19 czerwca 2017

Czarodzieje są wsród nas! - event

Czyściciele powracają...
Najpierw cofnijmy się ponad sto lat wstecz, do samych początków. Dobroczynne Stowarzyszenie Nowego Salem to fanatyczna grupa mugoli założona w latach 20. XX wieku. Ich głównym celem było ujawnienie społeczności czarodziejów oraz doprowadzenie do ich zniszczenia. Organizacja ta działała wyłącznie na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki: członkowie grupy rozprowadzali po kraju ulotki z hasłem: Czarodzieje żyją wśród nas! chcąc za pośrednictwem broszur przyczynić się do ich całkowitej eliminacji. Stowarzyszenie Nowego Salem funkcjonowało do roku 1926. W tym samym czasie zniszczeniu uległo miejsce spotkań członków grupy: Kościół Drugich Salemian, co również przyczyniło się do wycofania się i zawieszenia podejmowanych działań.
Pierwowzorem Dobroczynnego Stowarzyszenia Nowego Salem byli XVII wieczni Czyściciele, od których Salemianie przejęli część swoich poglądów. Przez określenie Czyściciele rozumiano wówczas czarodziei niosących terror. Chcieli oni doprowadzić do eksterminacji własnej rasy, bratając się ze środowiskiem mugolskim i tym samym zaszczepiając wśród potomnych przekonanie, iż cały magiczny świat powinien zostać unicestwiony.

Teraz cofnijmy się około trzydziestu lat wstecz. Camus Crane był uważany za charłaka i wywodził się ze znanej amerykańskiej rodziny o arystokratycznych korzeniach. Jako jedyny jej członek pozbawiony czarodziejskiej mocy został z niej wykluczony i nikt nie potrafił zaakceptować jego magicznego defektu. Crane nie zamierzał jednak pozostać biernym. Obrał sobie za cel zemstę na tych, którzy przez całe jego dotychczasowe życie ograniczali się do wytykania mu jego słabości. Przez długie lata studiował księgi, szukał informacji i opracowywał plan, który miał przybliżyć go do wyznaczonego celu. Szukał bardzo długo, aż w końcu pewnego dnia natrafił na wzmiankę o nich. Zgłębiał wiedzę o tym działającym przed wiekami ugrupowaniu, nieco później natrafiając na tropy ich naśladowców, nazywających samych siebie Salemianami. Kilka lat później w Ameryce zaczęło dochodzić do niepokojących sytuacji, początkowo przemilczanych przez tamtejszy rząd. W przeciągu czterech lat zaginęło kilkunastu czystokrwistych uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa Ilvermorny oraz kilka osób zamieszkujących okoliczne miejscowości. W tym samym czasie niemal cały kraj zalała fala ulotek głoszących hasło, które co poniektórzy wiekowi amerykanie mogli jeszcze pamiętać. Czarodzieje są wśród nas.
Siatka wspólników Camusa Crane'a rozrastała się, podobnie jak jego plany i zamierzenia. Wizja zemsty stawała się przy tym realniejsza. Po dziś dzień nie wiadomo gdzie dokładnie działali - ich siedziba, przez czarodziejską społeczność określana mianem laboratorium - znana była wyłącznie im samym, oraz co dzięki temu zyskiwali. Dochodziło jednak do coraz częstszych porwań dzieci, głównie tych posiadających nieskażoną niczym krew. Również prowadzone na nich eksperymenty pozostają zagadką: nikomu nie udało się dowiedzieć, jakim sposobem Camus Crane oraz jego Czyściciele pozbawiali swoje ofiary większości magicznych umiejętności sprawiając, że stawali się oni prawie tacy sami jak on. Ich siejąca strach działalność, mimo iż w jej krytycznym momencie nie schodziła ona z ust amerykanów, dalej stanowi tajemnicę. Znany jest tylko mechanizm ich działania. Ulice pokryte broszurami, porwania, kończące się katastrofalnie eksperymenty. Terror trwał ponad dekadę do czasu, aż rządy Crane'a zakończyły się. Stworzona przez niego organizacja odeszła w niepamięć, a długoterminowy pobyt jego członków w więzieniu uspokoił amerykańską społeczność zastraszanych od lat czarodziei.

A teraz powróćmy do czasów najnowszych, do roku 2023. Camus Crane oraz blisko połowa jego pobratymców opuściła więzienie, jednak nie mogli oni pozostać dłużej na terenie Ameryki. Tam misja Czyścicieli dobiegła końca i przyszła pora na wybór innego miejsca. Takiego, którego mieszkańcy nie znaliby odradzającego się powoli Stowarzyszenia tak dobrze jak dla własnego bezpieczeństwa powinni. Broszurę z tym samym niezmienionym hasłem znaleziono rok później w Dolinie Godryka. Przez te dwanaście miesięcy Crane tworzył swoje laboratorium na nowo, pracując nad doskonalszymi metodami "zabierania magii". Od kwietnia 2024 roku aż do teraz na terenie Wielkiej Brytanii doszło do czterech porwań, jednak dopiero ostatnie z nich zwróciło uwagę Ministerstwa Magii. Problemy dopiero się zaczynają, a zagrożony może być każdy, nie tylko czarodziej mogący poszczycić się nienagannym statusem krwi. Hogwart od teraz nie jest już całkowicie bezpieczny...
→ PRZEJDŹ DO: FAQ
CZĘŚĆ PIERWSZA EVENTU: ZADANIE #1
Prorok Codzienny oraz pozostałe dostępne na terenie Hogwartu gazety nagle zaczęły zajmować się tym samym tematem. Reporterzy przedstawiają dowody na to, iż amerykańska organizacja Czyścicieli nazywana II generacją dawnych Salemian znalazła się w Wielkiej Brytanii, mianowicie w Dolinie Godryka. Nie wiadomo czy doszło tam do jakichkolwiek porwań, nie znaleziono również żadnej z ulotek, które jak przed laty miały zalać niemal całą przestrzeń. Na ten moment dysponujemy wyłącznie relacjami świadków zarzekających się, iż mieli ów broszurę w swojej ręce. Czy to oznacza zatem, że nasz kraj nie jest już bezpieczny i ponownie wystawiony zostanie na tak ciężką próbę?
Pod tym postem w komentarzu wyraź swoją chęć do wzięcia udziału: Biorę udział, a następnie w odpowiedzi na swój komentarz opisz, jak Twoja postać zachowałaby się w sytuacji, w której dowiedziałaby się o pobycie członków ugrupowania w pobliskiej wiosce Hogsmeade. Dajemy Wam w tej kwestii dowolność: mogą być to założenia hipotetyczne, odpowiedź postaci na doniesienia z kraju i z zagranicy, jak i również wyobrażenie sobie przebiegu spotkania oko w oko z Czyścicielem czy przedstawicielem stowarzyszenia, którzy za wszelką cenę starają się werbować nowych, rozdając ulotki i przekonując ich do swoich racji. Należy jednak pamiętać, że ich głównym celem jest przede wszystkim eliminacja czarodziejskiej rasy, dlatego też spotkanie z nimi może stanowić poważne zagrożenie, którego konsekwencje mogą być tragiczne...
Opis jednego autora powinien zmieścić się w maksymalnie trzech pełnych komentarzach: jeden komentarz: 25pkt. Dwa komentarze: 50pkt. Trzy komentarze: 75pkt dla Domu.
Zapraszamy wszystkich do brania udziału w pierwszym zadaniu długoterminowego eventu, który potrwa aż do końca września! Kolejne części powinny pojawiać się co 2/3 tygodnie.

11 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Ciemnowłosy mężczyzna o ostrych, choć interesujących rysach twarzy, usiadł przy biurku z ciemnego drewna. Przed nim leżał pergamin, obok z kałamarza wystawało szare pióro, przetykane gdzieniegdzie kolorem czarnym. Pomieszczenie było odpowiednio doświetlone, choć zza okna wdzierały się do niego gasnące, czerwonawe promienie zachodzącego słońca. W takich chwilach Annabel zwykła stawać w drzwiach, opierając się ramieniem o framugę z rękoma założonymi na piersi. Ale tym razem William Lee nie czuł na plecach uważnego spojrzenia córki.
      Zamiast niej podobną pozę przybrała kobieta po czterdziestce. Była dość szczupła, krótko ścięte włosy sięgające szyi okalały jej twarz, na której uwagę przyciągały głównie pełne usta. Obserwowała męża w milczeniu, uśmiechając się pod nosem. William opierał się łokciem o biurko, wplatając palce we włosy, w wyrazie głębokiego zamyślenia. Widziała w nim skupioną córkę, bawiącą się nerwowo opadającymi na twarz kosmykami.
      William odwrócił się, uśmiechając się blado do żony. Patrzyli na siebie w rozczulonym milczeniu, myśląc o Annabel. Wydawało się, że każde z nich uważa, że córka podobna jest do osoby, którą mają przed sobą. A nieobecna siedemnastolatka była po prostu ich idealną mieszanką, odziedziczywszy jednocześnie pełne usta matki, błyszczące determinacją oczy ojca, postawę Lianne, gesty Williama. Pani Lee w końcu podeszła do męża, zaciskając mu lekko dłoń na ramieniu i patrząc na pusty pergamin przed nimi.
      - Will, wiem, że się martwisz. Ale Ann jest już duża, jest bardzo małe prawdopodobieństwo by… no wiesz – mówiła cicho i spokojnie, choć gdzieś podskórnie wiedziała, że obawy męża są uzasadnione. Był Amerykaninem, miał ponad czterdzieści lat i niejednokrotnie opowiadał jej jak z jego perspektywy wyglądały wydarzenia w Stanach. Nigdy jednak nie sądziła, że ten sam rodzaj niepewności zawita do Wielkiej Brytanii. Była przekonana, że po wojnie, gdy wszystko zaczęło się toczyć własnym rytmem, Anglia będzie lepszym miejscem dla Annabel niż USA.
      - Myślałem, że już nigdy nie zobaczę tych ulotek – mruknął, a Lianne zabrała dłoń z jego ramienia, czując u męża rozczarowanie, graniczące z irytacją. Ile mógł mieć wtedy lat? Naście? Nigdy nie pytała go, czemu milczał na ten temat. Był wtedy dość duży, więc wątpiła, by miał bliski kontakt z Cranem, ale jednocześnie był za młody, by już pracować dla Ministerstwa i zajmować się tą sprawą osobiście. Jednakże, gdy widmo terroru sięgnęło Hogsmeade, wyraz twarzy jej męża świadczył o męczących go, niepokojących wspomnieniach.
      - Napisz do niej. Ostrzeż ją, ale i w miarę możliwości uspokój. Wiesz jaka jest…
      - Wrażliwa – dokończył, najwidoczniej zapamiętawszy wielokrotnie powtarzane słowa żony. Jednocześnie wiedział, że jego córkę charakteryzuje obcy mu rodzaj wrażliwości. Widywał ją jednak zbyt rzadko, by móc nauczyć się własnego dziecka. Był świadomy, że Annabel jest przewrażliwiona, ale samo słowo wrażliwa kojarzył prędzej ze swoją matką, nie ze swoją córką. Nie miał okazji dowiedzieć się jeszcze, że Annabel miała w sobie więcej wrażliwości swojej babki, niż mogłoby się mu wydawać. Lianne wyszła z pokoju, a początkowa atmosfera radosnej nostalgii zdała się uciec bezpowrotnie. Kobieta wprost nienawidziła takich chwil. Już wydawało jej się, że na ułamek sekundy potrafiła uchwycić zwyczajną miłość, a później nieznane jej demony zabierały to, o co od zawsze walczyli. Zatrzasnęła za sobą drzwi, a Will przeklął w duchu sam siebie.

      Najdroższa Annabel,
      wiesz, że listy, to domena Twojej matki. Rzadko sam je pisywałem, to prawda. Zatem ufam, że tym bardziej zrozumiesz powagę sytuacji, którą chcę Ci nakreślić. Już tylko kilkanaście dni dzieli Cię od zakończenia szkoły (z czego, nawiasem mówiąc, jestem niewypowiedzianie dumny), ale uznałem, że musisz zostać poinformowana wcześniej. Nie mogę sobie pozwolić na zwłokę tak, jak do tej pory zwlekało Ministerstwo.

      Usuń
    2. Kazali czekać, więc czekałem, ale sprawy przybierają nieciekawy obrót. Musisz od teraz, szczególnie w tych ostatnich dniach szkoły i na wakacjach, bardzo, ale to bardzo uważać. Nie wątpię ani w Twoje zdolności, ani w Twój instynkt samozachowawczy. Ale niestety, mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną grupą ludzi, która już kiedyś zdążyła pokazać, że zbytnia tolerancja, pokazanie wszystkim mugolom naszego świata, prowadzi do nietolerancji. Sama zresztą wiesz, że nie każdemu mugolowi można ufać. Tymczasem, są wśród nas czarodzieje, którzy wierzą, że można cokolwiek osiągnąć nie tylko wyjawiając mugolom nasze tajemnice, ale również wyzbywając się magii jako takiej.
      Ich pokrętna logika doprowadziła do kilku porwań. Sam, jeszcze w Stanach, gdy byłem nieco młodszy od Ciebie, miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć terroru, jaki potrafili zasiać w sercach czarodziejów, nie tylko tych czystej krwi. Poinformuj swoich przyjaciół. Unikaj wyjść do Hogsmeade i po zakończeniu roku wracaj od razu do domu. Wiem, że jesteś już pełnoletnia, ale nawet dorosły czarodziej powinien wystrzegać się miejsc, gdzie pojawiają się ulotki „Czarodzieje są wśród nas!”. Więcej wyjaśnię Ci, gdy się zobaczymy. Jesteś o wiele mniej krnąbrnym dzieckiem, niż byłem ja, więc teoretycznie nie ma potrzeby bym to pisał, ale... Jeszcze raz, uważaj na siebie, bądź ostrożna i nie wychylaj się zbytnio. Nie próbuj szukać informacji na własną rękę.
      Czekam na Twój powrót.
      William Lee


      Drobne palce zacisnęły się za pergaminie, a czarny tusz odbijał tańczące światło bijące z kominka. Siedemnastoletnia Ślizgonka oblizała usta w nerwowym geście. List, który trzymała w ręku nie różniłby się niczym od innych otrzymanych od ojca, gdyby nie wyraźne ostrzeżenie. Zazwyczaj były one proste i zwięzłe w swej formie, przekazujące konkretne informacje, ale jednocześnie nie były ani suche, ani oschłe. Annabel zawsze czuła, że ten rodzaj komunikacji przejęła od Williama i dziś nawet rozmawiała w ten sposób. Problem polegał na tym, że taki sposób prowadzenia rozmów, zawsze pozostawiał pewną dziwaczną lukę między bezpośredniością zawartych w komunikacie informacji, a wycofaną, ale nie nieprzyjemną postawą.
      Przycisnęła pergamin do piersi i zamknęła oczy, jakby miało to pomóc w uspokojeniu zagubionego oddechu. Prawdopodobnie wzięłaby sobie mocno do serca słowa ojca, gdyby nie jeden, drobny szczegół. Nie umknęło jej uwadze wspomnienie ojca o wydarzeniach sprzed lat. Annabel kończyła szkołę i od jakiegoś czasu, czuła dziwny ucisk w żołądku, który kazał jej zbadać i sprawdzić, co omijało ją przez ostatnie siedem lat nauki. W momencie, w którym jej oczy jeszcze raz padły na słowa ojca, poczuła, jakby jej serce nieznacznie przyśpieszyło. Czy to... ciekawość?
      miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć terroru...
      Nigdy o tym nie wspominał. Annabel miała wrażenie, że William był typem osoby, która tak, jak ona trzyma się z boku. Że po prostu wykonuje powierzone mu obowiązki i, że robi to świetnie. Z początku chciała sama zamknąć się w takim samym pudełku. Nie dlatego, że on na to nalegał, ale dlatego, że chciała w tym pudełku znaleźć kąt dla siebie. Ostatnio jednak...
      jesteś o wiele mniej krnąbrnym dzieckiem, niż byłem ja...
      Nie potrafiła wyobrazić sobie ojca, pakującego się w niepotrzebne kłopoty. Zmarszczyła lekko brwi, zauważywszy, że jej dłonie nieco drżą. Oblizała nerwowo usta, czując potrzebę pójścia do biblioteki. Tak, to na pewno ciekawość. Obca jej dotychczas ciekawość. Spojrzała na zegarek z lekkim rozczarowaniem. Godzina 23:47, już dawno powinna być w dormitorium. Jej wzrok padł na odznakę prefekta spoczywającą na szafce nocnej. Nagle, w ułamku sekundy zerwała się z kanapy i wyślizgnęła się z pokoju, zostawiając na stoliku list od ojca. Czy to, co właśnie zrobiła, to początek najzwyklejszego pakowania się w kłopoty?

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Wieść o pojawieniu się Czyścicieli spadła na niego jak grom z jasnego nieba.
      Dowiedział się nagle – tego feralnego ranka spędził za dużo czasu u zwierząt, aby być na bieżąco z wszelkiego rodzaju nowinkami, o których reszta w dużej mierze dowiadywała się podczas śniadania z „Proroka Codziennego”. Jego posiłek nie interesował – myślami był bowiem gdzieś daleko, mając zdecydowanie zbyt wiele na głowie. Co prawda, łączenie pracy z obowiązkami rodzinnymi raczej dla nikogo nie było czymś prostym, ale on miał wrażenie, że trafiło mu się najtrudniejsze połączenie z możliwych. Jakby bowiem nie patrzeć, lawirował pomiędzy tym, czego chciał, a tym, co robić musiał – pomiędzy kobietą, którą kochał, a matką jego syna i obowiązkami szkolnymi, z których starał się sumiennie wywiązywać.
      Tym większy był więc jego popłoch, kiedy w końcu dowiedział się o tym, co obecnie poruszyło właściwie całym światem magicznym.
      Zanim jednak do tego doszło, wybrał się na pierwsze zajęcia, które tego dnia musiał odbyć i zdążył zrobić z siebie kompletnego idiotę przed całą grupą uczniów, kiedy zbeształ ich i niemal odjął im punkty za ciągłe gadanie. Zupełnie wówczas nie podejrzewał, że kiedy kilka minut później jego cierpliwość sięgnie granic i rozwścieczony przechwyci zaklęciem kartkę, którą sobie usiłowali ukradkiem przekazać pomiędzy ławkami – co ani trochę mu się nie podobało, zważywszy na to, że akurat próbował im wpoić trochę wiedzy o żmijoptakach – jego oczom ukaże się nie jakiś głupi liścik z rankingiem najładniejszych dziewczyn na roku, lecz wycinek z „Proroka Codziennego”. Wówczas otworzył szeroko oczy i aż sapnął z wrażenia, kompletnie nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie przeczytał.
      Przez chwilę miał nadzieję, że to tylko jakiś głupi żart.
      — Myślicie, że to śmieszne? – Zawarczał więc, unosząc kartkę do góry i mierząc swoich uczniów intensywnym spojrzeniem. Jego umysł usilnie bowiem próbował uznać to za jakiś nieudany żart. – Kto był na tyle mądry, co? – Pytał dalej. – Kto sobie hobbistycznie wywołuje wilka z lasu? – Naciskał, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego nie uzyskuje odpowiedzi.
      Tymczasem jego uczniowie byli tak zszokowani jego zachowaniem, że przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. Dopiero po kilku sekundach z różnych stron zaczęły padać pytania o to, czy naprawdę nie czytał tego dnia gazet. W końcu ktoś wyciągnął swój egzemplarz „Proroka”, który Connor niemal wyszarpnął mu z rąk, aby później ze świstem opaść na krzesło obok biurka i wytrzeszczając oczy, zacząć wpatrywać się w gazetę, której treść ani trochę go nie ucieszyła.
      Jeszcze przez moment łudził się, że to jakaś fałszywka, ale po zweryfikowaniu daty oraz kilku innych szczegółów, stracił jakiekolwiek wątpliwości.
      Nagle poczuł, jak robi mu się gorąco.
      — Koniec zajęć – wymamrotał, nie odrywając wzroku od gazety. – Koniec zajęć powiedziałem! – Zawołał zaraz potem, gdy jego zdaniem jego uczniowie nie podnieśli się dość szybko z miejsc i przygryzł nerwowo policzek od środka, czytając raz za razem tekst, który jednak nie chciał zmienić swojej treści. Najwidoczniej jego marzenia o dożyciu starości w spokojnych czasach, miały spełznąć na niczym. Szybko jednak zdał sobie sprawę z tego, że to nie to jest w tym wszystkim najgorsze. To bowiem, że miały nastać niespokojne dni, gotów był jakoś znieść. To jednak, że jego bliskim groziło niebezpieczeństwo, wcale mu się już nie podobało. – Cholera by to wzięła! – Rzucił więc nerwowo, czując jak jego serce zalewa panika i zrywając się z miejsca.
      Musiał się upewnić, że z jego ukochaną wszystko jest w porządku. Już więc gotów był biec do domku w Hogsmeade, który zajmowała Vereena z ich córką, gdy nagle odezwało się w nim sumienie, które od dawna wyrzucało mu, że krzywdzi tak naprawdę niewinną istotę w postaci swojego syna, Williama, o jego matce, Chloe, a jego żonie, której tak naprawdę nie kochał, a której życie nieodwracalnie zmienił, już nie wspominając. Oni przecież również znajdowali się w samym sercu tego wszystkiego: w tym samym miasteczku, którym owładnął zamęt.

      Usuń
    2. Przez chwilę stał tak rozdarty pomiędzy głos serca a rozsądku, nim obrał jakiś plan działania.
      Dziękując w myślach wszelkiej opatrzności za to, że miał długą przerwę między pierwszymi zajęciami, a kolejnymi, wkrótce potem gnał już do Hogsmeade z duszą na ramieniu. Owszem, przyszło mu przy tym do głowy, że powinien wziąć sprawy w swoje ręce i samemu zadbać o to, aby Czyściciele nikogo nie skrzywdzili, ale nie był idiotą – wiedział, że to byłoby jak porwanie się z motyką na słońce, a nie mógł tak ryzykować. Musiał myśleć o najbliższych – zamiast więc udawać bohatera, jak najszybciej przedostał się do domku, który zajmowała jego ukochana, po raz kolejny przy tym przeklinając siebie za to, że przez własną głupotę postawił ją w tak paskudnej i nieprzyjemnej sytuacji – że z powodu błędów, które popełnił, dwie kobiety wychowywały jego dzieci, z czego tylko jedna posiadała jego serce.
      To właśnie do niej, do Vereeny, skierował swoje kroki.
      — Czytałaś dzisiejsze wydanie „Proroka”?! – Nawet się z nią nie przywitał; po prostu wpadł jak burza do pomieszczenia, w którym się znajdowała i spojrzał na nią z popłochem. – Nic wam nie jest?! – Dodał następnie i przeniósł zatroskane, spanikowane spojrzenie z niej na małą Rosie; jego oczko w głowie. – Cholera, kiedy się dowiedziałem… – urwał, przeciągając dłonią po włosach i znów zerkając na ukochaną. – J-ja… – Pokręcił głową, przejęty tak mocno, jak nie był chyba nigdy. – Gdyby coś wam się stało… – Przełknął głośno ślinę, próbując wyjaśnić to, co kotłowało się w jego sercu. Tego zaś było wiele, począwszy od przerażenia, przez wściekłość na Czyścicieli, na miłości i pragnieniu chronienia tych, na których tak cholernie mocno mu zależało. – Nie… nie przeżyłbym tego – wyszeptał, szczerze przerażony wizją, że Czyściciele mogliby zachwiać bezpieczeństwem jego najbliższych. – Błagam, uważajcie… – dodał cicho, czując się paskudnie: wiedział bowiem, że oprócz proszenia o to pół-wilii, niewiele może zdziałać.
      Jakby nie patrzeć: całymi dniami go przecież nie było. Pracował w Hogwarcie, gdzie nie tylko musiał znajdować się w pobliżu dla dobra uczniów, ale i przez wzgląd na zwierzęta, które go potrzebowały. Znalazł się więc w sytuacji patowej, bo od tej pory dzień za dniem, godzina za godziną, minuta za minutą, a nawet sekunda za sekundą miał drżeć z przerażenia, że komuś dzieje się krzywda, a jego nie ma obok, aby temu zapobiec. To zaś oznaczało brak skupienia w pracy, prawdopodobne zaniedbanie kilku obowiązków i jego generalne roztrzęsienie, które rzutować miało również na jego humor. Sytuację ratowało tylko zakończenie roku szkolnego, dające mu możliwość wykorzystania urlopu dla dobra rodziny, lecz to i tak nie rozwiązywało głównego problemu.
      Co gorsza, nie wierzył w Ministerstwo Magii ani w jego możliwości. Po raz kolejny w swoim – wcale nie tak długim – życiu odkrywał bowiem, że ono nie znosiło się mylić i okazywać swojej bezradności. Kiedyś wypierało się powrotu Czarnego Pana, niemal do ostatniej chwili idąc w zaparte, że nie dzieje się nic złego, a teraz zrobiło to samo z Czyścicielami. Podejrzewał więc, że znów to obywatele – szarzy i zwykli – będą musieli wziąć sprawy w swoje ręce, powołując specjalne służby na miarę Zakonu Feniksa i im dłużej o tym myślał, tym bardziej był pewien, że wówczas do nich wstąpi. Patrząc zresztą na pół-wilę i dziewczynkę w jej objęciach nie widział innego wyjścia – nawet gdyby miał bowiem polec, to była to niewielka cena za to, aby one były w pełni bezpieczne i szczęśliwe; żeby miały szansę na normalne życie.
      Póki co jednak błagał je obie – mimo że Rosie była jeszcze maleńka – o ostrożność i o to, aby na siebie uważały, a jednocześnie wydłużał czas, jaki mógł z nimi spędzić. Tego bowiem nigdy nie było mu dość – miał wręcz wrażenie, że ucieka mu on przez palce w każdej, dosłownie każdej godzinie jego życia. Choć więc sumienie wciąż mu powtarzało, że powinien upewnić się, że z Chloe i Williamem jest wszystko w porządku, w domku pół-wili spędził cały swój wolny czas. Potem zaś ruszył na zajęcia, mówiąc sobie, że drugą rodzinę odwiedzi później, po zajęciach.

      Usuń
    3. Wydawało się, co prawda, że charłaczka nie była bezpośrednio zagrożona, ale pomyślał, że lepiej dmuchać na zimne i na wszelki wypadek obłożyć jej dom kilkoma zaklęciami – w przypadku Very wiedział, że sama o to zadba – ochronnymi, dla własnego spokoju ducha. Przez cały ten czas nie myślał za bardzo o tym, jak mocno się naraża, kręcąc się po miasteczku jako czarodziej i wilkołak, bo jakoś tak do niego nie docierało, że mogłaby mu się stać krzywda. Nie tyle wychodził z założenia, że jest niezniszczalny, co po prostu wychowanie się w domu, w którym rządził niepodzielną ręką Fenrir Greyback, sprawiło, że o sobie myślał na szarym końcu. Od zawsze i już chyba na zawsze.
      Zresztą, w gruncie rzeczy banda rasistów i fanatyków, których marzeniem była tak właściwie eksterminacja magicznego świata, tak jakby ludzie faktycznie dzielili się na lepszych i gorszych, a przecież to już było, nie była w stanie zmusić go do skrycia się w mroku. Już parokrotnie pojawiali się tacy, którzy pragnęli, aby nastał nowy ład i porządek na ich modłę, siejąc tym samym zamęt zarówno w świecie mugolskim, jak i tym magicznym. Raz była to wojna zwykłych ludzi, a raz wojna czarodziejów – w gruncie rzeczy jednak nie różniły się od siebie niczym, oprócz broni, z której podczas nich korzystano. To więc, że znowu komuś przyszło do głowy, że tylko jedni są uprzywilejowani, a inni powinni zniknąć z powierzchni Ziemi, wydawało się czystym absurdem i wziąwszy pod uwagę historię obu nacji, kompletnie niezrozumiałe. Widocznie jednak nie wszyscy umieli czerpać wnioski z przeszłości, a szkoda.
      Być może gdyby było inaczej, wszystkim nareszcie żyłoby się lepiej.
      Dzięki tym rozmyślaniom wrócił jednak do Hogwartu o wiele spokojniejszy, bo zdążył sobie to wszystko poukładać w głowie i opanować się na tyle, aby na kolejnych zajęciach móc już być wsparciem dla uczniów, a nie obciążeniem. Zamiast bowiem być tym, któremu należało wszystko wyjaśnić, stał się tym, który uspokajał i zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą i się spod niej nie wymknie, choćby nie wiadomo co się działo. Miał przy tym nadzieję, że ani trochę się nie myli i nikogo nie oszukuje. Nie był bowiem pewien, czy zdołałby ponieść konsekwencje swoich błędów, gdyby w grę weszło tak wiele niewinnych żyć, z tymi mu najbliższymi na samym czele.
      Im dłużej jednak się nad tym zastanawiał – a prawda była taka, że zdobyte informacje rozważał niemal nieustannie – tym bardziej jego dłonie zaciskały się w pięści, a on sam dochodził do wniosku, że nie może tego tak zostawić. Dla dobra Rosie i Vereeny – tych najważniejszych dla niego istnień – oraz Chloe wraz z Williamem i resztą magicznego świata, nie miał zamiaru siedzieć bezczynnie.
      W Bitwie o Hogwart stał po niewłaściwej stronie. Teraz zamierzał odkupić swoje winy, raz na dobre dowodząc, jakim naprawdę był człowiekiem.

      Connor Greyback i oczarowana zadaniem autorka, która gratuluje pomysłu!

      Usuń
  3. Biorę udział.

    Na razie do zabawy wykorzystam tylko Verę i to bez większego szału, ale Olgierd może również się pojawi. : D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historię – również tę mało chlubną – świata mugolskiego i czarodziejskiego Vereena znała całkiem nieźle. Niewątpliwie duży wpływ miał na to fakt, iż do jedenastego roku życia uczęszczała do zwykłej szkoły w Kornwalii, gdzie – pomimo tego, iż Boscastle było małą, zaściankową i iście ksenofobiczną miejscowością, niemalże całkowicie odciętą od świata – dbano o edukację milusińskich, uznając, iż stare dzieje oraz literatura są nawet istotniejsze, niż chociażby chemia, fizyka, czy matematyka. Dzięki temu – oraz swojej babci, która przecież była obserwatorem wydarzeń niemal całego ubiegłego wieku, w momencie wybuchu największego konfliktu zbrojnego, będąc już dziewczynką doskonale kojarzącą fakty – posiadała względnie pełen obraz tego, jak toczyły się kolejne rzeczy, jakie wydarzenia następowały po sobie, jakie były ich konsekwencje i do jakich zmian, w tym nierzadko także poważnych tragedii, prowadziły. Naiwnie więc nawet wierzyła, że większość społeczeństwa – tego dotkniętego czarami, jak i tego, które o tym drugim świecie pojęcia nie miało – nauczyło się na błędach przodków i mając taki zasób świadectw oraz memoria, nie popełni tych samych błędów, które doprowadziły do wielomilionowych strat ludzkich; że skoro społeczeństwa rozwinęły się tak bardzo, to o fanatyzmie, rasizmie, czy nienawiści nie mogło być już najmniejszej mowy. Niewątpliwie jednak przemawiała przez nią skrajna i beznadziejna wręcz łatwowierność, o czym zresztą przypomniał jej dość brutalnie czerwiec dwa tysiące dwudziestego czwartego roku, kiedy na kilka dni przed uroczystym zakończeniem roku szkolnego w Hogwarcie, otworzyła przy śniadaniu najnowszy numer „Proroka Codziennego”, który dosłownie przytłoczył ją natłokiem informacji.
      Wówczas też miała wrażenie, że świat zwolnił – lub nawet zatrzymał się na trochę, kiedy jej fiołkowe tęczówki przesuwały się po potężnym, opatrzonym zdjęciami, artykule dotyczącym powstania – nagłego i niespodziewanego, co Ministerstwo Magii lubiło podkreślać, bo przecież w raju nie może dziać się źle i przyświecała im w głównej mierze, w takich chwilach, idea milczenia, pomimo najpewniej wyraźnych znaków – Dobroczynne Stowarzyszenie Nowego Salem, które przeszło sto lat wcześniej narobiło w Stanach Zjednoczonych pokaźnych szkód na społeczności czarodziejów. Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca i zamarła przy stoliku, zerkając z niepokojem na kołyskę, w której spała jej niespełna trzymiesięczna córeczka – Czyściciele, jak powszechnie wołano na przedstawicieli owego ruchu anty-magicznego, byli w zasadzie tuż obok: w Hogsmeade, w którym się zatrzymała po tym, jak zrezygnowała z pracy w Hogwarcie; znajdowali się tuż pod jej nosem i mogli zagrażać malutkiej, niewinnej Rosie, a ona nic o tym nie wiedziała. Miała więc wrażenie, iż zawiodła jako matka na pełnej linii – że poległa i w przypływie nagłej paniki oraz chęci chronienia tego, co miała najcenniejsze, rzuciła się do dziewczynki, oglądając ją z każdej strony i wycałowując, jakby w obawie, że coś j u ż się stało.
      — Już jestem, jestem, malutka… – wyszeptała, zupełnie tak, jakby przed chwilą zniknęła; czuła się winna nie powiązania kwestii, o których wspominał artykuł z „Proroka”. Nie myślała przy tym o niczym innym: ani o sobie, ani nawet o swoim ukochanym, również dlatego, że nie miała do niego praw. Priorytetem panny Thorne był ten drobniutki szkrab: to słoneczko, które każdego dnia rozświetlało jej pochmurne dni i dodawało jej sił; skarb, którego nawet nie mogła obronić, bo przecież nie miała pojęcia o zbliżającym się zagrożeniu. – Zabiorę cię stąd, kruszynko… zabiorę, przysięgam… schowam gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna – szeptała dalej, trzymając usta przy czółku swojego dziecka i jednocześnie dygocąc niczym stojąca samotnie na kornwalijskim klifie osika poruszana przez lodowaty, atlantycki wiatr. Było w tym dużo prawdy, bowiem przecież mogła liczyć tylko na siebie.

      pielęgniarka VERA THORNE & pirat

      Usuń