyka pod skórą potężną falą, zmiatającą wszystko na swojej drodze. – Proszę – dodaje błagalnie matka, co tylko potęguje wstręt dziewczyny; prośby o tą łaskę, której sama nigdy nie otrzymała, wydają się jej być wyjątkowo nie na miejscu. – Chciałby, żebyś przyszła.
– Przestań już. – Ton jest zabarwiony złością i niechęcią, postawa rodzicielki już nie pierwszy raz przeszywa ją na wskroś. – On mnie nigdy nie chciał, mamo, i nie chce teraz. Nie obchodzę go. To wszystko... to są tylko jego chore gierki, demonstracja władzy. Pamiętasz, by kiedykolwiek sam z siebie zainteresował się czymkolwiek związanym ze szkołą, z domem? Nie, prawda? Ma nas gdzieś, zarówno mnie, jak i ciebie. Kiedy to w końcu zrozumiesz?!

Nie zdaje sobie sprawy, że zaczęła krzyczeć, dopóki nie dostrzega cienia strachu, przemykającego po twarzy kobiety; widywała go u niej zawsze, gdy problemy zdawały się ją przerastać. Una głośno wypuszcza powietrze z ust, przykładając dłoń do rozpalonego czoła.

– Dlaczego tak się wszystkiego boisz? – Pyta cicho, bez wcześniejszego gniewu, i brzmi to jak rezygnacja. – Dlaczego, kurwa, to ciebie trzeba zawsze bronić?

Zaciska zęby i decyduje się spojrzeć matce prosto w oczy. Coś w postawie Amy podpowiada jej, że chociaż ma przerażony wzrok i zabłąkany wyraz szoku na ustach, wszytko wewnątrz wciąż i wciąż pracuje nad sposobem złamania nowo powstałego uporu: byleby tylko odprawić córkę do ojca i przez pięć minut mieć spokój.
Brzydzę się tobą, myśli Una, odwracając się na pięcie. Naprawdę wstyd mi, że jesteś moją matką.
Ma czasem takie wrażenie, że mimo dotyku, bliskości ciał i plątaniny włosów na poduszce, dzieli je jakiś niewyobrażalny, niewidoczny mur, którego nie jest w stanie pokonać żadna ze stron. Gruby, ciężki mur, nie pozwalający im zbliżyć się do siebie, chociaż wydaje się, iż dłoń dotyka drugiej dłoni, palce delikatnie przesuwają się po czole, a głowa wtulona jest w zagłębienie pod obojczykiem. Ktoś jej kiedyś powiedział, że dwie powierzchnie nigdy tak naprawdę nie mogą się zetknąć, bo ze względu na odpychanie jonowe zawsze pozostanie między nimi mikroskopijna, nieskończenie maleńka odległość. Więc, chociaż może się wydawać, że dotyka ramienia Evy i wplata jej palce we włosy, to na poziomie atomowym – zero szans.
Czuje się czasem, jakby pływała w gorącym budyniu, bezlitośnie zwalniającym wszystkie jej ruchy, odwrotnie proporcjonalnie do bicia serca, które przyspiesza nieustannie, słysząc na korytarzu kroki. Nieświadomie ściska wtedy rękę dziewczyny mocniej i mocniej, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo boi się zdemaskowania. Przez gorącą, lepką i gęstą maź jej ruchy są bardzo ograniczone; a jednak nigdy nie zrobiła tego, o czym niejednokrotnie myślała: że łatwiej byłoby dostosować się do oczekiwań.

Nie lubi dużo mówić, bojąc się o słowa, które wciąż czekają, by się wydostać. Zawsze była małomówna, ale czasem odnosi wrażenie, że w towarzystwie Evy po prostu nie ma ochoty rozmawiać. Po pierwsze, bo cisza między nimi pulsuje nieustająco w rytm ich oddechów, ich serc i gestów, co nader przyjemnie koi zmysły i zszargane nerwy zestresowanej dziewczyny; drugim powodem jest strach, strach, że od jednego słowa do drugiego, narodzi się wreszcie pytanie, którego tak bardzo się obawia.
Wzdryga się, gdy nagle głos Evelyn rozcina ciszę jak sztylet, niespodziewanym ruchem krusząc unoszącą się w powietrzu mgiełkę. Błogość i bezpieczeństwo – delikatna, przejrzysta poświata, rozlewająca się ponad ich ciałami.
Stanowią przyjemny kontrast; karmelowa skóra śmiałej dziewczyny i blada jak porcelana Una, i przychodzi jej do głowy, może zbyt często, że pod innymi względami różnią się tak samo wyraźnie. Mimo to jest pewna swojego uczucia, nawet, jeśli nie umie wykrzyczeć tego z najwyżej wieży w miasteczku.
Gdybym miała powiedzieć o nas całemu światu, mówi czasem, nachyliłabym się i szepnęła ci to do ucha. I chociaż wie, że nie kłamie, nie potrafi wyzbyć się wyrzutów sumienia, iż być może podchodzi to pod grający na uczuciach wykręt.
Niepewnie unosi się na łokciu, próbując zajrzeć w twarz leżącej obok dziewczynie, dziewczynie o pięknym odcieniu skóry i iskrzących się oczach.

– Dlaczego? – Nauczyła się tego od kuzynki, gdy były jeszcze małymi dziećmi. Kiedy odpowiesz pytaniem na pytanie, wówczas obie strony wygrywają.
– Po prostu chciałabym wiedzieć skąd się tu wzięłaś. – I chociaż w głosie towarzyszki nie pobrzmiewa żal ani wyrzut, ona sama czuje się tak, jakby zrobiła coś paskudnego.
– Może kiedyś... – zaczyna tak niepewnie, jak wtedy, gdy lód pod stopami okazuje się być zbyt cienki; jeden fałszywy, nieostrożny krok i kolejne zgaszone istnienie. Stara się udawać, że nie widzi przebłysku nadziei, kiedy Evelyn podnosi na nią wzrok niespodziewanym gestem, i stara się nie myśleć o tym, że będzie musiała ową nadzieję zgasić. – Ech, czy to ważne? Może kiedyś ci opowiem. Nie chciałabym... Żebyś pomyślała o mnie źle.
– Och, Unity. – Dziewczyna przewraca się na plecy i gładkim ruchem bierze ją za rękę. Zetknięcie dwóch powierzchni przyprawia ją o drżenie, jak zawsze, kiedy wydaje się, że odrobinę dłużej i płonący wewnątrz pożar rozszaleje się na całym ciele. – Zdejmij w końcu tą sztywną maskę.

Spogląda na nią wielkimi, zielonymi oczami, mając przed oczami żywy dowód, że przeciwieństwa – przynajmniej te wizualne – faktycznie się przyciągają i jakoś nie może się zebrać, by jej zdradzić swój wielki sekret: że bez tej maski nie potrafi już żyć, jak gdyby tylko ona umożliwiała swobodny dopływ tlenu do płuc.
– Przyszłaś wreszcie.

Marudzi, jak zwykle. A przynajmniej wówczas, gdy jest we względnie dobrym humorze. Może to i lepiej, że trafiła na taki dzień, choć wie, że tym trudniej będzie się postawić. Przechodząc przez ciemny pokój czuje się tak, jak wtedy, kiedy była jeszcze małym dzieckiem i wielka sypialnia rodziców stanowiła dla niej uosobienie ogromu. Od zawsze wiedziała też, że będąc tutaj należy zachowywać się cicho.

– Wielki Slytherinie, do czego to doszło, żeby własna córka okazywała taką niewdzięczność. Gdzie byłaś przez cały dzień?

To nie twoja sprawa, ciśnie jej się na język, ale w ostatecznym rozrachunku decyduje się nie mówić nic. Wzrusza tylko ramionami, pewna, że choroba ojca nie pozwoli mu już nad nią górować. Jest znacznie starszy od matki i gdyby się uprzeć, mógłby uchodzić za dziadka Uny, ale, choć myśli o tym zawsze, kiedy na niego spogląda, wie, że nie odważy się powiedzieć mu tego wprost.

– Mama mówiła, że chcesz się ze mną widzieć.

Krzywi się na dźwięk słowa "mama". Brzmi zbyt łagodnie, zbyt ciepło, zwłaszcza w zestawieniu z niedawnym obrazem rozkapryszonej kupki nieszczęścia w pokoju na górze. Zawsze stara się nazywać ją po imieniu, żeby uniknąć przykrego rozczarowania, że wbrew temu, kim być powinna, ani trochę nie sprawdza się w swojej roli. Julius zerka na nią uważnie – zawsze odnosi wtedy wrażenie, że prześwietla na wylot wszystkie jej kłamstwa i grzechy – i, chociaż patrząc na córkę powinien złagodnieć, jego rysy twarzy wyraźnie tężeją.

– Chcę wiedzieć, gdzie się szlajałaś i z kim. Wszyscy porządni ludzie siedzą teraz w szkole.
– Sam kazałeś mnie ściągnąć. – Una prycha krótkim, ironicznym śmiechem, ignorując irracjonalne żądanie. Obraz ojca, tak małego w tym wielkim łóżku, w tym pachnącym przepychem pokoju sprawia, że wreszcie dostrzega w nim prawdziwego, żywego człowieka: z przerośniętym ego i żoną, stojącą u boku wyłącznie ze strachu. Sposób, w jaki wymawia słowo "porządni", jakby chciał podkreślić, że jej do takowych nie zalicza. Cała ta sztuczna fasada, ten teatr, w jednym momencie przyprawia ją o łaskoczący w gardle śmiech.
– Bezczelna dziewucha. Odpowiedz na pytanie.
– Nie, t a t o – cedzi przez zęby, podchodząc bliżej; nachylając się nad ojcem, krzyżuje ręce na piersi. – Teraz ty odpowiedz na moje. Dlaczego, przez tyle lat... ?

Złamać można wiele rzeczy: różdżkę i gałąź drzewa, rękę, kark; nawet serce. Unie łamie się głos, zanim zdąży wysłać w przestrzeń to, o czym nigdy nie chciała wspominać. Łapie się, nie wiedząc czemu, naiwnej nadziei, że wreszcie usłyszy od ojca przynajmniej głupie "przepraszam", choć przecież dobrze wie, że on nie przeprasza – nikogo i za nic. Wlepia w nią swoje wodniste, błękitne oczy o podłym wejrzeniu i wygląda, jakby intensywnie nad czymś myślał; chciałaby wierzyć, że w końcu się złamie – byłby to chyba pierwszy raz w jego życiu.

– Chyba coś ci się uroiło w tej główce – oświadcza w końcu. – Byłem dobrym ojcem. To ty sprawiałaś, że działy się te okropne rzeczy.

Ma wrażenie, jakby cofnęła się o dziesięć lat i patrzyła na wszystko po raz kolejny: na kłótnie, na falę agresji i złości; pierwsze uderzenie, pierwszy krzyk, pierwsza krew. Zawsze chciała zareagować i zawsze brakowało jej odwagi; za każdym razem marzyła, że matka w końcu coś zrobi, i nigdy się nie doczekała. Najwyraźniej, myśli, nagle wyzuta z sił, najmocniejsze ciosy otrzymuje się od tych, którzy powinni nas wspierać.

– Do widzenia, ojcze – mówi wychodząc, choć chciałaby zrobić miliard innych rzeczy; a przede wszystkim – przestać się w końcu poddawać. To tylko stary człowiek, za wstrętne uczynki niewart żadnych cieplejszych uczuć – a mimo to nie potrafi na niego naciskać. 

Czy można tak tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało? Czy to możliwe, by nieustannie rozdrapywane rany w końcu przestały się zrastać? I czy można krwawić metaforycznie – a umierać naprawdę?

4 komentarze:

  1. Jesli samo opowiadanie do najlzejszych nie nalezy, Twoj styl z pewnoscia tak - moje serduszko topnialo z kazdym kolejnym zdaniem, takie to bylo ladne. Nad estetyka tez bym sie zreszta mogla roztopic. Ogolnie wizualnie i warsztatowo daje mocna okejke, troche braw, calusa w powietrze.

    Z trescia troche gorzej. To znaczy, dalej jest w porzadku, ale nie do konca kupuje historie tej rodziny, wydaje mi sie taka... Grubo ciosana, zbyt czarna, zbyt biala. I Una, uparta, krnabrna, nieznosna. Zaskarbila sobie moja niechec juz na samym poczatku.

    Wnioskow zadnych nie mam. Przedstawilas jedna sytuacje, wiec tez nie chce opiniowac calosci historii, gdy... Zwyczajnie jej nie znam. Jestem jednak ciekawa, co, jak i dlaczego.
    I mam nadzieje, ze nam to jeszcze pokazesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytalam. Zerknelam nawet w karte, bo nie bylam stuprocentowo pewna, ale tak - moj komentarz widnieje sobie nawet gdzies na samym poczatku, bo chyba dodawalysmy nasze postacie w tym samym czasie.

    Wracajac (czuje teraz obowiazek, by sie wytlumaczyc), w historii w notce brakuje mi konsekwencji, o ktorej pisalam w kontekscie Twojej karty. Una nie zachowuje sie jak osoba, ktora zostala wychowana przez apodyktycznego ojca, wrecz przeciwnie, buntuje sie, podwazajac jego autorytet. Tym samym jaki z niego tyran, skoro kilkunastoletnia corka jest w stanie otwarcie nim gardzic? Dziewczyna nie boi sie go, bagatelizuje tez strach matki, w zasadzie zachowuje sie jak... Rozwydrzona nastolatka.

    A ojciec... Mowi duzo, ale zlosliwe slowa, ktore padaja z jego ust, moglyby rownie dobrze zostac wypowiedziane przez trzynastoletniego chlopca. Z punktu widzenia czytelnika jest zupelnie nieszkodliwy; gardze nim, nie obawiam sie go ani troche.

    Nie widze akcji=reakcji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czuć lekkość pióra, co jest naprawdę świetne i dla piszącego i dla czytającego. Nie mówię, że zawsze ale często da się wyczuć gdy autor męczy się ze swoim własnym tekstem, gdy nie jest do końca pewien tego co chciał napisać, próbując stworzyć coś, ale sam dokładnie nie wie co. Tutaj tego nie ma, a przynajmniej ja jako czytelnik tego nie czuję i za to masz ogromny plus.
    Brakuje mi tylko pauzy przy dialogach. Wiem, że półpauza jest już stosowana w użyciu zamiast myślnika, ale ja to jednak wizualnie jestem do niego przyzwyczajona i zwyczajnie, tekst bardziej mi się podoba gdy używany jest myślnik. Ale to tylko takie moje całkowicie subiektywne zdanie. Wiesz, taki kaprys.
    Jeżeli chodzi o postacie… Mam bardzo mieszane uczucia i na ten moment nie jestem w stanie napisać nic więcej. Muszę chyba przeczytać tekst jeszcze raz i od razu sobie notować co czuję, czytając dany moment i skleić to później w całość. Rzecz w tym, że na ten moment nie mogę sobie na to pozwolić ze względu na czas, ale prawdopodobnie wieczorem do tego wrócę.
    Tym czasem zostawiam Cię z pozdrowieniami i życzeniami: pisz więcej i częściej, bo generalnie całość czyta się przyjemnie

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, muszę przyznać, że bardzo polubiłam czytanie Twoich postów :) Zdają się naprawdę oddawać istotę postaci, którymi piszesz, a to wcale nie takie łatwe zadanie. Muszę pogratulować, bo doprawdy udało Ci się przybliżyć nam Unę i ani trochę nie zanudzić, bowiem już sama karta postaci to i owo nam o niej mówi ;)
    Raz jeszcze gratuluję i cieszę się, że wciąż publikujesz posty fabularne; to dzisiaj rzadkość, niestety :]

    OdpowiedzUsuń