Powitanie bez "dobrze cię widzieć"

Chyba warto zacząć od Pożegnania bez "do widzenia".

Miało jej tu nie być. Nigdy więcej. A tym bardziej miało nie być tu mężczyzny, który stał teraz obok niej. Nie zostawię cię, Ethel. Danego słowa dotrzymał i, mimo, że nie potrafiła mu tego powiedzieć, już była mu wdzięczna całym sercem. Za sam fakt, że był, gdy innych nie było. Za to, że był, choć sam cierpiał. Za to, że choć cierpiał, był dla niej i jednocześnie pozwolił na to, by ona była dla niego. Że nie odmówił jej tej jednej jedynej rzeczy, która sprawiała, że Ethel w końcu nie czuła się bezsilna. Mogła dać przyjacielowi wsparcie, gdy tego potrzebował. I było to jakimś pokrętnym lekarstwem na jej potłuczoną duszę.
Choć z jednej strony była wręcz przekonana, że nie podołałaby temu sama, to przez ułamek sekundy czuła się winna, że niczym nastolatka przed egzaminem, ściska uparcie łokieć mężczyzny, patrząc z powątpiewaniem w stronę domu. Choć dom ten nie wyglądał w żaden sposób upiornie, to Ethel wciąż miała wrażenie, że jęczał z samotności. Wrażenie to potęgował wszechobecny chłód, który ewidentnie wygrywał z wszelkimi próbami ocieplenia jego wizerunku. Choć był drewniany, w niczym nie przypominał wesołej chatki. Wydawał być jednocześnie potężny, jak i dziwnie kruchy, jakby każdy krok wewnątrz po trzeszczącej podłodze nadawał mu nieco niepokojącej natury.
Spojrzała nieco w bok i w górę, szukając jakiegokolwiek potwierdzenia od Mathiasa, że nie popełniają błędu. Jego uważne spojrzenie jednocześnie ją niepokoiło i upewniało. Z ciężkim westchnieniem ruszyła przed siebie, chcąc ostatecznie mieć to za sobą. Przed opuszczeniem szkoły wydawało się jej, że doskonale wie, dlaczego się na to decyduje. Gdy pakowała swoje rzeczy nie mogła wyzbyć się wrażenia, że coś tkwi w tym domu. Że śmierć nie zabrała wszystkiego, co jest ważne dla teraźniejszości. Teraz nie była tego już taka pewna, choć była pełna przeczuć. Głównie tych złych.
Zanim skupiła się na drzwiach wejściowych, przeszła za róg domu, jakby chciała dla uspokojenia spojrzeć na podwórko, które powinno nieść falę przyjemnych wspomnień. Jednak jej uwagę przykuło coś zgoła innego. Przez chwilę wpatrywała się w jedno miejsce na ścianie, marszcząc lekko brwi. Drewniane belki, choć przez lata wytrwale traktowane przez Samuela Covela impregnatem do drewna, w jednym miejscu wciąż sączyły żywicę. Ten dom płakał.
Dotknęła lekko ściany, ale cofnęła dłoń, czując niezastygniętą żywicę na palcach. Zmarszczyła brwi, jakby spodziewała się czegoś zupełnie innego. Jakby chciała dostrzec wreszcie coś magicznego w pustce rodzinnego domu, a tymczasem na opuszkach palców roztarła rozczarowanie.
 — Ethel, idziesz?  z zamyślenia wyrwał ją znajomy głos, więc wzrokiem odszukała jego właściciela. Kiwnęła lekko głową, sobie dodając tym samym odwagi. Wspięła się na werandę po kilku schodkach i przystanęła nagle, niemalże sprawiając, że Mathias odbił się od jej pleców. Poczuła coś. Coś było mocno nie tak. Jakby dreszcz strachu pełznący po kręgosłupie wręcz krzyczał, by zawróciła. Pamiętała wszystko aż za dobrze, przed oczami miała swojego ojca, który umarł jej w ramionach, a któremu pomóc nie potrafiła. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było przeczucie, że dom wcale nie zaznał spokoju, za którym tak płakał. I wtedy to dostrzegła. Jej przerażony wzrok padł na klamkę i zamek w drzwiach. Gdyby teraz zobaczyłaby bogina, najpewniej byłyby nim niedomknięte drzwi. A konkretniej, niezamknięte drzwi, które sama ostatnim razem ze stuprocentową pewnością zamykała. Przełknęła cicho ślinę i sięgnęła po różdżkę, posyłając Mathiasowi spojrzenie, w którym na siłę przerażenie przykryte być miało zwykłą konsternacją, lekkim zaskoczeniem, niczym więcej.
Po wejściu do środka napięcie wcale nie opadło, choć nie spotkała ich żadna przerażająca niespodzianka. Oboje trzymali mocno różdżki, a paznokcie Ethel niemalże wbijały się jej w dłoń. Choć nic się nie wydarzyło, poczuła jakby ktoś zbił ją z tropu. Jakby upiornie uchylone drzwi zapowiadały równie upiorną zasadzkę. Zaczęła bić się z myślami, z jednej strony mówiącymi jej by nie popadała w paranoję, a z drugiej strony krzyczącymi, że nie może pozwolić sobie na uśpienie czujności.
 — Czego tak właściwie szukamy?  usłyszała szept Mathiasa gdzieś po swojej prawej stronie i przeniosła na niego spojrzenie. W jednej sekundzie zdała sobie sprawę z absurdalności swojej odpowiedzi.
 — Nie wiem.  mruknęła, jakby wciąż bała się, że ktoś ich usłyszy.  Muszę sobie jakoś uporządkować to, co się stało. Mam wrażenie, że coś mi umknęło. Coś tak zupełnie oczywistego, że aż niezauważalnego.
Wzrok Mathiasa mówił jedynie tyle, że mężczyzna bardzo chciałby być pomocny, ale zupełnie nie wie jak się za to zabrać. I Ethel nie miała do niego absolutnie żadnych pretensji. Kobieta zaproponowała rozejrzenie się po domu i opowiedzenie mu raz jeszcze wydarzeń, które miały miejsce w dniu śmierci jej ojca, jak również kilka dni potem. Być może Rathmann zwróci uwagę na coś, co umknęło Ethel. Logicznym wydawałoby się rozpoczęcie poszukiwań od pokoju ojca, ale jakoś nie mogła się na to zdobyć. W salonie, w kuchni, w jadalni powietrze było ciężkie i gęste, jakby zupełnie niedawno w domu tliło się jeszcze życie. Mimo ciężkiej atmosfery, Mathias nie mógł powstrzymać się od uśmieszku wpełzającego na jego twarz, gdy weszli do jej dawnego pokoju.
 — Błagam, nie komentuj.  rozejrzała się po pokoju, który nie zmienił się od lat, w związku z czym na ścianach wisiały jej stare zdjęcia, również z czasów szkolnych. Odwróciła wzrok, nie bardzo chcąc patrzeć w tej chwili na roześmiane buzie swoich przyjaciół, którzy wtedy nie zdawali sobie sprawy z czym przyjdzie im się mierzyć w dorosłym życiu.
 — Słuchałaś tego?  spytał Mathias, wyraźnie rozbawiony wskazując palcem na wiszący nad łóżkiem plakat jakiegoś piosenkarza, który zniknął ze sceny muzycznej równie szybko, co się na niej pojawił. Ethel pokręciła tylko głową, nieco zażenowana, próbując ukryć zakłopotanie. Usiadła na łóżku i, uśmiechając się lekko, wlepiła spojrzenie w lustro toaletki przed sobą.
 — Tata zawsze mówił, że żeby zdobyć prawdziwą wiedzę, trzeba spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.  powiedziała na głos, choć wcale nie była pewna dlaczego te słowa przypominały się jej zawsze, gdy siadała przed lustrem. Już miała wstać, gdy nagle zamarła. Popatrzyła uważniej w lustro.
 — Ethel, coś nie tak?  spytał mężczyzna, najwyraźniej zaniepokojony, ale i z pewnym napięciem w głosie, mając nadzieję, że coś wreszcie ruszyło. Kobieta podniosła się i usiadła przed lustrem na krześle, jak zwykle to robiła. Później wstała i znów usiadła dalej od lustra, na łóżku. Obróciła głowę za siebie. Mózg podpowiadał jej, że optycznie coś ewidentnie się nie zgadza.
 — Mathias, czy mógłbyś podejść do tamtej szafki?  spytała, nie ruszając się z miejsca. Nieco zaskoczony podszedł w wyznaczone miejsce.  Otwórz pierwszą szufladę.
Mężczyzna otworzył szufladę. To samo stało się z drugą oraz trzecią. Musiała uchwycić moment, w którym pozory rzeczywistości przestają zgadzać się z odbiciem w lustrze.
 — A teraz przesuń dłoń niżej, jakby pod spód. Widzisz tam jakiś uchwyt?  nie spuszczała wzroku z lustra, w którym odbijał się mężczyzna, zaglądający pod szafkę.
— Ethel, chyba nic tu nie ma...  mruknął, niemalże kładąc się na podłodze.  Czekaj! Mam! oznajmił z wyraźną ekscytacją w głosie. Drobny uchwyt był tak  wąski, że widoczny był dopiero z pewnej odległości, odbity w lustrze pod odpowiednim kątem. Mathias złapał za uchwyt i pociągnął do siebie. Cienka drewniana płytka ustąpiła, a na jego dłoń spadł chłodny, dość ciężki, jak na swoje rozmiary, przedmiot. Covel zerwała się z miejsca i niemal podbiegła do mężczyzny. Przez chwilę oboje gapili się na przedmiot jak sroki.
— To jest... o matko. To przecież zmieniacz czasu.
— To w ogóle legalne? Ethel, co to robi w twoim domu?  spytał kierując na nią zaskoczone spojrzenie ciemnych oczu, a ona mogła mu odpowiedzieć jedynie dezorientacją. Początkową euforię zastąpiła konsternacja i rozczarowanie niejako, gdy oboje zorientowali się, że zrobili naprawdę mikroskopijny krok na przód, a znalezisko pozostawia o wiele więcej pytań, niż odpowiedzi.
Konsternacja uciekła jednak przerażona i schowała się w mroczniejszych zakamarkach ich umysłów, gdy usłyszeli z dołu skrzypiący odgłos. Zamarli, łapiąc za różdżki, Ethel założyła zmieniacz czasu na szyję. Kolejne skrzypnięcie Ethel rozpoznała bez problemu. Drzwi do pokoju ojca. Ruszyła biegiem, zostawiając na ułamki sekund Mathiasa za sobą. Wiedziała, że nie powinna tego robić. Powinna być cicho, powinna być ostrożna. Ale chęć spojrzenia w oczy temu, kto doprowadził do śmierci jej ojca wydawała się jej sprawą pierwszorzędną. Można wyobrazić sobie jedynie jej szok i zdziwienie, gdy zbiegnąwszy na sam dół schodów, stanęła twarzą w twarz z kobietą, która w pierwszej chwili wyglądała jak starsze o ćwierć wieku lustrzane odbicie Ethel.
Gdy Mathias pojawił się na dole, zastygł z otwartymi ustami. Kobieta, na którą patrzyli była wręcz łudząco podobna do jego przyjaciółki, z tym że była starsza, miała krótsze włosy i ciemne oczy. Wszystko inne się zgadzało – podobny wzrost, budowa ciała, wystające kości policzkowe, nos i ten sam wyraz bezbrzeżnego dziwienia. Oczy kobiety były nieodgadnione, jakby z jednej strony była przygotowana na to spotkanie, a z drugiej nie mogła odeprzeć zaciekawienia. Ethel spojrzała na przedmiot, który kobieta trzymała w dłoni. To była różdżka jej ojca. Oczywistość tego faktu uderzyła ją tak, jakby dostała tępym narzędziem w tył głowy. Nie mogła znaleźć tej różdżki po jego śmierci. Ojciec został pochowany bez niej.
 — Halo, jest tu kto?  u drzwi rozległ się kolejny głos, za którym podążyły pary oczu obcej kobiety i Mathiasa. Ethel znała ten głos aż za dobrze. Jakiś czas temu rozpaczliwie prosiła o pomoc tego człowieka. Gdy Mathias podał jej w międzyczasie pomocną dłoń, wahała się czy nie napisać, by tamten jednak nie przyjeżdżał. A jednak duma nie pozwalała jej wycofać się z raz podjętej decyzji. Chyba nie potrafiła przyznać się do tego, że rozpaczliwie poszukiwała przyjaznej duszy, mimo paradoksalnej niechęci, jaką darzyła tego konkretnego mężczyznę. Spodziewała się go, więc wykorzystała moment nieuwagi kobiety.
 — Expelliarmus!  różdżka jej ojca w jednej chwili znalazła się w jej dłoniach. Zaskoczona kobieta spojrzała jedynie na zawieszony u Ethel zmieniacz czasu. Przez ułamek sekundy Ethel miała wrażenie, jakby kobieta chciała jej go zerwać z szyi, ale deportowała się zanim ktokolwiek zdążył użyć jakiegokolwiek innego zaklęcia. Oboje spojrzeli na (nie)proszonego gościa. Michael Carrington stał w drzwiach, wyraźnie zaskoczony, choć oczy błyszczały jak u diablęcia, gdy wietrzył tajemnicę, zbrodnię i czarną magię jednocześnie. Był to człowiek specyficznej urody, która albo niezwykle przyciągała, albo z marszu odrzucała. Miał w zwyczaju marszczyć piegowaty nos, gdy się mu coś nie podobało, ale zawsze był do bólu taktowny. Smarował tosty masłem i dżemem jednocześnie, czego Ethel nigdy nie potrafiła zrozumieć, nie znosił zapachu mokrych, jesiennych liści i z uporem maniaka wymuszał różne rzeczy bezczelnym, świdrującym spojrzeniem. Czasem Covel miała wrażenie, że wie o nim po prostu za dużo.
 — Chyba przyszedłem w samą porę.  mruknął najwyraźniej zadowolony z siebie, omiatając spojrzeniem przedpokój. Wyciągnął do Mathiasa rękę, przedstawiając się.  Ethel, co tu się dzieje?
 — Kto to był? Byłyście jak dwie krople wody.  wtrącił pytanie Rathmann, doskonale rozumiejąc, że przed chwilą zaszło coś, co tylko porozumiewawczo zerkający na kobietę Michael oraz zagubiona i przerażona Ethel mogli mu wyjaśnić. Zapadła niezręczna cisza.
— Ethel, ta kobieta wyglądała zupełnie jak... — rudzielec zaczął z niezwykłą jak na niego ostrożnością, prawdopodobnie zdając sobie sprawę z faktu, że zmarli niecodziennie ot tak wstają z grobu. Kobietę znał tylko i wyłącznie ze zdjęć, ale zawsze był dość śmiały w stawianiu hipotez, więc zerknął na Ethel, która wlepiała wzrok w spoczywający na jej dłoni zmieniacz czasu. Naprawdę chciałby pogawędzić, rozluźnić nieco atmosferę, bo szczerze nie znosił ciężkiego powietrza wokół siebie (swoją drogą zawsze wydawało się mu, obecność Ethel równa się ciężkiemu powietrzu), a jednak perspektywa wyskoczenia z jakimś głupim żartem w takiej chwili wydała się mu absurdalna.
— ... jak moja matka. — szepnęła, czując, że w każdej chwili może osunąć się na podłogę.

__________________________________
Dziękuję Rudej Paskudzie <3
dziękuję również coup d'état, która kiedyś
nakazała mi formatować tekst. Łap ciąg dalszy! :)
Jeśli opowiadanie wykrzacza szablon to przepraszam,
ale nie wiem co z tym fantem zrobić.

4 komentarze:

  1. Twój styl pisania przypomina trochę film grozy, ale chyba właśnie o to chodziło. Zawiało niepokojem, a teraz ja dla rozluźnienia atmosfery mogę powiedzieć, że notka jest jak najbardziej udana. Teraz czekamy na rozwinięcie...

    Scorpius Malfoy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję zatem, że nie odstraszył za bardzo. ;) Dziękuję za ciepłe słowo i witam z powrotem na blogu (choć i ja sama dopiero wróciłam).

      Usuń
  2. Och Ty wiesz co ja myślę. Lubię bardzo Twoje pisanie i mogę je czytać, czytać i czytać tak bez końca, pączku ♥ no i czekam na kolejne części!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo to przykre, że przez dobę post, który zawiera chyba wszystkie elementy cechujące ten dobry, może dostać tylko dwa komentarze.
    Dodam jeszcze, że wyłapałam błąd w pierwszym akapicie: między "mimo" a "że" nie stawiamy przecinka.

    OdpowiedzUsuń