Let me take you for a joyride. I've got some candy for you inside.


Dare to wear the foolish clown face.

maj, 2022r. 
kłamstwo

To było nawet całkiem zabawne.
Étienne siedział w Wielkiej Sali, przeżuwając już zimną owsiankę, jednocześnie oddając się wątpliwej przyjemności porannej pogawędki z uczniami Ravenclaw'u. Ot, zwykła rutyna, przez którą przechodził każdy człowiek na tym świecie, gdy tylko znalazł się w grupie ludzi — trochę narzekania, trochę wspomnień dnia poprzedniego, kilka plotek, marne żarty i wylanie z siebie ogólnej niechęci do jakiejkolwiek pracy.
Chłopak uśmiechał się i odpowiadał spokojnie, z typową dla siebie rezerwą, ale też nie okazując nikomu zbędnego zainteresowania. W stosunkach z innymi cenił sobie szczerość, a że szczerze nie obchodziło go, co ci mają do powiedzenia, zwyczajnie o to nie prosił.
— Lévesque, jak, na Merlina, wydostałeś się dzisiaj ze swojej sypialni?! — Donośny głos zabrzmiał tuż za jego uchem. Joshua, szesnastoletni prefekt Gryfonów, który chyba nigdy nie zapoznał się do końca z pojęciem delikatności, klepnął go w ramię, po czym wybuchnął śmiechem.
Drzwiami, pomyślał, odwracając głowę w jego stronę.
— Była otwarta.
— Była? — Gryfon wyglądał na zdezorientowanego. Étienne kiwnął powoli głową, unosząc brwi, a na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech, który za każdym razem wywoływał u ludzi identyczną reakcję. — Ano, możliwe, że zapomniałem sobie wczoraj... Słuchaj, ale nie wspominaj o tym naczelnemu, bo znowu będzie się czepiał, okej?
— Nie ma sprawy.
— Dobra, to na razie, do zobaczenia wieczorem.
Ludzie szybko się przyzwyczajają, i to na tyle, by w pewnym momencie zacząć obierać dany fakt za pewnik, w ogóle się nad nim nie zastanawiając. Teoretycznie nie można odmówić logiki takiemu myśleniu, niestety w praktyce owa statystyka nierzadko znajduje pokrycie.
I jeszcze jedno — granie ofiary zawsze popłaca.



grudzień, 2011r. 
tajemnica

Anabelle Gibbs była zmęczona, cholernie zmęczona. Oparła głowę ścianę, przyglądając się starej tapecie w kwiatowe wzorki i starając się przy tym nie myśleć o niczym chociaż na sekundę, do następnego wezwania.
Praca w sierocińcu okazała się o wiele bardziej męcząca, niż na początku przypuszczała. I mimo tego, że starsza kobieta, która ją przyjmowała, nie starała się przedstawić jej obowiązków w samych superlatywach, Ana mimochodem, gdzieś z tyłu głowy, wytworzyła sobie zupełnie inny obraz tej posady. Była dziewiąta wieczorem, a ona już od godzinny powinna być w domu.
Zerknęła z ciekawością w stare lustro. W korytarzu panował półmrok, ale i tak bez problemu była w stanie dostrzec bladość swojej cery i sine worki pod oczami. Poza tymi drobnymi mankamentami, nie dało się do niczego przyczepić. Długie, kręcone włosy sięgały jej do połowy pleców, a drobny kucyk z zebranych nad czołem pasemek dodawał jej uroku. Duże, orzechowy oczy, chociaż zmęczone, błyszczały wesoło, a czerwone usta wyglądały, jakby zawsze były gotowe do uśmiechu. Dzieciaki ją uwielbiały.
Problem w tym, że Ana dzieci wcale nie lubiła. Postanowiła sobie już parę lat temu, że po studiach przepracuje rok w sierocińcu, a potem uwolni się od swojego przyrzeczenia i będzie mogła w spokoju iść przez życie bez wyrzutów sumienia. Pan Krauze uważał to za głupotę, ale zwykł nie odmawiać głupot swojej podopiecznej, o ile nie kolidowało to z jego osobistymi interesami.
Anabelle, a raczej Keith Waller, pochodziła z biednej rodziny, o czym niewiele osób wiedziało. Zawsze ubrana w dopasowane, idealnie podkreślające smukłą sylwetkę garsonki Chanel, na pytania dlaczego zdecydowała się na pracę w sierocińcu, odpowiadała z uśmiechem, że przez całe życie czuła potrzebę spełnienia tego obowiązku. W zamian za to dostawała jedynie uznanie. Wszystko, czego mogłaby sobie zażyczyć.
I chociaż rzeczywistość nie przedstawiała się tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać, to i tak mocno kontrastowała z przeszłością.
Zakochała się raz, jeszcze w liceum. W chłopaku, który reprezentował wszystko, od czego chciała uciec, gdy tylko jako dziecko uświadomiła sobie, że rodzinne ognisko zamieniło się w górę spopielonych szczątków. W chłopaku, który ją szantażował, który ją zdradzał, wykorzystywał, wyciągał to, co w niej było najlepsze — i co najśmieszniejsze, czuła się w tym związku dobrze. Obserwowała w końcu identyczną relację przez dobre kilkanaście lat.
Prawdopodobnie gdyby nie to, że zaszła z nim w ciąże, jej życie niewiele by się zmieniło. Po trzech miesiącach niepewności wyjechała na wieś, do starego domu dziadków od strony ojca, i dopuściła się czynu, który prześladował ją po dziś dzień, a do którego nikomu się nie przyznała, bo nawet nie miała okazji — Keith zniknęła dokładnie w tym samym momencie. Pakowała walizki już jako inna osoba. Przygotowała się na tę chwilę.
Zastąpiona przez długonogą kokietkę Anabell, brylowała wśród londyńskiej elity. Odkryła, że w wielkim mieście nikogo nie interesuje twoja przeszłość, o ile zachowasz pozory i poznasz odpowiednich ludzi. A po kilku latach do dźwięku odpinanej sprzączki pana Krauze zdążyła nawet przywyknąć.
— Ann? — Głos przełożonej poniósł się echem po korytarzu. — Jak chcesz, możesz sobie uciąć drzemkę w dwunastce, jest pusta. Potem się zmienimy.
— Na pewno?
Starszej kobiecie wystarczył rzut okiem na twarz Gibbs.
— Obudzę cię za godzinę.

***

Nie lubiła sypiać w tym zimnym, niedostępnym miejscu. Sierociniec umiejscowiony w starej kamienicy mógł bez przeszkód zostać wykorzystany jako plan zdjęciowy wysokobudżetowego horroru — zaczynając od podartych tapet, kończąc na skrzypiących, drewnianych łóżkach, wszystko zdawało się tu być nawiedzone.
Jeszcze miesiąc, pomyślała, przykrywając się kołdrą.
Oddychała miarowo, czując, jak powoli morzy ją sen. Deszcz padał przez cały dzień, ale teraz ustał, i jakby specjalnie na jej życzenie, w całym budynku panowała cisza, niezmącona przez chociażby jeden płaczliwy, domagający się uwagi głosik. Ogarniał ją ten przyjemny stan, gdy myśli wirowały swobodnie w głowie, a ciało z każdą sekundą wydawało się lżejsze.
Krótkie skrzypnięcie otwieranych drzwi automatycznie wybudziło Ann z błogiej mrzonki. Oparła się na łokciach, starając dostrzec, kto stoi w korytarzu, a w dodatku śmie zakłócać jej krótką chwilę spokoju. Zrzucając winę na przeciąg, znów ułożyła głowę na twardej poduszce.
Mówiłam jej, żeby zamykała te cholerne okna na noc.
Gdy do jej uszu jednak doszedł dźwięk szurania nóg po podłodze, nie otworzyła oczu. Spanikowała. Być może przez atmosferę tego miejsca, być może przez to, że wokół panował mrok, ale strach sparaliżował ją w jednej chwili. Nie śmiała poruszyć się ani odrobinkę, a nocny gość podchodził coraz bliżej jej łóżka.
— Keith?
Anabell zerknęła w końcu w bok, z ulgą orientując się, że stoi przy niej jedynie mały Étienne, pięciolatek, którego ktoś podrzucił do domu dziecka niespełna rok temu. Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo, a on zaraz wdrapał się na łóżko, by potem ułożyć się obok i opleść ręce wokół jej szyi, gotowy do snu. Leżeli tak przez moment.
Nagle dziewczyna wzdrygnęła się, oglądając w prawo w kierunku Étienne. Nie spał, nie wydawał się też wystraszony, patrzył po prostu na nią, dalej zaciskając drobne paluszki na jej szyi.
— Wiem, co mu zrobiłaś, Keith — wyszeptał.



październik, 2022r. 
ciemność

Stała w drzwiach przez jakiś czas, nie mówiąc zupełnie nic. Próbowała się uśmiechnąć i choć była dziewczyną pogodną, o czystym sercu, o pozytywnym spojrzeniu na świat, to kąciki jej ust zaledwie drgnęły delikatnie ku górze.
— Twoja komnata będzie otwarta... Przez jakiś czas. Po prostu będziemy robić zmiany przez całą noc, żebyś nie został sam.
— Dyrektor tak bardzo boi się Mrocznych?
— Étienne... A co, wolałbyś zostać zamknięty w pokoju, gdyby weszli do zamku?
— Mam być szczery czy taktowny?
Cisza.
— Nie obchodzi mnie to, Janet. Po prostu.



maj, 2015r. 
historia

Ściany wyłożone boazerią nadawały szpitalnej sali wygląd niemal domowy, a kwiaty w wazonie, zaczarowane, by nigdy nie wysychały, pachniały tak intensywnie, że w całym pomieszczeniu unosił się słodki aromat wiosny. Atmosfera tego miejsca była pocieszna, nawet radosna. Przynajmniej do takiego wniosku doszedł chłopczyk siedzący na pryczy, który właśnie kręcił głową, wodząc wokół wzrokiem, jakby starał się zapamiętać każdy fragment swojego nowego pokoju.
Wsunął pod nogi zmarznięte ręce, a stopami kręcił kółka w powietrzu, bo był na tyle niski, że nie sięgał nimi do podłogi. I właśnie tak go zastał dziesięć minut później pracownik szpitala.
— Jak ci się tu podoba? — Mężczyzna miał przyjemny, niski głos. Lévesque uśmiechnął się do niego. — Jestem Brook, mam cię dzisiaj pilnować.
— Dzięki, Brook. Podoba mi się bardzo.
— A nie chciałbyś się rozejrzeć trochę po ośrodku?
Chłopczyk zeskoczył z łóżka, podał nowemu znajomemu rękę i wyszli.
— Zostanę tu długo?
— Nie, na pewno nie na długo... Może na parę tygodni, zobaczymy.
Lévesque uniósł głowę, uśmiechając się kolejny raz. Nie przeszkadzało mu, że Brook kłamie.

***

Wiele rzeczy okazało się być interesującymi. W głowie chłopaka wirowało mnóstwo pytań, których jednak bał się wypowiedzieć na głos w strachu przed byciem źle zrozumianym lub wziętym za dziwaka. Na przykład, ciekawiło go, dlaczego dorośli w rozmowie z nim nigdy o Mungu nie wyrażali się słowem "szpital", chociaż nie było żadnych wątpliwości pod względem tego, gdzie się znajdowali.
Étienne wiedział, że jest w szpitalu i wcale mu to nie przeszkadzało.
Drugą ciekawostką, a był to kolejny raz, kiedy nasuwała mu się taka refleksja, okazał się fakt, iż wszyscy ludzie, których spotykał, odnosili się do niego z ogromną życzliwością. W sierocińcu się to nie zdarzało, tam każdy był traktowany identycznie. I choć dziecko miałoby problem z określeniem czegoś takiego jak przywileje, Étienne już w pierwszym dniu pobytu zrozumiał, co to znaczy.
Największą sensacją, a nie jest to chyba dziwne, okazali się pacjenci. Niektórzy przerażali chłopaka w sposób, którego nigdy wcześniej nie poznał, i podobało mu się to. Kiedyś bał się pająków, bał się, gdy ze Stanley'em, jego przyjacielem, wymknęli się kiedyś wieczorem z łózka w sierocińcu, żeby iść do piwnicy, w której straszyło, bał się ciemności, bał się burzy i krzyku pana, który uczył matematyki.
Nigdy strach przez drugim człowiekiem nie wypędzał powietrza z jego płuc. Nigdy nie paraliżował, nie powodował, że jego serce fruwało. Nigdy wcześniej nie zatrzymywał czasu, nie opanowywał ciała. Nigdy wcześniej nie sprawiał, że chciał się do jego źródła zbliżyć, i bać się bardziej, szukając tej słodkiej granicy, i badać, czy ona naprawdę istnieje, i bać się tak bardzo, by przestać się bać.
Coś wtedy w jego oczach się zmieniło na zawsze.
Odział zamknięty Janusa Thickeya nie pozostawiał przyjemnych wspomnień nikomu, kto zaznał normalnego, rodzinnego ciepła — czy to pacjentom, czy ludziom przychodzącym z odwiedzinami. I nie musiał.



październik, 2023r. 
miłość

— Więc co z tym wypracowaniem?
Margaret Simpson była chuda. Miała małe cycki, a przy tym ładny, okrągły tyłek, i kiedy po lekcjach zamieniała czarne, szkolne szaty na zwykłe dżinsy i obcisły szary golf, nie dało się znaleźć ucznia powyżej czternastego roku życia, który tęsknym wzrokiem by się za nią nie obejrzał. Nabyła nawyku zakładania swoich krótkich, jasnych włosów za uszy i robiła to średnio co kilka minut, szczególnie, gdy się denerwowała. W ciągu pół godziny spędzonej z Étienne'em przy stoliku w kawiarni w Hogsmeade zrobiła to szesnaście razy.
— Trzeba je napisać — odpowiedział cicho, sięgając po kubek kawy. Czarna, bez cukru. Smakowała, według chłopaka, jak wyciąg ze skarpetek noszonych przez tydzień, ale pił ją z tego samego powodu, przez który palił czasem papierosy. Idea. Głupota. Można polemizować.
— Wybrałeś jakiś temat?
— Myślałem o Felix Felicis. O tym, dlaczego w ważnych wydarzeniach historycznych eliksir, który zapewnia powodzenie każdemu czarodziejowi, został tak bezsensownie pomięty. Jakby na chwilę zapomnieli, że istnieje i... — Margaret sięgnęła ręką po stole i mimochodem, prawie przez przypadek, musnęła nią dłoń chłopaka. — Przepaścili szansę na wygraną. A ty o czym myślałaś?
— O tobie.
Miała wąskie oczy, zielone, takie kocie, choć jeszcze nie do końca nauczyła się wykorzystywać magię ich spojrzenia. Nie uśmiechała się, on też się nie uśmiechał. Po prostu patrzyli na siebie, nie mówiąc ani słowa, bo obojgu nie było to zwyczajnie potrzebne.
Kiedy nachylił się nad stolikiem, by ją pocałować, oparła dłoń o jego ramię i trzymała tak przez chwilę. A potem, nagle, bez wahania, sama go pocałowała.



styczeń, 2024r. 
siła

Słońce zaszło, mróz szczypał w policzki. Drobinki świeżego śniegu błądziły we włosach chłopaka, który przysiadł na skraju jeziora, zupełnie sam, bo też niepodobnym wydawał się fakt, by ktoś w taką pogodę i o tej porze mógł wyściubić nos z zamku. Tafla wody sprawiała wrażenie niekończącej się ciemności, a przyległa ściana lasu potęgowała tylko nieprzyjemną aurę. Całe szczęście — a może i nieszczęście — Étienne nie przyszedł tu po to, by oddać się pozytywnym rozmyślaniom, bo atmosfera tego miejsca zdecydowanie temu nie sprzyjała.
Nie trwało to długo. Chłopak zacisnął dłonie w pięści, a jego ciałem wstrząsnął gwałtowny szloch. Spuścił głowę, przymykając mocno oczy, jakby próbował zmusić swój organizm do współpracy, ale kolejne krople łez jedynie udowadniały, że kompletnie nad sobą nie panował. O ironio, to był przecież powód jego płaczu.
Nawet najmocniejsza tkanina ciągle szarpana w końcu da za wygraną, przerwie się. Étienne Lévesque rzadko się łamał, a postronnemu obserwatorowi mógłby się nawet wydawać człowiekiem-skałą, takim, który nie pozwala emocjom wziąć góry. Kłamstwa powtarzane dzień w dzień stały się prawdą i choć nieczęsto powracały, za każdym razem siały coraz większe spustoszenie.



grudzień, 2023r. 
prawda

— Margaret płacze przez ciebie cały czas.
— Ludzie czasem płaczą, Janet. Szczególnie, gdy się ich zostawia.
Leżeli, jak zwykle o tej porze dnia, na strychu wieży zegarowej. Rok temu, po wyrzuceniu z Mrocznej Wieży przez woźnego, który chyba do tej pory zwiedzał ją tylko po to, by powspominać czasy swej młodości i wczesnych lat pracy w Hogwarcie, zostali zmuszeni do poszukania sobie nowego schronienia. A w kim szukać detektora szkolnych kryjówek, jak nie w osobie prefekta naczelnego siódmego roku? Janet O'Conor, nocny stróż Étienne'a.
Sądząc po wyrytych na drewnianych ścianach imionach, datach, serduszkach i innych oznakach inwencji twórczej, nie byli pierwszymi użytkownikami tej zacnej skrytki. Wchodziło się tu po specjalnej drabince, która wysuwała się tylko wtedy, gdy stuknęło się w odpowiednią belkę na samym dole wieży. Lévesque nie miał pojęcia, jak dziewczynie udało się odkryć to miejsce, ale wolał nie pytać. Jak w przypadku mugolskich sztuczek iluzjonistycznych — bał się, że magia zniknie, gdy pozna jej źródło.
Na jedną ścianę składało się duże okno, które otwierali zawsze, nawet w zimę, bo rozciągający się stamtąd widok po prostu zasługiwał na uznanie, nawet, gdyby mieli odmrozić sobie przez to kończyny. Zresztą, nieskończone ilości magicznych płomyków, które lewitowały swobodnie w powietrzu, skutecznie ich przez tym chroniły.
Miejsca było malutko, ale wystarczająco, by dwie osoby mogły położyć się na kocu. Leżeli tak, plecami do góry, opierając się brody na zawiniętych rękach, i patrzyli przez okno, co jakiś czas się odzywając. Dla obu był to jeden z przyjemniejszych sposobów spędzania wolnego czasu.
— I tak uważam, że to, co zrobiłeś, było okropne. Jak mogłeś zostawić ją tak z dnia na dzień? — Brunetka sięgnęła po kubek z kawą. Chcąc jednocześnie posłać Étienne'owi oskarżające spojrzenie, wylała część napoju na i na koc, i na siebie.
— Masz zdrowe końcówki włosów, stosujesz jakieś odżywki?
— Mówię poważnie!
— Jak mam traktować poważnie kogoś, kto nie potrafi trafić kubkiem do ust?
— Étienne, jak Boga kocham, jeszcze chwila, a reszta tej kawy wyląduje na twojej twarzy. I wiesz, że nie żartuję.
— No dobra, posłuchaj mnie — powiedział w końcu zrezygnowany, przeczesując włosy i zbierając tym samym przydługawą grzywkę w tył. Nawyk. — Zakochałem się w niej. I przeszło.
Cisza, zero reakcji.
— Janet, zakochanie to tylko chemia. To pociąg do drugiej osoby, to czyjaś fizyczna atrakcyjność, która powoduje ból brzucha, brak apetytu, niezdolność do logicznego myślania i całą masę innych rzeczy, które... są piękne. Tak, są wspaniałe. Zakochanie i to, co odczuwasz w związku z nim, powoduje euforię nieporównywalną chyba do czegokolwiek innego na świecie.
— I co?
— I to, że u różnych osób to uczucie gaśnie w różnym odstępie czasu. Czasem trwa na tyle długo, że ludzie się do siebie przywiązują, zaczynają budować przyjaźń, i jeśli są na tyle dojrzali, zostają ze sobą, mimo braku tej chemii. A ten brak poglębia się i pogłębia, i pogłębia coraz bardziej. I będzie, bo tak już jest. Jak myślisz, dlaczego ludzie zdradzają? Nie można fascynować się drugą osobą do końca życia, bo nawet w przypadku miłości niespełnionej emocje w końcu opadną.
Janet kiwnęła powoli głową, upijając kolejny łyk kawy. Tym razem udało jej się trafić kubkiem do ust.
— I tak, zostawiłem ją. Sprawiłem, że cierpi. Tylko, zastanów się, to moja wina, że obudziłem się pewnego dnia, zobaczyłem ją i poczułem w środku pustkę? Nigdy nie będziemy mieć wpływu na to, co czujemy, a ja niestety nie urodziłem się emocjonalnym samarytaninem, który poświęca własne szczęście dla czyjegoś. I na pewno nie jestem na tyle dojrzały, by trwać w czymś, co nie sprawia mi radości, tylko dlatego, żeby mieć do kogoś otworzyć usta.
— Nie wierzysz w miłość?
— Nie. I tę chwilę to, co ludzie nazywają miłością, wydaje mi się takim nudziarstwem, że nie wierzę, że ktokolwiek się na to pisze.



Koncepcja charakteru pana Lévesque została przeze mnie zmieniona jakiś czas temu i właśnie w ten sposób, tą notką, chciałam trochę przybliżyć Wam jego naturę. Kwestię geniuszu pominęłam z premedytacją, bo... Cóż, wiecie. Ciężko opisywać geniusz, samemu nie będąc geniuszem. 
Jeśli ktoś przeczytał, dziękuję. Jeżeli zamierza zostawić komentarz, również dziękuję. W końcu czas to najcenniejsza waluta.
Nie było mnie przez jakiś czas, zatem wszystkich zainteresowanych prowadzeniem wątku zapraszam o TUTAJ, pod kartę.
Aha, postać Janet do przejęcia!
Duże buziaki!

coup d'état

5 komentarzy:

  1. Przeczytałam! I bardzo się z tego cieszę, bo nie zmarnowałam czasu, a w dodatku mi się podobało ;) Teraz jeszcze bardziej lubię Etienne i trudno, nic z tym nie zrobię, mogę tylko przypomnieć nieśmiało o tym, że miałyśmy tworzyć jakiś wątek. Pozdrawiam :) / Julia, Olivia

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, jestem pod wrażeniem! Bardzo podoba mi się to, jak piszesz; estetycznie również całość prezentuje się nader zgrabnie. Przyznam, co też pewnie zabrzmi głupio (ale co tam), że po przeczytaniu aż nabrałam ochoty na stworzenie własnego opowiadania, więc poniekąd powinnam dziękować. :D Chętnie przeczytałabym więcej tego, co wyszło spod Twej ręki!

    Julie Jenkins | Soleil Yaxley

    OdpowiedzUsuń
  3. Masz ładny, płynny styl pisania, nic się nie wlecze, nic nie ciągnie. Wizualnie również plus, fajnie oddzielone partie tekstu. Lubię przeskoki w czasie, zwłaszcza, gdy akcja jest mimo wszystko spójna, bo wydaje mi się, że to dosyć trudne do opanowania i nie wszystkim ta sztuka się udaje. Zawsze fascynowały mnie nietypowe odchyły od normy, czy to w kontekście psychicznym, czy genetycznym, dlatego też byłam bardzo ciekawa, cóż to z tego Twojego pana wyjdzie w notce. Ogółem jestem na tak, pisz częściej.

    Una i jej autorka

    OdpowiedzUsuń
  4. Nic nie wniosę, ale i tak to powiem. Zachwycam się. Lekkością pióra, długością tekstu, sposobem wyrażania. Siedzę sobie, patrzę i nadziwić się mogę i w ogóle mi się podoba- tak ładnie skrócę, co by się nie rozwodzić za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie umiem za bardzo komentować opowiadać, więc napiszę że przeczytałam i bardzo mi się podobało. Zarówno fabularnie jak i wizualnie, te nieduże i porozdzielane partie tekstu to chyba nawet lepsze rozwiązanie niż jednolita notka. Masz przyjemny styl, pisz więcej, bo Étienne sam w sobie to dobry materiał na kolejne historie, a zwłaszcza ta ze szpitalem i oddziałem zamkniętym mogłaby być interesująca.
    Hugon

    OdpowiedzUsuń