Umiem w dwunastu językach powiedzieć „nie”; to kobiecie wystarczy

RHENAWEDD SYANNA TRAVERS
8 VIII 1983, Londyn ——— Nauczycielka mugoloznawstwa
RUDOWŁOSA I SZAROOKA LWICA; NIEZŁOMNA I POTĘŻNA CZAROWNICA CZYSTEJ OD POKOLEŃ KRWI —— ZNANA NA CAŁYM ŚWIECIE PISARKA; NAUCZYCIELKA W HOGWARCIE OD WRZEŚNIA 2023 ROKU —— NIEUSTĘPLIWA KOBIETA, KTÓRA WIE, CZEGO CHCE —— ISKRZĄCE SIĘ SREBRNE OCZY Z ZAFASCYNOWANIEM PATRZĄCE NA ŚWIAT, PŁOMIENNE WŁOSY, SMUKŁE DŁONIE I ŁABĘDZIA SZYJA —— METR SIEDEMDZIESIĄT SZEŚĆ DOSTOJNOŚCI, KLASY, GRACJI I LODOWATEJ ELEGANCJI —— BOGINA BRAK?, PATRONUSEM PAW, SAMA PRZECIEŻ JEST DUMNA NICZYM ON, AMORTENCJA PACHNIE JAK JEJ BYŁY MĄŻ, LECZ CZY O TYM WSPOMNI? NIE-NIGDY-NIE —— RÓŻDŻKA DZIEWIĘTNASTOCALOWA, WYKONANA Z AKACJI Z PIÓREM PEGAZA, GIĘTKA —— BYŁA ŚLIZGONKA, ABSOLWENTKA HOGWARTU, BYŁA CZŁONKINI KLUBU ŚLIMAKA, BYŁA REDAKTOR NACZELNA "CZAROWNICY"   —— SPRAGNIONA CORAZ TO NOWSZYCH WRAŻEŃ I DOZNAŃ, SPONTANICZNA PODRÓŻNICZKA, KTÓRA ZWIEDZIŁA PÓŁ ZIEMI —— CIĘTY JĘZYK, OSTRE I ODWAŻNE SŁOWA, LICZNE REPORTAŻE "MIEDZIAK NA WALIZKACH" I CAŁA BIBLIOTECZKA KSIĄŻEK JEJ AUTORSTWA —— CZTERDZIESTOJEDNOLETNIA, BEZDZIETNA ROZWÓDKA, KTÓRA NIGDY NIE MARZYŁA O RODZINIE, SKUPIAJĄC SIĘ NA SWOJEJ ROZWIJAJĄCEJ SIĘ W BŁYSKAWICZNYM TEMPIE KARIERZE; INSTYNKT MACIERZYŃSKI OBUDZIŁ SIĘ U NIEJ ZA PÓŹNO, BO DOPIERO PRZED CZTERDZIESTKĄ ——  W ANGLII, W RODZINNYM DOMU ZOSTAWIŁA NAJDROŻSZEGO SETHA I NAJPIĘKNIEJSZĄ KOTKĘ ŚWIATA CINDY —— WĘŻOUSTA, KTÓRA ODKRYŁA U SIEBIE OWY DAR W WIEKU PIĘCIU LAT, PRZEZ LATA PIELĘGNOWAŁA GO NA TYLE, ŻE TERAZ POTRAFI POROZUMIEWAĆ SIĘ W TYM JĘZYKU Z KIMŚ KTO TAKŻE JEST WĘŻOUSTY —— TIK TAK, TIK TAK, DWA ZEGARY WROGO TYKAJĄ A TYLKO JEDEN MOŻESZ ZATRZYMAĆ, TRAVERS  —— P O W I Ą Z A N I A
Jesteś piękna. Twój wygląd dodaje ci charakteru i drapieżności, a pełne intensywności tęczówki wpatrują się przenikliwie w każdego z twoich rozmówców. Chciałabyś każdego przejrzeć na wylot, przewidzieć każdy ruch i zajrzeć do najgłębszych, najmroczniejszych otchłani duszy. Fascynują cię ludzkie umysły, świat, sekrety i tajemnice. Kochasz podróżować i masz już pełnometrażowy plan na swoje kolejne przygody, połowę globu już zjeździłaś, jednak to cię nie zadowala bo pragniesz zobaczyć cały świat. Jeszcze tego lata zamierzasz odwiedzić Afrykę i Amerykę Łacińską, tworząc nowe i ciekawe reportaże. Pod twoim piórem tworzy się także książka dla dzieci, o których ostatnio myślisz za często. Nigdy jednak nie było cię stać na sentymentalizm czy tęsknotę za tym czego nigdy nie miałaś nie dlatego, że nie mogłaś lecz po prostu spychałaś marzenia o rodzicielstwie na bok, skupiając się na samorealizacji. Rhena, na litość boską, ty nigdy nie chciałaś mieć dzieci! Jednak przepływający przez palce czas jest dla ciebie uciążliwy, wciąż przypomina ci o tym, że nie masz pociechy. Jest to dla ciebie pewna skaza i mimo próby wygnania tych myśli, one powracają, męcząc twój umysł. Myślisz o tym z coraz większą intensywnością, a w twojej głowie rodzi się plan.
Jeśli mowa o twoim dzieciństwie, to nigdy nie miałaś ojca. Zniknął gdzieś tuż po twoim urodzeniu, matka wpadała w szał na twoje wspomnienie o nim. Przestałaś więc wspominać, przestałaś także o nim myśleć, zapomniałaś. Od najmłodszych lat mateczka uczyła cię siły, determinacji i najwyższych sztuk manipulacji. Jako iż w każdej - a przynajmniej tak wydaje się na pierwszy rzut oka - dziedzinie byłaś prymuską, tutaj także nie zawiodłaś rodzicielki. Już jako nastolatka potrafiłaś owijać sobie ludzi wokół palca, choć rzadko stosowałaś te umiejętności. Byłaś zbyt pracowita i ambitna by zdobywać wszystko na swoje piękne, srebrzystoszare oczy; by słodkimi słówkami omamić rozmówcę czy załatwić sobie dobry stopień bądź posadę po znajomości. Zawsze wolałaś zdobywać wszystko sama, bez niczyjej pomocy. Byłaś niezależna, samowystarczalna i samodzielna. Z pewnością można nazwać cię kobietą sukcesu. Jednak czy ten sukces zapewnił ci szczęście? Jesteś szczęśliwa, Rhena? Poddawanie się nigdy nie leżało w twojej naturze i to nigdy nie ulegnie zmianie. Dążysz do swoich celów nawet po trupach, przesz do przodu, pokonujesz każdą przeszkodę i barierę, nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych i problemów nie do ominięcia. Bywasz samolubna i nie można cię nazwać świętą, bowiem zdarza ci się częstować innych okrutną ironią i gorzkimi słowami, w których tak właściwie nie przebierasz. Wstajesz przed śpiewem ptaków, przesypiasz zaledwie kilka godzin, coraz mniej czasu poświęcasz na sen, uznając że wcale za dużo ci go nie trzeba. Zamiast spać, piszesz i piszesz, wypełniając kolejną książką tą chroniczną samotność.
_________________________________________________________________________
Dzieńdobrywieczór! Witam się pięknie z Rheną, postać sponsoruje super fajny pirat, (ślemy buziaki, szczególnie dla buraczka Olliego ♥ ♥ ♥)  Jessica Chastain, moja dopiero rozkwitająca zdolność kreacji. Ruda bestyjka przyjmie każdego na szalony - bardziej lub mniej, wątek. 

7 komentarzy:

  1. [I jest i ona – cudowna, straszna i pięknie-koszmarna! ♥ Czeeeść! Sophia niewątpliwie (w swoim przypadku…) miała rację, Jessica jest piękna, Rhena cudowna i z Olgierdem, który jest co najwyżej ziemniakiem, ale nie burakiem – wyczekujemy wielkich dram. : D Baw się dobrze na HK, miej dużo weny, wytrwałości, pełno super pomysłów oraz ciekawych wątków! ;]

    pielęgniarka VERA THORNE & hotelarz OLGIERD ERETEIN

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć! Od pojawienia się Olgierda na blogu, darzę Rhenę ogromną sympatią i to nie tylko ze względu na wizerunek Jess (pięknej, ach!, jak pięknej...), ale i na jej kreację oraz wpływ na jego życie. Cieszę się więc, że pojawiła się na blogu i namiesza w życiu właściciela zajazdu, bo po kryjomu, tak w głębi serca, od początku im kibicuję w nadziei, że pewnego dnia się dogadają i będą razem już nie bacząc na wszystkie trudności. :D Ty natomiast tchnęłaś w nią ładnie życie, za co należą Ci się wielkie brawa.
    Co prawda, chwilowo jestem tak do tyłu ze wszystkim, że nie zaproponuję Ci wątku, ale obiecuję, że jak tylko wszystko nadgonię po sesji, to wpadnę się o coś upomnieć. :) Tymczasem baw się dobrze i miej dużo ciekawych wątków!
    Ach! W odautorskim wkradło Ci się „ę” do słówka „sponsoruje”. :D]

    Connor Greyback

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć, dobry wieczór.
    Życzę udanej, przemiłej zabawy i zapraszam do siebie, chociaż przyznam, że na ten moment nie jestem w stanie zaproponować niczego sensownego... Jakoś nie widzę pana Avery'ego w jakichkolwiek relacjach z Twoją panią, ale... Może właśnie dzięki temu uda nam się stworzyć coś wybuchowego i całkowicie nieprzewidywalnego? :D]

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  4. [O, dobry wieczór, jakże cudownie było odczekać się wreszcie byłej żony Olgierda! <3 Niecierpliwe jesteśmy, więc pozwolimy sobie piękną panią (acz przerażającą na pewno w swej wściekłości) zaprosić do nas na wątek – w końcu musimy się nienawidzić, prawda? c:
    Życzę dużo zabawy i ogromu wątków!]

    Bree Allaway

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dziękuję. c: Co do relacji Olgierd/Bree to radzę Ci spytać pirata, bo ja nie wiem, ile w jej mniemaniu powinnaś wiedzieć. :D I wówczas możemy myśleć nad wątkiem!]

    Bree Allaway

    OdpowiedzUsuń
  6. Z hukiem odłożył wysoką szklankę na chybotliwy stolik. Zaklął.
    Mebel gwałtownie zadrżał, piwo się spieniło, mimo że nie zostało go dużo, a biała piana spłynęła po ściankach szklanego naczynia, opadając na nierówne, źle oheblowane deski, zbite za pomocą kilku gwoździ w całość. Wokół denka powstały nieładne plamy – nie jedyne zresztą, bowiem cały, pełen drzazg i nierówności, blacik pokryty był nimi, co tworzyło obraz nędzy i rozpaczy, których nie dawało się za żadne skarby pozbyć. Co prawda, nigdy do tego zabiegu nie stosował magii, uważając za zwyczajnie uwłaczający fakt, że jest tak chodzącą beznadzieją, że pokonują go kłopoty ze sprzętem domowego użytku, na które mugole pewnie mieli pełno rozwiązań, ale on był zbyt leniwy, aby ich użyć – jednocześnie był także zbyt świadomy swojej żałosności, aby korzystać z czarów.
    Olgierd odetchnął ciężko – plama miała być jego jedynym towarzyszem tej nocy.
    Tak naprawdę, samotny był na własne życzenie – sam jeszcze o poranku pozbył się z domu swojego kota, Stefana, oraz szczurka, Penelopy, bo jakoś tak dziwnie przeszkadzali mu tego feralnego dnia; liczył, co prawda, że nie zawędrowali zbyt daleko, bo to byłoby istną katastrofą i całkowitym końcem jego jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Niemniej, w tamtej chwili, patrząc na tę cholerną plamę na chybotliwym stoliku, miał doprawdy gdzieś, co się stanie z nim oraz z nimi. Miał gdzieś całe swoje nędzne, czterdziestoczteroletnie życie, podczas którego dosłownie n i c nie osiągnął. Dwa tysiące dwudziesty drugi kończył się doprawdy spektakularnie fatalnie – jak każdy, cholerny rok, przed nim, od nieszczęsnych, szarych i smutnych oraz przejmująco zimnych, szesnastu lat.
    Oszukiwał siebie tak bardzo, że to aż było nieprawdopodobne.
    Zaciek na starym drewnie znienawidzonego mebla nic nie zawinił i w zasadzie niewiele miał wspólnego z jego podłym samopoczuciem, niemniej na pewno był jakąś mniej lub bardziej przyjemną odskocznią od tego, z czym przychodziło mu się mierzyć na co dzień, na trzeźwo. To jednak także było wierutnym kłamstwem, bowiem niezależnie, czy pijany, czy też nie – Eretein zawsze w całej swojej beznadziei pamiętał, wspominał i się katował. Teraz zaś – w radosnym, kolorowym, skrzącym się kolorami, brokatem i rażącą tandetą, która opanowała Hogsmeade, okresie świątecznym, najmocniej – szczególnie mocno i dotkliwie robił sobie krzywdę, przypominając sobie jej ogniste, miękkie pukle i zadziorne spojrzenie szarych oczu oraz ten powalający na kolana, przebiegły uśmieszek na piegowatej i pięknej twarzy.
    Za oknem zahulała śnieżyca, gdzieś zaśpiewali kolędnicy. Skrzywił się nieładnie.
    Pamiętał. Pamiętał zbyt dobrze, świeżo i wyraźnie – jakby to wydarzyło się poprzedniego dnia, a nie przed niemalże dwoma dekadami. Pamiętał doskonale, bo też nie dawała mu o sobie nigdy zapomnieć; nie dawała mu wytchnienia i spokoju, rok rocznie pojawiając się w progu, a to jego domu, a to zajazdu „Lusterko” – przypominającego tanią spelunę dla narkomanów, niźli dystyngowany hotel, o jakim kiedyś marzył – i sącząc nadzieję do jego skamieniałego serca. Kiedy zaś dostawał od niej owy spokój, natychmiast zaczynał go szczerze nienawidzić – dosłownie wariował, skowycząc o więcej, bowiem rozpaczliwie potrzebował zapachu jej niepowtarzalnych perfum i drobnego, smukłego, tak wspaniale kobiecego, ciała obok. Siódmy lipca – to wszystko, co z niego pozostało.
    Zdusił w sobie żałosne łkanie i rozpiął duszące guziki tweedowej kamizelki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nienawidził i uwielbiał czas z nią spędzony, bo to on równie mocno go dusił, co dawał szansę oddychania w ogóle. Jej słodko-gorzki, lekko zachrypnięty, ale dziwnie melodyjny głos natomiast, ciągle powtarzał mu, jak bardzo jest żałosny, a on to chłonął, przytakiwał służalczo i błagał o więcej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że właśnie na taki psi los sobie zasłużył. Była jego zmorą, ale i sensem istnienia – była największym smutkiem, który próbował utopić w alkoholu, ale ten nauczył się pływać. Była także jego słońcem w burzowy dzień rozwiewającym ciemne chmury. Po prostu b y ł a jego wszystkim, a on to tak dokumentnie spieprzył, że musiał ponosić tego karę za swoje paskudne grzechy.
      Nie sądził tylko, że tym razem pojawi się znacznie szybciej, niż zakładał.
      Odkąd stracił prawe oko w bójce o honor swej pani słuch miał wyczulony.
      — Co do… – chód na wysokich obcasach miała specyficzny: żadna inna kobieta w żadnym zakątku tego nędznego świata nie poruszała się tak, jak Rhenawedd Syanna Travers, która nawet w największej brei, na najwyższych szpilkach wyglądała, jakby sunęła kilka centymetrów nad ziemią. Od razu go rozpoznał i natychmiast pojął, że… że w zasadzie nie ma pojęcia, co się dzieje. Wstał, zgasił światło, znowu je zapalił, ale kiedy trzasnęły drzwi korytarzyka oddzielającego jego kwatery od reszty „Lusterka”, ponownie je zgasił. Ostatecznie zaś zwiał do łazienki, ale zorientowawszy się, że jego była żona znalazła się w jego pokoju: opuścił przylegające pomieszczenie i przeklął się w myślach za tak kretyński pomysł, jak gaszenie światła. Nim jednak ponownie je zapalił, poczuł jej miękkie, ciepłe i sprężyste ciało na swoich plecach. Jęknął rozpaczliwie tęsknie. – Rhena – nie pytał, a stwierdzał; trochę z ulga, trochę z przerażeniem. – Rhenawedd – powtórzył i próbował brzmieć pewnie, próbował brzmieć męsko, próbował, wiele rzeczy próbował, a wyszło, jak zawsze: wyjątkowo słabo. Przełknął głośno ślinę, orientując się, że nie uczesał włosów i krzywo zapiął marynarkę. – Pory roku ci się pomyliły – nogi miał, jak z waty, a ona milczała, trzymając go mocno. Delikatnie, acz stanowczo, rozsupłał jej dłonie splecionego na jego torsie.. – Czegoś sobie życzysz? – Spytał, mimochodem, nonszalancko, co w jego wydaniu wypadło zwyczajnie głupio. Odsunął się i spostrzegł mokre plamy na niezadbanym, ale generalnie czystym parkiecie. – Nie wytarłaś nóg – stwierdził głupio i wskazał na jej kozaki. – Wiesz, że nie lubię bałaganu… – jak w wielu innych, tak i w tym względzie, byli całkowitymi przeciwieństwami: problem w tym, ze ona była uroczą bałaganiarą, a on zwyczajnie śmiesznym pedantem. Och, jakże płomienne były ich kłótnie na tym tle… Pomimo jednak jego umiłowania do porządku, w pokoju śmierdziało piwem i jego żałosną miłością do niej. – Co tu robisz? – Zapytał w końcu, nie mogąc się powstrzymać.
      Oddychał szybko i płytko – denerwował się niepomiernie silnie.
      Próbował nie patrzeć na jej kształtne usta i zadarty nosek.

      mocno przejęty i zagubiony OLGIERD ERETRIN, który zachowuje się jak skończony kretyn, ale to dlatego, że jest onieśmielony

      Usuń