16 maja 2017

Otom ja sam jak drzewo zważone od kiści, sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwiędłych liści

MATHIAS RATHMANN 
23 LUTY 1995 - NAUCZYCIEL TRANSMUTACJI - WYCHOWANEK DOMU SALAZARA SLYTHERINA
PRZYSIĘGA WIECZYSTA - SNOW - BYŁY PAŁKARZ - 13 CALI, WĄS KUGUCHARA, JAŁOWIEC 
OPIEKUN KLUBU ŚLIMAKA - OPIEKUN RAVENCLAWU - ANIMAG - BOGIN: BRAT
Zdecydowanie najbardziej intrygujący i tajemniczy członek czarodziejskiego rodu Rathmann urodzony w Berlinie. Od najmłodszych lat okrzyknięty totalnym odludkiem żyjącym we własnym świecie i wyznającym własne zasady. Ponad wszystko ceniący sobie szczerość i poczucie własnej wartości. Spryt i heroizm zmieszane z domieszką drogich perfum i codzienną lampką wina. Wymagający względem uczniów, nietolerujący spóźnialstwa, nieugięty tradycjonalista zwany sztywnym bucem. Kochający tylko tych i ufający tylko tym, którzy sobie na to zasłużyli. Zdecydowany dystans do większego grona ludzi. Nienawidzący zapachu lawendy i cynamonu. Gardzący kremowym piwem. Chodzący perfekcjonizm. W wolnym czasie najczęściej siedzi w wieży astronomicznej czytając książkę lub spaceruje po zamku. Można rzec, że Hogwart jest dla niego kolejnym przystankiem w życiowej ucieczce od problemów, które narodziły się, gdy jego rodzina powiązała swe życie z Czarnym Panem stając się jego mocnymi poplecznikami. Po przegranej wojnie Mathias z całego serca gardził swoimi bliskimi i bez chwili wahania wydał ich w ręce Ministerstwa zdradzając ich kryjówkę. Zupełnie nieświadomy wydał na sąd swoją narzeczoną, która również stała się jedną z Mrocznych, co ukrywała przed nim od samego początku, wtedy pożałował swojego czynu, co odczuwa po dziś dzień w męczących go każdej nocy koszmarach. Wstydzi się tego co zrobił tylko i wyłącznie ze względu na straconą miłość, niechętnie porusza ten temat stając się wtedy wyjątkowo drażliwym.Uwielbia różnego rodzaju słodycze oraz rum porzeczkowy.
_________________________________________________


Wracamy i ponownie zapraszamy na wątki :)
Fc: Nolan Funk 

26 komentarzy:

  1. [Witam z powrotem :) Coś ostatnio mamy sezon powrotów na Kroniki, co jak najbardziej cieszy :D
    W treści karty chyba niewiele się zmieniło, a przynajmniej pamiętam ją jako bardzo zbliżoną do tej powyższej ;)
    Życzę Ci udanej zabawy na blogu oraz wielu interesujących wątków Twoim niejednoznacznym panem ;) W razie chęci, zapraszam do siebie; a nuż, coś gdzieś w końcu wspólnie napiszemy.]

    Teddy Lupin || Ed Bones

    OdpowiedzUsuń
  2. [O, Wiewiór. Kurcze, ile powrotów, no nie wierzę...Mam nadzieje, że wena ci dopisuje i dorwiesz fajne wątki Panem-Przystojnym-Ale-Zbyt-Gburowatym c: ]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Kogo moje oczy widzą ♥]

    ARTAIR AVERY

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ojoj, a kto tu znowu do nas zawitał? :) Hej, hej, miło znowu widzieć Cię na blogu. Jeżeli masz chęć wpadnij pod kartę pani uzdrowicielki. Ciekawych i przejmujących wątków jeszcze życzę od siebie. Powodzenia!]

    Allie Collins

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciche stukanie rozległo się po sporym pomieszczeniu, wytrącając Allie z lekkiego snu. Kobieta poruszyła się odrobinę, po chwili wciąż zaspana, przecierając swe oczy. Zaczęła nasłuchiwać kolejnego pukania, co aby upewnić się, że się nie przesłyszała w trakcie snu. Jednak stykanie ponownie rozbrzmiało w uszach Allie, tym razem zrywając ją na nogi. Collins była już do tego przyzwyczajona, bo w końcu i w Mungu pracowała na noce, a tutaj ktoś o każdej godzinie mógł potrzebować jej pomocy. Z tego powodu sen miała dosyć lekki i nawet najmniejszy dźwięk był w stanie wybudzić ją zupełnie. Kobieta pośpiesznie wygramoliła się spod kołdry, na szybko zarzucając na siebie szatę. W końcu ubranie w którym spała, nie było tym, w którym chciała się komukolwiek pokazywać. Nerwowo zaczęła zapinać guziki, ale gdzieś w połowie zrezygnowała. Złapała tylko za kawałek długiego materiału, którym to już nie raz zdarzało jej się przepasać w talii, co zrobiła i teraz. Ze stoliczka sprzed kominka zabrała swą różdżkę, która tuż przed otwarciem drzwi zaświeciła się bladym, aczkolwiek wystarczającym światłem.
    Kiedy drewniane skrzydło wejścia uchyliło się w stronę pokoju Allie, uderzyło w nią lekko powietrze ze Skrzydła Szpitalnego, które od jej przybycia pachniało przesadną sterylnością i czystością. Działo się tak za każdym razem, a jak w tamtym momencie była niesamowicie zaskoczona. Tuż przed nią stał dobrze znany jej mężczyzna, którego to nie widziała przez okrągły miesiąc. Oblany ciepłym światłem z różdżki należącej do Allie powoli rzeźbił się w ciemności panującej wokół niego. Roztargane ciemne włosy, a także kości policzkowe, które tym razem zarysowane były mocniej. To jednak nic, bo i tak to wszystko rozpoznałaby wszędzie.
    Niewiele myśląc, kobieta uśmiechnęła się delikatnie, a gdzieś w jej oczach majaczyła się ulga. Pokonała przestrzeń dzielącą ją od Mathiasa, by już chwilę później zacisnąć swoje ramiona wokół jego szyi. Zrobiła to dokładnie, nie pozostawiając żadnego wolnego miejsca na powietrze, już zaraz potem czując ciepło bijące od ciała nauczyciela. Dopiero wtedy odetchnęła nawet całkiem słyszalnie, a powieki przymknęła ciesząc się obecnością Rathmanna.
    – Dobrze, że nic ci nie jest – rzekła cicho, ale nawet na moment nie rozluźniła swojego uścisku. Martwiła się i to bardzo, a sposób w jaki go przywitała wyrażał to idealnie. Nawet nie potrzebowała nic mówić, bo miała wrażenie, że Mathias i tak to zrozumie.
    W końcu ze swojej kultury wyswobodziła mężczyznę z uścisku, chociaż zrobiła to trochę niechętnie. Spojrzała na niego zmartwiona, widząc, że nie jest w najlepszym stanie. Ponownie bez słów zrobiła dla niego miejsce w drzwiach, tym samym wysyłając mu bezgłośne zaproszenie, by wszedł do środka.

    króciutko, ale ważne, że od Allie

    OdpowiedzUsuń
  6. [Czeeeeść, witam serdecznie! Urzekło mnie zdjęcie w karcie a także piękny tytuł. Sama treść jest bardzo krótka, ale zwięzła i na temat. A skoro z Ursulą sporo ich łączy; nawet wykładają ten sam przedmiot + ten profesjonalizm... W razie chęci serdecznie zapraszam do siebie. (;]

    CHLOE GREYBACK & URSULA NIETZSCHE

    OdpowiedzUsuń
  7. Przecież wiesz, że nie szkodzi – rzekła Allie, kiedy mężczyzna przeprosił ją za przebudzenie w środku nocy. Nawet nie wiedziała, która jest godzina. Szczerze nie interesowało to kobiety w tamtym momencie. Ważniejszy był dla niej fakt, że widzi Mathiasa całego i zdrowego w swoim własnym kawałku Hogwartu. Jego ciepły uśmiech, jak i sama obecność była więcej warta, niż jej wyspanie się. Z drugiej strony nigdy nie przykładała większej uwagi do swojego snu.
    Kiedy mijał Allie w drzwiach, znowu poczuła jego bliskość, a na swojej skórze ciepłe wargi Mathiasa, odrobinę się speszyła. Kiwnęła więc tylko głową, w odpowiedzi na słowa mężczyzny, ale to wcale nie zmieniło jej myślenia. Kobieta przymknęła wejście, już zaraz podążając za Rathmannem. Pośpiesznie otoczyła kanapę, siadając po przeciwnej stronie mebla, uprzednio odkładając różdżkę w to samo miejsce, z którego ją zabrała. Podwinęła szatę, siadając na nogach, tylko po to, by przodem skierować się do towarzysza. Nie wyglądał zbyt dobrze, przez co wzrok Allie nawet na chwilę nie zmienił swojego wyrazu. Wciąż zatroskana przyglądała się każdemu ruchowi mężczyzny, by móc wyłapać jakąś nieprawidłowość albo chociaż lekkie skrzywienie na jego twarzy. Jednak na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku, a jedynym martwiącym widokiem mogło być przemęczenie, które malowało się w oczach profesora.
    – Widzę, że raczej nic ci nie jest – zaczęła cicho Allie, trochę nieśmiało przygotowując się do tego, co chciała powiedzieć dalej. – Jednak zawsze będę się o ciebie martwić, Mathias – uśmiechnęła się lekko, chociaż nerwowo bawiła się zaplątanymi palcami, spoczywającymi na jej kolanach. – Szczególnie, że przez cały miesiąc, nie było z tobą żadnego kontaktu i domyślam się dlaczego, ale wiesz… – przerwała, bo nie chciała kończyć.
    Nieraz zastanawiała się nad tym, czy na pewno u niego w porządku. Zdarzało jej się nawet przyłapywać na próbie pisania listu, który przecież i tak nigdy nie dotarłby do adresata. W końcu żadna sowa nie miała pojęcia, gdzie aktualnie przebywał. Wszystkie pergaminy końcowo lądowały w kominku, na który Allie spojrzała. Był zimny w swoim wyrazie, gdy nie palił się w nim żaden ogień. Z tego powodu kobieta wyciągnęła się do stoliczka, by palcami zahaczyć o swoją różdżkę. Chwilę potem, kiedy Collins uporała się ze złapaniem magicznego przedmiotu, machnęła nim, by po chwili całe pomieszczenie ogarnęło blade i ciepłe światło z kominka.
    – Dopiero wróciłeś, prawda? – zapytała bez odwracania wzroku z ogniska. Chciała się upewnić, że jej przypuszczenia były prawidłowe. W końcu potrzebował odpoczynku, a ona chciała dla niego jak najlepiej.

    wciąż zmartwiona Allie

    OdpowiedzUsuń
  8. [Przychodzę skruszona, bo lata świetlne temu obiecałam Wam wraz z Tori Weasley wątek i poległam; nie pytaj, do dzisiaj nie wiem, gdzie i w jakiej akcji udało mi się zaginąć, toteż mam nadzieję, że wybaczysz i dasz się porwać, bo Mathias niezmiennie będzie dla nas spoko gościem. Tacy są najlepsi :D]

    TORI WEASLEY & NORA VANCE & CLAUDE LACROIX

    OdpowiedzUsuń
  9. [O, w takim razie cieszę się, że także chętnie coś ze mną napiszesz. Hmmm, Ursula jest w Hogwarcie od niedawna, mianowicie kilka miesięcy. Taka trochę świeżynka. :3 I nie, nie zamieściłam tego w karcie.]

    URSULA

    OdpowiedzUsuń
  10. Allie pokiwała w zamyśleniu głową, gratulując sobie w głowie udanej obserwacji. Ocknęła się dopiero kiedy Mathias poruszył się na kanapie. Zauważyła zmianę na jego twarzy, przez co sama nerwowo przemieściła się, siadając na brzegu kanapy. W każdej chwili była gotowa udzielić pomocy mężczyźnie, choć ten zdawał się udawać, że wcale jej nie potrzebuje.
    Kobieta z zaciekawieniem obserwowała poczynania nauczyciela i lekko uśmiechnęła się, kiedy zauważyła białe zwierzę w jego rękach. To sprawiło, iż Allie przekrzywiła głowę, uznając ten widok za niezwykle uroczy.
    – Nie przejmuj się moim zmęczeniem – jęknęła Collins, przewracając oczami. Nie lubiła, kiedy ktoś próbował się nią opiekować, ponieważ zawsze miała wrażenie, że to do niej należy ta rola. Zaraz jednak zupełnie zapomniała o tych przemyśleniach, bo słysząc następne słowa Mathiasa jej serce po prostu zaczynało się rozpływać. Nie uciekła od niego wzrokiem, odpowiadając mu uspokojonym i wdzięcznym uśmiechem. Zrobiło jej się niesamowicie miło, szczególnie iż mężczyzna wypowiedział to do niej w tak ciepły sposób.
    Na chwilę zapanowała cisza, która wypełniona była ledwo słyszalnymi dźwiękami palącego się drewna w kominku. Widziała, iż Mathias z każdą sekundą zaczynał stawać się senny, ale to kompletnie nie ruszało samą Allie. Z chęcią otoczy go tu swoją opieką wdzięczności za zaufanie, którą ją darzył. Wyciągnęła się w przód dotykając delikatnie gładkiego futra należącego do Snow. Kilka razy przeciągnęła dłonią po małej główce kota, wyraźnie ciesząc się z całej tej sytuacji. Collins spojrzała na mężczyznę, zaciekawiona tym, co miał do powiedzenia. Zaraz jednak uśmiech zszedł jej z twarzy, przybierając w zamian zakłopotany wyraz. Allie nawet spojrzała gdzieś w bok, kiedy dotarł do niej sens usłyszanych zdań.
    – Cóż, pewnie wiesz, że ktoś zjawił się na twoje miejsce – zaczęła kobieta, mówiąc jeszcze w miarę normalnie. Dopiero później zaczynała zmieniać głos na bardziej nieśmiały. – W Skrzydle Szpitalnym pojawił się też nowy uzdrowiciel – wypowiadała się coraz wolniej, zatrzymując wzrok na ognisku. Przez chwilę jeszcze się zastanawiała, co powinna powiedzieć Mathiasowi. Wiedziała bowiem, że powinna po prostu powiedzieć mu prawdę, ale cała ta historia była wciąż dla Allie trudna. – Przyjechał tu z Francji i… – przerwała. Nie potrafiła tego wypowiedzieć na głos. Nie chciała przedstawiać Claude jako kogoś, od kogo ona musiała uciekać, a i nie chciała, żeby Mathias pomyślał źle i o niej. – Claude, był moim narzeczonym – w końcu wydusiła to z siebie, ponownie wracając wzrokiem na oczy mężczyzny. Przyglądała mu się krótką chwilę, ale dłużej nie mogąc spuściła głowę, wracając do głaskania spokojnej Snow.

    Allie, której serce chyba się zaraz rozsypie

    OdpowiedzUsuń
  11. [Kombinujemy coś? :D]

    ARTAIR AVERY

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak bardzo zdziwiła się w momencie, kiedy nagle znalazła się w objęciu Mathiasa. Dłuższą chwilę zajęło jej zorientowanie, co się wokół niej zadziało i w momencie kiedy poczuła, jak palce mężczyzny gładko przeczesują jej włosy, wtuliła się w niego dokładnie. Gdzieś podświadomość mówiła jej, że nie powinna tego robić, ale kiedy nauczyciel sięgnął po koc w celu przykrycia ich obojga, Allie nie miała nawet serca ruszyć się chociażby odrobinę z miejsca. W zamian zacisnęła oczy, wciskając się w pierś Mathiasa jeszcze dokładniej.
    Kiedy Collins usłyszała poważny głos towarzysza, to chociaż słowa niosły dla niej bardzo ważny przekaz, to mimowolnie zaśmiała się cicho na sposób, w jaki Rathmann ją nazwał. Jednak ten śmiech miał również i inny powód, mianowicie szczęście odczuwane przez kobietę. Było jej dobrze, aż za dobrze. Czuła się, jakby mogła zapomnieć o swoich wszystkich problemach i nie przejmować zupełnie niczym.
    Szept zaciekawił Allie, bo w końcu otworzyła powolnie powieki. Przyglądała się pomieszczeniu, przez krótką chwilę, przeskakując wzrokiem po ledwo co widocznym suficie i bocznej ścianie. Zastanawiała się, kogo takiego chciał jej przedstawić. Usłyszała w jego głosie nutkę radości, ujawniającej się zapewne w delikatnym uśmiechu na twarzy nauczyciela. Allie najchętniej poderwałaby głowę do góry, chcąc ujrzeć ten rzadki, ale jakże ciepły widok dla serca, jednak bała się, że znajdzie się zbyt blisko twarzy Mathiasa.
    W końcu mężczyzna poruszył się, zsuwając do pozycji leżącej, a uzdrowicielka uśmiechnęła się triumfalnie pod nosem, czując, jak obce ciało spina się pod jej dłońmi. Nie cieszył ją fakt, że coś działo się z Rathmannem, ale miała przynajmniej dowód swoich podejrzeń. Była bardziej, niż pewna, że w trakcie tego miesiąca został kilka razy ranny, a na pewno nie miał przy sobie kogoś ze zdolnościami Allie.
    – Kto ci powiedział, że nie powinieneś? – zapytała spokojnie kobieta. – Prędzej ja powinnam dać ci w końcu odpocząć, przecież dopiero wróciłeś.
    Allie nawet nie drgnęła. Było jej w tamtym momencie za dobrze i po kolejnych słowach Mathiasa wychodziło na to, że jemu również. Ścisnęła go odrobinę mocniej, ale wciąż na tyle delikatnie, by nie przemęczać jego mięśni. Chyba nawet odrobinę się zawstydziła, uśmiechając się ciepło, kryjąc twarz w klatce piersiowej mężczyzny.
    – To zostań – rzekła cicho Allie. – Przecież nikt cię stąd nie wyrzuca – taka była prawda, a ona mogła nawet przyznać, że chciałaby, żeby został.
    Zaraz kobieta dźwignęła się na łokciu, aby w końcu przyjrzeć się twarzy przyjaciela. Spojrzała na niego zmartwiona i nawet wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Ujęła delikatnie jego policzek, przyglądając się zapadniętym policzkom, które jeszcze bardziej uwydatniły kości policzkowe Mathiasa.
    – I jakoś nie wyobrażam sobie, że w stanie pół zasypiania trafisz jeszcze do swojej sypialni – stwierdziła odrobinę rozbawiona, ale zaraz spoważniała, jednak wciąż patrząc na niego zatroskanym wzrokiem. – W dodatku nie puszczę cię stąd, dopóki nie przyznasz mi się, co cię boli i jakie masz rany. Nie wiem, czy przez ten miesiąc zapomniałeś, ale ze mną nie warto się kłócić o takie rzeczy, ani nie oszukasz wprawionych oczu uzdrowicielki – Allie przekrzywiła głowę, przyglądając się twarzy Rathmanna.

    chochlik

    OdpowiedzUsuń
  13. [Nie ma za co dziękować :P
    Masz może już jakieś pomysły na wątek/powiązanie między naszymi panami? ;)]

    Teddy

    OdpowiedzUsuń
  14. [Dziękuję serdecznie za powitanie :) Mam nadzieję, że faktycznie długo tu pozostanę :)]

    Vivienne Covington

    OdpowiedzUsuń
  15. Allie zanim zabrała się za opatrywanie ran Mathiasa, głęboko odetchnęła. Chciała odrobinę uspokoić się zastałym widokiem i przypisaną przez kobietę prawdopodobną historią powstania śladów. Collins zrobiło się nawet zimno na myśl, co by mogło stać się z mężczyzną. Jednak same ukłucia sugerowały, iż walka z tentakulą stanowiła dla niego spory wysiłek. Allie w końcu zebrała się w sobie, próbując polepszyć stan ciała towarzysza. Ten jednak krótką chwilę później, ewidentnie przemęczony zasnął, uprzednio kładąc się ponownie na kanapę. Kobieta z lekkim uśmiechem pokręciła głową, by zacząć robić to, co robiła już we Francji. Szczęściem Mathiasa specjalizacją Allie były właśnie urazy związane z roślinami i zwierzętami, dlatego wywijając różdżką już po ponad godzinie skóra pacjenta przypominała jej lepszą wersję, niż poprzednio. Jednak dla bezpieczeństwa wokół mężczyzny znowu pojawiły się bandaże, które zgodnie z ruchem ręki uzdrowicielki zawijały się na uniesionym lekko w powietrzu ciele. Zadowolona z efektu, ostrożnie machnęła magicznym przedmiotem, układając Rathmanna ponownie na kanapie. Kocem owinęła go już własnoręcznie, robiąc to najdelikatniej jak tylko potrafiła, co aby go nie obudzić. Miała jednak podejrzenia, że zmęczenie mężczyzny wzięło górę nad wszystkim, że nawet największy huk, nie byłby w stanie go obudzić. Przejechała więc tylko uważnie dłonią po jego policzku, uśmiechając się pod nosem.
    Potem zdążył minąć cały dzień, dla Allie odrobinę ciężki. W Skrzydle Szpitalnym zdążył ponownie zjawić się tłum uczniów, którzy zostali ofiarami jakże przezabawnego rewanżu między domowego. Jako że kobieta uczyła się w miejscu bez podziału na takie domy, to uważała takie zachowanie za szczyt głupoty otaczających ją nastolatków. Przez to dosyć często robił jej się tłum na łóżkach spowodowany głównie czymś, co można było uniknąć, gdyby wprowadziło się za to większe kary. Jednak nie każde dziecko w Hogwarcie przejmowało się jakimiś punktami, a Allie z chęcią mogła przyznać im rację.
    Nie mając już cierpliwości do przepraszającej grupki uczniów, którzy zgromadzili się wokół kilku najbardziej poszkodowanych, wróciła do swojego pokoju. Uspokoił ją dopiero widok Mathiasa, który spał dalej w najlepsze. Przechodząc, poprawiła tylko na nim koc, bo najwyraźniej zdążył trochę powiercić się w miejscu, kiedy jej nie było w tym samym pomieszczeniu. Ogień w kominku zdążył już dawno zgasnąć, bo zdążyła zauważyć to już rano. Tak więc jak wieczór temu machnęła różdżką, a ciepłe światło zaczęło powoli ogrzewać chłodne mury zamku. Dzień powoli się kończył, a Allie zajęta sprawami papierkowymi zajęła swoje miejsce przy burku zupełnie ignorując fakt, że powoli staje się już zmęczona.
    – Tak długo – odpowiedziała skupiona na opisywaniu zdarzeń z dnia. Oczywiście mogłaby użyć samopiszącego pióra, ale jakoś odręczne pisanie zawsze sprawiało jej wiele radości. Bardzo możliwe, że dzięki temu pisała nawet całkiem ładnie i czytelnie. – Ale należało ci się – oderwana na chwilę, uśmiechnęła się w kierunku mężczyzny, który przyglądał się z zadowoleniem swojej kotce.
    – To co zwykle, ale… – nie zdążyła jednak dokończyć swojego zdania, bo Mathias zaczął nagle pospiesznie szukać swoich rzeczy. – Mathias? – zdziwiła się Allie, ale ten najwyraźniej nie słuchał chwilę później opuszczając jej pokój. Zdezorientowana kobieta zerwała się z miejsca, odpychając się od biurka. Złapała za dolną część szaty, co aby łatwiej byłoby jej podążać za przyjacielem. Czasami jeszcze denerwowała się na swoją zgodę, co do pomysłu babki, która z wielką namiętnością i pasją uszyła dla niej szatę niczym suknię. Zaraz jednak Collins przystanęła w miejscu, kiedy spostrzegła, że zrobił to i Rathmann. Chciała nawet podejść do niego bliżej, ale gdy tylko odwrócił się do niej przodem, przystanęła.
    – Nie tak całkiem, znaczy… Dlaczego pytasz? – zwęziła powieki, dziwiąc się pytaniu, które usłyszała. Jednak to, co potem dotarło do jej uszu zdawało się tłumaczyć je doskonale. – Och… – westchnęła Allie, przemieszczając swój wzrok na młodego chłopca, leżącego na jednym z pobliskich łóżek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziała dlaczego, ale zrobiło jej się odrobinę przykro. Nie miała tylko pojęcia z jakiej racji tak się zadziało. Chyba była po prostu tym zaskoczona. Sama nigdy nie miała dzieci i z jakiś względów o nich nie myślała. Wiedząc, iż Mathias ma swojego potomka przeszło Allie przez myśl, że chyba najwyraźniej coś ją w życiu minęło.
      – No tak, teraz to ma sens – uśmiechnęła się ciepło do mężczyzny, żeby dodać mu odrobinę otuchy. Widziała w jego oczach, że naprawdę się martwił, ale nie miał już po co. Przynajmniej w tamtym momencie, kilka godzin wcześniej wcale nie było tak kolorowo.
      Kobieta spojrzała na gromadkę uczniów, którzy mimo późnej godziny wciąż przebywali na terenie Skrzydła Szpitalnego. Pozwalała im na takie schadzki tylko, kiedy ona mogła zaszyć się w swoim pokoju. Jeżeli miała coś do zrobienia przy pacjentach najzwyczajniej w świecie ich wyrzucała.
      – Drzwi są tam – rzekła surowo Allie, machając różdżką w stronę wyjścia. Skrzydła otworzyły się z hukiem, dezorientując tym odrobinę nastolatków. Dwójka z nich zrozumiała przekaz ukryty w tym geście, ale mimo tego kobieta ciągnęła dalej. – Chyba nie muszę wam tłumaczyć do czego służą i mam nadzieję, że nie będę musiała – nie trzeba było więcej słów, by reszta odwiedzających pospiesznie ruszyła w stronę wyjścia. Kilka plotek o gniewie Allison Collins krążyło już po korytarzach szkoły.
      – Tak chyba będzie wam łatwiej porozmawiać – szepnęła Allie do profesora, uciekając wzrokiem gdzieś na bok. – Ja się zajmę resztą z nich, akurat Twój syn miał sporo szczęścia.
      Tego dnia nerwy uzdrowicielki sięgnęły zenitu, ponieważ bomba stworzona przez uczniów zawierała w sobie jakąś substancję żrącą, której Allie pochodzenia nie znała do tej pory. Dwójka z pięciu poszkodowanych była w stanie całkiem dobrym, w tym liczył się syn Mathiasa. Gorzej było z dziewczynką obok, która w stanie uśpienia wciąż czekała na kolejny etap leczenia. Ten powinien zając co najmniej z kilka tygodni. Za to mały odpowiednik Rathmanna owinięty w kilka bandaży miał możliwość wyjścia stąd już w przyszłym tygodniu.

      [Przepraszam za czas oczekiwania, odwdzięczam się w długości. Tak naprawdę, to samo wyszło ;) ]

      chochlik

      Usuń
  16. [A dziękuję ślicznie! Już od dawien dawna się stąd nie ruszam, więc teraz, dzięki Tristanowi zakorzenię się tu jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe :D]

    Tristan

    OdpowiedzUsuń
  17. [Ursula nie przywykła jeszcze stuprocentowo do nauczania, jest zbyt surowa dla uczniów ale przynajmniej potrafi ich jakoś okiełznać, a raczej tak się jej wydaje bo oni się po prostu jej boją. XD Tak czy inaczej... myślałam żeby zacząć od rywalizacji a później przejść do jakiejś sympatii, nie wiem co dalej żeby było ciekawie... Więc jeśli u Ciebie pojawi się jakaś myśl albo udoskonalenie pomysłu to ozłocę!]

    URSULA

    OdpowiedzUsuń
  18. Artair Avery lubił tworzyć wokół siebie aurę pewnej tajemniczości. Rozprzestrzeniające się po szkole historie o jego rodzie sprawiały, że stawał się taki, a przede wszystkim lubił też takim być. Ukrywać swoją prawdziwą twarz za maską, której wszyscy się spodziewali. Mógł być wredny i arogancki, ponieważ nikt nie oczekiwał od niego niczego innego, wszyscy uznali, że taki właśnie będzie, a Artair nie zamierzał na ten moment ich rozczarowywać. Tym bardziej, że taka gra odpowiadała panu Avery’emu, a Ślizgon lubił podlizywać się swojemu ojcu, był to jeden człowiek, któremu chciał się podlizywać i robił to bez mrugnięcia powiekami, bez żadnego słowa. Zaciskał tylko czasami mocno pięści i uderzał mocno w ściany, gdy miał pewność, że ojciec nic nie usłyszy.
    Opinie więc w szkole miał… średnią. Chociaż uczył się dobrze, jego zachowanie względem pozostałych uczniów wymagało wiele poprawy. Chłopak z pewnością powinien spotulnieć i nabrać odrobinę ogłady. Ktoś przede wszystkim powinien mu pokazać, że to nie on jest panem tych murów a nazwisko nie jest żadnym wyznacznikiem. Oczywiście miał ulubionych kolegów, którzy jedynie wspierali go w jego głupkowatych pomysłach, na wszystkie się zgadzali, podsuwali własne inwencje twórcze, a później wspólnie mieli niezły ubaw.
    Tym razem było dokładnie tak samo. Zebrali się w kilku, wszyscy należący do domu Salazara Slytherina, postanowili pokazać paru pierwszakom, kto w szkole jest najważniejszy i gdzie jest miejsce takich smarków, jakimi oni byli. Nie ważne czy był to ktoś z ich domu czy z jakiegoś innego, chociaż oczywiście najbardziej skupiali się na Gryfonach oraz Borsukach. W momencie jedna, gdy jeden z pierwszorocznych Ślizgonów wszedł w jednego z siódmoklasistów brudząc go jednocześnie trzymaną w ręce babeczką z kremem, Avery i jego paczka nie zamierzali być dla niego łaskawi.
    — Borys, Borys, Borys. — Avery uklęknął przed nim i ułożył dłoń na jego ramieniu, delikatnie je poklepując. Spoglądał chłopcu w oczy, a na jego twarzy jawił się ironiczny uśmiech, mówiący znacznie więcej niż tysiące słów, które mógłby teraz użyć. Drugą dłonią sięgnął po swoją różdżkę i wymierzył jej końcówką w chłopca. — Powinieneś to posprzątać wiesz? I to bardzo szybko. — Skinął głową na ubrudzoną szatę swojego kolegi i gdy chłopiec chciał się już zabrać za wyczyszczenie skrawka materiału, Artair zacisnął tylko mocniej dłoń na jego ramieniu, wbijając paznokcie w materiał jego szaty. Podniósł się, cały czas mierząc w pierwszaka swoją mahoniową różdżkę, ciągle z tym samym uśmiechem na ustach. — Myślisz, że to będzie takie łatwe i przyjemne? — Mruknął, szarpiąc chłopaka za rękaw. — Wiesz kim jestem? Avery… A to jest mój bardzo dobry, bliski kolega… Rosier. — Wskazał na ubrudzonego chłopaka. — Słyszeć już te nazwiska, hm? — Szepnął, chwytając chłopaka za kołnierz, ponownie nim szarpiąc i pchając w stronę ubrudzonego chłopaka, który również trzymał już różdżkę wymierzoną w jego stronę, przybierając pozycję bojową, jakby za chwilę miał rzucić potężne zaklęcie. I tak też było. Chłopcy mieli ochotę na odrobinę zabawy i praktyki, jeżeli chodziło o kilka zaklęć, których nauczyli się z Działu Ksiąg Zakazanych, nim jednak mieli to zrobić, chcieli zaciągnąć pierwszaka w mniej widoczne miejsce, aby przypadkiem żaden z nauczycieli ich nie przyłapał. Dlatego nie myśląc długo wzięli chłopca między siebie i formując prawie żółwia, z małym zakładnikiem w środku ruszyli w stronę nieużywanej, starej klasy lekcyjnej, które była opuszczona.

    ARTAIR AVERY

    OdpowiedzUsuń
  19. [Koniec roku się zbliża (i sesja), więc ludzie wracają :D Też pamiętam Adama i Mathiasa, nie pamiętam tylko czy coś miałyśmy mieć. Widzę, że Mathias to nauczyciel Transmutacji, ulubionego przedmiotu Tatiany, opiekun Klubu Ślimaka, którego Tatia jest członkinią no i opiekun Ravenclawu! Niewątpliwie więc mieli ze sobą kontakt niejeden raz! Myślimy więc nad jakimś wątkiem? :)]

    TATIANA

    OdpowiedzUsuń
  20. [Czeeeść! Jeśli pisałaś na gg to przepraszam, straciłam komputer i wszystko, do czego nie pamiętałam hasła (brawo pączek, brawo ty). Już mnie Chan tutaj szturcha żeby Ethel wróciła, więc pewnie na dniach Mathias znów będzie miał psiapsiółkę, bo przecież w końcu dała mu tego małego puchatego stworka <3]

    pączek, pączuś, pączunio (chyba serio w końcu zmienię nick na pączek)

    OdpowiedzUsuń
  21. Karciła się w myślach za swoje postępowanie. Nigdy wcześniej nie postępowała tak, jak teraz. Miała wrażenie, że nie może skończyć tego stażu i w żaden sposób nie może pójść dalej. Wcześniej zawsze poświęcała się danemu zadaniu całkowicie i z pasją. Teraz, pojawiała się i znikała, dziwiąc się jak dyrekcja wciąż się na to zgadza. Ethel nie udzieliła im wszystkich informacji, ale nie mogła wyzbyć się wrażenia, że Neville i tak wszystko wie. Być może grała na jego cierpliwości, być może chcieliby się już Ethel ze szkoły pozbyć, być może powinna ruszyć dalej, ale nie potrafiła. Musiała tu zostać, tu czuła się bezpiecznie. I jak się miało później okazać, miała tu znaleźć namiastkę rodziny, której tak bardzo jej brakowało.
    Oczywiście miała Mathiasa, na którego zawsze mogła liczyć. Ale przecież i on był dorosły, miał wiele swoich problemów, w tym jeden dość duży, jedenastoletni, ale o tym kobieta jeszcze nie wiedziała. A ponieważ każde z nich centrum swoich kłopotów miało gdzie indziej, to bardzo często mijali się w szkole, nie mogąc fizycznie poświęcić drugiej osoby tyle czasu, ile się powinno poświęcać przyjaciołom.
    Miała szczerą nadzieję, że tym razem nie zostanie zmuszona do wyjazdu przez najbliższe miesiące, choć z drugiej strony nie za bardzo wyobrażała sobie życie w szkole bez uczniów. Na ostatnie wakacje wyjechała, teraz nie widziała takiej opcji. Postanowiła trzymać kciuki, że dyrekcja wypełni jej jakoś grafik. A skoro już o tym mowa – teraz też nie narzekała na brak pracy. Po powrocie miała kilka dni na papierkową robotę, a później musiała już wrócić do normalnego rytmu. Po ostatecznym uporządkowaniu atlasu roślin trujących, mogła wrócić do siebie. Była nieco zmęczona, ale starała się trzymać gardę. I wtedy zobaczyła jakiegoś ucznia. Przewróciła oczami, naprawdę nie mając ochoty nikogo o tej porze straszyć szlabanem. Niepokojące jednak było to, że uczeń wyglądał dość młodo i… trząsł się z zimna? Ethel pośpieszyła w jego stronę, widząc jak na twarzy chłopca maluje się strach.
    - Czemu paradujesz po szkole o tej porze w samych spodniach? – spytała od razu, patrząc uważnie na jedenastolatka. Nigdy nie bawiła się w ogródki, co nieco przerażało młodych uczniów. Zdecydowanie na pierwszy rzut oka nie wyglądała na dobrą ciocię.
    - Zabrali mi kufer, ubrania… ja… - zaciął się, najwidoczniej nie bardzo chcąc powiedzieć gdzie zmierzał. Ethel popatrzyła na zziębniętego, zrozpaczonego chłopca i coś ścisnęło ją w okolicy żołądka.
    - Borys, prawda? – upewniła się, że dobrze pamięta go z zajęć. Chłopak kiwnął głową. – Może odprowadzę cię do pokoju wspólnego, a jutro poszukamy twojego kufra, co? Masz, załóż na chwilę – podała mu kurtkę, którą nosiła wychodząc wieczorem do szklarni. Już miała mu obiecać, że dziś już da mu spokój, że nie będzie pytała kto to zrobił, wiedząc że starsi chłopcy mogą gnębić go jeszcze bardziej, ale na korytarzu obok zdawało się słychać kroki.

    Ciocia Ethel

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie interesowało go życie pierwszoklasistów. Zresztą, nie wpadł nawet na pomysł, że jeden z nich mógłby mieć ojca profesora w szkole. Nigdy również nie pomyślałby, że ten mały smarkacz, mógłby mieć za ojca dokładnie tego profesora, który zdaniem Artaira (i do czego nigdy się sam nie przyzna na głos ze swojej własnej, nieprzymuszonej woli) był całkiem w porządku. Avery lubił ludzi, którzy wiedzieli czego chcą i którzy nie pozwalali innym na pomiatanie sobą czy wchodzenie sobie na głowę, a Rathmann taki właśnie był. Był idealnym wyborem, jeżeli chodzi o opiekę nad domem Salazara Slytherina. Nie był miękki, wymagał od uczniów naprawdę wiele i chociaż Avery’emu nie zawsze chciało się przygotowywać na wszystkie zajęcia, doceniał to.
    Szok jaki więc przeżył uświadamiając sobie, że ta mała ofiara losu jest synem Rathmanna był wyraźnie widoczny na buzi siedemnastolatka, szczególnie gdy zerkał to na jednego to na drugiego, mrugając co jakiś czas, jakby to miało mu pomóc w przekonaniu się, że faktycznie może być pomiędzy nimi jakieś pokrewieństwo.
    Czując jednak koniuszek różdżki profesora na swoim karku, zrobił delikatnie, powoli krok do tyłu aby odsunąć się od chłopaka, jednocześnie nadziewając się mocniej na kawałek kijka. Przymknął powieki, zagryzając wargi i uważnie wsłuchując się w każde kolejne słowo profesora. Prychnął cicho, kiwając delikatnie głową na swoich kumpli, żeby przestali tak stać i coś zrobili. Matoły. Czasami miał wrażenie, że jeżeli wyraźnie nie powie im co i jak mają zrobić, to sami nic nie potrafią porządnie zrobić.
    — Grozi mi pan? — Zapytał, próbując zachować spokój. Nie mógł powiedzieć, że się nie denerwuje. Miał jednak nadzieję, że uda mu się okazać właśnie taką obojętność. — Dyrektorowi może się to nie spodobać. Mojemu ojcu również. — Warknął, marszcząc przy tym kącik ust. Wiedział, że jego słowo przeciwko słowu profesora zdecydowanie przegra, szczególnie, gdy był przy tym jeszcze jego dzieciak. Artair czasami miał wrażenie, że naprawdę ma największego pecha na całym świecie. Zawsze przykre i niemiłe niespodzianki spotykały jego, nigdy nikogo innego. — Nie ściągnie mnie profesor z drużyny i miotły. Sam dobrze pan wie, na jakim dnie była drużyna gdy w niej nie grałem przez dwa lata. — Mruknął. Wiedział, że jeżeli Rathmann się uprze to, to zrobi. — Dno i muł. — Westchnął, odsuwając się od różdżki profesora i automatycznie zaciskając mocniej palce na własnej, chociaż zdawał sobie sprawę, że nie może jej skierować w stronę mężczyzny. Wówczas miałby po prostu przerąbane.

    Artair

    OdpowiedzUsuń
  23. Szczerze mówiąc nie spodziewała się takiej reakcji. Owszem, zakładała, że Mathias będzie chciał dowiedzieć się kto tak chłopaczynę urządził, ale niemalże przerażenie w oczach mężczyzny wydało się jej takie... obce. Nie ma się czemu dziwić, w końcu w oczach przyjaciela nie miała nigdy okazji zauważyć ojcowskiej troski. Nie znała również tego spojrzenia z oczu swojego ojca. Nie wiedziała, jak to jest zamartwiać się o dziecko na śmierć.
    Nie ingerowała. Nie czuła, że w ogóle powinna wtrącać się w sytuację, której nie rozumiała. Stała ze splecionymi delikatnie dłońmi, uważnie obserwując tą dwójkę spod lekko zmarszczonych brwi. W chwili, w której Rathmann wziął chłopca na ręce, zrozumiała. Jej twarz jednak nie wyrażała nic, poza ledwo błyszczącą w oczach troską. Spojrzała na Borysa i kiwnęła nieznacznie głową, podążając za mężczyzną. Po wejściu do pokoju stała chwilę przy drzwiach, gdy Mathias układał syna do snu. Gdzieś podskórnie czuła, że jest to dla niej zupełnie nowe doświadczenie. Nie miała dotąd okazji być tak blisko relacji dziecko-ojciec. Przez chwilę poczuła, jakby znalazła się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie, ale jednocześnie wiedziała, że profesor transmutacji wolałby, by nie wychodziła.
    Usiadła na kanapie i wzięła od niego butelkę soku. Milczała. Cały czas milczała, co jakiś czas kierując niepewne spojrzenie na śpiącego chłopca. Niepewność nie dotyczyła jednak ani Borysa, ani Mathiasa. Nie była pewna swojej roli w tym wszystkim i tego, czy w ogóle jakąś miała. Czemu to zrządzenie losu kazało właśnie jej trafić na Borysa? Jak powinna się zachować? Przeniosła spojrzenie na przyjaciela, słuchając go uważnie. Osiemnaście lat. Ethel była jeszcze wtedy w szkole. Prawda jednak uderzyła ją mniej, niż się spodziewała. Uniosła blado kąciki ust.
    - Chyba nie myślisz, że będę się na ciebie wściekać za nastoletnie wybryki? - spytała cicho, nie chcąc obudzić Borysa. Zerknęła w stronę łóżka.
    - Nie miałam pojęcia, ale teraz, wydaje mi się, że widzę w nim na swoich zajęciach tak samo zacięty wyraz twarzy co u ciebie, gdy mocno się nad czymś skupiasz – uśmiechnęła się szerzej, spoglądając ciepło na mężczyznę. O Borysie nie można było powiedzieć, że był z Mathiasem jak dwie krople wody, ale może to i lepiej w obecnej sytuacji. Zbytnie podobieństwo mogłoby być niebezpieczne.
    - To takie surrealistyczne – mruknęła, biorąc po chwili łyk soku. Nie widziała siebie jako matki, a teraz musiała patrzeć na mężczyznę, którego zna od lat, z zupełnie innej perspektywy. Uśmiech na chwilę zniknął z jej twarzy, gdy popatrzyła na Mathiasa poważnie.
    - Wiem, że nikt absolutnie nie może się o nim dowiedzieć. Nie ma mowy o żadnym specjalnym, czy innym traktowaniu Borysa. I gdyby cokolwiek się stało... ja nic nie wiem - mówiła rzeczowo, myśląc zawczasu o wszelkich środkach ostrożności. Gdyby ktokolwiek choćby podejrzewał, że Ethel cokolwiek wie, nie zamierzała puścić pary z gęby. Choć prawdopodobnie nie była pierwszą osobą, którą brat Mathiasa podejrzewałby o taką wiedzę. Jej głos jednak zmiękł, gdy położyła swoją dłoń na jego ramieniu. - Ale gdybyście czegokolwiek, kiedykolwiek potrzebowali... A zresztą, sam wiesz – uśmiechnęła się, gwarantując mu tym samym bezapelacyjne wsparcie.

    Ethel

    OdpowiedzUsuń
  24. Przez krótką chwilę Allie próbowała ukryć lekkie zawstydzenie, kiedy Mathias ucałował ją w policzek. Nie była przyzwyczajona do takich rzeczy w miejscach publicznych, zważając na to jak traktował ją były narzeczony, a także babcia. Nikt nigdy nie ukazywał tam uczuć publicznie, zupełnie tak jakby ich nawet nie posiadali. Z tego względu sama Allie nie była kimś nadzwyczaj uczuciowym w stosunku do obcych jej ludzi. Czuła i ciepła stawała się dopiero w miejscu, które uważała za bezpieczne, a zazwyczaj bywało to właśnie mieszkanie, w którym aktualnie przebywała.
    Zajmując się kolejnymi pacjentami, co rusz spoglądała w stronę mężczyzny siedzącego na łóżku własnego syna. Chyba nawet mimowolnie kilka razy kącik ust drgnął jej w górę na widok poczynań ojca. Było w tym coś tak urokliwego, jak i ujmującego za serce, że Allie nie miała zamiaru przerywać im chociaż na moment. Z tego wzglądu zniknęła za drzwiami własnego pokoju, gdzie chwilę później usadowiła się wygodnie na kanapie z czarnym notatnikiem w ręku. Czytała ponownie wszystkie swoje przemyślenia i wnioski na temat własnych rodziców, bo w końcu mogła dodać kilka nowych rzeczy. Niestety głównie smutnych kiedy to w Londynie jej kolejny trop najzwyczajniej w świecie się urwał. Wykreśliła więc krótką notatkę z jakimś nazwiskiem, którego poszukiwała uporczywie w obcym sobie mieście. Miała nawet jeszcze coś zapisać, ale przerwało jej skrzypniecie drzwi, do których automatycznie przekręciła głowę. Wzrok kobiety natrafił na znajomą sylwetkę mężczyzny, którą to śledziła do momentu, aż opadła na kanapę już chwilę później przyciągając uzdrowicielkę do siebie. Allie, choć zupełnie nie przyzwyczajona do takich odruchów względem niej samej, uśmiechnęła się ciepło pod nosem, czując na swojej głowie przyjemny ciężar tej należącej do Mathiasa. Ciepło bijące od ciała Rathmanna zaczynało przyjemnie emanować z jednej ze stron, uświadamiając uzdrowicielkę, że jest ono znacznie przyjemniejsze od tego z kominka, w którym jak zwykle palił się ogień. W stanie tego swego rodzaju szczęścia, Allie ponownie zabrała się za swoje notatki, tym razem zapisując część związaną z bransoletką znalezioną w dziwnym pokoju w Hogwarcie, których drzwi pojawiły się zupełnie znikąd. Rozmawiając z dyrektorem została poinformowana, że to po prostu Pokój Życzeń. Do tej pory ciężko było uwierzyć kobiecie w sposób, w jaki się pojawia, ale najważniejsze było dla niej znalezisko, które krótki czas gościło na jej nadgarstku.
    Ciepło bijące od ciała Mathiasa, ogólna cisza przerywana wyłącznie przez dźwięk trzaskającego drewna, a także pióra sunącego po papierze wprawiały Allie w coraz większe rozleniwienie. Przez to ziewnęła cicho, zakrywając dłonią usta, próbując ukryć to, co się działo. Jednak pierwsze usłyszane przez nią słowa zapewniły ją, że niezbyt jej się to udało. Chciała coś na to odpowiedzieć, ale czując delikatny dotyk palców mężczyzny na swoim policzku nawet nie śmiała odezwać się słowem. Dlatego też lekko się uśmiechnęła, a także przymknęła powieki, w tym samym momencie zamykając notatnik w swoich dłoniach.
    A potem miała wrażenie, że oczy wilgotnieją jej coraz bardziej, więc tylko ścisnęła je mocniej, próbując się nie popłakać. Notatnik przycisnęła do klatki piersiowej, a sama Allie wtuliła się ciałem w Mathiasa jeszcze bardziej. Słowa, które usłyszała już chwilkę później opisała w myślach jednym słowem: piękne. Niczego tak pięknego nie usłyszała w swoim życiu, a były tym czego szukała odkąd tylko pamięta. Zawsze brakowało jej w słowach jakiejś czułości. Babcia nie robiła tego za często, a Claude wręcz w ogóle. Do przyjaźni nigdy się nie paliła, przeżywając wewnętrznie stratę rodziców, którzy w jej pamięci jako jedyni obnosili się z nią z tą poszukiwaną przez nią czułością. Mathias właśnie przypominał sobą czasy, kiedy tego uczucia nie potrzebowała szukać, a ciepły oddech mężczyzny przebijający się przez jej włosy, wywołujący dreszcze na skórze przekonywały ją do tego stwierdzenia jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Lepiej mi się odpoczywa, gdy tu jesteś – rzekła zgodnie z prawdą, odrobinę rozpływając się od przyjemności płynącej z zabawy jej włosami. – Zresztą wolę, jak to ująłeś, żebyś siedział mi na głowie, niż żebyś znowu zniknął z Hogwartu.
      Mówiła cicho, trochę niepewnie. Gdzieś tam z tyłu głowy wciąż przebywała myśl, że lada moment życie Mathiasa znowu będzie zagrożone, a on próbując chronić innych opuści mury zamku, niekiedy niewystarczająco bezpiecznych.
      – Wiesz, mogę powiedzieć ci to samo, co powiedziałeś przed chwilą i mi – uzdrowicielka zamyśliła się na chwilę, kiedy jej głowa opadła swobodnie, ale i delikatnie na ramię nauczyciela. Błądziła wzrokiem przed sobą, chociaż stawała się coraz bardziej senna i czuła jak odpływa w ramiona Morfeusza z każdą kolejną minutą. – Co kilka dni decydowałam się na pisanie do ciebie listu, ale że nigdy nie wiedziałam gdzie aktualnie przebywasz, to wszystkie lądowały w kominku. Potem przez następnych kilka dni znowu rozmyślałam gdzie jesteś, znowu siadałam do listu i znowu wrzucałam do ognia, i tak w kółko… – mruknęła kobieta, odkładając czarny notatnik na wolne miejsce na kanapie. Powieki, które okazywały się już dla niej zbyt ciężkie, po prostu opadły, ogarniając Allie zupełną ciemnością. Nie przejmowała się tym w ogóle, bo przy Mathiasie czuła się wyjątkowo bezpiecznie. Jednak nastąpił moment, w którym ponowie je otworzyła, spoglądając na twarz towarzysza. Z jednej strony przyznawała mu się z zupełną szczerością do pewnych rzeczy, ale krążyła jej po głowie myśl, która głosiła co rusz, że nie powinna tego robić. – Nie wiem, czy powinnam o cokolwiek pytać, Mathias, ale… – przerwała, nie wiedząc, czy zrobiła to umyślnie, czy głos nie dawał już rady. Ostatnie zdanie wypowiedziała szeptem, dlatego cichutko odchrząknęła, by chwilę później przemówić odrobinę głośniej, chociaż wciąż cicho i zupełnie nieśmiało. – Byłeś chyba całkiem młody, kiedy zostałeś ojcem, prawda? – i chyba to nie do końca było pytanie, które chciała zadać, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mężczyzna faktycznie był młody. Byli przecież w tym samym wieku. Jednak nie chciała pytać wprost o to, co najbardziej ją interesowało.

      Allie ❤

      Usuń