Z dziennika Amelie Barnett (I)

albo

O tym, jak absolutnie NIE powinieneś spędzać walentynek


Uwaga: lepiej nie brać tej notki na poważnie.
Podkład zalinkowany w słowie SZCZUR.
Drugi podkład w słowie SAMA.
Ale w sumie ten tutaj jest najfajniejszy.


14.02.2023.


Chciałabym móc napisać coś wesołego. Pochwalić się kwiatami, które dostałam od adoratorów. Podzielić wspomnieniem romantycznej kolacji w którejś z tych nowootwartych, luksusowych restauracji w Hogsmeade. Nic z tych rzeczy. Spędziłam dzisiejszy dzień z jakimś beznadziejnie nudnym i żałośnie biednym prostakiem z Hufflepuffu. Aż mnie ciarki przechodzą, kiedy przypominam sobie jego obrzydliwe zachowanie i tanie ubrania. Chyba nawet zakupy w Mediolanie nie będą w stanie poprawić mojego podłego nastroju. Chciałabym już o tym nieszczęsnym spotkaniu nie myśleć. Niestety, nie potrafię. Może po opisaniu go trochę złości ze mnie uleci i wreszcie przestanie mnie prześladować jego brzydka twarz.
Wszystko zaczeło się około szóstej rano. Służąca bezczelnie ściągnęła mnie z łóżka, twierdząc, że moja matka kazała przekazać mi, że niezależnie od tego, jakie plany miałam na dzisiejszy dzień, mam z nią pójść w odwiedziny do jej bardzo dalekiej kuzynki. Bez znaczenia, że widują się raz na ruski rok i właściwie się nienawidzą, a podczas sporu o spadek pradziadka prawie podgryzały sobie gardła. Bez znaczenia, że kuzynka, jej facet i ich dzieci to denni Puchoni. Matka twierdzi, że czasem po prostu trzeba poudawać i posprawiać pozory zgodnej rodziny (pewnie boi się, że kolejny spadek przeleci jej koło nosa, a rodzina kuzynki wszystko przepije albo wyda na badziewne meble z jakiegoś marketu).
Po kilkunastu minutach wysłuchiwania jęków służącej podniosłam się z łóżka. Chciałam założyć ładną, nową sukienkę, ale wspaniałomyślnie uznałam, że patrzenie na piękno i przepych mogłoby być dla moich ubogich krewnych bolesne. Założyłam jakąś kieckę za niecałe tysiąc galeonów. Świadoma, że łach mnie oszpeci, postanowiłam założyć doczepiane włosy, żeby jakoś ukryć szpetotę ubrania (mniej więcej, bo w sumie nie chciałam wyglądać aż tak ładnie, jak zazwyczaj. Chodziło tylko o to, żeby przy spojrzeniu w lustro nie bolały mnie oczy). Zawołałam służącą, która ma kolor włosów najbardziej zbliżony do mojego i kazałam jej obciąć kilkanaście centymetrów, a następnie ufarbować je, aby wyglądały jak moje. Bezczelna dziewucha uśmiechnęła się do mnie i odpowiedziała, że niestety, ale nie może, bo podpisała umowę z jakimś mugolskim szpitalem i po obcięciu włosów będzie musiała je tam oddać. ZA DARMO. Chciałam strzelić ją w twarz za nieposłuszeństwo, ale byłam w takim szoku, że przez kilka minut nie mogłam się poruszyć. Nagle do mojego pokoju weszła matka i powiedziała, że wychodzimy, już, teraz. Moje rozpaczliwe krzyki nie podziałały i musiałam pójść ubrana jak dziad (powtarzam: nie to, że jakoś specjalnie ładnie chciałam tego dnia wyglądać).
Jak na złość, matka wybrała jakąś brzydką, szarą drogę. Bo niby krótsza i szybciej dojdziemy na miejsce. Co za leniwa matka. Przez pół drogi narzekałam i wytykałam jej, że rozwaliła mi walentynki. Drugie pół przeszłam boso, zatrzymując się co kilka minut ze zmęczenia.
Gdy stanęłyśmy przed drzwiami, zamknęłam oczy. Bałam się tego, co mogę zobaczyć po tym, jak wejdziemy do meliny. Przez jakiś czas słyszałam tylko głosy otaczających mnie ludzi. Zaczęłam się bać, że na coś obrzydliwego wpadnę albo się potknę, więc w końcu wyciągnęłam przed siebie rękę w oczekiwaniu, aż ktoś pomoże mi bezpiecznie dojść do salonu. Nagle poczułam pod palcami coś miękkiego i kudłatego. Przyszło mi do głowy, że to ktoryś z brudnych dzieciaków ciotki próbuje zrobić mi na złość, podsuwając się pod moją dłoń. Nie mogłam pozwolić na to, żeby takie nic robiło sobie ze mnie żarty. Z całej siły zacisnęłam rękę na włochatym przedmiocie. Niemal padłam z bólu. Coś ugryzło mnie w rękę. Krzyknęłam i otworzyłam oczy. Na mojej dłoni stał najprawdziwszy, obrzydliwy, śmierdzący, mokry SZCZUR. Zrzuciłam go z ręki. Byłam przerażona i już chciałam zrobić tym śmieciom awanturę, ale zanim dotarłam do małego, biednie urządzonego salonu, doszłam do wniosku, że nie mogę zachować się tak podle. Postanowiłam być wspaniałomyślna, jak zawsze. Wyciągnęłam z kieszeni śmiercionośny eliksir według recepty mojej babki. Zawsze noszę go przy sobie na wypadek sytuacji takich, jak ta. Ostrożnie podlałam odrobiną płynu wciąż lekko oszołomionego szczura. Zwierz momentalnie rozpłaszczył się do góry brzuchem. Ruszyłam do salonu, ogłosić wszystkim dobrą nowinę. Moja matka i jej kuzynka gdzieś wybyły, na kanapach siedziały tylko dzieci ciotki. Kiedy powiedziałam zebranym, że mieli w domu zarazę, ale własnym kosztem się jej pozbyłam, zamiast okrzyków pełnych wdzięczności usłyszałam zza ramienia gruby, odrażający głos kuzyna. Anton – tak się nazywa - powiedział mi szeptem, że szczur, któremu podałam truciznę, był niezwykle rzadkim okazem. Kiedy to mówił, czułam odpychający odór wydobywający się z jego ust. Powiedział też, że będę musiała zadośćuczynić za stratę moralną (oni i moralność?) jemu i ciotce, która podobno zalewała się łzami (udawała, wiem to) i pójdę do najbliższego sklepu kupić nowego zwierzaka. Wzruszyłam tylko ramionami i usiadłam na najmniej rozwalonym z foteli.
Spojrzałam na gromadkę dzieciaków. Wpatrywały się we mnie z ciekawością. Rozbawiło mnie to. Macie oczy jak szczeniaczki, powiedziałam z uśmiechem. Któraś z dziewczyn zeszła z siedzenia, podeszła do mnie i zapytała, czy mogłabym z nią pójść na dyskotekę, bo nie bardzo ma z kim. Żałosne kluchy bez znajomych, pomyślałam sobie, po czym odpowiedziałam z przerażeniem w głosie: jakby to wyglądało, gdybym komuś powiedziała, że moja osiemnastoletnia kuzynka tak bardzo nie ma życia! A potem dodałam: wy powinnyście mieć swoich znajomych. Dziewczyny zrobiły jeszcze bardziej psie miny i popatrzyły po sobie niepewnie. Po chwili zaczęły rozmawiać o jakiejś beznadziejnej, biedackiej imprezie, podczas której w trzy osoby wypiły jedno wino. Zaśmiałam się pod nosem. Ja na swojej osiemnastce będę miała ze sto win, rzuciłam z przepięknym uśmiechem na ustach. Dziewczyny, zamiast coś odpowiedzieć, wyszły z salonu. Chamidła. Nie powinny się tak zachowywać.
Zostałam SAMA z synem ciotki. Nie wyglądał zbyt atrakcyjnie, muszę to przyznać. W którymś momencie wyciągnął jakieś pastylki z kieszeni i na moich oczach zaczął je łykać. Skrzywiłam się. Powiedz, masz problemy z narkotykami?, zapytałam go. On tylko uśmiechnął się głupawo i wzruszył ramionami. Odetchnęłam z ulgą, kiedy matka zawołała mnie z korytarza. Mój chwilowo dobry nastrój popsuł się, kiedy dowiedziałam się, czego tym razem chciała ode mnie rodzicielka: w akcie litości miałam pójść z tym gołodupcem na randkę. Rozpłakałam się, bo co miałam zrobić? Matka kazała mi przestać się mazać (dokładnie tak powiedziała, mazać) i dała mi pięć minut na ogarnięcie się. Muł przylazł po pięciu minutach i niemal siłą wyciągnął mnie z tej rozpadającej się chałupy.
Myślałam, że zabierze mnie do jakiejś taniej, obskurnej knajpy, ale po kilku minutach drogi stanęliśmy przed małym kinem. Nie myśl sobie, że to takie zwyczajne, nudne kino, powiedział. To kino interaktywne. Tylko tutaj możesz wejść o piątej, spędzić pięć godzin na super zabawie i wyjść pięć po piątej. Możesz oglądać, jeść żarcie z filmu, uciekać przed mordercą i macać najładniejsze laski. Nic mu nie odpowiedziałam. Bałam się, że się na mnie rzuci i zatłucze swoją połamaną różdżką, więc grzecznie weszłam za nim do środka.
Sala była wielka, niemal pusta i zalana jakimś dziwnym, zielonkawym światłem. Nie było żadnych krzeseł ani ekranu. Przy wejściu trzeba było wypić eliksir, po którym dostawało się jakichś przywidzeń. Kuzyn wychlał kilka butelek tego syfu. Wciąż się go bałam, więc udawałam, że piję, a kiedy podeszłam do kąta, wyplułam wszystko na podłogę. Po kilku minutach ludzie zaczęli krążyć po sali jak pijane muchy. Jakaś parka zaczęła się macać, a ja bezskutecznie próbowałam ich powstrzymać (w żadnym razie nie byłam zazdrosna. Po prostu mnie wkurzali). W końcu się poddałam i usiadłam na podłodze. Zasnęłam i obudziłam się po kilku godzinach. Wyszłam z sali i zaczekałam przed wyjściem, aż dołączył do mnie kuzyn. Był czerwony, spocony i bardzo zadowolony, zupełnie jakby wziął w obroty wszystkie najładniejsze bohaterki filmu. Rzygać mi się zachciało, ale nadal się trochę bałam, więc nie skomentowałam jego wyglądu. Powiedziałam mu, że chcę iść do domu, na co on odparł, że jeszcze jestem jemu i jego siostrze coś winna, po czym popchnął mnie w stronę jakiegoś obleśnego budynku. Odkup mi szczura, powiedział. Nie miałam odwagi zaprotestować.
Weszłam do rudery i rzuciłam od drzwi: potrzebuję jednej sztuki jakiegoś w miarę normalnego szczura. Drżałam ze strachu, mój głos pewnie też drżał. Jakiego?, zapytał stary, brzydki sprzedawca. Nieważne, byle miał przycięte pazury, za bardzo nie śmierdział i nie miał takiego długiego ogona. Stary pryk zaśmiał się obleśnie, a mnie przeszedł dreszcz. Pani se grzebnie w klatce i se weźmie, jakiego se pani będzie chciała. Brzydzę się, wyznałam z trudem. To nie mój problem, odparł dziadyga. Podeszłam do wielkiej klatki, otworzyłam ją, odmawiając modlitwę do Merlina (jestem tak dobrą czarownicą, że od razu po śmierci powinnam dostać miejsce przy Okrągłym Stole), po czym z zamkniętymi oczami sięgnęłam w głąb klatki. Na szczęście żaden ze szczurów mnie nie ugryzł. Złapałam jednego i ze wstrętem podałam sprzedawcy. Ile kosztuje?, zapytałam. Ile pani ma?, odpowiedział pytaniem. Nie dam za to paskudztwo więcej niż dwieście galeonów, odpowiedziałam. Niech będzie to dwieście, powiedział z  cwaniackim uśmiechem na starczej japie i zabrał mi z ręki worek monet. Wyszłam wściekła i zniesmaczona. Miałam zamiar nawrzeszczeć na kuzyna, ale okazało się, że koleś gdzieś się zmył. Przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić, ale uświadomiłam sobie, że znajduję się dość blisko mojego domu, więc ze szczurem w ręce ruszyłam przed siebie. Było zupełnie ciemno i na domiar złego, zaczęło padać. W końcu dotarłam na miejsce, wyczerpana, głodna i obsikana przez szczura. Wzięłam długą kąpiel, kazałam służącym przygotować kolację i poszłam do sypialni. Płakałam jakieś pół godziny, a potem zasnęłam.

Tak właśnie wyglądały moje walentynki. Najgorszy dzień mojego życia. Mogłabym pójść z tym dziennikiem do jakigoś wydawnictwa i opublikować ten wpis pod postacią opowiadania pod tytułem „O tym, jak absolutnie NIE powinieneś spędzać walentynek”. Zarobiłabym fortunę. Nadal chce mi się wyć. Szczur podgryza mi zeszyt, a ja boję się go przegonić, bo jeszcze mi coś zrobi. Zaraz idę na kolację. Obym nie znalazła w niej szczurzych odchodów.




Wróciłam przed chwilą i przeczytałam list, który przyniosła sowa jednej z córek ciotki. Treść następująca:

Kochana Amando, dziękuję Ci za to, że zechciałaś spędzić wieczór z moim bratem. Mam nadzieję, że bawiłaś się równie dobrze, jak on. Niestety, Anton chyba troszkę zachorzał i nienajlepiej się czuje. Przyszedł do domu strasznie spocony. Chyba ma gorączkę i majaczy coś o eliksirze, którym próbowałaś go podtruć w domu, ale ci się nie udało, bo twoja babka była nogą z eliksirów, czy jakoś tak. Ale spokojnie, nie ma powodu do zmartwień. Nie wiem, czy o tym wiesz, ale jest animagiem i czasem zmienia się w szczura. Widocznie dawno się nie wybiegał w swojej zwierzęcej postaci i stąd to dziwne zachowanie.
A, zapomniałabym. Prosił, żebym zapytała Cię, czy podobał Ci się prezent (?).

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę cudownej reszty dnia Świętego Walentego!



Chyba pójdę napić się ognistej.


konkurs: walentynki
liczba słów: 1721
miejsce: dom
czas akcji: 14 lutego; 45 minut
hasła: prezent, randka, sukces, kompromitacja, spisek
zakończenie: życiowa klęska
forma: wspomnienie, relacja na żywo
inne: wieczór




odautorsko

7 komentarzy:

  1. Bardzo fajna notka, lubię takie humorystyczne opowiadania. Szalejesz z tymi opowiadaniami, ale to dobrze. Charakter Amelii strasznie skojarzył mi się z pewną postacią z jednego z moich ulubionych seriali, więc cieszę się bardzo z tego powodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę nadrobić moje długie zaniedbywanie postaci ;D Ja sie cieszę, że nie było tym razem żadnych rażących błędów :D
      Dzięki!

      Usuń
    2. Oj, one nie były rażące, po prostu lubię ludzi poprawiać xD A tak na serio, to wyłapując błędy innych uczę się, jakich błędów nie robić :P Dodatkowo nie pochwaliłem formy notki :3

      Usuń
    3. To już jest Twoja zasługa, zainspirowałeś mnie swoim listem :D

      Usuń
    4. Bardzo mi miło z tego powodu ♥

      Usuń
  2. Chamidła. Nie powinny się tak zachowywać. - tym Amelie mnie zabiła. Okropne prostaczki z tych kuzynek!
    Im dalej brnęłam w notkę, tym gorsze wyrabiałam sobie zdanie o Barnett, ale chyba o to chodziło. Poza tym... jest wygadana do swojego dziennika, niby podtruwa szczura, wyżywa się na kuzynkach i chojrakuje, ale boi się odmówić kuzynowi czegokolwiek. W dodatku taka wulgarna dziewucha... niby faktycznie notka jest prześmiewcza, ale to w końcu dziennik Amelie i jej słowa, więc ona myśli tak naprawdę. Chyba, że to jakaś parafraza jej zapisków, ale nic takiego nie dojrzałam, więc mam prawo być przerażona.
    Przemknęły mi gdzieś jakieś powtórzenia i mnóstwo, mnóstwo kolokwializmów, ale to dziennik, więc bez sensu poprawiać jakieś językowe niezgrabności. I te naturalistyczne opisy: pot, smród, brzydota, plucie, mocz szczurów i inne tego typu kwiatki... nie ma co, Amelie ciekawie odbiera rzeczywistość.
    Skończę optymistycznym akcentem: gdyby skutecznie podtruła tego szczura, nie musiałaby iść na randkę. Na drugi raz musi się postarać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że tak ją odebrałaś! O to chodziło. W sumie to sama jej nienawidzę i coś czuję, że dziewczyna w którejś z notek umrze :D
      Dzięki, że jednak przeczytałaś :)

      Usuń