Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

12 XII 2006r | Krukonka | VII | czystokrwista
Można bez problemu otwarcie stwierdzić, że ta farbowana szatynka jest osobą dwulicową. Dodatkowo w jej przypadku jest to cecha dobra, bo w końcu dzięki niej przeżyła sześć lat bez większych obrażeń psychicznych stojąc na pograniczu dwóch światów - rodzinnego domu i Hogwartu. Podobnie jak jej młodsza siostra nienawidzi rodzicieli. Audrey jest całkowicie podporządkowana swojemu mężowi, co czyni ją zwykłym tchórzem i kobietą bez własnego zdania, co swoją drogą jest żenujące. Z drugiej strony Percy wymagał od niej rzeczy na pierwszy rzut oka niemożliwych do zrealizowania, które jak się okazało dla Molly były wykonalne. Mówi się, że ludzie, którzy są dobrzy ze wszystkiego nie istnieją. Żywym przykładem obalającym tą hipotezę jest właśnie Panna Weasley. „Byleby mieć święty spokój.” – powtarza zawsze. Tak naprawdę nikt w to nie wierzy, bo każdy głupek zauważyłby zadowolenie na jej twarzy, kiedy w rękach trzyma pergamin z wymalowaną czerwonym atramentem najwyższą oceną. Na pokaz wszystkim uczy się zacznie więcej niż inni, jednocześnie znajdując czas na przyjemności. W tym momencie karta ukazująca nudną kujonkę bez życia prywatnego oznaczona imieniem Molly odwraca się i ukazuje zupełnie inną osobę, którą dziewczyna odkrywa jedynie prywatnie, dla grona uczniów Hogwartu. To właśnie ona jakimś dziwnym cudem potrafi przemycić do murów szkoły najlepszą Ognistą Whisky. Z naciskiem na NAJLEPSZĄ. Nocą zamiast spać wymyka się z łóżka i na boso biega po korytarzach śpiewając ulubione mugolskie piosenki. Podczas śniadania rzuca jajkami we wrednych Ślizgonów, bo przecież nie może pozwolić im wyzywać siebie od rudych piegusek. Nie raz już udało jej się spuścić łomot jednemu z nich, który składał jej nieetyczne propozycje. Chodzą plotki, że zaprzyjaźniła się z centaurem zamieszkującym Zakazany Las i codziennie, późnym wieczorem zanosi mu budyń, który zwędziła podczas kolacji. Nie potrafi złożyć chociażby jednego zdania pozbawionego sarkazmu a wredność ma wypisaną na czole. Władcza, bo przecież lwica. Bardzo przesądna, wierzy we wszystkie horoskopy. Zaczarowała swojego kota, żeby zawsze był mały. Nie do końca jest przekonana o legalności tego zaklęcia, które udało jej się znaleźć w dziale Ksiąg Zakazanych, ale czego się nie robi dla słodkich zwierzątek. Dla utrzymania przykrywki powinna zostać prefektem, ale nie uważa siebie za wzór do naśladowania. Ciekawe dlaczego. Podobno przyciąga ludzi do siebie jak magnes dzięki tej tajemniczej iskierce w oku. A jak będzie z Tobą? 

MOLLY WEASLEY II
RELACJE | PIKI
(c)


Przyznam się bez bicia, że po raz pierwszy stworzyłam postać nie skrywającą w sobie ogromu mroku. Mam nadzieję, że jakoś mi wyszła i że razem stworzymy jakieś popaprane relacje :)

24 komentarze:

  1. [O kurczę. To zdjęcie jest hipnotyzujące. Zaiste. Doskonałe.]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Zgadzam się z przedmówcą, pani na zdjęciu hipnotyzuje. Ogóle podoba mi się taka Molly.]

    James Potter

    OdpowiedzUsuń
  3. [Piegi rzeczywiście łączą ludzi, choć w przypadku tej dwójki to raczej połączenie satelitarne. ;) Trochę mi szkoda, że oboje z różnych domów, bo kurczę... kusi mnie to zdjęcie. I te piegi. I te jajka, choć Avery wolałby nie być celem. Bardzo fajna postać z tej Molly. Taka dopracowana, super!]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hipnotyzująca, przyznaję. No cóż, jak będzie ochota na wątek z kuzynem, to zapraszam]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Ochota jest! I nawet podstawa pod wątek dość solidna - oboje należą do Klubu Astronomów i są w VII klasie. Jak nic można coś wymyślić, choć wciąż nie wiem jak to zrobimy z relacjami.]

    OdpowiedzUsuń
  6. [To ja spróbuję coś wymyślić i jutro dam znać <3]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Molly jest prześliczna i urocza i ogólnie wydaje mi się, że dogadałaby się z moją pannicą! :)]

    Haidemarie/Octavian

    OdpowiedzUsuń
  8. [Jest genialna. I zdjęcie jest cudowne... I popatrz, ten sam dom, ten sam rok. Będę intensywnie myśleć nad czymś dla naszych postaci ;)]

    Ajrun

    OdpowiedzUsuń
  9. [Nonono. co ja tutaj widzę?]

    wiesz kto

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ale ty wiesz, że jak on dostanie jajkiem, to wstanie do niej i jej odda? Podoła, podoła, Byron docenia ludzki upór. I nie umiałby oprzeć się tym oczom, ach.]

    Byron

    OdpowiedzUsuń
  11. [Wiesz, może nie do końca tak by to było - Selwyn najprawdopodobniej dosłownie by się do niej pofatygował z jakimś sosem/innym kleistym jedzeniem i wylał jej na głowę. Ale to nie zmienia faktu, że nauczyciel mógłby chcieć go ukarać, a wtedy Byron zaznaczyłby, że nie on zaczął i tym oto sposobem szlaban dostałaby także Molly.
    Ujdzie?]

    Byron

    OdpowiedzUsuń
  12. Byron nigdy nie umiał znaleźć żadnego sensownego powodu, dla którego jego koledzy z domu obrzucali obelgami ─ do tego dość słabymi i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach żałosnymi jak cholera ─ przypadkowych uczniów. Okej, gdyby kłócili się z Gryfonami mógłby przymknąć oko, sam nie znosił uczniów Domu Lwa, ich zachowanie działało mu na nerwy, ale przestał ich zaczepiać jakoś w czwartej klasie, ponieważ uznał, że w przyszłości któryś z tych kmiotków może okazać się jego szefem. Lepiej nie ryzykować posady przez głupie wybryki ze szkolnych lat.

    Krukoni mu nie przeszkadzali, właściwie większość z nich wydawała mu się połączeniem ślizgońskiego temperamentu z niezwykłą miłością do przesiadywania nad książkami. Byli nieszkodliwi, póki się ich nie prowokowało, ba, jeśli umiało się ich uprzejmie podejść, pomagali w pracy domowej, więc wchodzenie z nimi na wojenną ścieżkę wydawało się Selwynowi najdurniejszym pomysłem pod słońcem...

    Tamten dzień zapowiadał się naprawdę dobrze ─ kończył po trzech lekcjach, popołudnie zamierzał spędzić na odrabianiu pracy domowej, by później bez stresu udać się na trening. A jeśli nic mu nie wypadnie, zostanie mu cały wieczór na leżenie na sofie w pokoju wspólnym, przyglądając się, jak koledzy męczą wypracowanie z zaklęć.

    Jednak najpierw oni postanowili wymęczyć go już podczas śniadania. Naprawdę miał gdzieś, co ta Weasley im zawiniła ─ z początku i tak jej nie poznał, ale musiał przyznać, że w brązie było jej do twarzy ─ ale nie miał zamiaru wysłuchiwać ich usilnych prób doprowadzenia jej do... szału? Płaczu? Nie wiedział, jaki mieli cel w nazywaniu jej "brzydką pieguską", zwłaszcza że obrażające ją ślizgonki same wyglądały jak coś, w co mógłby zamieniać się bogin.

    Skupił się na swoich tostach, ale nie było dane mu zjeść ich do końca, ponieważ nagle poczuł, jak coś ląduje na jego głowie i powoli spływa po lewym policzku. W ciągu sekundy wpadł w prawdziwą wściekłość, bo jeśli Byron miał coś, co podlegało ochronie, to jego fryzura.

    ─ Jaki ty masz problem, głupia? Nie mam nic wspólnego z tymi obrażającymi cię kretynami! ─ warknął, wstając gwałtownie, a w dłoni już trzymał różdżkę. Jednym machnięciem uniósł dzbanek z sokiem dyniowym, a drugim sprawił, że napój pomknął w stronę Krukonki, oblewając ją dosłownie od stóp do głów.

    Usiadł, zgrzytając zębami. Sięgnął po serwetkę, aby chociaż pozbyć się jajka z twarzy. Świetnie. Cały dobry humor szlag trafił, naprawdę marzył o tak cudownym początku dnia.

    ─ Selwyn! Do mojego gabinetu, JUŻ! ─ ryknęła nauczycielka numerologii, która znikąd pojawiła się między stołami Ślizgonów i Krukonów.

    ─ Ja nic nie zrobiłem ─ odburknął, rzucając pomięte serwetki na swój talerz, wstał, chwycił torbę i wyszedł zza stołu. ─ To Weasley zaczęła, jej pani nie ukarze?

    ─ Cisza! Widzę ciebie i pannę Weasley u mnie za pięć minut!

    Świetnie. Po prostu cudownie.


    Byron

    OdpowiedzUsuń
  13. Byron nie był mściwy. Nie w tamtej chwili, znaczy się. Chciał po prostu doprowadzić do tego, by sprawiedliwość dosięgła nie tylko jego, ale i tę Krukonkę, która chyba sądziła, że rzucanie jedzeniem w kogo się da ujdzie jej na sucho. Wiedział, że zachował się jak zwykły buc, ale w tamtym momencie rządziła nim chęć odwdzięczenia się jej pięknym za nadobne. I tyle.

    Nie chcąc pogarszać swojego i tak już beznadziejnego położenia, bez słowa odmaszerował w stronę gabinetu. Po drodze obmyślał linię obrony, która będzie na tyle wiarygodna, że szlaban nie okaże się zbyt okrutny. Może to dziwne, że wolał taką karę, ale Slytherin ostatnio stracił za dużo punktów, a Selwyn chciałby jeszcze w swojej szkolnej karierze przyczynić się do pomnożenia szmaragdów w ogromnej klepsydrze, nie do rozpływania się ich w powietrzu...

    Póki był sam, kilkoma machnięciami różdżki pozbył się resztki jajka, po czym wyciągnął kieszonkowe lusterko i grzebień, aby doprowadzić włosy do porządku. Nie mógł przecież łagodzić swojej winy w takim stanie, wyglądając jak jakiś obdartus. To mu wcale nie pomoże, a matka zawsze powtarzała, że im lepiej się wygląda, tym więcej można ugrać.

    Gdy zobaczył Weasley zmierzającą w jego kierunku, machinalnie zacisnął zęby i oparł się o ścianę, krzyżując ramiona. Po cichu liczył, że nie będzie musiał znosić jej przemądrzalczych gadek, wysłuchają kazania nauczycielki i rozejdą się w swoje strony.

    Niestety, ten dzień mógł już spisać na straty i zaliczyć go do tych, w których wszystko działo się kompletnie na opak.

    ─ Zauważ, że ja obraziłem cię dlatego, że rzuciłaś we mnie jajkiem zupełnie bez powodu i bez pomyślunku, miałem prawo ─ odparł ze spokojem, nie mogąc uwierzyć, że ona jeszcze chce drążyć te temat. I ona była w Ravenclawie? Tiara musiała być nieźle wyświechtana, gdy wylądowała na głowie tego niegdyś-rudzielca.

    Parsknął drwiąco, kiedy tak uprzejmie wyraziła obawę o jego zdrowie. To znaczy, nie powiedziała tego wprost, ale na pewno martwiła się o to, że przez jej zachowanie oberwie się jemu!

    ─ Jeśli będą mścić się tak, jak tobie próbują dopiec, to nie mam czego się obawiać ─ sarknął, kręcąc z politowaniem głową. Zlustrował ją spojrzeniem, z dumą podziwiając efekt rzuconego zaklęcia lewitacji. ─ Nie wiem, dlaczego ich docinki tak cię złoszczą, przecież nie jesteś jakoś wybitnie obrzydliwa.

    Och, jakże powinno jej być teraz miło.

    Byron

    OdpowiedzUsuń
  14. Za jego słowami nie kryła się ani chęć uśpienia jej czujności w ramach szatańskiego planu, ani w ogóle nic. Po prostu stwierdził oczywisty fakt, tak jak można zrobić to na temat pogody za oknem czy dań serwowanych na obiad. Byron nie prawił nikomu komplementów, bo trudno było mu zaimponować, a suche komentowanie czyjegoś wyglądu uważał za słabe, bowiem żył w przekonaniu, że wszyscy ─ tak jak on ─ dobrze widzieli swoje odbicie w lustrze, a co za tym szło, jeśli ktoś miał urodę dyskretną, nie potrzebował dodatkowych zapewnień, skoro i tak zapewne spędzało mu to sen z powiek.

    ─ Naprawdę? Wspomnę o tym przy szukaniu pracy. ─ Wywrócił oczami, ale, mimo chęci odpowiedzenia w mniej uprzejmy sposób, uśmiechnął się kątem ust.

    Szybko jednak zniknął, bowiem w tej chwili nauczycielka zaprosiła ich do środka. Ta kobieta nauczała tu od niedawna, dokładniej od momentu, w którym profesor Septimus ─ o ile można było wciąż tak o nim mówić ─ uznał, że w sumie woli siać chaos w świecie czarodziejów od nauczania przyszłych pokoleń. Byron żałował, że tak wyszło, bo Hector naprawdę był świetny w tym, co robił, i z jego lekcji można było wynieść mnóstwo ciekawych rzeczy.

    A nowa nauczycielka... skupiała się przede wszystkim na pokazaniu, że nadaje się do swojej roli, głównie poprzez karanie wszelkich uczniowskich wybryków. Selwynowi odechciewało się uczęszczać na lekcje numerologii, bo zaczęły przypominać... Właściwie to były podobne do niczego.

    ─ Proszę usiąść. ─ Wskazała dwa proste krzesła, po czym zasiadła w fotelu po drugiej stronie grubo ciosanego biurka. Starała się wyglądać na surową, ale jej mina bardziej przypominała Byronowi efekt problemów żołądkowych, przez co z trudem powstrzymał głupi uśmieszek, mogący wpędzić go w jeszcze większe tarapaty.

    Gdy uczniowie wykonali jej polecenie, nauczycielka wzięła głęboki wdech i zaczęła kazanie:

    ─ Wasze dzisiejsze zachowanie w Wielkiej Sali było naprawdę karygodne. Spodziewałam się większej dojrzałości po uczniach siódmego roku, zwłaszcza tych pochodzących z tak dumnych domów jak Slytherin i Ravenclaw. ─ Uniosła nieco wyżej podbródek, a jej wzrok padł na Byrona. ─ Panie Selwyn, może mi pan wytłumaczyć, dlaczego oblał pan pannę Weasley sokiem dyniowym?

    Ślizgon westchnął ciężko, mając średnią ochotę do wracania do tej okropnej chwili, w której na jego głowie wylądowało jedzenie.

    ─ Rzuciła we mnie jajkiem. Ot tak, bez powodu, gdy jadłem spokojnie śniadanie. Zdenerwowałem się jak każdy człowiek zdolny do jakichkolwiek emocji, może faktycznie przesadziłem z tym dzbankiem, ale do wyboru miałem jeszcze gorącą herbatę, więc i tak skończyło się dobrze. ─ Po tych słowach posłał Molly złośliwy uśmiech.

    ─ A nie wpadł pan na to, by poinformować nauczyciela o tym, co dzieje się przy stole?

    ─ Nie jestem donosicielem, pani profesor. Ale jeśli tylko ja zostanę ukarany, z pewnością nim zostanę.

    Kobieta zmrużyła oczy i pochyliła się w jego stronę.

    ─ Za groźby wobec nauczyciela grozi zawieszenie w prawach ucznia ─ rzekła zimno, ale gdy Selwyn wzruszył ramionami, przeniosła wzrok na Molly. ─ A pani, panno Weasley? Co ma mi pani do powiedzenia?

    OdpowiedzUsuń
  15. [jak tak zaczęłam się przyglądać, to faktycznie! :o i wydaje mi się, że masz rację. może być zazdrosna. zła. wściekać się. oczywiście w samotności. ewentualnie możemy postawić na rodzinny zjazd podczas którego wybuchnie taka awantura, że szyby w oknach, ratujcie się. co sądzisz?]

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  16. Lucy nienawidziła rodzinnych zjazdów.
    Było na nich zdecydowanie zbyt dużo rudych głów, wskutek czego Hugo stawał się nagle Loiusem, Lily - Rose, a ona sama kuliła się pod schodami, obserwując tą zbieraninę rudowłosych w jednym miejscu i zastanawiając się, jak to w ogóle jest możliwe. Myślała niejednokrotnie o tym, że gdyby przypadkowo jakiś szalony fotograf zawędrował do tego domu, miałby uciechę i niezłą kasę z tych zdjęć, na których uwieczniłby wielkie chwile kompromitacji pokolenia Weasley-Potter.
    Cieszyło ją, iż wyłamała się z tego stereotypu marchewkowego Weasleya, jakkolwiek nie była jedyna - kuzynka Roxanne i kuzyn Fred, James i Albus... Niemniej jednak w głowach nauczycieli zapewne utarty schemat przedstawiał piegowatego rudzielca, z lekka tępego i skłonnego do kawałów, co Lucy bardzo, bardzo się nie uśmiechało. Miała ochotę wrzeszczeć, gdy w pierwszej klasie, przy wyczytywaniu obecności, profesorowie robili wielkie oczy widząc jej nazwisko, a potem rzucali niby to dyskretne spojrzenie na jasną czuprynę. Ich gały wyłaziły wtedy jeszcze bardziej na wierzch, jak jej i kuzynom, kiedy wujek Artur obwieścił, że zdjęcia mugoli się nie ruszają.
    To co, oni się nie męczą stojąc tak w jednej pozycji?, spytała wtedy któraś z kuzynek, a wujek zerknął na nią z obawą, po czym odszedł, mamrocząc coś pod nosem.
    Na tym konkretnym zjeździe, Lucy-nieruda-Weasley ukryła się wygodnie w pokoju na strychu i, podgryzając wielkie, czekoladowe ciastko, obserwowała sobie świat z góry, kompletnie ignorując nawoływania rodziców i ciotek, by zeszła na świąteczny obiad. Nie wiedzieli - bo skąd? - gdzie jest, więc spokojnie machała w powietrzu chudymi, dziecinnymi nogami, mając głęboko w nosie dochodzące z dołu wrzaski.
    Chcąc, nie chcąc, zaczynała wkraczać w niebezpieczny etap życia. Nie była dzieckiem, mimo bardzo dziecinnej postury, coraz częściej dochodziła do wniosku, że ma najzwyczajniej w świecie dość. Dość rodziców, swojej najcudowniejszej, najmądrzejszej siostrzyczki-Krukonki, która wiecznie patrzyła na nią z pogardą, dość domu i dość wracania na głupie, głupie zjazdy!
    Ze złością uderzyła parę razy pięścią w kolano, aż syknęła z bólu. Pewnie zostanie jej siniak, bo wystarczyło, żeby ktoś rzucił w nią kasztanem, żołędziem czy jakimkolwiek malutkim i lekkim przedmiotem, a wykwitała jej w tym miejscu ogromna, ciemnofioletowa plama.
    - Nienawidzę was wszystkich - warczała złowrogo pod nosem, kiedy nagle usłyszała czyjeś kroki.
    Ktoś się do niej podkradał. Lucy momentalnie odwróciła głowę.

    kochająca siostrzyczka.

    OdpowiedzUsuń
  17. Kiedy siostra chciała być dla niej miła, starała się, Lucy czuła tylko ogień, który palił ją w gardle i powodował, że zamiast tego, co chciała powiedzieć, z jej ust wydobywał się duszący, gęsty dym. Pożar w środku nie ustawał, bo to bolało, że nie umiała docenić nikogo ani niczego. Tłumaczyła sobie wielokrotnie, że to nie tak, że to nie wina Molly, a rodziców. Że ten idiotyczny podział, który powstał między nimi, to jakiś idiotyzm.
    Nie umiały ze sobą rozmawiać.
    Będę wrzeszczeć, myślała czasem Lucy, obserwując relacje ojca czy matki ze starszą córką i porównując je z tym, jak zachowywali się wobec niej. Jak gdyby jedno spojrzenie na tą nieudaną, tą młodszą, potrafiło zamienić ciepły ogień w lód. Przysięgam, że będę wrzeszczeć. Wszystko niszczycie!
    A jednak nie mówiła nic, patrzyła tylko i oczy jej ciemniały z tłumionego gniewu i żalu, nienawistne spojrzenie zatrzymując przede wszystkim na ojcu. Był jak dowódca na wojnie; wszystko musiało być tak, jak sobie zażyczył, bo inaczej reszta świata miała przewalone. Lucy z całego serca pragnęła, by ją zauważył, ale dla niego ona zawsze była niewidzialna. Przyjmowała formę i kształt, kiedy akurat pojawiły się nowe zajęcia pozalekcyjne, taniec czy malowanie, kiedy przychodzili goście i miał okazję się pochwalić perfekcyjnymi córeczkami. Poza tym jakby nie istniała, jakby jej nie było.
    Obrzuciła siostrę czujnym spojrzeniem. Jej oczy zalśniły w półmroku.
    - Nie chcę być z nimi - odparła ponuro, opierając się o ścianę i podciągając kolana pod brodę. Ojciec zawsze w takich sytuacjach strofował ją, że wygląda jak chłopiec, a jest przecież dziewczynką. Lucy przychodziła na myśl Roxanne i to, że dobrze zrobiła, nie trzymając się z wrednymi dziewczątkami.
    - Jest ich tam za dużo, a ja nie lubię tłumów. I nie dam zrobić z siebie idiotki z kolejnym bzdurnym wierszykiem - stwierdziła, z niezwyczajną u czternastolatki zaciętością, wodząc wzrokiem gdzieś za głową siostry, jakby obserwowała rudowłosy klan.
    Klan siedział przy stole, śmiał się, żartował i rozmawiał, a Lucy czuła, że nienawidzi swojego życia. Och, tyle razy zdarzało jej się marzyć, by urodzić się jako córka innego z wujków. Przeżyłaby nawet fakt ognistych włosów, byleby móc spokojnie dorastać i robić to, co robią dziewczyny w jej wieku.
    Ale nie. Nikt nie dał jej wyboru.

    Lucy.

    OdpowiedzUsuń
  18. [ A z kim mi ten wątek proponujesz? Bo jak widzę więcej niż jedną postać, to nie wiem, gdzie oczy podziać. ;D]

    Triston Marceau

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie widział powodu, dla którego miałby skłamać. Przecież niczego nie zrobił, to znaczy, tak, oblał ją sokiem, ale nie przez własne widzimisię. To z jej winy doszło do całej sytuacji, gdyby nie była taka podatna na głupie docinki, każde z nich spokojnie zjadłoby śniadanie i rozeszło się w swoje strony!

    Jak tak na nią patrzył podczas pobytu w gabinecie, to doszedł do wniosku, że życie takiego idealnego pupilka musi być cholernie trudne ─ nie wolno nic przeskrobać, nie wolno było schodzić poniżej jakiegoś poziomu, aby nie usłyszeć "Nie spodziewałam się tego po tobie" albo, co gorsza, "Zawiodłaś mnie", ba, wszystko zdawało się być zakazane! Nie twierdził, że przykładanie się do nauki to strata czasu, przeciwnie, ale z drugiej strony raz na jakiś czas każdy powinien poluzować... gumkę w koczku. Odnosił jednak wrażenie, że w Hogwarcie mało kto umiał zachować umiar ─ albo natykał się na chorobliwie ambitnych kujonów, albo kretynów, którzy szkołę traktowali jako miejsce do zabawy.

    On, oczywiście, znalazł złoty środek. Powinien chyba dawać lekcje z rozsądku...

    Trochę zirytował go fakt, że nauczycielka od razu nie wyznaczyła im czasu, miejsca oraz rodzaju kary. Kadra chyba żyła w przekonaniu, że uczniowie nie mają nic innego do roboty i z radością będą latać od gabinetu do gabinetu. Po zajęciach chciał się zdrzemnąć! Wiedział, że szybko spać nie pójdzie, więc zamierzał chociaż chwilę pokimać, ale oto czekała go niekończąca się wycieczka pomiędzy klasą a pokojem nauczycielskim.

    Świetnie.

    ─ Kruki wcześnie opuszczają gniazdo! ─ zawołał za nią, nic nie robiąc sobie z jej nagłego oburzenia. Nigdy chyba nie zrozumie dziewczyn, wszystkie co chwila miały jakiś problem albo pretensje, nawet nie racząc podać powodu. Była na niego wściekła, że rzuciła w niego jajkiem i dostała za to szlaban? I weź człeku znajdź w tym rozumowaniu logikę.

    Pomaszerował na lekcje, bo cóż innego mu pozostało? Przetrzymał jakoś te kilka godzin, ponarzekał na ilość pracy domowej, zdobył pięć punktów za poprawną odpowiedź na OPCM ("Podaj formułkę zaklęcia obezwładniającego olbrzymy", łatwizna) i stracił je pięć minut później, gdy wdał się w dyskusję z kolegą z domu, podczas której nazwał go chińską podróbą ścigającego (chyba jasne, dlaczego profesor Lee się na niego wściekł...).

    Gdy on i Weasley stawili się w gabinecie nauczycielki numerologii, zostali poinformowani o konieczności dokładnego wyczyszczenia ─ bez różdżki ─ wszystkich trofeów oraz innych gratów w Izbie Pamięci. Selwyn nie należał do wielkich fanów sprzątania, ale wolał odkurzanie od, na przykład, czyszczenia nocników. Fuj.

    Kobieta odprowadziła ich na miejsce kary, jeszcze raz pouczyła o zakazie używania czarów i zatrzasnęła za nimi drzwi Izby. Byron rozejrzał się po tym ogromnym pomieszczeniu, pełnym gablot z pucharami, odznakami prefektów naczelnych oraz tabliczek upamiętniających najbardziej zasłużonych absolwentów oraz nauczycieli.

    ─ To jak, pewnie marzysz o wypucowaniu nagród swojego dziadka i jego kumpli, co? ─ spytał zaczepnie, podchodząc do wyglądającej na najnowszą gabloty z wielką, złotą tablicą, na której wygrawerowano nazwiska Wybrańca, Hermiony Weasley i reszty ryżej rodziny, która brała udział w drugiej wojnie.

    OdpowiedzUsuń
  20. Z jakiegoś powodu sądził, że odpowiedź Weasley odniesie się do roli rodziny Selwyna we wszystkich bohaterskich poczynaniach ulubieńców czarodziejskiego świata. Nawet przygotował sobie złośliwą ripostę, dlatego fakt, że nie mógł jej wykorzystać niezmiernie go zirytował i zmusił do wygłoszenie pod nosem kilku obelg pod adresem... niczyim w sumie.

    Po prostu rzucał mięchem w eter, powinien chyba spróbować coś z tym zrobić.

    Słuchał jej powarkiwania w milczeniu, z zaciekawieniem oglądając ostatni zdobyty przez Ślizgonów quidditcha, wygrany tuż przed szczęśliwą passą Gryfonów z lat dziewięćdziesiątych. Z pewnym rozrzewnieniem przesunął palcem po wygrawerowanych w złocie literach, zastanawiając się, czy z nim jako kapitanem Slytherin miałby szanse. Och, oczywiście, że by miał, odezwał się hardy głosik w jego głowie, zmuszając Byrona do gorzkiego uśmiechu.

    Usiadł z pucharem na podłodze i sięgnął po ściereczkę oraz detergent.

    ─ Jeśli już skończyłaś dzielić się ze mną wstydliwymi sekretami swojego życia, to, z łaski swojej, bądź ciszej albo zmień temat ─ przerwał jej krótko, chuchając na złoto i polerując pokryte parą miejsce tak, by lśniło.

    ─ Naprawdę nie interesuje mnie, co Molly Weasley robi za zamkniętymi drzwiami, lecz zapewniam cię, że jeśli wyprowadzisz mnie z równowagi, wymsknie mi się coś o tym jutro podczas śniadania. A moi koledzy raczej nie będą wnikać, czy mówiłaś to serio, czy nie. ─ Spojrzał na nią znacząco.

    Nie groził jej, tylko uprzejmie ostrzegał. Przecież gdyby chciał, mógłby rozdmuchać jej paplaninę do rozmiarów plotki większej nawet od tej, że prefekt naczelna ponoć urządza sobie tajne schadzki z pewnym uzdrowicielem, aby mieć pewny staż w Mungu!

    Selwyn może i zachowywał się czasem jak sukinsyn, ale nie był dupkiem ─ widział w dwóch tych określeniach zasadniczą różnicę w zachowaniu, a bycie zwykłym dupkiem uważał za coś poniżej swojego poziomu. Naprawdę nie zależało mu na wpędzaniu Krukonki w jeszcze większą nerwicę spowodowaną docinkami ze strony innych Ślizgonów.

    ─ Masz pająka na ramieniu ─ dodał po chwili, kiedy jego wzrok padł na tę część ciała dziewczyny.


    [O raany, ale obciach, dlaczego napisałam "dziadek"? Wstyd. :(]

    Byron

    OdpowiedzUsuń
  21. [Mnie też, zwłaszcza, że nigdy tak naprawdę w serii nie wyjaśnili, czym się zajmują (bo też nikt, cholerka, nie wiedział). Mam nadzieję, że podołam i Alexowi, bo już go strasznie polubiłam, taki z niego właśnie pocieszny Gryfon :D Też mi się coś wydaję, że Molly przyciągałaby jego spojrzenia, bo trochę ma w sobie tego magnetyzmu, oj tak. Tworzymy coś?]

    OdpowiedzUsuń
  22. [Może niech się spotkają w bibliotece, acz bardzo późną porą, powiedzmy o północy. Alexander będzie chciał znaleźć książkę w Dziale Zakazanym, o której słyszał na zajęciach, a która niestety nawet uczniom siódmego roku nie była przeznaczona. Miałaby mu pomóc w dowiedzeniu się czegokolwiek o jasnowidzach, oczywiście. Chłopak znajduje księgę, nie będąc świadomym obecności Molly w bibliotece, po czym ją otwiera. Słyszy krzyk, swój krzyk, taki rozdzierający serducho, przepowiadający mu ostatnie swe słowa przed śmiercią. Pada na ziemię, próbując zatkać uszy, uwolnić się od tego wrzasku. Jako, że Weasley niczego strasznego nie słyszy (oprócz błagalnych próśb chłopaka), podchodzi i zamyka wolumin, by potem... I tu zostawiam Ci dowolność :)]

    OdpowiedzUsuń
  23. Alexander nigdy specjalnie się nie zastanawiał, dlaczego księgi ułożone w Dziale Zakazanym znajdowały się dokładnie tam — po prostu przyjął, iż ich treść była na tyle mroczna, że nie nadawały się do użytku codziennego przez na przykład drugoklasistów. Nawet nie przypuszczał, że sięgnięcie za opasłe tomisko o przepowiedniach będzie dla niego miało takie poważne skutki i gdyby nie kolejny biblioteczny intruz, znaleźliby go następnego ranka, pewnie zupełnie ogłupiałego, niekontaktującego kompletnie.
    Wymknął się z Pokoju Wspólnego koło godziny dwunastej, gdy już większość Gryfonów czmychnęła do swoich dormitoriów, a cała reszta pląsała sobie swobodnie po zamku, czyhając na kłopoty. Stratford za kłopotami jakoś specjalnie nie przepadał, aczkolwiek bywało, że sam się w nie pakował i to jeszcze z szerokim uśmiechem na ustach.
    — Kto tam jest?! — głos woźnego poniósł się echem po korytarzu trzeciego piętra, ale brunet już zdążył zakryć się kotarą, by potem przebiec ukrytymi schodkami na drugie piętro — Zaraz cię dorwę!
    Całe szczęście, w tym samym momencie spadła jakaś waza, popchnięta przez któregoś z nocnych, czworonożnych intruzów, a woźny stracił wątek i za Alexandrem nie pobiegł. Chłopak odetchnął z ulgą, bo było naprawdę blisko, a on za kolejnym szlabanem raczej nie marzył.
    Popchnął ciężkie drzwi biblioteki, modląc się, by tego dnia upierdliwy profesor Lee nie kręcił się w pobliżu, tylko czekając na takie zabłąkane duszyczki, jaką Stratford bez wątpienia był. Nie cierpiał tego nauczyciela, a w dodatku uczucie to było odwzajemnione w stu procentach i to jeszcze ze sporą nawiązką. Chłopak aż skrzywił się na wspomnienie ostatniego wypracowana z OPCM, po czym oddał się zupełnie poszukiwaniom książki.
    Nie trzeba drugi raz opisywać sytuacji, w której się znalazł. Księga upadła, otwierając się na stronie z przepowiedniami, a chłopak upadł, kryjąc się od swego przeraźliwego krzyku. Pomijając fakt, że przez te pięć minut myślał, iż nadszedł czas jego śmierci, wszystko było w jak najlepszym porządku. Pomrugał kilkakrotnie, a widząc twarz dziewczyny tuż przez swoją, krzyknął przerażony i tak się zamachnął ręką, że uderzył otwartą dłonią w jej ramię.
    — Przepraszam — wymamrotał zmieszany — to ta książka, to przez nią. Usłyszałem krzyk, mój krzyk, nigdy jej nie otwieraj, nie warto.
    Jeszcze przed moment dochodził do siebie skulony na drewnianej podłodze, dysząc okropnie, ale w końcu mógł przytomnym wzrokiem omieść dziewczynę i nawet posłać jej przepraszający uśmiech. Zmarszczył lekko brwi, orientując się, jak śmiesznie musiał wyglądać.
    — Wybacz mi tą sytuację, ja naprawdę...
    — Wiem, że gdzieś tu jesteś! — chrapliwy krzyk woźnego kolejny raz dał o sobie znać. Starszy człowiek zapewne stał przy wejściu do biblioteki. — Ale szlaban ci się szykuje!
    — Zwiewamy — wyszeptał chłopak i nie czekając na reakcję dziewczyny, złapał ją za rękaw, by potem pociągnąć delikatnie w prawo, za półki z książkami. Teraz musieli tylko iść do końca tym korytarzykiem, by potem wybiec niezauważanie z biblioteki. Prawdą jednak było, że ich woźny miał sokoli wzrok, genialny słuch, natomiast szwankował jego refleks, jak i... Poziom inteligencji. Mieli jako-takie szanse.

    OdpowiedzUsuń