Atak na Zamek

Trzecia Bitwa o Hogwart:
W całym Zamku dalej wyczuwało się atmosferę niedawno odbytej uczty z okazji Święta Duchów, lecz tym razem halloweenową scenerię zastąpiono eleganckimi, klasycznymi dekoracjami, podkreślającymi klimat zorganizowanego przez dyrektora balu, na który zaproszono najznamienitsze osobistości czarodziejskiego świata. Bal trwał w najlepsze i żaden z gości nie spodziewał się takiego zakończenia...
Przyjęcie w jednej chwili przerwał donośny huk, a pod wpływem eksplozji zawaliła się jedna ze ścian Wielkiej Sali, zamieniając udekorowane wnętrze w prawdziwe gruzowisko. Zewsząd dało się słyszeć pełne przerażenia krzyki, nerwowe nawoływania oraz tłumiony odgłosami walki płacz, akcentującymi wagę tej tragicznej sytuacji. Wystrojeni w wyjściowe szaty uczniowie tłumnie zebrali się do walki, broniąc obleganego przez Mrocznych działających pod wodzą Hectora Septimusa Zamku i odpierając atak pomagających im Śmierciożerców. Uczestniczą przy tym w potyczce na śmierć i życie, a grono pedagogiczne razem z przybyłymi Aurorami robi wszystko, byle tylko pozbyć się wrogich sił i uratować Zamek przed zniszczeniem.
Wojna czarodziejów właśnie się rozpoczęła. Walcz, pokonuj własne słabości i nie daj się zabić...

32 komentarze:

  1. [Biorę udział w Zadaniu 2 - C, E:G, W: J
    Biorę udział w Zadaniu 3 - c ]
    Serce pulsowało mu tak szybko, że przez dłuższą chwilę sądził, że za moment wyskoczy mu z piersi. Czuł w uszach brzmienie pompowanej przez organ krwi, nie zagłuszany nawet przez świszczący oddech. Kręciło mu się w głowie a nogi, jak z galarety, nie pozwalały mu wstać krzesła. Był na Salazara prefektem, powinien walczyć w pierwszym szeregu broniąc uczniów przed atakiem Mrocznych, a jednak kiedy ogłoszono stan zagrożenia nie potrafił nic zrobić. W głowie wciąż miał to cyklicznie odtwarzane wspomnienie ataku tych szaleńców w Hogsmeade, kiedy razem z Amelią Baxter balansowali na granicy śmierci. Gdyby nie ta ułudna parodia szczęścia byliby już martwi. Ślizgon bezmyślnie sięgnął dłońmi do bandaża, który wciąż nosił pod wierzchnią szatą. Razem z tym gestem wróciło wspomnienie bólu, którego doznał podczas fizycznych tortur. Wtedy nie potrafił unikać uderzeń, czy teraz był w stanie zignorować klątwy i zaklęcia niewybaczalne? Czy potrafił pokonać trwogę i własną niemoc? Jak teraz widziałby go ojciec? Czy ze wstrętem zacisnąłby dłonie na trzonku różdżki, a później skierował w stronę jedynego syna śmiertelne zaklęcie? Jakaż to byłaby strata dla Śmierciożercy, który zamiast bawić się z synem, kiedy ten był jeszcze mały, gnił w smrodliwej celi czarodziejskiego więzienia? Avery zacisnął wargi, zatrwożony własną niepewnością i strachem.
    Niech go zabiją… Niech wyprują z niego wnętrzności, zetrą kości w proch, doprowadzą do obłędu. Nie był swoim ojcem, ani dziadkiem… Był na wszystkie przekleństwa Arvelem Averym, człowiekiem, którego każdy szufladkował bez chwili zawahania! Nikim ważnym! Dlaczego więc umysł podsuwa mu strzępki pamięci? Wyblakłe ślady utkanego z przypadku bohaterstwa? Na krótki, wyrwany wieczności moment zamyka oczy, zanurzając się w wizję, w której ratował Piper z odmętów jeziora. W jednej chwili pamięta tę sekwencję scen, w których trytony przymierzają się do ataku a on ciska w nimi zaklęciami, trzymając Haidemarie tak blisko, że jej włosy niemal stykają się z jego twarzą. Czy nie był wtedy bohaterem? Czy jeżeli nie wahał się zaryzykować życia dla Haide, nie może tego zrobić dla uczniów? Dość już wątpliwości. Koniec z ponurym filozofowaniem, które nie przyniesie żadnego pożytku. Jeśli tak zechce los to zginie. Wyda jednak ostatnie tchnienie wiedząc, że to, co robi, jest słuszne. I może ktoś, być może Haide – uśmiecha się w duchu, czując jak opuszcza go strach i wątpliwości – kiedyś zatrzyma się nad jego grobem i powoli zarysuje palcem słowa jego rodowego zawołania: Zwyciężyć albo umrzeć!
    Chłopak wreszcie zerwał się z krzesła, nie bacząc na niebezpieczeństwo ani brutalne odgłosy walki. Nie jest bohaterem jak Gryfoni, nie cechuje się ich odwagą ani poczuciem obowiązku, ale gdzieś tam na dnie ślizgońskiego serca skrywa lękliwie prawdziwą lojalność, nieśmiało wspierając płomień nadziei, że wszystko będzie dobrze .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie miała ochoty na spędzenie wieczoru w Wielkiej Sali z tymi wszystkimi ludźmi, którzy nawet jej nie znali. Dodatkowo był tam jej ojciec ze swoją nową narzeczoną. Co prawda nie miała żadnego problemu z Arizoną, wręcz przeciwnie, śmiało mogła powiedzieć, że polubiła tę kobietę, ale zwyczajnie nie była jeszcze gotowa na to, by publicznie pokazać się ze swoją nową rodziną. Szczerze mówiąc doznała małego szoku, kiedy u boku ojca zobaczyła ją w długiej, kremowej sukni, która tak bardzo młodej panience Westmore kojarzyła się z suknią ślubną. Zamiast skupić się na pięknym wydarzeniu, zorganizowanym przez dyrektora szkoły ona myślami była daleko w przyszłości widząc ojca na ślubny kobiercu. To tylko spotęgowało jej ochotę na opuszczenie Wielkiej Sali i była już temu bliska, kiedy nagle w jednym momencie ściana zaczęła runąć. Gdzieś z oddali słyszała krzyk ojca, słyszała swoje imię wykrzykiwane w tak paniczny, pełen strachu sposób. Ledwie odskoczyła na bok, unikając tym samym przygniecenia przez całkiem spory kawał muru. Stanęła osłupiała z lekko rozchylonymi wargami. Nie docierało do niej to, co właśnie się działo. Słyszała głośne krzyki, wykrzykiwane imiona oraz płacz spowodowany panicznym strachem. Słyszała głośne huki, spowodowane uderzeniem ściany o podłogę. Widziała przygniecionych uczniów, których nawet nie znała z imienia czy nazwiska. Widziała zbliżającą się śmierć, jednak nie potrafiła się ruszyć. Wpatrzona w jakiś punkt przed sobą, zastanawiała się gorączkowo nad tym, co w takim momencie zrobiłaby wspaniała Désirée. Jedno było pewne, z pewnością ruszyłaby na ratunek innym. Bez chwili zastanowienia ratowała by każdego, tylko nie siebie. Stałą w miejscu jeszcze przez chwilę, zastanawiając się nad tym, komu pierwszemu powinna pomóc. Było tu tak wiele osób, które jej teraz potrzebowały. Było tak wiele ludzi, którzy cierpieli. A ona stała, wiedząc, że nie może teraz uciec. Wiedziała, że musi zdecydować. Chociaż tak bardzo chciała się schować, udać, że nic nie widzi. Jak gdyby nigdy nic, opuścić pomieszczenie i wybiec z zamku. Uciec jak najdalej, ratując jedynie swoje własne cztery litery. Ale przecież ani martwa już Désirée by się tak nie zachowała, a Aaron nigdy by jej tego nie wybaczył. Przełknęła głośno ślinę i zbierając w sobie resztki odwagi jakie w niej zostały rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, próbując oszacować, kto w tym momencie potrzebuje jej najbardziej.
      – Avery za Tobą! – krzyknęła, dostrzegając ślizgona stojącego niedaleko niej. Chwyciła różdżkę w dłoń, zaciskając mocno smukłe palce na jej trzonie. Jednak wciąż było widać, jak jej dłonie drżą. Celowała koniuszkiem jasnej różdżki w mężczyznę znajdującym się za siódmoklasistą, jednak strach brał nad nią górę, a drżącą ręką nie była w stanie porządnie wycelować zaklęcia.

      Tak sobie pozwolę się doczepić moją świeżynką.
      Avalon

      Usuń
  2. Avery, za tobą!
    Dziewczyna z Ravenlawu, którą kojarzył ze szkolnych korytarzy, choć nigdy z nią nie rozmawiał, jednym zdaniem sprawiła, że ostatnie, leniwe ruchy Ślizgona odeszły do sfery wspomnień. Chłopak jak na zawołanie odwrócił się na pięcie, stabilnie opierając ciężar ciała na wypastowanych, czarnych butach. W szacie wyjściowej i zielono-srebrnej, dość zabawnie wyglądającej muszce zapewne nie wyglądał na człowieka, który może stanowić zagrożenie, dlatego czarodziej, skryty za kościaną maską, nie silił się na rzucanie żadnego wyrafinowanego zaklęcia.
    - Drętwota!
    Inkantacja agresywnego czaru zadźwięczała w uszach chłopaka, lecz zanim czerwony promień zetknął się z torsem Ślizgona, zupełnie wyłączając go z czynnej obrony szkoły, chłopak skoczył w bok, ślizgając się po wypolerowanej posadzce. Mistrzem stylu to on nie był, ale w tym momencie finezji mogła mu pozazdrościć nawet wila.
    - Protego! – Avery nie zamierzał się więcej wahać, ale kolejno eliminować wchodzące mu w drogę cele. Tej nocy zamierzał się jeszcze spotkać z wieloma przeciwnikami a pomysłów na zakończenie czarodziejskiego buntu miał pełne rękawy. Dobrze wykonane, stabilne zaklęcie tarczy osłoniło go w porę, zanim atakujący czarodziej nie naprawił swojego poprzedniego trafienia, ciskając w ucznia kolejnym niebezpiecznym zaklęciem. Mała dawka stresu zadziała na Arvela motywująco, sprawiając, że chłopak zdawał się niemal tańczyć pomiędzy czyhającymi na jego potknięcie promieniami. Ślizgon był jednak cierpliwy i, dostrzegając odpowiedni moment w chwili, gdy przeciwnik szykował się do kolejnego ataku wyszeptał ciche, prawie niesłyszalne:
    – Reducto!
    Czar był prosty, niemal podstawówkowy i zapewne nauczyciel obrony wyśmiałby ślizgona za tak prozaiczne potraktowanie walki, ale w tym momencie nie liczył się styl, ale skuteczność, a tę zaklęcie miało ogromną. Magiczna formuła była na tyle krótka, że Avery zdążył zaatakować akurat w przejściu pomiędzy kolejnymi sylabami kontr zaklęcia przeciwnika. Mroczny nie miał szans. W momencie zetknięcia się czaru z ciałem zdrajcy postać przeciwnika rozmyła się a później rozprysła, pozostawiając na posadzce kupkę popiołu. Dwaj kolejny Mroczni w asyście zamaskowanego Śmierciożercy w srebrnej masce, którą Avery ze smutkiem rozpoznał, wyłonili się z tłumu walczących, gdy tylko Ślizgon zwycięsko wyszedł z pierwszego tego wieczoru pojedynku.
    Tylko nie Ty, proszę.
    W głowie Arvela pojawiła się nieprzyjemna, kłująca myśl, która zabarwiła jadem dotąd posłusznie milczącą podświadomość. Chłopak wiedział, że istnieje szansa, że spotka się podczas tej obrony ze swoim ojcem, którego teraz rozpoznał jedynie po charakterystycznych żłobieniach w osłonie twarzy, ale Ślizgon nie spodziewał się, że do spotkania dojdzie tak szybko. Ale czy na pewno? Chłopak zmrużył powieki, spoglądając na stojących przed sobą czarowników.
    Nie. To nie może być on.
    Avery poprawił uścisk na trzonku różdżki, czując jak ciepłe, elastyczne drewno reaguje na jego niekontrolowany nacisk. To nie mógł być jego ojciec, a on nie powinien myśleć o takich sprawach. Dziś polecą głowy a jutro będzie identyfikował swoje ofiary.
    - Duro! – Wrzasnął, rozpoczynając walkę, której w pojedynkę nie mógł wygrać. Liczył na to, że dziewczyna, która wcześniej go ostrzegła nadal czai się gdzieś w pobliżu i pomoże mu jakoś rozprawić się z Mrocznymi.

    działajmy! niech polecą głowy! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż trzymała wyciągniętą rękę, z różdżką w zaciśniętej dłoni. Wpatrywała się uważnie w scenę, która odgrywała się tuż przed nią. Tak blisko. Słyszała wypowiadane zaklęcia, widziała kolorowe błyski bijące z różdżek pojedynkujących się czarodziejów. Przez chwilę nawet miała wrażenie, że czuje na skórze delikatny ruch powietrza, spowodowany właśnie ich pojedynkiem. I chociaż bardzo chciała pomóc chłopakowi nie była w stanie. Po prostu się bardzo mocno bała. Czuła, jak strach paraliżuje jej ciało. Serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi i uciec… Tak samo jak ona. Nawet nie nadążała na usuwaniu się z drogi, biegnącym uczniom. Czuła jak spanikowane dzieciaki obijają jej drobne ciałko swoimi kanciastymi ramionami czy łokciami, przepychając się, aby jak najszybciej dobiec do wyjścia. Zerknęła jeszcze na ślizgona widząc jak sobie dobrze radzi, z nadzieją, że jego dalsza walka będzie równie imponująca. Chciała się w końcu ruszyć, uciec wraz z pozostałymi. I już zrobiła pierwszy krok do przodu, kiedy kątem oka zauważyła jak do chłopaka podchodzą kolejni atakujący zamek mężczyźni. Widziała, że tym razem nie poradzi sobie tak świetnie, niczego mu tym nie odbierając. Byli za młodzi, za słabi. A w pojedynkę, żadne z nich nie było w stanie pokonać ich większej liczby.
      – Petrificus Totalus! – wypowiedziała celując koniuszkiem różdżki w Mrocznego znajdującego się najbliżej niej. Mężczyzna momentalnie padł na ziemię, nie mogąc się ruszyć. Przygryzła delikatnie wargę i nie zastanawiając się dłużej, zsunęła ze swoich stóp szpilki na wysokim obcasie, które zostały zakupione specjalnie na tę okazję. Niestety, dzisiejszy wieczór nie był dla nich najlepszym, a gdyby w nich została, szybciej naraziła by się na upadek i polegnięcie na polu bitwy. Bo nawet nie podejrzewała, że któryś z atakujących miałby na tyle honoru aby nie rzucać zaklęciami w leżącą na ziemi, bezbronną nastolatkę – jestem! – krzyknęła do chłopaka, rzucając się na kolana, tym samym kryjąc się za przewróconym stołem. Nie zauważyła, jak jej suknia zahaczona o odłamany kawałek drewna drze się coraz bardziej z każdym, kolejnym jej ruchem. Jednak nie wygląd był teraz najważniejszy.
      Usłyszała gdzieś za sobą z oddali głos swojego ojca. Rozejrzała się szybko, próbując zlokalizować zagrożenie, jednak zamiast tego ujrzała mężczyznę biegnącego w stronę Arizony. Tam też chciała pomóc. Tam też chciała być. Zbyt rozkojarzona nie zauważyła jak zakapturzony Mroczny celuje w nią różdżką. Dopiero w momencie, w którym upadła na ziemię zdała sobie sprawę, że dzisiaj nie może przejmować się wszystkimi. Dzisiaj musi wybrać. Przetarła szybko wierzchem dłoni, zbierające się w kącikach oczu łzy strachu. Nie mogła przecież nikomu pokazać jaka jest słaba. Musiała walczyć do ostatniego tchnienia.
      – Rictusempra! – z jej ust padło kolejne zaklęcie, niestety tym razem chybione. Normalnie pewnie by się poddała, jednak w tej sytuacji nie mogła tak szybko rezygnować z siebie, z niego. Nie mogła narażać innych poprzez swoje słabości. Musiała być silna.

      Polecą, polecą!

      Usuń
    2. Sprytnie rzucone zaklęcie paraliżujące sprawiło, że jeden z przeciwników Avery’ego jak długi wyłożył się na posadzce. Siły atakujące szkołę wciąż miały przewagę, ale Krukonka wywalczyła dla Ślizgona kilka cennych sekund, dzięki którym chłopak mógł zebrać się ziemi, a następnie przeskoczyć przez przewrócony stół, lądując na ziemi właśnie w miejscu, w które docelowo trafić miło zaklęcie Mrocznego, skierowane w stronę jasnowłosej uczennicy. Avery nieświadomie własnym ciałem zasłonił nieznajomą, zupełnie tego nie planując. Na całe szczęście czar chybił, wypalając w drewnianym blacie pokaźnych rozmiarów dziurę, z której unosił się swąd spalenizny. Niewiele brakowało a podobna plama zdobiłaby twarz Arvela, ale w tej walce liczyły się tylko trafione ofiary. Chłopak korzystając z niewielkiej odległości, dzielącej go od swojej wybawicieli odwrócił się na moment w jej stronę, chcąc podziękować jej za pomoc, ale dziewczyna nie wyglądała tak, jak sądził, że będzie wyglądać. Na jej twarzy nie malowało się bitewne zdecydowanie, a dłoń nie trzymała różdżki tak stabilnie, jak liczył na to Avery. Prawdę powiedziawszy Krukonka wyglądała, jakby właśnie rozważała ucieczkę a nie pomoc siłom „jasnej” strony w odparciu wrogów. Czyżby się wahała? A może tak, jak wcześniej Arvela, opuściła ją odwaga?
      - Hej – chłopak zwrócił na siebie jej uwagę, dzieląc koncentrację na klęczącą obok dziewczynę oraz trzech wrogów, którzy raz po raz ciskali w drewniany stolik kolejne śmiercionośne zaklęcia. Za chwilę ta chwilowa osłona mogła nie wytrzymać naporu magii i rozpaść się w mak, a wtedy… Wtedy dziewczyna musi być już gotowa, aby zmierzyć się z sytuacją. Avery nie miał szans poradzić sobie z trzema przeciwnikami. Był dobry w pojedynkach, ale pokonanie trzech Mrocznych nie wymagało zwyczajnego talentu, ale cudu. A dostępu do tych Avery na ten moment nie miał.
      - Posłuchaj mnie uważnie – chłopak spojrzał jasnowłosej uczennicy prosto w oczy, starając się, aby jego głos brzmiał pewnie i rzeczowo, pomimo całej gamy emocji targających prefektem. – Sytuacja jest paskudna, ale nie jesteś sama. Ja tu jestem i nigdzie się bez ciebie nie ruszam. Jeżeli powiem biegnij, zrobisz to. Jeżeli krzyknę chowaj się, zrobisz to. Rozumiesz? Ze mną nic ci nie grozi, ale musisz mi pomóc, bo sam sobie nie poradzę. Mogę na ciebie liczyć?
      Stół, za którym byli ukryci. Zadrgał, a później, ku przerażeniu Avery’ego, którego chłopak nie okazał ze względu na niestabilny stan klęczącej obok Krukonki, zaczął unosić się w górę, trzęsąc od siły zaklęcia miażdżącego.
      - Trzeba zrobić tarczę, teraz! – Avery krzyknął rozmaz zdecydowanie głośniej niż zamierzał, ale niespodziewany obrót sytuacji sprawił, że na moment stracił zdolność logicznego myślenia. – Protego!
      Szybko wzniesiona bariera oddzieliła ich od stołu, który za moment miał się rozpaść na tysiące kawałków. Pojedyncza osłona mogła nie wystarczyć, ale Ślizgon był pewien, że w jasnowłosa uczennica Ravenclawu go nie zawiedzie.

      Usuń
    3. Te zaklęcie wpadło jej do głowy całkiem przypadkowo. Nigdy nie była dobra w pojedynkach. Na zajęciach unikała ich jak ognia. W tym momencie strasznie tego żałowała. Bowiem widziała już, jak wiele straciła, jak dużo cennych wskazówek, które teraz mogłyby się przydać po prostu ją ominęło. Potrafiła siedzieć z głową w książkach, ale co z tego, skoro nie potrafiła wykorzystać tej wiedzy w praktyce. Zamiast działać, skupiała się na przywołaniu w pamięci skutecznego zaklęcia, które byłoby w stanie jej teraz pomóc. Rozchyliła szeroko usta, czując silne odepchnięcie, ciężar ciała chłopaka, który właśnie ją obronił. Który właśnie ją uratował, a ona jeszcze kilkanaście sekund temu rozważała ucieczkę. Od niego, od tego wszystkiego. Przeniosła spojrzenie swoich dużych, szarych oczu na niego, uważnie przysłuchując się jego słowom. Pomimo silnego stresu, kącik ust drgnął jej delikatnie. To było tak cholernie miłe, słyszeć, że jest tu ktoś poza jej ojcem, kto chce ją w jakimś stopniu chronić. Zacisnęła mocniej dłoń na trzonie różdżki i skinęła lekko głową. Przecież nie mogła go teraz zawieźć. Musiała udowodnić, że można na nią liczyć. Bo przecież taka właśnie była. Zawsze służyła dobrą radą, ratując wszystkich z opresji.
      Widząc, jak stolik zaczyna się ruszać wystraszyła się. Jednak zamiast uciekać i chować się po kątach postanowiła walczyć. Obserwując dokładnie Ślizgona, wyprostowała się i wspomogła jego ochronne zaklęcie. Przecież nie mogła tylko stać i czekać, aż to on ich uratuje.
      – Boję się. Musisz wiedzieć, jak bardzo się boję. – Musiała mu o tym powiedzieć aby obdarować go zaufaniem. Tak jak i On powinien teraz ufać jej. Jeżeli chcieli wyjść z tego żywi nie mogli teraz w siebie wątpić. Musieli uwierzyć, nawet jeżeli wydawało się to tak nieprawdziwe – Ale dam radę… Będę Cię słuchać – szepnęła, gorączkowo myśląc w jaki sposób dadzą sobie radę z nimi. Była pewna, że nawet jeżeli wyjdą cało z tego pojedynku, za chwilę wpakują się w jeszcze gorszy.
      – Bombarda Maxima! – wycelowała różdżką w kawał ściany leżący nie daleko wrogów. Eksplozja spowodowała przesunięcie się szczątek muru w stronę przeciwników. Co prawda Avalon nie spodziewała się, że pojawi się przy tym tak duża chmura kurzu, jednak główny cel jaki sobie obrała mogła uznać za odhaczony. Szczątki ściany i cała siła zaklęcia poleciała w stronę mężczyzn. Niestety kilka odłamków rozeszła się dookoła, trafiając nawet tych „dobrych”. Na szczęście spowodowały jedynie zadrapania, z którymi, z łatwością sobie poradzą – walnij w nich czymś jeszcze, użyj jakiegoś silnego zaklęcia! – pisnęła, bojąc się, że Mroczni i Śmierciożerca za chwilę podniosą się z podłogi i zaatakują ich zdenerwowani, z jeszcze większą siłą.

      Usuń
    4. Tylko głupiec nie bałby się w takiej sytuacji. To nie była zabawa, jak na szkolnych pojedynkach w klubie, ale prawdziwa walka, w której zaklęcia miały moc odbierania życia albo zadawania obrażeń, których nie dało się wyleczyć. A oni byli tylko uczniami. Bez aurorskiego kursu, studiów ani wojennego doświadczenia. Wszystko, co wiedzieli o pojedynkach pochodziło z dziecinnej praktyki, która całkowicie odstawała od ponurej rzeczywistości. Kiedy Avalon – chłopak nie był pewien, czy dobrze skojarzył imię z osobą – wywołała eksplozję ściany część gruzu, odłamków oraz podmuchu uderzyła w barierę wzniesioną przez Ślizgona. Magiczna osłona zafalowała, chłopak poczuł jak jego magiczna sygnatura drga, atakowana przez niestabilną energię. A zaraz później, zanim Arvel zdołał wzmocnić zaklęcie rozsypał się także stół. Setki tysięcy drewnianych igieł pomknęło we wszystkie strony, raniąc stojących najbliżej. Bariera Avery’ego i tym razem wytrzymała, choć chłopak był pewien, że w tej rundzie wykorzystał już cały zapas szczęścia.
      Mroczni nie zdołali obronić się przed odłamkami, które leciały na nich z dwóch stron. Niespodziewana eksplozja stołu zapewne pokrzyżowała im plany, ponieważ pomimo przewagi nie zdołali w porę uchronić się przed deszczem drzazg oraz kamieni i mocno ucierpieli. Jeden z nich leżąc na posadzce obficie krwawił z szyi, co Avery uznał za możliwe uszkodzenie tętnicy, sugerując się wyciekającą spod szaty krwią. Każdy z nich był ogłuszony wybuchem, więc wyrwanie im różdżek z ręki było dziecinnie prostym trikiem.
      Expelliarmus.
      Pomyślał Ślizgon, uznając, że w tym przypadku najlepsze będzie zaklęcie niewerbalne. Trzy różdżki leżących w bezruchu przecinków opuściły dłonie powalonych czarodziejów, a następnie posłusznie pomknęły pod nogi chłopaka. Cztery ofiary zostały już przez niego rozbrojone. Teraz wystarczyło skutecznie uniemożliwić im powrót do walki.
      - Incarcerous – magiczne więzy otoczyły wciąż odciętych od rzeczywistości czarodziejów. Pęta były solidne a węzeł mocny, ale rzucone przez sojusznika zaklęcie tnące mogło skutecznie je przeciąć. Należało więc odstawić Mrocznych tam, gdzie ich uwolnienie nie było już tak proste i naraziłoby próbujących na poważne tarapaty - Mobilicorpus!
      Dwa ciała uniosły się w górę, lewitując powoli w stronę sufitu. Już po chwili czarodzieje latali wśród rozbieganych, jaśniejących poniżej granatowego nieba dyń. Gdyby nie czarne szaty Mrocznych mogliby skutecznie udawać duchy, a tak z powodu odzienia trudno było odróżnić ich od magicznego gwiezdnego sufitu. Prawdopodobnie dopiero Aurorzy sprowadzą ich na ziemię, więc żaden uczeń nie musiał obawiać się ich zemsty.
      Zagrożenie na moment zostało wyeliminowane, ale to nie oznaczało, że mogą razem z jasnowłosą krukonką osiąść na laurach. Oni mogli być chwilowo bezpieczni, ale wielu uczniów nadal walczyło o życie. Ślizgon rozejrzał się po sali, dostrzegając, że większość jakoś sobie radziła. Już miał zasugerować skierowanie się do lochów, gdy jego uwagę przykuła grupka Puchonów, zwabiona do kąta Wielkiej Sali przez – Avery wstrzymał oddech, kiedy zorientował się, że patrzy na postać wilkołaka, którego wizerunek ostatnio widział w rubryce poszukiwanych w niedzielnym wydaniu dziennika.
      - Trzeba pomóc uczniom piątego roku – zawyrokował, zrywając się do biegu w tamtą stronę. Nie było czasu do stracenia.

      Usuń
    5. Odetchnęła z ulgą, widząc jak mężczyźni runęli na ziemię. Obserwując uważnie kolejne poczynania Ślizgona, w głębi ducha piszczała jak pięciolatka z radości, że udało im się ich pokonać. Co prawda doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to dopiero początek była szczęśliwa i uwierzyła w to, że rzeczywiście może im się udać. Że we dwoje, są w stanie iść dalej i walczyć dalej, bardziej zawzięcie, rzucać kolejne zaklęcia z myślą o ratunku nie tylko dla siebie, ale i dla pozostałych uczniów. Wybierając stronę, wcale nie decydowali jedynie o sobie. I właśnie w tym momencie Avalon uświadomiła sobie, jak wiele może dzisiejszego wieczoru od nich zależeć. Chociaż są zaledwie jednostką, to właśnie dzięki takim jak ich dwójka mogą wygrać. Tylko muszą połączyć siły, nie mogąc się kłócić o to kto ma „dowodzić”. I w tym momencie srebrnowłosa dziewczyna dziękowała niebiosom, że na jej drodze stanął właśnie ten, a nie inny Ślizgon. Bo czy znalazłby się drugi, który widząc ją, słabą i przestraszoną, marnowałby czas? Czy znalazłby się ktoś jeszcze, kto w ogóle jej nie znając chciałby walczyć wraz z nią? Twierdząc przy tym, że jej nie zostawi? Na jej twarzy nawet przez krótką chwilę pojawił się delikatny uśmiech. Zacisnęła mocno palce na lekko zdobionym trzonie różdżki i przenosząc spojrzenie swoich dużych, szarych oczu ze zwisających ciał wrogów, na twarz jej obecnego towarzysza, przygryzła lekko wargę. Było widać malującą się zmianę na jej bladej twarzyczce. Uwierzyła w siebie, w to, że jest w stanie zrobić coś więcej poza ucieczką. Co prawda chciała ruszyć na przód, zostawiając za sobą te miejsce ale Avery miał rację. Trzeba pomóc innym. Nie byli tutaj sami. A przecież ona była po to, aby nieść innym ratunek. By stawać w ich obronie, nie mogła teraz odwrócić się na pięcie i zwiać, gdzie pieprz rośnie.
      Widząc wilkołaka, przestraszyła się. Jak każdy inny. Wiele czytała na ich temat, jednak dopiero dzisiejszej nocy, po raz pierwszy miała stanąć z nim twarzą w twarz. I zrobić wszystko, by nie musieć już więcej go oglądać.
      - Hej, futrzana gnido! – krzyknęła, sama dziwiąc się swoim słowom. Nie spodziewała się sama po sobie, że zrobi coś tak… Zaskakującego. Chociaż zadziałało. Bo futrzany pysk spoglądał teraz w jej stronę, a ona sama przymrużyła lekko oczy, spoglądając na niego – Drętwota! – machnęła sprawnie nadgarstkiem, celując idealnie w swojego przeciwnika. Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jedno, podstawowe zaklęcie nie rozłoży potężnego wilkołaka na łopatki. Dlatego też tuż po chwili, ponownie wypowiedziała formułę tego samego zaklęcia. Uderzało w niego, niestety jednak nie powodowało jego utraty przytomności. Tylko odpychało go nieco w tył, osłabiając go przy tym odrobinę. Nie była przyzwyczajona do działania w tak okrutnych warunkach, nie mogła znieść więcej krzyków i płaczu. Nie mogła się przez nie wystarczająco mocno skupić. Więc nie myśląc rozsądnie, spojrzała tylko błagalnie na stojącego niedaleko chłopaka. Gestem ręki, wykonanym w stronę piątoklasistów, pokazała im, że mają się ruszyć. Przecież nie mogli tak stać pod ścianą i czekać, aż wilkołak ponownie na nich ruszy. Potwór szybko jednak odzyskał siły i rozwścieczony chwytał wszystko co leżała mu pod łapami i rzucał owymi przedmiotami w ich stronę. Chciała się schować za odłamkami muru, jednak biegnąć, przydepnęła sobie suknię, potykając się i padając na ziemię. Tym samym, na jej szczęście unikając bliskiego zetknięcia jej twarzy z kawałkiem kamiennego posągu, który został rozkruszony na części, zapewne w tym samym czasie, kiedy ściana Wielkiej Sali runęła na ziemię.

      Usuń
    6. Dzieci bywały czasem takie naiwne…
      Jeden ruch ręką. Dokładnie tyle wystarczyłoby, żeby ją zabić. Mroczny wyłonił się zza szczątków pomnika, celując w jej stronę różdżką. Uśmiech zdobił jego skrytą w cieniu kaptura twarz. Tak bardzo naiwne… Jedno zaklęcie i byłoby po krzyku. Mógłby skrócić jej cierpienie. Mógłby uwolnić ją od paraliżującego strachu. Tylko po co? Zabawa dopiero się zaczynała.
      Szybkie szarpnięcie za podartą sukienkę i brutalne zaciśnięcie dłoni wokół jej szyi wystarczyło, by podniosła się na nogi. Wilkołak momentalnie zaprzestał ataku i jakby rozbawiony całą sytuacją ze zwierzęcą gracją ponownie zwrócił się w stronę wymykającej się gromady uczniów.
      Oprawca parsknął śmiechem. Delikatnie przesunął palce w stronę włosów pojmanej, a następnie pociągnął za nie z całej siły. Przysunął koniuszek różdżki do jej szyi i prawie niezauważalnie musnął jej ucho wargami.
      — Spokojnie, kochanie. Jestem pewien, że Twój chłoptaś zaraz Cię uratuje. To dopiero początek.
      Łakomie oblizał wargi. Jego wzrok powędrował w stronę prefekta.
      — Krzycz dla mnie — szepnął, mocniej napierając różdżką na delikatną strukturę jej skóry. — Niech chłoptaś nie ma wątpliwości, że to Ciebie powinien ratować. Dzieciaczki sobie poradzą.
      Tak bardzo naiwne.
      — Krzycz dla mnie. TERAZ, POWIEDZIAŁEM.
      Jej strach go podniecał. Uśmiech raz jeszcze wślizgnął się na jego twarz.
      Przyjęcie dopiero się rozpoczynało.

      Usuń
    7. Wszystko działo się tak zdumiewająco szybko. Jeszcze przed momentem Avalon stała obok niego, daleko od wilkołaka, który stanowił jedyne zagrożenie, gdy nagle ponowna eksplozja rozdzieliła ich, pchając jasnowłosą krukonkę prosto w ramiona Mrocznego a jego zostawiając oko w oko ze stworzeniem ciemności, który budził w Averym nie tyle strach, co odrazę. Kilku uczniów zdołało wymknąć się sekretnym przejściem za obrazem, lecz kilku wciąż nie ruszyło się z miejsca. Na całe szczęście zostali tylko chłopcy, z którymi prefekt dogadywał się zdecydowanie lepiej.

      Arvel stał do Mrocznego i Avalon tyłem. Nie mógł więc widzieć jak czarodziej ponosi ją do góry, zaciskając palce na jej szyi. Zaś z powodu gwaru bitwy nie mógł także usłyszeć rozkazów agresora ani odpowiedzi Avalon. Chłopak skupiał się teraz jedynie na wilkołaku, który, uśmiechając się zagadkowo, szeroko, jakby już miał w szponach zwycięstwo, powolnym krokiem kierował się do gromadki uczniów, zupełnie ignorując Ślizgona i jego uniesioną w gotowości różdżkę. Avery musiał zwrócić na siebie jego uwagę, musiał sprawić, że ten przeklęty stwór zostawił tych chłopców w spokoju.
      - Jeszcze jeden krok i pożałujesz! Jesteś aż takim tchórzem, że atakujesz słabszych od siebie?
      Zwielokrotniony głos Arvela osiągnął to, czego dumny wyraz twarzy, odraza w oczach i różdżka nie zdołały zrobić. Wilkołak słysząc obelgę zatrzymał się na moment, a następnie szczerząc kły, zupełnie jakby coś rozumiał, odwrócił do źródła dźwięku. Avery był przygotowany, gdy przeciwnik odbił się od pokrytej gruzem posadzki i ruszył w jego stronę, wyjąc wściekle.

      Zaklęcie Avalon nie zrobiło krzywdy zwierzęciu, ponieważ wilkołaki były naturalnie odporne na wiele czarów. To dlatego Czarny Pan tak lubił wysługiwać się tymi kundlami podczas wielu pojedynków z Ministerstwem. Avery nie planował popełnić błędu dziewczyny. Jeżeli chciał wygrać i wyjść z pojedynku cało musiał użyć podstępu. W końcu był człowiekiem od zadań specjalnych.
      Wilkołak musiał wykonać jeszcze jeden skok, aby rzucić się na Prefekta demonstrując pełnię zabójczej mocy. Moment koniecznego odbicia, kiedy łapy stwora dotknęły posadzki pokrytej gruzem, wykorzystał Ślizgon, rzucając proste zaklęcie Mobiliarbus, które zmusiło dotąd stabilny gruz na podłodze do szaleńczego ruchu. Tak niestabilna powierzchnia uniemożliwiła wilkołakowi ponowne odbicie, w efekcie czego stworzenie potknęło się o jeden z większych odłamków i runęło na ziemię, uderzając paszczą w podłogę.

      W tym samym czasie Avery odwrócił się, żeby zobaczyć, czy z Avalon wszystko w porządku. Dziewczyna już długo nie angażowała się do bitwy, więc istniało ryzyko, że nie radziła sobie z Mrocznym. Serce Ślizgona zamarło, gdy ten dostrzegł ciało dziewczyny wiszące na ziemią z Mrocznym, który zaciskał palce na jej szyi. Wilkołak zbierał się z ziemi a Mroczny pozbawiał Avalon tchu. Avery nie mógł uratować zarówno Puchonów jak i dziewczyny. Co miał zrobić? W ułamku sekundy stracił budowaną z trudem wiarę w słuszność swojej walki. Strach znów wtrącił się do jego działań, trując lękiem każdą z myśli.
      W tej sytuacji – przyznał z bólem Ślizgon, wiedząc, że w przyszłości będzie tego żałować. – Puchoni muszą sobie poradzić sami, ale może kupić im jeszcze moment.
      - Depulso! – Zaklęcie odpychające uderzyło w wilkołaka, kiedy chybotliwie stawał na dwóch łapach. Ryzyko, że stwór jest odporny także na ten czar było ogromne, ale na szczęście – być może wyższa moc czuwała w tym momencie nad Averym – nie sprawdziło się. Stworzenie uderzyło w odrąbany skrawek ściany, na moment tracąc przytomność. – Chłopcy jest wasz! Macie niewiele czasu!

      Ślizgon nie miał jednak czasu, aby zobaczyć jak poradzą sobie chłopcy. Wyciągając różdżkę przed siebie stanął naprzeciwko Mrocznego. Nie zamierzał stracić dziś nikogo, z kim przyszło mu zawszeć znajomość.

      [przepraszam za opóźnienie, ale musiałam pisać magisterkę, bo dziś mam termin oddania pierwszego rozdziału, a ostatnio się obijałam ;/]

      Usuń
    8. Podparła się lekko na dłoniach, nie myśląc o leżących na ziemi odłamkach szkła i kamieni, rozcinających wnętrze jej dłoni. Chciała się jak najszybciej podnieść i wrócić do walki. Nie mogła się przecież poddać. Musiała stanąć tuż obok Ślizgona i mu pomóc, tak jak tylko potrafiła. Już była tak blisko, miała stanąć na nogach i ruszyć biegiem w jego stronę. Zacisnęła jednak mocno powieki, czując jak nagle ktoś zaciska szorstką dłoń na jej delikatnej szyi. Jak wbija paznokcie w porcelanową skórę. Jak unosi ją w górę, kilka centymetrów ponad ziemią. Im bardziej się szamotała, tym bardziej mężczyzna zaciskał dłoń. A ona z trudem łapała kolejne hausty powietrza, wciąż się wiercąc i kopiąc nogami powietrze. Czując jego ciepły oddech i rozgrzane wargi, zamarła. Poczuła na karku nieprzyjemny dreszcz. Otworzyła szeroko oczy, wypatrując prefekta.
      Nie mogła odwrócić jego uwagi. Przecież inni byli ważniejsi. Znacznie bardziej potrzebowali pomocy niż Ona. Tu był tylko mężczyzna, uzbrojony w różdżkę. A piątoklasiści mieli zmierzyć się z prawdziwym wilkołakiem. Z potworem, niszczącym wszystko to co napotka na swojej drodze. Który z radością pożywi się świeżym mięsem… Czując jednak coraz mocniej wbijany koniuszek różdżki na swojej szyi, nie mogła zareagować. Widząc zależność pomiędzy jej szarpaniem a wbijaną różdżką, zaprzestała.
      Obserwowała jedynie swoimi dużymi oczami działania innych uczniów i nauczycieli. Zaproszonych gości… Spoglądała jak kolorowe światła przemierzały pomieszczenie. Słyszała formuły wypowiadanych zaklęć, krzyki i płacz. Jednak gdzieś wśród tego chaosu pełnego rozpaczy, dało się słyszeć radosne krzyki dzieciaków, którym właśnie udało się pokonać jednego z przeciwników. Zamknęła delikatnie rozchylone ustka, wstrzymując na chwilę powietrze.
      - Nic mu nie zrobisz – syknęła cicho do trzymającego ją Mrocznego – nie wiem, czego od niego chcesz, ale nie dostaniesz tego. On Cię pokona – chciała mu powiedzieć jeszcze kilka słów na temat tego, w jakim to właśnie on, znalazł się niebezpieczeństwie. Bo prefekt, pomimo swojego wieku w oczach Avalon był po prostu dobry. I była pewna, że sobie poradzi. Z jednym mężczyzną, z jednym Mrocznym. Przecież już na początku pokazał, że potrafi.
      Czując okropny ból głowy, spowodowany ciągnięciem za włosy syknęła głośno. Zacisnęła powieki i krzyknęła. Błagalnie krzyknęła o pomoc, bo nie potrafiła sobie poradzić. Znowu. Widząc Arvela chciała się schować, było jej głupio, że ponownie to On musi ją ratować. Wypowiedziała nieme „przepraszam” chociaż nie była pewna, czy chłopak to dostrzegł. Bowiem patrząc na jego twarz, było widać, że skupia się na zakapturzonym mężczyźnie.
      Mroczny szybko zareagował widząc chłopaka. Odsunął odrobinę różdżkę od szyi dziewczyny i machnął nią lekko, patrząc prosto w oczy Ślizgona. W momencie machnięcia dłonią, z koniuszka różdżki wydobyło się ciemno bordowe światło, które ugodziło dziewczynę. Przez jej ciało przeszedł mocny skurcz, z jej ust wydobył się głośny krzyk. Po chwili sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, a jej oczy wyrażały ogromny ból.

      Usuń
    9. Nie wiedział co ma zrobić. Stał naprzeciw Mrocznego, zaciskając palce na różdżce i czuł, że każda decyzja, którą podejmie i każde działanie, którego spróbuje, nie osiągną pożądanego rezultatu. Przeciwnik miał nad nim każdą możliwą przewagę. Po pierwsze w zasięgu zaklęcia trzymał zakładniczkę, po drugie w rękawie miał zaklęcia, o których Avery nawet nie słyszał, po trzecie był zdecydowany i widział, że Arvel nie zaatakuje, ponieważ nie może ryzykować życia Avalon. Sytuacja była przegrana, bez względu na to, co by zrobił. I ten moment, kiedy uświadomił sobie beznadziejność swojej sytuacji sprawił, że znów targnęły nim wątpliwości. Czy Mroczny zabiłby go, gdy się teraz poddał? Czy uznałby go tchórza i rozgniótł jak nędznego robaka, nie siląc się nawet na żadne wyrafinowane tortury? A może przeciwnie? Ze względu to tchórzostwo i zniewagę sięgnąłby po zaklęcie zadające ból tak wyrafinowane, że Ślizgon już po pierwszym z nich zapomniałby jak się nazywa i błagał o miłosierną śmierć?
      Nawet ból w oczach jasnowłosej krukonki nie sprawiał, że Avery nabierał ochoty do działania. Nie dlatego, że był nieczuły na jej los, ale ponieważ oczy Mrocznego błyszczały szaleństwem, a w jego gestach nie było widać ani grama wahania. Każdy ruch dłonią, zmiana w mimice twarzy, cała postać czarodzieja sugerowała, że Avery po prostu go nie pokona. A jeśli nawet spróbowałby zaatakować Avalon by tego nie przeżyła. Chłopak zacisnął wargi, a następnie delikatnie odsunął różdżkę od dłoni, zaciskając na trzonku jedynie dwa palce. Tak odchyloną różdżką nie mógł już prowadzić walki, nie musiał nawet mówić, że się poddaje. Ten gest nie wymagał komentarza, ale Avery mimo to zwrócił się do Mrocznego:
      - Wygrałeś i teraz możesz już mnie zabić. Wiesz, że nie zaatakuję dopóki życie dziewczyny jest zagrożone, więc możemy się bawić w tę psychologiczną grę, ale to nie zmieni patowej sytuacji, w której jestem.
      Avery obawiał się, że kiedy skapituluje znów dopadnie go strach, ale trwoga się nie pojawiła. Wątpił, odczuwał niepewność, ale nie bał się. Był przygotowany na ewentualność śmierci, wkalkulował ryzyko w podjęcie decyzji o walce, dlatego teraz nie musiał już tracić czasu na strach. Zamiast tego wpatrywał w Mrocznego z czymś, na kształt cierpliwości.
      No już, zabijaj…
      Przemknęło mu przez myśl i wtedy zielony promień nadszedł, ale zabójcza klątwa nie uderzyła w niego, lecz Mrocznego. Czymże jest jedno zbłąkane zaklęcie podczas bitwy? W gwarze toczących się pojedynków nikt nie upilnuje lotu każdej Avady.
      Avery nie musiał czekać na drugi uśmiech losu. Teraz wiedział już, że jest szczęściarzem. Zanim ciało przeciwnika nie uderzyło o ziemię, chłopak stał już obok Krukonki, pomagając jej utrzymać równowagę, gdy uścisk dłoni na jej gardle osłabł a bezwładne truchło pomknęło ku podłodze.
      Nie byli jednak bezpieczni. W zachodniej ścianie wielkiej Sali ziała olbrzymia dziura, a pęknięcia rozchodziły się pajęczą siecią po ścianach. Budynek nie mógł już dłużej opierać się magicznym rozbłyskom zaklęć. Lada chwila mógł runąć.

      Usuń
    10. Widząc nadchodzące zielone światło zamarła. Miała wrażenie, że serce już za kilka sekund przestanie bić. Bała się ciemności, jednak automatycznie zacisnęła mocno powieki. Jakby się bała, że za chwilę stanie przed nią śmierć i zabierze na tę drugą, niekoniecznie lepszą stronę. Przecież była taka młoda, tak wiele jeszcze mogła osiągnąć, przeżyć… Mnóstwo przygód, wielka miłość i szczęśliwe zakończenie. A może… Może to wszystko nie było jej pisane? Zaciskając mocno powieki wyczekiwała momentu, kiedy promień w nią ugodzi. Kiedy poczuje się taka lekka, kiedy ten ostatni raz nabierze powietrza do płuc. Wyczekiwała, jednak nic się nie działo. Wciąż żyła, wciąż walczyła o kolejne hausty powietrza. Dopiero po chwili poczuła, jak ściskająca ją dłoń rozluźnia się. Chwilę później, kolejne dłonie chwyciły ją. Tym razem za ramiona. Przerażona otworzyła oczy, a widząc przed sobą prefekta Slytherinu, bez chwili zastanowienia zarzuciła mu ręce na szyję, obejmując go mocno.
      Znów mnie uratował. Znów ocalił moje życie.
      — Dziękuję, dziękuję. Tak bardzo Ci dziękuję — szepnęła, rozluźniając uścisk i stając twardo na ziemi. Uśmiechnęła się lekko przez łzy strachu i uważnie rozejrzała się dookoła. Ludzie wciąż walczyli, a na ziemi było coraz więcej martwych ciał. Bezwiednie, rozchyliła wargi wpatrując się w martwe ciała. Nie było czasu na ratowanie wszystkich. Było ich za mało, aby ocalić każdą duszę. Musieli działać szybko i sprawnie. Stanowczo. Rzuciła tylko szybkie spojrzenie dookoła, w poszukiwaniu widoku ojca. Blond włosy Arizony i jej czerwona sukienka od razu rzuciły się w oczy panienki Moore. Byli blisko wyjścia. Uspokoiła się. Żyli, ona też jeszcze żyła. Więc mogła iść dalej, i robić wszystko co w jej mocy i siłach, by Hogwart nie runął tej nocy.
      — Musimy stąd iść — mruknęła i nie czekając na jego odpowiedź chwyciła go za nadgarstek i delikatnie pociągnęła w stronę wyjścia. Rozglądając się cały czas dookoła, czy przypadkiem nikt nie stoi na ich drodze — nie zdążymy im wszystkim pomóc, musimy ratować siebie… Musimy iść — tłumaczyła widząc chwilowe zawahanie chłopaka. Przez myśl jej przeszło, że może gdzieś tu, w Sali, która za chwilę może runąć jest ktoś szczególny. Zatrzymała się na chwilę i spojrzała w jego oczy — czy jest ktoś, kogo po prostu musimy uratować? Avery, czy jest ktoś o kim szczególnie musimy pamiętać? — nie chciała zabrzmieć w ten sposób. Jednak z pewnością oboje mieli takie osoby, których śmierci nie byliby w stanie przeżyć, ani sobie wybaczyć, że nie dopilnowali ich. Że tego, jednego wieczoru nie pomyśleli o nich.

      Usuń
    11. Czy jest ktoś, o kim powinien pamiętać? Ktoś szczególny? Większość jego znajomych ze Slytherinu zapewne przyłączyła się do Mrocznych, walcząc za swoich ojców i dziadków, którzy nie uniknęli wilgotnych cel w Azkabanie a Ci, którzy tego nie zrobili zapewne zdążyli wymknąć się już z Wielkiej Sali. Była jedna osoba, o której życie Avery bał się najbardziej, ale dziewczyna już wcześniej powiedziała mu, że nie zamierza brać udziału w żadnym durnym balu a już na pewno, kiedy on zamierza. Podczas uczty rzeczywiście nigdzie nie mógł zobaczyć burzy ciemnych włosów, więc teraz – podczas walki – nie musiał się obawiać, że ta wredna dziewucha może być w niebezpieczeństwie.
      - Nie, wszyscy moi znajomi są bezpieczni – odpowiedział bez wahania, biegnąc za jasnowłosą krukonką. Mijając walczących czarodziejów, w większości Aurorów, było mu żal, że część z nich nie zdąży opuścić pomieszczenia i zostanie pogrzebana żywcem, ale z drugiej strony od zawsze czuł niechęć do tych ludzi, którzy reprezentowały idee, które zniszczyły Arvelowi dzieciństwo.
      - A ty? Masz tutaj kogoś? – Ślizgon co prawda wolał jak najszybciej uciec z zagrożonego obszaru, ale jeżeli Krukonka miała tutaj kogoś ważnego, zawsze mógł jakoś jej pomóc. We dwoje walczyło się przecież zdecydowanie bezpieczniej.
      W chwili, kiedy wypowiedział te słowa, grupa Mrocznych obezwładniła dwóch Aurorów, blokujących wyjście z Wielkiej Sali do korytarza prowadzącego między innymi do lochów, gdzie wcześniej uciekła grupka Puchonów. A co, jeżeli czarodzieje planowali szturmować Pokoje Wspólne?
      Podłoga w Wielkiej Sali zatrzęsła się niebezpiecznie, zaś pęknięcie na zachodniej ścianie niczym pajęcza sieć rozprzestrzeniło się na boki. Wielki witraż rozprysnął się na miliony kawałków, sypiąc ostrymi odłamkami w kierunku walczących, zaś zaczarowany firmament zgasł, tracą zgromadzoną magię. Nawet świece i dynie, rozświetlające sale straciły blask i wnętrze pomieszczenia w ułamku sekundy nabrało złowieszczej atmosfery oczekiwania. Nie trzeba było długi czekać, aby od sufitu zaczęły odrywać się pierwsze elementy, spadając w stronę ziemi z olbrzymią prędkością.
      - Nie ma czasu Avalon! Musimy uciekać! Szybko!
      Teraz to Avery ciągnął Krukonkę, zaklęciami odpychającymi traktując każdego, kto wszedł w drogę podczas ich ucieczki. Wielka Sala się waliła i nie było czasu, aby delikatnie przeciskać się przez tłum walczących.
      Olbrzymi kawałek rozbił się o podłogę, zgniatając walczącego Aurora. Mroczny, który tylko cudem uniknął odłamka przeturlał się po podłodze, oszołomiony tym, że przed momentem o mało nie zabił go odłamek litej skały. Avery obawiał się, że czarodziej może skierować się teraz do walki z nimi, ale najwyraźniej podobnie jak Arvel i Avalon postanowił się jak najszybciej ewakuować. Nie patrząc, że teraz biegnie ramię w ramię z uczniami zaczął kierować się do wyjścia.

      Usuń
    12. — Ja… — rozejrzała się ostatni raz po pomieszczeniu, próbując zlokalizować parę. Jeszcze chwilę temu ich widziała. Teraz, nie mogła dostrzec tak dobrze znanych sylwetek. To oznaczało jedno. Musieli już wybiec. I tylko tę myśl do siebie dopuszczała, bo w tym momencie żadna inna nie była dozwolona. Nie mogła myśleć inaczej. Przełknęła ślinę i już mu chciała odpowiedzieć, gdy nagle zadrżała podłoga. Rozszerzyła powieki, z przerażeniem obserwując jak sala zamienia się w gruzowisko. Dobrze, że był obok. Dobrze, że pamiętał o krokach, w momentach, kiedy ona przerażona zapominała co powinna robić.
      Biegła. Najszybciej jak potrafiła, zachłannie łapiąc powietrze. Czując jak oddech zamienia się w coraz płytszy i szybszy. Była zmęczona. Jednak wola przetrwania dodawała jej energii, adrenalina płynąca w jej żyłach powodowała, że pomimo odczuwalnego zmęczenia była w stanie przebiec jeszcze kilka dobrych kilometrów. Dostrzegając kątem oka przygniecionego aurora pisnęła przerażona. Biegnący tuż obok nich Mroczny również nie działał na nią kojąco. Sięgnęła dłonią po różdżkę i wypowiadając szeptem zaklęcie, oszołomiła mężczyznę. Chociaż przez chwilę się wahała, obawiając się chybienia.
      Nie miała pojęcia gdzie powinni się udać. Jej zdaniem pokoje wspólne były pułapką bez możliwości ucieczki. Z drugiej strony bieganie po korytarzach, czy wbiegnięcie w sam środek toczącej się walki na błoniach również nie było najlepszym rozwiązaniem. Przygryzła wargę, zastanawiając się nad tym, gdzie naprawdę w tym momencie są potrzebni, gdzie mogą się przydać. Nim jednak się zorientowała, chłopak już prowadził ich w stronę wyjścia z zamku. Przekroczyli wielkie drzwi, znajdując się na dziedzińcu, który również nie wyglądał już tak pięknie jak kilka godzin temu. Połamane rośliny, rozwalone przez zaklęcia murowane ławeczki. Ich fragmenty walały się po zdeptanej trawie, a walki wciąż trwały. Gdzieniegdzie pod filarami można było zauważyć skrywających się uczniów, próbujących wzajemnie opatrzyć sobie rany. Mrocznych było tu zdecydowanie mniej, jednak Avalon od razu wypatrzyła, że kolejna ich partia dopiero się zbliża. Tuż za bramami dziedzińca, biegli. I byli coraz bliżej.
      — Expelliarmus! — krzyknęła, zatrzymując się nagle. Dostrzegając Mrocznego, który stanął przed nimi. Jak gdyby wyrósł spod ziemi.

      Usuń
    13. - Szybko, biegnijmy do cieplarni, zgubimy ich między stołami!
      Avery nie odwrócił się, żeby sprawdzić czy Avalon trafiła. Głuchy odgłos uderzającego w ścianę ciała potwierdził jego przekonanie, że biegnąca obok dziewczyna ma niezłego cela i dobre pomysły do zaklęć. Rozbrojenie ścigającego ich Mrocznego dało im dodatkowy czas, żeby obmyślić plan pozbycia się całego ogona czarodziejów i bezpiecznie dotrzeć do sal z zielarstwa. Na szczęście drzwi nie były zamknięte i otworzyły się już po pierwszym pociągnięciu klamki.
      W cieplarni było ciemno i nawet rzucone niedbale zaklęcie zapalające uwieszone przy szklanym suficie lampiony nie zdołało w pełni rozproszyć mroku. Na stolikach leżały niedbale porzucone narzędzia, na podłodze walała się ziemia a olbrzymie rośliny – Avery wolał nie wiedzieć, co to za gatunek – zdawały się pełzać w stronę, z której wbiegli uczniowie. Arvel nie lubił zielarstwa. Znał się trochę na ziołach, ale nie na tyle, aby uchodzić nawet za przeciętniaka, ale nawet bez podstaw wiedział, że do roślin, które mieli przed sobą należało nie podchodzić bez odpowiednich ochraniaczy. Gdyby udało im się przemknąć bokiem pomiędzy stolikami, a następnie zgasić światła i zaczarować rośliny, żeby rzuciły się bezpośrednio na Mrocznych być może udałoby im się pokonać część przeciwników.
      - Musimy przejść bokiem – zawyrokował, nie spuszczając wzroku z roślin, które niewinnie posuwały wystającymi pnączami w ich stronę, wijąc się leniwie. Gdyby nie ostrzegawcze, czerwone pręgi na zielonych łodygach Avery mógłby przyznać, że wyglądały bardzo delikatnie i nieszkodliwie. Zupełnie jakby chciały się bawić. – Musimy przejść szybko, żeby nas nie złapały.
      Krukonka zapewne to wiedziała, ale Avery już taki był. Kiedy znajdował się w sytuacji zagrożenia aktywował się jego analityczny umysł, który sprawiał, że wszystko musiało iść zgodnie z planem. Plany przecież ratowały życie.
      - Myślę, że możemy je wykorzystać przeciwko Mrocznym – chłopak powoli, ale pewnie przesunął się bliżej roślin, a następnie zaczął omijać wijące się macki, starając się, idąc jak najbliżej ściany, obejść niebezpieczne pędy. Szło mu całkiem sprawnie i już po chwili był w środku Sali. – Mroczni pewnie będą chcieli iść przez środek, wtedy to dziadostwo się nimi zajmie, a my będziemy mieli kilku przeciwników mniej.

      Usuń
    14. Biegła, chociaż nie dorównywała krokiem chłopaka. Tłumaczyła to sobie jego dłuższymi nogami, którymi po prostu mógł robić większe kroki. Ona, jako ta niższa musiała zdecydowanie bardziej się namachać tymi sowimi, krótkimi nogami. Jednak nie poddawała się, była świadoma, że od tego zależy jej życie. A nie była gotowa, by już się z nim pożegnać. Trzymając mocno zaciśnięte palce na trzonie różdżki, biegła, rozglądając się uważnie, czy aby na pewno śmiało może posuwać się do przodu. Nie było czasu na dokładne analizowanie i zastanawianie się nad dalszym postępowaniem, więc gdy tylko usłyszała słowa biegnącego przed nią chłopaka, zgodziła się z nim i kolejny raz ruszyła biegiem w jego stronę.
      Gdy tylko weszła do cieplarni zgięła się w pół, podpierając się o kolana i dyszała ciężko. Chociaż nie mieli zbyt wiele czasu, musiała wziąć kilka głębokich wdechów. Czuła jak mocno zaschło jej w buzi i gardle, a połykanie śliny sprawiało ogromny ból, bo w zasadzie zbyt wiele śliny w ustach nie miała, a odruch przełykania mimo wszystko pozostał.
      – Jasne… Idziemy, bokiem – wychrypiała cicho, prostując się przy tym i lokalizując chłopaka, który już przechodził obok niebezpiecznych roślin. Kiedy je dostrzegła, odrobinę się wystraszyła. Jednak rośliny nie mogły jej powstrzymać przed niczym. Tu i tu czyhało na nich niebezpieczeństwo. Wzięła ostatni głęboki oddech i ruszyła w ślad za chłopakiem. Kiedy przedostała się już na drugą stronę, uśmiechnęła się lekko.
      – Słuchaj… Z pewnością jest tu więcej niebezpiecznych roślin – mruknęła, wciąż zachrypłym głosem. Co prawda nie była w stanie ich teraz dokładnie zlokalizować, jednak słowa chłopaka podsunęły jej pomysł. Albo raczej drobną modyfikację jego planów – przestawmy kilka donic też na tę drogę, którą przeszliśmy. Zatarasujmy też im drugie wyjście. Wiesz… Gdy pierwsza partia przebiegnie, drudzy będą myśleli, że są bezpieczni i pobiegną… A nawet jak się zorientują, będą szli wolniej, przecież i tak niewiele tu widać – i nie czekając na jego zgodę za pomocą leviosy przeniosła bezszelestnie w powietrzu kilka donic.
      – Dobra, ale dokąd teraz niby idziemy co? Prosto na błonia, w sam środek walki? Zabiją nas – mruknęła cicho, stojąc już przy drugim wyjściu z cieplarni. Wciąż wyraźnie było słychać odgłosy toczącej się walki.

      Usuń
    15. Z zachwyceniem wymalowanym na twarzy obserwował jak dziewczyna wprowadza swój plan w życie. Pomysł był bardzo dobry i zwiększał zasięg działania roślin. W starciu z takim obszarem Mroczni nie mieli szans, ponieważ śmiercionośne pędy mogły dopaść ich wszędzie. Ślizgon uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że bez użycia zaklęć pozbędą się tylu przeciwników. Jeżeli pozostali Aurorzy i uczniowie mieli tyle szczęścia co oni, bitwa zdecydowanie przechylała się na korzyść broniących się.
      - Na błoniach nie będziemy bezpieczni, masz rację – przyznał Avalon, kiedy zasugerowała kierunek dalszego biegu. – Z drugiej strony nie mamy szans przedostać się do szkoły, chyba, że użyjemy bocznego wejścia, którym zwykle wychodzimy do Hogsmeade. O tyle, o ile na błoniach nie będziemy mieli się jak schować, o tyle w szkole może uda nam się dołączyć do grupy jakiś uczniów. W grupie zawsze łatwiej będzie walczyć i, oczywiście, w razie niespodziewanych sytuacji będzie się gdzie schronić.
      Chlopak szybko przekalkulował sytuację, ale wciąż nie był pewien, którą drogę powinni wybrać. W szkole ich walka byłaby bardziej wyrównana, być może otrzymaliby wsparcie Aurorów i niemal całkowicie pozbyli się ryzyka, ale na błoniach siły atakujących były w natarciu. Linia obrony zaczynała się w zasadzie dopiero na terenie podzamcza, gdzie zgromadziły się defensywne oddziały Aurorów.
      - Avalon, nie ma się nad czym zastanawiać – chłopak szybko rozejrzał się dookoła, a następnie delikatnie pociągnął jasnowłosą krukonkę w stronę wyjścia. – Wracamy do szkoły i zobaczymy, które korytarza są już zabezpieczone, a następnie zbierzemy większy oddział i uderzymy frontalnym kontratakiem na błonia. Teraz nie ma szans się tam pchać, bo bez osłony od razu zmiotą nas zaklęciami. Nie ma sensu ryzykować.
      Ślizgon ostrożnie popchnął tylne drzwi, starając, się aby nie wywołać niepotrzebnego hałasu. Mroczni już weszli do środka cieplarni i nie bacząc na zagrożenie w postaci roślin zapewne kierowali się do uczniów, starając się podążać za głosem Avery’ego, który delikatnie, ale słyszalnie odbijał się od ścian.

      Usuń

    16. – W takim razie zamek – przytaknęła na słowa chłopaka chociaż bardzo bała się opuścić cieplarnie. Z drugiej strony słysząc zbliżających się mrocznych, którzy byli już w środku jej przerażenie sięgało jeszcze wyżej. Wiedziała, że muszą się ruszyć. Zrobić cokolwiek, pomóc sobie nawzajem i całej reszcie uczniów, którzy jak miała nadzieję, dzielnie walczyli broniąc szkoły i siebie samych. Wzięła głęboki oddech i starając się z całych sił, aby nie narobić hałasu powolnie kładła stopy na miejsca, w których jeszcze przed chwilą stały nogi chłopaka. Zacisnęła odrobinę mocniej palce na różdżce bojąc się, że jeszcze chwila i ją przełamie, nie panując nad siłą w swoich dłoniach. Trzymając ją w pogotowiu wyszła z cieplarni uważnie rozglądając się dookoła. Przecież nie mogli od tak przebiec sobie na wprost do zamku. Zostali by zauważeni, z pewnością ktoś po chwili zacząłby ich gonić i rzucać w nich niebezpiecznymi zaklęciami. Nie mieli jednak dużego wyboru. Droga prowadząca z cieplarni do bocznego wejścia zamku była na widoku. Przełknęła głośno ślinę i stojąc koło chłopaka, ruszyła wraz z nim starając się dotrzymać mu kroku. Nie chciała zostawać sama w tyle, nie teraz.
      – Avery… Jeżeli cokolwiek by się stało – zaczęła niepewnie, próbując za nim nadążyć – miło było Cię poznać, chociaż na tę jedną noc – dodała, a w jej głosie można było usłyszeć odrobinę radości, spowodowanej ich zbliżeniem się do wejścia. Wzięła głęboki oddech i z całych sił, starając się na szczery uśmiech, posłała mu go chcąc już wejść do środka za nim. Zamarła jednak, gdy tylko szybko obrzuciła pomieszczenie wzrokiem. Od razu zauważyła rannego ojca i stojącego nad nim Mrocznego. Jej serce zaczęło szybciej bić, oddech przyspieszył a jej kruche ciałko zaczęło drżeć. Czuła, jak jej nogi miękną z trudem utrzymując ciężar ciała. Nie mogła pozwolić na stratę drugiego rodzica. Nie mogła dopuścić do śmierci ojca. Jednak brak poczucia bezpieczeństwa paraliżowało jej ruchy, a na bladej twarzyczce zabrudzonej kurzem i ziemią, malowało się te same przerażenie, które gościło na niej tuż po runięciu ściany w Wielkiej Sali, wtedy kiedy miała ochotę uciec.

      Wybacz, że tyle to trwało ale jakoś nie mogłam się zebrać

      Usuń
    17. Avery nie czuł się dumny ani specjalnie podbudowany. Zapewne powinien czuć satysfakcję, że razem z jasnowłosą krukonką stawiał opór napierającym oddziałom Mrocznych, ale walka z agresorami była czymś zupełnie naturalnym. To był jego obowiązek, a wypełnianie obowiązków nigdy nie było powodem do puszenia się czy odczuwania dumy. Zamiast głośno skomentować słowa dziewczyny chłopak jedynie mruknął pod nosem bliżej niezidentyfikowaną formułkę a następnie zupełnie obojętnie wzruszył ramionami. Ślizgon nie odezwał się także aż do momentu, kiedy doszli do bocznych drzwi prowadzących do szkoły, zostawiając przeciwników na pastwę nieprzyjaznych i zapewne, sądząc po zachowaniu młodych pędów, głodnych roślinek. Jeszcze przez jakiś czas od opuszczenia cieplarni dało się usłyszeć odgłosy rzucanych w chaosie zaklęć, ale żadne z nich nie było właściwe do walki z odpornymi na magię pędami.

      Drzwi do szkoły nie były zamknięte, ale lekko uchylone. W powietrzu unosił się delikatny, ale dostrzegalny kłąb kurzu zaś przytwierdzone do ścian magiczne pochodnie nieprzyjaźnie oświetlały wejście. W pierwszej chwili Avery chciał zrezygnować, czując, że ta bardziej racjonalna cześć jego umysłu nie do końca cieszy się z takiego obrotu sprawy, ale było już zbyt późno, żeby wybierać drogę na błonia. Chłopak uniósł różdżkę w gotowości a następnie wślizgnął się do środka zamku, żeby stanąć oko w oku z leżącym na ziemi mężczyzną oraz pochylającym się nad nim Mrocznym. Avalon, która weszła do wnętrza zamku tuż za Ślizgonem, na ten widok zamarła a jej twarz momentalnie zbladła. Mroczny, pozbawiony zasłaniającej twarzy maski, okazał się być kimś, kogo Avery widział wcześniej na okładce Proroka, ale chłopak w tym momencie nie potrafił skojarzyć wizerunku z nazwiskiem. Pliffet? Pillet? Teraz nie miało to znaczenia, ponieważ czarodziej, wykorzystując moment zawahania Arvela, zdążył już przyjąć pozycję bojową. Sytuacja mogła wydawać się nieciekawa, ale leżący na ziemi mężczyzna wciąż trzymał w dłoni różdżkę, czego mroczny, najwyraźniej zaskoczony, że ktoś z obrońców mógł przedostać się do szkoły przez opanowane błonia, najwyraźniej nie zauważył. Mężczyzna nie musiał jednak rzucać nawet pojedynczego zaklęcia, ponieważ w pewnym momencie drzwi, zza których wyłonili się uczniowie, z trzaskiem uderzyły w ścianę, zaś Arvel i Avalon zostali odrzuceni do przeciwległego boku przedsionka, a następnie zasłonięci przez pięciu ubranych na biało pracowników ministerstwa. Specjalny Oddział Uderzeniowy Aurorów nie był tym, czego Avery spodziewał się w tym momencie, ale kiedy jeden z przybyszów – najpewniej dowódca oddziału sądząc po naszyciach na płaszczu – uśmiechnął się do niego szeroko Ślizgon wiedział już, że teraz wszystko już będzie dobrze.
      Nastąpiła wymiana groźnych klątw, które na Aurorach nie zrobiły żadnego wrażenia, po czym Mroczny został dosłownie zmieciony z nóg, lądując na kolanach z rękami przyklejonymi do ściany.
      - To było mocne – wyszeptał Avery, choć chłopak nie był pewien, czy Aurorzy zwrócili na niego uwagę. Trzech z nich zaraz po rozbrojeniu Mrocznego pobiegło dalej, najwyraźniej z zadaniem zabezpieczenia terenu, natomiast na miejscu został tylko dowódca, dający przez drzwi sygnały do kontynuowania prowadzonej walki oraz jakiś inny pracownik wydziału, który zajmował się poszkodowanym w starciu z Mrocznym mężczyzną.
      Teraz, odetchnął z ulgą Avery, kiedy Aurorzy byli już w szkole uczniowie mogli czuć się bezpieczni. Błonia musiały zostać odbite, a to oznaczało całkowitą klęskę Mrocznych, którzy odcięci od stref deportacyjnych nie mogli już się wycofać i uciec. Bitwa o Hogwart mogła już niemal oficjalnie zostać uznana za zakończoną, ponieważ atakujący Mroczni z agresorów stali się ofiarami polowania.
      - Wygraliśmy Avalon – chłopak odwrócił się do krukonki, czując jak uśmiech powoli pojawia mu się na twarzy. – Wygraliśmy i żyjemy! Jesteśmy chol..ernymi bohaterami!

      Usuń
    18. jutro wyjeżdżam i najprawdopodobniej do soboty nie będę miała internetu. z tego powodu kończę wątek, bo szanse na to, że odpiszę na czas są niestety dość nikłe. :( bardzo dziękuję za bardzo ciekawie poprowadzoną akcję i pozdrawiam! było mi niezwykle przyjemnie. gdybyś jeszcze chciała coś popisać, to poniżej jest pojedynek 1# z moim odpisem, który pozostał bez odpowiedzi ;/ gdybym jednak znalazła czas to właśnie tam kręciłabym dalsze wątki

      Usuń
  3. Zadanie pierwsze: pojedynek #1

    Atak na Zamek trwał już jakiś czas. Na dworze zaczynało robić się już strasznie ciemno, więc większość pojedynków toczyła się wewnątrz budynku. Część gości jakiś czas temu zdążyła się aportować na obrzeżach Hogsmeade, ale większość wciąż dzielnie walczyła. Mroczni byli dosłownie wszędzie. Praktycznie na każdym piętrze. Jednak to właśnie tutaj, na łączniku między dwoma częściami Hogwartu, walczyło najmniej osób. Większość znajdowała się w Wielkiej Sali, tam gdzie wszystko się zaczęło. Na moście było tylko dwóch Mrocznych i kilkoro uczniów. Napastnicy doskonale radzili sobie z przewagą liczebną. Uczniowie po kolei padali, tracąc przytomność lub umierając. Mroczni nie oszczędzali nikogo. Jeden z mężczyzn pozwolił, by zasłaniający jego twarz kaptur swobodnie opadł z jego głowy, w międzyczasie wyciągając rękę w kierunku zauważonego ucznia, idealnie nadającego się na kolejną ofiarę, która może tym razem nie podda się bez walki. Błysnęło jasne światło, zwiastujące nadchodzącą walkę na śmierć i życie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Avery był całkiem dobry w pojedynkach. Nie doskonały, bo w jego stylu i strategii pojawiały się luki, które nauczyciel ciągle kazał mu korygować, ale na tyle zawansowany, że kiedy jasne światło Mrocznego pomknęło w jego kierunku udało mu się w porę zbudować odpowiednią barierę, która z trzaskiem rozprysła złowrogie zaklęcie, ratując pobliskim uczniom skórę. Moc czaru była jednak niezwykle potężna i Avery z trudem uderzyłam w reku różdżkę, która pochłonęła rozbieganą energię zniwelowanego czaru, karmiąc się mocą, która w kulminacji zdarzenia pozostała bezpańska. Ślizgon wolał nie myśleć, przed jakim zaklęciem właśnie się osłonił. Wystarczyło mu to, jak zachowała się jego własna sygnatura magiczna, aby wiedzieć, że podczas tego pojedynku będzie musiał się wznieść na wyżyny swoich umiejętności. Mroczni i stowarzyszeni z nimi Śmierciożercy nie mieli jednak litości, zabijając uczniów bez cienia zawahania. W takiej sytuacji i uczniowie, choć większość nie znała zaklęć na tyle agresywnych, aby zagrozić atakującym, musiała odpowiedzieć z takim samym zaangażowaniem i stanowczością.
    - Conjunctivitis!
    Zaklęcie oślepiające Avery’ego pomknęło w stronę przeciwnika. Ślizgon nie mógł jednak spoglądać, czy czar trafił cel, ponieważ w jego stronę zbliżało się już kilku innych przeciwników. Przed kolejnym zaklęciem uchylił się w ostatniej chwili, czując jak skórze policzka mrowienie, które oznaczało, że tylko milimetry dzieliły go od oberwania zaklęciem tnącym. Chłopak nie mógł teraz tracić zimnej krwi. Był, na Salazara, na ostatnim roku nauki. Jeżeli ktokolwiek miał cień szansy w tym pojedynku to on, a nie młodsi uczniowie, którzy w większości zamiast pomagać jedynie potęgowali ofiary na koncie atakujących.

    - Avada Kedavra!

    Wystarczyłby błysk zielonego światła, aby zmusić Averyego do nagłego, zupełnie instynktownego rzucenia się na podłogę. Chłopak nie poczuł nawet bólu, kiedy kolanami zarył o twardą posadzkę, ratując się przez dwoma morderczymi zaklęciami, które przeciwnicy rzucili w jego stronę niemal równocześnie.


    [pojedynek #1, numer w tabelce #7]

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdy pierwszy szok spowodowany niespodziewanym pojawieniem się jej ojca w szeregach napastników, Ellen pobiegła na górę. Narastająca dezorientacja uniemożliwiała jej logiczne zastanowienie się nad tym, co robić dalej. W końcu zatrzymała się za jakimś filarem, ukryła twarz w dłoniach i wzięła głęboki wdech.
    Skup się, Ridley, pomyślała, przeszukując głowę w poszukiwaniu zaklęć, które pomogłyby jej ujść z życiem. Odgłosy bitwy wcale nie pomagały, świadomość kolegów ginących nad głową była paraliżująca.
    W końcu narzuciła kaptur ukradzionej peleryny Mrocznego i pobiegła w stronę ognia walki. Uznała, że gorzej już nie będzie.

    Ellen Ridley

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mroczny nie tracił cennego czasu. Każda kolejna upływająca minuta była na wagę złota, a wypatrywanie w uciekającym w popłochu tłumie własnych sprzymierzeńców mijało się z celem. Tylko szybkie działania mogły przynieść korzyści, dlatego też bez zastanowienia podszedł do stojącego za filarem mężczyzny, końcem różdżki trącając go w ramię. Widniejące na jego plecach wyszyte M nie budziło podejrzeń, nawet jeśli nie miał chwili na przyjrzenie się schowanej za kapturem twarzy sojusznika.
      — Zgarnęliśmy jednego Ślizgona — poinformował, w tym samym czasie powalając na ziemie dwójkę młodszych uczniów. — Zejdź do Lochów i zajmij się nim jak należy — dodał bez zadbania o jakiekolwiek szczegóły, znikając równie prędko jak się pojawił.

      Usuń
    2. Trudno było grać naturalnie, gdy stawało się oko w oko z dorosłym czarodziejem, do tego na pewno gotowym zabić ją bez mrugnięcia oka, gdyby jej mała maskarada się wydała. Nie miała pojęcia, czy w szeregach Mrocznych były jakieś kobiety, ale podejrzewała, że musiało znaleźć się kilka takich podobnych do Bellatriks Lestrange.

      Kiwnęła tylko głową, ponieważ mężczyzna zniknął zbyt szybko, aby w ogóle się nią przejmować. Nie chciała powalać go na ziemię, w oddali dostrzegła jakieś zamieszanie przy lochach z udziałem dwóch innych napastników, więc atakowanie Mrocznego mogłoby skończyć się bardzo źle.

      Nie czuła się najlepiej, odwracając stopą leżących na ziemi uczniów. Oboje byli martwi, aż ją coś skręciło w żołądku.

      Kierując się do lochów szła pewnie, chcąc wyglądać jak ktoś, kto wie, po co idzie. Przepchnęła się przez blokujących przejście Mrocznych, uczniowie sami się rozstąpili, zapewne nie chcąc ryzykować oberwania urokiem. Ellen przeszła prędko korytarzem do miejsca, w którym trzymano większość uczniów, trzymając różdżkę w pogotowiu. Na straży stał inny Mroczny, nonszalancko oparty o mur.

      ─ Zmieniam cię ─ rzuciła oschle, kiwając głową w stronę wyjścia.

      W głowie zaczął kiełkować jej pewien plan, ale... zbyt bezczelny nawet jak na nią.

      Usuń
    3. Wszystkie wydarzenia od samego momentu wybuchu zamazały się w głowie Jamesa i utworzyły niewyraźną plamę. Jedyną jasną myślą było to, by jak najszybciej odnaleźć Albusa i Lily. James kierował się do Pokoju Wspólnego Gryfonów, ale po drodze wpadł w wir walki i... Znalazł się w lochach. Mroczni zapędzili go tam oczywiście specjalnie, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z jego tożsamości przez brud, sadzę i krew pokrywające jego twarz. Gdy tylko znalazł się w zasięgu różdżki dwóch pilnujących przejścia Mrocznych, tamci wycofali się. Mógłby próbować walczyć, ale było to bez sensu i odrobinę mijało się z celem. Chciał przecież odnaleźć siostrę, która najprawdopodobniej znajdowała się gdzieś na wyższych kondygnacjach Zamku.
      Właśnie przeklinał się w myślach za to, że był tak głupi i dał się zagonić w kozi róg, gdy ktoś zaczął się przepychać przez zebrany tłum. Nikt nie protestował, więc najpewniej był to Mroczny. Jego przypuszczenia się potwierdziły, gdy postać się zbliżyła, ale przed oczami mignęła mu znajoma twarz ukryta pod kapturem. To nie był Mroczny, tylko Ellen Ridley. Wszędzie rozpoznałby jej twarz. W pierwszym odruchu chciał krzyknąć, złapać ją za ramię, zrobić cokolwiek, bo pakowała się właśnie w niezłe bagno, z którego mogła nie wyjść żywa. Ale, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa wynikającego z towarzystwa kilku Mrocznych, zacisnął pięści i nie ruszył się z miejsca.
      Gdy zebraną w wejściu grupkę minął Mroczny, który do tej pory pilnował tych zebranych w głębi korytarza (naprawdę, znakomity system identyfikacji sojuszników...), James wycofał się o kilka kroków. Nie zwróciło to niczyjej uwagi. Trzymając się ciemności, wszedł głębiej w korytarz. Znajdowało się tam kilkunastu uczniów i Ellen w szacie Mrocznego. Najwyraźniej udało jej się przekonać poprzedniego strażnika, że przyszła go zmienić. Zbliżył się do niej na tyle, by mógł jej dotknąć, i oparł się o ścianę.
      - Ridley. - szepnął, najciszej jak potrafił, ciągnąc ją delikatnie za rękaw szaty.

      James

      Usuń
    4. Nie miała bladego pojęcia, jak udało jej się przekonać Mrocznego, że jest jego sojuszniczką. Mężczyzna kiwnął tylko sztywno głową i odbiegł, najpewniej chcąc udać się na wyższe piętra, w których miałby nieco ciekawsze zajęcie, niż pilnowanie przerażonych uczniów...

      Ellen, nie mogąca od razu zdradzić swojej tożsamości, stanęła w przejściu z dłonią zaciśniętą na różdżce. Więziona w lochach młodzież wyglądała naprawdę okropnie, wszyscy byli brudni, poplamieni krwią swoją lub cudzą, pod ścianą jakaś dziewczynka łkała, przytulana przez starszą koleżankę...

      Gdy usłyszała swoje nazwisko, z początku uznała, że emocje wywołują u niej przesłyszenia. Bo któż mógłby wiedzieć, że to ona kryje się pod obszernym kapturem? Do tego ten głos wydał jej się znajomy, wywołał u niej jakieś dziwne uczucie, wydające jej się wręcz absurdalne wśród całego bólu i rozpaczy panujących wokół.

      A później ktoś powtórzył jej nazwisko i chwycił ją za szatę. Wycofała się o krok, aby następnie odwrócić się powoli i stanąć twarzą w twarz z...

      ─ Potter ─ wyszeptała, odwracając szybko głowę w stronę więźniów, a później lekko pchnęła chłopaka w głąb, aby uniemożliwić zarówno uczniom, jak i Mrocznym, dostrzeżenie ich. Patrzyła na niego bez słowa, starając się nie pokazać, jak bardzo jest szczęśliwa, że James wciąż żyje. ─ Jak mnie poznałeś?

      Usuń
    5. Wyraz ulgi na jej twarzy wywował w nim uczucia kompletnie nieadekwatne do całego tego koszmaru rozgrywającego się nad ich głowami. Ale może właśnie dlatego był w stanie się przyznać do faktu, iż naprawdę cieszy się z widoku Ellen, całej i zdrowej. Gdzieś podświadomie martwił się o nią od wybuchu, kiedy to wszyscy rozpierzchli się w popłochu.
      - Sam nie wiem - wymamrotał ledwo słyszalnie, patrząc jej w oczy. - Po prostu wiedziałem, że to ty.
      Miał ochotę nią potrząsnąć i przytulić ją na raz, co odrobinę go dezorientowało. Zachowała się naprawdę głupio, według niego, wchodząc prosto w paszczę lwa. Nikt nie wiedział, co stanie się z uczniami więzionymi w lochach. Na górze toczyła się walka, tutaj trwała przerażająca cisza, przerywana tylko łkaniem młodszych uczniów. A ona się tu wpakowała, na dodatek w szacie Mrocznego, co mogło albo ją uratować, albo zabić. Ale cóż, nie jemu było oceniać, w końcu sam dał się zagonić w ślepy zaułek i utknął w lochach.
      Potrzeba przytulenia jej wiązała się z kolei z ulgą, jaką poczuł, widząc ją żywą. Niektóre sytuacje zmieniają spojrzenie na świat, i to właśnie była jedna z nich. James nie miał siły nikogo okłamywać, a już na pewno nie samego siebie. Najwyraźniej zależało mu na Ridley.
      - Nic ci nie jest? - zapytał, przyglądając się jej uważnie. - Co tu w ogóle robisz? Jeśli tu się coś zawali, tak jak w Wielkiej Sali, nikt nie przeżyje.

      Usuń
    6. ─ Nic ─ pokręciła głową, unikając odpowiedzi na jego pytanie. Sama nie wiedziała, co ją podkusiło do przychodzenia tutaj, może widok ojca w szeregach Mrocznych obudził w niej dotąd nieznane pokłady odwagi, innej niż ta towarzysząca jej małej działalności...

      Patrzyła na niego, bijąc się z myślami. Nie miała pojęcia, czy może mu zaufać, ale przecież w tej sytuacji oboje byli ofiarami, oboje chcieliby się stąd wydostać, poza tym coś mówiło jej, że Potter spadł jej z nieba w idealnym momencie. Z drugiej strony, nie chciała niepotrzebnie go narażać. Jeśli coś mu się stanie, będzie to tylko i wyłącznie jej wina, czego nigdy by sobie nie wybaczyła.

      Ale sama nie da sobie tym razem rady. Potrzebowała kogoś, potrzebowała jego.

      ─ James, musisz mi pomóc ─ rzekła w końcu. ─ Przy wyjściu jest ich tylko dwóch, mi udało się zachować różdżkę, bo podczas wybuchu nie było mnie w Wielkiej Sali i nie zdążyli mi jej odebrać. Wróć do tamtych i postaraj się znaleźć kogoś, kto również ma różdżkę. Ja zajmę się więzionymi, wyjdziemy stąd wszyscy, a potem... ─ Rozłożyła bezradnie ręce, nie mając pojęcia, co mogłoby później się wydarzyć.

      Usuń
  6. Zadanie pierwsze, pojedynek #2

    Nikt nie wiedział gdzie jest najbezpieczniej. Zaklęcia były miotane we wszystkie strony. Część z nich trafiała w ściany, obrazy i gargulce. Nikt nie potrafił nad tym zapanować. Kilka osób postanowiło ukryć się w Lochach, co było jednym z gorszych pomysłów. Mroczni od samego początku skrywali się właśnie tam. Wszyscy, którzy tam zmierzali, od razu byli łapani i zamykani. Młodsi uczniowie siedzieli skuleni pod ścianą, modląc się o koniec tego piekła, a starsi spiskowali już jak wymknąć się z więzienia. W pewnym momencie dużą grupą ruszyli w stronę drzwi.
    Kilka sekund później do środka wszedł jeden z Mrocznych, nieświadomy ich planu. Zakładnicy rzucili się na niego, a kiedy leżał już powalony na ziemi ruszyli na górę. Niestety większość nie zdążyła wyjść przed przyjściem dwóch kolejnych napastników. Odcięli im drogę ucieczki. Dziękowali w myślach, że udało im się ukryć różdżki.

    OdpowiedzUsuń
  7. [Zadanie drugie. Misja: A, Emocje: H, Wybór: J.]

    Siła wybuchu w Wielkiej Sali odrzuciła go na stolik z przekąskami, a ten załamał się pod nim i kawałkiem muru, który chyba tylko cudem nie wylądował na samym Byronie, tylko tuż obok niego, miażdżąc mu przedramię. Po odzyskaniu przytomności, ból dosłownie rozsadzał mu tę część ciała i tylko przez zdrowy rozsądek Ślizgon nie wrzeszczał jak opętany. Przez półprzymknięte powieki dostrzegł dwóch Mrocznych dyskutujących ze sobą przy wyjściu z sali balowej, a krzyk mógłby zwrócić ich uwagę...

    Postanowił, że póki co będzie udawał martwego. To lepsze, niż dać się zabić, chociaż wtedy może ręka nie bolałaby go tak bardzo... Na szczęście czuł różdżkę, która pod wpływem odrzutu przekręciła się i pod dziwnym kątem wbijała mu się w bok. Oprócz oprawców dostrzegał tylko ciała uczniów porozrzucane wszędzie ─ na podłodze, pod sceną, bezwładne, pokrwawione i, najpewniej, bez krzty życia.

    Gdy tak leżał w bezruchu, próbując nie myśleć o potwornym bólu, zaczął zastanawiać się, czy dziadek już tu jest. I co się stało z Odile, przecież dosłownie godzinę temu widział ją z jakimś Krukonem na parkiecie?

    Usłyszał kroki gdzieś nieopodal. Nie ośmielił się otworzyć oczu, więc wziął głęboki wdech, modląc się, by to nie był Mroczny.


    Byron

    OdpowiedzUsuń