17 sierpnia 2016

If I'm losing a piece of me, maybe I don't want heaven

Julia Jones
[ Ravenclaw | VI rok ]
[ obrońca w drużynie Qudditcha | Klub Eliksirów]
POWIĄZANIA

Siedzi po nocach i ćwiczy zaklęcia, a wciąż nie potrafi wyczarować nawet jednej dodatkowej godziny czasu. Gdyby jej się udało, być może i tak znalazłbyś ją w bibliotece, między regałami, uginającymi się od książek, zbyt wielu, aby kiedykolwiek przeczytać je wszystkie. Być może biegłaby wokół jeziora, bo w końcu miałaby na to chwilę. Być może szukałaby kolejnego spokojnego miejsca w zamku, dokąd można uciec od ludzi. Być może siedziałaby na zimnej posadzce Wieży Astronomicznej albo gdzieś na szkolnych błoniach. Patrzyłaby w gwiazdy, myśląc o tym jak wykorzysta następne godziny, których już nie dostała prawie za darmo. A może myślałaby o Tobie.


▼ 50 FAKTÓW TROCHĘ BEZ SENSU ▼

odautorsko

52 komentarze:

  1. Martwił się o Julię i miał do tego pełne prawo, jednak nerwy nieco zeszły, gdy w Hogwarcie pojawił się, nie kto inny, a Matt. Tęsknił za przyjacielem, dlatego też jego obecność pozwoliła mu się uspokoić. Julia była w dobrych rękach i niemożliwym było to, aby jej stan się pogorszył. Wszystko było na dobrej drodze.
    Adam zaśmiał się, przerywając rozmowę z Mattem, gdy oboje usłyszeli cichutki głos Julki. Lebiediew zbliżył się do niej, a następnie nachylił się nad nią, by móc złożyć na jej czole, pełen czułości pocałunek. Wyglądała nieco lepiej, o czym świadczyły, delikatnie zaróżowione policzki, co dodawało jej dziewczęcego uroku.
    — Nie zostawiłem na nim suchej nitki. Może chociaż to zmusi go do szybszego odpisywania na nasze listy — zaśmiał się Adam i usiadł na łóżku obok Julki. Odprowadził mężczyznę wzrokiem i od razu spełnił prośbę przyjaciółki. Cóż, pielęgniarka nie była zadowolona, ale jeśli to miało ulżyć w cierpieniu przyjaciółki, to miał gdzieś to stare babsko.
    — Powinnaś mówić mu wszystko. Jest Twoim bratem i jest stworzony do martwienia oraz troszczenia się o Ciebie, tak samo jak ja — stwierdził Lebiediew. Objął ją delikatnie ramieniem i przytulił do swojej, ciepłej piersi. Miał na uwadze to jak bardzo jest poobijana, dlatego też starał się robić wszystko najdelikatniej jak potrafił. Przeniósł dłoń na jej policzek, który nieśpiesznie zaczął gładzić, jakby na swój indywidualny sposób, chciał, aby się rozluźniła i zapomniała o bólu, nim tabletka na ból głowy zacznie działać.


    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  2. Mathias nie był typem otwartego rozmówcy. Zwykle o jego problemach, wiedziała dosłownie garstka osób, dlatego też, gdy w Hogwarcie wybuchło niemałe zamieszanie, z powodu wtargnięcia na teren zamku ponoć niebezpiecznego intruza i nagłym zniknięciu Rathmanna, zrodziła się masa plitek, na temat profesora, przez co zmuszone było interweniować grono pedagogiczne w obronie kolegi z pracy. Prawdę znał tylko i wyłącznie sam Dyrektor i nieliczni nauczyciele, reszta personelu znała jedynie część prawdy. Mathias musiał zniknąć i tyle. Prosił o niezagłębianie nosa w nieswoje sprawy. Wielu uczniów liczyło na to, że profesor nigdy już nie wróci, a jeszcze inny rozrzucali po szkole plotki na temat jego rzekomego przyznania się i popierania grona popleczników Czarnego Pana, mimo przegranej wojny.
    Prawda była jednak taka, że brat Mathiasa odnalazł go i zaplanował zemstę, jednak Hogwart był miejscem, w którym nawet najlepiej przeszkolony intruz popełni błąd, przez co zostanie zdemaskowany. Starszemu Rathmannowi udało się uciec, a godzinę później Mathias musiał opuścić na jakiś czas zamek, będąc naciskanym przez osoby z góry. Musiał się ukryć, aby przyćmić czujność brata, który z pewnością ponowiłby atak. Tydzień nieobecności Mathiasa, przerodził się w aż trzy tygodnie. Gdy wrócił, w szkole zawrzało jeszcze bardziej. Na jego twarzy malowało się wyraźnie zmęczenie oraz zażenowanie. Nawet lekcje zmieniły swój tryb. Mathias rzucał klasie powtórki z poprzednich roczników i po prostu siedział za biurkiem. Nie było prac domowych, dodatkowych zajęć, szlabanów, ujemnych, a tym bardziej dodatkowych punktów. Mathias był, a jednak po części go nie było. Musiał mieć oczy szeroko otwarte, a stałe odejście z Hogwartu, stało się bardziej realistyczne niż dotychczas. Nie mógł ryzykować bezpieczeństwem uczniów, choć tylko Howarty był w stanie zapewnić mu prawdziwą ochronę.

    Mathias

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy złapała za jego dłoń i uśmiechnęła się trochę szerzej, serce zabiło mu szybciej. Chyba mógł nazwać to małym szczęściem, a także nadzieją, która powoli zaczęła rozgrzewać lewą stronę klatki piersiowej. Nie dlatego, że Julia mogłaby zmienić zdanie na jego temat – zdawał sobie sprawę z tego, że jest na przegranej pozycji i za szybko ta sytuacja się nie zmieni, ale radował się z faktu, że nie odrzuciła go tak zupełnie. A przede wszystkim dlatego, że nie obawiała się mu podać własnej dłoni, której tak bardzo nie chciał wypuszczać ze swojej własnej, jednocześnie uważając, by uścisk palców nie był zbyt mocny. I naprawdę mógł stwierdzić, że czuje się dobrze, a rozmowa z Julia nie przebiegła tak źle, gdy nagle wszystko runęło mu przed oczami. Krukonka szybko wyswobodziła rękę z jej większej odpowiedniczki, ewidentne odmawiając jego propozycji, na którą miał tak wielką nadzieję, że się zgodzi…
    Tymczasem spojrzał gdzieś w bok, ponownie zaciskając szczękę, jak i dłoń, z której uciekło ciepło oddawane przez miękką skórę Julii. Dan miał wrażenie, że zdenerwowanie znowu w niego wnika i przesiąka go już całego. Jednak milczał. Nie odezwał się pierwszy, nie miał odwagi. Nie chciał też niepotrzebnie powiedzieć o kilka słów za dużo, co czuł, że miało szansę nastąpić. Tego nie chciał najbardziej.
    – Nie mów do mnie Daniel ¬– wymamrotał zawzięcie pod nosem, dalej nie racząc spojrzeć na Jones, która odważnie przyglądała się jego czarnym tęczówkom. To nie tak, że sądził, iż nie jest godna wypowiadania jego imienia. On wręcz uwielbiał, gdy zwracała się do niego pełną formą. Robiła to tak umiejętnie, tak subtelnie. Dokładnie tak, jak chciał by do niego się zwracano. Tyle że nie chciał słyszeć tego teraz. Teraz gdy widzi, że wymyka mu się z rąk, a nawet z pola widzenia, a w końcu prawdopodobnie też z życia.
    Odwrócił głowę w jej stronę dopiero gdy ruszyła się z miejsca. Przez myśl przeszło mu, żeby za nią pobiec, zatrzymać… i co? Zrobił więc tylko jeden krok, odprowadzając ją wzrokiem do momentu, aż w końcu zginęła za murami Hogwartu, a jego samego zaczęło nosić. Zniszczył wszystko to, co próbował zdobyć i nawet pieprzony ślizgoński spryt nie był w stanie mu pomóc. Przeszedł kilka kroków to w jedną, to w drugą stronę ewidentnie wściekły. Oddychał szybko, a klatka piersiowa podnosiła się i opadał zdecydowanie za często. W końcu podszedł do kamienia, by pięścią uderzyć w jego powierzchnię. Głuchy dźwięk dotarł do jego ucha, a prawa ręka zaczęła nagle niesamowicie boleć. Jęknął głośno, ale ból powoli sprawiał, że się uspokajał. Przestał myśleć o czymkolwiek, a odpychając się od kamienia pobiegł w stronę, w którą zwykli biegać z Julią.
    *
    Wiedział, gdzie miał iść. Może było to dziwne, może wiedział zbyt dużo, ale po prostu wiedział. Posiadał tę wiedzę prosto ze źródła, dlatego był pewny, że się nie myli. Mógł jedynie mylić się co do godziny, bo nigdy nie było ona określana dokładnie, ale miał po prostu nadzieję, że pora również jest odpowiednia.
    Minął chyba tydzień, od kiedy ostatni raz widział się z Julią, wtedy na szkolnych błoniach. Dokładnie wtedy kiedy wszystko wymsknęło mu się z rok i rozbiło na drobniutkie kawałeczki. Przez ten miniony czas starał się pozbierać je jakoś samodzielnie, ale zdał sobie sprawę z tego, że bez pomocy Julii po prostu nie da rady. Wiedział, że jeżeli on nie zrobi czegokolwiek, to sama Krukonka nie odważy się z nim porozmawiać. Taka już była, a on to doskonale wiedział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wieża Astronomiczna była oddalona od ślizgońskich lochów spory kawał drogi, jednak jeżeli tylko na jej końcu ujrzy Julię, to nawet nie będzie miał śmiałości narzekać. Tak właśnie zrobił, aż w końcu wdrapał się po schodach na ostatnie piętro wieży, gdzie zewnętrzny chłód opatulał wewnętrzne pomieszczenia. Na szczęście mury dostatecznie ochraniały przed wiatrem, by nie było w tym miejscu zbyt zimno. A potem ją ujrzał, siedzącą na posadzce dokładnie tyłem do niego. Oparł się o jeden filar, zastanawiając się czy dobrze robi, ale w gruncie rzeczy nie miał już w tej kwestii nic do stracenia.
      – Tak myślałem, że cię tu znajdę – odezwał się po chwili namysłu. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam ci zbyt bardzo.

      Daniel

      Usuń
  4. Jedyne, co go teraz pocieszało, to delikatny uśmiech Julii, a także propozycja zajęcia miejsca obok niej. Daniel jakoś nie spodziewał się, że po pierwsze mu na to pozwoli, a po drugie sama wpadnie na taki pomysł.
    Jak zwykle wyglądała zupełnie niewinnie, jak zwykle przepełniona swoim urokiem osobistym, emanującym, gdy tylko ujrzało się jej twarz. Naprawdę tak wiele razy zastanawiał się, co tak naprawdę go do niej ciągnęło i chyba coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że było to jej niedostępność. Tak zwyczajna, najzwyklejsza, którą wyczuł mimowolnie i tym samym postawił za cel tę niedostępność zburzyć. Zaskoczyło go jednak to, że nie potrafił zburzyć muru, którym Julia szczelnie się otaczała. Po prostu nie potrafił i nie mógł.
    Odwzajemnił jej delikatny uśmiech swoim własnym, by po chwili wykonać tych kilka kroków w stronę Krukonki. Zajął miejsce tuż obok niej, oparła się o barierkę i usiadł na zimnej podłodze. Znajdował się z nią ramię w ramię, a serce z doskonale znanych mu powodów odrobinę przyśpieszyło tempa, kiedy w jego nozdrza uderzył nieprzesadnie słodki zapach perfum Julii. Odetchnął głębiej, napawając się tym zapachem. Nie czuł go od niespełna tygodnia i szczerze się za nim stęsknił, dlatego tak bardzo cieszył się z ich spotkania.
    Złączył dłonie przed sobą, gdy łokcie stykały się z kolanami. Nie patrzył na widok, nie patrzył na Julię, patrzył w dół na swoje splecione palce, chcąc jakoś pozbierać swoje myśli i ułożyć je w stosowny przekaz dla Krukonki.
    – Nie zajmę ci wiele czasu, chociaż to w sumie zależy od ciebie – zaczął cicho dalej nie przekręcając głowy w stronę swojej rozmówczyni. – Chciałem tylko zapytać, jak minął ci tydzień, Julio? – dopiero w tym momencie odważył się skierować swój wzrok na jej własny. Miała takie piękne ciemne oczy, w które mógłby wpatrywać się całą wieczność, gdy te zanikały na ułamek sekundy pod wachlarzem czarnych rzęs. Chyba siłą woli powstrzymał się od wyciągnięcia dłoni w jej stronę, by założyć za ucho ten niesforny kosmyk kołyszący się przy policzku Julli. Odwrócił głowę, nie był w stanie zbyt długo wytrzymywać natarczywości brązowych tęczówek. – Bo mój minął mi dziwnie spokojnie i nudno – dokończył, wpatrując się w dłonie, którymi aktualnie się bawił.
    – I powiedz mi, co z naszym bieganiem? – Dan zapytał po chwili. – Mówiłaś, że tamtego dnia, to nienajlepszy pomysł i może faktycznie wtedy nie był… – Ślizgon zamyślił się na chwilę, przypominając sobie chwile po tym, jak Julia zniknęła za murami szkoły. Jego dłoń wciąż nosiła ślady nagłego przypływu złości, które aktualnie przykryte były białym bandażem. Dokładnie tym bawił się Daniel, przez większość czasu rozmowy z Jones. – Ale to miało być tylko tamtego dnia, prawda? Czy teraz mam zapomnieć również o tym?

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  5. Hayden szarżujący przez całą szkołę z szerokim uśmiechem na ustach był widokiem niecodziennym. Zazwyczaj nie dało się go zauważyć, przechadzał się pod ścianą, choć przed niczym się nie chował. Nie był też jakoś bardzo zastraszony czy wyalienowany. Przy ścianie po prostu było więcej miejsca i nikt nie czepiał się, że chodzi wszędzie ze swoją miotłą.
    Tym razem jednak szedł środkiem z dumnie wypiętą piersią i wyszczerzał się, nie potrafiąc ukryć zadowolenia. Oczywiście, że mecz mógł pójść lepiej, mieli kilka pewnych sytuacji, których nie wykorzystali, ale na ten moment najważniejsze jest, że wygrali z Krukonami. A tak naprawdę to on wygrał.
    Po każdym meczu wszyscy zbierali się w Wielkiej Sali. Wygrani świętowali, przegrani snuli się, zabierając jedzenie do własnych dormitoriów. Kiedy stanął w drzwiach rzucił się w jego stronę cały tłum ludzi. Zaczęli z nim przybijać piątki, klepać go po plecach, a nawet unosić do góry. Musiał się bardzo postarać, żeby nie zacząć wrzeszczeć. Rozumiał, wielka wygrana, duży powód do radości, ale to nie pozwala im przekraczać jego prywatnej strefy. Nie to, że nie lubił być dotykany, ale nie przez tyle osób na raz. Nienawidził tłumów.
    Udało mu się przebić przez całą tą zgraję, która już zdawała się o nim zapomnieć i zajęła się wykrzykiwaniem domowych haseł zagrzewających do boju. Wykorzystał więc sytuację i chwytając po drodze trochę jedzenia pobiegł do stołu Krukonów.
    W tym momencie w jego życiu była tylko jedna osoba, z którą mógł podzielić się szczęściem. Problem był tylko w tym, że kiedy ją zobaczył wiedział też, że jest jedyną osobą, przed którą nie powinien się szczycić. Jasne, złapał znicz, a Puchoni wygrali. Z Krukonami.
    -Korytarz na siódmym piętrze? -zapytał starając się trochę stłumić swój szeroki uśmiech. Zamachał tylko zabawnie brwiami, chcąc trochę ją rozweselić. Przecież na te wszystkie mecze co rozegrali, Krukoni wygrywali częściej niż Puchoni, więc nie powinna być aż tak smutna z tego powodu. Liczył na to, że jako prawdziwa przyjaciółka przełknie dumę i ucieszy się razem z nim. Przecież wykonał kawał dobrej roboty!

    Hayden Houck

    OdpowiedzUsuń
  6. Złość na cały świat była uczuciem, które Hayden znał aż zbyt dobrze. Sam miał gorsze dni, kiedy choćby podmuch wiatru go irytował, nie wspominając o ludziach wokół. I choć czasami udało mu się wymknąć i "wylatać" całą złość, to nie zawsze tak było. Leciały wtedy książki w ścianę, szata pod łóżko, buty za okno i chował się pod kołdrą, jak na dobrego Puchasia przystało. Na szczęście nigdy nie był skłonny do jakiejkolwiek przemocy, bo kto wie, może na zbója by wyrósł.
    Julia za to wyglądała jakby naprawdę zaraz miała komuś przywalić kubkiem pełnym dyniowego soku, więc uznał się za jeszcze większego bohatera, bo wyratował tych biednych uczniaków od masakry spowodowanej ceramicznym kubkiem.
    Korytarz na siódmym piętrze był ich schronieniem właściwie od początku i wcale nie chodziło tu o słynny Pokój Życzeń, którego Hayden niestety jeszcze nigdy nie odnalazł. Był spokojny, w rejony parapetu na którym zawsze siadali nie przychodził nikt, więc mogli spokojnie rozmawiać. Albo milczeć, bo i tak czasem bywało.
    -Złapałem ten znicz przez przypadek. Jakby sam chciał zostać złapany. -mruknął z lekkim uśmiechem. Już przeszła mu euforia, nie musiał udawać jak bardzo jest szczęśliwy. Jasne, czuł się fantastycznie, jednak nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w życiu.
    -Co się dzieje? -zapytał, chcąc zakończyć już temat meczu. Nieprzyjemnie opowiada się o swoim zwycięstwie przeciwnikowi. Widział za to, że Julii coś jest i postanowił na tym się skupić. A jak tylko się dowie o co chodzi, to sam też wyrzuci co mu na serduchu leży. W końcu nie miał nikogo innego. Tylko Julię.
    Zanim poświęcił jej całą uwagę wyciągnął spod szaty dwie butelki kremowego piwa. Po co rozmawiać na trzeźwo, skoro można się trochę wspomóc?

    Hayden Houck

    OdpowiedzUsuń
  7. Adam westchnął cicho, po czym ucałował ją czule w czubek głowy. Nie umiał się nie martwić, Matt pewnością sam był w nerwach, bojąc się o swoją siostrę. Byli dla siebie jak rodzina.
    - Nie gadaj głupot, kruszyno – mruknął Adam, po czym ostrożnie poprawił kołdrę, która nieco zsunęła się z ciała przyjaciółki. – Zawsze się będziemy o Ciebie martwić i zawsze będziemy się o Ciebie troszczyć – dodał zupełnie poważnie. Zagryzł dolną wargę, mając nadzieję, że Julia szybko stanie na nogi. Osobiście nienawidził Skrzydła Szpitalnego oraz towarzyszącego zapachu, jaki uderzał w człowieka zaraz po przekroczeniu progu pomieszczenia. Westchnął cicho, stale głaszcząc delikatnie jej policzek, aby poczuła się nieco lepiej.
    - Gdy wyzdrowiejesz, zabiorę Cię do Hogsemade na kufel pełen kremowego piwa – oznajmił wesoło Rosjanin. Nie wychodzili za wiele razem, a teraz pogoda stale się poprawiała, więc mogli wykorzystać wyższe temperatury do przyjemnego spaceru oraz swobodnej rozmowy.
    - Nadal Cię coś boli? – zapytał z wyraźną troską w głosie Adam, a następnie przekrzywił nieco głowę, aby móc spojrzeć na jej bladą twarzyczkę.


    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  8. Już chciał jej odpowiedzieć, że da się przez przypadek złapać znicz. Sam Harry Potter prawie go połknął, a raczej nie zrobił tego celowo. Ale już nie ważne, co innego było ważniejsze.
    Chciał być najlepszym przyjacielem. Chciał ją wspierać, doradzać, podnosić na duchu, ale był jeden mały problem. Nie radził sobie z uczuciami. Z własnymi miał niesamowity problem, a cudze były jeszcze gorsze. Szczególnie jeśli chodziło o związki. Nie miał ani doświadczenia, ani wiedzy w tym temacie, jego pierwszy i jak na razie jedyny związek rozpadł się nawet bez konkretnego powodu, więc Hayden był jeszcze gorszy w te klocki jakby się na początku mogło wydawać.
    Ale widział jak cała sytuacja wpływała na dziewczynę. I wcale się już nie dziwił, że chciała udusić wszystkich wokół. Sam miał ostatnio takie same naloty, szczególnie kiedy widział Margo na korytarzach.
    I chciał jej coś powiedzieć, że ten cały Julien jest durniem, że nie zasługiwał na nią, ale czy to by coś dało? Z własnego "doświadczenia", o ile można tak nazwać jedną sytuację, wiedział, że nie chciałby tego usłyszeć.
    Dlatego postanowił zrobić jedyną rzecz, która wydawała mu się sensowna.
    Zsunął się z parapetu i stanął przed dziewczyną po to, żeby delikatnie ją objąć. Nie jakoś nachalnie, bez żadnego obmacywania, tylko na tyle, żeby sama zdecydowała, czy to właśnie jest jej potrzebne. I nie zamierzał się na razie odzywać, żeby nie psuć chwili. Znając jego walnąłby coś zupełnie nie na miejscu i znowu byłoby źle. A w ten sposób może uda mu się na tyle poprawić jej humor, żeby miodowe piwo smakowało słodko.

    Hayden Houck

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wiedział, czy wypada mu zapytać, co działo się takiego w minionym tygodniu, że minął dziewczynie tak niespokojnie. Oczywiście był ciekawy, ale wzruszenie ramion, które poczuł przy swoim własnym dało mu odrobinę do zrozumienia, że Julia nie przykłada to tego większej wagi. Ostatecznie postanowił to przemilczeć, próbując nie być względem niej zbyt natarczywym i interesownym. W końcu nie po to tu przyszedł, by znowu ją tracić.
    Wieść o możliwości ponownego spotykania się w celu ćwiczeń rozlała po jego sercu coś ciepłego. To coś sprawiło, że i na jego ustach wykwitł delikatny uśmiech, kiedy dalej przyglądał się zabandażowanej dłoni. Chociaż gdy już tutaj przyszedł był całkowicie spokojny, to teraz wydawało mu się, że trafiła w stan harmonii. Był spokojny i szczęśliwy jednocześnie, nawet gdy nie otrzymał od życia tego, czego wygórowanie od niego oczekiwał. Obecność Julii tak właśnie na niego wpływała, że pomimo porażki, której niezaprzeczalnie osiągnął, było mu z nią najzwyczajniej w świecie dobrze.
    – Chciałbym – odrzekł cichym i ciepłym głosem, którego to używał względem ludzi tak rzadko. Zapatrzył się w przestrzeń przed sobą, odlatując w plątaninę myśli.
    Dan nie był osobą dobrą. Gdyby wszyscy wokół mieliby go jakoś opisać, najprawdopodobniej określiliby go mianem sprytnego i przebiegłego lisa. Nie był też przyjemny w obyciu i zazwyczaj nie interesowali go ludzie wokół. Był obojętny na innych. Czasem miał wrażenie, że jego serce zastępuje okruch nigdy nie topniejącego lodu. Tyle, że nagle pojawiała się Julia.
    Nagle wszystko stawało się inne. Mógł być miły, przyjazny i kulturalnie interesowny, jak to przyjaciel tylko być może. Zastanawiał się, czy w jej życiu wszystko w porządku, czy nie dzieje się jej krzywda i czy na pewno nie potrzebuje go do czegoś. I właśnie nie potrzebowała.
    To go jednak nadzwyczaj nie zrażało. Zastanawiał go tylko jeden fakt. Będzie on na tyle cierpliwy i powściągliwy w swoich uczuciach oraz odruchach względem osoby, która tyle zmieniała w nim samym? Nie wiedział tego do końca. Z jednej strony tyle czasu spotykał się z nią dokładnie w ten sam sposób, a z drugiej Daniel doskonale pamiętał, jak bardzo wściekły był tamtego dnia. Obandażowana dłoń przypominała mu o tym codziennie.
    I nagle usłyszał pytanie dotyczące tej niedokończonej myśli. Miłość mi się stała. Macnairowi przeszło przez głowę, przez co rozbawiony prychnął. Okręcił powoli dłonią prezentując to wewnętrzną, to zewnętrzną jej stronę. Pewnie mógłby robić tak dalej, gdyby nie uczucie obserwowania, pochodzące z lewej strony. Dan przekręcił głowę, odnajdując brązowe tęczówki z upartością przyglądające się jemu samemu. Prychnął ponownie, po czym ukazał rządek zębów. Wyglądała całkiem zabawnie, kiedy wydawało jej się, że zmusi go do ujawnienia prawdy. Dalej lekko ucieszony podniósł zranioną rękę, by chwilę później wyciągniętym palcem uderzyć delikatnie w nos Julii.
    – Moja głupota – uśmiechnął się szerzej, przeskakując wzrokiem po ciemnych oczach Krukonki. Bardzo możliwe, że byli odrobinę za blisko siebie, ale to chyba ostatnie, co przeszkadzałoby Danielowi. – Na to już nie znajdziesz lekarstwa – dodał wracając do poprzedniego ułożenia, co aby nie speszyć dziewczyny zbyt bardzo. – Chcesz tu jeszcze posiedzieć, czy odprowadzić cię kawałek? – zmienił temat. Celowo.

    OdpowiedzUsuń
  10. Lucas nigdy nie zakochał się w żadnej przyjaciółce, czy choćby dobrej znajomej. Dziewczynę miał tylko jedną i zakochał się w niej od pierwszego widzenia, a przyjaciółek miał kilka i jakoś nigdy nie poczuł do nich niczego więcej. Prawdą jest, że im lepiej się kogoś pozna, tym trudniej go pokochać, a przynajmniej takie miał zdanie. Jako przyjaciele ludzie poznają się w zupełnie inny sposób niż jako kochankowie.
    Chciał jej już powiedzieć, że przecież może się przy nim rozkleić, że jest tu dla niej, że może poczułaby się lepiej, ale postanowił już nic nie mówić. Przecież dobrze wiedział, że może mu się wygadać, ale skoro nie chciała, to nie będzie jej zmuszał.
    Na wspomnienie o whisky uśmiechnął się szeroko.
    -Przy sobie nie, i właściwie nie jest moja, ale wiem skąd możemy wziąć. -powiedział machając zachęcająco brwiami. Sam osobiście widział jak poprzedniego wieczoru chłopak, z którym dzielił dormitorium chował trzy butelki do swojego kufra. Hayden nigdy się tak nie zabezpieczał, ale wczoraj właśnie uznał, że to był doskonały pomysł i sam musi zacząć go praktykować. Poza tym, kolega się nie obrazi, jeśli szybko jego zapasy uzupełni, a taki miał zamiar.
    -Jeśli chcesz, to zaraz mogę przynieść. -dodał, chcąc bardziej zachęcić dziewczynę. Skoro to właśnie tego potrzebowała, to zamierzał jej to dać. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić.

    Hayden

    OdpowiedzUsuń
  11. Wzruszył tylko ramionami w odpowiedzi na jej pytanie. Co u niego? Spójrzmy, Margo go rzuciła, a właściwie przestała z nim rozmawiać i go unikała, więc właściwie to miał dziewczynę, która zwyczajnie nie chciała spędzać z nim czasu. Do tego ma dwie kary na raz, mimo że przez całą swoją karierę przebrnął nawet bez upomnienia. Nadal nie napisał eseju na eliksiry, a zostały tylko dwa dni, więc szanse że jednak coś napisze są niewielkie.
    -Ojciec wysłał następnego wyjca. -rzucił, niby od niechcenia, choć właściwie to był jego największy problem. -Powiedział, że jak nie poprawię ocen to zabierze mi miotłę. -dodał, po czym wziął łyk miodowego piwa. Jeśli ojciec spełni groźbę, Hayden zostanie nikim. Jeśli nie będzie trenował, nie było szansy, żeby dostał się do narodowej drużyny, w końcu w samym Hogwarcie mieli tylu zawodników do wyboru. Poza tym, jego życie straci sens, w końcu jedyne co naprawdę go fascynowało i sprawiało przyjemność to latanie.
    -No i Margo mnie rzuciła, definitywnie. Już się przyzwyczaiłem. -zakończył, znowu wzruszając ramionami. Ostatnio całe jego życie było jak wielkie wzruszenie ramion. Nie fascynowało go nic, nic nie potrafiło zająć uwagi na tyle długo, żeby poczuł, że żyje. Nic poza lataniem, poza dryfowaniem na krawędzi, bo ostatnio nawet zwykły lot nie dawał tyle przyjemności. Musiał stanąć na jednej nodze, ale złapać się jedną ręką, musiał poczuć adrenalinę, żeby w końcu poczuć szczęście.

    Hayden

    OdpowiedzUsuń
  12. Chciała zostać. Daniel nie był tylko pewny, czy jemu również przysługuje to pozwolenie na przebywanie na Wieży Astronomicznej razem z Julią. Nie miał zamiaru jej osaczać, nadużywać jej obecności, jak i samej cierpliwości w stosunku do niego. Na miejscu dziewczyny najprawdopodobniej trzymałby takiego natręta jak najdalej od siebie, próbując zerwać z nim ostatni możliwy kontakt. Julia tymczasem wciąż z nim rozmawiała i nie zanosiło się na to, by próbowała go aż nadto oddalać od siebie. To go trochę pocieszało, a z drugiej strony zastanawiał się, czy jednak jego odejście nie byłoby dla niej lepsze. Przez to właśnie zadał sobie w głowie pytanie: czy on kiedykolwiek będzie dla kogoś tak dobry, jak dla niego dobra jest Julia? Nie miał pojęcia.
    Dan zamyślił się na chwilę, ale zaraz opamiętał. Wychylił się w przód, by przyłożyć do podłogi dwie złożone w pięści dłonie, aby pomóc sobie wstać. Jednak usłyszał pytanie, które automatycznie wyrzuciło z jego głowy chęć opuszczania tego miejsca. Zapomniał o tym, że ma wrócić do dormitorium w lochach i o tym, że jutro czeka go sprawdzenie umiejętności z eliksirów. To już nie było ważne, od spędzenia z Julią tych kilku chwil, na które otrzymał od niej pozwolenie. Spojrzał na nią przez ramię, ponownie mierząc się z nią chwilę wzrokiem. Wydawał się przez chwilę zaskoczony, może trochę jakby nie mógł uwierzyć w wypowiedziane przez Krukonke pytanie. Jednak w końcu ciepło się uśmiechnął, a powieki odrobię się zwęziły jak to miały w zwyczaju robić przy tym grymasie twarzy.
    – Jasne – odpowiedział spokojnie. Spojrzał przed siebie, by na chwilę oderwać się od oczu dziewczyny. Uwielbiał na nią patrzeć, ale czasem miał wrażenie, że najzwyczajniej w świecie jest zbyt natrętny i upierdliwy. To też odwracał się od niej, gdy tylko sobie o tym przypominał. Za żadne skarby nie chciał z Jones teraz rezygnować, nawet jeżeli była szczęśliwa z kimś innym. Póki co, chciał po prostu przy niej być, kiedy było to możliwe.
    Wrócił do poprzedniego ułożenia, kiedy to stykali się ramionami. Trochę się poprawił, podjeżdżając w górę. Jedną nogę wyprostował, drugą zgiął w kolanie, by chwilę później oprzeć na niej łokieć prawej ręki. Myślał nad swoim kolejnym zdaniem, które miał niezmierną ochotę wypowiedzieć, ale w równym stopniu bał się reakcji Julii. Westchnął cicho.
    – Zrobiłbym większość rzeczy, o które byś mnie poprosiła – stwierdził cicho, przenosząc swój wzrok na szatynkę. Ponownie patrzyła w niebo, tym samym pozwalając światłu zewnętrznemu odbijać się w brązowym kolorze jej oczy. Podążył za wzrokiem dziewczyny. Gdyby dłużej przyglądał się temu pięknemu zjawisku po prostu nie wytrzymałby presji i najzwyczajniej w świecie pocałował. Wypuścił powietrze z ust, bo na samą myśl o tym serce odrobinę przyśpieszyło mu tępa. Nawet miał wrażenie, że bije ono tak głośno i tak mocno, że Julia jest wstanie je poczuć, jak i usłyszeć.
    – Przepraszam za tamten dzień – powiedział po długiej ciszy, kiedy to uspokoił się zupełnie jak Julia, patrząc w niebo. – Wybacz, nie powinienem był odzywać się do ciebie w taki sposób. Po prostu… – zaczął, ale urwał. Dan zacisnął usta w wąską kreską, zastanawiając się nad kolejnymi słowami. Nie potrafił mówić o tym, co wtedy czuł, bo miał wrażenie, że emocje do niego znów wracają. Dlatego zacisnął delikatnie prawą rękę w pięść, by po chwili ponownie wyprostować smukłe palce. – Po prostu nie powinienem był – dokończył, wciąż patrząc w niebo.

    Daniel, choć chyba chciałby się nie przyznawać

    OdpowiedzUsuń
  13. [Zapraszałaś na wątek, więc oto przybywam, jeśli tylko masz chęć. Wolisz u Julii, czy u Olivii? Damsko-damskie, czy damsko-męskie? Mój nowy pan się tworzy, więc jeśli żadna z obecnych postaci nie przypadnie Ci do gustu, może z trzecią się uda? Chętnie nam coś wymyślę! C:]

    Eulalia Hoppes / Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  14. [No właśnie nie bardzo wiem, kto komu nie odpisał. :< Okej, w takim razie jak opublikuję kartę, to zapraszam serdecznie, może akurat on Ci się bardziej spodoba. c:]

    Milo Dawson

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Jak ktoś ma więcej niż jedną postać i imionami wszystkich się podpisuje, nie wiem, co mam zrobić. ;D Jak myślisz, która bardziej nadawałaby się do wątku ze mną? Albo – gdzie masz mniej wątków? ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  16. [ No i okej, Julia jest fajna. :D
    Jeśli miałabym powiedzieć, co jest najbardziej gryfońskiego w Jimie, wybrałabym chyba umiejętność szybkiego ładowania się w kłopoty. Czy możemy zrobić tak, że ja pomyślę nad tym, w jakie tym razem tarapaty może się wpakować – i pociągnąć za sobą Julię – a Ty nad jakąś relacją? Jeśli ustalenie takiej uważasz za niezbędne. ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  17. [ W porządku. Doskonale Cię rozumiem, bo sama teraz mam problemy z wymyśleniem czegoś ciekawego, więc sprawdźmy, jaką chemię będą miały nasze postacie.
    Tak się zastanawiam nad tymi potencjalnymi kłopotami i jak na razie średnio z wyciągnięciem zza pazuchy czegoś interesującego. Pomyślałam, że niegdyś – załóżmy, że w zeszłym roku – Jim był członkiem Klubu Eliksirów i nawet miał tak dobry kontakt z opiekunem naukowym, że czasem mógł zostać dłużej w pracowni i pracować nad własnymi wywarami itd. Niestety, zrobił coś głupiego, plepleple, istna katastrofa, w której wyniku Jim nie tylko stracił swoje przywileje, ale również został wyrzucony z Klubu. Sądził, że złość profesorowi minie, że po wakacjach będzie mógł sobie wrócić, ale niestety, jest już marzec i Jimmy poza zajęciami eliksiry może warzyć tylko na własną rękę, co nie jest takie przyjemne, bo warunki mniej komfortowe, a i dostęp do ingredientów mniejszy.
    I teraz – czy możemy założyć, że Julia, jako osoba perfekcyjna czy też do perfekcji dążąca, zaskarbiła sobie i zaufanie, i sympatię wyżej wspomnianego profesora i czasem, w chwilach wolnym, może wejść do zwykle niedostępnej dla uczniów pracowni, bo tam pracować, uczyć się lub bawić? Bo jeśli tak, to Jim mógłby złożyć jej niezapowiedzianą wizytę... ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Pewnie, że zacznę, tylko jeszcze nie wiem kiedy, bo różnie u mnie z tym. Postaram się nie zwlekać, jak coś, to proszę mnie kopnąć i nakazać wziąć się do roboty. :D ]

    Jim Ryer

    OdpowiedzUsuń
  19. Freddie miał dobry humor, a jednocześnie był totalnie załamany. Tak sprzeczne uczucia mogą jednocześnie występować tylko w jego pokręconej osobie. Wszystko układało się jak należy - miał Julcię i Lincolna, miał Hyuna, oceny łapał dobre, wymigiwał się od szlabanu i nawet złapał lepsze kontakty z niektórymi nauczycielami. Jego mała urocza bajka, zmierzająca do Szczęśliwego Zakończenia...Otóż nie. Jedna sprawa dręczyła go potwornie i to od jakiegoś czasu. Czuł, wiedział, że gdy wyjdzie na jaw wszystko się może zawalić. Wiedział o niej tylko współwinowajca, Lincoln, który niestety w żaden sposób pomóc mu nie mógł. Musiał pogadać o tym z bliską, pełną empatii osobą, której ufał bardziej niż sobie samemu. Znał tylko jednego takiego cudaka.
    Tego dnia obudził się wyjątkowo wcześnie. Wziął prysznic, ubrał się i rzucił jeszcze kapciem w śpiącego jeszcze Lina, który prosił, żeby go obudzić, bo musi dokończyć wypracowanie. Sam poprawił krawat i udał się do Wielkiej Sali. Sądził, że czeka go samotny posiłek, a tym czasem niespodziankę wyłapał już na wejściu. Od razu mu się lepiej zrobiło gdy dojrzał znajomą promienną twarzyczkę.
    - Cześć, Jones. Co tam masz dobrego? - powiedział wesołym tonem, z szerokim wyszczerzem na ustach i podszedł do dziewczyny, by cmoknąć ją w czubek głowy i zaraz oprzeć się wygodnie o jej ramię. Przy nikim nie czuł się tak swobodnie jak przy niej. Jakoś średnio go obchodziło, że jego złoto-czerwony krawat nie pasował do tych krukońskich. Siadanie przy stołach nieswoich domów oczywiście nie było dobrze widziane, ale przecież na sali znajdowało się zaledwie pare osób, a Freddie naprawdę chciał porozmawiać ze swoją przyjaciółką jeszcze przed śniadaniem. Wyglądał zwyczajnie, z błyszczącymi oczyma i tą beztroską miną, ale tyle razy zdążył się przekonać, że Julia potrafi dostrzec, że coś go trapi przy pierwszym spojrzeniu. Był trochę ciekawy, jak pójdzie jej tym razem.
    - Muszę Ci coś powiedzieć, ale obiecaj, że nie będziesz się gniewać - zaczął w końcu, decydując się na zaczęcie konwersacji od tej łagodniejszej sprawy. I tak musiał jej o tym powiedzieć prędzej czy później.
    - Wiesz, że zawsze chciałem zwiedzić trochę świata nie? A no a teraz nagle...Hyun zaprosił mnie do siebie na Święta. Nawet chciałem odmówić, bo miałem jechać do Ciebie i tak dalej, ale cholera on tak na mnie patrzy, że ja nie mogę no...Jestem taki słaby. Wybacz mi, o pani mego serca - złapał ją za dłonie, uśmiechając się rozkosznie i robiąc swoje wielkie, maślane oczy.

    Freddie *kocham ich <3*

    OdpowiedzUsuń
  20. Był grzeczny. Właściwie to nawet nie lubił tego słowa, ponieważ grzeczne mogły być co najwyżej dzieci, chociaż zwykle bardziej niż dobrego wychowania czy kultury osobistej dotyczyło to kwestii posłuszeństwa (konkretniej: jego braku), ale – był grzeczny, a przynajmniej się starał. Może nie przez cały czas, ale zawsze wtedy, kiedy wkraczał do pracowni od eliksirów. Dbał nawet o to, by włosy nie przekraczały dopuszczalnej długości, żeby nie zdarzyła się sytuacja, w której zbłąkany kosmyk wpada do wywaru i wywołuje niepożądaną reakcję.

    Może nie należał do grona tych uczniów, którzy imponują pilnością i autodyscypliną, i którzy stanowią wzór do naśladowania zarówno w zachowaniu, jak i w uzyskiwanych w nauce wynikach, ale nie był taki najgorszy. Bywało, że zrobił coś nieodpowiedzialnego i głupiego, a w ideały, idee i historię swojego domu wpasował się szybko – było to proste z tego względu, że skłonności do wpadania w tarapaty miał chyba od początku swojego istnienia – ale na kartach historii Hogwartu bynajmniej nie zapisał się jako uczeń z największą liczbą przewinień na koncie. Więc kiedy uknuł w łepetynie plan, który może nie był trudny, ale jego realizacja wymagała przejścia przez kilka etapów, nie był na straconej pozycji. Znalazłby się w niej, gdyby w przeszłości zalazłby za skórę Mistrzowi Eliksirów, ale – na szczęście dla siebie – nie udało mu się tego dokonać. Najfantastyczniej byłoby, gdyby mógł poszczycić się mianem ulubieńca profesora, ale aż tak dobrze nie było; na taką pozycję musiał dopiero zapracować. Być może nie od zera, bo już od pierwszej klasy zbierał dobre oceny na zajęciach, więc wyjątkowo nie zdążył spalić za sobą żadnych mostów.

    Już w klasie piątej rozpoczął początkową fazę. Przykładał się nieco bardziej niż zazwyczaj, co przede wszystkim przejawiało się w tym, że w końcu zaczął stanowić zauważalny element ludzki na lekcjach. O ile wcześniej uznanie mógł zdobyć przez nienagannie sporządzone mikstury lub też prace domowe (które najczęściej nie były tak dobre jak być mogły, co zwykle było jednak wynikiem lenistwa i chałturniczej roboty odwalanej na ostatnią chwilę), o tyle wówczas brał również czynny udział również w zajęciach. Całoroczny wysiłek zwieńczył doskonale zdanym sumem, co nie umknęło uwadze profesora.

    Zabiegi zaowocowały sympatią i, przede wszystkim, pewnym uznaniem ze strony nauczyciela. Wystarczyło dołożyć jedynie kapkę uroku osobistego i skutek był taki, że Jim został nie tylko członkiem Klubu Eliksirów, ale również zyskał dostęp do pracowni, do której uczniowie zazwyczaj zaglądać nie mogli. Osiągnął swój cel, mógł szaleć – ale szaleć rozsądnie, tak, by nie utracić z trudem uzyskanych przywilejów.

    Wytrzymał rok. Dokładniej: dziesięć miesięcy. Jeśli wyłączyć wszelkie przerwy świąteczne, zapewne wyszłoby ich około dziewięciu. To były już niezasługujące na poświęcanie im czasu szczegóły, istotne było jedynie to, że dość przypadkowa a spektakularna sytuacja, gdy tylko wieści o niej doszły do uszu profesora – a niedługo trzeba było na to czekać – sprawiła, że Jim oprócz możliwości pracowania nad eliksirami w komfortowych warunkach stracił także członkostwo w Klubie. Sądził, że wściekłość opiekuna jest tylko chwilowa, ale niecały rok później, w marcu swojego ostatniego roku w Hogwarcie, wszystko wskazywało na to, że ten stan bynajmniej nie jest okresowy, że jest permanentny. Należało przestać się łudzić, że cokolwiek w tym aspekcie ulegnie zmianie, więc najlepszym wyjściem było poradzenie sobie w inny sposób.

    Po tym, jak zobaczył, że do sali, w której jeszcze kilka miesięcy wcześniej radośnie warzył najróżniejsze wywary, wchodzi Julia Jones, odczekał dziesięć sekund, a następnie nonszalancko wparował do środka. Miał na tyle rozumu w głowie, że nie zatrzasnął za sobą drzwi, jak to zdarzało mu się uczynić, ale zamknął je lekko. Odwróciwszy się na pięcie, spojrzał na koleżankę z roku i uśmiechnął się szeroko.

    – No, cześć – powiedział, odrobinę tylko przeciągając samogłoskę. Przywitał się takim tonem, jakby przybył na umówione wcześniej spotkanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie uwierzysz, co przy sobie mam. – Potrząsnął zawieszoną przez ramię torbą. – Udało mi się wyjąć ciekawą książkę z Zakazanego Działu, masz ochotę wypróbować kilka ciekawych receptur?

      Jim Ryer
      [ Ok, muszę znowu nauczyć się pisać wątki, więc mam nadzieję, że później będzie lepiej. Trochę źle wyważyłam treść, ale poprawię się. ;) ]

      Usuń
  21. Jej śmiech. Brzmiał tak bardzo urokliwie i nieprzesadnie słodko. Dla jego uszu działał on zupełnie jak miód. To chyba głos, który uwielbiał w Julii najbardziej. Głos zwykłego uśmiechu, jak i cichego chichotu. Usta Daniela samoistnie wygięły się lekko w górę, kiedy dźwięki te doleciały do jego uszu. Chciałaby, naprawdę chciałby słyszeć to częściej.
    A potem słuchał jej uważnie, zaciekawiony tym, co miała mu do powiedzenia. Słuchał i odrobinę nie dowierzał. Czy on źle zrozumiał, czy Julia się wahała? Dlaczego? Nawet bardzo możliwe, że próbowałaby wyciągnąć z niej coś więcej, ale dziewczyna zerwała się z miejsca, a on nawet nie drgnął. Już wiedział, że Jones szykuje się do kolejnej ucieczki od niego i tak jak zwykle nie miał zamiaru jej gonić. Daniel po prostu wiedział, że potrzebuje chwili dla siebie, nie rozumiał tylko po co.
    Chłopak machnął niedbale ręką na pożegnanie, przyglądając się jak pośpiesznie opuszcza Wieże Astronomiczną, kierując się ku schodom. A on dalej siedział na posadzce i z chwilą, kiedy Julia zginęła mu z oczu zrobiło mu się niesamowicie zimno. Chłód ogarnął go zewsząd, powoli przeszywając lodowatym powietrzem. Westchnął. Wstał z miejsca, przejeżdżając dłońmi po cienkim swetrze, który miał na sobie. Spojrzał jeszcze na niebo, by znowu wypuścić powietrze z ust, dokładnie podsumowując tym jego kolejne spotkanie z Julia. Kolejne zakończone tak pośpieszną ucieczką Krukonki.
    *
    Kolejnego dnia, kiedy to czekał na Jones rozgrzewając się przy ich kamieniu spotkań spędził tam dosyć dłuższą ilość czasu. Mugolski zegarek, który miał na ręku wskazywał już piętnastą minutę spóźnienia dziewczyny, która świadczyła o niczym innym, jak o kolejnym samotnym popołudniu Daniela i równie samotnym biegu wokół zamku. Zanim ruszył, jeszcze raz obejrzał się za siebie, mając nadzieję, że gdzieś w oddali ujrzy znajomą sylwetkę, ale mignęło tam tylko dwóch Gryfonów, którzy szybkim krokiem wracali do swoich pomieszczeń.
    Nie pierwszy, nie ostatni raz, Daniel. Przyzwyczaiłeś się już.
    Tego dnia było zimno, a chłodny wiatr hulał w uszach Ślizgona, co rusz ogłuszając go, kiedy biegł wzdłuż linii drzew Zakazanego Lasu. Kiedy skończył, westchnął głośno i skierował się ku ogromnej zabudowie szkoły.
    *
    Zajęcia eliksirów jak zwykle zaczynały się o dziesiątej rano każdego piątku i poprzedzały zajęcia z zaklęć. Daniel nie chodził na nie zbyt chętnie, albowiem eliksiry nie należały do jego ulubionych przedmiotów. Jednak tym razem wręcz biegiem poruszał się przez kolejne lochy, dobiegając na czas do drzwi klasy profesora. Zdyszany, ale na szczęście nie spóźniony, bo do zajęć zostały jeszcze dwie minuty, rozejrzał się po pomieszczeniu. Kilka Ślizgonów siedziało w najbliższych ławkach, mieszać się niekiedy z Krukonami, którzy wypełniali większą część siedzisk. Nie to było najważniejsze, kiedy Daniel spostrzegł brązową kaskadę włosów Julii, które leniwie spływały po ramieniu dziewczyny. Dan szybkimi i sprężystymi krokami pokonał dzielącą ich odległość i już chwilę później stał tuż nad nią.
    – Dzień dobry – powiedział łagodnie, przyjaźnie uśmiechając się do dziewczyny na dole. – Nie będziesz zła, jeżeli usiądę obok? – postanowił być wyrozumiały. Nie wiedział tylko, ile jeszcze da radę wykorzystywać tyle swojej cierpliwości względem Julii.

    się jakoś nie popisałam, przepraszam
    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  22. Kiedy na niego spojrzała, miał wrażenie, że pęka mu serce. Podkrążone i lekko ciemnawe oczy Julii nie wyglądały Danielowi na nic dobrego. Tym bardziej szkliste tęczówki, które niezdrowo odbijały i tak blade światło w lochach. Chłopak zmarszczył brwi w wyrazie zmartwienia, nawet miał ochotę spytać się, co się stało, ale z uwagą przyglądał się poczynaniom dziewczyny.
    Gdy Julia uśmiechnęła się niemrawo, on zrobił dokładnie to samo. Na twarzy zagościł na chwilę ten dziwny grymas, by już chwilę później ustąpić głębokiemu zmartwieniu. Zaproszony przez gest odsunięcia krzesła usiadł na nim, powolnie ściągając torbę z ramienia, która przewiesił przez oparcie siedziska. Rozejrzał się po pomieszczeniu, chcąc ujrzeć gdzieś kogokolwiek, kto akurat im się przyglądał, ale kiedy nie natrafił na niczyje tęczówki, powrócił wzrokiem na szatynkę. Zrobił to dokładnie w chwili, gdy dziewczyna jęknęła, chowając swoją przemęczoną twarzyczkę w drobne dłonie.
    – Mieliśmy, mieliśmy – odpowiedział powolnie Daniel, przybliżając się odrobinę do Julii, co aby nikt nie usłyszał za bardzo ich rozmowy. – Ale wiem, że nie przychodzić z jakiś ważnych dla ciebie powodów, Julio. Nie przejmuj się, nic się nie stało – rzekł cicho i ciepło, wychylając się odrobinę do przodu, chcąc ponownie na nią spojrzeć. Jednak nie musiał się zbytnio wysilać, bo sama Krukonka postanowiła na niego spojrzeć i chyba nigdy w życiu nie widział oczu tak przepełnionych smutkiem, jak właśnie tych, które na niego patrzyły. Nie wiedział, co się działo w jej życiu, ale sam miał przeogromną ochotę po prostu najzwyczajniej w świecie ją przytulić. Nie dlatego, że coś do niej czuł, ale mógł to zrobić po prostu przyjacielsko, tylko po to, by podnieść dziewczynę na duchu. Czuł, że to było coś, czego bardzo potrzebowała, a Dan bał się jej to ofiarować. Głownie przez wzgląd na ich skomplikowane relacje.
    – Rozumiem – odpowiedział spokojnie, wodząc za nią wzrokiem, kiedy schylała się do własnej torby po potrzebne na zajęcia przedmioty. Zajęcia właśnie się zaczynały, co sugerował głos profesora, a Macnair zaczął żałować, że pojawił się w klasie tak późno, a sam profesor jak zwykle musiał być nadzwyczaj punktualny.
    Daniel postanowił zrobić dokładnie to, co Julia, jedynie połowicznie słuchając tego, co mówił do nich nauczyciel. Przez głowę chłopaka przebiegały teraz miliony myśli analizujące całą sytuację. Chciał z całych sił pomóc teraz Krukonce, ale nie miał ku temu sposobu, ani przecież prawa, by wtrącać się w jej życie. Dlatego właśnie schylił się odrobinę, gdy wychylił się w stronę Jones. Głos ściszył do zupełnego szeptu, ale na tyle głośnego, by Julia mogła usłyszeć każde wypowiadane przez niego słowo.
    – Jeżeli chciałabyś porozmawiać, to z przyjemnością cię wysłucham, a jeżeli nie, to pamiętaj, że jestem, dobrze? – upewnił się, że na niego patrzy, żeby mogła mu odpowiedzieć chociażby skinieniem głowy, a potem się oddalił.
    Przez większość lekcji nie mógł się skupić, co rusz zerkając w stronę szatynki. Gryzła go ta cała sytuacja. Nie lubił, gdy nie wiedział co działo się wokół niego i naprawdę pragnął, by Julia wyjaśniła mu kilka rzeczy. Mogły by być dla niego naprawdę nieprzyjemne, ale naprawdę wolał usłyszeć najgorszą prawdę, niż pozostawać w niewiedzy.
    Dlatego też nie wytrzymał i pod sam koniec zajęć ponownie wychylił się w jej stronę.
    – Julia, czy wszystko w porządku?

    przepraszam, że tylko tyle, ale nie ukrywam, że więcej do napisania nie miałam :C
    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  23. Głaskał spokojnie jej włosy, co jakiś czas przenosząc dłoń na jej blady policzek. Może i wyglądali jak para zakochanych, ale Julia po tylu latach znajomości z Adamem, powinna wiedzieć, że gesty Rosjanina nie miały na celu zmiany kierunku ich relacji. Po prostu te małe gesty były wyrazem zmartwienia, troski oraz opieki, a co najważniejsze bezgranicznego przywiązania.
    — Zobaczę co da się zrobić, obiecuję, ale jeszcze trochę musisz tu zostać. Nie wyglądasz najlepiej — odpowiedział, po czym poprawił kołdrę, którą była okryta, gdyż musiał przyznać, że w Skrzydle było nieco zbyt chłodno, a Julia musiała leżeć w cieple.
    — Matt chyba wybrać się po ten sok dla Ciebie, aż do Hogsmeade — parsknął Lebiediew, gdy młody mężczyzna nadal nie wrócił.
    Wieczorem Adam wrócił do Skrzydła mając niespodziankę dla Julki. Uśmiechnął się na widok śpiącej dziewczyny i razem z Matthew, zabrał ją do swojego pokoju, tak aby ją obudzić, dopiero, gdy wygodnie ułożył ją na swoim łóżku, zorientował się, że próba nie obudzenia jej, poszła na marne.
    — Wybacz, nie chcieliśmy Cię obudzić — westchnął Adam, a następnie okrył ją kołdrą, zaś Matt dorzucił do kominka, aby ogień nie wygasł.
    — Boli Cię coś? — zapytał troskliwie Rosjanin.
    — Zrób herbatę i odwal się od mojej półki ze słodyczami — tym razem zwrócił się do Matta, dając mu mocnego kuksańca pod żebra, aby dotarły do niego słowa przyjaciela. — Wisisz mi całą paczkę karmelowych cukierków oraz maślane bułeczki, tłuściochu.


    Adaś

    OdpowiedzUsuń
  24. Przez większość czasu nie potrafił skupić się na zajęciach, wciąż myślami powracając do złego stanu Julii. Spoglądał na nią co jakiś czas, mając nadzieję, że ujrzy ją trochę w lepszym humorze. Niestety, nawet na chwilę się na to nie zanosiło i miał wrażenie, że nie nastąpi to jeszcze długo.
    Myślał. Całkiem mocno, zastanawiając się nad tym, co takiego mogło się stać poprzedniego dnia. Jednak nic szczególnego nie przychodziło mu do głowy. Mimo tego, że usilnie starał się wymyślić jakieś wytłumaczenie do zachowania dziewczyny, to po prostu miał w głowie pustkę. Przy tym przeszkadzało mu ciągłe gadanie profesora, rozwodzącego się nad kolejnym tematem, którego najprawdopodobniej ponownie nie zrozumie, więc nawet się tym nie przejmował. Bardziej interesował Daniela stan Julii. Dlatego w końcu zadał pytanie i nie wiedział, czy to była jego najlepsza decyzja w tamtym momencie.
    Kiedy szatynka odpowiedziała mu z ironicznym uśmiechem na twarzy, osłupiał. Przyglądał się jeszcze Jones, jak odwraca od niego wzrok, a on sam zmarszczył brwi i opadł na oparcie krzesła, na którym siedział. Nie odezwał się nawet słowem, kiedy do jego głowy dotarła informacja niesiona przez głos dziewczyny.
    Julia rozstała się z Julienem. Czy to nie było coś, co od tak dawna chciał usłyszeć? Coś do czego chciał doprowadzić, co chciał sprawić? To czemu czuł się obecnie dziwnie winny i współczujący? Nie cieszył się, autentycznie się nie cieszył. Spojrzał kolejny raz na leżącą na ławce nastolatkę, powoli rozumiejąc, dlaczego się tak zachowywała i dlaczego była dzisiaj w tak złym nastroju. Jednak w tym wszystkim najważniejsze było to, że pojął, iż tak naprawdę Julien był bardzo ważny w jej życiu. Tego od początku Dan nie był w stanie pojąć, a chyba bardziej nie chciał tego zrobić, niż nie potrafił. I zrozumiał też, że on nigdy nie będzie dla niej kimś takim.
    Macnair utkwił wzrok w otwartej książce, z której tego dnia nie wyniósł nic. Po prostu patrzył pusto na nic nie znaczące literki, które nawet nie potrafiły ułożyć się w jakiekolwiek sensowne zdanie. Było mu potwornie przykro. Nie z racji swojego położenia, a z uczuć jakie odczuwała w tamtej chwili Julia. Był ją w stanie zrozumieć i dziwił się samemu sobie, jak bardzo. Gdy profesor zakończył lekcję Krukonka zerwała się z miejsca, nagle wybiegając z sali, a on siedział wciąż otępiały w dokładnie tym samym miejscu. Energiczne ruchy Julii nie wywołały w nim jakiejkolwiek reakcji, dopóki do niego nie dotarło, że robi wielki błąd. Dan już chwilę później sam zerwał się z krzesła na szybko łapiąc swoją książkę i torbę. Prawie urwał w niej pasek, ale nie to było wtedy najważniejsze.
    O nie, Julia. Tym razem mi nie uciekniesz. Pomyślał przyśpieszając tempa, przy okazji dziękując sobie, że nie zrezygnował z codziennego biegania, kiedy to dziewczyna nie miała dla niego czasu. Biegł przed siebie, początkowo jedynie domyślając się gdzie Jones pobiec mogła, ale już chwilkę później widział jej falujące na boki kasztanowe włosy.
    – Julia! Julia stój! – krzyczał, ale doskonale wiedział, że się nie zatrzyma. Nawet nie miał pojęcia, po co to robił. Na korytarze wylewało się coraz to więcej uczniów, ale na jego szczęście był to dopiero początek krótkiej przerwy. Ludzie jeszcze nie zdążyli dokładnie spakować się po poprzednich zajęciach. Dogonił ją dopiero po kilku zakrętach, gdzie ni stąd, ni zowąd pojawiły się schody. Pokonał je w kilku długich susach, by już chwilę potem złapać dziewczynę za przedramię i zatrzymać ją w miejscu. Na kilku schodkach wyżej dopiero odrobinę przewyższała go wzrostem, dlatego też zadarł głowę lekko w górę. Odkręcił ją do siebie, łapiąc drugą ręką. Trzymał ją mocno, ale wciąż w miarę delikatnie, co aby nie zrobić jej krzywdy, a jednocześnie nie dać możliwości ucieczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wtedy zobaczył łzy spływające Julii po policzkach, a Danielowi serce krajało się w pół. Jeszcze nigdy wcześniej nie widział jej płaczącej i miał nadzieję, że nie będzie mu dane tego widzieć. Doskonale wiedział, co będzie czuł i się nie mylił.
      – Julia, spokojnie. Nic ci przecież nie zrobię – powiedział cicho, kiedy jeszcze chwilę chciała wyrwać mu się z uścisku. Rozumiał, że najchętniej wbiegłaby do swojego dormitorium, a rzucając się na łóżko wypłakałaby wszystkie łzy w poduszkę. Jednak nie zamierzał zostawiać dziewczyny samej. Z jakiegoś względu po prostu twierdził, że to lepszy pomysł, niż ponownie pozwolić Krukonce uciec. Jak zwykle, ale nie tym razem.
      – Już, już – powiedział spokojnie, powoli pokonując dzielącą ich odległość, wchodząc na kolejne schodki. Wyswobodził ją ze swoich dłoni, żeby nie używać wobec niej zbędnej siły. Za to objął ją delikatnie ramionami, kiedy znalazł się już wystarczająco blisko. Ręce bezpiecznie ułożył na plecach Krukonki, spokojnie i rytmicznie głaszcząc jej plecy. Słyszał, jak dalej płacze i chciał uspokoić Jones jak najszybciej, głownie dlatego, że nikt na ten płacz nie zasługiwał.
      – Płacz ile chcesz, milcz ile chcesz, jeżeli wolisz mówić, to mów, ale nie uciekaj, Julio. Dobrze?

      Daniel, który ma nadzieję, że nie zrobił niczego pochopnie

      Usuń
  25. Gdy Julia delikatnie go objęła, ścisnął ją pewniej, czując jak lekko się trzęsie. Nie wiedział, czy to z emocji, czy z zimna, dlatego postanowił ją w tym objęciu zostawić, dopóki sama nie zdecyduje się od niego oddalić. Jej głowa przyjemnie ciążyła mu na obojczyku, a subtelność z jaką go dotykała wywołała w nim pewność siebie. Bo w końcu go nie odepchnęła, a wciąż przy nim trwała, tym razem znacznie bliżej niż kiedykolwiek. Głaskał ją po plecach i uspokajał, ciągle słysząc, jak cichutko pociąga swoim zgrabnym noskiem. Nie zwracał uwagi na przechodzących wokół uczniów, na których nie spojrzał nawet raz. Teraz najważniejsza była Julia, którą trzymał w swoich ramionach. Był tu dla niej i dla nikogo więcej.
    Z każdą chwilą czuł, że się uspokaja, co niezmiernie go cieszyło. Właśnie to chciał sprawić. Chciał sprawić, że poczuje się lepiej, że zrozumie, iż ma na kogo liczyć w tak ciężkiej dla niej sytuacji. Nie wiedział w sumie, co się stało, ale o cokolwiek by go teraz poprosiła, to upewniwszy się, że z nią wszystko w porządku po prostu poszedłby i to zrobił. Jeżeli to tylko byłoby w stanie poprawić humor Krukonki nie miałby żadnych oporów.
    Po czasie jednak Julia odsunęła się delikatnie od niego, ponownie spoglądając mu w oczy swoimi własnymi, smutnymi. A Danielowi znowu serce poruszyło się mocniej, gdy tylko usłyszał słowa, które dopiero po chwili dotarły do niego. Uśmiechnął się smutno, kiwając kilkukrotnie głową.
    – Jasne. Chodź – rzekł ciepło. Wyswobodził ją całkowicie ze swoich ramion, czując jak ciepło ciała Julii ucieka mu sprzed niego. Jednak złapał dziewczynę za rękę, robiąc to najdelikatniej jak tylko potrafił. Wydawała się tego dnia jak porcelanowa laleczka, na którą musi zwracać większą uwagę, niż zazwyczaj. Stan w jakim się znajdowała nie był najlepszy, a Dan ustanowił sobie za cel ten stan polepszyć. Chociażby jednym szczerym i pięknym uśmiechem, którym mogła obdarzyć go Julia. To byłoby najpiękniejszy prezent, jaki mogłaby mu sprawić w zamian, za to co robił. Zwykły uśmiech nic więcej. Jednak i tak zdawał sobie sprawę z tego, że obecnie dla niej to naprawdę wiele.
    Macnair prowadził szatynkę tuż za sobą, manewrując między tłumem uczniów, który to już całkowicie wylał się na wszystkie korytarze, utrudniając przepływ komunikacyjny między salami. Dan jednak był na tyle wysoki i sprytny, że przejście między ludźmi nie sprawiało mu większego problemu. W dodatku kierunek, w którym zmierzali był dosyć dziwny jak na tę porę dnia. Kierował się w stronę Wieży Astronomicznej. Ta w tym czasie była zupełnie pusta, nie licząc takich osób, jak on i Julia, którzy ot tak stwierdzali o wycieczce w tamto miejsce. Daniel nie chciał zabierać jej do ciemnych lochów, ani gdzieś, gdzie przechadzało się multum ludzi. Rozumiał, że potrzebuje być sama, nawet jeżeli zrezygnuje w trakcie także z jego towarzystwa. Może za bardzo by tego do siebie nie przyjął, ale uszanowałby decyzję Julii. Skoro twierdzi, że tak byłoby dla niej lepiej.
    – Mam nadzieję, że miejsce ci odpowiada – zaczął, gdy dotarli tam, gdzie ostatnio się rozstali. – Jeżeli chcesz w każdej chwili mogę zabrać cię jeszcze gdzieś indziej. Pomyślałem jednak, że skoro tu tak często przychodzisz, to będziesz czuła się tu dobrze – pewność Daniela odrobinę spadła. Wypuścił dłoń Julii, gdy już doprowadził ją do barierki. Rozpiął szatę, którą miał na sobie i na wszelki wypadek okrył nią plecy Krukonki. Sam ściągnął niżej rękawy Ślizgońskiego swetra i oparł się łokciami o barierkę, przyglądając się widokowi na zewnątrz. Na dworze robiło się coraz cieplej, ale na tej wysokości jak zwykle wiał wiatr, a po zimie wciąż pozostawał on dosyć chłodny.
    – Wiesz, może nie powinienem pytać – zaczął Macnair, przejeżdżając dłonią po karku. Zaraz po tym jednak spojrzał na Julię. – Ale co się tak właściwie stało? Wydawało mi się, że między wami wszystko było w porządku.

    przepraszam za to coś, co w ogóle ani urocze, ani uczuciowe, jakiś zły dzień mam chyba

    Daniel

    OdpowiedzUsuń
  26. Freddie oczywiście nie nazywał jej po nazwisku, żeby jej zrobić na złość. Ich znajomość była na tyle silna i bliska, że chyba oboje widzieli iż oznacza to tylko taką drobną zaczepkę, a przynajmniej ze strony chłopaka.
    - Masz ładne nazwisko, nie narzekaj - puścił jej oczko zanim zaczął swoją nieco bezsensowną paplaninę. Oczywiście posmutniał, kiedy ta zrzuciła go z ramienia. Musiał zadowolić się stołem i głupią, krukońską ławką.
    Oczywiście stresował się wyznaniem prawdy. Przecież był Freddie'm. Podchodził do wszystkiego zbyt emocjonalnie, za łatwo wkręcał się nawet w największe głupoty. Oczywiście miał nadzieję na wybaczenie ze strony Julki, nawet się go spodziewał. Nie chciał po prostu by poczuła się w jakiś sposób odrzucona czy coś w tym stylu. To i tak był ciężki wybór. Miłe, zabawne święta u najlepszej przyjaciółki czy te pełne nowej, nieznanej ekscytacji w kraju którego jeszcze nie odwiedził z chłopakiem z którym miał szansę na coś poważniejszego niż przelotny romans bo butelce ognistej. Całe to przedstawienie przyjął z delikatnym uśmiechem. W jego oczach czaiła się co prawda mała, tyciuteńka obawa, choć w głębi ducha wiedział, że krukonka tylko robi sobie z niego jaja. Nie była osobą, która mogłaby obrazić się o tak durną rzecz.
    - Jesteś najlepsza, wiesz o tym? - uśmiechnął się szelmowsko i przytulił ją do siebie, omal nie wylewając przy tym szklanki z, jak mu się zdawało, sokiem dyniowym. Mówił już, że ją kochał? Nie tylko za to, że rozmieszała go do łez, że mógł z nią pogadać o wszystkim i że tak dobrze się przy niej czuł. Była wyrozumiała, ciepła, nie to co niektóre dziewczyny przechadzające się po Hogwarcie z miną nastroszonej księżniczki.
    - Hm, umieram z głodu. nikt nie zauważy jak coś zwinę nie? - zaśmiał się i szybkim zwinnym ruchem podkradł tosta z serem.
    - Twoja kolej, słoneczko, co tam u ciebie? - spytał zadowolony z siebie, odpędzając myśl o kolejnej rzeczy o której powinien z nią pomówić. Wgryzł się w grzankę. Cóż, jeszcze przyjdzie na nią pora.

    ;3

    OdpowiedzUsuń
  27. Na szczęście żaden Krukon-patriota nie postanowił zalać ich swoimi surowymi poglądami, co oznaczało, że Freddie uniknął kłopotów. Znał swój temperament - zapewne zacząłby się kłócić, wytknąłby mu, że jest po prostu durniem, a to doprowadziłoby do szlabanu i niepotrzebnej wojny, która zapewne zakończyłaby się ingerencją nauczycieli. A Wayland miał za dużo wrogów, by jeszcze sobie takowych przysparzać. Dlatego właśnie leżał bezczelnie na wcale-nie-głupim krukońskim stole.
    Julia może i nie czuła się urażona, ale tego głupola nadal dręczyły wyrzuty sumienia. A poza tym lubił święta u Julki. Lubił rzucać żartami przy stole, denerwując tym może trochę niektórych członków rodziny. Lubił kupować im prezenty i patrzeć, jak cieszą się, gdy dostają, to co chcieli, bo Freddie podczas wizyt u Julki swoim cudownym zmysłem (czytaj specjalnym zaczarowanym uchem) podsłuchiwał, czego pragną. Lubił też śpiewać świątecznie piosenki, choć w jego przypadku kończyło się to raczej wyciem, bo przecież słoń mu nadepnął na ucho. No i miał ochotę na te cholerne pierniczki...Pierniczki, pieczone ziemniaczki, pieczony indyk i sos żurawinowy..Mm, aż ślinka cieknie. Może dlatego porwał kolejnego tosta z serem i sosem pomidorowym. Może nie było to złociste mięsko, ale nie narzekał. Oczywiście mimo to, nie uciekał się od tych ich uroczych czułości. Dlatego w ramach zadośćuczynienia posłał jej swój popisowy szelmowski uśmiech i puścił jej porozumiewawcze oczko.
    - Poprzytulam cię potem, skarbie. Wybacz, ale umieram z głodu. - Wytłumaczył się szybko, a przeraźliwie głośne burczenie, wydobywające się z jego brzucha tylko potwierdziły wypowiedziane słowa. W końcu nie jadł nic od wczoraj! Dla takiego rosłego mężczyzny te wszystkie godziny były paskudną męczarnią.
    Mimo, że Julka nie przepadała za opowiadaniem, Freddie zawsze pytał, co u niej. Nie mógł nic poradzić na to, że chciał wiedzieć, co dzieje się u najdroższej pani jego serca. Poza tym, wciąż naiwnie liczył na to, że dziewczyna troche bardziej się otworzy i chętniej zacznie opowiadać mu o swoim życiu, bo póki co, to on głownie zanudzał ją swoimi głupimi problemami.
    Na wieść u Julienie zmarszczył lekko brwi i wsadził ostatni kawałek tosta do ust. Niektórzy naprawdę nie potrafili się pohamować ze swoją zazdrością.
    - Przejdzie mu zobaczysz, jeszcze będzie błagał cię na kolanach o wybaczenie. - Odpowiedział jej zaraz, myśląc sobie, że może powinien sam tego dopilnować.
    - Mam pomysł. Wyrwijmy się gdzieś wieczorem. Możemy iść do Hogsmeade i poszwendać się po barach. O, albo urządzić sobie piknik nad jeziorkiem, hm? Zobaczysz, poprawie ci humor. - Poruszył znacząco brwiami, smyrając ją palcem pod brodą.

    <3

    OdpowiedzUsuń
  28. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Ghaa, dzień dobry! Dzięki za powitanie. Widzę, że ja jako osoba z krwi i kości mam z Julią wiele wspólnego, co jest dziwne Oo Nawet imię! Wymieniłabym, ale zbyt dużo mam z nią takich samych punktów, żeby je tu wypisywać (federalni patrzą.. im mniej o mnie wiedzą tym lepiej).
    Co do samej Julki to wzorowa z niej Krukonka. Nie rozumiem czemu ludzie czasem tworzą wrednych Puchonów albo strachliwych Gryfonów, przecież Tiara w życiu by ich tam nie przydzieliła... ale mniejsza.
    Po wnikliwej lekturze krótkiej, ale rzeczowej karty doszłam do wniosku, że gdyby panna Jones istniała w rzeczywistości, to bardzo chętnie bym ją poznała ;p]

    [i]Charlie[/i]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [jestem przegrywem. drugi raz próbuje wstawić kursywę do imienia... meh]

      Usuń
  30. W momencie kiedy w końcu usłyszał jej spokojny głos, a na twarzy wykwitł dziewczynie delikatny i szczery uśmiech, odetchnął. Sam uśmiechnął się w odpowiedzi na ten widok, ewidentnie zadowolony z sytuacji, która się wydarzyła. Smucił go tylko fakt, że chwilę wcześniej Julia jeszcze płakała, bo nie wydawało mi się, żeby na to zasłużyła.
    Czekał cierpliwie, aż odpowie mu na postawione przez niego pytanie. Chciał usłyszeć odpowiedź, chociaż gdzieś w głębi krzyczał tłumiony głosik, że absolutnie nie jest gotowy wysłuchiwania tego, co działo się między dziewczyną, którą kocha, a chłopakiem, do którego Julia najwyraźniej wciąż żywi uczucia. Dan jednak uśmiechnął się ciepło.
    – Inaczej bym nie pytał, Julio – prychnął odrobinę rozbawiony pytaniem towarzyszki. – Mów proszę, po to tu jestem – Daniel kiwnął jeszcze głową, a odwrócił wzrok od dziewczyny, dopiero kiedy okręciła się i wydała z siebie dźwięk zastanawiania. Spojrzał na krajobraz przed sobą, a następnie ścisnął mocniej dłonie, chcąc przygotować się na wszelakie informacje, które to właśnie miały do niego napłynąć.
    Słuchał ją uważnie i reagował na przytaczane wspomnienia zupełnie jak Julia. Nawet zaśmiał się z nią kilka razy. O dziwo ani przez chwilę nie ukuło go serce z zazdrości, jak myślał że będzie. Historia nawet wydawała mu się całkiem znana, bo początek przerabiał we własnym zakresie.
    Nawet nie zdawał sobie sprawę z tego, że cała historia Julii i Juliena wyglądała w taki sposób. W sumie nie wiele wiedział o tym chłopaku. Po prostu dowiedział się, że są razem, że jest Puchonem. Nic więcej. To była całkiem ładna, ale niezwykle smutna opowieść, szczególnie dla Krukonki, jak zdążył zauważyć i wyczuć Dan.
    Milczał przez dłuższą chwilę, jakby chciał ułożyć sobie w głowie jakąś sensowną odpowiedź na to wszystko, co powierzyła mu Jones. Ocknął się dopiero w momencie, kiedy dziewczyna oddała mu jego własną szatę. Ponownie uśmiechnął się do niej ciepło, już chwilę później zakładając materiał na siebie.
    – Wiesz co, Julia? – zaczął Daniel, kiedy to wrócił do swojej poprzedniej pozycji, tym razem spoglądając na swoje buty. Chwilę nie mówił, ale w końcu zaczął dokańczać swoją myśl. – Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że powiesz mi dokładnie… wszystko – przeniósł na nią swój wzrok, a na twarzy wciąż miał ten delikatny oraz ciepły uśmiech. – Ale to chyba dobrze, nieprawdaż? Przynajmniej już się mnie tak nie obawiasz – nawet się zaśmiał z samego siebie, a uspokoiwszy się spojrzał na krajobraz przed Wieżą Astronomiczną.
    – Teraz jestem w stanie zrozumieć cię bardziej, niż wcześniej – zamyślony Macnair po dłuższym milczeniu postanowił nie zostawiać Julii samej sobie. Chociaż nie chciał się jej także zbytnio narzucać, bo zdążył spostrzec, że dziewczyna ponownie walczy z napływającymi łzami. Nie zamierzał jej wmawiać, że będzie dobrze, bo przecież koniec końców zawsze jest lepiej. Tylko temu wszystkiemu potrzebny jest czas. – Najgorszy jest moment, kiedy zaczynasz rozumieć, że musisz odpuścić, prawda? – zapytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Miałem podobnie. Przyjaciółkę, którą znałem prawie od dziecka i do której poczułem w końcu więcej, niż tylko braterską miłość. Zupełnie jak twój Julien zauważyłem, że ja jej zbytnio obojętny nie jestem. I niby wszystko było w porządku, aż w końcu zauważyłem, iż oboje niesamowicie zaczynamy się zmieniać. Chociaż wtedy wydawało mi się, że robi to tylko ona – w tym momencie Dan zamyślił się na chwilę, przy okazji zaczynając masować sobie dłoń, którą jeszcze niedawno miał szczelnie zabandażowaną. Tego dnia zdążył już zrezygnować z opatrunku, przy okazji ukazując światu wciąż niezagojoną i lekko siną rękę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Tylko spostrzegłem, że najzwyczajniej w świecie zaczęła kłamać. To była cała ta zmiana, którą to ponoć zauważyłem. Po czasie, ale jednak. Widzisz, nigdy nie posądzałbym o to swojej własnej przyjaciółki, która to przecież znała mnie lepiej, niż ktokolwiek inny. Też zaczęliśmy się kłócić, nic nam kompletnie nie wychodziło i nawet chciałem z nią o tym porozmawiać, ale po prostu zniknęła ze szkoły. Zupełnie, jakby nigdy tu nie istniała – dokładnie w tym samym momencie chłopak skrzywił się z bólu, wywołany przez siniaka na zewnętrznej części dłoni. Potrząsnął ręką i zostawił w końcu w spokoju. Spojrzał na Julię, a kącik jego ust drgnął lekko w górę. Czasami wciąż rozpamiętywał tamte wydarzenia, szczególnie, że potrafiły go męczyć w swoich przemyśleniach. W dodatku nienawidził niejasnych i niedokończonych spraw. – Dlatego posłuchaj mnie uważnie – odkręcił się całym ciałem do Julii, już po chwili zniżając głowę do jej poziomu, wciąż nie przekraczając magicznej strefy osobistej Krukonki, której przekroczyć nie chciał. – Upewnij się, że dokładnie przedyskutowaliście wszystko, a jeżeli już to zrobiliście, to brawo – Dan uśmiechnął się promiennie, prostując plecy, ale nie uciekając wzrokiem od dwóch brązowych kuleczek. – Może nawet ten Julien nie jest taki zły, jak mi się wydawało. Wszyscy się zmieniamy, Julio. Taka jest kolej rzeczy – chcąc poprawić dziewczynie nastrój potarmosił ją krótko po głowie, cicho śmiejąc się pod nosem. Potem oparł się lewym łokciem o barierkę, równocześnie krzyżując jedną z nóg. – Mówić o kolei rzeczy: po burzy wychodzi zawsze tęcza. Czujesz się już lepiej?

      [Nie takie długie jak Twoje, ale starałam się. Hej, hej! Odpisałam :)]

      Daniel

      PS. mam nadzieję, że bez błędów

      Usuń
  31. Kiedy do jego ucha dotarł szept Julii, nie odezwał się. Pytanie, na które sam nie znał odpowiedzi rozbrzmiewało jeszcze chwilę w jego głowie. Ramiona odrobinę mu opadły, rozluźniając się trochę. Westchnął, ale tak cicho, ledwo słyszalnie.
    Potem już tylko słuchał, ponownie zatracając się w głosie Krukonki, który tak delikatnie rozbrzmiewał w chłodnym wietrze wiosennego ranka. Bardzo możliwe, że uszczęśliwiałby go ten stan, ale słowa, które owy głos ze sobą niósł nie były czymś zadowalającym Daniela. Zauważył pojedynczą błąkającą się łzę na policzku dziewczyny. Bez zastanowienia wyciągnął dłoń w stronę twarzyczki szatynki. Wierzchem palca delikatnie starł stróżkę cieczy ze skóry. Zrobił to zupełnie odruchowo, nawet nie zważając na fakt, że właśnie przed tym najczęściej uciekała Julia, ale to było silniejsze od niego. Słuchał jej z uwagą, smutniejąc odrobinkę. Nigdy nie myślał, że będzie odczuwał taką empatię w stosunku do drugiego człowieka. Może niekiedy mu się to zdarzało, ale to w jakiś porywach uniesień, złości. Tym razem wystarczyło, by popatrzył na Krukonkę, by był w stanie zrozumieć, co się z nią dzieje.
    Kiedy uciekła wzrokiem i on to zrobił. Spojrzał na rozległy krajobraz przed nimi, opierając się brodą o swoje ramię. Słowa, które usłyszał dokładnie określały pozycję, w której znajdował się dosyć niedawno, a może tak naprawdę dalej tak jest? Miał większy problem ze zrozumieniem siebie, niż z odczuwaniem uczuć Julii. Oczy biegały mu po wszystkich drzewach Zakazanego Lasu, a w jego głowie działo się dokładnie to samo. Mętlik. Całkiem poważny, bo dopiero dotyk na jego wciąż poranionej dłoni przywrócił go do rzeczywistości. Dan ocknął się, automatycznie spoglądając na Krukonkę.
    Czuł doskonale miejsca, w których opuszki palców Julii stykały się z jego skórą. Czuł to przyjemne mrowienie i ciepło emanujące od dziewczyny. Zdziwił się odrobinę, choć sprawiało mu to pewną przyjemność. Jeszcze kilka chwil temu zrobiła dokładnie to samo, ale znacznie krócej. Tym razem wydawało się Danielowi, że zrobiła to odrobinę pewniej. Nie przypominał sobie także tak miłego gestu z jej strony. Był mały, ale całkiem dla niego znaczący.
    Na słowa Jones prychnął z rozbawieniem dokładnie przypominając sobie, co takiego stało mu się z tą dłonią. Pamiętał złość, która nim wtedy targała i którą postanowił wyładować na kamieniu doprowadzając rękę do stanu dosyć wątpliwego. Wrócił wtedy do dormitorium, próbując coś zdziałać na własną rękę, ale nie przyszło mu do głowy, że najzwyczajniej w świecie mógł posilić się zaklęciami. Gdy jego ręka zdawała się wyglądać całkiem normalnie, uśmiechnął się pod nosem.
    – Och, nie wpadłem na to – westchnął, przyglądając się swojej dłoni. – Dziękuję – wykonał krok w tył, kłaniając się nisko. Wciąż lekko trzymał rękę należącą do Julii. Gdy ponownie wrócił do poprzedniej pozycji, uśmiechnął się do niej, przy czym lekko ścisnął swoje palce. Potem wypuścił mniejszą odpowiedniczkę swojej dłoni, by spojrzeć na Zakazany Las i chwilę mu się przyjrzeć.
    – Nie chciałabyś może… – zaczął Dan, kiedy jeszcze spoglądał na drzewa. W końcu jednak oderwał od nich wzrok, by przenieść go na szatynkę. – Wybrać się ze mną do Hogsmeade? Pogoda wygląda na całkiem przyjemną, a oboje chyba nie mamy nastroju na zajęcia.
    Macnair skrzywił się odrobinę, ale złapał za swoją torbę, zarzucając ją na ramię. Czy to był dobry pomysł? Tak wtedy uważał, a nie było dla niego nic gorszego, niż ponowne wybranie się na lekcje z umysłem pełnym najróżniejszych myśli. Bo one w tamtym momencie niesamowicie się kłębiły i plątały, chociaż po uśmiechu Daniela w ogóle nie było tego widać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Więc? – zapytał, gdy odszedł na kilka kroków w stronę wyjścia. Wyciągnął rękę ku Julii, cierpliwie czekając, aż zechce ją złapać. – Nie martw się, już nie będę taki nerwowy – uśmiechnął się odrobinę rozbawiony. Z perspektywy czasu uznał swoje zachowanie za totalną głupotę. Jednak taki już był. Bliżej było mu do emocji i uczuć, chociaż na co dzień starał się być zupełnie obojętny na wszystko. Lawirując w świecie sztuki próbował kreować świat na swoich warunkach, ale czasem średnio mu to wychodziło, dlatego warto było najzwyczajniej się temu poddać i robić to, co przynosiły mu okazje.

      Daniel

      Usuń
  32. Sam Freddie lubił sobie żartować z brata Julki. Oczywiście nie robił tego złośliwie i absolutnie nie chciał sprawić mu przykrości. Po prawdzie naprawdę go lubił, mimo, że czasem zachowywał się, jakby coś lub ktoś boleśnie ugryzło go w spiętą dupcię. Niewyparzoną buźkę Freddiego trudno było zamknąć, a wredne sarkastyczne komentarze czasem samoistnie wypływały z gardła. W końcu najpierw gadał, potem myślał. Nie sądził również, że taki koleś jak on przejmie się uwagami jakiegoś niedorozwiniętego kumpla jego siostry, więc nawet zbytnio go to nie gryzło. Poza tym, święta z rodziną Jonesów odcisnęły się w jego pamięci jako niezwykle przyjemne wspomnienie - wolałby nie zmieniać swojej opinii 'kulturalnego, aczkolwiek nieco narwanego chłopca z dużym apetytem, szczególnie, że rodzice Julki zawsze pokazywali, że jest u nich mile widziany, także z trudem, bo z trudem, ale powstrzymywał się od większych numerów.
    - Nie porzucam cię dla tostów - zaprotestował po chwili i włożył do ust ostatni kawałek spieczonego chleba. Nie jego wina, że gdyby nie zjadł, umarłby z głodu. Napis 'Tu leży Frederick Wayland'. Zmarł w wyniku niezjedzenia tostów podczas śniadania' raczej kaleczyłby jego świętą pamięć. Zaśmiał się z pikniku nad jeziorem, chociaż w sumie znając jego i te wszystkie szalone pomysły, byłoby to całkiem możliwe. Koc by pewnie troche przemókł od śniegu, a oni zmieniliby się w bryły lodowe, a to z kolei skończyłoby się poważnym zapaleniem płuc, ale co z tego jak tak świetnie by się przy tym bawili.

    Minęło kilka miesięcy. U Waylanda sporo się zmieniło i to niekoniecznie na lepsze. Pęknięte serce, pogorszenie relacji z rodzicami. Matka ostatnio urządziła mu tyle awantur, że poważnie zastanawiał się nad ucieczką z domu. Bo w końcu gorzej się uczy, nadal wywija numery, przyjaźni się z tym nieokrzesanym synem Bourbona...a na dodatek nadal nie miał dziewczyny. A przecież koleżanka ciotki tej Agathy z pracy ma syna, który wyrwał już tyle lasek, że to głowa mała. Pieprzenie. Na szczęście mógł liczyć na Julię i jej ciepłe ramiona. Oczywiście zdążył się już jej zwierzyć ze wszystkich swoich głupiutkich problemów. Tym razem chciał po prostu poleżeć, zapomnieć, napić się i pogadać o beznadziejnie pustych sprawach. Tak po prostu, żeby się rozerwać. Słońce wisiało wysoko na czystym niebie. Temperatura znacznie wzrosła dlatego nad jeziorko ubrał się w granatową koszulkę bez rękawów. Wziął też koc, troche ognistej w butelce po soku dyniowym i pare łakoci. Usadził się na pachnącej wiosennej trawie i wgapił się w gładką taflę wody. Julii jeszcze nie było, ale nie martwił się tym zbytnio - wiedział, że dziewczyna go nie zostawi. Pozostało tylko niecierpliwie czekać.

    Pan jej serca

    OdpowiedzUsuń
  33. [Dziękuję serdecznie! :3 To faktycznie bardzo dużo, ale Vivienne spróbuje zrobić tyle, ile tylko będzie mogła. Oczywiście sama nic nie zdziała :)]

    Vivienne Covington

    OdpowiedzUsuń

  34. Zwykle Freddie nie miał nic przeciwko czekaniu - zazwyczaj dopadały go wtedy ciekawe myśli. W końcu nawet takiego wariata jak Wayland absorbowały czasem poważne sprawy życia i śmierci. Po co istnieje? Kim jestem? Kim byłem? Jakie są moje marzenia? Czego się boje? I tak dalej i tak dalej. A tak poważnie, o dziwo, nie miał najlepszego humoru. Wszystko w jego życiu się zdecydowane pokomplikowało - jakby do tej pory sprawy układały się po jego myśli. Stracił swoje pierwsze poważne zauroczenie, dysponował okazałą ilością szlabanów, pokłócił się z Lincolnem, a w jego domu było coraz gorzej. Jakby tego było mało jego głupiutkie serduszko znowu zapałało do kogoś niezdrową sympatią - wiedział, że nie powinien się pakować w nic głupiego, ale jakoś nie mógł się powstrzymać. To było silniejsze od niego. W każdym razie tym razem durnoty takie jak poszukiwanie sensu istnienia zeszły na dalszy plan. Tym razem w jego głowie królowały ponure wydarzenia aktualnie mające miejsce w jego życiu.
    Nie zauważył tego podstępnego chochlika. Wredna istotka zakradła się po cichu do jego osoby, a że Freddie zaabsorbowany był rozpaczaniem nad własnym losem, nawet nie pomyślał o tym żeby coś podejrzewać. Został brutalnie zaatakowany i to bez wcześniejszego ostrzegawczego okrzyku bojowego. Na szczęście, jego humor uległ poprawie, gdy zobaczył znajomą twarz.
    - Ty podła,ty. Jeszcze się zemszczę, strzeż się. Na Wielkiego Harry'ego Pottera przysięgam, że nie będziesz spać spokojnie - zawył głębokim głosem i podniósł ręce, poruszając palcami jak gdyby odprawiał jakiś satanistyczny rytuał. W jego policzkach pojawiły się dołeczki, gdy wygiął usta w szerokim uśmiechu. Nie dosięgał on jednak oczu i choć z całych sił starał się to ukryć, w głębi duszy wiedział, że Julka to zauważy.
    - I żeby mnie od razu okradać, no wiesz. Co u ciebie, żelkożerco?

    Freddie

    OdpowiedzUsuń
  35. [Ja też cię pamiętam :D Dziękuję i również witam serdecznie!]

    TATIANA

    OdpowiedzUsuń
  36. Uśmiech, który otrzymał od Julii, zanim ta złapała go za rękę, był już w stanie przekonać go, że dziewczyna przystanie na jego propozycję. I w momencie kiedy poczuł znacznie cieplejszą dłoń w swojej własnej sam uśmiechnął się szerzej, najprawdopodobniej po raz pierwszy w życiu nie żałując swojego nagłego pomysłu. Oczywiście, że mogła się nie zgodzić, powiedzieć: nie mam ochoty, zostaw mnie w spokoju. On to by jak najbardziej zrozumiał i zrobił to, o co go poprosiła. Najzwyczajniej w świecie nie miał w tej kwestii już nic do stracenia, dlatego zachowywał się jakoś bardziej swobodnie. Wychodziło na to, że tak było dla niego lepiej.
    Ścisnął delikatnie dłoń Julii, która po chwili zaczynała ogrzewać skórę Daniela. Mógł przyznać się otwarcie, że było to po prostu przyjemne. Szczególnie teraz, kiedy dziewczyna znowu się uśmiechała, a nie tak jak wcześniej ciągnął ją przez korytarze próbując podarować jej spokój i ukryć przed ciekawskimi oczami innych uczniów. Bardzo możliwe, że mu się udało skoro Julia ponownie tak wspaniale się uśmiecha. Jednak kiedy tak przechodzili przez kolejne korytarze szkoły, dziewczyna w końcu zabrała swoją rękę. Daniel opamiętał się odrobinę, bo chociaż chciał zrobić to samo, to jakoś pogrążył się w swoich przemyśleniach i zapomniał. Jednak ani się nie zasmucił, ani nie miał tego za złe samej Julii. Dopiero co rozstała się z chłopakiem, a on sam nie był kimś nadzwyczaj wyjątkowym dla niej, by pozwolić mu za trzymanie się za rękę. Z tej racji po prostu włożył swoją do kieszeni wraz z Jones u boku zmierzając w stronę Hogsmeade.
    Jak bardzo zdziwił się, kiedy szatynka uśmiechnęła się do niego, odnajdując jego dłoń. Spojrzał w dół, by przyjrzeć się temu widokowi i dopiero po chwili sam pewniej ścisnął odpowiedniczkę własnej ręki, uśmiechając się lekko pod nosem. Nie spodziewał się tego po Julii, od kiedy ta od zawsze mu uciekała. Tym razem było wręcz odwrotnie, bo to sama Krukonka zdecydowała, co zdecydowała. Dan za tonie mógł być bardziej szczęśliwy, niż w tamtym momencie i gdzieś w głębi duszy chciały, żeby tak pozostało.
    – Masz ochotę na coś konkretnego? – zapytał po chwili, kiedy w końcu dotarło do niego, co się dzieje wokół. Bardzo możliwe, że na jego twarzy błądził mały uśmieszek, który chciałby ukryć. Nie chciał, żeby Julia widziała, że aż taką radość sprawia mu samo trzymanie jej dłoni. Bał się, że stanie się to, co zawsze – ucieczka. – Mamy sporo czasu zanim ktoś z Hogwartu postanowi zjawić się w Hogsmeade. Chyba że spotkamy takich samych uciekinierów jak my – zaśmiał się lekko, delikatnie i szybko ściskając w rozbawieniu dłoń Julii. – Możemy po prostu pospacerować, albo usiąść i porozmawiać o głupotach, bo nie wiem, jak tobie, ale poranne eliksiry wyczerpały mój dzienny limit myślenia – starał się być dalej dla niej oparciem i powodem jej uśmiechu, który najchętniej widywałby na twarzy Julii bez przerwy. Ten cel pozostawał dla Daniela niezmienny.

    OdpowiedzUsuń
  37. [Cześć! <3 Dziękuję Ci serdecznie i powiem, że nie jest to do końca marzenie ściętej głowy, bo kończę studia i szykuję się na więcej czasu. Zamierzam zrobić sobie małe-wielkie wakacje :)]

    Annabel Lee

    OdpowiedzUsuń
  38. [Cześć, cześć! Dziękuję za powitanie i wszystkie miłe słowa. Na wątek zawsze mam ochotę; szczególnie, że panna Bond zawsze ma ochotę na nowe znajomości. A może nie do końca nowe? Może dziewczyny już się znają, a Julia razem z Barb przesiaduje w Wieży Astronomicznej i pociesza ją, kiedy tylko dziewczyna ma złamane serce (czyli średnio co dwa miesiące)? Daj znać w stronę jakiej relacji idziemy i będę myśleć nad czymś konkretnym. ;)]

    Bond. Barbara Bond.

    OdpowiedzUsuń
  39. [Ajajaj, i że niby ja ten pomysł mam znaleźć? :D W sumie nie wiem, możemy po prostu zacząć od tego spotkania na Wieży i jakichś żali, jakichś śmiechów, a potem jakiejś głupiej akcji z próbą wchodzenia na dach, nocną wyprawą na boisko czy skradaniem się do kuchni. Podczas którego, nawiasem mówiąc, Julia może się jakoś uszkodzić i to na tyle poważnie, że Barb będzie ją przekonywać do udania się na Skrzydło Szpitalne.]

    Bond. Barbara Bond.

    OdpowiedzUsuń
  40. W tamtej chwili poczuł jakby jego serce na ułamek sekundy przestało bić. Z przerażenia? Z zawstydzenia? Z utraty kontroli nad sytuacją? Ta mała konspiracja była na tą chwilę zabawna, ale gdzieś podskórnie czuł, że na dłuższą metę nie da w ten sposób rady. Wzrok profesora dodatkowo sprawił, że na policzkach Juliena pojawił się czerwony kolor. Jak nigdy. Denerwował się, nie patrząc w stronę Julii. I nie dlatego, że miałby cokolwiek przeciwko, gdyby o tym, co ich łączy wiedziało pół szkoły. Po jakimś czasie ludzie zwykli kwitować takie sytuacje zwykłym, czasem rozczulonym, uśmiechem. Chłopak był przekonany, że ludzie nabierają zdrowego dystansu tylko wtedy, gdy sam masz do siebie dystans. Nie patrzył w stronę dziewczyny, bo wiedział, że oni w tym momencie tego dystansu nie mieli.
    - O matko... - mruknął do siebie, niemal niesłyszalnie, patrząc na zadowolonego profesora, który jeszcze przed chwilą puścił mu oczko. Puścił mu oczko! Absurdalność tego, czego przed chwilą był świadkiem sprawiła, że poczuł jakby wszystkie pary oczu na sali skierowane były w jego stronę. I pewnie zrobiłby coś głupiego, zażartowałby, rozładowując sytuację, odwróciłby uwagę Julii od tej... niekomfortowej sytuacji, gdyby nie fakt, że w tym momencie panicznie bał się zrobić cokolwiek. Jakby na ułamek sekundy przestał być sobą.
    Nie wiedział ile ten jakiś czas miałby trwać. I szczerze mówiąc bał się, że będzie trwał w nieskończoność. Zerknął kątem oka na Julię i zaczął pakować swoje rzeczy. Wiedział, że nie potrafi z nią o tym rozmawiać i właśnie teraz poczuł jak bardzo mu to przeszkadza. Gdzieś w środku miał do siebie masę pretensji. Zarzucił torbę na ramię.
    - Możemy sobie pogratulować – powiedział w końcu do Julii, a na jego twarz wpłynął dobrze wszystkim znany beztroski uśmiech. Jeśli możliwe jest kłamanie samym uśmiechem, to Julien właśnie robił to po mistrzowsku. Napięcie w sali już dawno opadło, ale chłopak czuł dziwny niepokój w okolicach mostka, który maskował najnormalniejszym w świecie zachowaniem. Niepokój nie był wywołany spojrzeniami kolegów, ani mrugnięciem profesora. To wszystko miało dla chłopaka drugorzędne znaczenie. Dużo bardziej interesował go uciekający wzrok dziewczyny. Sięgnął swoją długą ręką do czupryny Julii i nieco ją zmierzwił.
    - Idziemy na obiad? - rzucił, jakby pytał ją o to codziennie przez ostatnie sześć lat. Cóż miał zrobić? Zawsze szedł po najmniejszej linii oporu. Dlaczego tym razem miałby postąpić inaczej? Najwygodniej było udawać, że nic się nie stało i zapomnieć o tym, co się stało w sali od eliksirów. Bo jeśli coś nie wiązało się z dobrymi wspomnieniami, to po co zostawiać to w pamięci? Uśmiechnął się szeroko do Julii, mając nikłą nadzieję na to, że to, co się przed chwilą stało nie będzie dla niej pretekstem do kroku w tył.

    Julek

    [Poprawię się, obiecuję. Muszę sobie przypomnieć jaki był ;)]

    OdpowiedzUsuń
  41. Nie miał bladego pojęcia co w tamtej chwili odbijało się w jego oczach. Wiedział jedynie, że na usta wpłynął beztroski uśmiech, zupełnie zwyczajny i nie mówiący zbyt wiele. Zupełnie jakby przyjaciel uśmiechał się do przyjaciółki. W tamtej chwili musiał nabrać dystansu. I to nie dla siebie. Jemu spojrzenia kolegów i koleżanek (którzy notabene już dawno nie zwracali na nich uwagi) latały przysłowiowo koło pióra. Czuł się, jakby zrobił dwa kroki w tył dla niej. Tylko dla niej.
    Był gotowy na to, że pewne rzeczy powszednieją z czasem takie jak pocałunki w policzek kradzione gdzieś w biegu między jednymi zajęciami, a drugimi. Ale jednocześnie był osobą, która w tych małych, nawet spowszedniałych rzeczach potrafił dostrzec radość. I właśnie w chwilach uścisku dłoni, pocałunkach w czubek głowy, obejmującego ramieniu, w oczach Juliena odbijał się ten rodzaj niezwykłej radości, którą Julia mogłaby zobaczyć, gdyby tylko na to pozwoliła.
    Przez chwilę stał z przekrzywioną lekko głową, jedną dłoń wciskając w kieszeń spodni, a drugą przytrzymując pasek torby na ramieniu. Odprowadził Julię wzrokiem, ciesząc się, że dziewczyna nie widzi go właśnie teraz. Teraz, gdy on doskonale wie, że Jones kłamie. Mruknął jedynie cicho, co miało oznaczać luźną zgodę z jej ambitnymi planami. Zacisnął usta i skierował się do wyjścia. Był impulsywny z natury, to fakt. I tym razem czuł coś na kształt złości, ale jednocześnie coś hamowało jakąkolwiek ostrą reakcję. Nie wiedział, czy to był smutek, czy rozczarowanie, ale w tej chwili jedynym plusem zaistniałej sytuacji było to, że nie walnął pięścią w ścianę lochu. Jeszcze tego brakowało, by wylądował w skrzydle. Może bał się, że nawet by nie przyszła zapytać co z jego ręką.
    Potrząsnął lekko głową, karcąc się w duchu za takie demonizowanie sprawy. Na chwilę jeszcze oparł się plecami o zimną ścianę i przetarł dłonią zaciśnięte oczy. Wziął głęboki wdech, jakby właśnie miał za sobą najgorsze przedstawienie świata i w końcu skierował swoje kroki do Wielkiej Sali, choć przecież wcale nie był głodny.

    Julek

    OdpowiedzUsuń
  42. Barbara Bond stała na dwieście siedemdziesiątym czwartym stopniu schodów prowadzących na Wieżę Astronomiczną. Właśnie opierając się plecami o parapet jedynego na tej wysokości okna, usiłowała nie rozwiązując sznurowadeł zdjąć z prawej nogi trampka. Jego lewy odpowiednik leżał co najmniej 5 stopni niżej, szczerząc się w ciemnościach do Puchonki szerokim, krzywym uśmiechem; namalowanym na czubku czarnym długopisem podczas jednej z wyjątkowo nudnych lekcji historii magii. Blondynka przez chwilę mierzyła go morderczym wzrokiem, a w końcu - na sekundę lub dwie - odwzajemniła grymas, bardziej złowieszczy, niźli rozbawiony. W końcu kolejny ze złośliwych przedstawicieli natury martwej postanowił odpuścić na dziś i blondynce nareszcie udało się pozbyć buta z nogi. Głośno i nieapetycznie pociągając nosem klapnęła na schodku znajdującym się wyżej. Po uważnej obserwacji własnych stóp, co w tym świetle wymagało gimnastycznej wręcz biegłości, Barbara nie stwierdziła żadnych większych obrażeń fizycznych. Jedna z pięt była zaledwie obtarta, a druga mimo krwi sączącej się przez biały materiał skarpetki nie była w o wiele gorszym stanie. Wystarczy tylko posmarować je maścią z rdestu ptasiego i ślazu - w ciągu kilku dni nie zostanie po obrażeniach żaden ślad. Barbara usilnie starła sobie przypomnieć czemu, ignorując ból, dej męczyła się w tych tenisówkach. No a kiedy tylko sobie przypomniała, ciche siąpanie nosem zastąpił wodospad łez. W jednej chwili przypomniała sobie o zaczerwienionych oczach, o gorących policzkach, o mokrym od łez kołnierzu, o tym, że już od 20 minut panuje cisza nocna i o głównym powodzie jej wyprawy. Dean. Dean był nieziemsko przystojnym szatynem z domu Krukonów, prefektem naczelnym, a oprócz tego szansą na prawdziwą, dorosłą relację, która może zaowocować w przyszłości. A przynajmniej tak twierdziła Barbara jeszcze do pory kolacji, kiedy to najlepszy kumpel Deana wyznał, że na chłopaka czeka w Londynie dziewczyna. Ta informacja obiegła szkołę w zastraszająco szybkim tempie i teraz oprócz wścibskich spojrzeń koleżanek z pokoju musiała ona znosić jeszcze ciche szepty za jej plecami. Czuła się przez to totalnie rozbita, co zaowocowało wyjściem z pokoju i trzaśnięciem drzwiami przed nosem dziewczyn, które postanowiły jednak ją zatrzymać. I tak oto skończyła tutaj, wycierając smarki w rękaw szaty gdzieś w połowie Wieży Astronomicznej.

    Bond.

    OdpowiedzUsuń
  43. Nie mógł uwierzyć, że za dwa miesiące rozpoczyna ostatni rok w Hogwarcie. Kochał to miejsce, kochał je całym sercem i nie potrafił znieść myśli, że niedługo będzie musiał je opuścić. Tu poznał wspaniałych przyjaciół na całe życie, tu spotkał pierwsze zauroczenie, tu miały miejsce wszystkie najlepsze chwile w jego życiu. Choć od dziecka chciał zostać aurorem, co za czasów naiwnej młodości było jego największym marzeniem, zaczął rozważać również posadę nauczyciela. Lubił kontakt z ludźmi, a OPCM to jego ukochany przedmiot. Kto wie, może dane mu będzie nauczać imbecyli jak bronić się przed podstępnymi nikczemnikami czyhającymi na młode, świeże ciałka na każdym rogu.
     Pomijając to, Freddie cieszył się na nadejście wakacji - jasne, w roku szkolnym mógł dowcipkować, wydurniać się i spotykać z przyjaciółmi, ale miło było zrobić sobie chwilę przerwy od ciągłej nagonki. Poza tym nie mógł doczekać się odwiedzin pewnego przystojnego zwalającego z nóg (dosłownie i w przenośni) krukona z przedostatniej klasy. Tak, to lato zdecydowanie będzie udane. Z drugiej strony na myśł, że na dłuższy znowu wraca do rodzinnego domu, przechodziły go ciarki. Pewnie bedzie siedział sam, ewentualnie z Lincolnem albo którymś z kumpli z dormitorium. Julia...między nią i Waylandem trochę się ostatnio popsuło. Rozumiał, że ta chce zakończyć ten semestr swojej edukacji z jak najlepszymi stopniami, ale to nie powód, by go tak olewać. To nie powód, by traktować go jak niewidzialnego nic nie znaczącego głąba z Gryffindoru, co to ją ciągle zaczepia. W pewnym momencie Freddie po prostu skapitulował. Już kiedyś im o to im poszło i wtedy oczywiście chłopak szybko się poddał. Jak zwykle nadział się na słodkie oczka i wielkie pudło czekoladowych żab, ale prawda była taka, że powinni być dla siebie pomimo braku czasu.Odczuawał zawód, rozczarowanie, smutek, złość, a nawet upokorzenie. A mimo niesprawnie złączonej w ten oto sposób mieszanki wybuchowej z taką łatwością potrafił jej wybaczyć. Ale teraz miało być inaczej.Tym razem odczuwał zrezygnowanie. Bo jak miał walczyć o coś co Julia olewała przed ten cały czas?
    Na błonia trafił z nudów - Lincoln zajęty był pakowaniem swoich ogromnych bagaży, Hyunie miał spotkanie z drużyną, a reszta jakoś poznikała mu z oczu. Wybrał się pod to stare drzewo, nad jezioro, w miejsce idealne do pisania wierszy. Zasiadł ma trwaie z brulionem, oparł się plecami o pień i zerknął na gładką taflę jeziora. Jego spokój przerwało pojawienie się osoby, ktorej w tym momencie nie bardzo miał ochoty widzieć.
    - Co tu robisz? - spytał wyjątkowo spokojnie, zadzierając głowę do góry, by wlepić w dziewczyne chłodne spojrzenie
    - Nie za dużo masz na głowie, żeby tu przychodzić? Uważaj, idealny grafik ci się zaraz zawali. - dodal z przekąsem nie mogąc się powstrzymać i ponownie wbił wzrok w jeziorko.

    OdpowiedzUsuń
  44. [Hej! Nie ukrywam, że event trwający na blogu trochę pomógł mi w powrocie, bo choć szczerze tęskniłam to zastanawiałam się, czy wrócić. Nie mam w głowie powiązania, i pomysłu jeszcze też, ale wiem, że z tą panią mogłabym coś stworzyć :)]

    Alaric Graves

    OdpowiedzUsuń
  45. [Naprawdę polubiłam tę postać. Podoba mi się jej niezdecydowanie, co do tego, co chce robić i fakt, że żeby temu zaradzić to wzięła wszystkie zajęcia. Super że biega, rzadko spotykam się z takimi aspektami jak już życie bohatera toczy się w Hpgwarcie. Gify są przeurocze. Wydaje się bardzo delikatna, ale po przeczytaniu opisu, stwierdzam, że chyba to jednak po prostu skupienie.
    Bardzo chciałabym jakiś wątek!
    Wydaje mi się, że Julia jest jedną z tych osób, przy których Scott nie złościłby się za często i rzeczywiście darzył ją sympatią]
    Scott Keating
    Scott Keating

    OdpowiedzUsuń
  46. [Bo to są takie postacie, o których z reguły się nawet nie myśli. Mnie ten pomysł ktoś podsunął parę miesięcy temu i tak się przyplątał Austen. A tu jeszcze by się jakiś spadkobierca Borginów przydał, bo przecież Borgin&Burkes. :D
    Nie mam pojęcia, z którą z twoich dziewcząt byłoby Austenowi bardziej po drodze - z Julią jest w tym samym domu, a Olivia nazywa się Greengrass... U której ci bardziej wątku brakuje, możez tej strony?]

    Austen Burke

    OdpowiedzUsuń