A świat tańczy po kostki w błocie



ROXANNE WEASLEY
Gryffindor ◦ po wakacjach V rok ◦ 15 lat, 12 kwietnia ◦ czysta krew ◦ 11 ¼ cala, drzewo różane, pióro hipogryfa, bardzo giętka ◦ patronusem bezkształtna mgiełka ◦ boginem ogień ◦ pałkarz w drużynie Quidditcha ◦ koło wróżbiarskie


transmutacja
wróżbiarstwo
ONMS
zaklęcia
mugoloznawstwo
Więcej Powiązania Spod pióra
Przepraszam za zaśmiecanie strony głównej nowymi kartami moich postaci, ale muszę sobie wszystko odświeżyć
Szukamy sporów i przyjaźni, i pierwszej miłości też!
Wątki (4/5): Fred, Molly, Hyun, Étienne.
Stara karta
Mistrz Gry mile widziany!

18 komentarzy:

  1. [Ja teeeeż chcę robić takie karty ;( Jak wy to robicie? Eh, dla mnie pozostanie to chyba czarną magią. W każdym razie, cześć!]

    Noel

    OdpowiedzUsuń
  2. [Prawdopodobnie wszystko bym popaprała, więc wolę robić karty z taką ilością cssa i htmla, jaką ogarniam :D Może kiedyś nauczę się tych języków, ale jeszcze nie przyszedł ten czas.
    A wątek bardzo chętnie! Większość dziewczyn Noela unika ze względu na jego prostackie odzywki i może Rox byłaby jedną z nich? Kiedyś mógł ją podrywać, ale w końcu dał sobie spokój, jednak teraz dziewczyna może posiadać coś, co on chce i znowu zacznie truć jej dupę? :)]

    Noel

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Nie wiem czy chcesz kontynuować nasz wątek, ale w każdym razie miło widzieć, że wracasz do żywych. ;)]

    Jemma/Molly/Maxine

    OdpowiedzUsuń
  4. [Oh, to jest pomysł! :D Zmieniacz czasu i cofnięcie się w czasie brzmi świetnie, więc postaram się jeszcze dzisiaj zacząć :)]

    Noel

    OdpowiedzUsuń
  5. [Skoro nie podrywał jej tymi tandetnymi tekstami, mimo to Roxanne może za nim nie przepadać i traktować go jak głupiego dzieciaka, którym w sumie trochę jest, a przynajmniej na pierwszy rzut oka :) A Noel może czasami ją zaczepić, ale ogólnie raczej ze sobą nie rozmawiają, chyba, że sytuacja tego wymaga.]

    Noel

    OdpowiedzUsuń
  6. [Vee, kocham Twoje karty i postacie. Lecimy dalej z wątkiem, czy myślimy o czymś innym?]

    Avie, Hyun

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ten efekt z pustym pokojem jest bezbłędny, a Roxanne jest wręcz przykładnym obywatelem domu Lwa. Podoba mi się i to bardzo, bo widok takiego Weasleya jest coraz rzadszy.

    PS Jeszcze nie wymyśliłam, jak Ci to wynagrodzę. :c]

    A. Winrose

    OdpowiedzUsuń
  8. [Powinna. Może zacząć już teraz, ale na pocieszenie mogę powiedzieć, że jeśli Weasleyówna nie zdenerwuje go za mocno, ma szansę zdać z tego przedmiotu. >D

    PS Nic nie szkodzi. c: ]

    A. Winrose

    OdpowiedzUsuń
  9. [Nie ma za co przepraszać! Bardzo cieszę się, że moja kreacja Molly ci się podoba. c: Jeśli chcesz z akcją, możemy go osadzić w czasie wakacji, jeżeli ci to odpowiada. Wtedy będziemy miały większą swobodę ruchu, że tak powiem.]

    Molly Weasley

    OdpowiedzUsuń
  10. [Cześć, siostro tej cioty! ♡
    Na wstępie powiem, że nielegalne powinno być robienie takiej fajnej karty *bawi się zdjęciem i nie może przestać*
    No zwinęło się nam manatki, ale wracamy! Ze zdwojoną siłą i rosnącymi chęciami! Także ten... masz może jakiś pomysł? ^^]

    Zabini aka pomysłowa próżnia

    OdpowiedzUsuń
  11. [Cześć, siostro tej cioty! ♡
    Na wstępie powiem, że nielegalne powinno być robienie takiej fajnej karty *bawi się zdjęciem i nie może przestać*
    No zwinęło się nam manatki, ale wracamy! Ze zdwojoną siłą i rosnącymi chęciami! Także ten... masz może jakiś pomysł? ^^]

    Zabini aka pomysłowa próżnia

    OdpowiedzUsuń
  12. Żałoba nie była mu przyjaciółką. Była wrogiem forsującym obronny mur, którym Fred otoczył się, gdy jego mama zachorowała. Była żołnierzem strzelającym z karabinu maszynowego, zadającym mu bolesne rany, pozostawiającym ogromne dziury w jego pancerzu, sprawiającym, że łzy stawały mu w oczach w najmniej odpowiednich momentach. Była rycerzem tnącym mieczem wszystkie pozytywne myśli. Była czasem, w którym powinien być ostoją dla ojca i młodszej siostry, ale nie potrafił tego zrobić. Był wrakiem. Wewnętrznym wrakiem.
    Po pogrzebie zamknął się w swoim pokoju i płakał. Krążył po miękkim dywanie na pierwszym piętrze niewielkiego domku Weasleyów, niemal dosłownie obijając się o ściany. Kopał magiczne gadżety, które znikąd wpadały mu pod nogi, potykał się o porozrzucane ubrania i klął, ściskając mocno w palcach różdżkę, jakby zastanawiał się czy rzucić zaklęcie wzniecające ogień na niewielkiego pluszaka leżącego na dnie jego szafy, czy może lepiej na walizkę z ubiegłorocznymi podręcznikami zalegającą koło komody. Czarny krawat zdawał się zaciskać wokół jego szyi, dusić go, ograniczając możliwość wzięcia oddechu. Gula w jego gardle rosła, szloch wstrząsał jego ciałem aż nie upadł na kolana i nie schował głowy w dłoniach, całkowicie kładąc się już na podłodze. Nie miał pojęcia, ile tam leżał. Zbudził go dopiero cichy, niespokojny, damski szept.
    Mama? — jęknął, powoli uchylając powieki i próbując dojrzeć cokolwiek przez zaślepiającą jego oczy mgłę.
    Roxanne z czułością odgarnęła kilka kosmyków włosów z jego czoła, posadziła go w pozycji pionowej i kręcąc powoli głową odwiązała jego krawat. W odróżnieniu od matki miała takie ciepłe dłonie. Jej oczy nie były zapuchnięte tylko delikatnie podkrążone. Na jej ustach błąkał się niepewny uśmiech, zupełnie jakby miała zaraz zacząć naigrywać się z jego zdezorientowanej miny i poczochranej fryzury. W delikatnym wygięciu jej ust kryło się jednak coś więcej. Troska. Najprawdziwsza troska. To w tamtym momencie Fred postanowił, że młodsza siostra nigdy więcej nie zobaczy go w takim stanie. Błysk w jej oczach był dla niego sygnałem, że i on powinien się uśmiechnąć, podnieść z puszystego dywanu, poprawić poły marynarki i wyciągnąć do niej ręce. Pomóc jej wstać. Przeczesać palcami jej kręcone włosy. Przytulić ją do siebie. I zabrać na dół do żałobnych gości. Nigdy już nie płakać przy siostrzyczce. Nigdy nie okazywać słabości.
    Nie sądził, że dzień, w którym złamie dane sobie obietnice nadejdzie tak prędko. Kiedy wrócił do Hogwartu, jedyne o czym myślał to praca. Próbował zatracić się w tym, co tak kochał, by nie myśleć o tym, co kochał i stracił. Nie potrafił wyobrazić sobie domu bez Angeliny. Nie umiał w żaden sposób określić jak musi czuć się jego ojciec zamknięty sam w tych czterech ścianach. Bez śmiechu matki tak radośnie odbijającego się od framug i drzwi. Bez wesołego fałszowania znanych, radiowych piosenek wytapetowanych piosenkarek. W ciszy. Samotność stała się tak silnym dla niego lękiem, że zaczął zastanawiać się czy wkrótce jego bogin nie przybierze w jakiś sposób takowej formy. Może właśnie dlatego tak często nawiedzał siostrę w trakcie przerw, zagadywał ją wieczorami podczas kolacji i umożliwił jej wejście do swojego gabinetu w każdej chwili. Nigdy jednak nie sądził, że właśnie to może być gwoździem do jego trumny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego dnia nie mógł zebrać myśli. Był niespokojny, nie potrafił się na niczym skupić. Miał wrażenie, że stało się coś złego. Wiadomość, że Roxanne jest w skrzydle szpitalnym przyprawiła go niemalże o zawał. Do końca dnia włóczył się po szkole jak duch. Wieczorem zamknął się w swoim gabinecie, by nikt mu nie przeszkadzał, wyciągnął z wyświechtanej, brązowej torby butelkę dobrej whisky i nie kłopocząc się nawet przyniesieniem sobie szklanki, pociągnął prosto z niej pokaźnego łyka. Płyn przyjemnie palił jego przełyk, podczas gdy reszta ognistych języków łechtała pozostałe fragmenty jego ciała. Alkohol krążył w jego żyłach, jednocześnie zaspokajając pragnienie i wyłączając Fredowi czujność. Chłopak nawet nie zorientował się, w którym momencie do jego podświadomości wniknęła ta nutka mroku, która paręnaście minut później zawładnęła jego umysłem, pogrążając go w całkowitej żałobie. Kiedy drzwi gabinetu uchyliły się z cichym skrzypnięciem, pusta butelka toczyła się już po podłodze, a kolejna syczała z radości otwierana przez zamroczonego już Weasleya. Gryfon uniósł lekko zapuchniętą twarz, marszcząc delikatnie brwi i od razu podnosząc się z zajmowanego przez siebie krzesła. Kopnął zalegające na podłodze szkło w kąt i wypruł przez pokój do przodu, chwytając Roxanne w swoje objęcia i mocno tuląc ją do siebie. Jej mokre od łez policzki moczyły mu koszulę, ale w tamtym momencie kompletnie o to nie dbał. Ostrożnie odgarnął włosy z jej twarzy i uśmiechnął się do niej najszerzej jak w tamtym momencie potrafił.
      — Co jest, Paskudo? Znów przestraszyłaś się potwora spod łóżka?

      Okropny braciszek

      Usuń
  13. Biegł w stronę stadionu, nie potrafiąc ogarnąć umysłem, co się dookoła działo. Płomienie tańczyły przed jego oczami, pochłaniały niebo. Kłęby dymu unosiły się nad boiskiem do quidditcha, formując się w groźne kształty. Potknął się, przejeżdżając twarzą po ziemi. Zdawało mu się, że nie może być nic gorszego od tego uczucia bezwładności, które w tamtej chwili go ogarnęło. Od duszącego go strachu, ataku dojmującej paniki. Widok upadającej Angeliny kompletnie jednak wytrącił go z już i tak zachwianej równowagi. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał. Jego mama powoli leciała w dół, oświetlona blaskiem uderzającego w nią zaklęcia. Bezwładne ciało runęło na trawę. Oczy kobiety otworzyły się szeroko, usta rozwarły. Wzbierające w nim niedowierzanie przejęło kontrolę nad ciałem. Nie mógł się ruszyć. Kolejne drogocenne sekundy mijały. Napastnik znikał w ciemności. Szansa na ratunek malała z każdą chwilą. Musiał przemóc psychiczną barierę. Musiał się ruszyć. Z nadludzką siłą wyrwał się trzymającym go rękom i rzucił do przodu, nie próbując już nawet walczyć z cieknącymi po policzkach łzami. Dopadł do matki, próbując drżącymi dłońmi wyczuć jej puls. W świetle płonącego stadionu wyglądała na martwą. Ale żyła. Wtedy jeszcze żyła.
    Gdyby tylko dostrzegł ją chwilę wcześniej. Gdyby jakoś zareagował. Gdyby wcześniej nie dał sobie odebrać różdżki. Ona mogła przeżyć.
    Przycisnął mocniej Roxanne do siebie, pozwalając jej wtulić się w swoje ramiona. Jej szloch ginął w miękkim materiale jego ciepłego swetra. Drżenie jej ciała zdawało się kolejno maleć i narastać. Gorący oddech rozgrzewał jego klatkę piersiową. Fredowi również zbierało się na szloch. Musieli myśleć o tym samym. Co by się stało, gdyby... Gdyby postąpili inaczej niż wtedy. Gdyby przewidzieli, co może nastąpić. Gdyby nigdy nie poszli do Hogwartu. Gdyby ten jeden Mroczny nigdy się nie narodził. Ale jeśli nawet nie ten, mógł pojawić się inny.
    — Mama powiedziała mi kiedyś — szepnął, starając się opanować drżenie własnego głosu. Delikatnie odsunął ją od siebie, zamykając za nią drzwi i pozwalając jej wejść głębiej do pokoju — że nic nie dzieje się bez przyczyny. Że wszystko zapisane jest w gwiazdach.
    Westchnął, nerwowo zaciskając dłonie w pięści. Oblizał wargi, powoli przemierzając pogrążony w mroku gabinet. Jedynym źródłem światła w tym niewielkim pomieszczeniu była wpadająca przez okno księżycowa poświata. Niepewnym gestem zapalił lampkę koło niepościelonego od dnia poprzedniego łóżka i zerknął na nią, uśmiechając się nieśmiało.
    — Gdybyś wszystko już umiała, prawdopodobnie wcale nie musiałabyś chodzić już do szkoły. A jeśli nawet, nie mogłabyś mieć pewności, że w stresie postąpiłabyś inaczej, niż zrobiłaś to wtedy.
    Ponownie podszedł niej powolnym krokiem i opuszkami palców otarł łzy skapujące z jej policzków na dywan.
    — Jesteś jedną z najdzielniejszych osób jakie znam. I mama — jego głos załamał się niebezpiecznie, więc urwał, biorąc głęboki wdech, by uspokoić szalejące w jego wnętrzu emocje — mama byłaby z ciebie dumna, Roxanne. Ja jestem.
    Patrzył na nią jeszcze przez dłuższą chwilę, by następnie roześmiać się smutno i ruszyć lekko chwiejnym krokiem w kierunku stolika, na którym stała świeżo otwarta butelka ognistej. Z ciężkim westchnieniem opadł na krzesło, sięgając po szklanki stojące tuż za nim na niewielkiej komodzie.
    — Po alkoholu włącza mi się tryb filozofa — jęknął, wskazując jej fotel tuż obok siebie. — Siadaj, wyglądasz jakby przejechał cię traktor dziadka Arthura. Wiesz, co jest najlepszym lekiem na to, gdy czujesz się jak zmiażdżona przez mugolską maszynę? Whisky.
    Zmierzył ją wzrokiem, zagryzając lekko dolną wargę w zastanowieniu. Był starszym bratem, powinien świecić dla niej przykładem. Ale z drugiej strony...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chcesz odrobinę? Mama porazi mnie za to z nieba jakimś piorunem, ale w twoim wieku wyprawiałem gorsze rzeczy. Jesteś o wiele lepszą osobą niż ja. Jesteś córką, na jaką nasza mama zasługiwała. I siostrą, z której naprawdę mogę być dumny. Niezależnie od tego jak mnie wkurzasz — westchnął, przechylając błyszczącą w świetle lampki butelkę i nalewając odrobinę złotawej zawartości do obydwóch szklanek. — Nie dość, że filozof, to jeszcze sentymentalista. Mamo, jeśli mnie słyszysz... ten piorun to nie byłby taki głupi pomysł. Bo jeszcze nam przeze mnie Paskuda w piórka obrośnie. A tego byśmy chyba oboje nie przeżyli.
      Roześmiał się smutno, wciskając siostrze alkohol w wyciągniętą dłoń. Świecenie przykładem zostawi sobie na dzień następny.

      pocieszny demoralizator bez wyczucia

      Usuń
  14. Nie chciał wracać. Nie widział żadnego powodu, dla którego musiałby się dłużej dusić w murach szkolnego zamku. Wcześniejsze działania motywował zemszczeniem się na Changu, ale teraz…? Nie mógł się pogodzić z myślą, że zachowywał się jak skończony idiota, kiedy on po prostu nie mógł być obok niego. Nie mógł być blisko, ponieważ walczył o swoje życie, próbował wygrać dla nich więcej czasu. Z drugiej strony próbował zdusić w sobie gniew, który czuł do chłopaka. Gdyby tylko mu powiedział, poinformował, wyjaśnił… Byłby przez cały ten czas obok niego, a przynajmniej starałby się być obok. Nie powiedziałby ani jednego złego słowa, nie czułby do niego tej nienawiści, którą darzył go przez większość czasu trwania ich rozłąki.
    Teraz nienawidził samego siebie. Nie mógł spojrzeć w lustrzane odbicie, nie odczuwając przy tym zdenerwowania. Przed jego oczami wciąż jawił się widok czekoladowych tęczówek ukochanego, przepełnionych bólem, pomimo podłączonych kroplówek, pomimo tych wszystkich sprzętów, do których był podłączony wciąż odczuwał ból, wciąż go bolało, a Hyun… On widział to wszystko i nie był w stanie nic zrobić, nie mógł mu w żaden sposób pomóc. Gdy myślał o ich pierwszym spotkaniu podczas tych wakacji i wszystkich tych słowach, które zostały wypowiedziane. Nienawidził siebie jeszcze bardziej. Nie mam prawa stąpać po tej ziemi., nie raz przeszło mu przez myśl. Nie opowiadał jednak nikomu o tym co czuje, co w sobie dusi, z czym, każdego kolejnego dnia musi się mierzyć. Ostatnie trzy tygodnie wakacji spędził praktycznie w swoim pokoju, który opuszczał jedynie gdy musiał skorzystać z łazienki lub gdy słyszał, jak matka płacze żaląc się swojej przyrodniej siostrze, jak bardzo martwi się o syna. Wówczas wychodził, siadając przy kuchennym stole chwytał w swoje palce pałeczki i zjadał posiłek, tylko po to by ponownie zamknąć się w pokoju, mając świadomość, że chociaż matka nie będzie przez chwilę cierpieć.
    Schudł. Wcześniej i tak należał do tych chudych i wysportowanych, ale w przeciągu tych dwóch miesięcy, jego waga niebezpiecznie się obniżyła, policzki się zapadły a oczy wciąż były podkrążone. Zarysowane mięśnie, które wcześniej zdobiły jego ciało gdzieś zniknęły. Hyun w ogóle wyglądał tak, jakby miał zaraz cały gdzieś zniknąć, jakby silniejszy powiew wiatru byłby w stanie porwać go ze sobą. Stojąc przed Wielką Salą, zagryzał nerwowo wargi. Przez ostatni rok trzymał się na uboczu, jednak udało mu się nawiązać kilka znajomości… Dziś czuł się tak, jak rok temu. Jakby pierwszy raz miał przekroczyć te drzwi. Chociaż towarzyszyły mu zupełnie inne uczucia, nastawienie miał dokładnie takie same: w nic się nie angażować i to przetrwać. W poprzednim roku szkolnym prawie mu się udało, prawie się w nic nie zaangażował, w nic się nie mieszał. Udało mu się przetrwać na boku nawiązując bliższy kontakt tylko z nielicznymi, chociaż bardzo się przed tym bronił, nie był w stanie wciąż się od wszystkich separować. Teraz nie był pewien czy jest za to wdzięczny, czy może to kolejny powód do nienawiści względem samego siebie.
    Dostrzegając jednak w tłumie Roxanne zmierzającą szybkim krokiem w jego stroną prędko zrozumiał: to błogosławieństwo, że miał obok siebie kogoś, z kim mógł po prostu usiąść i pomilczeć, bo wierzył, że młoda Gryffonka nie będzie o nic wypytywać, nie będzie zmuszać do rozmowy na tematy, których ten nie chce poruszać. Rox, była dla niego jak młodsza siostra, której nigdy nie miał i chociaż czasami potrafiła go zirytować sam prędko pozbywał się tego uczucia tłumacząc sobie wszystko różnicami kulturowymi i wiekowymi.

    Hyun

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ta karta jest wspaniała, tyle tylko chciałam powiedzieć.]

    OdpowiedzUsuń
  16. — Przepraszam, bardzo przepraszam, możecie się przesunąć? — Chłopak wychylił się zza sterty papierów, by zerknąć na kilku trzecioklasistów, którzy torowali mu drogę do wejścia na główny korytarz zamku. Uśmiechnął się z zakłopotaniem, po czym wymanewrował pomiędzy uczniami, starając się przy tym, by ani jedna ze skrzętnie zapisanych kartek nie wysunęła mu się z rąk. Pokaźny stosik, którego tachał już dobre piętnaście minut z biblioteki, był tak wysoki, że kończył się dobre kilka centymetrów nad jego głową.
    Étienne zmierzał oczywiście do lochów, do swojej pracowni, gdzie spędzał większość wolnego czasu. Przez ostatnie trzy godziny siedział nad książkami od eliksirów — ale nie nad tymi, które przejrzane zostały przez całe pokolenia hogwarckiej młodzieży, tylko zupełnymi nowościami, dostarczonymi mu wczorajszego ranka. Chłopak niemal wszystkie swoje oszczędności wydawał na poszerzanie zasobów szkolnej biblioteki, niemniej nie było mu przez to ani trochę przykro, wręcz przeciwnie. Zadowolony uśmiech starszej pani sprawującej piecze nad opasłymi tomiskami rekompensował mu braki w portfelu. Poza tym Lévesque nie przywiązywał dużej uwagi do pieniędzy.
    — Jeszcze tylko kawałeczek — szepnął do siebie, uśmiechając się szeroko. Dużo osób twierdziło, że twarz chłopaka, wykrzywiona w grymasie szczęścia, wyglądała co najmniej przerażająco, a już na pewno dziwnie. Mimo wszystko, nie zważając na uczniowskie plotki, Étienne uśmiechał się często, choć niewiele osób miało o tym pojęcie.
    Już miał skręcić w prawo, by przejść schodami do lochów, gdy coś stanęło mu na drodze. A raczej ktoś. Ktoś o bujnych, kręconych włosach, roześmianej buźce, niskiej posturze i tak mocnej sile przebicia, że udało mu się spowodować wypadek.
    Nie minęło kilka sekund, a brunet leżał na ziemi, całkiem skołowany, w towarzystwie uroczej panny z Gryffindoru, która wpatrywała się w niego z mieszanką zaskoczenia i żalu w oczach. Gdy tak patrzyli na siebie, nie bardzo wiedząc, co mogą powiedzieć, zapisane kartki spadały wokół nich jakby w spowolnionym tempie.
    — Ojejku — wymamrotał w końcu chłopak. Kąciki jego ust uniosły się ku górze. — Ale się porobiło, co? Przepraszam, zaraz to pozbieram.
    Zamiast wstać, jak każdy normalny człowiek na jego miejscu, Lévesque zajął się ponownym układaniem kartek na czworakach. Zerkał co jakiś czas na brunetkę, dreptając sobie po kamiennej posadzce, a z wszystkich jego ukradkowych spojrzeń można było wyczytać czystą skruchę.
    — Jestem Étienne — powiedział, gdy już ostatnia kartka została ułożona na pokaźnych rozmiarów stosiku. Dziewczyna bez wątpienia dalej musiała być w szoku, bo nie wypowiedziała ani słowa, choć zebrała się już do pozycji siedzącej.
    W sumie wyglądali uroczo. Oboje siedzieli po turecku na ziemi i wpatrywali się w siebie bez słowa, a uczniowie mijali ich z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.

    [Lolololololol! <3]

    OdpowiedzUsuń