historia o tym, jak hogwarcki wilkołak próbuje przeżyć porwanie [cz.2]

«Część pierwsza opowiadania
W pomieszczeniu nastała cisza. Bellamy z lekko uchylonymi ustami wpatrywał się w twarz dorosłego mężczyzny, on natomiast nie spuszczał wzroku z chłopaka. Poza tą dwójką, wszyscy obecni przeskakiwali spojrzeniem od rzekomego ojca do rzekomego syna, w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję. Jednak w tej chwili, Bellamy nie był w stanie nic zrobić. Dłonie zacisnął w pięści, zupełnie ignorując bezustannie gwiżdżący czajnik. W głowie Bellamy'ego wirowało tylko jedno słowo. Synu.
Przez całe swoje życie marzył o tym, aby odnaleźć swojego ojca. Chciał roztrzaskać mu szczękę za to, że zostawił jego matkę, gdy ta była przy nadziei. Wyobrażał sobie, jaką krzywdę będzie mógł mu wyrządzić za osiemnaście lat życia bez jednego z rodziców. Nienawidził go z całego serca, a teraz stał naprzeciwko niego, nie będąc gotowym. Nie miał pojęcia, co powinien mu powiedzieć. Co powinien zrobić. Był w takim szoku, że przestał słyszeć uparte gwizdanie czajnika, w którym zawrzała woda, tak samo jak gniew w żyłach Bellamy’ego.
— Connor, zdejmij do diaska ten czajnik z płyty. — Enrico odezwał się jako pierwszy, jako pierwszy odwrócił też wzrok, aby przenieść go na stojącego najbliżej Connora.
Gdy tylko urządzenie zamilkło, mężczyzna znów spojrzał na Bellamy’ego.
— Chodź chłopcze za mną. — Rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Bellamy stał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w przestrzeń. Nie mógł otrząsnąć się z szoku. Jednak kiedy Connor go szturchnął i brodą wskazał na otwarte drzwi, Bell niepewnie kiwając głową, na sztywnych nogach ruszył przed siebie. Podłoga skrzypiała cichutko pod stawianymi krokami, jego dłonie trzęsły się okropnie, a w gardle miał sucho. Wyszedł na zewnątrz. Chłodne, wiosenne powietrze nieco go rozbudziło.
Enrico, ponoć jego ojciec stał oparty o ścianę po lewej stronie frontowych drzwi, a w dłoniach ściskał papierosa. Dłonie Bellamy'ego automatycznie powędrowały do kieszeni dresowych spodni, które miał na sobie. Jednak chwila wystarczyła, aby przypomniał sobie, że te ubrania nie należą do niego i na pewno nie znajdzie w nich swoich fajek. Mężczyzna domyślając się o co może mu chodzić, wyciągnął w jego kierunku dłoń z paczką.
— Poczęstuj się.
Zbyt zdenerwowany, aby odmówić, sięgnął po jednego i wsunął go między wargi. Wziął też zapalniczkę, która na nieszczęście działała na krzesiwie. Ciężka, napełniana benzyną, z wilkiem wyrytym w metalu. Trzęsącymi dłońmi otworzył ją i odpalił, by zaraz po tym podsunąć pod papierosa. Zaciągnął się dymem, który jakby natychmiast złagodził nieco zdenerwowanie. Oddał mężczyźnie zapalniczkę, ówcześnie ją zamykając.
— Po co tutaj jestem? — wypalił, a jego głos zadrżał.
Bał się. Bał się tego mężczyzny. Bał się własnego ojca.
— Ponieważ tego chciałem.
Ty tego chciałeś? Ty?! A pomyślałeś w ogóle, czego ja mogę chcieć? Pomyślałeś w ogóle o mnie przez cholerne osiemnaście lat?! — naskoczył rozeźlony na starszego mężczyznę.
— Przez całe osiemnaście lat myślałem tylko o tobie, Bellamy.
Zszokowany chłopak zamrugał szybko, zastanawiając się, czy aby się nie przesłyszał. Był pewien, że Enrico próbuje mydlić mu oczy. Chciał, aby mu zaufał. Uwierzył. Ale po tylu latach życia bez niego, Bellamy nie miał zamiaru mu zaufać. Nauczył się żyć bez ojca, teraz już nie był mu potrzebny.
— Doprawdy? Nie miałeś pojęcia, co się ze mną dzieje! Nie interesowałeś się mną! Dlaczego teraz nagle przypomniałeś sobie o moim istnieniu?!
Mężczyzna westchnął cicho, wypuszczając z płuc cały nagromadzony tam dym. Szara chmura pomknęła w przestrzeń. Był wyraźnie zmęczony.
— Całe to miejsce powstało z myślą o tobie, chłopcze. Rozejrzyj się.
Dopiero teraz zorientował się, że znajdują się jakby w środku ośrodka wypoczynkowego. Dookoła nich stało wiele maleńkich domków, identycznych, jak ten, z którego właśnie wyszedł. Drewniane budyneczki z gankami i lampkami uwieszonymi obok drzwi. Chłopak postawił kilka kroków naprzód i okręcił się wokół własnej osi. Domki zostały zbudowane niemalże przy ścianie gęstego lasu. Big Dog Forest – przypomniał sobie słowa Connora. Cóż za ironia.
— Co to ma wspólnego ze mną, do jasnej cholery?
— Synu…
— Nie nazywaj mnie tak!
Enrico westchnął po raz kolejny.
— Bellamy, byłem tchórzem. Przez osiemnaście lat śledziłem twoje poczynania, obserwowałem jak dorastasz. Zanim skończyłeś jedenaście lat pojawiałem się w Londynie bardzo często, kiedy zacząłeś chodzić do szkoły bywałem tam w czasie wakacji, czy w okresie świątecznym. Ale nie potrafiłem się odezwać. Bałem się.
— A powinieneś! Powinieneś na kolanach pojawić się w mieszkaniu mojej mamy i błagać o przebaczenie! Wychowywałem się bez ojca, nie miałem żadnych wzorców poza tymi mojej mamy. — Warknął z wyrzutem.
Po raz pierwszy w życiu jego głos nasączony był jadem.
— Wiem, ja…
— Gówno wiesz! Jedyne, co po tobie dostałem, to tę cholerną likantropię!
— Zamknij się, chłopcze! — podniósł głos, a Bellamy otworzył szeroko oczy, przerażony. – Nie masz pojęcia, co czułem. Uciekłem, bo się bałem, a twoja matka doskonale sobie radziła. W przeciwieństwie do mnie. Nie jestem bezdusznym skurwysynem. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca, dopóki… Dopóki nie uratowałem Shawna z rąk innego wilkołaka. Miał cztery lata, kiedy rozszalały wilkołak dopadł jego rodzinę przebywającą na biwaku. Zabił jego rodziców i starszą siostrę. Będąc na wywarze tojadowym słaniałem się na własnych nogach, ale eliksir sprawił, że moje emocje były bardziej ludzkie, cudem udało mi się zabić tamtego i uratować dzieciaka. Wychowałem go, nauczyłem wszystkiego i kiedy ten, mając piętnaście lat pojął jak przemieniać własne ciało w zwierzęce zrozumiałem, że muszę zrobić coś, aby ludzie przestali ginąć z rąk wilkołaków.
Bellamy zacisnął dłonie w pięści. Jeśli jego ojciec myślał, że zbawiając cały świat zrekompensuje mu osiemnaście lat życia bez niego, był w błędzie. Przeliczył się, uważając, że to zmieni sposób, w jaki postrzegał go jego własny, biologiczny syn. Chłopak wyrzucił wypalonego papierosa i wciskając dłonie w kieszenie bluzy, ruszył przed siebie szybkim krokiem.
— Tak powstało Benevolens Lupus. — Odezwał się ponownie, idąc za nim. — Pomocny wilk. Obiecałem sobie, że będę pomagał każdemu świeżakowi, każdemu człowiekowi, który nie radzi sobie z przemianami. To wszystko rozrosło się, chociaż wiedzą o nas tylko nieliczni. Odnalazłem więcej animagów. Opracowaliśmy metody ściągania tutaj wilkołaków. Uczyliśmy ich, jak żyć, zaczęliśmy hodować tojad, ale to roślina tak trudna w utrzymaniu, że nie rozdajemy eliksiru na prawo i lewo, każdy, kto jest gotów przemieniać się co miesiąc w krwiożerczą bestię, po prostu to robi. Tutaj, w lesie. Z dala od ludzi, pod opieką.
Bellamy widział w tym sens. Pochwalał działania własnego ojca, jednak to nadal nie był wystarczający powód, aby mu zaufać.
— Masz całkiem nieźle prosperujący biznesik, na co ci ja? — zapytał. — Masz nowego syna i czwórkę podopiecznych, więc po co ta cała szopka? Ułożyłem sobie życie, mam przyjaciół, daję sobie radę, dlaczego próbujesz zniszczyć wszystko to, co budowałem, tak samo jak zniszczyłeś mamę? — słowa te najwyraźniej zabolały Enrico na tyle, że zatrzymał się i zbolałym spojrzeniem owionął swojego syna.
Bellamy nie czekając na żadne wyjaśnienia, wcisnął ręce głębiej w kieszenie dresowych spodni i przyspieszył kroku, nie oglądając się na swojego ojca. Nie miał ochoty z nim przebywać, nie chciał wysłuchiwać jego tłumaczeń. Jedyne, czego pragnął, to wrócić do domu, do swojego łóżka w gryfońskim dormitorium, ułożyć się w nim, twarz zanurzając w poduszce, a palce w sierści Azyla. Chciał, aby to wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby okazało się snem.
Poruszał się szybko, wzdłuż ściany lasu, minął ostatni domek, jednak niezbyt się tym przejmując brnął dalej, próbując ułożyć sobie choć trochę wszystkie informacje, które na niego spłynęły. Były niczym zimna woda wylana na głowę w czasie upalnego dnia. Nie potrafił kontrolować drżenia swojego ciała, które było standardową reakcją jego organizmu na stres.
***
Wrócił kilka godzin później, wyczerpany po długim marszu i z pustym żołądkiem. Niska temperatura dała mu się we znaki, czuł w kościach, że wychłodził organizm, a jego przypuszczenia potwierdzało rytmiczne stukanie szczęk i skostniałe palce. Niepewnie wszedł na ganek niewielkiego domku Connora, a jedna z desek skrzypnęła pod jego nogami. Z pewnym ociąganiem uniósł dłoń, by zapukać, jednak zanim zdążył choć raz uderzyć kostkami w drzwi, te stanęły przed nim otworem. Powitała go uśmiechnięta twarz starszego kolegi.
— Trudna rozmowa, huh? — zagadnął. — Wejdź, pewnie zmarzłeś.
Connor stanął bokiem, by wpuścić do środka Bellamy'ego. Z chęcią wszedł do domku i niemalże od razu powędrował do foteli rozstawionych w jednym z kątów całkiem sporego, jak na tak maleńki budyneczek, salonu. Opadł na miękki mebel z cichym westchnieniem.
— Herbaty? — usłyszał słowa Connora równocześnie z kliknięciem klucza w zamku.
— Dlaczego nie śpisz?
— Cóż, mógłbym powiedzieć, że mam problemy ze snem, albo, że w nocy wstaję często na siusiu, ale po co kłamać? — wzruszył ramionami. — Czekałem na Ciebie. Wiedziałem, że w końcu wrócisz. Nie miałeś dokądś pójść, do faktycznych zabudowań Glen jest kawał drogi, a ty nawet jej nie znasz.
Bellamy zmarszczył brwi. Skąd Connor miał pewność, że wróci? Przecież mógł uciec, teleportować się do mieszkania swojej matki w Londynie. Mógł, ale tego nie zrobił, raz – dlatego, że nadal nie poznał głównego powodu sprowadzenia go tutaj, a wbrew pozorom ciekawiło go to, dwa – nienawidził teleportacji, wręcz bał się przenosić w ten sposób. Poza tym nie miał pewności, czy ośrodek Benevolens Lupus nie jest, tak samo jak Hogwart, zabezpieczony czarami ochronnymi, włączając w to ten uniemożliwiający teleportację.
— Skąd miałeś tą pewność?
— Nie każdy odnajduje swojego ojca po osiemnastu latach. Rico był wyraźnie przybity po waszej rozmowie, więc wydedukowałem, że nie poszła najlepiej. Byłem pewien, że będziesz chciał poznać wszystkie fakty na spokojnie — uznał, przechodząc przez pomieszczenie do jego kuchennej części i nalał wody do czajnika, który chwilę później wylądował na płycie indukcyjnej. — Poza tym, nie teleportowałbyś się stąd. To miejsce chronione jest tak silnymi czarami, że przeniknięcie tu i wydostanie się stąd w magiczny sposób jest praktycznie niemożliwe.
Bellamy westchnął cicho, zrzucając buty ze stóp i podciągając zgięte nogi do piersi, objął je ramionami, a policzek ułożył na jednym z kolan, nie spuszczając wzroku z Connora. Choć mógł przyznać, że polubił wszystkich animagów z watahy (może poza Shawnem, który wydawał się być mistrzem złego pierwszego wrażenia), Connor zdecydowanie był osobą, którą obdarzył największą sympatią. O ile sympatią można darzyć osobę, która Cię porwała. — odezwał się w myślach. To brzmiało prawie jak zbyt szybko pojawiający się syndrom sztokholmski.
— O jakich faktach mówisz? — zapytał, nie do końca rozumiejąc intencje Connora.
— Nie myśl, że Rico o cokolwiek mnie prosił… Po prostu wydaje mi się, że przez najbliższy czas nie będziesz miał ochoty z nim rozmawiać, a tak się składa, że ten człowiek nie raz mówił mi o tym, jak bardzo żałuje tego, że zostawił Ciebie i twoją mamę. Camille była dla niego wszystkim, ale…
— Connor, poczekaj. — Chłopak opierający się o blat aneksu kuchennego zamilkł, czekając na dalszą wypowiedź Bellamy’ego. — Nie chcę o tym słuchać, nie chcę wiedzieć, co działo się w jego głowie, nie chcę. Jedyne, czego chcę w tej chwili to wrócić do domu. Oderwaliście mnie od normalnego życia, które w końcu zdążyłem sobie poukładać. Nie chcę tego wszystkiego, nie chcę prowadzić jakiegoś ośrodka wypoczynkowego dla likantropów, chcę po prostu położyć się we własnym łóżku i zapomnieć o tym, co się tutaj wydarzyło, o tym, że w ogóle spotkałem swojego ojca.
Obserwował jak Connor zaciska wargi w cienką kreseczkę. W tej chwili nie obchodziło go, że sprawił mu przykrość. Skoro oni mogli stawiać go w tak trudnej sytuacji, dlaczego miałby nie móc choć troszkę odwdzięczyć się niemiłymi odzywkami.
— Obawiam się, że nie możesz wrócić do domu, Bell… Wiem, że postrzegasz to jako porwanie, może nie chcesz tutaj być, ale daj nam kilka dni, spróbuj zrozumieć, dlaczego Rico cię tutaj sprowadził i obiecuję, że jeśli po tym wszystkim nie będziesz chciał tutaj zostać, przetransportuję cię z powrotem do Hogwartu.
***
Przez dwa kolejne dni nie odezwał się ani słowem do swojego ojca. Może nawet nie powinien mu uwierzyć, że faktycznie łączą ich więzy krwi, ale gdy tylko na niego patrzył widział te wszystkie podobieństwa. Choć starał się go raczej unikać i po prostu na niego nie patrzeć. Kiedy Rico pojawiał się na horyzoncie, Bellamy odwracał się na pięcie i odchodził. Spacerował po lesie, oddychał świeżym, niezmąconym niczym poza nieprzyjemną atmosferą powietrzem. Dotleniał swój organizm, starając się wymyślić plan ucieczki.
Wieczorem kolejnego dnia, który pomimo wszystkich aspektów związanych z porwaniem, czuł się nie najgorzej. Nie widział nigdzie Enrico, a to dzięki temu, że wyjechał z „ważną sprawą” i miał wrócić w środku nocy. Siedząc w salonie Connora, który jak się okazało był uznany za najlepsze miejsce spotkań paczki animagów, sącząc z butelki piwo kremowe, Bellamy przysłuchiwał się rozmowie Jamesa i Shawna, omawiających nową taktykę sprawowania opieki nad młodymi wilkołakami. Z kuchennej części domku dolatywały do niego cudowne zapachy pieczonego ciasta. Tristan zachwycony swoim dziełem, nie odrywał wzroku od okienka w piekarniku. Nie można było do niego dotrzeć, bo był zbyt zajęty wydawaniem z siebie ochów i achów. Connor nie wtrącał się do ożywionej rozmowy, skupiony na przeglądaniu Proroka Codziennego.
Znudzony słuchaniem Bellamy, podniósł się ze swojego miejsca i pomimo możliwości spędzenia wieczoru w miłym towarzystwie, z kawałkiem szarlotki i kremowym piwem w dłoni, postanowił zarzucić na siebie bluzę Connora i bez słowa opuścić drewniany domek. Dostrzegł światła w kilku innych mieszkaniach, zauważył Boba, który był jednym z wilkołaków na stałe należących do Benevolens Lupus. Siedział na werandzie, paląc fajkę i bujając się na starym, wiklinowym fotelu. Mężczyzna zauważywszy chłopaka, pomachał mu wesoło, a jeden z jego srebrnych zębów błysnął w świetle wiszącej na werandzie lampy. Bellamy skinął tylko głową, kierując się ku ścianie lasu. Przez te kilka dni zdążył nauczyć się poruszania po tym miejscu, w gęstwinie drzew odnalazł jezioro ze starym, skrzypiącym pomostem, na którym przesiadywał całymi godzinami pośród ciszy nocy, w towarzystwie kurczącego się księżyca.
Usiadł na zwilgotniałych deskach, które ugięły się pod jego ciężarem i ułożył dłonie za sobą, aby przenieść cały ciężar ciała właśnie na nie i w spokoju móc obserwować księżyc. Kiedy na niego patrzył, czuł się jakby bliżej domu. W końcu wyglądał on tak samo zarówno z okna wieży Gryffindoru, jak i z mieszkania jego mamy w Londynie, ale tutaj… tutaj wydawał się być bardziej prawdziwy. Wśród drzew, z migocącymi jasno gwiazdami, nie przyćmiewanymi blaskiem ulicznych lamp. Tak strasznie tęsknił za domem, tak strasznie pragnął wrócić do Hogwartu.
Nie wiedział jak wiele czasu minęło od kiedy tu przyszedł, ale księżyc zdążył przesunąć się bliżej czubków drzew, a on sam zmarzł nieco i poczuł zmęczenie. Wpatrując się żałośnie w lśniący księżyc, nie usłyszał nawet cichego skrzypienia pomostu.
— Connor mówił, że Cię tu znajdę — usłyszał za sobą znajomy głos.
— Czego chcesz? — odpowiedział beznamiętnie, nawet nie spoglądając przez ramię. Nie miał ochoty na rozmowę z Enrico.
— Rozumiem, że jesteś na mnie wściekły… Masz do tego pełne prawo, ale ja też miałem swoje powody, by Cię tu sprowadzić. — Mężczyzna usiadł koło niego, nogi zwieszając nad wodą. — Bellamy, jestem poważnie chory. — Przerwał na moment, jego głos zawiesił się, jednak młody chłopak, niewzruszony tą informacją, nawet nie spojrzał na swojego ojca. — Nie mam pojęcia jak wiele czasu mi pozostało, ale staram się przedłużyć swoje dni. Pragnąłem Cię poznać, naprawdę, nie tak jak próbowałem tego dotychczas, podglądając Ciebie i Twoją matkę. Wiem, że to egoistyczne, wiem, że nie uda mi się zwrócić ci tych lat beze mnie, ale spróbuj zrozumieć… Poza tym, Benevolens Lupus… To miejsce nie może istnieć bez kogoś, kto wie na czym to wszystko polega. To miejsce potrzebuje kogoś, kto rozumie czym są przemiany, kto wie jak sobie z tym radzić. Chłopcy nie podołają temu zadaniu…
Cisza zaległa między tą dwójką. Atmosfera była napięta niczym struna, która została zbyt mocno naciągnięta przy nastrajaniu. Wystarczyło tylko lekko szarpnąć, aby pękła.
— Więc co? Oczekujesz, że ja się tym zajmę? Czemu? Czemu to nie może być Bob? Czemu nie możesz znaleźć innego wilkołaka, który zaopiekuje się tym miejscem? Tylko dlatego oderwałeś mnie od codziennego życia, od mojego życia, które tak skrupulatnie próbowałem ułożyć? — odezwał się, póki co spokojnie, pilnując swoich emocji. Nie potrafił być przy tym człowieku kimś drobnym i uroczym. Przebywanie w towarzystwie Enrico wiązało się z nagłym włożeniem maski silnego, zbuntowanego młodego człowieka, któremu nie w głowie rumieńce i nerwowe przygryzanie wargi. — Nie jestem twoim pionkiem, nie masz prawa mną kierować!
— Wiem, Bellamy — odparł spokojnie mężczyzna. — Wiem, ale zrozum… W ten sposób możesz pomóc nie tylko sobie, ale i wielu innym osobom, tak podobnym do Ciebie. Możesz stać się przewodnikiem i opiekunem. Wiem, że to wymaga wiele cierpliwości i odwagi, ale wiem też, że ty ją posiadasz. Wychowałeś dzikiego lisa, radziłeś sobie z przemianami przez osiemnaście lat, chłopcze, jesteś idealnym kandydatem na to miejsce.
— Mam tak po prostu zrezygnować ze szkoły? Z siebie i poświęcić się temu całemu interesowi, bo ty tak chcesz? Bo jesteś umierający i nie chcesz przekazać władzy nikomu innemu, tylko swojemu prawdziwemu synowi? Trzeba było nie uciekać osiemnaście lat temu, może wtedy pomógłbym Ci bez problemu. — Podniósł się i spojrzał z góry na swojego ojca. Gdyby nie żywił do niego tak ogromnej nienawiści, pewnie postrzegałby go jako ideał. Silny, męski, oaza spokoju. Autorytet godny naśladowania.
— Poczekaj — dłoń mężczyzny zacisnęła się na przegubie Bellamy’ego. — Zanim powiesz „nie”, pozwól mi kogoś Ci przedstawić. Chciałbym, żebyś kogoś poznał, możesz chociaż to dla mnie zrobić? Jeśli… Jeśli po tym spotkaniu uznasz, że nie chcesz tu być, pozwolę Ci odejść, Connor bezpiecznie odwiezie Cię do Hogwartu. W porządku?
Głośne westchnięcie uleciało spomiędzy spierzchniętych warg chłopaka. W odpowiedzi kiwnął tylko głową i szarpnięciem pozbył się zaciśniętych na przegubie palców swojego ojca.
***
Ranek nastał zdecydowanie zbyt szybko, Bellamy przekręcił się w łóżku należącym do Connora i stłumił ziewnięcie. Powoli, by nie wywołać zawrotów głowy, wygrzebał się z ogrzanej jego ciałem pościeli, stawiając stopy na podgrzewanej, drewnianej podłodze domku. Zaciśniętą pięść uniósł do twarzy, by potrzeć nią zaspane oczy.
— Dzień dobry, Bell. Jak się spało? — usłyszał znajomy głos. Skierował twarz w kierunku fotela, w którym siedział skulony chłopak, zaciskający palce na parującym kubku.
— We własnym łóżku byłoby lepiej — odburknął, podchodząc do kuchennego blatu, by nastawić wodę na kawę.
— Widzę, że humorek z rana doskonały — prześmiewczo odpowiedział Connor. — Wnioskuję, że kolejna rozmowa z Rico też nie przeszła najlepiej. Bell, naprawdę nie chciałbym Cię do niczego namawiać, ale ten człowiek… naprawdę wiele dla niego znaczysz, nie odtrącaj go, spróbuj przebaczyć mu jego błędy. Robi naprawdę wiele, aby choć trochę odpokutować za swoje grzechy.
— Ty też? — warknięcie wydobyło się z gardła Bellamy’ego. Było tak nieprzyjemne, niemal zwierzęce, że sam poczuł się z tym nieswojo. — Przepraszam. — Dodał ciszej, zwieszając głowę. — Nie chciałem Cię przestraszyć, czy coś… Po prostu nie rozumiem czemu ciągle go bronisz, zostawił mnie zanim się urodziłem, nie pomógł mojej mamie w żaden możliwy sposób…
Connor westchnął cicho, przecierając twarz dłonią. Był wyraźnie zmęczony, zanim zdążył się odezwać, kolejne słowa wypłynęły z ust Bellamy’ego.
— Spałeś coś w ogóle?
W odpowiedzi pokręcił głową. — Niedawno wróciłem, Rico prosił, abyś przyszedł do jego domku, jak tylko się obudzisz — oznajmił sennym głosem, uśmiechając się pociesznie.
Bellamy skinął tylko głową, przypominając sobie prośbę Enrico i z ociąganiem ubrał na siebie rzeczy z poprzedniego dnia, nie kwapiąc się, by poszukać czegoś świeżego. Kiwając na pożegnanie śpiącemu Connorowi, opuścił jego domek, a swoje kroki skierował ku jednemu z kilkunastu drewnianych budynków. Jeszcze nigdy nie odwiedzał swojego ojca, choć Connor zdążył go poinformować, gdzie dokładnie mieszka. Wciskając dłonie głęboko w kieszenie szarej bluzy przemierzył kilkadziesiąt metrów, napawając się porannym lśniącym słońcem, ogrzewającym jego blade policzki. Głośne westchnienie uleciało spomiędzy jego warg, gdy pokonał schodki prowadzące na ganek domku i zapukał delikatnie do drzwi. Po dłuższej chwili, te stanęły przed nim otworem, ukazując wyraźnie zmęczoną twarz jego ojca.
— Cieszę się, że przyszedłeś. — Blady uśmiech zamajaczył na twarzy mężczyzny. — Wejdź, chciałbym Ci kogoś przedstawić.
Mimo targających nim obaw i kotłujących się myśli, Bellamy przekroczył próg domku, urządzonego tak samo jak ten, w którym mieszkał wraz z Connorem. Dostrzegł siedzącą przy stole drobną postać. Chłopak, który podniósł się ze swojego miejsca, wydawał się być jeszcze bardziej kruchy, niż Bellamy kiedykolwiek był. Pierwsze, co zauważył, to duże, niebieskie oczy, przepełnione smutkiem i jakby strachem.
— Bellamy, poznaj Nicolasa, jest mugolem i pół roku temu został pogryziony przez wilkołaka.
_________________________________
Nie pogryźcie mnie! Tekst nie betowany. 

4 komentarze:

  1. Nie wiem jakim sposobem, ale umknęła mi pierwsza część tej historii :( Teraz pochłonęłam obie na raz i jestem zachwycona. Bardzo fajnie piszesz, tak klimatycznie i tylko chce się więcej. Naprawdę czekam na więcej ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałam w pierwszej kolejności nadrobić pierwszą część opowieści, bo mnie tutaj nie było, gdy ona powstała. Szczerze, muszę powiedzieć, że nie mam pojęcia co Ci napisać. Całość jest świetna, masz naprawdę wspaniały styl pisania no i cała historia, jest świetnie wymyślona. Podziwiam i odrobinkę zazdroszczę, takiego talentu! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nadrobiłam w końcu obie części i fajnie byłoby przeczytać kolejną. Jedno końcowe zdanie, a tak intryguje, szczególnie osoba Nicolasa. Życie mugolskiego wilkołaka wśród innych likantropów musi być ciekawe, chociaż pewnie nie łatwe :D
    Podobało mi się bardzo, przyjemny styl i chyba najbardziej podziwiam za autentyczność tych wszystkich dialogów ;]

    OdpowiedzUsuń
  4. I mi się udało nadrobić obie części! Chociaż zrobiłam to już wczoraj, to zanim zdążyłam skomentować to padłam i obudziłam się dopiero dzisiaj. No ale, nieważne. Ważne jest to, że ja chcę kolejną część! Te dwie bardzo przyjemnie się czytało i również jestem ciekawa Nicolasa, szczególnie tego, jak sobie radzi/poradzi z wilkołactwem jako mugol :) A Bellamy'emu nie dziwię się, że jest wściekły na ojca, każdy by chyba był. Ale czas leczy rany, podobno.
    Ogólnie znalazłam kilka błędów, ale jak na tekst nie betowany jest ich naprawdę mało, więc nie ma co się przejmować! Szczególnie, że były to jakieś drobnostki, ale nie chce mi się teraz ich szukać, bo leń ze mnie.

    OdpowiedzUsuń