historia o tym jak hogwarcki wilkołak próbuje przeżyć porwanie [cz.1]

Wiszący na niebie księżyc w pełni oświetlał hogwarckie błonia, gwiazdy rozpierzchły się dookoła, migocząc nad zamkiem niczym maleńkie iskierki. Noc ta wprost idealna dla romantyków i marzycieli przysporzyła wielu cierpień jednemu z uczniów szkoły dla młodych czarodziejów. Jak co miesiąc, kilka godzin przed wzejściem księżyca znalazł się w Wrzeszczącej Chacie, żeby nie sprawić nikomu kłopotu, żeby nikogo nie skrzywdzić. Był skazany na comiesięczne przemiany, z powodu alergii na tojad. Jego poprzednie doświadczenia z eliksirem mającym złagodzić efekty pełni były zbyt traumatyczne. Doprowadzony niemal przed nogi kostuchy, postanowił już nigdy nie próbować działania magicznego wywaru.
Jego drobne ciało szarpane konwulsjami przechodziło przemianę. Kręgosłup wydłużał się, wraz z kończynami. Urocza twarz, przyozdobiona zazwyczaj uśmiechem, zmieniła się w przerażający wilczy pysk, z rzędem ostrych jak brzytwa kłów. Dłonie zamiast paznokci miały długie, wilcze pazury. Jedyne, co zachował, to swoje oczy. Prawe w kolorze ciepłego brązu, lewe błękitne. W kilka minut stał się potworem, który gotów był rozszarpać każdą osobę, jaka pojawiłaby się w zasięgu jego wzroku, czy też słuchu. W tej chwili nie miał kontroli nad własnym ciałem. Mogło wydarzyć się wszystko.
Zadarł pysk, by rozluźniając mięśnie gardła, wydobyć ze swojej piersi ogłuszające wycie. Zaraz po tym skulił się i zaskomlał. Powolutku przeszedł do starego, rozklekotanego łóżka i wskoczył na nie. Wszystkie jego zmysły działały na pełnych obrotach, dostarczając do jego umysłu mnóstwa informacji z otoczenia. Słyszał dokładnie każde skrzypnięcie desek, z których zbudowana była Wrzeszcząca Chata. Popiskując cicho ułożył się na łóżku, zaplątując się we własne kończyny. Był ogłupiony.
Nagle w jednym momencie jego zmysły oszalały jeszcze bardziej. Do nozdrzy napłynął przyjemny zapach wilczego futra, w uszach zabrzmiał odgłos pazurów uderzających o drewniane deski. Wewnątrz jego piersi wibrował warkot. Uniósł łeb i układając po sobie uszy, odsłonił kły, żeby odstraszyć niechcianego gościa. Przybysz wparował do pokoju, zupełnie ignorując zdenerwowanie leżącego na łóżku wilkołaka. Młody wilk nie zważając na wrogie nastawienie potwora, zbliżył się do niego, unosząc pysk, by lepiej czuć zapachy. Uważnie obserwował otoczenie jasnymi, wręcz ludzkimi oczyma.
Gość nosem trącił łapę przemienionego chłopaka, by zaraz po tym odskoczyć od niego i merdając ogonem, rozłożyć ciężar ciała na przednich łapach, które wyciągnął przed siebie, wyżej unosząc miednicę. Z długiego, zwieszonego jęzora kapała ślina. Długimi pazurami drapał drewnianą podłogę, zachowując się, jakby chciał się bawić. Doskoczył do wilkołaka, by zębami kłapnąć tuż przed jego pyskiem i znów się cofnął. Kilkukrotnie powtórzona czynność w końcu zachęciła leżącego na łóżku wilkołaka, do ostrożnego zejścia z łóżka i stanięcia na tylnych łapach, naprzeciw szarego stworzenia.
Wilk ponownie skoczył, lecz tym razem dziabnął lekko jedną z łap wilkołaka, który w geście obrony rzucił się na mniejszego towarzysza. Ten jednak zdążył mu umknąć i wybiegł z pokoju, zmuszając zdenerwowanego potwora do rzucenia się za nim w pogoń. Długie pazury z łoskotem obijały się o drewniane schody Wrzeszczącej Chaty. Nim się obejrzał, wybiegł z budynku, którego drzwi stały otworem, wypuszczając go na wolność. W tej chwili jednak był na tyle zainteresowany dorwaniem irytującego wilka, aby nie zwrócić uwagi na możliwość pobiegnięcia gdzieś, gdzie mógłby pobawić się z ludźmi.
Biegł za zwierzęciem przez cały czas, nie zważając na podrapane łapy i wzrastające pragnienie. Za każdym razem, kiedy choć na chwilę tracił zainteresowanie szarym stworzeniem, wilk od nowa zachęcał go do zabawy i biegu. Coraz bardziej oddalał się od znajomych terenów. Pokonywał kolejne kilometry. Ignorował całe otoczenie, skupiając całą swoją uwagę na stworzeniu.
Dopiero świt zmusił go do zatrzymania. Jego ciało zgięło się w pół i powoli zaczęło się kurczyć, a wilcze wycie, jakie wydarło się z jego gardła, zamieniło się w głuchy jęk, gdy opadał na trawę. Skulił się, uderzając policzkiem o leśne poszycie. Nagie ciało zadrżało od chłodnego powiewu wiatru. Ostatkiem sił zmusił się do rozchylenia ciężkich powiek, a jego serce załomotało szybko, na widok wilka. Świadomość, że za chwilę umrze rozlała się po jego umyśle, ale nie była wystarczająco przerażająca, by zmusić zmęczone ciało do ucieczki. Nie miał pojęcia, gdzie jest, nie był w stanie uciec.
Zwierzę patrzyło na niego uważnie, dysząc ciężko, jakby przebiegło wiele kilometrów. Leniwie opuścił powieki, a kiedy uniósł je ponownie, po wilku nie było ani śladu. Zamiast tego, kucał przed nim jasnooki chłopak, uśmiechając się przyjaźnie.

***
Przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele, jakby ktoś wtłoczył w jego żyły ogień, który nie palił, tylko ogrzewał. Pod policzkiem czuł miękki materiał poduszki, a jego zatoki wypełniał zapach drewna i lekki swąd spalenizny. Powoli uchylił powieki. Na widok drewnianego użebrowania dachu, zupełnie nieznajomego, zerwał się z łóżka, na którym leżał. Jego ciało pod wpływem zbyt szybkiego ruchu zatoczyło się. Zdążył zacisnąć palce na metalowej ramie, co pomogło mu utrzymać równowagę.
– Hola, kolego! Ostrożnie! – usłyszał radosny, męski głos. – Nie chcę wiedzieć, co Rico zrobi mi, jeśli tobie stanie się krzywda – dodał.
Bellamy go nie znał. Mógł być najwyżej rok starszy od niego. Niski, brunet z kolczykiem w uchu i kolejnym w płatku nosa. Na wewnętrznej części lewego przedramienia znajdował się tatuaż ozdobnej róży wiatrów. Na nagie ramiona zarzucił bluzę, dzięki czemu Bellamy mógł dojrzeć kolejny tatuaż pod lewym obojczykiem. Znajdował się jednak zbyt daleko, aby mógł odczytać napis. Jego policzki zdobił dwudniowy zarost.
– K…kim jesteś? – wymamrotał, próbując zachować spokojny ton głosu. – I gdzie ja jestem? Jak długo spałem?
– Spokojnie! – chłopak uniósł ramiona w obronnym geście. – Najpierw zjedz, zrobiłem naleśniki, nie chciałbym, żebyś padł z głodu po dwóch dniach niejedzenia.
– Jak to…
– Bellamy, po prostu chodź i zjedz to, co przygotowałem. – Jego twarz stała się nagle poważna, uśmiech zniknął, niczym zwiany płomyk świeczki.
Skąd on znał jego imię? Gdzie on do cholery był?
Rozejrzał się dookoła. Nerwowo przełknął ślinę, przyglądając się niewielkiemu mieszkanku zrobionemu w całości z drewna. Jedno pomieszczenie było równocześnie kuchnią, jadalnią i sypialnią. Na samym środku drewnianej podłogi leżał okrągły, puchaty dywan. W kominku nie palił się ogień.
Nie chcąc się narażać, posłusznie podszedł do stołu, na którym wszystko było przygotowane do posiłku dla dwóch osób. Na dużym talerzu znajdowała się sterta naleśników. Usiadł na jednym z krzeseł, nie mogąc oderwać wzroku od obcego chłopaka.
– Nie wydaje ci się to nie w porządku? Wiesz jak mam na imię, a ja nie mam pojęcia kim jesteś…
– Szczegóły – machnął ręką, zupełnie obojętnie. – Ale skoro tak bardzo ci na tym zależy, jestem Connor. Sprowadziłem cię tutaj podczas pełni.
– Z...zaraz… Sprowadziłeś… mnie? – wymamrotał niepewnie, czując jak krew odpływa z jego twarzy. – Porwałeś mnie?!
– Uprowadziłeś, porwałeś… jak zwał, tak zwał. Chociaż przez część drogi współpracowałeś, biegnąc za mną. – Zdawało się, że mówił zupełnie poważnie. Wzruszał przy tym ramionami, jak gdyby co pełnię sprowadzał do swojego mieszkania wilkołaka. – No i póki co obywa się bez więzów, więc wydaje mi się, że nie powinieneś od razu tak dramatyzować.
Bellamy zamrugał szybko, oszołomiony.
– Gdzie…
– W Irlandii Północnej.
Strach uderzył wielką falą w ciało chłopaka. Jakim cudem znalazł się w Irlandii?!
– Jak to?
– Jesteśmy w Glen, w niewielkiej mieścince na skraju Big Dog Forest. Na własnych łapach nie dobiegłeś zbyt daleko, dlatego resztę drogi przebyliśmy już w bardziej cywilizowany sposób. Przez cały ten czas podawałem ci eliksir słodkiego snu, żebyś nie zaczął histeryzować w czasie jazdy.
Każde kolejne słowo sprawiało, że Bellamy czuł coraz większy lęk. Wszystko wydawało mu się być zupełnie nienormalne, niemożliwe. Dlaczego obcy chłopak przewiózł go przez pół Wielkiej Brytanii i zabrał do swojego mieszkania w Północnej Irlandii? Nic w jego opowieści nie trzymało się kupy. Brakowało jednej, najważniejszej rzeczy. Motywu.
Jego żołądek był tak ściśnięty, że nie był w stanie nawet patrzeć na przygotowane przez Connora naleśniki. Zamiast tego wpatrywał się w jego twarz, zupełnie spokojną, jakby obecny stan rzeczy nie był w żadnym stopniu dziwny.
– Nie zjesz, dopóki ci nie wyjaśnię prawda? – zapytał, spoglądając na Bellamy'ego. – Cholera jasna, miałem ci nic nie mówić, a wygląda na to, że zaraz będziesz musiał poznać całą watahę.
– Słucham? – słowo „wataha” odbijało się w głowie Bella.
– Słuchaj więc i się nie odzywaj. Jak cokolwiek powiesz, przestanę się odzywać. Jasne?
Bellamy skinął głową na znak, że zrozumiał.
– Należę do Benevolens Lupus. To swojego rodzaju stowarzyszenie, mające na celu nieść pomoc młodym wilkołakom, chodzi tu o osobników, którzy nie radzą sobie z przemianami. Zwabiamy je tutaj, stąd lokalizacja. Big Dog Forest jest ogromnym lasem, podczas pełni hasa sobie po nim całkiem sporo wilkołaczków. – Chłopak uśmiechnął się pod nosem. – Jestem animagiem. Do watahy należą jeszcze trzy osoby, takie jak ja. Cała nasza czwórka ma za zadanie opiekować się wilkołakami podczas pełni. Na tą chwilę mamy pod opieką pięciorga, nie licząc ciebie, w końcu z pełnią radzisz sobie całkiem nieźle. – Przerwał na moment, aby zerknąć na Bellamy'ego. – Benevolens Lupus założył Enrico, ale obawiam się, że aby usłyszeć resztę, będziesz musiał poczekać, aż wróci. Jestem pewien, że wyrwałby mi ogon, jeśli wyjaśniłbym tobie to, co powinien wyjaśnić on.
Bellamy już chciał zacząć protestować i prosić o więcej informacji, kiedy drzwi frontowe otwarły się na oścież i do środka wpadły dwie osoby, okładając się pięściami i szarpiąc za materiały bluz. Zaraz za nim wszedł kolejny gość, o wiele spokojniej niż pierwsza dwójka i z cichym kliknięciem zamknął za sobą drzwi.
– O! Twoja śpiąca królewna już się obudziła! – odezwał się nagle jeden z chłopaków, wyrywając się z uścisku drugiego. – Cholera, ale on uroczy!
Policzki Bellamy'ego zapłonęły nagle, a on sam spojrzał na swoje złożone na blacie stołu dłonie. Już dawno nie czuł się tak zażenowany. Jedno z krzeseł naprzeciwko niego zostało odsunięte i ostatni, najspokojniejszy z chłopaków opadł na nie z cichym westchnieniem.
– Ta pełnia to było zło. Powariowali wszyscy! – Oznajmił nagle, nie zwracając nawet uwagi na Bellamy'ego. – Jeszcze gdyby Enrico tu był, pewnie wszystko poszłoby łatwiej… – westchnął głośno.
– Connie, mogę naleśnika? – Odezwał się wysoki blondyn, podchodząc do gospodarza i zarzucając mu ręce na ramiona. – Tylko jednego. No proszę.
Bellamy zerknął na siedzącego naprzeciwko chłopaka, jednak gdy ten przyłapał go na obserwacji, momentalnie odwrócił wzrok i zajął się poszukiwaniem trzeciego. Na szczęście, bądź też nieszczęście poszukiwania nie trwały długo, gdyż ten ustawił się zaraz za nim, tak, że był dla niego niewidoczny. Kiedy chciał zapytać, gdzie ten się podział, osobnik dmuchnął mu prosto do ucha, na co Bell podskoczył przerażony.
Salwa śmiechu rozniosła się po pomieszczeniu.
– Nie myślałem, że jesteś taki strachliwy! Jestem James. – Uśmiechnął się szeroko, wyciągając rękę w kierunku Bellamy'ego. – Ten snob naprzeciwko ciebie to Shawn, a ta przylepa po prawej to Tristan.
– Ja jestem… – zaczął Sangster, chcąc się przedstawić.
– Bellamy, wiemy. Rico ciągle o tobie opowiada. – Odezwał się Shawn.

***

Bellamy naprawdę nie potrafił zrozumieć tego, co się dookoła niego dzieje. Był daleko od domu, wśród obcych ludzi, których mógł nazywać porywaczami, jednakże ich zachowanie względem niego było tak łagodne i przyjazne, że nie potrafił znaleźć określenia idealnie pasującego do tej czwórki. Wciąż mówili o niejakim Rico, uważali, że właśnie on jest odpowiedzią na każde pytanie. Miał wrócić wieczorem, a przez cały ten czas Bellamy zmuszony był do spędzania dnia w towarzystwie czterech, niekoniecznie normalnych animagów.
Wysłuchiwał historii o pełni, o zachowaniach młodych wilkołaków. Tristan chwalił się długą blizną, idącą od prawego ramienia, w poprzek pleców, aż do pasa. Rzekomą pamiątką po spotkaniu narwanego młodzika. Każdy z nich posiadał ten sam tatuaż na obojczyku. „La bella luna”, coś w rodzaju znaku przynależności do Benevolens Lupus.
– Dochodzi północ, a Rico nadal nie ma. Myślicie, że coś się stało? – odezwał się nagle James, spoglądając na towarzyszy.
– To jest Rico. Może wrócić w każdym momencie. Nie wymyślaj sobie przykrych historii Jay. – Odburknął Shawn, splatając na piersi palce.
– Zaczekamy na niego, prawda?
– No jasne, że tak, James. Jak zawsze – Connor podniósł się ze swojego miejsca i poczochrał włosy starszego kolegi. – Chcecie coś do picia? – Cztery głosy równocześnie rozbrzmiały po pomieszczeniu. Włącznie z Bellamym. – Hola! Powoli. Po kolei.
– Czarną, bez cukru. – Odezwał się Shawn.
– Herbatę z mlekiem. – Rzucił James.
– Czarną z mlekiem i dwoma łyżeczkami cukru. - Dołożył zamówienie Tristan.
– Ja poproszę gorzką herbatę, ale poczekaj, pomogę ci – Bell podniósł się z zajmowanego przez siebie krzesła i za Connorem ruszył do kuchennej części pomieszczenia.
Sięgnął po czajnik i uprzednio nalewając do niego wody, odstawił go na płytę indukcyjną. Mieszkanie Connora było zupełnie pozbawione magii, jakby ten w ogóle nie korzystał z niej w ciągu dnia. Wszystko robił zupełnie sam, a jego różdżka spoczywała na kominku. Z tego, co zauważył Bellamy, żaden z chłopaków nie używał czarów. Chociaż troje z nich już dawno ukończyło siedemnaście lat i mogło robić to prawnie. Tylko Shawn wciąż był szesnastolatkiem i mimo że tak jak Bellamy powinien być teraz w szkole, był tutaj.
Niemalże w tym samym momencie, w którym czajnik zaczął gwizdać, drzwi otwarły się, a twarze wszystkich obecnych skierowały się w daną stronę. Bellamy skulił się w sobie na widok wysokiego, barczystego mężczyzny o nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Jego twarz porastał kilkudniowy zarost, a czarne włosy znajdowały się w nieładzie.
– Rico! – zawołał z wyraźną ulgą James.
– Dobrze, że wróciłeś, ojcze – rzucił Shawn, uśmiechając się półgębkiem.
Mężczyzna skinął tylko głową.
– Udało nam się… – Zaczął Connor, stawiając krok naprzód, w kierunku przybysza. Ten spojrzał na niego i zamarł w bezruchu.
– Bellamy – szepnął. – Jesteś taki podobny do matki, synu.

_____________________
Obiecana część pierwsza historii Bellamy'ego.
Nie jestem pewna, czy poprawiłam wszystkie błędy.
Podzieliłam je na części, ze względu na to, że nie chciałam zanudzać długaśną historią, której pewnie nikt by nie przeczytał, przerażony ilością słów.
Liczę na Wasze opinie, bąbelki!



5 komentarzy:

  1. No wiesz Ty co? Za te zakończenie to Cię chyba znielubię. Naprawdę? Nie chciałaś zanudzać długaśną historią? Ja ją chcę teraz, już, natychmiast przeczytać w całości. Opowiadanie rzeczywiście nie należy do najdłuższych, ale bardzo mocno wciąga. Twoja opowieść mnie po prostu pochłonęła i jestem bardzo ciekawa reakcji Bellamy'ego na słowa Rico.

    Jeżeli chodzi o błędy to nic nie wyłapałam, tak jak Ty z interpunkcją średnio u mnie bywa, więc nawet za pilnowanie przecinków się nie biorę.

    Pozostaje mi już tylko ogólnie pochwalić. Bo styl pisania masz bardzo fajny, naprawdę przyjemnie mi się czytało te opowiadanie no i nie mogę się doczekać kolejnych części. Dodatkowo wyczuwam jakąś dramatyczną sytuację skoro Bells po powrocie zmienił się w taki sposób. Tak więc pozostaje mi już tylko czekanie... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, nie ma to jak nieproszone i niespodziewane poznanie po latach nieznanej sobie wcześniej części rodziny o.O Dodatkowo poprzedzone nietypowym porwaniem i czasem spędzonym w towarzystwie nadpobudliwych plus/minus nastolatków xD
    Gratuluję notki; naprawdę bardzo ciekawa. Aż nie mogę się doczekać kolejnej części :D Zaczynam rozumiem co miałaś na myśli mówiąc, że Neville poprosiłby Ted o pilnowanie Bella. Z tego, co dotychczas się dowiedziałam, Teddy pod wieloma względami jest w stanie zrozumieć twojego wilczka lepiej, niż ten mógłby kiedykolwiek przypuszczać ;) Tak więc, może być ciekawie :P
    Jeszcze raz gratuluję notki i bez obaw, jak na mój gust spokojnie mogłaby być nawet dłuższa ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Buu za przerwanie w takim momencie. Jak pod kartą pisałam, nie umiałam się doczekać opowiadań wyjaśniających, no i nie zawiodłam się. Bardzo fajny, przede wszystkim wciągający styl pisania. Gratulacje i czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wiedz, że przeczytałam, ale skomentuję po urlopie, gdy skończy mi się sesja!]

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam w drodze do domu, ściśnięta w autobusie pomiędzy jednym osiłkiem a drugim, ale zapomniałam o tym kompletnie, bo dzięki Twojemu opowiadaniu, czas jakoś szybciej i lepiej mi zleciał! Dlatego dziękuję ci za to! Historia bardzo ciekawa, można się z niej wiele dowiedzieć o Bellamym. W dodatku opisy, które dosyć często są nużące, tutaj w ogóle mi nie przeszkadzały - wręcz przeciwnie! Błędów chyba żadnych nie wyłapałam, więc to chyba dobrze :) Życzę weny do napisania dalszej części historii na którą czekam!

    OdpowiedzUsuń