I shall destroy you

Seo Yeonghwan
KLASA VII, SLYTHERIN
Kiedy w drugiej klasie Yeonghwan pierwszy raz wdał się w bójkę, przyświecała mu tylko jedna myśl: nie okazać słabości. Nawet gdy ciepła krew ściekała nu z nosa do gardła, powodując mdłości, nawet gdy do oczu cisnęły mu się łzy bólu i nawet gdy nauczyciel matematyki w ramach kary wymierzył mu zasłużony policzek, nie skrzywił się, ani nie odwrócił. Nie zrobił nic. Nie zrobił choćby i wtedy, gdy jego tata dowiedziawszy się o szkolnym incydencie, sam wymierzył mu sprawiedliwość. 
Za każdym czarnym charakterem kryje się o wiele ciemniejsza historia. Ciepłe domowe ogniska wypalone w stosy popiołu, nienawiść, zazdrość, zdrada budują najgorsze osobowości, a przecież nikt nie rodzi się złym człowiekiem. Można naciągać charakter, kształtować, zmieniać, ale wartości wpojone w młodym wieku zostają już na całe życie i ciężko je, tak ot, wyplenić.
Najgorsze jednak te trucizny, co obite są w najpiękniejsze ramy.

“— Wątpię, czy diabeł jest taki brzydki — rzekła ciotka Jakubina w zamyśleniu — nie mógłby tak szkodzić ludziom. Ja osobiście wyobrażam sobie diabła jako przystojnego, eleganckiego młodzieńca.”
― L.M. Montgomery, Ania na uniwersytecie

Kolejne powroty. Za dwa miesiące miną dwa lata, odkąd pierwszy raz opublikowałam na kronikach postać. Jeeeej, jak ten czas leci.
Gryziemy. Yeonghwan i ja.

wszystkie powiązane ze mną wpisy znajdziecie pod etykietą coup d'état
WĄTKI: OLIVIA, SAGIT, HYOJIN ???

26 komentarzy:

  1. [ Jak gryziecie to ja tylko przywitam się nieśmiało i powiem, że bardzo mi się spodobał Twój panel autora. Jest bombowy! Mam nadzieję, że z FiR-em już się polubiłaś, chociaż nie zdziwi mnie jeśli nie (ja na ekonomii do tej pory wzdrygam się jak widzę sprawozdanie finansowe). Pozdrawiam i życzę samych wspaniałości!]

    Julia / Olivia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Pamiętam chyba wszystkie twoje postaci, chociaż byłam tylko cichym obserwatorem bloga :D Miło też widzieć że starzy autorzy wracają ♥ Może w końcu tu trochę ożyjemy!
    Lubię takie mroczne postaci jak twój pan, więc z chęcią omówiłabym jakiś wątek, najlepiej na mailu lub gg, jeśli ci to nie przeszkadza!]
    Millie

    OdpowiedzUsuń
  3. [Czeeeeść! Miło, bardzo miło widzieć znajomą buzię! Gryźcie nie za mocno, bawcie się dobrze i zostańcie długo. Sam Yeonghwan jest bardzo ciekawy i jeśli kogoś mu do wątku szukasz to mamy albo koleżankę z roku i z domu (można im trochę krwi napsuć), albo kolegę Gryfona (który też do łatwych kolegów nie należy). No i jest jeszcze Ethel, ale ona pasuje chyba tylko sama do siebie ;) W każdym razie, życzę przefantastycznych wątków!]

    Annabel, Julien i Ethel

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć i czołem! Yeonghwan wyszedł strasznie tajemniczy, niewiele można o nim wyczytać z karty - a mimo to bardzo mnie ciekawi ta ciemniejsza historia... No i oczywiście popieram moich przedmówców, twój panel autora to fantastyczna sprawa! Witam cieplutko i życzę masy wątków, a - o ile spodoba Ci się Barbara - zapraszam też do mojej blondyneczki.]

    Bond.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Kiedyś miałyśmy mieć wątek! To pamiętam, bo miałaś profesora od OPCM, a ja jeszcze miałam Lorelle. Witaj i chodź gdzieś do mnie, może w końcu coś napiszemy ;) ]

    Daniel Macnair // Toyotomi Yoshi // Clint Diggory // Lenard Cortez

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Niestety, ani to metafory, ani poezja, raczej nieumiejętność napisania tego, co naprawdę napisać chciałam. Albo stworzę charakterystykę rodem z podstawówki, albo taką zbyt pretensjonalną kartę.
    Dla Sagit ważna jest opowieść sama w sobie – niekoniecznie pełna intryg i zawiłości fabuła wieńczona zgrabną puentą, ponieważ sam fakt opowiadania czegoś, toczenia narracji jest wielkim przeżyciem i wartością. I to, mam wrażenie, w jakiś sposób ją opisuje. Czasem kłamie, jak prawdopodobnie prawie każdy, ale częściej właśnie zmyśla i wymyśla, a wrażenie, że nie dorosła do swych lat, zapewne jest jej bliskie, więc jeśli masz takie życzenie, możesz ją wrzucić do szufladki uciekającej przed odpowiedzialnością kłamczuchy. :D
    Możesz też wziąć legendę o Żydzie Wiecznym Tułaczu i zmienić ją na opowieść o Żydówce Wiecznej Tułaczce, tyle że charakter antysemicki zmienić na filosemicki, a do wędrówki dosłownej dodać tę drugą, powiedzmy-że-intelektualną. Niech to będzie Sagit. A jak jest naprawdę – to już chyba wyjdzie w wątkach. Poza tym, to jest zwyczajna, przeciętna dziewczyna, jakich w Hogwarcie na pewno wiele.
    A Yeonghwana można wrzucić do jakiegoś worka? ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Pewnie tak, ale worki to uogólnienia i chociaż bez uogólnień trudno prowadzić rozmowę, to o indywiduach dyskutuje się najlepiej.
    Ty wychodzisz z założenia, że każdego można jakoś zaklasyfikować, ja – że połączyć. W wątkach piszę językiem prostym, zresztą może pamiętasz, bo zdaje się, że zdążyłyśmy wymienić kilka komentarzy, ale jak wolisz. Gdybyś kiedyś zmieniła zdanie, to zapraszam, a tymczasem – dobrej zabawy i inne formułki. :D ]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Chętnie bym Ci podarowała nawet bochen pomysłu, ale obawiam się, że mam tylko chlebowy okruszek. :D
    Yeonghwan pewnie jest inteligentny, inteligencja co prawda nie zawsze przekłada się na dobre oceny, ale zdaje się, że sama w notce napisałaś, że jemu potrzebna jest opinia dobrego ucznia, opłaca mu się to, ponadto jego pasjonowaniem się wspomnieniami ojca, Wizengamotem, Voldemortem i mroczną przeszłością może być również powiązane z ogólnym zainteresowaniem Historią Magii, prawda? Więc profesor mógłby zabrać swoich najzdolniejszych uczniów – w tym i Yeonghwana, i Sagit – w kilkudniową podróż. Najpierw konferencja, potem zwiedzanie kilku zabytkowych, m.in. Nurmengardu. Y. i S. mogą zgodzić się na dziwny eksperyment i pozwolić zamknąć się w celi – albo w jakimś kompleksie – na całą noc. Więc, tak jak zakładałaś, byliby skazani na własne towarzystwo, a prawdopodobnie różnice między nimi i wyczuwanie w tym drugim innego doprowadziłoby do jakiegoś napięcia. Myślę, że przebywanie kilka godzin w takim miejscu złamałoby ich milczenie i w końcu zaczęliby rozmawiać – albo raczyć siebie nawzajem różnymi opowieściami, których kilka na pewno każde z nich ma w zanadrzu. Pytanie tylko, które są zmyśleniem, a które poznanymi z różnych trudno dostępnych książek historycznych mało znanymi faktami. I, oczywiście, w tym wszystkim pewnie chętnie badaliby różne wydrążone w ścianach napisy pozostawione przez więźniów. ]

    OdpowiedzUsuń
  9. Znajomy, choć zdecydowanie nie pożądany w tamtej chwili głos przeciął ciszę, którą Olivii udało się jakoś poczuć czy może wyobrazić, pomimo otaczających ją dźwięków spieszących się donikąd uczniów, oraz ich ożywionych rozmów. Nie chciała uczestniczyć w tej zabawie. Wszyscy radośnie wrócili do Hogwartu, nadrabiali ze znajomymi czas rozłąki i po prostu miło spędzali swój wolny czas. Ona nie miała na to ochoty, bo potrzebowała teraz ciszy bardziej niż kiedykolwiek.
    Zaklęła więc tylko w myślach i zaraz skierowała wzrok na osobę, która najwidoczniej bardzo chciała być tą, która popsuje jej dzień.
    - Seo. - westchnęła, ale w jej głosie, mimo wewnętrznego zrezygnowania i błagania o możliwość ucieczki, słychać było charakterystyczną dla Olivii Greengrass pewność siebie, choć tym razem w jednej z jej najłagodniejszych form. Bo... Co zostało z tamtej Olivii Greengrass? Czy wciąż była tą samą osobą, która zaledwie dwa miesiące wcześniej opuściła mury zamku, nie spodziewając się zupełnie, że już niedługo jej życie zacznie rozpadać się na kawałki?
    Prychnęła kpiaco, słysząc, że Seo jej szukał, bo wiedziała, że tak i unikała go celowo. Nie miała bowiem ochoty na zbieranie zamowień i zajmowanie się biznesem, który sobie razem stworzyli, a wiedziała, że ewentualne wycofanie się z tego nie będzie najłatwiejsze. Ale to naprawdę nie był dobry moment.
    - Przestań. - odparła jednak i trąciła lekko chłopaka w ramię, na znak, aby poszedł z nią, kiedy zaraz zaczęła go wymijać. Nie zamierzała bowiem sterczeć z nim na dziedzińcu w pełnym słońcu, skoro mogli ukryć się w lochach, gdzie przyjemny chłód dawał Ślizgonom potrzebne w tym okresie ukojenie. - Co jest? - spytała, gdy weszli już do zamku i pustym korytarzem ruszyli w stronę schodów na dół.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chciał ją zirytować tym wolnym tempem to zdecydowanie mu się udało, choć jak wszystko ostatnio, tak ta emocja również dudniła wewnątrz niej, odbijając się ledwie słyszalnym echem, jakby odczuwanie czegokolwiek było wyłączone w takim stopniu, w jakim tylko było to możliwe. Ale kiedy po jej słowach się zatrzymał, przewróciła oczami i zaraz odwróciła się w jego kierunku, spotykając jego uważne, choć wydawało się, że łagodne spojrzenie. Delikatnie potarła dłońmi skroń ze zmęczenia, bo najchętniej uciekłaby od razu, ale zamiast tego zaraz zbliżyła się o pół kroku, aby chłopak mógł mówić ciszej i zmniejszyć ryzyko, że ktoś niepowołany ich usłyszy. Mogła chcieć się odciąć i skończyć to wszystko, ale nie w taki sposób, że zostaliby zdemaskowani. Bezpieczeństwo i lojalność zawsze były kluczowe i zamierzała o to dbać aż do końca.
    Po jego słowach zmarszczyła brwi, przyglądając mu się i zastanawiając nad odpowiedzią, ale zaraz przerwało im pojawienie się jej znajomych z roku, którzy zaczęli jej opowiadać o jakichś zupełnie nieistotnych sprawach związanych ze szkołą. Poczuła więc ulgę, gdy tylko jej i Seo udało się z tego towarzystwa wydostać, choć prawda była taka, że również jego chętnie by się w tamtej chwili pozbyła.
    - Chodź. - szepnęła, ruszając znów w kierunku lochów. Po chwili jednak idący obok niej Ślizgon znów się odezwał, a wtedy powoli zatrzymała się i dziwnie niepewnie uniosła głowę.
    Nie chciała go okłamywać w taki sposób w jaki byłoby jej najłatwiej. Nie chciała, patrząc mu prosto w oczy mówić, że wcale go nie unika, tylko mu się wydaje, obiecać cokolwiek, a potem unikać go dalej. To byłoby bardzo złe rozwiązanie i z pewnością takie, które zapewniłoby jej spokój wyłącznie na krótką metę. Była mu winna coś więcej. Ale tym czymś z pewnością nie była prawda.
    I już chciała skłamać, powiedzieć mu kolejne świetnie brzmiące kłamstwo, ale widok jego spojrzenia i świadomość, że przecież on nigdy jej nie zawiódł, zawsze był lojalny, i mimo brudnych interesów, którymi się zajmowali, wobec niej wydawał się mieć czyste intencje. Zawsze czuła, że może na niego liczyć, mimo że nigdy nawet nie pomyślała o tym, by z tego skorzystać.
    - Nie chcę tego robić, Yeong. - odparła, pierwszy raz od bardzo dawna wypowiadając choćby skrót jego imienia i cofnęła się o krok, aż jej plecy dotknęły zimnej ściany. - Powiedz mi czego potrzebujesz, załatwię to tak szybko jak będę mogła, ale to koniec.
    Odwróciła wzrok i choć chciała stać przed nim wyprostowana i pewna siebie jak zwykle, to niemal skuliła się w sobie, jakby tym razem właśnie to miało obronić ją przed wszystkim. Już nie była mieczem. Teraz była wyłącznie tarczą. A kogoś takiego z pewnością Seo nie potrzebował.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiedziała, że jego reakcja nie sprawi, że nagle zmieni zdanie. Mógł się wściekać i krzyczeć, a ona i tak zostałaby przy swoim, pewnie dodatkowo jeszcze mocniej się upierając. Ale on chciał tylko wyjaśnień, których również nie umiała mu dać. Nie była pewna skąd u niej taka decyzja, bo ostatnio nie była pewna niczego, a zwłaszcza tego kim jest. Tak jakby wszystko, co do tej pory ją definiowało rozpłynęło się w drobny mak, bo za dużo się wydarzyło przez te dwa miesiące. Jej najlepszy przyjaciel zniknął nagle z jej życia, również z jej winy, ale przede wszystkim z powodu ich wspólnej głupoty. Zerwała kontakt z matką, kiedy okazało się, że ta cały czas ją okłamywała, nie pozwalając jej poznać pełnej prawdy o sobie, a dziura, która od dziecka w niej była, zapełniła się kolejną pustką. W dodatku serce, którego nigdy przecież nie chciała mieć rozpadło jej się na kawałki. Nie umiała już, poturbowana w taki sposób, wrócić do Hogwartu ot tak i zachowywać się, jakby nic się nie stało i wciąż była tym samym człowiekiem, bo nie była i nie chciała już robić tego samego co wcześniej, włączając w to owocną współpracę z Seo.
    Czuła na sobie jego wzrok, ale swój wciąż miała uparcie skierowany na małą wyrwę w kamiennej posadzce, kilka metrów od nich. Widziała kątem oka, że chłopak się do niej przybliża, co nieprzyjemnie zagęszczało atmosferę, a jej serce zaczęło momentalnie bić szybciej.
    - Nie możesz. - odpowiedziała i bardzo powoli przeniosła spojrzenie na jego oczy, w których gdzieś bardzo głęboko kryła się złość. - A listę chcę dostać od Ciebie. Wiesz, że nie znoszę tych Twoich pośredników. - w jej głosie znów pojawił się ten apodyktyczny, pewny siebie ton, który tak bardzo do niej w tamtym momencie nie pasował. Ale zaraz nawet wyprostowała się, uniosła głowę i minęła chłopaka bez słowa, ruszając w stronę lochów. Nigdy przecież nie umieli mówić sobie dzień dobry i do widzenia. Dopiero miało się okazać czy umieją się ze sobą jakkolwiek pożegnać.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  12. Liv od dziecka nauczona była gry, udawania i przybierania masek, które dla większości ludzi wyglądały jak prawdziwa twarz, choć zdecydowanie nią nie były. A przy tym miała ich tak wiele, że czasem jej samej trudno było zorientować się, gdzie jest w tym wszystkim prawdziwa ona. Jednak zawsze wtedy miała przy sobie swojego najlepszego przyjaciela, który znał ją lepiej niż ona sama i przy nim prawie nigdy nikogo nie udawała, bo przecież i tak by ją przejrzał. Teraz jednak zniknął z jej życia i wszystkie jej maski zaczęły się mieszać, uwidaczniać i coraz łatwiej było dostrzec, że są tylko maskami, sztucznym elementem gry, którą prowadziła od dziecka.
    Odetchnęła z ulgą, gdy zorientowała się, że Seo za nią nie poszedł, za rogiem zwolniła nawet odrobinę i spokojnie doszła do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, by zaraz zniknąć w swoim dormitorium, do którego chłopak już na pewno nie miał wstępu. Nie spodziewała się bowiem, że tak to zostawi i pozwoli jej po prostu odejść, ale nie mogła też unikać go w nieskończoność, chociaż podejrzewała, że ich rozstanie w kwestii biznesowej bardzo szybko doprowadzi do rozpadu ich – mimo wszystko całkiem dobrej – znajomości.
    Jednak i tak zdziwiła się, kiedy w piątkowe popołudnie, po wyjściu z lekcji transmutacji, usłyszała nagle charakterystyczne chrząknięcie i zobaczyła Seo ukrytego za pobliskim filarem. Znajoma, z którą wyszła z Sali spojrzała na nią równie zdziwiona, kiedy chłopak poprosił ją o odejście, ale Liv kiwnęła lekko głową i dziewczyna odeszła. Podeszła wtedy bliżej Seo i przyjrzała mu się uważnie, jakby w wyrazie jego twarzy i nawet w uśmiechu chciała dostrzec ewentualne nieczyste intencje.
    – Whisky. – odparła, unosząc delikatnie kąciki ust i nawet jej oczy wydały się nagle odrobinę bardziej radosne. – Ale jeśli liczysz, że zmienię zdanie, to możesz zająć się równie dobrze czymś innym. – wzruszyła lekko ramionami, patrząc na chłopaka pytająco, bo sama była pewna, że nadal nie chce tego robić i nic co powie Seo tego nie zmieni.

    Liv

    OdpowiedzUsuń
  13. [Wiesz co? Myślę, że spokojnie mogliby się znać spoza Hogwartu. Wiem, że świat jest wielki i szeroki, ale przecież niezwykłe spotkania się zdarzają. I byłabym za tym, aby to właśnie znali się z takich bardziej sztywnych i oficjalnych spotkań - gdzieś tam rodzice załatwiali wspólne interesy, obracali się w podobnym towarzystwie i chcąc czy nie chcąc nasze postacie musiałyby mieć ze sobą nieco wspólnego.
    Swoją drogą ich połączenie jest ciekawe - on, który nie znosi przegrywać, ma zamiłowanie do czarnej magii i dość porywczy charakter, i ona, postrzegana przez wszystkich za rozpieszczoną księżniczkę, marionetkę w rękach rodziny, milcząca i poważna. Trochę jak masło orzechowe z bananami, myślisz że nie może się udać, a pasuje genialnie.]
    Nam Hyojin

    OdpowiedzUsuń
  14. [Myślę, że spokojnie możemy przeskoczyć do obecnych czasów, ale równocześnie wykorzystać na początek pomysł jakiegoś bankietu, przyjęcia koktajlowego czy uroczystej kolacji.]

    OdpowiedzUsuń
  15. Pokręciła z niedowierzaniem głową, słysząc jego odpowiedź, ale przy tym kąciki jej ust mimowolnie uniosły się nieco wyżej, bo chyba zwyczajnie chciała wierzyć w to, że Seo nie ma złych intencji, mimo że przecież czasami potrafił być nawet lepszym kameleonem niż ona sama. Mógł udawać co tylko chciał i tylko wprawny obserwator albo ktoś, kto bardzo dobrze go znał mógł ocenić gdzie w tym wszystkim jest prawda. Ona czasem wiedziała. A raczej kiedyś zdarzało jej się wiedzieć, bo teraz nie była pewna już niczego.
    Jednak jeśli jego intencje były czyste i po prostu chciał się z nią spotkać jak dobry znajomy to to już mocno komplikowało sprawę. Bo miała już dość świata kameleonów i ludzi, których wszystkie relacje opierają się na prostym rachunku zysków i strat, a taki przecież był Seo. Nie chciała w tym uczestniczyć, bo jeśli kogokolwiek teraz potrzebowała to z pewnością nie tych, od których dopiero co uciekła, bo sama nie była już w stanie kłamać przy każdym słowie czy spojrzeniu. Pragnęła więcej. Pragnęła czegoś, przez co nie będzie już tylko skupioną na zysku maszyną, przez co poczuje coś więcej, a nie tylko chłodny wachlarz podstawowych emocji, do których to była ograniczona od dzieciństwa, powoli jednak nieświadomie wystawiając palce poza granicę. I racja, tam nie było wcale kolorowo, ale przynajmniej czuło się cokolwiek.
    Pozwoliła chłopakowi odprowadzić się pod salę od historii magii, kiwnęła głową, gdy ten wskazał termin i miejsce spotkania, a potem zniknęła mu z oczu bez słowa, tak jak zwykle. Czego ten przeklęty Seo od niej chciał? I dlaczego ona tak bardzo chciała to sprawdzić?

    Na miejsce przyszła kilka minut wcześniej, chociaż o tej porze to nigdy nie było dobre rozwiązanie, ponieważ stanie sobie ot tak na środku korytarza późnym wieczorem mogło skończyć się szlabanem, na który zupełnie nie miała ochoty. Zniecierpliwiona rozglądała się więc wokół, licząc, że Seo za moment się pojawi, ale zamiast niego zza rogu wyłonił się prefekt Krukonów. Zaklęła pod nosem, jednak bardzo szybko przypomniała sobie, że przecież prawie nigdy takie sytuacje nie kończyły się dla niej źle, zwłaszcza, że ten delikwent próbował się z nią umówić od ponad roku. Wystarczył więc jeden uśmiech, kilka z pozoru miłych słów, a przy tym dziwnie kontrastujący chłód i obojętność, żeby chłopak zapomniał o swoich obowiązkach zupełnie. Zaraz jednak udało jej się go spławić, bo oboje usłyszeli kroki, z każdą sekundą coraz głośniejsze, a ich oczom ukazał się Seo. Skinęła mu głową, a kiedy znalazł się tuż obok niej, ruszyła za nim bez słowa, nie zwracając najmniejszej uwagi na oddalającego się już pana prefekta.
    Widząc, że Ślizgon zatrzymał się i odsunął przed nią ciężką, czerwoną kotarę, uniosła brwi z zaciekawieniem, ale weszła za nią i wychyliła się przez okno, by sprawdzić jaka tajemnica tam się kryje.
    – Jeszcze chwila i pomyślę, że to randka. – powiedziała ze skrywanym nieco rozbawieniem, odwracając się i patrząc Seo przez dłuższą chwilę w oczy, ale po chwili po prostu zeszła po kamiennych schodkach na balkon, by podziwiać przepiękny widok, który się stamtąd roztaczał. Przez moment stała na jego krawędzi, opierając się o metalową barierkę, ale w końcu odwróciła się, zauważając szybko, że trzymane wcześniej przez chłopaka książki zniknęły, a zamiast nich pojawił się idealny zestaw na piątkowy wieczór. Skwitowała to tylko uśmiechem i usiadła na zimnej posadzce, opierając się o równie zimną ścianę zamku, po czym sięgnęła po różdżkę, machnęła nią i na dnie szklanki, która była bliżej niej pojawiły się dwie, idealnie sześcienne kostki lodu. Potem zrobiła to samo ze szklanką Seo i do obu nalała trochę whisky.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzała zaczynać jednak rozmowy, bo ani cisza nie była dla niej krępująca, ani też nie miała wiele do powiedzenia, znacznie bardziej ciekawiło ją dlaczego Seo ją tu zaprosił i – przede wszystkim – czego chce. Ale tak naprawdę zastanawiało ją jeszcze co innego. Dlaczego chciała tu być? Dlaczego chciała z nim rozmawiać, skoro był kwintesencją tego, od czego uciekała? Dlaczego, podczas gdy na większość dawnych znajomych nie mogła już patrzeć, to jego wciąż chciała widzieć? Dlaczego? Przecież nie chciała już ani kameleonów, ani gry, ani udawania, ani wiecznej pogoni za jakiegoś rodzaju zyskiem. Bo nie chciała, prawda?

      Liv

      Usuń
  16. Od kiedy pamiętała, jej rodzice zawsze byli tacy sami. Matka, stanowcza i chłodna perfekcjonistka, nie znosząca sprzeciwu, sprawowała pieczę nad rodzinnymi finansami oraz życiem towarzyskim i rodzinnym. Ojciec był zaś jej przeciwieństwem — spokojnym i milczącym mężczyzną o owczej naturze, całkowicie podporządkowanym swojej małżonce, wychodzącym z założenia, że nic nie przyda mu się w życiu tak bardzo jak święty spokój. Dla niego właśnie pozostawiał dla siebie krytyczne uwagi na temat decyzji podejmowanych przez swoją partnerkę, usuwał się z drogi, kiedy przeczuwał nawałnicę, zabarykadowując się w swoim gabinecie, a jego wkład rodzicielski ograniczał się do uspokajającego poklepywania swojego jedynego dziecka po plecach. W kręgach towarzyskich uchodzili za wcielenie idealnie funkcjonującego małżeństwa i ludzi sukcesu, ułożonych, kulturalnych i gościnnych, wychowujących swoją córkę w myśl starych zasad i tradycji.
    Nam Hyojin już przywykła – do tego całego protokołu dyplomatycznego, który mówił jej jak ma się zachowywać, jak wypowiadać, jak ubierać, kiedy się uśmiechać, a kiedy dygać delikatnie z gracją. Przywykła do tego, że zawsze i wszędzie jest obserwowana – przez ojca i matkę, ciotki i wujków, w końcu nawet przez nieznajomych jej ludzi, którzy czekali tylko na drobny błąd, aby udowodnić, że rodzina Nam wcale nie jest tak idealna jak się wydawało (i co z tego, że od środka toczyła ją trucizna, o tym nikt przecież nie musiał wiedzieć). Przywykła również do odgrywania roli marionetki, małpki w klatce, idealnej laleczki, która powinna tylko siedzieć na swoim miejscu i nie wychylać się, a broń boże wypowiadać na głos swoje zdanie. Przywykła. Dla świętego spokoju, bo przecież właśnie tego uczył ją od lat ojciec.
    Do jednego jednak nie mogła przywyknąć — że była oprowadzana po salonach jako przedmiot na sprzedaż, oferowana synom co bardziej postawionych osób i traktowana jako karta przetargowa w interesach swoich rodziców.
    To było frustrujące. I wydawało jej się, że nie jest w stanie znieść tego bez sporej dawki znieczulenia. Właśnie łamała jedną z podstawowych zasad, narzuconych jej przez rodzinę – jeden kieliszek szampana lub wina na wieczór. Jej matka dostałaby zawału, gdyby się dowiedziała.
    Kiedy jesteś na przyjęciu musisz mieć oczy dookoła głowy, zwłaszcza jeżeli przemycasz coś więcej niż ten jeden symboliczny kieliszek szampana. Tym bardziej zaskoczona była, kiedy spuściła z tonu i nie zauważyła nadejścia młodego Ślizgona.
    Dzień jak co dzień – rzuciła pospiesznie, nieco zbita z tropu. — Sam przecież wiesz, chleb powszedni. Byle przeżyć kilka godzin. I za tydzień powtórka z rozrywki.
    Kwaśny uśmiech pojawił się na jej ustach na zaledwie dwie sekundy, po czym zniknął, pozostawiając za sobą nieodgadniony wyraz twarzy.
    — I jak, ciebie też wystawiają na aukcji? Kto da więcej temu zostaniesz sprzedany?

    OdpowiedzUsuń
  17. Liv za to nie lubiła wina, zwłaszcza teraz, kiedy kojarzyło jej się tylko z arystokratycznymi przyjęciami, w których wcześniej bardzo często brała udział. Tam, przy cichych rozmowach, za którymi to zawsze krył się jakiś osobisty interes, przy łagodnych dźwiękach muzyki, przy śmiechach z żartów opowiadanych zbyt wiele razy, by jeszcze naprawdę były śmieszne i przy spojrzeniach, którymi chciano przejrzeć wszystkich na wskroś, przechylano właśnie kieliszki z winem, na które Liv nie miała w tej chwili najmniejszej ochoty. Z whisky miała zupełnie inne wspomnienia, i choć teraz z perspektywy czasu zasłonięte były przez dym ze zgliszczy zniszczonej przyjaźni, to właśnie tego chciała, bo o tym chciała pamiętać. I wciąż smak Ognistej na koniuszku języka i to przyjemne uczucie w gardle będzie sprawiało, że przypomni sobie chwile, które potrafiły być lekarstwem na wszystko.
    Kiedy w końcu Seo się odezwał, zerknęła na niego i również lekko się uśmiechnęła, marszcząc jednak przy tym brwi w ledwie zauważalny sposób. Wierzyła mu. Wierzyła w to, że tego wieczoru nie będzie jej przekonywał do zmiany zdania, ale jednocześnie podejrzewała, że to spotkanie i wszystko co z nim związane jest częścią jakiegoś planu, dzięki któremu nie będzie już chciała albo nie będzie mogła odejść z biznesu, który również dla Seo związany był z niemałymi zyskami. To nie mogło być takie proste. „Nie chcę” i już. Zwyczajnie nie mogło.
    Po jego kolejnych słowach, uniosła brwi, bo sama była ciekawa czy rzeczywiście (jeśli da jej odejść) kiedykolwiek będą jeszcze mieli jakąkolwiek relację, wychodzącą poza skinięcia głową na korytarzu, ale nie była pewna czy w ogóle tego chce. Już jednak miała przerwać mu i odpowiedzieć, kiedy nagle wyciągnął z kieszeni małą fiolkę. Przekrzywiła głowę, żeby móc przeczytać etykietę, ale była niemal pewna co zawiera, od pierwszej chwili, gdy ją zobaczyła, przez co jej serce zaczęło dudnić mocno w piersi. Na niewielkiej buteleczce jej własnym charakterem pisma napisane było: Veritaserum.
    Automatycznie jej wzrok przeniósł się z niebezpiecznie uśmiechniętej twarzy chłopaka na szklaneczkę z whisky, którą trzymała w dłoniach i z której zaledwie chwilę wcześniej pociągnęła łyk. Chwilę potrwało zanim dotarło do niej, że całość eliksiru znajduje się w fiolce, bo gdyby w jej drinku znalazła się chociażby kropla, teraz z pewnością byłaby już tego świadoma. Wiedziała bowiem doskonale jak działa eliksir prawdy.
    Spojrzała znów na Seo i prychnęła cicho, uśmiechając się przy tym nieco ironicznie.
    – Veritaserum nie pomaga w utrzymaniu relacji. – odparła, odważnie patrząc w oczy siedzącego obok niej Ślizgona, któremu z każdą sekundą ufała coraz mniej. Chociaż prawda była taka, że nie ufała mu nigdy, ale po części też ufała mu bardzo mocno. Ich dotychczasowa relacja była skomplikowana i nie było to takie pewne czy może przejść teraz jakąkolwiek transformację. Być może powinna się zwyczajnie skończyć.
    Ale Olivia była zaciekawiona, bo przynajmniej w końcu działo się coś, co nie było dla niej emocjonalnym cierpieniem. Pewnie było niebezpieczne, ryzykowne i na granicy, ale już raz przekonała się, że ryzykowne działania potrafią być, przynajmniej na krótką metę, skuteczne w leczeniu wewnętrznego bólu.
    – Co chcesz wiedzieć, Seo? – spytała dość łagodnym, ale równocześnie stanowczym głosem. – Bo nie sądzę, że po prostu chcesz się pobawić i pozadawać sobie ze mną na zmianę kilka głupich pytań.
    Wzruszyła ramionami, a na jej twarzy pojawił się aż zaskakująco przyjazny uśmiech, tak jakby absolutnie nic się nie wydarzyło, a Seo nie starał się przekroczyć granicy, która to powinna pozostać nietknięta.

    OdpowiedzUsuń
  18. Właściwie nie wiedziała dlaczego zgodziła się na jakikolwiek spacer. Raz, trzeba było po cichemu odstawić piersiówkę, bo nóż widelec gdzieś się wymsknie (na szczęście udało jej się to zrobić pod pretekstem poprawienia klamry przy bucie) – a to, że została położona w miarę widocznym z daleka miejscu to inna sprawa, zawsze można wymówić się i grać zdziwioną idiotkę. Dwa, odizolowane miejsce zmniejszało szanse na jakiekolwiek niechciane kontakty; w trakcie spaceru, nawet udając wielce zajętą rozmową ze swoim towarzyszem, istniało prawdopodobieństwo wpadnięcia na kogoś niekoniecznie mile widzianego, z kim trzeba było zamienić kilka słów. Trzy, Seo nie myślał o tym, że w tych cholernie niewygodnych butach trzeba wytrzymać calutką noc, co oznaczało wiele godzin – spacery nie były A jednak skinęła mu głową i przystała na jego propozycję, tak została wyuczona.
    — Jeszcze nic nie jest ustalone. Chyba — rzuciła, podnosząc się i czekając na swojego partnera. Wyjęła mu delikatnie kieliszek szampana z dłoni i upiła resztkę alkoholu, odstawiając pustą lampkę na stolik. — To ci nie będzie na razie potrzebne.
    Właściwie ustalone nie było nic, ale wiedziała, kto zyskuje sympatię jej rodziców. Japończyk o koreańskich korzeniach, syn właściciela przemysłu alkoholowego, dwudziestosiedmioletni Sota Kamiya.
    Sama go zresztą nawet lubiła. Nie był aż tak zmanierowany i przemądrzały jak jego poprzednik, potrafił czasami żartować i miał dystans do siebie, a to się ceniło. I biło od niego ciepło, już w pierwszej rozmowie można było to wyczuć. Hyojin wiedziała jednak, że nie warto się do nikogo przyzwyczajać za bardzo i brać go za pewnik. Niezdecydowanie jej rodziców co do tego tematu było tak duże, że jednego dnia był ten, drugiego tamten.
    - Zerknij na trzecią. To chyba on. Całkiem fajny, nie? — Kiedy tylko ruszyli od stolika, najnowszy obiekt uwielbienia jej matki pojawił się na horyzoncie, zabawiając właśnie jakąś starszą panią, którą Hyojin widziała pierwszy raz na oczy. — Przynajmniej jeszcze stoi wyprostowany i nie robią mu się zakola, myślę, że mogło być gorzej.
    Sota nie był wybitnie powalający, i może wyglądał jak model, ale też nie odrzucał swoim wyglądem. Był przeciętnym mężczyzną, na którego może Miss Universe nie zwróciłaby uwagi, ale już na campusie znalazłby kilka dziewczyn, które chętnie by się z nim umówiły.
    — Grunt, że nie wybrali mi ciebie.
    Wróciła wzrokiem do swojego towarzysza, uśmiechając się do niego delikatnie, jak gdyby nigdy nic.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nauczającego historii magii profesora wręcz uwielbiała, o czym otwarcie mówiła, a w gronie zaufanych sobie ludzi mogła nawet przyznać się do bardziej zaawansowanego uczucia – bo tak, kochała go, kochała miłością gorącą, ale czysto akademicką, nawet kiedy brała poprawkę na to, że Hogwart uczelnią wyższą nie jest. Zapytana o opinię na jego temat, uśmiechała się lekko i mawiała, że to człowiek miś, ale potrafiła wydusić z siebie coś bardziej konstruktywnego.

    Tempo zajęć było powolne, a profesor co prawda stawiał na rozmowę, ale nie należał do grona tych charyzmatycznych ludzi, którzy sami sobą rozpalali ogień dyskusji. Dość flegmatyczny, wyciszony, można było odnieść wrażenie, że mówił tak, jakby sprawiało mu to fizyczny ból. Aby się skupić, należało się postarać, ale jak już zrobiło się ten wysiłek i skoncentrowało uwagę tylko na zajęciach, było absolutnie przecudownie. W grupie tych, którzy historią magii szczerze się pasjonowali i umieli o niej mówić, takie z nim z nim lekcje były fantastyczne. Dało się zresztą odczuć różnicę poziomów po piątym roku, po sumach, kiedy już odpadli wszyscy ci, którzy do tej pory w ławkach siedzieli tylko z przymusu. Ale i tak mogło być dużo lepiej, bo mimo wszystko nie każdy uczeń, nawet ten, który zbierał same powyżej oczekiwań i wybitne, był pasjonatem przedmiotu.

    Być może Sagit nie byłaby taką wielbicielką intelektu profesora, gdyby do szkoły nie przyszła już jako osoba z zaszczepionym zainteresowaniem do przeszłości. Pewnie wciąż uważałaby go za miłego i przyjaznego uczniom nauczyciela – którego uśmiech, mimo że profesor już dawno nie był w sile wieku (chociaż Binnsowi nie dorównał!) i do najurodziwszych nie należał, zawsze towarzyszący odpowiedzi na dzień dobry musiał wysoko plasować się w rankingach tych najbardziej uroczych – ale raczej nie wyczekiwałaby z niecierpliwością na zajęcia.

    Nie zaszczepił w niej pasji do historii do magii, ale nawet nie miał tej szansy. Tę wyniosła z domu. Chociaż żadne z rodziców nie było historykiem, oboje mogli imponować wiedzą z zakresu minionych już okresów. Szczególnie ojciec, który nienachalnie i spokojnie wtłaczał w dzieci swoje zamiłowania, więc nawet kiedy już go zabrakło, jego namiętności wciąż pozostały żywe. Sagit chyba najchętniej zbierała wszelkie dokumenty, które w ten czy inny sposób dotyczyły jej rodziny; materiału miała na tyle, że gdyby chciała, zapewne potrafiłaby całkiem zgrabnie zrekonstruować swoją osobistą historię. Jednakże jej zainteresowania nie ograniczały się do tak intymnego okresu.

    Pochłaniała tyle naukowych książek historycznych, bywała też w wielu muzeach i zwiedzała różne zabytki, że nawet nie musiała się specjalnie uczyć do wrześniowego testu. Zajrzała co prawda do szkolnych notatek, żeby uporządkować wiedzę – chociaż potrafiła bez przygotowania uraczyć kogoś opowieścią o przeszłości, jakąś anegdotką i ciekawostką, miała problemy z osadzeniem ich akcji w czasie. Och, oczywiście, że wiedziała, w którym wieku to się działo (zwykle też dekadzie), doskonale znała kontekst, ale dokładne, konkretne daty nie wchodziły jej z łatwością do głowy. Może to wynikało też z tego, że nauka o tym, co minione, przydawała się do tego, co zastane, a w tym wypadku niektóre niuanse traciły na znaczeniu.

    Nie przeszkodziło jej to znaleźć się w ósemce uczniów wytypowanych do udziału w konferencji. To było dla niej clou programu, w pełnym skupieniu i zachwycie wsłuchiwała się w wygłaszane przez naukowców referaty, a momentami nawet nie to, co mówili, ale samo w tym uczestniczenie wydawało się ważne – śledzenie tej szalonej erudycji, brawurowych wywodów. Nie sądziła, aby późniejsze atrakcje mogły dorównać, ale kiedy zaprowadzono ich do Nurmengardu, nie mogła nie zmienić zdania. Oczywiście, była tu pierwszy raz, do tej pory więzienie mogła sobie tylko wyobrażać na podstawie tego, co czytała. A o wojnie z Grindelwaldem czytała dużo, więcej niż o tej Voldemortem, być może ze względu na paralele z II wojną światową.

    Nigdy nie marzyła, aby się tu znaleźć, ale skoro już tu była, zamierzała wykorzystać daną jej szansę jak najlepiej,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. więc kiedy padła propozycja poddania się eksperymentowi, od razu się zgłosiła. Właściwie – ręka wyprzedziła myśl, ale w żaden sposób tego nie żałowała; nawet wtedy, kiedy dowiedziała się, na czym ten eksperyment ma polegać.

      – Mam nadzieję, że nie chcesz cały czas tak krzyczeć – powiedziała do Seo, a mimo chłodu zawartego w jej wypowiedzi, uśmiechała się lekko.

      Być może była to tylko dobra mina do złej gry, ale… Zatrzaśnięcie wrót wywołało w niej strach i w pierwszym od ruchu chciała nawet protestować, ale powstrzymała się. Nie czuła się komfortowo w tym otoczeniu, w dodatku nie miała nawet różdżki, ale o to przecież chodziło. Jednak nie pozwoliliby im zrobić krzywdę, ostatecznie to była wycieczka szkolna, do Hogwartu musieli wrócić cali i zdrowi.

      – Bez obaw, tu nie ma dementorów – rzuciła całkiem swobodnie, ale o ile głos jej nie drżał, o tyle ręce i nogi już tak, co można było dostrzec, kiedy zaczęła przechadzać się po niewielkiej celi. – Przecież wiesz. Więźniów nie torturowały żadne demony… tylko te w ich głowach. - Zatrzymała się, jednak pojawiły się większe nerwy niż sądziła, a przez to nie wiedziała, czy może ufać własnym nogom. Dotknąwszy zimnej ściany, pogłaskała ją lekko i dodała cicho: – Ciekawe, czy wciąż tutaj są, ciekawe, ile zostało nam czasu do popadnięcia w szaleństwo.

      Usuń
  20. Nawet znając Seo, trudno jej było nie czuć zdziwienia, gdy słuchała tego, co mówił, bo o ile zazwyczaj dogadywali się dość dobrze, to teraz nie rozumiała go nawet w najmniejszym stopniu. Bo może i miał rację, Olivia nie była osobą, która lubi rozmawiać z kimkolwiek na swój temat, ale jednak do niedawna miała przy sobie osobę, która i tak wiedziała o niej wszystko, a teraz powoli zaczynała sobie uświadamiać jak bardzo było jej to w życiu potrzebne. Ale była pewna, że to nie była relacja na zasadzie wymiany – taka, która jest tylko grą. I nie szukała już takich relacji, bo nie chciała grać w gry, od których starała się uciec.
    Więc nie rozumiała, bo dla niej to nie było tak proste. Tak jak powiedziała wcześniej, veritaserum nie uważała za coś, co mogłoby być motorem napędowym jakiejkolwiek relacji albo w ogóle czymś, co było im potrzebne. Co to za problem powiedzieć coś komuś, kiedy de facto musisz to zrobić? Znacznie trudniej jest podjąć decyzję czy chcesz mu to powiedzieć. I grać w grę na zaufanie. Obustronne, bo ani mówiąc coś nie można być pewnym czy się powinno, ani słuchając nie wie się czy jest to prawda. To było ciekawe, to było jakkolwiek wartościowe. A nie gra, którą on jej proponował.
    – Nic nie będzie, Seo. – odpowiedziała i sięgnęła po szklaneczkę, do której nie wpadła jeszcze nawet kropelka eliksiru prawdy. Nie chciała prawdy. Ani swojej, ani jego. Nie chciała mieć na niego haków i żeby on miał je na nią. Nie chciała odbijać z nim piłeczki, a może po prostu bała się, że tym razem nie wygra. – Jeśli chcesz coś wiedzieć, to pytaj. – odparła jednak po chwili. – Może odpowiem, ale nie licz nie zagram z Tobą w grę pozbawioną ryzyka. – wzruszyła ramionami i po kilku sekundach patrzenia mu w oczy, odwróciła wzrok, by przesunąć nim po szkolnych błoniach, zupełnie pustych i spokojnych, jakby pogrążonych we śnie.

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  21. Jedyne drzwi, oprócz wejściowych, które prowadziły od przedsionka, w którym się znaleźli, doprowadziły ich do przyciemnionego, długiego, przyciemnionego korytarza z rzędem drzwi po obydwóch stronach.
    Zapomniałeś wspomnieć o tym, że jesteś całkiem przystojny i wybitnie skromny — rzuciła mu z półuśmiechem na ustach, wyprzedzając go i kierując się do nowego pomieszczenia. Przystanęła na zaledwie dwie minuty, ogarniając je pospiesznym spojrzeniem, od sufitu po marmurową chłodną posadzkę, a następnie zatrzymując wzrok na kilku parach drzwi, zastanawiając się dokąd mogą one prowadzić — W tym właśnie tkwi problem, to brzmi zbyt idealnie, aby mogło być prawdziwe. — dodała jeszcze, zerkając przez ramię na swojego towarzysza, pozbywając się już tego swojego firmowego uśmiechu. Była z dala od ludzi. I przeczuwała, że Seo nie wierzy w tę całą tę jej fasadę bycia ułożoną i grzeczną, uprzejmą aż do bólu mięśni twarzy.
    Gdyby miała ująć to co myśli w sposób prosty i móc powiedzieć to bezpośrednio, stwierdziłaby po prostu że wszyscy w tym towarzystwie są na swój sposób popierdoleni, skrzywieni, ułożeni nie tak jak trzeba, przeprogramowani i przez to nieco zniekształceni. To, co widziała na pierwszy rzut oka, nie pokrywało się z tym, jak wyglądała rzeczywistość skrywana pod tonami uśmiechów, nakładanych co rano jak makijaż, wyuczonych gestów, etykiety i protokołu dyplomatycznego.
    Dlatego też nie wierzyła, że Seo jest taki, jak wymienił. Brzmiało to zbyt idealnie.
    Sięgnęła do pierwszej klamki po lewej, jednak poczuła delikatny opór. Zamknięte. Tak jak i kolejne trzy pary drzwi, które próbowała otworzyć. Zamknięte drzwi zawsze sugerowały, że znajduje się za nimi coś, czego właściciele budynku nie chcą ujawniać wścibskim i żądnym wiedzy i przygody.
    Nie zdecydowała się jednak po sięgnięcie po różdżkę (przede wszystkim dlatego, że nie posiadała jej przy sobie), a próbowała swoich sił dalej, aż trafiła na drzwi, które ustąpiły i z delikatnym skrzypnięciem uchyliły się.
    — Nie wygląda to jak droga do biblioteki, chyba że biblioteki Kuby Rozpruwacza — mruknęła cicho pod nosem, zerkając na długie, pogrążone w mroku, schody prowadzące w głąb jakiejś piwnicy. — Wygląda jak świetna zabawa — skwitowała, sięgając ponownie po klamkę z zamiarem zamknięcia drzwi.
    Miała złe przeczucia związane z tą piwnicą. Z drugiej strony, w przeciwieństwie do innych pomieszczeń, nie była zamknięta na cztery spusty, więc nie mogła też skrywać w sobie żadnej mrocznej i krwawej tajemnicy. Takie rzeczy bowiem bardziej się chroni, zwłaszcza w świecie magicznym.

    OdpowiedzUsuń
  22. Uniosła lekko kącik ust, kiedy usłyszała jego odpowiedź i zobaczyła, że buteleczka z – o ironio! – uważonym przez nią samą Veritaserum ląduje z powrotem w jego kieszeni. Odetchnęła głęboko świeżym, chłodnym już nieco powietrzem i wypiła łyk czystej whisky. Mały łyk, spokojnie przepływający przez jej przełyk, by rozgrzać go, a zaraz sprawić, że alkohol przyjemnie rozgości się w jej ciele. Już dawno nie piła Ognistej w taki sposób jak Seo, czyli byle szybciej. Za dużo takich szklaneczek miała w dłoniach i zbyt wiele wspaniałych wspomnień się z nimi wiązało, choć były to te, które przecież teraz rozpływały się w nicość.
    Zmarszczyła brwi, słysząc pytanie chłopaka, ale zaraz rozluźniła się, gdy okazało się, że jednak nie będzie na nią naciskać. Spojrzała na niego, odwracając lekko głowę w jego kierunku i spokojnie czekała aż skończy się ogień pytań, którym ją zarzucił.
    Prychnęła cicho i dla rozproszenia zaczęła stukać paznokciami o brzeg szklaneczki, którą odstawiła już na kamienną posadzkę.
    – Nic mnie nie goni. – odparła po dłuższej chwili milczenia, wpatrując się w punkt gdzieś daleko poza barierką. – Sama się gonię. – zmrużyła delikatnie oczy i powoli przeniosła wzrok na Seo. – I właściwie nie mam wielkich, mocnych argumentów, które pewnie chciałbyś usłyszeć. Może… rezygnuję, bo nie chcę robić tego, co robiłam w tamtym roku. Nie wiem. Dużo się zmieniło, ja się chyba zmieniłam, więc może zdanie też zmienię. – uśmiechnęła się łobuzersko i wzruszyła ramionami. – Ale na razie to koniec.
    Znów sięgnęła po szklaneczkę i upiła z niej kolejny, niewielki łyk.
    – A Ty? Dlaczego tak łatwo mi na to pozwalasz?

    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  23. – Potrafię wyobrazić sobie lepsze sposoby na spędzanie wolnego czasu – odparła dość asekuracyjnie, ale głosem, w którym wybrzmiewała pewność siebie. – Ale i gorsze.
    Na oślep przesunęła dłonią po więziennej ścianie, a gdy wyczuła zagłębienia z pewnością wyrzeźbione ludzką ręką, pogładziła je kciukiem. Próbowała odcyfrować napis, na który natrafiła, ale nie było to możliwe – to, że i tak nie przyswoiła sobie jego znaczenia, to jedno, ale w tym przypadku nawet litery skrywały tajemnicę. Gdyby miała zgadywać, strzelałaby, że ktoś posługiwał się grażdanką – ale równie dobrze mogło być to coś trochę innego.
    Ile by wytrzymała? Wszystko zależało od tego, co się pod tym wyrażaniem zawierało. Jeśli chodziło o sam fakt trzymania się przy życiu, istniały spore szanse, że w czasie wojny wytrzymałaby do dnia, w którym wyzwolono wszystkich więźniów. Jeśli chodziło o to, jak długo pozostawała przy zdrowych zmysłach… Może by sobie jakoś radziła – zaprzyjaźniała ze szczurami, które swego czasu zapewne tutaj krążyły, przypominała i starała się odtworzyć wszystkie znane sobie teksty kultury, próbowała ćwiczyć i wykłuwać w ścianach notatki. Nie było to jednak zajęcie wystarczające na dłużej, a już na pewno nie ochroniłoby skutecznie przed popadnięciem w obłęd.
    Ponoć nikt spośród tych, którzy zostali wyzwoleni, tego nie uniknął.
    – Są różne interpretacje – odparła i ruszyła w dalszą wędrówkę po celi, z ręką przy ścianie. – Ale… to dość zabawne, że tacy potężni czarodzieje jak Grindelwald, Dumbledore, Voldemort okazali się takimi głupcami i wierzyli, że być Panem Śmierci to nad śmiercią mieć władze. Władza, dyskurs władzy – przecież to wszystko rodzi zależności, a czy w byciu Panem Śmierci nie chodzi o niezależność od tej śmierci? Powstaje paradoksalna sytuacja, w której ten, kto chce być Panem ze względu na tę swoją chęć nigdy nim nie zostanie, a szanse miałby ten, który tego nie pragnie, ale jak w takim wypadku miałby zdobyć insygnia?
    Zatrzymawszy się przy kratach, stanęła na palcach i wyciągnęła ręce, aby uchwycić pręty w najwyższym punkcie, do którego sięgała. Przesuwając dłońmi powoli w dół, dostosowała do ruchu całe ciało i po chwili już kucała z palcami tuż nad posadzką.
    Może miała rację; ostatecznie Harry Potter wcale nie miał ambicji zostania Panem Śmierci, a tylko on naprawdę to osiągnął.
    – Co byś wybrał? – zapytała.

    OdpowiedzUsuń