Karaluchy i inne robactwo


Tarła oczy tak długo, aż zszedł z nich sen, aż zabolały i zapiekły, aż rzeczywistość zaistniała przez ten ból i z powiek wypadły dokładnie dwie rzęsy, które zostały na policzkach. Odblaskowa biel sufitu uderzyła tak mocno, że Tia machinalnie odwróciła głowę, żeby skupić wzrok na kufrze, zdecydowanie mniej agresywnym w odbiorze. Nie mogła zwlekać: pragnęła już, teraz, czuła wewnętrzny przymus, który bił wnętrzności, wiązał przełyk w supeł i z języka robił nabrzmiały kołek. A zamiast działać, bała się jasności sufitu, tchórzyła na brąz drewna, skakała oczami z jednego przyjemnego przedmiotu na drugi i pozwalała sobie siedzieć w lękliwym wygodnictwie. Zachowywała się jak rasowa jarzyna, bezwolne warzywo, któremu dostarczono za dużo słońca, ale marazm nie dopadł jej wcale. Może teraz bał się zdecydowanych kroków w głąb pokoju, chłodu podłogi? Podszepnął pomysł zaciągnięcia zasłon, lecz nie uchronił przed spotkaniem wzroku ze skrzącym śniegiem i jasnym tynkiem sąsiedniego domu. 
Zwykła mówić, że to złość ją popychała do życia. Pozwalając odpłynąć sobie na chwilę w spokojny niebyt, umierała więc co walentynki, cyklicznie i namiętnie, lecz za każdym razem powracała, wtedy miała kolejny rok przed sobą i jej życie nabierało rozpędu, bo dążyła do czegoś, a istnienie posiadało definicję - polegało na czymkolwiek innym niż wściekłości. Codzienne budzenie się z myślą o tym, że czekała na coś bliżej określonego, namacalnego, roboczo mogła nazwać spełnieniem.
Londyn kojarzył jej się zawsze z ciągłym ruchem, zapachem farby i drabiną, choć to może tylko wmówienie sobie, że tak było. Widok świeżo wymalowanego sufitu wyrył jej się w pamięci i funkcjonował jako ostateczne wspomnienie, a nieważny był każdy skrzypiący stopień, obolały palec po spotkaniu z krawędzią szafki, dotknięta przez przypadek nagrzana płyta kuchenki czy cokolwiek innego, równie błahego. Prócz tego dokładnie pamiętała tylko serduszka wyrysowane na ciemnym tle pudełka, bo chyba zdążyła przejechać po każdym palcem, zanim podniosła ciężkie ramię i zapukała do drzwi ostrożnie, cicho; już nie wiedziała, kto mieszkał w środku, już straciła poczucie pewności. Przestraszyła się i uciekłaby, gdyby nie skrzypienie zawiasów, które jeszcze przez kilka najbliższych minut rozbijało jej czaszkę.
Co roku świętowali podobnie. Frazes gonił frazes: blok czekoladowy słodził walentynkowe lizaki, baloniki unoszące się miesiąc w powietrzu przelatywały nad wyjącymi pozytywkami z zamszową, różową obudową, z przedwiecznego magnetofonu sączyły się cierpkie prawdy kochania. Banały wcale nie wadziły, wręcz przeciwnie – bawili się dzięki nim przednio, oglądając coraz to nowsze walentynkowe gadżety, z wyraźną satysfakcją łamiąc cukrowe serca na pół i śpiewając za głośno ballady o miłości. Platoniczność unosiła się w powietrzu razem ze słodkim zapachem herbaty z lokalu pani Puddifoot, jednak to ich wcale nie dusiło: mieli siebie nawzajem w takiej, a nie innej formie i nikt dodatkowy nie był potrzebny.
– Może użyć tego jako zjeżdżalni? Spróbuj.
Stali na szczycie schodów, a Tia patrzyła na dwie równie pochyłe prowadzące stromo w dół. Przełykała gorączkowo ślinę, grymasiła i wzbraniała się, ale słowa wwiercały się w jej świadomość i nie mogła uniknąć odpowiedzi.
– Boję się – wyjąkała w końcu. Już dawno wykrzywiła wszystkie palce, nie umiała ponownie wydobyć z nich charakterystycznego trzasku, ale mimo to dalej wyginała je w niemożliwe pozy. Trwała tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu usiadła i zjechała, przymuszona uporczywą ciszą. A on w jej ślad, wprost za blat kuchenny.
Robił herbatę, za to Bowen śledziła wzrokiem jego głowę, poruszającą się w tę i z powrotem po zastraszająco sterylnej kuchni. Wybrała dla siebie najzimniejsze krzesło najbliżej drzwi, pewnie chcąc mieć otwartą drogę ucieczki. Kręciła młynki kciukami, niecierpliwie trzęsła nogą, obdzierała przygotowany przez siebie prezent z kiczowatej skóry, paznokciem zahaczając o wystający kawałek na wierzchołku pudełka; syknęła, gdy rozdarła trochę więcej, niż by chciała. Milczała, gdyż mówienie wymagało za dużo, a resztki sił poświęcała na zmuszanie się do pozostania na miejscu. Miała zaciśnięte zęby i czuła, że zaraz zwymiotuje, zemdleje, że ucieknie jej palec, ucho, noga, ręka, aż cała się rozpadnie, aż rozłoży na części pierwsze.
Przymknęła oczy, gdy się zbliżał; nie znosiła jego nowych, płynnych ruchów, mdliły ją jeszcze bardziej.
– Poznałaś kogoś? – zagaił głupio, podsunąwszy filiżankę pod nos dziewczyny.
– Co?
– Spotykasz się z kimś?
Brzmiało to tak napastliwie, że aż przestała skupiać się na własnej niewygodzie, choć poczuła się jeszcze mniej komfortowo. Poruszyła się niespokojnie na krześle, odetchnęła głęboko, zaczęła się wiercić, jak gdyby coś ją zjadało od środka, gdyż wiedziała, co za chwilę nastąpi. Szukała czegoś litościwego, nie chciała patrzeć na rozmówcę, więc błagała o oparcie w obrazie, w ogromnej roślinie przy oknie, w blacie stołu, aż w końcu ukoiło ją monotonne tykanie ściennego zegara.
– To Thomson w końcu zrozumiał, że jednak cię kocha? – Chciał sobie wytłumaczyć, rozjaśnić sytuację, ale potrzebował ostatecznego potwierdzenia, bo same domysły długo nie mogły go wyżywić. Przez rok łamał sobie głowę, ale nie odzywał się i siedział cicho w swoim przygnębieniu, dopóki nie wymyślił nowej wymówki dla Bowen. Ta dawała mu przez jakiś czas nadzieję, że jednak istniał jakiś powód, że Tia nie kierowała się wyłącznie tchórzostwem, że podjęła dobrą decyzję, gdy nie pojawiła się rok wcześniej. – A może chodzi o kogoś innego? Powiedz, Tia, no powiedz, przecież zawsze tyle mówiłaś… – błagał i korzył się, wrzucony w całkowicie nową, niemą sytuację. Wyciągnął rękę, żeby dotknąć jej ramienia. Odskoczyła, przestraszona; wybita z monotonnego rytmu sekundnika, potrąciła pełną filiżankę, a ta potoczyła się po stole i za moment dała wrzaskliwy koncert tłuczonej porcelany, który natychmiast zastąpił jęk zawiasów. Bowen nie musiała odpowiadać, bo miała się czym zająć: pognała do szafek po ścierkę, lecz nie wiedziała, gdzie ją znaleźć, trzaskała więc wszystkimi drzwiczkami po kolei, miotała się z jednego metra kwadratowego na drugi, żeby w końcu wyciągnąć piękną, jedwabną serwetkę spod kryształowej wazy.
Nie skomentował jej zachowania. Siedział niewzruszony jak zwykle, gwizdał ulubioną melodię i nie przejmował się niczym, jakby wizyta w ogóle go nie dotyczyła, jakby Tia przyszła odwiedzić kogoś innego. Sięgnął po prezent, zmiarkował go kilka razy w rękach, przyłożył do ucha, potrząsnął, a nie zarejestrowawszy żadnego grzechotania, skrzywił się lekko. Rozdarł papier z charakterystyczną mu gwałtownością ruchu, a potem wrzucił go w świeżą kałużę herbaty wraz z pokrywką pudełka.
– Blok – powiedział bardziej do siebie, niż do niej, żywo zainteresowany czekoladową bryłą. – Ostatnio, gdy mi go przyniosłaś, uczyłaś mnie tańczyć, pamiętasz to? Koniecznie chciałaś mi pokazać, jak dobrze sobie radzisz, ale nie umiałem prowadzić, więc się pogubiłaś – ciągnął bezlitośnie, podczas gdy odbiorczyni z zaciętą miną ścierała stół luksusową szmatką. Mogła zamknąć oczy, mogła niczego nie dotykać, nie smakować, schować nos w szalik, ale słyszała każde słowo i na to nie potrafiła poradzić nic. – Potem, w święta, już nie chciałaś spróbować, a ja ćwiczyłem walca… 
– Przestań – ledwo wydusiła z siebie, bo w gardle czuła zbierającą się gulę płaczu. Wściekle szorowała drewno, chociaż materiał był już mokry, a dodatkowe ruchy powodowały tylko poszerzanie plamy. Zostawiła roztłuczoną porcelanę – uciekła znowu za kuchenny blat, żeby schować się pod szumem wody, przerywającym chwilę ciszy. Sekundnik zwolnił, nogi odmawiały posłuszeństwa. Strumień lał się przez palce, nie mając temperatury.
– Nie poznałaś nikogo nowego – ciągnął, znając już odpowiedź na nurtujące go pytania. Ułożył sobie cały kwestionariusz, a Tia wypełniła go tylko milczeniem, grymasami, wzrokową ucieczką, blokiem, rozbitą filiżanką. To wystarczyło do wyznaczenia odpowiedniego kierunku myślenia, do odkrycia tropu, aż w końcu doprowadzało do ostatecznej konkluzji. – Nie przyszłaś, bo nie mogliśmy już ćwiczyć walca.
Gdy powróciła do stołu, po raz kolejny wyciągnął rękę i tym razem Bowen już się nie odsunęła. Chciał sięgnąć, chciał dotknąć jej twarzy, namacalnie potwierdzić to, co przed chwilą powiedział. Czuł coś w rodzaju ekscytacji: niemożliwie napiął wszystkie mięśnie, oblizał wargi, zaschnięte podczas głośnych wdechów przez rozwarte usta. Bez wstydu korzystał z jej ołowianych nóg, z wciąż zaciśniętego gardła, był u celu, muskał już myślą policzek, lecz przeliczył się w zuchwałości i zakończył wszystko fatalnym upadkiem.
Tia wykrzywiła twarz we wstrętnym grymasie, z jej krtani wydobyło się jeszcze obrzydliwsze łkanie. Zerwała się natychmiast, gdy tylko upadł, a potem oglądała się kilkukrotnie za siebie w obawie, że ją goni, aż do momentu, gdy zatrzasnęła drzwi. A on… on przypominał jej wtedy te nieporadne karaluchy wierzgające odnóżami, które czasem deptała po drodze do szklarni.

konkurs walentynkowy
Londyn: dom, 80 minut, prezent, poranek, happy end, 1307

8 komentarzy:

  1. [tutaj były przydługie rozważania o schodach i słowach, ale zostały wycięte przez cenzurę i zostało:] Schód? Chyba chodziło o stopień, zdaje się, że DZISIAJ schody to pluralia tantum.

    Bardzo... ozdobne. Może to nie barokowe zabawy (i całe szczęście), ale ozdobników jest wiele, co pewnie jest plusem, w końcu kunsztowne wykonanie stoi wyżej od subtelności drwala, ale nadmiar może nieco osłabić wrażenie i pogmatwać wszystko tak, że efektowność zaistnieje kosztem efektywności.
    Nie mam pojęcia, jak powinnam traktować dwa pierwsze akapity, jak mają się do reszty tekstu, czy są osadzone w tej sytuacji, czy jedynie przez pozór konkretu mają za zadanie przedstawić czytelnikowi ogólny stan Tii? Tak czy inaczej, jak dla mnie, pomimo tego, że lubię gwałtowne przejścia, brakuje spójności między tymi akapitami a trzecim. Do którego, chociaż dopracowanego, chyba wkradło się nieco chaosu – w jednym zdaniu obrysowuje serduszka na pudełku, a potem puka do drzwi i to wszystko zostało napisane tak, że poczułam się zdezorientowana. Być może to tylko kwestia mojej głupoty, nie wykluczam takiej możliwości. ;>

    Ale! Ale to tylko głupotkowe czepianie się, a ogólnie – jest coś fascynującego w tym tekście, zapewne nie rozumiem wszystkiego, chyba po przeczytaniu mam więcej pytań niż odpowiedzi, ale przecież to nie jest złe. (Niepokojące zakończenie, a w tagach happy end, trochę zmienia to drogę interpretacyjną!) Jak dla mnie to nie jest jeden z tych tekstów, z którymi zapoznajesz się z przyjemnością, bawisz się dobrze w czasie czytania, ale zapominasz już po sekundzie. Nie twierdzę oczywiście, że nie będę spała po nocach, skupiona na rozmyślaniach o tym opowiadaniu, ale – daje do myślenia.
    Poza tym lubię dobre notki. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest wcale takie głupotkowe - wiem, że przeskoki są straszne, ale bardzo chciałam przedstawić świat tak, jak widzi go Tia. Nie znoszę narracji pierwszoosobowej, stąd też wszystko napisałam w trzeciej osobie. Niemniej jednak Bowen myśli o tym nieszczęsnym suficie, przypomina sobie, co to za dzień i że powinna coś zrobić, skoro tyle na niego czekała. Pewnie schodzi z piętra, trafia palcem w szafkę i parzy się nagrzaną blachą, natomiast później wpada w dziurę w pamięci i budzi się dopiero przy obrysowywaniu palcem owych serduszek. Po drodze już sama nie wie, co się dzieje, jakby w ogóle jej nie było przez jakiś czas. I tak, w jednej chwili maca pudełko i nagle puka do drzwi, właściwie nie ma pojęcia, jak pod nie dotarła.
      Na początku faktycznie ijest kwieciście, ale dobrze, że nie barokowo, bo to dla mnie najmniej atrakcyjna epoka :D
      Na zakończenie jeszcze dodam, że jestem ciekawa, jak kto odczytuje tę notkę, dlatego jeśli masz jakieś podejrzenia, to śmiało, śmiało, chętnie przeczytam!

      Usuń
  2. [ Jak dobrze, że zdecydowałaś się coś napisać. Trochę nie rozumiem pierwszego fragmentu, nie potrafię go połączyć z tym trzecim, gdzie puka do drzwi domu. Więc skąd wcześniej wzmianka o kufrze, bieli sufitu? Czy to fragment jej poranka?

    Nie wyłapałam żadnych błędów, poza tym jednym, o którym już june wyżej wspomniała. Ale nawet nie jestem pewna, czy to niepoprawna forma. Po prostu zabrzmiało mi dziwnie ;v Ogólnie forma przypadła mi do gustu, lubię tego typu niejednoznaczne teksty. Skoro scenka odbywała się w dom, to łatwo przychodzi na myśl, kim jest ten dociekliwy mężczyzna. Jego relacja z Tią wydaje się... niecodzienna.

    Czytałam dwa razy, więc też stwierdzam, że stworzyłaś dobrą notkę. :D ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie treść*
      Zrzucam winę na aktualną godzinę :v

      Usuń
    2. Dokładnie, to chwile tuż po przebudzeniu i głównie przemyślenia, ale napisane w trzeciej osobie.
      Jeśli myślisz o domu jako o domu Bowen - spróbuj umieścić ją później nie przed jej drzwiami, w nie jej kuchni, na szczycie nie jej schodów, a wtedy też pewnie osoba, o której myślisz, ulegnie przechrzczeniu c:
      Schód już poprawiłam, nie mam pojęcia, skąd to wzięłam... na szczęście june zawsze na posterunku :D I jak Ci się w końcu wydaje, kim jest rozmówca Bowen?
      PS Czekam na coś Twojego!

      Usuń
    3. Wcześniej stawiałam na ojca albo jakiegoś brata, ale... To pewnie nikt z rodziny, prawda? :D

      Usuń
  3. To ja zacznę od tego: przepiękna muzyka!
    Początek przywiódł mi na myśl te wszystkie filmy i książki o panienkach żyjących gdzieś w XVIII-XIX wieku (nie wiem, czy dobre daty podaję, z historii byłam przeciętna. Chodzi mi o te wszystkie herbatki, luźne suknie, drewniane ozdobne mebelki... aaa <3).
    Później się troszkę gubiłam. Nie zrozumiałam tego nagłego przypływu uczuć rozmówcy Tii, a także tego, dlaczego mówi nagle o tym, że nie przyszła, bo nie mogli tańczyć walca. Albo jeszcze nie myślę o tej porze, albo wymagało to jakiegoś złożonego rozumowania... Ale nie wszystko przecież musi być w tekście wyjaśnione.
    Błędów żadnych nie widziałam. Bardzo ładnie napisane, masz takie bogate słownictwo! :) I bujną wyobraźnię.
    Podobało mi się i czekam na kolejne notki Tii! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Musiałam przeczytać dwa razy na spokojnie całą notkę, żeby wszystko sobie poskładać. Bo to nie jest notka na raz. Tak jak są filmy na raz, i są te na kilka. Oczywiście zaliczam tę notkę do tej drugiej kategorii co jest tą lepszą :) Tak jak moje przedmówczynie, było mi trochę trudno z początku, ale po spokojnym ogarnięciu się i wolnego czytania, chyba wszystko zrozumiałam :) W każdym razie notka jest dobrze napisana i widać, że masz swój niepowtarzalny styl. Czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń