TAK NAPRAWDĘ ALLISON, ALE SIĘ NIE PRZYZNAJE
UZDROWICIELKA W SKRZYDLE SZPITALNYM | WYCHOWANKA AKADEMII MAGII BEAUXBATONS | FRANCJA | CZYSTA KREW | PATRONUS: WYDRA | BOGIN: WOLI NIE MÓWIĆ NA GŁOS | WIELBICIELKA QUIDDITCHA I WSZYSTKIEGO, CO ZAWIERA OWOCE | ZAWSZE ŁAŃCUSZEK NA SZYI
Pojawiła się nagle. Nikt nie wie, co robi ponownie w Anglii, skoro już jako mała dziewczynka przeprowadziła się do Francji.
Pojawiła się nagle. W Skrzydle Szpitalnym zapanował pedantyczny porządek, który w każdej chwili jest gotowy na przyjęcie kontuzjowanego ucznia.
Pojawiła się nagle. Zupełnie, jak nagle zniknęli jej rodzice, chociaż w wieku kilku lat nie zdążyła im się dobrze przyjrzeć. Babcia nigdy nie mówiła, gdzie się podziali. Zginęli, rozproszyli się w powietrzu, niczym te wszystkie choroby, które tak szybko nauczyła się leczyć. Przepadli. Z tej okazji nie patyczkuje się ze swoimi pacjentami, nie będzie szczebiotać i rozczulać się. Jest po to, by leczyć - tak ją przecież nauczono. Przez to skończyły się udawane stłuczenia, bóle brzucha wszystkich nieuków z Hogwartu, których Collins potrafi surowo karać. Nie rozumie nagłych przypływów samych wychowanków Gryffindora wypluwających ślimaki w zastraszającym tempie, w przerwach obwiniając Ślizgonów o rzucenie wywołujących zaklęć. Rywalizacja międzydomowa jest dla niej czymś dziwnym. Podziwia ją tylko w trakcie meczów quidditcha, kiedy to nigdy nie może zdecydować się komu kibicować.
Zdarza się jednak, że ciepły uśmiech rozkwita nagle na jej twarzy i jak przyjazna bakteria zaraża wszystkich wokół. To zazwyczaj efekt wyleczenia albo radości po udanym dniu, kiedy siedzi otulona kocem tuż przed kominkiem z kubkiem ciepłej herbaty. Wtedy jest wrażliwszą wersją siebie - surowej uzdrowicielki z Francji.
Pojawiła się nagle. Twierdzi, że w Paryżu nie trzyma jej już nic, od momentu, gdy babcia wypowiedziała ostatnie słowa. W Hogwarcie otrzymała tak bardzo potrzebną pracę i upragniony dach nad głową, a w Londynie szuka swych rodziców, którzy od dobrych kilkunastu lat nie istnieją już na tym świecie. Allie jednak uparcie stara się ich odnaleźć, nie zdając sobie sprawy z tego w co się pakuje i jak bardzo może się zawieść.
Pojawiła się nagle. W Skrzydle Szpitalnym zapanował pedantyczny porządek, który w każdej chwili jest gotowy na przyjęcie kontuzjowanego ucznia.
Pojawiła się nagle. Zupełnie, jak nagle zniknęli jej rodzice, chociaż w wieku kilku lat nie zdążyła im się dobrze przyjrzeć. Babcia nigdy nie mówiła, gdzie się podziali. Zginęli, rozproszyli się w powietrzu, niczym te wszystkie choroby, które tak szybko nauczyła się leczyć. Przepadli. Z tej okazji nie patyczkuje się ze swoimi pacjentami, nie będzie szczebiotać i rozczulać się. Jest po to, by leczyć - tak ją przecież nauczono. Przez to skończyły się udawane stłuczenia, bóle brzucha wszystkich nieuków z Hogwartu, których Collins potrafi surowo karać. Nie rozumie nagłych przypływów samych wychowanków Gryffindora wypluwających ślimaki w zastraszającym tempie, w przerwach obwiniając Ślizgonów o rzucenie wywołujących zaklęć. Rywalizacja międzydomowa jest dla niej czymś dziwnym. Podziwia ją tylko w trakcie meczów quidditcha, kiedy to nigdy nie może zdecydować się komu kibicować.
Zdarza się jednak, że ciepły uśmiech rozkwita nagle na jej twarzy i jak przyjazna bakteria zaraża wszystkich wokół. To zazwyczaj efekt wyleczenia albo radości po udanym dniu, kiedy siedzi otulona kocem tuż przed kominkiem z kubkiem ciepłej herbaty. Wtedy jest wrażliwszą wersją siebie - surowej uzdrowicielki z Francji.
Pojawiła się nagle. Twierdzi, że w Paryżu nie trzyma jej już nic, od momentu, gdy babcia wypowiedziała ostatnie słowa. W Hogwarcie otrzymała tak bardzo potrzebną pracę i upragniony dach nad głową, a w Londynie szuka swych rodziców, którzy od dobrych kilkunastu lat nie istnieją już na tym świecie. Allie jednak uparcie stara się ich odnaleźć, nie zdając sobie sprawy z tego w co się pakuje i jak bardzo może się zawieść.
