Preludium burzowe

I.
Jago
19 sierpnia 2022 roku


Wyrzucony wysoko kafel w jednej chwili z dobrze widzialnego stał się niewidocznym, zanikając w promieniach oślepiającego słońca. Większość obserwatorów w naturalnym odruchu odwróciła wzrok, ale zawodnik z numerem dziesiątym na plecach nawet na sekundę nie stracił z oczu piłki. To było jego czternaste przejęcie w całym meczu, a kafla przechwycił z taką łatwością, jakby podanie było skierowane nie do przeciwnika, ale w jego ręce. Nawet nie zwolnił, by lepiej go ułożyć w dłoniach. Pochylił się mocniej nad miotłą, by móc jeszcze bardziej przyspieszyć, sprytnym zwodem wyminął ścigającego z drużyny przeciwnej i stanął oko w oko z obrońcą, którego pokonał, rzucając wcale nie mocno, ale technicznie i precyzyjnie.
Sędzia zagwizdał po raz ostatni w tym meczu i spotkanie inaugurujące nowy sezon dobiegło końca. Przyzwyczajony do tradycyjnej formuły Jacca poczuł się zdezorientowany, ale prędko przypomniał sobie, że na boiskach półamatorskich reguły są nieco inne – gra dobiegała końca albo z chwilą schwycenia przez szukającego złotego znicza, albo po upływie dwóch godzin. Dzisiaj nikomu nie udało się się złapać złotej piłki, ale nie miało to większego znaczenia – przewaga zwycięzców była tak druzgocąca, że nawet dodatkowe sto pięćdziesiąt punktów dla przegranych nie sprawiłoby, że by wygrali. Było to o tyle niespotykane, że będące górą Hipogryfy z Hoylake były beniaminkami, a zespół, który podjęli, uznawany był może nie za główną siłę, ale też nie za kandydata do spadku – ligowy średniak. Bukmacherzy przewidywali zgoła inny wynik.
Kibice Hipogryfów opuszczali trybuny z wesołą pieśnią na ustach, ale wśród nich był jeden człowiek, który nie podzielał ich radości. Jago Radley, pomimo tego, że był nie tylko sympatykiem drużyny z Hoylake, ale również jej członkiem, minę miał nietęgą, a nienawistne spojrzenie wbijał w plecy zawodnika, który zdobył ostatnie punkty w tym meczu. Oprócz tego, że grali w jednym zespole, byli również bezpośrednimi rywalami. Walczyli ze sobą o miejsce w pierwszym składzie.
Jeszcze kilka lat temu Jago Radley był podstawowym ścigającym w drużynie Gryffindoru. Nie miał cech odpowiednich dla kapitana, dlatego też nigdy nie dostał odznaki, ale kiedy był już na boisku, przeistaczał się w lidera, walecznością i zapałem motywując kolegów, a kiedy Gryfonom przydarzały się gorsze chwile, potrafił wziąć ciężar gry na siebie. Był ulubieńcem trybun, a wielu uznawało za pewnik to, że utalentowany ścigający po skończeniu szkoły spróbuje sił w profesjonalnym sporcie. Jago zaskoczył prawie wszystkich, oznajmiając, że po zdaniu owutemów będzie starał się o rozpoczęcie kursów aurorskich. Udało mu się na nie dostać, ale już nie ukończyć. Po niezdaniu jednego z ważniejszych egzaminów proponowano mu tylko udanie się do magicznej policji, ale wzgardził ofertą i postanowił rozpocząć działalność jako prywatny detektyw.
Chociaż wybrał inną ścieżkę zawodową, nie potrafił na zawsze pożegnać się z quidditchem, dlatego już w połowie trwającego sezonu dołączył do półamatorskiej drużyny. Przebojem wdarł się do zespołu, a wolą walki, niebanalnymi zagraniami, dużymi umiejętnościami i zabójczą skutecznością zaskarbił sobie sympatię kibiców. Hipogryfy z Hoylake grały wówczas w czwartej lidze rozgrywkowej, ale ich postawa w meczach wskazywała na to, że czeka ich nieuchronny spadek do niższej. Dzięki Radleyowi utrzymali się, a w następnym sezonie zdołali już na kilka kolejek przed zakończeniem awansować. Kibice byli w euforii. Wtedy Jago zaczął niebezpiecznie pikować w dół. Ze względu na niesportowy tryb życia i niesubordynację stracił przychylność trenera, który miał ten komfort, że mógł przestać powoływać najlepszego zawodnika drużyny, ponieważ kilka przegranych spotkań i tak już nie mogło zaszkodzić.
Jago nie przejmował się tym, sądząc, że wraz z rozpoczęciem nowego sezonu odzyska straconą pozycję. Nie przewidywał, że władze zechcą sprowadzić do zespołu talent, który zdoła mu zagrozić. Przetransferowany latem do klubu Michael Sedgwick w spotkaniach towarzyskich prezentował się na tyle dobrze, że trener postanowił mu zaufać i wystawić również w meczu o punkty, a młody zawodnik nie zawiódł pokładanych w nim nadziei i już w debiucie został wybrany najlepszym graczem. Sytuacja Jago nie prezentowała się dobrze.
Jacca byłby mu nawet współczuł, gdyby nie świadomość, że brat właściwie sam skazał się na taki los. Mimo wszystko poklepał go pokrzepiająco po plecach, a Jago wzdrygnął się, jakby właśnie wybudził się z transu. Z widocznym w oczach skonfundowaniem odwrócił się, a w chwili, w której spojrzał na Jaccę, wyraz jego twarzy zmienił się.
Więc jak? – zapytał na tyle głośno, by przekrzyczeć wszechobecny hałas. – Pomożesz mi?
Jacca wzruszył ramionami.
Problem tkwił w tym, że pomimo łączących ich więzów krwi, nigdy nie byli ze sobą zbyt blisko, a ich kontakty rozluźniły się jeszcze bardziej, kiedy Jago wyprowadził się z domu rodzinnego. Jacca czasami się z nim spotykał, nie był nastawiony do brata wrogo i z pewnością kochał go po swojemu, ale ich stosunki nie należały do zażyłych. Zapewne było to wynikiem różnicy temperamentów i rozmijaniu się w zainteresowaniach, a także jednoczesnym byciu do siebie podobnym w pewnych kwestiach tak bardzo, że stawało się to nieznośne.
Jago był specyficznym człowiekiem. Chociaż trudno było nazwać go kimś niezdarnym, miał w sobie elementy ślamazarności, a coś w jego oczach sprawiało, że wielu ludzi nie traktowało go jak kogoś w pełni rozgarniętego. Nie potykał się o własne nogi, ale poruszał się na tyle niezgrabnie, że czasem wyglądało to tak, jakby zaraz miał przewrócić się. Jacca czasem podejrzewał, że gdyby już jego brat upadł, to zamiast wstać, po prostu poszedłby spać. Nigdzie nigdy się nie spieszył i wszystko robił tak flegmatycznie, że trudno było uwierzyć, że potrafił wykrzesać z siebie jakikolwiek zapał. A jednak – kiedy wsiadał na miotłę, zamieniał się w bestię. Być może jako detektyw przypominał bardziej boiskową wersję siebie niż tę codzienną.
W jakiś przedziwny sposób przy całej swojej powolności i niechęci do mieszania się w sprawy, które wymagały większego zaangażowania, Jago niezwykle często wpadał w tarapaty. Współdziałanie mogło wystawić jego wspólnika na niebezpieczeństwo, a Jacca nie był wcale pewien, czy chce narażać się na ryzyko.
Jesteś moim bratem – odkrzyknął po chwili milczenia.
Oczywiście, że mu pomoże.


II.
Jory
21 sierpnia 2022 roku


Wysłuchaj mnie – powiedział, patrząc na niego błagalnie. – Proszę.
Spoczywający w rogu pokoju człowiek wyglądał jednocześnie tak znajomo i obco, że Jacca potrafił tylko tępo się w niego wpatrywać z kamienną twarzą, nie wyrażając ani jednej emocji.
Dlaczego miałbym to zrobić? – zdołał w końcu z siebie wydusić, a jego głos brzmiał tak chrapliwie, jakby od dawna niczego nie pił. W rzeczywistości zaledwie kilka minut temu wziął kilka łyków wody, ale nagle poczuł nieprzyjemną suchość w gardle.
Ideał sięgnął bruku i tylko o tym był w stanie myśleć. Na podłodze jego sypialni leżał od trzech lat niewidziany brat, który kiedyś postanowił porzucić całe swoje dotychczasowe życie dla jakiejś chorej idei.
Jacca miał dwóch braci i chociaż obu kochał, to ten najstarszy był ulubieńcem. Jory był nie tylko jego rodziną, ale również przyjacielem i autorytetem jednocześnie. Jory był i w zasadzie te dwa słowa mówiły o nim wszystko. Zawsze znajdował się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i prawie o każdej porze dnia można było do niego przyjść po radę lub po prostu po to, by najzwyczajniej w świecie razem pobyć. Służył pomocną ręką, a na jego silnych ramionach niejeden mógł się wesprzeć. Jacca zawsze czuł, że od Jory'ego może uczyć się na więcej niż jednej płaszczyźnie – mógł wiele się od niego dowiedzieć w sprawach czysto naukowych, ale także czerpać garściami z jego doświadczenia życiowego. Zawsze imponowało mu to, że jego starszy brat nigdy nie jest zagubiony. Nie pamiętał sytuacji, w której Jory nie wiedziałby, co powinien zrobić. Był silny, stanowczy i zdecydowany, potrafił zorganizować czas sobie i innym, a przy tym jego władczość zazwyczaj była tak subtelna, że nawet jeśli dawało się ją dostrzec, rzadko komu ona przeszkadzała.
Jory miał też duszę rewolucjonisty i był idealistą, więc kiedy uwierzył w jakąś sprawę, gotów był wiele dla niej poświęcić, a w tym wszystkim potrafił wykazywać się bezwzględnością. Cały tragizm krył się w tym, że jego umysłem zawładnęły poglądy, które tylko w pojęciu ludzi zaślepionych były szlachetne, właściwe. Jacca wiedział, że Jory był członkiem organizacji, której działania były szkodliwe w pojęciu wszystkich, tylko nie ludzi się ich podejmujących. Z tego powodu powinien wygonić starszego brata z domu, nie wysłuchawszy ani jednego słowa.
Ale to była jego rodzina, nie potrafił tego zrobić. Tym bardziej, że Jory wyglądał jak wrak człowieka – jak mógłby go wyrzucić? Im dłużej patrzył na skulonego w kącie brata, tym bardziej miał ochotę mu pomóc. Jory ubrany był w zniszczone ubrania, a na tych częściach ciała, które nie były zakryte łachmanami, widać było liczne zadrapania. Schudł i był niezdrowo blady, a ręce drżały mu nieustannie. Chociaż w pomieszczeniu nie było gorąco, pocił się tak obficie, że jego włosy całe były mokre i przylegały do głowy. Był zmarnowany, jednak to nie jego fizyczny wygląd najbardziej przerażał, ale to, co kryło się w oczach – przez to wyglądał jak zaszczute zwierzę.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Jacca dodał:
Jesteś ranny? Chcesz się czegoś napić?
Ale Jory tylko potrząsnął głową.
Tylko mnie wysłuchaj – powtórzył. – Dobrze?
Jacca podświadomie czuł, że powinien odmówić, ale nie mógł się nie zgodzić. Niezależnie od tego, z jak złymi ludźmi bratał się Jory, teraz prosił tylko o wysłuchanie. Co mogło być niebezpiecznego w słowach? Poza tym, bez względu na to, jak przed kilkoma laty zostali przez niego potraktowani, wciąż był jego bratem.
I było coś jeszcze. Wcześniej Jory po prostu brał to, czego pragnął, a jeśli nawet używał słowa proszę, tak naprawdę w jego ustach nigdy nie brzmiało ono jak prośba, ale jedynie jak nieco grzeczniej wyrażony rozkaz. Dzisiaj w jego głosie pobrzmiewała tak błagalna nuta, że Jacca nie miał serca jej zignorować.
Skinął głową, a wtedy Jory prędko zaczął mówić. Mówił i mówił, śpiesząc się i połykając niektóre słowa, jakby brakowało mu czasu albo jakby obawiał się, że Jacca zaraz się rozmyśli i każe mu zamilknąć. Chociaż w przeszłości był dobrym oratorem, teraz mówił chaotycznie i tak, jakby zamierzał w kilku zdaniach upchnąć zbyt wiele informacji.
Ty nie wiesz, jak to jest – mówił. – Żyjesz w bańce, Jacca, ty i tobie podobni, żyjący bezpiecznie i wygodnie. Zapytasz, czy moim zdaniem jest to złe. Nie, nie jest, to nie jest źle, absolutnie, jeśli ktoś ma możliwość żyć godnie, niech z niej korzysta, ale czasami, Jacca, czasami można spojrzeć nieco dalej, wyjść ze sfery komfortu i pomóc światu, wiesz, ja miałem właściwie wszystko, ale to wszystko mi nie wystarczało, bo zawsze, rozumiesz, zawsze czułem, że jestem przeznaczony do czegoś więcej niż tego, czego chcieli dla mnie inni. Ciepła posadka w Ministerstwie Magii, rodzina, udane życie zawodowe i prywatne... Brzmi kusząco? Nie dla mnie, nie, skoro wiem, że mogę zrobić coś więcej, coś ważniejszego... Nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie, którzy tak właśnie żyją, są gorsi, ale tak już bywa, że jedni odnajdują się w tym, a inni w czym innym. Ja zawsze chciałem poprawić świat, wiesz, Jacca, mówią, że zmienienia świata powinno się zacząć od siebie, więc i to robię, ale nie mam tyle czasu, żeby poczekać, aż skończę się kształtować, aż będę gotowy... Idealny... Muszę działać synchronicznie.
Zaczerpnął powietrza.
Ty nie wiesz, jak to jest, Jacca, nie wiesz, ponieważ idziemy zupełnie inną drogą. Wyrośliśmy z tego samego materiału, jesteśmy w końcu rodziną, wychowywaliśmy się w tym samym środowisku, ale inaczej potoczyły się nasze losy w Hogwarcie... Jacca... Przecież wiesz, jesteśmy czarodziejami czystej krwi, pochodzimy ze starego kornwalijskiego rodu... Ale nasz ród nie był zaangażowany w wojnę – dobrze wiesz, którą wojnę, tę, która zakończyła się długo przed naszymi narodzinami, ale to nie wystarczyło, nie wystarczyło, bo i tak jesteśmy jej ofiarami. To, że my też jesteśmy ze starego rodu i że jesteśmy czystej krwi, nikomu nie przeszkadza, bo przecież w pojęciu ludzi jesteśmy tylko Kornwalijczykami, ale inni... ci, którzy nie opowiedzieli się po żadnej ze stron, ale i tak piętno na nich ciąży, ponieważ ich rodzice – rozumiesz, rodzice!, tak jakbyśmy mieli wpływ na to, co oni robili, kiedy jeszcze nie mieli dzieci – zdecydowali tak a nie inaczej...
Zaczerpnął powietrza.
Wiesz, co się o takich mówiło? Że są ze złej krwi, tak, że są gorsi, że są potomkami skurwysynów, więc i sami muszą być skurwysynami, że jedenastoletnie dziecko będzie mordercą, ponieważ jego ojciec nie miał tyle szczęścia, żeby wybrać wygraną stronę... Bo gdyby wybrał zwycięzców, to nie miałoby znaczenia, że też mordował, nie byłby uznawany za mordercę, bo przecież zwycięzców się nie sądzi, prawda? Za to Potterowie, Weasleyowie i inni wspaniali muszą być herosami, bo przecież inni z ich rodzin zostali uznani za wojennych bohaterów... To wszystko bzdura, Jacca, na wojnie nie było bohaterów, wszyscy są tak samo...
Zaczerpnął powietrza.
Mugolak jest lepszy niż czarodziej czystej krwi, co? A właściwie dlaczego? Tylko dlatego że w przeszłości byli prześladowani, teraz trzeba wynosić ich na ołtarze? Pieprzone brednie! Czytałeś najnowsze badania, Jacca? Wiesz, że liczba charłaków wśród nas wzrasta? Jak myślisz – dlaczego? Może dlatego że w świecie musi istnieć równowaga, a więc jeśli ten, który wedle wszelkich praw nie powinien mieć żadnej magicznej mocy, a jednak ją ma, to ten, który wedle tych samych praw powinien ją mieć, nie ma? I jeszcze to Ministerstwo! Jacca, widzisz, co się tam dzieje, prawda? Nic dobrego, a wszyscy ciągle mają cudowne plany naprawy, z których gówno wychodzi, a wiesz, kurwa, dlaczego? Bo mieszają idee! Pewnych rzeczy nie wolno krzyżować, Jacca, co by się, cholera, nie działo, NIE WOLNO. Jeśli eliksir tojadowy zmieszasz z rozpulchniającym, nie zdziałasz nic dobrego... A człowiek nie sprawi, że z krzyżówki kota z psem wyjdzie pół-pies, pół-kot... Niektórych idei nie powinno się mieszać, naprawdę, Jacca. Czy kiedykolwiek współpraca czarodziejów z mugolami wyszła komukolwiek na dobre, pomyśl, było tak? Z mugolami, nie mugolakami... Mugole boją się magii, a nasza moc nie współgra z ich technologiami. To nie jest ani dobre, ani złe, Jacca, po prostu tak już jest i nie powinno się tego zmieniać. Niech oni trzymają się swojego świata, my naszego.
Zaczerpnął powietrza.
Problem tkwi w mugolakach, Jacca, bo oni tak naprawdę nie należą ani do naszego, ani do tamtego świata, są na pograniczu, Jacca, ja wiem, że ty zawsze lubiłeś złoty środek, ale tak się nie da żyć, trzeba się zdecydować, przejść na jedną stronę. Mugolacy nie mogą być albo mugolami, albo czarodziejami, są ich mieszanką. Więc wchodzą do naszego świata z głową już ciężką od tego, co uczyli ich mugole, a potem, gdy już dorastają, próbują mieszać mugolskimi ideami w czarodziejskim porządku świata. Z tego nie wynika nic dobrego i dlatego... dlatego mamy bałagan i chociaż prawie nikomu nie jest źle, nikomu też nie jest dobrze. Nie tak dobrze, jak powinno.
Zaczerpnął powietrza.
Chcę to zmienić, ale w pojedynkę niczego się nie zdziała, więc i nie działam sam, ale potrzebujemy też innych ludzi... A ja, Jacca, potrzebuję ciebie. Pomóż mi, bracie, błagam cię o to. Nie wpuszczą mnie do archiwum, ty wejdziesz tam bez problemu... Nie proszę o wiele, sprawdź tylko Ederna Negusa, błagam cię, muszę go znaleźć, a informacje tam zawarte na pewno mi pomogą...
Kto to jest? – zapytał beznamiętnie Jacca.
Mój przyjaciel, mój drogi przyjaciel, niejednokrotnie mi pomógł, a teraz ja muszę pomóc mu, ale on tej pomocy nie chce przyjąć, a bez niej długo nie przetrwa... Poszukują go zaślepieni ludzie, chcą zrobić z nim straszne rzeczy... Tylko dlatego że... Jacca, nie zrozum mnie źle, ufam ci, ale nie wiem, czy mogę ci to zdradzić... Społeczeństwo jest straszne. Dobrze. Negus jest dyskryminowany za to, kim się stał, a nie miał na to wpływu... Przez niektórych nawet nie jest uważany za człowieka, wyobrażasz to sobie?! Ale on jest jednym z nas, jest czarodziejem, ale...
Kto to jest?
Jest... Jacca, jest wilkołakiem, ale czy to coś zmienia? Uważasz, że pokrzywdzeni tą straszliwą chorobą nie mają prawa do życia? To śmieszne, nazwisko wielkiego Remusa Lupina pojawia się w podręcznikach do historii i gdy ktoś źle się wyrazi o tym bohaterze, uznawany jest za nietolerancyjnego potwora, a... Może to jest tak, że potrafimy szanować tylko tych wilkołaków, którzy są już martwi? Ale ja nie mogę pozwolić, żeby Edern był martwy, ponieważ... Bo inaczej... A ty musisz mi pomóc, bo inaczej...
Bo inaczej co? Zabijesz mnie?
Czy zabiję? – zapytał i roześmiał się jak obłąkaniec. – Nie, ciebie nie.


III.
Sylvie
20 sierpnia 2022 roku


Biuro Jago Radleya zabezpieczone było takimi zaklęciami, że nie można było teleportować się bezpośrednio do środka. Jacca nie był z tego powodu zadowolony, ponieważ oznaczało to, że musi przedrzeć się przez wyjątkowo nieprzyjemną część Londynu, by dostać się do brata. Szybkim krokiem maszerował ciasnymi uliczkami i starał się nie zważać na wszechobecny brud. Gdyby tylko zamknięcie oczu nie groziłoby wpadnięciem na coś, niechybnie by to zrobił, byleby nie musieć na to patrzeć. Mógł jedynie zatkać nos i oddychać tak płytko, jak to było możliwe, żeby jak najmniej czuć smród miasta. Jeśli stolicę uznać za serce Anglii, to teraz Jacca spacerował po jej trzewiach – które może i były niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, ale ich woń były nieznośna.
Kiedy dostał się w końcu do lokum brata, ponuro stwierdził, że jest tam niewiele czyściej niż na zewnątrz. Przynajmniej trochę lepiej pachniało – pewnie nie każdy przepadał za zapachem alkoholu i substancji, których prawo zabraniało spożywać, ale lepsze to niż odór jak od gnijących zwłok. Jacca tylko dziwił się, że Jago ma jakichkolwiek klientów, skoro jego biuro jest w takim stanie, dookoła kręcą się podejrzani ludzie, a sam, pożal się Merlinie!, detektyw nie wygląda, jakby znajdował się w dobrym stanie psychicznie.
Więc co robimy? – zapytał pełen złych obaw Jacca.
Teleportujemy się do moich klientów – odparł Jago, który nie zwrócił uwagi na sceptycyzm brata. – Ja porozmawiam z panią domu, a ty masz tylko rozejrzeć się... To nie ich, he-he, mam śledzić, ale dla nich, mimo to coś czuję, że i oni są podejrzani, więc warto mieć oczy dookoła głowy.
Czego mam konkretnie szukać?
A bo ja wiem? Po prostu... rozejrzyj się.
Mam błądzić po omacku? Co z ciebie za detektyw?
Najlepszy na świecie. I mam nawet prochowiec.
Jago złapał Jaccę za ramię i za pomocą teleportacji łączonej przenieśli się przed bramę posiadłości klientów najlepszego na świecie detektywa, który kręcił się przez chwilę przed furtką i nie wyglądało to tak, jakby jego działanie miało jakikolwiek cel.
Co ty robisz? – zapytał Jacca.
Mają świra na punkcie bezpieczeństwa, dom jest tak poczarowany, a wnętrze obstawione antyczarnoksiężnickimi... czy jak to się mówi... rzeczami, że dzięki tym sprzętom zobaczą, że ktoś im się przed chatą kręci. Zaraz mnie wpuści, bo mnie zna, o, widzisz, nie mówiłem?
Furtka sama się otworzyła i Jago pewnie przez nią przeszedł, ciągnąc za sobą Jaccę. Kiedy maszerowali przez ścieżkę prowadzącą do wejście, drzwi frontowe otworzyły się i wychynęła z nich jakaś kobieta.
Doberek, pani Grant! – wykrzyknął z daleka Jago. – Chciałbym z panią jeszcze kilka słów zamienić, można?
Najwyraźniej można było, bo kilka minut później Jago zniknął z gospodynią w jednym z pokojów, a Jacca został sam w pokaźnym salonie. Stanowczo nie podobało mu się to pomieszczenie. Chociaż było urządzone tak, że wszystko ze sobą współgrało i chociaż wcale nie było ciasno, Radley miał wrażenie, że wszystko tutaj jest tak ciężkie i toporne, że można było się udusić. Najchętniej by wyszedł, ale miał się rozejrzeć, więc to robił. Zaczął od przyglądania się obrazom powieszonym na ścianach. Właśnie kontemplował do granic absurdu kiczowaty widoczek, kiedy usłyszał, że ktoś zbiega po schodach. Ledwo zdążył się obrócić, a już istota, którą przed chwilą tylko słyszał, stała na parterze.
Dziewczyna. Rozpoznał ją natychmiast – to była Sylvie, dwa lata starsza Puchonka.
Cześć – powiedział szybko Jacca. – Jestem tu z bratem, jest detektywem, zdaje się, że go wynajęliście, nazywa się Jago Radley. Ja jestem Jacca, właściwie chodziliśmy razem do Hogwartu, ale pewnie nawet mnie nie kojarzysz.
Pamiętam – powiedziała ku zdziwieniu Jakki. Uśmiechnęła się lekko. – Pisałeś listy miłosne do mojej koleżanki, ale ona nie potrafiła odczytać twojego pisma. Pomagałam jej.
A, no ta... Czytałaś moje listy?!
W tej chwili Jacca nie mógł widzieć swojej twarzy, ale był przekonany, że na jego policzkach wykwitł rumieniec wstydu. W duchu pocieszał się tylko tym, że listów miłosnych zaadresowanych do Sylvie nigdy ostatecznie nie wysłał.
W tej dziewczynie najbardziej pociągało go jej dziwactwo. Była niezwykle ładna, na co każdy zwracał uwagę, ale nie miała wianuszka adoratorów, a przynajmniej ci nie ujawniali. Prawdopodobnie potencjalnych absztyfikantów odrzucało to, że Sylvie zachowywała się bardzo specyficznie, a z odczytywaniem jej emocji mieli problemy nawet ci, którzy chełpili się, że w tej dziedzinie osiągnęli mistrzostwo. Jednocześnie była tak bezpośrednia i otwarta, że jej towarzystwo mogło się okazać niezręczne.
Pewnie, że tak – roześmiała się. – Były piękne.
A... aha. Więc... – Jacca przestąpił z nogi na nogę. – Co właściwie robisz? Tak ogólnie, po ukończeniu Hogwartu?
Nic szczególnego – wzruszyła ramionami. – Jeszcze niedawno uczyłam mojego brata. Był twoim rówieśnikiem, ale...
Masz brata? – zawołał zaskoczony Jacca. – W moim wieku? Dlaczego nie kojarzę go ze szkoły?
Nigdy nie przyjaźnił się z Sylvie, ale, tak jak większość uczniów, miał trochę informacji na temat jej rodziny. Chociaż rodzice Sylvie, tak jak i ona, byli czarodziejami, to dziewczyna wcale nie była czarownicą czystej krwi. Zarówno ojciec, jak i jej matka pochodzili z rodzin mugolskich i być może dlatego aktywnie walczyli o to, by ułatwiać aklimatyzację w świecie magii młodym mugolakom, a także o to, aby powiększyć liczbę godzin mugoloznawstwa w szkole. Pan Grant, co było powszechnie znane, w końcu był ważną postacią w Ministerstwie Magii, twierdził, że tak naprawdę jedyna przewaga czarodziejów nad mugolami tkwi w magii, ale w większości kwestii to magowie powinni uczyć się od tych, którzy tego daru byli pozbawieni, nie odwrotnie.
Felix nie chodził do Hogwartu – odparła Sylvie. – Charłaków nie przyjmują.
Och. – Jacca miał ochotę powiedzieć, że jest mu przykro, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Sylvie nie powiedziała tego tak, jakby było to coś wstydliwego. I pewnie miała rację. – Zaraz... dlaczego mówisz o nim w czasie przeszłym?
Zrobiła wielkie oczy.
To ty nie wiesz, dlaczego w ogóle wynajęliśmy twojego brata? – zapytała, a kiedy Jacca pokręcił głową, odparła prosto: – Chcemy dorwać jego mordercę. Likaona.


IV.
Mama
22 sierpnia 2022 roku


Jacca kochał prawie wszystkie kobiety, które miały (nie)szczęście stanąć na jego drodze, a najbardziej ze wszystkich kochał własną mamę. Naturalnie, nie były to miłości identyczne – w różnych kobietach, dziewczynach się zakochiwał, adorował je i uwielbiał na płaszczyźnie romantycznej, mamę kochał tak, jak dziecko kocha rodzica. I chociaż ojca również darzył tak samo mocnym uczuciem, te dwie więzi były od siebie bardzo różne.
Mama opiekowała się nim i otaczała ciepłem, a dzisiaj Jacca czuł, że to on powinien martwić się o nią, nie na odwrót. Chciał ją chronić i to pragnienie sprawiło, że nie powiedział nic o tym, o co poprosił go Jago, słowem nie zająknął się, że kiedy nikogo w domu nie było, w odwiedziny przyszedł Jory.
Być może troska ta brała się z pamięci o przeszłości. Kiedy Jacca był małym chłopcem, jego mama chorowała i chociaż nikt mu o tym wprost nie mówił, wyczuwał to. Nikt nie zdoła w takich sprawach syna oszukać, niezależnie od tego, jak nieobeznany w świecie dorosłych by nie był. Wystarczyło spojrzeć w porażająco smutne oczy mamy, by wiedzieć, że coś jest nie w porządku.
Czasami do domu przychodziła ciotka. Krzyczała, dużo krzyczała i wciąż powtarzała, że mama powinna wziąć się w garść. Mama tłumaczyła się, coś obiecywała, ale najbardziej – płakała. Jacca nigdy nie był człowiekiem, w którym negatywne emocje przeważały nad pozytywnymi, ale tej ciotki nie cierpiał. Do tej pory nie poznał człowieka, którego potrafiłby znienawidzić bardziej niż siostrę mamy.
Chyba nikt nie potrafił płakać w sposób miły dla ucha, ale nie istniał bardziej rozdzierający dźwięk niż rozpacz własnej mamy. Więc Jacca obiecywał sobie, że nigdy nie zrobi niczego, co wydusi z niej łzy smutku. Dlatego też nie zdradził prawdziwego powodu odwiedzin w archiwum poświęconym czarodziejom z Kornwalii, w którym pracowała. Udawał, że jest tu w związku z wakacyjną pracą domową na historię magii. Mówił, że to mały projekt, ma napisać o jakimś szerzej nieznanym, ale zasłużonym czarodzieju. W tych teczkach kryły się informacje o wielu takich.
Prawdziwy powód był całkiem inny. Jago opowiadał mu, że musi znaleźć Likaona, bo tego życzą sobie jego klienci. W trakcie śledztwa wykrył ciekawą relację z pewnym Kornwalijczykiem, Victorem Marrackiem. Jago liczył, że w kartotece Marracka będzie można znaleźć coś powiązanego z Likaonem. Kiedy brat o tym mówił, Jacca nie uważał, że sprawdzenie tych papierów cokolwiek da. Teraz był pewien, że to bezcelowe, dla spokoju sumienia jednak odnalazł właściwą teczkę i ją przejrzał. Miał rację, Victor Marrack nie był właściwym tropem.
A nawet gdyby był, nie miało to większego znaczenia. Po co szukać Likaona za pośrednictwem innych osób, skoro Jacca wiedział, kto kryje się za tym pseudonimem?
Edern Negus.


V.
23 sierpnia 2023 roku, noc
Tata


Wrócił z imprezy w środku nocy. Wiedział, że rodzice o tej porze będą już spali, więc starał się zachowywać cicho, aby ich nie pobudzić. On miał wakacje, oni rankiem musieli wstać, by pójść do pracy. Nikt nie powinien im przeszkadzać.
Szedł w samych skarpetkach po podłodze i krzywił się na każdy szelest, który powodował. Przemieszczał się w ślimaczym tempie, ale w końcu udało mu się dotrzeć do kuchni bez robienia rumoru. Zapalił światło. I krzyknął.
Cicho – powiedział tata. – Obudzisz mamę. Pozwól jej na spokojną noc, niech jeszcze się nie martwi...
Ojciec w pidżamie siedział przy blacie kuchennym i prosto z gwinta popijał Ognistą Whisky. Chociaż Jacca nie potrafiłby wskazać, na czym polega konkretna różnica, jego tata wyglądał inaczej niż jeszcze rankiem. W ciągu kilku godzin postarzał się, a jego oczy... Takie oczy mieli tylko ci, którzy widzieli testrale.
Tata był optymistą i rzadko pił alkohol.
Teraz wlewał w siebie Ognistą i był załamany.
Co się stało? – zapytał z niepokojem Jacca.
Jutro przeczytasz o tym w Proroku... – odparł smętnie. – Bjorn Peterson ustąpił ze stołka.
Jacca wstrzymał oddech. Bjorn Peterson był człowiekiem, w którego jego ojciec wierzył od początku i w którego pewnie będzie wierzył aż do końca. Kiedy przed kilkoma laty szerzej nieznany Peterson postanowił starać się o posadę Ministra Magii, prawie nikt nie widział w nim poważnego kandydata. Ale ojciec Jakki najwyraźniej potrafił dostrzec w nim coś, czego nie widzieli inni, i gorąco zapragnął, aby właśnie ten człowiek objął rządy w Ministerstwie Magii. Pasco Radley był piekielnie zdolnym specjalistą od PR-u, więc wykorzystał wszelkie swoje umiejętności, pokłady kreatywności i kontakty, by zrobić Petersonowi odpowiednią kampanię.
Była genialna. Zwróciła uwagę ludzi, a to był już sukces. Zaczęto patrzeć na Petersona z zainteresowaniem, a to mu wystarczyło – wiedział, co powinien zrobić, kiedy wszystkie oczy skierowane były na niego. Został Ministrem Magii, a Pasco Radley jego nieoficjalną prawą ręką.
Peterson bez Radleya nie zdołałby tyle osiągnąć. Radley bez Petersona nie miał żadnych wpływów w Ministerstwie Magii. Teraz obaj tracili wszystko.
Mówią, że nowym Ministrem Magii zostanie Frank William Brian Howard – kontynuował tata. – Bjorn nie zrezygnowałby sam... Nie, skoro wiedział, że ma jeszcze wiele do zrobienia. Nie wiem, co się właściwie dzieje, w Ministerstwie już od jakiegoś czasu... Jacca. – Tata obrócił się i spojrzał na Jaccę tak, jak jeszcze nie patrzył nigdy. – Nie wiem, co mam robić.
Był ostoją, opoką, najtwardszą osobą, jaką znał. A teraz załamał się.


VI.
23 sierpnia 2022 roku, dzień
Valancy


Edern Negus był Likaonem.
Jacca nie mógł wykraść papierów, na których ten człowiek został opisany. Archiwum było zabezpieczone magią, więc nie mógł także za pomocą czarów zrobić ich kopie. Dlatego odpowiednio wcześniej pożyczył od kolegi mugolaka stary aparat fotograficznym, którym wykonał wiele zdjęć. A kiedy te zdołano wywołać, zafiukał niezwłocznie do Jago z informacją, że znalazł to, co było potrzebne.
Świetnie – mruknął brat, który chyba całkiem niedawno wstał. – To przyjdź do mnie i mi je daj... Albo nie! Za dwie godziny. W Mungu. Stary Grant tam pracuje, od razu poinformuję go o moim... ekhm, naszym... sukcesie.
Jacce było całkowicie obojętne, jak sprawę przedstawi Jago. Cieszył się tylko, że na tym kończył się jego udział w całej sprawie. Kiedy spotkał brata w szpitalu, z ulgą przekazał w jego ręce zgromadzone dokumenty, a potem szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia.
Kątem oka ją dostrzegł. Znajdowała się pod ścianą i wyglądała tak niedbale, że mimowolnie zaczął się zastanawiać, ile czasu musiała poświęcić na to, by wyćwiczyć sprawianie wrażenia osoby, która niczym się nie przejmuje. Była w takiej pozycji, że nie mogła czuć się komfortowo, ale jej mina wskazywała na to, że nie może być nic wygodniejszego od siedzenia na twardej posadzce, opierając się o chłodną, chropowatą ścianę.
Jacca, który potrafił zauroczyć się w prawie każdej dziewczynie z Hogwartu, kiedyś ze zdziwieniem spostrzegł, że Valancy Edgeworth ma w sobie coś takiego, co sprawia, że w niej zakochać się – choćby na kilka minut – nie może. Sprawiło mu to ulgę, bo okazywało się, że życie bez darzenia uczuciem każdej dziewczyny było możliwe. To, że nie mógł zadurzyć się w Valancy, sprawiło, że poczuł gwałtowny przypływ ciepłych uczuć w stosunku do niej, a nim się spostrzegł, już wpadł po uszy. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, by mu przeszło.
Aktualnie nie wiedział, co o niej myśli. Na pewno nie darzył jej antypatią, ale czy zaliczyłby ją do grona lubianych koleżanek? Tego nie wiedział, ale nie potrafił przejść bez słowa. (Co byłoby możliwe, Valancy miała półprzymknięte powieki, więc pewnie nawet by go nie dostrzegła.)
Cześć – powiedział. – Co tutaj robisz?
Siedzę – odpowiedziała. Nawet nie otworzyła oczu.
To akurat widzę.
To po co pytasz?
Zawsze musisz być tak niesympatyczna?
Westchnęła, ale przynajmniej na niego spojrzała.
Czekam na Fentona, został przewieziony do Munga, chcą go poskładać w całość, żeby jak najszybciej przetransportować do Wizengamotu.
O rany, co się wydarzyło?
Nic, będzie tylko sądzony, pewnie się od Azkabanu nie wywinie.
Jacca nie był pewien, co w tym wypadku powinien odpowiedzieć. Kojarzył Fentona, czyli ojca Valancy. Nigdy z nim nie rozmawiał i nie miał pojęcia, czym ten człowiek się zajmuje, ale widział go na Peronie 9 i 3/4. Był wielki. Nie był otyłym mężczyzną, ale wysokim i potężnie zbudowanym, kiedyś miał gęstą czuprynę, a przez tę dość niechlujną fryzurę Jacca nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Edgeworth jest nieokrzesany. Jednak ostatnim razem, kiedy go zobaczył, mężczyzna był łysy, najwyraźniej zrezygnował z hodowania owłosienia na głowie na rzecz tego na brodzie. Tak czy inaczej, od zawsze było w nim coś tak groźnego, że Radley nie byłby zaskoczony, gdyby któregoś dnia dostrzegł jego zdjęcie na plakacie z podpisem POSZUKIWANY.
To był żart. – Valancy szturchnęła Jaccę w bok. – Będzie tylko zeznawał.
No tak, zapomniałem.
Zapomniałeś? Niby o czym?
Że twoje żarty nie śmieszą nikogo poza tobą, a to, co wzbudza powszechną wesołość, nie śmieszy ciebie.
Wzruszyła ramionami i nic nie odpowiedziała.
To był jego problem z Valancy Edgeworth – tak właściwie nigdy nie mógł być pewien, czy ona w ogóle ma ochotę na rozmowę. Nie podtrzymywała konwersacji, o funkcji fatycznej może kiedyś słyszała, ale najwyraźniej postanowiła jej nigdy nie używać. Z drugiej strony, gdyby nie chciała rozmawiać, dałaby wyraźny znak, a ona jednak słuchała i odpowiadała.
Drugi problem był taki, że chyba po prostu nie należała do najmilszych osób.
A co się stało, że twój ojciec wylądował w Mungu? – spróbował jeszcze raz.
Zazwyczaj w szpitalu lądujesz, kiedy nie jesteś w najlepszej kondycji fizycznej, prawda? Myślę, że Fenton znajduje się tutaj z właśnie takiego powodu.
Martwisz się?
Nie, to tylko mój ojciec, dlaczego niby miałabym się martwić? – prychnęła. – Będzie dobrze.
Też tak myślę, tak właśnie mówiłem sobie przed sumami... O, dobrze widzę, że ty właśnie się uśmiechnęłaś?
Wydaje ci się. I oczywiście, że się martwię. Jak mogłeś pomyśleć, że mój ojciec trafi do Azkabanu? To już ja szybciej tam wyląduję.
Co masz na sumieniu?
Rujnuję magiczne skłoty, ale przed tym dobrze bawię się z ich mieszkańcami, zostawiam znajomych w dżungli i nie oddałam książki do biblioteki. Przynajmniej nie bawię się w te polityczne bojówki.
A kto się niby bawi?
No, nie wiem, na przykład nasi znajomi? Cholerni idioci.
Masz zaskakującą łatwość osądzania innych. To nie był komplement.
Co za różnica. Nazywam rzeczy po imieniu. Niezależnie, po której stronie barykady się opowiadają, pro- czy antymugolskiej, prezentują podobną wizję świata. Biało-czarną. To idiotyzm.
Nie chciałabyś do nich dołączyć? Tak jest chyba łatwiej... Radykalizowanie się jest kuszące, przynajmniej wiesz, w co masz wierzyć, a przywódca powie, co masz zrobić. A potem... To nie człowiek rzuca zaklęcia, to wina różdżki?
Wolę złoty środek.
Poruszył się niespokojnie.
Jeśli tylko potrafisz go znaleźć... – mruknął niewyraźnie. – A twój ojciec?
Co z nim?
Jego obecność tutaj i przyszła rozprawa powiązane są z tymi bojówkami?
Nie. Z jego pracą, jest dość niebezpieczna. – Na chwilę zasępiła się, ale już po chwili wypogodniała. – Kojarzysz Likaona? Prorok się o nim rozpisywał, Ministerstwo go szukało... Kolejny, który zapragnął stworzyć armię wilkołaków, ale... Zresztą, pewnie wiesz.
Hm. Tak.
Fenton go złapał, Ministerstwo przejęło, będą go sądzić. Mam nadzieję, że zgnije w Azkabanie.


VII.
26 sierpnia 2022 roku
Bjorn Peterson


Potrzebował rozrywki, aby przestać myśleć o braciach. O tym, któremu pomógł, ale na nic to się zdało, ponieważ Likaon został pochwycony wcześniej, więc Jago nie mógł go złapać i oddać w ręce żądnych zemsty Grantów. I o tym, któremu nie pomógł i nie był pewien, jakie mogły być tego konsekwencje. Potrzebował rozrywki, aby przestać myśleć o braciach. Jeszcze wczoraj powtarzał znajomym, że jutro pójdą na Festiwal Filmowy w Dolnie Godryka, a całe wydarzenie było tylko przykrywką dla działań chorych ludzi. Dwie strony, promugolska i antymugolska, jedna nie lepsza od drugiej. Jacca cieszył się tylko, że nikomu z jego znajomych nie stało się nic złego. Nie miał jednak czasu, by o tym rozmyślać. Nie miał też czasu na poszukiwanie złotego środka, bo kiedy tylko wrócił do domu, coś innego okazało się ważniejsze.
Mama oczy miała suche, ale zaczerwienione. Jacca wiedział, że niedługo przed jego powrotem do domu płakała. Położył rękę na jej ramieniu, ale nawet wtedy nie przestała ugniatać ciasta. Wiedział, że wcale nie planowała przygotowywać wypieków, chciała jedynie coś robić. Skoro myśli i tak nie potrafiła zająć, mogła chociaż dłonie.
Co się stało? – zapytał cicho. – Gdzie tata?
Magiczna policja go wezwała. Na przesłuchanie. Bjorn Peterson popełnił samobójstwo – powiedziała, a właściwie wypluła z siebie wiadomości, zdanie po zdaniu, a mechaniczny ton, którym to zrobiła, nadał wszystkiemu jeszcze bardziej przerażającego wydźwięku.
Zdołał ją przekonać, aby z kuchni przeszła do salonu i usiadła na kanapie. Zaparzył zioła w dużym kubku i zaniósł jej napój, a następnie usadowił się obok.
Bjorn Peterson popełnił samobójstwo? Były Minister Magii, przyjaciel ojca popełnił samobójstwo? Nie potrafił w to uwierzyć. Nie był zwolennikiem teorii spiskowych, ale w tym przypadku nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to ktoś postarał się, aby śmierć Petersona wyglądała na samobójstwo.
Mama milczała. Chyba nie była gotowa rozwinąć tematu, bo kiedy się odezwała, mówiła o zupełnie czymś innym:
Powinieneś się ostrzyc.
Nawet o moje włosy się martwisz?
Martwię się... – wyszeptała dziwnym głosem i przez chwilę jednocześnie zbyt krótką, by zdołać coś wtrącić, ale jednocześnie zbyt długą, by jej nie dostrzec, wpatrywała się w milczeniu w jakiś odległy punkt. Potem potrząsnęła głową i uśmiechnęła się, ale to była tylko niewiele warta mina, fizyczne uniesienie kącików ust, zupełnie brakowało radości. – Martwię się, ale o ciebie nie muszę... prawda? – W jej głośnie pobrzmiewała błagalna nuta, jakby prosiła, by Jacca potwierdził.
Był najmłodszy i rodzice zawsze się o niego troszczyli – być może nawet bardziej niż o starszych braci. Jory był mądry, charyzmatyczny i odpowiedzialny, spodziewali się po nim naukowej lub politycznej kariery, miał być powodem dumy. Jago był mniej rozgarnięty, ale za to mógł zasłynąć jako światowej klasy ścigający. Każdy sądził, że poradzą sobie w życiu, więc się nie martwili. Może powinni.
Jesteś inteligentny i dobry – mówiła mama. – Nie sprowadzisz na siebie... ani na nikogo... kłopotów.
Jago był dziwnym prywatnym detektywem, którego biuro znajdowało się w podejrzanej dzielnicy i który narkotyzował się sproszkowanymi kłami smoków. Jory znajdował się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo, co właściwie robił. Najgorsze było to, że Jacca nawet nie chciał wiedzieć, czym konkretnie brat się zajmował, bo obawiał się, że ta wiedza byłaby zbyt przerażająca.
Bjorn Peterson nie żyje – mówiła mama. – Twój ojciec stracił pracę. Jago nie ma prawdziwej pracy i nie zależy mu na znalezieniu jej, a Jory...
Mamo...
Nie chciałam nikomu mówić, ale był tutaj wczoraj. Nie chciał wejść do środka. – Ręce jej się tak trzęsły, że napar ziołowy zaczął wylewać się z kubka, więc Jacca zabrał naczynie. Nawet nie zauważyła. – Wyglądał strasznie i... Prosił o przebaczenie.


konkurs: III wojna/6075 wyrazów

9 komentarzy:

  1. Twoja kwietniowa notka była jednym z najdłuższych konkursowych opowiadań, o ile nie najdłuższym, a tutaj wcześniejszy rekord pobity. Te ponad sześć tysięcy słów, które początkowo pewnie mogą lekko przerazić, czytało się jednak szybko i przyjemnie, a duży objętościowo tekst nie jest ani trochę przytłaczający. Każdy kolejny ponumerowany akapit wciągał i zaciekawiał coraz bardziej, chociaż pomimo dobrze przemyślanej fabuły, dobrego poziomu i uzupełniających ją szczegółów pozostaje ten wojenny niedosyt, ale ze względu na to, że każdy podchodzi do tematu inaczej, nie mogę się przyczepić. Pierwszoplanowa historia rodziny Jakki w jakimś stopniu przeplata się z klimatem wojny, nie porusza go bezpośrednio ale mimo to całość robi wrażenie, od kreacji trójki braci po połączenie ze sobą motywów z każdego fragmentu, głównie tych odnoszących się do Likaona. Armii wilkołaków nie posiadał nawet sam Voldemort, a mając takich sojuszników Mroczni pewnie mieliby większe szanse na zawładnięcie światem. Na plus przedstawienie relacji obowiązujących w rodzinie Radleyów, każdy z braci pokazany jest jako odmienna i indywidualna jednostka, ale sądząc po tym, że Jacca bez żadnego ale zgodził się im pomóc, muszą się dogadywać. Czarodziejski detektyw i uwikłany w związane z bitwą problemy Jory swoimi charakterami działają na korzyść opowiadania, chociaż Jacca jako ten główny bohater też nie wypadł przy nich blado, szczególnie po opisach jego zachowania względem pani Radley.
    Plusów na koncie opowiadania uplasowało się dużo, a co do błędów: Pasco Radley był piekielnie zdolnym specjalistą od PR-a, od PR-u, PR, był piekielnie zdolnym PR-owcem, tylko nie z końcową -a. Udało się również wyłapać parę literówek: przenieśli się przed bramę posiadłości klientów najlepszego na świecie detektywa, która kręcił się [...]; Kiedy spotkał brat w szpitalu [...]; Nie mam tylu czasu [...] tyle czasu brzmiałoby poprawniej, i jedno powtórzenie: Dzięki Radleyowi zdołali się utrzymać, a w następnym sezonie zdołali [...]
    Powodzenia w konkursie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę długi tekst co może odrobinę przerażać takich jak ja, w szczególności. Ale zawzięłam się, mówiąc sobie, że przecież tak bardzo chciałam przeczytać wszystkie opowiadania. Tak więc jestem. Trwało to odrobinę, ale muszę przyznać, że czytając Twoje opowiadanie nic się nie dłuży. Co prawda nie uwinęłam się z tekstem w kilka minut, w dodatku przeczytałam wszystko dwa razy aby być pewną tego co chcę napisać i... Myślałam, że znalazłam już swojego faworyta we wcześniejszej notce, jednak Twoje opowiadanie podoba mi się bardzo, bardzo. Literówki, które pojawiły się w tekście w ogóle mi nie przeszkadzają przez to, że cała historia jest taka spójna. W ogóle, czytając Twój post, miałam wrażenie, że poznajemy bardziej Jaccę (tym bardziej, że nie miałyśmy przyjemności powątkować wspólnie), jego stosunek do rodziny. W ogóle, świetnie wyszło Ci jego wykreowanie, jest taki... Prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Długość mnie przyprawiła o zazdrość, a przez treść już w ogóle mam ochotę usunąć swoje opowiadanie. Wyszło ci naprawdę świetnie, czytało mi się ani za szybko, ani zbyt ciężko, tak w sam raz i czerpała z tego dużą przyjemność.
    Podobało mi się i podejście Jago, i szaleństwo Jory'ego – to drugie nawet bardziej – a Jacca jest tak naturalny, że aż brak mi słów. Ogólnie kreacje wszystkich postaci są zróżnicowane i doskonałe, serio.
    Jeśli miałabym komuś kibicować, to padnie właśnie na ciebie, bo pomimo braku drastycznych scen – poza "samobójstwem" byłego ministra, rzecz jasna – całość trzymała w napięciu.
    Achy i ochy, już się zamykam. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Dość długi tekst, ale potrafisz pisać tak, że chce się czytać i naprawdę nie jest to męczące, choć przyznam, że tych sklejonych fragmentów było - jak na mój gust - troszkę za dużo, nie udało mi się przebrnąć przez całość bez powracania i zastanawiania, o co tak właściwie chodzi (chociaż to też moja wina, tak dziwnie wyszło, że udało mi się przeczytać opowiadanie trochę nie po kolei i trzeba było potem ogarniać jeszcze raz :c).
    Coś mi nie gra w rozmowie z Jorym. Wtrącenie Zaczerpnął powietrza. jest dość ciekawe i specyficzne, ale jakoś tak... zniszczyło dramatyzm wypowiedzi brata przez to, że wystąpiło aż tyle razy.
    Valancy jest trochę... dziwna. Nawet nie tyle niesympatyczna, co odrealniona. Takie mam wrażenie, jak czytam dialog Valancy z Jaccą, jakby ona z księżyca spadła i ciężko było się z nią komunikować :D Ale to pewnie taka kreacja postaci.
    Muszę przyznać, że troszkę za dużo tych opisów charakteru i zachowania braci, a także tego, co siedzi w głowie Jakki - mam wrażenie, że spokojnie dało się to skrócić o połowę i opowiadanie nadal byłoby dobre.
    Jakieś drobne błędy wskazała Dyrekcja, ja dodam jeszcze to, co mnie się rzuciło w oczy:
    Nie wpuszczą cię do archiwum, ty wejdziesz tam bez problemu... - chyba powinno być nie wpuszczą mnie, wtedy miałoby to sens.
    Ale Jory tylko potrząsnął głowę. - głową.
    Parę rzeczy jest dla mnie zupełnie niezrozumiałych, ale przypuszczam, że to kwestia mojego nierozgarnięcia i będę bardzo wdzięczna, jeśli spróbujesz mi to wyjaśnić :)
    1. Nie bardzo łapię, o co chodzi z Likaonem... dlaczego zamordował Felixa? Skąd Jacca wie, że Edern Negus to Likaon? Postać wydaje się ważna w całej historii, a jakoś tak mało się o nim wyjaśnia.
    2. Co tak właściwie Jory myślał o mugolakach i mugolach i co chciał z nimi zrobić? Dość niejednoznaczne było to, co mówił.

    A teraz wychwalę (to znacznie ważniejsza część, tamtą możesz pominąć): zarówno w poprzednim, jak i w tym Twoim opowiadaniu podoba mi się to, z jaką łatwością budujesz ten cały świat i kleisz długie opisy - nigdy mi to nie wychodzi. Albo masz bardzo dużą wiedzę o potterowskiej rzeczywistości, albo sprawiasz takie wrażenie - nie wiem, ale zawsze czuję respekt przy czytaniu tego, co napiszesz, bije od tego taki spokój, jakbyś bardzo dużo wiedziała :D Podoba mi się to, że tyle uwagi poświęcasz relacjom rodzinnym i opisujesz je w taki ciekawy sposób. Plus to, co powiedziano powyżej: Jacca został bardzo fajnie wykreowany.

    Powodzenia!

    Thomas Spencer

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozwolę sobie odpowiedzieć wszystkim w jednym komentarzu. ;D

    @Dyrekcja

    Zdaję sobie sprawę, że mało tutaj wojny w wojnie, ale taki był zamysł. Wojny nigdy nie wybuchają z niczego, więc, moim zdaniem, opisanie tego tuż przedwojennego stanu, gdy jeszcze nic nie jest wiadome, ale już pojawia się niepokój, również jest ważne. Tak poza tym... nie chciałam wkraczać w to, co działo się w Noc Duchów, skoro to część wątku grupowego. Mogłyby zajść jakieś nieścisłości. Z drugiej strony, żadna z moich postaci nie jest nikim ważnym (tj. ani to dzieciaki z mugolskich rodzin, ani potomstwo którejkolwiek ze stron mocniej zaangażowanych w tę wojnę), poza tym siedzą w mniej-więcej bezpiecznym Hogwarcie, więc teoretycznie – aż do tej wspomnianej Nocy Duchów – są niezagrożeni i tak naprawdę zajęci sprawami codziennymi. Stąd też opowiadanie jest niejakim wstępem do wojny.
    Jeśli chodzi o długość – o rany, być może to wygląda tak, jakby przedkładała ilość nad jakość i specjalnie pisała tak, aby jak najdłużej wyszło. Być może prawdą jest, że jeśli cokolwiek może tu zaimponować, to nie poziom, ale ilość – jednak zaręczam, że to nie było moim celem! Piszę i po prostu samo tak wychodzi. Mam jakiś upośledzony zmysł szacowania i zazwyczaj to sama jestem zdziwiona pod koniec, że tyle tekstu mi wyszło. :D
    Tak w zasadzie to Jacca nie zgodził się pomóc obu braciom, przystał na prośbę Jago, Jory'emu nie pomógł (chociaż odmowy nie zawarłam w tekście; potem sprawdził co prawda tego, o którym opowiadał najstarszy brat, ale tym, co tam przeczytał, podzielił się nie z Jorym, ale z Jagonem), ale nie dlatego że źle życzył bratu. Po prostu wiedział, że pomagając Jory'emu przysłużyłby się złej sprawie.
    W każdym razie, w tym opowiadaniu chciałam przedstawić Jaccę w konkretnych rolach społecznych – jako syna i brata. Sądząc po tym komentarzu, jakoś mi się to udało, z czego się cieszę.


    @czekoladowa masa

    Cóż... Podzieliłam tekst na segmenty, więc miałabyś ułatwioną sprawę, gdybyś zechciała sobie czytanie rozłożyć w czasie i opowiadanie podzielić na części. :D Cieszę się jednak, że długość Cię nie przeraziła i że zostawiłaś komentarz. Bardzo mi miło z powodu Twojej opinii, szczególnie o Jacce. Moim celem było opisanie go nie tyle jako Jaccę ogólnie, ale jako syna i brata, więc na jego kontaktach z rodziną się skupiłam. I potem miałam wrażenie, że osobowościowo wypadł słabo, blado. Dlatego trochę mi ulżyło, że nie uznajesz go jako kogoś nijakiego!

    @cogtio

    Oj tam, oj, jesteś zbyt skromna. :D
    Trochę się spodziewałam, że większość skupi się już na trwającej wojnie, ja chciałam podejść do tematu od trochę innej strony – od początku – co zresztą pasowało mi do mojej postaci. Dlatego też drastycznych scen raczej nie ma, a akcenty chyba padają bardziej niż na akcję, to na rodzinę Jakki i relacje w niej panujące.
    Dzięki za komentarz!

    @zupełne beztalencie

    1. Jacca po prostu dodał dwa do dwóch. Jago opowiada mu Likaonie, czyli wilkołaku, który zamordował dziecko klientów Radleya. Mówi też o tym, że Likaon prawdopodobnie jest powiązany z kornwalijskimi czarodziejami, których wcale nie ma tak wielu. Potem przychodzi Jory i też mówi o jakimś wilkołaku, który jest Kornwalijczykiem i nazywa się Edern Negus. Jacca nie wierzy, że to zbieg okoliczności, w archiwum więc sprawdza tego Negusa i z tego, co tam wyczytał, wnioskuje, że to Likaon. Co i tak się na niewiele zdało, bo ktoś inny Likaonem się zajął.
    O Likaonie wiele nie wiadomo, bo tak naprawdę nie on był tutaj najważniejszy – no, a na pewno nie jako jednostka, raczej jako część czegoś większego. Konkretnie czego? Jacca, za którym narracja podąża, przecież nie jest w tym wszystkim doskonale zorientowany, więc...
    2. A tutaj akurat nie będę dopowiadać. Jory powiedział to, co powiedział, na razie niech tyle wystarczy. :D

    Jeśli chodzi o to wtrącenie... Rozumiem, że może przeszkadzać, mnie pasuje, bo wprowadza jakiś rytm, element stały w tej chaotycznej przemowie, no i dzięki temu monolog Jory'ego nie jest ścianą tekstu, przez którą pewnie ciężko byłoby przebrnąć. Obdziera z dramatyzmu? Hm, może to dobrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za dużo opisów itd.? Hm, być może masz rację. Wolę zastrzec, że nie pisałam tego w ten sposób, aby było jak najwięcej tekstu i celowo rozpychałam opowiadanie. Po prostu... samo tak wyszło. Tyle że oczywiście jestem głupia i chociaż na napisanie opowiadania czasu było mnóstwo, zabrałam się do pracy ostatniego dnia. Przez to nie miałam już czasu na dokładne sprawdzenie. Gdybym była mądrzejsza, skończyła całość wcześniej, pozwoliła tekstowi odleżeć i zabrała się za jego korektę, to wtedy (oprócz tego, że opowiadanie uboższe byłoby w literówki itp.) pewnie bym powycinała niepotrzebne sceny czy dłużyzny.
      Teraz będę dokonywała tylko poprawek kosmetycznych, ilość słów zostanie taka jest, bo ucinanie czegoś byłoby moim zdaniem zbytnią ingerencją w opublikowany już tekst. :)

      @WSZYSCY

      Dziękuję wszystkim za przeczytanie i skomentowanie, a także za wytknięcie błędów! (Za które bardzo przepraszam.) Na dniach to poprawię, ale na razie mam tak dość tego opowiadania, że muszę od niego odpocząć. Potem wrócę, przeczytam od nowa i pozamieniam to, co mi wytknęliście i to, co sama jeszcze znajdę, bo podejrzewam, że takich chochlików jest tutaj więcej.

      Usuń
    2. Ja tam w ogóle nie poprawiam już opublikowanych tekstów... :P Miłego pisania! :)

      Usuń
  6. Okej, obiecałam sobie, że pozostawię komentarz, jak już przeczytam notkę, więc... Oto jestem!

    Uwielbiam sposób, w jaki zapisujesz dialogi. Tak naprawdę w całym opowiadaniu właśnie to podobało mi się najbardziej (nie twierdzę tym samym, że notka jest zła, skąd) — są naturalnie, nienapuszone, wyciągnięte z realnego świata, a każda z postaci wypowiada się w zupełnie inny sposób, co mi się bardzo podoba.

    Przedstawienie bohaterów niemal wzorcowe! Jedynie imiona obu braci mi się mieszały (och, czy one muszą być takie podobne), za to ich charakter wcale. Przez to musiałam wciąż podjeżdżać na górę, by rozróżnić z fragmentów Jory'ego od Jago (Jagi?), ale wcale nie sprawiało mi to wielkich problemów.

    Mam problem jednak z Jaccą (oprócz odmiany imienia), a mianowicie jego charakter jest dla mnie kompletną zagadką. Pokazuje się jako osoba twarda i nieustępliwa w rozmowie ze starszym bratem, a byle absolwentka Hogwartu jest w stanie wprawić go w popłoch. Tak samo przy rozmowie z Valancy, gdzie wydaje się znów być zupełnie opanowany... Nie kupuję tej jego kochliwości, niestety.

    Ogólnie podobał mi się zamysł opowiadania. Nie rozlewasz krwi, nie biadolisz nad ciężkim losem, nie pokazujesz bitwy, za to wprowadzasz nas powoli w ten stan napięcia przedwojennego. Mnie kupiłaś kompletnie, jestem zakochana w Twoim stylu pisania, a przez ten cały czas odnosiłam wrażenie, że czytam fragment wyrwany żywcem z jakiejś książki.

    Stuprocentowo zasłużone pierwsze miejsce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jory, Jago, Jacca... No, może te imiona są nieco zbyt podobne, ale tak jakoś zachciało mi się nazwać ich kornwalijskimi imionami na j, ale przepraszam za ten efekt, przez który się mylą. :D Co do odmiany... Jago jest raczej niepopularnym imieniem, więc ciężko znaleźć zaufane źródło, które pokazałoby, jak powinno się to imię odmieniać, więc sama nie jestem tego pewna. W tekście chyba pisałam tak, aby Jago zawsze było w mianowniku, ale jak już odmieniam, to tak samo, jak odmienia się np. Bruno (a przynajmniej powinno) czy Draco. Czyli Jago, Jagona, Jagonowi, Jagona, Jagonem, Jagonie, Jago. Jeśli chodzi o Jaccę, to – Jacca, Jakki, Jacce, Jaccę, Jaccą, Jacce, Jacco. Okej, wiem, że w sumie niepotrzebnie to piszę, ale, no nie wiem, może interesujesz się deklinacją. :D

      W sumie nie dziwi mnie Twój problem z Jaccą i charakterem, ponieważ, jak już pisałam w innym komentarzu, akcenty rozłożone są tak, że Jacca, chociaż niby jest głównym bohaterem, gdzieś ginie między innymi postaciami i wypada blado, nieciekawie. Ale! Mimo trochę się potłumaczę, chociaż pewnie nie powinnam.
      Ogólnie to ten fragment o kochliwości nie był pisany całkowicie na poważnie, raczej trochę z przymrużeniem oka. Jasne, Jacca nierzadko się zadurza, czasem zakochuje, ale bez przesady – nie zaczyna uwielbiać każdej napotykanej przez siebie kobiety. :D
      Jeśli chodzi o jego zachowanie przy Sylvie. Hm, moim calem nie było go przedstawienie w tej sytuacji jako kogoś płochliwego – jeśli tak to odbierasz, to po prostu musiałam coś schrzanić. ;/ Ale prawdą jest, że nie był tak pewny, jak w kontaktach z innymi. Dla mnie to całkiem zrozumiałe – znajdował się na nieznanym dla siebie terenie, rozmawiał z osobą, której zbyt dobrze nie znał, a która czytywała miłosne listy, które pisywał (a w których mógł wypisywać naaprawdę różne rzeczy!)... Co nie zmienia faktu, że jeśli wypadł jak strachliwa firanka, to niczym swojego błędu nie wytłumaczę.
      Może kiedyś napiszę o nim coś jeszcze i wtedy być może wypadnie lepiej.

      Dzięki za przeczytanie i komentarz! :D

      Usuń