Puk. Puk. Masz ptaszka w głowie. Puk, puk. Cały czas cię dziobie

Adam Lebiediew

   Adam wychował się u wujostwa, rodzice zostawili go zaraz po narodzinach. Lebiediew już więcej razy ich nie zobaczył. Nawet będąc małym chłopcem nie pytał dlaczego jego dwa pierwszorzędne wzory do naśladowania pozwalające na wykreowanie własnej indywidualności od tak go porzuciły, wiedział, że nie są warci zachodu. Po przeprowadzce do Londynu ciężko było mu się odnaleźć w nowym miejscu. Był mały, a jego ukochane wujostwo nie miało tyle sił, by w pełni się nim zajmować, co pozwoliło na to, by Adam w dość młodym wieku wypracował tak trudną sztukę jaką jest odpowiedzialność. Nie narzekał na swój los, można było rzec, że jego samowystarczalność była bardziej rozwinięta niż u dorosłego człowieka. Nauczył się, że nie warto jest ufać innym, nie istnieje coś takiego jak pomoc, a jego ukształtowany spryt i odwaga pozwalają mu na odnalezienie się w wielu sytuacjach. Dopiero Hogwart dał mu poczucie ciepła oraz domowej atmosfery. Nie wracał do wujostwa na święta. Wolał zacisze swojego dormitorium i studiowanie miliona podręczników co pozwoliło mu na zebranie nie lada małej wiedzy.
   Swoje powołanie do Quidditcha odkrył pod koniec pierwszej klasy, gdy zupełnie sam po kryjomu dla zabicia nudy udał się na boisko, gdzie po raz pierwszy samotnie złapał złoty znicz, gdy odkryto jego talent stał się pełnoprawnym członkiem drużyny domu Salazara Slytherina. Adam jest trudny do określenia przez swoją przeszłość. Jego charakter został ukształtowany bardzo specyficznie; nie pomaga, nie współczuje, ze wszystkiego czerpnie zyski tylko dla siebie, potrafi omotać, kłamie, przeklina, jednak co do swojego stanowiska w Hogwarcie i wizja przyszłego nauczania młodzieży OPCM sprawiają, że Adam jest systematyczny, zawzięty, zaborczy, dążący po trupach do celu, nie uznaje czegoś takiego jak porażka, stara się trzymać na uboczu jednak nie odsunie się, gdy ktoś wciągnie ku niemu dłoń, pragnie swoją przyszłą młodzież nauczyć sztuki bycia czarodziejem, a nie zwykłego machania różdżką. Adam posiada ogromny talent jakim jest talent wokalny, który ukrywa, często podśpiewuje sobie samotnie na szkolnej wieży co pozwala mu się zrelaksować i odłożyć uciążliwe myśli na bok.


GALERIA - POWIĄZANIA - INNE


_______________________________________________

Cześć! Wracamy! Chodźcie do Adasia!
Wole wątki krótkie i średnie, choć czasem udaje mi się wyjść poza tą normę, jednakże zależy to od wątku. 
44148056 - gg
Fc: Matthew Noszka
Poprzednia karta

55 komentarzy:

  1. [ Witam ponownie, życzę miłej zabawy, wielu wciągających wątków i czasu na odpisy. Pozdrawiam! Julka. P.S. Proszę więcej nie znikać! ;D ]

    OdpowiedzUsuń
  2. — Puk, puk.
    — Kto tam?
    — Puk.
    — Jaki Puk?
    — Puk Puk.

    Taki suchar masz ode mnie na dziś. Chodź, gdzieś... Wymyślimy coś. ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. [Karta tajemnicza, ale fajna. Życzę powodzenia na blogu i wielu wątków!]

    Quentin

    OdpowiedzUsuń
  4. Ah te majtasy Calvina,
    fajny on <3

    Casilda

    OdpowiedzUsuń
  5. [Znowu z nim wracasz, widzę ;> Trzymaj się, udanej zabawy!]

    Laura, Lenard i może Daisy

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Pośpiewajmy sobie razem, w końcu Casilda na pewno jest pilną uczennicą, która wbrew pozorom wcale nie jest taka pilna ;3 ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam serdecznie na blogu! :)
    Fajnie, że wróciłaś Adamem, nawet jeśli nigdy nie miałyśmy okazji pisać naszymi panami wspólnych wątków :D Obiło mi się o uszy, że Twój ma zgrabne cztery litery, choć osobiście nie za to go lubię - ciekawa postać, ot co ;)
    Życzę wielu interesujących wątków oraz udanej zabawy Adamem, w razie chęci zapraszając do siebie.]

    Teddy Lupin || James Potter

    OdpowiedzUsuń
  8. Ostatni miesiąc nie należał do łatwych. Nie miał pojęcia dlaczego Adam zniknął i chociaż pisywał do niego listy, nigdy nie zapytał wprost co się stało, że tak nagle musiał opuścić Hogwart. Czuł, że to coś poważniejszego, niż jakieś widzimisię, toteż czekał na jego powrót by móc o to zapytać, uważnie obserwując jego twarz. Za każdym razem, gdy się spotykali obiecał sobie, że w końcu zada te pytanie i dowie się, co takiego się wydarzyło, jednak nie miał serca mu tego robić, widząc, jak ciężkie chwile musi przeżywać Rosjanin. Od swojego powrotu był zupełnie innym człowiekiem, jednak Vinay nie zamierzał się poddawać. Szczególnie teraz, gdy wiedział już czego oczekuje od stażysty. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że gdy tylko ktoś ich nakryje oboje będą mieli przechlapane. Pewnie, gdyby nie świadomość, że Adam mógłby mieć naprawdę poważne problemy, a nawet istniała możliwość utraty jego pracy, nie przejmowałby się zbytnio. Tak jak zawsze. Nie można powiedzieć, aby nigdy nie przejmował się opinią innych, bo dwa lata temu naprawdę brał do siebie każde słowo, jakie padło w jego stronę z cudzych ust. Przechodził wówczas ciężki okres i nie potrafił poradzić sobie z własnymi problemami i tymi wszystkimi związanymi z pojawieniem się adoptowanego rodzeństwa.
    Gdy Adam wspomniał na zajęciach, że czeka go dziś nocny dyżur, Vinay wiedział co takiego będzie robił w nocy. Nie zamierzał złapać się żadnemu innemu nauczycielowi. Planował wręcz wejść w ramiona Rosjanina i pozostać w nich, jak najdłużej tylko będzie mógł. Gdy wymknął się z pokoju wspólnego Ravenclawu, zastanawiał się w której okolicy jego ulubiony, przyszły profesor może mieć dyżur, bowiem tego Rosjanin nie wspomniał wcześniej, co odrobinę miał mu za złe Belzungovich.
    — Nie zamierzałem dać się złapać tak łatwo. — Mruknął w odpowiedz na pierwsze słowa profesora, bowiem od razu rozpoznał głos swojego Adama, chociaż praw do niego nie miał żadnych, najmniejszych. — Przecież profesor wie… — Nie mógł dokończyć, bo ten niespodziewanie znalazł się tak blisko niego, że Vinay aż zamknął usta. Wiedział, że w pobliżu są sami, jednak nie spodziewał się, że Adam będzie zachowywał się w ten sposób, mając na uwadze jego humor podczas zajęć. Zaśmiał się cicho, czując palce mężczyzny wplątane w swoje włosy.
    — Profesorze… — Mruknął tylko cicho, słysząc szept mężczyzny skierowany wprost do jego ucha. Vinay nie umiał jeszcze powiedzieć czy jest to ta jedna, prawdziwa miłość do końca życia. Był młody, miał zaledwie szesnaście lat i gdyby ktokolwiek dowiedział się o ich romansie, nie chciał nawet dopuszczać do siebie tej myśli. Nie chciał myśleć o niczym negatywnym. O niczym, co mogłoby zniszczyć tę relację. — To chyba nie odpowiednie miejsce na takie słowa. Ponoć obrazy mają uszu. — uśmiechnął się łobuzersko, unosząc delikatnie brwi. Mówił cicho, aby przypadkiem nie obudzić żadnej postaci z obrazu, która mogłaby na nich donieść. Zacisnął nerwowo pięść, zagryzając delikatnie wargi, walcząc w tym momencie ze samym sobą. Nie wytrzymał i zrobił krok w stronę mężczyzny, by musnąć pospiesznie swoimi ustami jego ust. Szybko jednak się od niego odsunął i opuszczając głowę w dół, uśmiechał się łobuzersko, mając nadzieję, że zaraz usłyszy wyrok na najdłuższy szlaban w dziejach Hogwartu.

    V. Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  9. — Ale profesorze! — Odezwał się, uśmiechając się przy tym złośliwie, odrobinę chochlikowato. Tak naprawdę nie miał nic przeciwko szlabanowi, a szczególnie jeżeli miał odbywać się w wieczornych porach, zawiedziony jednak był ,że tylko tydzień. Uśmiechnął się głupkowato, mrużąc delikatnie oczy, gdy mężczyzna masował mu głowę, wplątując palce w jego włosy. Ten gest, chociaż nie oznaczał zbyt wiele był dla Vinaya szczególnie przyjemny. Co prawda niejednokrotnie był głaskany po głowie, ale fakt, że robił to Adam sprawił, że odczuwał tę przyjemność znacznie bardziej. — Uważam, że to niesprawiedliwe. W końcu nie zrobiłem niczego złego. — Mówił, uśmiechając się. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś jednak znajdował się w pobliżu.
    Widząc zmienną mimikę Adama, sam zmarszczył delikatnie brwi uważnie mu się przyglądając, a głupkowaty uśmiech zniknął z jego twarzy. Słysząc słowa profesora, ruszył grzecznie za nim, uważnie przyglądając się jego plecom.
    — Stało się coś? — Zapytał, gdy weszli już do środka jego gabinetu, a Adam był pewien, że drzwi są zamknięte. W tym momencie Vinay poczuł, jak robi mu się odrobinę lżej, a w końcu zamiast zwracać się do ukochanego per pan, może nareszcie użyć jego imienia. — Adam, nie wyglądasz zbyt dobrze. — Mruknął, stojąc i uważnie wpatrując się w mężczyznę, obserwując go dokładnie.
    Zastanawiał się, czy przypadkiem nie posuwają się za daleko. Ktoś z dormitorium Vinaya mógł przecież zauważyć, że zniknął na całą noc. Oczywiście mogli pomyśleć, że wymknął się do Zakazanego lasu, lub w jakieś inne niekoniecznie dozwolone miejsce, ale… Zawsze istniało ryzyko, że ktoś ich nakryje. Szczególnie, gdy o świcie opuści gabinet profesora Lebiediewa. Zastanawiał się, gdzie powinien udać się zaraz po opuszczeniu jego gabinetu i o której powinien go opuścić. Kręcił się ostatnio wokół jednego Puchona, jednak nie było to nic, co mogłoby być dobrym alibi na spędzenie nocy poza wieżą Ravencalwu.
    — Podziwiam pana profesora. — Zaśmiał się i nie czekając dłużej, zsunął z siebie szatę i rozpiął białą koszulę, element szkolnego mundurku, którego nie zdążył wcześniej się pozbyć. Położył się obok kochanka i obserwował jak Baron wspina się na łóżko i zmierza w jego stronę.
    — Cześć maluchu. — Zaśmiał się, wyciągając dłoń i głaskając kota. W tym samym czasie, Adam go objął, a on tylko się szeroko uśmiechnął. — Tęskniłem za tobą, wiesz? — Szepnął, gładząc dłonią ramię profesora i wpatrując się w jego oczy. Poszerzył uśmiech i zagryzł wargę, przenosząc dłoń z ramienia na jego policzek, by sunąć powoli wzdłuż wyraźnie zarysowanej linii żuchwy mężczyzny. Obrysował kciukiem kształt jego warg, a następnie zatopił się w nich, delikatnie pogłębiając pocałunek.
    — Cholernie mocno. — Szepnął, wtulając się w jego szyję.

    V. Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie miała czasu naprawdę tęsknić za Adamem, bo przez cały okres jego nieobecności wszystko było tak do kitu, że nie docierało do niej, że kogoś jej jeszcze brakuje. Utknęła w swoich problemach, swoich decyzjach, które należało podjąć i swoim miliardzie wątpliwości, co do wszystkiego, co się działo. Chociaż oczywiście martwiła się o przyjaciela, myślała o nim czasem, ale wszystkie emocje tak się w niej tłukły, że trudno było je rozpoznać. Dopiero, gdy po jakimś miesiącu dowiedziała się, że wrócił, dotarło do niej jak bardzo go potrzebuje. Jego opiekuńczych ramion, uspokajającego głosu, tego wszystkiego, co sprawiało, że czuła się przy nim bezpiecznie i tak jakby jakąś przedziwną siłą odrywał ją, chociaż na moment, od rzeczywistości.
    Trochę zajęło jej odnalezienie Adama, ale w końcu udało jej się znaleźć go w, niemal pustej o tej porze, Wielkiej Sali. Usiadła przy stole, opierając się plecami o jego brzeg, kawałek obok przyjaciela, nie chcąc mu przeszkadzać i czekając aż ją zauważy. Nie chciała biec w jego stronę i rzucać mu się na szyję, bo mimo wszystko czuła, jakby czas znowu stworzył między nimi jakiś dystans, który paradoksalnie bała się ruszyć. Bo nie wiedziała co się dzieje, a gdyby ktokolwiek ją zapytał co u Adama, nie miałaby zielonego pojęcia co odpowiedzieć.
    Uśmiechnęła się delikatnie, rozświetlając tym nieco smutne spojrzenie, kiedy chłopak w końcu zdał sobie sprawę z jej obecności. Pokręciła głową w odpowiedzi na zadane przez niego pytanie i po krótkiej chwili ciszy, przesunęła się niepewnie w jego stronę tak, że siedziała już oddalona tylko o kilka centymetrów.
    - Cześć. - powiedziała cicho, a w jednym tym słowie zawarła się chyba cała tęsknota, jaka się w niej zebrała, nawet jeśli przykryta była stosem innych spraw. - Wszystko w porządku?
    Uniosła lekko kąciki ust i odetchnęła głęboko. Czuła się dziwnie. Jakby coś się zmieniło, zupełnie poza jej kontrolą.

    Julka

    OdpowiedzUsuń
  11. Przejechał powoli po jego plecach. Czując delikatne zgrubienie, poczuł delikatny dyskomfort, jednak nic nie powiedział. Nie zapytał co to takiego i w jakich okolicznościach się przytrafiło. Zdawał sobie sprawę, że może być to związane z jakimiś przykrymi wspomnieniami, a nie chciał teraz w żaden sposób psuć tej słodkiej atmosfery, którą mogli się cieszyć tak rzadko. Uśmiechnął się delikatnie, mrużąc oczy. Na jego twarzy malowała się błogość, a ciepło bijące od ciała ukochanego, jak i od ciepłej pościeli sprawiało, że robiło mu się niesamowicie przyjemnie i śpiąco zarazem.
    — Dobranoc. — Szepnął, uśmiechając się jeszcze i podnosząc delikatnie by musnąć wargami policzka mężczyzny. Zamknął oczy i wtulił się jeszcze bardziej w ciało Rosjanina, aby już po chwili dać porwać się objęciom Morfeusza. Po ciężkim i długim dniu nie musiał długo czekać na jego żagle. W mgnieniu oka zasnął, a sen miał głęboki i spokojny.
    Budząc się o poranku, nie czując obok siebie ciała mężczyzny zmieszał się delikatnie, i usiadł prędko by namierzyć go swoim spojrzeniem. Słysząc jego głos, uspokoił się i uśmiechnął. Zsunął z siebie kołdrę i usiadł.
    — Cześć — powiedział, przeciągając się leniwie i obserwując zbliżającego się mężczyzne. Gdy ten go objął, uśmiechnął się szeroko, szczerząc swoje białe zęby. — Oczywiście. — Odparł, wpatrując się w oczy Rosjanina. Mógłby to robić godzinami, nic więcej poza obecnością Adama nie było mu potrzebne do szczęścia. No, może jeszcze miotła i mecze Quidditcha. Wierzył, że jego przyszłość będzie ściśle związana z owym sportem. Wierzył też, że Fred Weasley znajdujący się w zamku, szukający młodych talentów dla swojej drużyny, zwróci na niego uwagę. Dlatego tak bardzo się starał i angażował.
    — A ty? — Ułożył dłoń na jego ramieniu, cały czas się uśmiechając. — Wyspany, wypoczęty? Jakie masz plany na dzisiejszy dzień? Po obiedzie jest organizowana wycieczka do Hogsmeade… Jesteś wyznaczony na opiekuna? — Dopytywał, zastanawiając się czy będą w stanie spędzić jeszcze dzisiejszy dzień razem, czy jednak dany będzie im wyłącznie wspólny poranek. — Adam… — Uśmiechnął się, spoglądając na stażystę. — Bałem się, że już nie wrócisz do Hogwartu. — Powiedział cicho, zdając sobie, że mówi mu to po raz pierwszy od czasu jego powrotu.

    V. Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  12. Słuchał go uważnie, obserwując cały czas. Były momenty, w których Vinay, chociaż był pewien swoich uczuć względem starszego chłopaka, nie był pewien czy może zachowywać się przy nim dokładnie tak samo, jak przy swoich rówieśnikach. Denerwował się, że gdyby był w stu procentach swobodny, Adam uznał by go za skończonego idiotę. Dlatego zawsze przy nim zastanawiał się dwa razy nim powiedział coś, co faktycznie chciał powiedzieć. Musiał przeanalizować, czy aby na pewno mu wypada i czy jest to logiczne. Bał się odrzucenia, a w tym momencie nie mógł sobie tego w żaden sposób wyobrazić. Potrzebował obok siebie kogoś, kto byłby przy nim… Zawsze. I chociaż wierzył, że Adam był właśnie taką osobą, wciąż gdzieś bał się, że duża różnica wieku może wpłynąć na ich relację negatywnie.
    — W takim razie też zostanę w zamku… — Uśmiechnął się wesoło. — Dawno nie zrobiłem żadnego numeru woźnemu. Myślisz, że jak go ładnie poproszę o skierowanie na szlaban do profesor Miller to sprawi mi tę przysługę? — Wyszczerzył szeroko zęby, spoglądając na Adama. — Myślę, że w zamian może posłać mnie do nieciekawego stażysty. Ten stary pryk lubi robić ludziom na złość. — Dodał, szczerząc się szeroko. Trochę go martwiło, że Adam nie wypoczął i nie zasnął. Wierzył jednak, że jako ten starszy i odpowiedzialny zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie może to za sobą nieść i nie dopuści do niczego złego.
    Usiadł okrakiem na biodrach mężczyzny zgodnie z jego zachcianką i uśmiechnął się, delikatnie pochylając się nad nim. Musnął wargami czubek jego nosa i zmierzwił dłonią jego włosy.
    — Pewnie będę musiał pojawić się w domu chociaż na pierwszy dzień świąt. Moi rodzice mają świra na punkcie spędzenia wspólnie świąt, odkąd zaadoptowali Wyatta i Marisę. — Mruknął wyraźnie niezadowolony. Nie miał ostatnio dobrych kontaktów z przyrodnim rodzeństwem i nie przepadał za wspólnie spędzanym czasem. Nikt nie był w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo wdzięczny był Vinay, że oboje z rodzeństwa trafiło do zupełnie innych domów niż on. Nie przeżyłby z nimi…— Ale na pewno wrócę do Hogwartu jeszcze podczas przerwy świątecznej. Będziemy mogli spędzić trochę czasu razem. — Wyszczerzył się, nachylając się jeszcze mocniej by ucałować szyję mężczyzny. Zassał się odrobinę, pozostawiając po sobie delikatny ślad w postaci malinki. Odsunął się od niego i wyszczerzył szeroko zęby. — Muszę zaraz lecieć. — Szepnął, całując mężczyznę tym razem w usta. — Jestem umówiony jeszcze przed śniadaniem… — Uśmiechnął się wesoło, mając nadzieję, że Adam nie zapyta z kim i dlaczego. W zasadzie miał dwa spotkania, jedne… Które miał zamiar wykorzystać jako alibi w ramach nieprzespania nocy w dormitorium, a drugie. Interesy wzywały, a te Vinay lubił ostatnio bardzo, aż za bardzo.

    V. Belzungovich

    OdpowiedzUsuń
  13. Uśmiechnął się po raz kolejny tego dnia, gdy ich usta złączyły się w jedność. Uczucia, które nim targały były ciężkie do opisania. Strach, mieszał się z pewnością i miłością. Niestety lęk wciąż się gdzieś utrzymywał i świadomość, że Adam może dowiedzieć się o jego kilku, wcześniejszych wybrykach. Ciągle miał myśl, że gdyby poznali się w stu procentach, to coś mogłoby im nie wyjść. A tego naprawdę nie chciał, bo Adam był człowiekiem przy którym Vinay po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł się naprawdę dobrze.
    — Nie będziesz mi mówił co mam robić. — Zaśmiał się melodyjnie i ponownie zatopił się w jego ustach. Przesunął pospiesznie dłonią po jego torsie i brzuchu, zaczepnie zahaczając o gumę jego spodni. Uśmiechnął się tylko, ale nie zrobił nic więcej. — Naprawdę muszę iść. — Szepnął, trącając go nosem w nos. — Ale spokojnie, to nie koniec na dzisiaj. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. — Wyszczerzył szeroko zęby, musnął wargami jego ust i zszedł z niego, pospiesznie zakładając koszulę i szatę. Opuścił pokój stażysty i pobiegł prędko w umówiony miejsce.
    Z Clementem nie spędził za dużo czasu. Tak naprawdę omówili jedynie wspólną wersję wydarzeń na minioną noc i wymienili się swoimi towarami, dla którego każdy z nich był wyjątkowo pomocny i ważny. Co oczywiście było ściśle tajne i nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Każdy z nich miał swoje sekrety, dzięki czemu ratowali wzajemnie swoje tyłki. Czasem flirtując na oczach innych uczniów, by nie wzbudzać podejrzeń, a ich wymyślne historyjki nabrały realności. W końcu kto nie uwierzyłby dwójce zakochanych nastolatków, która nie potrafi kryć się ze swoimi uczuciami na szkolnym korytarzu, że spędzili wspólnie noc w Zakazanym Lesie, lub na obrzeżach wioski? Oba łóżka w dormitoriach były puste, co oznaczało, że faktycznie mogli spędzać noce razem. To co działo się naprawdę, nie było czymś, co inni musieli wiedzieć.
    Następnie udał się na szkolne błonia, na brzeg jeziora gdzie miał spotkać się z bandą Ślizgonów, z którymi założył się o kilkanaście galeonów, że uda mu się przejść jezioro na drugą stronę. W końcu było zamarznięte, a sam Vinay dzień wcześniej obleciał je miotłom uważnie przyglądając się, czy przypadkiem lód nie zaczyna się nigdzie topnieć.
    — Dawaj kasę, wężyku. — Wyszczerzył się wesoło, wchodząc pewnie na zamarzniętą, grubą warstwę lodu. Był pewien swojego i wygraną, mógł zabrać już teraz. Oczywiście Ślizgoni nie byli tego tak samo pewni.
    — Jak przejdziesz, Belzungovich. Wyatt nas ostrzegł, że niezły z ciebie krętacz.
    — Wyatt jest moim bratem, zawsze będzie mówił o mnie źle. — Dodał z uśmiechem i ruszył dalej przed siebie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jezioro do małych nie należało, a jego przejście było jednoznaczne z długim spacerem. Odszedł na jakieś sto metrów od brzegu, gdy nagle usłyszał trzaskanie lodu za swoimi plecami. Momentalnie cały pobladł. Wiedział, że nie może cofnąć się do tyłu, bo to właśnie tam zaczął pękać lód. Jednak w takiej sytuacji bieg w głąb lodu, nie było mądrym posunięciem. Przeklął pod nosem i nie myśląc dłużej, ruszył odrobinę szybciej. Błąd. Cały czas do jego uszu docierał dźwięk pękającego lodu. Skręcił ostro w lewo i postanowił dojść do brzegu z lewej strony. Kolejny błąd lód okazał się tam znacznie bardziej kruchy i pękł, pod wpływem ciężaru ciała Vinaya, a jego noga wpadła pod powierzchnię lodu. Poczuł przerażające zimno, przechodzące przez jego ciało, a zamiast biec ile sił w nogach, czuł, jak wpada coraz głębiej, a dziura w lodzie, jedynie się powiększa. Nie chciał wyjść na tchórza, jednak był zmuszony zawołać tych parszywych Ślizgonów o pomoc.

    Akcja się zaczyna, V.

    OdpowiedzUsuń
  14. To co działo się, od momentu rozpoczęcia wołania o pomoc, aż do momentu gdy znalazł się w pokoju, który opuścił o poranku wydarzyło się… Według Vinaya w zaledwie kilka sekund. Przemarznięty, nie zdawał sobie sprawy, ile w rzeczywistości minęło czasu i jak długo tkwił w wodzie. W pewnym momencie miał wrażenie, że gdy zamknie oczy to już ich ponownie nie otworzy i chociaż podświadomie próbował walczyć z ochotą ich zamknięcia nie był na tyle silny. Przymykał je, a tylko głośne słowa Lebiediewa sprawiały, że wciąż kontaktował ze światem. Nie spodziewał się, że lód okaże się jednak bardziej cienki niż mu się wydawało. Nie miał również pojęcia, że Adam zareaguje w taki sposób i, że tak bardzo się na niego zdenerwuje.
    — Uspokój się. — Poprosił cicho, czując jak ciepła para z herbaty ogrzewa jego twarz, a gorący kubek dłonie. Cały czas się jeszcze trząsł z zimna, ale starał się tego nie okazywać, bojąc się reakcji Adama. Tego właśnie bał się najbardziej. Taki właśnie był… Niczego się nie bał, przyjmował wszystkie wyzwania i gdy tylko miał taką możliwość starał się udowodnić, że może wszystko, że jest niezniszczalny, a Adam… Adam uważał go w takich momentach a idiotę. Mina Belzungovicha znacznie spochmurniała. Gdyby był to ktokolwiek inny odpowiedziałby pewnie mu, że sam jest idiotą i ma się nie interesować tym co on robi bo to jego życie i jego wyboru, ale Adamowi po prostu bał się powiedzieć coś takiego, bał się, że on naprawdę może uznać, że faktycznie nie powinien się nim interesować i marnować na niego swojego cennego czasu. — Taki właśnie jestem, Adam. — Szepnął, uporczywie starając się nie patrzeć na mężczyznę. Utkwił wzrok w parującym napoju i nawet nie próbował przenieść go w inne miejsce. — Lubię podejmować ryzyko, lubię robić rzeczy, których inni się boją. — Dodał równie cichym głosem, wspominając wybryk z Wiktorem w bibliotece. Nikt inny z pewnością by się czegoś takiego nie dopuścił, ale oni we dwójkę byli inni. Niczego się nie bali. A tak przynajmniej wydawało się Vinayowi. W końcu niewiele brakowało, a po wydarzeniach z biblioteki powtórzyli by akcję w Skrzydle Szpitalnym, gdzie również mogliby zostać nakryci. Z Adamem… Było zupełnie inaczej. Vinayowi brakowało adrenaliny, którą musiał zyskiwać w inny sposób. Głupszy? Nie wiadomo, ale z pewnością bardziej niebezpieczny.

    OdpowiedzUsuń
  15. Miał wrażenie, że Adam w ogóle go nie słuchał. Przed chwilą powiedział mu, że taki jest. Może nie postawił sprawy jasno, ale nie zamierzał rezygnować z sytuacji podwyższonego ryzyka. Zresztą… Sama jego pozycja pałkarska w domowe drużynie była czymś niebezpiecznym. Może niepotrzebnie, ale Vinay zirytował się słowami chłopaka i gdy ten okrył go kolejnym, grubym kocem na rozgrzanie, Belzungovich, pomimo ciągłego zimna, zrzucił go ze swoim ramion i wyswobodził się z objęć Lebiediewa. Jego ciało wciąż drżało, jednak tym razem nie tylko z zimna, ale i z pod denerwowania.
    — Może ze stanowiska pałkarza i kapitana też mam zrezygnować? — Burknął odrobinę zbyt ostro. Nie chciał się kłócić z Adamem, ale poczuł nagle, jakby ten próbował go zmienić na siłę. A może to była jego wina? W końcu mógł mu od początku pokazać jaki jest naprawdę, a nie, ciągle próbować zgrywać dorosłego i poważnego. Tylko, że Vinay wciąż bał się, ukazać swoją prawdziwą twarz, bojąc się odrzucenia. — Nie jest mi zimno i nie chce mi się spać. — W tym momencie zachowywał się jak typowy nastolatek, który musi udowodnić swoją rację, robiąc wszystkim dorosłym na złość.
    — Rozumiem, że się boisz, denerwujesz, martwisz i w ogóle… ale. — Przerwał na chwilę, by znaleźć odpowiednie słowa, mogące opisać jego obecny stan. Był zły na Adama, chociaż wiedział, że tak naprawdę to nie na niego powinien być zły, a na samego siebie. Ewentualnie tych Ślizgonów, z którymi się założył. Z drugiej strony… Zrobił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Mógł mieć żal i pretensje jedynie do siebie samego. Łatwiej było jednak przerzucić te wszystkie emocje na Adama. Vinay był zły, ponieważ był pewien, że wygra ten cholerny zakład a naprawdę potrzebował tych pieniędzy, które miał wygrać. Oczywiście, nie chciał o tym mówić Adamowi, ponieważ nie chciał mieszać go w swoje prywatne kłopoty, w które wpakował się podczas ostatniej, nocnej wycieczki do Hogsmeade. W listopadzie, gdy Adama nie było, Vinay został wplątany w pewną sprawę, o której mówić głośno nie chciał. Był pewien, że Adam słyszał o tajemniczym morderstwie w pobliskiej wiosce. Tylko nieliczni wiedzieli, że wspomniany w wywiadzie z jednym ze świadków brelok należał do Belzungovicha, który próbował wyplątać się z zamieszania, które się stworzyło, bowiem z morderstwem nie miał on nic wspólnego. Znalazł się po prostu w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu.
    — Chyba powinienem pójść do swojego dormitorium. — Mruknął, mając świadomość, że w złości może powiedzieć lub zrobić coś, czego będzie następnie żałował przez długi czas.

    OdpowiedzUsuń
  16. Opuścił pokój Adama, nawet się nie odwracając. Nie przejmował się tym, że jest ubrany w jego dres i z pewnością przesiąknięty jego zapachem. Miał na to logiczne wytłumaczenie, w końcu wszyscy widzieli jak stażysta zgarnia go znad jeziora i zabiera do zamku. Nikt nie mógł ich o nic podejrzewać, przez co V., nawet nie kwapił się by zmienić ubranie, gdy dotarł już do swojego dormitorium. Wlazł na łóżko i zakrył się kołdrą, zastanawiając się skąd weźmie pieniądze, które po przegranym zakładzie będzie musiał dać Ślizgonom. Wściekły przeklął ostro, po czym odwrócił się na plecy i wpatrywał się w kamienne sklepienie. Leżał tak jeszcze chwilę, aż zamknął oczy i zasnął.
    Gdy usłyszał, że jeden ze szlabanów ma odrobić poprzez dekorowanie zamku na święta, zaklął tylko głośno. Czy Lebiediew naprawdę musiał mu to robić? Dobrze wiedział, że nie był skory do powrotu na święta do domu, co mogło być jednoznaczne z niechęcią do tego świątecznego okresu. Stwierdził, że mężczyzna robi mu na złość, przez co sam zamierzał zrobić dokładnie to samo. Dlatego też, namówił Clementa, aby poszedł z nim, pomimo tego, że był to szlaban uznał, że może wyciągnąć z tego odrobinę radości. Na szczęście chłopak lubił święta, dlatego też Vinay nie musiał go szczególnie długo namawiać, w dodatku zrozumiał aluzję, że powinni się odrobinę ze sobą podroczyć. Przecież święta to idealny czas dla zakochanych. Jak było naprawdę… Cóż, w prawdziwym życiu, nie zawsze tak było.
    — Powinienem zrobić z ciebie choinkę, Belzungovich. — Clement wyszczerzył się szeroko do Vinaya, podając mu jakąś girlandę ze świeczkami, którą miał opleść jedną ze zbroi. Chłopak westchnął i wziął się do pracy mając nadzieję, że ten czas minie jak najszybciej. Kątem oka zerkał na Adama, który ich kontrolował od czasu do czasu. Dziwnym trafem, zawsze gdy widział, że na niego patrzy szczerzył się wesoło do Gryfona, poruszał znacząco brwiami i ogólnie rzecz ujmując wydurniał się, biorąc udział w zabawie Clementa.
    — Zamiast robić ze mnie choinkę, powinieneś być moim prezentem Clemy. — Odezwał się wystarczająco głośno, aby Adam mógł go usłyszeć. — Mogę ci podpowiedzieć, że nie musisz bawić się w szczególne przystrajanie się. — Wyszczerzył się i uniósł brew.
    — Idźcie być pedałami gdzieś indziej. — Warknął jeden ze Ślizgonów, który również brał udział w szlabanie.
    — Wiesz, że największymi homofonami są ci, którzy ukrywają swoją orientację? — Vinay nie zamierzał całkowicie ignorować jego uwagi, ale nie chciał się też kłócić, bo to nie miało najmniejszego sensu. — Jeżeli chcesz, mogę pomóc ci ją odkryć. Clems, na bank nie będzie miał nic przeciwko, prawda słoneczko? — Wyszczerzył się wesoło, twierdząc, że ten szlaban wcale nie będzie należał do najgorszych.

    OdpowiedzUsuń
  17. Chwycił bombki, które wręczył mu Adam w dłonie i zerknął na Clementa, a zaraz ponownie wrócił spojrzeniem na karton czerwonych bombek. Wzruszył delikatnie ramionami i otworzył pudełko.
    — Nie będziemy demoralizować uczniów, na jednym buziaku by się nie skończyło. — Clement nie miał pojęcia, że Vinay spotyka się z Adamem więc wyszczerzył się nieco ironicznie, zerkając na Vinaya, który tylko się uśmiechnął. Owszem, chciał zrobić na złość Adamowi, ale nie zamierzał stwarzać kolejnej kłótni więc nic więcej nie odpowiedział Gryfonowi, tylko wziął się za dalszą pracę. O ile początkowo zabawa była przednia, tak po czasie był po prostu zmęczony i chciał jak najszybciej znaleźć się w dormitorium i chwilę odpocząć, a później udać się na pyszny obiad.
    — Przecież jestem tu tylko ochotnikiem, nic nie zrobiłem by zarobić szlaban. — Mruknął Clement, gdy Adam zaprowadził ich do biblioteki. Vinay wykrzywił usta w grymasie, jednak nie pisnął nawet słówkiem. Wiedział dobrze dlaczego Adam to zrobił. Wiedział też, że Clement nie ruszy palcem i nie miał do niego żadnych pretensji. W końcu to on go w to wpakował, więc teraz będzie musiał odpracować. Za ich dwójkę.
    — Dziękuję panie profesorze, ale z panem Belzungovichem są same problemy. — Bibliotekarka spojrzała na chłopaka z pogardą w oczach, a na policzki V., wtargnął rumieniec. Miał nadzieję, że ta stara jędza nie będzie zaraz opowiadać Adamowi co takiego ma na myśli. Poza tym… To miało być względnie wyciszoną sprawą. Prawdą również jest, że Vinay od pamiętnych wydarzeń z Wiktorem w bibliotece się nie pokazywał. Pierwszy raz stanął przed bibliotekarką i to z Clementem i Adamem. Cudownie.
    — Dzisiaj będę grzeczny, obiecuję. Ostatnia rozmowa z dyrektorem dała mi dużo do myślenia. — Wysilił się na uroczy uśmiech, co w tym momencie nie było łatwe, a zdenerwowanie przemawiało przez całego Vinaya, począwszy od rumieńców, na drżeniu łydki kończąc. — Co mamy zrobić?
    — Jeden sprząta regał z lewej strony, drugi z prawy. Nie chcę widzieć was obok siebie, panowie. — Bibliotekarka nie była zadowolona z takiej pomocy, jednak miała zamiar wykorzystać tanią siłę roboczą. Wstała, aby podać im szmatki, bo oczywiście czarami posługiwać się nie mogli.

    OdpowiedzUsuń
  18. Praca w bibliotece ciągnęła się niemiłosiernie, a fakt, że Adam zniknął z bibliotekarką na herbatę tylko go niepokoił. Nie chciał mu opowiadać o tym, co się wydarzyło w niedalekiej przeszłości i miał nadzieję, że tamte chwile zostaną już tylko wspomnieniem.
    Gdy nadszedł moment zakończenia porządków w pomieszczeniu, a Adam wyglądał tak jak zawsze i nic mu nie mówił, nie spojrzał na niego krzywo ani nic w ten deseń bardzo mu ulżyło, naprawdę. Vinay wychodząc z biblioteki skłonił się nisko bibliotekarce i czym prędzej opuścił pomieszczenie, chcąc znaleźć się już w swoim dormitorium, a następnie na kolacji. Nie miał nawet ochoty na rozmowę z Adamem i zaglądanie do jego gabinetu. Był zmęczony po całym dniu, jednak gdy Baron zaczepił go po kolacji nie mógł zignorować kociaka. Nachylił się i i pogłaskał go po główce, by następnie ukucnąć i zacząć się z nim bawić odrobinę dłużej. Szczerzył się wesoło do kota i pewnie bawiłby się tak z nim jeszcze przez długi czas, jednak zdał sobie sprawę, że Adam mu się przygląda. Wyprostował się natychmiast i zaprzestał pieszczot czworonoga. Posłał uśmiech stażyście i skinął delikatnie głową.
    — Już chciałem go zaprowadzić do pokoju profesora. Myślałem, że Baron nie może opuszczać pańskiego gabinetu. — Powiedział, utrzymując oficjalną mowę. W końcu byli na korytarzu i każdy mógł ich tutaj zobaczyć, a przyłapania nie chciał żaden z nich. Belzungovich po odpoczynku, nie był już zły na mężczyznę i nie miał zamiaru się więcej kłócić. Frustracja, jaka drzemała w nim o poranku dawno już przeminęła. Teraz, mogłoby im się udać spędzić wieczór w miłej atmosferze. Bał się jednak, że Adam mógłby zapytać o wydarzenia z biblioteki, a tego po prostu nie chciał i wolał unikać takiej możliwości.
    — Dzisiejszy dzień zalicza się do szlabanu o którym wczoraj w nocy mówił profesor? — Zapytał, marszcząc delikatnie brwi. Miał nadzieje, że kolejne dni szlabanów miną mu równie szybko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie wiedział co powinien zrobić w takiej sytuacji. Z jednej strony chciał spędzić odrobinę czasu z Rosjaninem, ale z drugiej obawiał się niechcianych i trudnych tematów. Coś mu jednak podpowiadało, że gdy zacznie uciekać, Adam będzie tylko bardziej drążył dany temat i być może węszyć, aby dowiedzieć się co takiego się stało.
    — Napiję się. — Szepnął, jednak nim zdążył nalać sobie soku, mężczyzna usadził go na swoich kolanach. Vinay uśmiechnął się tylko delikatnie i ułożył dłonie na ramionach Adama uśmiechając się szeroko. Przesunął jedną z dłoni po jego głowie, wplatając palce pomiędzy włosy i zaśmiał się cicho, melodyjnie. — Albo może później. — Szepnął, mrucząc cicho, gdy ten przygryzł jego ucho. Zrobił to specjalnie, wprost do ucha mężczyzny, zaciskając delikatniej mocniej dłoń na jego ramieniu.
    — Zostanę, ale nie mogę drugiej nocy spędzać poza dormitorium. Chłopacy nabiorą podejrzeń, a Clement zostaje dziś u siebie. — Mruknął cicho, wiedząc, że pytanie Adama nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. — Z chęcią bym został, ale nie dzisiaj Adam, nie dzisiaj. Jestem trochę zmęczony… Dałeś nam nieźle popalić. — Uśmiechnął się, nie miał mu już niczego za złe, dlatego też mówił o tym ze spokojem, podśmiechując się nawet cicho. Przesunął dłonią wzdłuż ramienia mężczyzny, a następnie zacisnął palce na jego przedramieniu. Drugą dłonią chwycił jego podbródek i uniósł delikatnie do góry, by następnie złożyć pocałunek na jego wargach.
    — Chciałbym zrobić sobie jakąś wycieczkę. — Szepnął, odsuwając się na kilka centymetrów od jego twarzy i spojrzał mu prosto w oczy, mając nadzieję, że ten wyłapie aluzję. — Do jakiejś górskiej chatki, gdzieś przy lesie. Moglibyśmy posiedzieć przy kominku… Wypić grzane wino czy coś w tym stylu. Wiesz… Dokładnie tak jak robią zakochani na mugolskich filmach. — Wyszczerzył zęby, patrząc w jego oczy i wyczekując odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
  20. Słysząc pukanie do drzwi, drgnął delikatnie a po jego plecach przeszedł dreszcz. Spodziewał się, że takie sytuacje mogą się zdarzać, jednak jeszcze nic takiego im się nie przytrafiło i chociaż Adam wskazał mu miejsce, w którym ma się skryć, cholernie się denerwował, obawiając się, że ktoś może go tutaj jednak zastać i to niekoniecznie w jednoznacznej sytuacji. Zgodnie z poleceniem schował się i uważnie przysłuchiwał nadzwyczaj krótkiej wymianie zdań. Gdy usłyszał trzask drzwi, wyszedł z kryjówki i spojrzał na mężczyznę pytająco, unosząc wysoko brew.
    — Była? — powtórzył, wyraźnie niezadowolony z tego faktu. — Myślałem, że… — Zagryzł wargę i spojrzał na niego nieco zmieszany. — Jestem twoim pierwszym? — Zapytał, chociaż pozwolił ponownie zaciągnąć się na łóżko i wtulić się mężczyźnie w swój tors. Objął go delikatnie i zdecydowanie nie miał zamiaru dać mu się wykręcić od tej odpowiedzi. Nigdy wcześniej nie rozmawiali na ten temat, ale chciał po prostu wiedzieć, czy Adam wcześniej już spotykał się z innymi mężczyznami. Ot co, czysta ciekawość.
    Jeżeli faktycznie jest jego pierwszym… Nie miał pojęcia jak powinien zareagować. On pomimo swojego młodego wieku przeżył już niejedno i był pewien w stu procentach, że pociągają go tylko mężczyźni. A jeżeli Adam jest biseksualny? Miał więcej zagrożeń i więcej powodów do zazdrości, co w ogóle mu się nie podobało. Co prawda, Vinay rzadko kiedy okazywał zazdrość, ale… Gdy już do tego dochodziło zachowywał się trochę, nieobliczalnie.
    — Jeżeli tego właśnie chcesz… — Szepnął i podniósł się z łóżka, zostawiając na nim mężczyznę. Uśmiechnął się blado i podszedł do drzwi. — Odpowiedz mi tylko jeszcze na jedne pytanie. — Powiedział, nim nacisnął na klamkę. — Jesteś homo czy bi? — Uniósł brew, ta wiadomość co prawda nie była mu niezbędna do życia, ale bardzo przydatna. Po usłyszeniu odpowiedzi wyszedł z pokoju i już po chwili poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Była to ta młoda kobieta, którą podczas dzisiejszej kolacji przedstawiał dyrektor.
    — Co ty tu robisz o tej porze? Powinien pan być już w swoim dormitorium, panie… — Vinay spojrzał na kobietę i zmarszczył delikatnie brwi. W ogóle jej nie kojarzył.
    — Miałem szlaban u profesora Lebiediewa. — Mruknął, nie zamierzał jej się przedstawiać, dlatego na szybko wymyślił inne nazwisko i wyszczerzył szeroko zęby. — Jestem Byron, Terry Byron… Będę już szedł, jutro rano mam zajęcia…
    — Zaczekaj… O tej godzinie szlaban? W pokoju profesora?
    — Musiałem ułożyć mu książki nie dość, że alfabetycznie to jeszcze kolorystycznie. Oszalał, nie da się tego zrobić tak, aby wyglądało ładnie. Można albo alfabetycznie, albo kolorystycznie. Zaproponowałem mu, aby przefarbować wszystkie okładki na czarno, ale nie spodobał mu się ten pomysł. — Wyszczerzył się ponownie. — Jest tu pani nowa, prawda? Życzę powodzenia i obyśmy nie odebrali pani profesor chęci do nauczania nas. — Uśmiechnął się i pomachał jej radośnie dłonią przed twarzą, idąc pospiesznie, nim kobieta ponownie zdąży coś powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zajęcia ciągnęły mu się niemiłosiernie długo, a za każdym razem gdy spoglądał na zegarek znajdujący się na jego nadgarstku miał wrażenie, że żadna ze wskazówek nie zmienia swojego położenia. Rozglądał się po sali, obserwując profesora prowadzącego zajęcia i siedzących wokół niego uczniów. Wzdychał ciężko, modląc się by ostatnia godzina minęła jak najszybciej. Wieczorem był umówiony z drużyną na ciężki i wyczerpujący trening. Nie groźny był mu panujący na dworze mróz. Najważniejszy był trening i to, aby drużyna zaczęła w końcu że sobą współpracować.
    Gdy drzwi do pomieszczenia otworzyły się, a w nich stanął nie kto inny jak Adam Lebiediew, na twarzy Vinaya pojawiło się zaciekawienie, gdy po chwili usłyszał swoje nazwisko był wdzięczny bogom za wysłuchanie jego błagań. Zaraz po opuszczeniu sali, spuścił głowę w dół i przybrał minę zbitego szczeniaczka, który błaga o przebaczenie.
    - Jestem niezniszczalny, żadna choroba mnie nie dopadnie, więc nie martw się. Wszystko jest ok. - Uśmiechnął się do mężczyzny jednym z tych swoich głupawo wesołych uśmiechów, tym krytego używał zazwyczaj wtedy, gdy chciał coś komuś udowodnić. Wsłuchiwał się uważnie w słowa Adama, a zadowolenie na jego twarzy wzrastało, radość która się w nim rozprzestrzeniała była nie do opisania. Adam chciał z nim gdzieś wyjechać, skręcić tylko z nim kilka dni. Uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby.
    - Mam szesnaście lat, nie mogę używać magii poza szkołą. Jeżeli gdzieś wyjedziemy... Nic poza mną i tobą nie będzie istniało.
    Uśmiechnął się i z zadowolenia zatopił się w niskich użytej mężczyzny, delikatnie go pchając i napierając całym ciężarem swojego ciała na niego.
    - Nie obchodzi mnie twoja przeszłość. - Szepnął, odsuwając się od niego na kilka centymetrów - najważniejsza jest teraźniejszość - pocałował go za bardzo zadowolony, by myśleć teraz o konfliktach i prowokacji kłótni.

    Vinay

    OdpowiedzUsuń
  22. [Hej, czy to przypadkiem nie ten przystojniak miał taki fajny tyłek? :D Czemuż zdjęcie zostało zmienione? Ubolewam! xD Ale super, że Adam jest z Rosji - zawsze to różnicuje blog, kiedy w Hogwarcie są ludzie ze wszystkich zakątków świata :D
    O i oczywiście dziękuję za miłe słowa pod kartą Loon c: Wielu wątasów życzę!]
    Looney Tunes

    OdpowiedzUsuń
  23. [A dziękuję! Życzę tego samego obu Twoim panom. Przy okazji cieszę się, że przebrnęłaś przez KP. No i ubolewam nad tym, że Adam nie uczęszczał do Durmstrangu. Tam na pewno odnalazłby się ze swoim zainteresowaniem OPCM. ;)]

    Scorpius

    OdpowiedzUsuń
  24. Niemal zapomniała o zadanym przez siebie pytaniu, kiedy Adam otworzył przed nią ramiona. A mimo wszystko czuła, że chyba niewiele jest w porządku. W jego ciemnych oczach dostrzegała wyraźny smutek, który aż bolał ją samą, bo byłaby w stanie zrobić naprawdę wiele, aby móc zobaczyć na jego twarzy szczery, prawdziwy uśmiech. Przysunęła się bardzo blisko przyjaciela i wtuliła w niego tak, jakby miała nadzieję, że chociaż to w czymkolwiek pomoże. Chociaż przecież ostatnio tylko odsuwali się od siebie i sama już nie wiedziała czy ma jeszcze jakąkolwiek moc, pozwalającą coś zmienić.
    - Dobrze. - odpowiedziała cicho. Mimo wszystko nie chciała, żeby znowu gdziekolwiek wyjeżdżał. Bo już tak potwornie nie znosiła tych wszystkich pożegnań, powrotów, znowu pożegnań i wszystkiego co tak okropnie rozchwiewa upragnioną równowagę.
    Oparła policzek o obojczyk Adama i siedzieli tak jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu chłopak puścił ją delikatnie i zaraz ruszyli w stronę jego pokoju. Rzeczywiście, takie przytulanie się niemal na środku Wielkiej Sali nie było zbyt odpowiednie. Chociaż zazwyczaj mieli to gdzieś. Julia nocowała u Adama, przytulała się do niego na korytarzu, dostawała buziaki w czółko i nigdy nie robili z tego wielkiej tragedii. Bo też żadne z nich nie czuło zapewne, że robi cokolwiek złego.
    Usiadła jak zwykle na kanapie, zaraz jak zwykle dostała kubek herbaty i jakąś przekąskę, a potem jak zwykle Adam położył jej głowę na kolanach i tylko brakowało kota, który gdzieś by się między nich wciskał. Julia wplotła palce we włosy przyjaciela i powoli, leniwie zaczęła się nimi bawić, zatrzymując się dopiero, gdy dotarło do niej pytanie. Takie, którego wolałaby właściwie nie usłyszeć.
    - Przegraliśmy z Puchonami. - odparła, bo było to pierwsze, co przyszło jej do głowy. - Matt ma nową dziewczynę. Dostałam trolla z OPCM, bo zapomniałam oddać pracy domowej. Święta idą. No... Świat jakoś dalej się kręci.
    Był to najgorszy możliwy opis tego co się wydarzyło u Julii pod nieobecność Adama. Ale nie chciała nic mówić o Julienie, już wystarczało jej, że myśli o nim niemal bez przerwy i nie może przestać. Mówią, że miłość to choroba... I mają, cholera, rację!
    - A Ty w końcu powiesz mi gdzie byłeś, dlaczego i co się dzieje? - spytała, patrząc chłopakowi w oczy, nieco wyczekująco, a trochę po prostu ze zmartwieniem.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  25. — Mam później trening. — Odpowiedział wzdychając ciężko i kładąc się powoli na łóżko. Ułożył dłoń na policzku mężczyzny i wpatrując się w kamienne sklepienie uśmiechnął się, mrużąc powoli oczy. Czując na swoich brzuchu Barona, uśmiech tylko mu się poszerzył. Uwielbiał i kota i jego właściciela. I uwielbiać będzie ich już zawsze, bo obiecał sobie, że pomimo wszystkim przeciwnością losu dadzą radę, że uda im się przetrwać. Bał się, oczywiście! Strach był czymś normalnym, szczególnie gdy mieli pod górkę, ale wierzył. Wierzył, że im się uda. Nawet gdy będzie trudno, gdy przyjdą chwilę zwątpienia, złości i niechęci. Chociażby, takie jak wczorajszego wieczoru. Dziś, było już dobrze a to oznaczało, że będą umieli wyjść z wszystkiego, z każdego złego lub gorszego.
    — Będę musiał na niego iść, jestem kapitanem, sam wiesz jak jest. Ale… Jeszcze trochę czasu mam. Wystarczająco dużo. — Uniósł się delikatnie i spojrzał na Adama, a na jego ustach pojawił się szerszy uśmiech. — Naprawdę myślisz, że będziemy mogli wyjechać? Nie mam pojęcia dokąd musielibyśmy się udać, za co zapłacić… Adam, ja nie mam pieniędzy za wiele, a rodzice z pewnością mi nie dadzą większej sumy niż kilka sykli. — Jęknął, nie chciał się tym przejmować. Chciałby móc żyć w taki sposób, aby nie musieć się niczym przejmować, aby dostawać zawsze to, czego chce. Wiedział jednak, że tylko nieliczni są takimi szczęściarzami a on sam zdecydowanie do nich nie należał.
    Odwzajemnił pocałunek mężczyzny, a następnie pchnął go delikatnie, zsuwając przy tym ze swojego brzucha kota. Podniósł się i zawisł nad Adamem, wpatrując się w jego oczy. Schylił się i ucałował go, odwzajemniając każdy, najmniejszy czuły gest. Pogłębiając je, zachłannie biorąc od niego każdą czułość, starając się oddać równie mocno i równie czule. Chciał, aby czuł się przy nim i z nim dobrze. Chciał, aby nie musiał myśleć o innych ludziach, gdy miał go obok, chciał by myślał tylko o nim, nawet gdy byliby przy nim inni ludzie.
    — Jest coś, co chciałbyś ode mnie dzisiejszego dnia, nim ci ucieknę? — Szepnął, odsuwając się na małą odległość i spoglądając na jego twarz. Uśmiechnął się zawadiacko i ucałował czubek jego nosa. — Cokolwiek? — Szepnął, składając delikatny pocałunek kończąc go delikatnym przygryzieniem dolnej wargi mężczyzny i ostrożnym ciągnięciem go wraz z ruchem, odsuwającej się powoli głowy od jego głowy.

    OdpowiedzUsuń
  26. [A dziękuję bardzo za miłe słowa! My się już chyba znamy. :D]

    Lestrange

    OdpowiedzUsuń
  27. Kiedy usłyszał o organizowanym przez dyrekcję turnieju myślał, że to będzie dobra zabawa. Szybko jednak zmienił zdanie, gdy ten się rozpoczął i przydzielono go w parze z jednym ze ścigających Hufflepuffu. Belzungovich nigdy nie był szczególnie wrogo nastawiony na któryś z domów, jednak ostatnio sytuacja z Puchonami była zaostrzona, szczególnie z tymi z ich domowej drużyny. Cholerne borsuki wyprzedzały Krukonów kilkudziesięcioma punktami w tabeli rozgrywek Quidditcha, co Vinayowi jako kapitanowi Ravenclawu w ogóle się nie podobało i było nie do zaakceptowania. Wiedział, że musi wpłynąć jakoś na swoją drużynę, ale ich kontakty… Były tragiczne. Jak kiedyś potrafili się porozumiewać bez słów, tak ostatnio słów było zdecydowanie za dużo, a nikt nikogo nie słuchał, albo słuchać zwyczajnie nie chciał. A wszystko było na głowie Belzungovicha.
    — Naprawdę? — Jęknął, stojąc naprzeciwko jednego ze swoich obecnych wrogów, marszcząc oczy i mierząc go uważnie. To owszem, miała być rywalizacja, ale jednocześnie dobra zabawa. W tym momencie była to tylko rywalizacja, kolejna konkurencja. Taka, którą tym razem musiał wygrać Krukon. Tak po prostu, dla zachowania honoru. Nie potrafił się jednak skupić na niczym, wciąż rozglądając się za Adamem, jakby sprawdzając czy też bierze w tym udział i jak się bawi. Mógłby konkurować z nim. Wówczas, to naprawdę byłaby cudowna zabawa, ale… Westchnął i przybrał pozycję ataku, mierząc różdżką w swojego przeciwnika, myśląc intensywnie nad zaklęciem, jakim w niego ugodzi, jednak wcześniej musiał uchronić się przed zaklęciem, lecącym w jego stronę.

    V.

    OdpowiedzUsuń
  28. [Dziękuję! I zgłaszam się po ten jakże przyjazny wąteczek! :D]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  29. [Jakby nie patrzeć mamy między tą dwójką sporą różnicę wieku, ale Bells zawsze miał słabość do Ślizgonów i zawsze najlepiej się z nimi dogadywał, więc tu mamy mały plusik i furteczkę, którą można by było wykorzystać. Możemy spróbować pójść w kierunku swoistego podziwu, jakim Bellamy darzył Adama, w czasach, gdy ten chodził jeszcze do szkoły. Jeśli Lebiediew (mam nadzieję, że dobrze to napisałam), zaczął pracę w tym roku szkolnym, to Bells może nieźle się zdziwić na jego widok po powrocie do szkoły, po ośmiu miesiącach. Prawdę powiedziawszy nie wiem czy lepiej zahaczyć tu o dawne relacje, które mogłyby łączyć drugoklasistę z siódmoklasistą, czy raczej postawić na coś nowego. Jak sądzisz? :)]

    Bellamy

    OdpowiedzUsuń
  30. Słuchała go uważnie, a z każdą chwilą jej brwi marszczyły się coraz bardziej. Była zła, wkurzona na ludzi, których nigdy nie poznała, a teraz z chęcią rozszarpałaby ich na strzępy. Jak można tak traktować swoje dziecko? Człowieka, którego wydało się na świat, nawet jeśli później nie chciało się mieć z nim nic wspólnego. Powinni mu to, do cholery, przynajmniej wyjaśnić. Byli mu to winni po tych wszystkich latach.
    Pokręciła głową z niedowierzaniem i wcale nie zaśmiała się, kiedy Adam to zrobił. Nie było wesoło. Ani trochę. Julia opadła zrezygnowana na oparcie kanapy i zaczęła głaskać barona za uchem. Zwierzę przymknęło oczy, zaczęło mruczeć i ocierać się o jej udo. Urocze stworzenie.
    - Nie chcę ciasteczek. - powiedziała cicho, patrząc gdzieś w bok i próbując ogarnąć bałagan, który właśnie powstał jej w głowie. Nie mogła uwierzyć, że istnieją na świecie tak okropni ludzie. Nawet nie starała się ich zrozumieć. Nie ma mowy. - Czas na wino, Adam.
    Odwróciła głowę, aby spojrzeć na leżącego na łóżku przyjaciela i wzruszyła ramionami. To wino skrzatów ratowało najbardziej beznadziejne sytuacje. Herbata i ciastka były przereklamowane.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  31. Gdy zakończył w końcu swój pojedynek i nastała kolej stażystów był cały podekscytowany. Oczywiście miał zamiar dopingować tylko jednego, mimo wszystko był bardzo ciekawy jak to się potoczy. W końcu byli to czarodzieje i czarownice, które znały się rzeczy, którzy wiedzieli co i jak. Widząc Adama uśmiechnął się delikatnie, szybko mu jednak uśmiech zniknął z twarzy, gdy ujrzał Wierę. Miał dziwne przeczucia, co do tej kobiety. Pamiętał dobrze, jak zaczepiła go, gdy wychodził od Adama po jednym ze szlabanów.
    Oglądał pojedynek z wypiekami na policzkach, jednak to co się stało… Nawet nie zorientował, kiedy się stało. Był szczęśliwy, że chłopak wygrał, kiedy ona nagle wykonała kolejne zaklęcia. Nie miał pojęcia co się stało, czuł jedynie jak nieprzyjemne ciepło ogarnia całe jego ciała. Jak profesorowie i pozostali stażyści ruszyli biegiem do poległego czarodzieja, uczniowie zaczęli krzyczeć, zrobiło się całkowite zamieszanie, a Vinay, Vinay nie mógł się ruszyć. Wpatrywał się w punkt, w którym jeszcze chwilę temu widział ciało Adama, a teraz wpatrywał się w plecy gapiów. Wciąż jednak nie mógł ruszyć się na krok, mając przed oczami już najgorsze, najczarniejsze z możliwych scenariuszy.
    Cały wieczór minął mu w tempie błyskawicznym, nawet nie wiedział kiedy znalazł się w swoim dormitorium, kiedy otworzył o poranku oczy i znalazł się na śniadaniu, usilnie wypatrując Adama… Nic z tego, zamiast niego ujrzał dyrektora i usłyszał jego przemowę na temat stanu zdrowia młodego stażysty. Belzungovich, nie ogarniał co tak właściwie się działo wokół niego. Dopiero wieczorem, tuż po kolacji zaczął, jakby kontaktować ze światem, a wszystko przez to, że został zaczepiony przez sprawczynię całego tego zamieszania. Gdy Wiera stanęła przed nim, zmarszczył brwi i szybko się najeżył, przypominając sobie jednak, że przecież nie może się tak zachowywać, bo nikt nic nie może wiedzieć… Mimo wszystko, nienawidził tej kobiety.

    OdpowiedzUsuń
  32. Nie rozumiał co się dzieje. Słuchał słów młodej kobiety z tępym wyrazem twarzy i zagubienie wymalowanym w oczach. Oczach, które od ostatnich wydarzeń nie świeciły iskierkami radości, nie płonęły entuzjastycznie. Wręcz przeciwnie. Uciekło z nich całe życie, a gdy Wiera zabarykadowała mu drogę, zamrugał kilkakrotnie, próbując wyłapać to co tak właściwie do niego mówi. Dopiero gdy zaczęła czytać list, który dostał jakiś czas temu od Adama, zorientował się, co takiego właściwie się dzieje. Życie jakby do niego wróciło, ale… Przebudzone przez wściekłość.
    — To twoja wina. — Warknął. Wiedział, że skoro kobieta posuwa się do takich rzeczy on wcale nie musi być dla niej miły i grzeczny, chociaż zdecydowanie powinien. W końcu była starsza i mogła pojawić się na jakichś jego zajęciach. — Wszystko jest twoją winą. — Dodał, zaciskając mocno pięści. O Rathmannie i jego surowych szlabanach wiedzieli wszyscy, pomimo sprawowania opieki nad domem Ravecnalwu wcale nie był łagodniejszy dla swoich uczniów. V., miał wrażenie, że czasami było wręcz odwrotnie.
    — Nic mnie nie łączy z żadnym z profesorów. — Burknął. W tym momencie był wdzięczny za obecność Clementy’ego. — A ten list… Ten list to pewnie jakiś kawał. — Zdawał sobie sprawę, że początkowo zareagował zbyt gwałtownie i zdradził, że jednak coś go z Adamem łączy, ale Gryfon… Miał w rękawie tego cholernego Gryfona, na którym mógł polegać, a przynajmniej miał taką nadzieję.
    — Po prostu przepuść mnie i daj mi spokój, bo się spóźnię na randkę. — Syknął, próbując przejść obok kobiety. Był jednak świadom, że to wcale nie musi być tak proste, jak mogłoby się wydawać. — A jak pani profesor wie, poza Hogwart wyjść nie mogę. — Burknął jeszcze, modląc się, by cholerny Clementy był tego wieczoru w zamku.

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie rozumiał co się właśnie działo. Nie miał pojęcia skąd ta kobieta wynalazła list i tak właściwie, o co jej chodziło. Był oszołomiony, a pojawienie się profesora Rathmanna tylko bardziej go zdezorientowało. A jeżeli cokolwiek słyszał? Jeżeli słyszał więcej niż powinien? Zagryzł nerwowo wargi i spuścił głowę w dół.
    — Dobrze. — Szepnął do profesora i zgodnie z jego poleceniem pobiegł prędko w stronę wieży Ravenclawu. Nie miał pojęcia co ma z sobą zrobić. Położył się w łóżku i gapił w sklepienie, nie mogąc zasnąć. Denerwował się listem, który pozostał w dłoniach, niezrównoważonej blondynki. Zrozumiał już, że ta jest zdolna do wszystkiego i rozumiał, że chce się na Adamie zemścić, chociaż nie wiedział jeszcze za co dokładnie. Nie rozumiał i przysiągł sobie, że rozwiąże tę zagadkę. Z tego co zrozumiał, rozstali się ale nie miał pojęcia kto z nich był winien. Nie był pewien czy chce się w to pakować i mieszać, ale jedno było pewne. Nie da się zastraszać jakiejś tam stażystce. Będzie musiał wymyślić, jak ma odebrać jej list i jak się go pozbyć… I przede wszystkim utwierdzić w przekonaniu, że go i Adama nic, kompletnie nic nie łączy.
    O poranku zszedł do Wielkiej Sali na śniadanie, był już bardziej przytomny niż w poprzednie dni, jednak wciąż jego wzrok był zamglony i zagubiony. Teraz w dodatku odrobinę się bał i stresował Wierą. Wiedział jednak, że nie może dać jej tego po sobie poznać, bo wówczas z pewnością będzie go dręczyć, czując, że jest słabym ogniwem. A takim nie był z pewnością.

    V.

    OdpowiedzUsuń
  34. Julii żołądek przewracał się do góry nogami na myśl o meczu w takich warunkach, bo w gorszych jej drużyna nie grała od dawna. Padał okropny śnieg z deszczem, a w dodatku było tak zimno, że w ciągu kilku minut na dworze, przemarzało się do szpiku kości, bo niby ciepłe i niby wodoszczelne ubrania zaraz przemakały. Na szczęście zawodnicy krukońskiej drużyny przestali w końcu rzucać się sobie do gardeł, ale nie zmieniało to faktu, że ich szanse na wygraną wciąż były dość niewielkie. A potrzebowali tej wygranej. Po przegranym meczu z Puchonami na początku semestru, w którym Laura, na moment przed złapaniem znicza, oberwała tłuczkiem, nie mieli zbyt dobrego miejsca w tabeli, ale byli zdeterminowani, by je zdobyć. Pogoda mogła jednak wszystko zepsuć. Widoczność była okropna, a w takiej sytuacji mecz może ciągnąć się godzinami, bo wyjątkowo ciężko jest szukającym dostrzec gdziekolwiek złoty znicz. Zawodnicy grają na skraju psychicznego i fizycznego wyczerpania, niemal wpadają na siebie co chwilę i naprawdę cud jeśli wszyscy z tego wyjdą bez poważnych uszkodzeń.
    Julia zajęła pozycję przy pętlach i spojrzała w górę na niebo, całkowicie przykryte gęstymi chmurami, z których dosłownie wylewały się strugi deszczu. Odetchnęła głęboko, zamknęła oczy, starając się odciąć na moment od tego wszystkiego wokół, a przynajmniej do chwili, gdy usłyszała gwizdek. Otworzyła oczy i całą swoją uwagę skupiła na grze.
    Było okropnie. Zawodnicy pojawiali się jakby znikąd, a Julia broniła niemal przypadkowe rzuty. To wszystko wydawało się być zupełnie pozbawione sensu. Nie wiedziała już nawet jaki jest wynik, gra trwała zdecydowanie zbyt długo, a ona była na skraju wyczerpania, chociaż nie dawała tego po sobie poznać. Nagle z mgły pojawiła się pędząca w jej stronę grupka ścigających i zanim ktokolwiek zdążył skręcić lub wyhamować, Julia zderzyła się z jednym z Gryfonów. Poczuła silny ból w ramieniu, ale wciąż mocno trzymała trzonek miotły, próbując walczyć z siłą, odrzucającą ją do tyłu. Nie udało się. W ułamku sekundy wpadła na jedną z pętli, potworny ból zaczął rozsadzać jej plecy i głowę, aż przestała czuć cokolwiek. Miotła wyślizgnęła się z jej bezwładnej już dłoni i zaczęła spadać, zbliżając się nieuchronnie ku ziemi.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  35. Czuła się jakby spadała. Bez przerwy. Bez uderzenia w ziemię, chociaż przecież jakoś się tam dostała. Świat wirował wokół niej nie dając jej nawet momentu poczucia stabilności. Nie miała pojęcia, że leży nieruchomo na łóżku w Skrzydle Szpitalnym, okropnie poobijana i wyglądająca, jakby miała już nigdy się nie obudzić. A jednak. Po trzech dniach snu i niezdawania sobie sprawy z bólu, jaki miał się pojawić, w końcu otworzyła oczy i od razu skrzywiła się, bo miała wrażenie, że nawet oddychanie jest tak trudne, że prawie niemożliwe. Przy każdym wdechu i wydechu ból rozsadzał całą jej klatkę piersiową. Westchnęła cicho i uniosła lekko zmrużone powieki.
    - Adam... - szepnęła zachrypniętym głosem i uśmiechnęła się delikatnie do chłopaka, który siedział tuż przy jej łóżku. Spróbowała podnieść się, ale okazało się to zupełnie niemożliwe. Nie krzyknęła, ale syknęła z bólu i opuściła na poduszkę głowę, która nagle wydała jej się niewyobrażalnie ciężka. Świat znów zaczął się kręcić, ale zniosła to. Musiała.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  36. [Dziękuję ślicznie za powitanie i miłe słowa! :)
    Gdyby kiedykolwiek brakowało Ci wątków, zapraszam do siebie ;)]

    Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  37. Ida cichaczem wślizgnęła się do sali, kiedy Mathias zajął się rozmową z jednym z lekarzy, prosząc ją uprzednio, aby chwilę na niego zaczekała. Jasne... Nie dość, że musiała się przed nim niemal płaszczyć, aby zabrał ją ze sobą do Munga, to teraz miała jeszcze spełniać jego rozkazy? Nie byłaby sobą, gdyby na to przystała. Po prostu musiała zobaczyć brata i Merlin jej świadkiem, że gdyby nie opiekun Ravenclawu, znalazłaby inny sposób.
    Dziewczyna ostrożnie zamknęła za sobą drzwi i z łomoczącym sercem zbliżyła się do szpitalnego łóżka. Odczuła pewnego rodzaju ulgę, kiedy okazało się, że Adam śpi - nie miała pojęcia co takiego mogłaby mu powiedzieć; jak dokładnie wytłumaczyć powód, dla którego się tu znalazła, skoro sama tak naprawdę jeszcze do końca tego nie rozumiała?
    Ostroverhov niemal na palcach okrążyła posłanie i ostatecznie usadowiła się na krześle dla odwiedzających, które ktoś postawił obok. Po chwili namysłu zsunęła z ramiona płaszcz, którego w pośpiechu wcześniej nawet nie zapięła i splotła zimne dłonie na kolanach. Nie miała pojęcia czym się tak denerwowała... Lebiediew był co prawda nieco blady, ale poza kolorem skóry i cieniami pod oczami wyglądał na zdrowego. Ida nie potrafiła stwierdzić co dokładnie mu dolegało i czy był rany, ponieważ ktoś przykrył go wełnianym kocem pod samą szyję.
    Dziewczyna nie potrafiła sobie dokładnie przypomnieć co takiego wydarzyło się podczas pokazowego pojedynku. Wiedziała jedynie, że zarówno Adam jak i reszta obecnych na sali, nie był na to przygotowany. W pewnym momencie wszystko po prostu wymknęło się spod kontroli i zapanował chaos, a zanim młoda czarownica zdążyła zareagować, jeden z nauczycieli już zajmował się jej bratem, a pozostali pilnowali, by uczniowie wrócili bezpiecznie do pokojów wspólnych.
    Ostroverhov mimowolnie wyciągnęła dłoń w stronę nieprzytomnego stażysty, ale zawahała się, nim dotknęła nią jego ramienia. Zamiast więc ryzykować westchnęła ciężko i pochyliła się nad łóżkiem, by oprzeć łokcie na okryciu. Delikatnie ułożyła policzek w miejscu, gdzie pod materiałem wyraźnie rysowała się noga Lebiediewa i przymknęła powieki, ukrywając przed światem przekrwione od niewyspania oczy. Przez noc spała tak niewiele, że teraz zmęczenie zaatakowało ją ze zdwojona siłą i nie wiedzieć kiedy, Ida po prostu odpłynęła kołysana do snu miarowym oddechem brata.

    kochana siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  38. Nie było większej ulgi niż jego uśmiech, ciepłe spojrzenie, pocałunek w czoło i słowa, które uświadamiały jej, że przecież wcale nie jest źle. Okej, może nie było najlepiej, przecież nie była w stanie się nawet podnieść, ale źle też nie było. W końcu miała bardzo duże szanse na roztrzaskanie się o murawę, złamanie karku i śmierć na miejscu, a mimo wszystko się udało. Jakoś. Chociaż nie miała zielonego pojęcia jak, bo niewiele pamiętała z meczu. Nawet nie wiedziała jaki jest dzień tygodnia.
    - Przepraszam. - powiedziała cicho, kiedy już z pomocą Adama wypiła łyk wody. Nie chciała go wystraszyć, nie chciała, żeby się martwił, ale wiedziała, jak bardzo sama martwiłaby się w takiej sytuacji o niego. Odchodziłaby od zmysłów.
    Oparła ciężką głowę o jego ramię i uśmiechnęła się, kiedy usłyszała o Mattcie. Chciała porozmawiać z Adamem, dowiedzieć się co konkretnie się stało, zbuntować się, jak to ona, przeciwko spaniu i najlepiej wyskoczyć z łóżka i pójść pobiegać, ale jedyne co była w stanie zrobić to zamknąć oczy i zasnąć. W spokoju, obok kogoś, kogo była pewna i wiedziała, że zawsze, nieważne co się stanie, będzie obok.

    Obudziła się dwie godziny później, a na jej twarzy od razu pojawił się szeroki, szczery uśmiech, bo Matt już tu był. Stał kilka kroków od jej łóżka i rozmawiał z Adamem, śmiejąc się co jakiś czas tym śmiechem, który zapewne ją obudził, ale nie miała nic przeciwko. Przez dłuższą chwilę patrzyła na nich, aż w końcu nie wytrzymała.
    - Heloł, ktoś tu leży, wszystko go boli i trzeba go przytulić. - powiedziała i uśmiechnęła się niby kpiąco, ale radośnie. - A Wy sobie gadacie jak gdyby nigdy nic...
    Nawet nie zdążyła skończyć serii narzekania, bo Matt podszedł do niej i przytulił ją zupełnie niedelikatnie, jakby nie miał pojęcia, że dopiero co zrosły jej się wszystkie połamane kości. Wiele połamanych kości. Skrzywiła się z bólu, ale nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku.
    - Jesteś nienormalna. - szepnął jej do ucha rozbawionym tonem. Przewróciła oczami i wtuliła twarz w szyję brata. Nadal używał tych samych perfum. I bardzo słusznie.
    - Świetnie! Okazuje się, że muszę wylądować w Skrzydle Szpitalnym, żeby mój głupi brat był łaskaw się ze mną spotkać. - zakpiła, kiedy Matt w końcu podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Przeniosła wzrok na Adama. - Mam nadzieję, że nie wybaczyłeś mu zbyt szybko, że nas tak bezczelnie olewa?
    Uniosła brwi, wciąż starając się utrzymać na twarzy uśmiech. Mimo wszystko. Mimo bólu poobijanych pleców i żeber. Mimo głowy, która wydawałoby się, że zaraz pęknie. Mimo obrazu przed oczami, który przy jakimkolwiek ruchu zamazywał się na moment. Wolała to ukrywać. Nie chciała, żeby Matt się martwił.
    - Przyniesiesz mi sok dyniowy? - spytała słodkim głosikiem, patrząc na brata.
    - Ta, może jeszcze Ognistą Whisky? - prychnął pod nosem, ale wstał z szerokim uśmiechem na twarzy i ruszył w stronę wyjścia ze Skrzydła.
    Julia westchnęła ciężko, przymykając oczy, ale zaraz spojrzała na Adama.
    - Pomożesz mi się podnieść? - poprosiła już o wiele mniej optymistycznym tonem. Miała dość leżenia plackiem na łóżku, bo czuła się jakby przeleżała w tej pozycji zdecydowanie zbyt długo. - I załatw mi coś na ból głowy, bo oszaleję. I ani słowa Mattowi. Proszę.
    Spojrzała mu w oczy, ale szybko odwróciła wzrok, jakby było jej wstyd z powodu własnej słabości. Była bezbronna i pozbawiona sił. Potrzebowała pomocy, niezależnie od tego jak bardzo chciałaby poradzić sobie sama. Teraz po prostu nie była w stanie.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  39. Ida nie potrafiłaby odpowiedzieć, gdyby ktokolwiek zapytał ją, co jej się właściwie śniło. Dziewczyna miała wrażenie, że balansowała w bezdennej nicości, tulona przez mrok i wszechogarniającą ciszę. Nie miała jednak pojęcia ile czasu minęło, kiedy wreszcie dotarło do niej echo jakichś słów. Poruszyła się niespokojnie, a potem gwałtownie otworzyła oczy, kiedy zorientowała się, że ktoś powtarza jej imię.
    Ślizgonka zamrugała kilkukrotnie, ale nie ruszyła się z miejsca. Poczuła, że jej policzki przybierają szkarłatny kolor, zupełnie jakby została przyłapana na czymś kompromitującym, a potem powoli wyprostowała plecy. Skrzywiła się mimowolnie, kiedy jej kości wskoczyły na swoje miejsce z cichym chrzęstem i odnalazła twarz brata zaspanym spojrzeniem. Zanim zdążyła się nad tym zastanowić, przeciągnęła się i ziewnęła głośno, zasłaniając sobie usta dłonią.
    - Przepraszam - wymamrotała niewyraźnie, po czym poprawiła się na krześle i rozejrzała po sali.
    Poza nimi w pomieszczeniu nie było nikogo, więc wyglądało na to, że Mathias postanowił się nad nią zlitować i chwilowo zostawił ją w spokoju.
    - Musiałam odpły... - urwała i w ułamku sekundy skupiła całą swoją uwagę na Adamie. Niedbałym ruchem odgarnęła z twarzy poplątane włosy i podniosła się na równe nogi tylko po to, by stanąć bliżej Lebiediewa.
    - Jak się czujesz? - zapytała, wyraźnie już wybudzona z wcześniejszego letargu. - Może chciałbyś się czegoś napić? - zaproponowała i ponownie rozejrzała się w poszukiwaniu wody. Przypomniała sobie, że kiedy weszła do sali kubek stał na którejś z szafek. - Wybacz, nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Długo już nie śpisz? - nadawała bez ładu i składu, nie wiedząc dokładnie co było przyczyną takiego stanu rzeczy. Stres?
    - Na brodę Merlina, na pewno jesteś obolały, a ja wcześniej nawet o tym nie pomyślałam! - zauważyła, odszukując spłoszonym wzrokiem spojrzenie starszego brata.

    Ida

    OdpowiedzUsuń
  40. Ta krótka chwila poszukiwań pozwoliła jej ostatecznie zebrać myśli i odnaleźć się w sytuacji. Czuła się jeszcze odrobinę niezręcznie, ale tylko dlatego, że nie wiedziała na jakie zachowanie mogła sobie pozwolić w obecności Adama; w końcu oboje dopiero pracowali nad relacją brat - siostra, próbując stworzyć ją praktycznie od zera.
    Ostroverhov utkwiła ciemne oczy w blondynie i zastygła na moment w bezruchu, kiedy ten przyznał, że nie czuje się najlepiej. Dziewczyna zacisnęła dłonie na materiale spodni i wzięła głęboki wdech, próbując stłumić irytację wywołaną bezsilnością. Taka była jednak prawda; nie mogła nic na to poradzić; nawet nie wiedziała kim była nieznajoma, która próbowała skrzywdzić Lebiediewa.
    - Przykro mi - wykrztusiła, kiedy wreszcie odzyskała głos.
    Tak naprawdę była wściekła, ale nie dała tego po sobie poznać, bo nie chciała, by Adam poznał ją od tej złej strony. Kiedy jednak chłopak wspomniał o ich rodzicach, Ida zacisnęła zęby i gwałtownie wypuściła powietrze przez nos.
    - Być może zwróciłabym na to uwagę, gdybym znalazła się tu, by zrobić im na złość - odpowiedziała i posłała bratu pewne, niewzruszone spojrzenie. - Jestem tu jednak dlatego, że się o ciebie martwiłam, więc mogą pocałować mnie w ty... - urwała i wzięła kolejny, głęboki wdech, aby powstrzymać się przed palnięciem jakiejś głupoty.
    Ostroverhov nie zamierzała teraz rozmawiać o rodzicielach, więc szybko skupiła się na kolejnych pytaniach czarodzieja.
    - Owszem... To on mnie tutaj przemycił - przyznała, wzruszając niedbale ramionami. Nie wspomniała słowem o tym, jak długo musiała go o to prosić. Zamiast tego raz jeszcze rozejrzała się po sali. - Spałeś, kiedy przyszłam się z tobą zobaczyć, ale odpłynęłam i nie mam zielonego pojęcia, gdzie on się podział - wyznała zgodnie z prawdą i pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą.
    Szczerze wątpiła, aby Mathias wrócił bez niej do zamku.
    Ida drgnęła, kiedy brat poprosił ją o wodę i posłusznie przyniosła mu kubek, obserwując jego zmagania z poduszką i niewygodnym materacem. Nie wiedząc jednak jak mogłaby mu pomóc, usadowiła się z powrotem na krześle i obserwowała Adama w milczeniu.

    Ida

    OdpowiedzUsuń
  41. Starała się nie krzyczeć, kiedy Adam pomagał jej się podnieść, więc przygryzła dolną wargę prawie do krwi, usiłując jak najmniej zwracać uwagę na ból pleców. W końcu usiadła w pozycji półleżącej, wzięła tabletkę na ból głowy i wtuliła się w klatkę piersiową Adama, przymykając oczy. Miała dość. Serdecznie dość Skrzydła Szpitalnego. Uzdrowicieli, pielęgniarek, bezsensownie troskliwych spojrzeń od ludzi, z którymi normalnie ledwo rozmawiała. Chciała wstać już z tego łóżka i wrócić do dormitorium albo gdziekolwiek, gdzie nikt jej przesadnie nie nadzoruje. Zastanawiała się nawet czy nie poprosić Matta, żeby zabrał ją do domu, ale ostatecznie zmieniła zdanie. Może i uderzyła się w głowę, ale o swoim lęku przed teleportacją nie zapomniała. Poza tym to by niewiele dało. Tam rodzice i Matt biegaliby wokół niej bez ustanku, przynosili jej herbatę za herbatą i dwa tysiące razy dziennie pytali czy już lepiej. Może w gruncie rzeczy w Hogwarcie nie było tak znowu najgorzej.
    - Adam, ani mój brat, ani Ty nie jesteście stworzeni do tego, żeby się o mnie troszczyć. To by było dziwne i straszne. - spojrzała w sufit i westchnęła cicho. - Tęskniłam za nim i to bardzo, ale w tym przypadku serio wolałabym, żeby jak najszybciej wrócił do Nowego Jorku i swoich spraw.

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  42. [Cześć, cześć. Mam zamiar przejąć Wierę.
    Możesz odezwać się do mnie na maila? c; francoise.dorleac96@gmail.com]

    OdpowiedzUsuń
  43. Od dłuższego czasu nie potrafiła poradzić sobie z własnymi uczuciami. Czuła tak dużo, że to było dla niej przerażające i nietypowe. To prawda, zawsze kochała Adama, ale dopiero niedawno zdała sobie sprawę jak wielkie było to uczucie. Nie miała nawet porównania, które mogłoby to odzwierciedlić. Mężczyzna wypełniał całe jej serce, każdą myśl a wspomnienia... Czuła jak wyżerały ją od środka. Nie umiała sobie z nimi poradzić i nawet po napisaniu listu nie potrafiła wyrzucić go ze swojego serca. Nie wiedziała jak to robił, ale zaczynała mieć tego serdecznie dosyć. Sądziła, że uprzykrzanie mu życia pomoże w poradzeniu sobie z własnymi problemami i rozterkami, które ją obecnie oplatały. Podczas małego turnieju magicznego w Wielkiej Sali użyła nawet o jedno zaklęcie za dużo, co było już przegięciem. I mimo żalu który czuła, nigdy go nie przeprosiła. Nigdy nie dała mu odczuć, że żałuję, chociaż od mienionego wydarzenia minęło kilka dobrych miesięcy. Choć mogłoby się wydawać, że jej nastawienie nigdy nie ulegnie zmianie, że nie przestanie dręczyć swojej byłej miłości to... Powoli coś w niej pękało. Łagodniała.
    Ten dzień miał być taki, jak każdy inny. Wypadek o którym jednak usłyszała, wytrącił ją całkowicie z równowagi. Annie, słyszałaś? Ten seksowny stażysta Adam Lebiediew miał wypadek! Nie uwierzysz, spadł z trzeciego piętra... Historia była zdecydowanie zbyt mocno przekoloryzowana, bo Adam jedynie poślizgnął się na schodach, jednak Sokołow poczuła mocny ból w piersi. Martwiła się o niego. I mimo, że niegdyś sama go skrzywdziła to nie wiedziałaby co by zrobiła, gdyby stało mu się coś poważnego. Rzuciła więc wszystko co w danej chwili robiła i szybko udała się do Skrzydła Szpitalnego. Zamieniła kilka słów z hogwarcką pielęgniarką, po czym poprosiła by zostawiła ją samą z pacjentem.
    — Adam... — zaczęła drżącym głosem. Zazwyczaj jego barwa była pewna i zimna jak ostrze, szczególnie w ostatnich kontaktach z nim. Tym razem jednak było inaczej. Coś się zmieniło. Chciała się nim zaopiekować, ale nie wiedziała jaka będzie jego reakcja. Nie byłaby zaskoczona, gdyby ją stąd wyrzucił. W końcu ostatnio... nie była dla niego zbyt miła i na każdym kroku dała mu odczuć swoją niechęć względem niego. — Jak się czujesz? Wszystko z Tobą w porządku? — dosyć niepewnie usiadła na brzegu łóżka, na którym on leżał. Szare tęczówki uważnie wbiły w niego swoje spojrzenie. Odetchnęła nieco głośniej niż powinna, a zębami zagryzła dość mocnym ruchem swoją dolną wargę. Jej dłoń dosyć niepewnym i pełnym delikatności ruchem przesunęła się po jego łydce.

    stara miłość.

    OdpowiedzUsuń
  44. Czuła na sobie jego zimny, wypełniony zdziwieniem wzrok i nie umiała tego znieść. Nie była w stanie pojąć jak to się stało, że znaleźli się w takiej sytuacji. A fakt, że to była jej wina nieco ją przytłaczał i próbowała go od siebie odsunąć jak najdalej. Miała wyrzuty sumienia wielkości.... Właściwie nie wiedziała do czego mogłaby je porównać. Wiedziała jedynie, że zżerały jej duszę od środka, karmiąc się jej bólem. Musiała odpokutować. I chociaż nie wiedziała, czy uda jej się odbudować relacje z Adamem to musiała chociaż spróbować. Zatroszczyć się o niego, zaopiekować się nim. Pozbierać kawałki jego złamanego serca i ułożyć je w całość. Mimo, że była pełna wątpliwości to musiała spróbować. Jej charakter nie pozwalał na poddanie się, szczególnie, że wciąż go kochała. Miłość wypełniała całe jej serce i mimo próby jej odrzucenia, nie udało się. Kochała go całą sobą, ale musiała to ukrywać.
    — Gdyby mnie nie interesowało, toby mnie tutaj nie było. — syknęła cicho, w duchu nakazując sobie zachowanie spokoju. Nikt nie wyprowadzał jej z równowagi równie skutecznie co on. Odetchnęła głęboko, a na bladą twarz przywołała delikatny uśmiech. — Chciałam wiedzieć czy wszystko z Tobą w porządku. Złamałeś coś? Jak doszło do tego wypadku? — zapytała, delikatnie marszcząc brwi.
    Na jego twarzy malowała się wyraźna niechęć, ale postanowiła to zignorować. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, Wiera.
    — Rozumiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać. Nie jestem zaskoczona, Adam.. Ale... — tu urwała. Zanim tutaj przyszła, nie myślała o tym co ma mu powiedzieć. Teraz w jej głowie była okropna pustka. Nie wiedziała co powinna mu powiedzieć. Jak ułożyć słowa? Jak wyznać żal? Jak go przeprosić? Czy powinna przepraszać? W jej głowie kołatało się milion pytań, a odpowiedzi brakowało. Odetchnęła głęboko. — Dobrze, wyjdę. Ale dopiero wtedy gdy powiem to co mam do powiedzenia. — mruknęła twardym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Tak, Wiera była uparta niczym osioł. Nie tak łatwo było ją przegonić.
    Przesunęła się bliżej niego, ignorując grymas malujący się na jego twarzy. Dotknęła swoim biodrem jego boku, a dłonią niepewnie złapała jego dłoń. Splotła swoje palce wraz z jego.
    Boże, ten dotyk wręcz palił. Niewiarygodne jak bardzo za tym tęskniła.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  45. Jego postawa szczerze ją zaskoczyła, nigdy jej tak nie traktował. Zwykle był zupełnie inny, ale czego mogła się spodziewać? Jego obojętność ją zmroziła, poczuła się tak, jakby dostała w twarz. Ciężko było jej to przełknąć, ale musiała zrobić dobrą minę do złej gry. Odetchnąwszy głęboko, wziąwszy kolejny łyk świeżego powietrza przeniosła swoje spojrzenie na jego twarz.
    — Jak długo tu zostaniesz? Złamałeś coś? — położyła widoczny nacisk na drugie pytanie. Skoro za drugim razem jej nie odpowiedział, miał szansę zrobić to teraz. Tego oczekiwała i nie zamierzała dać za wygraną póki nie otrzyma odpowiedzi.
    Jej tęczówki uważnie przesuwały się po jego twarzy. Długim spojrzeniem obrzuciła jego oczy. Miał piękne tęczówki. Przesunęła wzrok na jego nos, aż w końcu dotarła nim do jego warg. Gdy zamknął oczy wpatrywała się właśnie w nie. Idealnie skrojone i miękkie, stworzone do pocałunki. Wspomnienia wracały do niej z podwójną siłą, a tęsknota paliła jej ciało.
    — Chciałam Cię tylko przeprosić. Za wszystko co zrobiłam. Za to, że zerwałam z Tobą za pomocą listu. To było okropne, ale... Nie potrafiłam się stanąć twarzą w twarz ze swoimi uczuciami. To było tak... Intensywne i trudne. Nie liczę, że zrozumiesz. Nie jestem łatwa w obyciu i wiem jak czasami ciężko mnie znieść. — spuściła wzrok na swoje dłonie, które ułożyła na swoich kolanach. Odsunęła się nieco od niego. Mimo wszystko nie chciała mu się narzucać. — Za ten... Za to co stało się na Turnieju Magicznym. Przegięłam. Za wszystkie złe słowa, za moją wrogość i złość, którą wyładowywałam na Tobie.
    Jej głos się załamał, a oczy mimowolnie zaszkliły. Nie płakała nawet po ich rozstaniu, nie płakała podczas żadnej ich kłótni, a teraz miała się rozbeczeć? Wiera... daj spokój.
    — I naprawdę nie liczę na Twoje wybaczenie. Chciałam tylko, żebyś wiedział, że żałuję. Że jest mi przykro. Więcej nie doświadczysz przykrości z mojej strony. To wszystko co mam Ci do powiedzenia. — zakończyła nieco pewniejszym głosem. Nie wyznała mu miłości, nie powiedziała tego, że nadal go kocha. Uważała to za zbędne i bezsensowne. Po jego nastawieniu pomyślała, że miłość mu już całkowicie przeszła, że odeszła w zapomnienie.
    Wiele zrobiła, przepraszając go. Mógł tego nie docenić, mógł ją wyśmiać. Ale przeprosiny zawsze przychodziły jej z wielkim trudem. Była bardzo skryta, co Adam wyraźnie odczuł przez te lata ich związku. Teraz jednak było inaczej. Wylała na niego część swoich emocji, otworzyła swoje serce. Nie wiedziała tylko jak on to przyjmie. W głowie miała już milion scenariuszy na to, jak on się zachowa.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  46. Wyjątkowo ciężko było z nim rozmawiać, ale nie zamierzała się poddać. Wzięła głębszy wdech, spoglądając na jego niewzruszoną twarz. Naprawdę żadne z jej słów nie zrobiło na nim żadnego wrażenia? Nie była zaskoczona, lecz mimo to poczuła ukłucie w sercu. W sercu, które większość miało za bryłę lodu, a które w rzeczywistości było cholernie miękkie.
    — Tak, skończyłam. — odparła cicho, lecz wyraźnie.
    Nie wiedziała co więcej mogła mu powiedzieć. Nie miała zamiaru go błagać o wybaczenie, ani się przed nim kajać. To nie było w jej stylu. I tak, wypowiadając każde z tych słów, upokorzyła się. Bo co on teraz o niej myślał? Chyba wolała tego nie wiedzieć.
    — Nie będę zabierać Ci więcej czasu. Odpoczywaj i wracaj do zdrowia. — zmusiła się do uśmiechu, który był jednak wyjątkowo słaby. Przełknęła głośno ślinę i wstała. Na odchodne złożyła delikatny, wilgotny pocałunek na jego czole. Nie wiedziała po co to zrobiła, lecz nim zdążył zareagować jej już nie było.
    To Ci wychodzi najlepiej Wiera. Uciekanie.

    Kolejny dzień był dla niej wyjątkowo trudny. Nie umiała skupić się na swoich zajęciach, na obowiązkach. Była wyjątkowo rozproszona, rozdrażniona i roztargniona, co nie zdarzało jej się. Nie spała zbyt wiele w nocy. Miała okropne wory pod oczami, które jednak udało jej się zasłonić makijażem. Była rozbita i zaczęła żałować swojej wczorajszej wizyty u Lebiediewa. Co ona sobie myślała? Że on jej wybaczy? Że wszystko będzie jak kiedyś? Ich życie niegdyś było wypełnione szczęściem i beztroską, ale teraz... Nic im nie pozostało. Tylko żal, rozczarowanie i smutek. Oboje cierpieli, każde z nich przeżywało to na swój sposób.
    Głupia! Nie możesz do niego iść. Wyrzuci cię. — uparcie powtarzała sobie owe słowa niczym mantrę, lecz na marne. Nie zadziałały, bo już kilkakrotnie kręciła się w pobliżu Skrzydła Szpitalnego, nie mając jednak odwagi wejść do sali Adama. Mijała jedynie pielęgniarki, chodząc niczym zjawa.
    Pierwszy raz nie posłuchała rozumu, a serca. Wchodząc do niego, zaraz chciała wyjść. Widząc, że spał, odetchnęła cicho z ulgą. W dłoni miała sok dyniowy i zieloną słomkę, wiedziała, że był jego ulubionym. Cicho podeszła do nocnego stolika, sięgając po kartkę. Pamiętam, że to Twój ulubiony sok. Zdrowiej. Napisała krótką wiadomość, którą wsunęła pod butelkę.
    Może to i lepiej, że spał, że jej nie zobaczy. Po wczorajszym dniu nie miała najmniejszej ochoty na konfrontacje z nim.

    Wiera

    OdpowiedzUsuń
  47. Nie wiedziała co powinna była zrobić. Miała tak ogromny mętlik w głowie, nad którym nie potrafiła zapanować i to wprawiało ją w stan wielkiej irytacji. Wróciwszy do swojego pokoju, usiadła przy jednej z wielkiej ksiąg. Znudzona przesuwała kartki, wciąż karmiąc się myślami o Adamie. To było zupełnie bezsensowne i bezcelowe, ale nie potrafiła przestać. Do tej pory skutecznie odsuwała myśli o nim daleko. Być może dlatego teraz przyszły ze zdwojoną siłą i przycisnęły ją do ściany. Miała tego serdecznie dosyć. Z głośnym trzaskiem zamknęła księgę i spojrzała na zdjęcie, które stało na stoliku.
    Ona i Lebiediew. Większość uznałoby za niezdrowe trzymanie rzeczy byłych partnerów, szczególnie "na widoku". Niestety bądź stety, Wiera nie należała do większości. Miała wszystkie ich zdjęcia, wszystkie jego koszulki, które ukradła mu jeszcze za szkolnych czasów. Wspominała to z uśmiechem.
    Musiała odetchnąć. Za oknem panował mrok, jednak nie zważając na to założyła na nagie, szczupłe ramiona czarną, skórzaną kurtkę i opuściła swój pokój. Wychodząc na dziedziniec nie spodziewała się, że kogoś tam spotka. Tym bardziej nie pomyślała, że to będzie Adam. Nie wiedziała czy to był przypadek czy los płatał jej złośliwe figle.
    Kiedy dostrzegła jego sylwetkę malującą się na murku, chciała uciec. Odejść niezauważona i oszczędzić mu tego spotkania. Ale jakaś nieznana jej siła przyciągała ją do niego. Pociąg, który wciąż czuła. Miłość, która rozpalała jej chłodne ciało. Przywiązanie i chęć kontaktu z nim. Zacisnęła mocno powieki, a chłodne powietrze delikatnie muskało jej twarz. W końcu zebrała resztki odwagi i podeszła do niego. Zgrabnie wślizgnęła się na murek, siadając blisko niego.
    — Wiesz, że nieładnie uciekać ze szpitala? Jestem pewna, że pielęgniarka będzie Cię ścigać. — rzuciła żartem, chociaż nie wiedziała czy to był dobry pomysł.
    Przyglądała mu się uważnie i nawet w tym mroku zauważyła, że nie wyglądał dobrze. Czym prędzej musiał wrócić do pokoju.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  48. Przed oczami miała marny widok. Adam wyglądał wyjątkowo źle, a jej obecność chyba mu nie służyła. W tej chwili było to jednak nieważne, bo nie miała zamiaru zostawić go na tym chłodzie. Sama zaczęła już drżeć z zimna, a co dopiero on? Była ciekawa jak długo tutaj już siedział.
    — Cóż, pewnie dla Ciebie to szok, ale mnie obchodzi. — mruknęła spokojnym, wręcz kojącym głosem wprost do jego ucha. W tym momencie budził w niej instynkty opiekuńcze, których dawno nie czuła. A jeśli już je czuła, to niezmiernie rzadko.
    Przez dłuższą chwilę nie odrywała od niego wzroku, aż w końcu przeniosła swoje spojrzenie na błyszczące gwiazdy, mieniące się na granatowym niebie. Piękny widok, jednak nie warty tego by jej ukochany zamarzł.
    — Podnieś tyłek, idziemy. Zaprowadzę Cię do pokoju. — powiedziała głosem nieznoszącym żadnego sprzeciwu i pomogła mu się podnieść. Nie zważała na jego protesty. — Nie będziesz spał na dziedzińcu.
    Delikatnie go objęła i ruszyła wraz z nim do środka zamku. W milczeniu przemierzała korytarz, z nim u swego boku. Nie obchodziło jej to, że nie chciał jej tutaj, że był zimny i przesiąknięty obojętnością. Potrzebował kogoś, kto się o niego zatroszczy. A ona, wbrew pozorom, robiła to przez długi okres czasu.
    Weszła wraz z nim do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
    — Nie wyjdę dopóki czegoś nie zjesz i nie zaśniesz. — mruknęła stanowczo. Tak samo jak on, Wiera była okropnie uparta. I nie zamierzała dać się przegonić. Najpierw musiała się upewnić, że z nim będzie wszystko w porządku.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  49. Był okropnie nieznośny. Cierpliwie jednak znosiła oceniające, złowrogie spojrzenia, niezręczną ciszę i wyraz jego twarzy, który kazał jej się odczepić. Cóż, nie miała zamiaru tego zrobić o czym doskonale wiedział. Była okropnie uparta i zawzięta. Jednak w większości sytuacji te cechy jej się przydawały i pomogły poradzić sobie z problemami, które napotykała na swojej drodze. Wchodząc do jego pokoju, natychmiast się rozgrzała. Przestała drżeć z zimna, a i jego temperatura ciała wracała do normy. Wiera zwykle nie okazywała swoich emocji, ale teraz miała wymalowane na twarzy zatroskanie i obawę. Kiedy dostrzegła na jego policzkach rumieńce, odetchnęła z ulgą.
    — Śpij dobrze. — szepnęła widząc jak przewracał się z boku na bok. Być może jej obecność go peszyła, denerwowała czy irytowała. Nie dbała o to, nigdzie się nie wybierała.
    Przeciwnie, rozgościła się w jego pokoju a nawet poczuła się zbyt pewnie. Zdjęła skórzaną kurtkę, wieszając ją na oparciu krzesła. Gdy już zasnął, bezgłośnie otworzyła jego szafę. Wyjęła z niej czarną koszulkę mężczyzny. Rozebrała się do majtek, zakładając na siebie jego koszulkę. Przyłożyła jej materiał do swoich ust i nosa, zaciągając się jego zapachem. Boże, tak cudownie pachniała. Nim.
    Przez chwilę obserwowała go, aż w końcu ostrożnie położyła się obok niego. Policzek wtuliła w miękką poduszkę, ciemnymi tęczówkami wpatrując się w śpiącego Adama. Obiecała sobie, że poleży tak tylko chwilkę, a później wróci do siebie. Jednak po chwili już słodko spała, w jego ramionach.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  50. Odetchnęła głęboko, chociaż zaraz pożałowała, bo zabolało tak, że miała wrażenie jakby jej żebra połamały się jeszcze raz. Na szczęście nie było z nimi aż tak źle.
    – Znajdźcie sobie lepsze zajęcie. Serio. – powiedziała, nie do końca zgodnie z tym, czego rzeczywiście chciała. Wolała, żeby się nie martwili, to oczywiste, i nie chciała ludzi biegających wokół niej, obchodząc się z nią jak z jajkiem. Ale z drugiej strony nie wyobrażała sobie być teraz sama w Skrzydle Szpitalnym, nie mogąc właściwie nic zrobić. Prawdopodobnie by oszalała, zwłaszcza, że ostatnio żyła aż nazbyt intensywnie.
    Uniosła dłoń i splotła ją z dłonią Adama, która do tej pory głaskała jej policzek. Ścisnęła ją delikatnie i spojrzała na chłopaka kątem oka.
    – Dziękuję. – szepnęła, tym razem absolutnie szczerze, bo właśnie przy nim mogła czuć się stuprocentowo bezpiecznie i potrzebowała go bardziej niż chciała sobie na to pozwolić.
    Chwilę później, gdy Adam wspomniał o Hogsmeade, skrzywiła się nieznacznie, ale uniosła też nieco kąciki ust.
    – Najpierw zabierz mnie stąd, dobrze? Możesz mnie nawet wykraść. Pozwalam. – brzmiało to trochę, jakby żartowała, ale naprawdę chciała stamtąd uciec. – Mówię poważnie. Po prostu przyspiesz to wszystko. Przecież wiesz, że będą chcieli mnie tu trzymać znacznie dłużej niż rzeczywiście potrzebuję. A ja wolę leżeć plackiem w dormitorium niż tutaj, to chyba oczywiste.
    Spojrzała na przyjaciela, jakby chciała tym samym potwierdzić, że to absolutnie nie jest żart, a zupełnie szczera i poważna prośba, która jest dla niej wyjątkowo ważna. Ale to, że chciała zwiać ze szpitala, nie oznaczało, że chciała oszukiwać Adama, co do swojego stanu zdrowia. Właśnie o to chodziło, żeby nie zawieść przy tym wszystkim jego zaufania i nie uszkodzić siebie samej jeszcze bardziej. Miało być fair. Fair, ale lepiej. Dlatego, kiedy chłopak zapytał czy ją coś boli, odpowiedziała w stu procentach zgodnie z prawdą:
    – Wszystko. – uniosła wzrok i uśmiechnęła się pocieszająco, nie tylko do Adama, ale chyba także do samej siebie. – Od pasa w górę!

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  51. Zasnęła wtulona w jego ramiona. Jego zapach, ciepło jego ciała było chyba zbyt kuszące i nie potrafiła się mu oprzeć. Sama była zaskoczona, gdy się obudziła a on... już nie spał. Zacisnęła wargi w wąską linię, w milczeniu wysłuchując wszystkiego co miał do powiedzenia. Po prostu słuchała i milczała, a wyraz jej twarzy był obojętny. Poczuła gorzki smak odrzucenia, a tego zawsze się bała. Gdy wyszedł z pokoju, oczywiście teatralnie trzaskając drzwiami, rzuciła za nim poduszką.
    — Ugh! Dupek. — warknęła głośno, wyraźnie rozzłoszczona. I mimo, że próbowała zachować spokój, być obojętną to w środku cała wręcz wrzała.
    Nie powinien był jej tak potraktować. Po co ona się starała?
    Jego słowa jasno do niej doszły i nie miała zamiaru więcej się upokarzać. Nie chciał jej to nie. I mimo, że uczucia wręcz się z niej wylewały to Wiera stwierdziła, że nie będzie się narzucać Adamowi. Pozbierała swoje rzeczy i wyszła z jego pokoju.


    Od owego wydarzenia minął chyba tydzień, ale Sokołow miała wrażenie, że były to wieki. Dopiero teraz zrozumiała jak bardzo bolał jego brak i jak ciężko było wyrzucić go z życia, myśli i swojego serca. Złośliwości, które mu robiła, rzucanie kłód pod nogi sprawiało, że te myśli tak jej nie pochłaniały. Albo to wyparcie. Cały czas przecież wypierała tą miłość z siebie, więc zmierzenie z rzeczywistością było bolesne choć nieuniknione. Lebiediew w jednym miał rację - była głupia i głupotą było to, że mogła chociaż pomyśleć o tym, że jej wybaczy, że wciąż ją kochał. Nie kochał, co dosyć jasno jej przekazał.
    Tego popołudnia miała odbyć szlaban z pierwszakami w Zakazanym Lesie. Miał jej towarzyszyć inny stażysta, ale Wiera nie wiedziała kto. Oczywiście była pochłonięta milionem zajęć, więc zapomniała sprawdzić odpowiedniej listy. Wychodząc na dziedziniec dostrzegła kilkoro uczniów i.... Kurwa Czy to była złośliwość losu, czy karma? Kara za grzechy? Mimowolnie zacisnęła dłoń w pięść, z trudem zachowując spokój na twarzy, z trudem trzymała emocje na wodzy. Nie mogła sobie pozwolić na wybuch złości, ucieczkę czy jakiekolwiek złośliwości. Nie byli sami.
    — Dzień dobry. — w uszach uczniów i Adama rozbrzmiał jej cichy, melodyjny głos. Widząc minę mężczyzny, nic nie powiedziała, chociaż gołym okiem było widać, że nie był szczęśliwy z takiego obrotu spraw. Ona także, więc można by powiedzieć, że byli na równi. Owinęła się szalem wokół szyi, a smutne, ciemne oczy na chwilę skupiły się na Rosjaninie. Jej bladą skórę muskał wiatr, a ona cicho westchnęła.
    To będzie ciężki dzień.

    Wiera.

    OdpowiedzUsuń
  52. Naprawdę? Nic nie powiedział, nawet żadnego dzień dobry tylko skinął jej głową? Nie sądziła, że rzuci się w jej ramiona, ale chyba mogli ze sobą rozmawiać? Szczególnie na tematy zawodowe, które defacto ich łączyły i Adam nie mógł tego zmienić, nieważne jak bardzo by chciał.
    Wiera była pewna, że Adam nic już do niej nie czuł. Prócz nienawiści, żalu i złości, a to bardzo łatwo było zauważyć. A ona wciąż go kochała i miała złamane serce. Żałowała tego co mu zrobiła, żałowała wszystkiego co powiedziała, żałowała, że napisała ten cholerny list. Jednak czy to coś zmieniało? Nie. Ich relacji nie dało się już naprawić, a ona nie miała szans wkupić się w jego łaski czy wejść ponownie do jego serca. Zrozumiała to w chwili, kiedy wyrzucił ją ze swojego pokoju. Ale.. przecież zasłużyła, prawda? Zacisnęła mocno zęby, starając się odrzucić te natrętne myśli.
    Nie chciała iść obok niego, więc zgrabnie go wyprzedziła idąc nieco bardziej dziarskim krokiem. Dołączyła do hogwarckiej młodzieży, uważnie obserwując każdy ich ruch, każde poczynanie. Kiepsko szło im szukanie owych roślin, ale może to dlatego, że nie byli tutaj długo? Chociaż ona sama wypatrzyła już jedną roślinkę. Nie miała jednak zamiaru im podpowiadać. Wiedziała, że aby się nauczyć pewnym rzeczy, nie mogli cały czas być naprowadzani jak i prowadzeni za rączkę. Wiera miała dość ostrepodejście do uczniów, jednak przez cały czas była profesjonalistką.
    Dopiero po chwili zwolniła kroku, wyrównując się z Adamem. Zerknęła w jego twarz, czując jak chłód przyprawiał ją niemalże o drżenie ciała.
    — Teraz nie będziesz się do mnie odzywał? Będziesz ignorował mnie? Kiedy mnie zobaczysz, uciekniesz w drugą stronę? — nie wiedziała dlaczego to powiedziała, ale nie mogła się już powstrzymać. Chociaż zdawała sobie sprawę, że na te słowa Adam na pewno zareaguje negatywnie.


    Wiera

    OdpowiedzUsuń

  53. Może rzeczywiście wyglądali czasem jak para zakochanych, ale Julii nigdy nie przeszkadzało to nawet w najmniejszym stopniu. Zdarzało się, że przeszkadzało to innym, bo nie raz kłóciła się o to z Julienem, już nie wspominając o dziesiątkach dziwnych spojrzeń ze strony uczniów lub nawet nauczycieli, którym wydawało się dziwne, że jedna z siódmoklasistek dostaje buziaki w czółko od, jakby nie patrzeć, członka grona pedagogicznego. Ale trudno, ani Julia, ani Adam zdawali się zbytnio nie przejmować, bo też nie było po co. Dla nich to wszystko było absolutnie normalne, tak wyglądało to zawsze i zawsze też pozbawione było całkowicie drugiego dna, wszelkich podtekstów i romantycznych podstaw. Po prostu lubili być blisko siebie, ale nigdy nie czuli, że przekraczają w tym jakąkolwiek granicę. Dlatego Julia prawie nigdy się nad tym nie zastanawiała.
    – Wyglądam bosko! – poprawiła chłopaka, marszcząc brwi. Człowiek obija się przeokrutnie na meczu, a potem przyjaciele jeszcze mu mówią, że wygląda okropnie… Jak żyć?
    Kiedy poprawił kołdrę, którą była przykryta, zrzuciła ją od razu. Nie było z nią przecież aż tak źle, żeby straciła swoje supermoce, dzięki którym mogła służyć wszystkim wokół jako wyjątkowo wkurzający przenośny kaloryfer. Więc jeśli Adamowi (normalnemu człowiekowi) było w Skrzydle Szpitalnym zimno, to Julia i tak z wielką radością otworzyłaby okno i może dopiero wtedy przykryłaby się kołdrą aż pod brodę. Ale to nie był ten moment, bo nikt w Skrzydle otwierać okna nie zamierzał.
    – Znając jego to pewnie chodzi sobie teraz po zamku z butelką soku w dłoni i wspomina jak to kiedyś było fajnie…
    *
    Zasnęła późnym popołudniem trochę ze zmęczenia, ale głównie z nudów. Niby coś próbowała czytać, ale jeśli nie zamykały jej się oczy, to pielęgniarka zaczynała się czepiać, że nie odpoczywa. Że niby jak to nie odpoczywa? Czy jest coś bardziej odprężającego od czytania przewybitnej książki o rzadkich eliksirach? Nie! Ale pielęgniarka zdawała się tego nie rozumieć i Julia była prawie pewna, że po cichu dodaje jej do herbaty coś na sen. Trudno. I tak nie miała nic lepszego do roboty, już równie dobrze mogła spać.
    Obudziły ją szepty. Przyciszone rozmowy, w których od razu rozpoznała Matta i Adama. Otworzyła oczy, a kiedy odkryła, że nie znajduje się już w Skrzydle Szpitalnym, a w pokoju Adama, na jej twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie.
    – Wybaczam. – odpowiedziała przyjacielowi i z uśmiechem na ustach przetarła zaspane oczy.
    Przez chwilę przyglądała się uważnie bratu, bo nie widziała go od świąt i właściwe to zdążyła się cholernie stęsknić. Nikt, nawet najlepsi przyjaciele, nie znali jej tak dobrze jak on, o czym świadczyło chociażby to, że gdy tylko skończył dorzucać drewna do pieca, od razu otworzył okno. Doskonale wiedział, że kocha takie połączenie, kiedy jest ciepło i zimno jednocześnie.
    – Głowa. – rzuciła bez najmniejszego zastanowienia w odpowiedzi na pytanie Adama. – Plus oczywiście standardowy zestaw: żebra, plecy, ramiona. Ale jest lepiej.
    Naprawdę czuła poprawę, bo o ile wcześniej cierpiała przy każdym oddechu, o śmiechu już nie wspominając (z tego powodu zabroniła Freddiemu wpadać do siebie co godzinę), to teraz było znaczne łatwiej.
    – Tłuściochu??? – oburzył się Matt w reakcji na słowa Adama. – Wyglądam lepiej od Ciebie, prawda, Julka?
    Dziewczyna podniosła ręce w geście kapitulacji, ale zaraz uśmiechnęła się szeroko. Matt w międzyczasie wziął się za przygotowanie herbaty, jednak nie było nawet mowy, aby skończył tę wspaniałą dyskusję.
    – Poooooza tym… – zaczął, unosząc wysoko brwi. – Będziesz teraz sypiał z moją siostrą, a ja się na to zgodziłem, więc chyba ze względu na tak wspaniały akt dobroci z mojej strony, możesz mi darować te bułeczki i karmelki.
    Julia niemal od razu wybuchła śmiechem na jego słowa, czego zaraz pożałowała, bo skrzywiła się z bólu, który pojawił się w okolicy jej żeber.
    – Też chcę karmelki. – mruknęła po chwili, patrząc na Adama ze słodką minką. I ona niby nie zachowywała się jak księżniczka?

    julka

    OdpowiedzUsuń
  54. [Musiałam losować do kogo przydreptać, bo nie mogłam się zdecydować xD A na razie pomysłów żadnych nie mam. Ale wątek chętnie, nawet bardzo! Może szukasz jakiegoś powiązania dla któregoś z panów? Albo wiesz który najlepiej dogadałby się z Naną? :)]

    Inanna

    OdpowiedzUsuń